KRASKA

© Foto Cezary Karkosz

Jako nastolatek sporo chodziłem po podbydgoskich lasach, zapoznając się z siecią dróg i ścieżek, odkrywając w ostępach ukryte jeziora, małe i rozległe łąki. To wędrowanie miało związek z moimi zainteresowaniami geograficznymi i pragnieniem podróżowania po całym świecie. Wtedy też rodziły się moje fascynacje zwierzętami, a szczególnie ptakami, które podglądałem również w parkach, na cmentarzach, nad starym pruskim kanałem i nad dziewiczą Brdą. Właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłem najpiękniejsze polskie  skrzydlate stworzenia: zięby, wilgi, kowaliki, gile i jery, dudki, zimorodki, dzięcioły zielonosiwe, szczygły, krzyżodzioby,  pleszki, sójki, rudziki. Podczas jednej z wypraw do lasu zobaczyłem też po raz pierwszy kraskę, siedzącą na drucie telegraficznym i w jasnym świetle lipcowego dnia prezentującą swoje zjawiskowe upierzenie. Tak byłem zaskoczony tymi barwami, tak rozbłysły one w mojej wyobraźni, że po latach, gdy pisałem zbiór wierszy eschatologicznych, przetransplantowałem tego ptaka w obręb osiedlowych cmentarzy, a tomik zatytułowałem Pole umierającej kraski. Nie znamy swoich przeznaczeń, a gdy zaczynają się odsłaniać, często generują wielkie zdziwienie, zaskakują nas efektami życiowymi i – jak to uczenie się nazywa – ekspandacją wyobraźniową. Ta kraska, zauważona na drucie, rozwieszonym nad wielką leśną polaną, ten ptak przeniesiony do mojej poezji, stał się zaczątkiem zdumiewającego literackiego sukcesu. Moja mała książeczka, opublikowana przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie, a potem kolportowana w całym kraju, wywalczyła Nagrodę Artystyczną Młodych Imienia Stanisława Wyspiańskiego, którą wręczono mi w Warszawie, w dzisiejszym Pałacu Prezydenckim. Długo stałem u wrót polany i przyglądałem się niebieskiemu ptakowi, nie mogąc sobie uzmysłowić jak tak barwny ptak, jakby żywcem przeniesiony z tropikalnej egzotyki, mógł pojawić się w podbydgoskim kompleksie leśnym. Po kilku minutach kraska zatrzepotała obwiedzionymi czernią skrzydłami – tymi samymi, które tak udanie w 1512 roku odwzorował na swoim rysunku Albrecht Dürer – poprawiła się na drucie, po czym zerwała się do lotu i pomknęła w dal.  Odprowadzałem ją wzrokiem, póki nie zlała się z ogromnymi sosnami w oddali i nie zniknęła całkowicie, szybując już tylko pośród mgieł mojej pamięci.

Mal. Albrecht Dürer, 1512

Kraska zwyczajna lub pospolita (Coracias garrulus), to gatunek średniej wielkości ptaka wędrownego z rodziny krasek (Coraciidae). Niegdyś bardzo liczna w niemal całej Europie, środkowej i południowej Azji oraz północno-zachodniej Afryce. Niestety ostatnio coraz mniej liczna, a w niektórych krajach już w ogóle nie obserwowana, nawet podczas przelotów. Zimuje pośród sawann południowo-wschodniej Afryki, nad Zatoką Gwinejską a nawet na samym południu tego kontynentu, gdzie konkuruje swoją urodą z wieloma jaskrawo upierzonymi ptakami.  Ornitolodzy podają, że w Polsce jest obecnie tylko 60-70 par i to tylko we wschodniej części kraju, na Lubelszczyźnie, w puszczach Mazur, Podlasia oraz w Kotlinie Sandomierskiej. W całej Europie liczebność krasek szacuje się na 530-960 par lęgowych, ale liczba ta spada, bo wiele samców i samic ginie podczas przelotów i zimowania w Afryce, gdzie staje się łupem agresywnych drapieżców i ludzi, których nie unika. Ten niebiesko-rdzawy ptak nie charakteryzuje się dymorfizmem płciowym, choć pióra poszczególnych osobników zmieniają swoją barwę w różnych porach roku.  Ma on dość krępą budowę i wyraźnie zaokrąglone skrzydła. Głowa i kark są niebieskie, z domieszką seledynu, spód niebieskoszary, grzbiet (płaszcz) i barkówki rdzawe lub brązowo-czerwonawe, pokrywy skrzydłowe i podskrzydłowe niebieskie, lotki od góry czarne, od spodu szafirowe, sterówki od góry seledynowe, od spodu szafirowe. Skrajna para sterówek kilka milimetrów dłuższa – wystaje z obrysu końca ogona. Dodajmy do tego silny, lekko zakrzywiony czarny dziób i żółtawe, chwytne nogi. Dojrzały ptak jest rozmiarów kawki lub sójki (długość ciała 32 cm, rozpiętość skrzydeł ponad 70 cm), a w locie przypomina wronę lub gawrona.

© Foto Cezary Karkosz

Trudno się dziwić, że swoją pierwszą kraskę zauważyłem przy lesie, na skraju wielkiej polany, bo ptaki te upodobały sobie skraje zadrzewień typu parkowego, w pobliżu pól i sporych trawiastych przestrzeni, dobrze ogrzanych przez słońce. Gnieździ się w dużych dziuplach, opuszczonych przez dzięcioły albo sowy, najczęściej na schnących wierzbach, topolach, sosnach, olchach lub osikach. Ptak posiada znakomitą echolokację, gdyż po zimie wraca zwykle do starych dziupli lub – na południu kraju – do nor wygrzebywanych w wielkich urwiskach lub  nawet do obszernych dziur w murach. Kraski są monogamiczne, przez całe życie nie zmieniają partnerów, chyba, że jakieś tragiczne wydarzenie je do tego zmusi. Pożywienie tych mieszkańców przestworzy składa się z owadów prostoskrzydłych (pasikoników), chrząszczy, dżdżownic i pająków a także drobnych kręgowców – gadów, płazów i ssaków (myszy i norników), jesienią nie gardzą też skruszałymi owocami krzewów i drzew. Ptak zagrożony jest całkowitym wyginięciem i już czas najwyższy by ornitolodzy zaczęli go sztucznie namnażać, tym bardziej, ze wiele piskląt ginie zaraz po wykluciu się z jaj, albo podczas pierwszych dni po opuszczeniu gniazda, gdy niedojrzałe osobniki instynktownie pozostają przy nim, wałęsając się po ziemi lub przeskakując z gałęzi na gałąź. Trudno powiedzieć czy kraski przetrwają w Polsce, a szczególny niepokój budzi likwidowanie łąk i zamienianie ich na pola uprawne, ścinanie starych dziuplastych drzew i powszechne stosowanie herbicydów. Na razie cieszymy się obecnością tych ptaków w naszej rodzimej przyrodzie, a fotograficy ornitolodzy raz po raz zaskakują nas portretami tych kolorowych istot. Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie reprodukowane tutaj dwie fotografie autorstwa znakomitego fotografika Cezarego Karkosza, niezwykle udane i dokumentujące piękno tych ptaków. Warto zaglądać na stronę autorską tego twórcy (http://www.cezarykorkosz.pl), gdyż są na niej prawdziwe arcydzieła sztuki mimetycznej i naturalistycznej.

© Foto Szabó Gábor

Reklamy

SOWA USZATA

Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku spędzałem wakacje nad jeziorem Ostrowickim, w okolicach Jadownik Rycerskich. Byłem tam dzięki uprzejmości mojego najlepszego kolegi – Marka Maślanki – i zapamiętałem te chwile bardzo dobrze, tym bardziej, że wciąż kąpaliśmy się w jeziorze, pływaliśmy na łodziach, kajakach i rowerach wodnych, a nade wszystko wędrowaliśmy wokół jakże cudownego akwenu. Tam zapewne należy szukać korzeni moich fascynacji ornitologicznych, gdy zatrzymując się łodzią przy brzegu, przyglądałem się zjawiskowym zimorodkom i przelatującym majestatycznie nad tonią bączkom, mewom i rybitwom. Podczas jednej samotnej wędrówki na drugi brzeg jeziora znalazłem w trawie kilka pięknych piór jakiegoś ptasiego drapieżnika. To one doprowadziły mnie do kilku skarlałych sosen, na których swoje gniazda miały uszatki, albo inaczej sowy uszate (Asio otus), ptaki z charakterystycznymi piórkami na głowie, przypominającymi małe uszy. Pamiętam jakie wrażenie na mnie zrobiły, pozwalając mi na długą obserwację, czasem tylko przefruwając z drzewa na drzewo. Długo w moich zbiorach leżały te pióra, aż w końcu jakiś powiew czasu cisnął je gdzieś, nie wiadomo gdzie, ale na szczęście nie przepadły zainteresowania ornitologiczne. Studiując atlasy, albumy fotograficzne i fachowe poradniki, zatrzymywałem się nieraz przy sowach, fascynując się puchaczami, puszczykami i pójdźkami, a ilustracje związane z uszatkami nieodparcie przywoływały pierwsze spotkanie z nimi w okolicach Żnina. Dopiero perspektywa wielu lat, pozwala zobaczyć ważne momenty naszego życia w długich ciągach zdarzeń i wyodrębnić je z natłoku innych chwil. Jakże wciąż wyrazisty jest w mojej pamięci ten moment, gdy schylałem się ku trawie, podnosiłem pióra sów i podążałem w kierunku niewielkich sosen, na których siedziała ich duża rodzina.

Pióra sowy uszatej

Uszatki są ptakami dość licznymi w naszej strefie geograficznej, a ich zasięg jest przeogromny i obejmuje Eurazję, północno-zachodnią Afrykę i Amerykę Północną. Występowanie i lawinowy rozród uwarunkowany jest od ilości pożywienia, a przede wszystkim od niepohamowanych rozmnożeń myszy, ryjówek, norników i mniejszych szczurów. Wtedy rodzicom udaje się wychować więcej piskląt (dwa lęgi), które szybko rosną, opuszczają gniazdo, łączą się w pary i znajdują własny areał łowiecki. Uszatki podobne są do puchaczy, ale ich ciała nie są tak duże – samica jest większa od samca, który z kolei ma jaśniejszy spód skrzydeł. Upierzenie – jak u wielu sów – jest rdzawo-brązowe, a znakomity efekt maskujący dają setki ciemnych plamek i kresek, zlewających się z gęstwiną krzewów, skąd ptaki wypatrują swych ofiar. Na zbliżeniach filmowych ogromne wrażenie robią pomarańczowe tęczówki tych drapiezników, a także kępki nastroszonych piórek na ruchliwej głowie, mylnie określanych jako uszy. Poszczególne osobniki osiągają długość 35-37 cm, a rozpiętość skrzydeł samic dochodzi do jednego metra, co daje ogromną siłę nośną i bardzo dynamizuje lot, szczególnie w sytuacji pogoni za ofiarami. Przy ogromnej aktywności łowieckiej uszatki mają znakomitą przemianę materii i osiągają wagę zaledwie 260-280 gramów. Zbliżając się do gniazdujących ptaków, nie słyszałem ich głosów, bo charakterystyczne pohukiwanie wydają one z siebie tylko w nocy. To jest czas ich przygotowania do krwawych łowów, bo najbardziej aktywne są o zmierzchu i świcie, kiedy to można je zobaczyć, jak lotem ślizgowym przemykają pomiędzy krzewami i niskimi drzewami. Najważniejszą rolę odgrywa ich słuch, pozwalający polować nawet w całkowitych ciemnościach i dający ogromną przewagę nad ofiarami. Od marca do sierpnia można zaobserwować akrobacje samców, które w ten sposób przyciągają uwagę samic i zaznaczają swoje panowanie nad sporym areałem łowieckim. Pary łączą się ze sobą tylko podczas jednego sezonu i w następnym roku szukają już innych partnerów, a żyją jedynie około dwudziestu kilku lat. Od dawien dawna sowy są symbolem mądrości, czujności i inteligencji, a także mają wstęp do świata duchów. Jako ptak chtoniczny łączą niebo z ziemią i wraz z sępami, krukami, wronami i kawkami uczestniczą w ucztach nad martwymi ciałami zwierząt i ludzi.

ORNITOLOGIA I AMAZONIA W ORIONIE

Jacek Lebioda (z lewej) i Arkady Radosław Fiedler (z prawej) w bydgoskim Orionie

 Polska fotografia ornitologiczna stanowi ważną część naturalistycznej fotografii artystycznej i poszczycić się może sporymi osiągnięciami. Starczy wymienić takie nazwiska jak Włodzimierz Korsak, Jan Bułhak, Włodzimierz Puchalski czy Jerzy Łapiński, starczy przywołać wiele ich ekscytujących albumów, wystaw I filmów. Do tego grona dołączyć trzeba wielu pisarzy-podróżników, którzy podczas swoich wypraw dokumentowali też liczne spotkania z ptakami. Tacy twórcy jak Kamil Giżycki, Janusz Wolniewicz, a nade wszystko Arkady Fiedler, pozostawili potomnym ogromny, wartościowy przekaz na temat egzotycznych ptaków, ucząc miłości do przyrody I motywując wielu młodych ludzi do wkroczenia na ścieżkę przyrodnika, ornitologa lub fotografa natury. Z takich klimatów wywodzi się też sztuka fotograficzna Jacka Lebiody, który wzrastał w Bydgoszczy, na osiedlu Błonie, skąd ruszał na pierwsze wyprawy poznawcze do pobliskich lasów, and brzegi Brdy i Noteci oraz nad stawy w okolicach Ślesina. Tam robił pierwsze zdjęcia ptaków, najpierw w technice czarno-białej, a potem w kolorze, z wykorzystaniem najnowocześniejszego sprzętu. To, co było najpierw sympatycznym hobby, zaczęło podążać w kierunku sztuki, egzemplifikowanej kolejnymi wystawami.

Ostatnio artysta zaprezentował swoje prace w kilku bydgoskich placówkach kultury, w tym w Klubie Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej “Orion”. Było to wydarzenie ze wszech miar interesujące, gdyż połączone zostało z promocją książki pt. Sumienie Amazonii, syna wielkiego podróżnika z Puszczykowa  – Arkadego Radosława Fiedlera. Na początku autor wystawy wygłosił krótkie wprowadzenie i zaprezentował swoją wizję fotografii przyrodniczej, z odniesieniami do wielkich poprzedników i własnych doświadczeń twórczych. Potem licznie przybyła publiczność zapoznała się z ekspozycją wielu fotogramów, głownie ornitologicznych, chociaż nie brakowało też szerokich ekspozycji natury, odwzorowywanej w szczególnych momentach, przy załamaniu pogody, o świcie i zmierzchu, a także na granicy dnia i nocy. Uwagę przykuwały ptaki wodne, uchwycone w locie, podczas startu z tafli stawów lub jezior, ale zaciekawiały też i inne przybliżenia, mniejszych mieszkańców lasów, ogrodów i parków. Wyrazista jest u tego twórcy dążność do ukazania zróżnicowania gatunkowego ptaków, przy jednoczesnym uchwyceniu ich piękna, do czego przyczyniają się detale upierzenia, umaszczenia piór i puchu, odwzorowywane z niezwykłą sumiennością i delikatnością, przy właściwej ekspozycji świetlnej.

Wystawa znakomicie wpisała się w drugą część tego artystycznego zdarzenia, kiedy to Arkady Radosław Fiedler zaprezentował swoją interesującą książkę o Amazonii, a wykład zilustrował wieloma fotografiami wykonanymi w Ameryce Południowej. Mówił o radościach i trudnościach w podróżowaniu po tych rejonach, gdzie na każdym kroku czyha zagrożenie, a człowiek może liczyć tylko na siebie i pomoc współuczestników wyprawy. Wiele tutaj było interesujących nawiązań do podróży ojca i sporo dygresji z pogranicza zoologii i filozofii ekologicznej. Autor książki mówił o ludziach i zwierzętach, o niezwykłych miejscach i spotkaniach w dżungli. Widać przy tym było ogromną pasję, która świetnie konweniowała z pasją ornitologiczną, odzwierciedloną na wiszących na ścianach fotografiach Jacka Lebiody. Obaj prelegenci zaproponowali publiczności ogląd świata w jego najpiękniejszych cząstkach i wymiarach, a żywiołowa reakcja publiczności wskazywała na to, że trafili oni do świadomości wielu obecnych, zaszczepiając w nich umiłowanie przyrody i wiarę w niezwykłość i oryginalność naszego świata.

 

 

Dariusz Tomasz Lebioda

DZIKIE GĘSI

Z końcem jesieni i na przednówku wiosny pojawiają się na niebie klucze dzikich gęsi (Anser anser). Czasem najpierw słychać ich żałosne jęki, a dopiero potem ukazują się w górze i szybko przesuwają się z południowego zachodu na północny wschód. Najczęściej są to gęgawy, które jesienią przelatują ku basenowi Morza Śródziemnego, a w lutym lub marcu wracają na swoje odwieczne tereny północne. W Skandynawii, Islandii, a nawet pod kołem polarnym samce i samice łączą się w pary i rozmnażają się, zwykle wyprowadzając dwa lęgi. Są to związki na całe życie, a gdy jedno z nich ginie, drugie pozostaje samotne do końca swoich dni. Ptaki te są szaro-popielate, na wierzchu i bokach z poprzecznym prążkowaniem, spód jaśniejszy z ciemniejszym pręgowaniem. Brzuch i podogonie białe, a na szyi podłużne pręgi, łatwo zauważymy też charakterystyczne różowe nogi i pomarańczowy dziób. W locie widać srebrzystoszary spód i przód skrzydeł, co odróżnia gęgawy od innych gęsi, ale to wymaga już obserwacji specjalistycznych, przy użyciu lornet. W lutym tego roku zauważyłem wiele kluczy gęgaw przesuwających się po niebie i wciąż jeszcze pojawiają się na nim osobne grupy. Ilekroć je widzę, myślę o tym, że są naturalnym chronometrem i swoimi przelotami zamykają okres jesienny lub otwierają wiosenny. Od dawien dawna ludzie wpatrywali się w niebo i od ich pojawienia się uzależniali swoje podróże, wyprawy łowieckie, przygotowania do srogiej zimy. Dzikie gęsi upodobały sobie słodkowodne zbiorniki, gęsto zarośnięte trzcinami, a także trudno dostępne bagniste łąki i moczary. Już dawno nauczyły się ostrożności, bo z racji swoich tusz, zawsze były łakomym kąskiem dla drapieżników, a i ludzie polowali na nie z upodobaniem i częstokroć – z bezmyślną satysfakcją. Dzikie gęsi na niebie, są w naszym życiu symbolem zmienności i przemijania, bo pojawiają się nagle i równie szybko znikają, podkreślając kruchą ulotność chwil. Czasem tylko udaje się zatrzymać je w kadrze i unieśmiertelnić jeden mikroskopijny moment w historii stulecia, w dziejach jednego życia i jakiegoś dnia…

PTAKI BASILA EDE’A

Basil Ede (1931–2016) był angielskim malarzem naturalistą, a szczególnie zasłynął jak twórca przedstawień ptaków. Rysowaniem zainteresował się jeszcze w dzieciństwie, a dorastając w czasach drugiej wojny światowej zapełniał notatniki rysunkami samolotów i pojazdów pancernych, armat i statków wojennych. W 1949 roku został powołany do wojska angielskiego i służył w korpusach pomocniczych. Po ukończeniu służby został marynarzem na statku handlowym i pływał regularnie z Southampton na Daleki Wschód. Wtedy właśnie zainteresował się w sposób szczególny kulturą tej części naszego globu. Zaczął tworzyć wiele akwarelowych przedstawień ptaków, eksponując je na wystawach w Europie i w Stanach Zjednoczonych, zdobywając coraz więcej kolekcjonerów i zyskując ogromną sławę. W pewnym  momencie podjął ambitne zadanie dorównania Johnowi Jamesowi Audubonowi i zaczął tworzyć tablice wszystkich 650 gatunków ptaków amerykańskich. Niestety jego plany pokrzyżowały kłopoty zdrowotne, szczególnie po silnym udarze mózgu, kiedy to prawa część jego ciała została sparaliżowana. Nauczył się wtedy malować lewą ręką, ale o kontynuacji szczytnych celów nie było już mowy. Pozostał po nim ogromny dorobek, który zdumiewa swoim zakresem i zachwyca z racji niezwykłej metody twórczej. Obrazy ornitologiczne tego twórcy nie są realistycznymi odwzorowaniami ptaków, znanymi z licznych atlasów – to raczej etiudy malarskie (akwarelowe lub olejne), gdzie wyrazisty jest wpływ dawnej sztuki chińskiej i japońskiej. To jest ta sama lekkość, te same zwiewne pozy, te same stylizacje poszczególnych elementów dzieła.

ZIMORODEK

Zimorodki zwyczajne (Alcedo atthis) podglądałem jeszcze w szkole podstawowej, gdy z moim bliskim kolegą, pojechałem podczas wakacji nad Jezioro Ostrowieckie, niedaleko Żnina. Chyba tam po raz pierwszy zauroczyłem się tym niebieskim łowcą małych rybek, którego spostrzegłem siedzącego na gałęziach albo przemierzającego nisko przestrzeń nadbrzeżną. Potem były obserwacje nad dziewiczą Brdą, za miastem, gdzie z kumplami jeździłem kąpać się w krystalicznie czystej wodzie. Jak dowiedziałem się później czystość akwenu jest jednym z warunków występowania zimorodka, który najczęściej wypatruje swoje ofiary na przejrzystych płyciznach. Każde pojawienie się tych ptaków, czy to na mazurach, czy na rozlewiskach wiślanych, było dla mnie fascynujące i zdarzało się, że podążałem za nimi łodzią, kajakiem albo ścieżką nadbrzeżną. To były obserwacje całoroczne, gdyż owe niebieskie twory rzadko opuszczały miejsca lęgowe, przemieszczając się tylko podczas srogich zim, gdy lód pokrywał zbiorniki wodne. Podczas tej pory roku łatwo można było wyodrębnić kolorowego ptaka, którego błękitna okrywa i jaskrawo pomarańczowe podbrzusze odcinało się na tle śniegu lub lodu. Niestety dawno nie widziałem zimorodków, co potwierdza fakt, że jest to obecnie w Polsce nieliczny ptak lęgowy. Obserwuje się go na całym niżowym obszarze kraju, ale nie w takich ilościach jak czterdzieści lat temu, gdy w ciągu roku miałem do czynienia z nim kilkakrotnie. Zauważyłem wtedy, iż ma on nieproporcjonalnie dużą głowę, zakończoną sporych rozmiarów dziobem. To ten bagnet (określenie Słowackiego) służy do zabijania małych ryb, żab i raków, owadów wodnych, w czym zimorodki wykazują wielką cierpliwość, zawisając nad wodą na trzcinach, gałązkach lub grubszych konarach. Gdy zauważą ofiarę, reagują natychmiast, rzucając się w toń i nurkując dość głęboko. Jeśli chodzi o spektrum kultury, to niebiescy łowcy pojawiają się w mitologii greckiej (księżniczka Alkione i jej małżonek), słynny jest też dialog pt. Zimorodek, którego autorstwo jest dyskusyjne. Często ptaki te malowali malarze flamandzcy i holenderscy, pojawia się też on w Ogrodzie ziemskich rozkoszy Hieronima Boscha, gdzie symbolizuje hipokryzję i zakłamanie. W literaturze polskiej najpiękniejsze przedstawienie tego ptaka znajdziemy w niewielkim fragmencie naśladowania Pana Tadeusza Mickiewicza, napisanym przez Juliusza Słowackiego:

Wielkimi gromadami — przez [bramę] do sieni
Wchodzą strzynadle złote i gile w czerwieni,
A nawet ów dziw lasu, tak rzadko widziany
Halcyjon, a na Litwie zimorodkiem zwany,
Który czasem strzelcowi pokaże się w borach
Przez mgłę gałązek, niby w anioła kolorach,
Nad zwierciadłem przełomki, piękny i błyszczący
Jak anioł, w równi złote skrzydła trzymający —
Nawet ów ptak pięknością zaklęty i dziki
Zbłąkał się i nad domu zleciał gołębniki,
A potem nad sadzawki w ogrodzie kopane,
Gdzie leszcze, karpie, pstrągi pięknie malowane
Wojski kazał powpuszczać, ów ptak z jasnym grzbietem
Poleciał i bił w ryby dziobem jak sztyletem.

Swoją drogą piękny byłby anioł, którego postać przyozdobiły by barwy i wzory z piór zimorodka. Muszę zastanowić się nad tym i znaleźć czas na namalowanie takiego skrzydlatego ducha. Tylko jak oddać na płótnie tę świetlistość i połyskliwość ubarwienia zimorodków?

PIECUSZEK

Piecuszek

To było w połowie lipca tego roku, gdzieś na południowych obrzeżach Bydgoszczy, niedaleko miejsca, gdzie mieszkam od pięciu lat.  Stałem na rozległym placu, otoczonym drzewami i nagle usłyszałem wabiące, niskie nawoływanie ptaka. Dolatywało z rozrośniętych krzewów i młodych olch, jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, raz to zanikając, raz wracając z ogromną intensywnością. Mój zmysł ornitologa i znajomość głosów ptasich podsuwały mi myśl, z jakim skrzydlakiem mam do czynienia, ale chciałem przekonać się naocznie czy się nie mylę. Zacząłem więc przysuwać się powoli do przodu i z odległości kilku metrów zauważyłem żółcień, połyskujący pośród sercowatych liści bzu i wyodrębniłem niewielkiego osobnika, przyglądającego się mi z uwagą. Nie myliłem się – miałem do czynienia z piecuszkiem (Phylloscopus trochilus), niewielkim ptaszkiem z rodziny świstunek, rozpowszechnionym w lasach liściastych, parkach i młodych zagajnikach brzozowych oraz olchowych. To nawoływanie przypominało nieco śpiew zięby, ale jakby nieco spowolniony i znacznie subtelniejszy. Piecuszki skolonizowały ogromny obszar Eurazji – od Francji po daleką Kamczatkę, a w Polsce możemy je obserwować od marca do sierpnia. To wytrwały podróżnik, przemierzający ogromne odległości, a zimujący najczęściej na całym obszarze Afryki, na południe od Sahary. Byłem już na tyle blisko by wyodrębnić jasnożółtą brew nad okiem ptaka, podkreśloną dodatkowo czarną linią i żółtawo-szare upierzenie, ale czynnikiem klasyfikacyjnym był tutaj przede wszystkim charakterystyczny śpiew. Piecuszki można łatwo pomylić z pierwiosnkami, wójcikami zielonymi, świstunkami leśnymi i zaganiaczami, bo wszystkie te ptaki są do siebie bardzo podobne – różnicują je jednak niewielkie zmiany w upierzeniu i wielkość (zaganiacze są wręcz – jak określa je Jan Sokołowski – siarkowożółte). Moja obserwacja nie trwała długo, bo piecuszki są bardzo płochliwe i już po chwili zobaczyłem ptaka w pełnej krasie lotności, gdy oderwał się od gałązki i przeleciał ze dwa, trzy metry ode mnie. Dzięki temu zauważyłem, że ruch wzmocnił żółcień na jego piórach i spotęgował wrażenie, iż mam do czynienia z ptakiem o jaskrawym ubarwieniu. Piecuszki ożywiają się przede wszystkim owadami (larwy, poczwarki i inne bezkręgowce, małe pająki), ale jesienią nie gardzą też dojrzałymi jagodami. To jedne z najpowszechniejszych ptaków w Polsce, a najwięcej znajdziemy ich na torfowiskach i w prześwitach leśnych, z przewagą młodych drzew.

Pierwiosnek

CZECZOTKA

Za oknem domu, w którym mieszkam, rozrósł się znacznie cyprysik Lawsona, krzew popularny na działkach i w ogrodach. Spędzając wiele godzin przy biurku dostawionym do okna, obserwuję ptaki przybywające do niego, przeskakujące z gałęzi na gałąź, czasem kryjące się przed okrutnym drapieżnikiem lub startujące do dalszego lotu. Dzień w dzień pojawiają się sroki, kawki i synogarlice, roje sikorek, zdarza się wizyta wrony, gawrona, sójki, grubodzioba, rudzika, szczygła, dzwońca, ale najczęściej na charakterystycznych, postrzępionych gałązkach przysiadają stadka wróbli i mazurków. Tak też było wczoraj, choć moją uwagę przykuł inny, mały ptaszek, znacznie ruchliwszy od pospolitych szaraków. Mogłem dość długo przyglądać się mu, gdy posilał się nasionami cyprysika i zawisał nieruchomo głową w dół, toteż łatwo zauważyłem charakterystyczną czerwoną plamkę na głowie, wyraziście żółty dzióbek i czarny akcent pod nim. Ostatecznie dwie białe pręgi na złożonych skrzydłach przekonały mnie, że mam do czynienia z samicą czeczotki (Acanthis flammea), ptaka z rodziny łuszczaków, którego łatwiej dostrzec w zimie, w stadach lub na drzewach pozbawionych liści. Jak zwykle u skrzydlatych mieszkańców przestworzy, samiec jest ładniejszy i ma znacznie wyrazistsze, czerwone ubarwienie kuperka. Ornamenty na piórach podobne są do tych, które możemy dostrzec u wróbli i mazurków, ale większa ruchliwość – jak u czyżyka – i barwy bliskie tym z piór makolągwy, powodują, że nawet początkujący ornitolog łatwo wyodrębnia ten gatunek. Czeczotka, którą przez kilka chwil obserwowałem mogła do Polski przylecieć z Syberii, ale równie dobrze mogła przemieścić się z gór Środkowej Europy, gdzie przeczesuje brzozy, olchy i drzewa iglaste. Ptak ma zaledwie dwanaście i pół centymetra długości, przy rozpiętości skrzydeł dwadzieścia jeden i pół centymetra, a waży ledwie trzynaście gram. Ileż miliardów tych kruchych istot przemierzało Europę, Azję Północną Amerykę przez tysiąclecia, wszak ich skamieliny znaleziono już w warstwach geologicznych plejstocenu. Patrzyłem na to ulotne istnienie i zamyśliłem się nad jego dziejami, bo takie właśnie jest nasze życie, łączące się z monstrualnymi ciągami czasowymi, wielkimi połaciami wieków, tysiącleci i er w historii planety. Przyglądając się drobnemu, ruchliwemu ptaszkowi, ot takiej czeczotce na gałęziach cyprysika Lawsona, nie zdajemy sobie sprawy, że obcujemy z chronologicznymi ogromami i niezmienną, wręcz niewyobrażalną powtarzalnością gatunkową. To trwający przez miliony lat lot, łączenie się w zimowe stada, przysiadanie na gałęziach i pożywianie się nasionami brzozy, olchy, różnorodnych krzewów, to reprodukcja osobników z filuterną czerwoną plamką na głowie i żółtym dziobem, to znak życia pośród nieustannego umierania.

Fotografie: Wikipedia

ORNITOLOGIA CODZIENNA

Mieszkając w domu jednorodzinnym, w otoczeniu podobnych domostw i ogrodów, mam stale do czynienia z żywą naturą, manifestującą swoje istnienie pośród czterech pór roku. Zwykłe wyjście do sklepu, przemierzenie kilkuset metrów, generuje liczne wrażenia zmysłowe, pozwala obcować z kwiatami i krzewami, mniejszymi lub większymi drzewami, a nade wszystko z wszędobylskimi ptakami. Tak było też i dzisiaj, gdy ruszyłem ulicą w kierunku osiedlowego targu, po drodze mijając obszerną przestrzeń, wolną od zabudowy, pełną krzaków i niskich drzew. Już z daleka usłyszałem chór mazurków i wróbli, ćwierkających na gałęziach, a na wysokich topolach spostrzegłem stada jemiołuszek, wydających charakterystyczne, pojedyncze piśnięcia. Stanąłem przy zgromadzeniu wróbli i długo przypatrywałem się ich cywilizacji. Było ich chyba z dwieście albo trzysta na krzakach trującego ligustru, pośród czarnych lśniących, niejadalnych owoców. Raz po raz zerkałem też na jemiołuszki, zrywające się do lotu i wracające ku szczytom topól i brzóz. Gdy przychodzą mrozy, gdy zaczynają wiać lodowate wiatry, a szron okrywa gałęzie i konary, ptaki instynktownie garną się do siebie, wiedząc, że w grupie mieć będą większe szanse na przetrwanie. Dziesiątki małych oczu szybciej wypatrzą atakującego krogulca (niektóre z tych drapieżników nie odlatują zimą ku cieplejszym krainom), w grupie łatwiej też znajduje się pożywienie i przeczekuje noc w dogodnych miejscach. Takie wyjście z domu, to wiele innych obserwacji ornitologicznych, a to płochliwych grubodziobów, a to śmigłych sikorek, pobrzękujących w niewidzialny talerz perkusyjny mrozu, czy wreszcie mnogich, a powszechnych srok, gawronów, wron, kawek, czasem kosów i drozdów, innym razem barwnych sójek, unoszących się nad blokami wielkich mew, albo par synogarlic, przysiadających na drutach. Niestety wielu ludzi, zatopionych w myślach, podążających ku swoim zajęciom, nie zauważa ptaków w bliskim otoczeniu, znam też takich, którzy je tępią, niszczą gniazda i karmniki. Na szczęście to tylko niewielki promil wspólnoty ludzkiej, z którą obcujemy podczas naszego życia, to tylko biedne, puste byty, nie zdające sobie sprawy z różnorodności istnienia i jego lotności w kształtach ptaków.

Krogulec

PTAKI Z PORCELANY

Ptaki mogą być elementem pasji kolekcjonerskiej – znam ludzi, którzy zbierają znaczki z mieszkańcami przestworzy, filiżanki, nalepki, banknoty, a w ekstremalnych przypadkach, nawet wypchane osobniki. Poznałem też zamożnych kolekcjonerów, którzy w antykwariatach, sklepach ze starociami i w internecie polują na figurki ptaków z porcelany. Ceny wahają się tutaj od kilku euro do kilkuset, a zdarzają się też prawdziwe cuda sztuki z dawnych wieków, za które zapłacić trzeba kilka tysięcy euro. Mam swój skromny zbiór, który w pewnym momencie musiałem zastopować, gdyż zabrakło mi miejsca na półkach, tym bardziej, że eksponowałem je przy książkach, w przestrzeni pomiędzy tomami i oszklonymi drzwiczkami regałów.

« Older entries

%d blogerów lubi to: