FINAŁ EURO

Myślałem, że Niemcy poradzą sobie z Hiszpanią w finale, bo to jest drużyna, która potrafi się mobilizować na wielkie wydarzenia.  No, ale tym razem byli stremowani, bezbarwni i popełniali sporo błędów. Kompletnie zwiedli Klose i Podolski, których nie było praktycznie widać, a wpuszczeni później inni napastnicy, także niczego nie wnieśli do gry. Ballack chyba rzeczywiście odczuwał skutki kontuzji, bo nie potrafił w swoim stylu dyrygować grą. W przekroju całego turnieju Niemcy nie zachwycili, a gdyby przeciwnicy byli lepsi, odpadliby szybciej z gry. Natomiast Hiszpania miała dynamiczna drużynę, która jednakże nie zaprezentowała futbolu finezyjnego, takiego jaki ogląda się na boiskach zespołów klubowych. Jeśli miałbym wskazać najlepszy zespół, to jednak byłbym za Holandią, która niestety potknęła się i nie przeszła dalej, ale prezentowała piłkę nożną na najwyższym światowym poziomie. Dobrze, że Euro sie skończyło, bo czeka sporo pracy, a zbliżające się mecze ogromnie mnie dekoncentrowały. Dzisiaj też zapowiada się mój ważny dzień, bo odbieram Złoty Krzyż Zasługi RP – takie chwile niezwykle mobilizują mnie do walki.

Reklamy

GRECJA (2)

W malarstwie Elli Thity panuje atmosfera smutku, zapatrzenia w dal, szlachetnej greckiej nostalgii. Artystka patrzy na świat i oddaje na swoich płótnach, to co odbija się w tęczówce oka, ale równocześnie dekoduje w swoich przedstawieniach głębię i tajemnicę natury, człowieka, sakralnej budowli. Efekt taki uzyskuje, wykorzystując do tego celu monochromatyczne tonacje barwne i rozmycia walorowe. Widać, że znaczący wpływ na jej malarstwo wywarła ikona, jej symbolika i jej centralne miejsce w rodzimej tradycji. Dlatego maluje kobiety o charakterystycznych greckich rysach, które są jak Madonny, jak bolesne matki cierpiące na brzegu morza, w oczekiwaniu synów, nie wracających z połowu, jak matki płaczące po stracie córek, które odeszły za góry, na inną wyspę, do odległego świata. Często też Madonny Thity patrzą jakby w głąb siebie – jakby w głąb człowieczeństwa. To są diagnozy stanu świadomości i samoświadomości, to jest otwieranie głębi, które zakryte są na co dzień przed ludzkim wzrokiem. Artystka stosuje też na swoich płótnach efekt kręgów, rozchodzących się, lub  skupiających się w jednym miejscu.  Wtedy światło i barwa zbiegają się w polu wybranym przez artystkę i wtedy też pojawia się tajemniczość, która każe patrzeć na kreowane przestrzenie jak na krajobrazy pośmiertne, albo prenatalne. Artystce udało się oddać na płótnach to, co w greckiej kulturze i sztuce jest niepowtarzalne – owo bolesne sąsiedztwo archaiki i współczesności. To dlatego, przedstawiony na jednym z płócien kuter, zdaje się odpływać w dal czasu, to dlatego Madonny wychylają się z pulsujących barw a greckie posągi nie mają twarzy i milcząco rysują się w perspektywie matki matek. Wszystko tutaj zastyga, jakby czas nie istniał, wszystko przypiera posągowe kształty, jakby przyspieszony został proces kamienienia, jakby cała natura sztywniała po śmierci Boga.

Najczęściej pojawiają się na tych płótnach krajobrazy morskie, skaliste brzegi i łodzie płynące ku odwiecznemu kresowi. Obrazy Thity bolą, tak jak boli nadwrażliwy byt artysty, człowieka widzącego więcej, szerzej i głębiej. Ale przecież jest też w nich coś krzepiącego – jakby potwierdzenie szlachetności ludzkiego rodu i umieszczenie go w obrębie rozległego sacrum kulturowego. Potwierdzenie, że każda cząstka natury jest uświęcona w bólu i cierpieniu, w zapatrzeniu i smutku, a wreszcie w modlitwie i oddaniu niezmiennym od wieków i tysiącleci prawom przemijania. W morskiej wodzie i na murze świątyni, w mgłach i chmurach, w poblaskach światła i gamach rozstrzelonych przez krople barw – w tym wszystkim odciska się ś w i ę t o ś ć.  Każda cząstka przestrzeni ma swoją energię, każda chwila ma eternalny wymiar. Człowiek żyje, nie zdając sobie sprawy z tego, w jakich rytuałach nieustannie uczestniczy; działaniom jakich sił jest poddawany. Thita opowiada w swoich obrazach historię człowieczeństwa, uwikłanego w grę sprzecznych żywiołów, człowieczeństwa nieustannie poszukującego swojego miejsca i nieustannie tracącego grunt pod nogami. Czyni to subtelnie, delikatnie operując światłem i barwą, stosując zasadę minimum środków i maksimum treści. Grecka dusza i grecka natura odciskają się w tych przedstawieniach niczym skrzydła ptaka w prehistorycznym kamieniu. Patrząc na te żałosne Madonny, na zjawiskowe rybackie łodzie, na fakturę światła i barwy, widz ma wrażenie, że przenosi się gdzieś na nieistniejącą wyspę, gdzie bogowie przechadzają się dostojnie pośród ruin świątyń i domów. Tam stale trwa boska dysputa i stale ktoś przychodzi, by spytać kim jest człowiek, dokąd prowadzą jego drogi, jaki jest sens jego egzystencji. Bogowie milczą i wymownie patrzą w dal. Tak jak Madonny Elli Thity, jak jej greckie posągi, symboliczne owoce i kamienie nadbrzeżne. Artystka tworzy swoje sakralne przestrzenie, bo świętość jest potwierdzeniem, że istnieje byt idealny. Tak jak istnieje idealny świat, idealna przestrzeń wspomnień i pragnień – przestrzeń smutna, jak pieśń Neny Venetsanou o wyspach na Morzu Egejskim, żałosna, jak łza spływająca po policzku matki,  bolesna jak śmierć syna, ale też święta, jak samo życie. Święta jak grecka śmierć.

DZIEŃ CZERWONEGO MOTYLA

Dzisiaj wydarzył się wspaniały dzień. Wstałem wcześnie rano, ale wyspałem się należycie. Włączyłem koncerty Vivaldiego na mandolinę, trąbkę i skrzypce i położyłem się na kanapie z książką w ręku. Zwykle rano, gdy nie muszę niczego szybko napisać, oddaję się lekturze przez godzinę lub dwie, tak długo jak trwają utwory muzyczne na płycie. Stawiam obok siebie dużą szklankę z dobrą wodą mineralną i czytam, popijam i czytam. Tym razem wróciłem do Alchemika Paolo Coelho. Ma to związek z przygotowywanymi wykładami o jego pisarstwie, które wygłoszę w moim uniwersytecie w przyszłym roku, a jest jeszcze jeden związek, o którym na razie nie chcę mówić. Lubię tę prostą narrację słynnego Brazylijczyka i traktuję jego książki jako rodzaj całkowitego odprężenia, odejścia na chwilę od moich projektów pisarskich. Po lekturze poszedłem na długi marsz do miasta, bokiem mojego osiedla i potem przez lasy. Coelho mówi, że Bóg zsyła nam znaki, więc ja bacznie ich wypatruję. Może znakiem tego dnia był mały czerwony motylek, którego spostrzegłem ze trzy, cztery razy w różnych częściach miasta, lasu, łąki pomiędzy arteriami. Chmurzyło się i po dwóch godzinach wędrowania spadły duże krople deszczu, ale prawdziwa burza zaczęła się dopiero w drodze powrotnej, gdy siedziałem już w autobusie linii numer siedemdziesiąt. Wszedłem na chwilę do uczelni, wziąłem jakieś potrzebne papiery, usiadłem na Gdańskiej w ogródku piwnym i strzeliłem w samotności jedno Tyskie. Ostatnio wystarcza mi małe piwko i dużo, dużo wody mineralnej, teraz też mam ją przy sobie i co jakiś czas popijam. Najbardziej lubię Evian i Vittel, zawsze bez gazu, ale czasem piję też naturalnie gazowaną Borjomi lub Muszyniankę. Wychodząc z uczelni znowu zobaczyłem na trawniku czerwonego motylka, a rzut oka na niebo pozwolił mi zorientować się, że zbliża się jakiś chmurny kataklizm – odcienie granatu i ultramaryny, a gdzie niegdzie wręcz czerni, nie wróżyły niczego dobrego. Wsiadłem do tramwaju i jadąc z powrotem do domu rozmyślałem o znakach i linii życia, o nieustającym zachwycie nad naturą i na łączności wszystkich i wszystkiego. Po powrocie do domu zjadłem nieco gotowanego bobu, wypiłem barszcz i przespałem się godzinkę. Teraz, po ukończeniu tego wpisu, wezmę się za e-maile, a potem – już się na to cieszę – znowu lektura, muzyka Vivaldiego lub Telemanna i woda mineralna. Wspaniały, spokojny, pełen wielkich zdarzeń dzień. Nazwę go dniem czerwonego motyla…

JOANNA JĘDRZEJEWSKA-BAŁDYGA

Poezja Joanny Jędrzejewskiej-Bałdygi (1946 – 2010) jest łagodna i delikatna, czasem refleksyjna, czasem gorzka i smutna, ale zawsze nastrojowa i żarliwa. Jej uświęconym obszarem jest miłość, wokół której wszystko się obraca i która wyznacza horyzont kolejnych dni, wieczorów i nocy, kolejnych poranków i godzin, nieustannego oczekiwania na partnera. Wyraźnie można wyczytać z tych wierszy, że jest to uczucie skazane na tajemnicę i możliwe tylko w pewnym zakresie ludzkich możliwości, w określonych sytuacjach i ściśle wyznaczonych ramach. Jest jakaś nie pisana umowa pomiędzy kochankami, którzy spotykają się, by łagodzić ból przemijania, by oddalać zło świata, a jednocześnie sami sobie wyrządzają krzywdę, ranią inne osoby i generują nowe zło. Poetka opisuje z lekkością chwile ekstazy i zapomnienia, a zarazem pozostawia wyraźny margines dla tajemnicy. Nie odsłania się do końca, choć czasami potrafi zadziwić śmiałością opisów gier erotycznych. Nie są to jednakże wiersze przeładowane metaforami, czy wymyślnymi porównaniami, wręcz przeciwnie – to jakby alfabet miłości, przydawanie kolejnych głosek, ale też wygładzanie fałdów rzeczywistości i rozmowa, ciągnąca się rozmowa z mężczyzną. Gdyby wskazywać powinowactwa, to poezja ta bliższa jest ascetycznemu modelowi wiersza Różewicza, z poetów zagranicznych – Kawafisa, a spośród piszących kobiet – na pewno wskazać można jakieś powinowactwo z Lipską, Świrszczyńską i Poświatowską. Ale są to tylko ustalenia pomocnicze, bo największą wartością tej liryki jest jej oryginalność. Słyszymy tutaj jakby szept z głębin kobiecej świadomości, szept, który brzmi jak modlitwa, ale który jest i przekleństwem, skargą na okrutny los. Pozostawanie w samotności i nieustające oczekiwanie na bliskość, są darem i złem, które wyciskają swoje piętno na kolejnych dniach. Zawsze jest jednak nadzieja i dzwonek telefonu powoduje, że pojawiają się myśli o możliwych zdarzeniach, o zbliżającym się spotkaniu i uczcie zmysłów.

Znajdziemy w tej poezji właściwe tropy semantyczne, zawsze pojawiające się w wierszach przepojonych erotyką. A więc odwołania do słynnych liryków tego rodzaju i do kochanek, które zostały utrwalone w słowie lub na płótnie. Ale najważniejsza tutaj jest sama autorka i jej intymny świat, w którym stale żyje uśpiony pies Jon, w którym pojawia się syn, wnukowie i były mąż (a wcześniej żarliwy, młodzieńczy kochanek), w którym wyodrębnić można kilku mężczyzn, składających się być może na owego mena idealnego. To jest prośba o miłość i prośba o nagość, wołanie o intymność chwili, godzin i nocy, a nade wszystko artykułowane po wielokroć pragnienie dotyku. Można na podstawie tych wierszy odtworzyć typowy dzień poetki i czynności, którymi chce oszukać czas. Ale wiele jest też relacji z takich momentów, kiedy czuje się jak płonąca świeca, kiedy promieniuje ciepło i zagarnia żar. To momenty uświęcone słowem i wspólnym przeżywaniem świata, to spotkania z kimś bliskim i z samą sobą, odbitą w lustrach jego oczu. Łagodność tych wierszy zdumiewa i każe podejrzewać Jędrzejewską-Bałdygę o jakąś pozę, o jakąś wysublimowaną grę, ale jest też przecież druga strona medalu. Tylko najprostsze słowa o miłości oddają jej tajemnicę i żar, tylko szepty nie zakłócają harmonii odczuć i doznań. Kto szuka w poezji ukojenia i łagodności – znajdzie ją w tych wierszach. Kto przeżył dramat miłosny, kto rozczarował się światem – którego spoiną była bliskość drugiej osoby – znajdzie tutaj pokrzepienie. Ta poezja musi być czytana z określonym nastawieniem duchowym i powinna być mówiona przez dobrych aktorów lub aktorki. Tak łatwo można coś z niej uronić, tak nieopatrznie można do niej dodać nadinterpretację, tak wreszcie pochopnie można ją zdegradować, posądzić o minimalizm i sztuczność.

Jędrzejewska-Bałdyga zachowuje w ulotnych lirykach swój świat, chce by pozostał w nich ze wszystkimi wahaniami, z bolesnym drżeniem i stale otwierającą się pustką. Pragnie w słowach ocalić coś z zauroczenia wspólną wyprawą nad jezioro, nocnym spacerem na wsi i spotkaniem w łóżku. Szuka w przeszłości takich chwil, których mogłaby się uchwycić, które wypełniłyby smutny czas samotności i rozpamiętywania. Ale też komentuje wierszem to, co wydarza się w teraźniejszości, oprawia w słowa ulotność i piękno, szuka point dla bliskości i rozstania, nieustannie lamentuje. Dopiero w szerszym wyborze widać jak wiele osiągnęła autorka w zakresie opisu związków miłosnych i… jak daleko zabrnęła w ustępstwach ze sobą, ile wyrzeczeń było jej udziałem i ile zapłaciła za uparte, milczące trwanie przy marzeniu. Właśnie, wielką rolę odgrywa w tej poezji milczenie, udanie wkomponowane pomiędzy słowa i jakby brzmiące, dramatycznie tętniące jakąś groźną i tajemniczą muzyką. To jakby przyczajenie się węża przed skokiem, a zarazem niewinne kwilenie jego ofiary. To wychodzenie naprzeciw siłom odwiecznym, choćby za cenę układu ze złem, choćby podpisując cyrograf z diabłem, ze śmiercią i czym tam jeszcze. Wszystko rekompensuje bliskość i wszystko roztapia się w cieple miłości spełnionej, ożywającej w szepcie pogańskiej pieśni i tajemnicy subtelnego wyznania. Tworząc w swoich wierszach model mężczyzny idealnego, poetka jednocześnie próbuje namalować słowem portret najlepszej kochanki. Może czasami zbyt łzawej, może zbytnio zapatrzonej w siebie i w kolejnych mężczyzn, ale przecież prawdziwej, czującej i przeżywającej każdą porażkę, każde zwycięstwo i każdy rozejm. Taka towarzyszka ma w sobie coś z dawnych kurtyzan i sekretnych przyjaciółek, chce być partnerką w rozmowie i podczas aktu miłosnego, ale nie poddaje się ulegle mężczyźnie jak japońska gejsza – szuka takiego partnera, który zgodzi się na to, by dała mu to samo, co bierze od niego. Nie wszyscy mężczyźni zgadzają się na takie podejście do miłości, bo pragną dominować, zamknąć kobietę w ściśle określonych, instytucjonalnych ramach, nawet jeśli jest ona kochanką, nawet jeśli taki związek ma wydźwięk maksymalistyczny, pogański i grzeszny.

Wskażmy jeszcze w tej poezji jej stronę epistolarną, ową chęć dotarcia do czytelnika i najbliższego człowieka z listem, z wiadomością o stanie miłości i ze skargą, że coś się nieuchronnie skończyło. To powoduje, że wiersze te można czytać wybiórczo, jak wyciągnięte z obwiązanego różową wstążką i pachnącego fiołkami (może żałobnymi liliami?) zestawu korespondencji. Te listy są jak komunikaty, wysyłane światu i szukające kogoś, kto je odczyta, zrozumie i zechce przeżyć z autorką wzruszenie. Toteż wiele kobiet sięga po te wiersze i komentuje je, gdyż autorka wyraża to, co one noszą głęboko w sobie, co chciałyby usłyszeć, o czym marzą i co chciałyby przeżyć. Niestety listy te trafiają też bardzo często w próżnię, rodzą sprzeczne uczucia, bo kobiety są takimi istotami, które szukają miłości, ale nie lubią, gdy obnaża się ich strategie miłosne, gdy odważnie mówi się o erotyce i żądzach. Była już o tym mowa wyżej – łatwo można coś z tych słów uronić, a przy niskiej kulturze poetyckiej i czytelniczej, łatwo można uchwycić się kilku słów, kilku zdarzeń i mieć za złe autorce, że była tak szczera. Ale to jest wielkie nieporozumienie, tak kobiety, jak i mężczyźni znajdą w tej liryce prawdę o człowieku i jego najintymniejszych sprawach, znajdą też pokrzepienie i może nauczą się od niej prawdziwie kochać.

Listy można wysyłać, ale też można je pisać i odkładać do sekretarzyka, listy można nosić w sobie i drzeć je z pasją – wszystkie te sytuacje znajdziemy w liryce autorki, ale też odnajdziemy w niej sporo kart, które wypadły z kopert i teraz nie mają swojego miejsca, kart, które zostały zapisane, ale adresat dawno odszedł w zapomnienie, pozostał we mgłach przeszłości. Te wiersze nie straciły jednakże swojej wartości, bo – z racji ascetyzmu metaforycznego – pozostały listami do nikogo i do wszystkich, listami kobiety, która czeka i która ma w sobie wrażliwość dziecka. Kiedyś została bardzo skrzywdzona, kiedyś jacyś mężczyźni zawiedli ją bardzo, ale nie uciekła od świata – otworzyła się na inne sytuacje i dostała od losu dar poezji. Będąc wiele lat żoną artysty i godząc się na rolę tej, która dba o dom i dziecko, tej która sprząta, pierze i przygotowuje posiłki, boleśnie przeżyła rozstanie z mężem, ale umiała pokonać depresję, znalazła drogę ku przyszłym dniom. Zaczęła pisać i weszła do środowiska literackiego i w sumie osiągnęła znacznie więcej od artysty, z którym się rozstała, który długo był olimpijskim bogiem jej świata. Tak żarliwie mu oddawała samą siebie, że bała się myśleć o swojej kreatywności. Uciekała przed swoim wewnętrznym, poetyckim szeptem, ocierała łzy z oczu i wierzyła, że coś się odmieni. W pewnym momencie sytuacja ją jednak przerosła, a wielkie rozstanie nieomal jej nie zabiło. Ale pomogła jej liryka, zaczęła słuchać pieśni serca i słów daimoniona. I ruszyła do przodu, znalazła sens życia, choć upadki miały się jeszcze przydarzać, a gorycz nie raz miała pojawić się na jej wargach. O tym są jej wiersze-listy i o tym mówią słowa, w które trzeba się wsłuchać, które trzeba zaakceptować i polubić jak swoje. Piękna poezja i piękne wnętrze kobiety – liryka, która stale wychodzi naprzeciw człowieka, oferuje mu ciepło i bliskość, ale też i przypomina, że nieustannie brzmi w przestrzeni jakieś …żegnaj.

SZAJNA

Dzisiaj zmarł Józef Szajna, wielki polski artysta, scenograf i reżyser. Miałem z nim nieco kontaktów w ramach Stowarzyszenia Kultury Europejskiej. Rozmawialiśmy najczęściej o współczesnej polskiej sztuce i o naszych wspólnych przyjaciołach – Danucie Kostewicz i o Sachy Berèsie. Szajna bardzo cenił akwarele Sachy i publicznie wypowiadał o nich bardzo pozytywne sądy. Podczas jednego spotkania, w warszawskiej restauracji, siedzieliśmy naprzeciwko siebie i miałem możność porozmawiać z Mistrzem o jego wielkich inscenizacjach i realizacjach scenicznych, o Dantem, Majakowskim, o Kafce i o pracach inspirowanych doświadczeniami oświęcimskimi. Stosunkowo niedawno rozmawiałem z nim przez telefon, bo planowaliśmy przyjazd artysty do Bydgoszczy, wystawę kilku prac w Lubostroniu i spotkanie w jednym z klubów, które miałem poprowadzić. Szajna wszystko uzależniał od swojej kondycji zdrowotnej i za każdym razem zastrzegał, że jego plany nie zależą już od niego. Miał jednak w sobie sporo życia, sporo wigoru, potrafił interesująco opowiadać, miał jasny umysł, a w towarzystwie – mimo podeszłego wieku – potrafił strzelić kieliszek Koszernej. Zauważyłem, że miał wielką cierpliwość do ludzi i szybko ich zapamiętywał. Po moim pierwszym spotkaniu z nim w SEC-u, potem natychmiast mnie kojarzył i kiedy zadzwoniłem do jego domu, doskonale orientował się z kim ma do czynienia. Był też niezwykle skrupulatny i porządny. Obiecał odpisać Prezesowi BSA na moją propozycję i zrobił to natychmiast. Szkoda, że nie doszło do jego wizyty w grodzie nad Brdą i Wisłą, ale przecież pozostała intrygująca sztuka i zapewne kiedyś przyjrzę się jej bliżej, napiszę jakiś szkic lub esej. W moim archiwum mam kilka fotografii, na których jesteśmy razem i o czymś rozmawiamy. Warto pamiętać o tym wielkim artyście i Polaku, o jego konsekwentnej drodze awangardy i zrozumienia drugiego człowieka. Choć doświadczył piekła ludzkiego, choć cudem uniknął śmierci, pozostał człowiekiem otwartym na różnorodność światów, z którymi obcujemy.

MAŁGORZATA SZWEDA

Oto kolejne przybliżenie poezji autorki z Bydgosko Toruńskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Poezja Małgorzaty Szwedy jest rodzajem introspekcji, uważnego wgłębiania się w naturę rzeczy i świata. Pełna magii i dobrze zmetaforyzowana, zaskakuje rześkością i jasnością spojrzenia, odtwarza strukturę rzeczywistości w jej elementarnym kształcie, a przy tym przydaje jej własną interpretację, dookreśla zdarzenia i gesty, wypowiadane słowa i ich głębinne znaczenia. Bliższa jest awangardowym eksperymentom, niż liryce konfesyjnej, więcej mówi o mechanizmach i strukturach, niż o powierzchni i ostatecznych kształtach. To jest udana próba znalezienia balansu pomiędzy sobą, a światem, ale też ustalenie proporcji, sięgnięcie do źródła języka i dotknięcia tego, co pierwotne. Poszczególne wiersze rzucają snop światła na tajemnicze przestrzenie, które ciągną się od wnętrza poetki do dali kosmicznych. Tak ewokowana transcendencja pojawia się w wielu utworach, a zarazem staje się jakby istotą całego zbioru, wskazuje Jaki to płomień/ rozpala w sercu ścianę/ dźwięku/ otwiera szelest w piersi/ Dlaczego wciąż bliżej/ dłoni biegnie tętnica/ słowa/ i wciąż ten sam cud/ w nas samych. Człowiek rodzi się i wzrasta w określonej rzeczywistości astralnej, lunarnej i solarnej i autorka tych wierszy potrafi dostrzec kontekst kosmogoniczny. Mieszkając pośród zjawiskowej natury, doświadcza nieustannie kontaktu z tym, co zwykle umyka, co zostaje daleko za horyzontem, za ścianą i za barierami aglomeracji miejskich. Tutaj jednak świat ma klarowność poranka i przejrzystość nieba gwiaździstego, tu pojawia się niczym nieskalana, sielska czystość.

W liryce tej jest też sporo dynamiki, stale coś się dzieje – wciąż jakieś sensy podążają ku innym znaczeniom, nieustannie przepływa przez świadomość ewokowana treść. Niezwykłe jest też przenikanie obrazów onirycznych i surrealnych do świata rzeczywistego, bo w taki sposób powstaje  j e d n i a, świat realny i magiczny, rzeczywistość postrzegana i kreowana, stają się tym samym przekazem. Autorka wpatruje się w ciemność, ale też penetruje przestrzenie światła, dotyka słowem elementów i przydaje im pra-kontekst metaforyczny. A wszystko w obliczu tajemnicy wiersza, który powstaje w olśnieniu i jest odkryciem dla piszącej i dla czytelnika, staje się treścią wydobytą z nicości i oprawianą w kształt ulotnego liryka. To jest łowienie w gąszczu metafor i znaczeń, a zarazem dopełnianie obrazów, przydawanie głębi i kontrastu, walorowe rozmywanie barw i wyostrzanie cieni. To jest malowanie słowami, ale też i rodzaj semantycznego rzeźbienia, wwiercania się w oporną materię myśli, biegnących ku doświadczeniom dnia i nocy. Tutaj Elektryczne drganie/ przekształca strukturę komórek/ wiązania tętnic/ zamykają rytm skroni, tutaj poetka dociera do istoty egzystencji. W świecie myśli i czynów umykają percepcji wewnętrzne powiązania i złącza, stale oddala się to, co pozostaje w ukryciu. Choć pełni ważną rolę, choć kieruje mechanizmami przetrwania, odsuwane jest w cień, pomijane i minimalizowane. Jednak prawdziwa poezja potrafi odsłonić rysunek żył i kości, potrafi docierać tam, gdzie wszystko się zaczyna i ma elementarny wymiar. Energia komórki i procesy zachodzące w mikroskopijnych strukturach, są równie ważne jak wielkie systemy myślowe, jak dziedzictwo filozofów i poetów. Tylko w takiej liryce – łączącej i rozdzielającej w błysku chwili – można znaleźć prawdę o człowieku, tym skomplikowanym mechanizmie cielesnym i o  b y c i e, który sam będąc rodzajem idei, nie może istnieć bez obiegu krwi i bólu.

Jeśli istnieje łączność światów duchowych i głębin ciała, jeśli człowiek składa się z anabatycznych przestrzeni, to ta liryka właśnie to dokumentuje. Wyrywana z nieistnienia, staje się niezwykłym komentarzem dla osobnych chwil i dla wielkich przestrzeni czasu, trudnych do ogarnięcia refleksją i zamykających się stale w obrębie struktur kosmicznych. Tutaj: Litania świateł/ przebłyskuje obrazami/ przezroczyste refleksy krzepną/ migotaniem słów/ fala wypełnia szczelinę/ powietrza pękającego impulsem/ pragnienie materii/ zastyga płynnością ruchu; tutaj stale coś się dzieje i wciąż coś traci swoją integralność. Świat otwiera i zamyka się w jednym drgnieniu powiek, a przy tym nie przestaje pulsować w skroni, nie gaśnie pierwszy i ostatni impuls, nie głuchnie echo narodzin. Biegną na przestrzał sekundy i minuty, pojawiają się nowe sytuacje liryczne, ale też utrwala się w myślach i genach nieustający rytm trwania. Poezja Małgorzaty Szwedy jest znaczącym osiągnięciem na mapie liryki polskiej i trwale wpisuje się w przestrzeń literacką regionu kujawsko-pomorskiego. Warto czytać te wiersz, bo jest w nich głęboka prawda o człowieku i jego naturze, o świecie, w jakim żyjemy i o tajemnym rytuale przetrwania, tak głęboko zakodowanym w głębi i kształcie.

GRECJA (1)

Gdy myślę o Grecji czuję jak rozlewa się we mnie ciepło, obraz pokoju i sprzętów rozmywa się, a ich miejsce zajmują migotliwe refleksy światła, odbite w wodzie. Nieomal czuję wilgoć płynącą od morza, na wargach wyczuwam sól. Gdy myślę Grecja, widzę niebo nieprawdopodobnie rozgwieżdżone i słyszę tęskną pieśń dobiegającą z drugiej strony barwnego snu. Od najwcześniejszej młodości bardzo interesowałem się geografią. Gdy moi rówieśnicy przesiadywali wraz z dziewczętami na ławkach, w parkach, ja siadałem nad atlasem świata i przemierzałem w wyobraźni dalekie szlaki. Doszedłem do perfekcji w określaniu różnorakich punktów na mapie, bezbłędnie odnajdywałem malutkie miasta,zagubione pośród Andów i piaszczystych przestrzeni Sudanu, wskazywałem błękitne atole na Pacyfiku i rzeki, wijące się pośród dżungli. Często też otwierałem swój atlas na dwu stronicach, ukazujących północno-wschodnią część Morza Śródziemnego. Fascynowało mnie to wielkie skupisko wysp i wysepek. Dla geografa był to prawdziwy raj – setki, tysiące zatok, ujścia rzek, abstrakcyjnie powyginane i postrzępione linie brzegowe półwyspów, góry, wyżyny i rozległe niziny. Gdy patrzyłem na to bogactwo – czułem niesamowite podniecenie i zapewne wtedy już rodzić się we mnie zaczynała wielka tęsknota, budził się we mnie poeta, ktoś kto zawsze pragnął nasycić oczy greckim błękitem, szmaragdem i ochrą. W tym czasie, w jakim zainteresowałem się geografią zaczęto mówić nam w szkole o wielkiej, wspaniałej tradycji kulturowej Grecji. Nagle moją wyobraźnię i moich kolegów zaludniły postaci i twory greckiej mitologii. Różnoracy bogowie, groźne bestie i dzielni wojownicy wyparli dawnych dziecinnych bohaterów. Oliwy do ognia dolał jeszcze film, który pokazano całej szkolnej młodzieży w kinie – był to cudowny i jakże wtedy bolesny obraz pt. Trzystu Spartan. Nauczycielka historii wyjaśniła nam o jakie wydarzenia w tym filmie chodziło i odtąd na podwórkach i szkolnym boisku spotkać można było wielu chłopców z drewnianymi mieczami, tekturowymi tarczami i gazetowymi hełmami, którzy w oczach rówieśników chcieli uchodzić za Leonidasa, albo choćby za jednego z trzystu walecznych obrońców wąwozu termopilskiego. Wielkie wrażenie na mnie i na moich kolegach wywarł mit o Dedalu i Ikarze, tym bardziej, że tuż przy naszej szkole był wielki – zagubiony pośród chłodu północnej Europy – cmentarz. Obserwowaliśmy tam wiele barwnych ptaków. Często też wznosiliśmy się w wyobraźni jak ptaki ponad tę nekropolię, osiedle, szkołę i lecieliśmy w dal… Na lekcji języka polskiego okazało się, że nie tylko my mieliśmy takiemarzenia. Tragedię Ikara przeżyliśmy jak własną, a we mnie zrodził się jakiś przedziwny skrzydlaty lęk, niepokój. To dlatego później takie wrażenie robiły na mnie różne uskrzydlone postaci, Nike z Samotraki, przywdziewający skrzydła Zeus, czy Leda albo Ptaki Stymfalskie, dalej Hypnos, Centaur, Hermes, Pegaz i Atena, po walce z koźlim olbrzymem Pallasem. Potem Grecja na jakiś czas oddaliła się ode mnie, ale gdy wróciław lekturach, dawna tęsknota i zachwyt dały o sobieznać z jeszcze większą siłą. Teraz Grecja stała się dla mnie przede wszystkim krainą prawdziwej i pięknej poezji. Dzięki słowu poetyckiemu wróciła do mnie, dała prawdziwą mądrość i wyobraźnię Kawafisa: Dni przyszłości stoją przed nami/ jak rząd świec gorejących -/ złocistych, ciepłych, pełnych życia świec./ Za nami pozostają dni minione,/ smutny szereg świec wygasłych: te najbliższe jeszcze dymią,/ zimne świece, stopione, pochylone.

BECIŃSKI I RADZIEJÓW

Wczoraj byłem w Radziejowie na rozstrzygnięciu szesnastej edycji Konkursu Literackiego im. Franciszka Becińskiego. Jako przewodniczący Jury, wraz z przedstawicielami władz, wręczałem nagrody i wygłosiłem krótkie podsumowanie. To bardzo prężne środowisko, skupione wokół Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, kierowanej przez Halinę Paczkowską. Tegoroczny konkurs był bardzo interesujący i przyniósł dobre rozstrzygnięcia. W dziedzinie poezji wygrała Anna Cybulska z Radziejowa, co pięknie zbiegło się z promocją jej ostatniego zbioru wierszy pt. Szepty intymne. Poetka czytała wiersze i śpiewała po polsku i francusku swoje piosenki. Zarówno Ania, jak i Małgorzata Pietrzak, są twórczyniami, które zaistniały dzięki wspaniałej pracy wspomnianej biblioteki. To w niej są znakomite warunki do poznawania literatury, a cykliczne imprezy przyciągają widzów i tworzą klimat życia kulturalnego tego kujawskiego miasta. Warto w tym miejscu przypomnieć patrona biblioteki – Franciszek Beciński (1897–1975), urodził się w Pilichowie na Kujawach. Tam był kowalem, gospodarował na trzech morgach ziemi, zasłynął też jako genialny samouk, wrażliwy poeta i prozaik. Jego życie przypadło na burzliwe czasy dwóch światowych wojen, agresywnie panoszącego się nazizmu i szeroko rozlewającego się komunizmu. Stąd w jego biografii znalazły się takie fakty jak udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku, obrona ojczyzny w 1939 roku, działalność konspiracyjna, a potem szykany ze strony władz komunistycznych. Przez cały czas jednakże pisał i odzwierciedlał w słowie urok ziemi kujawskiej, czar miejsc inicjacji, tworzył literacki zapis tego, czego był świadkiem w konkretnym miejscu świata, katalog elementów rzeczywistości przedwojennej, czasów okupacji niemieckiej i dominacji sowietów po II wojnie światowej. Doświadczył przy tym najróżniejszych skal zainteresowania, od zaciekawienia, poprzez zainteresowanie profesjonalnych krytyków, aż do całkowitego niemal zapomnienia. Odchodził jednak z tego świata doceniony, nagrodzony, ze sporym dorobkiem publikacji. Doczekał się nawet uznania u Jarosława Iwaszkiewicza, który pisał: Głucho u nas o tym ludowym poecie spod Płowiec, a przecież zasługuje on na najwyższą uwagę. Fornal w młodości, kowal w całym życiu, ten chłop z Pilichowa jest wymownym świadectwem tego, że “spiritus flat ubi vult”. W wierszach Becińskiego najbardziej mnie porusza ich dojrzałość kulturalna, ich “normalność” jako pięknych wierszy współczesnych. Nie ma w nich nic z niesamowitości wierszy Stanisława Piętaka, może sama wieś jest mało w nich obecna, ale poezja niechybnie z nich promieniuje. Porównanie do Piętaka i tak pozytywne nastawienie ówczesnego Prezesa Związku Literatów Polskich miały swoją wymowę, a opublikowane w 1969 roku w “Życiu Warszawy” rezonowały na cały kraj.

W dziewiętnastym wieku pojawiło się kilku poetów, których można by uznać za patronów poezji Becińskiego. Przede wszystkim jego twórczość bliska jest dokonaniom Teofila Lenartowicza, lirnika wioskowego i mazowieckiego, ale też wskazać możemy pewne pokrewieństwo z sielskimi wierszami Władysława Syrokomli czy Wincentego Pola. Tak jak u tych pogrobowców Mickiewicza i Słowackiego, pojawia się w wierszach Becińskiego promienna wizja wsi, pachnącej miodem i rozsiewającej kwiatowe aromaty, wsi zagubionej w kujawskim krajobrazie, ale też jakby będącej centrum świata. Tutaj rozgrywają się wydarzenia błahe i te o skali eschatologicznej, tutaj wzrasta chaber i umiera staruszka, tutaj wiatr rozwiewa ptasie puchy i człowiek idzie polną drogą na wojnę. Poeta łączy w wierszach to, co wzniosłe, z tym co zwyczajne, a nade wszystko nieustannie podkreśla jak piękne jest życie, jak jego kruchość przypomina delikatność malwy, tarniny, powiewającej na wietrze pajęczej sieci. Te wiersze napisane zostały z pobudek patriotycznych i dla potwierdzenia, że poeta kocha ziemię na której się urodził i która stała się dla niego miejscem życia, a potem i śmierci. Tutaj wędrował i nieustannie wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające zewsząd, tutaj przemierzał szlaki i patrzył z zachwytem na rozległe krajobrazy, na topole przy drogach i na łany zbóż. Tu przysiadał na kamieniu albo w sadzie i kontemplował ciszę, czuł zapach dojrzewających jabłek i gruszek, widział jaskółki śmigające w powietrzu i majestatycznie sunące do gniazd bociany. Kontemplował naturę, a potem oddawał w prostych wierszach to, co czuł, co zobaczył i czego się domyślił. W swoje utwory wpisał swoisty zegar astronomiczny, odwzorował nieustające przemijanie pór roku, odloty i powracanie ptaków, więdnięcie i wzrastanie traw i ziół, opady deszczu i śniegu, a potem topnienie lodu i parowanie wody. Odnajdziemy w tych obrazach nieskazitelne piękno Kujaw, ale też i jakąś zdumiewającą nostalgię, jakąś czystość spojrzenia człowieka, który pogodził się ze swoim losem, z innymi ludźmi, z tym, że zycie składa się z triumfów i upadków, a radość przeplata się ze smutkiem. Poeta pokornie zgodził się na taki świat i na takie w nim bytowanie, wszakże ukojenie znalazł w tym co widzialne i dające się wyodrębnić przez pięć zmysłów.

Franciszek Beciński, jak mało kto, czuł rytm płynącej w żyłach krwi i długo przed Janem Pawłem II kojarzył go z szumem płynącego potoku, dostrzegał jedność ciała ludzkiego i natury, pośród której ono wzrasta i bytuje. Dlatego z taką łagodnością i ojcowską troską pisał do syna: My, tych powszednich zagonów oracze,/ prostacy wiejscy od lat, od pradziada -/ czujemy sercem nawet jak wiatr płacze,/ jak drzewo nieme liśćmi pieśń układa. To była opowieść o jedności życia człowieka i natury, narracja w której na plan pierwszy wysuwa się to co najpiękniejsze i najwartościowsze, to co ma wymiar zewnętrzny i co pulsuje niewidzialną głębią. Poeta wyczuwał ją pod powierzchnią rzeczywistości i stale wpatrując się w fenomeny natury, próbował odczytać z nich właściwy kształt każdej chwili, każdego dnia, miesiąca i roku, a potem całego życia człowieka i mnogich pokoleń. Miał świadomość swojej przemijalności, ale też wierzył, że każdy los ma jakiś ponadnaturalny wymiar i jakiś cel. Pisał: Odejdziesz na pewno, bo takie już jest życie, —— nie ma na to rady/ miedzą polną szedł będziesz wolno, ociężale – – -/ (może wieś pożar strawi, zboża zbiją grady)/ – – – ileż to zmian zajdzie!/ a może, może nie powrócisz wcale… W wierszu tym widać jak odmienna jest poezja Becińskiego od innych wierszy twórców ludowych. Ona pozostając w kręgu fascynacji rustykalnych, mieszcząc się znakomicie w formacie zwiewnej ludowej piosnki, nie przestaje wnikać w obszar literatury wysokiej. Jest tyleż wiejska co uniwersalna, tyleż ludowa co literacka, a nade wszystko przepojona mądrością życiową i filozoficzną. Ten samouk z Pilichowa osiągnął w słowie niespotykaną harmonię pomiędzy tym co ważne i ulotne, tym co sięga wyżyn artystycznych i co może w jednym szeregu stanąć z twórcą prostych pieśni. I tak naprawdę ta twórczość potwierdza, że wszelkie tego rodzaju podziały nie mają sensu i znoszą się w obrębie wiersza autentycznego, w przestrzeni prawdy i wiary w ponadnaturalny bieg zdarzeń. To są osiągnięcia jednej literatury polskiej, bo w niej możliwe są takie oto zawierzenia i prośby: Otwieraj, Święta Panno, wrota w niebios kraju/ i wypuść ptaki – niech w polach się rozśpiewają./ Poranki ciepłe daj, słońce rozpyl na rosę -/ niech wykapią się w nich dziecinne stopy bose./ Muzyką natchnij drzewa, kwiatem wonnym pączki/ i znów do nas przyjdź – swe święte nam podaj rączki./ Rozwiośniejmy sercem, odrodzim się w latach -/ słysząc Cię w śpiewie ptaków, w wszystkich widząc kwiatach./ Otwieraj, Panno Święta, radości żywej bramę,/ by Ci i serca nasze zaśpiewały same./ Niech się z wierzb szumem łączy każde nasze słowo/ i śpiewa z pół zielenią – Anielska Królowo!/ Niech się upoi dusza… niechże będzie pewna:/ Żeś przyszła teraz, w maju – że przyjdziesz znów Siewna! Poeta uczestniczy w rozgrywającej się epifanii, w jakiejś od dawien dawna trwającej mszy świętej. Dostrzega poszczególne walory świetlne i słyszy osobne tony w naturze, a potem wszystko łączy w wierszu niczym wytrawny kompozytor, niczym dyrygent, który napisaną symfonię musi odtworzyć nuta po nucie. Muzyczność i wizualność wierszy Becińskiego jest zdumiewająca i stanowi jeszcze jedno potwierdzenie, że wrażliwa osobowość wcale nie potrzebuje naukowych szlifów – starczy wiara w siebie, ciekawość świata, kontakt ze wspaniałą literaturą, a nade wszystko talent, którym Bóg obdarza zarówno biedne, proste wiejskie dzieci, jak i potomków rodzin profesorskich.

BOLEK I LOLEK

W telewizji TVN komiczna dyskusja na temat tego czy Wałęsa był agentem Bolkiem. Prof. Zybertowicz z UMK kontra Lityński i Siemiątkowski. I do tego jeszcze fatalnie przeprowadzony wywiad z byłym przywódcą Solidarności. Nie rozumiem dlaczego ten człowiek odpowiada na takie idiotyzmy? Dostał Nagrodę Nobla, jest jednym z najbardziej znanych Polaków w historii. Zamiast siedzieć cicho, obserwować, ewentualnie publikować jakieś książki, on wdaje się tandetne pyskówki z ludźmi, którzy chcą zbić jakiś kapitał polityczny. Jeśli nawet przez jakiś czas był uwikłany w gierki esbeków, to później odegrał centralną rolę we współczesnej historii Polski. Każdy, kto żył w PRL-u wie jak skomplikowane były sytuacje zetknięcia się z organami nacisku i inwigilacji. Doświadczyłem tego w 1986 roku, gdy przygotowano prowokację i wciągnięto mnie w nią – nieomal wtedy straciłem życie. Dzisiejsi krytycy Wałęsy podchodzą do tamtej rzeczywistości jak do czasów po komunizmie. Nawet dzisiaj stale mamy do czynienia z intrygami i oszustwami, czasem nawet groźniejszymi od tych z przeszłości. Proponuję by za agenta Bolka uznać bohatera słynnej kreskówki, a jego pomocnikiem niech będzie Lolek i jeszcze dodajmy TW Tolę. Albo ujawniamy wszystkich agentów, albo prowadzimy gierki, albo tworzymy ogólnie dostępny rejestr komputerowy, albo mnożymy coraz bardziej hermetyczne listy. Na razie to wszystko wygląda jak w tej kreskówce – tylko czarne charaktery i nieskazitelni chłopcy, tylko bieganina, świergot i idiotyczne śmiechy. A w sumie, żenujący poziom debaty publicznej…

MIECZYSŁAW WOJTASIK

Przedstawiam kolejnego twórcę z bydgosko-toruńskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Poezja Mieczysława Wojtasika jest zaangażowana politycznie i dotyka spraw najistotniejszych, rozprawia się narosłymi okladka-wojtasik-1mitami i podejmuje dyskusję z poglądami skrajnymi, dociera do sedna problemów, które od wieków nurtują polską świadomość. Poeta pochyla się nad kujawską ziemią i widzi w niej to, co stanowiło wartość najwyższą – wyodrębnia chwile pierwiastkowe i tworzy z nich ciąg elementarny dla własnego życia i dla egzystencji całych pokoleń. To jest uważne wpatrywanie się w przeszłość i dopełnianie refleksją teraźniejszości, to są te momenty, gdy człowiek obejmuje myślą kwiat chabru, żywicę sosnową i gwiazdę mrugającą na niebie – to jest próba syntezy ludzkiego istnienia pośród stale piętrzących się przeciwieństw. Poeta, patrząc na polski sztandar narodowy, widzi w nim symboliczną czerwień maków spod Monte Cassino, ale też swoją refleksję przenosi jednocześnie w obręb elementarnych żywiołów, gdzie dynamika wiatru jest przypomnieniem chwilowej natury bytu. Człowiek rodzi się w określonym miejscu na ziemi, kocha przestrzeń, w której dorastał i tworzy coś na kształt własnej mitologii, ale nie przestaje zauważać kontekstu kosmicznego, chybotliwości istnienia pośród sił niewyobrażalnych, pośród ogromów nie do ogarnięcia. Ćwicząc w sobie wrażliwość pierwotną, wsłuchują się w odgłosy dzieciństwa, odnajduje echo z dna studni i monotonny szum lasu, dźwięk gitary Cygana i metafizykę ruchomości celów

To jest liryka, która może oczarować czytelnika i słuchacza, a jeszcze prezentowana niezwykle żywiołowo przez autora, może wręcz stać się inkantacją jakiegoś marzenia, zawołaniem do podjęcia marszu i stoczenia boju z samym sobą. Majestatyczny patos, pojawiający się w wielu wierszach, jest tutaj znakomicie łagodzony przez metaforę i przez celnie wyodrębniony szczegół. Nie traci jednak mocy, nie znika pośród słów, jest ważką cechą tej poezji, która ma ambicje demaskatorskie i kreacyjne. Tak ucząc, wskazuje drogę, tak odsłaniając zło, tworzy kontrapunkt dla dobra i wartości podstawowych. Wojtasik wychował się na wsi, gdzie wszystko bliższe jest naturze i prostym rozwiązaniom. Posiłek bywa prosty i treściwy, a słowa mają znaczyć to, co konkretne i sprawdzalne. Wieś wraca w tych utworach jako obszar sielskich doświadczeń inicjacyjnych, miejsce szczęśliwości, które stało się zaczynem liryki – jako przestrzeń, w której prostota i wielkość budziły do życia metaforykę źródła, nieustający zachwyt nad stworzeniem. Dlatego migają w tej poezji obrazy kujawskiej przestrzeni, tak plastycznie odtwarzanej i rekonstruowanej w słowach – pojawia się proch horyzontu i dzwonki u sań, daleka mgławica i symfonia wiatru. To jest próba zbudowania przestrzeni idealnej, w której zadomowić się może wyobraźnia i do której można wracać jak do odwiecznej enklawy, jak do swojskiego sacrum kulturowego. Wojtasik uświęca słowem obszar wyodrębniony, ale też nie stroni od desakralizacji, od ukazywania bylejakości współczesnego świata miejskiego, nie mogącego równać się z oryginalnością i pięknem doświadczeń sielskich. Na dobrą sprawę ów poeta stale tkwi pośród pól i łąk, odprowadza myślą wędrujących miedzą chłopów, przygląda się ruchomym skrzydłom wiatraków, towarzyszy ludziom niosącym na cmentarz zmarłych i roni łzę nad odeszłym bezpowrotnie światem dzieciństwa, spokoju i wyrazistych reguł istnienia. Przypomina się tutaj krajan autora tych wierszy – kujawski poeta Franciszek Beciński, który także wędrował i nieustannie wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające zewsząd – przemierzał szlaki i patrzył z zachwytem na rozległe krajobrazy, na topole przy drogach i na łany zbóż. Tu przysiadał na kamieniu albo w sadzie i kontemplował ciszę, czuł zapach dojrzewających jabłek i gruszek, widział jaskółki śmigające w powietrzu i majestatycznie sunące do gniazd bociany. Kontemplował naturę, a potem oddawał w prostych wierszach to, co czuł, co zobaczył i czego się domyślił. W swoje utwory wpisał swoisty zegar astronomiczny, odwzorował nieustające przemijanie pór roku, odloty i powracanie ptaków, więdnięcie i wzrastanie traw i ziół, opady deszczu i śniegu, a potem topnienie lodu i parowanie wody.

Wojtasik jest dziedzicem tego samego zachwytu i tej samej wierności korzeniom, ale w jego poezji jest też klarowny element nowoczesności, wykorzystanie doświadczeń współczesnego wiersza białego. Przede wszystkim widoczny tutaj jest niezwykły surrealizm i próba kreacji wyrazistej postaci lirycznej, owej niedoszłej córki, jakby antytezy dla doświadczeń dzieciństwa. W takiej konwencji możliwe są zderzenia sensów odległych i przeciwstawnych, a wiersz staje się polem konfrontacji słowa i mocy stwórczej. Stąd może tyle odniesień do współczesności i tego z czym człowiek początku nowego stulecia ma do czynienia, a więc z zalewem informacji i konfliktem pomiędzy różnorakimi ich nośnikami, właścicielami i moderatorami. Poeta jest czujnym analitykiem rzeczywistości i nic nie umyka jego uwadze, z równą lekkością nawiązuje do odległych krain geograficznych i do ostatnich nowinek literackich, przemierza krainy mitu i zakłada różne maski – Odysa i wiecznego siewcy, Charona i malarza odrealnionych postaci. To są eksperymenty, to są próby sprawdzenia wytrzymałości języka, a nade wszystko kontrastowe dopełnienia liryki. Bo głęboka struktura tych wierszy ma coś z maksymalizmu liryki romantycznej, jest pełna lśnień i metafor, nagłych zwrotów i dookreśleń egzystencjalnych. Znakomicie to oddaje zamieszczony na okładce tej książki obraz Jeana-Aguste’a-Dominique’a Ingresa, owo subtelne przedstawienie kobiecego piękna i głębi jej myśli, a przy tym wskazanie elementów symbolicznych, maków odbijających się w lustrze i swoiście upozowanej przestrzeni. Tak podążając od piękna elementarnego, do urody świata, symbolizowanego przez kruchość dziewczyny i strukturę maku, dochodzi autor do odkrycia tego co immanentne, tego co dalekie i bliskie zarazem, co ma wymiar doraźnej informacji i sensu pierwiastkowego. Tak utrwala i zatrzymuje w kadrze wiersza przestrzeń między myślą, a jej metafizycznym uzewnętrznieniem, między wiatrem a sztandarem…

« Older entries

%d blogerów lubi to: