ZDZISŁAW T. ŁĄCZKOWSKI (1926-2019)

Z racji tego, że nieszczęścia chodzą parami, z przykrością odnotowuję też śmierć Zdzisława T. Łączkowskiego, człowieka instytucji – przez wiele dziesięcioleci działającego w obrębie szeroko pojmowanej kultury słowa. Dziennikarz i publicysta prasy katolickiej, krytyk żywo reagujący na najważniejsze wydarzenia artystyczne, a nade wszystko prozaik, dramaturg i poeta, którego książki przekroczyły granice języka polskiego i zostały wchłonięte przez kulturę europejską. Gdyby do tego dorzucić jeszcze działalność w licznych stowarzyszeniach, klubach intelektualnych, jurorowanie w konkursach literackich i nieustającą współpracę z wieloma periodykami, otrzymamy obraz postaci, która w znaczący sposób odcisnęła swój ślad w czasie i publikatorach, w topografii konkretnych miejsc kraju nad Wisłą, a nade wszystko w świadomości ludzi uczestniczących w obiegu myśli europejskiej. Pisarz ów urodził się w 1926 roku w Zawierciu, a potem dorastając na Śląsku, pobierał tam pierwsze lekcje życia i wrażliwości. Impulsem do podjęcia twórczości literackiej stało się dla niego spotkanie z poezją Juliana Przybosia, a potem ferment intelektualny towarzyszący studiom polonistycznym na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Owocem tego otwarcia na świat i sztukę jest kilkadziesiąt opublikowanych książek, tysiące artykułów w prasie powojennej, obecność w licznych antologiach poezji polskiej, nagrody w kraju i za granicą, no i… jak zwykle bywa w przypadku osobowości tego formatu, rozległe grono admiratorów i krytyków. Tacy pisarze jak Łączkowski mają dodatkowo utrudnione zadanie, bo wychodzą zawsze z wyciągniętą dłonią do człowieka, operują w dużych skupiskach ludzkich i nie odrzucają nikogo. Dlatego też często bywają ofiarami swojego otwarcia, swojej wiary w człowieka. Szukają bliskości, a dostają od życia gorzki smutek, samotne chwile w pustym pokoju hotelowym i szyderstwo, które trzeba pokonać, odsunąć od siebie i iść dalej. W książkach tego autora znakomicie widać jak trudnym dla pisarza obszarem jest Warszawa, jak wiele jest w niej oporu, jak trudno przebijać się, docierać do właściwych ludzi – jak skrajne opinie są tutaj formułowane i jak często wyrządza się krzywdę człowiekowi. W takim kontekście jego pisarskie dokumenty humanizmu i wiary we własne siły, ustawiają go w ciągu twórców prawdziwych, autentycznie szukających swojego miejsca w czasie i świecie, a nade wszystko nieustannie pragnącego i dążącego, a to przecież jakby sama istota człowieczeństwa. Zdzisiu należał do poetów maksymalistycznych, gdyż zakładał, że poezja jest unią totalną – jednią zestrzeloną w chwili poczęcia słowa i w rozbłysku myśli. Wyławianie wiersza z nicości jest dla twórcy najintensywniejszym odczuwaniem egzystencji, jest  b y t e m  potwierdzanym i potwierdzającym się na czystej kartce papieru i w nieskazitelnej jaźni. Poeta zasiada zatem do pisania wiersza, tak jak przystępuje się do komunii, jak sonduje się bezkres myślą, jak – wreszcie – próbuje się nieporadnie naśladować doskonałość Stwórcy. Jest też w tej poezji i drugie dno, bo wszystko je ma, wszystko musi istnieć w świecie na zasadzie kontrapunktu. Dobro jest dobrem, gdy przeciwstawi się je złu, piękno pięknem – gdy dostrzega się brzydotę – człowiek człowiekiem, gdy gubi człowieczeństwo i tarza się w swojej zwierzęcości. Oczywiście wszystkie tego rodzaju uściślenia mogą prowadzić donikąd, mogą stać się powodem drwiny, pustego śmiechu. Dlatego też poeta totalny wyposaża swoje wiersze w element ironii i auto-deformacji, nieustannie przygląda się samemu sobie i szuka dla siebie ekwiwalentów słownych, obrazowych, dźwiękowych. To jakby ciągłe czuwanie przy sobie – lęk o to, że j a może się oddalić, a w to miejsce może  pojawić się ślepnący pajęczak/ na skórach kozic Salomona/ na pustyni walki serca z rozumem. Innymi słowy – poezja ta jest ciągłym potwierdzaniem samego siebie, bo życie stale żąda od nas potwierdzania statusu – nieustannego potwierdzania, że istniejemy, że jesteśmy sobą.  Wystarczy lekkie zachwianie, wystarczy niewielka utrata, a już upiory wychylają się z jam i już życie w błyskawiczny sposób oddala się od nas. Łączkowski rejestrował takie chwile i w takich momentach zwracał się ku poezji, jak ku ostatniemu azylowi. W nim było   j a,  które nigdy być nie przestało i nigdy – nawet w konfrontacji ze śmiercią i złem – nie przestanie. Ta poezja jest przejmująca z jeszcze jednego powodu – nawet wtedy gdy opowiada o miłości, nawet gdy zamyka w słowach chwilę bliskości, nie przestaje być potwierdzeniem wielkiej ludzkiej samotności, chwilowego istnienia, bytu pośród niebytów, egzystencji w nieistnieniu – ledwie ulotnej refleksji. Wszystko przepada, wszystko oddala się,  j a  jest nieuchwytne, dzisiaj jest już wczoraj, a jutro nie nadchodzi. Smutek przemijania i smutek samotności, ale też czekanie na coś, co się wydarzy, ale też nadzieja, która jest potwierdzeniem, że przez   c h w i l ę  istniejemy. Jeśli istniejemy… Żegnaj Zdzisiu, dziękuję ci za twoją piękną przyjaźń i chwile spędzone razem w wielu miejscach Polski.

Reklamy

JERZY SZATKOWSKI 1940-2019

Gdy umiera przyjaciel wszystko na chwilę traci sens, ale jeśli przyjaźń była prawdziwa, już następnego dnia po tragicznej wiadomości zaczyna pojawiać się synteza wielu wspólnych godzin, dni i lat, synteza osobowości i najważniejszych działań. Wielu polskim twórcom Jerzy Szatkowski kojarzy się przede wszystkim z ogromnym dziełem, jakim było wznowienie i wydawanie „Okolicy Poetów”, a także z dorocznym przyznawaniem Symbolicznych Nagród Ryszarda Milczewskiego-Bruna. Ale przecież był to przede wszystkim twórca oryginalny, odnotowywany w wielu publikacjach, antologiach, edycjach specjalnych i podsumowaniach. Jego gołębie serce powodowało, że garnęli się do niego ludzie pióra i artyści, a nawet najwięksi twórcy, tacy jak Tadeusz Różewicz nie odmawiali mu przesłania nowych wierszy, czy artykułów. Twórca, zbliżając się nieuchronnie ku osiemdziesięciu latom życia, zaczął porządkować swój dorobek i znalazł środki na znakomite, nowe edycje swoich najważniejszych książek – zarówno tych publikowanych wcześniej, jak i tych pozostających przez wiele lat w szufladach autorskich. Warto przypomnieć tutaj te książki, tym bardziej, że zostały one na nowo zredagowane, specjalnie zweryfikowane i przystosowane do integralnego bytu w każdym czasie, w przyszłości, o której Norwid pisał, że jest korektorką wieczną. Miałem okazję uczestniczyć w pracach redakcyjnych i być wydawcą tych książek i w moim archiwum pozostały listy, korekty, analizy tego, co zostało zrobione i co powinno być poprawione. Jerzy był redaktorem z ogromnym doświadczeniem, bardzo dociekliwym i nigdy nie idącym na kompromisy z autorami. Jego wizje czasopisma i kolejnych książek sprawdziły się w nowym czasie, a prace archiwistyczne – związane z jego najbliższym kręgiem przyjacielskim, a więc z Edwardem Stachurą, Ryszardem Milczewskim-Bruno i Andrzejem Babińskim – wniosły bezcenny wkład do współczesnej literatury polskiej. Już po jednorazowym kontakcie każdy chciał zaprzyjaźniać się z tym człowiekiem, każdego chętnie gościł w swoim domu w Antoniewie, koło wielkopolskich Skoków i każdy wychodził z jego mieszkania wzbogacony opowieściami i pamięcią miejsca pełnego pamiątek, dzieł sztuki i artefaktów z różnych epok. Przypomnijmy zatem ostatnie książki Jerzego, posiłkując się w tym fragmentami Posłowi, które za każdym razem pisałem z poczuciem spełnienia przyjacielskiej misji literackiej.

          

Twórczość tego niezwykłego autora wpisuje się w ciąg – stale nierozpoznanej i w niewielkim tylko stopniu opisanej – historii polskich, dwudziestowiecznych ruchów, działań i projektów kontrkulturowych. To jest nasza odpowiedź na to, co działo się pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w amerykańskich uniwersytetach, to jest ta sama fala niezgody i manifestacji niezależności, jaka przewaliła się w 1968 roku przez Europę Zachodnią, a nawet przez niektóre kraje bloku wschodniego. Za oceanem ludzie gromadzili się w komunach, uprawiali wyzwoloną miłość, zażywali narkotyki, wpinali we włosy kwiaty, a potem siadając na Harleya lub we wzorzyście przyozdobiony kabriolet, jechali przed siebie. Bywało, że do Nowego Jorku lub – w drugą stronę – do San Francisco, bywało, jak w przypadku Jamesa Deana, Jimmiego Hendrixa czy Janis Joplin, że po śmierć… Szatkowski wędrował po Polsce z wymienionymi wyżej przyjaciółmi, ale „buntował” się też z nimi, przebywając na odludziu, pośród lasów – w Antoniewie, które stało się rodzajem aśramu, do którego zmierzali wędrowcy. To była pustelnia, w której mogli się schronić ci, którzy narazili się różnorakim zarządcom i urzędnikom, to było miejsce, w którym można było przeczekać chwilowe i dłuższe nawałnice. Nie zrozumie tego ten, kto nie pojawi się w tym miejscu, kto nie odwiedzi mieszkania Szatkowskiego, pełnego pamiątek, obrazów i zdjęć, książek, podków i pomalowanych kamieni. Dopiero tam zaczyna się rozumieć niektóre wątki z dzieł Stachury, dopiero tam odsłaniają się głębie poezji Bruna, zamknięte przestrzenie Babińskiego czy Różańskiego. To miejsce należy do ciągu miejsc sakralnych tego pokolenia, obok samotni z Siekierezady i Całej jaskrawości, obok różnych chwalebnych i mniej uświęconych zakątków pojawiających się w wyzwolonej poezji, prozie i korespondencji. Starczy spojrzeć na ich fotografie z tamtego okresu, na długie włosy i brody, na stroje jakie nosili – to byli polscy, najprawdziwsi hipisi, to byli artyści, którzy szli krok dalej od zachodnich inicjatorów ruchu. Czasem starczało im tylko to, że byli ze sobą, że rozmawiali i dzielili się kawałkiem swojego życia – innym razem zadawalali się kartką wysłaną przez Steda z Meksyku, telefonem z Polski, jakimś drobiazgiem, lub wiadomością przekazaną przez kogoś tam… Zawsze jednak do siebie wracali, wciąż gdzieś się odnajdywali, stale się wspomagali i tworzyli swój święty krąg wrażliwości i doświadczenia. To zdumiewające, że dopiero teraz,  w dziesiątym roku kolejnego stulecia, wiele lat po śmierci przyjaciół pokoleniowych, pojawia się powieść Jerzego Szatkowskiego, nawiązująca do wskazanych wyżej dziejów i wydarzeń. To jakby wystudiowana, nowa spowiedź dziecięcia wieku, to summa, w której jest tyle prawdy i oryginalności językowej, tyle obserwacji świata i esencjonalnej mądrości, a zarazem tyle interesujących dopowiedzeń, glos autorskich i faktów, o których nikomu się nie śniło. To także próba rekonstrukcji życiowej filozofii, chęć zamknięcia w dziele prozatorskim tego, co niektórym mogło wydać się chaotyczne lub niezrozumiałe, a dla uczestników wydarzeń było smakowaniem życia i zaprzeczeniem śmierci – obłaskawianiem nicości i negowaniem sztucznej egzystencji. Jak w kalejdoskopie migają tutaj sytuacje i postaci, zmienia się perspektywa narracyjna – twórca w znakomity sposób przybliża i oddala się od realnych spraw, stosuje opis prosty lub zagłębia się w zawiłości semantyczne, dociera do istoty zdarzeń i słów, zachowań i póz. Wszystko inkrustowane wspaniałym humorem i dystansem pisarskim, na który zdobyć się umieją tylko ci, którzy mają też dystans do samego siebie. Trawestując tytuł tomu, można powiedzieć, że to tak prawdziwe, że aż nieprawdopodobne, tak zatopione w polskiej rzeczywistości i tyle do niej dopowiadające. Aż chce się rzucić wszystko, stanąć na szlaku i jak oni ruszyć przed siebie, być wolnym człowiekiem w nieograniczenie rozległej rzeczywistości. A do tego tak kształtować swoje życie by stało się spektaklem i mszą, ceremoniałem i ucztą, by swobodnie przekraczało granice mitu i zyskiwało nowe znaczenia, by dookreślało biografię kontekstami filozoficznymi. Tę książkę trzeba czytać uważnie i podskórnie, tak by wyodrębniając szczegół, nie uronić całości przesłania, którym jest wielka, wzbogacająca i dopełniająca człowieka  p r z y j a ź ń.  Głównym bohaterem tej narracji jest sam autor, ale obok niego staje Bruno i inne postaci, pojawia się też tyle integralnych wątków i „zachowanych” chwil, tyle niezwykłych momentów, że wszystko zaczyna pulsować, interaktywnie wychodzić do czytelnika i zapełniać treścią pustkę wyobraźniową, jaka wciąż rozszerza się w naszej świadomości. Szatkowski prezentuje tutaj własne ujęcie tego, co się wydarzyło, ale stale uwzględnia też potencjalną obecność swoich bohaterów, którzy przecież nigdy dla niego nie umarli, nie odeszli w przeszłość, nie znaleźli się za nieprzenikalną zasłoną czasu. On z nimi wciąż obcuje, czasem widzi ich, jak omamy za oknem, innym razem pojawiają się w jego snach, a potem w rozmowach z przyjaciółmi i bliskimi – w takim rozumieniu czas powieściowy został rozciągnięty i nałożył się na realne życie, a z drugiej strony prawdziwe istnienie wlało się między karty powieści. Oto niezwykła interakcja jak w czasach, gdy byli razem – oto aktywne przenikanie się chwil i gestów, uśmiechów i krzyków, realnego życia i jakże bolesnej, anihilującej wszystko śmierci. Mit wolnego życia i wspaniałej przyjaźni od dawien dawna obecny był w historii ludzkości, przybierał różne formy, stawał się obrzędem przejścia, wzbogacał losy o żar emocji, przydawał im treści eternalnej, przypominał o chwilowości wszystkich i wszystkiego. Tutaj – w powieści Jerzego Szatkowskiego – mit ów został wpisany w dzieje wspólnego bycia w czasach trudnych i pięknych, niemożliwych i jakże realnych, pełnych niezwykłych fenomenów i najprostszych cząstek egzystencji. Nikt nie rodzi się dwa razy i nikt dwa razy nie umiera, ale można odradzać się w swoim czasie wielokrotnie i można umierać po trochu. Kto jednak chce sięgnąć tego, co nieprawdopodobne, kto chce znaleźć to, co prawdziwe, musi stanąć do konfrontacji ze światem, musi zamanifestować swój bunt, ze szklanką wina w dłoni, z palącym alkoholem we krwi i żrącą nikotyną w płucach, musi integrować się z otoczeniem i być w opozycji do niego podczas sakralnych spotkań i rozstań. Musi też wyrazić swoją niezgodę idąc drogą z przyjacielem, wpatrując się mu w oczy, rozmawiając z nim o wszystkim i o niczym, dopełniając jego losy własną treścią egzystencjalną. Autor tej książki utrwala w słowach ważny fragment w życiorysie własnym i swoich bohaterów, a choć jest to proza artystyczna, to czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko to wydarzyło się naprawdę. Prawda jest tutaj kluczem do poznania, a poszczególne elementy opowieści wspierają ją i wzbogacają o pojemne znaczeniowo głębie. W tym przesłaniu Szatkowskiego, formułowanym u końca drogi – wszak biologia i eschatologia nie oszczędzają nikogo – docieramy do samej istoty człowieczeństwa, odnajdujemy byty, które nie oparły się próbie czasu, ale stały się czytelnymi znakami wrażliwości i poświęcenia, wiary w prawdę eksperymentu życia i przekonania, że nie zmarnowało się danych nam chwil. Dobrze, że ta powieść ujrzała światło dzienne, bo jest ona przywracaniem pamięci, wyłowieniem z nieistnienia chwil, które miały wagę tysiącleci i momentalnie stawały się legendą. Doprawdy, to tak nieprawdopodobne, że aż prawdziwe…

Niezwykle ważna dla Szatkowskiego była forma dzieła, tak jak w przypadku Epistoł, pisanych bez pośredniej interpunkcji, akcentującej tylko zakończenie kolejnych sentencji i transform syntaktycznych. W przypadku strumienia świadomości znaczenia słów są ważniejsze od artykulacji i zaznaczeń przestankowych, bo wszystko mieści się w obrębie szerokiego pasma przekazu, jakby nieustannego podążania myśli do przodu. I tutaj dynamika opowieści wysuwa się na plan pierwszy, wydobywając dzięki temu niezwykle wyraziste postaci, przydając znaczeniom głębi symbolicznej, tworząc rodzaj opowieści kulturowej, w której walka i uwięzienie stają się stereotypem poświęcenia i udręki. Narracja Szatkowskiego umiejscowiona jest konkretnie w polskiej rzeczywistości, ale siłą obrazowania wykracza daleko poza ustalenia topograficzne, stając się figuralną opowieścią o tajemnych wymiarach egzystencji, ludzkich żądzach i postępkach. Czytelnik sam musi rozkładać akcenty ważności i wydobywać obrazy pierwiastkowe, bo przecież tutaj stale coś się dzieje i jedno przedstawienie napiera na kolejne odsłony, nowa sekwencja – stając się naturalną konsekwencją tego, co już zostało powiedziane – natychmiast zyskuje swoją autonomiczność. Świat ludzki niewiele różni się od przestrzeni, w których bytują owady, płazy czy drapieżne ssaki, bo i w nim obowiązują krwawe rytuały przetrwania. Kłamstwo jest takim samym zachowaniem obronnym jak podstęp łowiecki, a zbrodnia staje się częścią walki o przeniesienie jaźni mordercy w czasie i osiągnięcie zaspokojenia. Wiedza niezbędna do przetrwania została przekazana bohaterowi przez starszyznę rodu, w której babcia odgrywa najważniejszą rolę, ale pozostali członkowie klanu też mają swoje ważkie przesłanie. Szymek ze Żwirków korzysta z rad, ale nieustannie też bije się o swoją integralność, próbuje zaznaczyć jak niezwykłą otrzymał wyobraźnie i jak niespotykany jest jego „aparat” interpretacyjny. Rekonstruując rzeczywistość nasącza ją „skazą” i darem własnej wyjatkowości, przydaje znaczeń, rozszerza obszary penetracji, tak że najmniejsze nawet zdarzenie, orbituje w stronę mitu. A tam – przy spotkaniu podświadomości i imaginacji – wszystko układa się w przekaz idealny, pozbawiony ludzkich uczuć i ułomności, bliski boskiej zasadzie uświęcania bytów w procesie świętego doskonalenia, w drodze ku sacrum ostatecznemu, ku Stwórcy gałązki brzozy i gniazda ptaka. Anula – choć zbezczeszczona seksualnie – staje się dla tej kreacji niepokalaną Dziewicą, będącą znakiem czystości i pełni, dziecięcej wiary w czystość i doskonałość. Jakże mądry i głęboki jest tutaj wywód Szymka na temat mitu: Bo proszę Wychowawczyni z mitem to jest że można go podziwiać że można nad nim w zachwyt bezkrytyczny wpaść że można się nim jak winem upoić że można nad nim rozczulić się zapłakać serdecznie że można przez niego w nieutulonym pogrążyć się żalu że można nad nim zadumać się czule a z drugiej strony w jasną cholerę wpaść że można go przyjąć za własny i niejako utożsamić się z nim że można go podjąć i dużo jeszcze z nim zrobić i dużo dzięki niemu osiągnąć że różnie go odczytywać można i na wiele sposobów tłumaczyć i w takim czy innym przedstawiać go świetle i tak dalej i temu podobnie i nieprawdopodobnie i w końcu odejść od niego żeby kiedyś tam do niego powrócić czy zatęsknić że często jak drogowskaz jest jak broń albo opatrunek jak woda chleb i sól. I jak powietrze. Jak słońce. Tak to co szczególne i jednostkowe staje się treścią uniwersalnego przekazu na temat bytu i mechanizmów przetrwania, tak wyłania się z tej opowieści kulturowa ontologia. Jak w kalejdoskopie migają tutaj osoby i zdarzenia, elementarne cząstki życiorysu Szymka, który kształtował się w bolesnych interakcjach z otoczeniem. To była jego szkoła życia i cierpienia, która w narracji Szatkowskiego nabrała cech doskonałości, wiary w przeistoczenie i przebóstwienie, pewności, że jego droga prowadzi do celu, którym zawsze jest wiedza. Choćby chwilowa, choćby osiągana w momencie zranienia lub śmierci – wiedza o ludziach i o sobie samym, wiedza niezbędna dla pojęcia fenomenu pojawienia się w burzliwej chwili dziejowej i w konkretnej przestrzeni bytowania. Autor świadomie przerysowuje główne postaci, ukazując je tak, jak dziecko widzi dorosłych – monumentalnych i komicznych zarazem, górujących nad światem dorastających istot, a zarazem nie rozumiejących na czym polega prawdziwe kształtowanie się żywej świadomości. Jego istnienie warunkują odruchy, ale też tragiczne doświadczenia wojny, śmierci ukochanych zwierząt, a nade wszystko nieustannego zapadania w niebyt świętych chwil, od przebudzenia do zaśnięcia. Nic nie potrafi zrekompensować tej utraty, nawet epistoły pisane do Pani Wychowawczyni, nawet mądre rady babci i obserwacje natury, w której wszystko zdaje się być właściwie poukładane, mające swoje miejsce w logice stworzenia, ale przecież – gdy samochód rozgniata ulubionego kotka, albo gdy w akwarium topi się piesek – budzącej obezwładniające przerażenie. Coś, co zostało zainicjowane w przeszłości, przeobraża świadomość bohatera i podąża ku doskonałości, nawet jeśli będzie nią idealna śmierć, pozostawiająca wspomnienie czynu, daleko wykraczającego poza ludzkie schematy postępowania. Zagrożenie jest realne, bo każda nadwrażliwość orbituje pomiędzy egzystencją a niebytem, każda wyjątkowość domaga się ostatecznych dopełnień, każde zwycięstwo obciążone jest skazą porażki. Biorąc na siebie winę za niepopełniony czyn, Szymek staje w jednym szeregu z niewinną istotą i pokoleniami ofiar, które nie zrozumiawszy do końca na czym polega przetrwanie, odchodziły w bólu i rozpaczy ze świata. Mieli swoje szczytne plany, pragnęli coś osiągnąć, dotrzeć do dalekich krain, ale nie udało się im przedostać przez odwieczne rytuały przejścia, nie udało im się odsączyć chwile jasne od ciemnych, krople łez od strużek krwi. W takim rozumieniu powieść Szatkowskiego jest traktatem o ludzkiej naturze i o pułapkach w jakie ona wpada, o wielkim pragnieniu osiągnięcia stanu wiedzy i pełni szczęścia i o bólu, który stale determinuje postępowanie, niszczy marzenia i zabiera to co najcenniejsze – wyjątkowość i niepowtarzalność chwilowego istnienia. Rodzimy się raz na całą wieczność, ale zło i bezduszność ludzi oddala od nas perspektywę eternalną, musimy zmagać się z kłopotami dnia i nocy, a nie ogromnych przedziałów czasu, pośród których rodzą się gwiazdy i galaktyki, pośród których trwa pradawna metamorfoza. Tylko bohater zraniony, tylko ktoś kto zaznał cierpienia, tylko biorący na siebie winę heros, może przez chwilę spojrzeć na ogromny przestwór, potrafi zatrzymać się w biegu i spojrzeć na gwiazdozbiory rozsiane pośród lodowatej pustki. Tylko człowiek prawdziwy osiągnie pełnię tam, gdzie człowiek niewiele różni się od zwierzęcia, a kolejne postępki układają się ciąg błazeństw nie mających znaczenia i sensu – tylko on zobaczy swoją drogę i pójdzie nią w dal, odczyta szyfr gwiazd, zostawi za sobą skażoną przeszłość i odnajdzie przyszłość. Choć nie odnajdzie…

         

Z kolei Tryptyk Jerzego Szatkowskiego to rozpisana na głosy pieśń pochwalna, song uświęcający – pieśń czasu, który się wypełnił po brzegi i przelał poza krawędzie śmierci. Hymn stworzony z fragmentów dawnej rzeczywistości, z odpomnianych cząstek wspólnie przeżytych chwil; wspólnych wypraw w krainy wyobraźni i ludzkiego cierpienia. Szatkowski opowiadając o przeżytych wraz z Edwardem Stachurą wyprawach ku „cudnym manowcom” stara się zawrzeć w swoim poemacie tak charakterystyczne dla twórczości Steda zauroczenie światem i sytuacjami, w których dochodzi do trudnej do wypowiedzenia unii pomiędzy zwykłością, tandetą i podskórnym rytmem wielkiej, wszechogarniającej tajemnicy życia. Stachura ciągle poszukiwał w rzeczywistości symptomów tego drugiego świata – jakby przestrzeni ukrytych przed zmysłami człowieka, ale przeczuwanych przez jednostki nadwrażliwe, pełne wewnętrznych spękań i egzystencjalnego lęku. Szatkowski należał do jego przyjaciół, gdyż tak jak w Brunie, w Babińskim i Różańskim autor Wszystko jest poezja odnajdywał pogłos tego samego drżącego dźwięku. Jakby zew tajemniczości nie odkrytej, zew śmiertelnej, przyzywającej wciąż siły wszechświata. W prozie i poezji Szatkowskiego Stachura przypisany został dziecinno-młodzieńczej arkadii, do której autor wraca jak do sakralnej krainy pierwszych wtajemniczeń i poetyckich (tzn. życiowych) inicjacji. Stachura czuł i słyszał tę bolesną, smutną nutę, brzmiącą wciąż w autorze Ave, dlatego odnosił się do niego jak do najbardziej zaufanego przyjaciela – ale owe stosunki miały też wymiar mityczny; poprzez poezję, w jej oddechu stawały się jakby stosunkami między członkami tego samego mitycznego klanu ostatnich wolnych wojowników. Szatkowski przenosząc swoje spotkania ze Stachurą w poświatę poezji, w rewiry prozy, nieustannie nadaje im wymiar ogólnoludzki. W takim kontekście poemat opowiada o kosmogonicznym kształtowaniu się przestrzeni, o kategoriach ołtarza, stosu i odwiecznej ofiary. Sted powędrował po śmierci do tej samej krainy, gdzie wcześniej udał się przyjaciel dziecinnych zabaw – Kostek. Jego śmierć i śmierć Stachury miały w sobie właśnie ów element ofiarny – śmierci dla samej śmierci, absurdalnej, ale jakże boleśnie pięknej i  o d r a d z a j ą c e j. Niezwykłą wagę mają tutaj teksty liryczne – to poezja pojmowana i odbierana jako ofiara – magiczna gra z niewiadomą, jako sprawdzian w ludzkiej próbie bytu. Poezja rodząca się w bólu i poniżeniu, osadzająca się między klejącymi się powiekami, a nade wszystko poezja wyszarpywana z żył – to tylko niektóre wyznaczników liryki Szatkowskiego. Te wiersze udowadniają  raz jeszcze jak pojemne i rozległe są przestrzenie słowa, jak wiele niosą informacji, jak wielostronne opisują i określają fenomen życia. Bo przecież odnajdziemy tutaj i przebogatą sferę lingwistyczną – oscylującą między staropolszczyzną, językiem Norwida i Leśmiana, lumpenproletariackiego slangu, stylizowanej gry słownej i przyjacielskiej pogwarki – i elementy etyki, filozofii istnienia, i wreszcie metaforyczną obrazowość, odsłaniającą podświadome, przeczuwane zaledwie sfery egzystencji. Odnajdziemy określoną dramaturgię i fabularny ciąg inicjacji i śmiertelnych porażeń. Życie w wierszach Szatkowskiego zdaje się groźnym rytuałem, żywiołem, który okiełznać może tylko poeta-zaklinacz i jego wypowiadane w określonym momencie formuły. Często wiersz, rzucany w przestrzeń potrafi uleczyć innych ludzi, uciszyć krzyk przerażenia i jęk rozpaczy, ale zawsze pozostawia ranę, bruzdę, bliznę na sercu. Poeta jest ledwie chwilową tamą na drodze prącego wciąż naprzód strumienia – często porywany i rzucany w różne strony, odczuwa najpełniej kruchość i niepewność swego i innych  b y c i a. Jest świadom tego, że prędzej czy później on, albo ktoś tak samo jak on wrażliwy, będzie musiał odkupić te chwile, kiedy zdawało się, że czas przestaje płynąć, a ciepło przyjacielskiej dłoni, ciepło kobiecego ciała jest baldachimem. W dzieła Szatkowskiego wpisany został czarny mit poezji polskiej – mit romantycznego ofiarnictwa, odchodzenia ku miejscom ostatecznych spełnień, płacenia krwią i cierpieniem za błogosławieństwo i wiarę. To jeszcze jedno ogniwo w promieniującym czarnym światłem łańcuchu poetów przeklętych, poetów tragicznych. Szatkowski był ich przyjacielem i orędownikiem, przyjmował wszelkie konsekwencje bycia razem, wędrówki tą samą ścieżką – jak sam mówi, wydawało się zawsze, iż jest z nich najsłabszy, że życie z nim pierwszym się rozprawi, że jego opłakiwać będą koledzy. Ale – jak to bywa w tajemniczym świecie – właśnie jemu wyznaczona została rola tego, który ma dać świadectwo, tego, który ma w słowach ocalić to wszystko, co zdawało się nie do wyrażenia. I ocalił – poszczególne wiersze i cząstki prozatorskie stały się żałobnymi pieśniami tajemnej rzeczywistości, stały się kamieniami nagrobnymi tamtych chwil. A zarazem – wypowiedzeniem poczucia niespełnienia, poczucia bolesnego zawodu, modlitwą odmawianą za zmarłych i szeptem buntu – próbą wytrzymania lodowatego spojrzenia. I nie ma w tych utworach niczego z hagiografii, Stachura jest prawdziwym człowiekiem z krwi i kości, prowadzi nieustanną walkę, zbliżając się do tajemnicy i jest brutalnie od niej odrzucany. Dlatego też w Tryptyku nie ma sfer nieskazitelnych, sacrum zawsze sąsiaduje z profanum, obok miłości jest zdrada, a obok dobra zło. Dzień jest teatrem zdarzeń, które odciskają swoje piętno w podświadomości i pamięci, noc jest chwilą wytchnienia, albo nieustannym czuwaniem – śmierć jest na wyciągnięcie ręki, stale daje o sobie znać i nie pozwala zapomnieć o absurdalnych i ironicznych kontekstach. Szatkowski często odgradza się od niej, tworzy z języka nieprzepuszczalny ekran, ale nawet wtedy śmierć rosi się na jego obrzeżach… Ta literatura jest zarazem miękka i delikatna, cicha i czuła, łagodna i dźwięczna, ale też stonowana i narażona na zbyt powierzchowne odczytania, broniąca się jedynie prawdziwością transponowanych figur i sytuacji, konkretnością metaforycznych złożeń i neologiczną energią języka. Te wiersze można by łatwo zaśpiewać, zaaranżować do wykonania jako ballady, piosenki podróżne, ta proza staje się sakralną opowieścią, modlitwą i hymnem pochwalnym. Wszystko w nich zdaje się płynąć, wszystko dookreśla pozostałe partie utworu, wszystko ma swoje funkcjonalne miejsce; wreszcie wszystko niesie konkretną informację semantyczną. Szatkowski cyzeluje swoje teksty niczym złotnik, do ostatnich chwil przed oddaniem w ręce kupca, pracując nad swoim wyrobem. Trudno byłoby cokolwiek dodać do tych opowieści, strof, wersów i nowych złożeń słownych – wszystko w nich jest na miejscu, wszystko ustawione zostało w szeregu nakładających się na siebie i wzmacniających się sensów. Ta swoista lingwistyczna harmonia dźwięków i semantyczna harmonia obrazów tworzą świat nieopisanie piękny i groźny zarazem. Świat na granicy bajecznego snu, kolorowego przeźrocza, barwności sekwencji lasu czy łąki, a z drugiej strony świat mrocznych korytarzy percepcji, świat chłopców z tatuażami na ciele i „sznytami” na przedramionach, którzy odważnie, chwacko rzucają się w nurty wody i płacą za to życiem. Ten jakże bolesny i absurdalny w swojej istocie kadr jest jednym z centralnych obrazów tej twórczości i rekreowanej rzeczywistości. Staje się też magicznym kluczem do coraz bardziej zagmatwanej łamigłówki życia. Ale jest to też obraz o klarowności spotykanej jedynie w obszarach mitu, podania kulturowego. W nich bohater rzuca się na ratunek potrzebującym pomocy, salwuje niewinnych z czeluści żywiołów, składa swe życie na ołtarzu aby obudzić nową świadomość, wypełnić to, co objawione zostało na górze, z dala od zgiełku świata. Tego rodzaju wiedzę i tak intensywną klarowność sztuka uzyskuje jedynie w obliczu i w kontakcie ze śmiercią. Jerzy Szatkowski patrzył jej w oczy przez wiele lat, przez wiele nocy i dni czuł na sobie jej lodowaty oddech. Uciekał też od niej i chronił się w arce wiersza, w chybotliwym korabiu prozy, i śmiało, bez wahania i gier wstępnych, obnażał jej bezduszność… Tryptyk to dzieło jednorodne i szlachetne w zamyśle artystycznym – to hołd złożony przyjacielowi i nieustanne, żarliwe, indywidualne odkrywanie tajemnicy tajemnic…           

Jerzy Szatkowski od zawsze był słowiarzem – czerpał obficie z wynalazków lingwistycznych Norwida i Leśmiana i modyfikował je na swój sposób, obdarzał też wiersz ogromnym ładunkiem własnej słownej pomysłowości, powidzieć można – inwentyki lingwistycznej. Zasłynął jako przedstawiciel tego samego pokolenia co Stachura, Różański, Babiński, Bruno i wszedł do legendy literackiej jako ich kompan, twórca wyrażający w swoim dziele te same co oni niepokoje, autor chadzający tymi samymi co oni szlakami. Ale przecież – co zauważali liczni krytycy – szedł też swoją drogą i w swoich eksperymentach językowych dotarł zapewne najdalej. Przyjaźń otworzyła przed nim horyzonty poezji, ale kazała też nieustannie weryfikować, stale czujnie przyglądać się swojemu losowi i wierszom, które były jego odbiciem. Tak wpatrywał się w słowa i treści, tak stale szukał neologizmów i transformował w zdumiewający sposób martwą tkankę języka. Tak powstawały wiersze, które wpisywały się w określoną tradycję modyfikacyjną   s ł o w a,  tak rodziła się liryka nie znająca kompromisów – zawsze, ponad wszystko stawiająca efekt artystyczny, oryginalność nie dającą się z niczym porównać. W erotykach pisanych dla swojej wielkiej miłości – Iwony – wykorzystał Szatkowski dwie sfery obrazowania i dwie płaszczyzny językowe. Tak świat roślinny i kształty ludzkie stały się przedmiotem niezwykłych operacji słowno–metaforycznych i dały efekt doprawdy zdumiewający. Oto powstał cykl, w którym miłość wpisana została w ciąg nieustającej metamorfozy, wielkiej – rozgrywającej się w czasie i w przestrzeni – przemiany treści i sensów, słów i znaczeń. Wszelkie innowacje fundują się tutaj w zakresie botanicznej leksyki i antropomorfizacji treściowych – rośliny stają się elementami świata ludzkiego, a w połączeniach metaforycznych wręcz je obrazują. Uczestniczymy wraz z autorem w chwilach przeżywania rozkoszy, w momentach odczuwania ciepła i bliskości, ale też jakby podlegamy wraz z nim prawom, jakie obowiązują w świątyni miłości i w świecie roślin. Tu i tam trwa dynamiczne wzrastanie, tu i tam wybucha kwitnięcie, tu i tam wszystko zapada się w zgniliznę, albo zasycha bezpowrotnie. Poeta pragnie w słowach kultywować swoją miłość – chce ją widzieć w świetle i obfitości żywiołów, chce by krzewiła się nieopisanie, by  była jak swarzybaba, jak kosatka, jak niezapominajka. W takich przedziwnych, oryginalnych transformacjach słownych wiersze stają się rodzajem, tajemnego kodu i mają w sobie coś z miłosnego trelu skowronka i zawodzenia słowika, są poszumem chwastów i kwiatów ocierających się o siebie na wietrze, są szeptem ciał zamykających się w szczelnym uścisku. To są erotyki dla tych, którzy pragną swoją miłość przeżywać w sposób twórczy, to są liryki niespotykane, bo kierowane dla istoty rozumiejącej ich naturę i zarazem strukturę wyobraźni ich autora. Są to też teksty, które są odbiciem subtelności i wyjątkowości kobiety, dla której zostały napisane… I tylko ona może je w pełni zrozumieć, tylko ona może być ich adresatką. Czytelnik wszakże może próbować pobyć w tym świecie, choćby na chwilę, choćby na mgnienie… Może powiedzieć za autorem: pozdrowione niech będą palców twych opuszki/ pozdrowione niech będą piersiąt twych zdrojówki/ pozdrowione niech będą twoich warg wiolinki … Może to zrobić, choć nigdy jego udziałem nie będzie to, co oni przeżyli…

Wskażmy jeszcze ogromną pracę archiwistyczną, ukazującą nieznana twarz Wincentego Różańskiego, jako rysownika, żywo reagującego na sytuacje i uwieczniającego portrety osób, z którymi miał do czynienia. Wiedziałem, że Witek Różański rysuje, bo czasami przysyłał mi w listach swoje wizualizacje, ale zbiór, który otrzymałem do wydania od Jerzego Szatkowskiego, wprawił mnie w wielkie zdumienie. Okazało się wszakże, że poeta z Ostrobramskiej pozostawił po sobie ogromny zestaw rysunków, przedstawiających naturę i miejsca dla niego ważne, dokumentujący literackie kontakty, a nade wszystko ukazujący pisarzy, poetów i innych zaprzyjaźnionych z nim ludzi. To ważny element życia kulturalnego w Wielkopolsce, nie mający precedensu w całym kraju, to czas utrwalony przy pomocy specyficznie kształtowanej kreski. Sam Witek zapewne nie przypuszczał, że jego rysunki zostaną wydane, tworzył je z potrzeby chwili, na marginesie zdarzeń i spotkań, albo by obdarować nimi kolegów, znajomych, osoby w jakiś sposób mu bliskie. Widać w poszczególnych rysunkach, że miał wprawną rękę i potrafił uchwycić coś, co trudne byłoby do ukazania z wykorzystaniem skomplikowanych technik plastycznych. To są chwile, sekundy i minuty, retrospekcje ulotne jak sam czas, spojrzenia na ludzi i miejsca w jakimś kosmicznym skrócie. Poeta założył od samego początku, że będzie wykorzystywał tylko minimum środków, rozumiejąc, że nie dorówna największym twórcom, zastosował własną technikę. Nie był w tym odosobniony, bo przecież i w pracach pozostawionych przez Norwida, Wyspiańskiego, Schulza, a współcześnie Mrożka, też znajdziemy takie skrótowe ujęcia. Powstanie takich rysunków determinowane było chęcią uchwycenia błysku, pozy, jakiejś charakterystycznej cechy i w tym Różański okazał się prawdziwym mistrzem. Pamiętam te jego bystre spojrzenia i błyski w oczach, gdy lekko przekrzywiał głowę i przyglądał się światu. Osoby nieznające go, mogły tego nie zauważać, ale byli też i tacy, którzy łączyli je z równie skrótowymi komentarzami i aforystyczną stroną jego liryki. Będąc poetą najprawdziwszym i artystą bez ograniczeń, tworzył dzieła dla innego czasu, dla swoich losów pośmiertnych i dla dni post mortem jego przyjaciół. Dopiero, gdy odeszli po kolei – Stachura, Bruno, Babiński – jego prace zaczęły pulsować treściami, których wcześniej nie dostrzegano. Teraz widać dobrze, że to nie były igraszki, a raczej przemyślane kompozycje, zestawy kresek, które układały się w bogate ciągi znaczeniowe. Po opublikowaniu tej książki żaden historyk literatury nie będzie mógł pisać o Witku bez znajomości zawartych w niej przedstawień – a gdy pochyli się nad nimi, wniknie w zakodowane treści, znajdzie w nich dopełnienie słów, wierszy, listów i wspomnień śpiewającego dziecka, które szło jak włócznia. Wiersze Różańskiego powstawały metodą błyskawicową, jako odpowiedź na wyzwania świata i jego niezwykłą świetlistość, przypadkowość i konsekwencję, wielowymiarowość i otwartość. W poezji tej wszechświat stale otwiera się i zamyka przed świadomością w nieustającej pulsacji. Przeobraża się pomiędzy każdym mgnieniem powiek i stale dąży ku nowym metamorfozom – od stanu „natura” do stanu „przestrzeń”; od kształtu  „galaktyka” do nie kończącej się wizji „kosmos”. Poeta czuje stale tę pulsację niczym rytm przepływu własnej krwi i dlatego stara się stale wychodzić poza to, co skostniałe, stale walczyć o nowy oddech. Interesuje go koniec i początek, inicjacja i żałobna inkantacja. Nieustannie wpisuje się on w ciąg sprzeczności istniejących w naturze. Gubi się na przedmieściach wielkiego miasta i odnajduje w samym centrum metropolii. Idzie w dal odważnie przed siebie i przed sobą stale ucieka. Niesie z radością nosidła bytu i ledwie może je udźwignąć. Pławi się w sensach świata  i pozwala przepływać obrazom przez mózg. Może dlatego niektóre wiersze zostały napisane na zasadzie wolnych skojarzeń – wyzwolenia świadomości z jakichkolwiek pęt. Potrafi ona dzięki temu ogarniać coraz szersze i głębsze przestrzenie. To metoda znana z poezji Ezry Pounda, ale też i Edwarda Stachury, to sposób poezjowania Yeatsa i Różewicza. Różański jednak nie naśladuje swoich wielkich protoplastów w poetyckim rzemiośle, raczej łączy się z nimi w wielkim uniwersum świadomości, w wielkim rewirze wierszy. Czasami powstawało ich kilkanaście od razu, jakby w ciągu poematowym, jakby w zamyśle książkowym i lęku, że mogą przepaść i nigdy nie pojawić się na papierze. Ta twórcza metoda została zastosowana też w rysunkach Witka, ale jest jeszcze w nich coś absolutnie oryginalnego i wyjątkowego w swej prostocie. To właśnie owa kreska, która będąc czarna jest zarazem jasna, pełna subtelnego światła. Niosąc informację o przestrzeniach i czasie, zawiera w sobie też przekaz świetlny – to jakby odsączenie z elementów świata tego, co nieistotne i ukazanie w    c a ł e j    j a s k r a w o ś c i  tego co najważniejsze, co filozoficzne i pierwiastkowe. On był jasny w swej naturze, wrażliwy na światło i barwy, na dobre uczynki i prawdziwą przyjaźń, która nie znała kompromisów. Takie memento pozostawił w ulotnych, jasnych kreskach, które w tym albumie układają się w potężny przekaz wizualny, w lirykę i dramat, a nade wszystko w prawdę o ludziach, miejscach i czasie, którego nie można zatrzymać. Jemu to się udało, choć się nie udało, on to rozumiał i nie akceptował – przeciwstawił się nieustannemu rozpadowi najdelikatniej jak potrafił, jasną kreską. I w niej prawdziwie nie posmakował śmierci.

Jurek przygotowywał jeszcze do publikacji obszerny wybór swoich wierszy, który także miał się ukazać w Bibliotece „Tematu”. Niestety kłopoty zdrowotne i ogromna trudność w zgromadzeniu sporych środków na tę publikację, wciąż ją opóźniały. Odbyliśmy wile rozmów na ten temat i teraz punktem mojego honoru jest wydanie tej książki, jeśli tylko rodzina się na to zgodzi i uda mi się znaleźć sponsorów. Nigdy nie zapomnę opinii i słów mojego przyjaciela, szczególnie gdy bywałem atakowany, opluwany, albo gdy dokonano na mnie haniebnej egzekucji w bydgoskim uniwersytecie. Zawsze stał po mojej stronie, nie wierzył w absurdalne opinie, korygował pomówienia i zawsze podkreślał wartość tego, co robiłem i robię. Żegnaj Jurku, nigdy nie usłyszę już twojego głosu przez telefon, nigdy nie odwiedzę cię w domu i nie będę miał okazji snuć z tobą długich dysput literackich. Ale zostanie ze mną twoja wiara we mnie i wskazania w jakich kierunkach powinienem podążać. Odtąd Cmentarz Miłostowski będzie dla mnie jeszcze ważniejszym miejscem niż dotychczas, bo obok grobu Witka Różańskiego, będę odwiedzał tam twoją mogiłę. Żegnaj Jurku, żegnaj przyjacielu…

 

 

DIAMENTOWY PYŁ

Maria Chilicka

Od dawien dawna ludzkość fascynowała się diamentami, ich niezwykłą połyskliwością, światłem uwięzionym w kamieniu i tajemną siłą, promieniującą z mniejszych i większych minerałów tego typu. To zauroczenie było tym większe, że przez stulecia nie zdawano sobie sprawy z tego czym są te klejnoty, a dopiero doświadczenia Antoine’a Lavoisiera udowodniły, że mamy tutaj do czynienia z czystym węglem. Uczony, który ostatecznie został stracony na gilotynie, po haniebnym wyroku Trybunału Rewolucyjnego Republiki Francuskiej, jako pierwszy spalił doświadczalnie diament, wykorzystując do tego celu promienie słoneczne, skupione przez sporych rozmiarów soczewkę. W taki sposób obalił mit niezniszczalności tego kamienia, wywodzący się z czasów greckich i zaznaczony w nazwie – ἀδάμας, adamas, czyli niepokonany. W kolejnych stuleciach od odkrycia francuskiego chemika, ludzkość znalazła wiele zastosowań przemysłowych dla diamentów, ale najważniejsze zawsze było ich wykorzystanie w jubilerstwie. Ileż to najpiękniejszych kobiet świata, władczyń i księżnych, szlachcianek, arystokratek, aktorek i modelek, przyozdabiało się w diamenty, ileż powstawało przepysznych kolii, diademów, pierścionków, bransolet, kolczyków. Najpełniej ten zachwyt wyraziła Marilin Monroe w słynnej piosence pt.  Diamonds Are a Girl’s Best Friend, a nakręcony wtedy teledysk zyskał miano kultowego „hymnu” na cześć jakże pożądanych ozdób. Dzisiaj mamy do czynienia z ogromnym przemysłem diamentowym, powiązanym z miejscami wydobycia – m. in.  w Australii, Indiach, Brazylii, Rosji, RPA, Kongu i Sierra Leone – a także z wyspecjalizowanymi firmami zajmującymi się obróbką minerałów, wykonaniem biżuterii i handlem na całym świecie.

Trudno się dziwić, że Maria Chilicka, bydgoska poetka i pisarka, zainteresowała się diamentami i stworzyła coś na kształt własnej monografii tych minerałów, a przy tym umieściła w niej wiele własnych przemyśleń i opinii, odzwierciedlających jej wieloletnią fascynację. Autorka przez wiele lat pracowała jako nauczycielka fizyki w szkole średniej i podczas swoich lekcji starała się zainteresować uczniów tym, co pierwiastkowe w naszym wszechświecie, co determinuje nasze istnienie na planecie, zagubionej pośród przepastnych głębi, galaktyk, gwiezdnych konstelacji i mgławic. Zapewne w tamtym okresie ugruntowało się w umyśle pisarki przekonanie, że materia bywa niezwykle fascynująca i może odzwierciedlać sekretne głębie duchowe. Jeśli przyjmiemy perspektywę kosmiczną, to nawet największe ziemskie diamenty staną się rodzajem świetlistego pyłu, w który została przyozdobiona ludzkość. Tytułowy smak diamentów, to nic innego jak wskazanie, że kamienie te stały się też elementem konsumpcyjnym, znajdującym się na samym szczycie drabiny cenowej, obok złota, platyny, rubinów, szmaragdów czy najcenniejszych jadeitów. Książka może być też rodzajem kompilacyjnego przewodnika dla osób zainteresowanych diamentami i szukających wiedzy na ten  temat. Autorka zgromadziła w niej wiadomości teoretyczne i praktyczne, opisała ośrodki wydobycia, przyozdabiając je w historie związane z niezniszczalnymi kamieniami.  A choć obecnie najważniejszymi miejscami dla handlu i rozpowszechniania diamentów są Antwerpia i Nowy Jork, to i tak wszystkie ścieżki wiodą ku Republice Południowej Afryki i tam też zaczyna się narracja fabularna bydgoskiej autorki. Jej bohaterowie – podobnie jak ona w swoim zapale twórczym – fascynują się diamentami i próbują stworzyć podstawy biznesu, który mógłby rozrastać się do gigantycznych wymiarów i przynosić niewyobrażalne zyski, ale niestety zderzają się z brutalną, przestępczą rzeczywistością.

Narracja autorki jest prawdopodobna i wciąga czytelnika z niezwykła mocą, dając poczucie obcowania z dobrą prozą i adekwatną wiedzą na temat rzeczywistości ludzi zajmujących się wydobywaniem minerałów w RPA i Rosji. Niezwykle interesujący jest też wątek sensacyjny, który pisarka rozgrywa w sposób perfekcyjny, przykuwając uwagę czytelnika i tak manewrując kolejnymi dawkami informacji, by zakończenie przyniosło niezwykłe rozwiązanie. To zarazem cząstki świata ludzi marzących o fortunie i bezwzględnych przestępców, oświetlane jak reflektorem i pozostawiające czytelnikowi sporo miejsca na własne przemyślenia i fabularne konstrukcje. Tak powieść i zarazem faktografia Marii Chilickiej, zyskuje walor dodatkowy, stając się zaproszeniem czytelnika do współtworzenia książki i dodawania własnych przemyśleń – może w formie recenzji, komentarza, przywoływania dodatkowych faktów lub tworzenia alternatywnych wątków. Autorka realizuje tutaj jedno ze swoich wielkich życiowych pragnień, łącząc w jednym tomie wiedzę zdobywaną przez lata z niezwykle dynamicznie realizowaną narracją. Po prawdziwej eksplozji poetyckiej i publikacji kolejnych sześciu tomów, otrzymujemy książkę prozatorsko-faktograficzną, potwierdzającą ogromny talent literacki i autentyczną potrzebę manifestacji aktywności życiowej. Warto czytać to dzieło, by choć na chwilę przyozdobić się w diamentowy pył i znaleźć się w miejscach, gdzie rozgrywają się ludzkie dramaty, związane z pozyskiwaniem i handlem świetlistych łez Stwórcy, powstających w procesie jego tajemnej kosmogonii.

JEAN STAROBINSKI 1920-2019

Zmarł szwajcarski krytyk literacki i myśliciel Jean Starobinski, wykładowca w uniwersytetach w Baltimore, Bazyleii i Genewie. Kojarzony przede wszystkim ze szkołą genewską w literaturoznawstwie. Podobnie jak Bachelard, doszedł do badań nad twórczością Rousseau, Diderota, Woltera okrężną drogą, studiując najpierw literaturę klasyczną, a potem medycynę, z której uzyskał doktorat.  Wielokrotnie cytowałem jego prace w dziele mojego życia, czyli trzech monografiach o wielkich polskich poetach romantycznych, a i w pisanym tomie o Norwidzie, odwołuję się do jego pomysłów i niezwykłej przenikliwości interpretacyjnej. Warto tutaj przywołać fragment mojego Wprowadzenia do książki Słowacki Kosmogonia, w którym nawiązanie do szkoły tematycznej i fragment pracy Starobinskiego stały się ważnym elementem badawczym, wprowadzającym czytelnika w kosmogonię naszego romantyka:

Francuska krytyczna szkoła fenomenologiczna, nazywana czasami krytyką tematyczną i kojarzona ze szkoła genewską; książki takich badaczy jak Bachelard, Richard, Poulet, Starobinski, Rousset i innych, dały asumpt do pojawienia się wielu studiów, które wykorzystywały jako narzędzie badawcze kategorię  t e m a t u,  a poprzez jej wskazanie porządkowały materiał literacki, ustawiały twórczość pod określonym kątem badawczym, pozwalały spojrzeć na dzieło i autora z innej niż tylko czytelnicza czy apologetyczna perspektywa. Były wyraziście zarysowanym problemem, były stawianiem pytań podstawowych – Czym przede wszystkim różnią się twórcze świadomości? […] swoim porządkiem i strukturą. Rozwijają się zatem w swoistym następstwie czasowym, ponieważ „poznać siebie to odkryć się w pewnym fundamentalnym momencie trwania”. Świadomość może stale powracać do chwil początku, ileż jest jednak początków, raz absolutnych, raz względnych, raz nawrotnych! Czas świadomości bywa ciągły, płynny albo też urywany, punktualny jakby; pusty i pełny, bogaty i jałowy… Forma czasu, nieodłączna od świadomości, okazuje się nieskończenie bogata w odmiany i przekształcenia. Podobnie z przestrzenią. Każdy akt świadomości niesie w sobie centrum i peryferie, zakłada bowiem dystans między     j a  myślącym i  j a  myślanym, uwyraźniony przez stosunki powstałe między narratorem a przedstawionym światem. Tak więc pytanie: kim jestem? – wzbogaca się natychmiast o następne: kim jestem? i gdzie jestem?… wszystkie zaś domagają się odpowiedzi od krytyka. Przedstawionego świata nie powinien on bowiem ujmować inaczej niż w porządku stawania, odsyłającego do form czy kategorii świadomości.[1] To było jakby patrzenie pod światło na świadomość poetycką, na konkretny utwór i na całą twórczość, a zarazem było to jakby odsłanianie kolejnych warstw danego motywu, danej kategorii, danego  t e m a t u, rozumianego jako wielka twórcza obsesja, rozrastająca się w dziełach poetyckich do gigantycznych rozmiarów – do sformowania wielkiego skupiska „sememów”, czyli obrazów, symboli i metaforycznych struktur syntagmatycznych, tak często przeobrażających się w utworze literackim w rodzaj mitu. W takiej twórczości poetyckiej, w takiej przestrzeni i w takiej ­ poetyckiej wypowiedzi, obrazy, symbole itp. to – między innymi – miejsca, gdzie dokonują się przesunięcia i przekształcenia znaczeniowe. Jak to się odbywa? Jednostki znaczenia utożsamiają się i wymieniają wzajemnie: „niebo” niesie na przykład takie same składniki jak „pionowość”, „świetlistość”, „płynność” itd. Jednostki takie wolno teraz uznać za kategorie, służące do klasyfikacji poszczególnych figur (a więc także obrazów) wewnątrz określonego tekstu. Składają się tym samym na swoistą logikę poetycką, którą można starać się odtworzyć, budując – od najczęstszych jednostek począwszy – modele rozkładu znaczeń. Wspomniane kategorie staną się wówczas jakby kośćcem – czy też ramą? – badawczego modelu.[2] Zgodnie z ustaleniami „tematyków”, poeta jest wytworem określonych doświadczeń życiowych, konkretnej tradycji literackiej i ściśle określonej konwencji kulturowej. Pojawia się na świecie w takim, a nie innym momencie kosmogonii, w takiej, a nie innej chwili i przyciąga ku sobie takie, a nie inne obszary, treści, obrazy i symbole, a nade wszystko związane z nimi fenomeny. Potem, szukając ujścia dla „kłębiących” się w jego świadomości światów, rozmyślając i pisząc – w myśl rewolucyjnej tezy Gastona Bachelarda – nie tyle on wybiera dzieło, co owe wszystkie czynniki razem wybierają jego i „każą” mu napisać utwór, w którym skropli się  e k s t r a k t   e p o k i  i jego biografii, powstanie melanż – „napój poetycki”, którego „smak” nie będzie miał sobie równych.

Tematycy szukali w literaturze potwierdzenia, że doświadczenia inicjacyjne, dziecinne „ładowanie” wyobraźni, a potem znaczące przeżycia kolejnych lat, prowadziły poetę do konkretnych utworów, jakby przygotowywały jego erupcję artystyczną. To nie przypadek, że w dziełach Novalisa, tak boleśnie doświadczonego w chwili utraty ukochanej pojawia się apoteoza ciepła utraconego i cała kreowana rzeczywistość zdaje się płonąć; to nie zbieg okoliczności spowodował, że w dziełach E.T.A. Hoffmanna, autora który w dzieciństwie z szeroko otwartymi oczyma przyglądał się przygotowywaniu w domu „przepalanki”, płoną pośród zjawiskowej natury jakieś wielkie znicze i monstrualne stosy – to nie przypadek, że Mickiewicz swój pierwszy utwór poetycki pisze po traumatycznym przeżyciu pożaru nowogródzkiego z 1811 roku – według krytyków francuskiej szkoły fenomenologicznej w danym momencie dziejów musi pojawić się twórca, który ma w swoim życiu określone wydarzenia i potrafi je tak wykorzystać, tak wielokrotnie przetransponować, że stają się one dla jego wyobraźni modelem, paradygmatem i formą odciskającą w tworzonej rzeczywistości coraz to inne realizacje tego samego  t e m a t u. Zdaniem  francuskich „tematyków” poeta nie bierze się znikąd – zawsze jest wytworem, a jego wyobraźnia staje się wręcz idealnym polem do badań krytycznoliterackich nad mechanizmem „stworzenia” w każdej twórczości. Ważna tutaj wtedy jest metoda opisu, wydobycia z ogromnego dzieła wielkiej obsesji, wielkich  t e m a t ó w. Ten moment, unifikujący dzieło i jego interpretację tak określa Jean Starobinski:

Z pewnością nie można poprzestawać na   s z c z e g ó l n y m   p r z y p a d k u  jednego dzieła czy jednego autora, do których myśl krytyczna przystępuje i dostosowuje się, aby zależnie od okoliczności, zaproponować najbardziej adekwatne dopełnienie analityczne. Nie można redukować metody do intuicyjnego szukania na chybił trafił, zmieniającego się zależnie od okazji i jedynie odgadującego; nie wystarczy dawać każdemu dziełu specyficzną odpowiedź, jakiej zdaje się oczekiwać. Byłoby to ograniczenie krytyki do wysłuchiwania echa, intelektualnego przetwarzania wrażeń z kolejnych lektur. Zapominając w ten sposób o jednolitej całości, którą powinna objąć na koniec, krytyka poddawałaby się niezliczonym pokusom różnych form, jakie na swej drodze spotyka. Notowałaby jedynie różnorodność dzieł – ujmowanych jako światy kolejno odwiedzane – zamiast mieć na celu wizję jednoczącą, w której ta różnorodność ukazuje się rozumiejącej kontemplacji właśnie jako różnorodność. W każdej dobrej krytyce ma udział temperament, instynkt, improwizacja, są w niej posunięcia szczęśliwe i momenty wyjątkowe. Ale może ona polegać na nich. Potrzebuje solidniejszych zasad regulatywnych, które nią kierują w niczym nie ograniczając i prowadzą do przedmiotu badań. Te zasady regulatywne, jakkolwiek nie należą do z góry ustalonego kodu, są konieczne: przestrzegają przed zapominaniem kierunku, czuwają nad wychodzeniem od  t e k s t u, zmuszają, żeby przystosować każdy krok do poprzedzającego kroku i do ruchu następnego. Metoda jest ukryta w sposobie postępowania krytycznego, a widać ją wyraźnie dopiero po zakończeniu drogi. Pozorny to paradoks, że metoda daje się sformułować pojęciowo dopiero wtedy, gdy wykona swoje zadanie i jest prawie niepotrzebna. Krytyk dochodzi do pełnej świadomości swojej metody, kiedy patrzy wstecz na przebytą drogę.[3] Tego rodzaju doświadczenie pojawiło się też przy okazji tych dociekań – z ogólnego, na początku intuicyjnego, przekonania o istnieniu w wyobraźni Słowackiego trzech wielkich obsesji i sfer obrazowania, wyłonił się obraz poetyckiej kosmogonii, trzech elementarnych  t e m a t ó w  i całego systemu nawiązań oraz transformacji solarnych, lunarnych i astralnych, lokujących się na pięciu wyraźnych poziomach.

[1] J.  B ł o ń s k i, Przedmowa [w:] G.  P o u l e t, Metamorfozy czasu. Szkice krytyczne, wyb. J.  B ł o ń s k i   i   M.  G ł o w i ń s k i, Warszawa 1977, s.17–18.

[2] J.  B ł o ń s k i, Przedmowa [w:] G.  B a c h e l a r d,  Wyobraźnia poetycka. Wybór pism, wyb.  H.  C h u d a k, Warszawa 1975, s. 21.

[3] J.  S t a r o b i n s k i, Relacja krytyczna, przeł. J. Żurowska [w:] Szkoła genewska w krytyce. Antologia, wyb. H.  C h u d a k,  Z.  N a l i w a j e k,  J.  Ż u r o w s k a,  M.  Ż u r o w s k i, Warszawa 1998, s. 307–308.

 

STO WIERSZY POLSKICH (XXXI)

Kazimierz Wierzyński

LIRYKA

Jest po to, aby w każdym człowieku
Ciemne, podziemne drążyć kopalnie,
W sekundzie każdej i w każdym wieku
Rozstrzygać nieodwołalnie.

W skałach korytarz przebić wybuchem,
Zetlałe w mroku roztrącić kości,
Trafić przeczuciem ślepym i głuchym
Wprost w sedno ostateczności.

I nocą zguby, gdy światy runą,
Na same dno się zwalą rozbicia,
Trwać ocalałą, świetlistą łuną
Nad sensem śmierci i życia.

W pięćdziesiątą rocznicę śmierci

Biografia literacka Kazimierza Wierzyńskiego (1894–1969) była niewątpliwie spełniona, a wybitni uczeni i humaniści Kazimierz Nitsch i Roman Jacobson uznawali go nawet za największego polskiego poetę dwudziestego wieku. Urodził się w roku 1894 w Drohobyczu, a choć jego ojciec, urzędnik kolejowy, miał niemieckie korzenie, to już w młodości żywiołowo manifestował polski patriotyzm. Studiował polonistykę, romanistykę i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a na Uniwersytecie we Wiedniu slawistykę, filozofię i germanistykę. Jako poeta debiutował w drohobyckiej jednodniówce w 1913 roku, a po powrocie z wojska i perypetiach rosyjskiej niewoli, gdy osiadł na stałe w Warszawie, stał się czołowym poetą międzywojnia, tworząc wraz ze Słonimskim, Lechoniem, Tuwimem i Iwaszkiewiczem niezwykle kulturotwórczą grupę poetycką Skamander. Brał udział w walkach wojny polsko-bolszewickiej 1919–1921, a po jej zakończeniu rozwinął szeroką działalność literacką, publikując wiersze, recenzje i sprawozdania, m. in. W „Skamandrze”, „Wiadomościach Literackich”, tygodniku „Kultura” i „Przeglądzie Sportowym”. Już w tym okresie doceniono jego twórczość i działalność kulturalno-dziennikarską, honorując go Złotym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury, a także Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski i Nagrodą Literacką Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. W 1928 roku otrzymał złoty medal w konkursie literackim IX Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie, za tom poezji Laur olimpijski, co zapewne znacznie przyczyniło się też do tego, że uczyniono go w 1938 roku członkiem Polskiej Akademii Literatury. W czasie drugiej wojny światowej przebywał we Francji, Portugalii, Brazylii, a potem osiadł na wiele lat w USA, w małej osadzie rybackiej Sag Harbor, u krańca Long Island. W tej samotni tworzył wiersze i artykuły, które publikował w londyńskich „Wiadomościach”, paryskiej „Kulturze” oraz w prasie emigracyjnej w USA i na antenie rozgłośni Wolna Europa. Nigdy nie splamił się kolaboracją z komunistami, nie zgadzając się na postawy oportunistyczne lub jakiekolwiek kontakty z reżimami wschodniej Europy i lewakami Europy Zachodniej. W 1964 roku powrócił na stary kontynent, osiadając najpierw w Rzymie, a potem w Londynie, gdzie zmarł pięć lat później, tuż po zakończeniu prac nad redakcją ostatniego tom wierszy pt. Sen mara.

Programowy wiersz pt. Liryka pochodzi z tomu Gorzki urodzaj, opublikowanego przez wydawnictwo Jakuba Mortkowicza w 1933 roku. Jest to niezwykłe wskazanie, jak wielka była wiara Wierzyńskiego w moc liryki, a zarazem wyraziste określenie własnej drogi poetyckiej. Poeta czyni z wiersza narzędzie, nieomal „górnicze” a zarazem symboliczne, służące do drążenia w świadomości człowieka „kopalni”. Każdy człowiek ma swoje tajnie, każdy też ciekaw jest odkryć związanych z nimi i godzi się na tworzenie przyczółków w głębinach jaźni, z których mogłaby ruszyć eksploracja ku dalszym przestrzeniom. Wyraziście prześwituje tutaj poprzez słowa nauka Zygmunta Freuda o ludzkich umysłach i tym, co determinuje nasze działania. Liryka w momencie poczęcia i rozświetlenia myśli, ukazuje to, co zwykle jest zakryte i przyczynia się do odkryć na miarę życia i całej epoki. Człowiek jest dla poety czymś w rodzaju złożonej struktury geologicznej, w której można drążyć, niczym w skałach i odkrywać w niej ukryte głębie, skarby i cenne minerały. Autor nie precyzuje o jakie kopalnie realnego świata mu chodzi, choć przecież od razu narzucają się tutaj porównania ekstremalne, a więc z kopalniami diamentów, złota, platyny. Z drugiej strony kopalnia węgla też jest miejscem wydobywania skarbów energetycznych, pozwalających ludziom przetrwać w warunkach ekstremalnych. Inną właściwością liryki jest jej umiejętność tworzenia syntez, wywodzenia prawd pierwiastkowych z głębin sekundy i przepaści całego wieku. W błysku metafory, w rozświetleniach hiperbol czy zderzeniach oksymoronicznych pojawić się może wiedza o jednym bycie i o całej generacji, może uformować się rozstrzygnięcie nieodwołalne, sentencja na wiele lat ustalająca porządek rzeczy. W takim rozumieniu liryka jest narzędziem najdoskonalszym z doskonałych, a choć wyśmiewana przez ludzi niewrażliwych, dalekich od humanistycznych syntez, w dziwny sposób formułuje ścisłe, naukowe prawdy. Moglibyśmy tutaj wskazać wiele biografii, które za sprawą pojawiającej się w nich poezji, zaprowadziły autorów na sam szczyt ludzkich dokonań, umożliwiły dalekie podróże, wydobyły byty z zapadni lęków i – zdawać by się mogło – niemożliwych do pokonania depresji. Wierzyński wskazuje też na celowość liryki, która nie istnieje ot tak sobie, ale ma konkretne zadania do wykonania i wyraziste cele do osiągnięcia.

W zwrotce drugiej znowu pojawia się metaforyka górnicza i minerska, a liryka staje się rodzajem „urządzenia”, drążącego korytarze w twardych skałach. W życiu ludzkim możliwe to jest za sprawą wybuchów podziemnych i tutaj tak samo, eksplozja poetycka może utorować drogę do zamkniętych głębin, stworzyć przejścia, umożliwiające wydobycie cennych minerałów. Ale przecież pojawi się w tym wierszu też rozszerzenie o – znaną z romantyzmu – eschatologiczną symbolikę podziemia, bo korytarze mogą doprowadzić do tajemnych miejsc pochówków. Tam zetlałe przez lata kości rozkładają się w mroku, martwieją bardziej i bardziej, a wybuch liryczny może je nagle roztrącić, pokonać ich odwieczną statykę. System podziemi ma w wierszu Wierzyńskiego swoje głębie i miejsca, gdzie łączy się z podskórnymi przestrzeniami cmentarzy i gdzie pojawić się może refleksja egzystencjalna. To tam liryka trafia w punkt, gdzie poprzez przeczucie, jak w świecie ludzkim – ślepe i głuche – dotrzeć może wprost do sedna ostateczności. Pytanie o koniec wszystkiego towarzyszy ludzkości od samego początku świadomego myślenia o istnieniu – to zawsze było filozofowanie na poły euforyczne i katastroficzne, nieodparcie podążające ku ujęciom religijnym. Śmierć wszystkich i zniknięcie wszystkiego, chwila wnikania w wieczność i łączenia się z niewyobrażalnie wielką materią czasu, który już był i będzie nadal. To właśnie pytanie o sedno ostateczności, to dociekanie ku czemu idziemy i jaki cel osiągniemy, gdy ustanie krążenie krwi, zaniknie oddech i aktywność elektryczna mózgu – to próba wyobrażenia sobie świata bez nas. To też pytanie natury teologicznej, wychodzące naprzeciw odwiecznej zagadce Stwórcy, który milczał i milczy, a zapewne będzie też milczał nadal. Człowiek wyobraża sobie, że mógłby być jego partnerem, a tymczasem jest ledwie pyłkiem pośród eternalnej zamieci, nic nie znaczącym okruchem zetlałych kości. Wierzyński wierzy, że eksplozja liryczna może ożywić na chwilę martwotę wieczności, ale pytania o sedno ostateczności zostaną bez odpowiedzi i nawet najwięksi poeci świata nie znajdą sposobu by przeniknąć do numinosum lub choćby otrzeć się o jego świętą powierzchnię. Nie wiemy czy poeta znał teorię Rudolfa Otto, ale jakkolwiek by nie było, jest ona przydatna, przy zrozumieniu rozstrzygnięć tego wiersza.

Kazimierza Wierzyńskiego zalicza się często do wybitnych poetów katastroficznych, choć materia jego poezji bywała różnorodna. Pojawiały się przecież w niej rozległe afirmację życia i wzniosłe tony olimpijskie, a wiersze falowały niczym ocean uderzający o brzegi Bay Harbor. W trzeciej zwrotce wiersza pt. Liryka, katastrofizm pojawia się jako pewnik, ostatni akord istnienia ludzkości na ziemi. To jest zapowiedź nadchodzącej nocy zguby i zapadnięcia się konstrukcji światów, które runą na samo dno rozbicia, czyli osuną się w pył. Noc bywa często tłem proroctw katastroficznych, a żywiołem porównawczym bywa wtedy czarny ocean, wzburzony i destrukcyjny, na którego dno opadają gruzy wielkich cywilizacji. Poeta wierzy żarliwie, że w takiej dziejowej chwili, liryka ocaleje i zamanifestuje swoją obecność nad rumowiskami świetlistą łuną. To ona wzniesie się nad sens śmierci i życia, wleje nadzieję do serc tych, którzy ocaleją i utrzymają się na powierzchni żywiołu, a potem zaczną kształtować nową rzeczywistość. Jak na wiersz opublikowany w 1933 roku, zastanawiająca jest siła jego katastroficznych przeczuć, zapowiadających apokalipsę II wojny światowej, kolejnych śmierci w rodzinie poety i grozy ruin dawnych pięknych miast. Powikłane losy autora dokumentują wagę wiersza i jego zdumiewającą profetyczną prawdziwość, a wiersze pisane po wojnie, na emigracji, potwierdzają sprawdzenie się dumnych zapowiedzi. Świetlista łuna poezji, zapalona w okresie dwudziestolecia międzywojennego, rozbudowywała się w latach następnych i stawała się kontrapunktem dla pytań o sens istnienia i koniec wszystkiego. Dobrowolna, amerykańska banicja Wierzyńskiego, spowodowała, iż nie doświadczył on takiej sławy jak jego koledzy ze Skamandra, ale przecież zyskał ogromne grono wielbicieli, często stawiających go wyżej od nich. Miłosz podkreślał obecną w jego tekstach nutę goryczy, ale sprokurował w swojej Historii literatury polskiej eklektyczną notę, która więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Prawdą wszakże jest, że Wierzyński jest poetą trudnym, wymagającym głębokiej zadumy i wciąż czekającym na swojego dociekliwego i sprawiedliwego monografistę. Tak jak prawdą jest, że tworzył on wiersze, recenzje, prozę i artykuły, które stały się integralną i ważką częścią literatury polskiej dwudziestego wieku.

CIEMNY OCEAN POWIETRZA

Wirginia Woolf

Podczas lektury obszernego zbioru esejów Virginii Woolf, zapewne z powodu moich rozległych zainteresowań naturalistycznych, szczególnie zaciekawił mnie niewielki tekst pt. Motyle i ćmy: owady we wrześniu. Wcześniej, pisując sporo o pisarzach samobójcach i studiując dzieła autorów anglojęzycznych, zapoznałem się z dziejami jej życia i okolicznościami dojścia do dnia, gdy postanowiła rzucić się do rzeki Ouse w Anglii. Teraz jednak zatrzymałem się przy eseju, który na początku odwołuje się do naszych doświadczeń dziecinnych: Czy teraz jest tyle samo motyli co wtedy – pyta Woolf – gdy byliśmy dziećmi? Gdzie się podziały wszystkie te czerwończyki żarki, osadniki, egerie, szlaczkonie siareczniki, które były niegdyś tak powszechne? Można przez godzinę siedzieć w słońcu pośród kwiatów i naliczyć co najwyżej jedna rusałkę pokrzywnika, dwadzieścia bielinków rzepników i trzy przestrojniki jurtiny – a wszystko to są jak na motyle gatunki dość nudnawe.[1] Pytanie pisarki może wydać się naiwne, ale przecież odwołuje się ono do naszego dziecinnego odczuwania cudowności świata. Rodząc się i powoli mijając kolejne miesiące i lata, zaczynamy zauważać barwy i kształty, błękit nieba, odcień sierści kota i psa i metaliczne kolory odwłoków chrząszczy. Pierwsze doświadczenia bywają euforyczne, ale czasami – jak przy próbie dotknięcia osy – kończą się nagłymi doznaniami bólu i płaczem. Zdecydowanie najwięcej jest jednak zachwytu, który pozostaje w naszej pamięci jako czas szczęścia i pełni, oddychania czystym tlenem i chłonięcia doznań pierwiastkowych. Dlatego po latach wydaje nam się, że tamte dni były cieplejsze, noce gęściej wypełnione gwiazdami, w zieleni pojawiało się więcej kolorowych ptaków, w korze drzew przeciskało się więcej owadów a na łąkach polatywało więcej motyli. Doświadczenia przyszłości odbierają nam to, zdawało się bezkresne i niezwykłe, a skupiając naszą uwagę na kłopotach codziennych, kierują ją ku innym rewirom. Ale czy osoba myśląca o odebraniu sobie życia widzi barwy motyli, unoszących się nad jaskrawymi kwiatami, czy zastanawia się nad tym, że pozbawi się wszystkiego, spowoduje, że wymiary i ruch nagle zanikną.

Modraszek Adonis

Wszystko zależy od wrażliwości sensualnej i umiejętności podglądania natury, a nade wszystko od dociekliwości w analizowaniu zdarzeń w lesie, na połoninie czy na łące. Woolf słusznie zauważa, że Niemal każdy krok, który stawiamy wśród wysokich traw, zmusza jakiegoś brązowego owada do chybkiego, łukowatego lotu lub ku następnemu przystankowi, aż nagle zatrzymujemy się na granicy ogromnego obozowiska błękitnych motyli. Podążając przez łąkę płoszymy niewielkie byty i powodujemy, że szybko przemieszczają się ku innym miejscom. Tak nieświadomie uruchamiamy ich instynkt przetrwania, który nakazuje bać się bezruchu, a w migotliwości i zmianie kierunku upatruje sposobu na przetrwanie. Nasze „przeczesywanie” jakiegoś obszaru niejednokrotnie kończyło się zdumiewającym odkryciem i jedno z nich, przywołuje autorka: Na każdej łodyżce trawy, tuż przy wierzchołku, przyczepiony jest niewielki motyl, który tworzy chorągiewkę lub wysoce ozdobny żagiel, powiewający na wietrze. Jeśli się wśród nie wejdzie, powietrze natychmiast wypełnia się cudownymi płatkami błękitu, które po chwili znów osiadają i zwijają złożone skrzydełka. Ale można przejść kolejną milę i nie spotkać nawet tego wytrwałego brązowego motyla, który wygląda jakby gałązka wrzosu na chwilę wzbiła się w powietrze i zaraz opadła z powrotem. Doświadczenie mnogości barw i wielości kształtów należy do dziecinnego centrum świata – to w nim możliwe są tak cudowne odkrycia jak nagły wysyp czerwonych kowali bezskrzydłych na korze dębu czy topoli, albo – przywoływane przez pisarkę – spotkanie z dziesiątkami małych błękitnych motyli, zapewne modraszków. Wiele osobników tego gatunku ma błękitne skrzydełka, a najwyrazistsze są modraszki adonisy, wieszczki i semiargusy. Ten kolor skrzydeł zdaje się zabarwiać całą przestrzeń, która wszakże może też okazać się martwa. Wtedy pisarka wkroczy do krainy swoich lęków i mrocznych obszarów, gdzie nie pojawi się nawet pospolity brązowy motyl (rusałka pawik?), przypominający porwaną przez wiatr gałązkę wrzosu, wtedy umrze najdoskonalej.

Zmierzchnica trupia główka

Dziecinny zachwyt i odczucie cudowności świata kończą się, gdy pojawia się chęć schwytania ulotnego motyla: Nikt, kto kiedykolwiek przez godzinę tropił siarecznika po usianych głazami wrzosowiskach, aż wreszcie złowił go z zamachu, jednym świśnięciem siatki wysoko nad głową, nie będzie już mógł przypatrywać się tańczącym swobodnie motylom i nie poczuć łowczego pożądania. A jeśli ten mieniak tęczowiec sfrunie niżej albo ta rusałka żałobnik? Czy to na pewno jest modraszek ikar, a nie modraszek semiargus albo adonis? Jak na ironię, najlepsze okazje trafiają się człowiekowi, kiedy już zakończy epokę polowań. Wchodzenie do świata natury musi wiązać się ze studiowaniem gatunków i tutaj Virginia wykazuje się ogromną wiedzą entomologiczną, popartą zapewne studiowaniem właściwych atlasów. Schwytanie motyla nicuje marzenie o locie, odbiera mu ulotność barw, a rysunek na skrzydłach staje się zbyt konkretny, bliższy grafice niż biologii. Piękno natury może prawdziwie studiować tylko świadomość krucha, udręczona, szukająca porównań i odwzorowań stanów, których stale doświadcza. Lotność i świetlistość motyla bliska jest niezwykłej migotliwości myśli, radości trwania, a jednak kieruje udręczony umysł Woolf ku śmierci, której symbolem staje się ćma: Pewnego pięknego wrześniowego poranka na ścianie domu pojawiła się czarna plamka. Żarząca się ambicja natychmiast buchnęła płomieniem i orzekliśmy, że to ćma, wielki fruczak gołąbek – a może nawet zmierzchnica trupia główka? A kiedyśmy ją delikatnie przymusili do wylądowania, potwierdziła, że tak jest w istocie; była wielka i puszysta jak mysz, na jak gdyby aksamitnym tle rysowała się czaszka i skrzyżowane piszczele. Przez cały dzień leżała w sennym bezruchu, popiskując, kiedy się ją niepokoiło, a wieczorem odleciała. Takie z pozoru niewinne przejścia od błahości motylej do symboliki nocnej i eschatologicznej charakterystyczne jest dla osobowości obsesyjnie ekscytującej się śmiercią. Widać to w przesadnym emblematyzowaniu wskazanej ćmy, która rzeczywiście ma na sobie coś w rodzaju wizerunku czerepu, ale przydawanie mu piszczeli, to już rodzaj zbyt daleko idącej fantazji nekrologicznej. Są tam dwie pogrubione kreski, a w połączeniu z dołem „czaszki” równie dobrze można je interpretować jako rodzaj korony.             

Fruczak gołąbek

Świadomość udręczona, zdegradowana przez myśli samobójcze, potrzebuje tylko niewielkiego impulsu, jednego znaku, symbolu i już zaczyna metaforyzować rzeczywistość i tworzyć jej opisy, będące rodzajem fascynacji tanatologicznej: Jesienne noce pełne są ciem. Kiedy światło przygasa, rozpoczynają krzątaninę wśród kwiatów i niewiele jest widoków równie czarujących co zawieszony nad kwiatem tytoniu czy wiesiołka fruczak, o skrzydełkach wibrujących tak szybko, że aż w ruchu tracą kontury. Pogoń za ćmami dla wielu dzieci z pewnością była pierwszym doświadczeniem naturalnego piękna. Trudno zrozumieć tę fascynację autorki, tym bardziej, że jest ona wątpliwa jeśli chodzi o logikę i pedagogikę. Którzy rodzice pozwolą dzieciom uganiać się w nocy za ćmami, raczej owe obserwacje fruczaków powinny mieć miejsce w dzień, tym bardziej, że są one wtedy aktywne. Mrok jednak ma ogromną moc i wlewa się do umysłu pisarki, każąc jej wciąż podążać w stronę nicości, a następnym krokiem będzie już instrukcja łowiecka, rodzaj perfidnej zachęty do zabijania ciem: O zmierzchu przypina się do pnia gałganek namoczony w melasie z odrobiną rumu; po zmroku należy się udać w to miejsce i ostrożnie je oświetlić. Melasa spływa po korze drobnymi strumyczkami, a na każdym z nich siedzi po parę ciem z trąbkami głęboko zanurzonymi w cieczy, zazwyczaj tak już pijanych, że kiedy tknąć je palcem, bezbronnie spadają na ziemię. To jest ekscytujący moment. Tak oto przyszła samobójczyni zachęca do zabijania pięknych ciem, które spijają słodycz z kwiatów przy pomocy długich ssawek. A to przecież jest jeden z piękniejszych rytuałów natury, dający się porównać z podobnym zachowaniem kolibrów i nektarników. Trudno zrozumieć dlaczego Woolf tak fascynuje się odbieraniem życia fruczakom („ekscytujący moment”) i tak instruktywnie opisuje jak należy to czynić.

Wstęgówka pąsówka

Podziwiać trzeba dociekliwość i wiedzę lepideroptologiczną pisarki, ale jej fascynacja umartwianiem istot jest doprawdy denerwująca: W udane wieczory cały pień będzie pokryty ciemnymi grudkami. Zwykle są to pospolite ćmy, rolnice tasiemki, rolnice czopówki oraz uporczywi goście, w książkach nazywani „szczeciniastą hebrajską literą”. Czasami jednak w świetle latarki mignie czerwień, by powiedzieć nam, że na nasze delicje złakomiła się wstęgówka pąsówka – nie jest to ćma szczególnie rzadka, a jednak nieodmiennie ma w sobie pewną wzniosłość i splendor. Ale cokolwiek złowimy, mistyczny czar jest już i w samej nocy, i w owadach, które unieruchamiamy w ciemnym oceanie powietrza. Widzimy tutaj jak mrok wnika do świadomości Woolf, powodując, że dostrzega ona mistyczny czar nocy i zabijania owadów. To przecież jest okrucieństwo dla samego okrucieństwa, bo zabite bezkręgowce niczemu nie będą służyć – może przykują na chwilę czyjąś uwagę, może skłonią do refleksji, ale zaraz potem wylądują w śmietniku i osuną się ku wieczności, tak jak pisarka osunęła się w nurty Ouse. Śmierć człowieka, jelenia, wilgi jest tak samo bezduszna jak „unieruchamianie” ciem w „ciemnym oceanie powietrza”. Może właśnie owa obniżona wrażliwość tanatologiczna leżała u podłoża ostatecznego czynu tej kobiety, który przecież został zaplanowany z podobną premedytacją. Nasączanie materii melasą i rumem i zbijanie ciem, miało ten sam wymiar, co obciążenie kieszeni jej płaszcza kamieniami. Oba działania opierały się na określonej wiedzy na temat zabijania i wynikały z determinacji w procesie dojścia do kresu. Pisarka czuła się jak ćma zbliżająca się do płomienia świecy i podobnie jak ona podążała do swojej śmierci. Trudno cokolwiek powiedzieć o świadomości bezkręgowca, tak jak trudno rozwikłać zagadkę świadomości człowieka zabijającego samego siebie, ale podobieństwa są tutaj zdumiewające. Śmierć zawsze pozostanie śmiercią, bezruch bezruchem, a rozkład rozkładem i wielka pisarka angielska znajdzie się w tym samym beznadziejnym punkcie, co ćma, zmierzająca do płomienia lub nieświadomie sącząca zbrodniczy napój z melasy i rumu.

[1] Korzystam tutaj z tekstu: Motyle i ćmy: owady we wrześniu [w:] Virginia Woolf, Eseje wybrane, przeł. Magda Heydel, Kraków 2015, s. 405–407.

BROMBERG (3)

Miasta mają swoje dzieje i skupisko ludzkie Józi też mogło poszczycić się długą historią. Jego nazwa utrwaliła się przez wieki, chociaż nigdy nie było zgodności czy pochodziła z zapisów Ptolomeusza, który osadę Budorgis umieścił na bursztynowym szlaku obok Calisii, czy może od słowiańskiego imienia Bydgost, składającego się z dwóch cząstek, oznaczających budzenie się i gotowość do gościny. Jakkolwiek by nie było, szybko utrwaliła się polska nazwa Bydgoszcz, a potem zaczęła pojawiać się w łacińskich dokumentach  kościelnych i świeckich pismach urzędowych. Niemcy miasto to określali jako Bromberg, i tutaj nie było problemów z dookreśleniem nazwy, bo składała się ona z dwóch jeszcze starogermańskich słów: brom i berg, czyli jeżyna i brzeg. Jakby nie rozumieć słów, najważniejsza była tutaj przepiękna, połyskująca pośród zieleni, krystalicznie czysta rzeka Brda, w której od dawien dawna łowiono ogromne klenie, brzany, trocie i pstrągi potokowe. Z jej koryta dobywano piasek do budowy domów i zamczysk, czerpano czystą wodę do picia i gaszenia pożarów. Ludzie myli się w niej i kąpali, choć czasem musieli przedzierać się do brzegów poprzez gęste zarośla drzew i kolczastych krzewów. Piękno tego miejsca i jego bliskość Wisły, największej polskiej rzeki, sprawiały, że już od epoki brązu, a potem od czasów rzymskich, ludność osiedlała się tu i czerpała korzyści z kontaktów z kupcami, podążającymi nad Bałtyk, po bezcenny jantar. Bród przez Brdę pozwalał omijać głębie Wisły i znacznie skracał drogę na północ tych krain. Szybko też pojawili się tutaj katoliccy misjonarze i księża, którzy zaczęli budować drewniane kościoły i tworzyć wokół nich cmentarze. Ruch stawał się tak duży, że w XIII wieku książę kujawski nakazał wybudować stały most na Brdzie i zaczął pobierać cła od przewożonych towarów. Niestety grabieże i mordy nie omijały tego miejsca, a ludność polska wciąż ścierała się z niemieckimi najeźdźcami. Rycerze z czarnym krzyżem na białych płaszczach wciąż przybywali na silnych koniach i stawali na wzgórzach okalających miasto. Mogli z nich ogarnąć wzrokiem sporą jego przestrzeń i ustalić w jakim kierunku podążą, co splądrują i co podpalą.

Przeciwstawiał się im zdecydowanie polski król Kazimierz Wielki, który w roku 1346 ulokował miasto na prawie magdeburskim i niefortunnie przekazał je niemieckim osadnikom. Nakazał też zbudować solidny zamek na brzegu Brdy, w którym posadził swojego wnuka i przydał mu polską załogę. Przez niemal dwa stulecia budowla ta była gniazdem oporu przeciwko maszerującym armiom i dopiero szwedzkie armaty zburzyły ją w 1656 roku. Złowrogi cień czarnego krzyża raz po raz spowijał miasto, ale polscy królowie i książęta spieszyli mu na pomoc i odbijali zamek, zaczynali odbudowę spalonych domostw i zagród. Zamek z czerwonej cegły, z wyniosłymi wieżami i murami obronnymi,  gościł króla Jagiełłę i Kazimierza Jagiellończyka, który podczas wojny trzydziestoletniej z zakonem, uczynił z niego w XIV wieku swoją ważną twierdzę. Podążały wciąż w dal ołowiane chmury na niebie, a drogami i bezdrożami Pomorza i Kujaw sunęły ciężkie hordy europejskich najemników i niemieckich rycerzy. Ludzie z niepokojem patrzyli na północ   i zachód, a widząc w nocy zbliżające się łuny pożarów, umykali do gęstych lasów, albo kryli się w zaroślach nadbrzeżnych, z dala od miasta. Krzyżacy uznawali Bromberg za ważny przyczółek w walce z Polakami, i już rok po klęsce pod Grunwaldem oblegali miasto. Odpychani przez królewskie i książęce oddziały, kryli się w swoich twierdzach zakonnych, a potem znowu ruszali do walki. Miasto bogaciło się na spławach drewna, piwa i soli i szybko stało się jednym z najważniejszych portów rzecznych na północy Polski, rosła też ranga zamku, w którym podpisywano ważne dokumenty, gromadzono się na obrady sejmowe, a pospolite ruszenie niejednokrotnie odbywało w nim uczty przed bojem. Rosła też ranga bydgoskiej mennicy, cechów rzemieślniczych i manufaktur a nade wszystko szyprów, przewożących głownie zboże, ale też i towary zza morza. Miasto otoczono murami obronnymi z czterema basztami i trzema bramami, na głównym rynku powstał okazały ratusz i zaczęto brukować pierwsze trakty. Przybywało kościołów diecezjalnych i zakonnych, budowano szpitale, klasztory i kamienice bogatych bydgoszczan.  Brda wciąż toczyła swoje krystalicznie czyste nurty, ludzie rodzili się, dorastali i przekraczali linie cienia, a potem ginęli w wirach historii. Bezimienni i cisi jak leśne dukty o poranku, godzący się na swoją rolę niewielkich trybików historii, prawie nic nie znaczących cząstek ludzkości, która przychodzi, trwa przez moment, jak trzepot ćmy nad płomieniem świecy, a potem szybko ginie w odmętach czasu. Jeszcze przez dziesięciolecia lub stulecie ich żółtawe kości zalegały w wilgotnej albo suchej ziemi, ale i one nie mogły przeciwstawić się odwiecznej entropii.

Trzeba tutaj uczciwie powiedzieć, że rozwój miasta dokonywał się też w czasach, gdy pojawiali się w nim Niemcy. Ludność przejmowała od nich umiejętność organizacji, zasadę porządku na każdym poziomie działania, a nade wszystko technikę i urządzenia z Europy Zachodniej. Stale też dochodziło do konfliktów narodowościowych, ale z perspektywy wieków widać było postęp, zarówno w sferach wizualnych, w architekturze i poszerzaniu się granic miasta, jak i w kulturze. Powstawały szkoły parafialne i klasztorne, a nawet Bernardyńskie Studium Filozoficzne i kolegium jezuickie. To tutaj słynny uczony Bartłomiej z Bydgoszczy opracował pierwszy słownik łacińsko-polski, a żarliwa energia duchownych i zakonników generowała coraz więcej ważnych zdarzeń, inicjowała powstawanie nowych budowli, traktów i rynków, nowych mostów i większych cmentarzy. Dopiero podczas siedemnastowiecznego najazdu wojsk szwedzkich na Polskę miasto zostało dotkliwie zburzone, a przez pięć lat przechodząc z rąk do rąk stało się widownią okrucieństwa i bezwzględności luterańskich dowódców i ich ewangelickich sprzymierzeńców z Prus Książęcych. Nie było dziełem przypadku, że król polski Jan Kazimierz zawarł w 1657 roku  w Bydgoszczy rozejm z elektorem pruskim Wilhelmem Hohenzollernem. Niestety w wieku osiemnastym nastąpił upadek gospodarczy grodu nad Brdą, a lepsza koniunktura zaczęła się dopiero za rządów ostatniego króla Polski, choć i wtedy miasta nie odzyskało dawnej rangi. W 1772 roku Bydgoszcz została zaanektowana przez Prusy w ramach pierwszego rozbioru Polski, co paradoksalnie przyczyniło się do odbudowy i rozwoju infrastruktury miejskiej. Wszędzie pełno było końskiego łajna i jego ostrego smrodu, ale zbudowano też Kanał Bydgoski, który przez Noteć i wartę połączył Bromberg z Berlinem i przyczynił się do nowego rozwoju handlu i kontaktów z Europą Zachodnią. W XIX wieku miasto należało do Księstwa Warszawskiego, stając się stolicą departamentu, a potem znowu trawiło do jurysdykcji pruskiej, przeżywając nowy rozwój, związany z rozbudową infrastruktury wodnej i powstaniem węzła kolejowego. To był też czas ożywienia w przemyśle metalowym i maszynowym, drzewnym i spożywczym, a swąd dymu z kominów stał się wyrazistszy niż w dawnych czasach. Prusacy zaczęli rozbierać stare budynki, a choć przede wszystkim dewastowali obiekty związane z polska historią, to tworzone nowe miasto zyskało wiele wielkich budynków, szerokich ulic, parków i pomników i szybko Bromberg zaczęto nazywać małym Berlinem.  Rozebrano bydgoski ratusz i zamek, ale w 1895 roku wybudowano monumentalny gmach teatru, a wiek dwudziesty miasto powitało w glorii wspaniałych budynków Instytutu Rolnictwa, niezwykłej fontanny z brązu „Potop”, wielkiej poczty głównej, budynków zarządu kolei i szkoły kolejowej oraz wielu kościołów ewangelickich. Od roku 1850 zaczęło się też intensywne budowanie kilkupiętrowych secesyjnych kamienic, należących do bogacących się stale Niemców, Żydów i Polaków. Dopiero 20 stycznia 1920 roku, na mocy traktatu wersalskiego,  Bydgoszcz wróciła do macierzy, choć nie obyło się bez walk i groźnych incydentów w obrębie miasta i na jego peryferiach. Garnizon niemiecki musiał opuścić gród nad Brdą i zaczęła się repolonizacja, która pod koniec lat dwudziestych dwudziestego wieku była tak duża, że sięgnęła ponad dziewięćdziesięciu procent obywateli. Zdarzało się, że wyrzucano Niemców z reprezentacyjnych domów, ale też wielu bydgoszczan przyjaźniło się z dawnymi sąsiadami i nie pozwalało im wyrządzać krzywdy. Niestety w mieście pozostało też wielu obywateli, którzy od samego początku fascynowali się ideologią nazistowską, wielbili Hitlera i jego kamratów, a w miarę zbliżania się wojny, odgrażali się, że krwawo zemszczą się na Polakach. Niemiecka gazeta „Deutsche Rundschau” podsycała nastroje nacjonalistyczne, czynili to też pastorzy kościołów ewangelickich, ale najwięcej zła czynili dywersanci, przenikający do miasta z Rzeszy albo lądujący na spadochronach w okolicznych wsiach.

VIDIADHAR SURAJPRASAD NAIPAUL (1932-2018)

W związku ze śmiercią V. S. Naipaula przypominam moją recenzję jednej z jego najważniejszych powieści. W zbiorze szkiców i mniejszych artykułów o literaturach anglojęzycznych zatytułowałem ją Trudna tożsamość. Myślę, że znajdzie się jeszcze czas na nowe lektury i napisanie szerszego studium.

Vidiadhar Surajprasad Naipaul, to karaibski prozaik, pochodzenia indyjskiego, laureat Nagrody Nobla z 2001 roku, a zarazem kolejny pisarz, który w swojej twórczości szuka korzeni cywilizacji i demaskuje fałsz kostniejących struktur społecznych. Urodził się w 1932 roku na Trynidadzie, w rodzinie hinduskich braminów i od samego początku swojej literackiej wędrówki, interesował się związkami pomiędzy ludźmi i kulturami, wskazywał nadużycia religii i źle pojętej globalizacji. Po przybyciu do Wielkiej Brytanii, na dobre zakorzenił się w krajobrazie artystycznym wysp, co zaowocowało między innymi Nagrodą Bookera i Eliota, a także licznymi wydaniami książek prozatorskich i eseistycznych. Trzeba spośród nich wymienić Dom Pana Biswasa (1961), W wolnym kraju (1971), Zakręt rzeki (1979), The Enigma of Arrival (1987), Pół życia (2001). Ogromnym powodzeniem czytelniczym cieszyły się też książki eseistyczne i reporterskie Naipaula, a spośród nich: The Middle Passage (1962), Utrata El Dorado (1969), An Area of Darkness (1964), India: A Wounded Civilization (1977),  Among the Believers: An Islamic Journey (1981), Beyond Belief: Islamic Excursion Among the Converted Peoples (1998) oraz A Turn In the South (1989). Pisarstwo Naipaula jest nieustającą podróżą w czasie i w przestrzeni, jego bohaterowie przyglądają się światu i próbują analizować skrajne życiowe sytuacje. Przemieszczając się z cywilizacji do cywilizacji, z kontynentu na kontynent i z kraju do kraju, dokumentują rozdarcie ludzi, którym przyszło żyć w takich czasach. Urodzeni i wychowani w swoim kręgu kulturowym, stają się świadkami niezwykłego przejścia do innej rzeczywistości i próbują znaleźć oparcie w obcych, chybotliwych rewirach. Czują się źle, bo w nowym świecie wszystko ich zdumiewa i odpycha, a ludzie rzadko skłonni są pomagać przyjezdnym. Wędrując po całym świecie, spotykając się z różnymi społecznościami i ugrupowaniami, analizując ruchy religijne i podglądając małe enklawy, stworzył Naipaul niezwykły obraz zmieniającego się globu, stale migrującej i szukającej swego miejsca ludzkości.

Pół życia, to powieść rozgrywająca się na trzech kontynentach – w Azji (Indie), w Europie (Londyn) i w bliżej nieokreślonym kraju afrykańskim, w którym jednak można się doszukiwać elementów, wskazujących na Mozambik. Bohater powieści – Willie Chandran – opowiada najpierw o swoich losach w Indiach, gdzie nie może pogodzić się z wyborami swego ojca i traktowaniem przez niego matki. Pokazuje też zakłamanie różnych ważnych gości z Europy, którzy przyjeżdżając na subkontynent bywają czarujący, obiecują pomoc, pragną jawić się jako cudotwórcy, a potem odwracają się plecami do Hindusów. Bohater doświadcza takiej sytuacji, gdy próbuje wyrwać się z Indii i zdobyć stypendium w Anglii. Zarówno wielki pisarz, jak inni poznani w jego kraju ludzie, przysyłają tylko zdawkowe odpowiedzi i załączają absurdalnie brzmiące życzenia wszelkiej pomyślności. Willie popada w coraz większą depresję, bo nie może zaakceptować próżniaczej świętości ojca i dziwacznej postawy matki, która wyszła z niższej kasty, a po porodzie zaczęła się upodabniać do kobiet lepiej urodzonych. W Indiach podział kastowy wciąż decyduje o losach człowieka i przebicie się przez warstwy wielowiekowych przesądów bywa niezwykle kłopotliwe. Ten świat jawi się bohaterowi powieści jako sztuczny twór, wykreowany przez angielskich kolonizatorów i utrzymywany na niższym poziomie rozwoju dla ich egoistycznych celów. Cała narracja została tutaj podporządkowana dwóm celom – po pierwsze pisarz pragnął stworzyć literacki portret ojca, osoby tragicznie niedorosłej i zdeformowanej przez tradycję. A po drugie – chodziło o oddanie rzeczywistości indyjskiej, z jej jaskrawością, rozgwarem, kontrastami pomiędzy bogactwem maharadżów a biedotą, śpiącą na ulicach, chodziło też o ironiczne ukazanie nieustającego wychylenia ku Europie. W chwili, gdy wydaje się, że nie ma już ratunku dla bohatera, gdy wszystkie prośby i fortele zawodzą, jego zabiegi w końcu przynoszą właściwy skutek: Z Londynu przyszedł w niebieskiej kopercie list od sławnego człowieka, który złożył krótką wizytę w aśramie tuż po ogłoszeniu niepodległości Indii. Dzięki swej sławie i tytułowi zapisał się trwale w pamięci Ojca Williego. Duże, faliste litery na firmowym papierze Izby Lordów świadczyły o sile i ostentacji, a zawartość listu pasowała do charakteru pisma. Wielki człowiek z przyjemnością zademonstrował swą władzę ojcu Williego, zyskał wdzięczność i zasługę w tym odległym zakątku świata, dotknął różdżką, niejako ruszył małym palcem (wszystkie pozostałe zajmowały się poważniejszymi sprawami) i skłonił do działania wielu małych ludzi. W taki sposób sfrustrowany Hindus trafił do kolegium nauczycielskiego w Londynie. Popłynął tam statkiem i zarówno podczas okrętowania się w porcie, jak i podczas podróży, czuł wielkie przerażenie, jakby żegnał się na zawsze z częścią swojego życia, jakby oddawał, handlował tym, to co było istotą jego hinduskiej samoświadomości. Angielski etap w życiu Williego jest pełen sprzeczności i zdarzeń nie dających się ująć w jakąś sensowną formułę. To jest wegetacja i jedynie zapoznawanie nowych, coraz bardziej przypadkowych ludzi. Ten nowy świat ma swoje reguły i stawia wymagania, a nade wszystko oczekuje szybkiej asymilacji. Bohater biega jednak stale myślą do Indii, rozważa swoją sytuację, w kontekście złamanego życia ojca i matki, próbuje znaleźć sobie jakąś enklawę, ale jego poczynania nie dają spodziewanego efektu. Czuje się kimś gorszym i zarazem nosi w sobie poczucie dumy, że pochodzi z indyjskiej kasty wyższej, nie potrafi poradzić sobie z najprostszymi sprawami, a zarazem kpi z rodowitych mieszkańców wysp. Wreszcie zaczyna wnikać w struktury kolegium nauczycielskiego i zawiązuje pierwsze przyjaźnie, które są na tyle kruche, że nie waha się uwodzić kobiet swoich druhów. Także seks w Anglii nie udaje się, jest przypadkowy, obwarowany lękiem o męską sprawność. Willi tęskni do bliskości, a zarazem nie potrafi przywiązać się do nikogo – jego wybory są chybione, a chwile uniesień generują tylko gorycz. Wszystko zdaje mu się sztuczne, w jakiś sposób zdeformowane i obce: Wiedział, że Londyn jest wielkim miastem. Wielkie miasta wyobrażał sobie jako pełne przepychu, olśniewające krainy czarów i gdy dotarł do stolicy Anglii i zaczął przemierzać pieszo jej ulice, czuł się zawiedziony. Nie wiedział co ogląda. Broszurki i foldery, które zbierał bądź kupował na stacjach metra, nie pomogły; ich autorzy zakładali, że opisywane widoki są dobrze znane, a przecież jego znajomość Londynu sprowadzała się właściwie do samej nazwy tego miasta. Jedynymi miejscami, o których coś wiedział, były Buckingham Palace i Speakers’Corner. Pałac rozczarował go. Myśl o tym, że siedziba maharadży w jego ojczystym stanie jest o wiele wspanialsza, bardziej godna miana pałacu, zrodziła w nim przekonanie, iż angielscy monarchowie byli oszustami, a potęga ich kraju blagą. Pobyt w Anglii staje się dla niego ciągiem nieustających rozczarowań, nie potrafi zachwycać się znanymi budynkami i miejscami, ale nade wszystko zawodzą go ludzie. Są zimni i bezduszni, a ich problemy niczym nie różnią się od kłopotów indyjskiej biedoty – oni także mają problem z tożsamością, nie potrafią wokół siebie zabudowywać świata, raczej tworzą w sobie coraz szersze i dłuższe odgałęzienia mentalnych labiryntów.

W tym świecie sztucznych związków międzyludzkich, w tej krainie pośpiesznego seksu i ciągnących się dyskusji o niczym, w tym mglistym i chłodnym kraju nagle zaczyna świecić słońce. W życiu Williego pojawia się kobieta, a stanie się tak za sprawą pasji literackiej. Już w Indiach bohater odkrył w sobie talent do pisania i tworzył długie wypracowania, które ukradkiem czytywał jego ojciec. Teraz skomponował kilkanaście opowiadań, które opublikowało mu pewne wydawnictwo i z zapartym tchem czekał na recenzje, komentarze, głosy krytyków. Zawiódł się bardzo, bo raz jeszcze pojawiło się niezrozumienie i ksenofobia, ale publikacja ta i tak zmieniła radykalnie jego życie. Jedną ze średnich recenzji przeczytała dziewczyna pochodząca z afrykańskiego kraju. Kupiła książkę, przeczytała i zapragnęła poznać jej autora. Willie natychmiast odpowiedział na jej list i umówili się na spotkanie, przed którym nasz bohater miał – jak to on – liczne obawy. Niepotrzebnie, bo gdy tylko ją ujrzał, opuściły go wszelkie obawy. Podbiła jego serce. Zachowywała się tak, jakby znała go od zawsze, jakby zawsze się jej podobał. Była młoda, niska, szczupła i dość ładna. Miała cudownie swobodny sposób bycia. Najbardziej upajające dla Williego było zaś to, że po raz pierwszy w życiu czuł, że przebywa z kimś, kto w pełni go akceptuje. Do tej pory miał zawsze do czynienia z sytuacją obcości, uniesienia nad światem więzi rodzinnych i żarliwej miłości. Niósł w sobie piętno mieszanego dziedzictwa, a mieszkając w Anglii czuł się kimś innym, odmiennym, w sumie – niepotrzebnym. Teraz spotkał istotę, która natychmiast go przygarnęła, obdarzyła uczuciem i zniwelowała dystans między nimi. Miała na imię Ana i patrzyła na świat jasnym wzrokiem, szybko też zawładnęła jego świadomością bez reszty – dawała mu erotyczne zaspokojenie i uniesienie, dyskutowała z nim i zawsze stawała po jego stronie. Szybko podjął decyzję, że pojedzie z nią do jej afrykańskiego kraju i zamieszka w rodowej posiadłości. Tak się też tak stało i rozpoczął się kolejny etap w życiu bohatera – tym razem afrykański. Ale i tutaj rzeczywistość się zmieni, żar miłości i fascynacja ciałem ukochanej, powoli ale nieuchronnie przekształcą się rutynę. Wróci poczucie wyobcowania, którego nie złagodzą nawet piękne afrykańskie krajobrazy i dobrobyt. Z biegiem czasu – a Willie przebywał tam osiemnaście lat – znalazł swoje miejsce i jakieś zajęcia, zaczął też żyć sprawami najbliższego otoczenia, poznał różnych ludzi, zarówno tych wspaniałych, jak i tych staczających się szybko ku upadkowi. Niby był ze swoja kobietą, niby uczestniczył w różnych spotkaniach, uroczystościach, przyjęciach, ale znowu zaczął odczuwać pustkę egzystencji. Jego odnaleziona w Europie siostra, stała się powierniczką jego sekretów i to do niej – ciekawy zabieg narracyjny Naipaula – kieruje bohater opowieść o dniach i nocach afrykańskich. Jest szczery i niczego nie pomija, nawet wstydliwe chodzenie do burdeli staje się pretekstem do snucia szerszych refleksji egzystencjalnych. Takie życie musi jednak mieć swój finał i Willie postanawia opuścić Ane, która początkowo zdziwiona, w końcu na to przystaje i tak jak on zauważa, że przez ostanie lata nie żyła własnym życiem. Powieść V. S. Naipaula została świetnie napisana i opiera się na dobrym pomyśle pisarskim. To jakby historia połowy życia głównego bohatera, który przegląda się w trzech skrajnie różnych rzeczywistościach cywilizacyjnych. Nigdzie też nie znajduje azylu, choć czasem cumuje w jakimś miejscu – w Afryce  nawet bardzo długo – i zdaje mu się, że dotarł do celu. Jeśli odrzucimy sztafaż kulturowy, piękną egzotyczną ornamentykę narracyjną, otrzymamy alegoryczną opowieść o człowieku dwudziestego wieku, który szuka i nie znajduje punktu oparcia w świecie. Podróżuje, bo każda wyprawa jest obietnicą zmiany i wejściem w nową przestrzeń bytowania. A potem, kiedy zadamawia się i próbuje budować swój wymarzony dom, pojawiają się wątpliwości, nadciąga zwątpienie. Naipaul ukazuje w mistrzowski sposób naturę ludzką, która nawet w największym uniesieniu znajdzie coś negatywnego – nie zadowoli się osiągnięciem jakiegoś balansu, bo zawsze jest to równowaga pozorna, dokonująca się na chybotliwej linie życia. Rację ma Jerzy Jarniewicz, który pisze we wstępie do polskiej publikacji powieści – autor bez cienia nostalgii i sentymentalizmu, opisuje podejmowane przez powieściowych bohaterów próby poszukiwania własnej tożsamości i ucieczki przed tożsamością im narzuconą, uznając, że los Hindusa jest losem wędrowca, skazanego na wieczną tułaczkę. Paradoksalnie zatem, to co było przekleństwem bohatera, co pozostawało wstydliwą kartą jego losów; a więc lata spędzone w Indiach i wpływ obrzędowości, kultury hinduskiej na jego wychowanie; to okazało się siłą nie do pokonania, jakimś stale słyszalnym w nim wołaniu. Póki rzeczywistość wokół niego się zmienia, póki wędruje i poznaje nowych ludzi, jego życie ma sens. Gdy tylko osiada w jakimś miejscu, gdy próbuje zatrzymać bieg zdarzeń, w jego psychice pojawiają się myśli destrukcje i zaczyna burzyć to, co z mozołem budował. Choć jego korzenie tkwią w Indiach, choć nie może zapomnieć o swoim rodowodzie i o traumatycznych doświadczeniach dzieciństwa nad Gangesem i Brahmaputrą, to staje się człowiekiem przykładowym, pozbawionym obywatelstwa mieszkańcem świata, kosmopolitą z wyboru i nakazu myśli, nakazu gęstniejącego stale czasu, który domaga się zmian i te zmiany generuje. Willie porzuca wszystko, bo takie porzucenie jest obietnicą jeszcze jednego odnalezienia…

_________

V. S. Naipaul, Pół życia, przeł. Marek Fedyszak, wstęp Jerzy Jarniewicz, „Noir Sur Blanc”, Warszawa 2004, s. 271.

GENEALOGIA I OCALENIE

Od dawien dawna literatura karmi się wspomnieniami, nieustannie wraca do miejsc i zdarzeń, odpomina chwile dobre i złe, szuka w przeszłości potwierdzenia, że życie miało jakiś głębszy sens, a ból i euforia były częścią szerszego planu dziejowego. Punktem wyjścia bywa tutaj dzieciństwo, opromienione matczyną miłością, utwierdzane w rodzinie obecnością ojca i dalszych osób z klanu postaci bliskich. Niedługo po narodzinach, w dniach dorastania i wchodzenia w świat ludzi dorosłych, pojawiają się pierwsze oceny i gradacje, a nade wszystko fascynacje, które ukształtują biografię dorosłego człowieka. W przypadku Jerzego Koreckiego niezwykle ważne są korzenie rodowe, potwierdzone odpowiednim certyfikatem i pieczęciami Związku Szlachty Polskiej Kresów Wschodnich. Może ta domieszka krwi szlachetnej i genetyczne powinowactwo z ludźmi subtelnie wykształconymi spowodowało, że u tego autora pojawiły się nieprzeciętne talenty literackie. Zawsze przebudzenie tego rodzaju prowadzi do publikacji książek i tak się też stało w tym przypadku. Dodatkowo pojawił się imperatyw dziedzictwa – co autor zaznacza w specjalnej dedykacji – chęć przekazania rodzinie informacji i opowieści, rozmów i zdarzeń. To taki rodzaj rodowego utwierdzenia, wskazania genealogii, a zarazem chęć zachowania tego, co mogłoby przepaść bezpowrotnie. Korecki wciela się w rolę rodzinnego bajarza, który ma opowieść na każdą okazję i pragnie nią zaciekawić młodsze pokolenia, dzieci, wnuków i prawnuków, a może też i osoby, które w tej linii dopiero się urodzą. To taki zacny zabieg by korzenie rodowe pozostawały ciągle w pamięci, a genetyczne powinowactwo promieniowało także na życie umysłowe autorskiego klanu krwi.

Jerzy Korecki potrafi pięknie opowiadać, a rozległa wiedza historyczna sprawia, że kolejne narracje są prawdopodobne, pełne istotnych szczegółów, drobnych elementów zamierzchłej rzeczywistości i wyraziście dookreślonych miejsc. Od razu widać, że literackimi antenatami autora są Kraszewski i Sienkiewicz, a księgami wzruszeń literackich były dla niego powieści historyczne, takie jak Stara baśń i Trylogia. Nośność tego rodzaju kreacji pisarskich określa zwykle skala prawdopodobieństwa, która tutaj jest ogromna. Jeśli do tego dodamy klarowny język i umiejętność snucia koherentnej narracji, otrzymamy prozę wysokich wartości i dzieło, które będzie ozdobą rodzinnej biblioteki. Ale przecież – poprzez modelowość sytuacji i liczne interioryzacje – książka ta zadowoli także najwybredniejszego czytelnika zewnętrznego. Zapewne przyczyni się też do tego ciąg portretów niezwykle wyrazistych bohaterów, jako żywo przypominających postaci z powieści wskazanych wyżej autorów. To są żywi ludzie, a ich działania i cierpienia, podejmowane decyzje i uzyskiwane efekty, są realne, potencjalnie możliwe na każdym poziomie literackiej kreacji. Warto też podkreślić umiejętności lingwistyczne Koreckiego, który w kolejnych opowieściach znakomicie posługuje się gwarą lub archaizuje język zgodnie z epoką, w której rozgrywa się akcja. Ważna też jest zmienność kolejnych dekoracji, swobodne przenikanie tkanki czasu i pojawianie się literackich bohaterów w różnych okresach dziejowych. Tak tworzy się panoramę historyczną, tak dookreśla się własną genealogię i ocala to, co w niej najcenniejsze – treść indywidualną, a zarazem stającą się paradygmatem. Autor dąży do tego, by czytelnicy zdali sobie sprawę z tego, że jego opowieści mają tyleż charakter utylitarny, co uniwersalny, a choć wstępne dedykacje i wyrażane nadzieją kierowane są do najważniejszej grupy czytelników, to przecież nie do jedynej.

Niezwykle interesujące są też opowieści bydgoskie z czasów II wojny światowej i lat powojennych. To także dziedzictwo rodzinne, a zarazem ciąg sytuacji układających się w panoramę tamtej rzeczywistości. Korecki jest rzeczowy, konkretny i funkcjonalny, a zarazem jego pióro jest lekko „rozbujane”, co razem daje efekt znakomity – prozy na porządnym, literackim poziomie. Znajdujemy tutaj jakby dalsze ciągi zdarzeń, znane choćby z powieści Jerzego Sulimy-Kamińskiego pt. Most królowej Jadwigi, pojawiają się postaci charakterystyczne dla trudnych czasów, wyodrębnione z opowieści rodzinnych i licznych lektur historycznych. Ta próba uporządkowania rodowej genealogii jest ze wszech miar udana i potwierdzona prawdziwą pasją narracyjną, sięgającą głęboko do jądra zdarzeń. Dodatkową wartością są tutaj fotografie z albumów rodzinnych, pojawiające się przy charakterystykach bohaterów i przybliżeniach wyjątkowych miejsc. Czytelnik może dzięki nim zapoznać się z rzeczywistym wyglądem kolejnych osób, a nawet jeśli pojawiają się jakieś transformacje literackie, może te rzeczywiste postaci umieścić w konkretnych sytuacjach. Rekapitulując, podkreślmy raz jeszcze – proza Jerzego Koreckiego jest sporym osiągnięciem autorskim i zapewne znajdzie swoją kontynuację w kolejnych latach, bo tego rodzaju narracja zawsze domaga się następnych zadośćuczynień i artystycznych spełnień. Na razie cieszmy się tekstami zawartymi w tym tomie i wracajmy do nich przy różnych okazjach rocznicowych – szczególnie dotyczy to najbliższej rodziny, ale przecież proza ta może też być użyteczna w procesie edukacji młodzieży czy inscenizacji historycznych w naszym mieście. Gorąco polecając czytelnikom ten tom opowieści i genealogicznych ocaleń, odkładam go z przekonaniem, że robota literacka została tu znakomicie wykonana, z ogromną kulturą i autentyczną wiedzą o świecie i ludziach.

HRABIA MONTE CHRISTO

Aleksander Dumas 1802–1870

Pierwszy raz czytałem powieść Aleksandra Dumasa ojca pt. Hrabia Monte Christo w liceum, w wieku szesnastu lat, ale nie przebrnąłem nawet przez pierwsze dwieście stron. Przeraziła mnie objętość trzech grubych tomów i straciłem zainteresowanie dla rozmów i intryg mściwego hrabiego, ciągnących się w nieskończoność. Potem sięgnąłem po ten utwór na studiach i raz jeszcze odrzuciłem, bodajże po przeczytaniu pierwszego tomu. Przeżywałem wtedy rozstanie z moją wielką, młodzieńczą miłością i jakoś nie mogłem się skupić, gubiłem wątki, wracałem stale do przeczytanych już fragmentów, aż w końcu uznałem, że lepiej będzie jak z dziełem francuskiego prozaika pożegnam się na jakiś czas. Miały na to wpływ też adaptacje filmowe, a szczególnie włosko brytyjska produkcja, z 1975 roku, w której główną rolę zagrał słynny aktor amerykański Richard Chamberlain. Po obejrzeniu filmu wszystko stało się dla mnie jasne, wiedziałem, że Dantes zemści się na De Villeforcie, Danglarsie i pomoże ludziom wspaniałym, takim jak jego dawny pracodawca Morrell. W styczniu tego roku – w ciągu moich ostatecznych spotkań z dawnymi lekturami – zadałem sobie trud i po raz trzeci zmierzyłem się z powieścią Dumasa, choć przyznać muszę, że po przeczytaniu pierwszego tomu, zacząłem pomijać rozmowy z części następnych, zerkając tylko na ich fragmenty, pozwalające zorientować się jak rozwinie się akcja. To jest historia marynarza Edmunda Dantesa z Marsylii, który na skutek fałszywego donosu, zostaje skazany na dożywotnie więzienie w mrocznym zamku If. W lochu poznaje księdza Farię, który uczy go i opowiada mu o skarbie ukrytym na śródziemnomorskiej wysepce Monte Christo. Po śmierci księdza, Dantes wchodzi do worka przeznaczonego dla ciała duchownego, zostaje wrzucony do morza i w ten sposób udaje mu się uciec z więzienia, a potem odnaleźć bajeczny skarb. Jedzie wówczas do Paryża, jako hrabia Monte Christo, gdzie zyskuje na znaczeniu i sukcesywnie dokonuje zemsty na sprawcach jego uwięzienia oraz wieloletniej mordęgi w mrocznych lochach zamkowych. Ów główny wątek zemsty nie spodobał się Kościołowi Rzymskokatolickiemu i powieść Dumasa znalazła się na indeksie ksiąg zakazanych, co tylko świadczy o głupocie dziewiętnastowiecznych czytelników w czarnych i karmazynowych sutannach. Przecież w utworze tym jest też wiele wątków, w których widzimy, że zwycięża dobro, a hrabia nie stroni od działań altruistycznych i dobroczynności w iście królewskim stylu. Starczy przypomnieć jak potraktował pana Morrella i jego rodzinę, prawdziwie ratując im życie i programując dalsze losy w szczęściu i miłości.

Obecna lektura tej powieści naznaczona była moimi doświadczeniami życiowymi i spowodowała ciąg refleksji sięgających głęboko do środowisk, w których tkwiłem przez lata, a więc przede wszystkim artystyczno-literackich i naukowych (filologicznych). Przecież zasmakowałem zmowy, którą nakręcały dwie prawdziwe kanalie ludzkie, nie liczące się z moimi osiągnięciami, skalą rozpowszechniania prac, osobami recenzentów, licznymi cytacjami itd. A mógłbym tu jeszcze dorzucić trzecią zawistną kanalię ze środowiska literackiego, działającą równie zjadliwie, niszczącą mój prawdziwy obraz, nieustannie plotkującą i rozsyłającą materiały, które miały mnie kompromitować. Czytając powieść Dumasa rozmyślałem nad barierami etycznymi, które pojawiają się na różnych poziomach naszej egzystencji i cofałem się do wieku młodzieńczego, kiedy to byłem naczelnikiem sporej bandy silnych, znakomicie zbudowanych i gotowych na wszystko chłopaków. Świat wtedy był prostszy, jak ktoś podskakiwał, to dostawał łomot i wracał do szeregu odmieniony, a nawet w tajemny sposób zafascynowany silniejszymi druhami. Nie było mowy o zdradach, zakulisowych intrygach, kłamstwach, w ich miejsce pojawiało się braterstwo, szczególnie widoczne w sytuacjach zagrożenia. Potrafiliśmy wtedy walczyć z chłopcami z innej dzielnicy, bywaliśmy też sprawiedliwi i wielkoduszni dla pokonanych wrogów. Liczne lektury, zainteresowania zoologiczne i geograficzne, godziny spędzone nad mapami świata i jego ciekawość, odmieniły mnie całkowicie i znalazłem się na studiach polonistycznych, a potem zacząłem publikować recenzje, szkice, kolejne książki, zdobywać nagrody literackie i wkraczać do jakże innych środowisk. Szybko zauważyłem, że obowiązują w nich odmienne, chore prawa, a moja tężyzna fizyczna i muskulatura może być tylko obiektem zainteresowań seksualnych różnorakich ważnych decydentów. Nigdy nie interesowały mnie tego rodzaju układy, nie pociągały mnie też stare, roztyte kobiety z tytułami naukowymi, obiecujące mi zrobienie szybkiej kariery. Po hallach uczelni przemykałem ze zjawiskowo pięknymi dziewczynami, więc w naturalny sposób stawałem się celem dla naukowych łowców w spodniach i spódnicach. Jakże to był dziwaczny świat i ile razy świerzbiły mnie ręce by rzucić się na jakiegoś głupio-mądrego chudzielca albo zarozumiałą znawczynię literackich duperel, chwycić za gardło tykowatego pajaca, który wykorzystywał swoją pozycję pupilka homoseksualisty z Warszawy, nabierał go, że jest biseksualny, a potem zagarniał studentki i pracowniczki naukowe do swojego brudnego haremu. Opisał to znakomicie w powieści pt. Wstyd, zmarły w zeszłym roku Krzysztof Derdowski, choć może za mało udzielił wywiadów i tylko w kuluarowych rozmowach wskazywał pierwowzór swojego prozatorskiego „bohatera”.

Zamek i więzienie If

Powieść pt. Hrabia Monte Christo pełna jest dłużyzn i nudnych konwersacji, z lubością rozciąganych przez Dumasa, co zapewne spowodowane było tym, że tekst początkowo ukazywał się w odcinkach, w jednej z gazet i przynosił wymierny zysk wierszówkowy. Moja ostatnia już lektura tego dzieła dała mi jednak sporą radość refleksyjną, bo zapoznając się jeszcze raz z technikami i sposobami zemsty Dantesa, co i rusz widziałem siebie w starciu z moimi wrogami. Z największymi kanaliami w moim życiu jeszcze nie skończyłem starcia i pojawią się konkretne działania natury prawnej, dziennikarskiej i pisarskiej, ale przecież o ile łatwiej byłoby np. zaczaić się na takiego paralityka, oprać mu mordę lub – ha, ha, ha… – połamać giry, albo jeszcze lepiej – łapy, żeby nie mógł przez jakiś czas mącić przy klawiaturze i w Internecie. Dantes nie miał skrupułów i dysponował niewyobrażalną fortuną, więc mógł spokojnie planować zemstę, nie wahając się w sytuacji, gdy w grę wchodziło ludzkie życie. Czy mógłbym zabić któregoś z tych pajaców – zastanawiałem się podczas lektury – i przed oczyma wyobraźni widziałem siebie z karabinkiem wyposażonym w lunetę optyczną, czekającego na dachu jednego z bloków na tykę wracającą do domu, z uczelni albo od kochanki. Czy mógłbym zmasakrować kolesia, który zrzucał mi na głowę różnorakich pomyleńców, opisywał jako tępego mięśniaka i czuł się bezkarny, by po latach podpisywać się jako Pokutujący Łotr i objawiać mesjanistyczne prawdy, niczym Mickiewicz w Paryżu? Oczyma wyobraźni ujrzałem jak to ja-Dantes wpadam do jego gabinetu z japońską kataną i bez litości ścinam mu łeb… Albo ostatnia sytuacja, kiedy parę dni temu zobaczyłem na moście trzecią kanalię, zerkającą na mnie z głupkowatym uśmiechem, wyjątkowo zjadliwą i trudniącą się od lat oczernianiem mnie, gdzie tylko się da. Niewiele by mnie to kosztowało wysiłku, gdybym doskoczył do fircyka, szarpnął go za frak, uniósł w górę i z rozmachem cisnął do Brdy. Ta myśl przemknęła przez moją głowę, gdy zerknąłem na niego i oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak machając rękoma i nogami, leci z wrzaskiem do lodowatej toni. Natychmiast pojawiła się jednak refleksja natury etycznej: nie wolno ci… nie możesz… dla takiej kanalii nie warto niszczyć tego, co zrobiłeś i co jeszcze zrobisz… Tak, zapewne tylko etyka i wewnętrzne przekonanie o wyższości dobra nad złem, powstrzymuje nas przed takimi czynami, jakich dokonał hrabia Monte Christo – tylko wewnętrzny imperatyw moralny nie pozwala nam rozprawić się krwawo z tymi, którzy działając w mroku, intrygując w cieniu, czują się tam bezkarni. Ale przecież historia Dantesa uczy, że żaden niszczyciel, kłamca i potwarca, nie może czuć się bezpieczny, tym bardziej, że natura ludzka jest zmienna i osoba kierująca się etyką, tak dobra jak Dantes, gdy zaręczał się z piękną Mercedes, może przemienić się w mściciela Monte Christo.

Wyspa Monte Christo

Jak powszechnie wiadomo, prochy Aleksandra Dumasa ostatecznie złożono w paryskim panteonie, obok szczątków Woltera, Jana Jakuba Rousseau, Wiktora Hugo, Emila Zoli, Antoine’a de Saint-Exupéry’ego czy też małżeństwa Curie. Zapewne wzięto tutaj pod uwagę skalę dorobku pisarskiego autora Trzech muszkieterów, Damy kameliowej i Królowej Margot, bo przecież powieść Hrabia Monte Christo dokumentuje rozwlekłość stylu, przesadne rozbudowanie dialogów i anachroniczność pomysłów pisarskich tego twórcy. Podziwiać wszakże należy odwagę kreacyjną i zmysł narracyjny Dumasa, tym bardziej, iż stworzył on katalog żywych postaci, długo promieniujących na kulturę Francji, Europy i świata. Mściciel Dantes, w czasach napoleońskich i w latach po sławetnych stu dniach Bonapartego, musiał być kimś z marzeń i znacząco oddziaływać na wyobraźnię ludzi uwikłanych w nieustające kłopoty bankowe, rodowe i polityczne. Jeśli podczas lektury w drugim dziesięcioleciu XXI wieku historia tajemniczego hrabiego może jeszcze zaciekawić i rodzić refleksje natury etycznej, rozpalać wyobraźnię i generować żywe obrazy, to jednak udało się francuskiemu pisarzowi stworzyć dzieło istotne. Warstwa wizualna jest może tutaj najwyższym osiągnięciem, szczególnie dzisiaj, gdy w Internecie łatwo znajdziemy fotografie zamku If, wyspy Monte Christo, nabrzeży Marsylii i ulic Paryża, po których jeździły powozy człowieka realizującego konsekwentnie plan diabolicznej zemsty. W dzisiejszym świecie często pojawia się ona w różnych formach, czy to w sytuacjach patologicznych, kryminalnych, w sporach rodzinnych albo społecznych. Starczy przywołać konflikt na Bliskim Wschodzie, kiedy to myśliwce izraelskie niszczą domy palestyńskie, w których wychowali się i żyli ci, którzy dokonali samobójczych zamachów, zaatakowali żołnierzy albo niewinnych obywateli. Kościół z lubością przypomina słowa Jezusa o nadstawianiu drugiego policzka, gdy ktoś zostanie uderzony, zraniony, dotknięty niesprawiedliwością, ale przecież w historii chrześcijaństwa wiele jest sytuacji i zdarzeń, w których nienawiść i zemsta stały się motorem działania różnorakich władców i sprzysiężeń. Starczy przywołać tylko wyprawy krzyżowe, palenie „czarownic” na stosach albo trwające wiele lat wojny religijne i próby zawłaszczenia jakiegoś terytorium. Trudno zapomnieć o Świętej Inkwizycji, rycerskich zakonach misyjnych czy też o mordowaniu Indian w Amerykach, o zabijaniu z krzyżem w ręku Murzynów w Afryce i Aborygenów w Australii. Potępiając plan zemsty Edmunda Dantesa i jego realizację w czasach świetności hrabiego Monte Christo, pamiętajmy o licznych uwarunkowaniach i kontekstach kulturowych i nie zapominajmy o tym, że jego serce całkowicie nie stwardniało na kamień. A choć natura ludzka ma swoje tajemnice i przemiany, niewiniątko może stać się demonem, a kanalia Pokutującym Łotrem, to jednak ci, którzy krzywdzą innych, powinni uważnie przyglądać się temu, co dzieje się za ich plecami.

« Older entries

%d blogerów lubi to: