NIEŚWIADOMOŚĆ

Podczas lektury Medytacji kartezjańskich Edmunda Husserla natknąłem się na taki oto fragment: Codzienne praktyczne życie jest życiem wiedzionym w naiwności: żyć w ten sposób znaczy, swym doświadczeniem, myśleniem, wartościowaniem być zanurzonym w zastanym przez nas świecie. (przeł. Andrzej Wajs, Warszawa 1982, s. 230) Choć wielkie dzieło niemieckiego filozofa jest wprowadzeniem do fenomenologii transcendentalnej i czytałem je w określonym celu poznawczym oraz pisarskim, to wskazanie naiwności  naszego życia w zastanym świecie zrodziło we mnie biograficzną refleksję z dzieciństwa. Było lato roku 1970 i miałem wtedy dwanaście lat, chodziłem do piątej klasy szkoły podstawowej, miałem swoje zainteresowania geograficzne, codziennie grałem w piłkę i jeździłem na rowerze, oddychałem  pełną piersią, a w oczach lśniło mi światło. Pewnego dnia mój ojciec zadecydował, że wraz z kolegą pójdzie nad bydgoski kanał i zabierze mnie, bym wykąpał się w nim. Jakże mnie to uszczęśliwiło i szedłem tam z dwoma mężczyznami z radością, przysłuchując się ich rozmowom. Tak, to była pełna nieświadomość i całkowita naiwność, podążanie ku zdarzeniu, które mogło mieć jakże tragiczny finał. Miejsce przy kanale wyglądało wtedy inaczej niż dzisiaj, miało swobodne, piaszczyste dojście do wody, która w latach siedemdziesiątych była czystsza, odnawiana przez Noteć i Brdę. Trasa wodna ciągle funkcjonowała i od czasu do czasu można było zobaczyć na niej płynące barki, pchacze i inne statki. Gdy dotarliśmy na miejsce, zastaliśmy tam sporo ludzi w wodzie i na brzegu, wiec szybko rozebrałem się i czekałem na pozwolenie wejścia do kanału. Ojciec usiadł wraz z kumplem w pewnym oddaleniu, pod drzewem sosnowym i wdał się z nim w rozmowę, od czasu do czasu popijając piwo. W końcu też pozwolił mi ruszyć do wody, przestrzegając jednocześnie, że mogę bawić się tylko na brzegu, tym bardziej, że nie umiałem jeszcze dobrze pływać. Natychmiast oddałem się wodnym igraszkom i czułem się wspaniale w towarzystwie innych dzieci, nurkujących i robiących wiele hałasu w kilku miejscach. Jeszcze spojrzałem na ojca w oddali i chciałem mu pomachać ręką, gdy nagle osunąłem się do głębszej wody, czując, że nie zdołam się z niej wydostać. W toni próbowałem z przerażeniem wołać tatę, ale tylko piłem wielkimi haustami wodę i bliski byłem utraty przytomności. Na szczęście mój rodzic zauważył co się stało i z wielkim pędem ruszył do kanału, z którego wydobył mnie natychmiast. Przerażenie od razu zamieniło się w euforię i kaszląc, wypluwając wodę, poczułem się jakbym urodził się po raz drugi. To było przerażające doświadczenie i dopiero straszliwy krzyk matki, której później zrelacjonowałem, co się stało, uświadomił mi grozę tej sytuacji. Choć zostałem uratowany przez ojca, dostał on solidną reprymendę, tym bardziej, że mama nie lubiła tego jego kolesia, który zawsze namawiał go do picia alkoholu. Chociaż wtedy nie było go sporo, to jednak mógł on spowodować obniżenie czujności i moje życie mogło się skończyć tego słonecznego, lipcowego dnia. Teraz, gdy o tym myślę i kontempluję moją ówczesną „nieświadomość”, widzę oczyma wyobraźni świeżo wykopany grób na cmentarzu na Jarach, otwartą trumnę i cały ten potworny ceremoniał pogrzebowy, w którym uczestniczyć by musieli moi bliscy. Będąc w 1999 roku w szwajcarskim Fryburgu i stając nad grobem Edmunda Husserla, nie przypuszczałem, że kiedyś lektura jego dzieła zawiedzie mnie ku przerażającemu wspomnieniu tonięcia w bydgoskim kanale. Wciąż mam w pamięci tamtą rozpacz i poczucie bezradności, gdy osuwałem się w głębinę, zieleń rozświetlonej wody i euforię wydostania się z matni na rękach ojca. Dzisiaj czasami przejeżdżam na rowerze obok miejsca mojej niedokonanej śmierci, zatrzymuję się na moście i patrzę na tę jakże inną dzisiaj toń. Kanał od dawna jest zamknięty, więc stojąca w nim woda pokryła się gęstą roślinnością, wzrosło też zamulenie i brzegi nabrały dzikości. Nie ma już śladu po piasku na brzegu i dzikim kąpielisku, a groźna chwila nieświadomego zagrożenia, zanurzona w zastanym świecie, utonęła w przeszłości, pośród tysięcy innych sekund, minut, godzin.

Grób Edmunda Husserla we Fryburgu Bryzgowijskim

Reklamy

CZERŃ I CISZA

Dwadzieścia sonetów Jidiego Majii, dedykowanych mamie, to wielkie osiągnięcie współczesnej poezji chińskiej, ale też i nawiązanie do tradycyjnej, ulotnej i nostalgicznej liryki odległych wieków. Ten jakże wysublimowany lament to hołd oddany tej, która urodziła poetę i jej czasom w górach i w wielkim mieście, gdzie dała się porwać przez nurt rewolucji. Syn dorastał przy niej i uczył się od niej pierwszych i ostatecznych zasad istnienia w świecie, zdobywania kolejnych szczytów i kontemplacji natury. Ogromna czułość i wzruszenie pojawiają się w sercu autora, gdy wspomina proste dni w górach Liangshan, godziny spędzone w niewielkim domku, który był jak schron pośród mrozów i wiatrów. Tam przy skwierczącym palenisku słuchał jak matka śpiewała pieśni i opowiadała o dawnych herosach ludu Yi, tam wzrastał pijąc mleko jaków i jedząc mięso upolowanych jeleni, tam, odziany w futro pantery i kuny, uczył się od niej języka, którego z czasem stał się prawdziwym mistrzem. Odgrodzony od świata i ochraniany nieustannie przez swoją rodzicielkę, osiągnął taki wiek, w którym zaczął kontemplować cuda natury i odczuwać przemożny wpływ kosmosu na ludzkie życie. Pomagały mu w tym dawne epickie opowieści, monologi czarowników bimo, a nade wszystko kulturowe rewelacje matki, stającej się z czasem, kimś w rodzaju szamanki. Czując pokrewieństwo krwi, z ogromnym bólem przyjmował rozdzielenie duchów i okrutne wyroki śmierci. Czerpiąc soki swojej poezji z tradycji ludu Nuosu, rozumiał jaką funkcję pełniła w jego losie matka, łącząca jego świat z naturą i kosmosem, stająca się zwornikiem pomiędzy tradycją kulturową a współczesnością. Wspominając najważniejszą kobietę w swoim życiu, Majia rekonstruuje świat i dociera do takich jego zakamarków, które miały bezpowrotnie przepaść w ciągu nieustającej przemiany pokoleń. To przywracanie życiu dawnych chwil, niezwykłych zdarzeń i zauroczeń staje się istotą rozbudowanego cyklu sonetowego, jakże zwiewnego i jakże zarazem konkretnego w obrazowaniu i metaforyzacji świata. Poetycka opowieść o przeszłości ma liczne odniesienia do teraźniejszości, swobodnie wkracza też w rewiry mitu i ludowego podania, staje się pointą jednego życia i egzystencji wielu pokoleń ludzi z klanu Yi. Sonety mają tu swoją integralność, ale też łączą się w koherentną całość, stając się kolejnymi partiami wielkiego poematu. Zachowana jednak została zasada wersyfikacyjna, charakterystyczna dla sonetu – cztery, cztery wersy w dwóch pierwszych strofach i trzy, trzy, w dwóch kolejnych – nie brakuje też nawiązań do osiągnięć w tym zakresie wielkich poetów z całego świata, z którymi Majia stale ma kontakt i których często gości w Chinach.

Dwa motywy pojawiają się tutaj z niezwykłą wyrazistością – śmierć jako strażniczka wymiany pokoleniowej i ogień, jako przeznaczenie wszystkiego – w sensie kosmicznym, gdzie wszelkie twory astronomiczne kończą w nim swój byt – a także w sensie organicznym, gdy trawi ciała podczas rytualnych kremacji. Bez śmierci nie byłoby przemiany świata i matka także musiała uczestniczyć w tym bolesnym procesie, godząc się na to by ci, których najbardziej kochała towarzyszyli jej ciału w procesie naturalnej kosmizacji. Zadaniem poety jest scalać to, co zostało rozerwane, odnawiać to, co poddało się entropii, a nawet rozpadło się w pył. Poeta przecież posługuje się magicznym  instrumentem języka i może wyczarować w nim każdą przestrzeń, każdy przedział czasowy, każdą łzę w gasnącym oku i każdy dotyk dłoni. Heraklitejski motyw upływu czasu, obrazowanego przez nurt zmiennej rzeki, do której nie sposób wejść dwa razy, spleciony tutaj został z ludowymi wyobrażeniami ludzi zmieniających się po śmierci w swobodne ryby i ptaki. Zyskał też pulsowanie wszechświata, który odsłaniał swoją ogromną czaszę w bezchmurne noce i generował wielkości nie do wyobrażenia. Matka poety uczestniczyła w odwiecznym rytuale przemiany i u końca ziemskiego bytowania stała jego podmiotem, wypełniając odważnie to, co zostało jej przeznaczone. Jej śmierć – tak błaha dla kosmosu – stała się katastroficznym wydarzeniem w przestrzeniach myślowych syna, zachwiała nim, ale też wzmocniła go, ukazując kontekst uniwersalny. Śmierć – ukazywana w cyklu sonetowym jako kostucha z kosą, łomocząca do drzwi domostw – zyskuje też w wierszach chińskiego arcy-poety wymiar ludzki, staje się towarzyszką w drodze ku rozpadowi, strażniczką obszarów tajemnicy i kapłanką pradawnych rytuałów kulturowych. Jej emblematem jest tutaj czaszka i piszczele, ciało rozpadające się w pył w płomieniach kreacji, ale też ogromny baldachim wszechświata, na którym połyskuje od wieków Wielka Niedźwiedzica, pojawiają się komety i asteroidy, a każdego ranka – za sprawą naszej rodzimej gwiazdy – ma miejsce cud nowego dnia i pojawiania się krystalicznie czystego światła. Majia, opowiadając o życiu i dokonaniach matki, snuje narrację na temat kondycji ludzkiej, tak doświadczanej przez eternalne prawa przemiany i tak kruchej w obliczu bezlitosnej materii. Wiedza przeplata się tutaj z ludową, animistyczną i totemiczną mądrością, a jednostkowe doświadczenia zyskują walor humanistycznej uniwersalizacji. Matka była talizmanem, który stracił w świecie cielesnym, ale nie przestała nim być w sferach duchowych, ku którym poeta i cała ludzkość nieustannie orbitują.

Trudno się dziwić, że w poezji Majii tak rzadko pojawia się jego ojciec, bo przecież społeczność Yi jest matriarchalna i kobiety takie, jak jego matka, odgrywają w nim najważniejszą rolę. Będąc przewodniczką plemienia, prawodawczynią obyczajów i strażniczką rytuałów, nie przestała być najczulszą matką, traktującą syna jak owoc najpiękniejszej miłości. Poeta czuje to każdego dnia i nocy każdej, łącząc się z nią duchowo i nosząc okrywę cielesną, powstałą w jej łonie. Jakże interesujące w poezji chińskiej, a szczególnie w wierszach jej przedstawiciela pochodzącego z zagubionego w górach zakątka, zwanego Liangshan, jest dążność do rozległej uniwersalizacji doświadczeń. Powoduje to, że poezja tego autora staje się zrozumiała pod każdą szerokością geograficzną i pojawia się stale w nowych przestrzeniach językowych. To są dzieje konkretnych ludzi, ale też jest to opowieść o trudnym człowieczeństwie, od narodzin, poprzez kolejne lata życia, aż do bezdusznej śmierci. Kruchy ludzki byt może przeciwstawić się jej tylko aktywnością i witalnością kolejnych dni, choć i tak na końcu wszystko zostanie przenicowane przez ucho igielne nieistnienia. Sonet za sonetem, Majia przywołuje proste czynności domowe i artefakty życia w enklawie, w oddaleniu od dróg cywilizacji, a potem projektuje to wszystko na świadomość przekształconą diametralnie w procesie asymilacji nowego chińskiego społeczeństwa. Stając się przedstawicielem najlepiej sytuowanej klasy – wszakże był nawet gubernatorem prowincji Qinghai – nie zapomniał o tkliwości i serdeczności, zaszczepionej mu prze rodzicielkę, nie przestał martwić się nieszczęściami każdego ludzkiego bytu. Przeszedł daleką drogę z Liangshanu do Pekinu, a potem do wielu światowych stolic kulturalnych, ale w głębi serca pozostał członkiem klanu Yi, którego ważną osobistością była jego matka – Ninzy Guowzoshy. Jej wielkość potwierdziła się w sile i giętkości języka, który w nim zaszczepiła i który stał się jego nową ojczyzną.

Rację ma Tomas Venclova, gdy pisze, że Majia w swojej fascynacji folklorem zbliża się do magicznego realizmu. Często nawiązuje do liryki europejskiej, amery­kańskiej, afrykańskiej. Czytelnik łatwo zauważy stylistyczne pokrewieństwo z takimi poetami jak Pablo Neruda i Octavio Paz, także ze szkołą „négritude”. Znajdujemy tu także związki intertekstualne z poetami Europy Wschodniej i środkowej, od Czesława Miłosza do Desanki Maksimović. To jest łączność literacka, ale też i ogólnoludzka, powodująca, że istoty żyjące na planecie Ziemia tworzą wielkie dziedzictwo kulturowe i na przekór śmierci i entropii, potwierdzają swoje odwieczne istnienie. Majia tworzy wiersze osobne, ale też potrafi tworzyć fascynujące cykle, w których czerń i cisza, dynamika i subtelność rymują się z przekazem gwiazd i planet, z ludową mądrością, przekazywaną z ust do ust od pokoleń. Czerń jest barwą życia u ludu Yi, staje się głównym elementem ich strojów, w opozycji do bieli, która jest znakiem wyschłych kości i ich kremacji. A cisza to chwila pod gwiazdami, gdy poeta staje na zboczu i wpatruje się w powoli przesuwające się konstelacje i zdaje się słyszeć w rytmie swego serca odgłos kroków matki i podążających wciąż w dal niezliczonych przodków plemienia.

MIEJSCE OSTATNIE

Ostatnio często słuchałem ballad Leonarda Cohena, znajdując w nich głębie, których wcześniej nie zauważałem. Ten człowiek odegrał bardzo ważną rolę w moim życiu i nadal jest kimś niezwykłym. Tak jak ja popełnił wiele błędów i tak jak ja odnalazł chwile świetliste. W Internecie pojawiły się fotografie miejsca jego spoczynku, na cmentarzu żydowskim, nieopodal Montrealu. Kładę symboliczny kamień na płycie jego grobu i nucę wraz z nim: Now I’ve heard there was a secret chord/ That David played, and it pleased the Lord… Halleluyah…

 

ŚNIEŻNA PANTERA

Ludzkość wzrastała i zyskiwała rozleglejszą samoświadomość w otoczeniu zwierząt, budując z nimi coraz bliższe związki, wchodząc w coraz szersze relacje. Pierwsi przedstawiciele naszego gatunku ubierali się w skóry jaków, antylop, tygrysów, zakładali na głowę czapki z futer lisów, saren i kun, chronili nogi butami wykonanymi z twardych skór bawołów i mamutów. Żywili się mięsem zabitych ssaków, próbowali je też udomowić, choć niektóre z nich były tak dzikie, że nigdy nie udało się ich okiełznać. Od samego początku ludzie próbowali też przeniknąć świadomość istot, na które polowali, tworzyli opowieści, legendy i mity, których bohaterami bywały zwierzęta. W kulturze chińskiej znajdziemy wiele takich podań, a każdy z kilkudziesięciu ludów, tworzących wielki konglomerat kulturowy, scentralizowany przez Pierwszego Cesarza i późniejszych przywódców, wprowadzał inne treści do wielkiej księgi jaźni i cierpienia, odwagi i przebiegłości, siły i przetrwania. Ileż to razy myśliwi ruszali na łowy, odmawiając najpierw modlitwy, zaklinając drapieżniki i próbując obłaskawić rącze jelenie, a potem starając się przeniknąć umysły zwierząt. Czekając cierpliwie na ich pojawienie się, tropiąc ślady, wdychając powietrze i szukając ostrego zapachu, rozmyślali o tym, co uczyni przeciwnik, jaką strategię obrony wybierze. Jednocześnie próbowali przechytrzyć ofiarę, omamić wyborem kryjówki, strojem lub umaszczeniem swojego okrycia jej piżmem, krwią lub moczem. Zwierzęta instynktownie wyczuwają niebezpieczeństwo i ostrożnie przemykają pośród lasów, stepów, gór i dolin, ale łowcy – bogatsi o opowieści przodków, rady dziadów, ojców, wujków, bohaterów wielkich polowań – zawsze starali się je przechytrzyć, zagonić ku miejscom bez wyjścia, zaskoczyć nagle na szlaku lub w gęstwinie roślin. W takich sytuacjach rodziła się świadomość szamanistyczna, ciąg rytuałów myśliwskich, w których ogromną rolę odgrywały tańce i teatralne odtwarzanie przebiegu polowań w plemiennym kręgu. Szaman zakładał maskę na głowę, stawał się na chwilę lwem albo kojotem, krokodylem lub krukiem i tworzył w kręgu plemiennym rodzaj spektaklu kulturowego, zwracając uwagę na poszczególne gesty, imitując ruchy drapieżników i zwierząt kopytnych, ukazując złożoność związków człowieka z jego ofiarami, utrwalając jednocześnie wiarę w jego ponadludzkie możliwości, bliskość świadomości animistycznej, pokrewieństwo duchowe z wilkiem i lampartem, hieną i cziru.

Jidi Majia – chiński współczesny poeta kulturowy, wywodzący się z ludu Yi – podąża tropem starożytnych szamanów (nazywanych przez jego lud bimo) i próbuje przeniknąć świadomość drapieżnika, jakże wyjątkowego pośród ośnieżonych szczytów i przełęczy jego krainy dzieciństwa i dorastania, a potem pierwszych męskich inicjacji. Poemat pt. Ja, śnieżna pantera jest odważną, nie mającą precedensu, próbą odtworzenia w wierszu świadomości dzikiego kota. Nie bez powodu autor utwór ten zadedykował słynnemu amerykańskiemu zoologowi i biologowi George’owi Bealsowi Schallerowi, prezydentowi Korporacji Pantery i prezesowi Cat Advisory Council. To jego liczne książki o drapieżnikach Tybetu i innych części Azji, oparte na własnych obserwacjach, dały poecie głęboką wiedzę o zachowaniach i zwyczajach irbisów, choć zapewne ważniejszą rolę odegrały tu własne przeżycia i wskazane wyżej opowieści, zasłyszane przy ogniskach i w domostwach jego ludu. Punktem zaczepienia narracji lirycznej staje się nagłe, inicjacyjne przejście energii kosmicznej przez świadomość poety i ciało śnieżnej pantery, skradającej się zboczami ośnieżonych gór. Tę moc symbolizuje lecący przez atmosferę meteoryt, przypominający wielką błyskawicę i srebrzysta ryba, podążająca mistycznie z głębin wodnych ku mrocznym sklepieniom nieba. To jest pierwsze połączenie jaźni, pierwsze zespolenie myśli człowieka i zwierzęcia – pierwsza próba osiągnięcia równowagi pomiędzy dwiema, jakże odmiennymi świadomościami. Śnieżna pantera staje na zboczu ogromnej góry i ogarnia wzrokiem zjawiskową przestrzeń swojego rewiru łowieckiego. Żyją w nim różne potencjalne ofiary, ale jest to też ziemia ludu Nousu (Yi), który zawsze szczycił się wieloma wspaniałymi myśliwymi, przemierzającymi mroźne przestrzenie w ślad za lampartem. Tak łączą się dwie jaźnie, a na nie jeszcze poeta projektuje własną refleksję, która staje się tkanką łączną wspaniałej wizji, poematu rozrastającego się w kolejne części. To cudowne, kosmiczne narodziny zwierzęcia i człowieka spowodowały, owo nieustanne uszlachetnianie krwi i wygenerowały myśl, próbującą ogarnąć swoim rozmachem ogrom stworzenia. Tak zaczęło się codzienne patrolowanie bezkresu, wchodzenie na zbocza i zbieganie ku dolinom, tak pojawiła się pierwsza krew na śniegu – tak smak surowego mięsa określił kształt nadchodzących dni, a cętkowane futro stało się znakiem dokonującej się zbrodni – życia za cenę śmierci. Majia ukazuje irbisa jako element odwiecznej przemiany, dokonującej się pośród gór Liangszanu, ale też mającej miejsce w każdej krainie planety. Takie przekształcenia były nieodzowne by pojawiła się ludzka świadomość i krąg egzystencji domknął się, gdy myśliwy Yi ruszył na łowy. Odtąd zwierze i człowiek mogli powiedzieć: zawsze żyć będę ponad granicami/ Ukształtowany niematerialnie./ I nigdy stąd nie odejdę/ Nawet, gdy śmierć upomni się/ O te ośnieżone szczyty. Ludy Chin wierzą, że człowiek wnika w duszę drapieżnika i zyskuje jego przebiegłość, zwinność, umiejętność odnajdywania śladów, tropienia ofiar i dopadania ich w sekretnym miejscu. W takim rozumieniu obie jaźnie stają się rodzajem przekazu energetycznego, który powoli zanika w przestrzeni, ale nigdy nie ginie całkowicie – nakłada się na głosy przodków, brzmi w huku wiatru i krzyku orła, kołującego nad szczytami.    

Poeta podąża zboczem góry i czuje, że jego świadomość uniwersalizuje przestrzeń, a jednocześnie – na zasadzie poblasku – staje się rodzajem przekazu doskonałego, samej istoty wszechświata, wlewającego się swobodnie w bezchmurne noce do rzeczywistości ludzkiej i zwierzęcej. Stając się zwornikiem pomiędzy ogromami, świadomość poety podąża ku gwiazdom i ku najmniejszym, budulcowym cząstkom natury. Tak doświadcza głębi czerni i treści nicości, tak wyodrębnia pradawny kod genetyczny ludu żyjącego pośród gór i polującego na zwierzęta, dla przetrwania w ekstremalnych warunkach. To jest droga jednej samowiedzy i jednego człowieka, ale też szeroki szlak ludzkości podążającej od narodzin do śmierci – szlak jednego ciała i nieustanne orbitowanie miriad ciał astralnych. W tym pochodzie dusza myśliwego Yi jest tak samo nieważka jak czyste, górskie powietrze i osiąga stan podobnej klarowności – może migrować ku galaktykom i zagłębiać się w przepaście jaźni. Podobnie przejrzysta i bezcielesna jest jego świadomość, która odbiera impulsy płynące z mózgu drapieżnika i wyodrębnia jego ślady, zapachy, fragmenty sierści na kolczastych krzewach. Tak rodzi się transcendentna unia pomiędzy tym, który się skrada i tym, który umyka – tak przekazy zaczynają się na siebie nakładać, a tropiący staje się potencjalną ofiarą; Bo między polowaniem a nowym życiem/ Nie ma większej różnicy. Teatrem walki jest zjawiskowa przestrzeń górska, dzicz najpiękniejsza, rewir wolnych zwierząt i niezależnych ludzi, dla których wieki i kolejne systemy polityczne nie miały większego znaczenia. Zmieniali się cesarze, wzrastały i upadały królestwa, struktury państwowe współczesności, partyjne ideologie i złowrogie reżimy, a tam czas stawał w miejscu i stawał się echem pradawnej jaźni szamanistycznej, monotonnych śpiewów przodków przy ogniskach, wołania matki na zboczu góry i pomruku irbisa w mroku. Gdy w całych Chinach miała miejsce rewolucja kulturalna, a Mao ogłaszał czas wielkiego skoku, śnieżna pantera przemierzała górskie ścieżki jak przed wiekami i tysiącleciami – gdy na placach wykrzykiwano haniebne słowa przeciwko intelektualistom – takim jak poeta Ai Qing, mistrz Jidiego Majii – drapieżnik wpatrywał się w dal ze szczytu wzniesienia i wyczuwał krew koziorożca, antylopy i człowieka. To była niezależność egzystencji, taka sama jak w najdalszych rewirach wszechświata, gdzie gwiazdy i galaktyki istnieją samoistnie, rodzą się i umierają bez wiedzy o ekstazach i tragediach w innych miejscach kosmosu. Tak poeta pragnie przenikać tajemnice istnienia i podpatruje je w sytuacjach ekstremalnych, gdy dziki kot rzuca się na niewinną sarnę, błyskawica uderza znienacka w kobietę wspinającą się ścieżką ku wiosce, a skały pękają z hukiem, rozsadzane przez lód i osuwają się w przepaść.

Drżący strumień świadomości, naśladuje w tej poezji prawdziwe górskie nurty, spadające z impetem ze skał, przelewające się przez zbocza i ogromne głazy, niosące w dal rozdrobnioną materię miki, bazaltu i piaskowca. I taka jest też imaginowana jaźń drapieżnika, który podąża śladem świstaka i mundżaka w ogromnym skupieniu, studiuje tropy, wdycha zapach sierści, patrzy w dal i wyodrębnia ruchome kształty, a potem – w zdumiewający sposób przemienia się w mordercę, rzuca się na ofiarę bez litości, szarpie mięso i rozlewa krew. To jest równie zdumiewająca przemiana jak ta w świecie ludu Yi, gdy spokojny rolnik, cierpliwie uprawiający górską grykę, przeistacza się w tropiciela śladów, podąża wiele dni za irbisem, a potem zabija go w makabrycznych okolicznościach dla pięknego futra:  Błyskawiczna pogoń … siła odśrodkowa … nieważkość … błysk piorunu … iskrzący łuk pożądania… pęknięty klejnot… swobodna przestrzeń – Powtórny skok … grot języka zapachu … twardość chłonności… bieg i cel… zaciśnięcie szczęk… niedościgły lot powracającej światłości… szarpnięcie rozpadu… ciężar niebytu…  zaciśnięcie szczęk… niepokój… luminofor żył… sycący dar… fale oddechu… nagły wzlot… gwałtowny jak na początku… taniec uderzeń… śmierć ciągnąca ku krawędzi… pustka… pustka… Śmierć jest tutaj początkiem i końcem drogi, staje się zwieńczeniem i dramatem nie do opisania, przyobleka skronie myśliwego w chwałę, jednocześnie daje zadośćuczynienie żądzy i zaspakaja głód zwinnego kota. Majia potrafi ukazać w rozbudowanym poemacie jak dwie świadomości pulsują symultanicznie i wzajemnie się uzupełniają – człowiek musi przeniknąć do morderczej logiki drapieżnika i porzucić kulturę, z jej łagodnością, pochwalną pieśnią i czułością wzniosłej miłości. Musi też – jak w zamierzchłych rytuałach – przedzierzgnąć się w śnieżną panterę, a zarazem musi ją zabić, tak jak ona zabijała inne byty. Tylko poezja kulturowa najwyższych lotów, zbliżająca się do mitu i legendy, czerpiąca soki z ludowych pieśni i podań, może wznieść się tak wysoko, może tak się rozwibrować, że stanie się czystym przekazem jaźni animistycznej, strumieniem świadomości generującym treści idealne. To rodzaj rytuału, w którym poeta-bimo wyczarowuje pierwiastkowe obrazy i wydobywa je z nicości, wyświetlając je najpierw w swojej świadomości, a potem – przy pomocy wiersza – rozprzestrzeniając je pośród ludu Yi i tych, którzy wezmą do ręki jego książki. Trudno się dziwić, że w ostatnich latach powstała ogromna konstelacja wydań poezji tego twórcy w językach obcych i stał się on jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych poetów chińskich. A przy tym jednym z najwybitniejszych poetów kulturowych naszego globu, rozumianym i podziwianym na wszystkich niemal kontynentach, w jakże odmiennych kulturach i tradycjach poetyckich.

Warto też wspomnieć o pojawiających się w tej liryce nawiązaniach do wielkiej poezji światowej, o cytatach i przywołaniach, a nade wszystko o próbach interpretacji wierszy Czesława Miłosza i Giuseppe Ungarettiego, Pabla Nerudy i Desanki Maksimović, Octavia Paza i Mahmuda Darwisza, Juana Gelmana i Tomasa Venclovy. To otwarcie chińskiego twórcy na kulturę światową jest zdumiewającym fenomenem, tym większym, gdy uświadomimy sobie z jakich górskich tajni wyszedł ten człowiek i jaką drogę pokonał, zdobywając w niełatwych czasach kolejne stopnie edukacji, pisząc wiersze i poematy i wydając książkę za książką. Może dlatego kulturowa liryka Jidiego Majii, choć na wskroś przesiąknięta tradycją ludu Nuosu, jest nowoczesna w swoim wyrazie, ekspresjonistyczna, metaforyczna, nie stroniąca od oksymoronów i hiperboli, charakteryzująca się swobodną frazą, bliską narracjom wielu twórców  przywoływanych w wierszach tego tomu. Połączenie tradycji i współczesności, ludowego podania i mitu z elementarną tkanką naszych dni, dało zaskakujące efekty i spowodowało, że Majia stał się znakomitym nauczycielem chińskiej oryginalności i kulturowej mnogości, dalekowschodniej wyobraźni i najczulszej wrażliwości, a jego animistyczne wizje z poematu o śnieżnej panterze przekroczyły horyzont literacki i stały się rodzajem doświadczenia magicznego. Kolejna już na naszym rynku książka tego twórcy umacnia jego pozycję w języku polskim i jest zapowiedzią dalszych osiągnięć, takich jak choćby uhonorowanie go Europejskim Medalem Poezji i Sztuki – Homer.

___________

Jidi Majia, Śnieżna pantera, Wiersze wybrane, z jęz. angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2017, s. 160.

 

ALEJA KLONÓW (28)

Zamieszczony tutaj wpis jest ostatnim w ciągu prezentacji fragmentów prozy opisującej kształtowanie się wrażliwości i wyobraźni małego chłopca. Powieść pt. „Aleja Klonów” ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Temat i została skierowana do księgarń. 

Szare i granatowe chmury pędziły donikąd, a gwałtowne, zimne wiatry rozbierały klony z tunik i sukni złotawych liści. W grafice czarnych konarów, w miedziorytach gałęzi siedziały stada gawronów i spokojnie czekały, aż nad horyzontem zgasną wielkie głownie zmierzchu. Właśnie wtedy, któregoś jesiennego dnia, mój ojciec przywiózł do domu wielki karton i postawił go na stole w kuchni, robiąc dziwne miny. Wtedy mama przerwała przygotowywanie klopsów z wieprzowiny, wytarła ręce w fartuch, otworzyła usta ze zdziwieniem i zapytała:

            Coś ty tu przyniósł? Znowu jakieś gipsowe miski dla gołębi, albo nowe poidło dla nich?

            Sama zobacz, tylko uważaj… odparł tajemniczo.

Mama przelękła się nie na żarty i odrzuciła zwiędły liść klonu, który spadł na pudło po drodze. Po chwili odważnie zaczęła też rozcinać karton wielkim, ostrym knypem, służącym do kawałkowania wołowego mięsa. Po chwili otworzyła pakę, zajrzała do środka i wciąż zdumiona, odwróciła się do ojca. Ten podszedł do rozciętego opakowania, wsunął ręce i z wysiłkiem wydobył sporych rozmiarów drewniany, politurowany sześcian. Postawił go na stole i zdjął biały, płócienny worek, którym był okryty, a potem z uśmiechem popatrzył na mnie i na mamę.

            Kupiłem telewizor…– powiedział i serdecznie objął mamę ramieniem.

A skąd ty chuliganie na to miałeś pieniądze…? – spytała mama i załamując ręce dodała Pewnie znowu pożyczyłeś od kolegów…? Albo od jakichś bogatych gołębiarzy…?

            Dostałem pożyczkę z zakładów rowerowych i pomyślałem, że telewizor będzie dla was wspaniałym prezentem… odrzekł.

            – Boże drogi, a z czego my to spłacimy…? Chcesz bym urodziła drugie dziecko, a nie potrafisz utrzymać pieniędzy w kieszeni – lamentowała mama.

            – Damy jakoś radę, tym bardziej, że będę teraz woził więcej wycieczek po Polsce i zarobię na łebkach, zabieranych po drodze…. – przekomarzał się z nią tata.

Tego dnia dwie intrygujące informacje donośnie dźwięczały we mnie i powracały stale jak echo – ojciec chce by mama urodziła drugie dziecko… A jak to będzie głupia, pyskata dziewczynka? Co wtedy pocznę, gdzie się podzieję? A jak na świat przyjdzie chłopiec, to czy będzie chciał się ze mną bawić? No i to drugie zdarzenie – telewizor w naszym domu, jakieś tajemnicze urządzenie, nie wiadomo do czego służące. O ile wiadomość o tym, że mama będzie jeszcze raz w ciąży nie dawała mi spokoju, o tyle pojawienie się dziwnego sześcianu przyjąłem z wielkim zaciekawieniem i entuzjazmem. Wzrosło ono jeszcze mocniej, gdy przyszedł do nas chudy kolega taty o imieniu Jurek, zajmujący się instalacją anten i uruchamianiem nowych odbiorników.

            – Jaki model kupiłeś druhu – zapytał, wchodząc do naszego domu z ogromną skórzaną torbą, wypełnioną śrubokrętami, nakrętkami, lampami i przewodami różnej grubości. W drugiej ręce miał spory zwój płaskiej anteny, znacznie sztywniejszej od kabli okrągłych, których tyle było w naszym domu i w warsztacie szewskim dziadka.

            – Szmaragd, bracie, szmaragd… – odpowiedział ojciec i poprowadził kolegę do pokoju, gdzie telewizor znalazł już swoje miejsce na zamykanej bieliźniarce.

            – A… dobry odbiornik, dobry… – pochwalił kolega i zaraz zabrał się do pracy, przekręcając dwie gałki, umieszczone pod niewielkim ekranem i zdejmując obudowę z tyłu urządzenia.

Jeszcze tego samego dnia, po tym jak Jurek wraz z ojcem, weszli po drabinie na dach i zamontowali tam antenę, zasiedliśmy całą rodziną przed telewizorem. Przyszła babcia i dziadek Mojżesz, nie wiedzieć skąd pojawiła się prababcia Franciszka, a nawet przybiegły dwie piękne dziewczyny z podwórka, Mela i Jola. Pola Rozenfeld też się rwała do nas, ale mąż nie pozwolił jej wyjść z domu, zamknął na klucz w pokoju i nic sobie nie robił z tego, że dramatycznie płakała i co chwilę wydmuchiwała nos. Mama wzięła mnie na kolana, ojciec i babcia usiedli obok nas na kanapie, a po jakimś czasie doszła jeszcze gruba znachorka Kozłowska. Wieść o tym, że mamy telewizor lotem błyskawicy rozchodziła się po podwórkach i niemal całej Alei Klonów. Kłęby papierosowego dymu zaczęły unosić się w pokoju i mama musiała często otwierać nasze jedyne okno. Z tych pierwszych dni, kiedy to przychodzili sąsiedzi i znajomi z dalszych zakątków miasta, szczególnie zapamiętałem wizytę ciotki Zochy, nadąsanej, krzykliwej i nieustannie pytającej, skąd tata wziął tyle pieniędzy? O ile nie podobały mi się te zgromadzenia, dyskusje i nieustanne spory, o tyle telewizor stał się moim ukochanym urządzeniem. I ciągle śniły mi się sceny z filmów Walta Disneya, albo kadry z amerykańskiego Disneylandu, w którym, dzieci kręciły się w ogromnych filiżankach, zwiedzały zamki z bajecznymi wieżyczkami, albo z uciechą puszczały się w dół z wysokich, lśniących zjeżdżalni.

            Telewizor był u nas już od roku, gdy nagle przybiegł zaaferowany dziadek i wykrzyknął w drzwiach wejściowych:

             – W radiu mówią, że zabili Kennedy’ego…!!!

Nie wiedziałem o kogo chodzi, ale sądząc z reakcji ojca i mamy, musiał to być ktoś bardzo ważny, jeden z tych mężczyzn, którzy stawać mogli w jednym szeregu z generałami z jednostki wojskowej albo z towarzyszami, Gomułką, Cyrankiewiczem i Zawadzkim. Tata natychmiast przekręcił gałkę Szmaragda i po chwili na ekranie pojawiły się czarno-białe obrazy z dalekiej Ameryki. Było już bardzo późno, a listopadowa pora powodowała, że do domu przedostawało się coś z atmosfery mroku, mgieł unoszących się nad ogrodem i lodowatych powiewów wiatru. Jakiś spiker mówił podniesionym i lekko drżącym głosem:

– Stale nie możemy w to uwierzyć, ale potwierdzają się wcześniejsze doniesienia o tym, że dzisiaj w Dallas zamordowano Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, trzydziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych…

Na ekranie powtarzano wciąż jego przejazd szeroką ulicą, w ogromnej, czarnej i odkrytej limuzynie. Siedział w niej na tylnym siedzeniu, wraz żoną, która była niezwykle elegancko ubrana i miała na głowie zabawny toczek. Patrzyłem z lękiem w sercu jak przy głowie prezydenta pojawia się rodzaj podmuchu, a straszliwie przerażona piękna pani, przesuwa się na maskę i próbuje wyskoczyć z auta. Wszyscy zaczęli biegać, za kolumną samochodową ruszyli szybko stojący przy drodze policjanci, a ludzie chowali twarze w dłoniach i gorzko płakali. Zrobiło mi się bardzo żal tego Kennedy’ego, łzy zaszkliły się w moich oczach i zacząłem z uwagą przysłuchiwać się temu, co mówi dziadek, mama i tata.

            – Komuniści go zabili, bo im nadepnął na piętę – powiedział dziadek i zrobił minę, która miała wyrażać niesmak i pewność, że się nie myli.

            – Komuniści w Ameryce, co też tata mówi – odezwała się mama.

            – Kuba niedaleko i Chruszczow nigdy nie darował mu inwazji w Zatoce Świń – powiedział mój ojciec i zaciągnął się głęboko tanim papierosem Silesia.

Zatoka Świń… Jakże spodobała mi się ta nazwa i natychmiast w mojej wyobraźni pojawiły się świnie z rozciętymi brzuchami, kwiczące straszliwie i biegające na brzegu oceanu. Z rozharatanych ciał wylatywały im wnętrzności, tak jak podczas uboju, kiedy to rzeźnicy sprawnie oporządzali żywe jeszcze, zawieszone na hakach zwierzęta. Słowo zatoka kazało mi przypuszczać, że świnie są tam wolne i szczęśliwe, a nawet jak mają śmiertelne okaleczenia, to w tajemny sposób goją się one w tej przestrzeni, a flaki, wątroby i nerki same wracają na swoje miejsce.

            – Castro i ten jego partyzant Che Guevara to zrobili – perorował dziadek – Tylko oni mogli to zorganizować, tylko bolszewicy mogli się na to poważyć…

            – Tata wszędzie widzi ich spiski… – uciszała go zalękniona mama.

            – Ja myślę, że to raczej zrobiła mafia… – powiedział mój tata, by po chwili dodać – Czytałem w jednej gazecie, że Kennedy im się bardzo naraził…

             – To też możliwe…- wyrokował dziadek – Ale to komuniści mogli ich wynająć…

            – Zatrzymano już podejrzanego o to ohydne zabójstwo – mówił spiker – To pracownik składnicy księgarskiej Harvey Lee Oswald, który uciekając zastrzelił jeszcze niewinnego policjanta.

            – Zobacz jak szybko działa FBI w Ameryce – dziadek zwrócił się do ojca i odpalając od niego papierosa, dodał – Szkoda tego Kennedy’ego, dobrze mu z oczu patrzyło…

               – I taki był przystojny, taki podobny do naszego taty – powiedziała mama przytulając się do piersi męża.

Następnego dnia bawiliśmy się na podwórku w zabijanie prezydenta Stanów Zjednoczonych. Starszy Marasek ciągnął mnie w drewnianym wózku, a jego młodszy brat wybiegał z korytarza i udawał, że strzela do mnie z kawałka patyka. W jego oczach lśniła nienawiść, a mały palec wskazujący raz po raz zginał się, jakby naciskał cyngiel.

            – Już nie żyjesz Kennedy… Już po tobie… – pokrzykiwał nade mną, a ja kładłem się na wózku, jakby trafiły mnie mordercze kule zamachowca.

ALEJA KLONÓW (27)

W lutym wszędzie rosiła się żałobna szarość, osiadająca na dachach i łysych gałęziach klonów, smutek czający się w bramach i na chodnikach, rozpacz powiewająca w przestrzeni jak wielka czarna flaga. Często wtedy zachodziłem do pani Fijałkowskiej, która kupowała ciastka bezowe „japonki” i częstowała mnie nimi z radością. Miała na wychowaniu Zosię, dziewczynę brzydką, ale bardzo dobrą, pomocną w domu, sprzątającą, piorącą brudne ubrania i gotującą obiady. Jej przybrana matka była gruba, miała trudności z poruszaniem się i wykonywaniem najprostszych czynności. W takiej sytuacji dziewczyna z domu dziecka była skarbem i za swoje oddanie otrzymywała ciągle jakieś prezenty, modne czółenka na szpilkach, spódniczki, sweterki i bluzki, a nawet koronkowe halki i bieliznę. Brała czasem pod ramię swoją dobrodziejkę i podprowadzała ją do sklepu spożywczego, do fryzjera albo do rzeźnika. Wyglądały wtedy groteskowo, jakby wyszły wprost z zaświatów, jakby stworzył je złośliwy demiurg albo dawno zapomniany bóg. Zosia często śmiała się i w mig odgadywała, co jest potrzebne w domu, co trzeba zrobić i co kupić. Pewnego razu zapragnęła pójść na zabawę do wojskowej kantyny i pani Fijałkowska kupiła jej na tę okazję wspaniała suknię, pożyczyła złote buty i małą torebkę z dawnych czasów. Miała już siedemnaście lat i czas najwyższy by zaczęła wychodzić do świata, a może nawet by znalazła sobie jakiegoś mężczyznę… Dopiero jak Zosia zniknęła za drzwiami, opiekunka poczuła w sercu pustkę, usiadła na fotelu i głęboko się zamyśliła. Przypomniał się jej dzień, gdy pojechała do sierocińca i jedna z piastunek powiedziała jej, że najbrzydsza jest Zosia i jej chyba nikt nigdy nie adoptuje. Spojrzała na to wychudzone, dziwnie ukształtowane dziecko i błyskawicznie podjęła decyzję… Wzięła ją do swojego domu i obdarzyła miłością, jakiej dotąd nie zaznała, załatwiła operacje w szpitalu, wyprostowała biodra, usunęła narośle z głowy, pojawił się aparat na zębach i okulary na nosie.

Teraz, już w innym czasie, Zosia po raz pierwszy sama wyszła z domu i zaraz poczuła jak serce podeszło jej do gardła. Wyprostowała się i stawiając komicznie kroki próbowała naśladować Polę Rozenfeld, którą czasami widziała jak przemyka przed bramą albo jedzie z wojskowym kochankiem w kosztownym, odkrytym aucie, lśniącym niklem i lakierem. Jeszcze kilkaset metrów, jeszcze trzy chodniki i znajdzie się naprzeciw głównej bramy do koszar, skręci w lewo i skieruje się ku kantynie, gdzie zabawi się do rana. Nie mogła się doczekać, czuła w sercu euforię, ale wiedziała, że musi iść prosto i uważnie stawiać nogi, imitować wielką damę. Pamiętała o przestrogach pani Fijałkowskiej, wiedziała, że musi być czujna, ale też coś pchało ją do przodu, coś dodawało animuszu, było obietnicą jakichś wspaniałych doznań. Przestąpiła drzwi sali balowej, pięknie udekorowanej i lśniącej czystością i natychmiast oszołomiła ją głośna muzyka. Stanęła nieopodal wielkiego okna, zasłoniętego kotarą i patrzyła szeroko otwartymi oczyma na bawiące się pary. Nie zauważyła ironicznych uśmieszków innych kobiet, wpatrywała się w pięknie poruszających się oficerów w paradnych mundurach i żołnierzy niższych rang. Nagle jeden z nich stanął przed nią i ze śmiechem poprosił ją do tańca, podał dłoń i poprowadził ku środkowi sali. Jakaś salwa śmiechu buchnęła obok, ale Zosia niczego nie czuła, niczego nie widziała, zdawało się jej, że znalazła się w niebie. Kapitan, który ją zaprosił tańczył z nią przyciskał jej młode ciało do siebie, dyszał i mówił coś szeptem. Potem pociągnął ją do stołu i nalewał kolejne kieliszki wódki, wina, stawiał przed nią kufle z piwem. Nigdy dotąd nie piła alkoholu, więc szybko świadomość zaczęła ją opuszczać, aż napłynęła gęsta ciemność i tępy ból rozprzestrzenił się w jej ciele. Po jakimś czasie wszystko zawirowało, wielkie wynaturzone twarze pojawiły się nad nią, zakręcił się gwałtownie wir barw, dziwnych kształtów, dźwięków i zapachów, aż nagle i bezpowrotnie wszystko zgasło.

Budziła się z odrętwienia, poczuła zimno i rozdzierający ból między nogami. Z trudem otworzyła oczy i zobaczyła, że leży przy płocie koszar, w krzakach, a na jej ciele pozostały tylko strzępy nowej sukni. Cała była w ranach i sińcach, na jednej nodze miała złoty but, a drugi leżał o kilka metrów dalej.  Chciała krzyczeć, ale nie miała siły, chciała wstać, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Wreszcie uniosła się na łokciu, a potem wstała bardzo powoli i kuśtykając ruszyła w kierunku domu. Była oblepiona krwią i umazana zielonym sokiem traw, jakby ktoś ciągnął jej ciało po ziemi i przerzucał z boku na bok. Wreszcie dotarła do drzwi niewielkiej oficyny, a gdy je przestąpiła zobaczyła swoją opiekunkę, siedzącą przy stole i modlącą się z różańcem na rękach. Kiedy ją spostrzegła zapłakała i niezdarnie ruszyła ku niej, przycisnąwszy ją mocno do piersi, szlochając jak dziecko. Zosia nie wiedziała co się stało, bo straciła świadomość, upojona alkoholem, nie mogła też złożyć skargi na kogokolwiek. Dwa razy przychodził do nich jakiś wysoki oficer, spisywał zeznania, wypytywał o szczegóły, ale szybko ukręcono łeb sprawie, bo gwałciciel był w Partii. Rozpacz po raz pierwszy wtargnęła w życie Zosi, a po miesiącu, gdy umarła Fijałkowska pojawił się dziwny, niematerialny lęk. Na szczęście dobrzy ludzie jej pomogli, dali pracę sprzątaczki w magazynie, a potem otoczyli ją czułością, gdy jej brzuch zaczął się powiększać i po dziewięciu miesiącach urodziła zdrowego, ładnego chłopca. Dała mu na imię Romek i znowu w jej niewielkim mieszkaniu pojawiła się radość, szczęście że ma kogoś tak bliskiego i tak ją kochającego. Ubierała go czyściutko i starannie, chodziła z nim na lekcje religii i odprowadzała do szkoły, karmiła jak mogła najlepiej, a czasem kupowała nawet cukierki i suszone owoce. Podjęła pracę sprzątaczki w zakładach odzieżowych i powoli wszystko w jej życiu zaczęło wracać do normy… Romek był w czwartej klasie i miał dziesięć lat, gdy w pobliskiej szkole podstawowej, na ulicy Kcyńskiej, przewróciły się na niego stalowe drzwi i zabiły go na miejscu.

Na pogrzebie było wielu uczniów, nauczycieli, przyszli też ludzie z Alei Klonów, jacyś panowie w szarych prochowcach i nie wiedzieć kto załatwił orkiestrę wojskową. Ceremonię prowadził grubawy ksiądz Gołębiewski z parafii Świętej Trójcy, pojawili się też ministranci i kilku grabarzy, którzy wykopali dół, ustawili na nim deski, a potem linami spuszczali białą trumnę Romka do grobu. Zosia ubrała się żałobnie, na głowę założyła niewielki toczek, z którego na twarz spływała czarna woalka, pożyczyła od kogoś czarne buty i ruszyła na cmentarz. W lodowatej kaplicy, przy otwartej trumnie płakała cały czas i nie mogła pogodzić się z tym, że jej syn jest już martwy i jakby zdeformowany przez uderzenie wielkich wrót. Gdy harcerze dźwignęli Romka i spuszczano trumnę do piachu i orkiestra wojskowa zaczęła grać marsz żałobny Chopina, chciała wskoczyć do grobu, ale grabarze powstrzymali ją i po godzinie odprowadzili do bramy cmentarza. Gdy zgwałcił ją pijany kapitan wojska polskiego myślała, że już nic gorszego nie przydarzy się w jej życiu, a jednak teraz poczuła się nikomu niepotrzebna, jakby nieżywa, jakby trwająca w dziwnym letargu. Usiadła w ciemnościach w domu i miała wrażenie, że ktoś wpatruje się w nią uparcie i kpi z jej tragedii za zasłoną mroku. Zaczęła pić i szybko w jej domu pojawił się krępy zbieracz złomu, którego na Alei Klonów nazywano po prostu Łysek. Zaczęła chodzić z nim, pchać ogromny wózek na dwóch kołach i zbierać żelastwo z ulicy Gołębiej, Orlej, Kcyńskiej, Strzeleckiej, Kruczej i Jaskółczej. Ludzie szybko zapomnieli jej imię i mówili o niej używając tylko nazwiska – Pięta, choć wielu myślało, że to był jej przydomek. Łysek czasami bił ją po pijanemu, rzucał się na nią z nogą od krzesła, więc straciła zęby, miała zdeformowany nos i powybijane palce. W końcu znaleziono ją martwą tuż przy plocie jednostki wojskowej i pochowano w grobie Romka, po którym już niewiele w ziemi zostało. Jaskółki i jeżyki latały nad grobem, piszczały przeciągle i czasem można było mieć wrażenie, że śmieją się z tego świata.

GŁOWA MAKBETA

Théodore Chassériau (1819–1856), Makbet i Banko spotykają wiedźmy na wrzosowisku, 1855

William Szekspir posiadł niezwykłą umiejętność patrzenia na przestrzał przez charaktery i postawy ludzkie. Jego dramaty są oryginalnymi opowieściami, zaczerpniętymi najczęściej z kronik historycznych, ale też są to próby przeniknięcia natury ludzkiej, w skrajnych sytuacjach, w momentach granicznych i wymagających podjęcia decyzji. Przenikliwość dramaturga i jego umiejętność interioryzowania działań, spowodowały, że w poszczególnych dziełach pojawiła się galeria postaci modelowych, charakterystycznych dla epoki i dla konkretnych wyborów człowieczych. Hamlet, król Lear, Otello, to osoby, ale też i paradygmaty człowieczeństwa – wzniosłe i najpodlejsze z podłych, budujące i rodzące smutne refleksje na temat osobowości  władców i żołnierzy, książąt i niepoprawnych marzycieli. Rekapitulując losy jakiejś osoby, dopowiadając w kolejnych aktach dodatkowe informacje o jej naturze i przyzwyczajeniach, twórca w mistrzowski sposób zszywa wątki i prowadzi do tragicznego końca. Za każdym razem naddana świadomość pisarska wskazuje centralne punkty dla zawiązywanej intrygi i tak steruje krokami bohaterów, że muszą oni w scenach końcowych znaleźć się w sytuacji ostatecznego wyboru i podejmować decyzje, które doprowadzą do nieodwołalnych rozwiązań. To tak, jakby Szekspir oddalał się od swoich postaci, zawisał nad nimi, a potem z wysokości orła czy sokoła patrzył na nich, widząc szerszą perspektywę, zauważając skradających się zdrajców i morderców, uciekających winowajców i knujących w swych alkowach władców. Jego obserwacja z wysoka kończy się, gdy wszystko zmierza do finału, a wtedy – jak wskazane wyżej ptaki – niewidzialna świadomość autora pojawia się na scenie i ostatecznie rozstrzyga o życiu i śmierci, o zdradzie i miłości, o krzyku przerażenia i wiecznym zamilknięciu. Pamiętajmy w jakich czasach żył Szekspir i jak powszechne były wtedy zbrodnie, bitwy, wojny, jak często ludzie byli świadkami przebijania ciał mieczem, ścinania głów toporem, przebijania wrogów kopią albo nawet rozrywania ich końmi. Ta powszechność śmierci i okrucieństwa swoiście formatowała umysły ludzi epoki elżbietańskiej i wieków wcześniejszych, w których umiejscowiono akcję i „wymuszała” kształt dzieł literackich.

George Cattermole (1800–1868), Makbet instruuje morderców Banka, 1850

Spośród dramatów Szekspira jednym z najbardziej tajemniczych i najkrwawszych jest Makbet, napisany ok. 1606 roku, a nawiązujący do przekazów historycznych, dotyczących szkockiego króla, zawartych w kronice Raphaela Holinsheda, a pośrednio do kroniki Hectora Boece pt. Historia Gentis Scotorum (1527). Całość intrygi zawiązana została na zarozumialstwie i nieostrożności króla Duncana, który nie docenił ambicji swojego krewnego – Makbeta i jego przyjaciela Banka. Skupiając swoją uwagę na zdradzie tana Kawdoru, nie zauważył, że dowódcy jego armii urośli w siłę i zaczęli paktować przeciwko niemu. Dodatkowo pojawia się tutaj wątek fantastyczny, kiedy to na scenę wchodzą piekielne wiedźmy, przepowiadające Makbetowi panowanie na zamku Glamis i tytuł tana, a Bankowi, że będzie ojcem królów. To, co wydawać się mogło fantasmagorią lub snem na jawie, zaczęło się sprawdzać i Makbet szybko zapragnął zająć miejsce Duncana. Tak oto upostaciowane zło wkracza do świata żywych, tak pojawiające się i znikające jak mgła czarownice, ukierunkowują myślenie niegdyś lojalnego dowódcy. Są odrażające i ich pochodzenie nie budzi wątpliwości, ale przecież są też egzemplifikacją świadomości autorskiej, wiedzy wykraczającej daleko poza ramy dramatu, zawierającej w sobie element historiozoficzny i psychologiczny. Wszakże Szekspir nie buduje wizerunku mordercy z fragmentów i substratów osobowościowych, raczej ukazuje człowieka z krwi i kości, który waha się i zastanawia nad swoimi krokami, a gdy już podejmuje decyzję o zabójstwie – podjudzany przez lady Makbet – ma jak każdy człowiek wyrzuty sumienia, waha się i drży w obliczu ostateczności podjętych wyborów. Zbrodnia na zamku Inverness staje się punktem zwrotnym jego losów, ale rozchwianie osobowościowe i nieostrożność tego mordercy powoduje, że uchodzą stamtąd do Anglii i Irlandii synowie Duncana – Malcolm i Donalbain, a także dwaj panowie szkoccy – Macduff i Lennox. Jeśli zdecydował się na królobójstwo, powinien zgładzić także potencjalnych mścicieli, ale zaniedbał tego i sytuacji nie uratowało oskarżenie o zbrodnię królewskich strażników. Czyn Makbeta i jego żony generuje nowe zabójstwa – giną żona i dzieci Makduffa, co paradoksalnie odmienia sytuację, bo synowie Duncana decydują się wrócić do Szkocji. Nic już nie zdoła odmienić biegu rzeczy, tym bardziej, że u Makbeta i jego zony pojawiają się symptomy szaleństwa. Życie w winie, ze świadomością świętokradztwa, spowodowało, że głowni bohaterowie dramatu zaczynają odchodzić od zmysłów, widzą plamy krwi na rękach, kształtujące się z mgły postaci, fantomy i duchy.

Johann Heinrich Füssli (1741–1825), Płomienna Lady Makbet, 1784

Zanim Lady Makbet popełni samobójstwo; majacząc i wykrzykując, przyzna się do winy i potwierdzi to, o co wraz z mężem była podejrzewana: Precz, przeklęta plamo! Precz, mówię! O, pierwsza… druga! Czas, by to uczynić. Piekło – ach, jakże jest mroczne. Wstyd, mój panie, wstyd! Żołnierz, a boi się? Czemu mamy się lękać czy ktoś wie o tym, gdy nikt nie śmie od nas zażądać wyjaśnień? Ale też – kto by przypuszczał, że ten stary człowiek mógł mieć aż tyle krwi w sobie… (Akt V, sc. I). Jeśli dramat Szekspira porównamy z symfonią, to właśnie w tym momencie zaczynają się wzniosłe tony ostatniej części – wojska mścicieli gromadzą się w pobliżu zjawiskowego zamku Dunsinane i przygotowują atak. Spełnia się też dziwne proroctwo wiedźm, które Makbetowi wydawało się tak nieprawdopodobne, jakby pochodziło ze starych, gaelickich mitów i ballad. Miał rządzić póki Las Birnam nie ruszy z posad i zdawało mu się, że to nigdy nie nastąpi. Tymczasem wkrótce Malcolm nakaże żołnierzom zamaskować się gałęziami i gdy wyda rozkaz do ataku, pojawi się ułuda poruszającego się lasu. Spełni się też drugie proroctwo – Makbet zginie z ręki człowieka nie zrodzonego z kobiecego łona (co też wydawało mu się niedorzecznością), czyli w wyniku cesarskiego cięcia. To zrodzony w taki sposób Macduff stanie do walki z nim i zabije go, a potem odetnie głowę i zaniesie ją do dowódcy wojsk angielskich – Siwarda i nowego króla Szkocji – Malcolma. Sztuka Szekspira to opowieść o tym jak żądza władzy i zdrada przyjaciół obracają się przeciwko mordercom i jak triumfuje zemsta tych, którzy nie pogodzili się z wyrokami losu. Problem winy i kary – tak istotny później dla pisarzy romantycznych – stał się dla Szekspira osią całego dramatu, który czasami określa się jako elżbietański moralitet, mający wiele wspólnego z zawirowaniami konkretnych lat w historii Anglii i Szkocji. Wszakże tworzone wtedy sztuki miały wzruszać i uczyć, ukazywać postawy naganne i wzniosłe czyny, a przy tym były tak moderowane by najwięksi aktorzy mogli dać wyraz swoim zdolnościom. Ścięta głowa Makbeta staje się symbolem sprawiedliwej kary, a zarazem pogańskiego okrucieństwa mścicieli, którzy – kierując się szlachetną ideą – nie potrafili wybaczyć przewiny i stanęli w jednym szeregu z mordercą. Zbrodnia, czy to w złej czy dobrej sprawie, zawsze będzie zbrodnią, a przelana krew w nieskończoność domagać się będzie zadośćuczynienia i wykreuje nowe kryminalne sytuacje.

Théodore Chassériau (1819–1856), Makbet spostrzega ducha Banka, 1855

Makbet był wiele razy tłumaczony na język polski, począwszy od dziewiętnastowiecznych przekładów Stanisława Egberta Koźmiana, Józefa Paszkowskiego, Leona Ulricha, poprzez prace Jana Kasprowicza, Jerzego Stanisława Sity, Macieja Słomczyńskiego i wreszcie Stanisława Barańczaka, a ostatnio Piotra Kamińskiego. Teraz do tego grona dołącza Ryszard Długołęcki, który dał się już poznać jako znakomity, innowacyjny tłumacz Hamleta i Sonetów Szekspira. Fenomen przekładów tego twórcy polega na świetnym wyczuciu języka angielskiego i łatwości w doborze polskich ekwiwalentów. Do czego może prowadzić wydziwianie translatorskie i jak można wyprać Szekspira z wartości literackich, dowodzą przekłady Słomczyńskiego, choć i one miewają swoje piękności, swoje dziwnie adekwatne zakamarki. Tutaj – w przypadku translacji Długołęckiego – mamy do czynienia z pięknym językiem, frazą zbliżoną do Szekspira i niezwykle bystrym oddaniem znaczeń. Autor wyciągnął wnioski z potknięć poprzedników i przedłożył przekład, który równać się może z najlepszymi osiągnięciami w tym względzie. To jest język polski z podszewką angielską i język angielski oprawiony w czystą, nieskazitelną polszczyznę. Dodajmy do tego udane rymotwórstwo w przypadku partii rymowanych i konsekwentne zachowanie szekspirowskiej rytmiki. Warto tutaj zacytować stosowny fragment wypowiedzi trzeciej Wiedźmy: Łuska smoka i kieł wilka/ Truchło wiedźmy, trzewi kilka/ Z rekiniego brzucha branych/ Szalej nocą wykopany/ Z bluźniercy – wątroby strzępy/ Koźla żółć, wiór z cisu – cięty/ Gdy księżyc zaćmienie barwi/ Turka – nos, Tatara – wargi/ Kciuk dziecka, które zdusiła/ Ta, co w rowie je rodziła./ By ciecz lepka, gęsta była/ Wrzućmy tygrysie wnętrzności/ Żeby wszystko mieć w całości. (Akt IV, sc. I) Udało się Długołęckiemu przetransponować na język polski ulotność części fantastycznych, patos wypowiedzi królów i generałów, chorobliwy zapał mścicieli, a także dziwaczność monologów, odchodzących od zmysłów, Makbeta i jego żony. Wszystko to razem składa się na niezwykle wartościową pracę translatorską, którą szybko powinien zainteresować się polski teatr. Nowy przekład, jako propozycja i inspiracja, daje wielkie pole do popisu zarówno tradycjonalistom, jak i innowatorom inscenizacyjnym, a nawet staje się rodzajem wyzwania twórczego. W przypadku pracy Ryszarda Długołęckiego sprawdza się reguła, że każdy wiek ma swój przekład najcenniejszych dramatów Szekspira. Jako wyraz nowoczesności i innowacyjności językowej, dzieło to śmiało staje do konfrontacji z tłumaczeniami z lat poprzednich i pretenduje do miana najważniejszej translacji dwudziestego pierwszego wieku.

WIECZNOŚĆ

    

    Na pożegnanie Aliny Jelińskiej

Żegnajcie zielone oczy żegnajcie
czułe muśnięcia ust –

nigdy nie zapomnę drżenia
twych ramion kolan i rzęs

byłaś krucha jak błękit
subtelna jak turkus

w długim czarnym swetrze
i obcisłych dżinsach –

żegnajcie puszyste włosy
żegnajcie złączone dłonie

odeszły jaskrawe chwile
w zamglonym lesie

skruszał bukiet zielonych
złotych i czerwonych liści

ale nigdy nie zgasną słowa
miłości i rozstania –

choć został już tylko proch
i czarny atłas mroku

lodowaty szept ostatniego
oddechu

eternity eternity
eternity…

20 września 2017

ZAZDROŚĆ I NIENAWIŚĆ

William Szekspir 1564–1616

Otello Williama Szekspira to dramat o ksenofobii, nienawiści i zazdrości, gdzie główne postaci – Murzyn Otello, piękna wenecjanka Desdemona, generałowie Kasjo i Jagon – wikłają się w konflikt, którego rozwiązaniem mogą być tylko kolejne śmierci. Odrzucany przez ojca przepięknej kobiety, murzyński generał zaskarbia sobie względy Doży, a potem dodatkowo gruntuje swoją pozycję w walce z Imperium Otomańskim i na zwycięstwie nieopodal Cypru. Znakomicie zostało tutaj zastosowane tło historyczne i egzotyka Morza Śródziemnego, dająca szansę kolejnym reżyserom i scenografom na stworzenie spektakli oryginalnych, pełnych złocistych i wzorzystych szat, palm, statków pełnomorskich i widoków słońca, powoli zniżającego się nad falami. Te możliwości zostały wykorzystane dopiero w epoce filmów kolorowych, gdy wykorzystano cały repertuar chwytów zdjęciowych, efektów specjalnych, charakteryzacji, gry aktorskiej itp. Jednakże już w czasach Szekspira dostrzeżono wagę problemu, który pojawił się w utworze, a swoją prawdziwą dramaturgię zyskał na początku dwudziestego pierwszego wieku, gdy ogromne rzesze uchodźców wlały się do Europy. Oto narody takie jak Włosi, Francuzi czy Grecy stanęli przed dylematem, który nie zmienił się od wieków: przyjąć czy odrzucić obcego człowieka? Doża wenecki zaaprobował Otella i dostrzegł jego użyteczność dla jego armii, ale nie mógł przypuszczać, że natura Murzyna, którego przodkowie od wieków polowali na dzikie zwierzęta i zabijali sąsiadów z innych plemion, obudzi się w nim w tak tragicznych okolicznościach. Dzisiaj także mamy do czynienia z tym problemem, gdy zaakceptowani muzułmanie (np. w Niemczech, w Belgii lub we Francji) zamykają się w narodowych enklawach, tworzą grupy przestępcze i obracają się przeciwko tym, którzy okazali im dobroć i otworzyli granice państwa. Szekspir wskazuje, że natura szaleńcza, nawet jeśli chwilowo poskromiona, moderowana przez miłość, może eksplodować w każdej chwili i doprowadzić do tragicznych rozwiązań. W kulturach wschodnich zawsze wiele było zabijania i okrucieństwa, wiele też teatralizacji mordowania, gdy spędzano na place tłumy i na pokaz ścinano głowy, kamienowano lub torturowano niewinne istoty. Miało to służyć określonym celom, przede wszystkim zastraszaniu społeczeństwa, które karnie wykonywało zarządzenia różnorakich kalifów, emirów, sułtanów, muftych i wezyrów. Niestety był też efekt uboczny w postaci swoiście sformatowanych umysłów, mitologii okrucieństwa, szybkiego zadawania śmierci i niszczenia wrogów w sposób bezwzględny, motywowany najczęściej ponurą zemstą.

Otello, mal. William Mulready

Jeśli jednak odrzucimy kostium wschodni Otella, zauważymy, że jest to także – a może przede wszystkim – dramat o walce dobra ze złem i nie bez powodu tyle razy pojawia się w nim imię Szatana. Kusicielem jest tutaj Jago, który dostrzegając chwiejność uczuć, pragnie bezwzględnie wykorzystać gorącą krew Otella i jego totalną miłość do żony. Wykorzystuje do tego celu niewinny rekwizyt, wzorzystą chustkę, którą Murzyn podarował żonie, a kusiciel podrzucił do innej kwatery, sugerując zdradę Desdemony z zasłużonym generałem Kasjo. Jago tak posplatał nici intrygi, że Otello coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że małżonka rzeczywiście dopuściła się niewierności, przyprawiając rogi dumnemu synowi Afryki. Kusiciel staje z boku, chowa się w półcieniach, a przy każdym spotkaniu z Otellem wzmacnia jego przekonanie, że doszło do zbliżenia pomiędzy jego żoną i konkurentem. Umiejętnie intrygując i kłamiąc, wykorzystując własną żonę i służącą Desdemony, popycha Jago swego dowódcę do okrutnych rozwiązań, które i jego samego doprowadzą do śmierci. Te ohydne podszepty mają na celu także osłabienie pozycji Kasja i wyniesienie w górę w hierarchii władzy donosiciela – metoda dobrze znana w dziejach, pojawiająca się na wszystkich dworach i zbierająca obfite krwawe żniwo. Mentalność donosiciela nie zmieniła się przez wieki i za każdym razem – nie licząc się z krzywdami, które wyrządzał – piął się w hierarchii władzy, szukał możliwości lepszych dochodów, poświęcał nawet najbliższych przyjaciół by siać zamęt i zyskiwać pośród niego coraz to inne możliwości destrukcyjne. Jago myśli, że jest nieśmiertelny, a jego zakusy i podłe intrygi dadzą mu korzyści nie do oszacowania, zaczyna zatem przesuwać figury na szachownicy życia, nie wiedząc, że słowa „szach i mat” wybrzmią także i po jego śmierci. Do trupów Desdemony i Otella dołączy kolejne martwe ciało i – koniec końców – wszelkie intrygi, tak pieczołowicie zszywane – staną się też jego przekleństwem i cisną go w przepaście nicości. Szekspir ukazuje sytuację, w której ważny też jest wątek dydaktyczny, owo ukazanie zła w sytuacji bez wyjścia, owo mnożenie zagrożeń przez nierozsądne postępki i używania potwarzy jako oręża w walce. Każdy dwór miał swoje prawa, na każdym pojawiali się ludzie dobrzy i szlachetni, a przy nich kanalie i donosiciele, kierowani chorą ambicją dworacy, gotowi poświęcić nawet władców w drodze do kolejnych zaszczytów i dóbr materialnych.

Śmierć Desdemony – mal Aleksandre Marie Colin

Desdemona była istotą piękną, najczystszą z czystych, jeśli chodzi o uczucia i wierność do męża, za którym poszła, porzucając dom rodzinny. Niestety zniszczyła ją naiwność i dziecinne przekonanie, że wszyscy ludzie są dobrzy, a miłość potrafi pokonać wszelkie interpersonalne bariery. Żar uczuć może się jednak wypalić, a dzika natura Murzyna szukać zacznie innych spełnień, aprobując podszepty złego doradcy. W takim rozumieniu jest to też dramat o nieprzystawalności ludzkich natur – delikatnej, subtelnej osobowości Desdemony i dzikiej, wojowniczej natury Otella. Obserwujemy też tę niemożność pogodzenia temperamentów i zaszłości kulturowych w przypadku emigrantów napływających nieustannie do Europy Zachodniej, z Afryki i Azji. Naturalnym dążeniem tych ludzi jest zamknięcie się w enklawie narodowej, niczym w domostwach, w ich krajach, obwiedzionych wysokim murem. Podejście Otella do Desdemony ma też coś z islamskiego męskiego szowinizmu, który dopuszcza nawet bicie małżonki, dręczenie w domu i czynienie z niej seksualnej nałożnicy. A wszystko podpierane nieludzkim prawem szariatu, odwieczną wschodnią dominacją mężczyzn i ich okrucieństwem w stosunku do niewiast. Desdemona zauroczyła się odmiennością kulturową Otella, jego egzotyczną urodą i zapewne możliwościami seksualnymi, ale nie znała natury człowieka wychowanego w określonej murzyńskiej społeczności, nie zdawała sobie sprawy, że ich miłość oparta jest przede wszystkim na zaspokojeniu seksualnym, a zdrada i niewierność jest jednym z elementów nieustających testów męskości. Tak okazało się, że Otello potraktował żonę jako łup wojenny i traktował ją jak depozyt, np. piękny kryształowy wazon, z wszelkimi prawami do niego. Tłukąc go nagle, mordując tę, która go kochała miłością najczystszą i bezinteresowną, ukazał mroczne przestrzenie swojego ego i potwierdził obawy ojca kobiety. Mieszanie się kultur, łączenie się egzotycznych par może dawać wspaniałe efekty, a urodzone dzieci zachwycać mogą urodą, ale przecież w każdym związku pojawiają się animozje, każda para ma miesiąc miodowy, a potem wielokrotnie przechodzi okres próby, kłótni, nieprzystawalności charakterów i walki o dominację. Otello potrzebował tylko niewielkiego impulsu, ledwie zwrócenia uwagi na wzorzystą chustkę, by zacząć swój rytuał dominacji – chorobliwej manifestacji praw własności do weneckiej piękności, a nade wszystko praw do decydowania o jej życiu i śmierci. Nienawiść jednak zawsze prowadzi do rozwiązań tragicznych, a wypaczona charakterologicznie zazdrość znosi wszelkie hamulce i każe zabijać, niszczyć to, co mogłoby być piękną opowieścią o przywiązaniu i miłości, oddaniu drugiej osobie, od chwili pierwszej do ostatniej.

ŚLEPIA BESTII

Dzisiaj jest ważny dzień… Zaczynam realizować projekt, który czekał na mnie od lat. Zrozumiałem, że muszę podjąć to wyzwanie, gdy znalazłem się w mauzoleum ofiar masakry w Nankinie, a potem pośród kamiennych bloków w Erywaniu, symbolizujących masakrę Ormian. I jeszcze ten zimny dreszcz, gdy przekraczałem bramę nazistowskiego  obozu Auschwitz, gdy patrzyłem na fotografię ofiar czerwonych Khmerów w Kambodży, Hutu w Ruandzie i zamordowane dzieci na Wołyniu. A to przecież ledwie osobne krople krwi pośród oceanu cierpienia dwudziestego stulecia.    

indeks

jew_killings_in_ivangorod_1942

Ślepia jak z popiołu, jak ze spalonego drewna, wpatrujące się w mrok, połyskujące metalicznie, odbijające krwawą poświatę – skupione na ofierze, podążające za każdym jej ruchem. Czujne, nienawistne, czekające na znak, ledwie widzialne mgnienie, gotowe śledzić niewinne dłonie, stopy, czekające na miejscu ataku. Bezlitosne i chciwe, szukające nieustannie słabego bytu, skupione na każdym geście, każdym błysku, każdej bieli i każdym lśnieniu. Nieustannie sondujące mrok, gotowe uchwycić impuls, ulotny znak, łaknące wiotkiej dłoni, delikatnej twarzy, geometrii ud i stóp. Odwieczne jak skały i lody, czarne jak kosmos, zimne jak kamienie na dnie górskiej rzeki, zastygłe w martwym bezruchu odwiecznego umierania. Świadome swego zła, ślepia połyskujące wyraziście w obliczu mordu i gwałtu, zbrodni niewinnych istot, cierpienia nie do wyrażenia i bólu przeszywającego trzewia. Pragnące kolejnych żertw, skupione na ruchach i gestach oprawców, czekające na błędy uciekających i moment schwytania bytów w niewidzialną sieć.

1895erzurum-victims

c1554bfa87e222d9c21a97c525e991f9

0ebde0fad25556a23f81aa488b31f7a5

Ryczące przeraźliwie w niesłyszalnym zakresie, skąpane we łzach, pragnące pić krew, szarpać ciała, niszczyć kształty, gasić dźwięki, zamykać wymiary. Nic nie zdoła ich powstrzymać, nikomu nie uda się ich przebić, były, są i będą zawsze, rosnące w siłę, potężniejące w tle wojennej pożogi i lejącej się niewinnej krwi. Śledzące uniesione miecze i kule mknące ku ciałom, skupione na ostrzu gilotyny, sznurze szubienicy, bombie zrzuconej z samolotu, na pociskach wystrzelonych z dział i czołgów, na sunących ku niebu rakietach. Ślepia odprowadzające rozpalony metal mknący w dal i zabijający po drodze istnienia, nicujący świadomość po świadomości, odbierający oddech i czucie w dłoniach. Nie przymykające się nigdy, bystre jak ślepia lamparta, skupione, ekstatyczne w obliczu tortur i tragedii, szaleństw siepaczy i wydających rozkazy oficerów, generałów, polityków. Niewidzialne pośród ludzkich wymiarów, istniejące w nicości, wtopione w lodowatą czerń odwiecznej nocy, w bezlitosny mróz dalekich przestrzeni, prześwitujące przez zasłony dnia, odradzające się w oczach morderców i synów wyrodnych, katów i strażników lochów. Pewne siebie pewnością astralnych tragedii, kruszenia się kształtów, monstrualnych zderzeń, nieprzewidzianych eksplozji i wyrzutów rozżarzonej magmy, wpatrzone w kruchość istnienia i wciąż pragnące zobaczyć jego dramatyczny koniec.

dc9e2cec02df

nankin-3

naziexecution-rex-v2

Przyczajone w ukryciu, kochające cień i mrok, nienasycone w obliczu krzywdy, wycofujące się w pustkę w obliczu światła i zawsze wracające ku gęstym mrokom. Ruchliwe jak sierść lamparta, skóra żmii, odnóża skolopendry, przechodzące z ciała do ciała zabójców i dręczycieli, umierające w obliczu dobra, odradzające się we wściekłości i kłamstwie. I wciąż, wciąż łaknące przelanej krwi, rozkoszujące się jej smakiem, krzykiem przerażenia, bólem nie do wyobrażenia i umieraniem w męczarniach. Odprowadzające na cmentarz pochód pogrzebowy i natychmiast podążające ku nowym miejscom, potencjalnym konfliktom, wojnom i rewolucjom, szaleńczym pościgom i samosądom tłumów. Wpatrzone w trupy żołnierzy na polach bitew, w dzieci otrute gazem, kobiety zgwałcone i mężczyzn odprowadzanych na podest szubienicy, na szafot, na skraj wapiennego klifu. Szybujące przez chwilę wraz z młodzieńcem zepchniętym w przepaść, dziewczyną zamkniętą w klatce najstraszliwszego bólu, warujące przy stygnących trupach dyktatora i milionów jego ofiar.

armenian_woman_kneeling_beside_dead_child_in_field

nazi_holocaust_by_bullets_-_jewish_mass_grave_near_zolochiv_west_ukraine

foto-02-1

« Older entries

%d blogerów lubi to: