STO WIERSZY POLSKICH (XXVI)

Tadeusz Żukowski, Mroczna materia. Autor ten należy bezsprzecznie do najważniejszych polskich poetów pokolenia obecnych pięćdziesięciolatków, a jednocześnie stale pozostaje w cieniu chwilowo nagłaśnianych, na siłę gloryfikowanych, twórców. W jego poezji widać wyraziście drogę, jaką wybrał – szlak konsekwencji poetyckiej, która w odkryciach wiersza znajduje to, czego inni poszukują w tomach filozofów i w świętych księgach. Pisanie jest dla tego autora rodzajem przeżycia mistycznego, w którym docieka on sensu swego istnienia, szuka przedwiecznej prazasady, pragnie zgłębić jakiś ponadzmysłowy kod egzystencji. Przyjmując za Kartezjuszem pewnik, że byt dookreśla myślenie, a za Spinozą, że jest jakaś ciemna zasłona przed „oczyma duszy”, dociera poeta w swoich utworach do takich miejsc, w których tylko słowo może odzwierciedlić głębię doświadczenia, tylko metafora może być poblaskiem bolesnej wrażliwości. Tworząc kolejne wiersze, Żukowski dokonuje odkryć na miarę osoby i czasu, ale też rozciąga przestrzeń personalistyczną na całą ludzkość i na chronologię dziejów, od prawybuchu, do zgaśnięcia światła, od narodzin do śmierci, od pierwszego słowa, do milczenia. Wiersz konstruuje poeta często na zasadzie kontrastu i oksymoronu, zderzenia sensów – zdawać by się mogło – wzajemnie się wykluczających, ale też i w jakiś przedziwny sposób się dookreślających. W wierszu Mroczna materia pojawia się gwiazda mroczna, jako symbol ciemnej strony egzystencji i mroków ludzkiej świadomości. Człowiek przychodzi na świat w ściśle określonej sytuacji rodzinnej i społecznej, dojrzewa w jakimś klanie, w jakiejś grupie rówieśniczej, różnorakie przestrzenie miast i geograficznych krain odciskają swoje piętno w jego świadomości. Często żyje i nie zastanawia się nad kontekstem kosmogonicznym jego egzystencji – podejmuje wyprawy dalsze i bliższe, za granice osiedla, kraju, kontynentu, żyje na planecie Ziemia i nie zastanawia się nad dalszym ciągiem zależności i sił w kosmosie. Bywa jednak i tak – jak w tym przypadku – że ceremoniały dojrzewania, miłości, współistnienia z innymi ludźmi, prowadzą świadomość do takiego stanu, że zaczyna ona poszukiwać szerszych płaszczyzn egzemplifikacji, zaczyna migrować w kierunku gwiazd, galaktyk, dalekich przestrzeni wszechświata. Dla ludzi małej wrażliwości gwiazda jest tylko światełkiem na niebie, czasem elementem zdobniczym natury, ornamentem jakiejś nocy, jakiegoś wspomnienia. Natomiast dla wrażliwości poetyckiej, wielorako udręczonej, często zrozpaczonej i rozbitej, gwiazda staje się nośnikiem treści elementarnych, które mogą ewoluować i wchodzić ze sobą we wzajemne koneksje; jak żywioły, jak metafory, jak różnie stylizowane wiersze. W taki sposób poeta przeciwstawił sobie światło i ciemność, a rozbłysk astralny stał się rodzajem mroku, który z kolei ma odzwierciedlać jakiś ból, jakiś smutek, może jakąś depresję. Także proces postrzegania został odwrócony, bo nie wzrok ludzki wędruje ku światłom konstelacji, a jeden z jej elementów „dotyka” go swoją „mrocznością”. Gwiazda staje się też elementem materialnym, bo rzuca cień, jak trójwymiarowe kształty. Kolejny poziom transformacji pojawia się, gdy „świecidło” przybiera formę powietrzną i wraz z oddechem wnika w ciało poety. Takie nasączenie astralnością znane jest z poezji romantyków, ale pojawia się i w innych epokach, w wielu światowych systemach lirycznych. Także odwrócenie sensów gwiezdnych odnajdziemy w wielu wierszach różnych kultur świata, a w Polsce najwyraźniej widać to w Gwieździe piołun Zbigniewa Herberta. Tutaj poeta oddycha mrocznym światłem gwiazdy, a z racji tego, że ma ona odwrócone desygnaty znaczeniowe, czuje się jakby tonął w tężejącym ołowiu. Czytelnik może szybko przebiec wzrokiem pierwsze dwa wersy wiersza, a przecież warto się nad nimi zatrzymać dłużej. Oto został w nie wpisany odwieczny kod elementów i ich wzajemnych zależności – mamy tutaj zatem ogień gwiazdy, powietrze astralne, którym oddycha podmiot, przywołuje się też wodę i ziemię, którą – jak w systemach alchemicznych – symbolizuje ołów i tężenie materii, niczym lawy po wybuchu wulkanicznym.

Dwa kolejne wersy są rodzajem przerzutni, nagłego skoku ku przestrzeniom tetramorficznym, ledwie pojawiającym się w świadomości poetyckiej, a już ulegającym transformacji osobowej. Oto pojawia się jakaś metaforyczna pustynia, której materią jest „skamieniały płacz”, a zatem składająca się z ludzkich odruchów, uczuć i twardości kamiennej. Do tego jeszcze jest to obszar, pośród którego nie ma zapachów, a jedynie – w metamorfizacji osobowej – pojawia się mróz i szron „z umarłych serc”. Jakaż dojmująca rozpacz snuje się w poetyckich światach Żukowskiego, a zarazem ileż mówi owa depresja o tym, co rozgrywa się we wnętrzu poety, czującego i przeczuwającego – poety przekształcającego świadomością świat i to, co niewidzialne w nim. Znać tutaj wyraźnie echa lektur Rilkego, Audena i Eliota, ale też wiele jest indywidualnych rozstrzygnięć, wiele innowacji na miarę prawdziwie żywej liryki. Rozpacz jest stanem bytu poety, obezwładniającą mocą, która – paradoksalnie – ekspanduje też świadomość ku sacrum i otwiera ją na nowe doznania, nowe możliwości kreacyjne. Tam, gdzie panowała ciemność i gasły wszystkie zmysły, tam nagle zabrzmiało apokatastatyczne echo dzwonu, chwalącego świętość, ale będącego rodzajem dźwiękowego odbicia czegoś głębszego, czegoś wspanialszego, królewskiego i majestatycznego. Ten dźwięk stał się w taki sposób antytezą zimna, piekielnej zgrozy, która uważnie sonduje obszary ludzkich peregrynacji. Tak pojawił się Duch w bezdusznym świecie i tak pojawiło się światło, niesione skrzydłem gołębicy „znad zielonych winnic”. W tej liryce, w zdumiewający doprawdy sposób, spotyka się przeczucie katastrofy z niebiańską hierofanią, z obietnicą istnienia lepszego, po opuszczeniu pustyni skamieniałego płaczu.

Ostatnie dwa wersy są apoteozą boskości ukrytej w największej miłości, boskości rozprzestrzeniającej się pośród martwego świata i ożywiającej stale przestwór kosmosu. Pointa wiersza jest zarazem jego klamrą i przywołuje raz jeszcze spektrum astralne. Gwiazda jest teraz analogonem źródła, choć nie traci swojego pierwotnego charakteru. Jest cząstką elementarną i ewoluuje w obrębie sensów naddanych. To ona – materia prima – współtworzy każdą cząstkę przestrzeni, dociera do świadomości i do jądra wszechrzeczy, ma wymiar rezurekcyjny i jednocześnie burzy wszystko wokół siebie. Jest tak wielką siłą sprawczą i z taka mocą metaforyzuje świat, że poeta nie może opisywać jej w sposób jednostronny. Jej pierwotność staje się dla niego wyzwaniem, a zarazem generuje nowe sensy, odsłania nowe wymiary egzystencji – daje wiedzę tajemną, którą można umieścić na tym samym poziomie, co przekonanie o istnieniu bytu wyższego, przestrzeni rozleglejszych i znaczeń doskonalszych. Mistrz Eckhart powiedział kiedyś: Żar ognia i sam jego byt są w naturze czymś zupełnie różnym i jedno jest bardzo odległe od drugiego, choć stykają się ze sobą w czasie i przestrzeni. Widzenie Boże i nasze też są ze sobie niepodobne i od siebie odległe.  Tadeusz Żukowski dokumentuje w swoich wierszach owe różnice i przeciwieństwa, pozwala przez chwilę bytować tam, gdzie materia prima graniczy z rozpaczą i beznadzieją, a sakralny oddech niesie się sponad gajów oliwnych i ożywających pustyń bezwonnych. To jest poezja w pełni odkrywcza i konstrukcyjna, liryka tego co pierwsze i tego co niewidzialne, tego co umiera i rodzi się w każdej chwili.

Reklamy

AGNIESZKA RADWAŃSKA WYGRYWA

Na Florydzie, w Miami, wspaniały triumf Agnieszki Radwańskiej, która wygrała turniej tenisowy, zaliczany do najważniejszych na świecie. To zarazem wielki sukces polskiego tenisa i naszego sportu, który jest ostatnio zdecydowanie w defensywie. Polka pokonała utytułowaną Marię Szarapową i zrobiła to w sposób konsekwentny, a zarazem subtelny. Zaczyna utrwalać się styl Agnieszki, którego wyznacznikami są spokój, inteligencja i ogromne umiejętności w zakresie operowania rakietą. Dodajmy do tego wyczucie kortu i mądre podejmowanie ryzyka, tylko w określonej mierze. To jakby studiowanie, kortu, piłki i zachowań kolejnych rywalek, to prawdziwy wykład na temat tego, jak należy grać. Śledziłem z uwagą mecz, ale też – gdy realizatorzy pokazywali fragmenty bajecznej  Florydy – przypominał mi się mój pobyt w tym miejscu w 2008 roku. Pogoda była podobna, piękne słońce i solidne powiewy wiatru, a do tego majestatycznie poruszające się liście palm, leciutko chwiejące się kruche kwiaty hibiskusów i mnóstwo ptactwa. Piłki Agnieszki Radwańskiej trafiały idealnie w zaplanowane przez nią miejsca kortu, a ja raz po raz przypominałem sobie wyprawy chodnikami po półwyspie, przysiadanie w parkach i przystawanie nad brzegiem błękitnych zatok. Od samego początku byłem przekonany, że Polka wygra, ale przecież w kobiecym tenisie wszystko jest możliwe i nawet dumna liderka światowych rankingów pożegnała się z turniejem. Tym bardziej cieszy sukces naszej dziewczyny – tak trzymać pani Agnieszko…    

ŻEGNAJ OKSANO

W Internecie pojawiły się fotografie z pogrzebu Oksany Makar, dziewiętnastoletniej Ukrainki, która została brutalnie zgwałcona, pobita i podpalona przez trzech synalków wysoko postawionych osób. Najpierw pastwili się nad nią, a potem, by zatuszować wszystko, oblali ją benzyną i przyłożyli ogień. Dwadzieścia dni walczono w szpitalu o jej życie, zatamowano krwotok w płucach, ale jednak serce nie wytrzymało i przestało bić. Była duszona i traciła przytomność, a potem leżała dziesięć godzin na mrozie, w dymie, czując jak płonie jej ręka, boki ciała i nogi. Przy tak wielu ranach pojawiła się sepsa, liczne niewydolności organów i komplikacje z krążeniem. Dziewczyna zdołała jeszcze poprosić o ostre ukaranie zwyrodnialców, co przyczyniło się do wielkiej dyskusji o tej zbrodni i o stanie ukraińskich elit. Dopiero wtedy zmieniono zarzuty, postawione sprawcom gwałtu, dodając do nich oskarżenie o morderstwo z premedytacją. To jedna z tych sytuacji, gdy ludzie czują się bezsilni, załamują ręce i pragną choćby myślowo być blisko ofiary. Niebieska planeta widziała już niezliczoną ilość zbrodni, gwałtów, niezasłużonych cierpień i nie dających się opisać bestialstw. Kiedy wreszcie ludzkość stworzy system natychmiastowego reagowania na nieprawości, kiedy takie niewinne istoty doczekają się sprawiedliwości? Dyskutuje się o karze śmierci za takie czyny i nowoczesne społeczeństwo natychmiast odrzuca ją, jako nieludzką. Kim jednak byli mężczyźni, którzy dokonali tak makabrycznego czynu, czym różnili się od wściekłych pawianów, goryli, lwów lub hien. W takim przypadku powinno się zastosować prawo zemsty natychmiastowej, co przy wyraźnym wskazaniu sprawców nikomu nie przyniosłoby ujmy. Mam nadzieję, że ludzkość doczeka się z czasem policji dla całego globu, która bezwzględnie, sprawnie karać będzie wszystkie wynaturzenia, występki przeciwko niewinnym istotom. Znikną wtedy tyrani, posyłający na rzeź całe narody, nie będą mogli działać zorganizowani przestępcy, a indywidualni zbrodniarze zadrżą, gdy pomyślą o nieuchronności i ostateczności kary. To bardzo trudna sprawa i skomplikowany proces, zanim takie siły powstaną, zanim ludzie ustalą zabezpieczenia, by w ich obrębie także nie dochodziło do wynaturzeń. Na razie możemy tylko powiedzieć: żegnaj piękna, delikatna Oksano, byliśmy ludźmi, w tym samym czasie, na tej samej planecie, nigdy się nie spotkaliśmy, ale na zawsze zostaniesz w naszych sercach. Spoczywaj w spokoju…

RYTUAŁY PRZEJŚCIA

Jerzy Szatkowski długo przygotowywał się do publikacji swoich najważniejszych książek, cyzelując teksty, tworząc alternatywne cząstki, dopełniając narrację i treść o dodatkowe dopowiedzi. Ta praca wieloletnia nad dwiema powieściami i nad dziełem wspomnieniowym, poetycko-prozatorskim, orbitującym wokół postaci Edwarda Stachury, zaowocowała niezwykłymi utworami, w których prawda przeplata się z mitem, a świat realny lekko zsuwa się ku ułudzie, ku przestrzeniom snu i wizji na jawie. To jakby rapsodyczne odpominanie realnych zdarzeń, które kiedyś eksplodowały w świadomości, a potem osnute mgiełką żywej pamięci, powracały w dalekich planach wyobraźniowych, stawały się treścią marzenia, w procesie rekonstrukcji faktów i budowy powieści. Autor potwierdza, że istnienie jest formą odnawiania i nieustannego komentowania tego co było, co przez ułamek sekundy jest i co kiedyś będzie. Uchwycenie rzeczywistości w chwili jej zaistnienia jest praktycznie niemożliwe, bo martwiejąca szybko przeszłość i napierająca z impetem przyszłość nie pozwalają złapać oddechu, domagają się natychmiastowej reakcji, stworzenia wykładni w dalszych okresach bytowania. Kimkolwiek nie byłby człowiek i jakimikolwiek drogami by nie podążał, zawsze będzie gubił cząstkę siebie i zawsze będzie jej szukał i za nią tęsknił. Odnajdzie siebie wiele razy i niezliczoną ilość razy się zgubi, przepadnie mentalnie, nie będzie mógł uczynić najmniejszego gestu, nie zdoła postawić kroku w pustkę. Jego dokonania i tęsknoty zleją się w jeden strumień świadomości, dręczący jaźń, tyle samo dający, co zabierający. Ale w końcu nadejdą chwile, gdy człowiek i jego bohater literacki pozbierają się, dźwigną budowlę „ja” z gruzów, poczują przypływ nieznanej energii, która będzie jak nowe życie i nowy czas. W takiej chwili odsłoni się ukryty wymiar zdarzeń i działań, niewidoczna faktura rzeczywistości zostanie ulokowana w konkretnej biografii i w ciągach zdarzeniowych innych losów ludzkich. To wystarczy by autor zapisał kolejne karty, to będzie moment, który scali wszystko, by na zawsze pozostało pomiędzy zdaniem pierwszym i ostatnim.

Niezwykle ważna jest tutaj też forma dzieła, pisanego bez pośredniej interpunkcji, akcentującej tylko zakończenie kolejnych sentencji i transform syntaktycznych. W przypadku strumienia świadomości znaczenia słów są ważniejsze od artykulacji i zaznaczeń przestankowych, bo wszystko mieści się w obrębie szerokiego pasma przekazu, jakby nieustannego podążania myśli do przodu. I tutaj dynamika opowieści wysuwa się na plan pierwszy, wydobywając dzięki temu niezwykle wyraziste postaci, przydając znaczeniom głębi symbolicznej, tworząc rodzaj opowieści kulturowej, w której walka i uwięzienie stają się stereotypem poświęcenia i udręki. Narracja Szatkowskiego umiejscowiona jest konkretnie w polskiej rzeczywistości, ale siłą obrazowania wykracza daleko poza ustalenia topograficzne, stając się figuralną opowieścią o tajemnych wymiarach egzystencji, ludzkich żądzach i postępkach. Czytelnik sam musi rozkładać akcenty ważności i wydobywać obrazy pierwiastkowe, bo przecież tutaj stale coś się dzieje i jedno przedstawienie napiera na kolejne odsłony, nowa sekwencja – stając się naturalną konsekwencją tego, co już zostało powiedziane – natychmiast zyskuje swoją autonomiczność. Świat ludzki niewiele różni się od przestrzeni, w których bytują owady, płazy czy drapieżne ssaki, bo i w nim obowiązują krwawe rytuały przetrwania. Kłamstwo jest takim samym zachowaniem obronnym jak podstęp łowiecki, a zbrodnia staje się częścią walki o przeniesienie jaźni mordercy w czasie i osiągnięcie zaspokojenia. Wiedza niezbędna do przetrwania została przekazana bohaterowi przez starszyznę rodu, w której babcia odgrywa najważniejszą rolę, ale pozostali członkowie klanu też mają swoje ważkie przesłanie. Szymek ze Żwirków korzysta z rad, ale nieustannie też bije się o swoją integralność, próbuje zaznaczyć jak niezwykłą otrzymał wyobraźnie i jak niespotykany jest jego „aparat” interpretacyjny. Rekonstruując rzeczywistość nasącza ją „skazą” i darem własnej wyjatkowości, przydaje znaczeń, rozszerza obszary penetracji, tak że najmniejsze nawet zdarzenie, orbituje w stronę mitu. A tam – przy spotkaniu podświadomości i imaginacji – wszystko układa się w przekaz idealny, pozbawiony ludzkich uczuć i ułomności, bliski boskiej zasadzie uświęcania bytów w procesie świętego doskonalenia, w drodze ku sacrum ostatecznemu, ku Stwórcy gałązki brzozy i gniazda ptaka. Anula – choć zbezczeszczona seksualnie – staje się dla tej kreacji niepokalaną Dziewicą, będącą znakiem czystości i pełni, dziecięcej wiary w czystość i doskonałość. Jakże mądry i głęboki jest tutaj wywód Szymka na temat mitu: Bo proszę Wychowawczyni z mitem to jest że można go podziwiać że można nad nim w zachwyt bezkrytyczny wpaść że można się nim jak winem upoić że można nad nim rozczulić się zapłakać serdecznie że można przez niego w nieutulonym pogrążyć się żalu że można nad nim zadumać się czule a z drugiej strony w jasną cholerę wpaść że można go przyjąć za własny i niejako utożsamić się z nim że można go podjąć i dużo jeszcze z nim zrobić i dużo dzięki niemu osiągnąć że różnie go odczytywać można i na wiele sposobów tłumaczyć i w takim czy innym przedstawiać go świetle i tak dalej i temu podobnie i nieprawdopodobnie i w końcu odejść od niego żeby kiedyś tam do niego powrócić czy zatęsknić że często jak drogowskaz jest jak broń albo opatrunek jak woda chleb i sól. I jak powietrze. Jak słońce. Tak to co szczególne i jednostkowe staje się treścią uniwersalnego przekazu na temat bytu i mechanizmów przetrwania, tak wyłania się z tej opowieści kulturowa ontologia.

Jak w kalejdoskopie migają tutaj osoby i zdarzenia, elementarne cząstki życiorysu Szymka, który kształtował się w bolesnych interakcjach z otoczeniem. To była jego szkoła życia i cierpienia, która w narracji Szatkowskiego nabrała cech doskonałości, wiary w przeistoczenie i przebóstwienie, pewności, że jego droga prowadzi do celu, którym zawsze jest wiedza. Choćby chwilowa, choćby osiągana w momencie zranienia lub śmierci – wiedza o ludziach i o sobie samym, wiedza niezbędna dla pojęcia fenomenu pojawienia się w burzliwej chwili dziejowej i w konkretnej przestrzeni bytowania. Autor świadomie przerysowuje główne postaci, ukazując je tak, jak dziecko widzi dorosłych – monumentalnych i komicznych zarazem, górujących nad światem dorastających istot, a zarazem nie rozumiejących na czym polega prawdziwe kształtowanie się żywej świadomości. Jego istnienie warunkują odruchy, ale też tragiczne doświadczenia wojny, śmierci ukochanych zwierząt, a nade wszystko nieustannego zapadania w niebyt świętych chwil, od przebudzenia do zaśnięcia. Nic nie potrafi zrekompensować tej utraty, nawet epistoły pisane do Pani Wychowawczyni, nawet mądre rady babci i obserwacje natury, w której wszystko zdaje się być właściwie poukładane, mające swoje miejsce w logice stworzenia, ale przecież – gdy samochód rozgniata ulubionego kotka, albo gdy w akwarium topi się piesek – budzącej obezwładniające przerażenie. Coś, co zostało zainicjowane w przeszłości, przeobraża świadomość bohatera i podąża ku doskonałości, nawet jeśli będzie nią idealna śmierć, pozostawiająca wspomnienie czynu, daleko wykraczającego poza ludzkie schematy postępowania. Zagrożenie jest realne, bo każda nadwrażliwość orbituje pomiędzy egzystencją a niebytem, każda wyjątkowość domaga się ostatecznych dopełnień, każde zwycięstwo obciążone jest skazą porażki. Biorąc na siebie winę za niepopełniony czyn, Szymek staje w jednym szeregu z niewinną istotą i pokoleniami ofiar, które nie zrozumiawszy do końca na czym polega przetrwanie, odchodziły w bólu i rozpaczy ze świata. Mieli swoje szczytne plany, pragnęli coś osiągnąć, dotrzeć do dalekich krain, ale nie udało się im przedostać przez odwieczne rytuały przejścia, nie udało im się odsączyć chwile jasne od ciemnych, krople łez od strużek krwi. W takim rozumieniu powieść Szatkowskiego jest traktatem o ludzkiej naturze i o pułapkach w jakie ona wpada, o wielkim pragnieniu osiągnięcia stanu wiedzy i pełni szczęścia i o bólu, który stale determinuje postępowanie, niszczy marzenia i zabiera to co najcenniejsze – wyjątkowość i niepowtarzalność chwilowego istnienia. Rodzimy się raz na całą wieczność, ale zło i bezduszność ludzi oddala od nas perspektywę eternalną, musimy zmagać się z kłopotami dnia i nocy, a nie ogromnych przedziałów czasu, pośród których rodzą się gwiazdy i galaktyki, pośród których trwa pradawna metamorfoza. Tylko bohater zraniony, tylko ktoś kto zaznał cierpienia, tylko biorący na siebie winę heros, może przez chwilę spojrzeć na ogromny przestwór, potrafi zatrzymać się w biegu i spojrzeć na gwiazdozbiory rozsiane pośród lodowatej pustki. Tylko człowiek prawdziwy osiągnie pełnię tam, gdzie człowiek niewiele różni się od zwierzęcia, a kolejne postępki układają się ciąg błazeństw nie mających znaczenia i sensu – tylko on zobaczy swoją drogę i pójdzie nią w dal, odczyta szyfr gwiazd, zostawi za sobą skażoną przeszłość i odnajdzie przyszłość. Choć nie odnajdzie…

STARE RYCINY

Stare ryciny, zdobiące kunsztowne wydania książek i leksykonów, mają ogromny urok i często są dziełem sztuki samym w sobie. Podziwiam je, gdy zagłębiam się w tomy dawnych książek, odnajdowanych w antykwariatach i w bibliotekach, a szczególnie cenne są wydania niemieckie, angielskie i amerykańskie. Doceniam trud autorów, którzy poświęcali wiele czasu i pasji by odwzorować rośliny, minerały, a nade wszystko egzotyczne ptaki, gady, owady i ssaki. To była benedyktyńska praca twórców niezwykle uzdolnionych i dysponujących określonym warsztatem ilustratorskim, potrafiących tak ustalić proporcje by efekt końcowy był oszałamiający. I rzeczywiście często tak bywało, bo przecież ważne to było też dla efektów sprzedaży grubych i czasami bardzo dużych tomów. Kupujący chcieli zapoznawać się z florą i fauną odległych krain, szukali obrazów miejsc, w których nigdy nie stanie ich stopa, a przy tym potrzebowali tego rodzaju pomocy w procesie edukacji swoich pociech, dorastających młodzieńców i panien. To był jeden z elementów owego „starannego wykształcenia” w krajach Zachodniej Europy, w których poglądowość zawsze była istotnym elementem edukacyjnym. Łatwo możemy sobie wyobrazić młodych ludzi, którzy z wielkim zainteresowaniem przeglądali kolejne barwne lub czarno-białe tablice, a potem stawali się wielkimi zoologami, bronili doktoraty w renomowanych uczelniach, odbywali wyprawy do tajemniczych zakątków ziemi. I przywozili z nich wiele eksponatów, które potem wykorzystywane bywały przez zdolnych ilustratorów, stawały się częścią kolekcji muzealnych lub uniwersyteckich. Czasem do przeglądania ogromnych edycji potrzebne były specjalne statywy, podtrzymywacze i stoły, ale w zachodnich bibliotekach nie stanowiło to problemu, zawsze dbano w nich o komfort czytelnika i gościa przeglądającego leksykony, encyklopedie i atlasy. Pod koniec dziewiętnastego wieku i w pierwszych dziesięcioleciach następnego stulecia chodzenie do czytelni było nieomal rytuałem i przydawało chwały osobom udającym się do tych instytucji. Pęd do nauki i popisywanie się zdobytą wiedzą stanowiły jeden z wyznaczników nowoczesności, która eksplodowała we wskazanym wyżej okresie historii. Wzorem mogła tutaj być nasza wielka uczona Maria Skłodowska-Curie, albo tacy dociekliwi realiści jak Dickens, Stendhal, Hugo czy Tołstoj, którzy wielką wagę przykładali do studiowania „uczonych” ksiąg i źródłowego przygotowania procesu twórczego. Wydawnictwa zatrudniały znanych malarzy, takich jak na przykład Nimiec Emil Völkers (1831–1905), jeden z najlepszych malarzy zwierząt. Zdobył niezwykłą umiejętność odwzorowywania natury i ukazywał żywe twory w ruchu, w charakterystycznych pozach. Po studiach w Dreźnie podróżował po Włoszech i Rumunii, gdzie podpatrywał scenki rodzajowe i zwierzęta w naturalnym środowisku. Jego przedstawienia koni zdobiły wiele domów i lokali użyteczności publicznej i w szczególny sposób kształtowały estetykę hipologiczną. Były to obrazy tworzone w manierze realistycznej, ale też pojawiały się na nich elementy impresjonistyczne, szczególnie w odwzorowaniach krajobrazów dalekiego tła. Ta szkicowość w żaden sposób nie kłóciła się z dokładnym ukazywaniem koni czy innych dużych zwierząt, a wręcz uwypuklała ich charakterystyczne cechy.

 

PIERWOTNA ENERGIA

Zbigniew Gordziej jest poetą bystrej obserwacji i nieustannego czuwania w  obliczu niedookreślonej, zaskakującej i trudnej do zaakceptowania teraźniejszości. Droga przez  życie przypomina wspinanie się w górach, pokonywanie coraz trudniejszych przejść, omijanie zagrożeń i niepewnych półek skalnych. To jest zawieszenie nad  istnieniem i nad śmiercią, to nieustanne balansowanie na niewidzialnej linie, która w każdej chwili może pęknąć albo wypaść z uchwytu. Metaforyka górska i taternicza jest bardzo ważna dla tego autora, który często wchodzi na szlaki pomiędzy graniami, przemierza niecki dolin i staje na szczytach. Szuka tam szerokiej perspektywy i próbuje ogarnąć wzrokiem dalekie krajobrazy, rozległe obszary ludzkiego bytowania. Pojawiając się po jakimś czasie w górach, mówi: Wróciłem do Was/ niczym pies myśliwy/ zmęczony nagonką życia. Tonacja zmęczenia jest tutaj wyrazista, ale też są liczne próby uspokojenia pędzących wciąż do przodu dni, jest wiara, że można zdobyć wiedzę o sobie i o świecie, wrócić myślą do korzeni. Podziękowanie w wierszu brzmi wtedy prawdziwie i poszerza poetycką penetrację o przestrzenie imaginacyjne: Dziękuję za każdą chwilę/ podarowanej mi dawno temu – wyobraźni/ Nisko się kłaniam wysokopiennym skałom/ Na niebie zaznaczam/ symbol dziękczynienia/ Wędrówka po latach niebytności/ staje się modlitwą spragnionych stóp. Element sakralny jest tutaj bardzo ważny, bo przydaje słowu energii pierwotnej, takiej samej jak ta zaklęta w skałach i głazach, w mocy rozżarzonej materii, która kiedyś przecież spotka się z wrażliwą wyobraźnią. To są próby dotknięcia niemożliwego, odważne wskazania nadużyć i wykroczeń, ale przede wszystkim są to wiersze układające się w filozoficzny ciąg znaczeń, zaakcentowany we wcześniejszych tomach i konsekwentnie realizowany w nowych utworach .

W procesie konstrukcji dzieła poezja współczesna często sięga po aforystyczne elementy, wykorzystuje zwięzłość i obrazowość skrótów myślowych. Gordziej jest mistrzem takich stylizacji i często potrafi stworzyć wiersz, który jest syntezą pojęć pierwiastkowych, tak jak w przypadku przemocy, która: nie wymaga koncesji/ jest łatwo dostępna/ nic nie kosztuje/ pojawia się/ i zadomawia na dobre/ gotowa smagać każdego/ Ciosy zadaje z premedytacją/ wierzy że unicestwi tłumy/ syci się rozpaczą/ szpera w życiorysach/ Kiedyś przypisana władzy/ teraz sprywatyzowana/ na szeroką skalę/ liczy na znaczący łup. Jakże błyskotliwe jest owo końcowe przeniesienie dyskursu w rejony utylitarne, ku prawdziwemu życiu, które nie znosi zbytnich metaforyzacji. Przemoc pojawia się w świecie jako antyteza dobra i myśli, a poezja bytuje w regionach nieustannie odnawianych pozytywną energią. Nawet jeśli jest buntownicza, nawet jeśli mówi o drastycznych zdarzeniach, w pointach, w złożeniach metaforycznych podąża ku światłu, pragnie odsłaniać to, co zakryte, to co jest elementem struktury. Gordziej odtwarza w wierszach budowę świata i próbuje znaleźć w nim swoje miejsce, nieustannie analizuje i dopełnia głębszym sensem złożoność rzeczywistości, a potem namawia czytelnika by także był czujny: Czytaj drzewa/ sylabizuj mchy/ skrzydłami ptactwa rysuj mapę epoki/ z soków gleby wypij zapach/ pomnóż go kroplami deszczu/ a wyjdziesz z kniei/ z jasnym czołem czasu/ gotowy na pokochanie człowieka. To jest humanizm rozumiejący trud istnienia, to jest myśl wspomagająca każdego, kto zechce wraz z nim ruszyć na ten szlak. Jakże wymowne i symboliczne jest zdjęcie poety, zamieszczone na odwrocie książki, człowieka  stojącego na przełęczy górskiej, otoczonego dalekimi szczytami we mgłach, ale jakże blisko przepaści.

Książki mają swoje drugie dna i tutaj daje się też je wyodrębnić, wskazać je pomiędzy głębiami znaczeń i obrazów. To jakże przejmująca ludzka samotność – osobność wobec ogromów i bezduszności świata, to zagubienie w tłumie i świadome pozostawanie w oddaleniu. Gordziej wiele rozumie z czasu, który został mu dany, ale też zauważa, że kurczy się dramatycznie zasób dni i godzin, a wszystko razem ginie w zawodnej pamięci. Ona miała nas wspierać, ale też ona bywa pierwszym znakiem dobrowolnej eutanazji:  Podąża za granicę świadomości/ nie chce być na postronku życia/ kiedyś skora do trwania/ błyskotliwa/ dobrze radziła sobie/ z grudami dni codziennych/ (…) Pamięć to znikający punkt/ który ocienioną drogą podążą ku osamotnieniu. Człowiek próbuje utrwalić swój byt, uchwycić go w momencie kształtowania się i zastygnięcia w pięknej formie, ale czas znosi wszelkie proporcje i nie pozwala zatrzymać się ani na chwilę. Jesteśmy wszakże tak samo ulotni i niedookreśleni jak nasza pamięć, a to co wydaje nam się trwałym fundamentem podlega licznym ograniczeniom. Zyskując wiedzę, zdobywając nowe doświadczenia tracimy cząstkę samych siebie, gubimy naznaczony nam czas – jakże konkretna i właściwa jest tutaj symbolika akwatyczna: Zanurza się życie/ co dnia głębiej/ w poszukiwaniu szlachectwa/ kamieni/ bursztynowych spełnień/ Ciekawość zachłannie/ penetruje głębię/ W przepływie czasu chwytamy się/ wodorostów podstępu/ raf niezrealizowanych obietnic/ skał niespełnienia/ Kiedy sięgamy dna/ na powierzchnię wypływa/ żal straconych sekund. Taką ontologię wyznaje ów poeta i tak rozumie byt w ciągu metamorfoz i nieuchronnych zatrzymań, tak widzi swoje podążanie i próby utrzymania się na powierzchni istnienia. Warto czytać wiersze Zbigniewa Gordzieja, bo są one esencjonalne i głęboko zakorzenione w ludzkim doświadczeniu bytu – warto zagłębiać się w jego światy, bo są one tak samo prawdziwe jak granitowe otoczaki i toń Morskiego Oka. Głęboko ludzkie i prawe, pełne wiedzy i goryczy…

 ________________

Zbigniew Gordziej, W oceanie sekund, Libra, Poznań 2010, s. 46.

PROFESOR SOCREALIZMU

Przyjemny, spokojny, wieczorny spacer po osiedlu… Jest dość ciepło, choć zimne powiewy wiatru uderzają w twarz z solidną mocą. Cały dzień czytałem krótką powieść Krzysztofa Derdowskiego pt. Wstyd, o zidiociałym profesorku socrealizmu, uwikłanym w nieustające intrygi seksualne. (…)  Na niebie niezwykły spektakl astronomiczny – Jowisz i Wenus coraz bliżej siebie, jakby miały się zderzyć. Oczywiście są od siebie oddalone o tysiące kilometrów, ale z naszej, ziemskiej perspektywy tak to wygląda. Wpadam na chwilę do stacji benzynowej, a potem znowu marsz po chodnikach i dobre natlenianie po dniu spędzonym w fotelu i przed komputerem. To już dwunasty rok dwudziestego pierwszego wieku, to już pięćdziesiąty czwarty rok mojego ciekawego życia. Czas wydać nowy zbiór wierszy, czas skończyć kilka innych projektów, z których najważniejszy jest gdzieś daleko, w nieomal mitycznej perspektywie. Ale tak już bywało, za każdym razem zaczynało się od wielkiego marzenia i od gorącego pragnienia. Książka o Mickiewiczu, próba opisania kosmogonii Słowackiego, wielkie zadanie stworzenia wykładni romantycznego monumentalizmu i gigantomachii Krasińskiego. A teraz wiara w to, że powstanie książka o pierwotnej metamorfozie w dziele Norwida, a potem wielki wybór wierszy, powieści i opowiadania, eseje i ze trzy książki wspomnieniowe. Marzenia i pragnienia, ale przecież spełniały się i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, otwierały się horyzonty, pękały mury, pojawiał się wyrazisty szlak. Wymęczyła mnie ta powieść Krzysztofa o profesorze od socrealizmu w mieście Bydgoszcz, tak zagmatwana i tak wspaniale imitująca świadomość człowieka bez ładu, składu i sensu. Bez przyszłości i bez znaczenia… Kompletnie bez znaczenia…

* * *

Wracałem w sobotę z wykładów w moim uniwersytecie i zauroczyła mnie aura wieczoru. Powoli opadała mgła i kule świateł nad Brdą wyglądały zjawiskowo, jakby były z innego świata. Przystanąłem na moście i kontemplowałem leniwy ruch rzeki, dalekie spichrze, domy na brzegu i odległy most nazwany imieniem mojego przyjaciela ze środowiska pisarskiego. Mgła spowodowała, że miasto przypominało dawny Bromberg z przedwojennych pocztówek, specjalnie barwionych albo publikowanych w kolorze sepii. Byłem spokojny, zamyślony i czujący dziwną euforię w sercu, jakby coś cudownego się miało wydarzyć. Wielkie mewy i kaczki krzyżówki przelatywały nad tonią, opary coraz szczelniej otaczały budynki i drzewa i tylko żółte światła wybijały się z mroku, jakby były z tamtej, pruskiej rzeczywistości. Odprowadziłem wzrokiem łabędzia płynącego w dół rzeki i powoli ruszyłem do domu. Cokolwiek się nie stanie, jakkolwiek ułoży się moje dalsze życie, nie przestanę być tym, kim jestem i jeszcze nie raz zatrzymam się w pędzie i zastanowię się nad sobą i nad światem… Nie przestanę być poetą…

%d blogerów lubi to: