ZAZDROŚĆ I NIENAWIŚĆ

William Szekspir 1564–1616

Otello Williama Szekspira to dramat o ksenofobii, nienawiści i zazdrości, gdzie główne postaci – Murzyn Otello, piękna wenecjanka Desdemona, generałowie Kasjo i Jagon – wikłają się w konflikt, którego rozwiązaniem mogą być tylko kolejne śmierci. Odrzucany przez ojca przepięknej kobiety, murzyński generał zaskarbia sobie względy Doży, a potem dodatkowo gruntuje swoją pozycję w walce z Imperium Otomańskim i na zwycięstwie nieopodal Cypru. Znakomicie zostało tutaj zastosowane tło historyczne i egzotyka Morza Śródziemnego, dająca szansę kolejnym reżyserom i scenografom na stworzenie spektakli oryginalnych, pełnych złocistych i wzorzystych szat, palm, statków pełnomorskich i widoków słońca, powoli zniżającego się nad falami. Te możliwości zostały wykorzystane dopiero w epoce filmów kolorowych, gdy wykorzystano cały repertuar chwytów zdjęciowych, efektów specjalnych, charakteryzacji, gry aktorskiej itp. Jednakże już w czasach Szekspira dostrzeżono wagę problemu, który pojawił się w utworze, a swoją prawdziwą dramaturgię zyskał na początku dwudziestego pierwszego wieku, gdy ogromne rzesze uchodźców wlały się do Europy. Oto narody takie jak Włosi, Francuzi czy Grecy stanęli przed dylematem, który nie zmienił się od wieków: przyjąć czy odrzucić obcego człowieka? Doża wenecki zaaprobował Otella i dostrzegł jego użyteczność dla jego armii, ale nie mógł przypuszczać, że natura Murzyna, którego przodkowie od wieków polowali na dzikie zwierzęta i zabijali sąsiadów z innych plemion, obudzi się w nim w tak tragicznych okolicznościach. Dzisiaj także mamy do czynienia z tym problemem, gdy zaakceptowani muzułmanie (np. w Niemczech, w Belgii lub we Francji) zamykają się w narodowych enklawach, tworzą grupy przestępcze i obracają się przeciwko tym, którzy okazali im dobroć i otworzyli granice państwa. Szekspir wskazuje, że natura szaleńcza, nawet jeśli chwilowo poskromiona, moderowana przez miłość, może eksplodować w każdej chwili i doprowadzić do tragicznych rozwiązań. W kulturach wschodnich zawsze wiele było zabijania i okrucieństwa, wiele też teatralizacji mordowania, gdy spędzano na place tłumy i na pokaz ścinano głowy, kamienowano lub torturowano niewinne istoty. Miało to służyć określonym celom, przede wszystkim zastraszaniu społeczeństwa, które karnie wykonywało zarządzenia różnorakich kalifów, emirów, sułtanów, muftych i wezyrów. Niestety był też efekt uboczny w postaci swoiście sformatowanych umysłów, mitologii okrucieństwa, szybkiego zadawania śmierci i niszczenia wrogów w sposób bezwzględny, motywowany najczęściej ponurą zemstą.

Otello, mal. William Mulready

Jeśli jednak odrzucimy kostium wschodni Otella, zauważymy, że jest to także – a może przede wszystkim – dramat o walce dobra ze złem i nie bez powodu tyle razy pojawia się w nim imię Szatana. Kusicielem jest tutaj Jago, który dostrzegając chwiejność uczuć, pragnie bezwzględnie wykorzystać gorącą krew Otella i jego totalną miłość do żony. Wykorzystuje do tego celu niewinny rekwizyt, wzorzystą chustkę, którą Murzyn podarował żonie, a kusiciel podrzucił do innej kwatery, sugerując zdradę Desdemony z zasłużonym generałem Kasjo. Jago tak posplatał nici intrygi, że Otello coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że małżonka rzeczywiście dopuściła się niewierności, przyprawiając rogi dumnemu synowi Afryki. Kusiciel staje z boku, chowa się w półcieniach, a przy każdym spotkaniu z Otellem wzmacnia jego przekonanie, że doszło do zbliżenia pomiędzy jego żoną i konkurentem. Umiejętnie intrygując i kłamiąc, wykorzystując własną żonę i służącą Desdemony, popycha Jago swego dowódcę do okrutnych rozwiązań, które i jego samego doprowadzą do śmierci. Te ohydne podszepty mają na celu także osłabienie pozycji Kasja i wyniesienie w górę w hierarchii władzy donosiciela – metoda dobrze znana w dziejach, pojawiająca się na wszystkich dworach i zbierająca obfite krwawe żniwo. Mentalność donosiciela nie zmieniła się przez wieki i za każdym razem – nie licząc się z krzywdami, które wyrządzał – piął się w hierarchii władzy, szukał możliwości lepszych dochodów, poświęcał nawet najbliższych przyjaciół by siać zamęt i zyskiwać pośród niego coraz to inne możliwości destrukcyjne. Jago myśli, że jest nieśmiertelny, a jego zakusy i podłe intrygi dadzą mu korzyści nie do oszacowania, zaczyna zatem przesuwać figury na szachownicy życia, nie wiedząc, że słowa „szach i mat” wybrzmią także i po jego śmierci. Do trupów Desdemony i Otella dołączy kolejne martwe ciało i – koniec końców – wszelkie intrygi, tak pieczołowicie zszywane – staną się też jego przekleństwem i cisną go w przepaście nicości. Szekspir ukazuje sytuację, w której ważny też jest wątek dydaktyczny, owo ukazanie zła w sytuacji bez wyjścia, owo mnożenie zagrożeń przez nierozsądne postępki i używania potwarzy jako oręża w walce. Każdy dwór miał swoje prawa, na każdym pojawiali się ludzie dobrzy i szlachetni, a przy nich kanalie i donosiciele, kierowani chorą ambicją dworacy, gotowi poświęcić nawet władców w drodze do kolejnych zaszczytów i dóbr materialnych.

Śmierć Desdemony – mal Aleksandre Marie Colin

Desdemona była istotą piękną, najczystszą z czystych, jeśli chodzi o uczucia i wierność do męża, za którym poszła, porzucając dom rodzinny. Niestety zniszczyła ją naiwność i dziecinne przekonanie, że wszyscy ludzie są dobrzy, a miłość potrafi pokonać wszelkie interpersonalne bariery. Żar uczuć może się jednak wypalić, a dzika natura Murzyna szukać zacznie innych spełnień, aprobując podszepty złego doradcy. W takim rozumieniu jest to też dramat o nieprzystawalności ludzkich natur – delikatnej, subtelnej osobowości Desdemony i dzikiej, wojowniczej natury Otella. Obserwujemy też tę niemożność pogodzenia temperamentów i zaszłości kulturowych w przypadku emigrantów napływających nieustannie do Europy Zachodniej, z Afryki i Azji. Naturalnym dążeniem tych ludzi jest zamknięcie się w enklawie narodowej, niczym w domostwach, w ich krajach, obwiedzionych wysokim murem. Podejście Otella do Desdemony ma też coś z islamskiego męskiego szowinizmu, który dopuszcza nawet bicie małżonki, dręczenie w domu i czynienie z niej seksualnej nałożnicy. A wszystko podpierane nieludzkim prawem szariatu, odwieczną wschodnią dominacją mężczyzn i ich okrucieństwem w stosunku do niewiast. Desdemona zauroczyła się odmiennością kulturową Otella, jego egzotyczną urodą i zapewne możliwościami seksualnymi, ale nie znała natury człowieka wychowanego w określonej murzyńskiej społeczności, nie zdawała sobie sprawy, że ich miłość oparta jest przede wszystkim na zaspokojeniu seksualnym, a zdrada i niewierność jest jednym z elementów nieustających testów męskości. Tak okazało się, że Otello potraktował żonę jako łup wojenny i traktował ją jak depozyt, np. piękny kryształowy wazon, z wszelkimi prawami do niego. Tłukąc go nagle, mordując tę, która go kochała miłością najczystszą i bezinteresowną, ukazał mroczne przestrzenie swojego ego i potwierdził obawy ojca kobiety. Mieszanie się kultur, łączenie się egzotycznych par może dawać wspaniałe efekty, a urodzone dzieci zachwycać mogą urodą, ale przecież w każdym związku pojawiają się animozje, każda para ma miesiąc miodowy, a potem wielokrotnie przechodzi okres próby, kłótni, nieprzystawalności charakterów i walki o dominację. Otello potrzebował tylko niewielkiego impulsu, ledwie zwrócenia uwagi na wzorzystą chustkę, by zacząć swój rytuał dominacji – chorobliwej manifestacji praw własności do weneckiej piękności, a nade wszystko praw do decydowania o jej życiu i śmierci. Nienawiść jednak zawsze prowadzi do rozwiązań tragicznych, a wypaczona charakterologicznie zazdrość znosi wszelkie hamulce i każe zabijać, niszczyć to, co mogłoby być piękną opowieścią o przywiązaniu i miłości, oddaniu drugiej osobie, od chwili pierwszej do ostatniej.

Reklamy

ŚLEPIA BESTII

Dzisiaj jest ważny dzień… Zaczynam realizować projekt, który czekał na mnie od lat. Zrozumiałem, że muszę podjąć to wyzwanie, gdy znalazłem się w mauzoleum ofiar masakry w Nankinie, a potem pośród kamiennych bloków w Erywaniu, symbolizujących masakrę Ormian. I jeszcze ten zimny dreszcz, gdy przekraczałem bramę nazistowskiego  obozu Auschwitz, gdy patrzyłem na fotografię ofiar czerwonych Khmerów w Kambodży, Hutu w Ruandzie i zamordowane dzieci na Wołyniu. A to przecież ledwie osobne krople krwi pośród oceanu cierpienia dwudziestego stulecia.    

indeks

jew_killings_in_ivangorod_1942

Ślepia jak z popiołu, jak ze spalonego drewna, wpatrujące się w mrok, połyskujące metalicznie, odbijające krwawą poświatę – skupione na ofierze, podążające za każdym jej ruchem. Czujne, nienawistne, czekające na znak, ledwie widzialne mgnienie, gotowe śledzić niewinne dłonie, stopy, czekające na miejscu ataku. Bezlitosne i chciwe, szukające nieustannie słabego bytu, skupione na każdym geście, każdym błysku, każdej bieli i każdym lśnieniu. Nieustannie sondujące mrok, gotowe uchwycić impuls, ulotny znak, łaknące wiotkiej dłoni, delikatnej twarzy, geometrii ud i stóp. Odwieczne jak skały i lody, czarne jak kosmos, zimne jak kamienie na dnie górskiej rzeki, zastygłe w martwym bezruchu odwiecznego umierania. Świadome swego zła, ślepia połyskujące wyraziście w obliczu mordu i gwałtu, zbrodni niewinnych istot, cierpienia nie do wyrażenia i bólu przeszywającego trzewia. Pragnące kolejnych żertw, skupione na ruchach i gestach oprawców, czekające na błędy uciekających i moment schwytania bytów w niewidzialną sieć.

1895erzurum-victims

c1554bfa87e222d9c21a97c525e991f9

0ebde0fad25556a23f81aa488b31f7a5

Ryczące przeraźliwie w niesłyszalnym zakresie, skąpane we łzach, pragnące pić krew, szarpać ciała, niszczyć kształty, gasić dźwięki, zamykać wymiary. Nic nie zdoła ich powstrzymać, nikomu nie uda się ich przebić, były, są i będą zawsze, rosnące w siłę, potężniejące w tle wojennej pożogi i lejącej się niewinnej krwi. Śledzące uniesione miecze i kule mknące ku ciałom, skupione na ostrzu gilotyny, sznurze szubienicy, bombie zrzuconej z samolotu, na pociskach wystrzelonych z dział i czołgów, na sunących ku niebu rakietach. Ślepia odprowadzające rozpalony metal mknący w dal i zabijający po drodze istnienia, nicujący świadomość po świadomości, odbierający oddech i czucie w dłoniach. Nie przymykające się nigdy, bystre jak ślepia lamparta, skupione, ekstatyczne w obliczu tortur i tragedii, szaleństw siepaczy i wydających rozkazy oficerów, generałów, polityków. Niewidzialne pośród ludzkich wymiarów, istniejące w nicości, wtopione w lodowatą czerń odwiecznej nocy, w bezlitosny mróz dalekich przestrzeni, prześwitujące przez zasłony dnia, odradzające się w oczach morderców i synów wyrodnych, katów i strażników lochów. Pewne siebie pewnością astralnych tragedii, kruszenia się kształtów, monstrualnych zderzeń, nieprzewidzianych eksplozji i wyrzutów rozżarzonej magmy, wpatrzone w kruchość istnienia i wciąż pragnące zobaczyć jego dramatyczny koniec.

dc9e2cec02df

nankin-3

naziexecution-rex-v2

Przyczajone w ukryciu, kochające cień i mrok, nienasycone w obliczu krzywdy, wycofujące się w pustkę w obliczu światła i zawsze wracające ku gęstym mrokom. Ruchliwe jak sierść lamparta, skóra żmii, odnóża skolopendry, przechodzące z ciała do ciała zabójców i dręczycieli, umierające w obliczu dobra, odradzające się we wściekłości i kłamstwie. I wciąż, wciąż łaknące przelanej krwi, rozkoszujące się jej smakiem, krzykiem przerażenia, bólem nie do wyobrażenia i umieraniem w męczarniach. Odprowadzające na cmentarz pochód pogrzebowy i natychmiast podążające ku nowym miejscom, potencjalnym konfliktom, wojnom i rewolucjom, szaleńczym pościgom i samosądom tłumów. Wpatrzone w trupy żołnierzy na polach bitew, w dzieci otrute gazem, kobiety zgwałcone i mężczyzn odprowadzanych na podest szubienicy, na szafot, na skraj wapiennego klifu. Szybujące przez chwilę wraz z młodzieńcem zepchniętym w przepaść, dziewczyną zamkniętą w klatce najstraszliwszego bólu, warujące przy stygnących trupach dyktatora i milionów jego ofiar.

armenian_woman_kneeling_beside_dead_child_in_field

nazi_holocaust_by_bullets_-_jewish_mass_grave_near_zolochiv_west_ukraine

foto-02-1

FATALNE TORY

978-83-8083-302-9Życie ludzkie niesie wiele zaskakujących zdarzeń i często generuje absurdalną grozę, stawia wymagania, którym nie sposób sprostać. Szczególnie w młodym wieku pojawia się wiele zagrożeń, którym człowiek nie potrafi się przeciwstawić, tym bardziej, gdy zdaje mu się, że znikąd nie otrzyma pomocy. Próbuje wtedy podejmować jakieś decyzje, coś postanawia, coś próbuje wymyślić, ale najczęściej wpada w jakąś pułapkę, traci nieopatrznie to, co najcenniejsze – zdrowie albo nawet życie, spokój psychiczny i możliwość normalnego rozwoju, założenia rodziny i radości z wydarzeń w jej obrębie. Gdy dochodzi do rozstrzygnięć ostatecznych ludzie zastanawiają się, jak mogło dojść do takiego splątania zdarzeń, w jaki sposób nieszczęśnik albo nieszczęśniczka, znaleźli się w martwym punkcie, z którego nie było już odwrotu. I dlaczego nie zwrócili się o pomoc do tych, którzy kochali ich najbardziej – nie poprosili o wsparcie w trudnym momencie i tym samym uruchomili lawinę, której nie udało się zatrzymać. Zawsze można znaleźć wyjście z trudnej sytuacji, zawsze znajdzie się ktoś, kto wyciągnie pomocną dłoń – trzeba tylko w to wierzyć i uczynić jakiś ruch. Niestety, zanim młody człowiek to zrozumie i zbuntuje się przeciwko własnej bezczynności, mija sporo czasu i zdarzenia, jedno po drugim, odsuwają od niego rozwiązanie. Szczególnie dziewczęta mają problem z podjęciem decyzji i potrafią długo tkwić w marazmie, w sytuacji tragicznej, w bezwolnej akceptacji, w tępym bólu. Inaczej nie byłoby tylu prostytutek w świecie zachodnim, nie znajdowano by tylu martwych ciał w anonimowych grobach i nie opisywano by tylu mrożących krew w żyłach, nieprawdopodobnych historii.  Pragnienie zarobienia pieniędzy i zrobienia błyskawicznej kariery bywa jak narkotyk i odbiera rozum, każe wierzyć, że kiedyś nadejdą lepsze dni i wszystko znajdzie szczęśliwy finał. Ale jakże często pomoc nie nadchodzi, szare dni są podobne do siebie, a tylko sen daje ukojenie, tylko zgaśnięcie świateł jest obietnicą zmian.

Proza Bożeny Heleny Mazur-Nowak ukazuje zdarzenia i sytuacje tragiczne, kończące się najczęściej śmiercią bohaterek. Ale są to opowiadania mówiące o życiu bez ogródek – to narracje chwytające za serce i powodujące, że czytelnik staje się mimowolnym uczestnikiem fatalnych zbiegów okoliczności i splątania różnych życiorysów. Nic już nie można zrobić, niczego nie da się „odkręcić” – mamy do czynienia ze straszną wymową faktów i nieodwracalnością losów. Dziewięć biografii kobiet ukazanych tutaj zostało językiem prostym, zbliżonym do narracji reporterskiej, ale za każdym razem mamy też do czynienia z lekkim pogłębieniem psychologicznym. Autorka nie ocenia swoich bohaterek, nie próbuje dramatyzować, nie wplata do kolejnych historii natrętnego dydaktyzmu. Raczej przywołuje suche fakty i tak prowadzi narrację, że czytelnik szybko zaczyna czuć sympatię do kobiet, obdarza je ogromnym kredytem zaufania. Niestety za każdym razem mamy do czynienia z tragicznym końcem, z pechowym zbiegiem okoliczności, z nieoczekiwanym rozwiązaniem. Ludzie tworzą sobie często ułudę życia szczęśliwego, próbują oszukiwać samych siebie i przekonywać otoczenie, że są spełnieni. Gromadzenie dóbr, odwiedzanie egzotycznych miejsc, radość z rodzących się dzieci ma oddalić to, co bywa ludzką zmorą. Nikt wszakże nie jest w stanie przewidzieć jak rozwinie się psychika nawet najszczęśliwszego dziecka, nikt nie może zagwarantować, że czuli kochankowie będą ze sobą po dwudziestu, trzydziestu albo pięćdziesięciu latach. Niestety pośród milionów ludzi, którzy budzą się codziennie rano, pośród tych, którzy wyruszą ku różnorakim celom, będzie wielu takich, co nie doczekają nocy. Autorka ukazuje kilka kobiet, które znalazły się na fatalnych torach, prowadzących do zderzenia ze śmiercią – jakże nieoczekiwaną i absurdalną w obliczu wcześniej snutych planów i wielkich marzeń.

Czy można tutaj mówić o przeznaczeniu? Czy nie było sposobu, by powstrzymać narastające nawarstwienie negatywnych elementów? Trudno to rozstrzygnąć, tym bardziej, że mamy do czynienia z biografiami przedstawicielek różnych klas społecznych, odmiennych zawodów i przestrzeni geograficznych. Za każdym razem ludzka próba bytu kończy się tutaj klęską, a wymowa faktów nie pozostawia złudzeń, że jakiekolwiek zabiegi ratownicze nic by nie dały. Zapewne proza Bożeny Heleny Mazur-Nowak spotka się z żywiołowym odbiorem, szczególnie tych czytelników, którzy uznają, że nie daje ona żadnej nadziei i ukazuje życie w jego najdramatyczniejszych przejawach. Stale pokutuje tandetne rozumienie literatury, jako dostarczycielki rozrywki, prezentującej świetlane, anielskie przestrzenie. Tacy odbiorcy nie powinni brać do ręki tych opowiadań, bo przecież bliższe one są krwi i bolesnej ranie niż jasnym, trefionym lokom cherubinów – bliższe są cierpieniom i lamentom, nieustannie wydobywającym się z gardeł ludzkich, niż zachwytom nad pięknem i łagodnością życia w sielskiej scenerii. Powodem odrzucenia tych opowiadań może też być styl narracji, jakże łagodny, spokojny, bez niepotrzebnych wzmocnień językowych czy fabularnych – styl, który mógłby się pojawić przy opisie anatomicznym jakiegoś pięknego przedmiotu, rośliny, może osoby. Ale przecież tak to zostało pomyślane… – mamy tutaj do czynienia z anatomicznym opisem ludzkich tragedii, obcujemy z realizmem śmierci i nieoczekiwanego rozwiązania. Jeśli znajdą się czytelnicy, którzy odrzucą tę prozę, to znajdą się też i tacy, którzy uznają ją za wartościową próbę prawdziwego opisu egzystencji ludzkiej i tego, co może się w niej wydarzać. Dla tej drugiej grupy opowiadania te będą rodzajem przestrogi i subtelną prośbą o refleksję i przystanięcie na chwilę w biegu. Wszystko w ludzkim świecie jest przemijalne i wszystko kończy się w przeznaczonym miejscu, w grobie, pośród fal, albo gdzieś, gdzie nikt nigdy nie zagląda. Wszystko ma wymiar chwilowy, fragmentaryczny, ale widzimy to wyraźnie dopiero w obliczu tragedii, przy nieoczekiwanym zwrocie akcji – w chwili absurdalnego odejścia osoby, która mogłaby jeszcze wiele zrobić pośród innych ludzi. Dopiero wtedy…  mówi autorka ściszonym głosem, dopiero wtedy… przypomina pełnym bólu szeptem.

___________

Bożena Helena Mazur-Nowak, Przerwane życie, Novae Res, Gdynia 2016, s. 122.

 

* * *

wladyslaw1

Gdy umiera ojciec świat zostaje okaleczony, jawi się jako uboższy, okradziony z ważnego życiorysu i z cząstki nas samych. Nawet jeśli to życie było długie i obfitowało w wiele ekscytujących zdarzeń, zawsze pozostaje niedosyt i smutek krzewi się boleśnie w tych, którzy pozostali. Mój ojciec zrobił to, co zwykle określa się jako ludzkie spełnienie – wybudował piękny dom, zasadził wiele drzew i dał życie trzem synom. W pracy był zawsze lubiany i otoczony przez wianuszek przyjaciół, a ludzie, z którymi miał do czynienia przez wiele lat także wychodzili do niego z uśmiechem. Miał swoje wielkie pasje – hodował gołębie pocztowe i brał udział w konkursach, na których zdobywał znaczące nagrody, a jako mistrz kierownicy potrafił doceniać zalety kolejnych swoich samochodów. Jednak najwięcej energii poświęcał działkom, które kolejno kupował i zagospodarowywał – tak jak jego ojciec Stanisław, kochał ziemię i uprawiał ją z miłością, a wzrastające rośliny pielęgnował jak prawdziwe skarby, tworząc kolejne układy kwietne, szczepiąc owocowe drzewa, tworząc infrastrukturę kolejnych kawałków ziemi. Zapamiętam go przede wszystkim w mundurze szkoły lotniczej w Dęblinie, ale też zachowam w pamięci kolejne odsłony życiowe, obrazy i działania, spośród których wiele było radosnych i wzniosłych. Trzykrotnie dał mi życie – na samym początku i dwa razy w dzieciństwie, ratując mnie z odmętów wodnych, gdy nieuwaga kazała mi oddalać się zbyt daleko od brzegu jeziora, kanału. Jako kierowca autokaru wycieczkowego zabierał mnie wielokrotnie w podróże po Polsce, pokazując miejsca szczególne, budząc we mnie wrażliwość wagabundy. Cieszyłem się potem, że jako bardzo silny, młody mężczyzna mogłem mu pomagać w kolejnym miejscu pracy, gdzie tężyzna fizyczna była niezbędna. Zapewniał przez dziesięciolecia bezpieczny byt rodzinie i moja mama nigdy nie musiała się martwić o środki do życia, łącznie z ostatnimi momentami jego egzystencji. Wierzył w moje możliwości i z dumą zawiesił na ścianie swojego domu moją fotografię w todze doktorskiej, za każdym razem też uważnie studiował kolejne moje książki, łącznie z poezją. Gdy napisałem kilka wierszy o jego ojcu i moim dziadku, płakał jak dziecko i dziękował mi wiele razy, czym wprawiał mnie w zakłopotanie. Napisałem je przecież spontanicznie, po śmierci dziadka i z poczucia więzi z rozległą rodziną, jego ośmioma braćmi i dwiema siostrami. Teraz już jego życie się skończyło, gołębie odleciały w błękitne dale, kwiaty zwiędły, a jego oczy nie zobaczą już owoców na krzewach, jabłoniach i śliwach. Ale przecież zostały dokonania życia, pamięć najbliższych i miejsce na cmentarzu, które będziemy odwiedzać po kres naszych dni. Żegnaj kochany ojcze. Dziękuję Ci za życie, za to, co w nim zrobiłem i co jeszcze się wydarzy…

LEONARD COHEN 1934-2016

mtiwnja4njmznzc1mji4ndi4

Smutek od samego rana… Wczoraj poinformowano, że 7 listopada zmarł w Stanach Zjednoczonych Leonard Cohen, jeden z moich przewodników życiowych, osoba bliska mi jak członek rodziny. Kochałem jego ballady od pierwszych chwil, gdy je wysłuchałem, wczytywałem się w teksty, bo była w nich mądrość i filozofia życia, prawda o czasie i ludziach. Sięgając myślą do wielu etapów mojego życia, zawsze słyszę jego wspaniałe pieśni, czy to w małym pokoiku na bydgoskim osiedlu Błonie, czy na szlakach Ameryki, Chin, wielu krajów Europy i Azji, w przygodnych mansardach artystów i w pokojach luksusowych hoteli, zawsze on – z taśmy, z płyty, a potem z ipodów i smartfonów. Wiele razy stylizowałem szczególne momenty mojego życia i wplatałem w nie jego muzykę, głos, poezję – stojąc na Liberty Island, wspinając się na chiński mur, zbliżając się do Araratu, albo płynąc statkiem po Bosforze, zamyślając się nad Niemnem, wpatrując w fale Atlantyku i Morza Śródziemnego. Tak łączyłem magię tych chwil z głębią jego przesłania – dla ludzkości, która odeszła, odchodzi i dla tej, która nadejdzie. Mógłbym tu przywołać wiele szczególnych pieśni, wiele clipów, ale przecież w takiej chwili trzeba przede wszystkim podkreślić żal i ból z powodu jego odejścia. Wczoraj świat zubożał w jednej chwili, a ja – od momentu gdy zobaczyłem ostatnie publiczne wystąpienie Leonarda – wiedziałem, że jego życie nieubłaganie zbliża się do końca. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy wysłuchałem niezwykłych songów z ostatniej płyty, dopiero co opublikowanej w październiku tego roku, w której pojawiły się tony eschatologiczne i poeta wprost mówił: I am ready my Lord… Ta śmierć pokazuje jak mało mamy czasu, nawet jeśli osiągamy szczyty sławy, tworzymy wielkie dzieła, nie starcza chwil, by ogarnąć wszystko wzrokiem i spojrzeć na nasze dzieje ze szczytu pięknej góry. Ona przychodzi nieodwołalnie i burzy wszystko, a szczególnie te ludzkie konstrukcje, które wydawały się wieczne, nienaruszalne. Głos w ostatnich pieśniach jest przytłumiony, brunatny, czarny, przechodzący w melorecytację, ale to jest najpełniejsze podsumowanie i potwierdzenie, że wszystko przemija i każdy płomień gaśnie… Jeszcze jedno mądre, bolesne wskazanie, których tyle w utworach barda z Kanady, jeszcze jedno arcydzieło w ciągu wielu niezwykłych realizacji. Dzisiaj stając nad otwierającym się grobem Leonarda Cohena, wpatruję się w ciemność, szukam potwierdzenia, że liczy się tylko życie, aktywność i twórczość – liczy się indywidualny wymiar egzystencji, który zaczyna promieniować na coraz szersze kręgi, a potem staje się legendą. Żegnaj przyjacielu, żegnaj bracie – żyliśmy w tym samym czasie na Ziemi i wspierałeś mnie wiele razy… Dziękuję Ci za poezję i każdą pieśń z osobna, dziękuję za twoją obecność w moim losie. Odchodzisz w ciemność, ale za tobą snuje się najczystsze, żywe światło – odchodzisz do wieczności, ale zostajesz w sercach ludzkich, w pieśniach i w chwilach, w ulotnej energii i bólu…

LEOPOLD II

5007647241_5b2908d262_z

Siwy kacyk śmierci puszy się jak guziec
syczy jak czarna mamba

przepasany złotą szarfą z lśniącego
atłasu obwieszony orderami
i krzyżami

ten błękitny za odcięte ręce starych
zbieraczy kauczuku

ten srebrny z rubinami za mężczyzn
zabitych na plantacjach kawy kakao
i trzciny cukrowej

gwiazda z masą perłową za niewolników
zamęczonych w kopalniach złota
i diamentów

i jeszcze wiele innych brzęczących blaszek
za ginące w mękach dzieci za gwałcone
dziewczęta i powieszonych chłopców

spasiony guziec chrząka warczy ociera się
o kopce szkieletów strzaskanych
czaszek ciał w rozkładzie

stara się leżeć sztywno ale miliony
istnień uwierają go w ozdobnej
szkatule trumny czarna wija
wchodzi do ucha

i codziennie o świcie unosi się
wolno nad królewską kryptą
przeklęte jądro
ciemności

Bruksela 2015

congi00

GŁOWA HAYDNA

Joseph_Haydn

Czytam monografię Karla Geiringera, poświęconą Josephowi Haydnowi, mojemu uwielbianemu kompozytorowi, którego muzyka od wielu lat towarzyszy mi w pracy literackiej. Niegdyś stale zmieniałem płyty winylowe, odtwarzane na gramofonie Bambino, a teraz sprawa jest ułatwiona, bo korzystam z ogromnego archiwum komputerowego, w którym znaczące miejsce zajmują kompozycje tego twórcy. Należy on do wielkiej trójcy klasyków wiedeńskich, razem z Mozartem i Beethovenem, ale jego styl i zwiewność tonów, nowatorskie wykorzystanie instrumentów i kontrapunktów, a nade wszystko niezwykła pomysłowość muzyczna, pozwalają go natychmiast oddzielić od śpiewnych dzieł autora Czarodziejskiego fletu i potężnych kompozycji twórcy Missy solemnis. Biografia Haydna wskazuje jak trudno było chłopcu z ubogiej rodziny cieśli wiejskiego, wspiąć się na wyżyny sztuki europejskiej, ale też dokumentuje niezłomną siłę woli i nieustanne wspinanie się ku coraz większym wyzwaniom. Taki wspaniały rozwój możliwy był przede wszystkim dzięki możnemu protektorowi, jakim stała się arystokratyczna, węgierska rodzina Esterházych, ale też dzięki cechom charakteru Haydna, jednego z dwanaściorga dzieci, biorącego przykład z pracowitej matki i uzdolnionego ojca. Książka Geiringera należy do kanonu literatury poświęconej kompozytorowi, analizuje zdarzenia życia, ale też opisuje i komentuje najważniejsze dzieła, staje się prawdziwym przewodnikiem tego, co najistotniejsze, co staje się esencją losów tego niezwykłego geniusza. To już moja druga lektura tej pracy i doskonale zapamiętałem jakie wrażenie, podczas pierwszego spotkania czytelniczego, chyba z trzydzieści lat temu, zrobił na mnie ostatni rozdział – Osobliwe postludium, właściwie krótki komentarz, wieńczący wszystko. Znajdują się w nim informacje o pośmiertnych losach ciała Haydna i opis jego makabrycznej profanacji: przyjaciel Haydna, J. Carl Rosenbaum – były sekretarz księcia Esterházego oraz Johann N. Peter – administrator domu poprawczego, przekupili grabarza i ukradli głowę Haydna w kilka dni po pogrzebie, by „uchronić ją przed profanacją”. Można sobie wyobrazić jak podłego czynu dokonali ci ludzie, odcinając głowę dopiero co pochowanego kompozytora, a potem w jakiś sposób pozbawiając ją mózgu, skóry i innych tkanek miękkich. Gdy sprawa wyszła na jaw, w grę wchodziła już tylko czaszka kompozytora, choć i wtedy próbowano dokonać zamiany. Podobno motywacją złodziei była chęć znalezienia w mózgu Haydna miejsca, które generowało genialne kompozycje, ale nietrudno się domyślić, że w grę wchodziły przede wszystkim pieniądze. Gdy w 1932 roku nowy książę wybudował wspaniały, marmurowy sarkofag w Bergkirche, ale musiały minąć jeszcze dwadzieścia dwa lata, zanim czaszka została umieszczona obok innych szczątków. Z trójki klasyków wiedeńskich tylko Beethoven doczekał się godziwego pochówku, w którym brało udział dwadzieścia tysięcy ludzi. Mozarta pochowano we wspólnym grobie trzeciej klasy (nieprawdą jest, że był to dół dla biedaków), który już po dziesięciu latach wykorzystano ponownie. Dzieje pośmiertne ciała Haydna wskazują, że nasz ludzki świat pełen jest makabry, chaosu, braku poszanowania wielkich osiągnięć i… co tu wiele gać – zwykłej głupoty. Bez względu na to, co wyprawiali podli podludzie ze zwłokami Haydna, jego muzyka pozostanie na zawsze wyrazem wielkiego humanizmu i najczystszego piękna, a postawa życiowa – przepełniona aktami hojności i dobroci – będzie wzorem dla wielu pokoleń.

ADAM SZYPER (1939–2015)

Adam Szyper - zdjęcie zrobiłem w 2002 roku na Time Square, w centrum świata

Adam Szyper – zdjęcie zrobiłem w 2002 roku na Time Square, w centrum świata

   Z dużym opóźnieniem dotarła do mnie smutna wiadomość o śmierci Adama Szypera, mojego wieloletniego przyjaciela z Nowego Jorku, poety i tłumacza, polemisty Gombrowicza, żywo uczestniczącego przez wiele lat w życiu literackim Polski i Ameryki. Poznałem go i spotykałem się z nim najczęściej podczas poznańskich Listopadów Poetyckich, ale w pewnym momencie Adam stał się kimś więcej, jak tylko spotykanym raz po raz twórcą. Za jego sprawą moje życie nabrało wielkiego przyspieszenia i w 2000 roku poleciałem do Nowego Jorku na spotkanie poetów amerykańskich i polskich, które miało miejsce w słynnej sali Daga Hammarskjölda i zgromadziło prawdziwe sławy poezji za oceanem. W imprezie wziął udział Stanley Kunitz, Gerald Stern i Henry S. Taylor, wszyscy uhonorowani nagrodami Pulitzera za poezję, a do tego świetny poeta i wydawca Stanley H. Barkan, no i Adam jako łącznik pomiędzy literaturą polską i amerykańską. To był święty czas, moje pierwsze zetknięcie się z Ameryką, po którym napisałem sporo tekstów poetyckich i eseistycznych, zrobiłem wiele fotografii i zobaczyłem magiczne miejsca na Manhattanie. Już wtedy zauważyłem niezwykłe cechy charakteru Adama, który dla wszystkich był przyjacielski, często angażował własne środki finansowe, zapraszał do siebie do domu i otwierał różnorakie ważne drzwi. Spotkanie w ONZ-ecie było wspaniałym przeżyciem, a możliwość czytania wierszy obok takich znakomitości poetyckich, jednym z najważniejszych zdarzeń w mojej karierze literackiej. Adam tak skonstruował to spotkanie, że czytaliśmy wymiennie i ja zaprezentowałem wiersz Geralda Sterna, a mój tekst przeczytał Stanley Kunitz, co było dla mnie tak samo nieprawdopodobne, jak lądowanie na Marsie. Adam potrafił jednak docierać do największych twórców, a później jeszcze związał się blisko z Philipem Levine’m, przetłumaczył utwory uwielbianego w Ameryce Rumiego, a przy tym przyczynił się też do powstania dwóch moich wyborów wierszy w USA.

   Potem było znamienne spotkanie w Łodzi, gdzie miał swoje studio literackie, w samym centrum miasta, przy ulicy Mickiewicza. Umówiliśmy się 11 września 2001 roku i gdy dotarłem do niego, w telewizji relacjonowano dramat, rozgrywający się w miejscu, które też razem zwiedzaliśmy. Arabscy terroryści uderzyli pasażerskimi samolotami w wieże World Trade Center , spowodowali ich zawalenie się i pogrzebanie wielu niewinnych istnień. Adam strasznie to przeżywał i łączył się telefonicznie z żoną Mirą, która obserwowała wielkie dymy nad Manhattanem z miejsca, w którym pracowała jako chemik. To była prawdziwa makabra i mój przyjaciel widział w tych zdarzeniach jakiś złowieszczy znak, jakąś potworna zapowiedź rozwoju terroryzmu w świecie. Jego przeczucia sprawdziły się w stu procentach, a to, co dzieje obecnie wokół Syrii i Iraku, jest dalszym ciągiem tamtych zamachów i terroru ekstremistów islamskich. Adam zmarł 30 września 2015 roku we śnie i nie wiem, czy to jego serce nie wytrzymało tych potwornych zdarzeń, zdjęć masowych egzekucji, maltretowania bezbronnych, związanych ludzi, czy skumulowały się zdarzenia życia, w którym było i uwięzienie w Oświęcimiu, i tułaczka, i ciężka praca w Ameryce. Tak doświadczany egzystencjalnie człowiek musiał zostać poetą, by słowem i kolejnymi książkami reagować na to, co działo się wokół niego? Napisał i opublikował sporo zbiorów poezji, śledził życie literackie, bywał bardzo hojny dla poetów, którzy prosili go wsparcie ich projektów literackich, miał też wyrazistą wizję własnego rozwoju. Obserwowałem go uważnie podczas mojego najdłuższego pobytu amerykańskiego, kiedy gościł mnie prawie dwa miesiące w swoim mieszkaniu w Elizabeth pod Nowym Jorkiem. Spędziliśmy ze sobą wiele czasu, rozmawiając o literaturze i komentując najprzeróżniejsze dzieła, studiując komentarze w „New York Timesie”, przeglądając „Time’a”, „Newsweeka” „USA Today” i wiele innych periodyków, które Adam pasjami kupował. Jego dobro i szlachetność onieśmielały mnie i były czymś tak niezwykłym w świecie obłudy, oszustwa i kłamstwa, że czułem się u niego i przy nim jak w enklawie spokoju, łagodności i prawdziwej mądrości życiowej. W moim archiwum zostało wiele wspólnych zdjęć, z wypraw do Central Parku, na Liberty Island, na Long Island, do Atlantic City i Princeton, za każdym razem w ciągu dyskusji, podsumowań, diagnoz rozwojowych. Nie przypominam sobie by Adam mówił o kimś źle, raczej konstruktywnie analizował dokonania, opowiadał się po stronie jakiejś twórczości, a inną zdecydowanie odrzucał.

   Przetłumaczył na język angielski wiele moich wierszy, ale wspierał w ten sam sposób także innych poetów, których zapraszał do Ameryki. Kontaktował się też z twórcami polskimi, tworzącymi za oceanem i planował wydanie ich antologii. Adam bardzo kochał swojego syna Danny’ego, doświadczonego chorobą, i stale latał do niego do Arizony, gdzie opiekował się nim i aktywizował go jak mógł. Spałem w Elizabeth w dawnym pokoju syna i przyglądałem się ogromnym zestawom książek z różnych dziedzin, świadczących o zainteresowaniach tego młodzieńca i tym, jak rodzice dbali o jego rozwój. Także amerykańska biblioteka Adama była ogromna, choć i tak nie mogła się równać z księgozbiorem, który Adam zgromadził w Łodzi, odbywając podczas swoich pobytów rytualne wędrówki po antykwariatach. To była jego samotnia, w której studiował kupione książki, tłumaczył poezję, a także przygotowywał teksty krytycznoliterackie do planowanych publikacji. Niestety życie pośród pisarzy coraz bardziej go zawodziło i powoli zaczął odchodzić od udziału w imprezach, zamknął się w swojej samotni z książkami i nasz kontakt się urwał. Nie chciałem mu przeszkadzać, nie próbowałem odnawiać naszej znajomości, bo wiem, że czasem ludzie się spotykają, a czasem od siebie odchodzą i dalej podążają w różnych kierunkach. Zapamiętam go jako ciepłego człowieka, wspaniałego przyjaciela, z którym czułem się znakomicie, czy to w Ameryce, czy w Łodzi, Warszawie, albo w Bydgoszczy, gdzie go zaprosiłem. Ach, pamiętam jak razem szliśmy przy starym pruskim kanale i rozkoszowaliśmy się kolorami jesieni, klarownością wrześniowego poranka, ptactwem na wodzie i promieniami słońca. Potem było spotkanie w III Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza, do którego uczęszczałem jako uczeń i Adam podbił młodzież swoją poezją i mądrymi komentarzami. Przy tym wszystkim, przy swojej wielkiej światowości, był dosyć nieśmiały, nie pchał się na afisz, ale kiedy czuł, że ma do czynienia z gronem życzliwym i zainteresowanym literaturą, otwierał się i natychmiast zaprzyjaźniał z różnymi gronami. Zapamiętano go w wielu miejscach Wielkopolski, w Krakowie, na Pomorzu i Kujawach, w ukochanej Łodzi i w Warszawie, w Izraelu, w Nowym Jorku i w Arizonie. Teraz należałoby wydać wiersze wybrane Adama, z komplementarnym opracowaniem krytycznoliterackim, aby pomnik jego życia został dodatkowo wzbogacony książką obrazującą jego dokonania. Mówię żegnaj Adamie, choć w moim sercu i myślach pozostaniesz na zawsze, taki jakim byłeś naprawdę i jak widziała Cię Twoja wspaniała żona Mira.

SMUTEK FRIDY KAHLO

1

Diego Rivera był mitomanem i fantastą, ale miał też w sobie powab tajemnicy, cechę która przyciągała do niego kobiety. Zdawał się być wielkim dzieckiem, które potrzebuje nieustannej opieki, a przy tym nie przestaje zaskakiwać witalnością i inteligencją, pomysłowością malarstwa i skrajnością lewackich poglądów politycznych. Według jego relacji – która może też być rodzajem wymyślonej bujdy, których tyle tworzył – Frida Kahlo upatrzyła go sobie już w wieku dziesięciu lat, a atak ponowiła po pięciu sezonach, kiedy to zostali parą. Ludzkie wybory bywają dziwaczne i trudno sobie wyobrazić połączenie takich przeciwieństw – delikatnej i pięknej dziewczyny i satyra, który obżerał się bez umiaru i nigdy nie dbał o swój wygląd. Ale przecież Rivera był znakomitością w świecie kultury meksykańskiej, z ogromnymi wpływami i możliwościami. Wciąż zatrudniano go do wykonania ogromnych murali, co dawało znakomity dochód, było szeroko komentowane i chwalone. Meksyk, po zrywie rewolucyjnym 1910 roku, właśnie wszedł w fazę fascynacji komunistycznych i nie bez przyczyny właśnie tam uciekł przed Stalinem Lew Trocki, zresztą przygarnięty przez parę malarską. J-M. G. Le Clézio twierdzi, że Khalo zaczęła malować by zbliżyć się do Rivery, ale potem sytuacja diametralnie się zmieniła i jej mąż wszedł do historii malarstwa przede wszystkim jako jej partner życiowy, o znacznie mniejszej wadze dokonań od żony. To jej obrazy i osobowość fascynują krytyków na całym świecie, to ona stała się ikoną wolności erotycznej i to ona wymieniana jest pośród największych twórczyń dwudziestego wieku. Jakkolwiek by nie było spotkanie artystów zaowocowało wielkimi wydarzeniami i dziesiątkami obrazów, które trwale weszły do dziedzictwa kultury światowej. Rivera był tutaj zapewne nauczycielem malarskiego rzemiosła, ale też pełnił rolę upiora energetycznego, spod wpływu którego wiotka Frida stale próbowała się uwolnić. Fascynowała się jego osobowością i walczyła z nim, a do legendy przeszły ich kłótnie, które kończyły się rozstaniami i powrotami.

2

Jej ciało miało kształt antycznej bogini, a tajemniczy smutek twarzy podkreślały czarne oczy, obramowane krzaczastymi brwiami, zbiegającymi się na czole. Obcując z nią miało się wrażenie, że nieustannie wpatruje się w wieczność, widzi marność ludzkich losów i swoje dzieje pośmiertne. Najpełniej żyła z pędzlem w dłoni, stojąc naprzeciwko płótna i tworząc wizjonerskie obrazy, których była główną bohaterką. Czyniła to, by przypominać Riverze, że jest subtelnym bytem, artystką wielkich wyzwań, a nade wszystko kobietą, którą skrzywdził i uszczęśliwił i pociągnął przez życie, programując jej rozwój, a zarazem tworząc coś w rodzaju ciasnej klatki percepcji, lęku i pragnienia, nieustannej tęsknoty za czystością i pełnią. Nigdy nie bawiła się życiem, choć na jej obrazach pojawiały się dziecinne elementy wyobraźniowe, futerkowe zwierzątka, papugi i , kolorowe sukienki, wstążki i tropikalne kwiaty. Kreowała samą siebie, gdy stawała naga przed obiektywem aparatu, albo malowała autoportrety pośród wystudiowanej roślinności, pnączy, korzeni i liści. To była jej obrona przed osuwaniem się w nicość i przeczuwanym rozpadem, zamianą kruchości w proch, przejściem bariery życia i zanurzeniem się bez reszty w śmierci. Może dlatego tak często uciekała w miłostki, tuliła się do kobiet i mężczyzn, płonęła w związku z Lwem Trockim i Josefine Baker, z projektantem Isamu Noguchi i chirurgiem Leo Eloesserem Jej twarz jest tajemnica samą w sobie, dziełem sztuki i zapowiedzią tragedii, wyraża nieustające oczekiwanie na śmierć. Wychylenie poza krawędź życia i spokojną kontemplację rozpadu, zainicjowanego w chwili urodzin, rozprzestrzeniającego się w snach i miłosnych uniesieniach, a swój koniec mającego w urnie, stylizowanej na sztukę prekolumbijską i jej naiwne wyobrażenia dziwnych tworów.

5a

Zanim Diego związał się z Fridą, zasłynął jako wyrazista postać bohemy paryskiej, przyjaźniąc się z Modiglianim, Rodinem i Picassem, wzbudzając liczne kontrowersje, kłamiąc i koloryzując, uwodząc kobiety i płodząc z nimi dzieci. Ten okres przyniósł mu wiele rozczarowań, ale ukształtował też jego poglądy estetyczne, ze szczególnym uwzględnieniem kubizmu i przyczynił się do krystalizacji skrajnych poglądów komunistycznych. Po powrocie do Meksyku w 1921 roku odegra ważną rolę w partii i zacznie realizować liczne zamówienia na murale, których stanie się prawdziwym mistrzem. Od podglądania go przy pracy zacznie się też fascynacja Fridy, a potem konsekwentne dążenia, by stał się jej partnerem życiowym. Niewiele brakowało, by jednak do niczego nie doszło, gdy wraz z poprzednim partnerem uległa wypadkowi. Tak go relacjonowała po powrocie do zdrowia: Tramwaj jechał wolno, ale kierowca naszego pojazdu był młody i prowadził zbyt nerwowo. Na zakręcie tramwaj wpadł na autobus i zakleszczył go, przygniatając do ściany domu. Według wszelkich znaków na ziemi i niebie, Frida powinna wtedy zginąć, co tak kwituje Le Clézio: Skutki wypadku okazały się tragiczne. Wielu lekarzy badających wówczas Fridę wyraziło zdziwienie, że w ogóle przeżyła: kręgosłup dziewczyny był złamany w trzech miejscach na odcinku lędźwiowym; złamaniu uległa szyjka kości udowej, połamane były żebra; lewa noga doznała złamań w jedenastu miejscach, kości prawej stopy zostały zmiażdżone; zwichnięty był lewy bark, a kość biodrowa rozpadła się na kawałki. Stalowa poręcz autobusu przebiła brzuch od strony lewego boku i wyszła przez pochwę. Podczas tego wypadku Frida została tragicznie nacechowana śmiercią, miała wtedy umrzeć, ale w jakiś tajemny sposób przeżyła. Od tego dnia niosła jednak w sobie ból nie do wyrażenia. Wypadek posłużył jej też po latach do zobrazowania związku z Diego, gdy uznała, że to „zderzenie” było znacznie gorsze w jej życiu.

3

Pokłady smutku zostały pogłębione podczas pobytów w Stanach Zjednoczonych, najpierw w San Francisco, a potem w Detroit i w Nowym Jorku. Odnoszący triumfy Diego zostawiał swoją utalentowaną żonę w samotności na długie godziny, a rozpacz roznieciło jeszcze poronienie ich dziecka i nieustanne ataki na niego w prasie i radiu. Znając swoją wartość i zachowując poglądy lewackie, Rivera wdawał się w konflikty z wpływowymi kapitalistami – wielbił Henry,ego Forda, ale przeciwstawił się Nelsonowi Rockefellerowi, umieszczając bez jego wiedzy na zamówionym muralu portret Lenina. W czasach wielkiego amerykańskiego kryzysu i rosnącej nienawiści elit politycznych do komunizmu, takie zachowanie nie kazało długo czekać na negatywne efekty. Para opuściła USA bez grosza i po raz kolejny w Meksyku zaczęła odbudowywać swoją pozycję materialną i artystyczną. Dla Fridy okres amerykański był straszliwym przeżyciem, co dokumentowała w swoich listach do przyjaciół, bogato cytowanych przez Le Clézio. Paradoksalnie, to wtedy namalowała kilka swoich wspaniałych autoportretów i obrazów ukazujących traumatyczne doświadczenia amerykańskie, w których nie wahała się bezczelnie atakować american dream, a nawet kwestionować tożsamość narodową żyjących w USA ludzi. Wtedy też śmierć zaczęła zataczać wokół niej coraz węższe kręgi, rosły problemy zdrowotne, a jej świadomość orbitować zaczęła ku ostateczności, co znalazło swoje odbicie w tworzonych autoportretach oraz innych pracach – jak komentuje Le Clézio: są to dzieła wstrząsające, potworne, w których dominują wyobrażenia samobójstwa i śmierci: oto życie uchodzi wraz z wodą z kąpieli, owoce opuncji figowej obdarte ze skóry niczym przedmiot ofiarnej daniny, dwie Fridy z obnażonymi sercami, czy też ów niezwykły autoportret, w którym artystka posłużyła się makabrycznym humorem niczym pancerzem: Frida siedzi wyprostowana na krześle, niewzruszona, pośród porozrzucanych wokół ściętych pukli włosów, a przedstawieniu temu towarzyszą słowa okrutnej piosenki umieszczone w legendzie: „Mira que si te quisé, fue por el pelo,/ Ahora que estas pelona, ya no te qui ero”. Ścięcie włosów, które są przedmiotem największej miłości kochanka było wymowne i miało szokować przede wszystkim tego, który najbardziej ją doświadczał.

4

Dzisiaj, gdy patrzy się na jej liczne fotografie i autoportrety, widać, że jej twarz była multiplikacja czaszki, symbolem dokonującej się śmierci, nieustannego procesu rozpadu i rozprzężenia na chwilę tylko połączonych komórek. Po powrocie z Ameryki do Meksyku zaczął się ostateczny odwrót, wielkie przygnębienie, którego nie złagodził ponowny ślub z Riverą, zresztą na określonych warunkach, wykluczających intymne zbliżenia i zapewniających absolutną niezależność twórczą i finansową. Koniec ich wspólnej, ziemskiej drogi miał miejsce w miejskim krematorium i opis Le Clézio nie pozostawia wątpliwości, że było to zdarzenie natury kosmicznej, natychmiastowa entropia, przejście przez wrota czasu i wymiaru: Następnie tłum wyruszył wraz z trumną aleją Juáreza w kierunku cmentarza cywilnego Dolores. Przed otwartym lukiem pieca krematoryjnego zrobiło się tłoczno, każdy pragnął po raz ostatni zobaczyć niña. Siqueiros opowiadał później, że gdy buchnął ogień, płomienie objęły twarz Fridy, tworząc wokół niej wielką koronę słonecznika, jakby zmarła chciała namalować swój ostatni autoportret. Prochy zostały zebrane do woreczka, a potem, starym zwyczajem zachodniomeksykańskich Indian, wystawione w pokoju Fridy, przykryte jej maską pośmiertną i owinięte w obszerne rybozo. Kilka lat później Diego kazał zamknąć je w starej urnie z Oaxaki, przedstawiającej boginię płodności. Było to ostatnie potwierdzenie twórczej wielkości jego towarzyszki życia, która stworzyła integralny, logiczny wewnętrznie świat, dający teraz malarzom i sztuce współczesnej tyle autentycznej inspiracji. Książka francuskiego noblisty została napisana z ogromnym smakiem i daleka jest od tradycyjnego modelu biograficznego – raczej prezentuje losy artystów z umiarem, bez histerii i koloryzowania, bez niepotrzebnej krytyki postaw politycznych i ich często absurdalnych wyborów. Wątek komunistyczny i lewackie poglądy tej pary potraktowane tutaj zostały jako element gry artystycznej, dla których flaga z sierpem i młotem, okrywająca trumnę Fridy, miała takie samo znaczenie jak inne, dziwaczne przedmioty, ukazywane na jej płótnach. Udało się Le Clézio odtworzyć skomplikowanie najnowszej historii meksykańskiej, ukazać ważne postaci zrywów rewolucyjnych, a przy tym nie zatracić niczego z życiorysów dwojga prawdziwych artystów. I choć wspaniałomyślnie potraktował ich jako równorzędnych partnerów, tylko Frida stała się ikoną międzynarodowej sztuki i w następnych stuleciach jej waga i ranga będzie rosła, a Diego – ten ogromny człowiek i gigant murali dwudziestowiecznych – będzie malał i powoli usuwał się w cień. To będzie sprawiedliwe wyrównanie rachunków pomiędzy nimi i właściwe – jak w książce Le Clézio – rozłożenie akcentów na skali wartości, dokonań i inspiracji.

____________

M. G. Le Clézio, Diego i Frida, przeł. Katarzyna Bartkiewicz, Warszawa 2009, s. 270.

5

CIEMNE MALOWIDŁA

Transtroemer

Tomas Tranströmer

SYROS

W porcie Syros porzucone statki handlowe stoją bezczynnie.
Rzędem, jeden przy drugim. Na kotwicy od lat.
Caperion z Monrovii,
Kritos z Andros,
Scotia z Panamy.
Ciemne malowidła na wodzie, zawieszone na uboczu,
jak zabawki z dzieciństwa, wyolbrzymiałe,
które przypominają nam o wszystkim, czym nie zostaliśmy nigdy,
Kelatros z Piruesu,
Cassiopea z Monrovii, ocean nie sprawdza ich więcej.
Ale kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy do Syros, w nocy,
i zobaczyliśmy cały ich rząd w świetle księżyca, myśleliśmy:
jaka potężna flota, jakie wspaniałe koneksje!

przeł. Czesław Miłosz

1280px-Brainsik-ermoupoli

Ermupoli, główny port wyspy Syros

Poeci podróżują do swoich miejsc magicznych, zagubionych pośród mórz i oceanów, rzadko odwiedzanych przez turystów i mających coś, czego nie dostrzegają inni. Thomas Tranströmer, szwedzki laureat Nagrody Nobla z 2011 roku, w swoim wierszu pt Syros wraca do czasu dwóch idealności – swobodnego podróżowania w czasie i przestrzeni i dobrego zdrowia. Rok 1990 nie zapisał się dobrze w życiu tego poety, bo przeżył poważny udar mózgu i musiał zrezygnować ze swojej zwykłej aktywności. Poświęcił się wtedy poezji, a jego wielka aktywność, po przeżytym wylewie, zdumiewała czytelników i krytyków, wszak kolejne zbiory liryków ukazały się w ponad sześćdziesięciu językach świata. Podkreślano esencjonalność wierszy Tranströmera, jego wnikliwość i paradoksalny charakter ewokowanych obrazów, wskazywano na oryginalność tematyki muzycznej, głębię doznań religijnych i kreację człowieka jako istoty zagubionej w kosmicznym bezładzie, w nieustającym pędzie, kończącym się nieuchronnie śmiercią i rozpadem. A wszystko w niezwykle prostych, kondensacyjnych lirykach, które z pozoru niczym szczególnym się nie wyróżniają, a przy dogłębnej analizie odsłaniają treści ukryte, metaforyczne i symboliczne. Tranströmer wpatruje się w rzeczywistość i wcale nie jest to spojrzenie dobrotliwe, raczej jest to analiza otwierająca przepastne głębię, wyodrębnienie ciemnych malowideł i wejście w mroczne przestrzenie. Ze wszystkich stron w tych wierszach wyziera przerażająca pustka istnienia, tragedia ludzkiego bytu, nieustannie narażonego na cierpienie, choroby, podążającego ku rozpadowi, ale też nieustannie prowadzącego walkę z entropią i starającego się stworzyć coś żywego pośród martwoty.

IMG_1698

Głównym portem na greckiej wyspie Syros (gr. Σύρος) jest Ermupoli, a jeden z charakterystycznych elementów krajobrazu stanowi wielka stocznia, która buduje od podstaw i remontuje stare statki oceaniczne. Na tym skalistym skrawku ziemi, należącym do archipelagu Cykladów, schronili się liczni greccy uchodźcy, po wielkiej wojnie niepodległościowej zakończonej w 1829 roku. Z biegiem lat wyspa coraz bardziej traciła na znaczeniu, chociaż w połowie dziewiętnastego wieku jej główny port był miejscem docelowym wielu linii morskich, większym od Pireusu i przyjmującym jednostki handlowe i pasażerskie. Gdy dopływa się do Syros od strony Morza Śródziemnego, widać wyraźnie charakterystyczną zabudowę, dostosowaną do kształtu zatok i okalających je wzgórz. Nad miastem Ermupoli dominują dwa wzniesienia – wschodnie Wrondado, z dzielnicą prawosławną i zachodnie Ano Siros, z dzielnicą katolicką. Jest to zatem wyspa kościołów, monastyrów i klasztoru św. Jerzego, a budowle sakralne przydają jej majestatu i wyraźnie rysują się na tle białych domów, z charakterystycznymi płaskimi dachami lub tylko lekko pochylonymi i pokrytymi dachówkami. Ten malowniczy zakątek świata może się wydać rajem na ziemi, rozświetlonym przez słońce i znakomicie architektonicznie uporządkowanym, pełnym ogrodów z kwitnącymi, barwnymi krzewami, znakomicie utrzymanych basenów, restauracji i kafejek. Dopiero wejście na wzgórza i spojrzenie na rysujące się dale, daje wyobrażenie o sile żywiołów pośród których żyją tutaj od wieków ludzie, zmagający się z burzliwym morzem, chroniący się przed palącym słońcem, a zimą z wiatrem, deszczem i groźnymi pomrukami z wnętrza ziemi, zapowiadającymi trzęsienie lub erupcję uśpionego wulkanu.

Syros1904

Pocztówka z początku dwudziestego wieku z Syros

Tranströmer wraca myślą do swoich pobytów na wyspie Syros i wyodrębnia obraz starych statków handlowych, być może przyprowadzonych do stoczni, a potem porzuconych z niewiadomych przyczyn. Pojawiają się zatem konkretne nazwy i dokładne umiejscowienie armatorskie: Caperion i Cassiopea z Monrovii, Kritos z Andros, Scotia z Panamy, Kelatros z Pireusu. Niegdyś zmagające się z falami, potwierdzające potęgę ludzkiej myśli technicznej, niszczeją powoli, trawione przez rdzę, zakotwiczone w ostatnim swoim porcie, jak mary przeszłości odbijają się w morskich toniach. Są tam realne i budzące grozę, a w wyobraźni poety dodatkowo stają się symbolem upływu czasu, analogonem nieuchronności odejścia, końca każdej chwały. Ich odbicia w wodzie są jak ciemne malowidła pośród barw i światła wyspy Syros i ekspandują wyobraźnię ku dzieciństwu, ku wzniosłym marzeniom o wielkości i byciu kimś znaczącym w świecie. To tak, jakby kolorowe stateczki, którymi bawimy się jako dzieci, urosły nagle monstrualnie i stojąc na kotwicy w Syros, przypominały nam o marzeniach naszych pierwszych lat, o jasnych myślach, podążających ku mostkom kapitańskim, wyniosłym rejom i bocianim gniazdom. Jakże gorzkie jest to podsumowanie, w którym pojawia się ocena dawnych pragnień i jakby zamknięcie ich jednym, przerażającym słowem nigdy, bo nawet późniejsze sukcesy poety, jego laury i chwała, dalekie były od żarliwości pierwszych pragnień. Teraz ów mały chłopiec, który chciał pływać po oceanach i dowodzić statkami, kontempluje w wieku dorosłym ich powolny rozpad na greckiej wyspie. I tak jak nie sprawdziły się dziecinne marzenia, tak ocean nie sprawdza już wytrzymałości okrętów, stoją w równym szeregu i niszczeją, a ich ciemne odbicia poruszają się lekko pośród ocienionych wód. Poeta kończy swój wiersz pointującym wszystko paradoksem, nawiązując do pierwszego przyjazdu na Syros w nocy, kiedy to oświetlone przez księżyc, wydały się jemu i towarzyszącym mu osobom potężną flotą, rodzącą w myślach liczne asocjacje (koneksje), dodatkowo wzbogacone przez kosmiczny opar lunarny. Wszystko wszakże zostało odmienione następnego dnia przez jaskrawe światło słoneczne, wydobywające bolesne dziury i zniszczenia, wszechobecną rdzę, mającą w sobie coś z nieuchronności przemijania i potęgi rozprzestrzeniającej się w naszym świecie śmierci. A choć tony tego wiersza są ponure, przypominające nam jak kruche są wszelkie byty, nawet te powstałe z twardej materii, to bije z niego – jak często u Tranströmera – jakaś tajemna, rapsodyczna chwalebność, siła ludzkiej wyobraźni, potrafiącej przemieszczać się szybko od dzieciństwa do lat późniejszych i łączyć w obrębie metafory jasne obrazy i ciemne malowidła.

« Older entries

%d blogerów lubi to: