PEŁZACZ OGRODOWY

Pierwszego pełzacza zobaczyłem na cmentarzu Świętej Trójcy w Bydgoszczy, w okolicach 1982 roku. Wiele się wtedy działo w Polsce, bo wprowadzono stan wojenny i na skrzyżowaniach stały Skoty, a na ulicach widziało się patrole zomowców i żołnierzy. Wtedy właśnie chodziłem często po dwóch cmentarzach, sąsiadujących z naszym osiedlem i przyglądałem się uważnie ich rzeczywistościom. Związane to było z pisanym zbiorem wierszy pt. Pole umierającej kraski, który w założeniu miał być hołdem dla moich kolegów i koleżanek, którzy nie wytrzymali naporu młodości i popełniali samobójstwa, albo ginęli w tragicznych okolicznościach w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Te wyprawy na nekropolie, gęsto zadrzewione, pełne krzewów przy wolnej przestrzeni, ukazały mi ich bogactwo ornitologiczne – od powszechnych gawronów, kawek, wron i srok, poprzez sikory, sójki, grzywacze, aż do gatunków rzadszych, jak gile, jery, kowaliki, jemiołuszki. Wtedy też na pniu topoli zauważyłem dziwnego ptaka, poruszającego się po nim ruchem okrężnym i łowiącego pająki, chrząszcze oraz skrzydlate bezkręgowce. Miałem wtedy w domu atlas ptaków Jana Sokołowskiego i po przyjściu do domu, wiedziałem już, że natknąłem się na pełzacza ogrodowego (Certhia brachydactyla). Początkowo myślałem, że zobaczyłem niewielką mysz, buszującą na pniu i szukającą pożywienia, ale podchodząc jak najostrożniej, wyodrębniłem poszczególne cechy niewielkiego ptaszka. Miał dość krępą budowę ciała i długi, zakrzywiony haczykowato, brązowy dziób, a przy tym niezwykły, jakby zaostrzony ogon. Sprawiał wrażenie brązowej plamy, ale nakrapianej jaśniejszymi, rudawymi i białawymi centkami, z wyraźnymi akcentami bieli na brzuchu, brązu na skrzydłach i beżu na kuprze. Oczywiste stało się dla mnie, że takie samo upierzenie samca i samicy ma przypominać rysunek kory drzewnej i maskować drapieżnika w konfrontacji z owadami. Ptak ten ma sztywne sterówki, którymi podpiera się, gdy porusza się po pionowych płaszczyznach pni drzewnych, czyniąc to co najmniej tak samo sprawnie jak dzięcioły i kowaliki. Jego subtelne popiskiwanie przypomina uderzanie o siebie kryształków lodu albo niewielkich kawałków szkła i należy do najsubtelniejszych głosów przyrody.

Pełzacze poruszają się ku górze i rzadko schodzą głową w dół, jak czynią to kowaliki, czasem też przeskakują na grubsze konary i oplatają je swoim dookolnym ruchem. Można je obserwować w prawie całej Europie, z wyjątkiem Wysp Brytyjskich i Skandynawii, gdzie jest dla nich za ostry klimat. Ich areał rozszerza się w dół planety, do Północnej Afryki, a na wschodzie do Azji Mniejszej i Środkowej. W Polsce występuje wyspowo i jest rzadszy do swojego bliskiego pobratymca – pełzacza leśnego, zamieszkującego dość licznie różne typy gęstych zadrzewień. Są to samotnicze ptaki całoroczne, a jedynie w zimie obserwuje się łączenie ich w stada z raniuszkami lub sikorami i spektakularne, inwazyjne przeloty z enklawy do enklawy. Ich ruchy, jak u większości małych ptaków, są nerwowe i cyklicznie powtarzalne, chyba że jakiś osobnik natknie się na większe skupisko owadów, które zatrzyma go dłużej w miejscu. Ale i wtedy, dla bezpieczeństwa co chwilę będzie odskakiwał na niewielką odległość, sondując przestrzeń wokół siebie. Chodząc potem jeszcze wiele razy po cmentarzach, uważniej już lustrowałem korę drzew i raz po raz zauważałem pełzacze. Stały się one dla mnie symbolem utajonej – jak to nazwałem we wspomnianym wyżej tomie – nadrzeczywistości. Iluż ludzi wędrując do grobów bliskich, przemierzając alejki cmentarne, nie zauważa takich, jakby utajnionych na co dzień, ale jakże żywych, elementów natury. Dopiero bliższa obserwacja pozwala nam zauważyć byty, które przez miliony lat przystosowały się do warunków, w których żyją i robiły wszystko, by być „niewidzialne”.  Ich specjalizacja i rozdzielenie z pełzaczem leśnym zaczęła się wraz z nastaniem epoki lodowcowej i trwa do dzisiaj. W tomie wierszy, który pisałem w stanie wojennym, a który potem ukazał się w Wydawnictwie Literackim i przyniósł mi Nagrodę młodych im. Stanisława Wyspiańskiego, pozostał ślad moich obserwacji cmentarnych i nawiązanie do sprytnego, pełzającego po korze ptaka: idę środkiem cmentarza – śnieg miękko siada na włosach/ i na ramionach figurek Jezusa zapatrzone w dal czarne ptaki/ siedzą na drewnianych krzyżach słychać skrzeczenie srok/ i niecierpliwy szelest oplatających topole pełzaczy. Trochę jednak żałuję, że nie napisałem wtedy osobnego wiersza o tym niewielkim, ale jakże interesującym bycie, egzystującym na granicy naszego świata.

WĄSATKA

Foto Krzysztof Napierała

Wąsatka (Panurus biarmicus) to niezwykle interesujący ptak, bytujący u nas rzadko na wielkich trzcinowiskach jezior i innych zbiorników wodnych. Czasem udaje się go zauważyć jak buja się na łodygach trzcin i tataraków, gdzie wypatruje owadów, swojego głównego pożywienia. Długość ciała wraz z ogonem wynosi ledwie trzynaście centymetrów, przy rozpiętości skrzydeł od szesnastu do osiemnastu centymetrów i wadze ciała tylko  kilkanaście gramów. Sporo par ornitolodzy obserwują na wschód od Polski i na południe od Ukrainy, w Azji Mniejszej i Środkowej, aż po północno-wschodnie Chiny. W Polsce najłatwiej ją zaobserwować na zachodzie kraju, gdzie staje się lokalnie liczna. Wyróżnia się jasno-cynamonowym upierzeniem tułowia i bardzo długiego ogona, ale cechą najbardziej charakterystyczną są dwa czarne wąsy z pierza, umocowane pomiędzy  oczyma i żółtawym dziobem. Są one bardzo kontrastowe w perspektywie niebieskawej, puszystej sierści na głowie i cynamonowych odcieni na reszcie ciała. Lotki na skrzydłach wąsatek są brązowe, czarne i białe i także kontrastują wyraziście z białawo-brązowym spodem. Pazurki mają czarne, stosunkowo duże i bardzo chwytne, dzięki czemu mogą łatwo przemieszczać się z łodygi na łodygę. Wąsatki budują gniazdo nisko nad wodą, zawieszone na pałkach lub trzcinach, wykorzystując do tego suche liście trzcin i ścieląc je ich kwiatostanami. Wychowują w nich dwa lęgi w ciągu roku – pod koniec kwietnia i w czerwcu, a pisklęta opuszczają gniazda już po 12-13 dniach. Na terenie Polski ptak został objęty ścisłą ochroną gatunkową, a wyspecjalizowane jednostki ornitologiczne chronią też ich biotopy lęgowe. Podczas wypraw nad jeziora lub wielkie stawy, czasem też rozległe delty i starorzecza, usłyszeć możemy subtelne głosy tych ptaków, składające się zwykle z jednego tonu i przypominające delikatne uderzenie małego młoteczka w srebrny talerzyk..

MAJNA BRUNATNA

Przeglądając zdjęcia z lutowej podróży do Indii zatrzymałem się przez chwilę nad tymi, na których udało mi się utrwalić w kadrze majny brunatne (Acridotheres tristis). Te niezwykle ekspansywne ptaki robiły sporo hałasu przy hotelu i szczególnie upodobały sobie śmietniki, w których inteligentnie szukały resztek pożywienia. Gatunek ten należy do rodziny szpakowatych i jak wszystkie osobniki tego typu jest niezwykle sprytny, zaradny, bezlitosny i pełen inwencji w niszczeniu konkurencji. Ludzie od dawien dawna zauważali jego żarłoczność i spróbowali wykorzystać go do tępienia owadzich szkodników, co niestety dało opłakane rezultaty. Ptaki tak się rozmnażały, że stawały się gatunkami inwazyjnymi i dziesiątkowały populacje skrzydlatych stworów. Na Hawajach rabowały gniazda burzyków, w Izraelu i Republice Południowej Afryki zaczęły niszczyć miękkie owoce i wszędzie wypierały pierwotne populacje ptaków owadożernych. Warto wskazać też pozytywy, takie jak użyteczność tych stworów w domach, gdzie trzymane w klatkach potrafią naśladować głosy, albo na polach i w zaroślach, gdzie gromadzą się nad wężami, czynią wiele hałasu i wskazują ludziom zagrożenie ze strony jadowitych gadów. Gdy opuszczałem hotel w miejscowości Puri i przemieszczałem się samochodem w kierunku Bubaneswaru, zauważyłem też majny na polach, towarzyszące rolnikom przy pracach polowych i wydziobujące larwy ze świeżo poruszonej ziemi. Zapewne podobne obserwacje spowodowały, że ludzie zaczęli implantować majny w różnych szerokościach geograficznych, co niestety dało opłakane skutki inwazyjne. Początkowo żyjące na otwartych nizinach, obecnie upodobały sobie siedliska ludzkie, pojawiając się w niewielkich stadach, w ogrodach, parkach, na cmentarzach i trawnikach. Słońce wschodziło nad horyzont Oceanu Indyjskiego, a ja siedząc na balkonie śledziłem harce brązowych ptaków wielkości sójki lub drozda. Ubarwione na brązowo, z metalicznie czarną głową i ogonem, mają kontrastowo białe podbrzusze, wyraziście żółte nogi i dziób, a cechą charakterystyczna jest też żółta obwódka wokół oczu. Zauważyłem, że wznosiły się aż ku dachowi czteropiętrowego hotelu i manipulowały przy rynnach, zlatywały na poręcze balkonowe, albo szybowały na trawnik, gdzie szukały bezkręgowców. Preferując korony palm kokosowych i opuszczone dziuple w pniach innych drzew, chętnie osiedlają się w dziurach budynków i pod ich rynnami, gdzie wydają po trzy lęgi w roku. Długo przyglądałem się majnom brunatnym na wschodnim wybrzeżu subkontynentu indyjskiego i miałem świadomość, że uczestniczę w pięknym spektaklu natury, którego tłem był ocean i wstające nad nim czerwone słońce, a treścią ulotność przydarzająca się tylko w takich  wyjątkowych chwilach.

KRASKA

© Foto Cezary Karkosz

Jako nastolatek sporo chodziłem po podbydgoskich lasach, zapoznając się z siecią dróg i ścieżek, odkrywając w ostępach ukryte jeziora, małe i rozległe łąki. To wędrowanie miało związek z moimi zainteresowaniami geograficznymi i pragnieniem podróżowania po całym świecie. Wtedy też rodziły się moje fascynacje zwierzętami, a szczególnie ptakami, które podglądałem również w parkach, na cmentarzach, nad starym pruskim kanałem i nad dziewiczą Brdą. Właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłem najpiękniejsze polskie  skrzydlate stworzenia: zięby, wilgi, kowaliki, gile i jery, dudki, zimorodki, dzięcioły zielonosiwe, szczygły, krzyżodzioby,  pleszki, sójki, rudziki. Podczas jednej z wypraw do lasu zobaczyłem też po raz pierwszy kraskę, siedzącą na drucie telegraficznym i w jasnym świetle lipcowego dnia prezentującą swoje zjawiskowe upierzenie. Tak byłem zaskoczony tymi barwami, tak rozbłysły one w mojej wyobraźni, że po latach, gdy pisałem zbiór wierszy eschatologicznych, przetransplantowałem tego ptaka w obręb osiedlowych cmentarzy, a tomik zatytułowałem Pole umierającej kraski. Nie znamy swoich przeznaczeń, a gdy zaczynają się odsłaniać, często generują wielkie zdziwienie, zaskakują nas efektami życiowymi i – jak to uczenie się nazywa – ekspandacją wyobraźniową. Ta kraska, zauważona na drucie, rozwieszonym nad wielką leśną polaną, ten ptak przeniesiony do mojej poezji, stał się zaczątkiem zdumiewającego literackiego sukcesu. Moja mała książeczka, opublikowana przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie, a potem kolportowana w całym kraju, wywalczyła Nagrodę Artystyczną Młodych Imienia Stanisława Wyspiańskiego, którą wręczono mi w Warszawie, w dzisiejszym Pałacu Prezydenckim. Długo stałem u wrót polany i przyglądałem się niebieskiemu ptakowi, nie mogąc sobie uzmysłowić jak tak barwny ptak, jakby żywcem przeniesiony z tropikalnej egzotyki, mógł pojawić się w podbydgoskim kompleksie leśnym. Po kilku minutach kraska zatrzepotała obwiedzionymi czernią skrzydłami – tymi samymi, które tak udanie w 1512 roku odwzorował na swoim rysunku Albrecht Dürer – poprawiła się na drucie, po czym zerwała się do lotu i pomknęła w dal.  Odprowadzałem ją wzrokiem, póki nie zlała się z ogromnymi sosnami w oddali i nie zniknęła całkowicie, szybując już tylko pośród mgieł mojej pamięci.

Mal. Albrecht Dürer, 1512

Kraska zwyczajna lub pospolita (Coracias garrulus), to gatunek średniej wielkości ptaka wędrownego z rodziny krasek (Coraciidae). Niegdyś bardzo liczna w niemal całej Europie, środkowej i południowej Azji oraz północno-zachodniej Afryce. Niestety ostatnio coraz mniej liczna, a w niektórych krajach już w ogóle nie obserwowana, nawet podczas przelotów. Zimuje pośród sawann południowo-wschodniej Afryki, nad Zatoką Gwinejską a nawet na samym południu tego kontynentu, gdzie konkuruje swoją urodą z wieloma jaskrawo upierzonymi ptakami.  Ornitolodzy podają, że w Polsce jest obecnie tylko 60-70 par i to tylko we wschodniej części kraju, na Lubelszczyźnie, w puszczach Mazur, Podlasia oraz w Kotlinie Sandomierskiej. W całej Europie liczebność krasek szacuje się na 530-960 par lęgowych, ale liczba ta spada, bo wiele samców i samic ginie podczas przelotów i zimowania w Afryce, gdzie staje się łupem agresywnych drapieżców i ludzi, których nie unika. Ten niebiesko-rdzawy ptak nie charakteryzuje się dymorfizmem płciowym, choć pióra poszczególnych osobników zmieniają swoją barwę w różnych porach roku.  Ma on dość krępą budowę i wyraźnie zaokrąglone skrzydła. Głowa i kark są niebieskie, z domieszką seledynu, spód niebieskoszary, grzbiet (płaszcz) i barkówki rdzawe lub brązowo-czerwonawe, pokrywy skrzydłowe i podskrzydłowe niebieskie, lotki od góry czarne, od spodu szafirowe, sterówki od góry seledynowe, od spodu szafirowe. Skrajna para sterówek kilka milimetrów dłuższa – wystaje z obrysu końca ogona. Dodajmy do tego silny, lekko zakrzywiony czarny dziób i żółtawe, chwytne nogi. Dojrzały ptak jest rozmiarów kawki lub sójki (długość ciała 32 cm, rozpiętość skrzydeł ponad 70 cm), a w locie przypomina wronę lub gawrona.

© Foto Cezary Karkosz

Trudno się dziwić, że swoją pierwszą kraskę zauważyłem przy lesie, na brzegu wielkiej polany, bo ptaki te upodobały sobie skraje zadrzewień typu parkowego, w pobliżu pól i sporych trawiastych przestrzeni, dobrze ogrzanych przez słońce. Gnieździ się w dużych dziuplach, opuszczonych przez dzięcioły albo sowy, najczęściej na schnących wierzbach, topolach, sosnach, olchach lub osikach. Ptak posiada znakomitą echolokację, gdyż po zimie wraca zwykle do starych dziupli lub – na południu kraju – do nor wygrzebywanych w wielkich urwiskach lub  nawet do obszernych dziur w murach. Kraski są monogamiczne, przez całe życie nie zmieniają partnerów, chyba, że jakieś tragiczne wydarzenie je do tego zmusi. Pożywienie tych mieszkańców przestworzy składa się z owadów prostoskrzydłych (pasikoników), chrząszczy, dżdżownic i pająków a także drobnych kręgowców – gadów, płazów i ssaków (myszy i norników), jesienią nie gardzą też skruszałymi owocami krzewów i drzew. Ptak zagrożony jest całkowitym wyginięciem i już czas najwyższy by ornitolodzy zaczęli go sztucznie namnażać, tym bardziej, ze wiele piskląt ginie zaraz po wykluciu się z jaj, albo podczas pierwszych dni po opuszczeniu gniazda, gdy niedojrzałe osobniki instynktownie pozostają przy nim, wałęsając się po ziemi lub przeskakując z gałęzi na gałąź. Trudno powiedzieć czy kraski przetrwają w Polsce, a szczególny niepokój budzi likwidowanie łąk i zamienianie ich na pola uprawne, ścinanie starych dziuplastych drzew i powszechne stosowanie herbicydów. Na razie cieszymy się obecnością tych ptaków w naszej rodzimej przyrodzie, a fotograficy ornitolodzy raz po raz zaskakują nas portretami tych kolorowych istot. Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie reprodukowane tutaj dwie fotografie autorstwa znakomitego fotografika Cezarego Karkosza, niezwykle udane i dokumentujące piękno tych ptaków. Warto zaglądać na stronę autorską tego twórcy (http://www.cezarykorkosz.pl), gdyż są na niej prawdziwe arcydzieła sztuki mimetycznej i naturalistycznej.

© Foto Szabó Gábor

 

SOWA USZATA

Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku spędzałem wakacje nad jeziorem Ostrowickim, w okolicach Jadownik Rycerskich. Byłem tam dzięki uprzejmości mojego najlepszego kolegi – Marka Maślanki – i zapamiętałem te chwile bardzo dobrze, tym bardziej, że wciąż kąpaliśmy się w jeziorze, pływaliśmy na łodziach, kajakach i rowerach wodnych, a nade wszystko wędrowaliśmy wokół jakże cudownego akwenu. Tam zapewne należy szukać korzeni moich fascynacji ornitologicznych, gdy zatrzymując się łodzią przy brzegu, przyglądałem się zjawiskowym zimorodkom i przelatującym majestatycznie nad tonią bączkom, mewom i rybitwom. Podczas jednej samotnej wędrówki na drugi brzeg jeziora znalazłem w trawie kilka pięknych piór jakiegoś ptasiego drapieżnika. To one doprowadziły mnie do kilku skarlałych sosen, na których swoje gniazda miały uszatki, albo inaczej sowy uszate (Asio otus), ptaki z charakterystycznymi piórkami na głowie, przypominającymi małe uszy. Pamiętam jakie wrażenie na mnie zrobiły, pozwalając mi na długą obserwację, czasem tylko przefruwając z drzewa na drzewo. Długo w moich zbiorach leżały te pióra, aż w końcu jakiś powiew czasu cisnął je gdzieś, nie wiadomo gdzie, ale na szczęście nie przepadły zainteresowania ornitologiczne. Studiując atlasy, albumy fotograficzne i fachowe poradniki, zatrzymywałem się nieraz przy sowach, fascynując się puchaczami, puszczykami i pójdźkami, a ilustracje związane z uszatkami nieodparcie przywoływały pierwsze spotkanie z nimi w okolicach Żnina. Dopiero perspektywa wielu lat, pozwala zobaczyć ważne momenty naszego życia w długich ciągach zdarzeń i wyodrębnić je z natłoku innych chwil. Jakże wciąż wyrazisty jest w mojej pamięci ten moment, gdy schylałem się ku trawie, podnosiłem pióra sów i podążałem w kierunku niewielkich sosen, na których siedziała ich duża rodzina.

Pióra sowy uszatej

Uszatki są ptakami dość licznymi w naszej strefie geograficznej, a ich zasięg jest przeogromny i obejmuje Eurazję, północno-zachodnią Afrykę i Amerykę Północną. Występowanie i lawinowy rozród uwarunkowany jest od ilości pożywienia, a przede wszystkim od niepohamowanych rozmnożeń myszy, ryjówek, norników i mniejszych szczurów. Wtedy rodzicom udaje się wychować więcej piskląt (dwa lęgi), które szybko rosną, opuszczają gniazdo, łączą się w pary i znajdują własny areał łowiecki. Uszatki podobne są do puchaczy, ale ich ciała nie są tak duże – samica jest większa od samca, który z kolei ma jaśniejszy spód skrzydeł. Upierzenie – jak u wielu sów – jest rdzawo-brązowe, a znakomity efekt maskujący dają setki ciemnych plamek i kresek, zlewających się z gęstwiną krzewów, skąd ptaki wypatrują swych ofiar. Na zbliżeniach filmowych ogromne wrażenie robią pomarańczowe tęczówki tych drapiezników, a także kępki nastroszonych piórek na ruchliwej głowie, mylnie określanych jako uszy. Poszczególne osobniki osiągają długość 35-37 cm, a rozpiętość skrzydeł samic dochodzi do jednego metra, co daje ogromną siłę nośną i bardzo dynamizuje lot, szczególnie w sytuacji pogoni za ofiarami. Przy ogromnej aktywności łowieckiej uszatki mają znakomitą przemianę materii i osiągają wagę zaledwie 260-280 gramów. Zbliżając się do gniazdujących ptaków, nie słyszałem ich głosów, bo charakterystyczne pohukiwanie wydają one z siebie tylko w nocy. To jest czas ich przygotowania do krwawych łowów, bo najbardziej aktywne są o zmierzchu i świcie, kiedy to można je zobaczyć, jak lotem ślizgowym przemykają pomiędzy krzewami i niskimi drzewami. Najważniejszą rolę odgrywa ich słuch, pozwalający polować nawet w całkowitych ciemnościach i dający ogromną przewagę nad ofiarami. Od marca do sierpnia można zaobserwować akrobacje samców, które w ten sposób przyciągają uwagę samic i zaznaczają swoje panowanie nad sporym areałem łowieckim. Pary łączą się ze sobą tylko podczas jednego sezonu i w następnym roku szukają już innych partnerów, a żyją jedynie około dwudziestu kilku lat. Od dawien dawna sowy są symbolem mądrości, czujności i inteligencji, a także mają wstęp do świata duchów. Jako ptak chtoniczny łączą niebo z ziemią i wraz z sępami, krukami, wronami i kawkami uczestniczą w ucztach nad martwymi ciałami zwierząt i ludzi.

ORNITOLOGIA I AMAZONIA W ORIONIE

Jacek Lebioda (z lewej) i Arkady Radosław Fiedler (z prawej) w bydgoskim Orionie

 Polska fotografia ornitologiczna stanowi ważną część naturalistycznej fotografii artystycznej i poszczycić się może sporymi osiągnięciami. Starczy wymienić takie nazwiska jak Włodzimierz Korsak, Jan Bułhak, Włodzimierz Puchalski czy Jerzy Łapiński, starczy przywołać wiele ich ekscytujących albumów, wystaw I filmów. Do tego grona dołączyć trzeba wielu pisarzy-podróżników, którzy podczas swoich wypraw dokumentowali też liczne spotkania z ptakami. Tacy twórcy jak Kamil Giżycki, Janusz Wolniewicz, a nade wszystko Arkady Fiedler, pozostawili potomnym ogromny, wartościowy przekaz na temat egzotycznych ptaków, ucząc miłości do przyrody I motywując wielu młodych ludzi do wkroczenia na ścieżkę przyrodnika, ornitologa lub fotografa natury. Z takich klimatów wywodzi się też sztuka fotograficzna Jacka Lebiody, który wzrastał w Bydgoszczy, na osiedlu Błonie, skąd ruszał na pierwsze wyprawy poznawcze do pobliskich lasów, and brzegi Brdy i Noteci oraz nad stawy w okolicach Ślesina. Tam robił pierwsze zdjęcia ptaków, najpierw w technice czarno-białej, a potem w kolorze, z wykorzystaniem najnowocześniejszego sprzętu. To, co było najpierw sympatycznym hobby, zaczęło podążać w kierunku sztuki, egzemplifikowanej kolejnymi wystawami.

Ostatnio artysta zaprezentował swoje prace w kilku bydgoskich placówkach kultury, w tym w Klubie Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej “Orion”. Było to wydarzenie ze wszech miar interesujące, gdyż połączone zostało z promocją książki pt. Sumienie Amazonii, syna wielkiego podróżnika z Puszczykowa  – Arkadego Radosława Fiedlera. Na początku autor wystawy wygłosił krótkie wprowadzenie i zaprezentował swoją wizję fotografii przyrodniczej, z odniesieniami do wielkich poprzedników i własnych doświadczeń twórczych. Potem licznie przybyła publiczność zapoznała się z ekspozycją wielu fotogramów, głownie ornitologicznych, chociaż nie brakowało też szerokich ekspozycji natury, odwzorowywanej w szczególnych momentach, przy załamaniu pogody, o świcie i zmierzchu, a także na granicy dnia i nocy. Uwagę przykuwały ptaki wodne, uchwycone w locie, podczas startu z tafli stawów lub jezior, ale zaciekawiały też i inne przybliżenia, mniejszych mieszkańców lasów, ogrodów i parków. Wyrazista jest u tego twórcy dążność do ukazania zróżnicowania gatunkowego ptaków, przy jednoczesnym uchwyceniu ich piękna, do czego przyczyniają się detale upierzenia, umaszczenia piór i puchu, odwzorowywane z niezwykłą sumiennością i delikatnością, przy właściwej ekspozycji świetlnej.

Wystawa znakomicie wpisała się w drugą część tego artystycznego zdarzenia, kiedy to Arkady Radosław Fiedler zaprezentował swoją interesującą książkę o Amazonii, a wykład zilustrował wieloma fotografiami wykonanymi w Ameryce Południowej. Mówił o radościach i trudnościach w podróżowaniu po tych rejonach, gdzie na każdym kroku czyha zagrożenie, a człowiek może liczyć tylko na siebie i pomoc współuczestników wyprawy. Wiele tutaj było interesujących nawiązań do podróży ojca i sporo dygresji z pogranicza zoologii i filozofii ekologicznej. Autor książki mówił o ludziach i zwierzętach, o niezwykłych miejscach i spotkaniach w dżungli. Widać przy tym było ogromną pasję, która świetnie konweniowała z pasją ornitologiczną, odzwierciedloną na wiszących na ścianach fotografiach Jacka Lebiody. Obaj prelegenci zaproponowali publiczności ogląd świata w jego najpiękniejszych cząstkach i wymiarach, a żywiołowa reakcja publiczności wskazywała na to, że trafili oni do świadomości wielu obecnych, zaszczepiając w nich umiłowanie przyrody i wiarę w niezwykłość i oryginalność naszego świata.

 

 

Dariusz Tomasz Lebioda

DZIKIE GĘSI

Z końcem jesieni i na przednówku wiosny pojawiają się na niebie klucze dzikich gęsi (Anser anser). Czasem najpierw słychać ich żałosne jęki, a dopiero potem ukazują się w górze i szybko przesuwają się z południowego zachodu na północny wschód. Najczęściej są to gęgawy, które jesienią przelatują ku basenowi Morza Śródziemnego, a w lutym lub marcu wracają na swoje odwieczne tereny północne. W Skandynawii, Islandii, a nawet pod kołem polarnym samce i samice łączą się w pary i rozmnażają się, zwykle wyprowadzając dwa lęgi. Są to związki na całe życie, a gdy jedno z nich ginie, drugie pozostaje samotne do końca swoich dni. Ptaki te są szaro-popielate, na wierzchu i bokach z poprzecznym prążkowaniem, spód jaśniejszy z ciemniejszym pręgowaniem. Brzuch i podogonie białe, a na szyi podłużne pręgi, łatwo zauważymy też charakterystyczne różowe nogi i pomarańczowy dziób. W locie widać srebrzystoszary spód i przód skrzydeł, co odróżnia gęgawy od innych gęsi, ale to wymaga już obserwacji specjalistycznych, przy użyciu lornet. W lutym tego roku zauważyłem wiele kluczy gęgaw przesuwających się po niebie i wciąż jeszcze pojawiają się na nim osobne grupy. Ilekroć je widzę, myślę o tym, że są naturalnym chronometrem i swoimi przelotami zamykają okres jesienny lub otwierają wiosenny. Od dawien dawna ludzie wpatrywali się w niebo i od ich pojawienia się uzależniali swoje podróże, wyprawy łowieckie, przygotowania do srogiej zimy. Dzikie gęsi upodobały sobie słodkowodne zbiorniki, gęsto zarośnięte trzcinami, a także trudno dostępne bagniste łąki i moczary. Już dawno nauczyły się ostrożności, bo z racji swoich tusz, zawsze były łakomym kąskiem dla drapieżników, a i ludzie polowali na nie z upodobaniem i częstokroć – z bezmyślną satysfakcją. Dzikie gęsi na niebie, są w naszym życiu symbolem zmienności i przemijania, bo pojawiają się nagle i równie szybko znikają, podkreślając kruchą ulotność chwil. Czasem tylko udaje się zatrzymać je w kadrze i unieśmiertelnić jeden mikroskopijny moment w historii stulecia, w dziejach jednego życia i jakiegoś dnia…

PTAKI BASILA EDE’A

Basil Ede (1931–2016) był angielskim malarzem naturalistą, a szczególnie zasłynął jak twórca przedstawień ptaków. Rysowaniem zainteresował się jeszcze w dzieciństwie, a dorastając w czasach drugiej wojny światowej zapełniał notatniki rysunkami samolotów i pojazdów pancernych, armat i statków wojennych. W 1949 roku został powołany do wojska angielskiego i służył w korpusach pomocniczych. Po ukończeniu służby został marynarzem na statku handlowym i pływał regularnie z Southampton na Daleki Wschód. Wtedy właśnie zainteresował się w sposób szczególny kulturą tej części naszego globu. Zaczął tworzyć wiele akwarelowych przedstawień ptaków, eksponując je na wystawach w Europie i w Stanach Zjednoczonych, zdobywając coraz więcej kolekcjonerów i zyskując ogromną sławę. W pewnym  momencie podjął ambitne zadanie dorównania Johnowi Jamesowi Audubonowi i zaczął tworzyć tablice wszystkich 650 gatunków ptaków amerykańskich. Niestety jego plany pokrzyżowały kłopoty zdrowotne, szczególnie po silnym udarze mózgu, kiedy to prawa część jego ciała została sparaliżowana. Nauczył się wtedy malować lewą ręką, ale o kontynuacji szczytnych celów nie było już mowy. Pozostał po nim ogromny dorobek, który zdumiewa swoim zakresem i zachwyca z racji niezwykłej metody twórczej. Obrazy ornitologiczne tego twórcy nie są realistycznymi odwzorowaniami ptaków, znanymi z licznych atlasów – to raczej etiudy malarskie (akwarelowe lub olejne), gdzie wyrazisty jest wpływ dawnej sztuki chińskiej i japońskiej. To jest ta sama lekkość, te same zwiewne pozy, te same stylizacje poszczególnych elementów dzieła.

ZIMORODEK

Zimorodki zwyczajne (Alcedo atthis) podglądałem jeszcze w szkole podstawowej, gdy z moim bliskim kolegą, pojechałem podczas wakacji nad Jezioro Ostrowieckie, niedaleko Żnina. Chyba tam po raz pierwszy zauroczyłem się tym niebieskim łowcą małych rybek, którego spostrzegłem siedzącego na gałęziach albo przemierzającego nisko przestrzeń nadbrzeżną. Potem były obserwacje nad dziewiczą Brdą, za miastem, gdzie z kumplami jeździłem kąpać się w krystalicznie czystej wodzie. Jak dowiedziałem się później czystość akwenu jest jednym z warunków występowania zimorodka, który najczęściej wypatruje swoje ofiary na przejrzystych płyciznach. Każde pojawienie się tych ptaków, czy to na mazurach, czy na rozlewiskach wiślanych, było dla mnie fascynujące i zdarzało się, że podążałem za nimi łodzią, kajakiem albo ścieżką nadbrzeżną. To były obserwacje całoroczne, gdyż owe niebieskie twory rzadko opuszczały miejsca lęgowe, przemieszczając się tylko podczas srogich zim, gdy lód pokrywał zbiorniki wodne. Podczas tej pory roku łatwo można było wyodrębnić kolorowego ptaka, którego błękitna okrywa i jaskrawo pomarańczowe podbrzusze odcinało się na tle śniegu lub lodu. Niestety dawno nie widziałem zimorodków, co potwierdza fakt, że jest to obecnie w Polsce nieliczny ptak lęgowy. Obserwuje się go na całym niżowym obszarze kraju, ale nie w takich ilościach jak czterdzieści lat temu, gdy w ciągu roku miałem do czynienia z nim kilkakrotnie. Zauważyłem wtedy, iż ma on nieproporcjonalnie dużą głowę, zakończoną sporych rozmiarów dziobem. To ten bagnet (określenie Słowackiego) służy do zabijania małych ryb, żab i raków, owadów wodnych, w czym zimorodki wykazują wielką cierpliwość, zawisając nad wodą na trzcinach, gałązkach lub grubszych konarach. Gdy zauważą ofiarę, reagują natychmiast, rzucając się w toń i nurkując dość głęboko. Jeśli chodzi o spektrum kultury, to niebiescy łowcy pojawiają się w mitologii greckiej (księżniczka Alkione i jej małżonek), słynny jest też dialog pt. Zimorodek, którego autorstwo jest dyskusyjne. Często ptaki te malowali malarze flamandzcy i holenderscy, pojawia się też on w Ogrodzie ziemskich rozkoszy Hieronima Boscha, gdzie symbolizuje hipokryzję i zakłamanie. W literaturze polskiej najpiękniejsze przedstawienie tego ptaka znajdziemy w niewielkim fragmencie naśladowania Pana Tadeusza Mickiewicza, napisanym przez Juliusza Słowackiego:

Wielkimi gromadami — przez [bramę] do sieni
Wchodzą strzynadle złote i gile w czerwieni,
A nawet ów dziw lasu, tak rzadko widziany
Halcyjon, a na Litwie zimorodkiem zwany,
Który czasem strzelcowi pokaże się w borach
Przez mgłę gałązek, niby w anioła kolorach,
Nad zwierciadłem przełomki, piękny i błyszczący
Jak anioł, w równi złote skrzydła trzymający —
Nawet ów ptak pięknością zaklęty i dziki
Zbłąkał się i nad domu zleciał gołębniki,
A potem nad sadzawki w ogrodzie kopane,
Gdzie leszcze, karpie, pstrągi pięknie malowane
Wojski kazał powpuszczać, ów ptak z jasnym grzbietem
Poleciał i bił w ryby dziobem jak sztyletem.

Swoją drogą piękny byłby anioł, którego postać przyozdobiły by barwy i wzory z piór zimorodka. Muszę zastanowić się nad tym i znaleźć czas na namalowanie takiego skrzydlatego ducha. Tylko jak oddać na płótnie tę świetlistość i połyskliwość ubarwienia zimorodków?

PIECUSZEK

Piecuszek

To było w połowie lipca tego roku, gdzieś na południowych obrzeżach Bydgoszczy, niedaleko miejsca, gdzie mieszkam od pięciu lat.  Stałem na rozległym placu, otoczonym drzewami i nagle usłyszałem wabiące, niskie nawoływanie ptaka. Dolatywało z rozrośniętych krzewów i młodych olch, jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, raz to zanikając, raz wracając z ogromną intensywnością. Mój zmysł ornitologa i znajomość głosów ptasich podsuwały mi myśl, z jakim skrzydlakiem mam do czynienia, ale chciałem przekonać się naocznie czy się nie mylę. Zacząłem więc przysuwać się powoli do przodu i z odległości kilku metrów zauważyłem żółcień, połyskujący pośród sercowatych liści bzu i wyodrębniłem niewielkiego osobnika, przyglądającego się mi z uwagą. Nie myliłem się – miałem do czynienia z piecuszkiem (Phylloscopus trochilus), niewielkim ptaszkiem z rodziny świstunek, rozpowszechnionym w lasach liściastych, parkach i młodych zagajnikach brzozowych oraz olchowych. To nawoływanie przypominało nieco śpiew zięby, ale jakby nieco spowolniony i znacznie subtelniejszy. Piecuszki skolonizowały ogromny obszar Eurazji – od Francji po daleką Kamczatkę, a w Polsce możemy je obserwować od marca do sierpnia. To wytrwały podróżnik, przemierzający ogromne odległości, a zimujący najczęściej na całym obszarze Afryki, na południe od Sahary. Byłem już na tyle blisko by wyodrębnić jasnożółtą brew nad okiem ptaka, podkreśloną dodatkowo czarną linią i żółtawo-szare upierzenie, ale czynnikiem klasyfikacyjnym był tutaj przede wszystkim charakterystyczny śpiew. Piecuszki można łatwo pomylić z pierwiosnkami, wójcikami zielonymi, świstunkami leśnymi i zaganiaczami, bo wszystkie te ptaki są do siebie bardzo podobne – różnicują je jednak niewielkie zmiany w upierzeniu i wielkość (zaganiacze są wręcz – jak określa je Jan Sokołowski – siarkowożółte). Moja obserwacja nie trwała długo, bo piecuszki są bardzo płochliwe i już po chwili zobaczyłem ptaka w pełnej krasie lotności, gdy oderwał się od gałązki i przeleciał ze dwa, trzy metry ode mnie. Dzięki temu zauważyłem, że ruch wzmocnił żółcień na jego piórach i spotęgował wrażenie, iż mam do czynienia z ptakiem o jaskrawym ubarwieniu. Piecuszki ożywiają się przede wszystkim owadami (larwy, poczwarki i inne bezkręgowce, małe pająki), ale jesienią nie gardzą też dojrzałymi jagodami. To jedne z najpowszechniejszych ptaków w Polsce, a najwięcej znajdziemy ich na torfowiskach i w prześwitach leśnych, z przewagą młodych drzew.

Pierwiosnek

« Older entries

%d blogerów lubi to: