WYCIECZKA

Pojechałem z Olą na wycieczkę rowerową do Ostromecka. Szybko dojechaliśmy do mostu fordońskiego i pomknęliśmy dalej. Przed nami rozpostarła się wspaniała panorama zakręcającej Wisły i pięknych chmur, rozbudowujących się nad brzegami. Ich dynamika i niezwykłe połączenia barw, od podświetlonej bieli do błękitu i dramatycznego granatu, wskazują że jesień nadchodzi już szybkimi krokami. Przez pola i lasy dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia i podziwialiśmy prace remontowe przy fasadzie pałacu Alvenslebenów. Muszę kiedyś napisać szerzej o tym miejscu, bo wiążą się z nim mrożące krew w żyłach historie. Ta rodzina wydała jednego z największych zbrodniarzy hitlerowskich,  Bubiego von Alvenslebena, generała SS – odpowiedzialnego między innymi za zbrodnie na Pomorzu, w Rosji i na Ukrainie. Po wojnie ukrywał się w Argentynie i tam spokojnie umarł w 1970 roku. Dzisiaj w pełnym blasku, po dokonanej odnowie, pałac tego starego niemieckiego rodu lśnił jak nowiutka bombonierka. Usiedliśmy na ławce i przyglądaliśmy się otoczeniu. Świeciło słońce, latały muchy, osy i szerszenie, a w pobliskich stawach kumkały żaby. Po jakimś czasie wsiedliśmy na rowery i z powrotem podążyliśmy do domu. W połowie drogi stanęliśmy w szczerym polu, gdzie była uprawa kukurydzy. Dla zabawy, weszliśmy pomiędzy wysokie rośliny i odłamaliśmy jedną dużą kolbę. Ja po drodze oczywiście zerkałem na ptaki i zauważyłem kilka ciekawych gatunków. Nad Wisłą było sporo dużych mew, rybitw i kaczek krzyżówek, zdaję się, że na piaszczystej łasze siedziały też jakieś siewki. W lesie i w parku ostromeckim słyszałem sporo znajomych głosów, a z bliska zobaczyłem sójkę i baraszkujące w zeschłych liściach kasztanowca sikory modre, nieco mniejsze od bogatek i mające na głowach niebieskie „czapeczki”, w białym otoczeniu. Przy polu kukurydzy latało sporo szpaków, jaskółek i pięknie lądował na wysokim krzaku trznadel. Wniosłem rowery na most i szybko pojechaliśmy do domu, bo Ola bardzo zgłodniała.

Reklamy

NAD SCHOPENHAUEREM (2)

Schopenhauer wskazuje, że przedstawienia nasze dzielą się zasadniczo na intuicyjne i abstrakcyjne. (I, 35) Intuicja to narzędzie, które wykorzystujemy dla wyodrębniania rzeczy świata widomego. Niesiemy w sobie pamięć o możliwościach i zasadach, o sytuacjach i kształtach, przeczuwamy błyskawicznie z czym mamy do czynienia i jaki mechanizm zachodzi. To dzieje się dzięki intuicji, ale też jest widome w czasie i przestrzeni, przebiega zgodnie z wewnętrzną logiką świata. Kant wskazuje na prawidłowość zachodzących procesów, a Schopenhauer wyodrębnia z nich regułę podstawy dostatecznej, która doświadczenie określa jako prawo przyczynowości i motywacji, a myślenie jako prawo uzasadniania sądów. (I, 36) Nasza wiedza o świecie i przedmiotach, nasza mądrość w zakresie praw obowiązujących w świecie, opiera się na znajomości przyczyn przebiegających procesów i motywów wpływających na ich przebieg. Gdy wypowiadamy się na ten temat, gdy próbujemy określić jakąś sytuację lub jakiś status, uruchamiamy nasze myślenie, czyli formułujemy jakieś tezy i je uzasadniamy. To jest odpowiedź naszego umysłu na istnienie i na jego zależność od czasu i przestrzeni. To zarazem szczególna postać p o d s t a w y b y t u. (I, 36) Zrozumienie podstawy dostatecznej polega na wejrzeniu w jej najgłębszą istotę i poznanie najprostszej z jej postaci, czyli c z a s u. (I, 36) Istniejemy w nim, godząc się na nieustanne zastępowanie chwil, przez następne momenty – odejście ojca, równoważne jest i możliwe tylko w sytuacji szybkiego odejścia syna, śmierć motyla jest zapowiedzią i warunkiem pojawienia się jego następcy. Tak czas staje się zasadą umierania, odchodzenia, zanikania i pojawiania się nowych sytuacji, nawet jeśli są takie przedziały, gdy istnienie trwa równocześnie (żyje ojciec i syn), to w ostatecznym rozrachunku dochodzi do nieuchronnego i nieodwołalnego rozdziału chwil. Jeśli czas jest względny, to także przestrzeń może istnieć tylko jako względny byt – razem czas i przestrzeń mogą istnieć tylko dzięki czemuś i dla czegoś rodzajowo podobnego. (I, 37) Dalej Schopenhauer przywołuje korespondujące z jego wnioskami poglądy antycznych i późniejszych filozofów – mówi, że Heraklit opłakiwał wieczny przepływ rzeczy, Platon zdeprecjonował przedmiot, jako coś, co wiecznie się staje, ale nigdy nie jest. Spinoza wskazywał akcydensy jedynej substancji, która sama jedynie istnieje i stale jest. Dalej mowa jest o poglądzie Kanta, który to, co poznane, przedstawiał jako zjawisko jedynie rzeczy samej w sobie i wreszcie – zaskakujący skok kulturowy – przechodzi niemiecki filozof do mądrości hinduskiej: To Maja, zasłona ułudy, która przesłania oczy śmiertelnikom i zmusza ich, by widzieli świat, o którym nie można rzec ani, że jest, ani że go nie ma, bo jest jak sen, jak odblask słońca na piasku, w którym wędrowiec z daleka dostrzega wodę, albo jak rzucona lina, w której widzi węża. (I, 37) Konkluzja filozofa po tych przywołaniach jest jednoznaczna: Wszyscy oni nic innego nie mieli na myśli i o niczym innym nie mówili, niż tylko o tym, co i my teraz rozpatrujemy: świat jako przedstawienie, podległy regule podstawy dostatecznej. (I, 37) Istnieje zatem ciągłość refleksji ludzkiej w tym zakresie i w każdym czasie pojawiały się umysły, które dostrzegały zależność obrazu świata od naszego przyzwolenia i od naszych możliwości imaginatywnych. Zawsze wszakże będzie istniał rozdźwięk pomiędzy tym, co wyodrębnione w myślach, co zaakceptowane przez naszą wolę, a realnym światem, który choćby wielorakością odcieni i świetlistością, znosić będzie nawet najwykwintniejsze myślowe onstrukcje. Nawet jeśli teraźniejszość jest chybotliwą granicą – jak wskazuje Schopenhauer – a przeszłość i przyszłość mają takie znaczenie jak byle jaki sen, to właśnie dzięki naszej woli potrafimy utrzymać ułudę teraźniejszości w określonym przedziale czasowym, godziny, dnia, roku – jednego życia. A może przywołani wyżej filozofowie mają rację i tylko nam się tak wydaje…

KARATEKA

Trzydzieści parę lat temu, przez dobrych kilka tygodni, chłopaków z naszego osiedla zajmowała historia Marka, który chciał być karateką. Zapisał się do sekcji, która trenowała w małej salce gimnastycznej, w centrum miasta. Widywaliśmy go, jak z niewielką torbą na ramieniu, niemal codziennie, wyruszał na trening. To był odłam szkoły Shotokan – specjalizującej się w walce nogami. Po jakimś czasie, gdy podwórkowa pozycja naszego kolegi nieco się poprawiła, zobaczyliśmy, że zaczął on też biegać na ćwiczenia do lasu. Latem i jesienią nie wywoływało to szerszych komentarzy, ale w prawdziwe osłupienie zostaliśmy wprawieni pewnego styczniowego ranka. To była siarczysta zima, z temperaturami poniżej dziesięciu stopni Celsjusza i lodowatym, zacinającym wiatrem. Psy nie chciały wychodzić na podwórko, a gdy już udawało się je zaciągnąć, piszczały i szybko chciały wracać do domów. Tego dnia Marek w rytualny sposób założył na gołe ciało białą karatekę, z dopiero co zdobytym, żółtym pasem, oznaczającym ósme kyu i w sfatygowanych trampkach ruszył ze swojego mieszkania do lasu. Rychu opowiadał, że widział go przez okno, jak wybiegł z klatki i nie zważając na śnieżycę, ruszył pędem do lasu. Resztę zdarzeń poznaliśmy po kilku dniach z relacji matki karateki, która żaliła się mojej mamie i załamywała ręce nad synem.

Marek szybko przebiegł puste osiedlowe chodniki, przeskoczył tory kolejowe i z nagą piersią pomknął ku najszerszemu traktowi leśnemu, prowadzącemu aż do Białych Błot. Po drodze cały czas wykonywał charakterystyczne ruchy rękoma, kopał pnie sosen, odłamywał kopnięciami suche gałęzie, co jakiś czas wykonywał długi skok w powietrzu i ćwiczył bojowe okrzyki:

           – Uuuuaaaaaa… uuuuaaaaaa…

Leśniczy, przemykający do domu skrajem zagajnika, opowiadał, że Marek wyglądał naprawdę groźnie, a okrzyki niosły się po całym lesie. Zające i lisy, sójki i dzięcioły spieprzały w panice ku dalszym rewirom. W pewnym momencie karateka stanął, zaczął  wolno wyprowadzać ciosy, w wystudiowany sposób podnosił nogę ku górze i zastygał w bezruchu. Ćwiczył też mimikę twarzy pomiędzy kolejnymi wrzaskami, raz to marszczył ją jak zdeptane sandały, innym razem podnosił ku górze brwi i wydawał z siebie okrzyk chińskiego mandaryna:

        – IIiiiiiiii… juuuu….. iIiiiiiiii… łeeee…

W końcu, zdjął trampki i na bosaka ruszył dalej, w szaleńczym pędzie przeskakiwał doły, robił bokiem gwiazdę, a nawet co jakiś czas wykonywał salto do przodu. Był naprawdę sprawny i niezwykle zmotywowany, leśniczy kiwał z uznaniem  głową i zza drzewa obserwował dalsze wyczyny chłopaka. Ten dobiegł do dużej górki śniegu, załadował w nią z pięćdziesiąt szybkich ciosów dłońmi i łokciami, a na koniec skopał ją bez litości. W pewnym momencie na śniegu pojawiły się plamki krwi i to był dla niego sygnał do odwrotu. Ucałował te czerwone znaki, dotknął prawą ręką żółtego pasa, wyciągnął z kieszeni czarną opaskę z jakimiś japońskimi literkami, obwiązał nią głowę, wyrównał na czole i ruszył z powrotem do domu. Dopiero w okolicach torów kolejowych z niesmakiem założył trampki i podążył przez osiedle.

Pogoda nieco się poprawiła i przechodnie patrzyli na niego z zainteresowaniem a zarazem z przerażeniem. Jego odsłonięta pierś miała już barwę fioletową, a krew na białym stroju i na niektórych częściach ciała, była znakiem jakiejś wielkiej batalii. Marek szybko wbiegł do domu, zrzucił karatekę, wskoczył do wanny i zaczął polewać się gorącą wodą. Ale wtedy stało się coś nieoczekiwanego, pewne miejsca ciała paliły niemiłosiernie, poczuł jakiś straszny przypływ gorąca i nieomal zemdlał. Szybko też pojawiły się potworne dreszcze i poprosił matkę by natychmiast przygotowała mu łóżko. Trząsł się jak galareta, gdy wyszedł z łazienki i przemknął do łóżka. Nawet pod grubą kołdrą jego ciałem targały dziwne drgawki, pojawił się rzęsisty pot i ból w klatce piersiowej. Jego rodzice nie czekali dłużej i zawezwali pogotowie. W międzyczasie zmierzyli mu gorączkę i okazało się, że temperatura jego ciała skoczyła do czterdziestu jeden stopni. Lekarz stwierdził zapalenie płuc, natychmiast zaaplikował mu zastrzyki, podał wapno, witaminy i zapisał serię silnych antybiotyków doustnych. Z wielkim trudem, po dwóch tygodniach, Marek zaczął wracać do zdrowia, choć odmrożenia i rany jątrzyły się jeszcze przez wiele dni. Tak skończyła się jego przygoda z karate, przestał chodzić na treningi, czasem tylko gdzieś jeździł na rowerze, grał w piłkę albo pływał w jeziorach i rzekach. Jego bojowy strój matka w końcu podarła na szmaty, a opaska z japońskimi literkami walała się jeszcze jakiś czas w szufladach chłopaka, aż w końcu została wymieniona na jakieś znaczki lub widokówki. Ze ściany pokoju zniknął też portret wielkiego prawodawcy szkoły Funakoshi, a na jego miejscu Marek umieścił zdjęcie Johna Lennona z Yoko Ono.

SEN (I)

Śniła mi się dolina, niczym głęboka niecka w pięknym, antycznym ciele, ciągnąca się od krańca do krańca horyzontu. Stałem na jakimś podwyższeniu i patrzyłem szeroko otwartymi oczyma na to, co rozgrywało się przede mną. Wszędzie latały nieprzebrane chmary aniołów, pojedynczych i dużych grup, a gdzieś daleko, ze wschodu na zachód leciał ogromny oddział. Przypominał włócznię ciśniętą z rozmachem, a jednocześnie bliski był kształtom śmigającego jeżyka. Aniołowie trzymali się swoich miejsc i ani na moment nie pozostawali w tyle. Jakaś tęskna pieśń snuła się za nimi, jakby gregoriański chorał albo smutna wokaliza syreny, pochylającej się nad taflą wody i lamentującej nad swoim odbiciem. Wielki oddział anielski mienił się i opalizował przy nagłych zwrotach, tracił na chwilę część ze swego kształtu, to wnikał w Wielkie Światło, to znowu wyłaniał się, niczym mroczna, purpurowa albo granatowa materia gigantycznego sztandaru. Pojedynczy aniołowie latali we wszystkich możliwych kierunkach i na różnych wysokościach, czasem na chwilę znikali w chmurach, wlatywali do domów, przypominających wielkie gołębniki albo budki dla ptaków. Czasem w poprzek doliny śmigał jakiś archanioł albo błękitny młodzieniec przylatywał ku mnie, zawisał na chwilę w powietrzu, po czym odlatywał majestatycznie w dal. Była jakaś tajemna harmonia w tym świecie, jakieś zdumiewające tchnienie dobroci i tajemnicy, coś jakby czuły szept, stale ponawiane słowo miłość, miłość, miłość… Do tego jeszcze to pulsowanie, nieomal wyczuwalne w przestrzeni, rytmiczne skurcze i rozkurcze całej rzeczywistości, odsłanianie się i zakrywanie, mruganie światła, nieustające, prawie niewidzialne zmiany w kształtach i barwach, pulsowanie świadomego siebie i cieszącego się sobą życia. W wielkich chmurnych miastach, w samotnych anielskich gołębnikach, w jaskiniach pełnych skrzydlatych postaci – wszędzie, gdzie tylko okiem sięgnąć, pulsowało istnienie, egzystencja świadoma i piękna, pięknem niewyobrażalnym. To była rzeczywistość inna od ziemskiej, która gdzieś tam jeszcze pozostała w mojej sennej pamięci; cudowna i dramatyczna, nieustannie zmieniająca się i trwała w swym majestacie, w wciąż ponawianych, niesłyszalnych i uświęcających wszystko szeptach. Wsłuchiwałem się zauroczony w te śpiewy bez muzyki i w tę muzykę bez słów, próbowałem wyłowić jakieś słowa, jakieś zdania, ale przy natężeniu słuchu zawsze wracało tylko jedno zwielokrotnione i chóralnie wzmocnione słowo    m i ł o ś ć . Zawiesiłem wzrok na parze czerwonych aniołów, siedzących na niewielkiej chmurze i przyciągnąłem ku sobie przestrzeń w której byli. Jeden z nich miał czerwono-złote skrzydła i krwistoczerwoną togę, a drugi, miał skrzydła różowe i togę czerwono-błękitną. Obaj mieli złote ciżemki i rudziejące brody. Ich włosy, złocisto-rude z odcieniami czerwieni, przypominały syntetyczne włosy ziemskich lalek. Patrzyli na siebie z miejsc, gdzie przysiedli i rozmawiali bez słów, myśląc, że nikt ich nie słyszy. Chciałem ich podsłuchać i… nagle się obudziłem.

AZYL

Wreszcie kończy się nawałnica remontowa w moim domu. Jeszcze tylko czekam na sosnowe meble i wreszcie będę miał taki pokój, do jakiego zawsze tęskniłem. Pod ręką znajdą się najpotrzebniejsze książki i słowniki, albumy malarstwa i encyklopedie. Poukładam też wydane książki i prace naukowe oraz edytorskie. To wielkie szczęście mieć takie miejsce do pracy, gdzie człowiek czuje się zabezpieczony z każdej strony, gdzie jest jego życiowa enklawa i azyl. Ważne dla mnie fotografie, rysunki i obrazy na ścianach, ukochana muzyka i czasem płomień świec, to mnie odgradza od świata zawiści i głupoty, tandetnych ocen i bezczelnych ataków. Ludzie piszący książki, zajmujący się sztuką powinni snuć z siebie jakąś nić szlachectwa, prawości i pochwały piękna. Tymczasem stale trafiam w tych środowiskach na ludzi z czarnym podniebieniem. Niektórzy z nich są bezdyskusyjnymi wariatami i poczynają swoje dzieła z ciemnej strony bytu – inni, równie rozchwiani emocjonalnie, publikowanie i tworzenie traktują jako rodzaj nienawistnej walki i najbardziej podniecają się, gdy komuś zaszkodzą. Stale biję się z myślami, czy pisać o nich i wywoływać ich z nazwiska, czy też pomijać milczeniem. Kiedyś pisywałem negatywne recenzje i potem niektórych z nich żałowałem, szczególnie jednego tekstu, o pewnym krakowskim poecie. To chyba spowodowało, że któregoś dnia podjąłem decyzję, że nie będę więcej pisał takich tekstów – gdy coś mi się podoba, tworzę recenzję, esej, szkic, a gdy mi się nie podoba, gdy coś budzi moje wątpliwości – pomijam milczeniem książkę, obraz, wystawę. Coś jednak trzeba z tym zrobić, bo krytyka, jak sama nazwa mówi, ma w sobie pewien element negacji, wskazania dobrych i złych stron jakiegoś zjawiska. Szczególnie teraz, gdy w literaturze zaznaczył się podział na dobrych i złych, lepszych i ważniejszych, trzeba tworzyć książki, które odważnie wskażą miałkość niektórych ocen i liczne patologie życia artystycznego w Polsce. U progu nowego stulecia potrzebne jest podsumowanie dwudziestego wieku, niezbędna jest wielka, nowa krytyka kultury polskiej.

NAGLE SZPITAL

Wczoraj nagle, bez  jakichkolwiek symptomów tego, że zbliżają się kłopoty, znalazłem się w szpitalu. W trakcie remontu mojego pokoju, po zjedzeniu obiadu, wystąpiły u mnie jakieś paskudne, silne bóle brzucha. Chciałem to opanować, chciałem być twardy, ale się nie dało. Wsiadłem zatem do taksówki i pojechałem do szpitala, gdzie okazało się, że muszę mieć skierowanie. Podobno teraz, po osiemnastej, trzeba mieć taki papierek. Cóż było robić, powędrowałem na Wyżyny, do najbliższej przychodni i załatwiłem co trzeba. Przy okazji trafiłem na sympatycznego lekarza z Jemenu. Pogawędziłem z nim trochę o tym pustynnym kraju, pochwaliłem się, że znam profesora o jemeńskim rodowodzie i ruszyłem z powrotem do szpitala. W międzyczasie zauważyłem, że ból zaczął stopniowo ustępować. Powiedziałem o tym lekarzowi, który jednak poradził mi, bym zrobił wszystkie badania – oddałem się zatem w ręce fachowców w białych kitlach. Zrobiono mi zdjęcie rentgenowskie i USG jamy brzusznej, pobrano krew, zbadano mocz. W międzyczasie ból całkowicie ustąpił, ale pojawiło się zmęczenie, które zapewne było wynikiem stresu. Gdy bolało, myślałem, że to ostry atak woreczka żółciowego, ale okazało się, że nie mam złogów, nerki też mam czyste, wyniki krwi i moczu w normie, z nieznacznymi, standardowymi odchyleniami. Koniec końców przebadał mnie młody chirurg i zadecydował, że mogę wracać do domu. Z racji tego, że cała awantura trwała kilka godzin, mogłem przyjrzeć się osobom pracującym w szpitalu i pacjentom trafiającym do niego. Jakaś babinka ledwie mogła siedzieć na wózku inwalidzkim, jakaś inna starsza pani powtarzała, że bardzo źle się czuje i nie może czekać na lekarza, był też jeden staruszek z obrzmiałymi nogami i bólem w klatce piersiowej. Najżywiej zainteresowałem się dziesięcioletnią dziewczynką, która doznała kontuzji oka i dzielnie odpowiadała na wszystkie pytania doktora. Pękła i rozpłakała się dopiero, gdy lekarz powiedział jej, że będzie musiała zostać na oddziale, całą noc, bez mamy. Z prowadzonej półgębkiem rozmowy dwóch lekarzy wywnioskowałem, że w sąsiednim pomieszczeniu właśnie umarł człowiek i nie było żadnej możliwości utrzymania go przy życiu. Byli oczywiście też pacjenci z drobnymi urazami kończyn, ze zwichnięciem nóg, złamaniem rąk, jeden koleś w czarnej skórze, poobcierany na boku i poharatany na łokciu – zapewne jeden z motocyklistów, pędzących na ścigaczach po ulicach miasta. Szpital jest dla mnie trudnym doświadczeniem, a tak realne ludzkie cierpienie, nie nastraja optymistycznie. Podziwiam ludzi, którzy pracują w takich warunkach i rozumiem, że czasem ratują się dowcipem, jakimś komicznym komentarzem. Oni też są ludźmi i też muszą sobie poradzić ze stresem, z płaczem dzieci i starców, z nagłym odejściem kogoś, kogo chcieli uratować. Dzisiaj dokończyłem ustawiania mebli, układania książek, po remoncie pokoju, ale wczorajszą przygodę traktuję jako napomnienie. Nie jesteśmy z żelaza i w każdej chwili możemy pożegnać się z tym światem. To jest ta przedwieczna równość każdego wobec śmierci, każdego wobec praw biologii i raz uruchomionego zegara.

ROWER

Kupiłem sobie porządny rower. W moim wieku jest to inwestycja słuszna i sensowna. Od dwóch lat nie miałem tego pojazdu, bo stare, po Tomku, nadawały się do wyrzucenia. Ten zakup spowodował, że zadumałem się nad dawnymi moimi rowerami. Najpierw był chyba Bobik, taki malutki, na którym jako chłopiec zapierniczałem po ulicy Szubińskiej. Potem jakiś pośredni, którego prawie nie pamiętam, aż nastała era mojego ukochanego Uniwersala. To był zwykły rower, który wielokrotnie modyfikowałem, a to zmieniając koła, a to dodając ręczne hamulce, jakieś światełka odblaskowe, naklejając kalkomanie. Stale też zmieniałem profil kierownicy, raz rogami ku górze, innym razem ku dołowi. Bywały takie dni, że jeździłem tym rowerem przez cały dzień, okrążając osiedle Błonie, ścigając się z kolegami, podążając w kierunku lasu, na wiadukt kolejowy, by przyjrzeć się startującym samolotom lub ku sąsiednim dzielnicom. Ileż było wypadków i otarć naskórka i ile potem zrywania, po kawałku, twardych skrzepów. Kiedyś rozpędziłem się z tegoż wiaduktu w kierunku Białych Błot i na samym dole, przy szybkości chyba ze czterdzieści, może pięćdziesiąt na godzinę, gwizdnąłem się jak długi. Szorowałem kilka metrów na lewym boku i straszliwie otarłem sobie udo, łokieć i nadgarstek oraz cały kawał brzucha. Innym razem – jadąc z kolegą na ramie – wylądowałem na płocie fabryki. Ile dżinsów zniszczyłem, wkręcając je w zębatki od łańcucha, ile miałem odcisków na dłoniach, od trzymania kierownicy, a ile dętek i opon przebiłem. Był taki moment, że w mojej szkole podstawowej zrobiono asfaltowe uliczki do nauki jazdy i egzaminów na kartę rowerową. Stały się one ulubionym miejscem do jeżdżenia i organizacji wyścigów. Do dzisiaj mam w pamięci wszystkie zakręty i rozkład tych dróżek. Też wiele razy na nich leżałem i miałem liczne kolizje z innymi rowerami. Im byłem starszy, tym dalej jeździłem. Pojawiły się więc eskapady do innych dzielnic, objeżdżałem Jary, Szwederowo, zjeżdżałem ulicą Szubińską do Placu Poznańskiego i dalej do Starego Rynku. Potem zaczęły się wyprawy do Trzcińca, gdzie było niewielkie bajoro, służące bydgoszczanom do kąpieli, do Białych Błot, Ciela i Lisiego Ogona, a następnie – całymi grupami – do Solca Kujawskiego, do Chmielnik, a nawet do Torunia. W końcu pękły widełki Uniwersala, chyba też poszła kierownica i mój wierny przyjaciel skończył w śmietniku. Potem jeszcze był czas składaka, który był hitem PRL-u, jakiegoś dużego ruskiego roweru. Była też zgrabna wyścigówka i jednoślad turystyczny, aż w końcu rowery zastąpiłem motorowerami marki Komar i pierwszym motocyklem, ale to już zdecydowanie inna opowieść. Z dreszczykiem…

PIESKI

Pieski szczekają – karawana idzie dalej… Mógłbym napisać o tych pieskach, ale szkoda mi czasu, wole pisać o Faulknerze, Coetzee, o Herbercie lub Miłoszu. Wolę czytać Rushdiego i Coelho, studiować Krasińskiego i Mickiewicza, jakie znaczenie mają szczekające pieski?

KOPCIUSZEK

Niedaleko miejsca, gdzie mieszkam jest parking samochodowy, gdzie policja zwozi samochody z wypadków. Pogniecione, rozdarte, czasem z widocznymi śladami krwi na połamanych siedzeniach i blasze. Smutne pozostałości po ludzkiej brawurze, nieumiejętności przewidywania, często też zwykłego nieszczęścia. Nie ma końca takim zdarzeniom – od czwartku zginęło w Polsce pięćdziesiąt sześć osób. Na plocie okalającym to miejsce, na krawędzi dachu pobliskich garaży, albo po prostu na ziemi, widuję często parę kopciuszków. To są małe ptaszki, prawie całe czarne, z niewielkim białym lustereczkiem na skrzydłach i ruchliwym, bardzo charakterystycznym czerwonym ogonkiem. Przelatują z miejsca na miejsce, przysiadają na rozbitych autach, może nawet uwiły sobie gniazdo w którymś z nich. Tak życie triumfuje nad śmiercią i zaznacza swoją obecność w każdym miejscu, nawet w tym naznaczonym bólem i cierpieniem. Kopciuszki, to ta sama grupa ptaków co rudziki i pleszki, ale z wyraźniejszą czernią piór, mają też bardziej zgrzytliwe głosy, które od razu zwracają na nie uwagę. Przylatują już w marcu, a odlatują w październiku, powszechne są na niżach Polski i całej Europy. Dla mnie te ptaki są zawsze zapowiedzią cieplejszych dni i możliwości prowadzenia pracy literackiej, bez odrywania się od pisanych powieści czy książek eseistycznych. Tutaj, na tym parkingu, przebywają one kilka miesięcy i znikają nagle – jak ludzie, nasi znajomi, bliscy, spotykani w szkołach, miejscach pracy. Tak samo pojawiają się w naszych życiach i nagle znikają… Kopciuszki powrócą z nową wiosną – ludzie zawsze odchodzą na zawsze…

ANDRZEJ BASZKOWSKI

Dzisiaj próba spojrzenia na ostatnie wiersze kolejnego kolegi z naszego Oddziału Związku Literatów Polskich. Aż nie chce się wierzyć, że ten zawsze żywotny, prawy i młodzieńczo uśmiechnięty poeta należy do grona naszych nestorów. Trudno się zatem dziwić, że ton tej poezji jest refleksyjny i podsumowujący dokonania i doświadczenia życiowe.

Poezja Andrzeja Baszkowskiego dotyka spraw najprostszych i jednocześnie najważniejszych. Opis doświadczeń jednostki staje się w niej wykładnią praw obowiązujących w świecie. Najważniejszy dla poety jest prosty język, który został wyposażony w niezwykłą głębię metaforyczną i symboliczną. Przywoływane zdarzenia, sytuacje i chwile, pojawiają się w opozycji do innych momentów z życia i dokumentują nieuchronny upływ czasu. Spojrzenie na dziecko i na człowieka, który przeszedł rozległą przestrzeń życia, rodzi refleksje natury ogólnej i staje się rodzajem hiperbolicznej przypowieści. Autor patrzy na swój los i na historię, w której uczestniczy, jak na drogę, którą od zarania dziejów przechodzi każdy człowiek. Zauważa, że wiedzę zdobywa się nie w porę, bo czas stale zastawia pułapki, wciąż mnoży trudności, powoduje, że życie bywa rodzajem mglistej ułudy. Jednak zdobywana mądrość staje się niepodważalną wartością i wyposaża egzystencję w kontekst kulturowy, tworzy przestrzeń, w której ma swoje miejsce świadomość początku i końca wieku, w której mieszczą się treści naiwne i filozoficzne, pierwiastkowe i metafizyczne. To jest poezja wielkich wartości i ogromnych wzruszeń, liryka początku i wpisanej w każde istnienie nieuchronnej ostateczności. Człowiek nie ma wyjścia, musi podążać swoją drogą i musi też weryfikować swój odbiór świata – musi stale na nowo interpretować przeszłość i teraźniejszość. Jedynie przyszłość ma dla niego tajemnicze znaczenie i nie pozwala się ująć w jakieś ogólne ramy. Każdy dzień i każda noc są obietnicą i groźbą, mogą być wielkim przeżyciem i ogromnym rozczarowaniem.

W poezji tej pojawia się wiele dalekich perspektyw i rozszerzających się głębi – począwszy od świata ludzkiego, a skończywszy na przestrzeniach kosmicznych. Jednostka została tutaj wpisana w ciąg pulsujących kręgów, z których nie ma wyjścia, a które wciąż otwierają się i zamykają – stale przechodzą na przestrzał przez świadomość i biologiczną strukturę egzystencji. To podczas narodzin został uruchomiony zegar, który odmierzał upływający czas i nigdy nie stanął w miejscu. Wcześniej pojawiały się takie sytuacje życiowe, które łagodziły przemijanie, ale z wiekiem coraz częściej zaczęły pojawiać się ujęcia eschatologiczne. Świat stał się magicznym kręgiem, którego nikomu, bez utraty cząstki siebie, nie udało się opuścić – w którym znalazła się każda jednostka i zarazem cała ludzkość, jako globalna świadomość. Migają tutaj jakieś zdarzenia, jakieś fakty życiorysu, z których chyba najczęstszą jest sytuacja podróży, wyruszania do dawnego świata i docierania do chwil szczęśliwości, radości z egzystencji i trudnej do wyrażenia  p e ł n i.  Jeśli istnieje jakaś prawda o świecie i jakiś głębszy sens istnienia, to możliwy on jest do uchwycenia w refleksji poetyckiej. Tylko napięcie pomiędzy metaforą a uogólnieniem, może wnieść coś nowego do rozumienia i objaśniania świata. Człowiek musi godzić się na kosmiczne wirowanie i zamykanie się tragicznych cykli – wszakże urodził się w określonym miejscu wszechświata i może istnieć tylko jako jego ruchomy element. Baszkowski – w piękny sposób – zawiesza byt w przestrzeni, ale też potrafi w niezwykły sposób zatrzymać życie w kadrze i ukazać sytuację graniczną, chwilę, która ma wymiar szczególny. Realizm tych wierszy jest doprawdy porażający, a ich głębia filozoficzna – niespotykana. Widzimy tutaj prawdziwych ludzi, którzy idą na jakiś przystanek i gdzieś wyjeżdżają, ale jednocześnie są wiecznymi wędrowcami, którzy całe życie gdzieś się udawali i nigdy nie udało im się zatrzymać biegu rzeczy.

Wszystko płynie – panta rei – wszystko oddala się i znika w nicości, wszystko połyskuje, bo poetyka migotania i zanikania refleksów opanowała pamięć bliższą i dalszą, zawładnęła widzeniem świata. Można jeszcze próbować ocalić ciągłość, można walczyć o stałość, ale nagłe przyspieszenia akcji, próby sięgnięcia dawnej żywiołowości, tylko przydają goryczy i nieodparcie kierują myśl ku coraz rozleglejszym heraklitejskim popiołom. Jedynie wiersz ocala coś z nieuchwytności życia, tylko słowo oprawia ciszę w subtelny diadem znaczeń pierwszych. W nim poeta może dokonywać nagłych skoków wyobraźniowych i przebiegać treść egzystencji, jak w przyspieszonym filmie – to on jest jego nadzieją i obietnicą zatrzymania na chwilę oszałamiającego pędu. Baszkowski tworzy stale liryczne enklawy, w których zamyka się i które są przystanią dla zranionej pamięci i tężejącego bólu – czy to będzie pokój redakcyjny, cichy dom, czy nawet fotografia kota, albo przystanek autobusowy, to zawsze będą to przestrzenie zamknięte, gdzie można się odgrodzić od wiru i magicznym gestem zatrzymać wszystko. W liryce tej mamy stale do czynienia z sytuacją wyboru i dopełnienia treści, z momentem pierwszym i ostatnim, z otwarciem i zamknięciem klamry, ze wspaniałością i szarością świata. Tutaj symbolem przemijania jest wiązanka schnących kwiatów/ wstążeczką ciszy owinięta, tutaj szpital – paradoksalnie – staje się terytorium uświęconym, gdzie można spojrzeć na życie z oddali i podsumować jego kolejne rozdziały. Kruchość ciała i monumentalny wymiar istnienia kosmicznego, śmiertelność istnień i nieustająca, majestatyczna metamorfoza pośród dali nie do opisania – a wszystko wpisane w symbolikę ostatnich dni, ostatnich nocy i ostatnich spojrzeń, na to, co się kochało i co było sensem świata. Prawdziwa, głęboka, wspaniała eschatologiczna liryka, która trwale wpisuje się w ludzką próbę bytu…

« Older entries

%d blogerów lubi to: