PTAKI BASILA EDE’A

Basil Ede (1931–2016) był angielskim malarzem naturalistą, a szczególnie zasłynął jak twórca przedstawień ptaków. Rysowaniem zainteresował się jeszcze w dzieciństwie, a dorastając w czasach drugiej wojny światowej zapełniał notatniki rysunkami samolotów i pojazdów pancernych, armat i statków wojennych. W 1949 roku został powołany do wojska angielskiego i służył w korpusach pomocniczych. Po ukończeniu służby został marynarzem na statku handlowym i pływał regularnie z Southampton na Daleki Wschód. Wtedy właśnie zainteresował się w sposób szczególny kulturą tej części naszego globu. Zaczął tworzyć wiele akwarelowych przedstawień ptaków, eksponując je na wystawach w Europie i w Stanach Zjednoczonych, zdobywając coraz więcej kolekcjonerów i zyskując ogromną sławę. W pewnym  momencie podjął ambitne zadanie dorównania Johnowi Jamesowi Audubonowi i zaczął tworzyć tablice wszystkich 650 gatunków ptaków amerykańskich. Niestety jego plany pokrzyżowały kłopoty zdrowotne, szczególnie po silnym udarze mózgu, kiedy to prawa część jego ciała została sparaliżowana. Nauczył się wtedy malować lewą ręką, ale o kontynuacji szczytnych celów nie było już mowy. Pozostał po nim ogromny dorobek, który zdumiewa swoim zakresem i zachwyca z racji niezwykłej metody twórczej. Obrazy ornitologiczne tego twórcy nie są realistycznymi odwzorowaniami ptaków, znanymi z licznych atlasów – to raczej etiudy malarskie (akwarelowe lub olejne), gdzie wyrazisty jest wpływ dawnej sztuki chińskiej i japońskiej. To jest ta sama lekkość, te same zwiewne pozy, te same stylizacje poszczególnych elementów dzieła.

Reklamy

ZIMORODEK

Zimorodki zwyczajne (Alcedo atthis) podglądałem jeszcze w szkole podstawowej, gdy z moim bliskim kolegą, pojechałem podczas wakacji nad Jezioro Ostrowieckie, niedaleko Żnina. Chyba tam po raz pierwszy zauroczyłem się tym niebieskim łowcą małych rybek, którego spostrzegłem siedzącego na gałęziach albo przemierzającego nisko przestrzeń nadbrzeżną. Potem były obserwacje nad dziewiczą Brdą, za miastem, gdzie z kumplami jeździłem kąpać się w krystalicznie czystej wodzie. Jak dowiedziałem się później czystość akwenu jest jednym z warunków występowania zimorodka, który najczęściej wypatruje swoje ofiary na przejrzystych płyciznach. Każde pojawienie się tych ptaków, czy to na mazurach, czy na rozlewiskach wiślanych, było dla mnie fascynujące i zdarzało się, że podążałem za nimi łodzią, kajakiem albo ścieżką nadbrzeżną. To były obserwacje całoroczne, gdyż owe niebieskie twory rzadko opuszczały miejsca lęgowe, przemieszczając się tylko podczas srogich zim, gdy lód pokrywał zbiorniki wodne. Podczas tej pory roku łatwo można było wyodrębnić kolorowego ptaka, którego błękitna okrywa i jaskrawo pomarańczowe podbrzusze odcinało się na tle śniegu lub lodu. Niestety dawno nie widziałem zimorodków, co potwierdza fakt, że jest to obecnie w Polsce nieliczny ptak lęgowy. Obserwuje się go na całym niżowym obszarze kraju, ale nie w takich ilościach jak czterdzieści lat temu, gdy w ciągu roku miałem do czynienia z nim kilkakrotnie. Zauważyłem wtedy, iż ma on nieproporcjonalnie dużą głowę, zakończoną sporych rozmiarów dziobem. To ten bagnet (określenie Słowackiego) służy do zabijania małych ryb, żab i raków, owadów wodnych, w czym zimorodki wykazują wielką cierpliwość, zawisając nad wodą na trzcinach, gałązkach lub grubszych konarach. Gdy zauważą ofiarę, reagują natychmiast, rzucając się w toń i nurkując dość głęboko. Jeśli chodzi o spektrum kultury, to niebiescy łowcy pojawiają się w mitologii greckiej (księżniczka Alkione i jej małżonek), słynny jest też dialog pt. Zimorodek, którego autorstwo jest dyskusyjne. Często ptaki te malowali malarze flamandzcy i holenderscy, pojawia się też on w Ogrodzie ziemskich rozkoszy Hieronima Boscha, gdzie symbolizuje hipokryzję i zakłamanie. W literaturze polskiej najpiękniejsze przedstawienie tego ptaka znajdziemy w niewielkim fragmencie naśladowania Pana Tadeusza Mickiewicza, napisanym przez Juliusza Słowackiego:

Wielkimi gromadami — przez [bramę] do sieni
Wchodzą strzynadle złote i gile w czerwieni,
A nawet ów dziw lasu, tak rzadko widziany
Halcyjon, a na Litwie zimorodkiem zwany,
Który czasem strzelcowi pokaże się w borach
Przez mgłę gałązek, niby w anioła kolorach,
Nad zwierciadłem przełomki, piękny i błyszczący
Jak anioł, w równi złote skrzydła trzymający —
Nawet ów ptak pięknością zaklęty i dziki
Zbłąkał się i nad domu zleciał gołębniki,
A potem nad sadzawki w ogrodzie kopane,
Gdzie leszcze, karpie, pstrągi pięknie malowane
Wojski kazał powpuszczać, ów ptak z jasnym grzbietem
Poleciał i bił w ryby dziobem jak sztyletem.

Swoją drogą piękny byłby anioł, którego postać przyozdobiły by barwy i wzory z piór zimorodka. Muszę zastanowić się nad tym i znaleźć czas na namalowanie takiego skrzydlatego ducha. Tylko jak oddać na płótnie tę świetlistość i połyskliwość ubarwienia zimorodków?

PIECUSZEK

Piecuszek

To było w połowie lipca tego roku, gdzieś na południowych obrzeżach Bydgoszczy, niedaleko miejsca, gdzie mieszkam od pięciu lat.  Stałem na rozległym placu, otoczonym drzewami i nagle usłyszałem wabiące, niskie nawoływanie ptaka. Dolatywało z rozrośniętych krzewów i młodych olch, jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, raz to zanikając, raz wracając z ogromną intensywnością. Mój zmysł ornitologa i znajomość głosów ptasich podsuwały mi myśl, z jakim skrzydlakiem mam do czynienia, ale chciałem przekonać się naocznie czy się nie mylę. Zacząłem więc przysuwać się powoli do przodu i z odległości kilku metrów zauważyłem żółcień, połyskujący pośród sercowatych liści bzu i wyodrębniłem niewielkiego osobnika, przyglądającego się mi z uwagą. Nie myliłem się – miałem do czynienia z piecuszkiem (Phylloscopus trochilus), niewielkim ptaszkiem z rodziny świstunek, rozpowszechnionym w lasach liściastych, parkach i młodych zagajnikach brzozowych oraz olchowych. To nawoływanie przypominało nieco śpiew zięby, ale jakby nieco spowolniony i znacznie subtelniejszy. Piecuszki skolonizowały ogromny obszar Eurazji – od Francji po daleką Kamczatkę, a w Polsce możemy je obserwować od marca do sierpnia. To wytrwały podróżnik, przemierzający ogromne odległości, a zimujący najczęściej na całym obszarze Afryki, na południe od Sahary. Byłem już na tyle blisko by wyodrębnić jasnożółtą brew nad okiem ptaka, podkreśloną dodatkowo czarną linią i żółtawo-szare upierzenie, ale czynnikiem klasyfikacyjnym był tutaj przede wszystkim charakterystyczny śpiew. Piecuszki można łatwo pomylić z pierwiosnkami, wójcikami zielonymi, świstunkami leśnymi i zaganiaczami, bo wszystkie te ptaki są do siebie bardzo podobne – różnicują je jednak niewielkie zmiany w upierzeniu i wielkość (zaganiacze są wręcz – jak określa je Jan Sokołowski – siarkowożółte). Moja obserwacja nie trwała długo, bo piecuszki są bardzo płochliwe i już po chwili zobaczyłem ptaka w pełnej krasie lotności, gdy oderwał się od gałązki i przeleciał ze dwa, trzy metry ode mnie. Dzięki temu zauważyłem, że ruch wzmocnił żółcień na jego piórach i spotęgował wrażenie, iż mam do czynienia z ptakiem o jaskrawym ubarwieniu. Piecuszki ożywiają się przede wszystkim owadami (larwy, poczwarki i inne bezkręgowce, małe pająki), ale jesienią nie gardzą też dojrzałymi jagodami. To jedne z najpowszechniejszych ptaków w Polsce, a najwięcej znajdziemy ich na torfowiskach i w prześwitach leśnych, z przewagą młodych drzew.

Pierwiosnek

CZECZOTKA

Za oknem domu, w którym mieszkam, rozrósł się znacznie cyprysik Lawsona, krzew popularny na działkach i w ogrodach. Spędzając wiele godzin przy biurku dostawionym do okna, obserwuję ptaki przybywające do niego, przeskakujące z gałęzi na gałąź, czasem kryjące się przed okrutnym drapieżnikiem lub startujące do dalszego lotu. Dzień w dzień pojawiają się sroki, kawki i synogarlice, roje sikorek, zdarza się wizyta wrony, gawrona, sójki, grubodzioba, rudzika, szczygła, dzwońca, ale najczęściej na charakterystycznych, postrzępionych gałązkach przysiadają stadka wróbli i mazurków. Tak też było wczoraj, choć moją uwagę przykuł inny, mały ptaszek, znacznie ruchliwszy od pospolitych szaraków. Mogłem dość długo przyglądać się mu, gdy posilał się nasionami cyprysika i zawisał nieruchomo głową w dół, toteż łatwo zauważyłem charakterystyczną czerwoną plamkę na głowie, wyraziście żółty dzióbek i czarny akcent pod nim. Ostatecznie dwie białe pręgi na złożonych skrzydłach przekonały mnie, że mam do czynienia z samicą czeczotki (Acanthis flammea), ptaka z rodziny łuszczaków, którego łatwiej dostrzec w zimie, w stadach lub na drzewach pozbawionych liści. Jak zwykle u skrzydlatych mieszkańców przestworzy, samiec jest ładniejszy i ma znacznie wyrazistsze, czerwone ubarwienie kuperka. Ornamenty na piórach podobne są do tych, które możemy dostrzec u wróbli i mazurków, ale większa ruchliwość – jak u czyżyka – i barwy bliskie tym z piór makolągwy, powodują, że nawet początkujący ornitolog łatwo wyodrębnia ten gatunek. Czeczotka, którą przez kilka chwil obserwowałem mogła do Polski przylecieć z Syberii, ale równie dobrze mogła przemieścić się z gór Środkowej Europy, gdzie przeczesuje brzozy, olchy i drzewa iglaste. Ptak ma zaledwie dwanaście i pół centymetra długości, przy rozpiętości skrzydeł dwadzieścia jeden i pół centymetra, a waży ledwie trzynaście gram. Ileż miliardów tych kruchych istot przemierzało Europę, Azję Północną Amerykę przez tysiąclecia, wszak ich skamieliny znaleziono już w warstwach geologicznych plejstocenu. Patrzyłem na to ulotne istnienie i zamyśliłem się nad jego dziejami, bo takie właśnie jest nasze życie, łączące się z monstrualnymi ciągami czasowymi, wielkimi połaciami wieków, tysiącleci i er w historii planety. Przyglądając się drobnemu, ruchliwemu ptaszkowi, ot takiej czeczotce na gałęziach cyprysika Lawsona, nie zdajemy sobie sprawy, że obcujemy z chronologicznymi ogromami i niezmienną, wręcz niewyobrażalną powtarzalnością gatunkową. To trwający przez miliony lat lot, łączenie się w zimowe stada, przysiadanie na gałęziach i pożywianie się nasionami brzozy, olchy, różnorodnych krzewów, to reprodukcja osobników z filuterną czerwoną plamką na głowie i żółtym dziobem, to znak życia pośród nieustannego umierania.

Fotografie: Wikipedia

ORNITOLOGIA CODZIENNA

Mieszkając w domu jednorodzinnym, w otoczeniu podobnych domostw i ogrodów, mam stale do czynienia z żywą naturą, manifestującą swoje istnienie pośród czterech pór roku. Zwykłe wyjście do sklepu, przemierzenie kilkuset metrów, generuje liczne wrażenia zmysłowe, pozwala obcować z kwiatami i krzewami, mniejszymi lub większymi drzewami, a nade wszystko z wszędobylskimi ptakami. Tak było też i dzisiaj, gdy ruszyłem ulicą w kierunku osiedlowego targu, po drodze mijając obszerną przestrzeń, wolną od zabudowy, pełną krzaków i niskich drzew. Już z daleka usłyszałem chór mazurków i wróbli, ćwierkających na gałęziach, a na wysokich topolach spostrzegłem stada jemiołuszek, wydających charakterystyczne, pojedyncze piśnięcia. Stanąłem przy zgromadzeniu wróbli i długo przypatrywałem się ich cywilizacji. Było ich chyba z dwieście albo trzysta na krzakach trującego ligustru, pośród czarnych lśniących, niejadalnych owoców. Raz po raz zerkałem też na jemiołuszki, zrywające się do lotu i wracające ku szczytom topól i brzóz. Gdy przychodzą mrozy, gdy zaczynają wiać lodowate wiatry, a szron okrywa gałęzie i konary, ptaki instynktownie garną się do siebie, wiedząc, że w grupie mieć będą większe szanse na przetrwanie. Dziesiątki małych oczu szybciej wypatrzą atakującego krogulca (niektóre z tych drapieżników nie odlatują zimą ku cieplejszym krainom), w grupie łatwiej też znajduje się pożywienie i przeczekuje noc w dogodnych miejscach. Takie wyjście z domu, to wiele innych obserwacji ornitologicznych, a to płochliwych grubodziobów, a to śmigłych sikorek, pobrzękujących w niewidzialny talerz perkusyjny mrozu, czy wreszcie mnogich, a powszechnych srok, gawronów, wron, kawek, czasem kosów i drozdów, innym razem barwnych sójek, unoszących się nad blokami wielkich mew, albo par synogarlic, przysiadających na drutach. Niestety wielu ludzi, zatopionych w myślach, podążających ku swoim zajęciom, nie zauważa ptaków w bliskim otoczeniu, znam też takich, którzy je tępią, niszczą gniazda i karmniki. Na szczęście to tylko niewielki promil wspólnoty ludzkiej, z którą obcujemy podczas naszego życia, to tylko biedne, puste byty, nie zdające sobie sprawy z różnorodności istnienia i jego lotności w kształtach ptaków.

Krogulec

PTAKI Z PORCELANY

Ptaki mogą być elementem pasji kolekcjonerskiej – znam ludzi, którzy zbierają znaczki z mieszkańcami przestworzy, filiżanki, nalepki, banknoty, a w ekstremalnych przypadkach, nawet wypchane osobniki. Poznałem też zamożnych kolekcjonerów, którzy w antykwariatach, sklepach ze starociami i w internecie polują na figurki ptaków z porcelany. Ceny wahają się tutaj od kilku euro do kilkuset, a zdarzają się też prawdziwe cuda sztuki z dawnych wieków, za które zapłacić trzeba kilka tysięcy euro. Mam swój skromny zbiór, który w pewnym momencie musiałem zastopować, gdyż zabrakło mi miejsca na półkach, tym bardziej, że eksponowałem je przy książkach, w przestrzeni pomiędzy tomami i oszklonymi drzwiczkami regałów.

PTAKI

W nowym roku będę chodził w takim T-Shircie. Zamówiłem sobie też wiele innych, podobnych gadżetów… Życie bez ptaków? Niemożliwe…

W PAPUGARNI

Choć wolę ptaki podpatrywać w naturze, sporo radości dało mi odwiedzenie bydgoskiej papugarni. Wizyta uświadomiła mi raz jeszcze jak kruchymi i ulotnymi są te barwne ptasie stwory. W naturze ich barwy i odcienie są tysiąckrotnie piękniejsze, a różnorodność jest tak wielka, że wymaga lat studiów, porównań, analiz ornitologicznych. 

 

  

PTAKI EGZOTYCZNE

Sporo ostatnio na moim blogu spraw interwencyjnych, a przecież pojawi się ich jeszcze więcej. Jako przeciwwagę dla moich wiernych czytelników, zarazem z przeprosinami, że muszą uczestniczyć wraz ze mną w typowo polskich spektaklach podłości, absurdu i bzdury, zamieszczam piękne portrety ptaków egzotycznych.

KOLIBRY

Podczas lektury starych numerów mojego ulubionego magazynu „National Geographic”, natknąłem się na wolumin z czerwca 1991 roku, a w nim na artykuł o tajemnicach nawigacji w świecie zwierząt – Secrets of Animal navigation. Lektura tego tekstu zbiegła się z informacjami internetowymi na portalach ornitologicznych, które regularnie śledzę – na jednym z nich znalazłem dwie mapy obrazujące napływanie kolibrów z Ameryki Południowej do Ameryki Północnej. Natychmiast też przypomniałem sobie moje obserwacje tych pięknych ptaków, którym oddawałem się z lubością w okolicach Wielkich Jezior, w Elizabeth nieopodal Nowego Jorku, w Central Parku na Manhattanie i na Florydzie. Prawie przy każdym amerykańskim domu właściciele zawieszają na werandach i w ogrodach plastikowe pojemniki z kolorowym, słodkim sokiem. Kolibry przylatują do tych naczyń, zawisają w powietrzu i wsuwają dzióbki do dziurek, które zwykle znajdują sie u dołu naczynia. Opalizujące skrzydełka poruszają się wtedy tak szybko, że powstaje wrażenie ulotnej tęczy oplatającej ptaka. Poszczególne osobniki, szczególnie młode, są niewielkie i przypominają polskie bąki albo nieco większe owady – fruczaki gołąbki. Można wtedy stać bardzo długo i w zauroczeniu przyglądać się tym fantazyjnym lotnikom, których serca biją z ogromną szybkością, a życie warunkowane jest zdobywaniem ogromnych ilości cukru, przede wszystkim wydobywanego z kielichów kwiatowych. To jeden z najpiękniejszych spektakli natury i cieszę się, że mogłem w nim uczestniczyć kilka razy, będąc świadkiem zdumiewającej ekspansji tych malutkich istot, kolonizujących całą Amerykę Północną, przemieszczających się na ogromnych przestrzeniach i dobywających z siebie wprost niewyobrażalną energię. Pierwsza mapa obrazuje napływ kolibrów z Ameryki Południowej do Północnej w lutym i zaledwie cztery obserwacje na Florydzie, Key West i w Teksasie, a druga dokumentuje ogromny napływ do maja i pojawianie się kolibrów od Labradoru po Nowy Meksyk.

« Older entries

%d blogerów lubi to: