TWÓRCZE OŻYWIENIE STEFANA PASTUSZEWSKIEGO

Stefan Pastuszewski zawsze był płodnym literatem, a ostatnio stał się też bardzo aktywnym naukowcem i eseistą, sięgającym po niezwykle interesujące tematy. Wyraziste staje się jteż zadanie, które przed sobą postawił, owo wypełnianie luk w zakresie opisu życia literackiego i kulturalnego ostatnich dziesięcioleci dwudziestego wieku i pierwszych dekad wieku następnego. W roku 2016 ukazała się pierwsza praca w ambitnie zaplanowanym ciągu: Edytorstwo literatury pięknej w latach 1956-1989, będąca syntetycznym przybliżeniem osiągnięć edytorów z naszego miasta, a także analizą złożonych procesów promocji i kształtowania nurtów, lansowania twórców i stowarzyszeń literackich. Pastuszewski posiadł ogromną wiedzę na ten temat, gdyż pracował jako dziennikarz i literat, a nade wszystko był wydawcą, który musiał pokonywać wskazane we wstępie bariery: Wydawca musiał uzyskać zgodę Ministerstwa na wydanie tytułu, z czym wiązał się uzależniony od nakładu przydział papieru, o co też trzeba było się starać oraz zgodę Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Obejście tych barier było niemożliwe, bowiem upaństwowiony przemysł poligraficzny – pod groźbą sankcji – ściśle przestrzegał tych uregulowań. Paradoksalnie, ale za ich sprawą, badanie ruchu wydawniczego po 1948 roku jest ułatwione, gdyż każda wydana książka pozostawiła wyraźny ślad w różnych instytucjach. Czwartą barierą dla ruchu wydawniczego była centralizacja państwowych i spółdzielczych wydawnictw. Regionalizacja, która nastąpiła po okresie stalinowsko-bierutowskim była tylko pozorna, bo i tak finansowanie pozostało centralne. Pastuszewski poświęca temu zjawisku pierwszy rozdział swojej książki, wskazując, że Bydgoszcz znalazła się na granicy wielkich regionów i twórcy z naszego miasta musieli najpierw pukać do drzwi Wydawnictwa Morskiego i Wydawnictwa Poznańskiego, a dopiero w maju 1971 roku utworzono w Bydgoszczy Oddział Wydawnictwa Morskiego. Najpierw kierowała nim Maria Kalota-Szymańska, a potem wieloletni agent SB Czesław Slezák. Autor wskazuje, iż Oddział wydawał głównie książki pisarzy z regionu kujawsko-pomorskiego, około 6-9 tytułów rocznie. Był to precedens w skali kraju, gdyż Oddział był w zasadzie dwuosobową (redaktor + sekretarka) redakcją bez bazy technicznej i administracyjnej. A choć próbowano go dwukrotnie zlikwidować, przetrwał do czasów przemian i dopiero wtedy został przemianowany na wydawnictwo „Pomorze”. Pastuszewski wskazuje, że powstanie tych instytucji przyczyniło się do rozwoju literatury, w czym spore zasługi miał też lokalny Oddział Związku Literatów Polskich. Stał się on retortą, w której kształtowały się takie osobowości literackie jak Władysław Dunarowski, Alfred Kowalkowski, Bogusław Sujkowski, Jan Górec-Rosiński, Andrzej Baszkowski, ważną rolę odgrywały też Koła Młodych i środowiska dziennikarskie. O niezależności nie mogło jednak być mowy i utworzenie Kujawsko-Pomorskiego Towarzystwa Kulturalnego wcale nie poprawiło sytuacji wydawniczej miasta, gdyż we władzach znalazło się sporo radykalnych komunistów. Literatom udawało się jednak negocjować korzystne dla siebie ustalenia i po powstaniu Sekcji Literacko-Odczytowej zaczęto publikować książki lokalnych autorów, a także wspomagać ich honorariami za spotkania autorskie. Pastuszewski zamieszcza sporo fotografii osób związanych z literackim ruchem wydawniczym w Bydgoszczy i przypomina takie osoby jak Wiesław Rogowski, Maria Kowalewska, Zofia Wachowiak, Krzysztof Soliński (jak się okazało Kontakt Operacyjny SB „Pegaz”), Czesław Niedzielski. KPTK było instytucją sterowaną przez PZPR, ale osoby z nią związane znajdowały luki, w których można było lokować książki nieideologiczne, literackie, naukowe, a nawet debiuty młodych autorów. Pastuszewski wskazuje też, że na bazie Związku Literatów polskich rozwijał się pozainstytucjonalny ruch wydawniczy, który owocował nowymi seriami, takimi jak Zbliżenia czy Galeria Poezji. Ożywienie literackie w Bydgoszczy nie umknęło uwadze partyjnych zarządców, którzy dostrzegli w nim elementy pozytywne, ale też i potencjalne zagrożenia. Odpowiedzią było tutaj utworzenie w 1982 roku samodzielnego wydawnictwa „Pomorze” i obstawienie go agentami SB, a także ludźmi z określonego układu pezetperowskiego. Pierwszym Redaktorem Naczelnym został Wiesław Woźniak, a po nim funkcję tę pełnili: Zbigniew Cieśliński, ściągnięty z Torunia Wiesław Krzysztoszek i Ryszard Ziętek. Wydawnictwo było ściśle kontrolowane, a i tak ukazały się w nim książki autorów kontestujących system, co uznać należy za sukces naszego środowiska. Autor wskazuje też błędy, które popełnili zarządcy wydawnictwa, które nie wiedzieć dlaczego zaczęło wydawać wielką literaturę światową. Krzysztof Soliński był wtedy pod przemożnym wpływem Grzegorza Musiała, który namawiał go do publikacji książek swoich przyjaciół, szczególnie translatorów i poetów. Akcje te nie miały większego sensu i oficyna musiała przekształcić się w Spółdzielnię Pracy Wydawców „Pomorze”, która nie radziła sobie na polskim rynku wydawniczym i w końcu została rozwiązana w 1996 roku. Praca Pastuszewskiego wypełnia bolesną lukę w zakresie opracowania życia literackiego Bydgoszczy w latach zakreślonych w tytule, a poprzez swoją bezstronność i dokumentację archiwalną może być traktowana jako popularny zarys naukowy, będący wstępem do dalszych badań.

 

Kolejna książka tego autora pt. Rewolucja, odnowa i ożywienie w bydgoskiej kulturze od sierpnia 1980 do grudnia 1981, oprócz tego, że jest cennym opracowaniem naukowym, ma też charakter iście sensacyjny. Jest to omówienie wielu dziedzin aktywności kulturalnej, takich jak teatr, kabaret, estrada, czasopiśmiennictwo i twórczość literacka, a także sztuki wizualne, krytyka artystyczna i upowszechnianie kultury. A wszystko na tle ożywienia społecznego po Sierpniu 1980 roku, powstaniu „Solidarności” i daleko idących zmianach życia w Polsce. To był prawdziwy szok: Wybuch „Solidarności” zaskoczył społeczeństwo Bydgoszczy, a szczególnie środowisko artystyczne. Wszystko było dotąd poukładane, przeważająca większość postaw wobec rzeczywistości społeczno-politycznej to eskapizm, konformizm i oportunizm. Zarzewia kontestacji, krytyki i buntu tliły się głównie w środowiskach młodych twórców, szczególnie tych, którzy nie byli związani etatowo z instytucjami. Było to bowiem pokolenie bez doświadczeń II wojny światowej i w zasadzie także doświadczenia stalinizmu. Korzystając z „przecieków” z Zachodu pewna część młodych twórców nabierała przekonania, że wolna kultura to taran, który rozbija tyranię. Więź międzypokoleniowa była słaba z uwagi na różne drogi życiowe, a szczególnie oczekiwania jeśli idzie o młodych, którzy narzekali na zastój, stagnację, jak się wtedy mówiło. Miała miejsce wyraźna konkurencja, dotycząca głównie pokolenia, które „ustawiło się” w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku oraz pokolenia pierwszych dwóch dekad po II wojnie światowej. Nie ulega wątpliwości, że monografia Pastuszewskiego jest rodzajem pisania historii na nowo, a przy tym próbą ustalenia jaką rolę w czasie przemian odegrały konkretne osoby bydgoskiej kultury. I tutaj pojawia się ów element sensacyjny, bo autor ujawnia wiele niewygodnych faktów z życia poszczególnych twórców, moderatorów i zarządców, a czyni to zawsze na rozległym tle historyczno-społecznym. Tak jest w przypadku Krzysztofa Solińskiego: Próby nagabywania przez SB były jednak przez przeważającą większość młodych twórców, głownie ze względów moralnych, odrzucane. Nie odmówił jednak wcześniej – jak wynika ze zgromadzonych w IPN dokumentów ewidencyjnych i operacyjnych Służby Bezpieczeństwa – Krzysztof Soliński (1950–2006). 27 maja 1977 roku został on zwerbowany i zarejestrowany pod numerem 16376 jako Kontakt Operacyjny „Pegaz”. Do momentu zdjęcia z ewidencji 12 grudnia 1989 roku współpraca ta musiała być na tyle owocna, że KO „Pegaz” wraz ze swoimi „prowadzącymi”, w ciągu 12 lat co najmniej nominalnej współpracy, wyprodukował dwie „teczki pracy”, które po przeleżeniu przez pewien czas w archiwum (nr archiwalny I-41164), zostały 18 maja 1990 roku zniszczone „we własnym zakresie z uwagi na znikomą wartość operacyjną”. Trudno dzisiaj powiedzieć czy przyczynił się do tego sam agent Soliński, bo przecież szczątkowe dane wskazują, że mącił solidnie w wielu środowiskach, a jego delatorstwo miało na celu przede wszystkim skanalizowanie ruchu młodoliterackiego. Pastuszewski – jakby nie było ofiara donosów KO „Pegaza” – wskazuje też zasługi edytorskie i literackie Solińskiego, które wszakże znacznie tracą na znaczeniu w obliczu odsłanianej drugiej twarzy tego człowieka. Inną postacią uwikłaną w kontakty z SB, a której działalność donosicielską analizuje autor monografii, jest Wiesław Trzeciakowski: Mimo buntowniczych nastrojów społecznych oraz początkowego chaosu władza realizowała swoje dotychczasowe plany sterowania kulturą, w tym za pośrednictwem tajnych służb. W styczniu 1981 roku przy ul. Pomorskiej 5 otworzył swoje podwoje Klub Miłośników Sztuki. Kierownikiem został Wiesław Trzeciakowski (1950 –). Był on od 19 czerwca 1980 roku tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Mercedes” (nr rejestracji 18642). Jego zadaniem było zapewnienie dopływu informacji o stanie zagrożeń występujących w środowisku literackim miasta Bydgoszczy, a w szczególności w odniesieniu do mogących występować działań antysocjalistycznych”. Miał to czynić poprzez ustalanie osób o poglądach wrogich politycznie, ujawnianie faktów wykorzystywania spotkań autorskich do prowadzenia działalności antysocjalistycznej, przekazywanie charakterystyki osób w opracowaniu lub rozpoznaniu”. Pastuszewski obnaża delatorstwo Trzeciakowskiego, ale też – co jest wątpliwe – wskazuje jego obywatelską postawę, szczególnie w przygotowywanych dla SB elaboratach socjologicznych, które przecież dzisiaj brzmią jak wypowiedzi Papkina. Trudno też zgodzić się z naciąganym usprawiedliwianiem donosiciela, jakoby ofiary szantażu ze strony SB, która założyła mu akta „H”, wskazujące na ściśle określone upodobania seksualne. Przeglądając teczkę tego skomplikowanego mentalnie człowieka, natkniemy się przecież na własnoręcznie podpisane pisma, informacje o otrzymanych prezentach, a i przetrzebienie dokumentacji wskazuje na to, że zakres jego perfidnych działań był znacznie szerszy. Pastuszewski ujawnia też informacje o innych agentach SB wkorzenionych w struktury literackie Bydgoszczy, a więc o Czesławie Slezáku (TW „Leszek”), Tadeuszu Petrykowskim (TW „Bury Wiesław”), Januszu Kryszaku (TW „Krzysztof”). Niezwykle interesujące – chociaż niepełne – są informacje autora o donosicielach SB w bydgoskim środowisku artystycznym, ze szczególnym uwzględnieniem Jerzego Puciaty (TW „Lewandowski”, TW „Lew”, TW „Piast”), choć i tutaj wątpliwość budzi swoista rehabilitacja delatora: Przyczyną zgody na współpracę, być może nawet nie udzielonej na piśmie, mógł być szantaż oparty o publiczne ujawnienie współpracy w latach 1967-1975, jak również sprawy obyczajowe. Można przypuszczać – znając beztroskie podejście malarza do życia – że nie w pełni zdawał on sobie sprawę z tego co czyni. Jak na opracowanie naukowe, jest to zbytnia dowolność, nie poparta stosownymi dokumentami, które mogłyby przeciwstawić się sporej dokumentacji świadczącej o współpracy z SB. I choć Pastuszewski podaje sporo faktów związanych z pozytywną działalnością (jego „oczyszczaniem się w ogniu rewolucji solidarnościowej”), to zniszczenie teczek przez SB, dowodzi o wadze spraw, które Puciata poruszał i analizował. Monografia przynosi też informacje o innych agentach ze środowiska plastycznego, teatralnego i estradowego, a więc o informatorze Wojskowych Służb Specjalnych Andrzeju Stanisławie Budniku, o Zygmuncie Bobrowskim, Grażynie Juszczyk (TW „Róża”), Urszuli Tauzik. Zdziwienie musi też budzić zaklasyfikowanie jako rewolucjonistów i odnowicieli kultury bydgoskiej takich osób jak Józef Herold, Piotr Szymański, czy Marek Zagórski, brakuje też analiz agentury w Polskim Radiu, wyraziście odnotowanej w IPN-ie.

 

Dwaj agenci SB, których działalność opisuje S. Pastuszewski – od lewej: Krzysztof Soliński (TW „Pegaz”) i Wiesław Trzeciakowski (TW „Mercedes”)

Kontynuacją i dopełnieniem omówionych wyżej prac jest Krótka historia literatury Bydgoszczy, którą Stefan Pastuszewski przygotował do druku i udostępnił recenzentom. Autor dookreśla we wstępie, iż jego książka jest ledwie rejestrem ważniejszych faktów literackich i okołoliterackich oraz procesów zachodzących w tej strefie, w pewnym tylko stopniu zaopatrzonym w szerszy opis. Zarówno z uwagi na ową skrótowość i świadomie założony charakter dokumentacyjny, ale też ze względu na fakt, że autor sam uczestniczy w życiu literackim miasta i regionu, opracowanie to pozbawione jest w zasadzie ocen, chyba że są one utrwalone i stosunkowo mało kontrowersyjne; zazwyczaj są to przytoczenia innych autorów. Skrótowość monografii wynika także z faktu, że założono sporządzenie syntezy, całościowego oglądu funkcjonowania literatury w Bydgoszczy na przestrzeni dziejów. Kryterium wyboru przywołanych twórców to przede wszystkim rola jaką odegrali oni w tym, co kolokwialnie nazywa się duchowością i życiem artystycznym miasta. Są to więc pisarze trwale z Bydgoszczą związani, albo też świadomie przez dłuższy czas współdziałający w pomnażaniu jej dorobku kulturalnego. W opracowaniu przywołuje się też, głównie w Aneksie 1, twórców, którzy pochodzili z Bydgoszczy lub przez pewien czas w niej przebywali. Urodzili się w Bydgoszczy lub byli z nią związani, ale dla tego miasta, oprócz popularyzacji jego nazwy w swoich notach biograficznych, zazwyczaj niewiele uczynili. Odnotowano więc „dla porządku” pisarzy, których związki z tym miastem można nazwać „symbolicznymi”, choć trudno tak nazwać formowanie się i kształcenie w okresie dziecięco-młodzieńczym. W monografii tej nie używa się określenia bydgoski, bowiem „pisarze zmieniają miejsce zamieszkania, w sposób naturalny zrywają więzi bezpośrednie, wchodzą w inne regionalne i lokalne zależności o charakterze instytucjonalnym”. „Żaden twórca nie jest przywiązany na stałe do swego miejsca pobytu i miejsca twórczości. Każde środowisko twórcze ulega fluktuacjom. Przybywają doń ludzie nowi z innych środowisk twórczych, mający już na swym koncie mniejszy lub większy dorobek literacki, z drugiej zaś strony notujemy często odpływ twórców. jednym słowem mamy do czynienia ze zjawiskiem migracji literatów. Wybór przywołanych w tej monografii pisarzy, jest więc w mniejszym lub większym stopniu subiektywny, jak subiektywne są zaliczenia do kategorii pisarz lub literat. Choć autor stara się zminimalizować swoją rolę, to nie ulega wątpliwości, że jego praca jest bardzo cenna i wypełnia kolejna lukę w zakresie poznania kultury naszego miasta. Wszak każde dzieło tego typu wzbogaca dorobek regionu i interioryzuje go w ściśle określonym czasie. Praca ta prawdopodobnie będzie wstępem do szerszego, panoramicznego opracowania, które może stanie się wykładnią tego, co literatura bydgoska osiągnęła. Może też będzie impulsem do utworzenia instytucji, która by zbierała i opracowywała dane na ten temat. Od dawna mówi się, że powinno powstać w Bydgoszczy Archiwum Pisarzy Pomorza i Kujaw, którego utrzymanie zapewne nie kosztowałoby zbyt wiele. Pastuszewski ma wszelkie dane ku temu, żeby stworzyć grupę badawczą, zajmującą się opracowaniem archiwów zmarłych pisarzy, zbiorów bardzo bogatych i narażonych na rozsypanie w kolejnych latach. Cieszy zatem takie wstępne uporządkowanie literatury naszego kręgu, mające swoje braki, ale też będące wyrazistą propozycją periodyzacji i ustalenia zachodzących procesów literackich oraz kształtowania się kanonów gatunkowych i tematycznych. Oczywiście praca ta powinna też posiadać Aneks innego autora, który by opracował dorobek samego Stefana Pastuszewskiego, będącego ważnym uczestnikiem życia literackiego Bydgoszczy, obecnego w niej od lat siedemdziesiątych XX wieku i stale tworzącym wartościowe dzieła.

KRÓLESTWO ZA KONIA!

Theodor Hildebrandt  (1804–1874), Zabójstwo synów Edwarda IV

Prawdziwe dzieje króla Anglii Ryszarda III, z rodu Yorków, giną w pomrokach wieków, zniekształcane i manipulowane przez kronikarzy, wrogów i pseudohistorycznych fałszerzy. Nie ulega jednak wątpliwości, że był on znakomitym strategiem, a w swoich kalkulacjach i planach nie wahał się skazywać na szafot zaciekłych oponentów, a także skrytobójczo zabić w twierdzy Tower niekoronowanego, nastoletniego króla Edwarda V i jego młodszego brata Ryszarda. Czujny i lojalny wspólnik króla Edwarda IV, piął się powoli ku zaszczytom, pomnażał bogactwa, aż w końcu postawił wszystko na jedną kartę i tak jak wielu angielskich władców przed nim i po nim, nie zawahał się przelewać krwi braci, intrygować i skłócać swoje otoczenie, a potem trzymać wszystko żelazną ręką. Dawni historycy angielscy – z których dzieł Szekspir czerpał wiedzę – zapewne czytaliby ze zdziwieniem późniejsze analizy uczciwszych dziejopisów, którzy widzieli w Ryszardzie III tego, który umocnił władzę królewską w Anglii i stworzył solidny fundament dla rządów dynastii Tudorów[1]. Z drugiej strony opisy „najkrwawszego” z królów tego kraju, pozostawione przez Tomasza More’a i innych historyków dynastii przychodzących po Plantagenetach, a także sztuka Szekspira, dały pośrednio legitymację dla późniejszych mordów politycznych i ugruntowały wizerunek władcy tyrana, nie wahającego się zabijać dla własnych korzyści. Tragedia Ryszarda III, zaliczana do Kronik Szekspira, ma wszelkie cechy gatunkowe tragedii i śmiało może stawać w szranki z najbardziej znanymi utworami tego autora – Hamletem, Makbetem czy Otellem. Ale przecież ma też rys indywidualny, doraźnie zakotwiczony w historii Anglii XV wieku, obecnie dogłębnie zanalizowanej i opisanej, a nieoczekiwanie zwieńczonej odnalezieniem szczątków króla w 2002 roku i jego nowym, paradnym pochówkiem w katedrze św. Marcina w Leicester. Nie ulega wątpliwości, że pod zwykłym miejskim parkingiem archeolodzy odkryli szkielet Ryszarda III, pochowanego po przegranej bitwie pod Bosworth w klasztorze franciszkanów, który zburzono doszczętnie już w roku 1538, skazując na zapomnienie miejsce pierwszego pochówku króla. Autentyczność potwierdziło datowanie radiowęglowe i porównawcze badania genetyczne żyjącej potomkini władcy. Okazało się, że był on niewielkiego wzrostu i kruchej budowy ciała, a zginął najprawdopodobniej od ciosu halabardą w głowę. Szkielet nosił też ślady wielu innych ran, które człowiek ten odniósł w licznych walkach – nie potwierdziła się też diagnoza Szekspira, że Ryszard III cierpiał na kifozę (garb), współcześni radiolodzy uznali, że jego dolegliwością była skolioza, a więc skrzywienie boczne kręgosłupa.

William Szekspir lubował się w przerysowaniach charakterologicznych i przedstawianiu realnych postaci w perspektywie kosmicznej walki elementarnych żywiołów. Według niego władcy i mordercy należeli do tej samej kasty nieszczęśników, nie potrafiących poradzić sobie z obciążeniami genetycznymi, cechami indywidualnymi, a nade wszystko z bieżącymi wydarzeniami, najczęściej zaskakującymi i stawiającymi ich pod murem straceń. Powstało już wiele prac wskazujących ciąg patologicznych osobowości[2] elżbietańskiego twórcy i jego upodobanie do wzmacniania wymowy ich działań, a i często zakłamywania realiów epoki. Cóż, każdy twórca, czy to poeta, prozaik czy dramaturg, ma prawo w swoich tekstach modyfikować realia, a jeśli osiąga tak niezwykły efekt artystyczny jak autor Otella i kreator diabolicznego Jagona, prawda i fałsz zaczynają bytować w innej przestrzeni i stają się tak samo kowalne, jak życiorysy poszczególnych postaci. Nie ulega wszakże wątpliwości, że Ryszard III jest w utworze Szekspira postacią odrażającą, uciekającą się do zbrodni i wiarołomstwa, a dodatkowo ohydną z ludzkiego punktu widzenia – to studium tyranii władzy, która nie cofa się przed niczym, a ostatecznie gaśnie jak świeca, przy silniejszym powiewie historii. Wokół tego schorowanego i dziwacznego człowieka narosło wiele fałszywych opinii i analiz, ale wspólne dla wielu władców i przywódców pozostaje pytanie o kontekst historyczny i efekt jaki uzyskali podczas swoich rządów. To jest ten sam dylemat, jaki pojawia się, gdy porównujemy zbrodnie Stalina z jego sukcesami w walce z Hitlerem, a w szerszej perspektywie – to pytanie o stosunek wszelkiej destrukcji do konstrukcji i finalnie osiąganych efektów. W tym przypadku mamy niewątpliwie do czynienia z manipulacją historyków z okresu panowania Tudorów, a i tak postać Ryszarda III – w ujęciu Szekspira – zastanawia i każe podjąć źródłowe badania, ustalające rzeczywisty wkład tego władcy w historię Anglii i dzieje sztuki wojennej. Tak szekspirowski garbaty karzeł z uschniętą ręką staje się żywym człowiekiem, który śmiało staje do konfrontacji z Lancasterami i nie przeczuwa, że zdradzą go suto nagradzani lordowie. Jego działania wojenne pozostają w sprzeczności z ułomnościami, które wskazał dramaturg, a ostateczne zawołanie Królestwo za konia!, świadczy o tym, że potrafił analizować sytuację i w obliczu niechybnej śmierci gotów był poświęcić wszystko. Okrucieństwo czasów, w jakich żył, nie dawało szans na jakiekolwiek kompromisy, a jedynie śmierć władcy dawała pewność, że na tron zostanie wyniesiony jego oponent. Pamiętajmy, że działo się to w kraju katolickim, przed reformą kościoła dokonaną przez Henryka VIII Tudora i ludzie postrzegali Boga jako Stwórcę świata, istniejącego realnie w niebie i przenikającego cały przestwór swoją mistyczną mocą. Badacze wszakże zwracają uwagę, że koncepcja zła w Tragedii Ryszarda III bliska jest poglądom Fryderyka Nietzschego[3] i łączą ją z makiaweliczną naturą głównego bohatera, wykorzystującego zło do ściśle określonych celów. W takim ujęciu zło jest brakiem dobra i może istnieć w świecie za przyzwoleniem tych, którzy mogą o tym decydować, a nawet zawieszać prawa natury w sytuacjach, gdy wkraczają do niej duchy i siły niewyobrażalne. Mogą tego dokonywać ludzie, którzy traktują etykę jako coś, co można dowolnie kształtować, naginając ją do własnych celów i często okrutnych koncepcji. Cynizm łączy się tutaj z odwagą, a brak litości z przekonaniem o wyższości celów i nieomylności rozstrzygnięć królewskich – rozlewana krew staje się błahą cieczą, tak samo niezbędną do życia jak woda. Bez mordów i egzekucji majestat władzy byłby pustym frazesem, a tak staje się groźnym synonimem Boskiej kary, egzekwowanej przez zarozumiałego szafarza.

Autor tej dramatyzowanej kroniki zrobił wszystko, by czytelnik czy widz uwierzyli, że Ryszard był ohydnym mordercą. Ta kreacja postaci, oprócz zastosowań doraźnie użytkowych, miała też wzmacniać efekt dramaturgiczny i powodować, że werdykt Szekspira był bezdyskusyjny. Twórca nie był wszakże nowicjuszem literackim i doskonale wiedział, że od oskarżenia bardzo blisko jest do przerysowania – zastosował zatem sprytny trick, każąc Ryszardowi złożyć samokrytykę już na początku utworu. Dowiadujemy się z tej wypowiedzi, że przyszły król jest zbyt toporny i szorstki by się przeglądać w lustrze i wdzięczyć do dam, a przy tym: pozbawiony przez zdradną Naturę/ Proporcji ciała i gładkości rysów,/ Zdeformowany, posłany przed czasem/ Do świata żywych, choć nań niegotowy,/ I aż tak szpetny w moich zniekształceniach,/ Że psy szczekają na mnie, gdy się zbliżam.[4] Ileż trzeba mieć kompleksów, by podkreślać tylko własne ułomności i jakie piorunujące wrażenie musiało to wywierać na ludziach współcześnie żyjących z Szekspirem. W tej pierwszej wypowiedzi pojawia się też główny problem dramatu, wszak książę Gloucesteru i późniejszy król, nie waha się scharakteryzować siebie jako uosobienie zła: Jestem stworzony, bym zło uosabiał/ I gardził blichtrem leniwych dni uciech./ Podjąłem spisek, ryzykowny zrazu,/ By mętną wróżbą, treścią snu, oszczerstwem,/ Zasiać śmiertelną nienawiść pomiędzy/ Mojego brata – Clarence`a i króla.[5] Te określenia i wiele innych w kolejnych partiach dramatu, stają w sprzeczności z dynamiką wojenną i przenikliwością strategiczną Ryszarda, znajdującą swoje zwieńczenie w scenie trzeciej aktu piątego, nie mogącą niestety przewidzieć zdrady dawnych stronników. Jak w wielu utworach Szekspira osoba uosabiająca zło staje się centrum dziejowego zawirowania[6] i zawiesza prawa natury – powoduje, że sfera materialna i duchowa staje się jedną przestrzenią. Oprócz realnych ludzi opluwających monarchę, pojawiają się także duchy osób, które zamordował lub zabił w walce. Wszystko zdaje się sprzysięgać przeciwko temu człowiekowi, który – może zbyt naiwnie – uwierzył we własne talenty przywódcze, wszystko postawił na jedną kartę i przegrał w konfrontacji z przewrotnością ludzkiej natury i fałszem swojego najbliższego otoczenia. Ale przecież w ostatnich chwilach zyskał wiedzę o świecie i sobie samym, której nie był świadomy. Prosząc o konia, który mógłby go wywieźć z tej matni, gotów był poświęcić to, co było istotą jego działań i walk – królestwo ziemskie. Nagle stało się ono błahe w konfrontacji ze złem i bliską śmiercią i jakże niewielkie w obrębie przeogromnych, destrukcyjnych energii kosmicznych.

Nowy przekład Tragedii Ryszarda III, dokonany z oryginału przez Ryszarda Długołęckiego jest kolejnym ważkim osiągnięciem tego translatora, który coraz konsekwentniej zaczyna podążać drogą swoich znakomitych poprzedników. Mając do dyspozycji wcześniejsze przekłady, autor nowego spolszczenia mógł skorygować wszelkie błędy i usterki, a także zaproponować własną wizję językowego kształtu dzieła. Podobnie, jak w pracach wcześniejszych – Hamlet, Makbet, Król Lear i Sonety – tłumacz osiągnął niezwykły efekt mimetyczny, a przy tym raz jeszcze wydobył z dzieła czystą klarowność, powodującą, że staje się ono tyleż kreacją Szekspira, co pogłosem prawdziwych dziejów Anglii. Zdumiewająca jest owa konkretność i funkcjonalność języka zaproponowanego przez translatora, powodująca, iż czytelnik ma wrażenie, że obcuje jakby z dziełem napisanym w oryginale po polsku. Trudno tutaj wskazać jakieś wątpliwe uniki czy nadużycia słowotwórcze, raczej mamy do czynienia z autentycznym odwzorowaniem, świadczącym o głębokim zrozumieniu języka Szekspira i stosowanych przez niego tropów stylistycznych. Przekład Ryszarda Długołęckiego niczego nie traci z wymowy oryginału, a poprzez wskazaną wyżej klarowność językową, orbituje ku najważniejszym dokonaniom translatorów tego dzieła, jakże skomplikowanego w swojej strukturze i treści. Tłumacz zaczął swoją pracę nad dziełami elżbietańskiego twórcy od utworów najbardziej znanych i zarazem najtrudniejszych, będących sprawdzianem jego możliwości naśladowczych i wybór Tragedii Ryszarda III ma swoją wymowę i ustawia tę kronikę w ciągu najważniejszych osiągnięć scenicznych autora. Miejmy nadzieję, że translator nie zwolni tempa i niebawem ujrzy światło dzienne kolejny ekscytujący i wyjątkowy przekład angielskiego twórcy, stawianego powszechnie na samym szczycie literatury światowej.

____________________

[1] Por. G. Sampson, Historia literatury angielskiej w zarysie, Warszawa 1967, s. 293.

[2] A. Bennett, N. Royle, Literature, Criticism and Theory, Harlow 1988, s. 224.

[3] Por. A. Astha, Shakespeare’s paradoxical portrayal of Richard III: Early-modern notion of Evil and the Tudor idea of history, Kolkata 2020, s. 1–2.

[4] W. Szekspir, Tragedia Ryszarda III, Akt I, s. 1, przeł. R. Długołęcki.

[5] Tamże.

[6] Por. R. Castleden, Wcielenia zła, przeł. K. Bieniaszewska, Warszawa 2008, s. 46–49.

* * *

Morze bezsensownego zła, z którego wynurzają się coraz nowe, coraz większe nonsensy. Góry kłamstwa, do którego tak przyzwyczailiśmy się, że sami kłamiemy z ironicznym uśmiechem. Najpoważniejsi ludzie mówią o „nowym człowieku” – bez mrugania okiem, chociaż wiedzą, że żaden nowy człowiek nie istnieje: jest wciąż ten sam stary człowiek, który sam na siebie zastawił najstraszliwsze sidła, pojmał się w nie i szarpie się bez żadnych rezultatów. Okropność męki owadów, zwierząt, człowieka. Wszystko trzeba przyjmować tak, jakby to miało jakieś znaczenie, a znaczenia to nie ma.

Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1964-1980, oprac. Agnieszka i Robert Papiescy, Warszawa 2012.

CZYTAJĄC DICKENSA (1)

Charles Dickens – 1843

3 stycznia 1842 roku Charles Dickens wszedł na pokład parowca Britannia, ważącego 1156 ton i zmierzającego z Liverpoolu do Halifaxu, a potem dalej – do Bostonu. Statek został zbudowany przez Roberta Duncana, a zwodowano go 5 lutego 1840 roku i od czerwca tegoż roku zaczął regularnie kursować jako liniowiec Cunarda – Brytyjskiej i Północnoamerykańskiej Królewskiej Parowcowej Kompanii Pocztowej (British and North American Royal Mail Steam Packet Company). Magnat morski Samuel Cunard założył ją do spółki z kilkoma udziałowcami w 1838 roku, siedzibę lokując w mieście Halifax, na Nowej Szkocji. Do linii Cunarda należał pierwszy żelazny transatlantyk Persia, a także ostatni bocznokołowiec Scotia, który był zdobywcą Błękitnej Wstęgi Atlantyku. Dickensa skusiła reklama, którą potem złośliwie wykpił w pierwszym rozdziale swoich Notatek z podróży do Ameryki (1842), przyjętych z entuzjazmem w Anglii i skrytykowanych bezlitośnie w USA. Trzydziestoletni Dickens był już człowiekiem zamożnym i stać go było na podróż z żoną nowoczesnym statkiem parowym. Takiej możliwości nie miał ubogi polski poeta romantyczny Cyprian Norwid, który znacznie później, bo w roku 1852 podróżował do Ameryki tańszym, ale i mniej bezpiecznym kliprem Margaret Evans, dodatkowo narażonym na długie postoje w trakcie ciszy na morzu. Norwid opisał takie nostalgiczne chwile w Czarnych kwiatach, dokumentując między innymi długi bezruch po wypłynięciu klipra z Londynu, najprawdopodobniej w okolicach wysp Faroe.  Statek Dickensa płynął 18 dni i nigdy potem nie uległ kolizji, przewożąc wielu emigrantów do nowej ojczyzny i podróżników pragnących zobaczyć budzący się do życia kontynent. Ogromny postęp techniki spowodował, że już w 1849 roku Britannia została sprzedana Niemcom i przemianowana na jednostkę wojenną Barbarossa, a u końca swojej historii znalazła się nawet Gdańsku, gdzie służyła jako jednostka hotelowa, by ostatecznie trafić na złom w Kilonii w roku 1880. Pisarzowi nie spodobała się wąska kajuta, do której nie mógł nawet wcisnąć ogromnych waliz, ale z czasem przyzwyczaił się do niej i uznał za dobre schronienie pośród oceanicznych odmętów.

Parowiec Britannia

Podróż była niezwykle uciążliwa i obfitowała w chwile, raz to euforii, a innym razem smutku, zwątpienia i poczucia bezsensu. Nowość i wyjątkowość tej sytuacji rodziła w Dickensie  romantyczne porównania i zachwyty: Mrok, przez który wielka czarna bryła przebija sobie pewną i nieomylną drogę; gwałtowny pęd wody, wyraźnie dosłyszalny, lecz słabo dostrzegalny; szeroka, biała, iskrząca się smuga w kilwaterze statku. Marynarze na wachcie u przodu statku, co byliby zaledwie widzialni na tle ciemnego nieba, gdyby nie zasłaniali sobą jakiejś plejady jarzących się gwiazd. Sternik u koła sterowego z oświetloną przed sobą mapą, jasną plamą blasku wśród ciemności – niby jakaś czująca istota o boskiej przenikliwości i rozumie. Melancholijne wzdychanie wiatru pośród bloków, lin i łańcuchów. Prześwitywanie światła z każdej szpary, wnęki i z najdrobniejszego szkiełka na pokładach, jakby statek płynął napełniony ukrytym ogniem, co gotów buchnąć z każdego otworu, szalony w nieodpartej potędze śmierci i zniszczenia. Również na początku, i to nawet wówczas, gdyśmy się już oswoili z godziną, co czyni każdą rzecz wyższą i bardziej tajemniczą, trudno nam było – pogrążonym w samotności i zadumie – sprowadzić wszystko do właściwych kształtów i zarysów. Zmieniają się one zależnie od gry wyobraźni. Zaczynają przypominać rzeczy, któreśmy zostawili za sobą gdzieś daleko, udają dobrze nam znany widok ulubionych miejsc serdecznie drogich, a nawet zaludniają je cieniami. (Ch. Dickens, Notatki z podróży do Ameryki, t. 1, przeł. B. Czerwijowska, Warszawa 2020, s.19-20) Wyobraźnia ludzka reaguje na mrok niezwykle dynamicznie i najczęściej generuje obrazy katastrof i zagrożeń. Podobnie było z Dickensem, który przedstawił przedzieranie się okrętu jak tytaniczną walkę potworów: Nigdy nie zapomnę, jak statek pracowicie przedzierał się tej nocy przez wzburzone morze. „Czy może być kiedy gorzej niż teraz?” – słyszałem często takie pytanie, gdy wszystko wokoło osuwało się i zderzało i gdy możliwość, by w ogóle coś, co pływa, było bardziej przerzucane, a nie przewróciło się i nie poszło na dno, zdawała się prawie niepojęta. Najżywsza zaś wyobraźnia nie potrafi sobie wystawić, czym jest podrzucanie parowca w burzliwą noc zimową na rozszalałym Atlantyku. Nie wyrażę tego, choć powiem, że zostaje on powalony na burtę między fale, z masztami pogrążonymi w wodzie, że się podrywa i znów przetacza na drugi bok, aż wreszcie wzburzone morze uderza weń z hukiem stu ciężkich dział i odtrąca go wstecz. Że przystaje, słania się i dygoce jak ogłuszony, a potem z gwałtownym pulsowaniem  w sercu miota się naprzód niby potwór dźgany ościeniem aż do szału, że rozszalałe morze bije go, tłucze, miażdży i skacze nań z furią. Że grzmoty, błyskawice, grad i ulewa, i wichura wiodą z nim srogi bój o zwycięstwo, że każda deska statku wydaje swój jęk, każdy gwóźdź – zwój zgrzyt, a każda kropla wody wielkiego oceanu swoje wycie – opisać to wszystko jest niczym. Lęk łączy się tutaj z fascynacją siłami natury i wytrzymałości okrętu, który wolno posuwa się do przodu. Tuż przy wejściu do Halifaxu, pilot popełnia błąd i jednostka na krótko osiada na mieliźnie, a potem musi lawirować pomiędzy rafami. W końcu podróżni schodzą na ląd, a choć jest noc, czują podniecenie, widząc zabudowania, ludzi i liczne światła na brzegu.

Dziewiętnastowieczny Boston

Dalsza trasa wiedzie do Bostonu, gdzie Dickens natychmiast zaczyna zapoznawać się ze społecznością amerykańską, dziwi się ilości wyznań i różnorodności architektonicznej kościołów. Zapraszany do wielu miejsc, odwiedza między innymi zakład dla niewidomych dzieci i opisuje heroiczne zmagania małej dziewczynki Laury Bridgman, która straciwszy wzrok, słuch, węch i smak, tylko przy pomocy dotyku nauczyła się porozumiewać z otoczeniem. Istota ta – tak godna podziwu – staje się bohaterką pierwszych amerykańskich dni pisarza i zyskuje jego wielką sympatię. Bytując w mroku i ciszy, nauczyła się czytać wypukłe litery, rozpoznawać przedmioty, a nade wszystko artykułować swoje uczucia i doznania dzięki alfabetowi palcowemu. Pisarz zauważył niezwykłą ruchliwość i migotliwość Bostonu, miasta położonego nad rzeką Charles, wpadającą do zatoki Massachusetts, będącą częścią znacznie większej Zatoki Maine i chronioną przez liczne wysepki, moczary i mielizny przed sztormami Atlantyku. Starczy spojrzeć na stare ryciny, by zdać sobie sprawę jak wiele statków obsługiwał ten port w połowie dziewiętnastego wieku i jak szybko rozwijało się tam niskie budownictwo mieszkalne i użyteczności publicznej. Dickens odwiedza domy poprawcze dla dziewcząt i chłopców, gdzie przywraca się młodzież społeczeństwu przede wszystkim poprzez pracę. Ogląda też bostońskie domy dla obłąkanych, gdzie dziwi go to, że pensjonariusze podczas posiłków i wykonywanych prac, mają do dyspozycji noże, widelce i ostre narzędzia. Jako pisarz stale analizujący zachowania ludzkie i snujący w swych utworach refleksje na ich temat, Dickens nie omieszkał odwiedzić też sądu, uczestniczyć w kazaniu kapłana z przeszłością marynarską i używającego w swych mowach słownictwa marynistycznego, a także brał udział w licznych „proszonych obiadach”, na których królowały dymiące steki i wazy pełne żurawiny. Odnotował też istnienie w Bostonie całkowicie bezużytecznego teatru, do którego chodzi kilka pań do towarzystwa i opisał bar z hotelem, w którym przebywał razem z żoną. Przez cały czas pisarz porównuje instytucje amerykańskie z angielskimi, najczęściej chwaląc otwartość i sprawiedliwość tych zza oceanu. Nie waha się też krytykować zachowań i poglądów, jak wtedy, gdy rozprawia się z źle rozumianym transcendentalizmem:  Owoce ziemi czerpią swą siłę ze zgnilizny i rozkładu. Z mierzwy tych wszystkich zjawisk wystrzeliła setka filozofów zwana transcendentalistami. Gdy spytałem, co by mogła przypuszczalnie oznaczać ta nazwa, dano mi do zrozumienia, że wszelka rzecz niezrozumiała będzie z pewnością transcendentalna. Ponieważ to wyjaśnienie małą mi dało pociechę, prowadziłem dalej moje dochodzenie i odkryłem, że transcendentaliści to wyznawcy mego przyjaciela pana Carlyle’a – albo powinienem raczej powiedzieć, jego zwolennika Ralfa Waldo Emersona. Człowiek ten napisał tom „Szkiców”, w których między wielu innymi rzeczami wysnutymi z marzeń i fantazji (niechże mi te moje słowa wybaczy) znajduje się znacznie więcej myśli słusznych i męskich, uczciwych i śmiałych. Transcendentalizm miewa niekiedy swoje dziwactwa (a któraż szkoła filozoficzna ich nie ma?), ale mimo tych chimerycznych myśli ma swoje zalety. Nie najmniejszą z nich jest serdeczna niechęć do obłudy i zdolność tropienia tejże wśród miliona odmian jej wiekuistych przebrań. Toteż, gdybym był bostończykiem, sądzę, że zostałbym transcendentalistą.  Końcowy żart miał tutaj złagodzić dość ostrą krytykę, ale w gruncie rzeczy tylko ją wzmocnił, ustawiając tego typu poglądy w jednym szeregu z innymi dziwactwami mieszkańców Bostonu – pierwszego amerykańskiego miasta, które zobaczył autor Klubu Pickwicka i Oliwiera Twista.

FELIETONY Z KLUCZEM

Ryszard Milczewski-Bruno realizował w swoim życiu polski model egzystencji hipisowskiej, różniącej się znacznie od amerykańskiej czy zachodnioeuropejskiej. I choć także ważną rolę odgrywała tutaj przyjaźń w wąskim kręgu przyjacielskim (Szatkowski, Stachura, Różański), to nie było w niej twardych narkotyków, takich jak heroina, haszysz czy LSD. Jedyną i jakże destrukcyjną używką był tutaj alkohol, pity w formie wódki, piwa i wina, z czasem stający się sposobem na życie. To on zabijał poczucie beznadziejności i koił wewnętrzna ranę, stawał się nieodłącznym elementem twórczości i przyczyniał się do powstawania legendy Bruna. Niestety był też straszliwą siłą destrukcyjną, niszczącą życie i wywierającą piętno na psychice, redukującą szczytne plany literackie. Symbolem takiego losu może być brudna musztardówka, którą wydawca umieścił na zbiorze felietonów Bruna pt. Podróże bez klucza. O ile fotograficzna wizualizacja ma tutaj sens i jest głęboko zakorzeniona w pijackich dziejach tego człowieka, to tytuł zbioru odbiera mu autentyczność i niepotrzebnie przenosi te teksty w obręb tego, co autor prezentował w poezji i prozie. Tymczasem jest to książka dokumentująca wewnętrzną, intelektualną siłę pisarza, znającego swoje możliwości twórcze i śmiało realizującego model pisania z kontrapunktem i dystansem do samego siebie, do miejsc i do szeroko pojmowanej kultury. Prawdą jest, że Bruno realizował się w przestrzeniach ludycznych i stale szukał ludzi, którzy staliby się jego kompanami w podróży, przy stole biesiadnym i podczas imprez literackich, ale też – i to dokumentuje ten zbiór – był wrażliwym obserwatorem, a jego prowincja niewiele różniła się od tej, prezentowanej w książkach Kapuścińskiego, Kąkolewskiego czy Wańkowicza. Poza tym nie zamykał się tylko w Polsce, bo relacjonował też swoje podróże poza nią, ze szczególnym uwzględnieniem pobytu nad Wełtawą. Felietony publikował przede wszystkim w Bydgoskich „Faktach”, gdzie dzięki przychylności Jana Góreca-Rosińskiego otrzymywał skromne honoraria i ryczałt za tzw. stałą współpracę. Pozwalało mu to nieco stabilizować rozchybotane życie i przemieszczać się z imprezy na imprezę, z miasta do miasta, od redakcji czasopism do biur państwowych wydawnictw.

Zbiór felietonów Bruna ma ogromna wartość dokumentacyjną, ale też uświadamia czytelnikowi jak wielka tragedia rozgrywała się w życiu człowieka, który był intelektualistą, a z własnego wyboru bytował przede wszystkim pośród bylejakości i zwykłości, bratał się z alkoholikami i życiowymi wykolejeńcami. Jego teksty wskazują na to, iż posiadał ogromną kulturę literacką i potrafił tak je komponować, że nawet przy różnorakich udziwnieniach formalnych, stawały się one jasnym wykładem autora, świadomego słów, gestów i czynów. Przejmując od Edwarda Stachury umiłowanie ludzkiej prostoty, a od Jerzego Szatkowskiego umiejętność totalnego modyfikowania języka, wchodził Bruno w polską rzeczywistość lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku i odwzorowywał ją na najwyższym poziomie literackich interioryzacji. To było bystre spojrzenie intelektualisty, który zakładał często maskę cwaniaka, kompana z ferajny, ale w głębi duszy pozostał kimś, kim mógłby się stać, gdyby poszedł inną drogą. Jak wielkie były jego możliwości twórcze, dokumentuje tworzona przez niego poezja, w której modyfikacje językowe każą ustawiać go w jednym szeregu z Norwidem, Leśmianem i Białoszewskim i nie ma w tym dumnym przywołaniu wielkich nazwisk żadnej przesady – potrzebny jest tylko eseista, który połączy doświadczenia językowe tych twórców w inteligentnym i rozumiejącym studium. Zauważał to wieloletni Naczelny Redaktor „Faktów”, który dla dobra literatury nie wahał się narażać cenzurze i własnym przełożonym i przez dość długi czas lansował Bruna, udostępniając mu łamy ogólnopolskiego tygodnika. Oczywiście nie obywało się bez skreśleń i odrzucania niektórych tekstów, szczególnie tych zbyt drażliwie ukazujących socjalistyczną tandetę, ale – koniec końców – dochodzono do kompromisów i wciąż powstawały kolejne felietony. Widać wyraźnie, że Bruno przejął się rolą, zaakceptował swoje nowe zajęcie i tworzył teksty w swoim stylu, głęboko zakorzenione w proletariackim sposobie myślenia i analizowania przestrzeni, do których bezpardonowo wkraczał. To był rodzaj doświadczenia socjologicznego i próba zrozumienia ludzi w ich oryginalnych środowiskach, a przy tym spora doza humoru, mądrości życiowej i niespotykana labilność intelektualna, cechująca pisarzy najwyższej próby.

Widać w felietonach Milczewskiego-Bruna empatię do drugiego człowieka i choć bywa bardzo krytyczny dla wielu spotkanych osób, często też ujmuje czytelnika za serce. Tak bywa, gdy nawiązuje do konkretnych życiorysów ludzkich (Joanna Salamon, Edward Redliński, zapomniany grudziądzki pisarz Władysław Wągiel), gdy rozpamiętuje swoje zaniedbania rodzinne, albo gdy ocenia najbliższych przyjaciół. Wszystko tutaj wpisuje się w model życia w drodze, nieustannego przemieszczania się w przestrzeni i rozpamiętywania zdarzeń błahych i centralnych dla historii kraju, Europy, a nawet świata (Cendrars, Dworzak, Neruda). Musztardówka z okładki zbioru pt. Podróże bez klucza niebezpiecznie przenosi doświadczenia Bruna ku obszarom znanym tylko alkoholikom i chuliganom, a przecież w poszczególnych felietonach znajdziemy wnikliwe, intelektualne analizy, nawiązania do Leśmiana, Ionesco i Levi-Straussa, a także wielu autorów z pokolenia autora. Oczywiście nie można tutaj zapomnieć o pęknięciu egzystencjalnym, które było w tym człowieku, ale przecież nie on pierwszy eksperymentował ze sobą i danym mu czasem i nie on jedyny uczynił z używki narzędzie poznania świata i samego siebie. Pamiętajmy też w jakiej rzeczywistości rozgrywały się zdarzenia, w których uczestniczył – to była polska socjalistyczna z papieru mâché Gomułki i Gierka, dumnie podążająca do wyższej fazy socjalizmu, czyli nie wiadomo gdzie. W takiej absurdalnej, propagandowej przestrzeni Bruno znajdował nieustannie jakieś luki i wypełniał je treścią swojego hipisowskiego wędrowania, ciągłego zmieniania miejsca pobytu, wielu ucieczek i wielu powrotów. Wnikliwa lektura jego felietonów ukazuje twórcę nadwrażliwego, eksperymentującego w sferze języka i formy, często wykraczającego poza ramy gatunkowe i stale tęskniącego za bliżej nieokreśloną pełnią, przemycaną między słowami prawdą o Polsce i świecie. Gdyby Bruno wciąż żył, miałby teraz ponad osiemdziesiąt lat i może uznawany by był za klasyka literatury podróżnej, modyfikatora języka poetyckiego, tudzież najprawdziwszego reprezentanta utajnionych ruchów kontrkulturowych, często zredukowanych do wąskiego grona współbiesiadników i bliskich przyjaciół. Jego kontestacje miały charakter tyleż prywatny, co wpisywały się w szerszy trend socjologiczny, obserwowany od San Francisco do Paryża, od Ustki do Warszawy i od Bydgoszczy do Grudziądza. Wchodząc tak głęboko w polską prowincję, tworzył zarazem Bruno niepowtarzalne dokumenty pisarskie, świadczące o jego talencie i wrażliwości, możliwościach interpretacyjnych i wiedzy o człowieku.

___________

Ryszard Milczewski-Bruno, Podróże bez klucza, Wydawnictwo „Meander”, Więcbork 2016, s. 116.

LECHOŃ O MIŁOSZU…

Waszyngton 1948

Sylwetki czterech pisarzy w Zniewolonym umyśle – wspaniałe, określenie „europejski” świetnie przystaje do tego Miłosza, który jest tak bardzo niepolski. Jest to arcydzieło analizy psychologicznej, która nie jest psychoanalizą, przy czym styl, jakiego żaden inny z naszych pisarzy nie ma – tutaj oszczędność naprawdę robi wrażenie ukrywanego bogactwa. Ale przeczytawszy to wszystko, robi się zimno na sercu, podziwia się tego Miłosza, ale zarazem ma się dla niego prawie litość – albo strach przed nim. Ta inteligencja jest jak nóż ostra, ale też jak nóż zimna i okrutna. Myśli się sobie, czy on się kiedyś popłacze, rozryczy właśnie nad sobą, czy zrozumie, że jest właściwie nieszczęśliwy, tak chroniąc ten swój talent przed wszystkimi nieszczęściami, przed wszystkim, co by mogło właśnie zrobić z niego jego wymarzonego siebie, tego wielkiego Miłosza.

Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Warszawa 1993, s. 843.

POLACZKI…

Fiodor Dostojewski

Czytam Gracza Fiodora Dostojewskiego, brawurowo napisaną, niewielką powieść z roku 1866. Podobno autor stworzył ten utwór w przeciągu jednego miesiąca, a za otrzymane pieniądze spłacił swoje długi karciane. Wyraźnie nakreślone postaci przypominają persony dramatyczne, co zapewne przyczyniło się do tego, że Sergiej Prokofiew wykorzystał Gracza do stworzenia opery, do której sam stworzył libretto. Choć powieść traktuje o fatalnym zauroczeniu hazardem głównego bohatera Aleksego Iwanowicza, to staje się też portretem zbiorowym międzynarodowego towarzystwa, gromadzącego się wokół stołów z ruletkami i gnieżdżącego się w hotelach Ruletenburga (nazwa fikcyjna, odnosząca się prawdopodobnie do Baden-Baden, Wiesbaden lub Marienbadu). Jest to też opowieść o dziwnej miłości Iwanowicza do Poliny Aleksandrowny, kochającej go, ale też nieustannie grymaszącej i wystawiającej na próby swojego adoratora. Dostojewski – jak w wielu swoich powieściach – wykorzystał tutaj zdarzenia ze swojego życia, wszak powszechnie wiadomo, że był hazardzistą, kochał się w kobiecie o imieniu Polina, a także odbywał podróże niemieckie dla poratowania zdrowia, z hazardem w tle. Zapewne stąd wzięła się tak dogłębna znajomość realiów, wzmocniona przez umiejętność opisu psychologicznego postaci i wyciągania wniosków z ich zachowań. Autor znakomicie kreśli wizerunki kolejnych postaci: roztrzepanego i ślepo zakochanego carskiego generała Sagorjańskiego, jego chciwej kochanki Blanche, wspomnianej wyżej Poliny, dziwacznego Anglika Astleya i francuza de Grieux, którego nazwisko prześmiewczo nawiązuje do słynnej powieści eks-zakonnika Antoine’a Prévosta,.  Na plan pierwszy wysuwa się jednak Iwanowicz, który nie potrafi uwolnić się od przekonania, że wygra fortunę, a gdy do tego rzeczywiście dochodzi, roztrwania ją bezsensownie w Paryżu, u boku Blanche, która ostatecznie i tak go porzuci dla generała i jego spadku. Inną dominującą postacią w tej powieści jest Antonida Wasilewna Tarasewiczewa, która nagle przyjeżdża do uzdrowiska, wszystkimi dyryguje, popisuje się swoją dominacją nad generałem, a potem zasiada do stołu z ruletką. Najpierw wygrywa ogromna sumę, stawiając na zero, a potem sukcesywnie przegrywa sporą część swojej fortuny. Generał czekał na jej śmierć i słał depesze do Rosji z zapytaniem, czy starsza kobieta już umarła, więc jej przyjazd do „letniej stolicy Europy” był dla niego prawdziwym szokiem. W opisie zdarzeń związanych z nią podkreślić należy wielki talent komediowy Dostojewskiego, który tworzy postać zabawną, ale też budzącą sympatię u czytelnika.

Intryga powieściowa służy też pisarzowi do snucia refleksji natury ogólnej, szczególnie na temat charakterów narodowych – najpierw na temat Rosjan trafiających do jaskini hazardu: A Rosjanin nie tylko nie jest zdolny do gromadzenia kapitałów, lecz nawet pozbywa się ich jakoś jawnie i nieprzyzwoicie. Niemniej Rosjanom pieniądze są równie potrzebne – dodałem – a co za tym idzie, jesteśmy bardzo radzi takim okazjom, jak na przykład ruletka, gdzie można wzbogacić się nagle, w ciągu dwóch godzin, bez pracy. (F. Dostojewski, Gracz, przeł. W. Broniewski, Warszawa 1984, s. 890).  Niezwykle zgryźliwy, ale jakże trafny, jest też opis przywar finansowych Niemców: A więc każda taka tutejsza rodzina jest w całkowitej niewoli od  f a t e r a.  Wszyscy pracują jak woły i wszyscy duszą pieniądze jak Żydzi. Dajmy na to, że  f a t e r  uciułał już tyle a tyle guldenów i liczy na starszego syna, chcąc mu przekazać rzemiosło albo ziemię; z tego powodu córka nie otrzymuje posagu i zostaje starą panną. Z tego samego powodu młodszego syna sprzedają prawie w niewolę albo do wojska, a pieniądze dodają do domowego kapitału. Naprawdę, tak się tutaj robi. (…) Cóż dalej? Ano i starszemu synowi również nie jest lżej: ma on tam swoją Amalchen, którą kocha, ale ożenić się nie może, bo jeszcze nie uciułane tyle a tyle guldenów. Więc też czekają, poczciwie i szczerze, i z uśmiechem idą na zarżnięcie. Amalchen zapadają się policzki, schnie. Wreszcie, po dwudziestu latach majątek się powiększył; guldeny uczciwie i cnotliwie zostały uciułane.                F a t e r  błogosławi czterdziestoletniego starszego syna i trzydziestopięcioletnią Amalchen z wyschnięta piersią i czerwonym nosem… Przy tym płacze, prawi morały i umiera. Ze starszego syna robi się cnotliwy  f a t e r i zaczyna się znów ta sama historia. A po latach pięćdziesięciu albo siedemdziesięciu wnuk pierwszego f a t e r a naprawdę zbija poważny kapitał i oddaje go swojemu synowi, ten swojemu, i po pięciu albo sześciu pokoleniach zjawia się sam baron Rothschild albo Hoppe et Comp, czy tam diabli wiedzą kto. (Tamże, s. 891-892) Ileż trzeba było mieć wiedzy o świecie, by tworzyć takie portrety, ale przecież mamy tutaj do czynienia z jednym z największych pisarzy w dziejach świata.

Grób Dostojewskiego na Cmentarzu Tychwińskim w Petersburgu

Z kolei sarkastyczne przeciwstawienie Rosjan Francuzom, pozwala Dostojewskiemu snuć refleksje na ich temat: My, Rosjanie, jesteśmy przeważnie tak bogato uzdolnieni, że dla przyzwoitych form potrzeba nam genialności. No, a na genialności coraz częściej zbywa, bo w ogóle genialność rzadko się trafia. To tylko u Francuzów i może jeszcze u niektórych Europejczyków formy się ułożyły tak doskonale, że można sprawiać wrażenie niesłychanej godności, będąc najnikczemniejszym człowiekiem. Dlatego formy znaczą u nich tak wiele. Francuz zniesie obrazę, prawdziwą, dotkliwą obrazę i ani się skrzywi, ale szczutka w nos za nic w świecie nie zniesie, dlatego że to jest naruszeniem przyjętej i utrwalonej od wieków formy przyzwoitości. Dlatego właśnie nasze panie są tak rade Francuzom, że ci mają ładne formy. Zresztą, moim zdaniem, nie ma żadnej formy, jest tylko kogut, le coq gaulois. (Tamże, s. 897) Dorzućmy do tego jeszcze charakterystykę sprytnego pana de Grieux, który: był taki jak wszyscy Francuzi, czyli wesoły i grzeczny, kiedy to potrzebne i wygodne, a nieznośnie nudny, kiedy nie trzeba było być wesołym i grzecznym. Francuz rzadko jest z natury grzeczny; jest grzeczny zawsze jakby z nakazu, przez wyrachowanie. Jeżeli na przykład uważa, że powinien być fantastyczny, oryginalny, niecodzienny, to jego fantazja, głupia i nienaturalna, posługuje się zawczasu przyjętymi i dawno wytartymi formami. Naturalny zaś Francuz ma w sobie tylko najbardziej mieszczański, drobiazgowy, pospolity pozytywizm – słowem, jest to istota najnudniejsza w świecie. Moim zdaniem, tylko naiwni, zwłaszcza rosyjskie panie, zachwycają się Francuzami. Natomiast każdy porządny człowiek natychmiast spostrzega i odczuwa jako nieznośny ów przymus na zawsze ustanowionych form salonowej grzeczności, nonszalancji i wesołego ożywienia. (Tamże, s. 909). Dostaje się także od Dostojewskiego Anglikowi Astleyowi, przypominającemu groteskowego szpiega, a w gruncie rzeczy będącemu tragikomicznym kochankiem, stale szukającym możliwości zdobycia fortuny i znalezienia się u boku Poliny – główny bohater tak go widzi:  Zaciekawił mnie również wczoraj i dzisiaj mister Astley. Tak, jestem przekonany, że się kocha w Polinie! Ciekawe i zabawne, ile niekiedy może wyrazić spojrzenie człowieka wstydliwego i chorobliwie powściągliwego, który się zakocha, i to właśnie wówczas, gdy ów człowiek wolałby się raczej zapaść w ziemię niż cokolwiek wyrazić słowem lub spojrzeniem. Mister Astley bardzo często spotyka się z nami na spacerach. Zdejmuje kapelusz i mija nas, rozumie się, umierając z chęci przyłączenia się do naszego towarzystwa. Jeżeli zaś bywa zaproszony, natychmiast się wymawia. W miejscach odpoczynku, w kasynie, przy muzyce lub przed fontanną, zatrzymuje się zawsze gdzieś w pobliżu naszej ławki, gdziekolwiek jesteśmy, w parku, w lesie czy na Schlangenbergu – wystarczy tylko rzucić okiem, rozejrzeć się dokoła, a z pewnością gdzieś na pobliskiej ścieżce albo zza krzaka ukaże się sylwetka mister Astleya. (Tamże, s. 887) W powieści znajdziemy też karykaturalny portret fałszywego włoskiego księcia Barberiniego, który nagle ucieka z jaskini hazardu, ale najbardziej komiczne są portrety Polaków.

Pierwsze wydanie Gracza

Dostojewski nazywa ich Polaczkami, a swoją niechęć uzasadniał tym, że lokował nas w obrębie grzesznej kultury Zachodu i obarczał winą za działania destrukcyjne w obrębie narodów słowiańskich. Można by tutaj mnożyć przykłady kanaliowatych Polaczków, ale przywołajmy tych spotkanych na katordze i sportretowanych we Wspomnieniach z domu umarłych i cwaniaczka z pijanej kompanii Rogożyna tudzież tego, który doprowadza do upadku Agłaję. O ile w Idiocie związek z Polaczkiem jest zapowiedzią wielkiej tragedii i rozpadu osobowości, o tyle w Graczu są to tylko wyspecjalizowani oszuści, kradnący pieniądze ze stołów. Towarzyszą oni babci, która wpadła w szał obstawiania kolorów i cyfr przy stole: Polaczki, którzy mentorowali babci, zmienili się tego dnia kilkakrotnie. Babcia zaczęła od tego, że przepędziła owego Polaczka, którego poprzedniego dnia darła za włosy, i wzięła drugiego, ale ów okazał się chyba jeszcze gorszy. Przepędziwszy go i wziąwszy znowu pierwszego, który nie odszedł i przez cały czas swojego wygnania kręcił się tuż obok za jej fotelem, wysuwając co chwila głowę, babcia wpadła wreszcie w zupełną rozpacz. (Tamże, s. 964) Natręctwo Polaczków jest ogromne i ukierunkowane na kradzież środków finansowych Antonidy Wasilewny: Wpędzon y drugi Polaczek również za nic nie chciał odejść; jeden z nich stanął z prawej, a drugi z lewej strony. Przez cały czas kłócili się i wymyślali sobie za wysokość stawek i sposób gry, wyzywając się wzajemnie od „łajdaków” i używając innych polskich uprzejmości, po czym znów się ze sobą godzili, ciskali pieniędzmi bez ładu i składu i rządzili się jak szare gęsi.  Po przegonieniu skłóconych doradców zjawia się współpracujący z nimi inny polski oszust: Babcia niewiele skorzystała na tym, że ją wybawiono od dwóch Polaczków. Zamiast nich zjawił się natychmiast na jej usługi trzeci Polak, najzupełniej już czysto mówiący po rosyjsku, ubrany jak dżentelmen, choć mimo wszystko wyglądający jak lokaj, z ogromnymi wąsami i honorem. I on również „całował stópki i słał się do stópek” jaśnie pani, ale względem otaczających zachowywał się wyniośle, wydawał despotyczne rozporządzenia – słowem, od razu zajął wobec babci pozycję pana, a nie sługi. (Tamże, s. 965) Im babcia więcej przegrywa, tym pojawia się więcej rozwrzeszczanych Polaczków, bez jej wiedzy obstawiających i po kryjomu zagarniających żetony.

Rękopis Dostojewskiego

Niewielką powieść Dostojewskiego określa się czasami jako opowiadanie lub nowelę, ale przecież – według dzisiejszych standardów – jest to dość obszerna, ponad stustronicowa powieść z wyraziście zarysowanymi typami ludzkimi i intrygami, charakterystycznymi dla miejsc, które w dziewiętnastym wieku były tęsknotą i „katorgą” bogatych Rosjan. Autor mimochodem ukazuje chorobliwe zauroczenie jego krajan kulturą Zachodu i tandetne wzorowanie się na dziwacznych cudzoziemcach, przede wszystkim Francuzach. W dalekich rosyjskich guberniach, w Moskwie czy Petersburgu, posiadanie kochanki znad Sekwany albo „bywanie u zachodnioeuropejskich wód” miało ogromne znaczenie i podnosiło rangę Rosjanina. Podczas siarczystych rosyjskich zim, na rautach i w trakcie kameralnych spotkań przy kominkach, rozprawiało się o wizytach w Paryżu, Berlinie, Genewie, a od biedy w okupowanej Warszawie. Jakże mogło być inaczej, gdy nawet carskie rodziny udawały się w podróż do Zachodniej Europy, a sukcesy lub wielkie przegrane przy stole krupierskim bywały przywoływane latami. Wielkie miłości – takie jak ta Dostojewskiego do Poliny Susłowej – rozgrywały się pośród dalekich przestrzeni i zmieniających się dekoracji, między Paryżem a Twerem, albo miedzy Baden-Baden a Moskwą. Gracz, choć może nieco zapomniany, na zawsze pozostanie przykładem niezwykłej dynamiki narracyjnej Dostojewskiego i jego wielkiej umiejętności analizowania ludzkich charakterów. To, że pisarz dyktował swoje powieści swojej przyszłej żonie, nie umniejsza ich rangi, bo przecież potem zasiadał do stenogramów i wielokrotnie je modyfikował. Zaświadczają to jego rękopisy, bogate w wiele poprawek i adjustacji, a często zawierające ogromne, dopisane partie. Dzisiaj także – szczególnie w USA – wielu autorów idzie tym tropem i posługuje się dyktafonem lub wynajmuje sobie kogoś, kto zapisze ich myśli w formie stenogramów. Choć tak nieprzychylny Polakom, zawarł Dostojewski w swoim dziele także sarkastyczne opisy innych nacji, a portret głupkowatego rosyjskiego generała na pewno nie spodobał się w arystokratycznych sferach Rosji. Jakkolwiek by nie patrzeć na Gracza, jest to utwór ważny w dorobku Dostojewskiego i w dziejach dziewiętnastowiecznej myśli rosyjskiej – tak zadufanej w sobie i tak zmaltretowanej w tym zdumiewającym utworze.

NA KATORDZE

Nikołaj Karazin, Ilustracja do Wspomnień z domu umarłych

Sięgnąłem raz jeszcze po Wspomnienia z domu umarłych, które Fiodor Dostojewski pisał w latach 1860–1861. Książka czekała na mnie czterdzieści lat, bo w młodości ledwie przerzuciłem kilkadziesiąt kartek i szybko odłożyłem ją na półkę. Tak mi się to wszystko wydawało odległe od mojego życia, tak odstręczało powolnością fabuły, szczegółowymi opisami i zagmatwaniem poszczególnych wątków. Nie miałem wtedy cierpliwości do takich lektur, bo czytałem przede wszystkim powieści przygodowe, relacje wielkich podróżników i eksploratorów, a Syberia bardziej interesowała mnie jako przestrzeń geograficzna, pełna tajemniczych zwierząt i ludów, niż jako miejsce zesłania katorżników. Zapiski Dostojewskiego, ubrane tylko dla niepoznaki w kostium literacki, to w gruncie rzeczy wspomnienia z katorgi, na którą pisarz został skazany 22 grudnia 1849 roku. Za udział w konspiracji i przynależność do rewolucyjnego kółka Michała Pietraszewskiego początkowo skazano go na śmierć, ale potem wyrok zamieniono na cztery lata katorgi w Omsku. Moja nowa lektura tego utworu miała już inny charakter i po przestudiowaniu Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna, Opowiadań kołymskich Warłama Szałamowa i Innego świata Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, była uważna i nastawiona na dogłębne poznanie dzieła. W porównaniu z okropieństwami, jakich doświadczali inni skazańcy na Syberii, czteroletnia katorga Dostojewskiego nie należała do najcięższych, tym bardziej, że pisarz dysponował niewielkimi środkami finansowymi, które pozwoliły mu przetrwać.

Nikołaj Karazin, Ilustracja do Wspomnień z domu umarłych

Głównym bohaterem wspomnień i zarazem alter ego autora jest Aleksander Pietrowicz Gorianczykow, katorżnik drugiej kategorii, zesłany na Syberię za zabicie żony. To on jest autorem dziennika, odnalezionego w papierach pośmiertnych, który staje się kanwą opowieści narratora. Trafiając do tzw. twierdzy i wykonując ciężkie roboty drugiej kategorii, morderca zapoznaje się z życiem obozowym, poznaje najprzeróżniejsze typy ludzkie i z czasem dochodzi do przekonania, które tak oto artykułuje: Tak, człowiek jest wytrzymały! Człowiek – to istota, która się do wszystkiego przyzwyczaja, i sądzę, że to najtrafniejsze określenie człowieka. (F. Dostojewski, Wspomnienia z domu umarłych, przeł. Cz. Jastrzębiec-Kozłowski, Warszawa, 1984, s. 578) Aleksandrowi trudno jest jednak przyzwyczaić się do rygorów, a najgorsze są pierwsze miesiące, kiedy to zaczyna poznawać współwięźniów, ich historie, zachowania, charaktery i strategie przetrwania. Tutaj też jest życie, chociaż jego wyznaczniki są inne, a ciężkie roboty przeplatane są pobytami w szpitalu, handlem wódką, karami chłosty i dziwactwami dowódców, takich jak placmajorzy lub placadiutanci, którzy dla zabawy potrafią nawet zabić niewinnego człowieka. Ale są na katordze też ludzie dobrzy, którym przypadkiem powinęła się w życiu noga, a ich jedynym marzeniem jest przetrwać i wrócić do domu. Do tej kategorii Dostojewski zalicza też Polaków, którzy nie umieli dostosować się do społeczności obozowej, co rodziło ogromną niechęć: Katorżnicy strasznie nie lubili Polaków, więcej nawet niż zesłańców spośród szlachty rosyjskiej. Polacy (mówię wyłącznie o przestępcach politycznych) traktowali ich z wyrafinowaną, obraźliwą grzecznością, byli nader powściągliwi i w żaden sposób nie mogli ukryć wstrętu, jaki żywili dla więźniów, ci zaś rozumieli to doskonale i płacili pięknym za nadobne. (Tamże, s. 597) Polacy prawie nie komunikują się z resztą więźniów i starają się tworzyć coś na kształt ekskluzywnej rodziny, z którą chętnie brata się Gorianczykow.

Nikołaj Karazin, Ilustracja do Wspomnień z domu umarłych

Oczywiste jest, że wszystkie postaci, pojawiające się we Wspomnieniach z domu umarłych, miały swoje żywe pierwowzory – podobnie jak we wskazaniu Sołżenicyna, inicjującym pierwszy tom Archipelagu Gułag, możemy zatem powiedzieć: W tej książce nie ma zmyślonych osób, ani zmyślonych wydarzeń. (…) wszystko zaś właśnie tak było.  (A. Sołżenicyn, Archipelag Gułag, t. 1, przeł. J. Pomianowski, Warszawa 1990, s. 11. ) Utwór Dostojewskiego ukazuje prawdziwych ludzi w sytuacjach ekstremalnych, dowodząc, że nawet najsilniejsi z nich nie wytrzymywali naporu agresji i zimna, nieustannej indoktrynacji, braku leków i głodu: Czasami zwierzchnicy się dziwią, ze ten czy ów więzień żył sobie kilka lat tak potulnie, przykładnie, ba, został dziesiętnikiem za wzorowe sprawowanie, aż tu raptem, ni stąd, ni zowąd, jakby mu diabeł wlazł za skórę: zaczyna szaleć, hulać, wyprawiać brewerie, czasami nawet dopuszcza się czynu kryminalnego – jawnie naubliżał wyższym władzom, albo zabił kogoś, albo zgwałcił i tym podobne. Patrzą na niego i dziwią się. A tymczasem może przyczyną wybuchu w tym człowieku, po którym najmniej można się było tego spodziewać, jest smutny, spazmatyczny przejaw osobowości, instynktowna litość nad samym sobą, chęć obnażenia siebie, swej poniżonej osobowości, chęć, która się pojawiła znienacka, i dochodzi aż do zawziętości, do furii, do zamroczenia rozsądku, do ataku, do konwulsji. Może tak właśnie człowiek żywcem pogrzebany i budzący się w grobie wali pięściami w wieko trumny i usiłuje je zrzucić, choć oczywiście rozsądek mógłby go przekonać, że wszystkie jego wysiłki pozostaną płonne. Ale w tym sęk, że tu do głosu dochodzi już nie rozsądek, lecz konwulsje. Uwzględnijmy jeszcze i to, że prawie każdy samowolny przejaw osobowości w więźniu uchodzi za przestępstwo, a zatem już mu wszystko jedno, czy to przejaw wielki, czy mały. Jak hulać, to hulać, jak ryzykować, to ryzykować wszystko, choćby nawet zabójstwo. Przecież wystarczy tylko zacząć: później ogarnie już człowieka taki szał, że nic go nie powstrzyma. (Wspomnienia…, tamże, s. 648) Gorianczykow jest byłym „panem”, którego dawni poddani traktują z pogardą, a często i z nienawiścią, nie mogąc zapomnieć patologii i podziałów w społeczeństwie rosyjskim dziewiętnastego wieku. Pamiętać też trzeba, że jednak większość zesłańców stanowili ludzie źli, skomplikowani psychicznie, nie wahający się kraść i zabijać dla niewielkich korzyści. W twierdzy ciągle wybuchają spory i karczemne awantury, kończące się krwawymi bójkami, a dodatkowo Gorianczykowowi zaczyna doskwierać wielka samotność i poczucie przegrania życiowych szans. Wszystko ustąpi dopiero ostatniego dnia, gdy więzień stawi się u bramy, a po rozkuciu kajdan, powie: Wolność, nowe życie, zmartwychwstanie… Jaka wspaniała chwila!

O ROKU ÓW!… (1)

Indie

Autentyczna aktywność ludzka rozgrywa się pomiędzy dwudziestym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia. Wszystko, co przydarza się wcześniej i później uwarunkowane jest procesem dochodzenia do samoświadomości i próbom uporządkowania tego, co się zrobiło. W młodości ludzie myślą, że mają nieokreślony kredyt lat, a wiele spraw uda się załatwić w bliżej nieokreślonej przyszłości. Czas biegnie jednak do przodu i szybko okazuje się, że zaległości narastają, a to, co miało być zrobione pomiędzy dwudziestym i trzydziestym rokiem życia traci sens w kolejnych dziesięcioleciach. Oczywiście zdarzają się tacy twórcy – bo o nich tutaj przede wszystkim mówię – którzy potrafią się zmobilizować i „rzutem na taśmę” nadrabiają to, co zaniedbali. Jeśli ktoś nie przeczytał w młodości Boskiej komedii Dantego, najważniejszych dramatów Szekspira, Don Kichota Cervantesa czy Fausta Goethego, jeśli nie zobaczył Ołtarza gandawskiego braci Van Eycków, obrazów Rembrandta, Rubensa, Veermera, francuskich impresjonistów, Dalego – kto nie wysłuchał piątej i dziewiątej symfonii Beethovena, utworów Bacha, Mozarta, Vivaldiego, Haendla, ten mieć będzie szansę jeszcze co najmniej w trzech dziesięcioleciach, chociaż zaległości wciąż będą rosły. Szybko pojawi się też przekonanie, że nasza pamięć jest ulotna, doświadczenia z przeszłości rozmijają się z wyobrażeniami, a to , co wydawało nam się kiedyś istotą życia stanie do konfrontacji z innymi priorytetami. Zaletą lat późnych jest możliwość spojrzenia na życie z rozległej perspektywy i dookreślenie tego, co jeszcze trzeba zrobić, by było ono pełne. Zwykle ludzie łakną czegoś, co określają mianem szczęścia, ale gdy pyta się ich o jego istotę, okazuje się, że różnice są znaczne. Jedni szukają miłości, inni pieniędzy, a jeszcze inni chcieliby podróżować, leżeć w słońcu na egzotycznej plaży lub przemieszczać się z kraju do kraju. Są też tacy, którzy nade wszystko pragną pogody ducha, harmonii rodzinnej, solidarności międzyludzkiej, poczucia życiowego spełnienia. Często jednak zrozumienie samego siebie przychodzi za późno, „wielkie pieniądze” się nie pojawiają, tkwienie w jednym miejscu staje się regułą, a śmierć zbiera obfite żniwo i w końcu odbiera oddech tym, którzy myśleli, że mają do dyspozycji jeszcze wiele czasu. W roku 2020 skończę sześćdziesiąt dwa lata i będzie to czas ambitnego porządkowania tego, co w życiu zrobiłem, postaram się też nadrobić najboleśniejsze zaległości lekturowe, przypomnieć sobie dzieła, które zatarły się w umyśle, sporo rysować i malować, słuchać muzyki i polecieć do kilku zakątków świata. Bywają lata trudne i fatalne, zdarzają się też wyjątkowo nieszczęśliwe, pozostające w pamięci jako czas grozy i rozpaczy. Ale, gdy myślę o mijających trzystu sześćdziesięciu pięciu dniach, mogę przywołać słowa Adama Mickiewicza, inicjujące jedenastą księgę Pana Tadeusza: O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!/ Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju. Pęd naszego życia jest tak duży, że często nie mamy czasu, by zastanowić się nad tym, co się wydarzyło, posegregować fakty, ułożyć w ciągi doświadczenia i refleksje, a przecież życie powinno składać się ze zdarzeń i myśli, z olśniewających widoków i snów, z nagłych zwrotów i długich okresów zamyśleń. Pisarz weryfikuje wszystko pod kątem planowanych książek, które najpierw pojawiają się w jego umyśle, a potem nabierają realnego kształtu w codziennej pracy, warto jednak też czasami wstępnie uporządkować wrażenia i fotografie, wrócić myślą do rozmów i spotkanych ludzi.

Bubhaneswar

Już w lutym 2019 roku spełniło się moje wielkie marzenie i poleciałem do Wschodnich Indii, gdzie w mieście Bubhaneswar brałem udział w dużym festiwalu literackim. Było sporo paneli dyskusyjnych, czytania poezji, spotkań z pisarzami ze świata i z subkontynentu, a nade wszystko eksplodował w mojej świadomości kraj, o którym wiele wcześniej czytałem, który dotąd znałem tylko z filmów i relacji reporterskich. Nie obyło się bez kłopotów, bo źle sformułowana, polska ministerialna informacja o wymaganiach wizowych, spowodowało, że spędziłem dodatkowy dzień na lotnisku we Frankfurcie, czekając na dokument wjazdowy i zmieniając linie lotnicze, płacąc dodatkowo za nowe bilety. Ale już pobyt na lotnisku w New Delhi zapowiadał to, co zobaczę w Indiach, szczególnie jeśli chodzi o typy ludzkie i ich barwne stroje. Czekając na kolejny lot, spędziłem cały dzień pośród korytarzy i hal tego aeroportu, aż wreszcie znalazłem się w samolocie lecącym nocą w stronę Zatoki Bengalskiej. Było sporo turbulencji i niebo, raz po raz rozświetlały błyskawice, ukazując dalekie przestrzenie w dole, jakby nierealne albo oniryczne, kontrastujące wyraziście z granatem nocy i diademami gwiazd, połyskującymi w górze. Po przylocie do miasta mającego prawie milion mieszkańców, ze zgrozą stwierdziłem, że nikt na mnie nie czeka i musiałem radzić sobie sam. Szybko znalazłem w Internecie informację o hotelu i przejechałem do niego elegancką, żółtą taksówką, rozmawiając po drodze z grubawym kierowcą o życiu w jego mieście. Następnego dnia, podczas dojazdu do centrum konferencyjnego, mogłem już podziwiać wielki ruch uliczny, kawalkady tuk-tuków, czyli małych samochodzików wykonanych z motocykli, wszędzie też zauważałem mrowie ludzi w turbanach na głowach i lekkich, kolorowych strojach. Zauważyłem też, że zabudowa miasta jest raczej niska i królują w niej długie ciągi budynków przydrożnych, w których ulokowano sklepy, stragany i warsztaty rzemieślnicze. Była piękna pogoda i mogłem podziwiać liczne świątynie, głównie poświęcone Sziwie i Wisznu, choć do niektórych nie było wstępu dla obcokrajowców. Ale nawet obserwacja zewnętrzna dawała wyobrażenie o duchowości Hindusów, którzy odbywają wiele pielgrzymek do miejsc świętych i oddają pokłon swoim bóstwom. Chodząc po ulicach, przemieszczając się dziwnymi pojazdami, widziałem święte krowy na ulicach i placach, tłumy ludzi podążających do jakichś celów, moją uwagę przyciągały też białe budynki w stylu kolonialnym i graniczące ze śmietniskami, niskie zabudowy dzielnic mieszkalnych. Po czterech dniach z ulgą opuściłem niezbyt czysty hotel w Bubhaneswarze i udałem się do słynnego indyjskiego kurortu Puri, leżącego nad Oceanem Indyjskim, kuszącego białymi grzywami fal i wspaniałymi plażami. Tutaj hotel był elegancki, posiłki wykwintne, a widok z okna na czwartym piętrze wprost na ocean, z którego każdego dnia wstawało w niebieskawych mgłach czerwone słońce. Po drodze odwiedziłem wraz z poetami z USA, Uzbekistanu i Australii słynną Świątynię Słońca w Konarku, wyglądającą jak wielki wóz, z ogromnymi kołami. Było tam też wiele fryzów zdobionych w płaskorzeźby słoniątek, a także kamiennych przedstawień nagich tancerek i par miłosnych w trakcie stosunku. Od dawien dawna miało to związek z funkcjonowaniem nad Zatoką Bengalską kultów tantrycznych i niezwykłej kochliwości hindusów. Potem, już w Puri, chodziłem daleko po brzegu, przyglądałem się łodziom na horyzoncie, co jakiś czas spotykając ludzi, traktujących mnie niezwykle życzliwie i pragnących zrobić sobie z przybyszem z daleka zdjęcie. Jednego dnia, gdy siedziałem na piasku zobaczyłem, kilkunastoosobowy pochód pogrzebowy, jakże charakterystyczny dla Indii, zbliżający się do mnie rytmicznie, wyłaniający się z porannych mgieł, jakby z jakichś nierzeczywistych czeluści. To byli przede wszystkim barwnie ubrani mężczyźni, niosący na ramionach coś w rodzaju noszy, na których leżało ciało zmarłej osoby, obsypane kwiatami i kolorowymi wstążkami. Słysząc monotonne śpiewy i modlitwy mijającej mnie grupy, pomyślałem, że jest to sytuacja symboliczna dla każdego bytu ziemskiego, który pojawia się w jakiejś rzeczywistości, istniej przez chwilę jak jętka, a potem znika bezpowrotnie w dali. Dni spędzone nad Oceanem Indyjskim były pełne refleksji i pisania wierszy, a nade wszystko chodzenia po brzegu, odważnego zanurzania się w wodzie i wpatrywania się w seledynowe dale. Jednego dnia poszedłem też do centrum miasta, gdzie było sporo egzotycznych domów, długich targów, pełnych ludzi i swobodnie błąkających się krów, a nade wszystko wielka świątynia hinduistyczna, zamknięta przed obcokrajowcami. Przed nią siedziały dziesiątki żebraków, czekających na jałmużnę – bez nóg i rąk, z dziwnie powyginanymi kończynami lub głowami, czasem z odkrytymi ranami lub strupami na ciele. Pamiętając ostrzeżenia organizatorów festiwalu, nie wyciągałem portfela, a tylko przyglądałem się z uwagą ludziom i miejscom. Po powrocie do hotelu podziwiałem z balkonu zachód słońca i wiele brązowawych, wszędobylskich majn brunatnych, robiących wiele hałasu na trawnikach i przy pojemnikach na śmieci. Wracając samochodem do Bubhaneswaru i lecąc  samolotem do Delhi, nie wiedziałem, że czeka mnie tam niespodzianka ze strony Lufthansy, która skasowała mój bilet powrotny, z racji tego, iż z powodu kłopotów z wizą, przeleciałem do tego kraju Air India. Nie było rady i żeby znaleźć się w ogromnym Airbusie A380, wracającym do Frankfurtu, musiałem wyciągnąć z portfela dwa tysiące dolarów i kupić nowy bilet w jedną stronę. Cóż, nawet to zdarzenie, nie mogło odebrać mi radości z mojego pobytu na półwyspie pełnym białych czapli, bezdomnych psów, tuk-tuków, trąbiących wciąż samochodów i jakże interesujących ludzi, stale gdzieś biegnących, wciąż podążających do przodu.

Bubhaneswar

 

Bubhaneswar

Świątynia Słońca w Konarku

Świątynia Słońca w Konarku

Puri

 

Hotel w Puri

Puri

Puri

Puri

 

Zatoka Bengalska

Puri

Puri

 

Puri

 

Puri

Puri

 

 

Puri

Puri

Puri

Puri

Puri

 

Tym Airbusem A380 wróciłem do Europy

SKWER GIGANTÓW LITERATURY W SZANGHAJU

 

 

Szekspir

Dante

Goethe

Hugo

 

9-Puszkin

Puszkin

Balzak

Dickens

Turgieniew

 

Tołstoj

Z Tołstojem za rękę…

« Older entries

%d blogerów lubi to: