SEN XXXIII

o-001a

Szedłem ledwie widoczną drogą w stronę dalekich gór, co jakiś czas przystając i sondując przestrzeń przede mną i za mną. Czułem, że coś się wydarzy, coś złego, potwornego spadnie na mnie, czułem, że wszystko nagle się skończy, ale szedłem dalej, nie szukając kryjówki. Nagle zauważyłem wielki, złoty monument pośród szczytów i przełęczy, z daleka przypominający monstrualny pocisk albo rakietę. Lśnił coraz wyraźniej i jakby przyciągał mnie do siebie, wysyłając milczące zaproszenie, ulotną energię, wyraźnie kierowaną w moją stronę. Byłem coraz bliżej i zauważyłem, że kształt ten pokryty jest jakimiś starożytnymi inskrypcjami, wyrazistymi hieroglifami i symbolicznymi znakami, ale sam czubek ma gładki jak szkło, połyskujący złociście niczym najcenniejsza biżuteria. U podnóża gór zauważyłem ścieżkę wiodącą ku pociskowi, ale zanim na nią wstąpiłem przystanąłem na chwilę i zlustrowałem przestrzeń dookoła. Jakieś sto metrów ode mnie pojawiła się procesja pogrzebowa, złożona z kobiet w pomarańczowych sari, w błękitnych jedwabiach i czarnych atłasach. Postacie w czerni niosły na swoich ramionach jakieś ciało, okryte białym całunem, a gdy doszły do zbocza góry, zaczęły w nią wnikać powoli, bezpowrotnie rozmywać się w sinych oparach, w różowych smugach i seledynowych dymach. Nagle jedna z kobiet, okryta pomarańczowym muślinem, stanęła i wpatrzyła się we mnie uważnie, jakby szukała w mej postaci jakiegoś potwierdzenia, jakby nagle odkryła tajemnicę z dawien dawna zakazaną. Powoli zsunęła okrycie i naga, piękna jak antyczna rzeźba zaczęła zbliżać się do mnie, sunąc lekko, nie dotykając skał i kamieni. Pochód pogrzebowy zniknął bezpowrotnie, a złoty pocisk nagle zmiękł jak mleczny cukierek i pochylił się ku nam rozlegle, wlewając swoje złoto do doliny. Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie i usłyszałem hinduską muzykę, a wszystko nagle zmieniło się w wielki pałac maharadży, przybrało kształt marmurowy, wszystko zalśniło w przepychu i bogactwie. Siedziałem na misternie rzeźbionym, złotym tronie i szła ku mnie ta sama kobieta, zalotnie poruszając biodrami, tańcząc jak najlepsza tancerka w haremie. Wziąłem ją za rękę i poprowadziłem do ogromnego łoża, ale zanim położyłem się na nim dziewczyna krzyknęła boleśnie i zmieniła się w tygrysicę, a potem zaczęła na mnie straszliwie warczeć, obnażając białe kły. W jej oczach połyskiwała śmierć, a pazury przeszywały powietrze, zbliżając się wciąż ku mnie, niemal już mnie dotykając i raniąc. Spojrzałem przerażony ku drzwiom komnaty i zawołałem straż, wrzasnąłem na zwierzę i znowu stało się coś niebywałego. Pałac zniknął bez śladu, a ja czując, że jestem martwy, znalazłem się w białym całunie, niesiony w pochodzie pogrzebowym, gdzieś pośród wysokich gór i dzikich dolin. Kobiety rzuciły trupa do płytkiego dołu i zaczęły przysypywać go kamieniami, czerwoną gliną i grudami czarnej ziemi. Ale mnie już tam nie było, bo szedłem z powrotem ledwie widoczną drogą, mijałem karłowate akacje i suchorosty, dziwnie ukształtowane termitiery i leżące w pyle czaszki kudu, oryksów i impali, słoni i nosorożców.

Reklamy

SEN XXXII

z12342093Q,Krypta-w-podziemiach-klasztoru-OO--Reformatow

Szedłem przez długi i mroczny korytarz. Ze wszystkich stron nachylały się ku mnie zdeformowane twarze. Cuchnęły przetrawioną wódką i czosnkiem. Patrzyłem na nie niewidzącym wzrokiem i powoli posuwałem się do przodu. Pod nogami szeleściły mi zetlałe kości i strzępy skruszałych całunów. Chitynowe pancerze karaluchów trzaskały raz po raz, czasem stopa ślizgała się na czymś miękkim i galeretowatym. Twarze wykrzywiały się i naginały ku mnie coraz natarczywiej. Rysy ludzkie zmieniały się w zwierzęce, a te ewoluowały ku kształtom abstrakcyjnym. W wirze pojawiających się i znikających rysów, krzywizn i tonacji migały oczy, usta, włosy morderców i świętych, cnotliwych dziewic i rozpustnic, dumnych mężów i żebraków. W pewnym momencie wszystkie facjaty przybrały rysy mojej twarzy – młodej, dorosłej i nienaturalnie postarzonej. Przez chwilę miałem wrażenie, że czas przyspieszył i mam już za sobą prawie całe życie. Nisze w kamiennym murze otwierały się i z pulsującej mgły wychodzić zaczęły trupy dawno zmarłych zakonników. Czekały aż je wyminę, a potem ruszały za mną w somnambulicznym pochodzie. Czasem od strupieszałych ciał odpadał zżółkły piszczel, czasem czaszka potoczyła się w ciemność, albo krucyfiks upadł z trzaskiem na posadzkę. Szedłem ku wielkiemu refektarzowi, a gdy się tam znalazłem usiadłem przy czarnym stole. Po chwili schodzić się zaczęli martwi alumni i zakonnicy. Na koniec przykuśtykał na pół zgniły przeor. Usiadł naprzeciwko mnie i zaczął gregoriańską pieśń …Salus et gloria et virtus Deo nostro est… przerwał na chwilę i spojrzał ku mnie. Poczułem się nieswojo ale szybko dokończyłem quia vera et iusta iudicia sunt eius… Zakonnicy złożyli kikuty jak do modlitwy i zaśpiewali metalicznym głosem …Alleluia, alleluia…

– Tedy powiadasz bracie Gwalbercie, że przysłał cię Pan z dobrą nowiną. Tedy każesz nam wstać z grobu i ruszyć na niebieskie pastwiska…? – nieoczekiwanie odezwał się jakiś purpurat stojący po prawicy przeora.

– Zaiste czcigodny bracie… Jako rzekłeś…

– A skąd mamy wiedzieć czy nie przybywasz z czeluści piekielnych…?

– Jeno sumienie wasze musi wam podpowiedzieć co należy czynić…

– Ano, ano…

– Dopełnił się cykl astralny, w tysiącach galaktyk wybuchły gwiazdy supernowe. Wszechświat osuwa się w metafizyczną czeluść…

– Czeluść powiadasz, bracie Gwalbercie, czeluść…

– Jako rzekłeś ojcze przeorze…

Spojrzałem na zakonnika i spostrzegłem, że z twarzy spadł mu na stół sporych rozmiarów kawał ścierwa, odsłaniając prawy, pusty oczodół. Podniósł ochłap i beznamiętnie rzucił za siebie, jakby karmił sforę zgłodniałych psów.

– Ale Pan nasz jest fundamentem, którego nic nie skruszy… – odezwał się gruby mnich, siedzący przy drugim końcu stołu.

– Tak, tylko że Szatan wygrał wiele wojen i zaminował ogromną część nieba… – powiedziałem.

Zakonnicy poruszyli się niespokojnie, na stół spadł zżółkły czerep, nadgniłe przedramię i kilka zbrązowiałych palców. Przeor dał znać stojącemu w rogu kościotrupowi w liberii i ten wskoczył na stół, zebrał wszystko i zeskoczył z chrzęstem na podłogę. Dopiero wtedy zaczął mówić, cedząc każde słowo:

– Nie wierzę ci bracie Gwalbercie i czuję wokół ciebie piekielną woń siarki…

– Trudno ojcze, żebyś nie czuł, skoro przeszedłem przez piekło by do was dotrzeć – odrzekłem.

Dwóch tyczkowatych braci skoczyło z krzeseł, gubiąc palce u stóp i jednocześnie powiedziało, akcentując rytmicznie słowa:

– Ojcze przeorze, nie wierz mu… Z piekła przyszedł, bo z piekła jest rodem…

Szybko zlustrowałem wzrokiem wszystkich braci i spostrzegłem, że przestrzeń refektarza rozsunęła się rozlegle, a za siedzącymi przy stole pojawiły się nieprzebrane tłumy pustych habitów. Ruszających się lekko, jakby powiewały na wietrze i reagujących na moje słowa. Nagle przypłynął do mnie wielki kształt i poczułem, że pusta przestrzeń pod kapturem wpatruje się we mnie uważnie.

Wydobyłem spod okrycia wielki złoty krzyż, wysadzany rubinami i szmaragdami, uniosłem go w górę, poczekałem aż gwar ucichnie i krzyknąłem:

– Przysięgam, że Pan mnie tu przywiódł i wzywa was by porzucić groby, zatęchłe krypty i ruszyć ku niebu!

– Wierzę ci bracie Gwalbercie, ale ojcowie i purpuraci domagają się znaku – powiedział przeor, jakby deklamował odwieczną sentencję mszalną.

– Niewierny Tomasz też chciał dotknąć ran Jezusa… – zacząłem a po chwili dodałem – ale dobrze, jeśli chcecie znaku, zaraz wam go objawię…

Czaszka okryta resztkami skóry, z wielką, złoconą mitrą na szczycie, spadła z hukiem z tułowia wysokiego duchownego i roztrzaskała się o podłogę. Wtedy sam kadłub wstał od stołu, by upaść obok i rozsypać się w drobny pył. Uniosłem ręce ku niewidzialnemu niebu i rozpaczliwie zawołałem:

– Panie, Panie, uczyń znak, bo domagają się go bracia i ojcowie, dawno zmarli biskupi i kardynałowie…

Wszystkie truchła uniosły głowy ku górze, a wtedy sklepienie rozsunęło się i spływać zaczęły z nieba ogromne rzesze aniołów. Gdy przybliżyły się do refektarza zimny dreszcz przeszył całe moje ciało, bo wszystkie duchy skrzydlate były czarne i brunatne. Właśnie zbliżył się do mnie wielki skrzydlaty twór ze skrzydłami nietoperza, zobaczyłem jego przekrwione oczy i poczułem odór straszliwy siarki, opar bagienny i smród rozkładu. Wpatrzył się we mnie i dmuchnął z wielką mocą w stronę zakonników, wywołując nagły huragan. Na pół zgniłe i strupieszałe ciała zaczęły rozpadać się i uderzać jedno o drugie i tylko przeor trwał na swoim miejscu, śpiewając pieśń pochwalną i przeklinając raz po raz Szatana.

– Mówiłem, że to piekielna bestia… Szatan bracia do nas zawitał – krzyczał histerycznie gruby kanonik – Uciekajmy, chowajmy się w trumnach i kryptach, zamykajmy wieka i marmurowe płyty… Chrońmy się przed Szatanem…

– Przeklinam cię bracie Gwalbercie – syknął z mocą przeor, a wtedy nagle wszystko ucichło, rojowisko czarnych aniołów oddaliło się i zgasło, sklepienie zamknęło się z hukiem i bracia wdrapali się z powrotem na wielkie krzesła.

Uniosłem się nad podłogą, zatoczyłem dwa koła w powietrzu i popłynąłem w kierunku przeora. Złapałem jego głowę i jednym szarpnięciem oderwałem ją od tułowia i zanim bracia zdążyli się poruszyć, przeniknąłem ściany podziemi i poleciałem ku rysującym się w dali wielkim wirom upadłych aniołów. Ich pióra, jak okrycie kruków i gawronów opalizowały złociście, odbijały światło księżyca i lśniły pośród mroku. Jeszcze usłyszałem jak spod ziemi dobiega odgłos przeciągłego …Alleluia, alleluia…, jeszcze spojrzałem na moje migotliwe odbicie w tafli wielkiego stawu. Miałem czarne skrzydła, czarny tułów, ręce i nogi, a nad moją głową rysowały się potężne czerwone rogi.

SEN XXXI

z16215248IH,Cola

Hiacynt usiadł okrakiem na krześle w pustym pokoju. Zamknął oczy, zalepił pszczelim woskiem uszy i powędrował w głąb siebie. Otwierał kolejne drzwi i wchodził do przestronnych hal. Nie było w nich okien ani mebli, ściany były gładkie jak szkło i wszystkie w kolorze białym. Szedł równym krokiem i czuł jak oddala się od ciała. Nagle stanął, bo poczuł na sobie badawcze spojrzenie. Światła zgasły i ciemność spowiła całą salę, jego wzrok szukał punktu zaczepienia, ale nie udawało mu się przeniknąć mroku. Spojrzenie prześwietlało go na przestrzał, jednocześnie skanując jego całość i każdą cząstkę z osobna. Chciał się odezwać, ale nie znał słów i nie potrafił poskładać ich w zdania. Był cząstką jakiejś czarnej rzeczywistości i nie było go w niej wcale. Ogarniała go apatia i zniechęcenie, trwał nie mogąc już iść do przodu. Lekko lewitował i opadał na podłogę, znowu unosił się i znowu opadał. Jakiś niewidzialny oddech poruszał nim bezszelestnie. Z ciemności przypłynęła myśl Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie… To nie było pytanie i nie była to odpowiedź, nie był to szept ani krzyk, nie była to informacja skierowana do niego, tylko myśl Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie… Nagle coś drgnęło i hale, w odwrotną stronę, zaczęły przechodzić przez jego świadomość. Białe, puste, bez okien i sprzętów. Hiacynt wstał z krzesła i podszedł do drzwi, pchnął je lekko i wszedł do następnego pokoju. Przemierzył go szybko i stanął przed ogromnymi wrotami. Bez wahania przestąpił je i zobaczył za nimi morze falującej krwi. Wszedł powoli w głębinę i stracił poczucie czasu. Nie czuł niczego, bo krew nie miała smaku, ani zapachu, oblepiała go, a zarazem izolowała od tego, co na zewnątrz. Słyszał w sobie cichy szept Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie..Pił krew nie pijąc, ssał nie ssąc, dotykał nie czując. Zorientował się, że leci w dół – głębiej i głębiej, coraz szybciej, coraz dalej. Próbował chwytać się czegokolwiek, ale przestrzeń wokół niego była przejrzysta i bezkształtna. Nagle wszystko ustało, a krew bezszelestnie wpłynęła z powrotem do żył.

z16214290IH,Black-and-Tan
Otworzył oczy, których nie miał i zobaczył wielką, rozległą równinę. Tuż przy nim chwiały się lekko wyniosłe mięsne rośliny, czerwono-błękitne płuca napełniały się powietrzem i ulatywały w górę, coraz wyżej i wyżej. Wątroby falowały niczym podwodne gąbki i wypuszczały z otwartych porów fioletowy dym. Na długich łodygach kołysały się wyniośle pulsujące serca. Hiacynt chwycił jedno z nich, ale z piskiem zapadło się w sobie i znikło. Pod nogami, których nie czuł, chrupały mu gałki oczne i małżowiny uszu. Jego penis prężył się boleśnie bez powodu, jakby za chwilę miał pęknąć, jakby miał trysnąć galaretowatą energią. Uderzył go kantem dłoni, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Penis kwiknął po ludzku, zmalał i opadł niczym flak kiełbasy. Po chwili zanikł całkowicie i znalazł się w środku Hiacynta. Pomiędzy jego udami była teraz wyrwa, a z niej wypływała krew. Wsadził do niej palec i poczuł gwałtowne ciepło, rozlewające się w nim. Poruszył raz i drugi, a potem zaczął rytmicznie wsuwać i wysuwać palec. Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie… coś łasiło się w nim, coś wypełniało go uczuciem radości, ostatecznego spełnienia. Zdawało mu się, że biegnie przez pola i lasy, przelatuje nad górami, widzi jeziora i rzeki, drogi i kolejowe tory.

dsi_scan_monkey_brain_structure
Było mu dobrze i poczuł się jakby nagle odnalazł swoje miejsce – gdzieś tam w dali połyskiwała gwiazda. Skierował się ku niej, a im był bliżej tym wyraźniej widział, że to jest coś innego, okrągłego jak słońce, ale znacznie mniej lśniącego. Gdy zbliżył się jeszcze bardziej, zobaczył, że ma przed sobą lustro. Spojrzał i struchlał z przerażenia, bo jego penis pojawił się teraz na głowie, rozdwojony i skręcony jak baranie rogi, wystawał po obu stronach czoła. Wątroby i serca zaczęły lekko falować, a z nieba padać zaczęły coraz gęściej krople krwi. Obmywały ciało, którego nie miał i zbierały się w przestrzeni niczym bańki powietrza. Zapragnął usiąść w łodzi i ta wypłynęła z nicości. Poruszał lekko wiosłem i oddalał się w sobie, lekko, lekko, delikatnie oddalał się w sobie. Mijał cukrowe rafy i poruszające się stale ukwiały żył, świadomość chwiała się w nim lekko, lekko, delikatnie i oddalała się od niego. Wiosłował bez wysiłku i wpatrywał się w czeluść przed sobą. Raz za razem wypływały z niej wodniste, świetliste, miękkie jak ameby kształty. Wielki koń z rozwianą grzywą, otwarty fortepian, stada dzikich gęsi wydłużające szyje i gęgające krzykliwie, rytualna maska z Wybrzeża Kości Słoniowej, tramwaj oświetlony jak choinka, a nawet wzbijający się w górę jumbo jet, wielki niczym skrzydlaty płetwal. Wizje przepływały przez niego i on przepływał przez wizje, ale jednocześnie zostawały w nim i krążyły w myślach niczym samoloty, czekające nad lotniskiem na pozwolenie, na lądowanie. Dookoła wirował zmysłowy szept… Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie…

SEN XXX

s1

Wczoraj sen długo nie przychodził, a kiedy wreszcie zamknąłem dzień, otworzyła się przede mną przestrzeń, w której pełno było dziwnych stworów. Jakby nie należały do naszego świata i jakby wiedziały wszystko o mnie i o każdej cząstce ziemskiej rzeczywistości. W dali słychać było potężniejące szeptanie i niebo pokryło się szkarłatnymi chmurami. Obce istoty kłębiły się i garnęły się do siebie jak sardynki w wielkiej ławicy, poruszały kolczastymi odnóżami i zerkały na mnie jak na drapieżcę, który może się na nie rzucić. Gdy wpatrywałem się w jednego osobnika, rozpierzchały się nagle i kryły go w gęstwinie dziurawych ciał i czułek. Były jak pulsująca materia, monstrualna meduza, nieustannie zmieniająca swoje kształty i poruszająca się w rytm niewidzialnej siły. Chciałem do nich zagadnąć, ale coś blokowało mój głos, chciałem skinąć dłonią, ale nie mogłem jej unieść, coś lub ktoś zatrzymał mnie w pędzie i mogłem tylko patrzeć na to, co rozgrywało się przede mną. Nagle stwory zaczęły się szarpać i pożerać po kawałku, a jednocześnie w samym centrum pulsującej ławicy rodziły się nowe, bladoróżowe osobniki, które natychmiast przeobrażały się w większe, czarne struktury. Jeden z nich przybliżył się znacznie,  przypłynął falując jak murena, przytknął dziób do mojego czoła i zaczął boleśnie wwiercać się w czaszkę, a potem docierać jeszcze głębiej. Nie mogłem się ruszać, a niewyobrażalny ból paraliżował mnie coraz bardziej, odbierał mi siły i całą cielesność. Nagle poczułem, że cała moja świadomość, wraz z mózgiem i krwią jest wciągana do ciała ogromnego oprawcy. Jeszcze tylko przemknęła mi przez myśl wizja dalekich sadów owocowych, całych w kwiatach, wypełnionych rojowiskiem wilg, krasek i żołn, a potem wszystko zgasło, szepty ucichły i resztki bólu utonęły w smolistym mroku. Nie widziałem już, że ławica rozpadła się natychmiast, a poszczególne twory pomknęły jak kalmary ku niewidzialnym głębinom chaosu. Dopiero blady świt wyrwał mnie z matni tego snu, dopiero rozlewające się światło odsunęło ciemność i lodowaty, fioletowy chłód zmartwiałych chwil.

SEN XXIX

rebel-angels

Czarna opończa zmroku opadła na stepy i dalekie szczyty górskie i tylko maszerująca kohorta połyskiwała w dali, oświetlana blado przez księżyc. Szli równo i kierowali się ku północnej fortecy, na szczycie której widać było wyraźnie rozpalone ognisko. Czerń wdzierała się wszędzie, a w białkach oczu wojowników połyskiwały czerwone ogniki sygnałowych płomieni i srebrne denary Luny. Uderzanie sandałów o grunt rymowało się z chrzęstem nagolenników i stukaniem pochew mieczy o zbroje, a słychać też było raz po raz głośne puknięcia kopi o kamienie i piasek. Gdyby ktoś patrzył na nich z wysoka, powiedziałby, że to ogromny grot strzały, zbliża się do zamku, omija przeszkody, zakręca tak jak koleiny w drodze się wiją i mknie w dal. Legioniści marzyli o ciepłej kąpieli, o uczcie z winem i jadłem i o żądnych orgii kobietach, z którymi połączą się w miłosnym uścisku. Tylko Markus, dowódca kohorty, myślał o czekającym go spotkaniu z legatem, któremu będzie się musiał wytłumaczyć z porażki, albo zabić go ciosem nagłym i zdradzieckim. Nie mógł pokonać Germanów, bo miał za małe siły, a nawet jego zaprawieni w bojach żołnierze, załamywali się na widok ściętych głów dawnych kompanów, zatkniętych na piki, albo spuszczanych ze wzgórz wprost pod ich nogi. Walczyli jak lwy i pantery, ale wrogowie byli silni jak demony i rozkoszowali się przelaną krwią, okaleczali ich bezlitośnie i wiedzieli, że ich mrowie, może zalać każdą armię. Ileż zarośniętych, ohydnych łbów ściął w szale i zapamiętaniu bitewnym, ileż niewiast i dzieci nadział na piki, a stale przybywali nowi przeciwnicy, pchając przed sobą wozy wypełnione niewiastami i dziatwą wrogich plemion. Nie było rady, trzeba było zabijać wszystkich, bo barbarzyńcy używali ich jak barykad i taranów bojowych, a potem wyskakiwali nagle spoza nich i mordowali dzielnych mężów. To nie była bitwa, to była rzeź, w której słychać było jęk ranionych i zabijanych i dziki wrzask wrogów, ruszających do ataku. Nie było rady, wahał się dosyć długo, aż w końcu, przybity i zdruzgotany, postanowił dać hasło do odwrotu. Łatwiej było zabijać niewielkie grupki pościgowe, niż walczyć w polu z potężniejącą stale i ziejącą nienawiścią masą. Teraz stanie naprzeciw legata i będzie musiał zdać relację z tego, czego dokonał i jakich rozkazów nie wypełnił – wiedział, że szybko będzie musiał ocenić sytuację, bo pamiętał, iż wiele razy ścinano głowy nawet najpotężniejszym senatorom. Kohorta stanie za nim murem, ale może w fortecy stacjonują już większe oddziały, wierne temu, którego imperium ustanowiło zarządcą tych ziem. Jeszcze mila i wszystko stanie się jasne, jeszcze dwa tysiące kroków i wyciągnie uniesioną dłoń w górę, potwierdzając swoje oddanie i wierność cesarzowi. Czy zarzucą mu wtedy sieć na głowę, czy strzelą do niego z łuku, a może zza kolumny wysunie się skrytobójca, który podbiegnie do niego i błyskawicznie oddzieli jego głowę od reszty ciała. Rozmyślał i tonął w smutkach, zerkał co chwilę na potężniejący kształt budowli, dziwnie odległy i ziejący chłodem. Byli już bardzo blisko, gdy zobaczył, że na murach pełno jest zakapturzonych postaci z czerwonymi ślepiami, połyskującymi w mroku jak rozpalone kawałki drewna w ognisku. Z wyniosłej wieży spływały na dół ogromne, oślizłe ramiona ośmiornicy, na których rozwierały i zamykały się błękitne przyssawki, a wyżej ledwie rysowała się w ciemności potężna głowa z inteligentnymi oczyma. Ze środka twierdzy, aż do nieba, sunął w górę ogromny lej, w którym kotłowały się skrzydlate geniusze i demony z rogami na głowie. Jakieś potworne, czarne ptaki, wielkie jak wozy drabiniaste, nadlatywały na nich i krakały przeraźliwie. Ale w powietrzu unosiły się też ryby kraby, jaszczury, gryfy, wielkie jak łodzie karaluchy i modliszki, a czasem, jak sztandar bojowy, rozjaśniły mrok złote, motyle skrzydła. Nie zdążył wykrzyknąć rozkazu, żołnierze nie ustawili przed sobą i nad głowami tarcz, a już masa stworów i przeraźliwie krzyczących, skrzydlatych wojów zalała ich i zaczął się mord. Nad dowódcą zawisł wielki biały archanioł, który przyjrzał mu się dokładnie, uśmiechnął się lekko, a potem świsnął wielkim, płonącym mieczem i w jednej chwili wszystko zgasło, wszystko ucichło, rozmyło się w amarantowym śnie.

ALEJA KLONÓW (9)

Rano, krótko po przebudzeniu pobiegłem do pobliskiej piekarni kupić świeży, gorący chleb. W sklepiku stała kilkuosobowa kolejka. Dowiedziałem się, że pieczywa jeszcze nie ma i zdecydowałem się powędrować na zaplecze. Zaspany i ociężały przeszedłem niewielkie podwórko i poprzez niedomknięte drzwi wsunąłem się do piekarni, z której dolatywał cudowny zapach pieczonych żytnich bochnów. Już za drzwiami usłyszałem ledwie uchwytne pochrząkiwanie świni biegającej po podwórku, ale uznałem to za ostatni senny omam. Stanąłem w przedsionku, z którego schodami schodziło się do głównego pomieszczenia piekarskiego. Szeroko otwartymi oczyma patrzyłem na pracujących piekarzy i pomocników. Jedni ugniatali na drewnianych stołach ciasto i formowali je w bochny, posypywali makiem i kładli na wąskich deskach zakończonych drągiem, a inni brali tak zaopatrzone podkłady i wsuwali je do pieca. Jeszcze inni wyciągali wypieczone bochenki, układali je na długiej desce, którą co jakiś czas pomocnik piekarski delikatnie zarzucał na ramię i przenosił przez podwórze do sklepiku. Zapach pieczonego chleba wypełniał szczelnie każdą szczelinę tego rozległego pomieszczenia i nieodmiennie przywoływał myśl o jedzeniu. Przełykałem mimo woli ślinę i jadłem w myślach gorący, chrupiący chleb.

– Uciekaj stąd, bo cię wsadzę do pieca – zawołał z dołu przysadzisty piekarz i pogroził mi ręką upapraną w cieście.

Pomyślałem, że to żart, uśmiechnąłem się, wsadziłem wskazujący palec do buzi i patrzyłem dalej. Nagle inny piekarz uformował w dłoniach niewielką kulkę z ciasta i lekko rzucił nią we mnie. Kulka rozbiła się na ścianie nieopodal mojej głowy. Śmiertelnie przerażony wybiegłem z piekarni wprost pod nogi świni, którą zwabił pod drzwi zapach pieczonego chleba. Krzyknąłem w przestrachu i zacząłem rozpaczliwie płakać. Świnia zlękła się nie mniej ode mnie i odbiegła z kwikiem na drugi koniec podwórka. Jeszcze szlochający, ze łzami w oczach i na policzkach wszedłem do sklepu.

– A ty czego ryczysz? – zapytała sprzedająca chleb żona piekarza.

– Ciasto… świnie… uciekła – szlochałem bez składu.

– Ugryzła cię świnia? – pytała dalej piekarzowa.

– Nie, świnia… – nie mogłem wydusić z siebie innych słów.

– Wystraszyła go świnka na podwórku – ze śmiechem powiedziała jakaś kobieta w kolejce.

– Nie płacz, nie płacz… co chciałeś…? – spytała piekarzowa.

– Chleb… chleb… – wydukałem.

Gruba kobieta sięgnęła z górnej półki pięknie wypieczony, gorący jeszcze bochenek, wzięła ode mnie pieniądze, pogłaskała mnie po główce i odwróciła się do pierwszej osoby w kolejce.

Biegłem do domu jak na skrzydłach. W dali nad gałęziami klonów widziałem stada ogromnych ptaków lecących w stronę czerwieniejącego na wschodzie nieba. Zatrzymałem się na chwilę i przyglądałem się czarnym strzępom pomiędzy lampionami  klonowej jemioły, przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę. W domu mama ukroiła mi pajdę gorącego jeszcze chleba i posmarowała solonym masłem. Jadłem, a roztopione masło ściekało mi po brodzie. Myślałem o zamordowanej świni, o czarnych ptakach, bochnach chleba wsuwanych do pieca w piekarni i o niebie czerwieniejącym łagodnie na wschodzie. Myślałem o tym wszystkim i łączyłem w świadomości ze smakiem solonego masła. Zjadłem szybko pierwszy kawałek i poprosiłem o następny. Mama przygotowała mi też kakao, które wypiłem powoli, jakby to był najwspanialszy napój świata. Później przez całe moje życie śniadanie to stało się dla mnie samą istotą smaku, czymś tak nieziemsko wspaniałym, ze aż trudnym do wyobrażenia, wracającym wiele razy w myślach i snach. To chyba sól tak bardzo mi smakowała i to cukier, rozpuszczony w mleku, był tym nieziemskim odczuciem. Dzień minął szybko i położyłem się spać. Usnąłem prawie natychmiast. Jeszcze tylko w mojej świadomości zamajaczył jeden czarny ptak, usłyszałem jakieś wysokie dźwięki, a na języku zaiskrzyły się receptory smakowe dając wrażenie rozpuszczającego się kryształka soli i rozpłynąłem się w niebycie.

Momentalnie stanąłem na brzegu czarnego korytarza, czując, że w mroku czai się nienawistne, upostaciowane zło. Mój wzrok zaczął przyzwyczajać się do ciemności i po chwili zobaczyłem monstrualnego gawrona, znacznie większego od mojego psa. Miał głowę zakonnicy w czarnym welonie i czerwone łapy warana zamiast skrzydeł, uśmiechał się lubieżnie i wskazywał wzrokiem ciemność. Przemogłem się i wkroczyłem do korytarza, idąc wolniutko i trzymając się ściany, aż dotarłem do miejsca, gdzie zaczynało się odgałęzienie, prowadzące na strych. Tutaj, oparty o poręcz stał żołnierz piechoty w mundurze jak na portretach dziadka i w dziwacznym, płaskim hełmie. Zamiast prawej nogi miał węża, wijącego się wokół własnej osi i syczącego przeraźliwie, a do tego wpatrującego się żółtymi ślepiami we mnie. Gdy wysunąłem się zza załomu, piechur zasalutował jakby zobaczył samego generała, a mieniący się kolorami tęczy gad zastygł w bezruchu, wysuwając tylko co chwilę rozwidlony język, jakby zaraz szykował się do ataku. Odgarnąłem ręką tę wizję, tak jakbym odsuwał kolejną, grubą kotarę i zacząłem powoli wchodzić po schodach na piętro. Gdy byłem w połowie drogi i mogłem już sondować dalszą część pomieszczenia ze stopniami, zobaczyłem, że u wejścia na strych stoi do mnie tyłem jakaś postać w czerwonym ornacie. Serce waliło mi jak młotem, ale wspinałem się coraz wyżej i wkrótce stanąłem o dwa metry od drzwi i kapłana, nie zwracającego na mnie uwagi. Nie wiedziałem co robić, bo tej postaci przeraziłem się najbardziej. Wreszcie mężczyzna drgnął i odwrócił się do mnie, prezentując zamiast brzucha ruchome wnętrzności, w których kłębiło się czarne robactwo, jaszczurki i niewielkie żmije. Uniosłem głowę ku górze, a rozmazana twarz zaczęła się wyostrzać, nad czołem powoli potężniała wielka mitra z koszyka, ze znakiem odwróconego krzyża. Miał teraz w prawej dłoni długi kij zakończony płaską łychą, podobny do tych jakie widziałem w piekarni, ale na końcu, zamiast chlebów, tkwiły i nie spadały na dół, dwie srebrzyste, śnięte ryby. Wreszcie wyodrębniłem twarz z mroku, zobaczyłem lśniące oczy, ten sam podbródek i nos i przerażony, zdruzgotany, z krzykiem nieludzkim rzuciłem się do ucieczki.

SEN XXVIII

Stanąłem u wrót wielkiej doliny. Po lewej stronie brązowo-czarne wzgórza podążały w kierunku horyzontu, po prawej zaczynała się żółto-czerwona pustynia, a środkiem biegł wyboisty trakt, wijący się jak wąż i stale znikający za podwyższeniami terenu. Środkiem drogi szły równe szeregi więźniów, ubranych w poszarpane łachy, bosych, zarośniętych i cuchnących. Co sto metrów jechał na wielkiej, złotej iguanie strażnik z głową bielika i słychać było pieśń zespołu Budgie pt. Parents: When I was a little boy, they would say to me/ Don`t go in the world and play, it`s bad company/ All they had was child and faith,/ Let him grow and let him wait/ Just to find what it was to be free/ Now I`m over twenty one, growing up I`ve had my fun/ And I know it`s got to be/ Baby lying in a womb, are you free or in a tomb?/ Let me in I feel I wanna cry, a gdy zaczynały się solówki gitar, krajobraz ciemniał jakby niewidzialna ręka manipulowała przy obrazie, pojawiającym się na wielkim ekranie. Z przodu i na końcu pochodu jechały mosiężne chińskie wozy bojowe, a ich woźnice raz po raz uderzali biczem w spracowane konie. Na zachodzie, tuż nad ostrzem horyzontu, pojawiła się czerwona plama, która na obrzeżach jątrzyła się w różach, fioletach i seledynach, powoli poszerzając się i zakrywając coraz większą część nieba, odbijając się w taflach szklanych skał i opalizujących czernią tafli nefrytu. Skazańcy szli miarowo, ale czasem przystawali, gdy towarzysz padał z wycieńczenia, albo gdy pomiędzy szeregi wkraczała iguana i wściekle kąsała tych, którzy byli bliscy omdlenia. Gdy wyrywała im strzęp mięsa z ramienia lub uda, natychmiast się prostowali i szli dalej, zaciskając zęby z bólu i wykrzywiając twarz w strasznym grymasie. Cesarz patrzył na pochód z wysokości swojego paradnego wozu, przygładzał brodę i nerwowo poruszał kącikami ust. Wreszcie przywołał szambelana i nakazał mu zgładzić wszystkich po doprowadzeniu na miejsce zwane Pusta Czaszka. Już nadciągały brygady zaciężnych żołnierzy, już kierowały się ku wskazanemu celowi, gdy nagle rana na niebie pękła z trzaskiem i zaczęła wylewać się z niej galaretowata czerwona maź. Wszędzie czuć było zapach świeżej krwi, siarki i spalenizny, a dziwna substancja spowiła wzgórza i skały, przelała się przez najwyższe szczyty i podążyła w stronę cesarza i ciężkich wojsk. Muzyka tężała i brzmiała jakoś inaczej, w coraz niższych tonacjach, jakby niewidzialni muzycy grali ją na coraz wymyślniejszych instrumentach. Na wzgórzu zaczął się dziki popłoch, ale nic już nie można było zrobić, maź dotarła do karnych szeregów i natychmiast odebrała siły wszystkim. Władca gasnącym wzrokiem ogarnął niebo i zobaczył amarantowego smoka, patrzącego wielkimi, niebieskimi ślepiami na niego. Chciał się jeszcze szarpnąć, chciał zerwać się z siodła, ale nic nie mógł zrobić, powoli i bezpowrotnie osuwał się w ciemność. Smok zawrócił natychmiast, pociągnął za sobą galaretę, wchłonął ją niczym powietrze i podążył ku północnym krainom, daleko za ostatnie srebrne szczyty, białe granie i kryształowe wąwozy. Oh that road is there/ Oh that road is there/ Come on back, back…

SEN XXVII

Ten sen miał najpierw strukturę owocu granatu… Przeciskałem się z przestrzeni do przestrzeni, przechodziłem z sektora do sektora, jakbym opuszczał kolejne kuleczki, wypełnione lepkim sokiem albo krwią. Wszystko było czerwonawe, bolesne, jakby egzystujące na krawędzi światów – wszystko zawisało w strukturach przypominających galaretę z osocza, rozciągało się, wydłużało i kurczyło się nieustannie. Moja twarz odbijała się w kolejnych amarantowych plastrach, które zsuwały się gdzieś w dół, albo znikały w dali, czasem wirowały w górze i znikały nie wiedzieć gdzie. Nagle znalazłem się na zewnątrz owocu i usłyszałem natrętne, narastające i oddalające się, brzęczenie pszczoły krążącej wokół niego. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem wychudzonego słonia na owadzich nogach, przemykającego przez morskie płycizny, rysującego się wyraziście na tle lazurowego nieba. W dali widać też było skaliste wysepki, które kiedyś widziałem u wybrzeży Katalonii, multiplikowane na grzbiecie sennego zwierzęcia, u prawego boku i z przodu, jakby kamienność gwałtownie wkradała się do tej przestrzeni, natychmiast stając się kontrapunktem dla wirów, różowych mgieł i seledynowych oparów. Wszystko mutowało, stale zmieniało swoje kształty, stale też czaiło się gdzieś zagrożenie, jakiś gotowy do strzału karabin, jakaś groza krwi przelewanej jak sok granatu, jakieś wysypujące się z niego czerwone komórki, mające swoją integralność i natychmiast stające się ruchomym wszechświatem. Odgłos skrzydeł pszczelich narastał, a z rozerwanego owocu powoli wypłynął kształt pradawnej ryby głębinowej. Rozległ się krzyk rybołowa albo samego Szatana, powietrze pękło i z paszczy rybiej wyszły, uderzając ogonami na boki i rycząc przeraźliwie, dwa bengalskie tygrysy. Karabin samoczynnie skierował się ku dołowi i wskazał nagą kobietę, wiszącą w magnetycznym oddechu, tuż nad płaską skałą. Jej erotyzm był trupi, jakby zaznała rozkoszy i zaraz umarła z rękoma pod głową i nienaturalnie podwiniętą prawą nogą. Tygrysy ryczały i chciały się na nią rzucić, kula karabinowa nie wylatywała z lufy, a tuż przy ciele zawisły dwie krople morskiej wody. Może był to sen spowodowany lotem pszczoły wokół jabłka granatu, na sekundę przed przebudzeniem, a może roiły mi się w głowie dale niemożliwe, nieustannie umykające i powracające w nowych sekwencjach barwnych. Gdzieś wysoko, gdzieś głęboko był byt, który czuwał nad tym wszystkim, stale kontrolował przepływ informacji, nie pozwalał tygrysom rzucić się na kobietą. Utrzymywał w zawieszeniu światy, znał dogłębnie strukturę kobiecej skóry, sierści kota, granatu i kamienia, a nade wszystko przenikał myśli malarzy, słoni na owadzich nogach i moje. Był snem we śnie i niemożliwą refleksją, stawał się czasem i przestrzenią, znosząc w każdej chwili ich ograniczenia, był nie istniejąc i nie było go w jakże realnym i konkretnym bycie.

ALEJA KLONÓW (8)

Prawie dorosłe dziewczyny, Mela i Jola, mieszkały nieco dalej, w głębi podwórka, tuż za domem pięknej żony złotnika Rozenfelda. Obie były bardzo urodziwe, ale jak to często bywa u sióstr prawie w tym samym wieku, różniły się od siebie w jakiś trudny do uzasadnienia sposób. Mogłem je podziwiać latem w całej krasie, gdy wcześnie rano, myśląc, że nikt ich nie widzi, wychodziły do linki z praniem i ściągały z niej swoje czyste ubrania. Siadałem przy ścianie i z ukosa przyglądałem się ich młodym ciałom, rozwianym włosom i dynamicznym ruchom. Mela była wiotka i miała delikatnie zarysowane piersi, które lekko podnosiła do góry specjalnym stanikiem. Jasne włosy najczęściej zaplatała w dwa warkocze, zwieńczone kolorowymi wstążkami, które fruwały w powietrzu przy każdym jej ruchu. Długie, szczupłe uda harmonizowały z wiotkimi rękoma i ramionami, a skórę miała zawsze lekko opaloną i lśniącą, jakby namaszczoną kremem lub oliwą. Sięgając po pranie, rozstawiała szeroko nogi i sięgała ku lince stając w pozie greckiej bogini wojny. Każdy jej ruch był dynamiczny i sprężysty, głęboko przemyślany, ale ostatecznie skończony jak atak czarnej pantery, jak przelot wilgi pomiędzy gałęziami wiśniowego drzewa. Najbardziej lubiłem gdy wspinała się na palce, a jej koronkowe majtki unosiły się lekko ku górze i odsłaniały część pośladków. Jeśli stała do mnie przodem, wyraźnie rysowały się pod nimi gęste, jasne włosy łonowe, przechodzące leciutko aż na pachwiny. Ile to razy śniło mi się, że zagłębiam usta w tym miejscu, ile razy wyobrażałem sobie, że szybko urosłem i zostałem mężczyzną wiotkiej Meli. Lubiła mnie bardzo i często brała za rączkę, prowadząc do sklepu albo na lody, nie wiedząc, że płonął we mnie ogień pożądania. Czasem, przy przejściu przez ulicę, brała mnie na ręce, a ja niby to przypadkowo opierałem rękę o jej piersi, albo zawieszałem ją na ciepłym ramieniu. Dla niej byłem tylko małych chłopcem, aniołkiem z marzeń o własnym potomstwie, więc często całowała mnie w usta, dotykała wargami mojego czoła, nosa, rzęs, a raz nawet poczułem jak jej język prześliznął się po mojej szyi, tuż przy uchu.

Jola miała długie, gęste, ciemne włosy, które najczęściej nosiła rozpuszczone albo splecione w jeden gruby warkocz z tyłu głowy. Jej skóra była biała jak mleko i tylko latem nieco czerwieniała od promieni słonecznych, nigdy jednak nie przybierała koloru brązowego. Ogromne piersi eksplodowały pod bluzkami, albo wylewały się z biustonoszy, gdy także nieświadoma, że obserwuje ją mój ojciec lub ja, podbiegała do prania i szybko ściągała swoje stroje. Wszystko miała zaokrąglone, ale daleko jej było do otyłości, bo kształtność i harmonia układały się w całość niezwykłą i pociągającą. Miała również długie nogi i wiotkie ręce, ale były one nieco obszerniejsze niż u siostry, jakby natura powiększyła wszystko o jeden numer. Dziewczyny ubierały się w inne suknie i swetry, nosiły kontrastowo różne spódnice i pończochy, nigdy nie pożyczając od siebie niczego. Ciało Joli leciutko falowało, a choć nie miała nawet jednej fałdki na brzuchu, to jej pośladki i mięśnie ud poruszały się przy każdym ruchu, jakby przelewając się lekko w znaczącym, bezecnym tańcu. Serce stawało mi w piersiach i przestawałem oddychać, gdy poprzez delikatne, białe figi prześwitywała czarna kępa włosów, a pod stanikiem czerwieniły się nabrzmiałe sutki. W każdym ruchu i geście Joli było zaproszenie i skrywane pod gładkością i delikatną powierzchownością, dzikie wołanie: weź mnie… zniszcz wszystko… zdruzgotaj mnie… Czułem to, gdy siadała na ławeczce, brała mnie na kolana i z upodobaniem głaskała po głowie, gładziła moje rączki albo przytulała do falującej piersi. Raz nagle rozpłakała się przy tym, szybko pocałowała mnie w czoło, odrzuciła swoje włosy do tyłu i spłoszona pobiegła do domu. Nie wiedziałem o co chodzi i też zrobiło mi się markotnie, serce załkało z bólu, jakbym przeczuł coś strasznego. Dopiero po jakimś czasie zobaczyłem, że dziewczyna w szczególny sposób reaguje na widok mojego urodziwego ojca, a ja jestem dla niej jakby jego cudowną namiastką. Mogła mnie bezkarnie dotykać, czesać moje włosy swoim grzebieniem, zapinać guziki koszulek, a nawet podciągać zamek rozporka, który zsuwał się samoczynnie i odsłaniał to, czego się bardzo wstydziłem.

Jeden sen, z tamtego czasu, zapamiętałem szczególnie i potem próbowałem go sobie jakoś wytłumaczyć. Byłem w nim dzieckiem, a zarazem moim ojcem i leżałem na wielkim łożu, w kształcie łodzi, okrytym czerwonym jedwabiem. Dookoła przepływały kolorowe mgły, jakieś ciepłe opary, chmury błękitu i żółcienia, zieleni i fioletu, a czasem migotały w przestrzeni plamy złota i srebra, falowały amaranty, seledyny i lazury. Do łodzi zbliżały się dwie okryte tiulem kobiety i szybko zrozumiałem, że to Mela i Jola, choć ta druga przeistaczała się czasem w Żydówkę Polę. Przysiadły na brzegu łoża, odrzuciły półprzezroczyste okrycia i przysunęły się do mnie, tuląc się jak kotki, ocierając się o skórę i muskając moje dziecinne ciało. Chciałem uciekać, a zarazem, w tej samej chwili, zmężniałem i przebiegałem ogrom czasu, stając się moim ojcem i gotowym do miłości młodzieńcem. Mela całowała leciutko moje brwi, a Jola gładziła stopy, wodząc po nich najmniejszym palcem prawej dłoni, dotykając kolan i ud, a czasem docierając do innych, ciemnych zakamarków. Jakże czułem się dorosły w tym śnie i jak pragnąłem tych kobiet, ale gdy tylko zaczynałem je pieścić, spadałem z impetem ku świadomości dziecka, zaczynałem łkać i chciałem jak najszybciej uciec. Wtedy Mela i Jola zmieniały się w monstrualne, rogate bestie, ryczące nade mną i szarpiące moje ciało – wtedy nagle barwy wokół mnie gasły i napływała czerń, na pościeli pojawiały się plamy krwi, a mój krzyk nie mógł powstrzymać oślizłych i żarłocznych chimer. Obudziłem się przerażony i natychmiast pobiegłem w ciemności do łóżka rodziców, a potem z zamkniętymi oczyma, po omacku, wtuliłem się w śpiącą mamę. Ciepło i miarowy oddech powoli mnie uspokajały, ale kiedy otworzyłem oczy, zamarłem w przerażeniu. Leżałem przy Joli, okrwawionej jak zabita impala, a obok niej prężył się mój ojciec, który miał oczy czarnego lamparta i ostre pazury zamiast dłoni. Spojrzeli na siebie i kiwnęli znacząco głowami, a potem czerwony tiul przesłonił wszystko, słyszałem jakieś głosy, porozumiewawcze szepty, szuranie nóg i wreszcie lekkie trzaśnięcie drzwi. Leżałem znowu w swoim łóżku i ojciec pochylił się nade mną, pogłaskał mnie po głowie, okrył kołdrą i powiedział:

 – Śpij, coś złego ci się przyśniło… ale teraz już dobrze… śpij spokojnie…

Zamknąłem oczy i znowu zobaczyłem Melę i Jolę, tym razem siedzące przy mnie jak boginie opiekuńcze, całe w złotej biżuterii, z cennymi klejnotami w wielkich diademach i trzymające mnie za ręce. Gdzieś daleko rozległ się odgłos smutnej kołysanki o dziecinie Rosemary, spostrzegłem jeszcze jakieś ruchome cienie i szybko pogrążyłem się w błogim nieistnieniu.

SEN XXVI


Jakieś czarne strzępy i porwane wyblakłe sztandary łopotały w rozpłomienionej przestrzeni, pełnej dymów i zgliszczy, zasnutej gęstą mgłą i rozszerzającej się ku innym kalekim światom. Nad mrocznym lasem rozpaliła się czerwona łuna gasnącego słońca, a nad horyzontem, widocznym tylko w jednym miejscu, pomiędzy ruinami, lśniły lazury i amaranty, eksplodowało rozżarzone złoto. Stałem na niewielkim wzgórzu, wsparty o pień drzewa i bystro lustrujący dziwne ruchy w dali, jakby falowanie czarnej materii, uderzanie o brzegi kłębów dymu i pary. Nad tym rojowiskiem unosiły się wielkie ptaki, przypominające kawki i gawrony, ale zachowujące się jak mewy i rybitwy, wzlatujące co chwilę w górę jak wielkie szerszenie.  W moich myślach pojawiały się batalie ostatnich dni i przemykały fantomy tragicznych zdarzeń, okruchy słów, jakieś gesty i krzyki, ale przez to wszystko przeciskała się odmawiana po łacinie modlitwa. Nie wierzyłem, że przetrwam, ale czekałem z niecierpliwością na to, co nadejdzie, oddałem się cały wierze w cud. Falujące stada  przybliżały się coraz bardziej i mogłem już wyodrębnić z nich przedziwne twory, jakby rodem z innego świata. Zawisały nade mną i otaczały mnie, przekazując sobie wiadomości bezgłośnie, czasem odlatywały na jakąś odległość, by szybko wrócić i jeszcze bardziej się zbliżyć. Szum ich skrzydeł był jak mowa nienawiści, a monotonne mruczenie i wysoko artykułowane piski dopełniały grozy tej chwili. Zrzuciłem z ramion szkarłatny płaszcz, uniosłem w górę złoty, rozpalony w słońcu miecz i czekałem na pierwszy atak. Z boku nadleciał wielki szerszeń i zawisł kilka metrów nade mną, wpatrując się w moją broń i sondując przestrzeń wokół mnie. Nagle uniósł się wyżej, zatoczył koło, ruszył w dal i pociągnął za sobą całe rojowisko. Usiadłem na wielkim głazie, odrzuciłem miecz, wlepiłem oczy w ziemię i właśnie wtedy, z drugiej strony spadły na mnie razy, zostałem porwany w powietrze. Pracownice zaniosły mnie do wielkiego gniazda, oblepiły woskiem i miodem i rzuciły na kupę innych, jęczących i płaczących ludzi. Zrozumiałem, że nadeszła ostatnia chwila, ale nie traciłem przytomności i odważnie czekałem na nadchodzące wydarzenia. Nagle wielka eksplozja rozerwała rój, a ja znalazłem się przez chwilę w powietrzu, a potem lekko opadłem na biały puch, który teraz  ścielił się na ziemi. Uniosłem oczy ku górze i zobaczyłem archanioła w złotej zbroi, wskazującego rozognionym mieczem gwiazdy na niebie. Gdzieś tam w dali, pośród granatu i czerni, lśniła wyraźnie konstelacja Oriona, daleka i jakże bliska, nierealna i wnikająca lekko w moje myśli. Usłyszałem przejmujący dźwięk trąby i już mknąłem ku niej z szybkością światła, stawałem się cząstką stworzenia, stale ewoluującą drobiną ożywionej materii – znakiem walki przedwiecznej i wciąż toczącego się ostatecznego starcia.

« Older entries

%d blogerów lubi to: