ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (2)

Niebieskooka Greczynka – druga powieść Nikosa Chadzinikolau – rozgrywa się jakby poza rzeczywistością. Choć realia zostały wyraźnie określone, choć pisarz przenosi nas do Grecji, tuż po II wojnie światowej, czytelnik  ma ważenie jakby opisywane zdarzenia rozgrywały się gdzieś w tajemniczej przestrzeni, jakby w obrębie wiecznie żywego mitu gasnącej ludzkości. Choć bohaterowie są wyraźnie zarysowani, choć mają współcześnie brzmiące imiona i mieszkają we konkretnych skupiskach ludzkich, ich etos sytuować należy gdzieś na mitycznych polanach, pośród mitycznych skał i mórz. W postaci Tespiny, kochanki głównego bohatera powieści, odnajdujemy wiele cech przypisywanych nieustraszonym Greczynkom, odnajdujemy jakby poblaski rozchodzące się z tajemniczej zbroi Ateny, lśnienia  zwiewnych szat Afrodyty, Kasandry czy Kirke. Chadzinikolau przedstawił czytelnikom antyczną tragedię, przekutą we współczesną prozę poetycką. Bohaterowie tej niewielkiej powieści nieustannie prowadzą walkę – stając w obliczu groźnych sił przyrody, niosąc w sobie bunt  i rozpacz i nie potrafią sobie poradzić  z rozterkami własnego wnętrza. Ich wyobraźnia bytuje gdzieś w odległych  – ogrodzonych zasłoną historii, bądź mitologii – rejonach absolutnej wolności, a oni sami muszą nieustannie borykać się z przeciwnościami ziemskich losów. Dlatego są wiecznie zmartwieni, a w smutku ich pobrzmiewają echa żałosnych pieśni zburzonej Troi i odgłos sandałów idącego na śmierć wojska Leonidasa i żałosna skarga rozognionej przestrzeni.

Jest też   powieść   Chadzinikolau  jeszcze jednym powrotem  do  dziecinnej arkadii  –  wszak ten wątek obecny jest w całej jego twórczości. Autor  opisuje rzeczywistość, jakby patrzył na nią oczyma tamtego chłopca,  jakże delikatnego  i  przerażonego  wspaniałością, ogromem i grozą Natury. Sakralizując obrzędy pamięci, powoduje  autor,  iż  dawno  przeszłe  i  zapomniane  zdarzenie, przedmioty  i  miejsca  nabierają  intensywności  i  lśnią, bądź brzmią,  odkrywając  ukryty sens istnienia. Opisywany świat powraca, jakby  przepuszczony  przez  filtr  pamięci  i wrażliwości dziecka, a zatoczywszy łuk, jawi się przed oczyma czytelnika, odwołując się do jego najgłębszych pragnień i najgłębiej  skrywanych  marzeń.  Sens działań głównych bohaterów zawsze potwierdza umieszczone w tle, groźne morze – żywioł, który  towarzyszy Grekom od momentu narodzin aż do śmierci i jest jak tajemne memento. Dlatego bohaterowie Chadzinikolau patrzą na morze  z  uczuciem radości i pełni, ale też z niepokojem. Wszak morze karmi ich i dostarcza pieniędzy na utrzymanie, ale  też  często  każe  płacić  daninę  największą. Bohaterowie Niebieskookiej  Greczynki pamiętają o tej groźnej stronie morza i dlatego  patrzą na ojców, wypływających na połów, tak jakby patrzyli na tych, którzy wsiedli do łodzi Charona.

Niebieskooka    Greczynka,  to opowieść o miłości dwudziestoletniego  młodzieńca do pięknej i dobrej Despiny. Jego wybranka żyje w rodzinie rozbitej i nieszczęśliwej z powodu niestałości matki. Gdy  ojciec wypływa w morze, ta oddaje  się  nauczycielowi, który pragnie posiąść też Despinę. Główny  bohater  jest  człowiekiem  raczej spokojnym, jednak nie może  się pogodzić z tym, iż jego wybranka jest krzywdzona przez człowieka bez honoru, okradającego z miłości uczciwego rybaka. Ale dopiero, gdy w odległym mieście dowiaduje się o ciemnych sprawach nauczyciela z czasów wojny, wraca do swojej wsi i czeka na  dogodny moment. Nie spodziewa się jednak że po powrocie ojca Despiny dojdzie w jej domu do tragedii. Rozjuszona, matka wywołała  awanturę,  podczas której ojciec dowie się, iż spłodził córki. Z ostatniego rejsu wrócił sparaliżowany, więc  ten  cios  jest  już ponad jego siły. Nagle pada martwy, a Despina rzuca  się na matkę, która musi schronić się na jachcie nauczyciela. Już po  chwili jest jednak przy nich gromada rozwścieczonych mieszkańców wsi. Łódź z nauczycielem i niewierną żoną zostaje odholowana na głębszą wodę i  zatopiona. I wydawać  by się mogło, iż odtąd życie głównego bohatera będzie już biegło spokojnie i szczęśliwie. Niestety ci, którzy  zostali  uwikłani  w  walkę  sprzecznych żywiołów, muszą płacić  za  każdą chwilę szczęścia i triumfu. Nie zdradzajmy jednak jak kończy się powieść, gdyż – zaplanowany przez autora – efekt  końcowy jest nieoczekiwany…. Powieść  Nikosa  Chadzinikolau traktuje o pięknie i ranach, o smutnym  spojrzeniu  kobiety patrzącej  na  morze i czekającej na powrót kochanka, jak i o tym, iż w żyłach współczesnych Greków płynie  wciąż  czarna i błękitna krew Grecji antycznej. Na dobrą sprawę  powieść tę można by rozpisać na poszczególne kwestie i zmieniając  nieco  realia,  odegrać  w jakimś greckim amfiteatrze  – wszak mamy tu do czynienia a tymi samymi elementami tragizmu,  które odnajdziemy w Antygonie, Królu Edypie czy Elektrze.  Chadzinikolau czerpie obficie ze skarbnicy  śródziemnomorskiego  mitu, opisuje ten sam gorzki  i słony ból,  tę samą rozpacz w promieniach słońca i  pod włóczniami gwiazd Peloponezu, Epiru, Tesalii i tysięcy wysp.

__________

Nikos Chadzinikolau, Niebieskooka Greczynka, Iskry, Warszawa 1987, s. 132.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (1)

Przez czterdzieści lat mojej pracy pisarskiej nazbierało się sporo recenzji, które publikowałem w wielu periodykach literackich, pismach społeczno-kulturalnych i magazynach artystycznych. Postanowiłem stopniowo wprowadzać te teksty do mojego dziennika internetowego. Niechaj zaistnieją też w rzeczywistości cyfrowej, w której podobno nic nie ginie, nic nie przepada, a określone instytucje chomikują takie materiały. Zaczynam od zaprzyjaźnionej ze mną Łucji Danielewskiej, wielkiej damy poezji wielkopolskiej, a czas teraźniejszy w tekstach ma związek z datą ich publikacji.

Łucja Danielewska jest poetką, prozaiczką, cenioną tłumaczką z chorwackiego oraz z kilku jeszcze innych języków. Wydała kilkadziesiąt książek, w tym znaczące tomy poetyckie, trzy książki prozatorskie, kilka tomów przekładów, do tego jeszcze publikowała setki razy utwory oryginalne i tłumaczenia w wielu periodykach, magazynach literackich i antologiach. Była dostrzegana i nagradzana, między innymi przez Jury Warszawskiej Jesieni Poezji i Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. To ją obdarzyła swoim zaufaniem w ostatnich latach życia Kazimiera Iłłakowiczówna i ona przyjaźni się z jedną z największych poetek chorwackich Vesną Parun. Słowem, jest to autorka o znaczącym dorobku, wyraziście rysującym się na mapie Wielkopolski i całego kraju – kobieta renesansowa, obdarzona przez życie wieloma talentami i potrafiąca w mądry sposób z nich korzystać. Do tego obfitego plonu literackiego dorzuciła jeszcze autorka na początku 2002 roku mikropowieść pt. Człowiek, który ubrał choinkę. Jest to proza psychologiczna, prezentująca postawy głównych bohaterów, przede wszystkim matki i jej studiującego syna, a także jego dziewczyny, ojca lekkoducha i jeszcze kilku innych postaci. Autorka znakomicie, z lekkością i wyczuciem prowadzi narrację, której zwieńczeniem jest dzień Bożego Narodzenia. Nie znajdziemy tutaj dłużyzn ani dysonansów narracyjnych, a lekkość słowa jest doprawdy zdumiewająca. Niczym w Opowieściach wigilijnych Dickensa, narrator prowadzi zgrabnie czytelnika od człowieka do człowieka, od jego historii, do jego marzeń, od lęków do frustracji.

Znajdziemy w tym utworze młodzieńczy język studencki, z którym Danielewska – nauczyciel akademicki – ma stale kontakt w Uniwersytecie Adama Mickiewicza; znajdziemy tutaj też jakby próbę naszkicowania portretu psychologicznego Adama, syna głównej bohaterki. Jak wielu ludzi w tym wieku jest on trochę roztrzepany, trochę pogubiony, nie radzi sobie z burzą hormonów i z wchodzeniem w dorosłość. Na szczęście na jego drodze pojawia się Jowita, która – równie jak on rozchwiana – wyraźnie lgnie ku niemu. Danielewska opisała ze znawstwem i wyczuciem punktów dramatycznych jeden z najtrudniejszych momentów w życiu młodego człowieka. To jakby czas wykluwania się mężczyzny z młodzieńca, a zarazem niebezpieczny moment podejmowania wyborów, które będą miały wpływ na całe jego życie. Matka Adama, jak to matka, buntuje się, że inna kobieta pojawia się obok jej syna, ale potrafi w takim momencie taktownie usunąć się w tło, zniknąć na kilka dni. To jest dla niej rodzaj szoku, ale wie, że i ona, i on, muszą sobie z tym poradzić. Wszystkie wątki opowieści zmierzają od samego początku do rozwiązania podczas wigilii, gdy nawet bezdomni znajdują trochę ciepła w domu, a kłopoty codzienności maleją w perspektywie   s p o t k a n i a   i w tle odwiecznego mitu szczęśliwości, czasu złotych godów.

Książkę Danielewskiej mogą czytać ludzie młodzi i ci, którzy zaliczyli kolejny krzyżyk po czterdziestce. Wszak jest to proza napisana z młodzieńczą witalnością, jakby uśmiechająca się stale do czytelnika i szanująca go. Czytając odczuwamy sympatię zarówno do syna, jak i do matki, a i sylwetki pozostałych bohaterów nakreślone zostały tak, że ich losy stają się rodzajem modelowych interakcji międzyludzkich. Wyraźnie widać, że pod powierzchnią zgrabnie układanych w rozdziały słów, jest głębsze przesłanie autorki. Mówi ona poprzez swoją opowieść, że życie jest krótkie i szkoda czasu na wzajemne nienawiści, na podsycanie zimnego żaru i nieustającą lawinę zarzutów. Każdy ma tylko jedno życie i każdy sam przed sobą i przed innymi ludźmi za nie odpowiada – dlatego warto szukać więzi z człowiekiem, dlatego trzeba takie związki podtrzymywać. Tylko tego rodzaju szukanie nadaje sens egzystencji, tylko nieustające kultywowanie ognia domowego, paleniska uczuć, dodaje chęci do życia. Matka Adama posiadła wiedzę o świecie i o ludzkich zachowaniach, jest świetnym psychologiem i tak prowadzi swego syna, że omija on mielizny swego wieku. Oczywiście zdarzają mu się – jak w życiu – potknięcia i chwile gorsze, zasmucające, ale przecież nikt na tym świecie nie był szczęśliwy w każdym momencie życia i zapewne nikt takiej permanentnej szczęśliwości by nie chciał. Szczęście jest chwilą, która przydarza się i która potem rozświetla pamięć. Trzeba do niej dążyć, a później trzeba ją pielęgnować, jak ulotny płomień, który i tak gasi zimny wiatr, który i tak kruszeje pośród mrozu. Opowieść Danielewskiej napisana została przeciw nienawiści, przeciw tym, którzy w innych ludziach widzą tylko przeciwników. To jest opowieść o dobru, które jest w człowieku i przebija się do świata bez względu na to, jakie przeszkody znajdzie na swojej drodze. Opowieść dobra, bo dobry jest świat… choć człowiek gubi się w nim i wchodzi stale w konflikt z innymi ludźmi, choć giną więzi i nikną uczucia, są chwile szczęścia i trzeba o nie dbać, tak jak dba się o zdrowie. Matka Adama wierzy w człowieka i niesie swoje humanistyczne przesłanie światu. Kolacja wigilijna jest zwieńczeniem jej zabiegów, ale też symbolem tego dobra, które pragnie ona z najbliższych wydobyć.

_________

Łucja  Danielewska, Człowiek, który ubrał choinkę, Wydawnictwo Kontekst, Poznań 2002, s. 68.                 

POEZJA I ŚWIAT

Mistrioti gdzieś w Wielkopolsce

Zaprzyjaźniona ze mną od wielu lat grecka poetka Maria Mistrioti zainicjowała rozmowę na temat poezji, festiwali literackich i przyszłości ludzkości. Zamieszczam ją na moim blogu, bo kilka myśli, które wyartykułowałem mają określoną wartość.

Czym dla ciebie jest poezja?

To z pozoru proste pytanie, ma też swoje drugie dno. Z jednej strony przecież jest to rodzaj sztuki, uprawianej przeze mnie od ponad czterdziestu lat, a ze strony drugiej – to dar dany mi przez życie i rodzaj wewnętrznego olśnienia. Pisząc wiersze szukam sytuacji modelowych i próbuję odzwierciedlić coś z mojego wnętrza, coś z moich myśli i prób powiązania tego, co nierealne z rytmem krwi w ciele i doświadczeniami wielu lat. Patrząc na moje pisanie wierszy, zauważam kilka głównych nurtów moich zainteresowań: zaczynałem od nurtu generacyjnego, od tekstów które miały być świadectwem istnienia moich kolegów i koleżanek, którzy przepadli w przepaściach dwudziestego wieku. Jedni popełnili samobójstwa, inni zginęli w wypadkach komunikacyjnych, a jeszcze inni zmarnowali swoje szanse i trafili do więzień. Spotykałem się z nimi w szkołach, na podwórkach i boiskach, jeździłem wraz z nimi rowerem nad jeziora i rzeki, pływałem w chłodnych nurtach, podróżowałem pociągami i autobusami, a potem własnym samochodem. Nie wiem jak to się stało, że przetrwałem, wybrałem inną drogę i zacząłem nią kroczyć ku kolejnym stopniom edukacji, napisanym książkom, surrealistycznym rysunkom i namalowanym obrazom? Miałem przecież sporo zatargów z komunistycznym państwem i jak oni trafiłem do Izby Dziecka, a potem do jakże prawdziwego i ponurego więzienia. Myślę, że uratowały mnie lektury, pochłaniane w ogromnych ilościach, orbitujące wokół moich zainteresowań geograficznych i podróżniczych, a potem literackich i artystycznych. Do tego dodać należy moją ogromną energię fizyczną, materializującą się podczas treningów szermierczych, piłkarskich, sportów walki, a na końcu biegowych. Ważne też były umiejętności pływackie i praca ratownicza na wielu basenach, nad jeziorami i nad morzem.

Jakie są twoje główne inspiracje poetyckie?

Moją pierwszą i podstawową inspiracją poetycką była miłość i spotkanie z przepiękną dziewczyną, dla której zacząłem tworzyć erotyki. To uczucie spowodowało, że porzuciłem młodzieńczą grafomanię i zacząłem pisać wiersze białe, bez rymów. Próba odzwierciedlenia jej piękna i fenomenu oryginalnej urody, kazała mi szukać tak misternych ekwiwalentów słownych, że powstawały wiersze zwiewne, delikatnie lekko tylko metaforyzowane. Miała zielone oczy, długie gęste włosy i ciało bogini, wywierające piorunujące wrażenie na wielu mężczyznach. Z tego powodu musiałem czasami odsuwać na bok moją liryczną naturę i toczyć jak najrealniejsze boje z pojawiającymi się zalotnikami. Jak zwykle bywa w takich razach, młodzieńcza miłość nie przetrwała próby czasu, ale zostały wiersze, które opublikowałem w 1982 roku w małym tomiku pt. Maria. Ziarno raz zasiane zaczęło kiełkować i poezja stała się czymś bardzo ważnym w moim życiu, a nurcie generacyjnym pojawiły się próby analizy metaforyki kultury, ciąg wierszy mistycznych, a potem podróżniczych, w których daleka wyprawa stawała się pretekstem do opowieści o miejscach, ludziach i o moim wnętrzu. W różnych wydawnictwach zaczęły się ukazywać moje nowe tomy, sporo było też publikacji prasowych i szybko zostałem dostrzeżony przez krytykę literacką. Pojawiły się też znaczące nagrody literackie i pierwsze zbiory wierszy opublikowane poza granicami Polski, czasem w tak egzotycznych krajach jak Gwatemala, Indie, Chiny. Obecnie, gdy minąłem już barierę sześćdziesięciu lat, przygotowuję się do publikacji trzech tomów wierszy zebranych, w których zamieszczę też najcelniejsze recenzje i fragmenty szkiców krytycznoliterackich. Nowe inspiracje pojawiły się u mnie, gdy podjąłem pracę w uniwersytecie i zacząłem pisywać teksty naukowe o polskich, amerykańskich i europejskich romantykach. Warto wspomnieć też Nikosa Chadzinikolau, który zainspirował mnie do studiów kultury antycznej i do lektur współczesnej poezji greckiej. Grek Zorba Nikosa Kazantzakisa, w przekładzie wskazanego wyżej tłumacza i edytora, pozostanie do końca jedną z najważniejszych lektur mojej młodości.

Czy międzynarodowe festiwale są propozycją właściwą dla cywilizacji?

Od ponad dwudziestu lat uczestniczę w wielu międzynarodowych festiwalach i konferencjach literackich. Stały się one dla mnie ważnym doświadczeniem życiowym i umożliwiły mi spotkania z tak wielkimi współczesnymi poetami i prozaikami jak Gerald Stern, Stanley Kunitz, Juan Gelman, Adonis, Mo Yan, Tomas Venclova, Stanley H. Barkan, Sona Van. Dzięki zaproszeniom na tego typu imprezy zwiedziłem wiele krajów świata, żeby wymienić tylko USA, Chiny, Indie, Kenię, Republikę Południowej Afryki, Kolumbię, Gruzję, Armenię, Litwę. Wszędzie czytałem wiersze, wygłaszałem referaty i prowadziłem ożywione dyskusje, a nade wszystko pisałem wiersze i wspomnienia. To wyprawy na festiwale literackie zainspirowały mnie do publikacji kolejnych tomów wierszy z podróży i obecnie powstaje już dziesiąta taka książka. Tak, to było też wielkie doświadczenie cywilizacyjne i ogólnoludzkie, rodzaj rozprzestrzenienia mojej świadomości w świecie i weryfikacji moich wyobrażeń o nim. Nikt nie zabierze mi już tych niezwykłych chwil nad brzegami trzech wielkich oceanów, pośród ulic Szanghaju i Pekinu, Nowego Jorku i Los Angeles, Medellin, Tbilisi i Erywania, nikt i nic nie wymaże z mojej pamięci zamyśleń nad jeziorem Qinghai i Żółtą Rzeką, na skraju Kordyliery Zachodniej, pośród budynków świątynnych w Indiach i w wiosce Masajów, na wieży kościoła św. Janów w Wilnie, nad Morzem Śródziemnym w Chalkidzie i na nabrzeżu Huangpu Jiang w Szanghaju. Pobyty na światowych festiwalach literackich przyczyniły się do rozszerzenia moich kontaktów twórczych, powstania nowych wydań zagranicznych moich książek, a nade wszystko pozwoliły mi poznać wiele nowych strategii literackich.           

Jak twoim zdaniem będzie wyglądała przyszłość ludzkości?

Wszystko zależy od nas… Od wysiłków, które podejmiemy, by ocalić planetę i przygotować się do ewentualnych kataklizmów kosmicznych. Zagrożenia są realne, zanieczyszczenia środowiska naturalnego ogromne, a dodatkowo grożą nam wybuchy wielkich, uśpionych wulkanów, trzęsienia ziemi i tsunami. Każdy intelektualista chciałby, by ludzkość rozwijała się harmonijnie i osiągała w kolejnych latach niewyobrażalny poziom technologiczny. Będąc wielokrotnie w Chinach i w Stanach Zjednoczonych Ameryki, dostrzegłem niezwykłe przeobrażenia naszego świata. Koleje wielkich szybkości, szerokie autostrady i mosty, coraz wyższe wieżowce i przebogate apartamentowce, a do tego jeszcze elektryczne samochody, coraz doskonalsze statki i sondy kosmiczne. Niestety cieniem na postępie ludzkości kładą się zbrojenia i nieustanne zagrożenia ze strony niestabilnych państw i ich przywódców. Jakkolwiek by jednak nie było jestem optymistą i wierzę, że ludzkość będzie szła do przodu przez następne stulecia, a może nawet tysiąclecia. Nie potrafimy sobie wyobrazić postępu, który się dokona, wszak wiek dwudziesty zaczynał się od drewnianego samolotu i pojazdów parowych, a kończył się powszechnym dostępem do komputerów, lotami promów kosmicznych i stałym pobytem ludzi na międzynarodowej stacji kosmicznej.

PRZESTRZEŃ IDEALNA

Coraz mniej pojawia się autorów, którzy analizują proces tworzenia i zastanawiają się skąd biorą się wiersze, co wpływa na to, że poezja istnieje w przestrzeni społecznej i indywidualnej. Wojciech Kloska należy do poetów, którzy uważnie przyglądają się temu, co zostało zapisane, wszak biała kartka daje nadzieję/ że wszystko jest możliwe. Twórca ma też świadomość licznych zagrożeń, czyhających na potencjalnych poetów, bo tylko w teorii/ wszystko jest/ czarno na białym, tylko zamierzenia i wyobrażenia lokują się w świecie idealnym. Takie analizowanie poezji jako fenomenu, możliwe jest tylko w ciszy, po odrzuceniu wszelkich zakłócających odgłosów, owej jakże brzemiennej w skutki kakofonii codzienności. Poeta pragnie znaleźć się w przestrzeni idealnej, z której wyłowi wiersze, będące komunikatami i zarazem znakami tego, co zakryte, tajemne, głęboko sięgające do istoty naszej egzystencji. Jego poszukiwania obwarowane są wieloma niepowodzeniami, ale jest na to gotowy, bo wie, jakie są realia istnienia w naszym świecie: cisza/ atakowana z każdej strony/ przez słowa mądre i głupie/ puste lub pełne obietnic/ (w większości bez pokrycia) – zdaje sobie sprawę z intensywności ataków, z natarcia nieustającego strumienia informacji. Szczególnie to widać w dobie telefonów komórkowych, natłoku stacji telewizyjnych i radiowych, a nade wszystko komputerów i Internetu. Chcąc nie chcąc musimy egzystować w takim świecie, a ci, którzy uciekają ku naturze i budują chaty w górach lub na pustkowiach, po jakimś czasie wracają do cywilizacji z poczuciem przegrania, utraty wielu cennych lat. Może zatem warto – jak czyni poeta – bytować w przestrzeni idealnej, w której wszystko jest ruchome i chwilowe, czekające na nazwanie i oferujące pociągającą potencjalność, wariantowość i kombinatoryczność. Tam cząstki i podłoża językowe (substrakty), fonemy i morfemy, a także całe systemy wypowiedzeń (syntaksy) swobodnie mieszają się, niczym kolorowe cząstki konfetti, wirujące w powietrzu. Dopiero, gdy wkracza do tych przestrzeni swoiście sformatowana inteligencja i poetycka samoświadomość, zaczyna się porządkowanie i wyodrębnianie wartościowych, jednolitych treści.

W takim rozumieniu wiersz staje się cudem samym w sobie, jak każde osobne istnienie, jak narodziny dziecka, wzrastanie kwiatów i drzew. Od początku zaistnienia świadomości uczymy się świata, stającego się wielkim magicznym lustrem, wzmacniającym wszelkie naruszenia systemowe. Tak – suma lęków/ tworzy portret/ człowieka rozumnego/ duszącego się/ w ciasnych ramach ciała – tak jednostka zyskuje wiedzę o głębiach i przepaściach egzystencji, tak uczy się omijać rafy i ukryte zapadnie. Poezja staje się kontrapunktem, chwilą kontrolowanej ekstazy, pozwalającej żyć i planować następne sekwencje godzin, dni i lat. Autor wierszy musi jednak znaleźć balans pomiędzy cielesnością, a rozkoszą poczynania słów z nicości – musi rozumieć, że łatwo można popaść w śmieszność i zanegować ulotność, kruchość, pierwotną delikatność znaczeń. Wojciech Kloska dawno minął już linię suchego zapisu i znalazł się po stronie pulsacji sensów, nieustającej metamorfozy znaczeń i treści. Jego pytanie o poezję, jest formą zastanawiania się nad kondycją ludzką, często nie rozumiejącą samej siebie, pytaniem o czas i przestrzeń i wchodzeniem we wskazaną wyżej idealność. Świat ludzki ma swoje prawa obwarowane biologią i materialnością, ale też przepełniony jest nadużyciami znaczeniowymi, pośród których króluje: Kłamstwo/ wyssane z palca/ lecz całkiem namacalne. Jego moc rażenia bywa straszliwa, obwarowana konsekwencjami nie do wyrażenia, gdy rozpadają się związki międzyludzkie, zaprzepaszcza się kariery, a różne kanalie zyskują poklask tłumów i siadają okrakiem na tronach, próbują narzucić społecznościom swoje kłamliwe teorie. W takim rozumieniu poeta staje się sędzią nadużyć i potrafi z chirurgiczną precyzją wskazywać: Kłamstwo/ często stworzone/ na potrzebę chwili/ by komuś ugasić/ grunt pod nogami/ lub utorować drogę/ kłamstwo/ moralnie naganne/ choć nierzadko wypowiedziane/ w imieniu wyższego dobra. Zakłamanie możliwe w świecie ludzkim, nie ma wstępu do prawdziwej poezji, wyszarpywanej z żył i odnalezionej pośród przestrzeni idealnych.

Autor tomu oparł swój poetycki świat na rozumie, inteligencji i wierze w samego siebie, ale przecież zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko przemija, wszystko podlega prawom bezdusznej eschatologii. Czym innym jednak jest cielesność naszego bytu, a czym innym jego istota: bezduszny ząb czasu/ choć kruszy największe mury/ nigdy się nie wgryzie/ w istotę człowieczeństwa/ nie sięgnie samego mięsa/ bycia homo sapiens/ (pomimo rozkładu na czynniki pierwsze). Oto sens poezji Wojciecha Kloski, poszukującej formuł ostatecznych i wskazującej dychotomię naszego świata. Będąc cieleśni, nie podlegamy prawom rozkładu istotowego, nie przestajemy być homo sapiens, nie poddajemy się entropii w obrębie naszego człowieczeństwa, pojmowanego jako stała wartość. Pamiętajmy przy tym, że mamy tutaj do czynienia z poetą totalnym, stale poddającym próbie to, co zostało w wierszu utrwalone, wciąż poszukującym i modyfikującym słowo. Dzieje się tak, ponieważ: łamanie reguł/ powinno się mieścić/ w określonych ramach/ bez których kawałek płótna/ w oczach wielu/ uchodziłby za kawałek/ pobrudzonej szmaty/ a tak jest obrazem/ godnym ścianki/ tworzącym historię/ w zupełnie nowym stylu. Wszystko zależy od punktu widzenia, ale też od możliwości intelektualnych podmiotu, śmiało stającego do konfrontacji z tandetą i nieustannie wskazującego nadużycia systemowe. Jego wiedza o świecie jest rozległa, ale też bytowanie pośród przestrzeni idealnych wzmacnia możliwości percepcyjne i kreacyjne, przydaje autorowi nimbu prawdopodobieństwa. Czytając kolejne wiersze Kloski utrwalamy w sobie przekonanie, że mamy do czynienia z twórcą rozumiejącym to, co wydarza się w obrębie tekstu, a nade wszystko panującym nad nim i potrafiącym tak go przekształcać, że zyskuje drugie i trzecie dno, mieni się pośród wielorakich odbić i refleksów znaczeniowych. Ten twórca jest wciąż czujny i nie daje się podejść światu, wciąż dokumentuje to, że z człowiekiem jest zgoła inaczej/ gołym okiem można dostrzec/ jedynie powierzchowne zmiany/ takie jak krój ubrania/ środek transportu/ czy plan zagospodarowania przestrzeni/ lecz podskórnie/ od tysiącleci/ ten sam schemat budowy/ na którym najłatwiej zagrać/ poprzez układ nerwowy. Układ nerwowy to istota naszego bytu pośród kosmosu, gdyby go nie było, nie moglibyśmy postrzegać ogromów galaktyk i gwiezdnych konstelacji, nie doszlibyśmy, jako ludzkość, do teorii względności Einsteina, równań różniczkowych, stałej Maxa Plancka i fizyki kwantowej. Poezja Wojciecha Kloski pobudza do myślenia i zaprasza czytelnika do wkroczenia w przestrzenie idealne, a choć wymaga to nieco wysiłku intelektualnego, warto spróbować…

_____________

Wojciech Kloska, Kadr skromnego Filozofa, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2021, s. 100.

TAIPI

Wyspa Nuku Hiva

Czytam Taipi, pierwszą książkę amerykańskiego romantyka Hermana Melville’a, opublikowaną w 1846 roku. Niezwykła żywiołowość narracji odzwierciedla tu wiek pisarza, który w trakcie tworzenia swojego dzieła miał zaledwie dwadzieścia sześć lat. Dzieło zalicza się do klasycznych utworów w kategorii podróżniczej i przygodowej, chociaż zawiera też sporo obserwacji natury ludzkiej, ze szczególnym uwzględnieniem etnografii i antropologii kulturowej. Akcja Taipi rozgrywa się latem 1842 roku, na wyspie Nuku Hiva, wchodzącej w skład archipelagu Markizów, należących z kolei do Polinezji, większej struktury wyspiarskiej środkowego Pacyfiku. Jest to historia ucieczki dwóch marynarzy ze statku wielorybniczego Acushnet i spod kurateli despotycznego kapitana. Wykorzystują oni dogodny moment, by czmychnąć na brzegu i zostać pośród krajowców, choć nie przypuszczają jakie tego będą konsekwencje. Jeden z nich to alter ego Melville’a – Tommo, a drugi to Richard Tobias (Toby) Greene. Choć zachowała się lista marynarzy i oświadczenie kapitana, że doszło do takiego zdarzenia, a potem jego towarzysz potwierdził prawdziwość narracji, znaleźli się naukowcy i pisarze, którzy kwestionowali autentyczność zdarzeń, a szczególnie wskazywany przez autora czteromiesięczny przedział czasowy. Kłopoty sprawiała też klasyfikacja utworu, który tyleż jest powieścią, co relacją z podróży, odtworzonym po czasie dziennikiem zdarzeń, albo pracą o ambicjach niemal naukowych. Opowieść zaczyna się, gdy okręt wpływa do zatoki Taio Hae, a kapitan pozwala marynarzom na opuszczenie pokładu, nie zdając sobie sprawy z tego, że dwóch z nich planuje ucieczkę. Zagrożenie ze strony ludożerców Nuku Hivy jest tak duże, że dowódca nie dopuszcza do siebie myśli, iż ktokolwiek mógłby roić sobie, iż zdoła zachować życie pośród tubylców. Wyspa jest przecież górzysta, poorana licznymi skalnymi parowami, a w nielicznych dolinach żyją owiani złą sławą krajowcy, często toczący ze sobą walki o terytoria, łupy i ciała wrogów. Pamiętajmy, że opisywane zdarzenia dotyczą piątego dziesięciolecia dziewiętnastego wieku, kiedy na mapach było jeszcze wiele białych plam, a relacje podróżników miały w sobie wiele sprzeczności. Trudno zatem się dziwić, że opowieść Melville’a o przedostaniu się z Tobym do wioski plemienia Taipi i pozostawaniu w niej ponad sto dni[1], budziła zdziwienie i niedowierzanie. Jednak jak byśmy jednak nie traktowali pracy amerykańskiego prozaika, stanowi ona cenny przyczynek do poznania obyczajów ludów Oceanii i późniejszych, szerszych opracowań, takich jak dzieła polskiego antropologa Bronisława Malinowskiego.

Paul Gauguin, Fatata te Miti, 1892

Tytuł powieści może intrygować i wyraźnie wskazuje, iż pochodzi z języka ludów Polinezji. Jego etymologię tak tłumaczy autor: Ci słynni wojownicy najwyraźniej budzą niewymowny lęk w innych wyspiarzach. Samo ich imię jest przerażające, albowiem słowo „Taipi” w dialekcie markizańskim oznacza miłośnika ludzkiego mięsa. Jest raczej dziwne, iż miano to zostało nadane wyłącznie im, jako że tubylcy z całej tej grupy są niepoprawnymi kanibalami. Być może nazwę tę dano, aby podkreślić szczególną drapieżność owego szczepu oraz naznaczyć go specjalnym piętnem.[2]Okazuje się jednak, że plemię, do którego trafiają uciekinierzy wiedzie spokojne życie, przerywane tylko atakami Happarów, czyli ich sąsiadów z innej doliny. To właśnie oni mieli być łagodni, a tymczasem okazało się, że kultywują zwyczaj jedzenia ludzkiego mięsa i napadają na sąsiadów. Opowieść snuje Tom, główny bohater, a zarazem narrator wszechwiedzący, często wybiegający myślą ku przyszłości. Dowiadujemy się zatem jak wyglądało życie w wiosce, toczące się leniwie, od zbiorów owoców do polowań na niewielkie zwierzęta i ptaki, od rytualnych obmyć w strumieniu, do ceremonii tatuowania mężczyzn i kobiet. Obaj przyjaciele są podejrzliwi i nie mogą uwierzyć w dobrą naturę i gościnność Taipisów, podejrzewają nawet, ze są specjalnie tuczeni, by skończyć w żołądkach wyspiarzy. Na szczęście te strachy okazują się niezdrowym rojeniem umęczonych mężczyzn, którzy zaczynają planować opuszczenie plemienia i informują o tym swoich gospodarzy. Choć im się to nie podoba, umożliwiają Tobby’emu podjęcie wyprawy ku brzegom wyspy, co za pierwszym razem kończy się niemal utratą życia przez młodzieńca. Dopiero druga próba okazuje się skuteczna i udaje mu się dotrzeć do oceanu, gdzie przybywają żeglarze, wymieniający z krajowcami świecidełka na mięso i tropikalne owoce. Chłopak wykorzystuje tę sytuację i ucieka do cywilizacji, błędnie poinformowany, że Tommo został zabity. Tracąc nadzieję, że zobaczy jeszcze przyjaciela, zaciąga się na statek i odpływa do Nowej Zelandii, skąd po wielu perypetiach wraca do Stanów Zjednoczonych. Jak się okaże, to jego relacja będzie jednym z dowodów na to, że zdarzenia opisywane przez Mellvile’a miały naprawdę miejsce i prawie nic nie zostało w nich przesadzone. Pisarz miał kłopoty z wydaniem swojego dzieła, bo nie brakowało w nim tonów krytycznych, kierowanych ku cywilizacji zachodniej i pracy misjonarzy katolickich na wyspach Oceanii. 

Paul Gauguin, Nave Nave Mahana, 1986

Dzisiaj, gdy czytam tę relację, łatwo mogę sobie wyobrazić jakie wrażenie zrobiła ona na czytelnikach dziewiętnastowiecznych i jak bardzo przyczyniła się do rozsławienia młodego pisarza. Zasmakował on życia pośród krajowców, tak jak Paul Gauguin, który u końca życia zamieszkał na innej wyspie w archipelagu Markizów – Hiva Oa. Nie wiadomo czy przed podjęciem decyzji o wyjeździe do Polinezji, francuski malarz zapoznał się z opowieścią Melville’a, która po raz pierwszy ukazała się w Londynie w roku 1846.[3] Jeśli nie, to mógł mieć do czynienia z ludźmi, którzy ją czytali i potem rozpowszechniali wiadomości o magicznych wyspach. Pierwsze kontakty Europejczyków i Amerykanów z rdzennymi mieszkańcami Polinezji miały charakter testowy i dopiero nowe fale napływających przybyszów wszystko odmieniły. Warto tutaj zacytować ocenę Henri’ego  Perruchota, autora biografii Paula Gauguina: W rzeczywistości mieszkańcy Markiz niezbyt dobrze wyszli na kontaktach z białymi. O ile nie przejęli od Europejczyków żadnej cnoty – a pewno i nie mogli tego zrobić – o tyle wzięli od nich kilka dodatkowych występków. Żeglarze zachęcali ich do rozpusty, przyzwyczaili do opium lub nie znanych dotąd trunków, jak na przykład rum, za którym teraz tubylcy szaleją. Jeśli nie uda im się jakimś oszustwem zdobyć rumu, zapijają się wodą lawendową. Zmuszono ich, żeby się ubierali – z powodu wstydu, uczucia, którego nie znali, i stracili przez to całą dotychczasową odporność. Stali się bardzo podatni na choroby, zwłaszcza na gruźlicę – pokopoko – i to w tym większym stopniu, że wskutek izolacji nic ich nie uodporniło przeciw zarazkom. Najlżejsza epidemia czyni wśród nich straszliwe spustoszenie. Zawleczenie syfilisu stało się dla nich zgubne i wielu skazało na bezpłodność. Wczoraj dzicy wojownicy, dziś to już tylko bierne, lękliwe plemię, wyrwane ze swojej pierwotnej egzystencji – tyle tylko, że jeszcze żyjące. Według spisów z 1840 roku na jedenastu wyspach archipelagu żyło dwadzieścia tysięcy tubylców; dziś liczy się ich na niecałe trzy tysiące pięćset.[4] Melville dokumentuje jedno z takich spotkań cywilizacyjnych i w jego opisach nie brakuje elementów komicznych, jak choćby ten, gdy relacjonuje prośbę wodza plemienia o przekazanie mu starych, zdezelowanych butów, które potem używa jako specjalną ozdobę i nosi zawieszone na szyi. Zdumiewająca jest sprawność narracyjna młodego pisarza, którego książkę czyta się  na początku trzeciej dekady dwudziestego pierwszego wieku, jakby została napisana wczoraj, a jej wiarygodność nie budzi większych wątpliwości. Trudno się jednak dziwić, że czytelnicy dziewiętnastowieczni reagowali histerycznie, wszak autor naruszał wiele tabu zachodniej kultury. Śmiało mówił o wspólnych kąpielach z polinezyjskimi kobietami, krytykował misjonarzy i ukazywał francuskich kolonizatorów w złym świetle. Także jego zauroczenie Faiewai, piękną mieszkanką doliny i pływanie z półnagą w jednej łodzi, mogło się nie podobać purytańskim czytelnikom, dla których wzorem kobiecego piękna była królowa Wiktoria. 

Paul Gauguin – Sjesta, 1984

[1] Por. Paweł Jędrzejko, Melville w kontekstach czyli prolegomena do studiów melvillistycznych, Kierunki  badań – biografia – kultura, Katowice, 2007, s. 79–82.

[2] Cyt. za H. Melville, Taipi, przeł. B. Zieliński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, s. 43.

[3] Por. M. Wiśniewski, Posłowie, tamże, s.398. Gaugin czytał natomiast powieść francuskiego pisarza Pierre’a Lotiego pt. Rarahu o egzotycznym związku z młodą Tahitanką.

[4] H. Perruchot, Gauguin, przeł. H. Olędzka, Warszawa 1963, s. 400. W 1926 roku zaludnienie Markiz wynosiło 2000 osób, ale zaczęło regularnie rosnąć.

BIBLIOGRAFIA MIŁOSZA

W edycji Dzieł zebranych Czesława Miłosza Wydawnictwo Literackie opublikowało Bibliografię przedmiotową 1932–2020. Choć opracowanie ma podtytuł Wybór, to jest największą pracą tego typu, umożliwiającą szerokie badania i pozwalającą zorientować się w skali rozprzestrzenienia i recepcji twórczości pisarza. Z radością znajduję tu także moje artykuły, szkice, analizy, a choć niektóre przepadły, to przecież czasami publikowane były w trudnych do odnalezienia periodykach, jak choćby „Okolica Poetów” Jerzego Szatkowskiego. Ukazanie się tego dzieła zamyka ogromne przedsięwzięcie edytorskie Wydawnictwa Literackiego i Znaku, którego spiritus movens był prof. zw. dr hab. Aleksander Fiut. Myślę, że teraz mogę już ruszyć z finalnym pisaniem mojej monografii o naturze i świecie w twórczości Miłosza, której mam już spore fragmenty. Przeglądając tę pracę, wróciłem myślą do mojego zmanipulowanego kolokwium habilitacyjnego w Uniwersytecie Gdańskim (2013), podczas którego wygłosiłem wykład o kobietach w życiu i twórczości autora Ziemii Ulro. Jakoś nie widzę w obszernej bibliografii prac Rośka i Owczarskiego, największych krzykaczy z tamtego dnia, mądrujących się na temat tego, co powiedziałem o Miłoszu. Niewiele też wniosła do opracowań Małgorzata Czermińska, przyjaciółka Tomasika i wieloletnia szefowa wskazanych wyżej osobników.    

LUDZIE (1)

Jolanta Nowak-Węklarowa (1940-2016)

Poproszono mnie o wspomnienie na temat Jolanty Nowak-Węklarowej, poetki z Wągrowca, o której twórczości pisywałem w prasie, a szersze omówienie zamieściłem w książce pt. Przedsionek wieczności(1988). Urodziła się w 1940 roku w Ciszkowie koło Czarnkowa, a jej dzieciństwo i młodość związane były z wsią i regionem Ziemi Nadnoteckiej, sąsiadującej z Pałukami. Stąd ruszała na podbój świata, najpierw na studia polonistyczne do Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, a potem do pracy w szkołach podstawowych i średnich. Wykształciła wiele roczników młodzieży w liceach w Czarnkowie, a potem w Wągrowcu, gdzie mieszkała do końca życia, czyli do 12 stycznia 2016 roku. Jako poetka debiutowała zbiorem wierszy pt. Moje ręce (1970), a potem czytelnicy musieli czekać aż dziesięć lat, żeby pękła osławiona „bania z poezją”. W 1980 roku ukazał się drugi zbiór, zatytułowany wymownie Trwająca chwila. Kolejne tomy – uwzględniając cykl wydawniczy, ukazywały się odtąd dość regularnie: Wstępuję w jesień (1987), W twarzy obrazów (1988), Obdarzeni niebem i ziemią (1990),  Lekcja z Hamleta (1991), Przytul mnie Europo (1991), Stroję się w sentymenty  (1993), Między bliznami rzek (1994), Bukiet jubileuszowy (1995), Spokój i niepokoje (1995) oraz Utracone raje (1997), Bez makijażu (2000), Pełni siebie (2004), Niepowroty (2010), Sezon na szarość (2012). Autorka opublikowała też zbiór opowieści o Miłosławiu pt. Buntownice (1991), a jej utwory poetyckie i prozatorskie znalazły się w kilkunastu polskich antologiach literackich. Często uczestniczyła w festiwalach poezji, w sympozjach i zlotach literackich, wyraziście zaznaczając swoją obecność, czytając wiersze i wypowiadając się na istotne tematy artystyczne. W tym celu odwiedziła dawna Jugosławię, Grecję i Litwę i wszędzie ludzie akceptowali jej żywiołowość i bezpośredniość, chętnie wdawali się z nią w dyskusje, a nade wszystko cenili jej niezwykłą twórczość.

Spotkanie z Tadeuszem Wyrwą-Krzyżańskim w Pile (2013)

Poznałem poetkę w roku 1985, gdy po raz pierwszy zostałem zaproszony na Międzynarodowy Listopad Poetycki do Poznania i innych miast Wielkopolski. Okoliczności były dość niezwykłe, bo żyłem wtedy mocno i nie wylewałem za kołnierz. Jola ratowała mnie wtedy podczas imprez i może uchroniła też od trudnych do przewidzenia konsekwencji. Następne spotkania znowu wiązały się z imprezą organizowaną przez Nikosa Chadzinikolau, choć spotykaliśmy się też w innych miastach, na literackich szlakach, podczas spotkań autorskich i czytaniu poezji. Często wtedy opowiadała mi o swoim mężu, ciężko chorującym i wymagającym opieki, a gdy zbliżał się koniec jego życia, konsultowała się ze mną co do bydgoskiego szpitala im. Jurasza. To była spora wyprawa z Wągrowca i Jola chciała wiedzieć jak dojechać, jak zachować się w tej placówce i wreszcie, gdzie zatrzymać się w Bydgoszczy. Po śmierci męża nie zwolniła tempa, dalej pisała i publikowała kolejne zbiory wierszy, na okładkach zamieszczając fragmenty moich recenzji. Niebawem los uśmiechnął się do niej i związała się z kolegą z dawnych czasów, który niegdyś kochał się w niej, ale jakoś nie został jej mężem. Teraz stał się jej partnerem i powiernikiem wszelkich życiowych trosk i – jak się mogłem o tym przekonać odwiedzając ich w 2014 roku w Wągrowcu – zapewnił spokój i stworzył znakomitą atmosferę do pracy twórczej.  Gdy wyszliśmy razem na spacer do ogrodu i pobliskiego lasu, nic nie zapowiadało rychłego końca życia poetki, a jej wypowiedzi wskazywały, iż ma szerokie zamierzenia literackie. Miło było patrzeć na jej szczęście u boku mężczyzny, którego kochała w młodości i który stał się dla niej podporą w ostatnich latach. Jola słynęła z urody, a w młodości była obiektem westchnień wielu mężczyzn, którzy nosili w pamięci jej zgrabną sylwetkę i twarz, z charakterystycznym pieprzykiem na lewym policzku. Szczególnie interesował się nią pewien literat z Zielonej Góry, który często towarzyszył jej podczas imprez literackich i stale zabiegał o jej względy. Jakie były tego konsekwencje, trudno powiedzieć, wszakże nie interesowałem się tym w jakiś specjalny sposób.

Wągrowiec – 2014

Brałem udział w wielu Międzynarodowych Listopadach Poetyckich i zdarzało się, że w przydzielonej mi grupie była poetka z Wągrowca. Sporo wtedy rozmawialiśmy, w autobusach, busach i samochodach, snuliśmy też jakieś plany na przyszłość i niektóre z nich udało nam się zrealizować. Często związane to było z Tadeuszem Wyrwą-Krzyżańskim, z którym przyjaźniliśmy się oboje – żywiołowym organizatorem imprez literackich w Czarnkowie i Pile. Ostatni raz byliśmy razem na takim spotkaniu w maju 2013 roku, kiedy to zostaliśmy zaproszeni na XVI Nadnoteckie Dni Literatury do Biblioteki im. Pantaleona Szumana w Pile.  W moim archiwum literackim zachowały się zdjęcia, które obecnie mają wartość historyczną, bo przecież Tadeusz i Jolanta są już po drugiej stronie istnienia. Byliśmy wtedy w dobrej formie i spotkanie przebiegało w sympatycznej, braterskiej atmosferze, a Jola – jak zwykle – promieniała i obdarzała chwile swoim perlistym śmiechem, sypała jak z rękawa anegdotami i czytała wiersze. Ludzie odbierali ją jako wesołą, komunikatywną osobę, bujającą w obłokach i cieszącą się życiem. Tylko nieliczni wiedzieli o jej kłopotach zdrowotnych, o nieustannej pracy przy ciężko chorym mężu i trudnościach kolejnych dni.  Obserwując ją przez lata, zauważyłem, że była bardzo bystra i potrafiła wnikliwie analizować ludzkie postawy – ukrywając swoje prawdziwe oblicze za maską zabawnej kumpeli, potrafiła właściwie oceniać zachowania i formułować (najczęściej na ucho) sądy o uczestnikach życia literackiego. Jej świat wewnętrzny był przebogaty, o czym świadczą liczne książki i wiersze pozostałe, opublikowane w tomie pt. Mówię o sobie ciszą. Jej nieustanne czuwanie przy wrażliwości stało się sposobem na życie i manifestacją uczestnictwa w odwiecznym rytuale istnienia i przemijania. Odnalezione rękopisy i maszynopisy świadczą o tym, że długo pracowała nad swoimi utworami, kreśląc i modyfikując, dostosowując wersy do własnego modelu wiersza.


Wręczenie Nagrody Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej – Powiatowa Biblioteka Publiczna w Wągrowcu (2014)

            Warto też wspomnieć o pracy pedagogicznej Jolanty Nowak-Węklarowej, najpierw w Czarnkowie, a potem krótko w Żydowie i wreszcie we Wągrowcu. Wiele roczników młodzieży zapamiętało ją jako żywiołową polonistkę, wspaniale interpretującą literaturę polską, znakomicie orientującą się w licznych trendach i odmianach gatunkowych,  a przy tym niezwykle wyrozumiałą dla młodzieży. Pracując w Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego czasem miałem do czynienia z absolwentami I Liceum Ogólnokształcącego w Wągrowcu i za każdym razem dowiadywałem się od nich czegoś nowego o mojej przyjaciółce. Ale o tym, jak znakomicie przygotowywała młodzież do studiów polonistycznych, przekonałem się, gdy jej wychowanka trafiła na moje seminarium magisterskie i napisała świetną pracę o powinowactwach Mickiewicza z romantyczną literaturą niemiecką. Osiągnięcia pedagogiczne, dziennikarskie i artystyczne nie pozostały bez echa, i to zarówno na poziomie państwowym, regionalnym, jak i literackim. Odznaczano ją wysokimi orderami: Złotym Krzyżem Zasługi (1985), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2003), a także Odznaką Zasłużony Działacz Kultury – na polu literackim ukoronowaniem dorobku stała się Nagroda Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej, którą miałem zaszczyt wręczyć poetce w 2014 roku. Uroczystość w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Wągrowcu zgromadziła liczne grono wielbicieli poezji Joli, pojawili się też reprezentanci władz miejskich i Prezes Oddziału Poznańskiego Związku Literatów Polskich. Autorka wystąpiła w seledynowej, powiewnej garsonce, promieniała uśmiechem i widać było, że jest wyraźnie wzruszona, choć może niektórzy zauważyli też łzy w kącikach jej oczu. Może to było przeczucie, że minie półtora roku i niebawem skończy się wszystko, a śmierć zaskoczy ją tak bardzo, że nie zdąży nawet uporządkować swojego archiwum literackiego.    

ANDRZEJ TURCZYŃSKI (1938-2020)

Zmarł Andrzej Turczyński, wybitny polski pisarz, który wciąż czeka na rozpoznanie przez krytykę literacką. Przypominam recenzję jego prozy, którą opublikowałem w roku 1984 w „Życiu Literackim”. (nr 36 – 1693).

Krzyż pokutny Andrzeja Turczyńskiego wyrasta w prostej linii z doświadczeń pisarskich Teodora Parnickiego, a najbliższe tej książce wydają się być takie pozycje jak „Tylko Beatrycze” i „Staliśmy jak dwa sny”. Podobnie jak w przypadku dzieł autora „Nowej Baśni” jest eksperymentem narracyjnym zakrojonym na ogromną skalę. Choć suma zdarzeń wypełniająca tę powieść jest niewielka i powiedzieć można schematyczna, wystarcza to autorowi dla snucia refleksji nad istotą bytu, istnienia w świecie i uczestniczenia w rozgrywającej się wciąż walce sprzecznych żywiołów.

 Oto Katarzyna – nałożnica księcia świdnickiego Jerzego – staje się medium wszechogarniającej katastrofy, wyrzucającym z siebie z ogromną siłą zdania, słowa i westchnienia będące odbiciem lęków, wewnętrznych klęsk, wahań i ogłupiających narkotycznych szeptów pamięci. Katarzyna wypala od wnętrza płomień kobiecego wstydu i zawodu z przegranej. Wychodząc z komnaty księcia wie, że musi urodzić mu syna, który będzie dziedzicem tytułu i obrońcą granic. Czuje na sobie nienawistne spojrzenia niepłodnej księżnej Ofki. Lękająca się ludzi, zdarzeń i snów żyje w obawie, że jeden jej nieostrożny ruch może spowodować pęknięcie bańki mydlanej, we wnętrzu której – jak się jej zdaje – egzystuje. Obawia się nie tylko zazdrości Ofki, która pragnie wydrzeć jej cudowny dar płodności, wyczuwa instynktownie, że zło ma o wiele szerszy wymiar, że należy bać się także samej siebie, swej niedojrzałości i cielesności. Nie potrafi odróżnić rzeczywistego świata, od tego który jawi się jej po drugiej stronie lustra. Wprowadzona brutalnie w dojrzałość, niespełna trzynastoletnia, przyjmuje upokorzenie, ale w zamian rzuca w niebo bluźnierstwo. Nagła śmierć Ofki i następujące po niej samobójstwo księcia wyrywają ją na chwilę z letargu, ledwie na drgnięcie rzęs. Zaraz potem mają miejsce następne zdarzenia, zaraz potem jej myśli rozświetlają iluminacje kolejnych wizji. Wydalona do dalekiego klasztoru rodzi córkę Jolantę. Jest to dla niej cios, gdyż była niemal pewna, że z jej cała zrodzi się mężczyzna. Córka przyniesie na świat te same problemy z jakimi borykała się matka. Katarzyna rozumie to doskonale, a zarazem obawia się swego dziecka. Długo nie może przyjść do siebie, łudzi się, iż jest to stan przejściowy i że wkrótce minie, tak jak zły sen. w tym momencie pojawia się mężczyzna. Ma na imię Daniel i brzmi ono właśnie tak nie bez przyczyny. Turczyński przywołuje Proroctwo Danielowe i odnosi przeżycie swych bohaterów do fantastyki biblijnej. Miłość daje Katarzynie po raz któryś już z rzędu życie, a zarazem rodzi w niej kolejne wątpliwości – rozpala znowu w jej snach ognie trójwymiarowych wizji, wreszcie odradza w niej strach przed śmiercią i umieraniem, uczula ją na nieodwołalność procesów gnicia, butwienia i przemijania. Mężczyzna, rycerz , z całą swą siłą, z mieczem w dłoni i pancerzem na piersi staje się bezbronny wobec ostrza nagości kobiecego ciała, staje się słaby wobec ciepła i wilgoci kobiecego łona. I choć staje do tej walki promieniujący siłą, akt miłosny czyni zeń pokonanego, ofiarę siły, której nie zdołał i nigdy nie zdoła przezwyciężyć.

 Czas nieuchronnie idzie naprzód: „Lata jak jedna chwila, moment uchwycony w dłoń. Wystarczy ją rozewrzeć aby zobaczyć wszystko dokładnie w jaskrawym świetle pamięci.” Pamięć zabija Katarzynę, pamięć jest klęską Daniela. Dlatego ich miłość, ten najbardziej spektakularny akt życia, najtrwalej zapisany w pamięci i podświadomości, musi przestać istnieć. Miłość może zabić tylko miłość. Daniel zdaje się rozumieć tę prawdę, choć broni się przed nią jak przed zbrodnią. w końcu woli jednak zabić miłość do Katarzyny, woli zabić wspomnienie, niż zamordować rodzące się powoli w nim uczucie do Jolanty. Odchodzi więc z przybraną córką, choć  na chwilę postanawia odbudować w sobie ciepło, które zawłaszczyła Katarzyna, choć przez chwilę pragnie być raz zwycięzcą. Tymczasem była nałożnica księcia, upokorzona, zgnębiona, czująca w sobie tylko chłód staje się strzępem człowieka. przez jej umysł przechodzą jedna po drugiej oszalałe wizje – śmierć splata się w morderczym uścisku z miłością, przeszłe zdarzenia dławią teraźniejszość, Jolanta i Daniel ogromniejąc i malejąc rozpływają się w lepkiej smole barw. Ciało Katarzyny – medium trawi gorączka, wizje które odczuwa, targają nawet najmniejszymi cząstkami jej delirycznego ego. Stąd prowadzi już tylko jedna droga – w śmierć. Katarzyna, mimo rozedrgania jaźni, potrafi to zrozumieć i wstępuje na nią. W tym momencie powieść Turczyńskiego najpełniej chyba zaczyna realizować się w planach surrealistycznych, a końcowe jej zdania przemawiają także za tym, żeby odczytywać ją jako metaforę ludzkiego losu.

Wiele dobrego powiedzieć można o „Krzyżu pokutnym”. Jest w tej powieści coś z aury mrocznych obrazów Beksińskiego, jest gorzka ironia Daliego i nowatorstwo formalne dwudziestowiecznej prozy angielskiej i francuskiej. Szukając podobieństw nieodparcie przywołać trzeba tutaj nazwiska Becketta, Robbe-Grilleta i – na gruncie polskim – wspomnianego już Parnickiego.

____________________________________________________________________

Andrzej Turczyński, Krzyż pokutny, Czytelnik, Warszawa 1984.

MIŁOŚĆ W NOWYM JORKU

Edith Wharton

Edith Wharton urodziła się w 1862 roku w Nowym Jorku, a więc na początku dwudziestego wieku miała już trzydzieści osiem lat i spory bagaż doświadczeń amerykańskich. Nie należała do dam szczególnie urodziwych, ale jako reprezentantka zamożnej rodziny Jonesów, miała dostęp do elitarnych domów Nowego Jorku, a zmysł obserwacji pozwolił jej zgromadzić sporo materiału literackiego, który wykorzystała w pięćdziesięciu powieściach. Choć miały one swoje mankamenty, to były też na tyle interesujące, że w 1921 roku przyznano jej, jako pierwszej kobiecie, Nagrodę Pulitzera. Niestety monotonia narracyjna i powierzchowność charakterologiczna kreowanych postaci nie pozwoliła jej zdobyć Nagrody Nobla, do której wielokrotnie była nominowana. Jej najsłynniejsza powieść Wiek niewinności (1920) ukazuje środowisko bogatych nowojorczyków, skostniałych w swoich obrzędach i celebracjach związanych z pochodzeniem i majętnością, pozwalającą im zaspakajać wszelkie fanaberie. Niewątpliwie najciekawsze w tej powieści są nawiązania do Nowego Jorku, rozwijającego się wtedy niezwykle dynamicznie i mającego przemożny wpływ na kształtowanie ludzkich postaw, obyczajów i wyborów. Wyrazista tutaj jest krytyka zakłamania najbogatszych warstw społecznych metropolii, ale też brakuje w utworze Wharton głębszych opisów psychologicznych i śmielszych diagnoz wielorakich wielkomiejskich patologii. Narracja snuje się leniwie, a choć autorka próbuje porzucać tradycyjną formułę powieści miłosnej, to daleka jest od eksperymentów pisarzy angielskich, francuskich czy niemieckich. Widać tutaj, że pisarka traktowała swoje rzemiosło jako rodzaj obowiązku, a krótkie rozdziały wskazują na to, że pisała je z codzienną regularnością, tak jak grzecznie odpowiadała na listy przyjaciół i znajomych. Choć powieść rozgrywa się w przeważającej mierze w Nowym Jorku, to nie znajdziemy w niej tak udanych opisów miasta, jak w dziele  Johna Dos Passosa Manhattan Transfer (1925), w Wielkim Gatsby’m (1925) Francisa Scotta Fitzgeralda czy późniejszych dziełach Isaaca Bashevisa Singera, E. L. Doctorova, J. D. Salingera, Johna Irvinga, Dona DeLillo, Edwarda Rutherfurda.       

Plakat filmu Wieku niewinności

Kanwą powieści jest tutaj miłość jej głównego bohatera – Newlanda Archera – do przybyłej z Europy Ellen Oleńskiej, żony polskiego arystokraty, osiadłego we Francji. Uczucie to pojawia się nie w porę, bo mężczyzna zaręczony już jest z inną kobietą i dla przyzwoitości, w zgodzie z obyczajami bogaczy nowojorskich, postanawia poddać się biegowi zdarzeń, żeni się z kuzynką Oleńskiej May Welland i płodzi z nią kolejne dzieci. Jego prawdziwa ukochana, dotknięta do żywego i nie chcąca niszczyć małżeństwa Archera, wraca do Francji i nie kontaktuje się z nim. Dopiero po śmierci żony Newland decyduje się pojechać z synem do Paryża i godzi się na zaaranżowane przez niego spotkanie z Ellen. Niestety tchórzy w ostatniej chwili i wraca sam do hotelu, a jego wielka miłość też nie ma odwagi zawołać go z balkonu i każe lokajowi zamknąć okna. Przy okazji bohater dowiaduje się, że jego żona domyślała się, że zakochał się w Ellen, ale zrekompensowało jej to życie rodzinne, narodziny dzieci i fakt, że mąż pozostał przy niej do końca jej dni. Fabuła raczej prosta, powieść lekka, bez przyspieszeń i nagłych zwrotów akcji, bez głębszych analiz osobowościowych. Rozwodząc się nad stosunkami panującymi w klasie społecznej bogatej nowojorskiej finansjery, Wharton zminimalizowała opisy postaci do tego stopnia, że czytelnik ma kłopoty by wyobrazić sobie ich wygląd – stroje są tutaj ważniejsze od twarzy, a bogata biżuteria od koloru oczu i rysunku warg. Podobnie jest z Nowym Jorkiem, tak bujnie rozwijającym się pod koniec dziewiętnastego wieku, a w powieści pojawiającym się tylko z powodu nazw ulic i parków, ewentualnie opery i Metropolitan Museum of Art. Szkoda, że autorka nie nasyciła swojego utworu opisami budowanych wielkich budynków użyteczności publicznej, a jedynie ograniczyła się do przywołań Piątej Alei i kilku domów, w których mieszkali jej bohaterowie (pierwszy wysoki budynek Flatiron Building powstanie w 1902 roku, a charakterystyczny drapacz chmur Woolworth Building w roku 1913). Ważniejsze dla niej były opisy spotkań, obiadów i kolacji, a nade wszystko analiza zachowań ludzkich i zakłamania tzw. elity. Oczywiście krytyka nie szła tutaj zbyt daleko, bo nawet, gdy autorka przeprowadziła się do Francji, nadal pozostawała jej przedstawicielką, a sukcesy literackie tylko zintensyfikowały kontakty i sprawiły, że chętnie była widywana na różnego rodzaju imprezach charytatywnych i proszonych obiadach.

Archer i Ellen

Cóż zatem tak zauroczyło jurorów Nagrody Pulitzera, że postanowili uhonorować autorkę tym zaszczytnym wyróżnieniem. Zapewne udane odwzorowanie psychiki i motywów postępowania Newlanda Archera, jakże żywego i prawdziwie cierpiącego z powodu skrywanej miłości do hrabiny Oleńskiej. Łatwo możemy się domyślić, że wielu amerykańskich dżentelmenów, podobnie cierpiących jak on, czytało książkę z wypiekami na twarzy, odnajdując w niej swoje dzieje. Podobnie mogło być w przypadku wielu żon, które wiedziały o utajnionych miłościach mężów, ale godziły się na to dla dobra rodziny i rozwijających się dzieci. W tym względzie Archer był poprawnym towarzyszem życia May i kochanym ojcem dwóch synów i córki. Tak bardzo doświadczony przez żarliwe uczucie, postanowił zdusić je w sobie i skupić się na zapewnieniu rodzinie godziwych środków do życia. Dzięki temu jego syn Dallas wykształcił się, zaręczył z piękną przedstawicielką elity i miał przed sobą świetlaną przyszłość, a możemy być pewni, że także młodszy syn i córka osiągną wysoki status społeczny. Tworząc postać zakochanego, targanego sprzecznymi uczuciami nowojorczyka, Wharton bez wątpienia zbliżyła się do ideału jakim mogły dla niej być skomplikowane postaci z powieści Honoriusza Balzaka, tak modnego w Ameryce na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Jej powieść zapoczątkowała nurt lekkich, swobodnych opowieści o miłości, których tyle powstało od czasu publikacji Wieku niewinności, a których końca upatrywać należy w długich, komercyjnych seriach, często mających nikłą wartość literacką, jak choćby Harlequiny. Niewątpliwą wartością pisarstwa Wharton jest odwzorowanie przeraźliwej pustki, która otwierała się w świecie bogatych ludzi, mających wszelkie dobra, ale nie potrafiących poradzić sobie z elementarnymi uczuciami. Gdyby Newland Archer porzucił wszystko, wsiadł do transatlantyckiego liniowca i pomknął do ukochanej, może byłby prawdziwszy. Straciłby swój status społeczny, zostałby potępiony przez rodzinę i środowisko, ale zyskałby coś, co jest bezcenne i niepowtarzalne – żarliwą miłość i bliskość istoty – jak mawiali romantycy – bliźniej.

Winnona Ryder jako May, żona Archera

Lektura Wieku niewinności skłoniła mnie do obejrzenia filmu, który nakręcił w 1993 roku hollywoodzki kronikarz Nowego Jorku Martin Scorsese. Już sama obsada tego obrazu jest zachwycająca: Michele Pfeiffer jako Oleńska,  Daniel Day-Lewis jako Archer, Winnona Ryder jako May Welland, Geraldine Chaplin jako pani Welland, a przy nich sporo aktorów, którzy wyraziście zaznaczyli swoją obecność w historii kinematografii amerykańskiej. Film wymagał wprowadzenia narratora auktorialnego, co dodatkowo wzmocniło fabułę i spowodowało, że widz znakomicie został wprowadzony w realia czasu i stosunków międzyludzkich. Znakomite role głównych postaci spowodowały, że obraz ten ma znacznie większą moc oddziaływania od powieści i staje się rodzajem filozoficznej refleksji nad ulotnością ludzkich uczuć i nieuchronnością wyborów, wpływających na kształt egzystencji i losów kochanków po rozstaniu. Co prawda, zarówno w powieści, jak i w filmie nie dochodzi do skonsumowania związku, a Ellen i Newland ledwie całują się namiętnie kilka razy, to i tak aura erotyzmu jest tutaj gorąca i czytelnik oraz widz łatwo mogą się domyślić jaki żar zgaszono nieodwołalnie w obu ciałach. Reżyser z ogromną dbałością odtworzył stroje i zachowania amerykańskiej  elity z końca dziewiętnastego wieku, wzbogacił też opowieść Wharton o fascynujące wizerunki Nowego Jorku, dopiero się budującego, jeszcze bez charakterystycznych wieżowców, ale już zaznaczającego swój wielkomiejski charakter. Na tle pysznych kamienic i bogatych wnętrz rozgrywa się akcja, w której wyraziste kreacje Day-Lewisa i Pfeiffer powodują, że zdarzenia są prawdopodobne, a nawet zyskują wymiar uniwersalności. Ileż było takich sytuacji w historii ludzkości, gdy ktoś, komu przeznaczona była jakaś kobieta, zakochiwał się nagle w innej piękności i nie wiedział jak poradzić sobie z nowym uczuciem, ale brnął dalej, nie wiedząc, że zburzy całe swoje życie. Trudno zrozumieć werdykty gremiów oceniających, które najwyższe noty dawały Winnonie Ryder (Nominacja do Oskara, Złoty Glob – 1993), która była jedynie tłem dla popisów aktorskich głównych postaci. Postać kreowaną przez tę aktorkę mogłoby zagrać wiele innych kobiet, ale nie ulega wątpliwości, że bez Daniela Day-Lewisa i Michele Pfeiffer, film straciłby swój czar i stałby się ledwie łzawym romansem kategorii B. Lokując się pośród największych osiągnięć filmowych Martina Scorsese, Wiek niewinności wszedł przebojem do skarbnicy kina kostiumowego, udanie odtwarzającego aurę charakterystycznych miejsc i ukazującego jakże żywych ludzi.

Świat ludzi bogatych ok. 1870 roku w Nowym Jorku

DWIE OTCHŁANIE

Dariusz Bereski (w środku) jako Fiodor Karamazow – Teatr Polski we Wrocławiu

Moja trzecia lektura Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego… Dwie wcześniejsze skończyły się porażką, gdy nie doczytywałem powieści do końca. Obecne i jakże emocjonalne studiowanie kolejnych rozdziałów, uświadomiło mi, że do pewnych książek trzeba jednak dorosnąć. To, co kiedyś wydało mi się nudne i rozwlekłe, teraz wprawia mnie w prawdziwy zachwyt, a sam wykład i pojawianie się kolejnych wątków skłania mnie do uznania tego utworu za jedno z największych arcydzieł pisarskich. Każdego dnia jestem głodny nowych stron i nie potrafię odłożyć grubego tomu, póki nie przeczytam choćby stu stron. To jest prawdziwie ludzka opowieść, snująca się gdzieś w przestrzeniach dziewiętnastowiecznej Rosji, przywołująca typy osobowe, które miały swoich odpowiedników w rzeczywistości i podejmująca dyskusję na temat Boga, grzechu i naszej natury, jakże różnej w odmiennych przestrzeniach osobowych. Szkoda, że Dostojewski zmarł tak nagle, z powodu pęknięcia aorty w trakcie ataku epilepsji, na którą od dawna chorował – wszakże planował napisanie dalszych losów rodziny i najpierw chciał opowiedzieć o Aloszy, po skazaniu Miti i prawdopodobnym wyzdrowieniu Iwana. Życie trzech braci nie byłoby tak skomplikowane, gdyby nie zaczęły się szaleństwa ich ojca – Fiodora, który zgromadził sporą fortunę i ani myślał dzielić się nią z potomkami. To jego życiowe wybory i związki z kobietami, spowodowały, że synowie mieli różne matki i co za tym idzie, odmienne temperamenty. Dymitr był szalony, jak ojciec, i dopiero proces sądowy wyzwolił go od własnych kompleksów i szałów. Iwan – syn innej matki, określanej przez ojca jako wariatka, był zamknięty w sobie, ale kłębiły się w nim żądze nie mniejsze, niż w rodzicu i starszym bracie. Tylko najmłodszy potomek z prawego łoża – Alosza – był łagodny i dobry, starający się łagodzić wszelkie konflikty rodzinne, a nade wszystko rozumieć braci i ojca. Jego decyzja o wstąpieniu do klasztoru powodowana była chęcią znalezienia enklawy, z której mógłby obserwować świat i przygotowywać swoje humanitarne akcje ratunkowe. Niestety, śmierć uwielbianego starca Zosimy, spowodowała szereg zdarzeń, z którymi i ten idealista sobie nie poradził. Dostojewski ukazuje do czego prowadzi ojcowskie zaniechanie, odsunięcie się od synów, dawanie im złego przykładu i zgoda na moderowanie ich przez przypadkowych opiekunów, ale też wskazuje jaką wagę mają indywidualne cechy osobowościowe.

Osią powieści jest morderstwo domniemanego bękarta Fiodora i zarazem służącego – Smierdiakowa, który tak wszystko zaplanował, że nieomal pewnym podejrzanym stał się gwałtownik i furiat Dymitr Karamazow. To on wielokrotnie zapewniał, że zabije ojca, a feralnego dnia udał się do jego domu ze skradzionym tłuczkiem od mosiężnego moździerza. To on też najbardziej nienawidził ojca z powodu jego matactw spadkowych i pozbawienia go należnych pieniędzy. Służący wykorzystał swoją chorobę epileptyczną – opisaną ze znawstwem przez Dostojewskiego, także na nią cierpiącego – i tak pozszywał sznurki intrygi, że śledczy i prokuratura uznali, iż jedynym potencjalnym mordercą może być Mitia. Nic nie dała wspaniała oracja obrońcy oskarżonego i sympatia widzów procesowych, nikt nie uwierzył w oświadczenia podsądnego, iż nie zabił ojca. Wszystko wskazywało na niego, a tylko bracia i ukochana Gruszeńka, byli pewni, że zabójcą był Smierdiakow, który ostatecznie – po przyznaniu się do winy Iwanowi – uciekł przed odpowiedzialnością, odbierając sobie życie. Dostojewski drąży głębie psychiki ludzkiej, pokazuje szarpaninę wewnętrzną swoich bohaterów, popełniane przez nich błędy, ciągłe galopady donikąd  i histeryczne uwikłanie w toksyczne miłości. Ale przesłanie powieści jest głęboko humanistyczne i krzepiące – wszak autor ukazuje też niezłomną moc ludzkiego ducha, tak wystawianego na ciężkie próby i tak silnego w obliczu nieustającego ataku zła. Dymitr mógłby załamać się w wielu momentach swojego życia, Iwan także mógłby zatracić się w trudnej miłości, a Alosza – utraciwszy przekonanie, że jego wstąpienie do stanu duchownego było właściwe – też mógłby popaść w jakieś rosyjskie patologie. Ale kłopoty i życiowe szaleństwa – paradoksalnie – wiodą braci dalej, pozwalają im pokonywać kolejne przeszkody i istnieć w świecie, w którym śmierć zbiera straszliwe żniwo, a postawa romantyczna jest wydrwiwana przez takich ludzi jak Smierdiakow, który mówi o poezji z sarkazmem: Brednie, mówię łaskawej pani. Niech pani sama na rozum weźmie, kto na świecie do rymu gada? I gdybyśmy z rozkazu władzy zaczęli wszyscy gadać do rymu, to wiele byśmy się nagadali? Wiersze to żaden interes, Mario Kondratiewno.[1] Musimy tutaj brać poprawkę na rozwichrzoną naturę służącego, który zaznał wielu krzywd i koniec końców przejął od swojego pana (i prawdopodobnie ojca) pogląd, iż: Rosyjskich ludzi powinno się trzymać pod batem…[2]

Braci popycha do przodu pragnienie życia, jakże różnie realizowane, od szaleństwa do głębokiej pokory, od wrzasku w szynku do modlitwy w monasterze. Wszyscy są o tym przekonani, ale to Iwan najpełniej wyartykułuje je podczas mistycznego spotkania z Aloszą: Choćbym nawet utracił wiarę w życie, choćbym się zawiódł na ukochanej kobiecie, choćbym przestał wierzyć w porządek rzeczy i przekonał się, że wszystko jest przeklętym, skłębionym i piekielnym chaosem, choćbym zaznał wszelkich okropności ludzkiego rozczarowania – jednak będę nadal chciał żyć, jednak, przywarłszy raz ustami do brzegów pucharu, nie oderwę się od niego, dopóki nie wychylę go do dna![3]  Dostojewski ukazuje, jak owa chęć życia zderza się z kłopotami i tragediami dni, miesięcy i lat, a nade wszystko wskazuje, jak destruktywny dla losów ludzkich może być wpływ żarliwej miłości i żądza posiadania na zawsze innej osoby. Zarówno Fiodor, Dymitr jak i Iwan wpadają w sieci zastawione przez kobiety, a tylko Alosza potrafi znieść fanaberie swojej wybranki. Jest przekonany, że koniec końców zwiąże się z Lizawietą Chochłakow i potrafi patrzeć z boku na jej wybryki, tak jak interioryzuje krzepnące w nim uczucie. Ale przecież tylko on zdaje się rozszerzać swoje bytowanie i dostrzegać, że jest cząstką szerszej przestrzeni, ledwie drobinką pośród ogromów kosmosu. Autor wskazuje, że jego zachwytem przepełniona dusza pragnęła wolności, wolnych rozłogów. Nad nim zawisł ogromny strop niebieski, usiany cichymi, migocącymi gwiazdami. Od zenitu do widnokręgu majaczyła niewyraźnie Droga Mleczna. Orzeźwiająca i aż zamarła w cichości noc oblała ziemię. Białe wieżyczki i złote kopuły soboru połyskiwały na szafirowym niebie. Jesienne wspaniałe kwiaty na klombach przed domem zasnęły do rana. Cisza na ziemi zlewała się jak gdyby z ciszą niebios, tajemnica ziemi, stykała się z tajemnicą niebios…[4] Jego oniemienie i zachwyt nad światem, jego zapatrzenie w głębie kosmosu, pozwalają podążać do przodu i mijać rafy, które stają się tak fatalnymi miejscami dla pozostałych braci. Dla Aloszy ważna też jest wiara w Boga, utwierdzona przy starcu Zosimie i niezachwiana od czasów młodości. Dla niego – odmiennie jak dla dyskutującego z nim młodzieńca Koli Krasotkina – Bóg nie jest hipotezą i nie robią na nim wrażenia formuły filozoficzne, próbujące się go minimalizować. Kola anektuje dla własnych potrzeb zdanie Woltera – jeśli nie ma Boga, to trzeba go wymyślić – ale Alosza wpatruje się przecież w inne głębie ontologiczne.[5]

Dostojewski wciąż penetruje ludzką osobowość i strona po stronie dorzuca coś nowego, stale odkrywa jakieś nieuświadamiane mechanizmy. Tak prowadzi swoich bohaterów, by – relacjonując ich drogę – mógł także powiedzieć coś ogólnego o człowieku. Znamienna w tym względzie jest charakterystyka Dymitra Karamazowa, która pojawiła się w mowie oskarżycielskiej podczas procesu: Zazwyczaj w życiu bywa tak, że mając dwie przeciwne sobie rzeczy, szuka się prawdy pośrodku; w obecnym wypadku reguła ta nie znajduje potwierdzenia. Prawdopodobnie w pierwszym wypadku był szczerze szlachetny, a w drugim równie szczerze podły. Dlaczego? Dlatego że jest szeroką naturą, karamazowską – wszak do tego zmierzam – naturą, która mieści w sobie wszelkie krańcowości i jednocześnie zdolna jest kontemplować obie otchłanie: otchłań wzniosłych ideałów, otchłań nad nami, i otchłań najniższego i cuchnącego upadku. Przypomnijcie sobie błyskotliwą myśl, którą wypowiedział młody obserwator, głęboko i blisko znający rodzinę Karamazowów, pan Rakitin: „Odczuwanie głębi upadku jest równie niezbędne tym rozklekotanym, niepowściągliwym naturom jak odczuwanie wzniosłej szlachetności” – i to prawda: właśnie potrzebna im jest ta nienaturalna mieszanina, potrzebna stale i bez przerwy. Dwie otchłanie, jednocześnie dwie otchłanie, panowie – bez tego jest nieszczęśliwy i niezadowolony, życie jego jest niepełne.[6] Dostojewski nie przesadza – wie, co mówi, bo przecież w swojej prozie sportretował też samego siebie, którego najbliższe osoby określały mianem potwora. Ten tonący w długach, obsesyjny hazardzista, także stał nad dwiema otchłaniami, a jego życie pełne było nagłych zwrotów i tragedii – od chwil przed plutonem egzekucyjnym, poprzez lata spędzone na katordze, a skończywszy na burdach rodzinnych i atakach epilepsji. Zaletą pisarstwa rosyjskiego mistrza słowa była umiejętność tworzenia niezwykle pojemnych postaci, w których mógłby pomieścić własne doświadczenia i obserwacje spotkanych ludzi. I czynił to z niezwykłą dociekliwością i konsekwencją, korzystając z wielkiego talentu pisarskiego i rozległej wiedzy naukowej. Nie bez powodu w powieściach i nowelach tego autora pojawia się tyle nawiązań do nowinek naukowych i wiele odniesień do myśli filozofów kilku epok. To był bardzo oczytany, mądry i inteligentny, niezależny obserwator, który na kartach swojej prozy tworzył rozległe, transcendentalne panoramy – od bezkresnych przestrzeni Rosji, do równie bezbrzeżnych głębi ludzkiej natury. Zdumiewające jest też to, że ustalenia pisarza niczego nie straciły ze swej aktualności i mogłyby zostać przeniesione do wieku dwudziestego, dwudziestego pierwszego, a zapewne także i do stuleci następnych. Bracia Karamazow są przedstawicielami świata dziewiętnastowiecznego, rzeczywistości, w której tkwił Dostojewski, ale stając nad dwiema otchłaniami, są też postaciami uniwersalnymi i jakże ludzkimi w swoim dążeniu do doskonałości i poddawaniu się potężnemu przyciąganiu zła.

           

 __________________

[1] F. Dostojewski, Bracia Karamazow, przeł. A. Wat, PIW, Warszawa 1984, s. 267.

[2] Tamże, s. 268.

[3] Tamże, s. 274.

[4] Tamże, s. 427.

[5]Tamże, s. 274. Cz. Miłosz zapewne zbyt wielką wagę przykłada (za Szestowem) do religijnych rojeń Iwana i jego kreacji Wielkiego Inkwizytora. Por. tegoż, Ziemia Ulro, Kraków 2000, s. 86-87.

[6] Tamże, s. 809 i 831.

« Older entries

<span>%d</span> blogerów lubi to: