ZAGANIACZ

Zaganiacz – Foto Artur Buczkowski

Zaganiacza (Hippolais icterina) łatwiej można usłyszeć, niż zobaczyć, bo trzyma się konsekwentnie wysokich partii krzewów i drzew. Uchodzi za jednego z najlepszych europejskich śpiewaków i nie milknie nawet w południe. Jego ubarwienie to mimetyczny kamuflaż, powodujący, że w gęstwinie liści jest prawie niewidoczny. Natura znajduje swoje rozwiązania i zapewne brak dymorfizmu płciowego i takie same umaszczenie samca i samicy powoduje, że ptak ma większe szanse na przetrwanie. Może z tego powodu jest tak liczny w Eurazji, a w Polsce jego liczebność ornitolodzy szacują na prawie pół miliona osobników. Jego pióra są zielonkawe z elementami żółcienia, ma też ledwo widoczną żółtą brew nad oczami, spód cytrynowo-groszkowy, ciemne lotki na ogonie i grafitowe pazurki. Tęczówki oczu ma intensywnie brązowe, dziób dość długi, szarobrązowy, wyraziście rysujący się w gęstwinach podczas obserwacji. To doprawdy maleństwo, bo waży ok 12 gramów, przy wymiarach ciała 12–14 cm i skrzydeł zaledwie 69–85 milimetrów.  Natkniemy się na niego głównie na nizinach, w wilgotnych i umiarkowanie wilgotnych lasach liściastych oraz mieszanych. Lubi opuszczone ogrody, zadrzewienia nadrzeczne z prześwitami, pojawia się też w kępach drzew na polach. Pierwszego mojego zaganiacza wyśledziłem pośród drzew cmentarza Świętej Trójcy w Bydgoszczy,  bodaj na drzewach olchowych. Było to na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i początkowo myślałem, że mam do czynienia z wychudzonym wróblem. Dopiero obserwacja z użyciem lornetki pozwoliła mi właściwie  sklasyfikować ruchliwego i pięknie śpiewającego ptaka. Choć należy do rodziny trzciniaków ożywia się jak większość ptaków pojawiających się w jego biotopach, a więc drobnymi owadami, pająkami i jagodami, nie pogardzi owocami czarnego bzu, porzeczki a nawet czereśni. Choć tak liczny, w Polsce objęty jest ścisłą ochrona gatunkową.

NALOT PISKU I ŚWISTU

Fot. Nick Hawkins Nature Picture Library Be&w

Wczoraj wieczorem siedziałem na tarasie i długo przyglądałem się świstającym w powietrzu jerzykom. Moje myśli podążały ku osiedlu mojego dzieciństwa, chwilom spędzonym na boiskach, cmentarzach, pośród budów i wertepów dawnego Pola Ułańskiego. Nieodzownym tłem dźwiękowym dla takich wypraw były piski tych ptaków, łączących się w stada i nadlatujących nad nasze głowy, okrążających wieżowce i skupiska wysokich topól. Teraz, w lipcu dwudziestego pierwszego roku nowego stulecia, mój zachwyt nad tymi śmigłymi bytami nie zmienił się, a nawet znacznie się powiększył i stał się refleksyjny. Siedziałem na krześle i patrzyłem jak jerzyki brawurowo atakują przestrzeń, rozpędzając się do ogromnych szybkości. Na niebie pojawiły się już jasnogranatowe chmury, rozciągnięte jak dalekie wyspy na Morzu Karaibskim albo w Oceanii, zanikające powoli wraz z gasnącym słońcem. Powietrze było czyste, znacznie chłodniejsze niż podczas ostatnich dni, wyraźniejsze były też zapachy traw, kwiatów, krzewów i rozrastających się drzew owocowych. I te ptaki pojawiające się raz po raz nad moją głową, momenty całkowitej ciszy i nagłego „nalotu” pisku i świstów piór. Zamyśliłem się nad swoim życiem i z kolei pobiegłem myślą do Johannesburga, gdzie przyglądałem się jerzykom podczas wyprawy do Afryki w roku 2019. Przyleciawszy do Polski w maju, odlatują w sierpniu, choć czasami – podczas ciepłych okresów jesiennych – widywane są do października. Szukają ciepła i owadów, przesuwając się z Europy na południe, przez jakiś czas latając pod niebem Hiszpanii, Maroka, Konga, aż docierają do Republiki Południowej Afryki, gdzie mają znakomite warunki do życia. Stałem w oknie hotelowym w Johannesburgu i patrzyłem na ich harce, takie same jak niegdyś na Osiedlu Błonie, równie dynamiczne jak wczoraj, nad moim domem, ogrodem i tarasem. Wyrazistym  śladem tej fascynacji jest wiersz pt. Jerzyki nad Afryką, który napisałem w RPA, a potem opublikowałem w tomie pt. Rzeźba z hebanu: Tutaj was dogoniłem śmigłe/ jerzyki znad Polski/ tutaj teraz wykrawacie/ z niebios błękitne Elipsy/ tak samo lśniące i nagle/ zmieniające kierunek/ lotu/ tak samo głodne/ śpiesznej miłości/ w locie/ tutaj was znowu/ zobaczyłem/ i stąd ruszycie/ moim śladem/ ku Europie. Wiersz jest ledwie niewielką refleksją, wkomponowaną w ciąg innych zamyśleń, choć odbija się w nim ich i moja sytuacja, jakże odmiennych bytów przygotowujących się do dalekiego lotu. Ja pokonałem ogromną przestrzeń nad Afryką i Morzem Śródziemnym w wielkim airbusie, a one podążyły w dal w ogromnych stadach, przesuwających się na północ od wieków wyznaczoną trasą.  

ŚWIERGOTEK ŁĄKOWY

Foto Wikipedia

Podczas niedawnego pobytu na Pojezierzu Kaszubskim zauważyłem na skraju jednej z łąk brązowawego ptaszka podobnego do wróbla. Początkowo byłem zdezorientowany, ale po sprawdzeniu w atlasie ptaków doszedłem do wniosku, że mam do czynienia ze świergotkiem łąkowym (Anthus pratensis). Rysunek na skrzydłach i lekko oliwkowy kolor piór nie pasował do wróbla, choć na pierwszy rzut oka można by zaklasyfikować tego malca jako młodego mazurka. Dziwne jednak było to jego zastyganie w locie nad ostami, wrotyczami i nawłociami lub bujanie się na łodygach, w czym pomagał mu długi tylny pazur. Z opisów w fachowych atlasach dowiedziałem się, że jest to ptak licznie występujący w Eurazji, pojawiający się na Grenlandii i Islandii, na Kaukazie i w zachodniej Syberii. Wraz ze zmianą pory roku podejmuje w wielkich stadach wyprawy do ciepłych krain, szczególnie do północnej Afryki, na Bliski Wschód i do południowej Azji. W Polsce ornitolodzy szacują liczebność świergotków łąkowych na ponad czterysta tysięcy osobników, a choć można go spotkać w całym kraju, to najliczniejszy jest na podmokłych łąkach i bagnach wschodniej Polski. Często myli się go ze świergotkiem drzewnym i rdzawogardłym, ale zielonkawy odcień upierzenia i wyraźniejsze kreskowanie są ważnymi tutaj wskazówkami porównawczymi. Doświadczony tropiciel ptaków wyodrębni go, kierując się sposobem życia, analizując głos, gniazdo w trawie, kształt i kolor jaj. Nie obserwujemy u tych ptaków dymorfizmu płciowego, nie zauważono też różnic w wielkości samca i samicy, jednako szybko chodzących po ziemi, jak skowronki lub pliszki siwe. Świergotek łąkowy lot ma chwiejny, mocno uderza skrzydłami o powietrze i zrywa się nieregularnie z obszaru opanowanego przez większe stado. Jakże wspaniale pasował ten ptak do sielskiego krajobrazu pagórkowatych Kaszub, z granatowym oczkiem stawu i pasącymi się przy nim owcami. I był jak kropka na końcu wspaniałego hymnu dziewiczej natury.

BIBLIOTEKA (12)

W mojej prywatnej bibliotece zawsze ważną rolę odgrywały książki ornitologiczne, fachowe atlasy i przewodniki, a także wszelkie prace związane z ptakami, czy to eseistyczne, czy narracyjne, a nawet poetyckie. Zaczęło się to wszystko od książki Jana Sokołowskiego Ptaki Polski, dzięki której poznałem prawie wszystkie gatunki skrzydlatych zwierząt występujące w naszym kraju, a zdobytą wiedzę spożytkowałem przy pisaniu pracy magisterskiej o symbolice ornitologicznej w twórczości Adama Mickiewicza. Potem wielokrotnie sięgałem do tej jakże pomocnej publikacji, czy to przy pisaniu książek o literaturze romantycznej (Słowacki, Mickiewicz, Norwid, Kraszewski) czy współczesnej (Miłosz, Herbert, Różewicz). Moja fascynacja ornitologią zawdzięcza też wiele barwnym tablicom Władysława Siwka, zamieszczonym w tym dziele, niezwykle udanym i dokładnie odwzorowującym kształty i barwy naszych mieszkańców przestworzy. Prof. Sokołowski pochodził z Wielkopolski, a więc krainy szczególnie zasobnej w ptaki, tam też przede wszystkim pracował, wiążąc się z Uniwersytetem Adama Mickiewicza i Wyższą Szkołą Rolniczą. Jego dorobek życiowy jest przeogromny, zarówno książkowy, jak i w zakresie publikacji osobnych artykułów i broszur popularyzujących, a także opieki nad ptakami. Upamiętniono to nadając jego imię jednej z ulic Poznania, a także czyniąc go patronem szkoły w Czeszewie. Nie znajdziemy też poważnej publikacji naukowej z obrębu ornitologii, w której zabrakłoby wielu przywołań prac tego uczonego. Jego atlas leżał zawsze na poczesnym miejscu w moich domowych bibliotekach, a kartkując go, często wracałem do Wstępu, w którym autor uściślił zakres przedmiotowy, będący też wyznacznikiem moich wstępnych penetracji w terenie:  Niniejszy atlas przedstawia ptaki gnieżdżące się w Polsce oraz te, które wprawdzie gnieżdżą się poza granicami, lecz na wędrówkach regularnie albo dość regularnie kraj nasz odwiedzają. Jest ich w sumie 282 gatunki. Natomiast nie uwzględniono przybyszów bardzo rzadkich lub pojawiających się tylko przypadkowo, jak np. pelikanów, czerwonaków, licznych wschodnioazjatyckich drozdów i wielu innych gatunków mimo to, że ich spreparowane okazy możemy spotkać w muzeach lub zbiorach naukowych. Wobec zdolności lotu i przenoszenia się ptaka z miejsca na miejsce na olbrzymich przestrzeniach, możliwe jest zbłądzenie na tereny środkowej Europy niemal każdego osobnika, żyjącego normalnie w północnej Afryce, wschodniej Azji lub Ameryce Północnej. Atlas Ptaki Polski zawierał też podstawową bibliografię, z której skorzystałem poszerzając moją wiedzę i zapoznając się z pracami J. Domaniewskiego, B. Ferensa, R. Wojtusiaka, W. Taczanowskiego, a potem L. Tomiałojcia, L. Wesołowskiego, L. Stawarczyka i L. Drabińskiego. Z książek Jana Sokołowskiego uważnie przestudiowałem też Ptaki ziem polskich (t. 1-2), monografię o kaczce krzyżówce, wróblu, ziębie i szpaku, a także zarys popularyzatorski pt. Tajemnice ptaków. Spośród prac o polskiej awifaunie, które są w moim posiadaniu warto tutaj jeszcze wymienić: M. Radziszewski, M. Matysiak, Atlas ilustrowana encyklopedia ptaków Polski; D. Marchowski Atlas ptaków; A. Trepka, Encyklopedia zwierząt Ptaki, tegoż, Ilustrowana encyklopedia ptaków; A. G. Kruszewicz, Ptaki Polski; A. G. Kruszewicz, B. Manelski, Bażanty; E. Grzędzicka, Ilustrowany atlas ptaków; R. Dzwonkowski, Leksykon przyrody polskiej. Zainteresowanie ptakami polskimi miało u mnie zawsze też związek z awifauną lokalną, bydgoską i najbliższych okolic, zwiedzanych na rowerze lub podczas wycieczek automobilowych, kiedyś nawet chciałem napisać broszurę na wzór niewielkiej książeczki Z.  Grodzińskiego pt. Krakowskie gawrony, opublikowanej w serii Ossolineum Nauka dla wszystkich. Z tego działu na mojej półce ornitologicznej znalazł się pięknie wydany przewodnik D. Kilona po ścieżce edukacyjnej pt. Flis i Kanał Bydgoski, a także sporych rozmiarów album M. Radziszewskiego i P. Indykiewicza pt. Ptaki Solca Kujawskiego.

Kolejny atlas, który wywarł na mnie ogromne wrażenie i ugruntował moją wiedzę ornitologiczną, to Ptaki Europy K. A. Dobrowolskiego i B. Jabłońskiego, ponownie z barwnymi tablicami W. Siwka. Autor ilustracji wykonał tutaj pracę wprost benedyktyńską, wymagającą wielkiego znawstwa zoologicznego i umiejętności malarskich. To jest w ogóle niezwykła postać w naszej kulturze – więzień nazistowskich obozów koncentracyjnych w Auschwitz i Sachsenhausen, gdzie przetrwał dzięki swojemu talentowi, wykonując prace liternicze i tablice ostrzegawcze. Potajemnie namalował tam dwa tysiące portretów więźniów, które niestety nie ocalały. Potem w latach 1948–1951 wykonywał na zlecenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu obrazy olejne, akwarelowe oraz rysunki ilustrujące prace i życie więźniów. Następnie zaczął ilustrować atlasy i albumy przyrodnicze, między innymi W. Puchalskiego i W. Szafera, Obok wskazanych wyżej prac zobrazował też atlasy Gady jadowite i Jadowite węże świata, a także wykonał tablice i ilustracje w tekście do Wielkiej Encyklopedii Powszechnej. Pamiętam jak ucieszyły mnie wskazane wyżej Ptaki Europy, które kupiłem w Warszawie w księgarni PWN-u, a potem wielokrotnie z nich korzystałem, trzymając na biurku codziennych prac lub przy łóżku, by skończyć dzień ostatnim rzutem oka na ilustracje W. Siwka. Ta monumentalna praca zawiera dziewięćdziesiąt sześć barwnych tablic od nurów do trznadlowatych i uwzględnia liczne odmiany gatunkowe. W pierwszej części znajdziemy szczegółowe opisy licznych  gatunków, uwzględniające nazwy w kilku językach, podgatunki, jaja, areał, wędrówki, zimowiska i występowanie w Polsce. Jest też kilkaset map odzwierciedlających występowanie ptaków i ich czarne sylwetki w locie i spoczynku, pomagające w identyfikacji terenowej. Obok tego dzieła w mojej bibliotece ornitologicznej zaczęły pojawiać się nowe albumy fotograficzne i książki poświęcone ptakom Europy: L. Svensson, K. Mullarney, D. Zetterström, Przewodnik Collinsa Ptaki Europy i obszaru śródziemnomorskiego; P. Sterry, A. Cleave, A. Clements, P. Goodfellow, Ptaki Europy Przewodnik ilustrowany; H. Delin, L. Svenson, Przewodnik Ptaki Europy; T. Mebs, Przewodnik Ptaki drapieżne Europy;  M. Cuisin, Ptaki drapieżne Europy; P. Hayman, R. Hume, Ptaki drapieżne; K. Hudec, Przewodnik Ptaki; D. Singer, Ptaki śpiewające Europy Środkowej, tegoż, Ptaki drapieżne i sowy; P. H. Barthel, Ptaki nadmorskie; R. Specht, Ptaki śpiewające w lesie, parku i ogrodzie. Od roku 1998 zaczynają się moje liczne podróże, podczas których zawsze wchodziłem do zagranicznych księgarń i wyławiałem książki o lokalnych i kontynentalnych ptakach. Największe dzieło pt. Encyclopedia of European Birds autorstwa D. Aldertona znalazłem w wielkim, kilkupiętrowym domu książki w Pekinie. Z racji tego, że przewodnik ten został wydrukowany na grubym, kredowym papierze, musiałem dla niego znaleźć miejsce w moim bagażu samolotowym, co nie było łatwe, zważywszy, że zawsze przywożę z Kraju Środka wiele tomów antologii, albumów sztuki, dzieł historycznych i literackich, głownie w języku angielskim. Z kolei z jednej z kilkunastu wypraw do Wilna przywiozłem atlas P. Kurlavičiusa Vadovas Lietuvos Paukščiams Pažinti, wierząc iż przyda mi się podczas pisania monografii o naturze w twórczości Cz. Miłosza. Nieco książek wyłowiłem w warszawskiej księgarni wydawnictw zagranicznych, spośród których z zainteresowaniem później wertowałem Vtáky Slovenska O. Ferianca, a także Atlas Ptáků České a Slovenské republiky J. Dungela i K. Hudeca. Nie wiem skąd wzięła się też w moich zbiorach niewielka książeczka N. N. Bierjozowikowa o rybołowach Kazachstanu pt. Скопа.      

Przy obserwowaniu ptaków w terenie, a ostatnio w przydomowym ogrodzie, przydatne okazały się różnego rodzaju przewodniki i fachowe książki, które w mądry sposób uczyły rozróżniania ptaków. Na początku mojego podpatrywania lokalnej awifauny najbardziej pomocna była praca J. Gotzmana Z lornetką wśród ptaków, która uczyła jak obserwować ptaki i jakich używać narzędzi. Niezwykle instrukcyjne okazały się rozdziały o sylwetkach skrzydlatych zwierząt, sposobie poruszania się, ubarwieniu i głosach, a nade wszystko o technikach ich fotografowania. Tę grupę książek reprezentują w mojej bibliotece jeszcze następujące prace: dz. zbior. Ptaki – Łatwe i pewne rozpoznanie; M. Duquet, Przewodnik młodego Robinsona Ptaki; S. Davidson, S. Courtauld, K. Davies, Przewodnik wycieczkowy Obserwowanie ptaków; P. H. Barthel, Jaki to ptak?; J. Reichholf, Żyją wśród nas Fauna i flora osiedli ludzkich; D. Singer, Ptaki w parku i w ogrodzie; J. Szczepocki, Ptactwo łowne; W. Korsak, Puszcza; J. Szczepocki, Ptactwo łowne. Z serii leksykonów przyrody  wydawnictwa Delta przydatne okazały się książki: S. Chvapil, Ptaki ozdobne i S. Petržilka, M. Tyller, Gołębie. Przeglądając te publikacje wracam myślami do rewirów, które na początku mojej przygody ornitologicznej były dla mnie ważne. Mieszkałem w ciągu bloków przy ulicy Gałczyńskiego i miałem bardzo blisko do szkoły podstawowej – może ze 100 metrów. Tuż za nią był Cmentarz Świętej Trójcy i za nim druga nekropolia, komunalna, wyodrębniona z dawnego cmentarza ewangelickiego. Pojawiłem się w tych przestrzeniach na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ale świadome obserwacje żyjących tam ptaków zaczęły się na początku lat osiemdziesiątych. Zdumiało mnie wtedy to, że w tych martwych przestrzeniach, ofiarowanych zmarłym, toczy się tak intensywne życie – ptaki zakładają gniazda i karmią młode osobniki, drapieżcy urządzają polowania, trwa też nieustanne łowienie owadów, zbieranie nasion i owoców. Pisząc tom wierszy pt. Pole umierającej kraski chodziłem przez cały rok po obu cmentarzach i obserwowałem ptaki. Najwięcej zauważałem przedstawicieli rodziny krukowatych – kawek, wron, gawronów, srok, sójek – ale wiele było tam też innych pospolitych ptaków: synogarlic, kosów, drozdów, wróbli, mazurków, sikor, szpaków, pliszek, zięb, pokrzewek, pleszek, rudzików, kopciuszków. Z czasem zacząłem zauważać też ptaki piękniej ubarwione i bardziej płochliwe – jemiołuszki, gile, jery, grubodzioby, dziwonie, dzwońce, kulczyki, szczygły, kowaliki, a nawet tak rzadkie gatunki jak kukułka, pełzacz, wąsatka, raniuszek, wilga i kraska. Często wtedy mijały mnie pochody pogrzebowe, albo samochody transportujące trumny ze zwłokami do kaplic. Musiałem wzbudzać spore zainteresowanie, najpierw grabarzy i pracowników zakładów pogrzebowych, a potem żałobników, szczególnie gdy stałem pomiędzy grobami i przez lornetkę przyglądałem się ptakom na wyniosłej topoli, świerku, brzozie albo olsze. Oprócz cmentarzy ważnymi dla mnie rewirami były lasy, ciągnące się za osiedlem Błonie, a także miejskie parki i tereny wokół Kanału Bydgoskiego. Tam także poczyniłem wiele obserwacji i do zestawu ptaków parkowo-cmentarnych dołączyły gatunki egzystujące w lesie lub na jego skraju – grzywacze, dudki, dzięcioły, sowy, puchacze, kanie, jastrzębie, także ptaki żerujące w wodzie i przy brzegach różnorakich akwenów lub na bagnach – czaple, bociany, bączki, zimorodki, wiele kaczek, tracze, łabędzie, kormorany, czajki i siewki.   

       

Bardzo ważny dla moich zainteresowań ornitologicznych był rok dwutysięczny, kiedy to po raz pierwszy poleciałem do Stanów Zjednoczonych. Znalazłem się wtedy w ornitologicznym raju, a szczególnym polem moich obserwacji był nowojorski Central Park, tereny miejskie Elizabeth w Jersey, a także wybrzeże Atlantyku w kurorcie Atlantic City. Mnogość gatunków i ich różnorodność spowodowały, ze natychmiast zaopatrzyłem się w atlasy amerykańskich ptaków, bo otrzymana od przyjaciela książeczka pt. An Instant Guide to Birds nie wytrzymała próby czasu i ogromu obserwacji. Udałem się zatem do księgarni Barnes & Noble przy Piątej Alei i kupiłem najpierw  atlas Rogera Tory Petersona pt. Birds of Eastern and Central North America. Łakomie patrzyłem też na drugą część tej publikacji pt. Western Birds, ale moje zasoby dolarowe były skromne i zdecydowałem się na zakup kilku tańszych lub przecenionych książek: Ch. S. Robinsa, B. Bruuna, Herberta S. Zima Birds of North America; edycję National Geographic Field Guide to the Birds of North America; A. Rokach, A. Millman, The Field Guide To Photographing Birds; D. H. Patent, Feathers. Dopiero w roku 2002, podczas drugiego pobytu w USA kupiłem wskazaną wyżej drugą część atlasu Petersona, choć moja frustracja powiększyła się, gdyż odkryłem, że takich pięknych opracowań powstało kilkadziesiąt. Chciałem kupić jeszcze kilka z nich, ale moje środki mi na to znowu nie pozwoliły, gdyż każdy tom kosztował powyżej dwadzieścia dolarów.  Twórca tych dzieł był amerykańskim naturalistą, ornitologiem i ilustratorem, a jego prace stały się zaczynem i inspiracją dla wielkiego, dwudziestowiecznego ruchu działającego w zakresie ochrony środowiska naturalnego. Urodził się 28 sierpnia 1908 roku w Jamestown jako dziecko imigranta ze Szwecji i imigrantki z Niemiec. Już w wieku dziesięciu lat Roger stracił ojca i musiał pomagać matce, pracując jako robotnik w młynach. Potem jeszcze trudnił się handlem obwoźnym, co pozwoliło mu poczynić pierwsze obserwacje ptaków i innych zwierząt amerykańskich w różnych biotopach i areałach. Po opublikowaniu w roku 1925 pierwszego artykułu naukowego o sikorach dwubarwnych (Titmouse) i  strzyżyku karolińskim (Carolina wren), zainspirował się schematem systematycznym kaczek, stworzonym przez słynnego naturalistę i twórcę nowoczesnego skautingu E. T. Setona i stworzył pierwszy, przełomowy atlas ptaków – Gide to the Birds. Sprzedał się on w ciągu dwóch tygodni w nakładzie 2000 egzemplarzy i miał sześć wydań, a także zapoczątkował pracę Petersona nad kolejnymi wydawnictwami tego typu. Dwa kraje – Stany Zjednoczone Ameryki i Szwecja – uhonorowały tego niezwykłego człowieka najwyższymi odznaczeniami, otrzymał też on wiele innych nagród i wyróżnień, nominowano go do Pokojowej Nagrody Nobla, a także obdarzono licznymi uniwersyteckimi doktoratami honorowymi. Po śmierci w roku 1996 jego ciało skremowano, a prochy rozrzucono w miejscach szczególnie ważnych dla jego obserwacji naturalistycznych. Obecnie jego wielkim dziedzictwem zajmuje się The Roger Tory Peterson Institute of Natural History w Jamestown, a w stulecie jego urodzin Elizabeth Rosenthal opublikowała obszerną biografię pt. Birdwatcher: The Life of Roger Tory Peterson. Podczas moich kolejnych pobytów w USA kupowałem kolejne albumy i książki ornitologiczne, spośród których wymienić warto: R. Burtona, The Audubon Backyard Birdwatcher Birdfeeders and Bird Gardens, a także S. Buff, Birding For Beginners A Comprehensive Introduction to Birdwatching. Osobną kwestią były moje obserwacje w terenie, które rozszerzyłem w 2008 roku o ptaki z Florydy, a w latach 2018 – 2019 z delty rzeki Missisipi i Kalifornii. Szeroko piszę o tych niezwykłych momentach w moim życiu w powstającej wciąż książce wspomnieniowej pt. Amerykańskie chwile, a tutaj tylko pragnę wskazać, że miałem szczęście zobaczyć w charakterystycznych biotopach tak piękne i oryginalne ptaki jak kardynały, tanagry, modrosójki błękitne, epoletniki krasnoskrzydłe, łuszczyki wielobarwne, wilgi z Baltimore, błękitniki meksykańskie, rybaczki popielate, mrowie ibisów, czapli i kolibrów. 

Nie mogę tutaj nie przywołać też niezwykłego albumu, który otrzymałem od mojego przyjaciela R. M. Giannettiego. Poznałem go w okolicach wodospadów rzeki Niagary, gdzie w urokliwym Leviston prowadził niewielki antykwariat książek używanych, najczęściej skupowanych na aukcjach po zmarłych Amerykanach. Robert także lubi ptaki i ucieszyłem się, że w roku 2008 mogłem go spotkać po raz kolejny na Florydzie. Wymienialiśmy wtedy uwagi na temat zauważonych gatunków, których było prawdziwe mrowie, a największe wrażenie wywarły na mnie stada ibisów przelatujących z akwenu na akwen. Po pobycie na Florydzie otrzymałem paczkę od Boba, pełną cudownych książek, pośród których prawdziwą perłą był album. Johna Jamesa Audubona pt. The Birds of America. Jego autor podkreślał i mitologizował to, że w jego żyłach płynęła krew europejskich kolonizatorów i rdzennych mieszkańców Ameryki. Ojciec – Jean Audubon – był francuskim agentem handlowym, a potem kapitanem statku i zarządcą plantacji cukru na San Domingo. Przeżył tam gorący romans z Kreolką Jeanne Rabin i właśnie z tego mieszanego związku urodził się w 1785 roku John James, przyszły wielki malarz, ornitolog i przyrodnik amerykański. Niestety, w rok po przyjściu na świat, jego matka zmarła i młody plantator, który w międzyczasie spłodził córkę z inną kochanką, zabrał dzieci do Francji, gdzie zaakceptowała i wychowywała je jego prawowita żona. Już tam, na obrzeżach Nantes, podglądał ptaki, łowił je, preparował, wypychał i kolekcjonował. Szybko też zaczął wykorzystywać swój wielki talent rysowniczy i malarski,  tworząc niezwykłe wizerunki mieszkańców przestworzy. Gdy interesy karaibskie ojca załamały się, podjęto decyzję o wysłaniu młodzieńca do Ameryki, gdzie dopłynął jako osiemnastolatek w 1803 roku. Miał tam zająć się handlem i zdobyć nowy majątek, ale on wolał włóczyć się ze strzelbą i psem po lasach i przyglądać się florze i faunie wielkiego kontynentu. Wkrótce poznał wybrankę serca – Lucy – i ożenił się z nią w 1808 roku, pragnąc rozwijać interesy i bogacić się na handlu. Niestety życie szybko zweryfikowało jego plany, w klasyczny sposób zbankrutował i musiał wraz z żoną przenieść się, najpierw do Cincinnati, gdzie pracował jako malarz w muzeum, a potem do Nowego Orleanu, gdzie, Lucy była guwernantką, o on uczył tańca i szermierki. Przez cały czas rysował i malował obserwowane ptaki i szybko uzbierała się ogromna kolekcja tych przedstawień. W 1824 roku powrócił do Filadelfii, z zamiarem opublikowania swoich zbiorów, ale napotkał na liczne trudności, przede wszystkim ze strony konserwatywnego środowiska naukowego, nie szanującego ornitologa bez tytułów naukowych. Na szczęście spotkał tam bratanka Napoleona – Charlesa Luciena Bonaparte – który szybko zorientował się, że ma do czynienia z geniuszem i uruchomił szereg działań, które doprowadziły do zamorskiej wyprawy Audubona. W 1826 roku zapakował do kufra czterysta swoich przedstawień i popłynął z Nowego Orleanu do Liverpoolu, gdzie miał zamiar najpierw skontaktować się ze szwagrem swojej żony, znanym angielskim historykiem, botanikiem i kolekcjonerem. W oparciu o jego kontakty doprowadził do wystawy w Royal Institution i w innych ważnych miejscach. Tak zaczął się czas rosnącej sławy amerykańskiego malarza i znawcy ptaków, między innymi wystawiał w Edynburgu, gdzie został członkiem towarzystw naukowych i spotykał tak znane osobistości jak Sir Walter Scott. Jego egzotyczny wygląd i pochodzenie, a także interesujące opowieści o ptakach i zwierzętach Ameryki, zjednywały mu rzesze słuchaczy i stawiały w rzędzie najciekawszych osobowości dziewiętnastowiecznej Anglii i Europy.

Pomiędzy 1827, a 1838 rokiem Audubon wracał do Ameryki trzykrotnie by rozwiązywać problemy związane z publikacją jego przedstawień ptaków, przede wszystkim generowane przez starsze pokolenie naukowców. W końcu spotkał Roberta Havella, który zajął się wydaniem dzieła jego życia – The Birds of America. Jego obrazy powstawały przy pomocy ołówka i pasteli, a po 1806 roku zaczął stosować akwarele dla wyrazistszego przedstawiania oczu i piór. W tym czasie wypracował też swoistą metodę odwzorowywania schwytanych i uśmierconych ptaków, w ich naturalnych pozach. Zdawał sobie sprawę z tego, że po śmierci ubarwienie skrzydlatych stworzeń szybko się zmienia, pióra tracą połysk i świetlistą intensywność. Dlatego wiele czasu poświęcał na obserwacje ptaków, w ich naturalnych biotopach i czynił szkice, które potem wykorzystywał przy tworzeniu kolejnych tablic poglądowych. Najwięksi krytycy Audubona twierdzili, że jego obrazy są zbyt udramatyzowane i są wynikiem przeniesienia na zwierzęta ludzkiej ekspresji oraz emocji. Od 1822 roku twórca korzystał jedynie z techniki akwarelowej, a okazjonalnie tylko wykorzystywał pastele, by zaznaczyć puszystość piór. Biografowie uważają, że najpiękniejsze przedstawienia powstały w latach 1824 – 1826 i spośród nich wskazują na portrety takich ptaków jak  Mocking Bird, Wood Duck i Carolina Parrot.  Następne lata wypełnione były ożywioną pracą, w czym malarzowi pomagała cała rodzina oraz liczni współpracownicy, przygotowujący wstępnie materiały ilustracyjne. Po kolejnym powrocie do Ameryki, w 1829 roku, Audubon wykonał dziewięćdziesiąt pięć rysunków, brał udział w licznych przedsięwzięciach naukowych, pisał i dzielił się swoja wiedzą podczas odczytów. W końcu, w latach 1845–1848, jego wielkie dzieło, w ostatecznej formie, w siedmiu tomach, z pięciuset litografiami i licznymi opisami, ujrzało światło dzienne. Dzisiaj dokonanie to traktuje się jako jeden z przejawów młodego amerykańskiego ducha i możliwości kreatywnych nowych obywateli, napływających ze wszystkich stron świata, wtapiających się w tamtejszą społeczność i szybko przekształcających świat. Pod koniec życia John James Audubon osiadł w Nowym Jorku, gdzie wraz z żoną wybudował dom. Zmarł w 1851 roku i został pochowany na Cmentarzu Świętej Trójcy na Górnym Manhattanie, gdzie po latach, staraniem towarzystw ornitologicznych zastąpiono prostą tablicę dużym nagrobkiem, z górującym nad nim krzyżem i licznymi elementami nawiązującymi do pracy i pasji najsłynniejszego amerykańskiego ornitologa. 

Na koniec tego syntetycznego przeglądu książek ornitologicznych mojej biblioteki pragnę zaprezentować prace poświęcone ptakom świata, osobnych krain geograficznych lub krajów, które odwiedziłem. Patronuje temu działowi ogromne dzieło sir Davida Attenborough pt. Prywatne życie ptaków, wydane u nas pięknie w 1999 roku. Autor jest brytyjskim biologiem, agnostykiem, pisarzem i podróżnikiem, ale najbardziej znany jest z filmów, w których popularyzuje wiedzę przyrodniczą. Wyróżniony tytułem szlacheckim przez Elżbietę II, otrzymał także wiele orderów, odznaczeń i nagród. 24 września 2020 roku założył konto na Instagramie i w 4 godziny i 44 minuty uzyskał pierwszy milion obserwatorów, a cztery dni później obserwowało go 4,3 mln osób. Prywatne życie ptaków napisane zostało z polotem, znanym już z filmowych narracji autora. W kolejnych rozdziałach omawia on takie fundamentalne dla ornitologii kwestie jak ptasie latanie, niezaspokojony apetyt, mięsożerność, rybołówstwo, sygnały i śpiewy, szukanie partnera, składanie jaj, trudności w zakresie ochrony i wykarmienia piskląt, a także dywaguje na temat barier rozprzestrzeniania się gatunków. Praca ta ogromnie przyczyniła się do rozwoju zainteresowań przyrodniczych w świecie i niejednego młodego człowieka zachęciła do podjęcia studiów w tym zakresie – łącznie z synem autora, który wykłada antropologię fizyczną na Australian National University w Canberze . Na drugim miejscu w tym dziale moich cymesów książkowych prezentujących ptaki wymienić muszę książkę J. Fishera i zaprezentowanego wyżej R. Tory Petersona pt. World of Birds. O dziwo pracę tę kupiłem w polskiej księgarni wydawnictw zagranicznych, płacąc oczywiście potrójną cenę, a potem wielokrotnie studiując ją po angielsku. Autorzy podejmują takie tematy jak niebywała różnorodność ptasia, wskazują jak żyły skrzydlate zwierzęta w przeszłości i jak radzą sobie dzisiaj, rozpatrują też ich ulokowanie na ogromnym drzewie życia. Interesujący jest też rozdział o społecznych zachowaniach i strategiach ptaków, a także zamykająca pracę część poświęcona podglądaniu i odzwierciedlaniu tych jakże płochliwych istot. Przez lata zgromadziłem wiele innych książek o ptakach naszego globu, spośród których warto wymienić: C. Harrisona, A. Greensmitha Ptaki świata; J. Hanzáka Wielki atlas ptaków; prac. zbior. Wielka encyklopedia przyrody Ptaki; J. Baileya Podręczny leksykon ptaków; V. Bejčeka Ptaki wędrowne; H. Kolbego, Ornamental Waterfowl; F. Robillera,Birds throughout the World; w interesujący sposób prezentuje też światową awifaunę podłużna książeczka grupy autorów z serii Fakty o zwierzętach świata, zatytułowana po prostu Ptaki. Od 2015 roku zacząłem też przywozić atlasy ornitologiczne z dalekich i egzotycznych krajów, do których bywałem zapraszany na sympozja i festiwale literackie. Prym wiodą tutaj Chiny, które odwiedziłem już dziesięć razy i bodaj w 2016 roku kupiłem tam ogromny atlas J. MacKinnona i K. Phillipps  A Field Guide to the Birds of China. Z dwóch wypraw afrykańskich przywiozłem pracę D. A. Zimmermana, D. A. Turnera, D. J. Pearsona Birds of Kenya & Northern Tanzania oraz przewodnik JI. Sinclaira, P. Hockeya, W. Tarbotona, P. Ryana Birds of Southern Africa. W Indiach nabyłem obszerny atlas R. Grimmetta, C. Inskipp i T. Inskippa Birds of the Indian Subcontinent, a z wyprawy do Kolumbii książkę, którą sprezentował mi sympatyczny poeta George Mario Angel Quintero – F. Ayerbe Quiñones Avifauna colombiana. Jakże często korzystałem z tych prac na miejscu, podczas dalekich podróży, a potem wielokrotnie w domu, przy pisaniu wspomnień i opracowywaniu nowych książek.

sdr

GRZYWACZ

W czasach mojej młodości grzywacze (Columba palumbus) zauważyć można było niemal wyłącznie w lesie. Bardzo rzadko zalatywały na cmentarze lub pojawiały się w parkach. Może dlatego nazywano je też dzikimi gołębiami, bytującymi na skrajach zalesień sosnowych lub gnieżdżącymi się w lasach mieszanych. W tamtych przestrzeniach były smuklejsze, ale od połowy XIX wieku zaczęły zasiedlać miasta, postępując z zachodu na wschód i tyjąc groźnie na diecie śmietnikowej. Występują w Eurazji i północnej Afryce, a także na niektórych wyspach Oceanu Atlantyckiego. Ptaki te żywią się pędami i nasionami roślin, owocami, warzywami i ślimakami, największą wagę uzyskując jesienią. Najczęściej najpierw usłyszymy ich charakterystyczne gruchanie, a dopiero potem wypatrzymy je w gęstwinie drzew, choć ostatnio to się zmienia i pary, a nawet większe stada widywane są na trawnikach, gdzie szukają owadów. Grzywacze zaliczymy do dużych mieszkańców przestworzy, bo długość ich ciała waha się pomiędzy 40 a 45 centymetrów, a rozpiętość skrzydeł dochodzi do 75 cm. Dobre umięśnienie i wydatne piersi powodują, że gołębie te stają się często ofiarami drapieżców, takich jak jastrzębie, krogulce, kanie i sokoły. Ich niebieskoszare upierzenie maskuje je pośród roślinności, ale nie na otwartej przestrzeni i w locie, gdy wyraziste stają się białe plamy na szyi i takie same zakończenia piór. Ubarwienie dopełniają akcenty czarne, różowawe i sine, a całość pięknie opalizuje w słońcu. Często zaobserwować można dominację silniejszych samców, które nie pozwalają towarzyszkom razem spożywać znalezionego pożywienia i przeganiają je w bezczelny sposób. A jeśli już dopuszczają je do wspólnego posiłku, to tylko po to, by znienacka pokryć partnerkę. Obecnie szacuje się wielkość populacji na 51–73 miliony dorosłych osobników, z czego w samej Polsce jest ich ponad milion. Obserwuje się też trend wzrostowy, do czego zapewne przyczynia się łatwa dostępność pożywienia z ludzkich stołów, znajdowanego w śmietnikach lub w miejscach, gdzie ludzie zostawiają jakieś resztki. Niektórzy ornitolodzy twierdzą, że takie pożywienie szkodzi ptakom, które nie mogą pozbywać się z organizmu soli, ale przecież ogromna ruchliwość tych zwierząt powoduje, że spalają one niemal wszystko, co pochłonęły. Moje pierwsze spotkania z grzywaczami miały miejsce w lesie, nieopodal bydgoskiego osiedla Błonie, ale potem widywałem je wielokrotnie – najpierw w różnych częściach Polski, a potem Eurazji, ze szczególnym uwzględnieniem Belgii, Hiszpanii, Włoch, Turcji, Iraku, Armenii i Gruzji.  Niegdyś te największe gołębie przemieszczały się w zimie na południe, ku cieplejszym krainom, ale ostatnio coraz więcej tych ptaków postanawia zimować w kraju, nie bojąc się, że zabraknie im pożywienia. Gdziekolwiek się nie pojawiają stają się pięknym ornamentem natury, symbolem miłości i wytrwałości egzystencjalnej. Ich głosy, dobiegające z dalekich gęstwin zieleni, należą do najpiękniejszych tajemnych kodów rzeczywistości.

DZIWONIA

Samiec dziwonii – Wikipedia

Nie ulega wątpliwości, że w krajach tropikalnych pięknie ubarwione ptaki pojawiają się w naturze częściej niż w chłodnych krainach. W Polsce możemy ledwie przez kilka miesięcy obserwować tak urodziwych mieszkańców przestworzy jak wilga, kraska, żołna, dudek, zimorodek, czasem zaskoczy nas swoim ubarwieniem zięba, kowalik, szczygieł, ale i tak większość naszej awifauny jest dość uboga w kolory. Próżno szukać u nas tak pięknych ptaków jak tanagra, kardynał, ara hiacyntowa, purpurek złotobrzuchy, rajskie ptaki, kolibry, kwezal herbowy, żeby wymienić tylko te, które natychmiast przychodzą na myśl. Sytuację ratują czasem skrzydlaki zalatujące, takie jak mandarynka, jer, gil czy jemiołuszka, ale i tak ilościowo przegrywają one w lasach, parkach i ogrodach z gawronami, kawkami, kosami, wróblami, srokami itp. Spośród jaskrawo barwnych polskich ptaków warto przywołać dziwonię zwyczajną (Erythrina erythrina) – gatunek małego ptaka wędrownego z rodziny łuszczakowatych (Fringillidae). W sezonie lęgowym zamieszkuje on Eurazję, głównie w jej środkowej części – od Półwyspu Skandynawskiego po Kamczatkę, a zimuje w południowej Azji – od Iranu, przez Indochiny, aż po południowo-wschodnie Chiny. W Polsce jest to nieliczny ptak lęgowy, a w dolinach dużych rzek i na wybrzeżu, średnio liczny.  Upodobał sobie przestrzeń przy zbiornikach wodnych: rzekach, jeziorach, a nawet stawach hodowlanych, gdzie sporo jest owadów. Przylatuje do nas w maju, a opuszcza Polskę na przełomie sierpnia i września, lecąc ku południowej Azji, a nie jak większość naszych ptaków do Afryki. Samiec dziwonii znacznie różni się od samicy, a jego znakiem charakterystycznym jest szkarłat na piersiach i głowie. Jego dziób jest dość duży, a sylwetka dość krępa, choć czasami – przy opuszczonym ogonie – sprawia wrażenie wydłużonej.  Spód upierzenia ma blado-biały, a na piórach wyraziste są akcenty czerwieni i różu. Samica jest buro-oliwkowa, brązowawa i szara, także z ledwo widocznymi drobinkami czerwieni.  Wiosną słychać w koronach drzew i w krzewach charakterystyczny śpiew tych ptaków, nieco przypominający odgłosy wydawane przez ziębę lub ortolana (bez melodyjnej końcówki). Ornitolodzy wielokrotnie podkreślali, że spotkanie z dziwonią należy do najwspanialszych zdarzeń tego typu, a szkarłat ubarwienia daje niezwykłe efekty wizualne, szczególnie, gdy ptak obserwowany jest na tle młodych liści i pąków drzew. Choć obserwacje tego typu są rzadkością, łatwo możemy sobie wyobrazić jak pięknie muszą prezentować się na drzewach dziwonie, gdy gotują się do odlotu z naszego kraju.     

Samiec dziwonii – Foto Artur Buczkowski
Samiec
Samica dziwonii

NOWE PTAKI WONGA SIFU

Co jakiś czas wspaniały fotograf i ornitolog z Hong Kongu udostępnia w Internecie wspaniałe przybliżenia chińskich ptaków. Oto następna partia, z tak oryginalnymi i charakterystycznymi dla tego kraju, srokami błękitnymi.

BŁĘKIT

Ach, jak dobrze jest wyjść wczesnym rankiem do ogrodu i zobaczyć słońce wstające w pełnej krasie… Taki dzień, zaczynający się od zaczerwień i fioletów po wschodniej stronie nieba, zapowiada dominację błękitu i światła. Tak, ilekroć myślimy o szczęściu, kojarzy nam się ono z tymi elementami wizualności świata, a jeśli do tego dodamy jeszcze ciepło, uzyskamy to, co w czasach dzieciństwa utrwaliliśmy sobie, jako cud istnienia. Tym razem poczułem wyraźnie mroźny powiew nocy, ale w połączeniu z błękitem i światłem stał się on czymś w rodzaju porannego orzeźwienia, zachęcającego do podjęcia codziennych prac. Zapatrzyłem się na dalekie punkty czarnych ptaków, siedzących na gałęziach, a po drugiej stronie nieba zobaczyłem żeglujące w przestrzeniach powietrza ogromne mewy. Odczucie harmonii świata połączyło się we mnie z przekonaniem, że niebawem wszystko w przyrodzie eksploduje, pojawią się liście, pąki i kwiaty, a zieleń stanie się kolorem dominującym na ziemi. Życie może być trudne, kłopotliwe, ale ważne jest też i to, by zauważać jego chwilowe piękno, nawet jeśli okupione ono jest bezlitosną przemijalnością świata. I błękit w tym bardzo dopomaga…

 

KWICZOŁ OGRODNIKA

Kwiczoł

W lutym moim ogrodzie pojawił się niezwykle rezolutny kwiczoł, który nie potrafił współegzystować z innymi ptakami. Od dawna wysypuję skrzydlatym gościom ziarno i jakieś resztki z kuchni, pozostające po obiadach lub innych posiłkach. W porze zimowej zwykle żywią się nimi sroki, gawrony, wrony, kawki, sójki, czasem pojawiają się mewy, grzywacze i synogarlice i oczywiście cała drobnica ptasia: wróble, mazurki, sikorki, rudziki, rzadziej grubodzioby lub jemiołuszki. Ostatnio pojawiało się też sporo drozdów, zjadających zetlałe owoce dzikiej róży, wina i mahonii pospolitej. Pośród nich znalazł się wskazany wyżej kwiczoł, który zdziwił mnie swoją zapobiegliwością i brakiem empatii dla innych skrzydlaków. Gdy przy ziarnie pojawiały się mazurki i sikorki, natychmiast je przeganiał, przefruwał z miejsca na miejsce i robił sporo rumoru. Postanowiłem dopomóc nieco małym ptakom i rozsypałem pożywienie w dwóch, oddalonych od siebie miejscach, na trawniku i na drewnianym tarasie. Niestety nic to nie dało, bo kwiczoł pilnował obu miejsc, co chwile przefruwając ze środka ogrodu na taras i płosząc stada maluchów. Nic nie dało stworzenie też trzeciego miejsca, bo wartownik i tam dolatywał, goniąc drobnicę. A czynił to nawet wtedy, gdy sam się najadł do syta, jakby pilnując tego, co uznał za swój wielodniowy spichlerz. Patrząc na niego pomyślałem, że może warto zmodyfikować słynne określenie pies ogrodnika zamienić je na kwiczoł ogrodnika… Jakkolwiek by się jednak nie zachowywał ten barbarzyńca, dał mi wiele okazji do obserwacji gatunkowej.

Nastroszony kwiczoł ogrodnika

Pisałem już o tych ptakach w moim dzienniku, ale warto przypomnieć nieco wiadomości o nich. Kwiczoły (Turdus pilaris) to średniej wielkości ptaki wędrowne z rodziny drozdowatych, zamieszkujące północną i środkową Eurazję, od Wysp Brytyjskich, po rzekę Ałdan we wschodniej Syberii. To ptaki, które upodobały sobie chłodne przestrzenie, ale nie lubią za dużego mrozu, dlatego na zimowiska lecą do zachodniej Europy, północnej Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Choć kiedyś kwiczoły można było rzadko zauważyć w Polsce, to teraz na wschodzie jest to liczny ptak lęgowy, a na zachodzie średnio liczny gatunek. Zwykle jego wielkość określa się jako „wielkości kosa”, choć przecież bywa znacznie grubszy od niego, szczególnie, gdy bytuje w obszarach zasobnych w owoce. Charakteryzuje go trójbarwne upierzenie: szara głowa i kark, brązowy grzbiet i wierzch skrzydeł oraz czarnobrunatny ogon. W locie łatwo dostrzeżemy biały spód skrzydeł, wyraźnie odcinający się od szarego kupra i ciemnego ogona. Pierś bywa żółtawa lub pomarańczowa, a podbrzusze białe. Na piersi i bokach widoczne jest gęste, czarne kreskowanie, plamy mają kształt grotów strzał. Dziób u samców w szacie godowej żółty, a w szacie spoczynkowej ciemnieje na czubku i z wierzchu, upodabniając się do dziobów samic i młodych. Kwiczoł to ptak hałaśliwy, w spoczynku często ponawiający okrzyki typu czak czak czak, a w locie odzywający się miękkim, kwiczącym łiii. Książki ornitologiczne pełne są opisów waleczności kwiczołów, które potrafią zaciekle bronić młodych, uciekając się do opryskiwania napastników swoimi odchodami. Kwiczoł z mojego ogrodu nie uciekał się do takich drastycznych metod, a jedynie – jak większość drozdów – robił sporo hałasu, podnosił ogon i ustawiał się w pozycji bojowej, a potem rzucał się na wróble, chcące uszczuplić zasoby jego zawłaszczonego karmnika.

O ROKU ÓW…! (4)

A 380 na lotnisku we Frankfurcie

15 maja tego niezwykłego roku poleciałem wraz z żoną do Stanów Zjednoczonych i wyjazd ten – wraz z zeszłorocznym skokiem do Chin – był rodzajem podróży poślubnej. Przelecieliśmy z bydgoskiego lotniska do Frankfurtu nad Menem, a stamtąd największym samolotem świata, Airbusem A 380 pomknęliśmy za ocean. Loty z Bydgoszczy są niezbyt dobrze skorelowane z przesiadkami w wielkich portach lotniczych, więc musieliśmy szybko przebiec ogromną przestrzeń długich korytarzy lotniskowych i przy wyznaczonej bramce byliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko zrekompensował wygodny, siedmiogodzinny lot z Hesji do Nowego Jorku, tradycyjną trasą nad Wielką Brytanią, Islandią, a potem nad kanadyjską Wyspą Księcia Edwarda, Nową Szkocją i wschodnim wybrzeżem USA. Z radością patrzyłem jak wielki samolot zaczął się zbliżać do zachodniego końca Long Island, minął charakterystyczne bagna Jamaica Bay i majestatycznie wylądował na głównym pasie lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Ilekroć w przeszłości zbliżałem się do Nowego Jorku, czekałem na pojawienie się tych rozlewisk i patrząc przez okienko, z radością wyławiałem z zieleni ptaki, krążące nad nimi, przede wszystkim wyraziste, białe czaple. To był znak, że Ameryka znowu otwiera swoje wrota, choć przed nami była jeszcze drobiazgowa kontrola celna, weryfikacja wiz i długie oczekiwanie na przejście granicy. Na szczęście wszystko przebiegło bez komplikacji i już byliśmy w głównej hali terminalu przylotowego, skąd powędrowaliśmy na postój żółtych taksówek. Zarządzający nimi Afroamerykanin szybko przydzielił nam obszernego Forda i już ruszaliśmy na Manhattan przez Queens i północny Brooklyn, po drodze rozmawiając z pakistańskim kierowcą, który zachwalał nam słodkie życie w Ameryce. Jechaliśmy do Hotelu Roosevelt, ulokowanego przy 45 East Street, pomiędzy Madison Avenue i Vanderbilt Avenue, niedaleko dworca Grand Central. Taksówkarz powiedział z dumą, że ten, otwarty w 1924 roku hotel, jest teraz w posiadaniu Pakistan International Airlines i jakieś udziały w tym biznesie mają też bogaci Saudyjczycy. Przemknęliśmy szybko na miejsce, wnieśliśmy bagaże do głównego hallu, a potem oddaliśmy je na przechowanie, bo naszym pobytem zarządzała przyjaciółka z Los Angeles – Sona Van, która miała przylecieć dopiero wieczorem. 

Ania w Grand Central

Mieliśmy sporo czasu, więc postanowiłem oszołomić Anię Nowym Jorkiem i najpierw wziąłem ją do pobliskiego dworca Grand Central. Przestronne hole i kaskady światła sprawiły, że przypomniały mi się wcześniejsze pobyty w tym miejscu, będącym jednym z symboli mknącej do przodu Ameryki. Charakterystyczny budynek umiejscowiony jest w pobliżu wieżowca Yale Club, w którym mieliśmy wystąpić następnego dnia. Teraz machnąłem ręką na żółtą taksówkę i kazałem kierowcy zawieść nas na Time Square, o którym mówi się, że to prawdziwy środek świata. Niestety zapomniałem o straszliwych korkach nowojorskich i droga tam zajęła nam dobre czterdzieści minut, co od razu odbiło się na liczniku. Kierowca  w czerwonym turbanie, rodem z Indii, musiał objeżdżać kwadraty zabudowy, by w końcu dotrzeć na miejsce i odsłonić białe zęby w promiennym uśmiechu. Czułem jakie wrażenie to miejsce zrobi na mojej żonie i teraz widziałem jak szeroko otwartymi oczyma chłonie rozświetloną barwami rzeczywistość. Wszystko tutaj jest magiczne, a szczególnie wielkie kolorowe reklamy ze słynnym budynkiem NASDAQ MarketSite, w którego dolnej partii znajduje się siedmiopiętrowa cylindryczna wieża z supernowoczesnym elektronicznym wyświetlaczem, największym na świecie. Kosztował 37 milionów dolarów i teraz, oprócz funkcji użytkowej, zachwyca tłumy turystów, robiących sobie zdjęcia na jego tle. Doskonale pamiętam moją bytność na Time Square w roku 2002, gdy stałem na środkowej wysepce i słuchałem Peruwiańczyków grających na fletni Pana. Przeżyłem wtedy wielkie wzruszenie i wyczułem życiowe burze, które miały nadejść w następnych latach, za sprawą różnorakich nieludzkich kanalii – na szczęście już wtedy byłem dumny z mojego życia i tego, czego dokonałem, a przecież od tamtego czasu suma osiągnięć zwiększyła się kilkakrotnie. Teraz też czułem się wspaniale w Nowym Jorku, a zachwyt Ani był dodatkowym bonusem. Chodziliśmy między rzeszami turystów i robiliśmy zdjęcia, a kolorowe reklamy zmieniały się co chwilę i pojawili się przy nas mężczyźni przebrani za bohaterów rodem z Marvel Studios, oferujący swoje usługi jako modele. Wyjęliśmy nieco dolarów i sfotografowaliśmy się z Batmanem, Hulkiem, Supermanem i Spider-Manem. Byliśmy w symbolicznym centrum świata dwie godziny, a potem zjedliśmy po trójkącie pizzy w małej restauracyjce i ruszyliśmy z powrotem do hotelu, tym razem pieszo, rozkoszując się dalekimi perspektywami barwnie oświetlonych ulic.

Time Squere

Po przylocie Sony i naszej przyjaciółki Beaty Poźniak, znanej aktorki polskiej z Hollywoodu, przeszliśmy do pokoju, urządzonego w eklektycznym stylu. Trafił nam się niezbyt ciekawy widok z okna, na sąsiedni, szary drapacz chmur, ale wszystko rekompensowała bliskość znaczących miejsc w Nowym Jorku. W amerykańskich hotelach rzadko serwują darmowe śniadania, więc następnego dnia wyskoczyłem rano ku sąsiedniej Madison Avenue, gdzie na rogu znalazłem charakterystyczny mobilny punkt sprzedaży bajgli, zapiekanek, bułek i kawy. Kupiłem aromatyczne śniadanie, które uprzejmy Hindus zapakował w papierową torbę i ruszyłem z powrotem ku trzem wieżom hotelu, wybudowanego w charakterystycznym starym, nowojorskim stylu. Znajduje się w nim ponad tysiąc pokoi i pięćdziesiąt dwa apartamenty oraz dwie restauracje, a jego nazwa miała honorować dwudziestego szóstego prezydenta USA Theodore’a Roosevelta, sprawującego swoją funkcję w latach 1901–1909, laureata Pokojowej Nagrody Nobla z roku 1906. Hotel wybudował biznesmen z Niagara Falls Frank A. Dudley i otwarzył go 23 września 1924 roku, a całkowity koszt inwestycji wyniósł dwanaście milionów ówczesnych dolarów, co w roku 2019 przeliczano na sumę aż 179 milionów. Znakomita lokalizacja, tuż przy Grand Central, powodowała, że miejsce to cieszyło się wzięciem u podróżnych, tym bardziej, że już w 1947 roku w każdym pokoju zamontowano telewizor. Stając na skrzyżowaniu 45 Ulicy Wschodniej i Madison Avenue mogłem objąć wzrokiem cały hotel, który ma piętnaście pięter, licząc od wysokiego lobby na parterze. Zawsze czuję się w tym mieście jakby urosły mi skrzydła u ramion, jakbym znalazł się w magicznej przestrzeni, więc i tym razem podniecenie nie opuszczało mnie ani na chwilę. Jeszcze rzuciłem okiem na sąsiednie wysokościowce i szybko wróciłem do pokoju, znajdującego się na jedenastym poziomie. Ach, jakże wspaniale smakowały aromatyczne bajgle i drożdżówki, popijane kawą z plastikowego kubka, tudzież tropikalne owoce i nieco nieodłącznej w Ameryce Coca-Coli. Szybko weszliśmy pod prysznic, a potem ubraliśmy się i ruszyliśmy ku pobliskiej Piątej Alei, gdzie chciałem żonie pokazać jeden z najdroższych w USA sklepów z odzieżą, pełen znanych marek i snobistycznych klientów, potrafiących zapłacić za płaszcz czy garsonkę ponad dwadzieścia tysięcy dolarów.                   

Kastedra św. Patryka

Po zwiedzeniu wielkiej świątyni próżności, przymierzeniu kilku wdzianek i zrobieniu wielu zdjęć, ruszyliśmy dalej słynnym traktem ku katedrze Św. Patryka. Każda piędź ziemi ma ogromną wartość w Nowym Jorku, więc i ten monumentalny kościół wybudowano w ciągu ulicznym, naprzeciw Rockefeller Center.  Kamień węgielny wmurowano w roku 1858, równo dwieście lat przed moimi narodzinami, a wznoszenie i wykańczanie trwało dwadzieścia lat, aż do 25 maja 1879 roku, kiedy to udostępniono świątynię wiernym.  W tej największej w Ameryce neogotyckiej katedrze byłem za każdym razem, gdy trafiałem na Manhattan, a teraz wprowadziłem do niej oszołomioną jej przepychem żonę. Ostateczny kształt kościoła ustalono dopiero w 1908 roku, po dobudowaniu dodatkowych budynków kościelnych, stumetrowych wież, zachodniej fasady i kaplicy Najświętszej Maryi Panny. Jednak dopiero 5 października 1911 roku arcybiskup John Murphy Farley dokonał poświęcenia świątyni, nie wiedząc, że już w roku 1918 spocznie na wieki w krypcie pod głównym ołtarzem. Do budowy użyto białego marmuru ze złóż amerykańskich, głównie z Massachusetts, czyniąc to miejsce jednym z najbardziej znanych w Nowym Jorku. We wnętrzu świątyni może się znaleźć jednocześnie kilka tysięcy wiernych, spośród których 2200 znajdzie miejsce siedzące. Można się było o tym przekonać podczas wizyt trzech ostatnich papieży – Jana Pawła II (1979), Benedykta XVI (2008) i Franciszka (2015). Spacerujemy po nawach bocznych, przechodzimy środkową aleję i bez trudu wyławiamy liczne polskie akcenty, wizerunki świętych, okolicznościowe tablice i udane popiersie Karola Wojtyły. Po wyjściu na zewnątrz widzimy, że na Piątej Alei formuje się uroczysty pochód nowojorskich strażaków, w szeregach których jest wielu potomków emigrantów z Irlandii, dla których św. Patryk, patron ich ojczyzny, jest najważniejszym świętym. Choć to dość długa droga, postanawiam przejść aż do Ulicy 59 Zachodniej, gdzie jest południowy skraj Central Parku. Idziemy powoli, co i rusz zatrzymując się przy jakichś charakterystycznych miejscach, takich jak księgarnia Barnes & Noble, sklep jubilerski Cartiera, witryny znanych marek odzieżowych, kościół episkopalny św. Tomasza, czy Trump Tower, w którym obok imiennika tego charakterystycznego wysokościowca, mieszkają tak znane osoby jak Bruce Willis i Cristiano Ronaldo. Droga mija nam szybko i już wchodzimy na obszerny plac z fontanną Pulitzera, złoconym monumentem po drugiej stronie i wielką bryłą hotelu Plaza po lewej.

Pomnik generała Williama Tecumseha Shermana

Najpierw naszą uwagę przykuwa złocony pomnik przedstawiający generała Williama Tecumseha Shermana, bohatera amerykańskiej wojny domowej, zwanej też secesyjną (1861–1865). Monument zdumiewa z racji realnie odwzorowanej postaci męskiej na koniu i symbolicznie wiodącej generała do boju, greckiej bogini Nike. To bardzo charakterystyczne miejsce w Nowym Jorku, z licznymi dorożkami do wynajęcia i Ania zauważą, że wielokrotnie widziała je w amerykańskich filmach fabularnych. Robimy zdjęcia na tle hotelu Plaza i złotego pomnika, a potem mijamy wejście do Central Parku i schodzimy w dół, podziwiając wielkie skały, na które wspina się sporo turystów. Byłem już tutaj wielokrotnie i sporo czasu spędziłem na rozmyślaniach, obserwacjach drozdów, epoletników i kardynałów, a nade wszystko na kontemplowaniu tej magicznej przestrzeni. Sporo tutaj pomników znanych postaci z historii świata i wspaniale jest za każdym razem zatrzymywać się przy monumencie króla Władysława Jagiełły pogromcy krzyżaków spod Grunwaldu. Obok niego mijamy popiersia Schillera, Beethovena, Humboldta, Moore’a, a także pomniki całych postaci Kolumba, Bolivara, Andersena, Burnsa, Morse’a, Hamiltona, Webstera, Scotta i Szekspira. Są też rzeźby symboliczne sokolnika, aniołów, pielgrzyma, indiańskiego łowcy, liczne przedstawienia drapieżnych zwierząt, a także bohaterów literackich – Romea i Julii i Alicji z powieści Carrolla. Wędrujemy węższymi i szerszymi alejkami, fotografujemy się na moście miłości (Bow Bridge), rozdzielającym dwie części przestrzeni wodnej nazywanej The Ramble and Lake. Tutaj wspaniale wychodzą zdjęcia z wyniosłymi iglicami apartamentowca San Remo, ulokowanego na Ulicy 145 Zachodniej i widocznymi też dobrze wieżami innego słynnego budynku mieszkalnego – Beresford – mieszczącego się przy tej samej jezdni, ale z numerem 211. Podziwiamy właśnie rozkwitającą roślinność i ptaki pojawiające się na dróżkach, gałęziach drzew i krzewów. Na trawniku przy jeziorku przechadzają się bernikle kanadyjskie, prawdziwe utrapienie amerykańskich posiadaczy basenów i stawów przydomowych. Pamiętam jak w 2002 roku zaprzyjaźniony lekarz z okolic Buffalo i właściciel dużej posiadłości opowiadał mi o tragicznych przylotach wielkich stad tych ptaków, zanieczyszczających ogromnymi odchodami trawniki i akweny. Jak zwykle sporo jest w Central Parku rudawych, amerykańskich drozdów (American Robin), kosów, wilgowronów (common grackle), tyranów północnych (easter kingbird) i modrosójek błękitnych (blue jay). Niestety nie udaje mi się dostrzec ani jednego kardynała, tanagry czy pomarańczowej wilgi. Nie mamy zbyt wiele czasu i nogi też dają o sobie znać, więc prowadzę jeszcze Anię do słynnego zakątka Strawberry Fields, dedykowanego Johnowi Lennonowi, zabitemu przez szaleńca przy pobliskim budynku Dakota House.

Central Park – jeziorka i widok na apartamentowce po zachodniej stronie

Opuszczamy park i kierujemy się ku bramie tejże kamienicy, przy której David Chapman czekał na muzyka i zamordował go z zimną krwią. Szybko docieramy do Columbus Circle, którego nazwa wzięła się od kolejnego pomnika Krzysztofa Kolumba, z jego postacią ustawioną na wyniosłej kolumnie.  Miejsce to znajduje się na przecięciu ulic Eighth Avenue, Broadway, Central Park South (West 59th Street) i Central Park West i niektórzy uważają, że jest to symboliczny środek miasta. Podchodzimy do dużego, zadaszonego wózka z hamburgerami i hot dogami, którym zawiadują dwaj sympatyczni Kurdowie o niewielkich posturach. Zamawiam dwie bułki z parówkami, keczupem i musztardą, podejmując wesołą rozmowę ze sprzedawcami, którzy informują mnie, ze pochodzą z Erbilu. Natychmiast mówię im, że byłem tam w 2011 roku, zwiedziłem też inne miasta tej części Iraku, widziałem niewysokie góry, z daleka kontemplowałem magiczne jezioro Dukan, a nade wszystko byłem w memoriale w Halabdży, upamiętniającym ofiary ataku gazowego wojsk Saddama Husajna. Pojadając hot doga tak się rozgadałem, że żegnając się odszedłem od wózka, nie pamiętając o portfelu wypełnionym dolarami.  Zostawiłem go na metalowej ladzie, ale jeden z Kurdów dogonił mnie po paru krokach i oddał zgubę, przestrzegając bym lepiej dbał o swoje mienie, tym bardziej, że Nowy Jork roi się od różnorakich rabusiów i pomyleńców. Niestety na ulicach widzi się też sporo bezdomnych, pchających cały swój dobytek w drucianych wózkach z marketów. W 2000 roku obserwowałem taką kobietę i napisałem wiersz pt. Miss America, w którym zastanawiałem się jak pokrętne bywają ścieżki naszych losów. Wszyscy w dzieciństwie mamy równe szanse, ale potem przeznaczenie wiedzie jednych do luksusowych apartamentowców, a innym każe spać na ulicach i błąkać się w brudnych, cuchnących łachach po zakamarkach wielkich miast. Jesteśmy już solidnie zmęczeni, więc zatrzymujemy taksówkę i każemy się zawieść do hotelu, gdzie przebieramy się, bierzemy prysznic, nieco odpoczywamy na wielkim łóżku  i gotujemy się do kolejnej tury zwiedzania, tym razem dolnej części Manhattanu. Najpierw kierujemy się do Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, której główna siedziba znajduje się przy Piątej Alei, numer 476, w budynku Stephena A. Schwarzmana, amerykańskiego miliardera i filantropa żydowskiego pochodzenia, który zaczynał swoją drogę ku fortunie od koszenia trawników w wieku czternastu lat.  Pragnę sprawdzić czy moje książki stale pozostają w zasobach tej instytucji, wszak byłem tu w 20o2 roku z Adamem Szyperem i zostawiliśmy polskiemu bibliotekarzowi nieco naszych tomów. Wchodzimy do wielkiego budynku i trafiamy akurat na wielką wystawę związaną z tolerancją w świecie. Na korytarzach i w salach wisi sporo zdjęć prezentujących homoseksualistów i lesbijki, często w wyzywających pozach, obejmujących się i całujących się w usta. Zawsze powtarzałem, że akceptuję każdy rodzaj ludzkiej ekspresji erotycznej, ale niestety bywałem też ofiarą intryg gejowskich, które odcisnęły solidne piętno na moim życiu. Co innego sex i bliskość, a co innego działalność różnorakich cyników i pomyleńców, bezlitośnie wykorzystujących te ścieżki by niszczyć przeciwników. Schodzimy z piętra na piętro, zaglądamy do poszczególnych gabinetów sekcyjnych, a potem wychodzimy z budynku i siadamy na ławce, w przylegającym do biblioteki niewielkim skrawku zieleni, ocienionym niskimi drzewami. Chwilę odpoczywamy, po czym ruszamy dalej Piątą Aleją ku rysującemu się już w dali budynkowi Empire State Building, przez wiele lat dzierżącemu palmę pierwszeństwa w zakresie wysokości budowli tego miasta.

Pomnik odkrywcy Ameryki na środku Columbus Circle
Wejście do The New York Public Library
Bogactwo…

Bieda

Kościół episkopalny św. Tomasza
Ściana wysokościowców u południowej granicy Central Parku
Hotel Plaza
Ornament ornitologiczny w Central Parku
Bernikla kandyjska w Central Parku

« Older entries

%d blogerów lubi to: