TADEUSZ RÓŻEWICZ (1921–2014)

rozewicz tadeusz_5961823

I jeszcze jedna śmierć – wielkiego polskiego poety i dramaturga Tadeusza Różewicza. Myślę, że jego wielkość w jakiś sposób odzwierciedla mój niewielki esej, napisany na kanwie poematu pt. „Złowiony”. Nie przyznano mu Nagrody Nobla, ale to on wyznaczał kierunek polskiej poezji współczesnej i jemu zawdzięcza ona najwięcej.

1. Ryba

Jesteśmy niczym ryba w głębinach wody, niczym światło w przepaściach powietrza. Złowieni, szarpiemy się i szamoczemy, próbujemy wyrwać się śmierci. Ale łowca trzyma silną ręką wędzisko, a linka jest ze ścięgien i żył, z najsilniejszych włókien pręgowanych mięśni. Przed oczyma przepływają obrazy, pojawiają się miejsca i smaki, pierwsze świadome gesty i ostatnie słowa. Opór nie ma sensu i egzystencja nie ma sensu. Nie ma sensu czas i przestrzeń, nie ma sensu n i c. Jest moment ostateczny i chwila pierwsza, jest czas odejścia w wir i szybkiego gaśnięcia świadomości. Ten wir, to miarowy obrót planety, to bieg materii wokół gwiazdy, to monstrualna spirala galaktyki – to ponawiane pulsowanie krwi w skroniach, drżenie obrazów, to walka bezsensowna i bezużyteczna, to ból rozszarpanych ust, to zmasakrowane słowa. Strumień świadomości, strumień nieświadomości – woda bez smaku i bez wymiarów, przezroczysta jak chwile, których nie można już dotknąć, których nie da się pozbierać i nanizać na żyłkę. Woda zapomnienia, powoli oddalającego się świata, myśli zamierającej w ostatnich sekundach. To jest śmierć w zaśnięciu i zaśnięcie śmiertelne, to jest moment zlania się myśli z kosmosem. Opór nie ma sensu, trzeba pogodzić się z przegraną, położyć na grzbiecie i czekać, aż wielkie wędzisko ekspanduje ciało w inny wymiar. Wtedy może wróci spokój, może ożyje ciekawość małego chłopca, może wróci intensywność barw dzieciństwa. Obrazy niczym płyn znieczulający w żyłach, zaczynają krążyć, wirować, otaczać. Pojawia się delikatne kołysanie, pojawia się ukojenie. Nie ma już bólu i nie ma wymiarów, wszystko przenika się i dopełnia, wszystko wzajemnie się wchłania. Mały chłopczyk bystro wpatruje się w rwącą toń. Coś mówi w nim skocz, coś niedotykalnie popycha go w otchłań.

Wpatruje się w siebie i widzi źródło, głębokie i krystalicznie czyste, ale też czarne, przepastne. Próbuje dostrzec w głębi jakiś obraz, jakiś kształt, ale widzi tylko fantomy, dostrzega coś, co zaraz ginie w lepkiej mazi. Patrzy jednak czystym wzrokiem, jego powieki równomiernie mrugają i osłaniają na ułamek sekundy jasne źrenice. Takie same jak rozety w gotyckich kościołach, takie jak koła mknącego pociągu, jak koła młyńskie, jak kształt słońca, jak okrąg księżyca, jak przekroje żył, jak przekroje łodyg, jak przekrój wielkiego wędziska. Jak oczodół źródła. Wpatruje się w nie i staje się nim. Jest w sobie i poza sobą, jest materią wody i wodą uwięzioną w materii, poddaje się ruchom wody i stara się im przeciwstawić, ale stale coś wybija go ku górze, stale moc z głębin wynosi go ku nieistnieniu. Czuje hak, który przebił język i czuje swoje zawieszenie, wie, że odpływa tylko na chwilę, gdy łowca zwolnił hamulec, ale zaraz szarpnie, zaraz pociągnie bezlitośnie. Godzi się na swój los, choć go nie rozumie, poddaje się i chce cierpieć, choć nie wie dlaczego, płynie ku śmierci, choć wszystko jeszcze w nim żyje, wszystko wyrywa się ku głębinom. Już chyba rozumie, że jest źródło i go nie ma, już rozumie, że sam jest źródłem w sobie i poza sobą. Pulsuje i tętni, ogarnia przestrzeń swoją świadomością i przestrzeń wypełnia go bez reszty. Przenika i jest przenikany, łowi świat, bo został złowiony – poddaje się, bo chyba zrozumiał na czym polega jego nieistnienie, chyba zrozumiał czym jest śmierć. Zgodził się przyjąć narzuconą mu logikę snu, który trwa i w którym nie istnieje. Nauczył się we śnie, co to znaczy umierać, nauczył się, choć niczego nie pojął. Pozostał rybą zahaczoną i ciągniętą ku niewiadomej, ciągniętą przez nie wiadomo kogo, ku nie wiadomo czemu. Wie, że to jest podstęp, ale jakby oddala od siebie myśl o nim. Poddaje się sile, poddaje się uwięzieniu, bo one są istotą jego bytu. Tak uczestniczy w zmowie, godzi się na oszustwo, bo tylko tak może istnieć, może kontemplować swoje zawieszenie. Tak przez moment odchodzi w glorii. Ale wie też, że jest w tym coś z błazeństwa, coś z samobójczego śmiechu, jakby diabelskiego skrzeku, jakby histerycznego pisku, jakby opętańczego ryku wreszcie. Ów podstęp obnaża jego zwierzęcość, jego rybią naturę, jego ledwie próbę myślenia o sobie. Godzi się i na to, bo godzić się musi na wszystko. Linka jest coraz krótsza, światło coraz intensywniejsze, bezdenne, duszące powietrze coraz realniejsze. Ale chce go zaznać, chce go doświadczyć, tak jak doświadczył uwięzienia i zawieszenia, jak doświadczył śmierci we śnie i zaśnięcia w śmierci, snu oddalającego realia i zacierającego ślady, snu przerażającego i kojącego, snu ostatniego i pierwszego zarazem, snu w łonie świata i snu, który jest tylko zjawą snu, zjawą istnienia. Chłopczyk wpatruje się czarne źródło, a jego sącząca się woda staje się krwią płynącą z rany na ustach. Z oczu ciekną my łzy, ale on tego nie czuje, on tego nie doświadcza. Istnieje już w innym wymiarze, choć nie wie czy łowca szarpnął wędziskiem, czy to tylko sen przelał się przez brzegi jego trwania. Chciałby jeszcze doświadczyć siebie w sobie, chciałby doświadczyć siebie w źródle i źródła w sobie. Chyba doświadczył dziejącej się śmierci, wpatrzony w źródło doświadczył też snu, I teraz, jak ten chiński poeta, nie wie, czy śniło mu się, że żył, czy może żył we śnie.

2. Poeta

Bóg był w nim i on był w Bogu, płynął przez jakiś czas w jego żyłach, poddawał się dynamice ruchu dookolnego, poddawał się nurtowi. Aż zatracił poczucie samego siebie, zatracił wiarę i przestał od siebie żądać potwierdzenia, że istnieje, że stanowi integralną jakość. Kontemplował otoczenie, które było idealnie przezroczyste i tworzyło coś na kształt schronu. Czuł się bezpieczny w Bogu i niczego nie chciał od świata, niczego nie potrzebował, niczego sobie nie wyobrażał. Sam nie wie kiedy dotarła do niego myśl o kłamstwie i poczuł krew na ustach, zaczął szarpać się, zaczął rozpaczliwie szukać możliwości ucieczki. Nie było już bezpiecznej enklawy, nie było bytu wyższego, był tylko słony smak, był tylko ból. Nie było przeszłości, nie było przyszłości, była tylko zjawiskowa teraźniejszość. Tutaj postanowił się zatrzymać, ale przecież stale krążył w żyłach Boga, stale krążył w żyłach świata, a cóż może paproch rzucany przez nurt. Myślący paproch, kawałek trzciny, myślący okruch świadomości. Może uzmysłowić sobie swoją niemoc, może próbować dotrzeć do początku, może odtworzyć bieg zdarzeń. Ale by tego dokonać musi stać się p o e t ą, musi odnaleźć w sobie ból ryby wyrywanej przez monstrualne wędzisko, musi odnaleźć ból pierwszych chwil poczęcia i ostatnich chwil świadomości, musi odejść, żeby powrócić skonstruowany na nowo, stworzony dla świata i dla samego siebie. Musi poczuć się poetą, intrygującą propozycją dla nowej rzeczywistości i propozycją w opozycji do niej. Wtedy może zatrzyma ruch, wtedy może dotknie niedotykalnego.

Zaczyna od swojego ciała, od przerażającej ciszy ludzkiego ciała. Próbuje uświadomić sobie samego siebie. Chce być w sobie by kontemplować poprzez siebie świat, chce odkryć prawdę o sobie. Napływają pierwsze obrazy i przenikają się jak we śnie – leży na plaży z jakąś kobietą. Ciepły piasek, zakopywanie nóg, przesypywanie drobinek, dotykanie słońca. A teraz wysiada z pociągu w mieście, gdzie się urodził. Wychodzi na ulicę i mija ludzi z obcymi twarzami. Te same domy, te same szyldy, te same kształty i obce twarze. Mija ulicę za ulicą i dochodzi do parku, obrazy nadlatują z nową wyrazistością. Lata szkolne, pierwsze zauroczenia i jakiś mężczyzna chodzący od drzewa do krzewu, od ławki do ławki. Nagle stający przed dziewczętami i odsłaniający pod płaszczem swoją nagość. Wszystko przelewa się, wszystko przenika myśli, wracają piękne dziewczęta i burza hormonów, wracają tamte śmiechy i tamte zauroczenia, ale ze wszystkiego zionie przerażająca cisza. jakby świat znalazł się za dźwiękoszczelną szybą, jakby istniał już tylko dla siebie. Patrzy na dawne miejsca i nie znajduje nic, pochyla się nad wspomnieniami i nie znajduje swojego odbicia, szuka punktu zaczepienia i nie znajduje go w sobie, ani poza sobą. Nagła myśl o nagości przenosi go na ułamek sekundy na Pola Elizejskie, gdzie na plakacie Brigitte Bardot odsłania swoją nagość. Idzie dalej przez ulice wypełnione światłem i myśli o innych ulicach, myśli o śmierci błyskawicznej i gwałtownej, jak tamto odejście młodości, jak tamto zamykanie się nagości, jak nieubłagana chwila przeszła. Jest teraz w Pompejach, ogląda nieistniejące ciała ludzi sprzed dwóch tysięcy lat. Zostały po nich tylko plastyczne odlewy, bo mięso, kości i krew wyżarła lawa. On czuje się podobnie, może jak wydrążony człowiek Eliota, może jak ci ludzie zastygli w swoich kształtach, w swoim przerażeniu. Obrazy przelewają się w nim, znaczenia generują nowe znaczenia, śmierć transponuje się w śmierć. Jest w małym lokalu w olbrzymim mieście, siada przy nim kobieta w zielonej sukni, dotyka go ciepłą ręką. Ma długie nogi, jest młoda i chce by jej postawił kieliszek wódki. Patrzy na nią i pożąda jej, ale myśl o miłości rzuca go do jakiegoś klubu, do innej kobiety, siedzi przy stoliku, pali papierosy i pije piwo.

3. Niebyt

Świat tyle razy rozdwaja się w człowieku, tyle razy zwielokrotnia się i redukuje doznania do zaledwie błysku, do mgnienia świadomości. Jedzie pociągiem do miasta P. i wraca pociągiem z miasta P. Myśli o życiu, a to znaczy, że wpatruje się w śmierć. Rozważa każdy gest i każdy ruch i dochodzi do wniosku, że nic nie dadzą gwałtowne szarpnięcia, nic nie da rozpacz, trzeba się poddać, trzeba zrozumieć, że życie jest tą chwilą od szarpnięcia wędziskiem do wyciągnięcia na brzeg. Życie jest bytem w wodzie niebytu, w przejrzystości i przezroczystości chwil, jest nieustającym pływaniem w nie-macicy. To jest umieranie w       nie-ucieczce, która jest ruchem pozornym, jest martwotą, porażającą ciszą nieistnienia. Wiele razy uciekał, wiele razy próbował przeciwstawić się sile, której nie rozumiał. Myślał o samobójstwie i dochodził do prawd oczywistych, nikomu nie potrzebnych. Ile razy jeden człowiek odbiera sobie życie – myślał – tyle razy cała ludzkość odbiera sobie życie. Widział wyraziście absurdalność istnienia i absurdalność śmierci, ale chciał dotknąć jednego i drugiego. Myślał, że wtedy przeskoczy iskra, a mięso, którym był, stanie się   d u c h e m, przeniknie na wyższy poziom, odgrodzi się od bólu rodzenia i wydalania, odgrodzi się od zwierzęcości i gnicia. Wie, że jest ciągnięty, wie, że kiedyś znajdzie się w innej przestrzeni i dziwi się, że inni ludzie udają, że nie zmierzają ku kresowi. Jego śmierć dokonuje się stale i stale w nim zanika, stale jest potencjalna i stale nie jest bytem. On składa się z chwil, tak jak linia jest sumą punktów i nie ma w nim ciągłości, nie ma jednej rozciągniętej chwili. Pozwala się ciągnąć, ale przecież wszystko w nim rozpacza, wszystko wyrywa się ku innej możliwości, wszystko jej poszukuje. Potwierdza w sobie śmierć i myśli, że w ten sposób ją obłaskawi. Jakby była idiotką z folies-bergére, jakby była płatną dziwką na godziny. Udaje przed sobą, że jego fałsz nie jest fałszem. Udaje, że jest sprytem i przeraża się, gdy dociera do jego świadomości jak daleko zaszedł w oszukiwaniu samego siebie, w oszukiwaniu Boga, w oszukiwaniu świata.

Teraz, w całym swym komizmie, w całej swojej grotesce, siedzi w muzeum Barberini w Rzymie. W niewygodnym, różowym fotelu. Patrzy na ludzi. Jakiś mężczyzna, jakaś kobieta o obfitych kształtach, obraz przedstawiający pieski. Bez znaczenia, bez sensu, bez potrzeby. Kontempluje swoją bezwartościowość, swoją zbyteczność w tej przestrzeni. Wtedy, niczym cios nożem w serce, pojawia się we nagłym śnie obraz matki. Umarłej, drżącej ze strachu w ziemi. Nieszczęśliwej, sennej i skrzywdzonej, matki trupiej i jak on bezwartościowej. I to ona zaczyna mu perswadować jego śmiertelność, jego zaczepienie. Znowu napływają niepotrzebne obrazy, nierealne przestrzenie – jakieś pole, jakiś pastuch, zapach gnoju i śpiew ptaków, wybuch wulkanu Conception, słupy ognia i dymu. Patrzy na to i nie patrzy, dostrzega szczegóły i gubi ostrość przedstawień, coś gdzieś się wydarza, coś gdzieś znaczy, ktoś umiera, wszyscy umierają, wszystko zanika. Umarły syn Gabrielli, cmentarz na którym leży, światłocień, kolory, kwiaty, drewniane krzyże. Wszystko wiruje, wszystko leci donikąd, wszystko wypiera wszystko. Idzie w Ostii po białych kamieniach i myśli o prochach, które rozwiał wiatr. Rzymskie dziewczęta, już dawno umarłe, biegały po nich, rzymskie oddziały, już dawno przepadłe, zmierzały tędy. Decumano Maximo. Czy w takich chwilach jest poetą? Został złowiony, a stale łowi obrazy w swojej świadomości, podąża od miejsca do miejsca, wiruje w nieistnieniu, przemierza wielkie przestrzenie, których nie ma, przenosi się bezszelestnie i bezwiednie, jest n i e b y t e m, straszliwym podwójnym zaprzeczeniem, zwielokrotnionym przekleństwem.

Chciał opowiedzieć o śmierci. Zaczął od bólu ryby złowionej na hak i ciągniętej ku temu, czego nie potrafi sobie wyobrazić. Mówił i zapisywał, chciał pokazać świat w chwili gaśnięcia świadomości, w każdej chwili. Pragnął zrozumieć samego siebie i chciał wyłowić siebie w strumieniu świadomości. Niczego nie osiągnął, niczego nie zobaczył niczego nie dotknął. Był omamem, fantomem bez znaczenia, bez powodu, był nieistnieniem istnienia albo istnieniem nieistnienia, nie było go. Ta próba samobójcza okazała się afirmacją życia, ta pochwała chwil okazała się potwierdzeniem nieustającego umierania, nieustannie lejącej się krwi, nieustającego bólu rozrywanej paszczy, rozrywanych ust. Wydobywany z otchłani wydobywał sam siebie, wydobywany z głębin wydobywał sam siebie, ale nie wydobył niczego, nie wyciągnął niczego, nie zobaczył niczego. Obrazy i kształty migały, wirowały, tak jak w pamięci, tak jak w kinie, tak jak w wodzie migają refleksy światła, tak jak na łące układają się desenie słonecznych promieni, tak jak sieć zmarszczek okrywa twarz pięknej niegdyś kobiety. Chciał opowiedzieć o śmierci, a powiedział o chwili gaśnięcia myśli, chciał złapać Boga na gorącym uczynku, a złapał sam siebie na swoim nieistnieniu. Chciał, choć i to jest wątpliwe czy chciał… Może ledwie pomyślał… Może ledwie uzmysłowił sobie to wszystko w błysku krótszym niż przeskok iskry elektrycznej… Może tak gasła jego świadomość… Może właśnie tak umierał… Może właśnie tak nie umarł…

Reklamy

GABRIEL GARCIA MARQUEZ (1927–2014)

Gabriel Garcia Marquez po bójce z Mario Vargasem Llosą

Zmarł Gabriel Garcia Marquez, kolumbijski pisarz, którego powieści czytywałem w różnych latach, zaczynając od sagi rodzinnej rodu Buendia – Sto lat samotności (1967). Była to zawsze studiowanie trudne, bo twórca ten wprowadzał wiele alternatywnych wątków i postaci, stale odwołując się do tego, co zostało wcześniej powiedziane. Niemożliwa zatem była lektura na raty i za każdym razem zaczynała się i kończyła w ciągu jednego dnia, bezsennej nocy lub jakiegoś chwilowego hotelowego odosobnienia. W moich myślach Macondo urastało do rangi całej Ameryki Południowej, a pułkownik Aureliano Buendia stawał się modelowym przywódcą latynoskim, wszczynającym rewolucje, politykującym dość bezsensownie i będącym wciąż bardzo nieszczęśliwym, co nieomal nie doprowadziło go do samobójczej śmierci. Jesień patriarchy zabrałem kiedyś do Wilna i tam w dość ponurym hoteliku studiowałem dzieje karaibskiego dyktatora, zagłębiając się też w surrealistyczne wizje. Jakoś dziwnie stale w moich myślach pojawiał się wtedy Stalin, którego cień przez wiele lat kalał wileńskie zaułki i place, okrwawiał domy i samotne chaty. Z kolei Miłość w czasach zarazy, o mądrym spotkaniu kochanków sprzed lat i ich małżeństwie przydającym godności, czytałem by napisać esej o tej książce i o dziele Morze, morze… Iris Murdoch i Wieku żelaza J. M. Coetzee’go. To dzieła bliskie tematycznie i mówiące o głupocie młodości, która czasem zostaje naprawiona w późnej starości, ale niestety bohaterowie niewiele już mają czasu – stoją na skraju przepaści, a choć marzy im się młodzieńczy lot nad nią, w pewnym momencie osuwają się w ciemność. Może dlatego cieszą się każdym dniem i rozumieją więcej od innych, a poprzez mediację Marqueza, dzielą się tą wiedzą z wieloma czytelnikami. Mniej ekscytacji wzbudziła we mnie sensacyjna Kronika zapowiedzianej śmierci, chociaż jej echa odnalazłem potem w prozie Goldinga i w powieści Paolo Coelho pt. Demon i panna Prym. To opowieść o ludzkiej niemocy i bezsilności, momentami przerażająca, ale koniec końców zbyt oczywista i zbyt silnie narzucająca autorski dydaktyzm. Ostatnia moja lektura Marqueza, to krótka powiastka pt. Rzecz o mych smutnych dziwkach, w której znowu pojawił się problem destrukcyjnej starości – tym razem zgrzybiały dziewięćdziesięciolatek pragnie spełnić swoją fantazję erotyczną i spędzić gorącą noc z nastoletnią dziewicą. Bardzo mi się ta książka nie podobała, szczególnie sam pomysł narracyjny, ale uznałem ją za przejaw starczego buntu przeciwko przemijaniu i nieuchronności zdarzeń w obrębie jednej biografii. Kolumbijski pisarz wielokrotnie szedł pod prąd, a to manifestując przyjaźń z krwawym Fidelem Castro, a to odbierając Nagrodę Nobla w tradycyjnym, swobodnym latynoskim białym stroju (naigrywano się wtedy, że wyglądał pośród smokingów innych noblistów jakby był w piżamie), a to z kolei upierając się przy tytule swojej ostatniej książki, bo przecież w hiszpańskim oryginale brzmi on: Rzecz o moich smutnych kurwach (Memoria de mis putas tristes). W polskiej wersji złagodzono znacznie określenie tytułowe, chociaż kłóci się to z treścią i sposobem narracji dawnego dziennikarza i dostarczyciela depesz. Głośna też była jego bójka z Mario Vargasem Llosą o honor żony Peruwiańczyka, po której zostało podbite oko i fotografia, upubliczniona po latach w prasie całego świata. W planowanej dużej książce na temat moich lektur największych pisarzy świata, nie zabraknie Gabriela Garcii Marqueza, który mówił o sobie skromnie, że nigdy nie przestał być jednym z szesnaściorga dzieci telegrafisty z Aracataki w północnej Kolumbii, a przecież osiągnął w literaturze wszystko, o czym tylko mógłby zamarzyć, łącznie z uznaniem Stu lat samotności za dzieło równie wielkie jak Don Kochot Cervantesa, choć to przecież związana z szumem medialnym przesada, którą szybko zweryfikuje ostateczne odejście pisarza, nowe biografie i monografie jego twórczości.

MYŚLI O ŚMIERCI NAD RZEKĄ TYGRYS

Bagdad-Wikipedia
Zasadą świata jest destrukcja
nieustające tonięcie
w nicości –

ludzie pragną utwierdzić byt
na skałach i ruchomych
piaskach

budują dom pośród grud
czarnoziemu i lessu

nad rześkim oceanem w górach
przy strudze i nad jeziorem

mozolnie stawiają ściany
wprawiają okna mocują
dach i komin

tworzą przestrzeń ułudy
i wiary w trwałość –

ale głuchą nocą przychodzą
barbarzyńcy i choroby
krzewią się podstępnie
w ciałach

śmierć jednym bezdechem
burzy marmurowe pałace
i cedrowe domy

zbiera żniwo pośród
żywych kłosów

w żałobnym płaczu
niweczy kształty

dławi odwieczny
płomień

Bagdad 2013

ONTOLOGIA NICOŚCI

s.86

Poezja Tadeusza Zawadowskiego ma wiele odcieni i nurtów, ale najwyraźniejszy w niej jest ontologiczny strumień sensualny. Ten ciąg obrazów swobodnie przepływających przez świadomość i ogromna wiedza o świecie, sprawiają, że mamy tutaj do czynienia z prawdziwą liryczną opowieścią o istnieniu, o zmienności i urodzie świata, ale też o mechanizmach, które tkwią pod powierzchnią zdarzeń. Malowniczość sadu przeplata się tutaj z krystalicznym pięknem górskich pejzaży, a nawiązanie do Caspara Davida Friedricha nie pozostawia wątpliwości, że autor uczył się poezji od romantyków, nie gubiąc też niczego z nowoczesnych koncepcji wiersza. Tak powstawały wiersze, w których zderzała się energia przeszłości i rozmach współczesności, tak rodziły się cykle dopełniane treściami filozoficznymi, ze szczególnym wskazaniem na teorie egzystencji. Bohater tej liryki odzwierciedla w słowach fenomen życia, ale też nie przestaje się dziwić elementom świata – stale je wyodrębnia i wciąż znajduje coś interesującego, czym pragnie zaciekawić i jakby oszołomić czytelnika. Ale przecież jego obrazy – nawet te nadwyraziste – powiązane są z pytaniem o byt, o jego istotę, o cząstki konstrukcyjne. Relacja jest zarazem pochwałą tego co w umyśle rodzi się dzięki krwi płynącej w żyłach, dzięki cudownym właściwościom miodu i wody: Wieczorem kos na jodle odmawiał modlitwę/ mrówka na liściu dziewanny uklękła/ i zmówiła pacierz/ z dala głos dzwonu/ niczym odgłos burzy/ wzywał jaskółki na wieczorne modły/ Bóg chodził po ogrodzie/ i rozdawał hostię/ a w niebie aniołowie/ wili wianki z mięty/ jak paciorki różańca/ pachnące nadzieją/ i byłem taki mały/ że mnie aż nie było. Tak spojrzenie dziecka i mądrość ontologiczna dojrzałości przeplatają się z mistyką, a chwila zyskuje wymiar nieskończoności. To są sakralne zauroczenia, w których świat realny i świętość graniczą ze sobą i odciskają niezbywalne piętno na umyśle. Ogromną zasługą Zawadowskiego jest wskazywanie miejsc przecięcia się płaszczyzn świadomości i wyodrębnianie ich z natłoku informacji – tutaj wszystko zyskuje swoją logikę, a przy uporządkowaniu pojawia się kod autorski, elementarny jak wgłębienia w korze drzewa i niepowtarzalny jak ludzkie DNA. Cząstki wierszy stają się elementami świata, w którym poeta żyje, ale też są integralnym budulcem, który zobaczyć można pośród refleksów światła na wodzie, w splotach wianka z mięty i w dalekim głosie dzwonu.

Bóg jest rzeźbą z drewna, ludowym świątkiem, ale też ma w sobie wszelkie cechy stworzyciela wszechświata, a rozdawane przez niego hostie są jak dotknięcia wieczności i uświęcają mrówkę na liściu dziewanny, burzę i paciorki różańca. Jego wielka kosmiczna tajemnica dostrzegalna jest tylko w kolejnych odsłonach natury, w czerwieni liści bukowych i suknie zmiennej rzeczywistości. Refleks wiersza ma w sobie coś ze światła, nagle pojawiającego się w mroku, na chwilę ukazującego rzeczywistość zakazaną, cząstki budulcowe, chwile pierwsze i ostatnie. Dopełnianie treści – najważniejszych i najtrudniejszych przecież – odbywa się w poezji Zawadowskiego z jakąś niezwykłą subtelnością i lekkością. To jakby nieustanne korzystanie z wrażliwości dziecka, ale też zdumiewająca zmienność świadomości, raz to silnie utrwalonej w bohaterskim widzeniu świata, a kiedy indziej nie wahającej się mutować ku żeńskim delikatnościom i ulotnym interakcjom. Norwid przerzucał akcję w chmury, lekko przechodził ze świata ziemskiego ku sferom eternalnym i w tej poezji mamy podobne zastosowania giętkości lirycznej: Tu po górach i po chmurach/ Idzie Bóg w sukni czerwonej/ Popatrz jakże buki płoną/ Choć wokół tyle złocieni/ Buk wciąż krwią swe liście mieni/ Bieszczadzkie stygmaty/ Wrzesień głaska buki dłonią/ Wrzosy się liliowo płonią/ Uśmiecham się do nich/ Niczym jeleń pośród buczyn/ Jakiś potok w dole huczy/ Pieśń o źródle/ Idę w górę gdzie Bóg mieszka/ Po zapomnianych już ścieżkach/ Idę szczęśliwy. Oto najprostsza formuła szczęścia – chwila uchwycona w kadrze życia, zauroczenie naturą, które staje się pochwałą Boga, jego nieustającej obecności w każdej cząstce świata, jego mocy przedwiecznej, która spaja wszystko niewidzialną energią. Iluż to poetów wskazywało siłę imaginacyjną górskiego krajobrazu, iluż wędrowało ku złotym przełęczom, zielonym zboczom i czarnym turniom, by z góry spojrzeć na świat, by zastanowić się nad sobą, a nade wszystko odnaleźć w urodzie świata piękno jego Stwórcy. I nie są to oleodruki, makatki jarmarczne, raczej obrazy o niezwykłej głębi i ostrości, a jeśli już pojawia się w nich element rustykalny, pełni on swoją rolę w topografii miejsca, staje się elementem tak samo ważnym jak kamień, gałązka brzozy czy gwiazda na niebie. Energia boska nadaje bieg wszystkiemu i utrzymuje byty w równowadze – nawet jeśli śmierć przerywa jakieś istnienie, nie kończą się cykle zaplanowane w chwili pierwszej, a jednostkowe cierpienie wpisuje się w wielką, wszechogarniającą kosmiczną hierofanię.

Poezja dokumentuje ulotność czasu i śmierć przeszłych chwil, bywa łagodna i delikatna, ale często też mówi prawdę o naszym tragicznym zamknięciu pośród umykającego dnia, nocy, miesiąca i roku. Nikt nie zdołał się temu przeciwstawić, nic nie mogło stanąć na drodze tej przemiany – zawsze czas triumfował pośród krwi i cierpienia, trumien i grobów, pośród stale niknących śladów na piachu, wodzie i śniegu. Ludzkość przyjęła jego dyktat, bo nie miała wyboru – zgodziła się na umieranie, bo poprzedzało ono życie, zaakceptowała śmierć jako kropkę na końcu rozbudowanego zdania. Zawadowski dostrzega temporalną stronę bytu i pisze wiersze, w których jest filozofia czasu i nicości, mądrość pierwiastkowa, która ma jednak konsystencję popiołu: Kiedyś to zawsze nie dzisiaj/ W garniturze i pod krawatem/ Trzyma się na uboczu na dystans/ Ty krok do przodu ono krok do przodu/ Próbujesz je podejść ono się uchyli/ Próbujesz się zbliżyć zaraz się oddali/ Nie zna czasu teraźniejszego/ Zawsze mu za wcześnie to znowu za późno/ Mieszka w ciemnym kącie wśród starych albumów/ Pośród wizji przyszłości w dalekich kosmosach/ Jakby samo na świecie choć podobnych wiele/ Jeśli spotkasz na drodze nie próbuj zatrzymać/ Bo w mysz się nagle przemieni i do jamki schowa/ I ze świecą nie znajdziesz nawet przez noc całą/ Kiedyś to znaczy wczoraj lub może pojutrze/ Ale zawsze nie dzisiaj. Smutna prawda – artykułowana już przez myślicieli starożytnych – jest taka, że teraźniejszość nie istnieje, jest tylko to, co było i to co będzie, a uchwycenie t e r a z jest niemożliwe. K i e d y ś jest jak memento, kiedyś zawiesza byt w istnieniu i każe zastanawiać się nad realnością świata, a nade wszystko generuje niezwykłą wrażliwość. Poeta mógłby zająć się sprawami prostszymi, ale gdy tylko zasiada nad kartka papieru, zaczyna od wspomnienia kota na progu domu ojca lub mrówki przeciskającej się między kamieniami, zawsze perspektywa się poszerza i głębie wszechświata otwierają się samoistnie. Byt jest przepaścią i próba zasypania jej jakimkolwiek rodzajem materii znanej człowiekowi, kończy się porażką. Poezja – taka jak w tym tomie – uzmysławia, że istnienie jest rodzajem dynamicznie przekształcającej się energii, a każda jednostkowa próba ocalenia jakiegoś k i e d y ś jest wysiłkiem by zatrzymać rozszerzające się koła na wodzie. Nie bez znaczenia są w tym zbiorze ilustracje z podróży do świata dawnych Indian i ich wspaniałych przedkolumbijskich kultur, bo oni także zauważyli, że życie jest jak kamień wrzucony do wody. Zostaje po nim nikły, ginący ślad, ale ruchu i impetu nie da się zatrzymać ani powtórzyć – to co ostateczne jest skończone, to co ludzkie – śmiertelne. Potężna, filozoficzna poezja Tadeusza Zawadowskiego uczy pokory do świata i samego siebie, ale też daje nadzieję, że w słowie ocalić można coś z pierwszych chwil stworzenia i powtarzających się wciąż zauroczeń esse. A choć nad każdym pięknem pojawia się cień nicości, choć żywe twory więdną i umierają, a cywilizacje rozpadają się w pył, zostaje energia coraz mniejszego ciepła, rozmywającego się pośród lodowatej pustki. Słowo poetyckie staje do konfrontacji z entropią, a chociaż przegrywa, to jednak zwycięża… Nawet jeśli przez chwilę lśni w blasku jakiegoś k i e d y ś, nie ginie bez reszty, ocala zachwyt i poczucie pełni, chwilową niezależność umysłu i wyobraźni, przenosi byt ku nowym światom. Istnieje w nowych pokoleniach ptaków, w rozkwitających kwiatach i w konstelacjach gwiazd przesuwających się na niebie – istnieje i połyskuje w swoim pięknie… dumnie staje do konfrontacji z nicością.

CZAS KWITNIENIA

10

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

6

7

???????????????????????????????

 

LUTNIA CIAŁA

Krystyna Grys

Krystyna Grys

Miłość przydarza się ludziom w różnym wieku – najczęściej w młodości i w latach następnych, ale też bywa jak uderzenie gromu w latach późnych. Kobietom nie zagląda się do metryk, ale przecież trzeba tutaj podkreślić, że autorka tych wierszy należy do trzeciej z wymienionych grup, tym bardziej, że utwory prezentowane w nowym tomie zdumiewają świeżością, naturalnym pięknem i wiarą w czystość uczuć. To wspólna dla wszystkich przedziałów wiekowych potrzeba ciepła i bliskości, to pragnienie dostrzeżenia w kochanej osobie urody nieprzemijającej i piękna duchowego. Szczególnie w przypadku poetki – i to mającej tak znaczący dorobek literacki – dostrzeganie głębi wnętrza i licznych zakresów wrażliwości, stanowić może podstawę do wielkiego zauroczenia, nowego rozdziału w życiu, uchwycenia chwili rozognionej, mogącej spowodować prawdziwy wybuch i ciąg konsekwencji burzących przekonanie, że wszystko już było. Życie miało już się kończyć, a jednak nagła energia ożywiła świat – Pogański błysk/ twoich oczu/ rozpala we mnie ogień/ płomieniem krąży w żyłach – wszystko zaczęło wirować i jakże trudno utrzymać marzenia na wodzy, bo wyobraźnia natychmiast podsuwa sensualne obrazy. Ciało znowu jest nadwrażliwe i „gra” jak instrument muzyczny: Wirtuoz lutni/ mojego ciała/ rozdzwonił zmysły/ dotyku/ żeglujemy po/ wzburzonym żywiole. Tak znowu coś się zaczęło, coś dało nadzieję, a ciepło przeniosło ich w obszary idealne, w przestrzenie, gdzie czas nie płynie, albo przynajmniej wszystko mija wolniej. Porównanie do lutni lub innego instrumentu strunowego mieści się w kanonach poezji miłosnej od czasów najdawniejszych, pojawia się w sonetach Petrarki, w dziełach Szekspira, a potem wielokrotnie w liryce zakochanych kobiet i mężczyzn, żeby przywołać tylko Tuwima, Baczyńskiego, Śliwiaka, Pawlikowską-Jasnorzewską, Hillar czy Poświatowską. Nic lepiej nie odda miłosnego rozedrgania jak poruszone lekkim dotykiem struny Vivaldiego, Paganiniego, Wieniawskiego, jak dźwięk lutni, skrzypiec lub wiolonczeli.

Zdumiewająca jest młodzieńczość i rześkość tych wierszy, ich naturalne piękno, mające w sobie coś z oddechu wiosny, coś z braw jesieni. To jest próba wyjścia do człowieka z sercem na dłoni, a zarazem lęk, że bezbronność i wiara kobiety nie wystarczą by zauroczyć tego, którego wybrała. Wszak w miłości wszystko jest ulotne, wszystko buduje się mozolnie, a konstrukcje mają kształt ciepłego oddechu. Jeśli uczucie kwitnie, wszystko wydaje się piękniejsze, kolory nabierają barw, perspektywy się poszerzają, krew płynie szybciej w żyłach i tęczówki oczu się rozszerzają. Gorzej jest, gdy miłość nagle się kończy – kochankowie gdzieś wyjeżdżają, pojawia się inne zauroczenie, barwy matowieją a czas wyciska swoje piętno – bo wtedy nic nie zdoła jej ocalić, a nieuchronność napisze ostatnie rozdziały księgi spotkań. Jeszcze pojawia się ostatnie zapewnienie i prośba: Pod niebem/ twoich oczu/ rozkwitam/ Dojrzewam/ gorącym winem/ Czerp miłość/ do ostatniej/ kropli – ale wszystko jest już przesądzone i nic nie zdoła zatrzymać smutnych zdarzeń. Poetka pisze o miłości z wielką wiedzą o jej odcieniach, widać, że żarliwie w życiu kochała i była kochana, a późna miłość tyleż ją rozpłomieniła, co zaskoczyła, tyleż dodała nowych sił, co zabrała energię witalną. Nasze szukanie bliskości i owe chwile niepowtarzalne, w ramionach drugiego człowieka, mają tylko wtedy sens, gdy towarzyszy im pewność, że oddanie jest szczere, a cielesność nie staje się celem samym w sobie. Książka Krystyny Grys została tak pomyślana, że w części pierwszej prezentuje wiersze wcześniejsze, związane z miłością lat młodych, z mężem i jego cierpieniem w chorobie – z towarzyszeniem mu w chwilach jasnych i ciemnych, a nade wszystko z czasem, który na zawsze odgrodziła śmierć. W części drugiej mamy do czynienia z opisem wydarzeń, które zaskoczyły poetkę, a jednocześnie wywołały reakcje, których się nie spodziewała: Pożądanie przeniknęło mnie/ od stóp po głowę/ łono wrzało/ Pocałunek pierwszy i ostatni/ pozostanie wspomnieniem. Walorem tej książki są liryczne rozmycia rzeczywistości, dzięki którym udaje się autorce mówić o uczuciach z zastosowaniem kontrapunktu, zawieszenia wszystkiego pośród znaczących niedomówień. Dlatego nie wiemy czy ta miłość przydarzyła się naprawdę, czy miała swoje „konsekwencje”, czy może była tylko rodzajem gorącego marzenia.

Poezja miłosna została tutaj programowo pozbawiona udziwnień stylistycznych, wymyślnych metafor, hiperbol i oksymoronów, ale w zamian operuje niezwykle klarownym obrazem, nadając sens pierwiastkowemu zauroczeniu: Spływa na nas/ jak świeży oddech/ wiosny/ z zapachem barwnych/ parkowych dywanów/ Jest promykiem/ który rozświetla/ każdy wschodzący dzień/ Mieniącą się tęczową/ bańką mydlaną/ ulotną jak ta chwila/ między nami. Ktoś może doszuka się w tych erotykach zbyt silnej jaskrawości, ale właśnie o to chodzi, by pokazać czystość i elementarność nowego doświadczenia. Zaskoczenie przecież było tak wielkie, że odbierało oddech, a słowa więzły w krtani, zauroczenie tak żywe, że tylko pastelowe oddanie uroku natury mogło z nim konkurować. Warto żyć, żeby doświadczyć takiej miłości, warto czekać, by kiedyś można było powiedzieć: czułość zamknęłam w dłoniach/ z pieszczotą przeznaczoną/ dla ciebie. Spotkanie dwóch wrażliwych bytów, dotknięcie rąk i nieoczekiwany pocałunek, a nade wszystko wzbogacanie się obecnością, zauważanie swoich cieni na murze, doświadczanie młodzieńczego ożywienia, możliwe jest tylko w miłości. Ludzie często miewają tandetne wyobrażenie o niej, chcieliby ją jakoś usankcjonować, usidlić, wyprzedzić, a ona wydarza się nagle – nie bez powodu porównywana przez romantycznych poetów do uderzenia gromu – ale też równie szybko odchodzi. Widzimy w tym tomie niespotykane rozedrganie uczuć, ale wymowa wierszy jest jednoznaczna: to jest prośba, by chwytać lecące na wietrze płatki, by zauważać żółty liść swobodnie zsuwający się z gałęzi drzewa, by nie przegapić tego, co być może nigdy się nie powtórzy. Inna sprawa, że głębię i niezwykłość uczucia prawdziwie ocenić można po jego zgaśnięciu, a żarliwość wraca jeszcze gwałtowniej we wspomnieniach, snach i grzesznych wyobrażeniach. Wtedy pojawi się smutne podsumowanie: Jesień ogałaca/ drzewa z liści/ mnie z marzeń/ Zaczynam czuć pustkę/ Nie ma już ciebie/ w moich snach. Pozostał jednakże ciąg strof, które wpisują się w tradycję polskiej liryki miłosnej i stanowią jej znaczące osiągnięcie. Wiele kobiet i wielu mężczyzn odnajdzie w nich siebie i własne doświadczenia uczuciowe, bo szerokość i ekspresja oddziaływania jest tutaj ogromna, a piękno czyste jak łza lśniąca na rzęsach.

%d blogerów lubi to: