EKSPRESJA CHWILI

Pięknie wydawane książki poetyckie zawojowały ostatnio rynek księgarski i stały się same w sobie dziełami sztuki. Przyczyniła się do tego dbałość o graficzną stronę publikacji, znakomicie dobrany papier, a także umiejętności introligatorów, którzy nadają ostateczny kształt różnorodnym tomom. Trudno je porównywać z wydawnictwami z czasów PRL-u, kiedy to nawet największe państwowe oficyny przygotowywały wydania przez kilka lat, a potem godziły się na masowy, broszurowy charakter malutkich książeczek, najczęściej drukowanych na czymś, co dzisiaj z trudem uznalibyśmy za papier. Takie refleksje towarzyszyć mogą czytelnikowi, gdy weźmie do ręki estetycznie i ze smakiem wydaną, dwujęzyczną książkę Doroty Szumilas, zatytułowaną Z lekkim uśmiechem. Autorką przekładów na język niemiecki jest Ella Lutz, a niezwykle efektowne ilustracje, to dzieła jednego z pierwszych niemieckich ekspresjonistów Franza Marca (1880–1916), który zginął w krwawej bitwie pod Verdun. Jego obrazy należą do kanonu dzieł tego kierunku sztuki i stały się inspiracją dla wielu uznanych twórców, pojawiających się w następnych dziesięcioleciach dwudziestego wieku. Pełne ekspresji dzieła, są odzwierciedleniem ożywienia w Europie, na początku stulecia, a zarazem stanowią niezwykłe osiągnięcie artystyczne, popychające do przodu eksperymenty z barwą i ruchem, walorem i cieniem, a nade wszystko z uczuciowym traktowaniem swobodnie skomponowanych przedstawień. Tutaj – w omawianym tomie – znakomicie ilustrują i kontrapunktują one zamysł poetycki poetki. Szumilas jest teologiem, bibliotekoznawcą i bibliotekarką, autorką tomów wierszy pt. Mała cicha kropla (2006), Chociaż dobre słowo (2008), Wspomnienia (2010), szkiców i antologii poetek bibliotekarek, związaną z Klubem Poetów przy BUW, a także członkinią Stowarzyszenia Autorów Polskich. Większość książek opublikowała w krakowskim wydawnictwie Miniatura.

Poezja Doroty Szumilas ma charakter aforystyczny i filozoficzny, a na plan pierwszy wysuwa się zaduma nad światem i próba dotarcia do istoty ziemskiej egzystencji. Ważne są też uczucia, które pozwalają zaznać olśnienia: Blask oczu, jak piękno drobnych chwil,/ łagodnie opada na ziemię./ Drobne chwile?/ Z nich składa się to olśnienie/ tak pięknie czytane/ Sercem. Tylko w taki sposób wyodrębnić można to, co najcenniejsze, tylko tak odgradzamy się od chaosu i nieustannego biegu. Uczucie i serce, olśnienie drobnej chwili, inaczej ustawiają perspektywę ludzką i pozwalają się zastanowić nad światem, osiągnąć stan harmonii. Wszystko wszakże znajduje swój początek i kończy się w Bogu, z którym szeptem rozmawia autorka i którego próbuje dostrzec w drobnych zdarzeniach, w wyodrębnionych szczegółach, w materii życia i we wszechobecnej eschatologii. W skupieniu i w przybliżeniu, w delikatnej próbie osiągnięcia stanu szczęścia, w chwili, która potrafi rozpłomienić i ożywić, a nade wszystko w modlitwie i wierze, znaleźć można to, co najcenniejsze, co jedyne i niepowtarzalne. Tylko tak dotrzeć można do prawdy i dać się obezwładnić miłości najczystszej – tylko tak można siebie powielić i zmultiplikować. Potrzebna wszakże do tego też jest odwaga i autorka zachęca czytelnika: Słuchaj echa/ powtarzającego najważniejszą/ część wypowiedzianych głośniej/ słów/ Nie bój się mówić odważniej/ dopiero wtedy echo odbije się/ od drzew i przeniesie głos/ dalej. To jest zachęta, ale też i dyrektywa, to jest próba łagodnego przejścia przez dany nam czas, a zarazem twórcze jego przetworzenie. Istniejemy pośród ludzi i natury i podążamy przed siebie w poczuciu misji, zachowania naszej integralności i stworzenia enklawy, w której osiągniemy balans ze światem i ze samym sobą. Nawet jeśli czasami jest nam źle, nawet gdy wydaje się nam, że bezsens triumfuje nad logiką i przejrzystością, trzeba powtarzać sobie jak mantrę: Przemierzając drogę nie idziesz bez celu/ nawet, gdy tak Ci się wydaje/ Trzeba iść, pozostawiając w pamięci innych/ wspomnienie… o górach, o lesie, o szlaku/ Potowarzyszyć duchem tym, którzy/ wędrują dalej/ Czuwać nad nimi… Poczucie sensu i przekonanie o wartości myślowego, filozoficznego i modlitewnego czuwania, a przy tym dbałość o formę przekazu – oto wyznaczniki tej ulotnej poezji, w której szlachetny smutek przemienia się w radość życia, a najprostsze formy i kształty natury mają wymiar transcendentalny.

Kolejne obrazy Franza Marca, ich żywiołowość i barwna ekspresja, znakomicie komponują się tutaj z nostalgią i liryką kolejnych zapisów. To jakby dwie strony tej samej wrażliwości, to próba stworzenia nowej całości. Ów przekaz jest ważny dla autorki, ale może stać się też istotny dla czytelnika, szukającego wsparcia i podążającego – tak jak twórczyni – przez rozwibrowany świat. Nikt nie osiąga stanu szczęścia i harmonii w jednej chwili, zawsze jest to proces, choć jego elementami mogą być właśnie najprostsze cząstki czasowe. Ważna jest też determinacja i chęć modyfikacji, ważne są podejmowane próby, ale najważniejsza jest potężna wiara: Wierzę, że masz dla mnie dobre wieści/ O pięknej przyjaźni, nawet miłości/ O sercu, które wysłucha mnie zawsze/ O ręce podanej w trudnej chwili właśnie/ by móc przejrzeć się w czyichś oczach kiedyś/ I w szczęściu chwil jeszcze przeżyć parę/ Wierzę/ że masz dla mnie tylko takie wiadomości…/ Panie Boże. To jest piękna manifestacja oddania i pokory, ale też wskazanie, że prawdziwe uczucia są najważniejsze, bo wszystko jest w rękach Stwórcy. Jeśli czytelnik wsłucha się w słowa Doroty Szumilas, jeśli pozwoli się jej prowadzić, znajdzie się w świecie żywych barw i krystalicznie czystych dźwięków, odkryje na nowo urodę świata i jego magiczny powab. Kontemplując kolejne „barwne eksplozje” Marca i konfrontując je z delikatnością i subtelnością tej liryki, zrozumie, że świat nie jest jednowymiarowy, ma różne zakresy lśnienia i pulsowania, a nade wszystko jest zmienny i wieloaspektowy. Podobnie z naszym losem, który potrafi być ciężki, może nieść doświadczenia raniące osobowość, ale też mającym niezwykłe właściwości – w jednej chwili potrafiącym odmienić wszystko. Autorka jest konsekwentna w swoim przekonaniu, a jej liryka jest świadectwem żywej egzystencji, nieustannego zachwytu i bólu, oczekiwania na metamorfozę i pokornego schylenia głowy. Zawsze wszakże jest to dotykanie tego, co pozostaje poza słowami i ponad wyobrażeniami, tego, co nas konstytuuje wewnętrznie i pozwala wierzyć, że jest głęboka logika w ciągu doświadczeń, a raz obrany kierunek, jest właściwy. Nikt nie może mieć pewności, że osiągnie założone cele, bo wielu już było takich, którzy mieli rozległe plany, a w jednej chwili tracili wszystko, błyskawicznie przenosili się w inny wymiar bytowania. Ale można podążać, z lekkim uśmiechem próbować i zawsze trzeba wierzyć – oto humanistyczne, jakże mądre i szlachetne przesłanie tej poezji, oto ekspresja chwili ukazana tak, że nie pozostawia wątpliwości, jakie jest prawdziwe źródło stworzenia…

__________

Dorota Szumilas, Z lekkim uśmiechem / Mit einen leichten Lächeln, Miniatura, Kraków 2011, s. 96.

Reklamy

* * *

Druga połowa lutego dwa tysiące jedenastego roku… Jak to wszystko szybko przeleciało, w jakim obłędnym tempie przesunął się wektor mojego życia… Ile było zdarzeń pięknych, olśniewających i sakralnych i ile chwil, które chciałbym wymazać z pamięci, zgubić i na zawsze o nich zapomnieć. Ale nasze istnienie ma właśnie taki nieobliczalny, zmienny kształt i trudno byłoby znaleźć człowieka, który nie popełnił żadnego błędu. Najwięcej pojawia się ich w młodości, gdy hormony i pierwotna energia wyprawiają z nami harce i lecimy bezwładnie, jak rzuceni w przepaść. Dopiero po jakimś czasie pojawia się refleksja, przychodzi opamiętanie, otwierają się nowe możliwości i szerokie przestrzenie. Najważniejszy jest ów moment zauważenia punktu zwrotnego, zadumy nad własnym losem – moment wyjścia na prostą. Kimkolwiek by nie był człowiek, zazna bólu i smutku, radości i ekstazy, czasem zdławi go depresja lub poczucie ostatecznego przegrania. Jeśli nie obudzi się w porę i nie zacznie porządkować chaosu, jeśli nie spojrzy na to co zrobił z perspektywy lat, śmierć zaskoczy go tak, jak wcześniej dopadały go mniejsze i większe dolegliwości. Znałem wielu ludzi, którzy myśleli, że są nietykalni, silni jak tytani, obwarowani w swoich papierowych twierdzach… Ale nagle miękły im nogi, padali na ulicy, albo zasypiali na zawsze w fotelach, przed telewizorem, ginęli w absurdalny sposób na kolejowych torach… Najczęściej zostawiali po sobie pobojowisko, ogromny niesmak, skłócone rodziny, skrzywdzonych najbliższych, rzesze ludzi, którzy demonstracyjnie odsunęli się od nich. Jakże trudne było dla nich wydostanie się z ludzkich uzależnień i małych nawyków, jakże bezsensownie zmarnowali swoje życie, zgubili najcenniejszy skarb, który dostaje się tylko raz… Patrzę za okno i widzę znowu śnieżną pokrywę, białą otulinę ciszy i czystości, maskującą brud, nieład i wstydliwe zakątki świata. Słucham muzyki Telemanna i myślę o sobie i o innych ludziach, z którymi przeżywam swój czas… Tak, nasze życia też trzeba okryć woalem świadomości wyższej, dostrzegającej zmiany i periodyczny charakter przekształceń, nieustannego dążenia i osiągania jakichś celów. Doskonałość to taki sam stan, jak chwilowość, jak zmienność i ostateczność, to punkt dojścia i miejsce, w którym zaczyna się mądry odwrót. Jakże mnie wzrusza to, że po wielu burzach i zawiejach, dotarłem do miejsca, w którym zaczęło się porządkowanie i odśnieżanie…

KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (IX)

Wszelkie teksty kulturowe od dawien dawna zachwycają wielu pisarzy i krytykę literacką. Prostota, pierwotne piękno i krystaliczna czystość języka, każą niejednemu, uznanemu już autorowi, sięgać po tego rodzaju przekazy. Tak czynił Herman Melville w cyklu „Typee”, tak konstruowało swoje teksty wielu autorów iberoamerykańskich, podobne inspiracje miało Jamesa Joyce’a Finnegan’s Wake czy Alchemik Paolo Coelho. Także naukowcy i teoretycy literatury zafascynowani opowieściami pierwotnych ludów zapisywali je i rekonstruowali z zachowanych fragmentów. W miarę gromadzenia materiału, powstawały także modele tego rodzaju legend, baśni i podań. Ursula K. Le Guin jest jedną z najbardziej interesujących pisarek amerykańskiej science fiction i fantasy. To właśnie jej słynne dzieło pt. Czarnoksiężnik z Archipelagu spolszczył, nie zatracając ani odrobiny z poezji oryginału, Stanisław Barańczak. Czytelnicy, pragnący czerpać z lektury przyjemność, ci którzy chcą w niej znaleźć okryte łuską przedpotopowe smoki, magów z czarodziejskimi laskami w rękach, błędne ogniki, powoływane na świat za sprawą jednego słowa i czające się wciąż na głównego bohatera zło, nie odłożą książki tej pisarki zawiedzeni.

Wyżej wymienione rekwizyty, zakorzenienie w micie i fantomatyka rodem z baśni, wskazują, że mamy tutaj do czynienia z formułą stylistyczną fantasy, jednego z wielu podgatunków SF. Mało tego, powiedzieć trzeba, że książka Le Guin obok Podróży do wielu odległych narodów świata Jonathana Swifta, Alicji w krainie czarów Lewisa Carrola i Władcy pierścieni J. R. R. Tolkiena, należy do sztandarowych dzieł tego gatunku. Rzadko się zdarza w utworach tego typu, żeby powieść łączyła w sobie, w sposób tak genialny, elementy dobrej czytelniczej zabawy z refleksjami natury ogólnej. Zwrócił na to uwagę w Posłowiu do Czarnoksiężnika z Archipelagu Stanisław Lem, wskazując iż:) jest to opowieść o naukach pobieranych przez młodzieńca z wymyślonej krainy, u fikcyjnych mędrców władających fantastycznym kunsztem czarnoksięskim. Zarazem jest to opowieść realistyczna – o kształtowaniu się osobowości, o dorastaniu wśród przeciwieństw, o tym jak zapalczywa lekkomyślność staje się dojrzałością. Jest to wreszcie figuralna przypowieść o tym, jak można dorosnąć do sprostowania własnej śmierci, nie popadając ani w nędzny strach, ani w głupią butę. Le Guin snuje swą narrację w sposób niezwykle sugestywny, jakby chciała „czarem” prozy dorównać magicznym praktykom jej bohaterów. Przez cały czas dostrzegalna jest także w jej dziele – wpisana między wątki – poezja niedopowiedzeń. Jak przystało na baśń, wszystko jednak kończy się w niej pomyślnie, a zwycięstwo głównego bohatera – Geda z Gont – przybiera w swej końcowej prostocie i oczywistości wymiar ogólnoludzki. Gdzieś głęboko, w wewnętrznych pokładach powieści, słychać dalekie, ledwie uchwytne, pogłosy sięgające pradawnych kultur.

Ciekawym eksperymentem jest – na przykład – lektura Czarnoksiężnika z Archipelagu,  wraz z przepiękną rozprawą Petera H. Bucka, pt. Wikingowie Pacyfiku. Znajdujemy w tej pracy jakby negatyw świata z powieści Le Guin. Mamy tu do czynienia z podobną rzeczywistością, już bez mgiełki magii, z cywilizacją wysp rozsianych na ogromnej, błękitnej wodoprzestrzeni Oceanu Spokojnego. Ta analogia nie jest tu przypadkowa i nie została podana w sposób dowolny, wszakże Ursula K. Le Guin jest córką słynnego antropologa amerykańskiego Kroebera i zapewne w jej domu rodzinnym nie brakowało książek, rycin i sprzętów będących w przyszłości pomocnymi w konstruowaniu świata przedstawionego Czarnoksiężnika z Archipelagu. Także matka była pisarką i interesowała się kulturowym aspektem literatury. Idąc dalej tym tropem, stwierdzimy, że główna postać powieści Le Guin posiada wszystkie – jak chce tego Eleazar Mieletinski – bohatera kulturowego. W postępowanie Geda z Gont wpisany jest stereotyp „działań”, które w końcowym rezultacie doprowadzą do zmierzenia się, oko w oko, ze śmiercią. Amerykańska pisarka zastosowała zatem w swej narracji pradawny, mitologiczny wzór. Czytelnik – sięgając po tę powieść – powinien użyć podobnego klucza i widzieć Geda jako odwieczny symbol tęsknoty za tym, by złamać podążające śladem człowieka – zło.  A w konsekwencji by osiągnąć nirwanę, dotknąć absolutu, osiągnąć stan filozoficznej równowagi – połączyć się z najdrobniejszą cząstką natury i w ten sposób zwalczyć w sobie śmierć. Książka Ursuli K. Le Guin, obok dzieł takich autorów jak Philip K. Dick, Isaac Asimov i chociażby Anglik James Graham Ballard, pozwala wierzyć że science fiction nie jest – jak sądzą niektórzy krytycy – tylko przyczynkiem do współczesnej literatury, powielaniem starych wzorów i próbą komercjalizacji  sztuki pisarskiej. Powiedzmy więcej, utwór Le Guin, wprowadzając oddech i ład do szamotaniny literackiej XX wieku, urasta w jej perspektywie do miana krystalicznie pięknej baśni naszych czasów.

____________

Ursula K. Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu, przeł. Stanisław Barańczak, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996, s. 206.

KLAROWNY DZIEŃ

Zdarzył się dzień… Klarowny dzień, który zachwycił mnie i oszołomił… Poszedłem około piętnastej nad Wisłę, poobserwować pierwsze oznaki wiosny, chwilę przebudzenia się natury. Choć to środek lutego, to kilka dni ciepłych mogło ożywić drzewa i krzewy, zmiękczyć ziemię, dać znak owadom, ptakom i większym zwierzętom. Wyszedłem z domu i poczułem przejmujące zimno, a zarazem niezwykłą czystość powietrza, klarowność barw w dali i jasność dnia. Słońce było coraz niżej nad horyzontem i zaczął się już odwieczny spektakl, rozmycia czerwieni, żółcienia, błękitu, złota i eksplozji innych subtelnych tonów. Drzewa były wyraziście oświetlone, a na gałązkach spostrzegłem pierwsze pączki i bazie – gdzieś daleko, nad ogromną rzeką siedziały stada gawronów i wron, skupiska kawek i pojedynczych srok. Oddychałem głęboko i chodziłem leśnymi ścieżkami, przystawałem i fotografowałem naturę, raz po raz widząc jakieś piękne elementy, radując się zjawiskowymi, dalekimi planami. Wracając, czułem się pokrzepiony i wzmocniony, przekonany o wyjątkowości naszego miejsca w przyrodzie i tego, co nazywamy życiem.


OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (3)

Szedłem miarowym krokiem, a czasami podbiegałem, bo chciałem być jak najszybciej w domu, położyć się do łóżka i zasnąć. Przed oczyma wciąż miałem sceny, który rozegrały się ostatniej nocy – stale czułem zapach włosów i skóry Janis, smak jej ust i miękkość piersi. Nie wiem dlaczego ją tak nazywano, bo przecież była piękna, wręcz zjawiskowa, a amerykańska piosenkarka raczej nie grzeszyła urodą. Może tylko ta burza gęstych włosów, może to zapatrzenie w niebiańskie dale i śmiech ten sam… Prawdziwa Janis urodziła się 19 stycznia 1943 roku w teksańskim miasteczku port Arthur, gdzie początkowo niczym się nie wyróżniała, no chyba, że dość pokaźnym nosem i niezbyt zgrabną sylwetką, z wieloma rozstępami. Szybko trafiła na scenę, gdzie śpiewała rocka, soula i blusa, a popularność zdobyła jako wokalistka zespołu Big Brother & the Holding Company. Zamartwiała się z powodu mankamentów swojej urody i nieudanych związków, najczęściej z muzykami i kolegami z tras koncertowych. Może z tego powodu sięgać zaczęła po mocny alkohol i twarde narkotyki, a może obudziła się w niej trudna do wyrażenia tęsknota, jakieś czułe, niezaspakajane pragnienie? Choć śpiewała zaledwie kilka lat, pozostawiła po sobie sporo przebojów, spośród których najbardziej lubiłem interpretację Summertime George’a Gershwina, improwizację Krisa Kristoffersona Me And Bobby Mc Gee i śpiewaną a capella zabawną balladkę Mercedes Benz. Była amerykańską dziewczyną z prowincji, dla której sen o sławie ziścił się, a potem przemienił się w ciąg narkotycznych wizji. Należała do kultury hipisowskiej, występowała na kultowych zlotach, takich jak Monterey Pop Festival i Woodstock, gdzie wyglądała na scenach jak egzotyczny, kolorowy ptak. Do natapirowanych włosów przyczepiała jaskrawe wstążki i amarantowe puchy, nosiła kolorowe bluzki i dżinsy, a tylko do studia nagraniowego przychodziła skromnie ubrana. Po jej śmierci zaczęła się krzewić legenda dziewczyny niepokornej, wyzwolonej, pyskatej i przeklinającej, idącej zawsze na całość. Tylko nieliczni widzieli w niej małą, zagubioną dziewczynkę, która szukała ciepła i chciała stworzyć sobie jakiś prawdziwy azyl.

Jeszcze w rodzinnym miasteczku zapragnęła być kimś, chciała pokazać wszystkim jaką ma piękną duszę. Gdy rówieśnicy śmiali się z jej ciała i porównywali ją do czarownicy, odpowiadała na to lekturą, malowaniem obrazów i rysowaniem, a potem wyrażała siebie swoim fantastycznym wokalem, dającym się porównać, w najwyższych partiach jej songów, tylko z siłą głosu Roberta Planta. Gdy wszyscy wokół naigrywali się z czarnych mieszkańców Ameryki, ona z grupą wyrzutków jeździła na peryferia miasteczek i słuchała afroamerykańskiego bluesa. To muzyka Bessie Smith i Huddiego Williama Ledbettera (Leadbelly’ego) zainspirowały ją do podjęcia kariery wokalistki. Już po pierwszych występach stała się postacią medialną, udzielała wielu wywiadów, szokowała swoim zachowaniem na scenach, a nade wszystko swobodnymi wypowiedziami, w których słówko fack padało nader często. Zaczęła studia na uniwersytecie stanowym w Austin, ale ich nie ukończyła, wolała śpiewać, tańczyć i prowadzić życie hipisowskie, szaleć na imprezach, jeździć porsche pomalowanym w motywy psychodeliczne, wlewać w siebie whisky i ćpać twardą herę. I to ją w końcu zabiło 4 października 1970 roku, gdy w trakcie nagrywania albumu pt. Pearl, wstrzyknęła do krwi ogromną dawkę prawie czystej heroiny. Kolega z obsługi jej tras koncertowych znalazł ją w pokoju hotelowym, leżącą sztywno pomiędzy łóżkiem a fotelem. Widać było, że był to złoty strzał i serce nie mogło go wytrzymać – tak odeszła wraz z innymi ośmiu narkomanami, którzy tego dnia przekręcili się w Hollywood. To było pożegnanie z życiem i zarazem inicjacja płomiennego mitu, który przybrał z czasem kształt szaleństwa, ślepego uwielbienia i kazał wielu dziewczętom, na całym świecie, naśladować ją w sposobie zachowania i ubiorze. Jej martwe ciało zabrano z hotelu Landmark, zawieziono do krematorium, a po dokonanej kosmizacji, po rozłączeniu cząstek, które ją współtworzyły, prochy wsypano na zawsze do Oceanu Spokojnego.

Janis, którą poznałem i z którą się kochałem ostatniej nocy, dziewczyna mojego przyjaciela i samobójcy Morrisona, czasem ubierała się jak ona i podobnie tapirowała włosy, słuchała pieśni z płyty Pearl z 1971 roku, ale była zupełnie innym typem człowieka, zgrabna i filigranowa, subtelna i zachwycająca jako istota ludzka. Zmarła piosenkarka też potrafiła czarować, ale robiła to w inny sposób, przede wszystkim za sprawą ekspresji i drżącego, może czasem trochę skrzeczącego, ale jakże pięknego głosu. Wracając do domu, myślałem o jednej i drugiej kobiecie, ale też w moich wyobrażeniach pojawiała się Marianne – miłość, którą właśnie zdradziłem i czułem się z tym strasznie źle. Zobaczyłem ją po raz pierwszy na hallu w liceum. Była piękna i delikatna, ciemne włosy nosiła upięte w gęsty kok, z którego zwisały na policzki osobne kosmyki. Miała zielone oczy i szerokie usta, lekko zaokrąglony nos i gęste czarne brwi. Jej buzia kojarzyła się z twarzą Brigitte Bardot, innej mojej wielkiej młodzieńczej fascynacji. Była krucha, a przy tym miała niezwykle kształtne, duże piersi, zgrabne nogi, delikatne pośladki. Patrzyłem na nią z rosnącym zachwytem i każdego dnia dostrzegałem w niej coraz więcej uroku. Dmuchała w grzywkę i odgarniała ją na bok, czerwieniła się przy lada okazji, stawała przy parapecie szkolnym, krzyżując zawadiacko nogi i przechylając się do tyłu. I patrzyła na mnie spod zwieszonych włosów tak samo jak rano zrobiła to Janis… Kiedyś widząc, że podczas przerwy poszła w stronę osiedla, ruszyłem za nią, a gdy wracała, uśmiechnęła się do mnie z taką czułością, że krew jak oszalała zaczęła krążyć mi w żyłach. Ale minęliśmy się bez słowa i trzeba było jeszcze kilku tygodni zanim przemogłem strach i umówiłem się z nią. A teraz byłem zdrajcą… a teraz ją zdradziłem, zdruzgotałem jej i moją niewinność… Moje serce biło tak szybko, że niemal słyszałem jego szept. I znowu myślami byłem przy niej… Siedząc na poręczy ławki patrzyłem z niepokojem na miejsce, gdzie powinna się pojawić już dziesięć minut temu. Wreszcie ją zobaczyłem i skoczyłem na równe nogi. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się od jej siostry, Reny że pragnęła mnie poznać. Mówiła do niej, że mam taką smutną twarz, że lubi moje zamyślenie. Biedna, nie wiedziała, że ten smutek tkwił głęboko w mojej duszy i był zapowiedzią bólu nie do wytrzymania, cierpienia nie do opisania. Lubiłem gdy patrzyła mi w oczy  i uśmiechała się. Była taka niewinna, taka delikatna i piękna i gdy obcowałem z nią, zdawało mi się, że spotkało mnie coś, na co nie zasłużyłem. Zaproponowałem, żebyśmy pojechali tramwajem do wielkiego lasu, za miastem. Zgodziła się i zaczęła coś, dzisiaj już nie pamiętam co, opowiadać. Początkowo nie mogłem zrozumieć co do mnie mówi, bo stremowana tak jak ja, nie przykładała wagi do artykulacji głosek i często spuszczała wzrok. Zaczynała mówić wyraźnie, a potem jakby kończyła zdanie w sobie, bez oddechu. Szybko jednak przyzwyczaiłem się do jej głosu i zaczęliśmy opowiadać sobie swoje dzieje, koleje losów rodzin, najbliższych, historie ważnych dla nas miejsc. Tramwaj przejechał prawie całe miasto, a gdy dotarliśmy na miejsce mówiliśmy już do siebie po imieniu i znaliśmy się na tyle by odważnie złapać się za ręce. Ach ile bym dzisiaj oddał za tamto ciepło, za tamten dotyk i tamte iskry przeskakujące niedostrzegalnie między nami.

PARADOKS SZCZĘŚCIA

Izabela Zubko (ur. 1974) ma w swoim dorobku sześć książek poetyckich, a jej liryka stała się też kanwą licznych spotkań autorskich i prezentacji na scenie. W roku 1993 zadebiutowała tomem Gołębie, a potem kolejno pojawiały się zbiory: Stratus (1995), Niebieski domek (1996), Życie w galopie (2004), Nocą budzi się sen (2004, wydanie ukraińskie 2009) i Łącząc brzegi przepaści (2010). Do jej wierszy muzykę napisał Aleksander Chodakowski, a jako piosenki wykonywała je Natalia Miżygórska. Ważną rolę w kształtowaniu się tej sztuki słowa odegrał Zbigniew Jerzyna, który napisał wstęp do omawianego tutaj tomu. Wskazywał w nim, że w tych wierszach mówi się o najważniejszej sprawie człowieka, o miłości. O potrzebie, o jej niezbędności w życiu drugiej osoby. (…) jednym z największych dążeń człowieka jest potrzeba szczęścia. Na pewno nie jakiejś wielkiej szczęśliwości, ale choćby chwili szczęścia, cząstki, drobiny. Ale istnieje coś takiego jak paradoks szczęścia i prawie zawsze „podkowy są nie do pary”. Ale w wykładni myślowej tych wierszy nie ma „złożenia broni”. Poetka ma świadomość, że w poszukiwaniu sensu, autentyczności i prawdy nie ma odpoczynku. Toczy się tu nieustanna walka o  p r a w d z i w e   ż y c i e,  to znaczy o miłość nieskłamaną, o wagę słów i jakąś podstawową ludzka solidarność. Jerzyna – jako niezwykle wrażliwy poeta i krytyk – wydobył z tej liryki jej zasadę konstrukcyjną, która nakazuje ważyć określenia i tak dopasowywać sensy, by wykład był jasny, konkretnie przypisany do ludzi, miejsc i zdarzeń, a przy tym nie tracący niczego z magii prawdziwej liryki. W naszym życiu stale mamy do czynienia z owym paradoksem szczęścia, które trudne jest do uchwycenia i do zatrzymania, ledwie dostrzeżone, ledwie zapisane w ciągu zdarzeń, już umyka, ginie pośród artefaktów egzystencji, oddala się w zastraszającym tempie. Ale wtedy potrzebna jest siła charakteru i ducha, by znaleźć nowe doznania, inne sytuacje i cieszyć się nimi w ciągu nieustających przemian. Bliskość drugiej osoby, narodziny dzieci, pisanie wierszy i wydawanie książek, a nade wszystko otwarcie na świat, mogą łagodzić ból zanikania szczęścia.

Wyższy poziom pisania wierszy zaczyna się w momencie, gdy poeta zauważa ową – wskazaną wyżej – paradoksalność świata. Wtedy Nocą budzi się sen, czyli desygnaty znaczeniowe tracą swoje przypisanie semantyczne i zaczynają swobodnie wirować w twórczej świadomości – łączą się w nowe ciągi i powstają wtedy olśniewające metafory istnienia. Już poeci romantyczni czuli się wyobcowani, niepotrzebni, a w chwilach największego odczuwania bólu, wskazywali, że świat i ludzie są dziwni, zranieni, nieprzystosowani do walki z upływem czasu, chorobami i złem. Potem, w pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego wieku, francuski fenomenolog i krytyk Gaston Bachelard, badając dzieła romantyków, odwracał zasadę, która obowiązywała w interpretowaniu literatury. Twierdził, że to nie autor wybiera temat, ale jest odwrotnie – to temat wybiera autora, czyli wskazywał, że w naszym świecie nic nie jest utrwalone, niczego nie można ustalić ze stuprocentową pewnością, a jedynie zmienność i ruch są rzeczywiste. Nie jesteśmy w stanie uchwycić teraźniejszości, bo jest ona ułamkiem sekundy pomiędzy przeszłością, a przyszłością, mgnieniem powiek i refleksem świetlnym pośród mroku. Ratunkiem staje się dostrzeganie paradoksalności naszego życia i nawet tak wytęsknionych i pożądanych stanów, jak szczęście. Zaśnięcie człowieka, pogrążenie się w marzeniach onirycznych, powoduje, że budzi się w nim sen, rodzi się nowa jakość egzystencji. Zwykle podchodzimy do tego w naturalny ludzki sposób, kładziemy głowę na poduszce i zasypiamy, a po przebudzeniu mamy wyrazistą lub zamazana wizję tego, co nam się śniło. Można by w tym momencie odwrócić sytuacje i powiedzieć, że o poranku zasypia jawa, bo przecież uczestnictwo w życiu też jest rodzajem marzenia i swobodnego doboru zdarzeń. Ważne jest jednak dostrzeganie owej paradoksalności i zmienności zakresów naszego bytowania, które tyleż przypisane jest dniom, co nocom, tyleż rozgrywa się w rzeczywistości, co pośród obrazów sennych. W takim rozumieniu sen czuwa, by nie wkradł się dzień, a stan czuwania jest oddalaniem sytuacji onirycznych i swobodnie zmieniających się obrazów. Istnienie realne (choć sen też nim jest) to ukierunkowanie doznań i próba ustalenia proporcji, to nieustanna weryfikacja jawy, by niepostrzeżenie nie przerodziła się ona w fatamorganę.

Poezja Zubko jest też niezwykłym odwzorowaniem urody świata i ukazywaniem go w jasnych barwach, w elementarnym kształcie, w chwili odsłaniania się tajemnic najprostszych i najoczywistszych. A przy tym autorka nie przestaje postrzegać życia w kategoriach kosmicznych: Pomiędzy chmurami a niebem/ zawisłam w nadziei/ podałam rękę gorącej gwieździe/ by wspólnie przetrwać/ by poczuć dar miłości. Istniejemy w walce i ciągłym poszukiwaniu enklaw, w których będziemy mogli odgrodzić się od naporu żywiołów. Jesteśmy sobą w licznych odsłonach, w momentach ekstazy i bólu, poświęcenia i radości, ale też trwamy w naszych wyobrażeniach i pragnieniach, a kontekstem dla nich zawsze jest ogrom wszechświata, złożone struktury planetarne i astralne, dale niewyobrażalne i siły nie do opisania. Poezja może być jednym z azylów i może dawać poczucie pełni, zamknięcia kolejnych etapów w wyraziście odwzorowanej strukturze semantycznej, ale też może rodzić lęk o przyszłość, o dalszy ciąg miłości i przyjaźni, o prawdę egzystencji i nowe dobre zawirowania. Trudno nam cokolwiek utrwalić, bo przecież w lustrzanym odbiciu/ samego siebie/ rozpływają się kształty prawdy/ do bólu przekraczają granicę krzyku/ potem gasną i milkną/ w poklasku kłamstwa. Czytelnik tych wierszy od razu zauważy, że mamy w nich do czynienia z refleksją filozoficzną, z poszukiwaniem pojemnych formuł epistemologicznych i ontologicznych, a nade wszystko z pragnieniem dotarcia do   i s t o t y  rzeczy tego świata. To jest zarazem ludzka próba pełni, osiągnięcia stanu ekstazy, dostrzeżenia Boga w fenomenach świata i cudach natury. To szukanie miłości prawdziwej i najpiękniej rozkwitającej w związku dwóch rozumiejących się ludzi – miłości będącej punktem dojścia i miejscem, gdzie wszystko się zaczyna. Tam liczy się tylko prostota i uczciwość, tam nie ma gier ani udawania: wiem że nie powinnam/ lecz kocham Cię/ tak było wczoraj/tak jest dzisiaj/ tak do jutra pozostanie/ wiem że nie jesteś dla mnie/ ja nie dla Ciebie się urodziłam/ lecz byłeś/ jesteś/ i będziesz. Miłość, tak jak wszystko w świecie wykreowanym i konstruowanym przez poetkę, bywa paradoksalna i szuka rozwiązań ostatecznych, nie idzie na żadne kompromisy, buduje azyl, w którym jest miejsce na uśmiech córeczek i na ich rysunki, na proste rymy i na piosenki, a nade wszystko na kolory codziennego szczęścia…

__________

Izabela Zubko, Nocą budzi się sen, Wyd. Rafał Jarnicki, Warszawa 2004, s. 96.

WYPADEK ROBERTA KUBICY

Nie lubię takich chwil… Fatalne wiadomości dotarły do mnie rano z Włoch, gdzie Robert Kubica startował w rajdzie Ronde di Andora. Jadąc niewielką Skodą Fabią, miał poważny wypadek i znalazł się w szpitalu. Metalowa barierka przebiła auto i wtargnęła do kabiny, dotkliwie raniąc polskiego mistrza Formuły Jeden. Tak się cieszyłem, że zbliża się inauguracja nowego sezonu i praktycznie liczyłem już dni do pierwszego wyścigu… Niestety życie jest nieprzewidywalne i nie wiadomo, co jest w nim nam pisane – tak wspaniale rozwijająca się kariera zostanie teraz zatrzymana i nie wiadomo, czy ten zdolny młodzieniec kiedykolwiek wróci na tory. Znając jego ambicję, mogę przypuszczać, że będzie robił wszystko by odzyskać dawną sprawność, ale czy będzie to możliwe? Właśnie trwa operacja, która skończy się pod wieczór i dopiero wtedy lekarze wydadzą komunikat – miejmy nadzieję, że pierwsze, alarmistyczne wiadomości, nie potwierdzą się i Robert raz jeszcze się wyliże. Sporty motorowe są bardzo niebezpieczne, a ryzyko sięga często zenitu, powodując, że pokonywanie trasy z ogromną szybkością, staje się balansowaniem na granicy życia i śmierci. Rozumiem pasję tego utytułowanego kierowcy, ale wraz z wieloma kibicami F1, pytam o granice odpowiedzialności. Wolę jedno nieprzeciętnego Kubicę w najszybszych wyścigach na torach od kilku średnich kierowców rajdowych. Nie znam niestety wszystkich faktów, nie wiem czy nie był to jeden z elementów gry biznesowej, bo przecież Robert jechał na oponach Pirelli, czyli tej samej firmy, która dostarcza w tym roku ogumienie w całym cyklu Grand Prix. Nie lubię takich smutnych wiadomości, choć potwierdzają one ulotność tego, co budujemy na ruchomych piaskach życia…

*

Pamiętajmy też o historii Felipe Massy, który w Budapeszcie został trafiony fragmentem bolidu w głowę… Nie dawano mu szans na powrót do F1, a jednak osiągnął to i ściga się dalej.  Długość operacji chirurgicznej jest zatrważająca, ale miejmy nadzieję, że Robert wyjdzie z tej kraksy wzmocniony i zmotywowany przede wszystkim do walki na torach.

CHINY (XVI)

Podążamy z przyjaciółmi do teatru tradycyjnych sztuk chińskich, który nazywają po europejsku operą i z tego powodu mam mylne wyobrażenie tego, co tam zobaczę. Podczas zbiórki w hallu hotelowym, czeka na mnie wielka niespodzianka, gdyż okazuje się, że jest z nami wspaniały poeta syryjski Adonis, o którym wiele słyszałem i czytałem sporo jego wierszy. To drobnej budowy mężczyzna z długimi siwymi włosami, prawie osiemdziesięcioletni, ale wyglądający jak sześćdziesięciolatek, co ponoć zawdzięcza długowieczności jego rodziny. Od wielu lat kandyduje do nagrody Nobla, ale sytuacja geopolityczna nie pozwala mu jej otrzymać – jest wszakże reprezentantem świata arabskiego, tak ostatnio negatywnie odbieranego przez opinię publiczną. Przyczyniły się do tego zamachy terrorystyczne i działalność takich ludzi jak Bin Laden, Saddam Husajn czy przywódca Iranu – Mahmud Ahmadineżad. Już w samochodzie udaje mi się zamienić kilka słów z tym niezwykłym człowiekiem, a do kolacji sadzają mnie tuż przy nim i mam możliwość poprowadzenia dłuższej rozmowy, chociaż jest to nieco utrudnione, bo Adonis, mieszkający od wielu lat we Francji, nie za dobrze mówi po angielsku. Żałuje teraz, że kiedyś zarzuciłem naukę języka francuskiego, ale musiałem to zrobić, bo moim akcentem i sposobem artykulacji słów rozbawiałem nauczycielkę. Te kłopoty z angielszczyzną, a pewnie też i cechy charakteru, powodują, że poeta jest sentencjonalny, odpowiada mi jak mędrzec, jak filozof i błyskotliwy myśliciel. Na moje pytanie, których poetów najbardziej ceni, twierdzi, że nie wybiera ich, a raczej szuka pięknych wierszy. Po czym mówi też, ze znalazł ich wiele u polskiego poety Zbigniewa Herberta, ale wyraźnie jest zniecierpliwiony, gdy pada nazwisko Szymborskiej, której poezję określa jako popularną, bez głębszego przesłania filozoficznego. Zerkamy na pobliską scenę, gdzie przepiękne chińskie tancerki i dobrze zbudowani tancerze, w rytm orientalnej muzyki, prezentują złożone układy choreograficzne. Wszystko jest niezwykle dynamiczne i zrytmizowane, a gra świateł i dźwięki èrhú powodują, że czuję się jakbym był w magicznej kuli. Jesteśmy w wydzielonej przestrzeni, których jest zaledwie kilka przy scenie, ale niebawem przekonamy się, że nad nami jest wielka sala widowiskowa, do której przejdziemy po kolacji. Ciągle przyglądam się Adonisowi, w którego gestach, ruchach, sposobie jedzenia i prowadzenia rozmowy, jest wiele godności i filozoficznego spokoju. Pytam czy pisał coś w pekińskim hotelu i potwierdza, że ma bardzo dobre warunki do pracy i wieczorami zasiada nad czystymi kartkami papieru. Mówię mu, że już dawno powinien otrzymać najwyższe wyróżnienie pisarskie, bo czas ucieka nieubłaganie, ale on uśmiecha się i mówi, że może jeszcze poczekać, bo jego matka zmarła grubo po dziewięćdziesiątce i cała rodzina jest długowieczna.

Występ na dolnej scenie dobiega końca i kończy się też kolacja, na której mieliśmy znowu do wyboru wiele wspaniałych dań, a ja jadłem przede wszystkim warzywa i ryby, trochę mieszanek fasoli z orzechami i popijałem znakomitym czerwonym winem. Była też i sake, ale pamiętałem jakie ma piorunujące działanie i wypiłem tylko jedna miseczkę, by podziękować w ten sposób za poczęstunek. Wstaliśmy od okrągłego stołu i przenieśliśmy się na górę, gdzie posadzono nas w grupkach, przy mniejszych ławach. Kelnerzy, w ozdobnych, czerwonych strojach, nabijanych cekinami, chodzili od stolika do stolika i stale uzupełniali zieloną herbatę w filiżankach, a na scenie zaczął się bajeczny pokaz. Światła zostały tak ustawione, że znowu miałem wrażenie, iż jestem w jakiejś tajemniczej przestrzeni, w której raz po raz pojawiają się magowie i atleci, cudownej urody tancerki i iluzjoniści. Najpierw zaprezentował się grubawy ekwilibrysta, który dokonywał cudów z wielką, porcelanową konchą, podrzucał ją dziesiątki razy do góry, chwytał w locie, umieszczał na głowie i zmieniał pozycje ciała, czasem w tak nieprawdopodobny sposób, że zdawało się to niemożliwe. Potem były tańce z niebezpiecznymi, ostrymi mieczami i bagnetami, liczne układy choreograficzne i pieśni, a co jakiś czas pojawiali się dwaj główni konferansjerzy, którzy rozbawiali chińską publiczność do łez. Reagowano żywiołowo, pokrzykując i skandując jakieś hasła, a salwy śmiechu mieszały się z falami, głośno wyrażanego zachwytu. Najlepsze było jednak na końcu, gdy na scenie pojawiła się grupka artystów w tradycyjnych maskach chińskich, inscenizująca jakieś dobrze znane legendy i opowieści. Biegali i tańczyli, a co jakiś czas na ich twarzach pojawiała się nowa maska, która zmieniała się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Publiczność krzyczała wtedy z zachwytu, co da się porównać z europejskimi wybuchami radości na stadionach piłkarskich, gdy jakaś drużyna strzeli gola. Nie wiem w jaki sposób działały maski, ale efekt był doprawdy zdumiewający, w ułamku sekundy, z groźnie wyglądającego demona, twarze zmieniały się w stylizacje pięknych księżniczek, cesarzy chińskich albo postaci z mitologii. Wstałem od stolika i podszedłem bliżej sceny, mając nadzieję, że zauważę jak działają te kolorowe okrycia twarzy, ale stojąc nawet kilka metrów od sceny, w grupce innych ciekawskich, nie byłem w stanie uchwycić momentów przeistoczeń – dokonywały się one w ułamku sekundy, co porównać można tylko z nagłą zmianą scenerii w filmie.

Spektakl dobiegł końca i nasza grupa wyszła na ulicę, pięknie oświetloną czerwonymi i złotymi lampionami, udekorowaną postaciami smoków i mitycznych zwierząt. Stanąłem przy jednej z barwnych, ozdobnych bram i patrzyłem na rzeczywistość wokół mnie – moje serce biło miarowo, umysł miałem jasny, świetlisty i natychmiast pojawiło się wielkie wzruszenie. Kilka razy zdarzało się to już w moim życiu, gdy docierałem do miejsc magicznych i kontemplowałem tajemnicę moich dróg – chłopaka z niewielkiego polskiego miasta, tak często doświadczanego i krzywdzonego, ale też trzymającego się dzielnie i co jakiś czas pojawiającego się w takich przestrzeniach, jak ta, gdzie właśnie byłem. Rzeczywistość chińskiej metropolii, gra świateł na ulicy rozrywek, obecność Adonisa, Topola, Laszlo Krasznohorkaja i pisarzy chińskich, wszystko razem układało się w piękną opowieść o moim losie. Nikt tego nie widział, ale w tym momencie łzy szkliły się między moimi powiekami i nie mogłem ruszyć się z miejsca, stałem jak zaczarowany i rozmyślałem o uroku tej chwili. Podbiegła do mnie Zhao i pociągnęła mnie do samochodu, bo było już bardzo późno i musieliśmy wracać do hotelu, by wypocząć przed wydarzeniami następnego dnia. Jeszcze w samochodzie, słuchając rozmów i patrząc za okno, byłem w stanie oszołomienia i zachwytu. Ale już żegnamy się wszyscy przy drzwiach hotelowych i każdy z osobna wracamy do swoich pokoi, gdzie wszystko jest odświeżone, po raz kolejny posprzątane i wygładzone. Biorę prysznic, a potem, po wytarciu ciała i wysuszeniu włosów, na jakiś czas kładę się do łóżka i rozmyślam o tym, co zobaczyłem. Biorę ze stolika niewielką butelkę czerwonego wina, nalewam je do dużego kielicha i piję powoli ze smakiem. Subtelne ciepło zaczyna rozlewać się po moim ciele, myślę o spokoju i szlachetnym obliczu Adonisa, o dobroci chińskich przyjaciół, a potem wstaję, podchodzę do okna i długo patrzę na nocny Pekin. Widzę sznury samochodów i konstelacje dalekich świateł, wiele jasno oświetlonych wieżowców i mniejszych budynków i wszędzie mrowie ludzi, przemykających chodnikami, przebiegających ulice i węższe arterie. Nie opuszcza mnie magiczne podniecenie i poczucie niezwykłości miejsca i zdarzeń, siadam więc do gustownego biurka i na firmowych kartkach hotelowych, piszę wiersz za wierszem. W przerwach przygotowuję sobie filiżankę zielonej herbaty, którą piję raz po raz, delektując się jej ciepłem, niezwykłym aromatem i smakiem, jakże różnym od tego, do jakiego przyzwyczaiłem się w Europie. Pracuję dwie, trzy godziny, czytam książkę Francuza Le Clézio, o którym Adonis też nie ma za dobrego zdania i nie czuję zmęczenia, bo w Polsce jest dopiero wczesny wieczór, a ja nie przestawiłem się jeszcze witalnie i ciągle tkwię w innej strefie czasowej. W końcu, nad ranem czasu chińskiego, zasypiam i sen bierze mnie w swoje objęcia, jak się niebawem okaże będzie to jeden z najbardziej wyrazistych i zagadkowych stanów onirycznych w moim życiu…

 

Z ADONISEM W CHINACH

Adonis - Pekin 2009

Powiedział że nie wybiera poetów – szuka
pięknych wierszy

był między nami jak smuga
światła

jak błękitny cień
odwiecznej

tęsknoty

był między nami
a z nim była

drżąca i
odległa

smutna i
głęboka

poezja

Pekin 2009

STO WIERSZY POLSKICH (XX)

Wisława Szymborska, Rozmowa z kamieniem. Świadomość jest dla Szymborskiej paradoksalna, nieustannie otwierająca się na świat, a zarazem stale odbierająca impulsy wskazujące na to, że rzeczywistość składa się z hermetycznie zamkniętych przestrzeni. Każda próba wejścia do takiej matni skazana jest na śmieszność, kpinę, a ostatecznie na niepowodzenie. Świadomość próbuje przeniknąć hermetyczność, próbuje przedostać się do wnętrza substancji, ale nie może pokonać elementów składowych świata, ustalonych w pierwotnym akcie kosmogonicznym. Kamień jest kamieniem i kamienna jest jego wewnętrzność, a przy tym nigdy nie przestaje kusić tajemnicą swojego wnętrza. Nigdy nie odsłania przed wzrokiem i przed świadomością tego, co jest w nim, w środku, w jego jestestwie materialnym. Podmiot wiersza tworzy z kamienia rodzaj owianego tajemnicą domu, do którego nie można się dostać. Choć są drzwi, do których można zapukać, choć jest jakieś wnętrze i zewnętrze, to jednak kamień stawia opór i generuje skargę tego, który pragnie do niego wniknąć i rozejrzeć się w nim dookoła, nabrać go jak tchu. Coś co jest szczelne, co ma określoną twardość i gęstość cząsteczkową staje się dla Szymborskiej paradoksalnie czymś tak lekkim i rozszerzalnym, tak rzadkim i poddającym się kondensacji jak powietrze. Ta świadomość igra z ziemskimi wymiarami i proporcjami, odwraca znaczenia i uruchamia cykle nakładających się na siebie metamorfoz semantycznych. Wejście jest rodzajem inicjacji lirycznej, podczas której paradoksalność świata i drążącej go świadomości urasta do rangi absurdu istnienia.

Kamień personifikowany i oprawiony w kształt symboliczny podejmuje dialog i zarazem uświadamia podmiotowi, że wymiana myśli i zamiana predykatów znaczeniowych nie ma sensu, nie może mieć miejsca z powodu szczelności substancji wypełniającej jego wnętrze. To jest hermetyczność nie do sforsowania i żadne przyłożenie siły nie rozwiąże tego problemu. Bryła skruszona albo rozerwana natychmiast rozpada się na wiele mniejszych, jednorodnych substancjalnie i doskonale zamkniętych przestrzeni. Podziały mogą tutaj iść w nieskończoność i nawet ziarna piasku nie przestaną być kamienne i nie przestaną chronić tajemnicy ich wnętrza. Pukanie do drzwi kamienia ma cel poznawczy zostało zainicjowane przez ciekawość, ową cechę, która leży u podłoża wszelkich odkryć, wszelkich modyfikacji, wszelkich skoków świadomości w dal, do przodu. Ale żeby do tego doszło musza spotkać się życie, odkrywczy intelekt i martwota skały, niewzruszona twardość substancji szczelnie wypełniającej jego wnętrze. Poprzez tajemnicę zamknięcia staje on magiczną przestrzenią, w której może się zmieścić pałac z wieloma salami, a zarazem coś tak skończonego jak atom krzemu, żelaza czy tlenu. To jest jedna z tych przestrzeni zamkniętych dla świadomości i nieskończenie otwartych dla wyobraźni – podobne światy dostrzega podmiot w liściu i w kropli wody, a szerzej w całej widzialnej rzeczywistości. To jest zarazem spotkanie tego co ulotne i śmiertelne, z tym co trwa przez wieki, tysiące i miliardy lat. Spotkanie chwili i wieczności, które – jak sugeruje podmiot – powinno wzruszyć nawet coś tak twardego jak kamień, co powinno ożywić coś tak martwego jak jego materię. On jednak nie podlega takim prawom jak ludzka myśl, on istnieje w innych rewirach i znakomicie obchodzi się bez tego, co ludzkość określa intelektem. Nawet jeśliby coś w nim myślało albo coś poprzez niego chciało coś wyrazić, to zawsze byłby to świat poza światem ludzkim. Chcąc to wyrazić musi w imaginowanym dialogu z podmiotem używać niedoskonałych określeń anatomicznych, mówi więc, że musi z konieczności zachować powagę, a także, że nie ma mięśni śmiechu. Raz jeszcze paradoks wkracza do tej interakcji i raz jeszcze ukazuje obcość świata ożywionego i materii kosmicznej. Dla człowieka przemiany o charakterze teratomorficznym są taką samą abstrakcją jak dla kamienia ruch płynów fizjologicznych w żyłach i szaleńczy pęd impulsów elektrycznych w gmatwaninie neurytów i dendrytów.

Podmiot wiersza stara się podtrzymać tę nierealną rozmowę i przenosi dociekania w przestrzenie nadrealne. Mówi o tym, że w kamieniu są wielkie puste sale,/ nie oglądane, piękne nadaremnie,/ głuche, bez echa czyichkolwiek kroków. To jest metafora, ale też i niezwykła hiperbola – rzeczywiście w każdej przestrzeni wskazać można głębie niewyobrażalne, podążające w głąb cząsteczki, atomu, kwarka, dające się wyodrębnić pośród struktury. Wpisane w model wszechświata są zarazem modelem dla tej konkretności, dla tej hermetyki i otwierają się paradoksalnie dla „pukającej” do nich świadomości tylko w chwili spotkania myśli i martwoty. Szymborska pokazuje w jak różnych światach rozgrywa się rytuał istnienia, z jakimi hermetycznościami graniczy jednocześnie zamykając się w obrębie przeznaczonemu dla jakiegoś bytu czasowi i przestrzeni, poza którą nie ma praktycznie wyjścia. No chyba, że poprzez szczeliny paradoksu. Kamień, tak jak człowiek, niewiele wie o swoim wnętrzu i niewiele z niego rozumie – owszem zdaje sobie jakby sprawę z każdej drobiny, z każdego „mechanizmu” ale całościowo wchodzi przecież w obręb jakiejś ogromnej, niewyobrażalnej w swym ogromie struktury. Owe wielkie puste sale we wnętrzu kamienia są zarazem wielkimi pustymi przestrzeniami w świadomości ludzkiej, tak samo niedoskonałej jak kamień w każdej próbie samoświadomości.

Dialog trwa jednak dalej – kamień uświadamia poprzez swe wypełnienie i swoją skończoność, że choć są w nim wielkie puste sale, to jednak nie ma w nich miejsca – to co dalekie jest zarazem ściśnięte do wymiarów atomu, to co rozległe jest zarazem ledwie najmniejszym z punktów.  Tutaj widać, że zmysły są niedoskonałe, że gubią to, co lokuje się poza nimi i w konfrontacji z tajemnicą materii stają się prawie bezużyteczne. To, co dla nich jest gustem, wyborem, formą, dla kamienności i gęstości nie ma znaczenia, staje się tak samo ulotne jak to, co dzieje się poza wnętrzem kamienia. Paradoks kamienia istniejącego w świecie jest zarazem paradoksem bytu, który nigdy nie uświadomi sobie własnego szyfru, nie pozna modelu, nie wydostanie się poza hermetyczność ziemską planetarną, gwiezdną czy nawet galaktyczną. Każda z tych przestrzeni pozostanie wnętrzem nie dającym się porównać z tajemniczą i jakże różną od wnętrza zewnętrznością, ową przestrzenią niezbadaną i nie poddającą się jakiejkolwiek eksploracji. Ta sentencja – Możesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy./ Całą powierzchnią zwracam się ku tobie,/ a całym wnętrzem leżę odwrócony. – brzmi jak ostateczna formuła, a zarazem natychmiast traci swą wartość onomastyczną i ontologiczną. Dlatego podmiot raz jeszcze podejmuje próbę sforsowanie zapór. Pragnie oddalić perspektywę czasową i przestrzenną, chce jedynie spenetrować to, co pozostaje wyzwaniem dla percepcji, co istnieje – jak powiedziałby Kant – samo w sobie i nigdy nie traci raz  przyciągniętych desygnatów znaczeniowych. Dla kamienia – mówi Szymborska – nie ma większego znaczenia czas i przestrzeń, dla niego liczy się tylko kosmos wewnętrzny tak znakomicie strzeżony przez powierzchnię, tak głęboko przypisany tajemnicy materii. Dlatego podmiot nie może wniknąć do jego wnętrza, bo nie potrafi egzystować poza czasem i poza przestrzenią – szuka wymiarów i pragnie pokonywać przestrzeń tylko w określonych rewirach czasowych. Jednakże to, co dla niego jest całym życiem dla kamienia nawet nie jest nanosekundą, to co dla niego ma wymiar uczuciowy, zmysłowy, egzystencjalny, dla niego jest tym samych co bezruch, jest bytem samym w sobie i tylko bytem samym w sobie.

Kamień w tym imaginowanym dialogu raz jeszcze wskazuje, że takie kategorie jak czas i przestrzeń nie mają dla niego znaczenia. W jego sytuacji zmysły są niepotrzebne – stanowią coś co jedynie może „zaciekawić”, coś, co może dopełnić obraz ludzkiej świadomości, tak dramatycznie zatopionej w czasie i przestrzeni. Sytuacja człowieka to, to sytuacja pozostawania poza przestrzenią kamienną i poza jego hermetycznym wnętrzem – to już nie jest sprawa zmysłów, to raczej kwestia udziału w takiej a nie innej głębi, w tej konkretnej, obwarowanej powierzchnią materii. Ponawiane próby dotarcia do wnętrza, kolejne pukania do „drzwi” nic nie dadzą, bo rozmija się tutaj to co absolutne z tym co chwilowe. Perspektywa ludzka będzie zawsze powiązana z próbą sforsowania twardości i kształtu, będzie domagać się eksplozji i poddania kamienia próbie coraz to doskonalszych narzędzi burzących jego strukturę. Niestety za każdym razem będzie to jedynie – wskazane już wyżej – przeniesienie rozważań w obręb innego kamienia, innego okruchu, innej głębi ontycznej. Podobnie będzie przy podejmowanych przez świadomość próbach wniknięcia do wnętrza kropli wody i liścia, do wnętrza ludzkiego włosa. Jakkolwiek poważne by to nie były próby, za każdym razem spełzną one na niczym i zrodzą śmieszność, a im częściej będą podejmowane tym ów śmiech będzie większy, głośniejszy, aż przerodzi się w rechot. Każde pukanie do drzwi kamienia, będzie pukaniem do drzwi nicości, pukaniem pośród próżni.  Ta przypowieść Szymborskiej jest przypowieścią o sytuacji naszej świadomości w danym jej do penetracji świecie. To wskazanie, że czas i przestrzeń są tyleż elementem jej wyzwolenia, co uwięzienia w hermetyczności, w obrębie bez wyjścia.

« Older entries

%d blogerów lubi to: