RUDZIK

Rudzik Foto Wikipedia

Rudzik Foto Wikipedia

Gdy nadchodzą mrozy i szron albo śnieg okrywają wszystko dokoła, wyrazistsze stają się ptaki kontrastowo ubarwione. Może dlatego z łatwością wyłowiłem pośród ośnieżonych gałązek niewielkiej jabłonki pięknego rudzika (Erithacus rubecula), który wraz z mnogimi sikorkami, mazurkami i jedną makolągwą przyfrunął do rozsypanej przeze mnie kaszy. Natychmiast napłynęły wspomnienia obserwacji tego ptaka na cmentarzach ulokowanych na obrzeżu osiedla Błonie, pośród ogrodów dalekiego Drohiczyna, krzewów nad Narwią w Tykocinie i gęstej roślinności w Sromowcach Niżnych, malowniczo usytuowanych w Pieninach. Pierwsza myśl – wszak zimą przylatują do nas rudziki ze Skandynawii – związana też była z niedawną lekturą powieści sensacyjnej norweskiego pisarza Jo Nesbø pt. Czerwone gardło, kupioną za bezcen na jakiejś wyprzedaży w markecie. Tytuł tej wspaniałej narracji nawiązuje do czerwonawego (rudego) podgardla rudzików, a także do metody stosowanej przez okrutnego mordercę – przecinania tętnicy szyjnej. Na początku powieści autor nawiązuje do fragmentu Legend Chrystusowych Selmy Lagerlöf, opublikowanych w 1905 roku, na cztery lata przed przyznaniem jej Nagrody Nobla. Mowa tam jest o małej ptaszynie, która Podleciała i dzióbkiem wyciągnęła jeden cierń, który się wciskał w czoło ukrzyżowanego. Ale przy tym kropla krwi ukrzyżowanego spadła na pierś ptaka. Rozlewała się szybko, barwiąc delikatny puch na piersi. Ukrzyżowany otworzył usta i wyszeptał do ptaka: Dla twego miłosierdzia osiągnęłaś to, do czego dążył cały twój ród od stworzenia świata. Ładne to nawiązanie i w jakiś sposób korespondujące też z tytułem i treścią powieści australijskiej pisarki Colleen McCullough The Thorn Birds, którą swego czasu uważnie studiowałem i przygotowywałem do druku w odcinkach dla bydgoskich „Faktów”. W powieści Nesbø komisarz Harry Hole prowadzi śledztwo w sprawie karabinu snajperskiego Märklin, przemyconego do Norwegii z Republiki Południowej Afryki, a przy okazji zostajemy wprowadzeni do kręgu norweskich neonazistów i dowiadujemy się o haniebnym udziale Norwegów w bitwach niemieckiej armii. Trudno mi było rozstrzygnąć, czy rudzik zaobserwowany w ogrodzie przyleciał ze Skandynawii, czy też należał do rodzimych populacji, krzewiących się na terenie całej Polski, spośród których nieco ptaków nie odlatuje i zostaje w kraju. Zalicza się go do muchołówek, choć przez lata uważano, że należy do rodziny drozdów, na co wpływ mogło mieć podobieństwo do takich choćby ptaków, jak drozd wędrowny (American Robin). Wiele godzin spędziłem w USA na przyglądaniu się rudawo upierzonym drozdom i teraz, podczas kolejnej obserwacji rudzika w ogrodzie, uznać go mogłem jedynie za miniaturkę większego krewnego. Młody rudzik jest brązowo-biały, nakrapiany, trochę podobny do pełzacza ogrodowego, a dorosłe osobniki, czy to samice, czy samce, mają wyraziste ubarwienie, które blaknie z wiekiem. Czarne oczy kontrastują z rudymi piórkami na podgardlu i oliwkowo-szarymi skrzydłami, a wszystko zdaje się tonąć w jasnym puchu reszty upierzenia. Rudziki są subtelnymi śpiewakami i improwizatorami melodii „kradzionych” kosom, piecuszkom, ziębom i drozdom, a skala modyfikacji jest tutaj wyjątkowo bogata. Ptaki te bywają ciekawe ludzi i zdarza się, że towarzyszą im podczas prac w ogrodach – potrafią wtedy zlatywać do poruszonej ziemi i ryć w niej dziobem w poszukiwaniu tłustych larw.

Młody rudzik Foto Wikipedia

Młody rudzik Foto Wikipedia

UROKI STYCZNIA

Foto: Wikipedia

Foto: Wikipedia

Przyglądałem się dzisiaj ptakom, przelatującym z gałęzi na gałąź w pobliskich ogrodach, buszujących pośród krzewów otwartej przestrzeni. Przyroda w styczniu bywa czarująca, szczególnie w chwili, gdy przestaje wiać lodowaty wiatr i czuć, że mróz odpuszcza. Na oblepionych śniegiem gałązkach, na grubszych konarach i pniach, buszują sikorki i mazurki, pojawiają się synogarlice, sroki, czasem błyśnie błękitne lusterko sójki, albo żółty dziób kosa zdradzi jego obecność pośród kolczastej gmatwaniny dzikich róż. Szczególnie jedna sikorka bogatka przykuła moją uwagę, gdyż wyraźnie czekała aż się oddalę. Chowała się za grubym pniem jabłonki i co jakiś czas wychylała się na chwilę, zerkając czy już sobie poszedłem? Schowałem się za krzakiem i tak jak ona co jakiś czas wysuwałem głowę i zerkałem na nią. Myślała, że oddaliłem się i przefrunęła do pobliskiego karmnika, tuż przy płocie ogrodu, gdzie zaczęła dziobać jakieś ziarenka. Wszystko w wyglądzie tego ptaka jest harmonijne – czarna linia na żółtym brzuchu i wydłużony ogonek, a do tego czarny łepek, z wyrazistymi białymi plamami pod oczyma. W takim momencie, okryte wilgotnym pyłkiem śnieżnym, sikory wyglądają zjawiskowo i mogą śmiało konkurować w konkursie piękności z gilami, dzwońcami czy grubodziobami. Jak zwykle podczas obserwacji ornitologicznych naszła mnie refleksja innego rodzaju i przypomniała mi się wczorajsza noc, kiedy to nie mogąc spać, sięgnąłem po książkę Jana Garewicza pt. Schopenhauer. To wybór pism słynnego pesymisty i do tego spory tekst niezwykle fachowego komentarza – nie miałem siły na dłuższą lekturę, więc skupiłem się na odtworzeniu w pamięci biografii filozofa. Z tą różowawą książką obcowałem wielokrotnie i teraz chciałem się finalnie zmęczyć, by nadszedł sen, a przy tym może znaleźć jakąś ciekawostkę, o której zapomniałem. I rzeczywiście – znacząca dla mnie była wzmianka o habilitacji filozofa, w obliczu samego Hegla i sporym kłopocie z akceptacją podczas kolokwium. W jakiś sposób komponowało się to z wiadomościami na temat recepcji i powolnego zdobywania uznania, słabej sprzedaży pism, a potem jednak wybuchu zasłużonej sławy. Patrząc na żwawą sikorkę bogatkę myślałem o tym, że każde istnienie walczy w naszym świecie o ciągłość egzystencji, każdy byt musi potwierdzać swoją żywotność w obliczu chłodu, zagrożeń i nieustającej walki przeciwstawnych sił. Moja najważniejsza walka też już się zaczęła…

MAKOLĄGWA

Samiec makolągwy - Foto Wikipedia

Samiec makolągwy – Foto Wikipedia

W połowie grudnia zeszłego roku obserwowałem przez kilka minut spore stado mazurków, które przysiadało na trawniku, cos tam dziobało zawzięcie, a potem unosiło się jak na komendę, oblepiało świerki i cedry w ogrodzie, przy jednym z bloków. Początkowo zainteresował mnie ruch wahadłowy stada, jakby jakiś przewodnik dawał sygnał i następowała zmiana położenia, ale po chwili moją uwagę przykuł nieco większy ptak, z wyraźnymi białymi lotkami i dłuższym ogonem. Nie od razu zorientowałem się, że była to samica makolągwy (Linaria cannabina), charakterystycznego europejskiego łuszczaka, migrującego czasowo w okresie zimowym, umykającego przed mrozami północy i przesuwającego się na południe, aż do Północnej Afryki i Wysp Kanaryjskich. Samce, w szacie godowej mają czerwone piersi i czoło, brzuch jasny, z bladymi smugami, a na lotkach i sterówkach białe obrzeża. Zaobserwowana samica, do której upodabnia się samiec po okresie godowym, zachowywała się dziwnie, bo spóźniała się ze startem z trawnika, jakby buntowała się na decyzję mazurków. Podobnie czyniła, gdy stado zrywało się z iglaków, dość długo przekrzywiając głowę i wyraźnie skupiając swoją uwagę na mnie. Ptaki te żywią się przede wszystkim nasionami chwastów, nie gardzą też niewielkimi owocami krzewów i drzew, a wiosną i latem chwytają też owady (pająki, komary, muchy, chrząszcze), ale prawdziwie gustują w nasionach konopi. Charakterystyczny, falisty lot pozwala wstępnie oznaczyć duże stada makolągw podczas przelotów na południe, choć zdarza się, że mieszają się one z innymi ziarnojadami, szczególnie z mazurkami, dzwońcami i szczygłami. Decydująca jest tutaj wielkość, nieco zakłamywana przez duży ogon i biel na skrzydłach, a także stroszenie się, szczególnie podczas hałaśliwych gonitw. Rajem dla nich są pełne chwastów nieużytki, miedze i miejsca, gdzie pola łączą się z plątaniną krzewów i mniejszych drzew. Uszczęśliwiło mnie to spotkanie z ruchliwym ptakiem, na przyczepkę latającym z mazurkami, ale jakoś nie zobaczyłem samca, co mogłoby sugerować, że miałem do czynienia z ptasia wdową, szczególnie doświadczoną przez los. Powoli ruszyłem dalej, mając nadzieję, że to tylko chwilowe odłączenie od innych makolągw albo moje przeoczenie samca, który mógł przecież ukryć się między gałązkami iglaków.

Samica - Foto Wikipedia

Samica – Foto Wikipedia

PTAKI W ŻÓŁTYCH RAMACH

Przy okazji pisania o moich młodzieńczych fascynacjach  i studiowaniu periodyków geograficznych raz jeszcze sprawdziłem jaka jest potęga Internetu. Znalazłem stronę, na której umieszczono prawie wszystkie okładki „National Geographic”, a potem – skoro blog jest dziennikiem ornitologa – łatwe było wyodrębnienie najlepszych przedstawień ptaków, pogrupowanie ich i połączenie w poczwórne obrazki i wstawienie tutaj.

1

2

3

4

POTRZOS

Foto Wikipedia

Foto Wikipedia

Miałem jak dotąd dwa niezwykle interesujące spotkania z potrzosami (Emberiza schoeniclus), małymi ptakami, które bardzo przypominają wszędobylskie mazurki. Pierwsze miało miejsce w 1984 roku w Gródku krajeńskim, nieopodal jeziora nad którym pracowałem jako ratownik, odbywając liczne wyprawy piesze, rowerowe, biegając między polami i pływając wpław po akwenie. Za ośrodkiem, nieopodal łąk i upraw stały szwedzkie domki wczasowe, pokryte drewnianymi dachami, mające mnóstwo zakamarków pod powałą, między deskami i framugami okiennymi. Stąd słychać stale było w tych domkach chrobotające myszy, jakieś inne dokuczliwe gryzonie, a pod dachem zagnieździły się potrzosy. Miałem wtedy ze sobą atlas ornitologiczny Jana Sokołowskiego i przyglądałem się długo przylatującym i wylatującym w niebo ptakom, wyodrębniając charakterystyczne cechy, różniące je od mazurków. Szczególnie samce, w szacie godowej, dawały się oznaczyć, a to za sprawą czarnej głowy, białego „wąsa” i czarnego podgardla, choć pręgi na głowach samic też wskazywały na konkretną przynależność gatunkową. Potrzosy ładniej śpiewają od mazurków, które odpowiedzialne są za wszechobecne ćwierkanie w naturze. To właściwie nie jest trel, a raczej powabne jąkanie się, powtarzanie w różnorakich konfiguracjach podobnych tonów. W czasie przelotów ptaki te łączą się w stada i moje drugie, bydgoskie spotkanie, które miało miejsce pod koniec października tego roku, związane było z tego rodzaju jesienną aktywnością tych niewielkich pierzastych stworów. Stałem w centrum miasta, czekając na rozpoczęcie imprezy literackiej, a z racji tego, że miałem jeszcze pół godziny czasu, ruszyłem ku gęstym zaroślom na obrzeżu wielkiego pustego placu, który kiedyś należał do jakiejś firmy budowlanej. Z daleka zobaczyłem i usłyszałem liczne sikorki, im też początkowo poświęcając uwagę, ale po chwili pojawiło się duże stado brązowych ptaków, które początkowo wziąłem za mazurki. Jednak głosy były inne, coś mi przypominające i postanowiłem przybliżyć się ostrożnie do miejsca, w którym siedziały i nerwowo przelatywały między gałęziami bzów i dzikich róż. Gdy znalazłem się na tyle blisko, by wyodrębnić cechy gatunkowe, nie miałem już wątpliwości – to były potrzosy, z racji ocieplenia żerujące jeszcze w Polsce, ale niewątpliwie będące w drodze ku cieplejszym krainom. Nieco wydłużone kształty wyraziście lokowały je pośród rodziny trznadlowatych, a ornitolodzy naliczyli na całym świecie kilkanaście podgatunków, czasem diametralnie różniących się od europejskich rezydentów. Jak u wielu małych ptaków, nieustannie narażonych na ataki drapieżników, zachowanie potrzosów jest bardzo nerwowe, jak sikorki, jak wróble stale zmieniają one lokalizację, przelatują z gałązki na gałązkę, jakby nie mogły zagrzać miejsca na dłużej. Ich krótkie życie pełne jest trudów i opuszczając gniazdo już po jedenastu dniach od wydostania się z jaj (są one dziwnie umaszczone podłużnymi czarnymi plamami, co świetnie je maskuje pośród roślinności), muszą stale być czujne, wciąż reagować na podejrzane ruchy w przyrodzie. Żywią się najczęściej małymi owadami, ale nie pogardzą też nasionami roślin i niewielkimi owocami krzewów. W końcu i jakiś mój nieostrożny gest spłoszył kilkanaście brązowo-czarno-białych ptaków i odprowadziłem je wzrokiem w locie ku dalekim turzycowiskom, kępom suchych wrotyczy, nawłoci i przegorzanów.

PIECUSZEK

Foto - Wikipedia

Foto – Wikipedia

Patrzyłem dzisiaj dość długo na małego ptaszka, buszującego pośród gałązek dzikich róż i mahonii i po jakimś czasie zorientowałem się, że jest to piecuszek (Phylloscopus trochilus), przedstawiciel rodziny świstunek. Przeskakiwał z gałązki na gałązkę, wprawnie omijając kolce, to wzbijając się w górę, to przysiadając na okrytej korą ziemi. W pierwszej chwili myślałem, że to modraszka, ale subtelna sylwetka skłoniła mnie do sięgnięcia po lornetkę i szybko wyodrębniłem gatunkowe cechy charakterystyczne. Jego wyjątkowa ruchliwość mogła być związana z gorączkowym poszukiwaniem ostatniego, jesiennego pożywienia, bo to czas odlotu piecuszków, które towarzyszą nam od kwietnia, a potem podróżują bardzo daleko i zimują na całym obszarze Afryki, na południe od Sahary. Ptak ten uwielbia chaszcze niskich drzew i krzewów, a szczególnie upodobał sobie doliny rzeczne, z obfitymi zaroślami wiklinowymi, brzozowymi i wierzbowymi. Żywi się głównie owadami, ale jesienią myszkuje po ogrodach w poszukiwaniu dojrzałych jagód krzewów, chętnie zalatuje też do karmników i zjada kaszę, kawałki chleba oraz nasiona roślin mącznych. Latem często słyszymy jego wysoki, charakterystyczny głos, pojawiający się w naturze niczym flet w orkiestrze, a zdarza się, że przybiera on ton melancholijny i żałosny, przydający ciepłym dniom niezwykłych muzycznych kontekstów. Obserwowany piecuszek (nazwa od kształtu gniazda przypominającego piec) kilkakrotnie obleciał krzewy na skraju ogrodu, połyskując żółtawym podgardlem, prezentując czerwonawy dziobek i ruszając energicznie ogonkiem, a potem odfrunął ku rozłożystej jabłonce. Myślę, że z łatwością zmieściłby się w dłoni, ale trudno byłoby go utrzymać, gdyż zew afrykańskich dali pewnie już w nim się odezwał i za dwa, trzy tygodnie znajdzie się w krańcowo różnej przestrzeni. Choć świstunki są bardzo do siebie podobne i równie dobrze mogłem przyglądać się wójcikowi zielonemu, świstunce właściwej lub pierwiosnkowi, to intuicja mówi mi, że miałem do czynienia z piecuszkiem.

ORNITOLOGIA ULICZNA (4)

I jeszcze trochę „ptaków ulicznych”…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ORNITOLOGIA CMENTARNA (6)

Kolejna wyprawa na cmentarz i nowe „ptasie” znaleziska… Ludzie noszący całe życie nazwisko- emblemat… Ciekawe czy w jakiś sposób utożsamiali się z tymi ptakami, choć może czasami było to trudne. Na przykład jak ktoś nazywał się kukułka, to oprócz sympatycznego kukania, odgłosu dzieciństwa i eskapad leśnych, miał w swoim zawołaniu życiowym coś paskudnego. To podrzucanie jajek do gniazd małych skrzydlatych stworzeń, które potem starały się wykarmić pisklę-potwora, czasem kilkanaście razy większego od naturalnych potomków i mordującego je bez litości. A jak ktoś nazywał się kawka lub sroka, czy wiedział, że są to okrutni mordercy ptasich piskląt, czekający tylko na chwilę nieuwagi rodziców i zabijający w każdym sezonie wiele piskliwych istnień? Nawet tak sympatyczne „ptasie” nazwiska jak pliszka, mazurek czy rudzik niosą w sobie to ciągłe pożeranie innych bytów… Tylko ptasi roślinożerne jak grzywacz generują mniej negatywnych konotacji, choć i one nie pogardzą robaczkiem i chętnie odbiorą mu życie dla walorów smakowych…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

RADOŚĆ FOTOGRAFOWANIA (X)

Tym razem zaczaiłem się z aparatem fotograficznym na mocarne osiki, rosnące przy południowym wyjeździe z Bydgoszczy. Choć drzewa te rosną bardzo szybko, to i tak – przy ich wielkości – muszą mieć ze dwieście lat. pamiętają zatem czasy, gdy rosły daleko od miasta, które dopiero ruszało z ekspansją w ich kierunku. Dokładne przyglądanie się im odsłania głębie, o których nie zdają sobie sprawy ludzie mijający je w pędzie, przechodzący szybkim krokiem ku swoim codziennym celom. A to prawdziwy wszechświat dla owadów i ptaków, pełen kryjówek i zakamarków, jam, dziupli, załomów kory, a do tego platforma dla dziesiątków gniazd gawronów i kawek, trampolina do drapieżnych skoków wron, srok, sójek, a także przygodnych kani, błotniaków, jastrzębi, krogulców, myszołowów, a nawet tak rzadkich gości, jak bielików.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

KLĄSKAWKA

Kląskawka - foto Wikipedia

Kląskawka – foto Wikipedia

Długo przyglądałem się ciekawemu ptakowi, który przysiadł na niewielkim krzaku, jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie, czekając aż się przybliży. Wiedziałem, że skrzydlate zwierzęta reagują na ruch i moje zastygnięcie dawało szansę dostrzeżenia elementów ubarwienia, kształtu i wielkości. Po jakimś czasie miałem już pewność, że obserwuję kląskawkę (Saxicola rubicola), ptaka dość licznego w Europie i na północy Afryki, ale u nas występującego rzadko, głownie w południowych regionach. Zmiany pogodowe i ocieplenie klimatu powodują, że gatunek ten zalicza się obecnie do ekspansywnych i widuje się poszczególne osobniki wyżej na północy. Taka przygoda i mnie się przytrafiła, a charakterystyczne odgłosy lit-tak-tak, utwierdziły mnie w przekonaniu, że to właśnie jest rzadki przedstawiciel rodziny muchołówkowatych. Ptak ma brązowo-czarne ubarwienie piór, ale na podbrzuszu pojawia się kolor pomarańczowy, biały i ciemniejsze kreski, przy czym samica – jak zwykle u tych zwierząt – ma spłowiałe ubarwienie. Czarny ogon i jednolicie ciemne skrzydła kontrastują z szarościami pokryw podogonowych i akcentami bieli pod głową i w miejscu połączenia skrzydeł z kuprem. Ptak nie był zbyt ruchliwy, zastygał na wyniosłych czubkach krzewów i tylko obracał głowę, sondując dokładnie przestrzeń wokół siebie. Widział mnie przez cały czas, wykazywał spore zainteresowanie moją posturą, a gdy tylko ruszyłem powoli, by baczniej mu się przyjrzeć, odleciał w dal, utrzymując stale tę samą odległość ode mnie. Zdumiewające było to spotkanie, bo przebywając w południowo-wschodniej Polsce, nie widziałem ani jednej kląskawki – nieoczekiwanie przedstawiciel tego gatunku, bo to był samiec, przybliżył się do mnie i przyglądałem mu się na obrzeżach Bydgoszczy. Tu też nie brakuje suchorostów, karłowatych krzewów, wielkich otwartych przestrzeni i zapewne pobliskie lotnisko, z szerokimi płaszczyznami, jako żywo przypominającymi step, przyciągnęły tego jakże rzadkiego gościa.

« Older entries

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 609 obserwujących.

%d bloggers like this: