NOWE PTAKI WONGA SIFU

Co jakiś czas wspaniały fotograf i ornitolog z Hong Kongu udostępnia w Internecie wspaniałe przybliżenia chińskich ptaków. Oto następna partia, z tak oryginalnymi i charakterystycznymi dla tego kraju, srokami błękitnymi.

BŁĘKIT

Ach, jak dobrze jest wyjść wczesnym rankiem do ogrodu i zobaczyć słońce wstające w pełnej krasie… Taki dzień, zaczynający się od zaczerwień i fioletów po wschodniej stronie nieba, zapowiada dominację błękitu i światła. Tak, ilekroć myślimy o szczęściu, kojarzy nam się ono z tymi elementami wizualności świata, a jeśli do tego dodamy jeszcze ciepło, uzyskamy to, co w czasach dzieciństwa utrwaliliśmy sobie, jako cud istnienia. Tym razem poczułem wyraźnie mroźny powiew nocy, ale w połączeniu z błękitem i światłem stał się on czymś w rodzaju porannego orzeźwienia, zachęcającego do podjęcia codziennych prac. Zapatrzyłem się na dalekie punkty czarnych ptaków, siedzących na gałęziach, a po drugiej stronie nieba zobaczyłem żeglujące w przestrzeniach powietrza ogromne mewy. Odczucie harmonii świata połączyło się we mnie z przekonaniem, że niebawem wszystko w przyrodzie eksploduje, pojawią się liście, pąki i kwiaty, a zieleń stanie się kolorem dominującym na ziemi. Życie może być trudne, kłopotliwe, ale ważne jest też i to, by zauważać jego chwilowe piękno, nawet jeśli okupione ono jest bezlitosną przemijalnością świata. I błękit w tym bardzo dopomaga…

 

KWICZOŁ OGRODNIKA

Kwiczoł

W lutym moim ogrodzie pojawił się niezwykle rezolutny kwiczoł, który nie potrafił współegzystować z innymi ptakami. Od dawna wysypuję skrzydlatym gościom ziarno i jakieś resztki z kuchni, pozostające po obiadach lub innych posiłkach. W porze zimowej zwykle żywią się nimi sroki, gawrony, wrony, kawki, sójki, czasem pojawiają się mewy, grzywacze i synogarlice i oczywiście cała drobnica ptasia: wróble, mazurki, sikorki, rudziki, rzadziej grubodzioby lub jemiołuszki. Ostatnio pojawiało się też sporo drozdów, zjadających zetlałe owoce dzikiej róży, wina i mahonii pospolitej. Pośród nich znalazł się wskazany wyżej kwiczoł, który zdziwił mnie swoją zapobiegliwością i brakiem empatii dla innych skrzydlaków. Gdy przy ziarnie pojawiały się mazurki i sikorki, natychmiast je przeganiał, przefruwał z miejsca na miejsce i robił sporo rumoru. Postanowiłem dopomóc nieco małym ptakom i rozsypałem pożywienie w dwóch, oddalonych od siebie miejscach, na trawniku i na drewnianym tarasie. Niestety nic to nie dało, bo kwiczoł pilnował obu miejsc, co chwile przefruwając ze środka ogrodu na taras i płosząc stada maluchów. Nic nie dało stworzenie też trzeciego miejsca, bo wartownik i tam dolatywał, goniąc drobnicę. A czynił to nawet wtedy, gdy sam się najadł do syta, jakby pilnując tego, co uznał za swój wielodniowy spichlerz. Patrząc na niego pomyślałem, że może warto zmodyfikować słynne określenie pies ogrodnika zamienić je na kwiczoł ogrodnika… Jakkolwiek by się jednak nie zachowywał ten barbarzyńca, dał mi wiele okazji do obserwacji gatunkowej.

Nastroszony kwiczoł ogrodnika

Pisałem już o tych ptakach w moim dzienniku, ale warto przypomnieć nieco wiadomości o nich. Kwiczoły (Turdus pilaris) to średniej wielkości ptaki wędrowne z rodziny drozdowatych, zamieszkujące północną i środkową Eurazję, od Wysp Brytyjskich, po rzekę Ałdan we wschodniej Syberii. To ptaki, które upodobały sobie chłodne przestrzenie, ale nie lubią za dużego mrozu, dlatego na zimowiska lecą do zachodniej Europy, północnej Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Choć kiedyś kwiczoły można było rzadko zauważyć w Polsce, to teraz na wschodzie jest to liczny ptak lęgowy, a na zachodzie średnio liczny gatunek. Zwykle jego wielkość określa się jako „wielkości kosa”, choć przecież bywa znacznie grubszy od niego, szczególnie, gdy bytuje w obszarach zasobnych w owoce. Charakteryzuje go trójbarwne upierzenie: szara głowa i kark, brązowy grzbiet i wierzch skrzydeł oraz czarnobrunatny ogon. W locie łatwo dostrzeżemy biały spód skrzydeł, wyraźnie odcinający się od szarego kupra i ciemnego ogona. Pierś bywa żółtawa lub pomarańczowa, a podbrzusze białe. Na piersi i bokach widoczne jest gęste, czarne kreskowanie, plamy mają kształt grotów strzał. Dziób u samców w szacie godowej żółty, a w szacie spoczynkowej ciemnieje na czubku i z wierzchu, upodabniając się do dziobów samic i młodych. Kwiczoł to ptak hałaśliwy, w spoczynku często ponawiający okrzyki typu czak czak czak, a w locie odzywający się miękkim, kwiczącym łiii. Książki ornitologiczne pełne są opisów waleczności kwiczołów, które potrafią zaciekle bronić młodych, uciekając się do opryskiwania napastników swoimi odchodami. Kwiczoł z mojego ogrodu nie uciekał się do takich drastycznych metod, a jedynie – jak większość drozdów – robił sporo hałasu, podnosił ogon i ustawiał się w pozycji bojowej, a potem rzucał się na wróble, chcące uszczuplić zasoby jego zawłaszczonego karmnika.

O ROKU ÓW…! (4)

A 380 na lotnisku we Frankfurcie

15 maja tego niezwykłego roku poleciałem wraz z żoną do Stanów Zjednoczonych i wyjazd ten – wraz z zeszłorocznym skokiem do Chin – był rodzajem podróży poślubnej. Przelecieliśmy z bydgoskiego lotniska do Frankfurtu nad Menem, a stamtąd największym samolotem świata, Airbusem A 380 pomknęliśmy za ocean. Loty z Bydgoszczy są niezbyt dobrze skorelowane z przesiadkami w wielkich portach lotniczych, więc musieliśmy szybko przebiec ogromną przestrzeń długich korytarzy lotniskowych i przy wyznaczonej bramce byliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko zrekompensował wygodny, siedmiogodzinny lot z Hesji do Nowego Jorku, tradycyjną trasą nad Wielką Brytanią, Islandią, a potem nad kanadyjską Wyspą Księcia Edwarda, Nową Szkocją i wschodnim wybrzeżem USA. Z radością patrzyłem jak wielki samolot zaczął się zbliżać do zachodniego końca Long Island, minął charakterystyczne bagna Jamaica Bay i majestatycznie wylądował na głównym pasie lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Ilekroć w przeszłości zbliżałem się do Nowego Jorku, czekałem na pojawienie się tych rozlewisk i patrząc przez okienko, z radością wyławiałem z zieleni ptaki, krążące nad nimi, przede wszystkim wyraziste, białe czaple. To był znak, że Ameryka znowu otwiera swoje wrota, choć przed nami była jeszcze drobiazgowa kontrola celna, weryfikacja wiz i długie oczekiwanie na przejście granicy. Na szczęście wszystko przebiegło bez komplikacji i już byliśmy w głównej hali terminalu przylotowego, skąd powędrowaliśmy na postój żółtych taksówek. Zarządzający nimi Afroamerykanin szybko przydzielił nam obszernego Forda i już ruszaliśmy na Manhattan przez Queens i północny Brooklyn, po drodze rozmawiając z pakistańskim kierowcą, który zachwalał nam słodkie życie w Ameryce. Jechaliśmy do Hotelu Roosevelt, ulokowanego przy 45 East Street, pomiędzy Madison Avenue i Vanderbilt Avenue, niedaleko dworca Grand Central. Taksówkarz powiedział z dumą, że ten, otwarty w 1924 roku hotel, jest teraz w posiadaniu Pakistan International Airlines i jakieś udziały w tym biznesie mają też bogaci Saudyjczycy. Przemknęliśmy szybko na miejsce, wnieśliśmy bagaże do głównego hallu, a potem oddaliśmy je na przechowanie, bo naszym pobytem zarządzała przyjaciółka z Los Angeles – Sona Van, która miała przylecieć dopiero wieczorem. 

Ania w Grand Central

Mieliśmy sporo czasu, więc postanowiłem oszołomić Anię Nowym Jorkiem i najpierw wziąłem ją do pobliskiego dworca Grand Central. Przestronne hole i kaskady światła sprawiły, że przypomniały mi się wcześniejsze pobyty w tym miejscu, będącym jednym z symboli mknącej do przodu Ameryki. Charakterystyczny budynek umiejscowiony jest w pobliżu wieżowca Yale Club, w którym mieliśmy wystąpić następnego dnia. Teraz machnąłem ręką na żółtą taksówkę i kazałem kierowcy zawieść nas na Time Square, o którym mówi się, że to prawdziwy środek świata. Niestety zapomniałem o straszliwych korkach nowojorskich i droga tam zajęła nam dobre czterdzieści minut, co od razu odbiło się na liczniku. Kierowca  w czerwonym turbanie, rodem z Indii, musiał objeżdżać kwadraty zabudowy, by w końcu dotrzeć na miejsce i odsłonić białe zęby w promiennym uśmiechu. Czułem jakie wrażenie to miejsce zrobi na mojej żonie i teraz widziałem jak szeroko otwartymi oczyma chłonie rozświetloną barwami rzeczywistość. Wszystko tutaj jest magiczne, a szczególnie wielkie kolorowe reklamy ze słynnym budynkiem NASDAQ MarketSite, w którego dolnej partii znajduje się siedmiopiętrowa cylindryczna wieża z supernowoczesnym elektronicznym wyświetlaczem, największym na świecie. Kosztował 37 milionów dolarów i teraz, oprócz funkcji użytkowej, zachwyca tłumy turystów, robiących sobie zdjęcia na jego tle. Doskonale pamiętam moją bytność na Time Square w roku 2002, gdy stałem na środkowej wysepce i słuchałem Peruwiańczyków grających na fletni Pana. Przeżyłem wtedy wielkie wzruszenie i wyczułem życiowe burze, które miały nadejść w następnych latach, za sprawą różnorakich nieludzkich kanalii – na szczęście już wtedy byłem dumny z mojego życia i tego, czego dokonałem, a przecież od tamtego czasu suma osiągnięć zwiększyła się kilkakrotnie. Teraz też czułem się wspaniale w Nowym Jorku, a zachwyt Ani był dodatkowym bonusem. Chodziliśmy między rzeszami turystów i robiliśmy zdjęcia, a kolorowe reklamy zmieniały się co chwilę i pojawili się przy nas mężczyźni przebrani za bohaterów rodem z Marvel Studios, oferujący swoje usługi jako modele. Wyjęliśmy nieco dolarów i sfotografowaliśmy się z Batmanem, Hulkiem, Supermanem i Spider-Manem. Byliśmy w symbolicznym centrum świata dwie godziny, a potem zjedliśmy po trójkącie pizzy w małej restauracyjce i ruszyliśmy z powrotem do hotelu, tym razem pieszo, rozkoszując się dalekimi perspektywami barwnie oświetlonych ulic.

Time Squere

Po przylocie Sony i naszej przyjaciółki Beaty Poźniak, znanej aktorki polskiej z Hollywoodu, przeszliśmy do pokoju, urządzonego w eklektycznym stylu. Trafił nam się niezbyt ciekawy widok z okna, na sąsiedni, szary drapacz chmur, ale wszystko rekompensowała bliskość znaczących miejsc w Nowym Jorku. W amerykańskich hotelach rzadko serwują darmowe śniadania, więc następnego dnia wyskoczyłem rano ku sąsiedniej Madison Avenue, gdzie na rogu znalazłem charakterystyczny mobilny punkt sprzedaży bajgli, zapiekanek, bułek i kawy. Kupiłem aromatyczne śniadanie, które uprzejmy Hindus zapakował w papierową torbę i ruszyłem z powrotem ku trzem wieżom hotelu, wybudowanego w charakterystycznym starym, nowojorskim stylu. Znajduje się w nim ponad tysiąc pokoi i pięćdziesiąt dwa apartamenty oraz dwie restauracje, a jego nazwa miała honorować dwudziestego szóstego prezydenta USA Theodore’a Roosevelta, sprawującego swoją funkcję w latach 1901–1909, laureata Pokojowej Nagrody Nobla z roku 1906. Hotel wybudował biznesmen z Niagara Falls Frank A. Dudley i otwarzył go 23 września 1924 roku, a całkowity koszt inwestycji wyniósł dwanaście milionów ówczesnych dolarów, co w roku 2019 przeliczano na sumę aż 179 milionów. Znakomita lokalizacja, tuż przy Grand Central, powodowała, że miejsce to cieszyło się wzięciem u podróżnych, tym bardziej, że już w 1947 roku w każdym pokoju zamontowano telewizor. Stając na skrzyżowaniu 45 Ulicy Wschodniej i Madison Avenue mogłem objąć wzrokiem cały hotel, który ma piętnaście pięter, licząc od wysokiego lobby na parterze. Zawsze czuję się w tym mieście jakby urosły mi skrzydła u ramion, jakbym znalazł się w magicznej przestrzeni, więc i tym razem podniecenie nie opuszczało mnie ani na chwilę. Jeszcze rzuciłem okiem na sąsiednie wysokościowce i szybko wróciłem do pokoju, znajdującego się na jedenastym poziomie. Ach, jakże wspaniale smakowały aromatyczne bajgle i drożdżówki, popijane kawą z plastikowego kubka, tudzież tropikalne owoce i nieco nieodłącznej w Ameryce Coca-Coli. Szybko weszliśmy pod prysznic, a potem ubraliśmy się i ruszyliśmy ku pobliskiej Piątej Alei, gdzie chciałem żonie pokazać jeden z najdroższych w USA sklepów z odzieżą, pełen znanych marek i snobistycznych klientów, potrafiących zapłacić za płaszcz czy garsonkę ponad dwadzieścia tysięcy dolarów.                   

Kastedra św. Patryka

Po zwiedzeniu wielkiej świątyni próżności, przymierzeniu kilku wdzianek i zrobieniu wielu zdjęć, ruszyliśmy dalej słynnym traktem ku katedrze Św. Patryka. Każda piędź ziemi ma ogromną wartość w Nowym Jorku, więc i ten monumentalny kościół wybudowano w ciągu ulicznym, naprzeciw Rockefeller Center.  Kamień węgielny wmurowano w roku 1858, równo dwieście lat przed moimi narodzinami, a wznoszenie i wykańczanie trwało dwadzieścia lat, aż do 25 maja 1879 roku, kiedy to udostępniono świątynię wiernym.  W tej największej w Ameryce neogotyckiej katedrze byłem za każdym razem, gdy trafiałem na Manhattan, a teraz wprowadziłem do niej oszołomioną jej przepychem żonę. Ostateczny kształt kościoła ustalono dopiero w 1908 roku, po dobudowaniu dodatkowych budynków kościelnych, stumetrowych wież, zachodniej fasady i kaplicy Najświętszej Maryi Panny. Jednak dopiero 5 października 1911 roku arcybiskup John Murphy Farley dokonał poświęcenia świątyni, nie wiedząc, że już w roku 1918 spocznie na wieki w krypcie pod głównym ołtarzem. Do budowy użyto białego marmuru ze złóż amerykańskich, głównie z Massachusetts, czyniąc to miejsce jednym z najbardziej znanych w Nowym Jorku. We wnętrzu świątyni może się znaleźć jednocześnie kilka tysięcy wiernych, spośród których 2200 znajdzie miejsce siedzące. Można się było o tym przekonać podczas wizyt trzech ostatnich papieży – Jana Pawła II (1979), Benedykta XVI (2008) i Franciszka (2015). Spacerujemy po nawach bocznych, przechodzimy środkową aleję i bez trudu wyławiamy liczne polskie akcenty, wizerunki świętych, okolicznościowe tablice i udane popiersie Karola Wojtyły. Po wyjściu na zewnątrz widzimy, że na Piątej Alei formuje się uroczysty pochód nowojorskich strażaków, w szeregach których jest wielu potomków emigrantów z Irlandii, dla których św. Patryk, patron ich ojczyzny, jest najważniejszym świętym. Choć to dość długa droga, postanawiam przejść aż do Ulicy 59 Zachodniej, gdzie jest południowy skraj Central Parku. Idziemy powoli, co i rusz zatrzymując się przy jakichś charakterystycznych miejscach, takich jak księgarnia Barnes & Noble, sklep jubilerski Cartiera, witryny znanych marek odzieżowych, kościół episkopalny św. Tomasza, czy Trump Tower, w którym obok imiennika tego charakterystycznego wysokościowca, mieszkają tak znane osoby jak Bruce Willis i Cristiano Ronaldo. Droga mija nam szybko i już wchodzimy na obszerny plac z fontanną Pulitzera, złoconym monumentem po drugiej stronie i wielką bryłą hotelu Plaza po lewej.

Pomnik generała Williama Tecumseha Shermana

Najpierw naszą uwagę przykuwa złocony pomnik przedstawiający generała Williama Tecumseha Shermana, bohatera amerykańskiej wojny domowej, zwanej też secesyjną (1861–1865). Monument zdumiewa z racji realnie odwzorowanej postaci męskiej na koniu i symbolicznie wiodącej generała do boju, greckiej bogini Nike. To bardzo charakterystyczne miejsce w Nowym Jorku, z licznymi dorożkami do wynajęcia i Ania zauważą, że wielokrotnie widziała je w amerykańskich filmach fabularnych. Robimy zdjęcia na tle hotelu Plaza i złotego pomnika, a potem mijamy wejście do Central Parku i schodzimy w dół, podziwiając wielkie skały, na które wspina się sporo turystów. Byłem już tutaj wielokrotnie i sporo czasu spędziłem na rozmyślaniach, obserwacjach drozdów, epoletników i kardynałów, a nade wszystko na kontemplowaniu tej magicznej przestrzeni. Sporo tutaj pomników znanych postaci z historii świata i wspaniale jest za każdym razem zatrzymywać się przy monumencie króla Władysława Jagiełły pogromcy krzyżaków spod Grunwaldu. Obok niego mijamy popiersia Schillera, Beethovena, Humboldta, Moore’a, a także pomniki całych postaci Kolumba, Bolivara, Andersena, Burnsa, Morse’a, Hamiltona, Webstera, Scotta i Szekspira. Są też rzeźby symboliczne sokolnika, aniołów, pielgrzyma, indiańskiego łowcy, liczne przedstawienia drapieżnych zwierząt, a także bohaterów literackich – Romea i Julii i Alicji z powieści Carrolla. Wędrujemy węższymi i szerszymi alejkami, fotografujemy się na moście miłości (Bow Bridge), rozdzielającym dwie części przestrzeni wodnej nazywanej The Ramble and Lake. Tutaj wspaniale wychodzą zdjęcia z wyniosłymi iglicami apartamentowca San Remo, ulokowanego na Ulicy 145 Zachodniej i widocznymi też dobrze wieżami innego słynnego budynku mieszkalnego – Beresford – mieszczącego się przy tej samej jezdni, ale z numerem 211. Podziwiamy właśnie rozkwitającą roślinność i ptaki pojawiające się na dróżkach, gałęziach drzew i krzewów. Na trawniku przy jeziorku przechadzają się bernikle kanadyjskie, prawdziwe utrapienie amerykańskich posiadaczy basenów i stawów przydomowych. Pamiętam jak w 2002 roku zaprzyjaźniony lekarz z okolic Buffalo i właściciel dużej posiadłości opowiadał mi o tragicznych przylotach wielkich stad tych ptaków, zanieczyszczających ogromnymi odchodami trawniki i akweny. Jak zwykle sporo jest w Central Parku rudawych, amerykańskich drozdów (American Robin), kosów, wilgowronów (common grackle), tyranów północnych (easter kingbird) i modrosójek błękitnych (blue jay). Niestety nie udaje mi się dostrzec ani jednego kardynała, tanagry czy pomarańczowej wilgi. Nie mamy zbyt wiele czasu i nogi też dają o sobie znać, więc prowadzę jeszcze Anię do słynnego zakątka Strawberry Fields, dedykowanego Johnowi Lennonowi, zabitemu przez szaleńca przy pobliskim budynku Dakota House.

Central Park – jeziorka i widok na apartamentowce po zachodniej stronie

Opuszczamy park i kierujemy się ku bramie tejże kamienicy, przy której David Chapman czekał na muzyka i zamordował go z zimną krwią. Szybko docieramy do Columbus Circle, którego nazwa wzięła się od kolejnego pomnika Krzysztofa Kolumba, z jego postacią ustawioną na wyniosłej kolumnie.  Miejsce to znajduje się na przecięciu ulic Eighth Avenue, Broadway, Central Park South (West 59th Street) i Central Park West i niektórzy uważają, że jest to symboliczny środek miasta. Podchodzimy do dużego, zadaszonego wózka z hamburgerami i hot dogami, którym zawiadują dwaj sympatyczni Kurdowie o niewielkich posturach. Zamawiam dwie bułki z parówkami, keczupem i musztardą, podejmując wesołą rozmowę ze sprzedawcami, którzy informują mnie, ze pochodzą z Erbilu. Natychmiast mówię im, że byłem tam w 2011 roku, zwiedziłem też inne miasta tej części Iraku, widziałem niewysokie góry, z daleka kontemplowałem magiczne jezioro Dukan, a nade wszystko byłem w memoriale w Halabdży, upamiętniającym ofiary ataku gazowego wojsk Saddama Husajna. Pojadając hot doga tak się rozgadałem, że żegnając się odszedłem od wózka, nie pamiętając o portfelu wypełnionym dolarami.  Zostawiłem go na metalowej ladzie, ale jeden z Kurdów dogonił mnie po paru krokach i oddał zgubę, przestrzegając bym lepiej dbał o swoje mienie, tym bardziej, że Nowy Jork roi się od różnorakich rabusiów i pomyleńców. Niestety na ulicach widzi się też sporo bezdomnych, pchających cały swój dobytek w drucianych wózkach z marketów. W 2000 roku obserwowałem taką kobietę i napisałem wiersz pt. Miss America, w którym zastanawiałem się jak pokrętne bywają ścieżki naszych losów. Wszyscy w dzieciństwie mamy równe szanse, ale potem przeznaczenie wiedzie jednych do luksusowych apartamentowców, a innym każe spać na ulicach i błąkać się w brudnych, cuchnących łachach po zakamarkach wielkich miast. Jesteśmy już solidnie zmęczeni, więc zatrzymujemy taksówkę i każemy się zawieść do hotelu, gdzie przebieramy się, bierzemy prysznic, nieco odpoczywamy na wielkim łóżku  i gotujemy się do kolejnej tury zwiedzania, tym razem dolnej części Manhattanu. Najpierw kierujemy się do Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, której główna siedziba znajduje się przy Piątej Alei, numer 476, w budynku Stephena A. Schwarzmana, amerykańskiego miliardera i filantropa żydowskiego pochodzenia, który zaczynał swoją drogę ku fortunie od koszenia trawników w wieku czternastu lat.  Pragnę sprawdzić czy moje książki stale pozostają w zasobach tej instytucji, wszak byłem tu w 20o2 roku z Adamem Szyperem i zostawiliśmy polskiemu bibliotekarzowi nieco naszych tomów. Wchodzimy do wielkiego budynku i trafiamy akurat na wielką wystawę związaną z tolerancją w świecie. Na korytarzach i w salach wisi sporo zdjęć prezentujących homoseksualistów i lesbijki, często w wyzywających pozach, obejmujących się i całujących się w usta. Zawsze powtarzałem, że akceptuję każdy rodzaj ludzkiej ekspresji erotycznej, ale niestety bywałem też ofiarą intryg gejowskich, które odcisnęły solidne piętno na moim życiu. Co innego sex i bliskość, a co innego działalność różnorakich cyników i pomyleńców, bezlitośnie wykorzystujących te ścieżki by niszczyć przeciwników. Schodzimy z piętra na piętro, zaglądamy do poszczególnych gabinetów sekcyjnych, a potem wychodzimy z budynku i siadamy na ławce, w przylegającym do biblioteki niewielkim skrawku zieleni, ocienionym niskimi drzewami. Chwilę odpoczywamy, po czym ruszamy dalej Piątą Aleją ku rysującemu się już w dali budynkowi Empire State Building, przez wiele lat dzierżącemu palmę pierwszeństwa w zakresie wysokości budowli tego miasta.

Pomnik odkrywcy Ameryki na środku Columbus Circle
Wejście do The New York Public Library
Bogactwo…

Bieda

Kościół episkopalny św. Tomasza
Ściana wysokościowców u południowej granicy Central Parku
Hotel Plaza
Ornament ornitologiczny w Central Parku
Bernikla kandyjska w Central Parku

BIRDWATCHING

Sójka Foto Jacek Lebioda

Pora zimowa generuje niezwykłe możliwości obserwacji ptaków, stale w Polsce obecnych, jak i tych, które do nas zalatują. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że jesienią z drzew i krzewów opadają liście, odsłaniając czarną grafikę konarów, gałęzi i cienkich witek. Pośród nich łatwo zauważymy czarne kosy i brązowawe drozdy, wyodrębnimy też kolorowe sójki, szczygły czy jemiołuszki. Barwy skrzydeł kontrastują z bielą śniegu i czernią drzew, a czasami wręcz alarmują, że mamy do czynienia z konkretnym gatunkiem ptaka, tak wyrazistego jak sikorka bogatka, gil lub grubodziób. Takie podglądanie skrzydlatych zwierząt bardzo popularne jest w Stanach Zjednoczonych, ale i w Europie zyskuje coraz więcej wielbicieli. W Wielkiej Brytanii jest już od trzech do czterech milionów ptasiarzy (obserwatorów amatorskich). Zimą ptaki pojawiają się bliżej ludzkich siedzib i wcale nie powoduje tego przypływ odwagi – raczej potrzeba znalezienia dodatkowego pożywienia w karmnikach, ogrodach i przy śmietnikach. Przy zaczajaniu się na ptaki pomocna staje się też współczesna technika, która dostarcza nowe narzędzia, takie jak zewnętrzne kamery, drony, lornetki, no i coraz lepsze aparaty fotograficzne. Przy odrobinie wysiłku możemy przyjrzeć się płochliwym gatunkom i zilustrować ich obecność przy naszych domostwach. Szczególnie warto takim birdwatchingiem  zainteresować młodzież, siedzącą nieustannie przy komputerach i używającą ich jedynie w celach rozrywkowych. Jakąż frajdą może być zdobycie wiadomości na temat żywego ptaka, którego widziało się przez chwilę w ogrodzie lub parku, na ulicy albo na skraju lasu.

Szczygieł Foto Jacek Lebioda
Czernica Foto Jacek Lebioda
Zimorodek Foto Jacek Lebioda
Żołna Foto Jacek Lebioda
Bielik Foto Jacek Lebioda
Tracz nurogęś (samiec i samica) Foto Jacek Lebioda
Kormoran Foto Jacek Lebioda

SKRZYDLACI GOŚCIE

Sikora lazurowa

W mediach pojawiają się informacje, że do Polski zaczęły zalatywać niezwykłe ptaki, rzadko u nas widywane. Sporą sensację wzbudziło przede wszystkim pojawienie się sikor lazurowych (Cyanistes cyanus), przylatujących do nas zza wschodnich granic. To gatunek niewielkiego ptaka, występującego licznie w krainach zimowych Eurazji, aż do Morza Japońskiego. Przypomina sikorę modrą, ale natura ubarwiła ją widowiskowo bielą i odcieniami koloru niebieskiego. Nie zaobserwowano u tych sikor dymorfizmu, a osobniki młode podobne są do dorosłych i przypominają puchate kuleczki. Drugim gatunkiem zalatującym do Polski w zimie jest sowa jarzębata (Surnia ulula), drapieżny ptak z rodziny puszczykowatych. Zamieszkuje głównie tajgę północnej Eurazji (od Norwegii po Kamczatkę i Sachalin) oraz lasotundrę Ameryki Północnej, głównie Kanadę. Ostatnio południowa granica zasięgu przesuwa się ku północy. To ptak osiadły, niekiedy odbywający niewielkie wędrówki na południe, zwłaszcza gdy brakuje pokarmu, albo gdy zima na Wschodzie jest wyjątkowo mroźna. Obok innych ptaków migrujących od października do marca – zięby jery, gile, jemiołuszki, edredony, bernikle, nury – wskazane wyżej gatunki gościnne wzbudzają spore zainteresowanie ornitologów i miłośników przyrody.

Sowa jarzębata

CIEPŁY PAŹDZIERNIK

Wyjątkowo ciepły i pogodny październik w tym roku pozwala raz jeszcze dostrzec piękno świata i jego wyrazistość o poranku, w południe i podczas zmierzchu. Wedrując między ulicami i na obrzeżu miasta, zauważam barwy liści i owoców, a nade wszystko rozkoszuję się błękitnym niebem, na którym znacznie mniej jest teraz smug samolotowych. Pojawiają się za to spore stada szpaków, majestatycznie żeglują pośród błękitu wielkie mewy srebrzyste, które pojawiły się w Polsce dopiero w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Obecnie skolonizowały niemal cały kraj, a z racji tego, że są wszystkożerne, nie narzekają na brak pożywienia, szczególnie gustując w odpadkach z naszych gospodarstw domowych. Październik to pora obfitości wszelakich nasion i owoców – na krzewach (berberys, ognik, cis pospolity,  rokitnik, kruszyna) i drzewach (głóg, jabłoń, grusza, śliwa, kasztanowiec), a także prawdziwych nalotów, łączących się w stada, takich ptaków jak paszkoty, kwiczoły, czajki, siewki, polskie gawrony i kawki. Coraz częściej słychać też na niebie głosy gęsi, czapli i kormoranów, udających się w malowniczych kluczach ku ciepłym krainom. Wieli z nich straci tam życie, stając się łupem dzikiego kota, hieny, likaona albo takich monstrualnych drapieżców jak krokodyle, jaszczury, czy węże. To naturalna kolej rzeczy, gorzej, gdy ptaki napotkają na swojej drodze bezlitosnych myśliwych, którzy przy ogólnej dostępności mięsa w sklepach, zabijają je z próżności, dla źle pojmowanego sportu. Przy okazji faszerują naszą naturę ogromnymi ilościami ołowiu, którego w żaden sposób nie da się już potem z niej usunąć. Zenon Kruczyński, niegdyś myśliwy, a obecnie publicysta i aktywista ekologiczny, zaangażowany w działania na rzecz zmiany stosunku wobec zwierząt i środowiska, podaje, że w taki sposób trafia każdego roku do naszych ekosystemów około 400 000 kilogramów tego toksycznego metalu.[1]  Idę dalej, porzucam myśli o bolesnych sprawach i przyglądam się barwom sumaków octowców, jakże pięknych o tej porze roku, kontempluję przemianę liści brzóz i klonów, wyodrębniam pośród nich sroki i sikorki, samotną sójkę i nagle pojawiające się na jednym z krzewów stado kolorowych szczygłów. Uroki ciepłego października pozwalają mi odprężyć się całkowicie, a wdychane czyste powietrze przypomina, że istniejemy pośród planety, obdarzonej atmosferą i krzewiącym się na niej życiem.     


[1] Por. Z. Kruczyński, Jesienne ptaki na niebie, „Dzikie Życie” 2012, nr 10 (220).

Owoce głogu
Kruszyna pospolita
Rokitnik
Dzikie wino
Sumak octowiec
Kasztanowiec
Gęsi w kluczu przelotowym

W KNIEI

Publikuję nieco fotografii przyrodniczych mojego brata – Jacka. Z kolejnych wypraw rowerowych przywozi sporo interesujących zdjęć, które prezentował już na kilku wystawach. W tym zestawie dudek, żuraw, sikorka i jakże subtelne sarny.

EMPATIA

Czytam niezwykła książkę pt. Corvus – Życie wśród ptaków, szkockiej pisarki Esther Woolfson, której rodzina pochodziła z Europy Środkowej. Ta niezwykle interesująca kobieta, która studiowała sinologię na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i w Edynburgu, byłaby zapewne wymarzoną żoną dla każdego ornitologa, a to za sprawą jej miłości do ptaków i przyrody. Opiniotwórczy „The Obserwer” pisał, że Woolfson ma dwie najważniejsze cechy autora książek przyrodniczych: bystre oko i nienasyconą ciekawość. „Corvus” rozprawia się z powszechnym przekonaniem, że tylko rzadkie i egzotyczne zwierzęta zasługują na uwagę i ochronę. Autorka opowiada o swoich fascynacjach ptakami krukowatymi, ze szczególnym uwzględnieniem gawronicy imieniem „Kurczak”, którą przygarnęła, gdy była jeszcze pisklęciem. Są też liczne refleksje związane ze sroką „Pyskacz”, wroną „Ziki”, a w dopowiedzeniach znajdziemy też informacje o stosunku znanych i wielkich ludzi do ptaków. I tak w opowieści o zdolnościach językowych i muzycznych szpaków pojawia się Mozart: Na duchu podniósł mnie Pliniusz: „teraz, kiedy to piszę, mają młodzi Cezarowie szpaka oraz słowiki, dające się nauczyć po grecku i łacinie, poza tym codziennie ćwiczące i ciągle wymawiające nowe wyrazy, nawet dłuższe zdania.” Mozart także trzymał w Wiedniu szpaczka kupionego za trzydzieści cztery grajcary w 1784 roku. Dziwnym trafem jeszcze w sklepie zoologicznym ptaszek nauczył się gwizdać całe takty z koncertu fortepianowego G-dur KV 453. Ponieważ utwór dopiero co został skomponowany, nie jest jasne, w jaki sposób szpak poznał melodię, lecz przypuszcza się, że usłyszał pogwizdywanie Mozarta, podczas jego wcześniejszych odwiedzin (co dowodzi nadzwyczajnych umiejętności naśladowczych tych ptaków). Kompozytor zanotował pieśń szpaka i zrobił dopisek: Das war schön! Co ciekawe jednak, śpiewak samowolnie zmienił jedną nutę, g na gis, poprawiając (albo wręcz przeciwnie) dzieło wielkiego artysty. (Behawioryści badający zdolności szpaków twierdzą, że późniejsze dzieło Mozarta, divertimento KV 522, czyli „Żart muzyczny”, było inspirowane śpiewem ulubieńca i miało unieśmiertelnić jego geniusz).  Woolfson dokumentuje swoją wielką cierpliwość i empatię, jaką  miała dla ptaków, które ucząc się jej domu, dawały jej też wiedzę o swoich zachowaniach, częstokroć dziwnych i trudnych do zrozumienia. Znamienne tutaj są lęki, które można zrozumieć dopiero po długich obserwacjach: Lęki krukowatych bywają rozmaite: nabyte i wrodzone, zarówno racjonalne, jak i irracjonalne. Laureat Nagrody Nobla, przyrodnik Konrad Lorenz w swojej książce o zachowaniach zwierząt „Rozmawiał z bydlątkami, ptakami i rybami” opisał reakcje kawek na czarny powiewający przedmiot, który trzymał w ręku (były to kąpielówki). Natychmiast został otoczony przez chmarę wściekłych ptaków: wszystkie próbowały go dziobnąć, ponieważ wzięły skrawek materiału za jednego ze swoich, martwą kawkę. Książka szkockiej autorki skrzy się od takich wspaniałych dopowiedzeń i obserwacji, bo mieszkanie z ptakami zawsze związane było u niej z obserwacjami naszych „braci mniejszych”: Mimo wspólnie przeżytych lat Kurczak pod wieloma względami nadal jest dla nas zagadką. Na przykład zmysł wzroku gawrona bardzo różni się od ludzkiego. Ptaki mają najlepszy wzrok ze wszystkich kręgowców; umiejscowienie oczu w czaszce wpływa między innymi na zdolność do wypatrywania drapieżcy albo zdobyczy. Szponiaste i sowy, z oczami z przodu głowy, widzą stereoskopowo jak ludzie, podczas gdy choćby gołębie, z oczami po bokach głowy, często padające łupem drapieżników, widzą monokularnie: każde oko postrzega inny przedmiot. Monokularność zwykle rozszerza pole widzenia: niektóre ptaki, na przykład słonka (o oczach przesuniętych w stronę tyłu głowy), precyzyjniej postrzegają to, co przed nimi. („Mogłaby ci lepiej opowiedzieć, gdzie była, niż dokąd się wybiera” – napisał zasłużony politolog i autor książek przyrodniczych Louis J. Halle). Podczas gdy wzrok człowieka ograniczony jest trzema rodzajami barwników występujących w czopkach, ptaki mają cztery lub pięć rodzajów czopków, wrażliwych na szersze spektrum fal światła, w tym ultrafiolet, dzięki czemu widzą one dwa razy więcej kolorów niż ludzie. Potrafią także rozróżniać długość fal w widmie ultrafioletu, co pomaga im podczas żerowania, gdyż wychwytują całą paletę odcieni w swoim otoczeniu. Szponiaste, choć wyróżnia je najostrzejszy wzrok spośród wszystkich ptaków, prawdopodobnie odbierają mniej barw niż wróblowate. Książka Woolfson napisana została z zacięciem eseistycznym, a warto tez pamiętać o filologicznych zainteresowaniach autorki, która z taką samą oczywistością przywołuje opinie uznanych przyrodników, jak i opowiada o największym angielskim romantyku: Lord Byron, choć oczywiście zasłynął czymś zupełnie innym, miał najwyraźniej eklektyczny gust – zarówno, gdy chodziło o ludzi, jak i o zwierzęta. Z listu Shelleya, który odwiedził przyjaciela w Rawennie, wiemy, że lord dzielił dom z psami, małpkami, kotami, pawiami, perliczkami, orłem, sokołem, koronnikiem szarym i wroną. W swoim dzienniku pod datą 5 stycznia 1821 roku Byron opisuje karmienie sokoła i „potulnej (ale  n i e o s w o j o n e j) wrony”. Dzień później żali się, że jego ulubienica została skaleczona: „Wrona kuleje na jedną nogę – nie wiem, jak to się stało – jakiś dureń nastąpił jej na łapkę”. Codziennie przechodzę obok pomnika Byrona. Od 1794 roku przyszły pisarz, który mieszkał tutaj z matką, uczył się w Aberdeen Grammar School. Choć zabawił w tych murach niedługo, jego okazały pomnik z brązu wznosi się dumnie nad granitową fasadą szkoły. Kiedy mijam postać poety, zawsze go pozdrawiam. To, co o nim mówiła lady Caroline Lamb, jest mi obojętne. Troska o pazurek wrony nie najgorzej świadczy o człowieku. Jakże konkretna, a zarazem zabawna, jest końcowa konstatacja miłośniczki ptaków, pomijająca zdanie kochanki Byrona (która miała go za człowieka złego, szalonego i niebezpiecznego), a wskazująca na wagę empatii poety dla skrzywdzonej wrony. Książka Esther Woolfson jest przebogata i stanowi prawdziwą ucztę dla ornitologa – od dygresji i fachowych obserwacji, poprzez informacje niezbędne dla zrozumienia skrzydlatych mieszkańców przestworzy. Liczne są też porównania zachowań i budowy części anatomicznych człowieka i ptaków, jak choćby w przypadku najważniejszego naszego organu: Centralny układ nerwowy jest podobny u wszystkich kręgowców. Mózg ludzki i ptasi mają wspólną historię i wiele funkcji sprawia wrażenie analogicznych. A jednak organy wyglądają zupełnie inaczej. Powierzchnia ptasiego mózgu jest gładka, ludzkiego – pofałdowana, ze zwojami i bruzdami, gyri i sulci. Mózg ptaków ma to, co tym zwierzętom jest najpotrzebniejsze – czyli duże przodomózgowie, móżdżek zawiadujący mięśniami niezbędnymi do latania i dobrze rozwinięte płaty wzrokowe. Połączenia neuronów umożliwiające złożone zachowania działają prawdopodobnie na identycznych zasadach u nich i u nas, a pewne części ptasiego mózgu mają właściwości, których brakuje naszemu: zdolność do neurogenezy, czyli odnawiania się komórek, okresowe zmiany wielkości hipokampu (obszaru związanego z pamięcią), który pod wpływem intensywnego uwalniania melatoniny powiększa się jesienią (gdy od efektywnego zdobywania, a następnie ukrywania pokarmu zależy przetrwanie mrozów). Niektóre gatunki ptaków cechuje, podobnie jak człowieka, wysoki wskaźnik stosunku masy mózgu do masy ciała (encefalizacji), sugerujący proporcjonalny iloraz inteligencji. Świat pełen jest ptaków i trudno wskazać takie miejsca, gdzie ich nie znajdziemy – autorka nawiązuje jednak do przestrzeni, w których człowiek spowodował ich wyginięcie i ostateczne zamilknięcie: Milczenie ptaków jest jedną z rzeczy, których powinniśmy obawiać się najbardziej. Wróży katastrofę. Taka cisza zalega na jałowych, skażonych terenach – na morzu zanieczyszczonym ropą albo na ziemiach zatrutych pestycydami. Kojarzy się z wojną i zagrożeniem wojną, z klęskami żywiołowymi – suszą, powodzią, nadejściem kolejnego zlodowacenia. Milczenie ptaków to nieobecność ptaków. Książka szkockiej pisarki jest hymnem pochwalnym dla ptaków i dla ludzkiej empatii, będącej przejawem zainteresowania stworzeniem i kreatywnością procesów ewolucyjnych. To zarazem wskazanie, że nie jesteśmy jedynymi mieszkańcami naszej planety, a choć mieliśmy okres łowiecki w historii naszego gatunku, kiedy to zabijaliśmy dzikie zwierzęta w celu zaspokojenia głodu, to obecnie stały się one naszymi partnerami, a często też przyjaciółmi. Zakończmy te rozważania na temat mojej lektury wskazaniem pisarki, które wydawać się może oczywiste, ale po głębszym zastanowieniu, staje się rodzajem niezbędnego i stale aktualnego przypomnienia: W kilku zaledwie miejscach na Ziemi nie ma ptaków. Znajdziemy je nawet na tych obszarach, o których sądzimy, że są zbyt niedostępne, zbyt wysoko położone, zbyt zimne albo gorące. Nieubłagany klimat Arktyki nie odstrasza górniczka, kruka, śnieżycy dużej, sowy śnieżnej, rybitwy popielatej, pardwy górskiej czy poświerki. Antarktydę zamieszkują pingwiny, wydrzyk antarktyczny, rybitwa antarktyczna, albatros, pochwodziób żółtodzioby oraz czarnodzioby, petrel antarktyczny. W najwyższych górach, Himalajach i Ałtaju, żyją ułar tybetański, himalajski, kaukaski, kaspijski i ałtajski, orzeł przedni, orłosęp brodaty, sęp płowy i ibisodziób. Na pustyni występują lelkowate, sieweczka pustynna, brzegówka, stepówka, kruk, kukawka kalifornijska… Wszędzie niosą się głosy ptaków – w mroźnym i rozgrzanym powietrzu. Ptasia pieśń, nierozerwalnie związana z człowiekiem, jest niezbędna naszej synestetycznej pamięci. Podobnie jak zapach czy obraz, wywołuje nagły błysk wspomnienia: ogrodu, lasu, wrzosowiska, portu. Ta obecność ptasich głosów jest nam tak samo potrzebna jak inne elementy naszego świata, a ich zamilknięcie zawsze wróży coś niepokojącego – zbliżanie się drapieżnika, naruszenie systemowe, zachód słońca i nadejście nocy. Rację ma autorka, gdy przypomina i fascynuje się wielorakością głosów w naturze: Ptasia pieśń jest zjawiskiem, które imponuje pod każdym względem. To nieskończenie wiele odcieni i subtelności: dialogi, duety, mimikra poprzez naśladowanie cudzego śpiewu, ostrzeżenia, pozdrowienia, wiadomości, których nie potrafimy jeszcze zrozumieć. Ptaki używają głosu podobnie jak my: aby obwieścić swoją obecność, wyrazić radość, zaalarmować, uwieść, odstraszyć, okazać strach lub dać upust innym emocjom. Warianty melodii, liczba pieśni w repertuarze wprawiają w osłupienie – zięba zna sześć różnych pieśni, słowik dwieście, przedrzeźniacz rudy dwa tysiące. Na jedną linię melodyczną, którą uważamy za charakterystyczną dla określonego gatunku, składają się nawet setki nut. Na modyfikacje częstotliwości, tonacji wpływają kontekst sytuacyjny oraz geograficzny. Na przykład ptaki morskie, nawołujące się w stadzie, robią potworny hałas. Głos maskonura to coś pomiędzy wyciem potępieńca a jazgotem piły łańcuchowej. Rybitwy popielatej – wysoki, natarczywy pisk. Petrela – głośna czkawka. Kormoranów – krztuszenie się albo donośny dźwięk fagotu. Razem tworzą one orkiestrę z piekła rodem, grającą na instrumentach ze złomowiska. Faktycznie – nie wszystkie pieśni są pieśniami. Istnieją również klekoty, stukoty, warkoty i gwizdy, rozmaite komunikaty wydawane dziobami, skrzydłami, stopami… Odkładam książkę Woolfson z żalem, bo każda jej strona jest fascynującą przygodą czytelniczą, nie tylko dla ornitologa – dla każdego poszukiwacza źródeł i sensu, natury i kultury, początku i końca spraw tego świata.

______________

Esther Woolfson, CORVUS Życie wśród ptaków, przeł. A. Pluszka i J. Wajs, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 328.

WILGA

Foto Tomasz Jóźwiak

Czasami krótkie wyjście z domu, dostarcza licznych wrażeń związanych z ornitologią. Tak było i dzisiaj, gdy wyszedłem na pocztę, wędrując jak zwykle ulicą Horodelską, a potem szerokim, pustym polem, pełnym krzewów i niskich drzew. Zwykle podczas takich wędrówek widzę jakieś przygodne ptaki, ale dzisiaj było ich znacznie więcej, co może potwierdzać obserwacje, iż w czasach zmniejszonego ruchu ludzkiego,  zwierzęta odważniej wchodzą (wlatują…) między domy. Od razu po wyjściu zauważam powszechne, szczególnie w okolicach domków jednorodzinnych, ptaki codzienne: sroki, kawki, całe stada mazurków, jakieś pary synogarlic i pojedyncze sikory. Na dachy pobliskich domów zalatują znad Brdy rybitwy i duże mewy, są też ogromne wrony i mrowie szpaków, przysiadających na kwitnących właśnie drzewach lub płotach. Moje zdziwienie budzą niepłochliwe, potężne gołębie grzywacze, które niegdyś zobaczyć można było tylko w lesie, a teraz siedzą sobie w przyblokowym ogródku i nie zwracają na mnie uwagi. Szybko załatwiłem sprawy na poczcie i wracałem głęboko oddychając, świeżym, chłodnym, majowym powietrzem, czując jakąś rozpierającą mnie witalność. Lubię tę porę roku, chociaż pyłki kwiatowe solidnie dają mi się we znaki i wieczorami muszę zażywać jakąś tabletkę antyalergiczną. Miałem dobry humor i byłem już blisko domu, gdy nagle stanąłem jak wryty i zacząłem nasłuchiwać śpiewnych pogwizdywań, najpierw kilku skrzekliwych tonów, a potem krystalicznie czystych zaśpiewów. Tak, nie mogłem się mylić, to odzywała się wilga, gdzieś stosunkowo niedaleko ode mnie. Zwolniłem kroku i zacząłem lustrować wysokie brzozy, na skraju ogródków działkowych, które wielokrotnie bywały obszarem moich obserwacji, gdyż widywałem na nich stada jemiołuszek, paszkotów, jakieś samotne grubodzioby albo rzadkie sikorki. Śpiew na chwilę ustał, bo pewnie ptak zauważył ruch na drodze, więc przystanąłem i zacząłem  uważnie wpatrywać się w korony brzóz, który przy większym powiewie wiatru odsłaniały swoje wnętrza. Nagle zlokalizowałem coś wyraziście żółtego i już nie miałem wątpliwości, że natknąłem się na wilgę, której pióra w tym czasie są jeszcze niezwykle jaskrawe. Ptak pozwolił mi poobserwować się dość długo, po czym odleciał nad ogródki swoim charakterystycznym chwiejnym lotem, raz w górę, raz w dół. W sumie niewiele wilg widziałem w swoim życiu, więc to zdarzenie uznałem za dobry znak i w znakomitym humorze wróciłem do domu.

« Older entries

<span>%d</span> blogerów lubi to: