W KNIEI

Publikuję nieco fotografii przyrodniczych mojego brata – Jacka. Z kolejnych wypraw rowerowych przywozi sporo interesujących zdjęć, które prezentował już na kilku wystawach. W tym zestawie dudek, żuraw, sikorka i jakże subtelne sarny.

EMPATIA

Czytam niezwykła książkę pt. Corvus – Życie wśród ptaków, szkockiej pisarki Esther Woolfson, której rodzina pochodziła z Europy Środkowej. Ta niezwykle interesująca kobieta, która studiowała sinologię na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i w Edynburgu, byłaby zapewne wymarzoną żoną dla każdego ornitologa, a to za sprawą jej miłości do ptaków i przyrody. Opiniotwórczy „The Obserwer” pisał, że Woolfson ma dwie najważniejsze cechy autora książek przyrodniczych: bystre oko i nienasyconą ciekawość. „Corvus” rozprawia się z powszechnym przekonaniem, że tylko rzadkie i egzotyczne zwierzęta zasługują na uwagę i ochronę. Autorka opowiada o swoich fascynacjach ptakami krukowatymi, ze szczególnym uwzględnieniem gawronicy imieniem „Kurczak”, którą przygarnęła, gdy była jeszcze pisklęciem. Są też liczne refleksje związane ze sroką „Pyskacz”, wroną „Ziki”, a w dopowiedzeniach znajdziemy też informacje o stosunku znanych i wielkich ludzi do ptaków. I tak w opowieści o zdolnościach językowych i muzycznych szpaków pojawia się Mozart: Na duchu podniósł mnie Pliniusz: „teraz, kiedy to piszę, mają młodzi Cezarowie szpaka oraz słowiki, dające się nauczyć po grecku i łacinie, poza tym codziennie ćwiczące i ciągle wymawiające nowe wyrazy, nawet dłuższe zdania.” Mozart także trzymał w Wiedniu szpaczka kupionego za trzydzieści cztery grajcary w 1784 roku. Dziwnym trafem jeszcze w sklepie zoologicznym ptaszek nauczył się gwizdać całe takty z koncertu fortepianowego G-dur KV 453. Ponieważ utwór dopiero co został skomponowany, nie jest jasne, w jaki sposób szpak poznał melodię, lecz przypuszcza się, że usłyszał pogwizdywanie Mozarta, podczas jego wcześniejszych odwiedzin (co dowodzi nadzwyczajnych umiejętności naśladowczych tych ptaków). Kompozytor zanotował pieśń szpaka i zrobił dopisek: Das war schön! Co ciekawe jednak, śpiewak samowolnie zmienił jedną nutę, g na gis, poprawiając (albo wręcz przeciwnie) dzieło wielkiego artysty. (Behawioryści badający zdolności szpaków twierdzą, że późniejsze dzieło Mozarta, divertimento KV 522, czyli „Żart muzyczny”, było inspirowane śpiewem ulubieńca i miało unieśmiertelnić jego geniusz).  Woolfson dokumentuje swoją wielką cierpliwość i empatię, jaką  miała dla ptaków, które ucząc się jej domu, dawały jej też wiedzę o swoich zachowaniach, częstokroć dziwnych i trudnych do zrozumienia. Znamienne tutaj są lęki, które można zrozumieć dopiero po długich obserwacjach: Lęki krukowatych bywają rozmaite: nabyte i wrodzone, zarówno racjonalne, jak i irracjonalne. Laureat Nagrody Nobla, przyrodnik Konrad Lorenz w swojej książce o zachowaniach zwierząt „Rozmawiał z bydlątkami, ptakami i rybami” opisał reakcje kawek na czarny powiewający przedmiot, który trzymał w ręku (były to kąpielówki). Natychmiast został otoczony przez chmarę wściekłych ptaków: wszystkie próbowały go dziobnąć, ponieważ wzięły skrawek materiału za jednego ze swoich, martwą kawkę. Książka szkockiej autorki skrzy się od takich wspaniałych dopowiedzeń i obserwacji, bo mieszkanie z ptakami zawsze związane było u niej z obserwacjami naszych „braci mniejszych”: Mimo wspólnie przeżytych lat Kurczak pod wieloma względami nadal jest dla nas zagadką. Na przykład zmysł wzroku gawrona bardzo różni się od ludzkiego. Ptaki mają najlepszy wzrok ze wszystkich kręgowców; umiejscowienie oczu w czaszce wpływa między innymi na zdolność do wypatrywania drapieżcy albo zdobyczy. Szponiaste i sowy, z oczami z przodu głowy, widzą stereoskopowo jak ludzie, podczas gdy choćby gołębie, z oczami po bokach głowy, często padające łupem drapieżników, widzą monokularnie: każde oko postrzega inny przedmiot. Monokularność zwykle rozszerza pole widzenia: niektóre ptaki, na przykład słonka (o oczach przesuniętych w stronę tyłu głowy), precyzyjniej postrzegają to, co przed nimi. („Mogłaby ci lepiej opowiedzieć, gdzie była, niż dokąd się wybiera” – napisał zasłużony politolog i autor książek przyrodniczych Louis J. Halle). Podczas gdy wzrok człowieka ograniczony jest trzema rodzajami barwników występujących w czopkach, ptaki mają cztery lub pięć rodzajów czopków, wrażliwych na szersze spektrum fal światła, w tym ultrafiolet, dzięki czemu widzą one dwa razy więcej kolorów niż ludzie. Potrafią także rozróżniać długość fal w widmie ultrafioletu, co pomaga im podczas żerowania, gdyż wychwytują całą paletę odcieni w swoim otoczeniu. Szponiaste, choć wyróżnia je najostrzejszy wzrok spośród wszystkich ptaków, prawdopodobnie odbierają mniej barw niż wróblowate. Książka Woolfson napisana została z zacięciem eseistycznym, a warto tez pamiętać o filologicznych zainteresowaniach autorki, która z taką samą oczywistością przywołuje opinie uznanych przyrodników, jak i opowiada o największym angielskim romantyku: Lord Byron, choć oczywiście zasłynął czymś zupełnie innym, miał najwyraźniej eklektyczny gust – zarówno, gdy chodziło o ludzi, jak i o zwierzęta. Z listu Shelleya, który odwiedził przyjaciela w Rawennie, wiemy, że lord dzielił dom z psami, małpkami, kotami, pawiami, perliczkami, orłem, sokołem, koronnikiem szarym i wroną. W swoim dzienniku pod datą 5 stycznia 1821 roku Byron opisuje karmienie sokoła i „potulnej (ale  n i e o s w o j o n e j) wrony”. Dzień później żali się, że jego ulubienica została skaleczona: „Wrona kuleje na jedną nogę – nie wiem, jak to się stało – jakiś dureń nastąpił jej na łapkę”. Codziennie przechodzę obok pomnika Byrona. Od 1794 roku przyszły pisarz, który mieszkał tutaj z matką, uczył się w Aberdeen Grammar School. Choć zabawił w tych murach niedługo, jego okazały pomnik z brązu wznosi się dumnie nad granitową fasadą szkoły. Kiedy mijam postać poety, zawsze go pozdrawiam. To, co o nim mówiła lady Caroline Lamb, jest mi obojętne. Troska o pazurek wrony nie najgorzej świadczy o człowieku. Jakże konkretna, a zarazem zabawna, jest końcowa konstatacja miłośniczki ptaków, pomijająca zdanie kochanki Byrona (która miała go za człowieka złego, szalonego i niebezpiecznego), a wskazująca na wagę empatii poety dla skrzywdzonej wrony. Książka Esther Woolfson jest przebogata i stanowi prawdziwą ucztę dla ornitologa – od dygresji i fachowych obserwacji, poprzez informacje niezbędne dla zrozumienia skrzydlatych mieszkańców przestworzy. Liczne są też porównania zachowań i budowy części anatomicznych człowieka i ptaków, jak choćby w przypadku najważniejszego naszego organu: Centralny układ nerwowy jest podobny u wszystkich kręgowców. Mózg ludzki i ptasi mają wspólną historię i wiele funkcji sprawia wrażenie analogicznych. A jednak organy wyglądają zupełnie inaczej. Powierzchnia ptasiego mózgu jest gładka, ludzkiego – pofałdowana, ze zwojami i bruzdami, gyri i sulci. Mózg ptaków ma to, co tym zwierzętom jest najpotrzebniejsze – czyli duże przodomózgowie, móżdżek zawiadujący mięśniami niezbędnymi do latania i dobrze rozwinięte płaty wzrokowe. Połączenia neuronów umożliwiające złożone zachowania działają prawdopodobnie na identycznych zasadach u nich i u nas, a pewne części ptasiego mózgu mają właściwości, których brakuje naszemu: zdolność do neurogenezy, czyli odnawiania się komórek, okresowe zmiany wielkości hipokampu (obszaru związanego z pamięcią), który pod wpływem intensywnego uwalniania melatoniny powiększa się jesienią (gdy od efektywnego zdobywania, a następnie ukrywania pokarmu zależy przetrwanie mrozów). Niektóre gatunki ptaków cechuje, podobnie jak człowieka, wysoki wskaźnik stosunku masy mózgu do masy ciała (encefalizacji), sugerujący proporcjonalny iloraz inteligencji. Świat pełen jest ptaków i trudno wskazać takie miejsca, gdzie ich nie znajdziemy – autorka nawiązuje jednak do przestrzeni, w których człowiek spowodował ich wyginięcie i ostateczne zamilknięcie: Milczenie ptaków jest jedną z rzeczy, których powinniśmy obawiać się najbardziej. Wróży katastrofę. Taka cisza zalega na jałowych, skażonych terenach – na morzu zanieczyszczonym ropą albo na ziemiach zatrutych pestycydami. Kojarzy się z wojną i zagrożeniem wojną, z klęskami żywiołowymi – suszą, powodzią, nadejściem kolejnego zlodowacenia. Milczenie ptaków to nieobecność ptaków. Książka szkockiej pisarki jest hymnem pochwalnym dla ptaków i dla ludzkiej empatii, będącej przejawem zainteresowania stworzeniem i kreatywnością procesów ewolucyjnych. To zarazem wskazanie, że nie jesteśmy jedynymi mieszkańcami naszej planety, a choć mieliśmy okres łowiecki w historii naszego gatunku, kiedy to zabijaliśmy dzikie zwierzęta w celu zaspokojenia głodu, to obecnie stały się one naszymi partnerami, a często też przyjaciółmi. Zakończmy te rozważania na temat mojej lektury wskazaniem pisarki, które wydawać się może oczywiste, ale po głębszym zastanowieniu, staje się rodzajem niezbędnego i stale aktualnego przypomnienia: W kilku zaledwie miejscach na Ziemi nie ma ptaków. Znajdziemy je nawet na tych obszarach, o których sądzimy, że są zbyt niedostępne, zbyt wysoko położone, zbyt zimne albo gorące. Nieubłagany klimat Arktyki nie odstrasza górniczka, kruka, śnieżycy dużej, sowy śnieżnej, rybitwy popielatej, pardwy górskiej czy poświerki. Antarktydę zamieszkują pingwiny, wydrzyk antarktyczny, rybitwa antarktyczna, albatros, pochwodziób żółtodzioby oraz czarnodzioby, petrel antarktyczny. W najwyższych górach, Himalajach i Ałtaju, żyją ułar tybetański, himalajski, kaukaski, kaspijski i ałtajski, orzeł przedni, orłosęp brodaty, sęp płowy i ibisodziób. Na pustyni występują lelkowate, sieweczka pustynna, brzegówka, stepówka, kruk, kukawka kalifornijska… Wszędzie niosą się głosy ptaków – w mroźnym i rozgrzanym powietrzu. Ptasia pieśń, nierozerwalnie związana z człowiekiem, jest niezbędna naszej synestetycznej pamięci. Podobnie jak zapach czy obraz, wywołuje nagły błysk wspomnienia: ogrodu, lasu, wrzosowiska, portu. Ta obecność ptasich głosów jest nam tak samo potrzebna jak inne elementy naszego świata, a ich zamilknięcie zawsze wróży coś niepokojącego – zbliżanie się drapieżnika, naruszenie systemowe, zachód słońca i nadejście nocy. Rację ma autorka, gdy przypomina i fascynuje się wielorakością głosów w naturze: Ptasia pieśń jest zjawiskiem, które imponuje pod każdym względem. To nieskończenie wiele odcieni i subtelności: dialogi, duety, mimikra poprzez naśladowanie cudzego śpiewu, ostrzeżenia, pozdrowienia, wiadomości, których nie potrafimy jeszcze zrozumieć. Ptaki używają głosu podobnie jak my: aby obwieścić swoją obecność, wyrazić radość, zaalarmować, uwieść, odstraszyć, okazać strach lub dać upust innym emocjom. Warianty melodii, liczba pieśni w repertuarze wprawiają w osłupienie – zięba zna sześć różnych pieśni, słowik dwieście, przedrzeźniacz rudy dwa tysiące. Na jedną linię melodyczną, którą uważamy za charakterystyczną dla określonego gatunku, składają się nawet setki nut. Na modyfikacje częstotliwości, tonacji wpływają kontekst sytuacyjny oraz geograficzny. Na przykład ptaki morskie, nawołujące się w stadzie, robią potworny hałas. Głos maskonura to coś pomiędzy wyciem potępieńca a jazgotem piły łańcuchowej. Rybitwy popielatej – wysoki, natarczywy pisk. Petrela – głośna czkawka. Kormoranów – krztuszenie się albo donośny dźwięk fagotu. Razem tworzą one orkiestrę z piekła rodem, grającą na instrumentach ze złomowiska. Faktycznie – nie wszystkie pieśni są pieśniami. Istnieją również klekoty, stukoty, warkoty i gwizdy, rozmaite komunikaty wydawane dziobami, skrzydłami, stopami… Odkładam książkę Woolfson z żalem, bo każda jej strona jest fascynującą przygodą czytelniczą, nie tylko dla ornitologa – dla każdego poszukiwacza źródeł i sensu, natury i kultury, początku i końca spraw tego świata.

______________

Esther Woolfson, CORVUS Życie wśród ptaków, przeł. A. Pluszka i J. Wajs, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 328.

WILGA

Foto Tomasz Jóźwiak

Czasami krótkie wyjście z domu, dostarcza licznych wrażeń związanych z ornitologią. Tak było i dzisiaj, gdy wyszedłem na pocztę, wędrując jak zwykle ulicą Horodelską, a potem szerokim, pustym polem, pełnym krzewów i niskich drzew. Zwykle podczas takich wędrówek widzę jakieś przygodne ptaki, ale dzisiaj było ich znacznie więcej, co może potwierdzać obserwacje, iż w czasach zmniejszonego ruchu ludzkiego,  zwierzęta odważniej wchodzą (wlatują…) między domy. Od razu po wyjściu zauważam powszechne, szczególnie w okolicach domków jednorodzinnych, ptaki codzienne: sroki, kawki, całe stada mazurków, jakieś pary synogarlic i pojedyncze sikory. Na dachy pobliskich domów zalatują znad Brdy rybitwy i duże mewy, są też ogromne wrony i mrowie szpaków, przysiadających na kwitnących właśnie drzewach lub płotach. Moje zdziwienie budzą niepłochliwe, potężne gołębie grzywacze, które niegdyś zobaczyć można było tylko w lesie, a teraz siedzą sobie w przyblokowym ogródku i nie zwracają na mnie uwagi. Szybko załatwiłem sprawy na poczcie i wracałem głęboko oddychając, świeżym, chłodnym, majowym powietrzem, czując jakąś rozpierającą mnie witalność. Lubię tę porę roku, chociaż pyłki kwiatowe solidnie dają mi się we znaki i wieczorami muszę zażywać jakąś tabletkę antyalergiczną. Miałem dobry humor i byłem już blisko domu, gdy nagle stanąłem jak wryty i zacząłem nasłuchiwać śpiewnych pogwizdywań, najpierw kilku skrzekliwych tonów, a potem krystalicznie czystych zaśpiewów. Tak, nie mogłem się mylić, to odzywała się wilga, gdzieś stosunkowo niedaleko ode mnie. Zwolniłem kroku i zacząłem lustrować wysokie brzozy, na skraju ogródków działkowych, które wielokrotnie bywały obszarem moich obserwacji, gdyż widywałem na nich stada jemiołuszek, paszkotów, jakieś samotne grubodzioby albo rzadkie sikorki. Śpiew na chwilę ustał, bo pewnie ptak zauważył ruch na drodze, więc przystanąłem i zacząłem  uważnie wpatrywać się w korony brzóz, który przy większym powiewie wiatru odsłaniały swoje wnętrza. Nagle zlokalizowałem coś wyraziście żółtego i już nie miałem wątpliwości, że natknąłem się na wilgę, której pióra w tym czasie są jeszcze niezwykle jaskrawe. Ptak pozwolił mi poobserwować się dość długo, po czym odleciał nad ogródki swoim charakterystycznym chwiejnym lotem, raz w górę, raz w dół. W sumie niewiele wilg widziałem w swoim życiu, więc to zdarzenie uznałem za dobry znak i w znakomitym humorze wróciłem do domu.

PTAKI WONGA SIFU

Mieszka w Hongkongu i niewiele o nim wiemy. Tylko tyle, że uprawia karate, jest z zawodu policjantem i zapalonym ornitologiem-fotografem. Osiąga niezwykłe wyniki w zakresie fotografii przyrodniczej, ze szczególnym uwzględnieniem najbarwniejszych ptaków azjatyckich.  Oto próbka jego wspaniałych możliwości… Choć wydaje się, że ptaki zostały podkolorowane, to są to barwy rzeczywiste.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PEŁZACZ OGRODOWY

Pierwszego pełzacza zobaczyłem na cmentarzu Świętej Trójcy w Bydgoszczy, w okolicach 1982 roku. Wiele się wtedy działo w Polsce, bo wprowadzono stan wojenny i na skrzyżowaniach stały Skoty, a na ulicach widziało się patrole zomowców i żołnierzy. Wtedy właśnie chodziłem często po dwóch cmentarzach, sąsiadujących z naszym osiedlem i przyglądałem się uważnie ich rzeczywistościom. Związane to było z pisanym zbiorem wierszy pt. Pole umierającej kraski, który w założeniu miał być hołdem dla moich kolegów i koleżanek, którzy nie wytrzymali naporu młodości i popełniali samobójstwa, albo ginęli w tragicznych okolicznościach w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Te wyprawy na nekropolie, gęsto zadrzewione, pełne krzewów przy wolnej przestrzeni, ukazały mi ich bogactwo ornitologiczne – od powszechnych gawronów, kawek, wron i srok, poprzez sikory, sójki, grzywacze, aż do gatunków rzadszych, jak gile, jery, kowaliki, jemiołuszki. Wtedy też na pniu topoli zauważyłem dziwnego ptaka, poruszającego się po nim ruchem okrężnym i łowiącego pająki, chrząszcze oraz skrzydlate bezkręgowce. Miałem wtedy w domu atlas ptaków Jana Sokołowskiego i po przyjściu do domu, wiedziałem już, że natknąłem się na pełzacza ogrodowego (Certhia brachydactyla). Początkowo myślałem, że zobaczyłem niewielką mysz, buszującą na pniu i szukającą pożywienia, ale podchodząc jak najostrożniej, wyodrębniłem poszczególne cechy niewielkiego ptaszka. Miał dość krępą budowę ciała i długi, zakrzywiony haczykowato, brązowy dziób, a przy tym niezwykły, jakby zaostrzony ogon. Sprawiał wrażenie brązowej plamy, ale nakrapianej jaśniejszymi, rudawymi i białawymi centkami, z wyraźnymi akcentami bieli na brzuchu, brązu na skrzydłach i beżu na kuprze. Oczywiste stało się dla mnie, że takie samo upierzenie samca i samicy ma przypominać rysunek kory drzewnej i maskować drapieżnika w konfrontacji z owadami. Ptak ten ma sztywne sterówki, którymi podpiera się, gdy porusza się po pionowych płaszczyznach pni drzewnych, czyniąc to co najmniej tak samo sprawnie jak dzięcioły i kowaliki. Jego subtelne popiskiwanie przypomina uderzanie o siebie kryształków lodu albo niewielkich kawałków szkła i należy do najsubtelniejszych głosów przyrody.

Pełzacze poruszają się ku górze i rzadko schodzą głową w dół, jak czynią to kowaliki, czasem też przeskakują na grubsze konary i oplatają je swoim dookolnym ruchem. Można je obserwować w prawie całej Europie, z wyjątkiem Wysp Brytyjskich i Skandynawii, gdzie jest dla nich za ostry klimat. Ich areał rozszerza się w dół planety, do Północnej Afryki, a na wschodzie do Azji Mniejszej i Środkowej. W Polsce występuje wyspowo i jest rzadszy do swojego bliskiego pobratymca – pełzacza leśnego, zamieszkującego dość licznie różne typy gęstych zadrzewień. Są to samotnicze ptaki całoroczne, a jedynie w zimie obserwuje się łączenie ich w stada z raniuszkami lub sikorami i spektakularne, inwazyjne przeloty z enklawy do enklawy. Ich ruchy, jak u większości małych ptaków, są nerwowe i cyklicznie powtarzalne, chyba że jakiś osobnik natknie się na większe skupisko owadów, które zatrzyma go dłużej w miejscu. Ale i wtedy, dla bezpieczeństwa co chwilę będzie odskakiwał na niewielką odległość, sondując przestrzeń wokół siebie. Chodząc potem jeszcze wiele razy po cmentarzach, uważniej już lustrowałem korę drzew i raz po raz zauważałem pełzacze. Stały się one dla mnie symbolem utajonej – jak to nazwałem we wspomnianym wyżej tomie – nadrzeczywistości. Iluż ludzi wędrując do grobów bliskich, przemierzając alejki cmentarne, nie zauważa takich, jakby utajnionych na co dzień, ale jakże żywych, elementów natury. Dopiero bliższa obserwacja pozwala nam zauważyć byty, które przez miliony lat przystosowały się do warunków, w których żyją i robiły wszystko, by być „niewidzialne”.  Ich specjalizacja i rozdzielenie z pełzaczem leśnym zaczęła się wraz z nastaniem epoki lodowcowej i trwa do dzisiaj. W tomie wierszy, który pisałem w stanie wojennym, a który potem ukazał się w Wydawnictwie Literackim i przyniósł mi Nagrodę młodych im. Stanisława Wyspiańskiego, pozostał ślad moich obserwacji cmentarnych i nawiązanie do sprytnego, pełzającego po korze ptaka: idę środkiem cmentarza – śnieg miękko siada na włosach/ i na ramionach figurek Jezusa zapatrzone w dal czarne ptaki/ siedzą na drewnianych krzyżach słychać skrzeczenie srok/ i niecierpliwy szelest oplatających topole pełzaczy. Trochę jednak żałuję, że nie napisałem wtedy osobnego wiersza o tym niewielkim, ale jakże interesującym bycie, egzystującym na granicy naszego świata.

WĄSATKA

Foto Krzysztof Napierała

Wąsatka (Panurus biarmicus) to niezwykle interesujący ptak, bytujący u nas rzadko na wielkich trzcinowiskach jezior i innych zbiorników wodnych. Czasem udaje się go zauważyć jak buja się na łodygach trzcin i tataraków, gdzie wypatruje owadów, swojego głównego pożywienia. Długość ciała wraz z ogonem wynosi ledwie trzynaście centymetrów, przy rozpiętości skrzydeł od szesnastu do osiemnastu centymetrów i wadze ciała tylko  kilkanaście gramów. Sporo par ornitolodzy obserwują na wschód od Polski i na południe od Ukrainy, w Azji Mniejszej i Środkowej, aż po północno-wschodnie Chiny. W Polsce najłatwiej ją zaobserwować na zachodzie kraju, gdzie staje się lokalnie liczna. Wyróżnia się jasno-cynamonowym upierzeniem tułowia i bardzo długiego ogona, ale cechą najbardziej charakterystyczną są dwa czarne wąsy z pierza, umocowane pomiędzy  oczyma i żółtawym dziobem. Są one bardzo kontrastowe w perspektywie niebieskawej, puszystej sierści na głowie i cynamonowych odcieni na reszcie ciała. Lotki na skrzydłach wąsatek są brązowe, czarne i białe i także kontrastują wyraziście z białawo-brązowym spodem. Pazurki mają czarne, stosunkowo duże i bardzo chwytne, dzięki czemu mogą łatwo przemieszczać się z łodygi na łodygę. Wąsatki budują gniazdo nisko nad wodą, zawieszone na pałkach lub trzcinach, wykorzystując do tego suche liście trzcin i ścieląc je ich kwiatostanami. Wychowują w nich dwa lęgi w ciągu roku – pod koniec kwietnia i w czerwcu, a pisklęta opuszczają gniazda już po 12-13 dniach. Na terenie Polski ptak został objęty ścisłą ochroną gatunkową, a wyspecjalizowane jednostki ornitologiczne chronią też ich biotopy lęgowe. Podczas wypraw nad jeziora lub wielkie stawy, czasem też rozległe delty i starorzecza, usłyszeć możemy subtelne głosy tych ptaków, składające się zwykle z jednego tonu i przypominające delikatne uderzenie małego młoteczka w srebrny talerzyk..

MAJNA BRUNATNA

Przeglądając zdjęcia z lutowej podróży do Indii zatrzymałem się przez chwilę nad tymi, na których udało mi się utrwalić w kadrze majny brunatne (Acridotheres tristis). Te niezwykle ekspansywne ptaki robiły sporo hałasu przy hotelu i szczególnie upodobały sobie śmietniki, w których inteligentnie szukały resztek pożywienia. Gatunek ten należy do rodziny szpakowatych i jak wszystkie osobniki tego typu jest niezwykle sprytny, zaradny, bezlitosny i pełen inwencji w niszczeniu konkurencji. Ludzie od dawien dawna zauważali jego żarłoczność i spróbowali wykorzystać go do tępienia owadzich szkodników, co niestety dało opłakane rezultaty. Ptaki tak się rozmnażały, że stawały się gatunkami inwazyjnymi i dziesiątkowały populacje skrzydlatych stworów. Na Hawajach rabowały gniazda burzyków, w Izraelu i Republice Południowej Afryki zaczęły niszczyć miękkie owoce i wszędzie wypierały pierwotne populacje ptaków owadożernych. Warto wskazać też pozytywy, takie jak użyteczność tych stworów w domach, gdzie trzymane w klatkach potrafią naśladować głosy, albo na polach i w zaroślach, gdzie gromadzą się nad wężami, czynią wiele hałasu i wskazują ludziom zagrożenie ze strony jadowitych gadów. Gdy opuszczałem hotel w miejscowości Puri i przemieszczałem się samochodem w kierunku Bubaneswaru, zauważyłem też majny na polach, towarzyszące rolnikom przy pracach polowych i wydziobujące larwy ze świeżo poruszonej ziemi. Zapewne podobne obserwacje spowodowały, że ludzie zaczęli implantować majny w różnych szerokościach geograficznych, co niestety dało opłakane skutki inwazyjne. Początkowo żyjące na otwartych nizinach, obecnie upodobały sobie siedliska ludzkie, pojawiając się w niewielkich stadach, w ogrodach, parkach, na cmentarzach i trawnikach. Słońce wschodziło nad horyzont Oceanu Indyjskiego, a ja siedząc na balkonie śledziłem harce brązowych ptaków wielkości sójki lub drozda. Ubarwione na brązowo, z metalicznie czarną głową i ogonem, mają kontrastowo białe podbrzusze, wyraziście żółte nogi i dziób, a cechą charakterystyczna jest też żółta obwódka wokół oczu. Zauważyłem, że wznosiły się aż ku dachowi czteropiętrowego hotelu i manipulowały przy rynnach, zlatywały na poręcze balkonowe, albo szybowały na trawnik, gdzie szukały bezkręgowców. Preferując korony palm kokosowych i opuszczone dziuple w pniach innych drzew, chętnie osiedlają się w dziurach budynków i pod ich rynnami, gdzie wydają po trzy lęgi w roku. Długo przyglądałem się majnom brunatnym na wschodnim wybrzeżu subkontynentu indyjskiego i miałem świadomość, że uczestniczę w pięknym spektaklu natury, którego tłem był ocean i wstające nad nim czerwone słońce, a treścią ulotność przydarzająca się tylko w takich  wyjątkowych chwilach.

KRASKA

© Foto Cezary Karkosz

Jako nastolatek sporo chodziłem po podbydgoskich lasach, zapoznając się z siecią dróg i ścieżek, odkrywając w ostępach ukryte jeziora, małe i rozległe łąki. To wędrowanie miało związek z moimi zainteresowaniami geograficznymi i pragnieniem podróżowania po całym świecie. Wtedy też rodziły się moje fascynacje zwierzętami, a szczególnie ptakami, które podglądałem również w parkach, na cmentarzach, nad starym pruskim kanałem i nad dziewiczą Brdą. Właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłem najpiękniejsze polskie  skrzydlate stworzenia: zięby, wilgi, kowaliki, gile i jery, dudki, zimorodki, dzięcioły zielonosiwe, szczygły, krzyżodzioby,  pleszki, sójki, rudziki. Podczas jednej z wypraw do lasu zobaczyłem też po raz pierwszy kraskę, siedzącą na drucie telegraficznym i w jasnym świetle lipcowego dnia prezentującą swoje zjawiskowe upierzenie. Tak byłem zaskoczony tymi barwami, tak rozbłysły one w mojej wyobraźni, że po latach, gdy pisałem zbiór wierszy eschatologicznych, przetransplantowałem tego ptaka w obręb osiedlowych cmentarzy, a tomik zatytułowałem Pole umierającej kraski. Nie znamy swoich przeznaczeń, a gdy zaczynają się odsłaniać, często generują wielkie zdziwienie, zaskakują nas efektami życiowymi i – jak to uczenie się nazywa – ekspandacją wyobraźniową. Ta kraska, zauważona na drucie, rozwieszonym nad wielką leśną polaną, ten ptak przeniesiony do mojej poezji, stał się zaczątkiem zdumiewającego literackiego sukcesu. Moja mała książeczka, opublikowana przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie, a potem kolportowana w całym kraju, wywalczyła Nagrodę Artystyczną Młodych Imienia Stanisława Wyspiańskiego, którą wręczono mi w Warszawie, w dzisiejszym Pałacu Prezydenckim. Długo stałem u wrót polany i przyglądałem się niebieskiemu ptakowi, nie mogąc sobie uzmysłowić jak tak barwny ptak, jakby żywcem przeniesiony z tropikalnej egzotyki, mógł pojawić się w podbydgoskim kompleksie leśnym. Po kilku minutach kraska zatrzepotała obwiedzionymi czernią skrzydłami – tymi samymi, które tak udanie w 1512 roku odwzorował na swoim rysunku Albrecht Dürer – poprawiła się na drucie, po czym zerwała się do lotu i pomknęła w dal.  Odprowadzałem ją wzrokiem, póki nie zlała się z ogromnymi sosnami w oddali i nie zniknęła całkowicie, szybując już tylko pośród mgieł mojej pamięci.

Mal. Albrecht Dürer, 1512

Kraska zwyczajna lub pospolita (Coracias garrulus), to gatunek średniej wielkości ptaka wędrownego z rodziny krasek (Coraciidae). Niegdyś bardzo liczna w niemal całej Europie, środkowej i południowej Azji oraz północno-zachodniej Afryce. Niestety ostatnio coraz mniej liczna, a w niektórych krajach już w ogóle nie obserwowana, nawet podczas przelotów. Zimuje pośród sawann południowo-wschodniej Afryki, nad Zatoką Gwinejską a nawet na samym południu tego kontynentu, gdzie konkuruje swoją urodą z wieloma jaskrawo upierzonymi ptakami.  Ornitolodzy podają, że w Polsce jest obecnie tylko 60-70 par i to tylko we wschodniej części kraju, na Lubelszczyźnie, w puszczach Mazur, Podlasia oraz w Kotlinie Sandomierskiej. W całej Europie liczebność krasek szacuje się na 530-960 par lęgowych, ale liczba ta spada, bo wiele samców i samic ginie podczas przelotów i zimowania w Afryce, gdzie staje się łupem agresywnych drapieżców i ludzi, których nie unika. Ten niebiesko-rdzawy ptak nie charakteryzuje się dymorfizmem płciowym, choć pióra poszczególnych osobników zmieniają swoją barwę w różnych porach roku.  Ma on dość krępą budowę i wyraźnie zaokrąglone skrzydła. Głowa i kark są niebieskie, z domieszką seledynu, spód niebieskoszary, grzbiet (płaszcz) i barkówki rdzawe lub brązowo-czerwonawe, pokrywy skrzydłowe i podskrzydłowe niebieskie, lotki od góry czarne, od spodu szafirowe, sterówki od góry seledynowe, od spodu szafirowe. Skrajna para sterówek kilka milimetrów dłuższa – wystaje z obrysu końca ogona. Dodajmy do tego silny, lekko zakrzywiony czarny dziób i żółtawe, chwytne nogi. Dojrzały ptak jest rozmiarów kawki lub sójki (długość ciała 32 cm, rozpiętość skrzydeł ponad 70 cm), a w locie przypomina wronę lub gawrona.

© Foto Cezary Karkosz

Trudno się dziwić, że swoją pierwszą kraskę zauważyłem przy lesie, na brzegu wielkiej polany, bo ptaki te upodobały sobie skraje zadrzewień typu parkowego, w pobliżu pól i sporych trawiastych przestrzeni, dobrze ogrzanych przez słońce. Gnieździ się w dużych dziuplach, opuszczonych przez dzięcioły albo sowy, najczęściej na schnących wierzbach, topolach, sosnach, olchach lub osikach. Ptak posiada znakomitą echolokację, gdyż po zimie wraca zwykle do starych dziupli lub – na południu kraju – do nor wygrzebywanych w wielkich urwiskach lub  nawet do obszernych dziur w murach. Kraski są monogamiczne, przez całe życie nie zmieniają partnerów, chyba, że jakieś tragiczne wydarzenie je do tego zmusi. Pożywienie tych mieszkańców przestworzy składa się z owadów prostoskrzydłych (pasikoników), chrząszczy, dżdżownic i pająków a także drobnych kręgowców – gadów, płazów i ssaków (myszy i norników), jesienią nie gardzą też skruszałymi owocami krzewów i drzew. Ptak zagrożony jest całkowitym wyginięciem i już czas najwyższy by ornitolodzy zaczęli go sztucznie namnażać, tym bardziej, ze wiele piskląt ginie zaraz po wykluciu się z jaj, albo podczas pierwszych dni po opuszczeniu gniazda, gdy niedojrzałe osobniki instynktownie pozostają przy nim, wałęsając się po ziemi lub przeskakując z gałęzi na gałąź. Trudno powiedzieć czy kraski przetrwają w Polsce, a szczególny niepokój budzi likwidowanie łąk i zamienianie ich na pola uprawne, ścinanie starych dziuplastych drzew i powszechne stosowanie herbicydów. Na razie cieszymy się obecnością tych ptaków w naszej rodzimej przyrodzie, a fotograficy ornitolodzy raz po raz zaskakują nas portretami tych kolorowych istot. Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie reprodukowane tutaj dwie fotografie autorstwa znakomitego fotografika Cezarego Karkosza, niezwykle udane i dokumentujące piękno tych ptaków. Warto zaglądać na stronę autorską tego twórcy (http://www.cezarykorkosz.pl), gdyż są na niej prawdziwe arcydzieła sztuki mimetycznej i naturalistycznej.

© Foto Szabó Gábor

 

SOWA USZATA

Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku spędzałem wakacje nad jeziorem Ostrowickim, w okolicach Jadownik Rycerskich. Byłem tam dzięki uprzejmości mojego najlepszego kolegi – Marka Maślanki – i zapamiętałem te chwile bardzo dobrze, tym bardziej, że wciąż kąpaliśmy się w jeziorze, pływaliśmy na łodziach, kajakach i rowerach wodnych, a nade wszystko wędrowaliśmy wokół jakże cudownego akwenu. Tam zapewne należy szukać korzeni moich fascynacji ornitologicznych, gdy zatrzymując się łodzią przy brzegu, przyglądałem się zjawiskowym zimorodkom i przelatującym majestatycznie nad tonią bączkom, mewom i rybitwom. Podczas jednej samotnej wędrówki na drugi brzeg jeziora znalazłem w trawie kilka pięknych piór jakiegoś ptasiego drapieżnika. To one doprowadziły mnie do kilku skarlałych sosen, na których swoje gniazda miały uszatki, albo inaczej sowy uszate (Asio otus), ptaki z charakterystycznymi piórkami na głowie, przypominającymi małe uszy. Pamiętam jakie wrażenie na mnie zrobiły, pozwalając mi na długą obserwację, czasem tylko przefruwając z drzewa na drzewo. Długo w moich zbiorach leżały te pióra, aż w końcu jakiś powiew czasu cisnął je gdzieś, nie wiadomo gdzie, ale na szczęście nie przepadły zainteresowania ornitologiczne. Studiując atlasy, albumy fotograficzne i fachowe poradniki, zatrzymywałem się nieraz przy sowach, fascynując się puchaczami, puszczykami i pójdźkami, a ilustracje związane z uszatkami nieodparcie przywoływały pierwsze spotkanie z nimi w okolicach Żnina. Dopiero perspektywa wielu lat, pozwala zobaczyć ważne momenty naszego życia w długich ciągach zdarzeń i wyodrębnić je z natłoku innych chwil. Jakże wciąż wyrazisty jest w mojej pamięci ten moment, gdy schylałem się ku trawie, podnosiłem pióra sów i podążałem w kierunku niewielkich sosen, na których siedziała ich duża rodzina.

Pióra sowy uszatej

Uszatki są ptakami dość licznymi w naszej strefie geograficznej, a ich zasięg jest przeogromny i obejmuje Eurazję, północno-zachodnią Afrykę i Amerykę Północną. Występowanie i lawinowy rozród uwarunkowany jest od ilości pożywienia, a przede wszystkim od niepohamowanych rozmnożeń myszy, ryjówek, norników i mniejszych szczurów. Wtedy rodzicom udaje się wychować więcej piskląt (dwa lęgi), które szybko rosną, opuszczają gniazdo, łączą się w pary i znajdują własny areał łowiecki. Uszatki podobne są do puchaczy, ale ich ciała nie są tak duże – samica jest większa od samca, który z kolei ma jaśniejszy spód skrzydeł. Upierzenie – jak u wielu sów – jest rdzawo-brązowe, a znakomity efekt maskujący dają setki ciemnych plamek i kresek, zlewających się z gęstwiną krzewów, skąd ptaki wypatrują swych ofiar. Na zbliżeniach filmowych ogromne wrażenie robią pomarańczowe tęczówki tych drapiezników, a także kępki nastroszonych piórek na ruchliwej głowie, mylnie określanych jako uszy. Poszczególne osobniki osiągają długość 35-37 cm, a rozpiętość skrzydeł samic dochodzi do jednego metra, co daje ogromną siłę nośną i bardzo dynamizuje lot, szczególnie w sytuacji pogoni za ofiarami. Przy ogromnej aktywności łowieckiej uszatki mają znakomitą przemianę materii i osiągają wagę zaledwie 260-280 gramów. Zbliżając się do gniazdujących ptaków, nie słyszałem ich głosów, bo charakterystyczne pohukiwanie wydają one z siebie tylko w nocy. To jest czas ich przygotowania do krwawych łowów, bo najbardziej aktywne są o zmierzchu i świcie, kiedy to można je zobaczyć, jak lotem ślizgowym przemykają pomiędzy krzewami i niskimi drzewami. Najważniejszą rolę odgrywa ich słuch, pozwalający polować nawet w całkowitych ciemnościach i dający ogromną przewagę nad ofiarami. Od marca do sierpnia można zaobserwować akrobacje samców, które w ten sposób przyciągają uwagę samic i zaznaczają swoje panowanie nad sporym areałem łowieckim. Pary łączą się ze sobą tylko podczas jednego sezonu i w następnym roku szukają już innych partnerów, a żyją jedynie około dwudziestu kilku lat. Od dawien dawna sowy są symbolem mądrości, czujności i inteligencji, a także mają wstęp do świata duchów. Jako ptak chtoniczny łączą niebo z ziemią i wraz z sępami, krukami, wronami i kawkami uczestniczą w ucztach nad martwymi ciałami zwierząt i ludzi.

ORNITOLOGIA I AMAZONIA W ORIONIE

Jacek Lebioda (z lewej) i Arkady Radosław Fiedler (z prawej) w bydgoskim Orionie

 Polska fotografia ornitologiczna stanowi ważną część naturalistycznej fotografii artystycznej i poszczycić się może sporymi osiągnięciami. Starczy wymienić takie nazwiska jak Włodzimierz Korsak, Jan Bułhak, Włodzimierz Puchalski czy Jerzy Łapiński, starczy przywołać wiele ich ekscytujących albumów, wystaw I filmów. Do tego grona dołączyć trzeba wielu pisarzy-podróżników, którzy podczas swoich wypraw dokumentowali też liczne spotkania z ptakami. Tacy twórcy jak Kamil Giżycki, Janusz Wolniewicz, a nade wszystko Arkady Fiedler, pozostawili potomnym ogromny, wartościowy przekaz na temat egzotycznych ptaków, ucząc miłości do przyrody I motywując wielu młodych ludzi do wkroczenia na ścieżkę przyrodnika, ornitologa lub fotografa natury. Z takich klimatów wywodzi się też sztuka fotograficzna Jacka Lebiody, który wzrastał w Bydgoszczy, na osiedlu Błonie, skąd ruszał na pierwsze wyprawy poznawcze do pobliskich lasów, and brzegi Brdy i Noteci oraz nad stawy w okolicach Ślesina. Tam robił pierwsze zdjęcia ptaków, najpierw w technice czarno-białej, a potem w kolorze, z wykorzystaniem najnowocześniejszego sprzętu. To, co było najpierw sympatycznym hobby, zaczęło podążać w kierunku sztuki, egzemplifikowanej kolejnymi wystawami.

Ostatnio artysta zaprezentował swoje prace w kilku bydgoskich placówkach kultury, w tym w Klubie Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej “Orion”. Było to wydarzenie ze wszech miar interesujące, gdyż połączone zostało z promocją książki pt. Sumienie Amazonii, syna wielkiego podróżnika z Puszczykowa  – Arkadego Radosława Fiedlera. Na początku autor wystawy wygłosił krótkie wprowadzenie i zaprezentował swoją wizję fotografii przyrodniczej, z odniesieniami do wielkich poprzedników i własnych doświadczeń twórczych. Potem licznie przybyła publiczność zapoznała się z ekspozycją wielu fotogramów, głownie ornitologicznych, chociaż nie brakowało też szerokich ekspozycji natury, odwzorowywanej w szczególnych momentach, przy załamaniu pogody, o świcie i zmierzchu, a także na granicy dnia i nocy. Uwagę przykuwały ptaki wodne, uchwycone w locie, podczas startu z tafli stawów lub jezior, ale zaciekawiały też i inne przybliżenia, mniejszych mieszkańców lasów, ogrodów i parków. Wyrazista jest u tego twórcy dążność do ukazania zróżnicowania gatunkowego ptaków, przy jednoczesnym uchwyceniu ich piękna, do czego przyczyniają się detale upierzenia, umaszczenia piór i puchu, odwzorowywane z niezwykłą sumiennością i delikatnością, przy właściwej ekspozycji świetlnej.

Wystawa znakomicie wpisała się w drugą część tego artystycznego zdarzenia, kiedy to Arkady Radosław Fiedler zaprezentował swoją interesującą książkę o Amazonii, a wykład zilustrował wieloma fotografiami wykonanymi w Ameryce Południowej. Mówił o radościach i trudnościach w podróżowaniu po tych rejonach, gdzie na każdym kroku czyha zagrożenie, a człowiek może liczyć tylko na siebie i pomoc współuczestników wyprawy. Wiele tutaj było interesujących nawiązań do podróży ojca i sporo dygresji z pogranicza zoologii i filozofii ekologicznej. Autor książki mówił o ludziach i zwierzętach, o niezwykłych miejscach i spotkaniach w dżungli. Widać przy tym było ogromną pasję, która świetnie konweniowała z pasją ornitologiczną, odzwierciedloną na wiszących na ścianach fotografiach Jacka Lebiody. Obaj prelegenci zaproponowali publiczności ogląd świata w jego najpiękniejszych cząstkach i wymiarach, a żywiołowa reakcja publiczności wskazywała na to, że trafili oni do świadomości wielu obecnych, zaszczepiając w nich umiłowanie przyrody i wiarę w niezwykłość i oryginalność naszego świata.

 

 

Dariusz Tomasz Lebioda

« Older entries

%d blogerów lubi to: