ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (6)

Adam Szyper

Adam Szyper urodził się w Łodzi 6 grudnia 1939 roku i jak miliony Żydów przeszedł przez piekło getta i Oświęcimia. Jednak wojna nie stała się głównym motywem w jego wielowymiarowej i mieniącej się odcieniami twórczości. Opuścił Polskę blisko czterdzieści lat temu, ale nigdy nie porzucił języka polskiego. Jego polska poezja była publikowana w amerykańskich periodykach – „Nowy Dziennik” i „Gwiazda Polarna”, w londyńskich „Wiadomościach” oraz w polskich czasopismach – „Przekroju”, „Akcencie”, „Metaforze” i wielu innych. Jego wiersze tłumaczone na język angielski znalazły się w ponad trzydziestu amerykańskich magazynach i antologiach. Opublikował Szyper kilkanaście książek poetyckich. m. in. – Zielony prymityw (Izrael, 1971), Did You Hear the President’s Speech Tonight? (Northwoods, 1984), Chcę tylko być (Łódź 1990), Z poddasza snów (Łódź 1991), Nowy Jork – strach w raju (Łódź 1991), Diabeł Żyd (Łódź 1992), And Suddenly Spring (USA 1992) oraz Wiersze wybrane (Łódź 1996). Otrzymał Nagrodę Ministerstwa Sztuki Stanu Jersey, Nagrodę Ryszarda Milczewskiego-Bruna oraz laur imienia Klemensa Janickiego, przyznawany przez kwartalnik „Mefafora”. Mieszkał z żoną Mirą i synem Danielem w Kendall Park (New Jersey), Elizabeth i w Łodzi. Często podróżował po świecie i prawie każdego roku przyjeżdżał do Polski, gdzie udzielał wywiadów, brał udział w biesiadach literackich i spotykał się z przyjaciółmi pisarzami. Zmarł 30 września 2015 roku w Stanach Zjednoczonych, po ciężkiej chorobie.

Poezja Adama Szypera zrodziła się na styku bolesnych wspomnień dziecka i zachwytu dojrzałego człowieka nad otaczającą go rzeczywistością. Jak monstrualny cień wiszą nad nią śmiertelne kształty strażniczych wież getta i Auschwitzu, barczystych gestapowców, żołnierzy z psami i karabinami maszynowymi. Jakże przejmującą relacją i podsumowaniem pierwszych lat na tej ziemi jest wiersz pt. Dzieciństwo: Byłeś mądrym dzieckiem/ Wiedziałeś że nie wolno płakać./ Milczałeś bo każdy dźwięk/ Oznaczać mógł koniec twego/ Żywego nieistnienia./ Wiedziałeś, że trzeba schodzić/ Silniejszym z drogi, a nigdzie/ Nie widziałeś słabszego od siebie./ Kopałeś matkę po nogach/ Gdy chwiała się, gdy z zimna drżała/ W widmowo trupich szeregach./ Byłeś mądrym dzieckiem, wiedziałeś/ Że godzinami trzeba stać na baczność/ Zimą na porannych apelach/ Że aufzejerka da ci może z litości/ Jeszcze jeden zgniły kartofel./ Strach wznosił cię ponad wszystkie/ Dziecięce reakcje, lecz gdy noc/ Zapadała w cuchnącym baraku/ Wśród ludzi którzy jak otępiałe raki/ Tuż przed ugotowaniem/ W gęstym smrodzie leżeli na sobie/ Na chwile odzyskiwałeś głos/ I pytałeś w końcu jak dziecko:/ Mamo co to znaczy jabłko?/ Mamo co to znaczy kura?/ Mamo co to znaczy człowiek? W wierszu tym poeta w dramatyczny sposób syntetyzuje swoje doświadczenia obozowe i umieszcza je w perspektywie przeżyć tysięcy żydowskich dzieci, maltretowanych przez hitleryzm. Jest to utwór, który powinien się znaleźć w każdej antologii poezji polskiej – wiersz, który trzeba umieścić w jednym szeregu z podobnymi utworami Borowskiego, Różewicza, Broniewskiego. Wrażliwość dziecka i mądrość dorosłego mężczyzny nakładają się w nim na siebie – stają się dwoma biegunami człowieczeństwa i jakby spinają wiek dwudziesty klamrą metafory. Trudno się dziwić, że po takich doświadczeniach poeta napisał też utwór pt. Bunt oświęcimski: Nie pięści me niebiosom wygrażać będą/ ni też kalać się będę w powinnej pokorze/ Jedno chcę tylko dokonać przed końcem –/ w twe oczy Ci spojrzeć Boże./ Jedno chcę jeszcze poznanie/ nim czas mnie wchłonie i spłucze./ Przed Tobą chcę dumnym stać Panie/ gdy płomyk mój życia się stłucze./ Całą mą ziemską prawdę/ wygarnę Ci wtedy hardy/ i zważę tak cienie jak blaski / i worek pękatej wzgardy./ Wyliczę Ci wszystkie piszczele/ czaszki i ślepia rozlane/ a potem zanucę modlitwy/ dla Ciebie z ufnością śpiewane. / I zważę prochy mych dzieci/ na rękach Twojego sądu/ a potem głosy palone/ zachrypią z żywego swądu./ Zwołają badyle śmierci/ szkielety i strzępy ciała/ W bólu i krwi poczęci/ Powrócą do swego Pana… To nie jest bluźnierstwo, bo kto widział tyle śmierci, a mówi tak dobitnie, nie bluźni. To nie jest ironia, bo kto tyle razy nie był pewien czy doczeka następnego dnia, a wadzi się z Bogiem tak delikatnie – nie ironizuje. Rację ma Piotr Kuncewicz, gdy pisze, że łagodna, melancholijna poezja Adama Szypera jest (…) świadectwem „czegoś dobrego”, czego nawet najgorszy los nie potrafi nam do końca odebrać. Jest też prawdą wypowiadaną w obliczu wszechogarniającego fałszu – prawdą łagodnie przeciwstawianą kłamstwom dwudziestego stulecia.

Szyper stale nawiązuje w wierszach do swoich żydowskich korzeni. Stara się rozwikłać w nich zagadkę etosu żydostwa. Czuje się po trosze Żydem Wiecznym Tułaczem, ale nie podąża pchany niewidzialnym instynktem przed siebie, idzie w dal rozważnie, bo natura wyposażyła go w błyskotliwy intelekt, który nakazuje mu właściwie oceniać ludzi, zdarzenia i własne szanse; czy to w chwilach kiedy liczy kloszardów w czasie wystąpienia prezydenta, czy to gdy przygląda się amerykańskim ulicznym dziwkom, albo zastanawia się, co by robił w Jugosławii, gdyby nie wybuchła tam wojna. Szyper potrafi udanie uchwycić w wierszu szczegół i uczynić z niego prawdziwą „perełkę liryczną”.  Składa się ona z masy perłowej czasu, a jej połysk, to iskierki ironii. Często też poeta prowadzi dysputę z niedaleką przeszłością. Pragnąc poznać swoje korzenie, patrzy na pożółkłe fotografie i zastanawia się co wie o swoim dziadku: Cóż o Tobie wiem mój brodaty pradziadku?/ Tylko to, co opowiadała mi Matka:/ Że uciekłeś z domu mając lat szesnaście,/ Że w podeszłym wieku wskakiwałeś do jadącego tramwaju,/ Że na młode dziewczynki mówiłeś „rzodkiewki”. (…) Nie byłeś kapitalistą, nie byłeś komunistą, w czterdziestym roku/ Na wschodzie Polski, nie witałeś sowieckich hord/ I na pewno, mój biedny Szulimie Icku, zanim Cię wykończyli w getcie,/ Nigdy w życiu do macy nie użyłeś krwi/ Niewinnych chrześcijańskich dzieci. Poeta czuje, że wiąże go z przeszłością wiele przedziwnych związków. Przede wszystkim więzów krwi, ale też nie zapomina o koligacjach z całym narodem żydowskim. Dla niego nie ma diaspory, jest tylko to co nazwać by można było wspólnotą ducha. Dlatego podąża za milionami pomordowanych w obozach zagłady, dlatego odmawia kadysz w miejscach, gdzie przelana została judajska krew, dlatego nawet przed boskim tronem stoi hardy i patrzy Bogu prosto w oczy. Nie jest bezimiennym polskim Żydem w Nowym Jorku. Jest dumnym spadkobiercą określonej tradycji kulturowej i wielowiekowego ceremoniału inicjacji. Jego wchodzenie w świat jest sakralnym obłaskawianiem sprzecznych sił. Wie, że każdy jego krok ma symboliczne znaczenie, ma swoją wartość naddaną w perspektywie doświadczeń ludu wybranego. Wie, że Martwi patrzą na nas z daleka/ w śnieżnych połaciach lęku/ zwoje naszej zmęczonej pamięci/ plądrują tajemniczym szyfrem/ (…) Martwi patrzą na nas z daleka/ szepczą do nas wpół drwiącym szeptem/ nie za cichym by ich usłyszeć/ nie za głośnym by się samemu nie obudzić. Liczne nawiązania i kryptocytaty w tej liryce wskazują, iż poeta pragnie lokować swoje przeżycia egzystencjalne w przeogromnym strumieniu świadomości i bólu Żydów. Chce iść ścieżką zagazowanych i tych walczących o nowy Izrael, chce by jego bohaterowie mieli coś z Singera, Babla, Malamuda, ale też z Boba Dylana i Leonarda Cohena. Szuka bohatera uniwersalnego, który pamięta o rodowodzie, ale też nie przestaje orbitować ku uniwersum kultury. Trafnie uchwyciła to Dorota Chróścielewska pisząc, iż Szyper  – Obywatel świata (…) pisze nie o swych satysfakcjach, zachwyceniach, zwycięstwach, ale o bardzo ludzkim zmaganiu się z czasem, z samotnością, z bezradnością, z lękiem ostatecznym. (…) Czytając jego wiersze, odnosi się wrażenie, że całkowicie wyzwolił się on z ram ograniczonego, plemiennego światopoglądu większości i utożsamia się z człowiekiem uniwersalnym (…). Obywatelstwo świata zobowiązuje, więc poeta zatrzymuje się nad każdym cierpieniem – przenosi się na skrzydłach wiersza do wielu zakątków globu i szuka potwierdzenia swoich humanistycznych ideałów. Pragnie czynić dobro i dobra wciąż szuka. I choć świat odsłania swoje krwawe oblicza, stara się ocalać w wierszach wszelkie odruchy człowieczeństwa. Wiele razy bytując w raju chwilowej harmonii – Wiele razy byłem już w raju,/ Lecz za każdym razem gdy zaglądałem/ Pod kamienie prawdy,/ Napotykałem pod nimi strach.– odnajdywał się w piekle strachu. Ale prawdziwego raju, prawdziwego azylu szukać nie przestał nigdy.

Tworzona w Ameryce poezja Szypera staje się wielowymiarową apoteozą i synekdochą miasta. Poeta patrzy na Nowy Jork, na gigantyczne aglomeracje zachodniego i wschodniego wybrzeża i znajduje w nich potwierdzenie apokaliptycznych wizji. Człowiek w nich niewiele znaczy i musi twardo stać na nogach, żeby moloch miasta nie pożarł go, nie wchłonął niczym śmiecia: Miasto najeżone kłami/ Lśni w strugach chłodnego deszczu./ Płazy, gady i praptaki/ Do snu się układa ferajna/ Drapieżnych zwierząt./ Tu i tam śpią – mokną bezdomni/ Policja krąży na East Side./ Żebracy i nożownicy zniknęli./ Prostytutki pochowały się w swoich/ Kondominiach nocy./ Tylko dziecko w nas prosi o zieloną nadzieję/ Tylko żółte taksówki migają/ jak kanarki nad głodnym brukiem/ tylko świetliki koreańskich warzyw i owoców/ Rozpraszają tę ciemność – Broadway./ Więc może teraz wyjdziemy/ Po kruszynkę spokoju w tym plusku/ Jak malowane, wśród czarnych skrzydeł/ Jak dwa roślinożerne dinozaury/ W deszczu mięsnej epoki. Miasto jest snem o śnie, jest dziwaczną, oniryczną przestrzenią pośród której bytują istoty pęknięte w sobie, ptaki ze zwichniętymi skrzydłami i ludzie, którzy są tak dobrzy jak roślinożerne dinozaury – świadomi swojej siły nie chcą nikomu wyrządzać krzywdy. Wychodzą do miasta, dopiero, gdy drapieżcy chowają się w swoich norach, w swoich matecznikach. Człowiek bytując w takich molochach miejskich traci pewność siebie, czuje na sobie stale czyjś badawczy wzrok. I dlatego też buduje swoje małe enklawy, swoje kolejne  d o m y.  Dopiero tam może spokojnie zasnąć, dopiero tam odchodzi w dal sen na jawie, a pojawiają się obrazy surrealne, jak te z obrazów Bruegela: W obszarach jego świadomości/ ciała szybko kościotrupieją/ Wóz-widmo sunie wypełniony/ ludzkimi czaszkami/ Dymy i wszystko obok umiera/ niby zadatek na przyszły Oświęcim. Tak – paradoksalnie – ucieczka przed miastem kończy się w przestrzeni wyobraźni zurbanizowanej śmierci. Stale w podświadomości poety tkwią okupacyjne obrazy i przy lada gwałtowniejszym impulsie pojawiają się we śnie, albo w świadomości niczym monstrualne mary. Czasem mają one postać czarnego sutenera, czasem kloszarda, ale też często bohaterowi tej poezji zdaje się, że: Hieny podchodzą pod nasze okna/ Pod bladym niebem podnoszą łby i węszą/ Czują krew, strach, długo/ mówią o miłości bliźniego (…). To też jest moloch miasta, pulsujący bełkotliwym poszumem; to jakby jego skomplikowana podświadomość. Nad ranem, gdy wszystko w nim zamiera, poeta patrzy nań jakby z góry i widzi wszechogarniający sen – i sutenerzy śpią i przemysłowcy i nobliści/ W Hotelu Plaza i w Waldorf Astorii/ I żebracy i pijacy i sprzedawcy używanych książek/ Śpią na ulicy koło Coloseum Bookstore./ I świat cały śpi i śpi noc i śpią/ Najbardziej wyszukane i eleganckie słowa/ Z nieużywanych tajni wielkiego słownika. Szyper łatwo przenosi się z Nowego Jorku do Bangkoku i zamienia w wyobraźni Manhattan na zieleń Madagaskaru. Jego imaginacja jakby stale drży, stale domaga się nowych metamorficznych cykli obrazowych. To jest ucieczka, ale też pewna właściwość umysłu, poetycka inteligencja, nakazująca stale szukać i stale zmieniać przestrzeń lirycznych penetracji. Tylko świadomość przekonana o trwałości niezmiennych fizykaliów, pośród których bytujemy, może sobie pozwolić na tak odległe skoki w czasie i przestrzeni – świadomość przekonana o tym, że Gdzieś spokojnie istnieje Nieznana Ziemia/ Kraj który nigdy nie istniał/ A istnieje… Szyper jest lirycznym podróżnikiem, ale jego eskapady mają wyraźny cel – poeta pragnie znaleźć człowieka, równie jak on doświadczonego przez życie, by porozmawiać z nim o sprawach najważniejszych, to znaczy – na przykład – o chwilowym  braku przestrzeni, albo o tym, że Dzień który powstał jak wieczór/ Rozjaśnił się w górze jak ogień. Poeta wędruje, bo tak każe mu jego świadomość, sformatowana udrękami przeszłości. I czuje w sobie nieustanną potrzebę sprawdzania „sobą” nowych miejsc i przeglądania się w oczach nowych ludzi, a nade wszystko – jak mówi: Wędruję w poszukiwaniu prawdy, przychodzę po zrozumienie/ bo nad każdą rzeką żyje Człowiek, bo w każdej rzece/ płynie Rzeka Ludzkości. Takie spotkania miały już miejsce i takie spotkania są potencjalnie możliwe. Póki ktoś czeka i póki są na świecie miejsca warte odwiedzenia, gdzie można – jak w Łodzi na ławce rodziców – przysiąść i rozsnuć w sobie smutek; trzeba iść. I bohater Adama Szypera wędruje. Stale się gdzieś wybiera i stale skądś wraca. W jego żyłach płynie wzburzona krew, a w głowie kołatają się obrazy zdarzeń z krain miodem i mlekiem płynących, obrazy z ugorów krwi i cierpienia. Dla tego lirycznego globtrotera nie ma zadań nie do wypełnienia – dla niego: Nie ma odległych miejsc/         Jeśli istnieje ktoś kto o tobie myśli/ Jeśli wiesz, że ktoś o tobie myśli/ Jeśli niebo, które dzieli/ Jest tylko przestrzenią, która łączy… Ileż takich niebieskich baldachimów rozsklepia się w tej mądrej poezji, ileż takich świetlanych tafli znajdziemy w życiu tego tułacza z wyboru, Żyda z uwielbienia i poety z powodu ran pamięci i duszy.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (5)

Wyobraźnia poetycka Tadeusza Śliwiaka, od 1953 roku, kiedy to debiutował  on poematem pt. Astrolabium z jodłowego drzewa, nieprzerwanie zaskakuje i zachwyca czytelników. Poznając poszczególne tomy poety łatwo odkrywamy, iż jego poezją rządzą ściśle określone rygory czasowe. Przeszłość i teraźniejszość są wyraźnie od siebie odgrodzone. W przeszłości tkwią korzenie przyszłych zdarzeń, potencjalnego kształtu strof poetyckich i struktur wyobraźniowych. Już w dzieciństwie – mówi poeta – naświetlone zostały klisze przyszłych dni, już u początków świadomości uformowała się wyobraźnia i poetycka wrażliwość. Znaczącą rolę mają w imaginacji Śliwiaka ciecze – krew, pot, mleko, łzy, a nade wszystko woda, pełnią w jego metaforyce określoną funkcję. Czasem nawet zdaje się, że poezja autora Czytania mrowiska jest wynikiem jakichś przedziwnych wyobraźniowych rafinacji, klarowań i skropleń. To ciecze ożywiają ciała stałe, pojawiające się w tych wierszach,  a jednocześnie – niczym w krwiobiegu, wędrówce wody w przyrodzie, przesączaniu i ssaniu  – wprowadzają do tego świata periodyczność i dramaturgię. Śliwiak jest poetą niezwykle wrażliwym na oddziaływanie natury, chociaż wszystkie jego żywioły występują w unicestwiających się opozycjach. I tak „drzewo” pojawia się w opozycji z „ogniem”, „woda” w opozycji z „lodem” lub „solą”. Podobnie jest z barwami, które przeciwstawiając się sobie tworzą kolejne ciągi opozycyjne, a tym samym wpływają na większą głębię semantyczną wierszy. Tak samo jest ze światłem i ciemnością, z twardością i miękkością, z radością i smutkiem, z nadzieją i rozpaczą. Często też w obrębie wiersza mamy do czynienia   z prawdziwą walką sprzecznych żywiołów, które zmieniają nieodwracalnie rzeczywistość.

Wyobraźnia jest najpotężniejszą siłą poezji Śliwiaka – to ona ożywia martwe formy, obdarza barwą i oddechem sztywne rekwizyty. Jest autor Żywicy magiem ruchomych wizji, przepływających przez jego wyobraźnię niczym ptaki. Te skrzydlate twory utrwalone nagle w kształcie wiersza, popieleją, kruszeją, tlą się i trwają w pyle, kurzu i sadzy. Poeta przygląda się również bacznie procesowi krzepnięcia, przesączania, przepływania – niczym przez Heideggerowski prześwit – z jednej rzeczywistości do innej, ze świata realnego  do nadrealnego. Niczym mały chłopiec z szeroko otwartymi oczyma patrzy stale na ogromne katedry drzew i szaro–seledynową toń oceanu. Natura napiera na niego ze wszystkich stron,  a wrażliwość – niczym wiecznie otwarty kanał percepcji – nasącza wyobraźnię nowymi obrazami i odczuciami; chropowatość kamienia i kory drzew obok gładkości szkła i kobiecego ciała; ostry zapach żywicy obok woni polnych kwiatów. Ten nieustający zachwyt nad rzeczywistością przerywany jest raz po raz bolesnymi dreszczami śmierci. Poeta stara się obnażać jej bezduszność, pragnie demaskować jej żądzę – tak powstają dramatyczne wiersze na kanwie śmierci poszczególnych przyjaciół, a potem w tomie pt. Solizman jakby wiersz–traktat na temat śmierci.Eschatologia przenika nawet te wiersze Śliwiaka, które mówią o miłości, cieple i łagodności.Szóstym zmysłem wyczuwamy, iż jest ona obecna pod powierzchnią słów. Tę trudną umiejętność posiadło w domenie języka polskiego doprawdy niewielu poetów.

 Autor Rajskich wron dokonuje swoich poetyckich obserwacji w wielu miejscach, a potem tworzy liryki, wpatrzony w pomniki w różnych punktach Europy, studiuje     tarcze zegarów i zwężającą się perspektywę dróg. Wpatruje się też w piaski północnej Afryki, kamienny grunt Bliskiego Wschodu i odległe brzegi Ameryki Południowej. Jest jednym z tych niewielu szczęśliwców, którym udało się znaleźć pod niebem kilku kontynentów. Wszędzie tam pragnie:  Zaznawać światła gdziekolwiek się jawi/ choćby odbite choćby oddalone/ Choćby go było tylko tyle aby/ powlec nim igłę albo kroplę wody. (* * *) Światło pojawia się w tej liryce na zasadzie efektu scenicznego; wyławiania z mroku nieistniejących kształtów, twarzy, spojrzeń, by poigrawszy na maskach i dłoniach trzymających sztylety, znowu pogrążyć wszystko w niebycie i przypomnieć, że istnienie jest względne: Dzwon który będzie zapisany niebu/ rodzi się w ziemi/ Stygnie w niej – przejmuje/ tę tajemnicę jaką kryje glina/ biała od kości ruda od żelaza.(Ludwisarnia nad Sanem) Przenikanie jest dla Śliwiaka formułą bytu – wszystko w jego wierszach przechodzi od jednego stanu skupienia do innego, wszystko przenika się nawzajem. Ta osmoza ma w poezji Śliwiaka głębokie umotywowanie filozoficzne. Gdy świat realny przeistacza się w tej liryce w nadrzeczywistość – tężeje, krzepnie, ale też ma właściwości materii powiewającej na wietrze, właściwości żywego organizmu. Poeta dość przewrotnie nazwie to somnambulizmem, a najjaskrawiej uzewnętrzni się to w wierszu pt. Somnambuliczne Camargue, gdzie pojawi się jednorożec, a kobieta przeistoczy się w granatową ważkę. Śledząc lot tej ważki stwierdzimy, iż kieruje się ona tam, gdzie znaleźć można nośniki światła. A więc w pobliże soczewki, nad kryształy soli, ku oknom i nad lustra wodne. Przenikanie światła i transformowanie rzeczywistości realnej w surrealną, to znamienne cechy tej poezji. Inną jest aforystyczna dążność do zawarcia ogromu przeżyć człowieka w zaledwie kilku słowach.

Śliwiak raz jest idealistą, a innym razem wierzy jedynie w materię, a przy tym szukając prawd stara się odnajdywać je zarówno w łowiskach wyobraźni, jaki w twardości kamiennej siekiery sprzed lat trzech tysięcy, która rozbija laskowe orzechy. Nie sposób nie wspomnieć tu także o roli pamięci w tej poezji. To przy jej pomocy autor wydziera zapomnieniu i śmierci dawno minione zdarzenia, twarze i gesty. Z równą urodą ukazuje południowo–wschodnie kresy Polski, jak i szkicuje portrety rodziców i braci. Tak samo złożone są w jego wyobraźni wrony i ryby, ucho igielne, serce ptaka i siekiera. Przy czym nawarstwienie metaforyki animistycznej– ornitologicznej i ichtiologicznej – sprawia, iż mamy w poezji tej do czynienia z czymś w rodzaju lirycznego atlasu przyrodniczego. Wyobraźnia Śliwiaka ma właściwości ożywiające i odradzające – wystarczy impuls, przeskok iskry elektrycznej, a już jego imaginacja – której podsunięto obraz odartej z mięsa sarniej czaszki – wyczaruje żywe, gotowe do ucieczki zwierzę. W tych działaniach wyobraźnia zaczyna jakby konkurować z Bogiem, czasem, przestrzenią i często – dzięki unieśmiertelniającej sile wiersza – tę rywalizację wygrywa. Poeta często szuka w rzeczywistości okruchów tajemnicy istnienia – poprzez bystrą obserwację, uniesienie, iluminację, gromadzi w poszczególnych wierszach przesłanki, iż taka tajemnica rzeczywiście istnieje. I choć wie, że nigdy nie dotrze do jej istoty – stale ponawia próby. Sens– według Śliwiaka – leży w próbowaniu i poeta, uważny czytelnik Camusa, zakłada maskę Syzyfa i stale od nowa toczy pod górę „głaz liryki”. Wierzy, że samo tworzenie, samo popychanie kamienia, jest dotykaniem tajemnicy – przez błony czasu i przestrzeni – ale dotykaniem.

 Śliwiak żyje w świecie permanentnej tragedii, w świecie, gdzie zagrożenia i chłodny cień niewiadomej wiszą wciąż nad człowiekiem. Przypomina to aurę Starego Testamentu, który musiał być jedną z podstawowych Ksiąg kształtujących plastyczną i pojemną wyobraźnię poety. Śliwiak, by ją odwzorować, stosuje jemu tylko charakterystyczny kod, swoiste mieszanki znaczeniowe, gdzie swoje miejsce mają biologia i fizyka, chemia i astronomia, a wreszcie archeologia i symbolika kultury. Poszczególne postaci ożywiające te wiersze ukazywane są przy zastosowaniu zmiennej perspektywy – raz to jako ciała fizyczne, a innym razem jako substancje, bądź cząstki materii ożywionej, biorące udział w nieustannej rafinacji. W swoich poetyckich obserwacjach Śliwiak stosuje często ogląd niemalże naukowy, stara się dotrzeć do istoty zjawisk, odnaleźć ich sens i określić wartość. W tym też celu – jak zauważył kiedyś błyskotliwie Artur Sandauer1 – dokonuje swoistego odwrócenia rzeczywistości do góry dnem. Gdy opisuje dom – to zaczyna od noża na stole. Podobnie rzecz się ma z wieloma przedmiotami używanymi w życiu codziennymi ze zmysłami, które uzyskują w wierszach Śliwiaka pojemność, głębię przestrzenną i zdolne    są pomieścić ptaka, igłę, kamień, a nawet drzewo czy katedrę. Ta poezja to świadectwo życia człowieka w obliczu rzeczy najprostszych, jak choćby kamienia, iskry, wiadra – ale także pośród najwspanialszych wytworów myśli, jak choćby odrzutowca, ogromnego domu mieszkalnego czy samochodu. Pomiędzy tymi dwoma obliczami świata, zawiera się scenariusz codziennych zwycięstw i porażek, każda przedmowa i każdy epilog. Autor jakby opowiada człowieka i świat od nowa, tworzy nowy ład, chociaż – przywołajmy jeszcze raz Sandauera – ład nie jest tu autentyczny, lecz osiągany ceną wysiłku.2

Najdobitniej swoje zakorzenienie w micie i kulturze wyobraźnia Śliwiaka zaznaczyła   w tomie pt. Poemat o miejskiej rzeźni (1965). W tym cyklu obrazów, gdzie jakby tylko pretekstem jest konkretna, lwowska rzeźnia, poeta posługuje się językiem mitu, ale też  nie stroni od gry słów i z łatwością przechodzi od patosu do lumpenproletariackiej piosenki.  W tym świecie, to co pierwotne graniczy z krwią zabijanych zwierząt i to co kulturowe – odbija się w gasnących oczach prowadzonych na rzeź. Poemat ów nabrał jeszcze tragiczniejszej wymowy, gdy poeta zginął śmiercią tragiczną w Krakowie. Czytając ten przejmujący zapis, nie można nie dojść do przekonania, iż właśnie w rzeźni Śliwiak pobierał pierwsze lekcje wyobraźni i tam uczył się śmiertelnej dialektyki życia: Uczyłem się życia/ od śmierci/ wcześniej widziałem/ nóż w ręce rzeźnika/ niż pastucha z kijem/ moje pierwsze ogrody/ to mięs cyprysy czerwone/ flora płuc i wątrób/ wiszących na hakach/ moje festyny świąteczne/ to rogowe trąbki/ dmuchane pęcherze/ totemy dzieciństwa/ – wielkie głowy wołu/ z których zdjęto skórę/ zostawiono oczy/ moje pierwsze ptaki/ czarne tłuste wrony/ w czyhaniu na ochłap. W poemacie Śliwiaka wydarzenia migają niczym w przyspieszonym filmie – bieg historii, tragedie narodu i indywidualne przegrane plączą się ze ścieżkami zwierząt prowadzonych na rzeź. Na to jeszcze nakładają się niezwykle realistyczne, sugestywne i biologiczne opisy szlachtowania niewinnych istot. Uderzająca jest siła poszczególnych segmentów poematu i wizyjność nakładających  się na siebie obrazów i metafor. Poeta opisuje rzeźnię ze swojej młodości jakby wspominał najbardziej ekscytujące zdarzenie życia. Ta rzeźnia była szkołą i poeta ma świadomość, iż: Trzeba było tego owocu/ mięsistego/ ociekającego sokiem/ trzeba było sterczących przed nim zębów/ aby zrozumiał/ pierwsze prawo wilka/ Trzeba było/ stada ryczących krów/ pędzących jak rzeka/ do czerwonego morza rzeźni/ (Nad Morzem Czerwonym). I trzeba było lat w ogniu wewnętrznej walki, w krwawych wspomnieniach, w podchodzeniu istoty rzeczy, w szukaniu i zdążaniu, w niecierpliwym czerpaniu z czary miłości i smutku, trzeba było doświadczeń inicjacyjnych, mozolnych inkantacji – by poeta wypalony niczym suche źdźbło wiatru stanął u wrót wyobraźni, płonącej i gasnącej w jednej chwili.

____________

1A. Sandauer, Poezja tragicznego ładu [w:] Pisma zebrane, t. 1, Studia o literaturze współczesnej, Warszawa 1985, s. 464.

2Ibidem, s. 470.

KSIĄŻKI ABSURDALNE (2)

Kazimierza Hoffmana poznałem na początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy to odwiedziłem redakcję bydgoskich „Faktów”. Tam, razem z partyjnym „dziennikarzem” Marcelim Bacciarellim, uzurpował sobie wyłączność publikowania tekstów o plastyce bydgoskiej i niepodważalność sądów. Taki młody krytyk – jakim wtedy się stawałem – nie był dla niego wiarygodny, więc kpił sarkastycznie z mojego artykułu, od samego początku popisując się swoją „wiedzą” filozoficzną i stawiając się wysoko nad naszym środowiskiem. Poszło o mój obszerny szkic na temat malarstwa i rysunku Ignacego Bulli, który koniec końców – dzięki pomocy Jana Góreca-Rosińskiego – ukazał się w „Faktach” w niezmienionej formie. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem jaka to była obelga dla dwóch gazetowych wyjadaczy, którzy oprócz własnych rankingów, reprezentowali określoną linię polityczną. Redaktor Naczelny był przychylny młodym twórcom i rozumiał, że wciąż dokonuje się zmiana pokoleniowa, dlatego publikował moje teksty, a także Derdowskiego, Cielesza i całej czeredy innych autorów, dopiero wchodzących do literatury, zdobywających pierwsze laury i szlify na łamach lokalnych i ogólnopolskich periodyków. Hoffman skojarzył mi się wtedy ze skrzeczącą sroką, która robi straszny raban na widok kota – choć nie terkotał jak ona, a swoje sądy cedził z cynicznym samozadowoleniem, to ich powtarzalność powodowała, że takie porównanie narzucało mi się z dużą mocą. Później kilka razy spotykałem go na korytarzach i w pokojach KPTK-u, gdzie miał swoje biuro, jako bibliotekarz BWA i Prezes Bydgosko-Toruńskiego Oddziału SPP. Zauważyłem wtedy, że mitologizuje – podobnie jak Grzegorz Musiał – swoje publikacje w „Twórczości”, czyniąc z tego periodyku parnas literatury polskiej. Poniekąd tak było w różnych okresach, ale czytając jego wiersze, nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego stawia się go tak wysoko, wszak jego maniera poetycka wielkich przestrzeni ciszy pomiędzy wersami, natrętne, instrukcyjne komentowanie największych twórców, filozofów, malarzy, nie było niczym nowym w naszej liryce. Dużą rolę w wylansowaniu Hoffmana miał Artur Sandauer, który zamieścił tekst o jego poezji w „Życiu Literackim”, a że miał wtedy ogromną siłę kreacyjną, od razu uznano bydgoskiego autora za wyjątkową osobistość. Jakoś nie przekładało się to na obecność w antologiach poezji polskiej i publikacjach kolejnych książek za granicą, ale w środowisku lokalnym rosła fama „wielkiego poety”. Ten mechanizm stale obecny jest w krytyce polskiej, gdzie często przyjmuje się na wiarę jakieś opinie, rankingi, wypowiedzi na temat sytuacji w danym obszarze i w określonej grupie generacyjnej. Nie pamiętano zatem co powiedział Sandauer, ale stale powtarzano, że chwalił Hoffmana, a nawet konsekrował go na wieszcza. A tymczasem w tekście warszawskiego krytyka pt. Samotność z dalekopisem znalazły się też takie oto zdania: zbiór złożony jest w 70 proc. z utworów niezrozumiałych – głównie dlatego, że napomyka o okolicznościach i lekturach nieznanych czytelnikowi. Przy nowej metodzie wypowiedzi lirycznej nastręcza to trudności dodatkowe, przed którymi niefachowiec ma ochotę się cofnąć. No tak – Sandauer dawał do zrozumienia, że jeśli poeta zakłada, że tworzy tylko dla „fachowców”, to zatraca istotę liryki, zabija jej otwartość, narzuca interpretację i bywa dziwaczny, a jego kolejne utwory stają się szaradami, zabawami słownymi i poszukiwaniem niemożliwej eufonii. U Hoffmana enigmatyczność tekstu potęgować miały jeszcze specjalne cytaty z wymyślonych poetów i utworów, wprowadzane na zasadzie niezbyt roztropnej i często cynicznej, gry z czytelnikiem. Nie ma sensu tutaj dłużej ciągnąć tego wątku, gdyż moje nastawienie do poezji Hoffmana nie zmieniło się przez lata i nikt nie przekona mnie do niej, a jeśli są krytycy, którzy znajdują w niej coś interesującego dla siebie, to sprawiedliwość nakazuje wysłuchać ich, przeczytać powstałe książki, szkice, recenzje, co też uczyniłem, ale w niczym to nie zmieniło moich poglądów.

Przedmiotem tego przybliżenia jest Dziennik (2000-2008), który nie waham się określić jako absurdalny i wpisujący się w chybioną manierę wydawniczą, publikowania wszystkiego, co pozostało po zmarłym pisarzu. Grzegorz Kalinowski (redaktor) i Grzegorz Dominiak (wydawca) wyrządzili ogromną krzywdę Hoffmanowi, który już nie mógł bronić się, wprowadzić korekt i usunąć kompromitujących go określeń. Autor w żadnym miejscu nie napomyka o tym, że jego zapiski mają być wydane, tym bardziej, że wielokrotnie przywołuje zdanie Rolanda Barthesa: Piszę, bo nie chcę słów, na które trafiam, piszę przez odejmowanie. To odnosi się do metody twórczej autora przy pisaniu wierszy, ale przecież w jego zapiskach też czasami widać tę tendencję, szczególnie w komentarzach do dzieł wielkich myślicieli. Hoffman był bardzo pamiętliwy, nikomu nie darował negatywnych opinii na temat jego pisania, a z drugiej strony jakże łatwo zapomniał swoje wieloletnie uzależnienie od systemu komunistycznego. Do tego dochodziła zawiść związana z sukcesami innych twórców, a szczególnie noblistów i kandydującego do tej nagrody Adama Zagajewskiego. Szczególnie zacietrzewiał się, gdy w grę wchodziły ujęcia religijne lub nawiązania do wiary – wtedy też najpełniej się odsłaniał i walił prosto z mostu: durną pewnością siebie w kwestiach „teologicznych” grzeszy raz po raz i Miłosz (ponoć i teolog). Biedne ludzkie robaki w obliczu Boga. Układ celebralny – nic więcej. Rozum – gdzie? Dodatkowo – będąc już bardzo starym człowiekiem – bezczelnie wytykał wybitnym twórcomich wiek: Cóż, ten starzec stojący nad grobem nie ma łaski wiary. Troje starców: Szymborska, Różewicz i Miłosz nie posiadają jej. Mimo komfortu uznania i zaszczytów to postaci tragiczne, biedne, bo pozbawione nadziei. Choć książki Miłosza opublikowano w wielu krajach świata, choć osiągnął szczyty w poezji, przez wiele lat będąc też czołową postacią polskiej literatury emigracyjnej, to dla Hoffmana był tylko obiektem niewyszukanych kpin: Tu się odkrył. Jeszcze raz. Żałosne. Ta pozorna „fastrygowana” – tu i tu – mądrość dziadygi na katedrze! Oto jeszcze kilka podobnych, absurdalnych cytatów, których nie warto komentować, tyle mają w sobie jadu: Moda na pojęcie „transcendencja” lub „świętość przez zaprzeczenie”. Bo okazja, bo można naurągać Bogu i obyć się bez Niego (zwłaszcza Boga osobowego). Oto ateista Różewicz, „teolog” Miłosz, Szymborska (ze swoim zawieszeniem sensów, ze swoją „wykładnią” absurdu). I to – dwoje ostatnich – nobliści. Nieszczęśni starcy na szczycie polskiej poezji współczesnej! Płakać się chce. I dalej: Miłosz, Szymborska, Różewicz – u krańca życia z taką kondycją duchową! Żałośni starcy. Niemniej na czele liryki polskiej naszego czasu. Dramat. I jeszcze: głupie w swej pozornej bezpośredniości (skromności?) babulenie Miłosza i Clare Cavanagh o „polskiej szkole poezji” dominującej w świecie i oddziałującej na poezję w USA. Oto jej „ekipa”: Miłosz, Herbert (już niegroźny w konkurencji, bo nie żyje). Zagajewski, Bronisław Maj, Świrszczyńska, z łaski – to się jakoś odczuwa – Różewicz, Wat, Lipska, przybywa Miłobędzka… Barańczak, no właśnie! Ciągle podbijanie bębenka z Zagajewskim (podobnie jak w ZL) – wyraźnie kreowanego na przyszłego kolejnego noblistę. Zagajewski – kulturalny, nie pozbawiony smaku wytwórca poetyckiej czeskiej biżuterii! Co chwila nowy zestaw kpin i sądów nie znoszące sprzeciwu: Czy Miłosz w jakimś sensie nie ironizuje, wręcz nie kpi, kiedy wywodzi: „jakie przestronne niebiańskie pokoje! (…) Nad obłokami rajskie wiszące ogrody”? Przecież stary wyjadacz nie jest aż tak głupi, aby wyobrazić sobie Drugą Przestrzeń jako zestaw wyświechtanych obrazów z ludzkiego repertuaru, choćby były najbardziej ponętne czy atrakcyjne!  (…) Wygląda na to, że noblista pozwala sobie na takie zabawy poetyckie („co mi szkodzi”). Starzec stojący nad grobem. Filut. Niech sobie nim będzie prywatnie czy dla relatywistki Szymborskiej, ale ogłaszać swój aktualny „punkt dojścia” (na fali postmodernistycznego powątpiewania) wszem i wobec w pierwszej osobie liczby mnogiej? Cóż, Myszkowski przyjął tekst z pewnością na klęczkach, jak zawsze. I w efekcie zaserwował nam reprezentacyjne (dla postawy) wiersze naszych dwóch „największych z żyjących” poetów polskich – Szymborskiej i Miłosza w jednym numerze „Kwartalnika Artystycznego” – 4(28) 2000. Choć może i dobrze: wiadomo, co jest grane u naszych noblistów. Żałosna poetycka starość! Podeszły wiek innych twórców nie kojarzy się Hoffmanowi z mądrością: Starcze gadulstwo tyczy i Miłosza. Choć trzeba przyznać: i jeden i drugi piszą często teksty głęboko poruszające. Dar świeżości na koniec, mimo zadęć i potknięć poetyckiego rozgadania (zwłaszcza u Miłosza, rezonującego znad katedry). Niemniej – przesadne kolokwializmy u Różewicza. Czytając kolejne strony tego żenującego dziennika łatwo zauważymy, że Hoffman nie potrafi dogłębnie analizować poezji Miłosza, a zamiast tego stale wytyka mu wiek: Autentyczny lament czy krygowanie się, zmrużenie oka? Jak by nie było, nie świadczy dobrze o naszym nobliście, stojącym przecież nad grobem. Najlepiej by było, gdyby Miłosz umarł, a nie trzymał się pisania „jak rzep psiego ogona”: Rozczarowanie nowym poematem Miłosza pt. „Czeladnik” w najnowszym numerze bydgoskiego „Kwartalnika Artystycznego”. Podniosła w swej powadze narracyjnej proza rozpisana na wersy i strofy. Nic więcej. Żadnych widocznych starań o eufonię – ten probierz (Gadamer) poezji. Ale takim jest Miłosz od dawna. Nic tu nie gra dźwiękowo, nie orkiestruje, jedynie składnia wykładu nadziana erudycją, mową besserwysera do maluczkich słuchających noblisty z otwartymi ustami. Więcej się dzieje w przypisach, niż w znieruchomiałych ponad nimi brzmieniowo (poetycko) strofach poematu. Wyraziste odnośniki do Swedenborga niedwuznacznie wskazują na rzeczywiste sympatie „teologiczne” autora „To”. Nie od dzisiaj zresztą. Wszakże podziwu godna jest sama krzątanina intelektualna sędziwego noblisty. Trzyma się pisania jak rzep psiego ogona. I dobrze, że Myszkowski otwiera nim stale każdorazowy numer KA. Czołobitnie, bo czołobitnie, ale ma w tym swój cel: z pismem drukującym nieustannie takiego poetę – trzeba się liczyć i fundusze na jego edycję muszą się znaleźć. A swoją drogą: czy nie etyczniej zachowuje się Szymborska, która woli poetycko milczeć (po Noblu), niż non stop pisać, byle być wciąż na topie. Przy takim braku pokory i zrozumienia, najłatwiej przeciwstawiać sobie wybitnych twórców: A są to żałosne przykłady poetyckiego głuchnięcia na poetyckie znaki ostrzegawcze: powtarzanie się. I to coraz bardziej rozdmuchane, rozgadane. Cóż, niedaleko sięgać – retoryka Miłosza; nieznośna, rozsadzająca przebłyski dawnej, zsyntetyzowanej (w obrazie), oszczędnej i niezawodnej w przedstawieniu „tego jedynego słowa” liryki – kolokwializmy, babulenia Różewicza (bo wielki, więc wszystko mu wolno? bzdura). Może uświadomienie sobie takiej kolei poetyckiego losu, Kiedy osiągnęło się w karierze wszystko, co było możliwe – jest przeciągające się milczenie Szymborskiej? Byłby to duży dla niej plus, wreszcie, bo nie lubię jej za notoryczny relatywizm. Wiedzieć, kiedy zniknąć po napisaniu wielu ważnych dla ojczystej (i nie tylko) poezji – wierszy. Kulminacja samowiedzy poety. Możliwa przez pokorę, ba! Hoffman – sam siedemdziesięciotrzyletni – wciąż wprowadza do swojego dziennika denerwujące oceny twórczości w kontekście wieku twórców: Miłosz dziś (pod dziewięćdziesiątkę): retor? Kaznodzieja? Ostatecznie jednak – poeta. Chociaż leń jednak w pracy nad językiem liryki. Stały rytm frazy to za mało. A gdzie asonans odbrzmiewa asonansowi? Rytm wewnętrzny? Nie ma go; duet czy trio współbrzmiących końcówek męskich? Ani śladu. Zanik orkiestracji na przestrzeni (w przestrzeni) wiersza. Biblijna kadencja nazbyt „nagminna” u poety tej klasy. Mędrzec nie zastąpi poety. Sam podziw dla trzeźwości i jasności umysłu człowieka w tym wieku nie może znosić niedostatków czy zaniedbań autora wierszy i poematów. Nobliście nie wszystko wolno. Po prostu – nie wypada. A powszechny nadal aplauz krytyki to krzywa dla obracającego się stylistycznie w kółko klasyka. Style to rozwój substancji, w której się pracuje, którą się posługuje. R o z w ó j.  Ruch. Jakże żenujące jest to owo zakłamanie autora dziennika, rzekomo ujawniającego wielkie tajemnice polskiej literatury: A Miłosz z rozbrajającą szczerością, urokliwie w swoim „To” ćwierka: „I ledwo mogę uwierzyć,/ Że udało mi się przeżyć życie” [„Texas”]. Ślizgając się. W komforcie niedostępnym innym. Mistrzowsko umocniony „na topie”. Wielki. Ten epitet pozwala mu w „To” przybrać pozę autodemaskatora ujawniającego nam pozór wiarygodności swojej dotychczasowej drogi poetyckiej. Na szczęście w pisaninie Hoffmana znajdziemy też łagodniejsze tony, choć i w nich są przytyki i charakterystyczne dla niego wybrzydzanie:  Nieustanny ceremoniał kanonizacyjny Miłosza w naszej klakierskiej krytyce (mimo wersyfikacyjnej – narastającej – nudy jego poezji) spowoduje nierychliwy powrót, a raczej rychliwy – poezji Przybosia. Jej ponowna dominacja byłaby przegięciem pały w drugą stronę. Niezbędne jest trzecie wyjście – wypadkowa, w jakimś sensie, obu poprzednich. Byłoby to znamię właściwej dojrzałości naszego wierszopisarstwa: dbałość o sens i żywą,  t w ó r c z ą  formę? A zatem, Miłosz i Przyboś – dwa bieguny – potrzebne, niezbędne dla nowego „być” naszej liryki? Chciałoby się rzec za Hölderlinem: „I tak się dzieje wszystko”. Podobnie po lekturze „Traktatu teologicznego”: Przywalony jestem górą przedsięwzięcia. Ogromna pewność siebie – mimo napomknienia raz po raz o swojej niepewności co do wyroków Losu i Boga. Miłoszowa retoryka w imponującym stylu; biały wiersz na usługach osobistego wywodu i wykładu. Teologiczny balans między manicheistycznymi ciągotami i naiwnej wiary dziecka w ostatnich strofach „Traktatu”. Teologicznie ryzykowna (podejrzana) teza o odpowiedzialności, nie, tożsamości Adama i Chrystusa. Przecież pierwszy jest stworzony, a drugi – zrodzony („zrodzony, a nie stworzony” mówimy w Wyznaniu wiary). Zafascynowanie mistycyzmem Böhmego i Swedenborgiem. No tak, ale to wyznanie poety, a nie teologa, którym tak bardzo Miłosz chce być. Duży plus: stała, trzymana powaga składni poematu. Ani śladu – może nie dosłyszałem? – eufonii muzycznego brzmienia frazy. Podniosła proza języka. Ale w zakresie nihilizmu poznawczego – to coś, co mówi o trudzie myśli i uczuciach w obszarze ontologii, w obszarze Centrum. To ważne. Oczywiście ten zachwyt jest udawany, ironiczny, co stanie się jasne przy kolejnym zapisie,  obniżającym wartość dzieła poety w konfrontacji z poematem papieża: Nie ma lepszej odpowiedzi na wahliwy a fragmentarycznie dwuznaczny „Traktat teologiczny” Miłosza.  

Hoffman naigrywa się nieustannie z naszych największych poetów, może tylko oszczędzając Herberta, który tworzy w innych zakresach, wkracza w przestrzenie mitu i kultury śródziemnomorskiej. Poza tym autor nie ma komu go przeciwstawić w polskiej liryce, a przecież zasada absurdalnych porównań, to jego klucz do zrozumienia odrębnych poetyk. Szczególnie w przypadku obezwładniającego go Różewicza: „Szara strefa” Różewicza. Wielka poezja robiona na tandetę, na pop art (…) Różewicz znakomicie dopasowujący się do „dzisiejszego klimatu”, ściągający tu i tam gacie i pokazujący nagi tyłek. Liryczny gracz w natarciu. Młody jak stary Staff. Różewicz to dla niego najważniejszy poeta polski, ale to określenie pojawia się przecież po steku bzdurnych ustaleń wstępnych: Różewicz. Postmodernista? Niewątpliwie. Ale jeśli jest rzeczywiście twórczy (i uczciwy) przezwycięży go. Pytanie: czy zdąży. W tej chwili traktuje w swej inżynierii poetyckiej (Drewnowski) świat, rzeczywistość zbyt jednostronnie. Przecież istnieje – druga optyka bytu: nadziei, wynikająca z wiary w Odkupienie. Siła ikonografii i moc konstrukcji „lepionych” w poematy fragmentów Różewicza fałszuje obraz świata, podporządkowuje go jednostronnej ocenie wielkiego (tak!) poety. Aż się prosi do poetyckiego (zrównoważonego jednakże) protestu. Doskonale. Różewicz „poruszył” zastygły staw konwencji lirycznej, schematyzm poezji. Pytanie: czy starczy talentu i mocy, aby „przeciwstawić się” twórczo jednostronności (poznawczej i ontologicznej) poetyce Różewicza. Bo ma jedynie częściową rację. Kaleczy rzeczywistość. Błąd w sztuce. Niemniej – najważniejszy współczesny poeta polski. I dalej: Przeświadczenie Różewicza, od którego zaczynam „Drogą” jest, co tu dużo mówić, jaskrawym wyrazem pychy rozumu i „lekkiej ręki” poety, zbyt już pewnego siebie. Jaki niedwuznaczny dowód na to, że w każdych okolicznościach ferowania sądów a priori (niewymagających dowodu) w przypadku czegoś co umyka empirii – jest głupotą. Zdanie: „Wygaśnięcie Absolutu niszczy sferę jego przejawiania się”, pojęte jako konstatacja  s p e ł n i a n i a   s i ę – jest głupie. Aczkolwiek – jak każda głupota – bywa (jest) niebezpieczna. To gruźliczy naciek groźny dla bezkrytycznych zjadaczy słowa filozoficznego i poetyckiego. To nie grozi mojemu „idącemu z psem znowu przy nodze, drogą.” O takim zarozumialstwie Hoffmana jak na końcu ostatniego cytatu, będzie mowa dalej, tutaj na razie przywołajmy kolejny przykład jego braku taktu i opanowania (Jakże często nie mogę się opanować; to jedna z moich głównych wad.): Przeciwko dwom zarozumiałym (głupim) zdaniom z Różewicza i Szymborskiej. (…) Co tu dużo mówić – kolejne żniwo pychy, obezwładniającej jednak, jak się okazuje, intelekt i wrażliwość. Ekspansja głupoty w tym obszarze. Dowód na ujemne saldo w słowie poetyckim. Oto co czyni hasło „wszystko wolno”. Świat bez Boga – świat bez zasad. Tym żałośniejsze, że czyni głupimi i starszych. Niektórych. Według Hoffmana Różewicz: Kiedy zaczyna rozprawiać o Bogu, o t a m t y m świecie – bredzi, a Szymborska tworzy „głupie” zdania: „Duszę się miewa.” Jedno z najgłupszych zdań, jakie dane mi było kiedykolwiek przeczytać. Pochodzi z tomiku „Chwila” Szymborskiej. Nie jest wyjątkiem. Autor dziennika wskazuje skąd bierze się jego „metoda” opisu, opierająca się na tandetnych, pospiesznych porównaniach: Spotkanie z Robertem w Cafe Reggio Emilia na Starym Rynku. Niemal dwugodzinna rozmowa. Temat przewodni: Szymborska, Miłosz. Ironia tej pierwszej – maska nałożona na rozpacz. Jej relatywizm (noblistki) – nie do zniesienia. Intelekt maskujący duchową ułomność. Zagubienie (pustka) Miłosza. Wykładanie z katedry. Powtarzanie się u obu, konwencja, maniera u obojga; weszli we własne klatki. Może podczas tych rozmów pojawiły się też zarysy takich opinii o poezji polskiej noblistki: Szymborska. „Widok z ziarnem piasku”. Ściana pomiędzy, pomiędzy podmiotem a przedmiotem. Pomiędzy człowiekiem a Naturą. Żadnej stycznej. Noblistko, uważaj! Patrzy na Ciebie „Oko bez powieki”. Jak by nie było, ta poetka lepsza jest jednak od Miłosza, szczególnie, gdy milczy (!): Szymborska. Jej poetyckie w czasopismach i wydawnictwach milczenie. Czy trwające nadal porażenie Noblem? Czy też odsuwająca zapis zaduma nad własnym patrzeniem na świat i egzystencję? Czy narastająca i pogłębiająca się rewizja własnej epistemologii, własnej nieufności czy wręcz negacji Centrum, widocznej w poznawczym relatywizmie poetki? To jej charakterystyczne: coś jest takie a jednocześnie nie jest takie… (…) Czy Szymborska to przemyśla? Czy rewiduje swoją estetykę (a zatem i etykę)? Cóż, wolę jej milczenie (myślę, że coś przygotowujące), niż uparte, starcze gadulstwo Miłosza. Pozującego na teologa i maga jednocześnie. Oczywiście przywoływanie wielkich poetów staje się dopuszczalne, gdy ktoś porównuje do nich autora dziennika: A swoją drogą zestaw nazwisk: Szymborska, Różewicz, Miłosz i Hoffman! I to zaczyna się powtarzać. Bogu dzięki, że przyjmuję to – o dziwo – raczej spokojnie i z dystansem, tak. To jednak za mało dla naszego eufonicznego zarozumialca, który wyławia z prasy wszelkie pochwały (Padło określenie mnie dotyczące: „Poeta pierwszego planu” – Bereza. Jak mocno powiedziane. Było tego więcej. „Porównywalny z Różewiczem”!), a jego samouwielbienie sięga aż epoki romantyzmu: Ja i Norwid…Nieodpartość wywodu Norwida – coś z tego można znaleźć w niejednym moim liryku. Choć Norwid jest zdecydowanie gorszy od niego: I oto u Norwida (!) natrafiłem na niefortunny obraz. (…) Brak rozluźnienia w składni, często. Dlatego wydaje się być „ciemny”. Dziś jeszcze. Ale bywa i rozgadany. I tu już trudniej o obronę. Tak samo mizerni są wielcy myśliciele Nietzsche i Schopenhauer (Tysiące stron bełkotu, skomlenie przy pozorach pewności siebie), Rousseau (Przesada, to jasne. Ale to cecha charakterologiczna. I ona zbliża mnie także do tego przeczulonego nerwicowca – Rousseau.), Hume (Czy wielki myśliciel bywa głupim? Bywa. W przypadku tematu: Bóg. Zadziwiające w swej ograniczoności (uproszczeniu) stwierdzenie Hume’a),  Lévinas i Barthes (A swoją drogą: radość z czytania myślicieli współczesnych! Nie wszystkich, zgoda. Z pewnością Husserla i Jaspersa tak. Z Lévinasa przyjąłem parę ujęć (w całości zniechęca egzaltacją), ale to starczy. Bzdurna konstatacja Barthes’a: „Koniec ze zdaniem. Koniec z logiczną frazą.” – wypowiedziane przecie w zdaniu!). Barthes posługuje się głupawymi, kuriozalnymi powiedzeniami, którym Hoffman mówi zdecydowane „Nie”: (Przeciwstawić godność pierwszego cytatu głupawej odzywce Barthes’a).  Może właśnie w w takich chwilach warto powrócić do prawdziwej filozofii, która wszakże też nie dorasta do pięt bydgoskiemu „myślicielowi”: (Powrócić do paru tez „Traktatu” Wittgensteina. Są sprzeczne ze sobą. Przez zarozumiałość, ślepotę, umysłu. I pomyśleć, że „Traktat” uważa się za najważniejsze dzieło filozoficzne XX wieku! Ironia – rys tak sztuki, jak i myśli naszych czasów). Wielu recenzentów wskazywało, iż wiersze Hoffmana są wspaniałymi analizami znanych tez filozoficznych, ale jakże można je traktować poważnie, skoro artykułował on wskazane wyżej opinie o największych myślicielach, a do tego mylił Kanta ze Spinozą (Kant powiada gdzieś: „wolność to uświadomiona konieczność”. I trafia w sedno.) Ten fragment przywołań absurdalnych określeń Hoffmana i jego próżnych ustaleń spointujmy dwoma cytatami, w których całkowicie się odsłonił: … nie pohamowałem się. Mimo wcześniejszych wewnętrznych postanowień wysłałem dziś list polecony do Wacława Tkaczuka z II Programu Polskiego Radia w Warszawie. Powód? Jego oświadczenie – w sobotnim przeglądzie poetyckim – że w ciągu dwunastu lat prowadzenia audycji tylko dwa razy użył w przypadku prezentowanych na antenie wierszy terminu „arcydzieło”. Pierwszy raz było to wobec Różewiczowskiego liryku bez tytułu, a zaczynającego się od słów „Wiatr dobijał się do okien…”, w drugim natomiast chodziło o wiersz Świetlickiego drukowany w „Kresach” (wyraźnie naśladowczy do majstersztyku Różewicza). Tkaczuk w swej chwalbie zapomniał, że podobnym terminem opatrzył sporo wcześniej (w 1997) i mój „Okop”. Fakt ten odnotował zresztą w swych „Zapiskach” trzy lata później Henryk Bereza, akcentując świetną analizę tego wiersza przeprowadzoną przez Tkaczuka w jednym z „Przeglądów” radiowych z 1997 roku. W końcowym zdaniu „zapisku” przytacza słowo przez Tkaczuka w przypadku „Okopu” użyte: arcydzieło. No cóż, w całej tej sprawie wziął górę u mnie brak pokory. I o tym też nadmieniłem Tkaczukowi w liście. Czy istnieje coś takiego, jak starcza próżność? Drugie przywołanie wiąże się z poglądami Hoffmana na sztukę i ciągłym prymitywizowaniem świata poza nim: Daj się zabić, jak przystało na mężczyznę – oto brzmienie wielkiego czerwonego transparentu wzdłuż całej elewacji Muzeum im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, przy głównej ulicy, Gdańskiej. Chyba firmuje (motto) głupawemu festiwalowi plastycznemu w „obsadzie międzynarodowej” o nazwie „Konstrukcja…” i coś tam jeszcze. Ładna mi „Konstrukcja…”, skoro nawołuje do destrukcji! Głupota kierownictwa muzeum (dyrektorki) o typowym wydźwięku prowincjonalnym (za wszelką cenę błysnąć w oczach obcokrajowców!) Głupota jednak groźna, bo bezkarna, w czasie, kiedy w Polsce nie ma chyba dnia, kiedy nie popełniano by morderstwa (niewątpliwy efekt zniesienia kary śmierci). Za pieniądze głównie z kasy miejskiej, ale i zagraniczne też. Napis na transparencie nie jest w cudzysłowie, a zatem – apel na serio? Głupota, żenująca. Dobitny dowód nędzy obecnej „awangardy twórczej” w wydaniu prowincjonalnym. Choć Hoffman chciał uchodzić za szermierza postępu w poezji, choć jego wiersze miały być realizacją nieuchwytnej eufonii, w głębi duszy pozostał PAP-owcem niewiele rozumiejącym z ukrytych rzeczywistości, rozkoszującym się tym, że generał Jaruzelski spojrzał przychylnym okiem na jego propagandowe rzemiosło: 13 grudnia. Rano w radio rozmowa Olejnik z Jaruzelskim. Jej słowa kończące wywiad: „a jednak zginęli robotnicy”. Pamiętam spotkanie z generałem wiele lat temu na jakimś spędzie w dowództwie POW. Musiałem autoryzować – jako korespondent PAP – jego wystąpienie, tzn. moją relację z niego. Poprawił w jakimś miejscu składnię (skrócił zdanie?) Dowiódł mi, że czuje polszczyznę i potrafi posługiwać się nią – po prostu szanuje. Jakże ciekawe są te pochwały i dbałość o filologiczna poprawność tekstów, szczególnie w kontekście opinii Hoffmana na temat piszących „polonistycznych profesorów”: Wracam wspomnieniem do czwartkowego wieczoru autorskiego Janusza Kryszaka z Torunia, profesora UMK i poety. Wieczór zatytułowany był „Trzydzieści lat poezji”. Już z tej samej nazwy można wnioskować, że bohater wieczoru nie podziela przeświadczenia Norwida (a za nim Przybosia, Jacka Łukasiewicza i piszącego te słowa), że „poetą się bywa”. 30 lat poezji – nieustannie – począwszy od pierwszego zbiorku wierszy! Poeta i profesor z Torunia jest tego pewny. 30 lat nieustannej łaski, bo przecież napisanie wiersza odpowiadającego Gadamerowemu sprawdzianowi poezji (eufonia, właściwe brzmienie języka) jest, w moim największym przekonaniu, łaską. Kryszak zawsze był i jest poetą! Zaślepienie, pycha, brak zupełny pokory? Nie chcę krzywdzić, ale zjawisko każe być czujnym. Same wiersze – nadmiar metaforyzacji. Każde porównanie, epitet, obraz rozbudowane do zagęszczonej figury słownej. Gęstość przesadna, brak prześwitu, miejsca na oddech. Za wszelką cenę – język osobny, żeby było widać i słyszeć, że to poezja! Przeoczenie w gorączce „natchnienia”, psychologicznego prawidła w liryku: jedna metafora błyszczy w tekście – ich wielość zaciera, zakleja, inaczej: stawia ścianę. Nie ma się czego chwycić. Ale to wydaje się znamienne dla wszystkich polonistycznych profesorów uprawiających poezję. Zbyt bezdennie pławią się na co dzień w nieswoim wierszopisarstwie (z racji swej funkcji), aby w tej gęstości nie tracić zbyt dużo ze swojej, z własnej dykcji lirycznej, skoro bywają i poetami. Podwójne nieszczęście, kiedy taki osobnik upiera się przy swoim: „jestem poetą”. Złośliwość poety nie ma tutaj granic, a określenie „osobnik” wskazuje, jakże często bywał on ambiwalentny, bo przecież podczas tego wieczoru chwalił Kryszaka. No ale autor dziennika zmieniał zdanie o twórcach tylko w sytuacji, gdy go chwalili – tak było w przypadku Bogusława Kierca, którego najpierw zarozumiale ganił: Poetycki narcyzm? Bywa i taki. Liryka B. K. (styczniowy numer „Twórczości”) w obecnym stanie to prze-wyrafinowanie, styl podziwiający samego siebie, zakochany we własnym wizerunku. Nazbyt widoczna finezja. Jeżeli nie nadejdzie językowa pokora, całość pozostanie tombakową biżuterią poetycką. A potem chwalił, gdy Kierc opublikował przychylną mu recenzję: W sierpniowym „Kwartalniku Artystycznym” ukazała się recenzja Bogusława Kierca z „A-dur”. Świetna, zaangażowana niejako. Autor – wyborny poeta zresztą – moją książką jest wyraźnie  p o r u s z o n y . (…) To pisarz, posługujący się wysmakowanym językiem liryki, to poeta wierzący. „Tombakowa biżuteria” pojawia się też w odniesieniu do twórczości Adama Zagajewskiego: Po wielu miesiącach przerwy wracam znowu do zapisków. I zaczynam od głupiego zadęcia autora poetyckiej „czeskiej biżuterii” (jakże częstej!) – Adama Zagajewskiego. Oto jego obwieszczenie użyte zresztą skwapliwie jako tytuł wywiadu z nim w „Rzeczypospolitej” (7-8 lipca 2007): „Poeta nie może słuchać filozofów”. Nie może? Powinien. I to uważnie. Rzecz jasna nie po to, aby spełniać ich teoretyczne polecenia, ale aby wykorzystać ich intuicję dla  w ł a s n y c h, poetyckich celów. To może być cząstka, fragment ich wypowiedzi, „odrobina” zgoła, przetworzona potem w semantycznej strukturze wiersza. Świeża jakość na „grzybni” Schellingowskiego teorematu choćby. „Zerżnięcie” zdania lub jego części z filozoficznego tekstu po to, aby „dopełnić”, „ubogacić”, czy umuzycznić, jednym słowem – wykorzystać poetycko jest w ambitnym utworze poety niezbędne zgoła. „(…) nie może słuchać” – głupota, po prostu: brak ucha, brak zdolności anektowania, tak niezbędnych w praktyce poetyckiej. Myśl filozoficzna jako tworzywo, a jakże! Czy to powinno dziwić? Zagajewski. Przestańmy z jego klaką, z pasowaniem go na kandydata do Nobla. To żałosne zabiegi „Zeszytów Literackich”! No tak, przecież nikt nie nominował Hoffmana do Nagrody Nobla, a jego eufoniczna poezja czeka wciąż na odkrycie w świecie. Natomiast twórcy, którzy odnieśli w nim sukces to „zgrywusy” jak np. Gombrowicz: Rano w II PR Piotr Fronczewski czytał fragment Ferdydurke Gombrowicza. Nieznośne acz dykcja znakomita. Aktorskie „wyżywanie się”. Nieznośne, zgrywa. Tak jak nieznośną i pisarską zgrywą był ów gombrowiczowski fragment. I narracja, i interpretacja pasowały do siebie. Albo słabowici producenci wierszy bez obrazów: W tej samej lipcowej „Twórczości” – na otwarcie – słabe poetycko wiersze Bolesława Taborskiego. Brak obrazu (słów-rzeczy), składanka pojęć, zbanalizowanych form wypowiedzi, choć intencje, i owszem, szczytne. Smutno się robi: wygasłe zdolności. Utracona łaska. Taborski, jak Kryszak i Miłosz to hermetyczni twórcy, zniekształceni przez profesorskie mędrkowanie. By ich określić Hoffman odkurza dawno zapomniane słowo klerk i łączy je z określeniem „pedał”: Nic gorszego jak być klerkiem w poezji. To, co wychodzi wówczas, jest na ogół tworem bez jaj, kadencją pedała, kiedy tokuje. Autor dziennika pisał to w czasach, gdy homoseksualiści nie domagali się jeszcze tak natarczywie, by używać słowa „gej” i teraz brzmi to paradnie i zyskuje dodatkowy absurdalny kontekst. Podobnie jest ze wskazanym już wyżej monotonnym wypominaniem Miłoszowi starości:  Czepiając się (nie, nie „czepiając”, a nawiązując do) translatorskiego wzlotu noblisty „zderzyć” go ze smutnym samopoczuciem w mowie i piśmie w chwili obecnej. Nie drwię z przywary sędziwego wieku, ile aktywność nader skwapliwa w  p o w ą t p i e w a n i u . Coraz wyraźniejsze gnostyckie ciągoty. Nad grobem, nie ma co się łudzić. Odwrócenie kierunku, zagubienie. Nawalił starczy błędnik. Rzecz jasna nie artykułować tego w przeczuwanym (bardziej niż zaprogramowanym) poemacie, ale nie pominąć zjawiska. Zakończyć wszakże wspólną dla starych poetów oczywistością: niezależnie od stanu starczej duszy (lękliwej i słabnącej) jedno jest dla nich wspólne – t a j e m n i c a . Jej namacalne wręcz odczuwanie w pracy poetyckiej, w milczeniu (choćby krzyczał) wiersza. Tutaj znowu pojawia się wynaturzona ambiwalencja, która znajduje też swoje zastosowanie w ataku na Ryszarda Przybylskiego, o dziwo z zastosowaniem określenia ”gej”: Absolutna głupota to zdanie Przybylskiego: „starość to cela śmierci”. Nie oddałbym swoich 75 lat za ileś tam lat przywróconej młodości!. No tak, ale jeśli się nie widzi (nie czuje) Centrum – pozostaje rozpacz. Podobno choruje, podobno jest gejem (nie mam nic przeciwko gejom, ale im współczuję). Osamotniony w chorobie stary gej to rozpacz. Tylko się wieszać. Nie starcza odwagi na autodestrukcję, więc się bluźni na wszystko – a talent narracyjny się ma. Etyczny destruktor. Na to takiego nieszczęśnika jeszcze stać. Starość Hoffmana ma wydźwięk pozytywny, a podeszły wiek Miłosza, Różewicza i Przybylskiego odbiera im możliwości twórcze i generuje – jak to określa – „pieprzenie”: I niech Przybylski nie pieprzy o celi śmierci, którą nazywa starość! Żałosny rozbitek. Pozbawiony godności ducha. Póki Hoffman stosuje swoją deprecjonująca zasadę porównywania twórców, by ich osłabić lub wręcz odsądzić od czci i wiary, można to uznać za indywidualną strategię „krytycznoliteracką” – gorzej jest, gdy górę bierze jego daleko posunięte zarozumialstwo i zawyżanie samoocen: Ponad pół wieku świadomego (poetycko) pisania, czternaście opublikowanych książek poetyckich… W sumie – coś  w y r a z i ł e m  bezsprzecznie. Moje czucie i widzenie rzeczy. Uświęconej oglądem Stwórcy. Także tej przemijającej właśnie… Samooceny oparte są na samozadowoleniu i tworzeniu zdumiewających pochwał: Ja sam swoje pisarstwo, zwłaszcza jego krystalizację w ostatnich paru latach, zaczynam nazywać: franciszkański kartezjanizm. (…) Jakże się cieszę, że Mielhorskiego nie zawiodłem! Przecież branie Hoffmana „za temat” wówczas, przed laty, było dla młodego poety-badacza ryzykiem, to jasne. Ale postawił na właściwego konia!  Postawił na właściwego konia przy pisaniu doktoratu o Hoffmanie, ale przecież tak naprawdę podmiot dysertacji i jego nie traktował jako partnera, drastycznie obniżał ocenę poezji:   W 6 numerze „Nowej Okolicy Poetów” wiersze Roberta M. Wynurzenia nadwrażliwca rzuconego w chłodną, zobiektywizowaną rzeczywistość dnia. Duża kultura literacka obudowana jednak pewnym nadmiarem obrazów i zdań „stwarzających” nastrój i klimat wywodów. Gadulstwo duszy aż proszącej o to, by zjawił się jej despotyczny brat, rozum, ze swoim „przymknij się!” Tak zawsze, kiedy pomija się – zamierzając wiersz – szczegół z naoczności w jego prostocie (całym bogactwie). Pozostaje biadolenie literackości „na oczach świata”. Kontrolować siebie, kontrolować. Chodzi o powagę, o męskość liryki.

Za sprawą Roberta Mielhorskiego wkraczamy w tę część Dziennika (2000-2008), (Hoffmana, w której rozprawia się on z lokalnym środowiskiem literackim i artystycznym. Wielokrotnie stosując swoją „metodę” obniżających wartość porównań, wskazuje twórczość swojego stałego rozmówcy z kawiarni, jako kontrapunkt dla poezji Ryszarda Częstochowskiego: Tego samego dnia obelżywa „korespondencja” od poetycznego i etycznego kurdupla R.C. – w odpowiedzi na moją wzmiankę o jego wierszu w wywiadzie w „Promocjach”. Żałosna. Ale tacy teraz brylują w wydawnictwach, czasopismach i stowarzyszeniach. Dla osłody wspominam sobie Adama Małysza na skoczni w Falun ze środowego konkursu. Skromny chłopak – przeciwieństwo „poety” R. C. No, ale tacy i tacy zamieszkują ziemię. Według Hoffmana: Robert to przykład na „tak” w młodej literaturze polskiej. R. C.  to przykład na „nie”. Niestety tych drugich jest pełno w czasopismach, telewizji i Internecie. Sieje ich wiatr jak zarazki pryszczycy, przenosi wszędzie. Zatraciły się kryteria. Na tym nie koniec pastwienia się nad Częstochowskim, wpisującego się w ciąg wcześniejszych obelg: Uderzyć akademickie mędrkowanie starego dziś tłumacza „Symfonii” – Czesława Miłosza, brylującego w gnostyce „teologa”, za którego z całą powagą przecież się ma. Uderzyć w kurdupli poetyckich, przemądrzałych ściągaczy z Pisma, absolutnie nie czujących   j e d n o ś c i  jego języka (owo „idiocie” miast „głupcy”) u C. choćby. Jakże żenujące jest to budowanie oceny działalności kolegi z SPP z wykorzystaniem ohydnych napaści na jego cechy indywidualne (wzrost) i mentalne (psychika): …inteligencja Pascala (Waga). Inteligencja jest ruchem; nieustannie reagującym na przepływ myśli i dziejbę naoczności; ustawiającym żagiel na każdą zmianę i kierunek wiatrów. Modulację. Jej siły brak u wielu poetów. Stąd i głupota. Ta pewność siebie ludzi ograniczonych, maskowana niekiedy fałszywą (robioną) skromnością. Przykład? Choćby autor „Z sufitu nocą”. Ale to chyba człowiek niezdrowy psychicznie, chociaż… no tak, tym gorzej dla niego. Tak głupiego i nieudanego wiersza jak „Z Genezis do exodus” nie czytałem od dawna. Nie dopuszcza też Hoffman innych ocen i bezpardonowo atakuje autorkę pozytywnej recenzji tomu Częstochowskiego, opublikowanej w ukochanej „Twórczości”: W tym samym 11 numerze „Twórczości” recenzja niejakiej E.G. tomiku „Z sufitu nocy” dla mnie kurdupla poetyckiego R.C. Pisaną z pełną aprobatą z wielce zadętym tytułem „Między Atenami a Jeruzalem”. Robiącą widły z igły. Typowy dla świadczących sobie przysługi kolesiów przykład mistyfikacji. A o samej autorce recenzji (nader obszernej) niech świadczy ten ogólnikowy i nietrafiający w istotę rzeczy końcowy fragment tekstu: „Poezja jest czymś więcej niż tylko pisaniem wierszy – otwartością na to, co jest naprawdę ważne, zdolnością do głębszej refleksji nad tajemnicą bytu”. To oczywiste, ale nie mówi nic o wyłączności i o osobności języka poezji. Najlepiej by było, gdyby w „Twórczości” publikowano tylko Hoffmana, a jeśli już mieliby pojawiać się w niej jacyś inni twórcy (np. Artur Lekszycki), to powinni przejść przez jego eufoniczne sito selekcyjne: (…) głupiego, tak, tekstu niejakiego A. L. z wrześniowej „Twórczości”. Następuje po moich wierszach otwierających numer, „W drodze do Itaki”, tak to się nazywa. Wzorcowy niemalże przykład współczesnego poganizmu w pisarstwie. To coś więcej – in minus: niewiarygodna pewność siebie w sądach, a zatem wyjątkowa (czy jednak?) głupota. Wzorcowa dla tego rodzaju szczeniaków moralnych. I znowu zbyt oględnie powiedziane. Plugawość – bo kompletna pogarda w spojrzeniu na starość („Powaga starości to bezsiła” – to najłagodniejsze z wyliczonych tam określeń) nade wszystko zaś raniące mnie jako wierzącego plugawe patrzenie na chrześcijaństwo, na samego Chrystusa: „Bogowie bez narządów płciowych są groźni. Tacy bogowie żądają od nas tego co nieludzkie, tego co niemożliwe. Wolę więc Zeusa niż Chrystusa. Pierwszy jest afirmacją życia. Drugi afirmacją wieczności”. Żałosny łachman ludzki. Poganin dnia dzisiejszego. Na domiar bez taktu. Duchowy prymityw z pisarskimi uzdolnieniami. Ciekaw jestem, ile ma lat? To sąsiedztwo w „Twórczości” – co tu dużo mówić – poraża mnie. Boli. Podsumowanie publikacji innych młodszych kolegów też jest pełne sarkazmu: Liryka dzisiejszych naszych średniaków i młodych? W znakomitej większości – rozślimaczony stylistycznie egotyzm, popieprzony złośliwą kpiną z wszystkiego. Tu nawet nie można mówić o nihilizmie poznawczym, bowiem z samej swej istoty zakłada on pewną ambicję (jako pochodną zła ontologicznego): negację Boga. Świadomą. Im nigdy nie będzie dane być prawdziwym artystą: Mówić tu o sytuacji prawdziwego artysty. Legiony wykształconych grafomanów i szalbierzy (tak brylujących w naszym czasopiśmiennictwie literackim) nie wchodzą w rachubę. Przecież liczy się tylko „eufonia”, którą Hoffman rozumie dziwacznie – raz to jako najwyższe osiągnięcie poetyckie, a innym razem jako łaskę od Boga: Był wczoraj u mnie (w BWA) Krzysztof Myszkowski. Rozmowa zeszła na Miłosza i jego „Traktat teologiczny”. Ponoć noblista mu się zwierzył, że sporo z tego poematu sam nie rozumie! Notuje, co jest mu dane (przekazane?). To by się zgadzało z tym, co sam – jeśli chodzi o moje zapisy – podejrzewałem. Wiersz to łaska. My nie jesteśmy nad nią władni. Schodzi ku nam w sposób, w jaki dostrzegła ją Simone Weil. Poeta jest  p o w o ł a n y.  Do świadczenia prawdy słowa. Ewangelista na swój, poetycki sposób. Miłosz, jak powiedział Myszkowskiemu, ma przy sobie na noc pod ręką notatnik i długopis – notuje, poruszony, to, co we śnie czy na jawie, czuwając  u s ł y s z y , co mu zostaje przekazane… Ta konfesja rehabilituje klasyka w moich oczach, nieco; stale bowiem ma u mnie „haka” za brak właściwej pracy poetyckiej w języku. Jego wiersze i poematy to nadal dostojny i mądry (uczony) wykład, a nie struktura znaczeniowa dana w eufonii. Pęknięcie, brak scalenia – tego, co  u s ł y s z a n e  z tym, co   z a p i s a n e  w sposób obowiązujący poetę. Tego drugiego nie dostaje. Nadal. Nie chodzi o rymowanie, chodzi o tkankę foniczną. O orkiestrację wewnętrzną składni, o muzyczność wiersza. Brak eufonii generuje jakże zasadnicze sądy i motywuje Hoffmana do kolejnych ambiwalencji – tak jak w przypadku Wojciecha Banacha: „Punkty wspólne” – nowy zbiorek wierszy Wojciecha Banacha, chyba najbardziej zwarty formalnie (i treściowo) w jego dotychczasowym dorobku. 13 utworów „na nie” wobec człowieczego bytu. Prześmiewczość zaprawiona goryczą. Brutalizmy z zabójczą ironią. Niemal nic z dobra. Krańcowość negacji. Tak natrętna, że każe te wiersze przyjmować przez odwrotność: to skowyt o podanie ręki, nadzieję i ład (moralny)! Ale taki, że odczytanie dotyczyć może jedynie odbiorcy rzeczywiście wrażliwego, z krztyną choćby dobrej woli. „Punkty wspólne” – ten tytuł jest przekorny raczej; osobiście tej wspólnoty nie odczuwam, chociaż… tak, cierpienie jest wspólne, aczkolwiek objawia się rozmaicie. A wiersze Banacha wydają mi się w końcu krzykiem bólu, maskowanym kpiną, semantyczną bezwzględnością „na nie”. Na niedawnym wieczorze autorskim Banacha w piwnicy galerii J. Solińskiego i J. Kaji pytano poetę o to, kiedy napisze coś o nadziei. W odpowiedzi kręcił, wymigując się zwrotem, że chodzi mu o coś, co jest konstruktywne… Na wieczorze tym byłem jego „adwokatem diabła” – interpretując wymowę jego liryki przez wspomnianą już odwrotność. Sala milczała. Sala milczała. Czy można wyobrazić sobie pisarza bez jakiejkolwiek nadziei, w sytuacji, kiedy nie zamierza się otruć czy powiesić, kiedy ma na uwadze nowe teksty? No tak, co w takim razie ciągnie tego rodzaju pisanie? Szablon, opanowany do perfekcji schemat „negacji”? A bez wątpienia łatwiej pisać na „nie” niż na „tak”. Widzę ukryty w tym wszystkim osobisty dramat tego poety, bolesne rozdarcie w samej znaczeniowej strukturze jego wierszy. A przyszedł na swój wieczór z córką. Cóż – nadzieja jest łaską. I wiara jest łaską. Biedni ci, którzy nie dostrzegają w bycie dobra. Jego przewagi. Przytulić psa i milczeć. To często pomaga. Głupota literackiego schematu wobec niewyczerpanej świeżości Natury! Wyjście: franciszkanizm? Pokora. Tak. Autor uwielbia zdradzać osoby, z którymi jest lub był przez wiele lat zaprzyjaźniony – jak choćby Jerzego Sulimę-Kamińskiego, któremu potrafi przypisać tylko jedno, jakże butne określenie człowieka myślącego, że jest nieśmiertelny: Jurek S.-K.: gasnący ogarek. Mijałem go dzisiaj.  Inny jego przyjaciel – Kazimierz Jułga – jest ubożuchny w formułowaniu – w recenzji czy omówieniu plastycznym, Jerzy Puciata jest gorszy od Tadeusza Małachowskiego, Tadeusz Konwicki formułuje pochopne, nieprzemyślane sądy, najbardziej jednak Hoffman pastwi się nad wierszami innego „przyjaciela”, urodzonego w Bydgoszczy Zbigniewa Jankowskiego, zarzucając mu, że „zrobił karierę na Bogu”:  Wacław Tkaczuk w dzisiejszym (sobotnim) radiowym przeglądzie prasy literackiej („Wiersze z gazet i czasopism” nazwał Zbigniewa Jankowskiego najwybitniejszym współczesnym poetą religijnym. I on dał się nabrać. Dla mnie Zb. Jankowski to poeta, który zrobił karierę na Bogu (poprzednio było to morze). Nadużywa imienia Stwórcy, polemizuje z Nim „za pan brat”. Mimo zapewnień o pokorze – zadęcia, w efekcie – pycha. Obym był w błędzie. Autor Dziennika mówi o „przyjaźni poetyckiej”, ale nie waha się kwestionować szczerości kolegi i podważa autentyczność jego wiary: Problem? Rzecz jasna że problem. I to jaki! Sprawa dotyczy – jak by się wydawało – przyjaźni poetyckiej. Wzajemnej „sympatii pisarskiej” – Zbyszka Jankowskiego z Wybrzeża i mnie. Dopóki dominantą swojej liryki czynił morze, tudzież człowiecze „wtręty” (rekwizyty) do niego – kutry, przyjmowałem to, chociaż nużąca wręcz  p o w t a r z a l n o ś ć  tychże zaczynała mnie z biegiem czasu denerwować. Ale „morze” „kutry” zastąpił on teraz Bogiem i coraz nachalniejszym „dialogiem” z Nim i to wręcz – i, takie się odnosi czasami wrażenie – jak równy z równym. I to mnie niemal autentycznie wkurza. Bóg – z wiersza na wiersz niemal – jako temat! To mnie wręcz oburza. To w końcu stawia pod znakiem zapytania szczerość (powagę) dzisiejszej liryki, nazwijmy ją roboczo – religijną. Ludzki pic z nieprzystawalnej do człowieczej percepcji powagi Boga! Nie, Zbigniewie, nie – to robacze (bo ludzkie) spoufalanie. Pojawia się też zarzut, że Jankowski popełnia  w swoich wierszach grzech najbardziej piętnowany w chrześcijaństwie: Te balanse poetów na wąskiej linii oddzielającej spontaniczność uczucia czy wrażliwości od uzurpacji, nadużycia słowa za podszeptem pewności siebie (pychy)! Niestety, mimochodem nasuwa mi się, narzuca przykład Z. J. Hoffman „radzi” by poeta przestał „nadużywać” imienia Boga: Czas na lirykę konstruktywną. Bez nadużywania imienia Bożego (bez tego, co razi mnie u Z.J. i in.) i jeszcze, żeby zasiać w nim ziarno niepokoju i ostatecznie pogłębić, próbuje wprowadzić żenującą gradację rodzinną: Teresa – poetka lepsza od Zbyszka, swego męża. Niejako rykoszetem dostaje się też innej przedstawicielce tej wspaniałej rodziny poetyckiej – Jolancie Baziak, którą Hoffman nie waha się określić jako grafomankę: (jak uniknąć formy/ gdy już jest?) – po prostu: rozmazać się w mgławicy słów. Jak znakomita większość tekstów pomieszczonych w „Wierszach wybranych” J.B. (Instytut Wydawniczy Świadectwo, Bydgoszcz 2001). Ta nieszczęsna przywara „filozofowania” u dzisiejszych układaczy (-ek) wierszy z pretensjami do poezji. Cytat pochodzi ze wspomnianego wyżej zbioru. Jak uniknąć manii pisania, gdy się już na nią cierpi? Tragedia. A coraz więcej zarażonych. Epidemia. Grafomanii. Manii pisania.  O ile Baziak tylko go denerwuje, to prawdziwe obrzydzenie wzbudza w nim natomiast Wiesław Trzeciakowski, który odważył się przesyłać mu listy w formie wydruków: Trzeci sążnisty list (na komputerze) od W.T. Bardzo przykry, zaskakujący rodzajem „intelektualnego”, pożal się Boże, nietaktu. Obraźliwy. Chora ambicja. Narcyz zapatrzony we własne odbicie. Rozpaczliwe próby poetyckiej kompensaty. Zabolało mnie wtargnięcie tego znacznie młodszego ode mnie człowieka w mój stosunek do Boga, podważenie mojej wiary w Chrystusa z Kazania na Górze, w Zbawiciela z Ewangelii. Rzecz wyjaśnia chyba koniec listu T.: „Z alchemicznym pozdrowieniem”. Postawił kropkę nad i. Pokryć rzecz milczeniem. Niegodna odpowiedzi. Wstyd za człowieka „z branży”. Wygląda na to, że autor listów wyraźnie dopiekł Hoffmanowi, gdy zakwestionował jego religijność: Wciąż w pamięci przykry (zawstydzająco) list T. do mnie. Jaki zawód, jeśli chodzi o osobę nadawcy. Dla mnie – wyraźne symptomy resentymentu u niego. W ujęciu Nietzschego. Hoffmanowi wolno kwestionować wiarę Zbigniewa Jankowskiego, a gdy Trzeciakowski kwestionuje autentyczność jego przekazów związanych z Biblią, natychmiast umieszcza go w jednym szeregu z nihilistą wszech czasów. Tym kategorycznym sądom towarzyszą świętoszkowate przywołania samego siebie do porządku: Boże, spraw, abym był lepszy, abym nie klął i nie wyzywał pod nosem na widok, co drugiego mijanego przechodnia. Tej przywary, tej skazy (starości?) nie odciąży przecież coraz większa, granicząca z uczuciem sympatia do napotkanych psów i kotów, zwłaszcza tych „z gminu”. Popracować nad sobą. Przymusić wolę. Wyprzedzać wyzwisko. I w innym miejscu: Abym dochował wierności sercu: abym był pokorny; abym pokonał chimeryczność usposobienia: abym był pokorny trwale, „na co dzień”; abym był dobry w domu i na ulicy: abym nie złorzeczył w myśli i w mamrotaniu do siebie przechodniom; abym nie uległ zawiści wieku starczego. Starczy resentyment. Co za klęska, co za ruina godności! Jak widać, przywołane wyżej cytaty wskazują na daleko posunięty brak krytycyzmu Hoffmana, choć – o dziwo! – i jemu zdarza się spojrzeć na siebie z boku: I to nieustanne – z notatki na notatkę – gadulstwo! Zwięzłą, na ogół trafną myśl przyoblekam z reguły w makarony słów. Zawsze coś dodaję, dodając i – spieprzam. Słowa, słowa, słowa… Szlag trafi. Autor wiedział, że formułuje sądy z ogromną emfazą, ale nie potrafił się uwolnić od przesady: Fatalna u mnie przywara: przegadywania. Chociażby tych zapisków.

Kazimierz Hoffman przez lata budował swój wizerunek poety oryginalnego, mającego swój niepowtarzalny styl, a nade wszystko kierującego się w swoich tekstach zasadą poszukiwania nieuchwytnej eufonii, którą rozumiał – rzekomo – tak jak Gadamer, ani słowem nie wspominając o szerszym pojęciu hermeneutyki filozoficznej, powstałej na bazie poglądów Wilhelma Diltheya. W wieku XX obok Hansa-Georga Gadamera rozwijali ją przecież także Martin Heidegger i Paul Ricoeur. O ile autor Prawdy i metody: zarysu hermeneutyki filozoficznej  rozumie eufonię wielorako, o tyle Hoffman zawęża ją jedynie do ciszy i wymownego milczenia i braku narracji poetyckiej: Norwidowe „poetą się bywa” pasuje do Miłosza, który poetą (za sprawą eufonii) nie zawsze bywa (mądra narracja i niewiele więcej). Z tego powodu jego wiersze są trudne do interpretacji i często nie wytrzymują próby krytycznego opisu, Rację ma Piotr Cielesz, gdy mówi, że w wierszach Hoffmana brakuje treści, szczególnie, gdy zrezygnujemy z zaproponowanego przez niego zapisu, sugerującego długie kadencje cichych zamyśleń. Okaże się wtedy, że owa, jakże cenna eufonia zabija poetycką „opowieść” i wymusza interpretację „na klęczkach”, z góry niejako zakładając, że wiersz Hoffmana jest zapisem jakiejś, jemu tylko znanej tajemnicy. Źle się stało, że Dziennik (2000–2008) ukazał się drukiem, bo postawił w kłopotliwej sytuacji owo wieloletnie budowanie wizerunku poetyckiego maga, ukrywającego sensy między słowami i znajdującego je w specjalnie modyfikowanym brzmieniu. Teraz już nie wiadomo jakie były zamierzenia poety, co do publikacji tych zapisków, a dość przypadkowy okres w jego życiu, który objęły, wskazywać może, że był to materiał wstępny, domagający się długiej „pracy w słowie”.

_______________

Kazimierz Hoffman, Dziennik (2000-2008), Epigram, Bydgoszcz 2017, s. 424.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (2)

Niebieskooka Greczynka – druga powieść Nikosa Chadzinikolau – rozgrywa się jakby poza rzeczywistością. Choć realia zostały wyraźnie określone, choć pisarz przenosi nas do Grecji, tuż po II wojnie światowej, czytelnik  ma ważenie jakby opisywane zdarzenia rozgrywały się gdzieś w tajemniczej przestrzeni, jakby w obrębie wiecznie żywego mitu gasnącej ludzkości. Choć bohaterowie są wyraźnie zarysowani, choć mają współcześnie brzmiące imiona i mieszkają we konkretnych skupiskach ludzkich, ich etos sytuować należy gdzieś na mitycznych polanach, pośród mitycznych skał i mórz. W postaci Tespiny, kochanki głównego bohatera powieści, odnajdujemy wiele cech przypisywanych nieustraszonym Greczynkom, odnajdujemy jakby poblaski rozchodzące się z tajemniczej zbroi Ateny, lśnienia  zwiewnych szat Afrodyty, Kasandry czy Kirke. Chadzinikolau przedstawił czytelnikom antyczną tragedię, przekutą we współczesną prozę poetycką. Bohaterowie tej niewielkiej powieści nieustannie prowadzą walkę – stając w obliczu groźnych sił przyrody, niosąc w sobie bunt  i rozpacz i nie potrafią sobie poradzić  z rozterkami własnego wnętrza. Ich wyobraźnia bytuje gdzieś w odległych  – ogrodzonych zasłoną historii, bądź mitologii – rejonach absolutnej wolności, a oni sami muszą nieustannie borykać się z przeciwnościami ziemskich losów. Dlatego są wiecznie zmartwieni, a w smutku ich pobrzmiewają echa żałosnych pieśni zburzonej Troi i odgłos sandałów idącego na śmierć wojska Leonidasa i żałosna skarga rozognionej przestrzeni.

Jest też   powieść   Chadzinikolau  jeszcze jednym powrotem  do  dziecinnej arkadii  –  wszak ten wątek obecny jest w całej jego twórczości. Autor  opisuje rzeczywistość, jakby patrzył na nią oczyma tamtego chłopca,  jakże delikatnego  i  przerażonego  wspaniałością, ogromem i grozą Natury. Sakralizując obrzędy pamięci, powoduje  autor,  iż  dawno  przeszłe  i  zapomniane  zdarzenie, przedmioty  i  miejsca  nabierają  intensywności  i  lśnią, bądź brzmią,  odkrywając  ukryty sens istnienia. Opisywany świat powraca, jakby  przepuszczony  przez  filtr  pamięci  i wrażliwości dziecka, a zatoczywszy łuk, jawi się przed oczyma czytelnika, odwołując się do jego najgłębszych pragnień i najgłębiej  skrywanych  marzeń.  Sens działań głównych bohaterów zawsze potwierdza umieszczone w tle, groźne morze – żywioł, który  towarzyszy Grekom od momentu narodzin aż do śmierci i jest jak tajemne memento. Dlatego bohaterowie Chadzinikolau patrzą na morze  z  uczuciem radości i pełni, ale też z niepokojem. Wszak morze karmi ich i dostarcza pieniędzy na utrzymanie, ale  też  często  każe  płacić  daninę  największą. Bohaterowie Niebieskookiej  Greczynki pamiętają o tej groźnej stronie morza i dlatego  patrzą na ojców, wypływających na połów, tak jakby patrzyli na tych, którzy wsiedli do łodzi Charona.

Niebieskooka    Greczynka,  to opowieść o miłości dwudziestoletniego  młodzieńca do pięknej i dobrej Despiny. Jego wybranka żyje w rodzinie rozbitej i nieszczęśliwej z powodu niestałości matki. Gdy  ojciec wypływa w morze, ta oddaje  się  nauczycielowi, który pragnie posiąść też Despinę. Główny  bohater  jest  człowiekiem  raczej spokojnym, jednak nie może  się pogodzić z tym, iż jego wybranka jest krzywdzona przez człowieka bez honoru, okradającego z miłości uczciwego rybaka. Ale dopiero, gdy w odległym mieście dowiaduje się o ciemnych sprawach nauczyciela z czasów wojny, wraca do swojej wsi i czeka na  dogodny moment. Nie spodziewa się jednak że po powrocie ojca Despiny dojdzie w jej domu do tragedii. Rozjuszona, matka wywołała  awanturę,  podczas której ojciec dowie się, iż spłodził córki. Z ostatniego rejsu wrócił sparaliżowany, więc  ten  cios  jest  już ponad jego siły. Nagle pada martwy, a Despina rzuca  się na matkę, która musi schronić się na jachcie nauczyciela. Już po  chwili jest jednak przy nich gromada rozwścieczonych mieszkańców wsi. Łódź z nauczycielem i niewierną żoną zostaje odholowana na głębszą wodę i  zatopiona. I wydawać  by się mogło, iż odtąd życie głównego bohatera będzie już biegło spokojnie i szczęśliwie. Niestety ci, którzy  zostali  uwikłani  w  walkę  sprzecznych żywiołów, muszą płacić  za  każdą chwilę szczęścia i triumfu. Nie zdradzajmy jednak jak kończy się powieść, gdyż – zaplanowany przez autora – efekt  końcowy jest nieoczekiwany…. Powieść  Nikosa  Chadzinikolau traktuje o pięknie i ranach, o smutnym  spojrzeniu  kobiety patrzącej  na  morze i czekającej na powrót kochanka, jak i o tym, iż w żyłach współczesnych Greków płynie  wciąż  czarna i błękitna krew Grecji antycznej. Na dobrą sprawę  powieść tę można by rozpisać na poszczególne kwestie i zmieniając  nieco  realia,  odegrać  w jakimś greckim amfiteatrze  – wszak mamy tu do czynienia a tymi samymi elementami tragizmu,  które odnajdziemy w Antygonie, Królu Edypie czy Elektrze.  Chadzinikolau czerpie obficie ze skarbnicy  śródziemnomorskiego  mitu, opisuje ten sam gorzki  i słony ból,  tę samą rozpacz w promieniach słońca i  pod włóczniami gwiazd Peloponezu, Epiru, Tesalii i tysięcy wysp.

__________

Nikos Chadzinikolau, Niebieskooka Greczynka, Iskry, Warszawa 1987, s. 132.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (1)

Przez czterdzieści lat mojej pracy pisarskiej nazbierało się sporo recenzji, które publikowałem w wielu periodykach literackich, pismach społeczno-kulturalnych i magazynach artystycznych. Postanowiłem stopniowo wprowadzać te teksty do mojego dziennika internetowego. Niechaj zaistnieją też w rzeczywistości cyfrowej, w której podobno nic nie ginie, nic nie przepada, a określone instytucje chomikują takie materiały. Zaczynam od zaprzyjaźnionej ze mną Łucji Danielewskiej, wielkiej damy poezji wielkopolskiej, a czas teraźniejszy w tekstach ma związek z datą ich publikacji.

Łucja Danielewska jest poetką, prozaiczką, cenioną tłumaczką z chorwackiego oraz z kilku jeszcze innych języków. Wydała kilkadziesiąt książek, w tym znaczące tomy poetyckie, trzy książki prozatorskie, kilka tomów przekładów, do tego jeszcze publikowała setki razy utwory oryginalne i tłumaczenia w wielu periodykach, magazynach literackich i antologiach. Była dostrzegana i nagradzana, między innymi przez Jury Warszawskiej Jesieni Poezji i Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. To ją obdarzyła swoim zaufaniem w ostatnich latach życia Kazimiera Iłłakowiczówna i ona przyjaźni się z jedną z największych poetek chorwackich Vesną Parun. Słowem, jest to autorka o znaczącym dorobku, wyraziście rysującym się na mapie Wielkopolski i całego kraju – kobieta renesansowa, obdarzona przez życie wieloma talentami i potrafiąca w mądry sposób z nich korzystać. Do tego obfitego plonu literackiego dorzuciła jeszcze autorka na początku 2002 roku mikropowieść pt. Człowiek, który ubrał choinkę. Jest to proza psychologiczna, prezentująca postawy głównych bohaterów, przede wszystkim matki i jej studiującego syna, a także jego dziewczyny, ojca lekkoducha i jeszcze kilku innych postaci. Autorka znakomicie, z lekkością i wyczuciem prowadzi narrację, której zwieńczeniem jest dzień Bożego Narodzenia. Nie znajdziemy tutaj dłużyzn ani dysonansów narracyjnych, a lekkość słowa jest doprawdy zdumiewająca. Niczym w Opowieściach wigilijnych Dickensa, narrator prowadzi zgrabnie czytelnika od człowieka do człowieka, od jego historii, do jego marzeń, od lęków do frustracji.

Znajdziemy w tym utworze młodzieńczy język studencki, z którym Danielewska – nauczyciel akademicki – ma stale kontakt w Uniwersytecie Adama Mickiewicza; znajdziemy tutaj też jakby próbę naszkicowania portretu psychologicznego Adama, syna głównej bohaterki. Jak wielu ludzi w tym wieku jest on trochę roztrzepany, trochę pogubiony, nie radzi sobie z burzą hormonów i z wchodzeniem w dorosłość. Na szczęście na jego drodze pojawia się Jowita, która – równie jak on rozchwiana – wyraźnie lgnie ku niemu. Danielewska opisała ze znawstwem i wyczuciem punktów dramatycznych jeden z najtrudniejszych momentów w życiu młodego człowieka. To jakby czas wykluwania się mężczyzny z młodzieńca, a zarazem niebezpieczny moment podejmowania wyborów, które będą miały wpływ na całe jego życie. Matka Adama, jak to matka, buntuje się, że inna kobieta pojawia się obok jej syna, ale potrafi w takim momencie taktownie usunąć się w tło, zniknąć na kilka dni. To jest dla niej rodzaj szoku, ale wie, że i ona, i on, muszą sobie z tym poradzić. Wszystkie wątki opowieści zmierzają od samego początku do rozwiązania podczas wigilii, gdy nawet bezdomni znajdują trochę ciepła w domu, a kłopoty codzienności maleją w perspektywie   s p o t k a n i a   i w tle odwiecznego mitu szczęśliwości, czasu złotych godów.

Książkę Danielewskiej mogą czytać ludzie młodzi i ci, którzy zaliczyli kolejny krzyżyk po czterdziestce. Wszak jest to proza napisana z młodzieńczą witalnością, jakby uśmiechająca się stale do czytelnika i szanująca go. Czytając odczuwamy sympatię zarówno do syna, jak i do matki, a i sylwetki pozostałych bohaterów nakreślone zostały tak, że ich losy stają się rodzajem modelowych interakcji międzyludzkich. Wyraźnie widać, że pod powierzchnią zgrabnie układanych w rozdziały słów, jest głębsze przesłanie autorki. Mówi ona poprzez swoją opowieść, że życie jest krótkie i szkoda czasu na wzajemne nienawiści, na podsycanie zimnego żaru i nieustającą lawinę zarzutów. Każdy ma tylko jedno życie i każdy sam przed sobą i przed innymi ludźmi za nie odpowiada – dlatego warto szukać więzi z człowiekiem, dlatego trzeba takie związki podtrzymywać. Tylko tego rodzaju szukanie nadaje sens egzystencji, tylko nieustające kultywowanie ognia domowego, paleniska uczuć, dodaje chęci do życia. Matka Adama posiadła wiedzę o świecie i o ludzkich zachowaniach, jest świetnym psychologiem i tak prowadzi swego syna, że omija on mielizny swego wieku. Oczywiście zdarzają mu się – jak w życiu – potknięcia i chwile gorsze, zasmucające, ale przecież nikt na tym świecie nie był szczęśliwy w każdym momencie życia i zapewne nikt takiej permanentnej szczęśliwości by nie chciał. Szczęście jest chwilą, która przydarza się i która potem rozświetla pamięć. Trzeba do niej dążyć, a później trzeba ją pielęgnować, jak ulotny płomień, który i tak gasi zimny wiatr, który i tak kruszeje pośród mrozu. Opowieść Danielewskiej napisana została przeciw nienawiści, przeciw tym, którzy w innych ludziach widzą tylko przeciwników. To jest opowieść o dobru, które jest w człowieku i przebija się do świata bez względu na to, jakie przeszkody znajdzie na swojej drodze. Opowieść dobra, bo dobry jest świat… choć człowiek gubi się w nim i wchodzi stale w konflikt z innymi ludźmi, choć giną więzi i nikną uczucia, są chwile szczęścia i trzeba o nie dbać, tak jak dba się o zdrowie. Matka Adama wierzy w człowieka i niesie swoje humanistyczne przesłanie światu. Kolacja wigilijna jest zwieńczeniem jej zabiegów, ale też symbolem tego dobra, które pragnie ona z najbliższych wydobyć.

_________

Łucja  Danielewska, Człowiek, który ubrał choinkę, Wydawnictwo Kontekst, Poznań 2002, s. 68.  

POEZJA I ŚWIAT

Mistrioti gdzieś w Wielkopolsce

Zaprzyjaźniona ze mną od wielu lat grecka poetka Maria Mistrioti zainicjowała rozmowę na temat poezji, festiwali literackich i przyszłości ludzkości. Zamieszczam ją na moim blogu, bo kilka myśli, które wyartykułowałem mają określoną wartość.

Czym dla ciebie jest poezja?

To z pozoru proste pytanie, ma też swoje drugie dno. Z jednej strony przecież jest to rodzaj sztuki, uprawianej przeze mnie od ponad czterdziestu lat, a ze strony drugiej – to dar dany mi przez życie i rodzaj wewnętrznego olśnienia. Pisząc wiersze szukam sytuacji modelowych i próbuję odzwierciedlić coś z mojego wnętrza, coś z moich myśli i prób powiązania tego, co nierealne z rytmem krwi w ciele i doświadczeniami wielu lat. Patrząc na moje pisanie wierszy, zauważam kilka głównych nurtów moich zainteresowań: zaczynałem od nurtu generacyjnego, od tekstów które miały być świadectwem istnienia moich kolegów i koleżanek, którzy przepadli w przepaściach dwudziestego wieku. Jedni popełnili samobójstwa, inni zginęli w wypadkach komunikacyjnych, a jeszcze inni zmarnowali swoje szanse i trafili do więzień. Spotykałem się z nimi w szkołach, na podwórkach i boiskach, jeździłem wraz z nimi rowerem nad jeziora i rzeki, pływałem w chłodnych nurtach, podróżowałem pociągami i autobusami, a potem własnym samochodem. Nie wiem jak to się stało, że przetrwałem, wybrałem inną drogę i zacząłem nią kroczyć ku kolejnym stopniom edukacji, napisanym książkom, surrealistycznym rysunkom i namalowanym obrazom? Miałem przecież sporo zatargów z komunistycznym państwem i jak oni trafiłem do Izby Dziecka, a potem do jakże prawdziwego i ponurego więzienia. Myślę, że uratowały mnie lektury, pochłaniane w ogromnych ilościach, orbitujące wokół moich zainteresowań geograficznych i podróżniczych, a potem literackich i artystycznych. Do tego dodać należy moją ogromną energię fizyczną, materializującą się podczas treningów szermierczych, piłkarskich, sportów walki, a na końcu biegowych. Ważne też były umiejętności pływackie i praca ratownicza na wielu basenach, nad jeziorami i nad morzem.

Jakie są twoje główne inspiracje poetyckie?

Moją pierwszą i podstawową inspiracją poetycką była miłość i spotkanie z przepiękną dziewczyną, dla której zacząłem tworzyć erotyki. To uczucie spowodowało, że porzuciłem młodzieńczą grafomanię i zacząłem pisać wiersze białe, bez rymów. Próba odzwierciedlenia jej piękna i fenomenu oryginalnej urody, kazała mi szukać tak misternych ekwiwalentów słownych, że powstawały wiersze zwiewne, delikatnie lekko tylko metaforyzowane. Miała zielone oczy, długie gęste włosy i ciało bogini, wywierające piorunujące wrażenie na wielu mężczyznach. Z tego powodu musiałem czasami odsuwać na bok moją liryczną naturę i toczyć jak najrealniejsze boje z pojawiającymi się zalotnikami. Jak zwykle bywa w takich razach, młodzieńcza miłość nie przetrwała próby czasu, ale zostały wiersze, które opublikowałem w 1982 roku w małym tomiku pt. Maria. Ziarno raz zasiane zaczęło kiełkować i poezja stała się czymś bardzo ważnym w moim życiu, a nurcie generacyjnym pojawiły się próby analizy metaforyki kultury, ciąg wierszy mistycznych, a potem podróżniczych, w których daleka wyprawa stawała się pretekstem do opowieści o miejscach, ludziach i o moim wnętrzu. W różnych wydawnictwach zaczęły się ukazywać moje nowe tomy, sporo było też publikacji prasowych i szybko zostałem dostrzeżony przez krytykę literacką. Pojawiły się też znaczące nagrody literackie i pierwsze zbiory wierszy opublikowane poza granicami Polski, czasem w tak egzotycznych krajach jak Gwatemala, Indie, Chiny. Obecnie, gdy minąłem już barierę sześćdziesięciu lat, przygotowuję się do publikacji trzech tomów wierszy zebranych, w których zamieszczę też najcelniejsze recenzje i fragmenty szkiców krytycznoliterackich. Nowe inspiracje pojawiły się u mnie, gdy podjąłem pracę w uniwersytecie i zacząłem pisywać teksty naukowe o polskich, amerykańskich i europejskich romantykach. Warto wspomnieć też Nikosa Chadzinikolau, który zainspirował mnie do studiów kultury antycznej i do lektur współczesnej poezji greckiej. Grek Zorba Nikosa Kazantzakisa, w przekładzie wskazanego wyżej tłumacza i edytora, pozostanie do końca jedną z najważniejszych lektur mojej młodości.

Czy międzynarodowe festiwale są propozycją właściwą dla cywilizacji?

Od ponad dwudziestu lat uczestniczę w wielu międzynarodowych festiwalach i konferencjach literackich. Stały się one dla mnie ważnym doświadczeniem życiowym i umożliwiły mi spotkania z tak wielkimi współczesnymi poetami i prozaikami jak Gerald Stern, Stanley Kunitz, Juan Gelman, Adonis, Mo Yan, Tomas Venclova, Stanley H. Barkan, Sona Van. Dzięki zaproszeniom na tego typu imprezy zwiedziłem wiele krajów świata, żeby wymienić tylko USA, Chiny, Indie, Kenię, Republikę Południowej Afryki, Kolumbię, Gruzję, Armenię, Litwę. Wszędzie czytałem wiersze, wygłaszałem referaty i prowadziłem ożywione dyskusje, a nade wszystko pisałem wiersze i wspomnienia. To wyprawy na festiwale literackie zainspirowały mnie do publikacji kolejnych tomów wierszy z podróży i obecnie powstaje już dziesiąta taka książka. Tak, to było też wielkie doświadczenie cywilizacyjne i ogólnoludzkie, rodzaj rozprzestrzenienia mojej świadomości w świecie i weryfikacji moich wyobrażeń o nim. Nikt nie zabierze mi już tych niezwykłych chwil nad brzegami trzech wielkich oceanów, pośród ulic Szanghaju i Pekinu, Nowego Jorku i Los Angeles, Medellin, Tbilisi i Erywania, nikt i nic nie wymaże z mojej pamięci zamyśleń nad jeziorem Qinghai i Żółtą Rzeką, na skraju Kordyliery Zachodniej, pośród budynków świątynnych w Indiach i w wiosce Masajów, na wieży kościoła św. Janów w Wilnie, nad Morzem Śródziemnym w Chalkidzie i na nabrzeżu Huangpu Jiang w Szanghaju. Pobyty na światowych festiwalach literackich przyczyniły się do rozszerzenia moich kontaktów twórczych, powstania nowych wydań zagranicznych moich książek, a nade wszystko pozwoliły mi poznać wiele nowych strategii literackich.           

Jak twoim zdaniem będzie wyglądała przyszłość ludzkości?

Wszystko zależy od nas… Od wysiłków, które podejmiemy, by ocalić planetę i przygotować się do ewentualnych kataklizmów kosmicznych. Zagrożenia są realne, zanieczyszczenia środowiska naturalnego ogromne, a dodatkowo grożą nam wybuchy wielkich, uśpionych wulkanów, trzęsienia ziemi i tsunami. Każdy intelektualista chciałby, by ludzkość rozwijała się harmonijnie i osiągała w kolejnych latach niewyobrażalny poziom technologiczny. Będąc wielokrotnie w Chinach i w Stanach Zjednoczonych Ameryki, dostrzegłem niezwykłe przeobrażenia naszego świata. Koleje wielkich szybkości, szerokie autostrady i mosty, coraz wyższe wieżowce i przebogate apartamentowce, a do tego jeszcze elektryczne samochody, coraz doskonalsze statki i sondy kosmiczne. Niestety cieniem na postępie ludzkości kładą się zbrojenia i nieustanne zagrożenia ze strony niestabilnych państw i ich przywódców. Jakkolwiek by jednak nie było jestem optymistą i wierzę, że ludzkość będzie szła do przodu przez następne stulecia, a może nawet tysiąclecia. Nie potrafimy sobie wyobrazić postępu, który się dokona, wszak wiek dwudziesty zaczynał się od drewnianego samolotu i pojazdów parowych, a kończył się powszechnym dostępem do komputerów, lotami promów kosmicznych i stałym pobytem ludzi na międzynarodowej stacji kosmicznej.

PRZESTRZEŃ IDEALNA

Coraz mniej pojawia się autorów, którzy analizują proces tworzenia i zastanawiają się skąd biorą się wiersze, co wpływa na to, że poezja istnieje w przestrzeni społecznej i indywidualnej. Wojciech Kloska należy do poetów, którzy uważnie przyglądają się temu, co zostało zapisane, wszak biała kartka daje nadzieję/ że wszystko jest możliwe. Twórca ma też świadomość licznych zagrożeń, czyhających na potencjalnych poetów, bo tylko w teorii/ wszystko jest/ czarno na białym, tylko zamierzenia i wyobrażenia lokują się w świecie idealnym. Takie analizowanie poezji jako fenomenu, możliwe jest tylko w ciszy, po odrzuceniu wszelkich zakłócających odgłosów, owej jakże brzemiennej w skutki kakofonii codzienności. Poeta pragnie znaleźć się w przestrzeni idealnej, z której wyłowi wiersze, będące komunikatami i zarazem znakami tego, co zakryte, tajemne, głęboko sięgające do istoty naszej egzystencji. Jego poszukiwania obwarowane są wieloma niepowodzeniami, ale jest na to gotowy, bo wie, jakie są realia istnienia w naszym świecie: cisza/ atakowana z każdej strony/ przez słowa mądre i głupie/ puste lub pełne obietnic/ (w większości bez pokrycia) – zdaje sobie sprawę z intensywności ataków, z natarcia nieustającego strumienia informacji. Szczególnie to widać w dobie telefonów komórkowych, natłoku stacji telewizyjnych i radiowych, a nade wszystko komputerów i Internetu. Chcąc nie chcąc musimy egzystować w takim świecie, a ci, którzy uciekają ku naturze i budują chaty w górach lub na pustkowiach, po jakimś czasie wracają do cywilizacji z poczuciem przegrania, utraty wielu cennych lat. Może zatem warto – jak czyni poeta – bytować w przestrzeni idealnej, w której wszystko jest ruchome i chwilowe, czekające na nazwanie i oferujące pociągającą potencjalność, wariantowość i kombinatoryczność. Tam cząstki i podłoża językowe (substrakty), fonemy i morfemy, a także całe systemy wypowiedzeń (syntaksy) swobodnie mieszają się, niczym kolorowe cząstki konfetti, wirujące w powietrzu. Dopiero, gdy wkracza do tych przestrzeni swoiście sformatowana inteligencja i poetycka samoświadomość, zaczyna się porządkowanie i wyodrębnianie wartościowych, jednolitych treści.

W takim rozumieniu wiersz staje się cudem samym w sobie, jak każde osobne istnienie, jak narodziny dziecka, wzrastanie kwiatów i drzew. Od początku zaistnienia świadomości uczymy się świata, stającego się wielkim magicznym lustrem, wzmacniającym wszelkie naruszenia systemowe. Tak – suma lęków/ tworzy portret/ człowieka rozumnego/ duszącego się/ w ciasnych ramach ciała – tak jednostka zyskuje wiedzę o głębiach i przepaściach egzystencji, tak uczy się omijać rafy i ukryte zapadnie. Poezja staje się kontrapunktem, chwilą kontrolowanej ekstazy, pozwalającej żyć i planować następne sekwencje godzin, dni i lat. Autor wierszy musi jednak znaleźć balans pomiędzy cielesnością, a rozkoszą poczynania słów z nicości – musi rozumieć, że łatwo można popaść w śmieszność i zanegować ulotność, kruchość, pierwotną delikatność znaczeń. Wojciech Kloska dawno minął już linię suchego zapisu i znalazł się po stronie pulsacji sensów, nieustającej metamorfozy znaczeń i treści. Jego pytanie o poezję, jest formą zastanawiania się nad kondycją ludzką, często nie rozumiejącą samej siebie, pytaniem o czas i przestrzeń i wchodzeniem we wskazaną wyżej idealność. Świat ludzki ma swoje prawa obwarowane biologią i materialnością, ale też przepełniony jest nadużyciami znaczeniowymi, pośród których króluje: Kłamstwo/ wyssane z palca/ lecz całkiem namacalne. Jego moc rażenia bywa straszliwa, obwarowana konsekwencjami nie do wyrażenia, gdy rozpadają się związki międzyludzkie, zaprzepaszcza się kariery, a różne kanalie zyskują poklask tłumów i siadają okrakiem na tronach, próbują narzucić społecznościom swoje kłamliwe teorie. W takim rozumieniu poeta staje się sędzią nadużyć i potrafi z chirurgiczną precyzją wskazywać: Kłamstwo/ często stworzone/ na potrzebę chwili/ by komuś ugasić/ grunt pod nogami/ lub utorować drogę/ kłamstwo/ moralnie naganne/ choć nierzadko wypowiedziane/ w imieniu wyższego dobra. Zakłamanie możliwe w świecie ludzkim, nie ma wstępu do prawdziwej poezji, wyszarpywanej z żył i odnalezionej pośród przestrzeni idealnych.

Autor tomu oparł swój poetycki świat na rozumie, inteligencji i wierze w samego siebie, ale przecież zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko przemija, wszystko podlega prawom bezdusznej eschatologii. Czym innym jednak jest cielesność naszego bytu, a czym innym jego istota: bezduszny ząb czasu/ choć kruszy największe mury/ nigdy się nie wgryzie/ w istotę człowieczeństwa/ nie sięgnie samego mięsa/ bycia homo sapiens/ (pomimo rozkładu na czynniki pierwsze). Oto sens poezji Wojciecha Kloski, poszukującej formuł ostatecznych i wskazującej dychotomię naszego świata. Będąc cieleśni, nie podlegamy prawom rozkładu istotowego, nie przestajemy być homo sapiens, nie poddajemy się entropii w obrębie naszego człowieczeństwa, pojmowanego jako stała wartość. Pamiętajmy przy tym, że mamy tutaj do czynienia z poetą totalnym, stale poddającym próbie to, co zostało w wierszu utrwalone, wciąż poszukującym i modyfikującym słowo. Dzieje się tak, ponieważ: łamanie reguł/ powinno się mieścić/ w określonych ramach/ bez których kawałek płótna/ w oczach wielu/ uchodziłby za kawałek/ pobrudzonej szmaty/ a tak jest obrazem/ godnym ścianki/ tworzącym historię/ w zupełnie nowym stylu. Wszystko zależy od punktu widzenia, ale też od możliwości intelektualnych podmiotu, śmiało stającego do konfrontacji z tandetą i nieustannie wskazującego nadużycia systemowe. Jego wiedza o świecie jest rozległa, ale też bytowanie pośród przestrzeni idealnych wzmacnia możliwości percepcyjne i kreacyjne, przydaje autorowi nimbu prawdopodobieństwa. Czytając kolejne wiersze Kloski utrwalamy w sobie przekonanie, że mamy do czynienia z twórcą rozumiejącym to, co wydarza się w obrębie tekstu, a nade wszystko panującym nad nim i potrafiącym tak go przekształcać, że zyskuje drugie i trzecie dno, mieni się pośród wielorakich odbić i refleksów znaczeniowych. Ten twórca jest wciąż czujny i nie daje się podejść światu, wciąż dokumentuje to, że z człowiekiem jest zgoła inaczej/ gołym okiem można dostrzec/ jedynie powierzchowne zmiany/ takie jak krój ubrania/ środek transportu/ czy plan zagospodarowania przestrzeni/ lecz podskórnie/ od tysiącleci/ ten sam schemat budowy/ na którym najłatwiej zagrać/ poprzez układ nerwowy. Układ nerwowy to istota naszego bytu pośród kosmosu, gdyby go nie było, nie moglibyśmy postrzegać ogromów galaktyk i gwiezdnych konstelacji, nie doszlibyśmy, jako ludzkość, do teorii względności Einsteina, równań różniczkowych, stałej Maxa Plancka i fizyki kwantowej. Poezja Wojciecha Kloski pobudza do myślenia i zaprasza czytelnika do wkroczenia w przestrzenie idealne, a choć wymaga to nieco wysiłku intelektualnego, warto spróbować…

_____________

Wojciech Kloska, Kadr skromnego Filozofa, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2021, s. 100.

TAIPI

Wyspa Nuku Hiva

Czytam Taipi, pierwszą książkę amerykańskiego romantyka Hermana Melville’a, opublikowaną w 1846 roku. Niezwykła żywiołowość narracji odzwierciedla tu wiek pisarza, który w trakcie tworzenia swojego dzieła miał zaledwie dwadzieścia sześć lat. Dzieło zalicza się do klasycznych utworów w kategorii podróżniczej i przygodowej, chociaż zawiera też sporo obserwacji natury ludzkiej, ze szczególnym uwzględnieniem etnografii i antropologii kulturowej. Akcja Taipi rozgrywa się latem 1842 roku, na wyspie Nuku Hiva, wchodzącej w skład archipelagu Markizów, należących z kolei do Polinezji, większej struktury wyspiarskiej środkowego Pacyfiku. Jest to historia ucieczki dwóch marynarzy ze statku wielorybniczego Acushnet i spod kurateli despotycznego kapitana. Wykorzystują oni dogodny moment, by czmychnąć na brzegu i zostać pośród krajowców, choć nie przypuszczają jakie tego będą konsekwencje. Jeden z nich to alter ego Melville’a – Tommo, a drugi to Richard Tobias (Toby) Greene. Choć zachowała się lista marynarzy i oświadczenie kapitana, że doszło do takiego zdarzenia, a potem jego towarzysz potwierdził prawdziwość narracji, znaleźli się naukowcy i pisarze, którzy kwestionowali autentyczność zdarzeń, a szczególnie wskazywany przez autora czteromiesięczny przedział czasowy. Kłopoty sprawiała też klasyfikacja utworu, który tyleż jest powieścią, co relacją z podróży, odtworzonym po czasie dziennikiem zdarzeń, albo pracą o ambicjach niemal naukowych. Opowieść zaczyna się, gdy okręt wpływa do zatoki Taio Hae, a kapitan pozwala marynarzom na opuszczenie pokładu, nie zdając sobie sprawy z tego, że dwóch z nich planuje ucieczkę. Zagrożenie ze strony ludożerców Nuku Hivy jest tak duże, że dowódca nie dopuszcza do siebie myśli, iż ktokolwiek mógłby roić sobie, iż zdoła zachować życie pośród tubylców. Wyspa jest przecież górzysta, poorana licznymi skalnymi parowami, a w nielicznych dolinach żyją owiani złą sławą krajowcy, często toczący ze sobą walki o terytoria, łupy i ciała wrogów. Pamiętajmy, że opisywane zdarzenia dotyczą piątego dziesięciolecia dziewiętnastego wieku, kiedy na mapach było jeszcze wiele białych plam, a relacje podróżników miały w sobie wiele sprzeczności. Trudno zatem się dziwić, że opowieść Melville’a o przedostaniu się z Tobym do wioski plemienia Taipi i pozostawaniu w niej ponad sto dni[1], budziła zdziwienie i niedowierzanie. Jednak jak byśmy jednak nie traktowali pracy amerykańskiego prozaika, stanowi ona cenny przyczynek do poznania obyczajów ludów Oceanii i późniejszych, szerszych opracowań, takich jak dzieła polskiego antropologa Bronisława Malinowskiego.

Paul Gauguin, Fatata te Miti, 1892

Tytuł powieści może intrygować i wyraźnie wskazuje, iż pochodzi z języka ludów Polinezji. Jego etymologię tak tłumaczy autor: Ci słynni wojownicy najwyraźniej budzą niewymowny lęk w innych wyspiarzach. Samo ich imię jest przerażające, albowiem słowo „Taipi” w dialekcie markizańskim oznacza miłośnika ludzkiego mięsa. Jest raczej dziwne, iż miano to zostało nadane wyłącznie im, jako że tubylcy z całej tej grupy są niepoprawnymi kanibalami. Być może nazwę tę dano, aby podkreślić szczególną drapieżność owego szczepu oraz naznaczyć go specjalnym piętnem.[2]Okazuje się jednak, że plemię, do którego trafiają uciekinierzy wiedzie spokojne życie, przerywane tylko atakami Happarów, czyli ich sąsiadów z innej doliny. To właśnie oni mieli być łagodni, a tymczasem okazało się, że kultywują zwyczaj jedzenia ludzkiego mięsa i napadają na sąsiadów. Opowieść snuje Tom, główny bohater, a zarazem narrator wszechwiedzący, często wybiegający myślą ku przyszłości. Dowiadujemy się zatem jak wyglądało życie w wiosce, toczące się leniwie, od zbiorów owoców do polowań na niewielkie zwierzęta i ptaki, od rytualnych obmyć w strumieniu, do ceremonii tatuowania mężczyzn i kobiet. Obaj przyjaciele są podejrzliwi i nie mogą uwierzyć w dobrą naturę i gościnność Taipisów, podejrzewają nawet, ze są specjalnie tuczeni, by skończyć w żołądkach wyspiarzy. Na szczęście te strachy okazują się niezdrowym rojeniem umęczonych mężczyzn, którzy zaczynają planować opuszczenie plemienia i informują o tym swoich gospodarzy. Choć im się to nie podoba, umożliwiają Tobby’emu podjęcie wyprawy ku brzegom wyspy, co za pierwszym razem kończy się niemal utratą życia przez młodzieńca. Dopiero druga próba okazuje się skuteczna i udaje mu się dotrzeć do oceanu, gdzie przybywają żeglarze, wymieniający z krajowcami świecidełka na mięso i tropikalne owoce. Chłopak wykorzystuje tę sytuację i ucieka do cywilizacji, błędnie poinformowany, że Tommo został zabity. Tracąc nadzieję, że zobaczy jeszcze przyjaciela, zaciąga się na statek i odpływa do Nowej Zelandii, skąd po wielu perypetiach wraca do Stanów Zjednoczonych. Jak się okaże, to jego relacja będzie jednym z dowodów na to, że zdarzenia opisywane przez Mellvile’a miały naprawdę miejsce i prawie nic nie zostało w nich przesadzone. Pisarz miał kłopoty z wydaniem swojego dzieła, bo nie brakowało w nim tonów krytycznych, kierowanych ku cywilizacji zachodniej i pracy misjonarzy katolickich na wyspach Oceanii. 

Paul Gauguin, Nave Nave Mahana, 1986

Dzisiaj, gdy czytam tę relację, łatwo mogę sobie wyobrazić jakie wrażenie zrobiła ona na czytelnikach dziewiętnastowiecznych i jak bardzo przyczyniła się do rozsławienia młodego pisarza. Zasmakował on życia pośród krajowców, tak jak Paul Gauguin, który u końca życia zamieszkał na innej wyspie w archipelagu Markizów – Hiva Oa. Nie wiadomo czy przed podjęciem decyzji o wyjeździe do Polinezji, francuski malarz zapoznał się z opowieścią Melville’a, która po raz pierwszy ukazała się w Londynie w roku 1846.[3] Jeśli nie, to mógł mieć do czynienia z ludźmi, którzy ją czytali i potem rozpowszechniali wiadomości o magicznych wyspach. Pierwsze kontakty Europejczyków i Amerykanów z rdzennymi mieszkańcami Polinezji miały charakter testowy i dopiero nowe fale napływających przybyszów wszystko odmieniły. Warto tutaj zacytować ocenę Henri’ego  Perruchota, autora biografii Paula Gauguina: W rzeczywistości mieszkańcy Markiz niezbyt dobrze wyszli na kontaktach z białymi. O ile nie przejęli od Europejczyków żadnej cnoty – a pewno i nie mogli tego zrobić – o tyle wzięli od nich kilka dodatkowych występków. Żeglarze zachęcali ich do rozpusty, przyzwyczaili do opium lub nie znanych dotąd trunków, jak na przykład rum, za którym teraz tubylcy szaleją. Jeśli nie uda im się jakimś oszustwem zdobyć rumu, zapijają się wodą lawendową. Zmuszono ich, żeby się ubierali – z powodu wstydu, uczucia, którego nie znali, i stracili przez to całą dotychczasową odporność. Stali się bardzo podatni na choroby, zwłaszcza na gruźlicę – pokopoko – i to w tym większym stopniu, że wskutek izolacji nic ich nie uodporniło przeciw zarazkom. Najlżejsza epidemia czyni wśród nich straszliwe spustoszenie. Zawleczenie syfilisu stało się dla nich zgubne i wielu skazało na bezpłodność. Wczoraj dzicy wojownicy, dziś to już tylko bierne, lękliwe plemię, wyrwane ze swojej pierwotnej egzystencji – tyle tylko, że jeszcze żyjące. Według spisów z 1840 roku na jedenastu wyspach archipelagu żyło dwadzieścia tysięcy tubylców; dziś liczy się ich na niecałe trzy tysiące pięćset.[4] Melville dokumentuje jedno z takich spotkań cywilizacyjnych i w jego opisach nie brakuje elementów komicznych, jak choćby ten, gdy relacjonuje prośbę wodza plemienia o przekazanie mu starych, zdezelowanych butów, które potem używa jako specjalną ozdobę i nosi zawieszone na szyi. Zdumiewająca jest sprawność narracyjna młodego pisarza, którego książkę czyta się  na początku trzeciej dekady dwudziestego pierwszego wieku, jakby została napisana wczoraj, a jej wiarygodność nie budzi większych wątpliwości. Trudno się jednak dziwić, że czytelnicy dziewiętnastowieczni reagowali histerycznie, wszak autor naruszał wiele tabu zachodniej kultury. Śmiało mówił o wspólnych kąpielach z polinezyjskimi kobietami, krytykował misjonarzy i ukazywał francuskich kolonizatorów w złym świetle. Także jego zauroczenie Faiewai, piękną mieszkanką doliny i pływanie z półnagą w jednej łodzi, mogło się nie podobać purytańskim czytelnikom, dla których wzorem kobiecego piękna była królowa Wiktoria. 

Paul Gauguin – Sjesta, 1984

[1] Por. Paweł Jędrzejko, Melville w kontekstach czyli prolegomena do studiów melvillistycznych, Kierunki  badań – biografia – kultura, Katowice, 2007, s. 79–82.

[2] Cyt. za H. Melville, Taipi, przeł. B. Zieliński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, s. 43.

[3] Por. M. Wiśniewski, Posłowie, tamże, s.398. Gaugin czytał natomiast powieść francuskiego pisarza Pierre’a Lotiego pt. Rarahu o egzotycznym związku z młodą Tahitanką.

[4] H. Perruchot, Gauguin, przeł. H. Olędzka, Warszawa 1963, s. 400. W 1926 roku zaludnienie Markiz wynosiło 2000 osób, ale zaczęło regularnie rosnąć.

BIBLIOGRAFIA MIŁOSZA

W edycji Dzieł zebranych Czesława Miłosza Wydawnictwo Literackie opublikowało Bibliografię przedmiotową 1932–2020. Choć opracowanie ma podtytuł Wybór, to jest największą pracą tego typu, umożliwiającą szerokie badania i pozwalającą zorientować się w skali rozprzestrzenienia i recepcji twórczości pisarza. Z radością znajduję tu także moje artykuły, szkice, analizy, a choć niektóre przepadły, to przecież czasami publikowane były w trudnych do odnalezienia periodykach, jak choćby „Okolica Poetów” Jerzego Szatkowskiego. Ukazanie się tego dzieła zamyka ogromne przedsięwzięcie edytorskie Wydawnictwa Literackiego i Znaku, którego spiritus movens był prof. zw. dr hab. Aleksander Fiut. Myślę, że teraz mogę już ruszyć z finalnym pisaniem mojej monografii o naturze i świecie w twórczości Miłosza, której mam już spore fragmenty. Przeglądając tę pracę, wróciłem myślą do mojego zmanipulowanego kolokwium habilitacyjnego w Uniwersytecie Gdańskim (2013), podczas którego wygłosiłem wykład o kobietach w życiu i twórczości autora Ziemii Ulro. Jakoś nie widzę w obszernej bibliografii prac Rośka i Owczarskiego, największych krzykaczy z tamtego dnia, mądrujących się na temat tego, co powiedziałem o Miłoszu. Niewiele też wniosła do opracowań Małgorzata Czermińska, przyjaciółka Tomasika i wieloletnia szefowa wskazanych wyżej osobników.    

LUDZIE (1)

Jolanta Nowak-Węklarowa (1940-2016)

Poproszono mnie o wspomnienie na temat Jolanty Nowak-Węklarowej, poetki z Wągrowca, o której twórczości pisywałem w prasie, a szersze omówienie zamieściłem w książce pt. Przedsionek wieczności(1988). Urodziła się w 1940 roku w Ciszkowie koło Czarnkowa, a jej dzieciństwo i młodość związane były z wsią i regionem Ziemi Nadnoteckiej, sąsiadującej z Pałukami. Stąd ruszała na podbój świata, najpierw na studia polonistyczne do Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, a potem do pracy w szkołach podstawowych i średnich. Wykształciła wiele roczników młodzieży w liceach w Czarnkowie, a potem w Wągrowcu, gdzie mieszkała do końca życia, czyli do 12 stycznia 2016 roku. Jako poetka debiutowała zbiorem wierszy pt. Moje ręce (1970), a potem czytelnicy musieli czekać aż dziesięć lat, żeby pękła osławiona „bania z poezją”. W 1980 roku ukazał się drugi zbiór, zatytułowany wymownie Trwająca chwila. Kolejne tomy – uwzględniając cykl wydawniczy, ukazywały się odtąd dość regularnie: Wstępuję w jesień (1987), W twarzy obrazów (1988), Obdarzeni niebem i ziemią (1990),  Lekcja z Hamleta (1991), Przytul mnie Europo (1991), Stroję się w sentymenty  (1993), Między bliznami rzek (1994), Bukiet jubileuszowy (1995), Spokój i niepokoje (1995) oraz Utracone raje (1997), Bez makijażu (2000), Pełni siebie (2004), Niepowroty (2010), Sezon na szarość (2012). Autorka opublikowała też zbiór opowieści o Miłosławiu pt. Buntownice (1991), a jej utwory poetyckie i prozatorskie znalazły się w kilkunastu polskich antologiach literackich. Często uczestniczyła w festiwalach poezji, w sympozjach i zlotach literackich, wyraziście zaznaczając swoją obecność, czytając wiersze i wypowiadając się na istotne tematy artystyczne. W tym celu odwiedziła dawna Jugosławię, Grecję i Litwę i wszędzie ludzie akceptowali jej żywiołowość i bezpośredniość, chętnie wdawali się z nią w dyskusje, a nade wszystko cenili jej niezwykłą twórczość.

Spotkanie z Tadeuszem Wyrwą-Krzyżańskim w Pile (2013)

Poznałem poetkę w roku 1985, gdy po raz pierwszy zostałem zaproszony na Międzynarodowy Listopad Poetycki do Poznania i innych miast Wielkopolski. Okoliczności były dość niezwykłe, bo żyłem wtedy mocno i nie wylewałem za kołnierz. Jola ratowała mnie wtedy podczas imprez i może uchroniła też od trudnych do przewidzenia konsekwencji. Następne spotkania znowu wiązały się z imprezą organizowaną przez Nikosa Chadzinikolau, choć spotykaliśmy się też w innych miastach, na literackich szlakach, podczas spotkań autorskich i czytaniu poezji. Często wtedy opowiadała mi o swoim mężu, ciężko chorującym i wymagającym opieki, a gdy zbliżał się koniec jego życia, konsultowała się ze mną co do bydgoskiego szpitala im. Jurasza. To była spora wyprawa z Wągrowca i Jola chciała wiedzieć jak dojechać, jak zachować się w tej placówce i wreszcie, gdzie zatrzymać się w Bydgoszczy. Po śmierci męża nie zwolniła tempa, dalej pisała i publikowała kolejne zbiory wierszy, na okładkach zamieszczając fragmenty moich recenzji. Niebawem los uśmiechnął się do niej i związała się z kolegą z dawnych czasów, który niegdyś kochał się w niej, ale jakoś nie został jej mężem. Teraz stał się jej partnerem i powiernikiem wszelkich życiowych trosk i – jak się mogłem o tym przekonać odwiedzając ich w 2014 roku w Wągrowcu – zapewnił spokój i stworzył znakomitą atmosferę do pracy twórczej.  Gdy wyszliśmy razem na spacer do ogrodu i pobliskiego lasu, nic nie zapowiadało rychłego końca życia poetki, a jej wypowiedzi wskazywały, iż ma szerokie zamierzenia literackie. Miło było patrzeć na jej szczęście u boku mężczyzny, którego kochała w młodości i który stał się dla niej podporą w ostatnich latach. Jola słynęła z urody, a w młodości była obiektem westchnień wielu mężczyzn, którzy nosili w pamięci jej zgrabną sylwetkę i twarz, z charakterystycznym pieprzykiem na lewym policzku. Szczególnie interesował się nią pewien literat z Zielonej Góry, który często towarzyszył jej podczas imprez literackich i stale zabiegał o jej względy. Jakie były tego konsekwencje, trudno powiedzieć, wszakże nie interesowałem się tym w jakiś specjalny sposób.

Wągrowiec – 2014

Brałem udział w wielu Międzynarodowych Listopadach Poetyckich i zdarzało się, że w przydzielonej mi grupie była poetka z Wągrowca. Sporo wtedy rozmawialiśmy, w autobusach, busach i samochodach, snuliśmy też jakieś plany na przyszłość i niektóre z nich udało nam się zrealizować. Często związane to było z Tadeuszem Wyrwą-Krzyżańskim, z którym przyjaźniliśmy się oboje – żywiołowym organizatorem imprez literackich w Czarnkowie i Pile. Ostatni raz byliśmy razem na takim spotkaniu w maju 2013 roku, kiedy to zostaliśmy zaproszeni na XVI Nadnoteckie Dni Literatury do Biblioteki im. Pantaleona Szumana w Pile.  W moim archiwum literackim zachowały się zdjęcia, które obecnie mają wartość historyczną, bo przecież Tadeusz i Jolanta są już po drugiej stronie istnienia. Byliśmy wtedy w dobrej formie i spotkanie przebiegało w sympatycznej, braterskiej atmosferze, a Jola – jak zwykle – promieniała i obdarzała chwile swoim perlistym śmiechem, sypała jak z rękawa anegdotami i czytała wiersze. Ludzie odbierali ją jako wesołą, komunikatywną osobę, bujającą w obłokach i cieszącą się życiem. Tylko nieliczni wiedzieli o jej kłopotach zdrowotnych, o nieustannej pracy przy ciężko chorym mężu i trudnościach kolejnych dni.  Obserwując ją przez lata, zauważyłem, że była bardzo bystra i potrafiła wnikliwie analizować ludzkie postawy – ukrywając swoje prawdziwe oblicze za maską zabawnej kumpeli, potrafiła właściwie oceniać zachowania i formułować (najczęściej na ucho) sądy o uczestnikach życia literackiego. Jej świat wewnętrzny był przebogaty, o czym świadczą liczne książki i wiersze pozostałe, opublikowane w tomie pt. Mówię o sobie ciszą. Jej nieustanne czuwanie przy wrażliwości stało się sposobem na życie i manifestacją uczestnictwa w odwiecznym rytuale istnienia i przemijania. Odnalezione rękopisy i maszynopisy świadczą o tym, że długo pracowała nad swoimi utworami, kreśląc i modyfikując, dostosowując wersy do własnego modelu wiersza.


Wręczenie Nagrody Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej – Powiatowa Biblioteka Publiczna w Wągrowcu (2014)

            Warto też wspomnieć o pracy pedagogicznej Jolanty Nowak-Węklarowej, najpierw w Czarnkowie, a potem krótko w Żydowie i wreszcie we Wągrowcu. Wiele roczników młodzieży zapamiętało ją jako żywiołową polonistkę, wspaniale interpretującą literaturę polską, znakomicie orientującą się w licznych trendach i odmianach gatunkowych,  a przy tym niezwykle wyrozumiałą dla młodzieży. Pracując w Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego czasem miałem do czynienia z absolwentami I Liceum Ogólnokształcącego w Wągrowcu i za każdym razem dowiadywałem się od nich czegoś nowego o mojej przyjaciółce. Ale o tym, jak znakomicie przygotowywała młodzież do studiów polonistycznych, przekonałem się, gdy jej wychowanka trafiła na moje seminarium magisterskie i napisała świetną pracę o powinowactwach Mickiewicza z romantyczną literaturą niemiecką. Osiągnięcia pedagogiczne, dziennikarskie i artystyczne nie pozostały bez echa, i to zarówno na poziomie państwowym, regionalnym, jak i literackim. Odznaczano ją wysokimi orderami: Złotym Krzyżem Zasługi (1985), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2003), a także Odznaką Zasłużony Działacz Kultury – na polu literackim ukoronowaniem dorobku stała się Nagroda Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej, którą miałem zaszczyt wręczyć poetce w 2014 roku. Uroczystość w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Wągrowcu zgromadziła liczne grono wielbicieli poezji Joli, pojawili się też reprezentanci władz miejskich i Prezes Oddziału Poznańskiego Związku Literatów Polskich. Autorka wystąpiła w seledynowej, powiewnej garsonce, promieniała uśmiechem i widać było, że jest wyraźnie wzruszona, choć może niektórzy zauważyli też łzy w kącikach jej oczu. Może to było przeczucie, że minie półtora roku i niebawem skończy się wszystko, a śmierć zaskoczy ją tak bardzo, że nie zdąży nawet uporządkować swojego archiwum literackiego.    

« Older entries

%d blogerów lubi to: