Z WYCIECZKI ROWEROWEJ

Pojechałem z córką na wycieczkę rowerową za miasto. Wjechaliśmy na górki otaczające Fordon i przed nami pojawiła się rozległa panorama dzielnicy. Po drodze zatrzymywaliśmy się wiele razy i sporo fotografowałem, przede wszystkim owady. Wróciliśmy do domu zmęczeni, ale za to jak smakowała nam ziemniaczanka, przygotowana wcześniej przeze mnie i wymagająca tylko podgrzania. Natura stale mnie oszałamia i zachwyca, dodaje sił i utwierdza w przekonaniu, że jest w niej jakiś tajemny kod…

Strojnice baldaszkówki

Kraśnik sześcioplamek

Owoce dzikiej róży

Ślimak winniczek na korze olchy

Kłopotek czarny

Mucha na wrotyczu pospolitym


Reklamy

CHATA

Podejrzliwie podchodzę do wszelkich wielkich bestsellerów, ale jeśli książka sprzedaje się w milionach egzemplarzy, w różnych krajach świata, musi budzić moje zainteresowanie. Chata Williama P. Younga jest opowieścią, która odmieniła życie autora i wpłynęła na losy wielu ludzi, sięgających po nią. Jej autor jawi się dość zagadkowo, bo jest synem misjonarzy, pracujących na Nowej Gwinei, gdzie się wychował i zapoznał z wielką różnorodnością świata, jak to nazywa: „z rozrzutnością łaski”. Potem pracował jako kierownik w biurze i urzędnik hotelowy, aż pewnego dnia wpadł na pomysł napisania historii, która miała być prezentem na Boże Narodzenie dla jego rodziny, w tym aż dla sześciorga dzieci. Szybko zapoznali się z nią także przyjaciele  i dopomogli autorowi przy „dopracowaniu” oraz publikacji. Sprzedano ponad sześć milionów egzemplarzy i powieść znalazła się na pierwszym miejscu amerykańskich bestsellerów „New York Timesa”, a potem powędrowała w świat i została przełożona na wiele języków. Od samego początku dzieło to rodziło też liczne kontrowersje – od zachwytu i uwielbienia, do skrajnej krytyki i szyderstwa. Podkreślano wartość akcji i podjęcie ryzykownego tematu relacji człowieka z Bogiem, i jego nieustającej obecności w naszym życiu, czy tego chcemy, czy manifestujemy odejście od Niego. James Ryle pisał: Jeśli Bóg jest wszechmocny i pełen miłości, dlaczego nie zrobi czegoś z cierpieniem i złem w naszym świecie? Książka odpowiada na to odwieczne pytanie ze zdumiewającą inwencją i oszałamiającą klarownością. Zdecydowanie jedna z najlepszych powieści, jakie czytałem. Z kolei Wes Yoder konstatował: „Chata” to piękna historia o tym, jak Bóg przychodzi do nas, gdy tkwimy w smutku, stajemy się więźniami własnych oczekiwań, czujemy się zdradzeni. Nigdy nie zostawi nas tam, gdzie zabrnęliśmy, o ile się przy tym nie uprzemy”, a Mike Morrell entuzjazmował się: Nareszcie! Opowieść o relacjach człowieka z Bogiem, charakteryzująca się literacką uczciwością i duchową odwagą. (…) Tę historię czyta się jak modlitwę, jak najlepszy rodzaj modlitwy, której towarzyszą łzy, ból, pokora i zaskoczenie. Jeśli zamierzacie przeczytać jedną powieść we tym roku, niech to będzie właśnie ta. Pojawili się też liczni krytycy, którzy wskazywali błędy teologiczne i tandetną uczuciowość, szukali niekonsekwencji autorskich i nie godzili się na ustawianie Boga na tej samej płaszczyźnie doświadczeń, co sfera doznań ludzkich. Jedni i drudzy musieli zauważyć, że książka ta odmieniła życie autora, jakby jakaś niewidzialna siła spowodowała przeistoczenie się nikomu nie znanego urzędnika w ważną osobowość życia duchowego współczesnego świata, mającego wpływ na uczucia religijne milionów.

Jak w większości dobrze sprzedających się książek ostatnich lat – powieść ta oparta jest na prostym pomyśle. Bohater traci małą córeczkę, porwaną i zamordowaną przez seryjnego mordercę, cierpi nieopisane męki z tego powodu, aż w jego skrzynce pojawia się list od Boga, który zaprasza go na spotkanie w chacie, w której dokonano zbrodni. Tam spotyka Tatę (tak Boga nazywa jego żona), który przybiera formę rubasznej Murzynki, a także Jezusa, który jest stolarzem i Ducha Świętego, który jawi się jako zwiewna Azjatka Sarayu. Jedząc z nimi wykwitnie przygotowywane posiłki, chodząc po górach (nawet spacerując po wodzie z Jezusem), dowiaduje się dlaczego świat jest taki, jaki jest, a Bóg nie ingeruje w ludzką niezależność, nawet jeśli związana ona jest z makabryczną zbrodnią. Wszyscy ludzie są dziećmi bożymi i tak jak w społecznościach ludzkich rodzice nie wyrzekają się niegrzecznych dzieci, tak Bóg nie opuszcza żadnego człowieka. Stale przy nim jest też Jezus i Duch Święty, a właściwie sam Bóg w trzech osobach. Ludzki punkt widzenia zakłada, że należy ukarać złoczyńcę, a Boski, że należy go otoczyć miłością, gdyż jest wynikiem jakichś błędów i grzechów rodziców, przyjaciół i wrogów, ludzi, z którymi się stykał w swoim życiu. Cofając się w przeszłość doszlibyśmy do grzechu pierworodnego i postępku Adama, multiplikowanego potem w milionach, miliardach zachowań jego „dzieci”. Autor powieści założył, że jest wyrazista rozdzielność świata duchowego i przestrzeni Boskiej, od rzeczywistości ziemskiej i człowieka. Odwołał się przy tym do wyobraźni tych, którzy wolą wszystko upraszczać, niż komplikować, wybierają łatwy do rozszyfrowania schemat, a odsuwają się od głębi nowoczesnych dociekać teologicznych i numinoisum. Bóg jako Murzynka piekąca ciasta, gotująca obiady, przyrządzająca smakowite desery, Jezus jako przyjacielski stolarz, prowadzający bohatera po wodzie jeziora i Duch Święty jako zwiewna dziewczyna, uprawiająca ogródek z aromatycznymi roślinami, na pewno lepiej trafiają do wyobraźni ludzi, którzy masowo odwracają się od zakłamania Kościoła, od kolejnych skandali pedofilskich, związanych z księżmi i od przepychu, którym otaczają się  dostojnicy i hierarchowie. Tacy ludzie wolą słuchać o prostych zajęciach Trójcy Świętej, niż o kolejnych teoriach, tłumaczących jej złożoność – wybierają kontakt z naturą i spotkanie z Bogiem w prostej chacie, a nie napuszoną uroczystość, podczas której faceci chodzą w sukienkach i wykonują jakieś szamańskie gesty. W tym punkcie, w owym powrocie do natury i ukazaniu Boga w jej pięknie i prostocie, powieść Younga jest przekonująca i wzrusza, przydaje wartości dawno skonwencjonalizowanym teoriom, doktrynom, dogmatom. Wszystko wszakże oparte jest tutaj na starym poglądzie, że Bóg nie ingeruje w świat i jego dzieje, bo pozwolił ludziom podejmować integralne decyzje i dał im pełną niezależność. Takie ujęcie zakłada, iż ludzkość jest eksperymentem Boga, który pragnie zobaczyć jak wykorzysta ona ten dar i do czego to ją doprowadzi. Krytycy tej teorii od razu mówią: skoro Bóg jest wszechmocny, dlaczego od razu nie uczynił ludzi szczęśliwymi i nie umieścił ich w raju, tylko zesłał na piekielną ziemię, gdzie doświadczyła tylu klęsk, upadków i sama nazwała ją „padołem cierpienia”.

Lektura tej powieści jest zarazem irytująca i euforyczna, przykuwająca uwagę i zniechęcająca łatwymi rozwiązaniami w obliczu dramatycznie narastającego napięcia. Najbardziej zniechęcają owe proste, żeby nie powiedzieć komiczne, pomysły autora, który chyba nie jest zbyt oczytany i nie wie, że mają one długą historię zastosowań, począwszy od realistycznej powieści francuskiej dziewiętnastego wieku, poprzez dzieła wielkich pisarzy niemieckich i rosyjskich, a potem dwudziestowiecznych prozaików amerykańskich. Jakie to są pomysły – no więc przede wszystkim zastosowanie w utworze zdarzenia epistolarnego. Nagle w skrzynce bohatera – Mackenzie Allena Phillipsa –  pojawia się list od samego Boga, który wyznacza mu spotkanie w chacie, w której doszło do zamordowania jego porwanej córeczki. Dalej, mamy do czynienia z samotną wyprawą w góry i zamazaniem realizmu tego, czego doświadcza tam bohater – czytelnik do końca nie wie, czy były to jego sny, marzenia, czy może wynik przyjęcia dużych dawek morfiny, podczas rekonwalescencji, po wypadku samochodowym. Prostym pomysłem jest też włożenie w usta zwykłych ludzi (takimi stają się personifikacje Trójcy Świętej) wykładu teologicznego, często znacznie odbiegającego od założeń doktryny – na przykład Jezus mówi, że nie jest chrześcijaninem, a Bóg psioczy pod nosem na ludzi. To może budzić zaciekawienie i wskazywać liczne bloki myślowe u wyznawców religii, którzy uzurpują sobie posiadanie monopolu w zakresie duchowej działalności Boga i opieki nad nimi ze strony Jezusa, Ducha Świętego, aniołów i świętych. Niezwykle uproszczone zostało też rozumienie stworzenia, które zakłada istnienie ledwie wycinka realnego wszechświata i nie obrazuje jego wielkości oraz odległości pomiędzy galaktykami i gwiazdami, a co za tym idzie rozumienia Boga jako coś tak różnego od ludzi, że aż niewyobrażalnego. Kosmogonia, to jakby jedno z zajęć Boga, takich samych jak pieczenie ciasta, uprawianie ogródka, czy wykonanie rzeźbionej trumny. Najwięcej kontrowersji budzić musi minimalizacja znaczenia zła w świecie i redukcja jego obecności w ludzkiej próbie bytu. Bóg istnieje niezależnie i po odkupieńczej ofierze Chrystusa nie staje do konfrontacji ze złem, godzi się na jego obecność, a morderców otacza taką sama opieką, jak ich ofiary. Ma to może umotywowanie w Piśmie Świętym i przypowieściach Jezusa, ale kłóci się z realiami życia i autentycznym cierpieniem rodzin, które poniosły niepowetowane i niczym niezasłużone straty. Ale, z drugiej strony, popularność powieści Younga wskazuje na to, że istnieje wielkie zapotrzebowanie na nowe, ożywcze teorie w zakresie rozumienia Boga i jego interakcji z człowiekiem. Ludziom nie wystarczają już skostniałe dogmaty i coraz częściej – jak choćby Dan Brown – kwestionują ich logikę i użyteczność dla wykładu wiary i jednostkowych doświadczeń cierpiących istot. Czy jednak mają to być takie proste fabuły, uproszczenia, sprowadzanie Boga do roli kompana przy stole i dobrotliwego safanduły? Czytelnik sam musi odpowiedzieć sobie na te pytania sam i zapewne tyle może być tutaj ujęć i opinii, ile pojawia się jednostkowych doświadczeń i prywatnych rozumień świętości.

Najciekawsze w powieści Younga są te karty, w których pozwala on rozbujać się swojej wyobraźni, a więc sceny snów, doświadczeń granicznych, a nade wszystko kontaktów z osobami lub postaciami fantastycznymi. Głęboko zapada w pamięć spotkanie z błękitną sójką, którą Bóg karmi dobrotliwie z ręki lub opis raju, w którym przebywa zamordowana córeczka, a nade wszystko obrazy aniołów, które gromadzą się na spotkanie i obdarowują ojca głównego bohatera (złego i krzywdzącego syna w życiu ziemskim) energią, potrzebną do przebóstwienia. Ta wizyjność i piękno ratują tę trzeszczącą w szwach powieść i stają się kontrapunktem dla nużących wykładów teologicznych, nawet jeśli zostały one ubrane w szatę zwykłości. Trzeba pochwalić Younga za jego odwagę i za samo główne założenie – ową chęć uściślenia tego, jak naprawdę wyglądają relacje człowieka z Bogiem. To jest zarazem wskazanie, jakie błędy popełniają ludzie i jak złudne są ich oczekiwania. Dawno już bezużyteczny mit o niebie i piekle zastąpiony tutaj został przez nieograniczone spektrum miłości Boskiej, w której pławią się wszystkie byty po śmierci i żaden czyn nie jest na tyle zły, by nie zasługiwałby na wybaczenie i otoczenia jego sprawcy opieką. Niestety, dla wielu ofiar zbrodni, brzmi to jak straszliwa kpina i powoduje drastyczną krytykę, głosy oburzenia i niezgody. Jak wszakże można sobie wyobrazić tak wielkich morderców jak Kaligula, Hitler czy Stalin, otoczonych Boską miłością i bawiących się ze swoimi ofiarami w jednym świetlistym kręgu. W tym zakresie ta powieść jest szkodliwa i staje po stronie mroku, minimalizuje wagę i siłę zła w naszym świecie, sprowadza je do teorii niczym nie umotywowanych przypadków i spadku po grzechu pierworodnym. Nawet jeśli seryjny morderca stał się potworem, bo był krzywdzony w dzieciństwie, nie zwalnia to go od odpowiedzialności i nie zdejmuje z niego piętna zła. Nawet jeśli dokona się w nim przemiana, nawet jeśli zmieni się on w więzieniu i wstydzić się będzie tego, co zrobił, pozostanie na zawsze tym, który przelał niewinną krew i spowodował nieopisane cierpienia tych, którzy zostali w pustce. Ludzie są istotami myślącymi i mają określone wyraziście standardy rozumienia dobra i zła, winy i kary, ohydnego postępku i triumfującej nad nim sprawiedliwości. Nawet jeśli zdarzały się pomyłki sądowe, jeśli skazywano na śmierć osoby niewinne, ich przypadki nie mogą być przeciwwagą dla ogromu zbrodni dokonanych przez psychopatów, zwichniętych moralnie dewiantów i głosicieli jakichś tam teorii. Czy rozumienie Boga jako Trójcy Świętej, otaczającej swoją opieką każdego, nawet największego łotra, nie odbiera Mu cząstki świętości? Przecież jego doskonałość zasadza się też w uczciwości sądów i ocen, a nade wszystko w idei Sądu Ostatecznego, w zważeniu dobra i zła, a nie tylko wskazywaniu immanentnego dobra, uosabianego w każdym niewinnym, nowonarodzonym dziecku i symbolizowanym przez Dzieciątko Jezus. Ludzkość realnie doświadcza zła w swoim życiu, a historia jej rozwoju jest ciągiem zbrodni, wojen, nieustającego przelewu krwi. Czemu miałoby służyć ziemskie bytowanie ludzkości i wolna wola w wyborze dobra i zła, gdyby i tak wszyscy po śmierci trafiali pod Boskie skrzydła. Kaligula w jednym szeregu z zamęczonymi przez lwy pierwszymi chrześcijanami, Hitler pod rękę z ofiarami Oświęcimia, Stalin przy zmartwychwstałych istotach, które zamordował w gułagach, kazał rozstrzelać lub zagłodził na Ukrainie. Z drugiej strony jednak pojawia się pytanie o granice Bożego Miłosierdzia – jeśli przyjmiemy zawartą w jego rozumieniu totalność, musimy zgodzić się na zniesienie granic i wybiórcze traktowanie jakichś osób. Jak by nie odczytywać powieści Younga, jej wartością jest to, że pobudza do myślenia i poszukiwania nowego rozumienia Boga i świętości, człowieka i świata, a nade wszystko dobra i zła.

LIPCOWE CHMURY

Lipcowe chmury… Jakże zmienne i fascynujące, stale mutujące i przechodzące kolorystyczne metamorfozy. Dzisiaj odzwierciedlają one to, co dzieje się w moich myślach. W ciągu życia widzimy ich miliony i gubimy je, szybko zapominając, zastępując nowymi kształtami i formami atmosferycznymi. Dzisiaj fotografowałem je za miastem i myślałem o tym, że są zwierciadłem tego, co we mnie drży i pulsuje – co szybko i nieuchronnie zmienia się i podąża ku nowym dniom.

BIBLIOTEKA „TEMATU” (I)

Zainicjowana przez Odział Bydgosko-Toruński ZLP Biblioteka „Tematu” rozwija się żywiołowo i stale pojawiają się w niej interesujące publikacje. Wykształciły się już trzy główne ciągi edycyjne, które wyznaczają ramy nowych publikacji. Naszą „flagową” serią jest zbiór publikowany w powiększonym formacie, ze złotymi okładkami i twardymi oprawami. Ta inicjatywa ukierunkowana jest na dobrą i ambitną literaturę, a przy okazji porządkuje publikacje lokalnych literatów. Moim marzeniem jest stworzenie specjalnej serii, w której zaprezentowałbym kanon  literatury naszego regionu. Znalazłyby się w nim miedzy innymi książki Grzymały-Siedleckiego, Kowalkowskiego, Sujkowskiego, Sulimy-Kamińskiego, Baszkowskiego, Pastuszewskiego i wybranych autorów młodszego pokolenia. Na razie to tylko marzenie, ale niejednokrotnie moje myśli, wybiegające w przyszłość, i zdawać by się mogło nierealne, przybierały konkretną formę. Myślę, że dalszym krokiem będzie samodzielność tej platformy przyjacielskiej i funkcjonowanie w przestrzeni publikacji niedochodowych.

* * *

Wczesny ranek. Pada deszcz, ale jest parno i duszno. Piję kawę, żeby się obudzić i zabrać do pracy. Czeka mnie dzisiaj sporo wysiłku pisarskiego – czas oddać książki do biblioteki i zamknąć ogromny projekt. Ten rok, w jego drugiej części, będzie obfity w publikacje i wydarzenia literacko-artystyczne. Włączam koncerty Telemanna i cały dzień, podczas pracy, będę słuchać muzyki barokowej – Vivaldiego, Albinioniego, Corelliego, Purcela, Haendla, Rameau, Bacha. Jest mi smutno, a ta muzyka ma w sobie tyle życia i żaru, że na pewno przemieni moje dzisiejsze nastawienie w rodzaj promiennej euforii. Wiele razy już tak bywało i właściwie najlepiej pisało mi się w chwilach zadumy, szlachetnego smutku i wsłuchania się w siebie. Kimkolwiek bym nie był w przyszłości i cokolwiek bym nie zrobił, czuję się przecież spełniony, uporządkowany i z zaciekawieniem patrzący ku nowym dniom i nocom. Nadzieja jest najpiękniejszym ludzkim nastawieniem, a tęsknota rodzi marzenia o wielkości i pełni, o niebywałych wydarzeniach i o jaskrawych chwilach, których nigdy się nie zapomina. Było ich w moim życiu wiele i teraz muszę tak nim pokierować, by pojawiło się ich jeszcze więcej…        

JOHN JAMES AUDUBON

John James Audubon (1785–1851)

Zawsze podkreślał i mitologizował to, że w jego żyłach płynęła krew europejskich kolonizatorów i rdzennych mieszkańców Ameryki. Ojciec – Jean Audubon – był francuskim agentem handlowym, a potem kapitanem statku i zarządcą plantacji cukru na San Domingo. Przeżył tam gorący romans z Kreolką Jeanne Rabin i właśnie z tego mieszanego związku urodził się w 1785 roku John James, przyszły wielki malarz, ornitolog i przyrodnik amerykański. Niestety, w rok po przyjściu na świat, jego matka zmarła i młody plantator, który w międzyczasie spłodził córkę z inną kochanką, zabrał dzieci do Francji, gdzie zaakceptowała i wychowywała je jego prawowita żona. Już tam, na obrzeżach Nantes, podglądał ptaki, łowił je, preparował, wypychał i kolekcjonował. Szybko też zaczął wykorzystywać swój wielki talent rysowniczy i malarski,  tworząc niezwykłe wizerunki mieszkańców przestworzy. Gdy interesy karaibskie ojca załamały się, podjęto decyzję o wysłaniu młodzieńca do Ameryki, gdzie dopłynął jako osiemnastolatek w 1803 roku. Miał tam zająć się handlem i zdobyć nowy majątek, ale on wolał włóczyć się ze strzelbą i psem po lasach i przyglądać się florze i faunie wielkiego kontynentu. Wkrótce poznał wybrankę serca – Lucy – i ożenił się z nią w 1808 roku, pragnąc rozwijać interesy i bogacić się na handlu. Niestety życie szybko zweryfikowało jego plany, w klasyczny sposób zbankrutował i musiał wraz z żoną przenieść się, najpierw do Cincinnati, gdzie pracował jako malarz w muzeum, a potem do Nowego Orleanu, gdzie, Lucy była guwernantką, o on uczył tańca i szermierki. Mieli już dwóch synów i przeżyli wielki dramat, gdy jakże oczekiwana córka zmarła zaraz po porodzie. Przez cały czas rysował i malował obserwowane ptaki i szybko uzbierała się ogromna kolekcja tych przedstawień. W 1824 roku powrócił do Filadelfii, z zamiarem opublikowania swoich zbiorów, ale napotkał na liczne trudności, przede wszystkim ze strony konserwatywnego środowiska naukowego, nie szanującego ornitologa bez tytułów naukowych. Na szczęście spotkał tam bratanka Napoleona – Charlesa Luciena Bonaparte – który szybko zorientował się, że ma do czynienia z geniuszem i uruchomił szereg działań, które doprowadziły do zamorskiej wyprawy Audubona. W 1826 roku zapakował do kufra czterysta swoich przedstawień i popłynął z Nowego Orleanu do Liverpoolu, gdzie miał zamiar najpierw skontaktować się ze szwagrem swojej żony, znanym angielskim historykiem, botanikiem i kolekcjonerem. W oparciu o jego kontakty doprowadził do wystawy w Royal Institution i w innych ważnych miejscach. Tak zaczął się czas rosnącej sławy amerykańskiego malarza i znawcy ptaków, między innymi wystawiał w Edynburgu, gdzie został członkiem towarzystw naukowych i spotykał tak znane osobistości jak Sir Walter Scott. Jego egzotyczny wygląd i pochodzenie, a także interesujące opowieści o ptakach i zwierzętach Ameryki, zjednywały mu rzesze słuchaczy i stawiały w rzędzie najciekawszych osobowości dziewiętnastowiecznej Anglii i Europy.

Grób na Manhattanie

Pomiędzy 1827, a 1838 rokiem Audubon wracał do Ameryki trzykrotnie by rozwiązywać problemy związane z publikacją jego przedstawień ptaków, przede wszystkim generowane przez starsze pokolenie naukowców. W końcu spotkał Roberta Havella, który zajął się wydaniem dzieła jego życia – The Birds of America. Jego obrazy powstawały przy pomocy ołówka i pasteli, a po 1806 roku zaczął stosować akwarele dla wyrazistszego przedstawiania oczu i piór. W tym czasie wypracował też swoistą metodę odwzorowywania schwytanych i uśmierconych ptaków, w ich naturalnych pozach. Zdawał sobie sprawę z tego, że po śmierci ubarwienie skrzydlatych stworzeń szybko się zmienia, pióra tracą połysk i świetlistą intensywność. Dlatego wiele czasu poświęcał na obserwacje ptaków, w ich naturalnych biotopach i czynił szkice, które potem wykorzystywał przy tworzeniu kolejnych tablic poglądowych. Najwięksi krytycy Audubona twierdzili, że jego obrazy są zbyt udramatyzowane i są wynikiem przeniesienia na zwierzęta ludzkiej ekspresji oraz emocji. Od 1822 roku twórca korzystał jedynie z techniki akwarelowej, a okazjonalnie tylko wykorzystywał pastele, by zaznaczyć puszystość piór. Biografowie uważają, że najpiękniejsze przedstawienia powstały w latach 1824 – 1826 i spośród nich wskazują na portrety takich ptaków jak  Mocking Bird, Wood Duck i Carolina Parrot.  Następne lata wypełnione były ożywioną pracą, w czym malarzowi pomagała cała rodzina oraz liczni współpracownicy, przygotowujący wstępnie materiały ilustracyjne. Po kolejnym powrocie do Ameryki, w 1829 roku, Audubon wykonał dziewięćdziesiąt pięć rysunków, brał udział w licznych przedsięwzięciach naukowych, pisał i dzielił się swoja wiedzą podczas odczytów. W końcu, w latach 1845–1848, jego wielkie dzieło, w ostatecznej formie, w siedmiu tomach, z pięciuset litografiami i licznymi opisami, ujrzało światło dzienne. Dzisiaj dokonanie to traktuje się jako jeden z przejawów młodego amerykańskiego ducha i możliwości kreatywnych nowych obywateli, napływających ze wszystkich stron świata, wtapiających się w tamtejszą społeczność i szybko przekształcających świat. Pod koniec życia John James Audubon osiadł w Nowym Jorku, gdzie wraz z żoną wybudował dom. Zmarł w 1851 roku i został pochowany na Cmentarzu Świętej Trójcy na Górnym Manhattanie, gdzie po latach, staraniem towarzystw ornitologicznych zastąpiono prostą tablicę dużym nagrobkiem, z górującym nad nim krzyżem i licznymi elementami nawiązującymi do pracy i pasji najsłynniejszego amerykańskiego ornitologa.

Spośród setek przedstawień ptaków, sporządzonych przez tego wszechstronnie utalentowanego człowieka, wiele charakteryzuje się niezwykłym skomplikowaniem i dbałością o szczegóły. Widać to znakomicie w bystrym odwzorowaniu papug z Karoliny (Conuropsis carolinensis), gatunku wytrzebionego bez reszty, a niegdyś występującego od Florydy do Nowego Jorku. Szczególną rolę odegrały tutaj zmiany w środowisku naturalnym, a także polowania i moda na posiadanie barwnych, wypchanych ptaków w domu oraz przyozdabianie kapeluszy dam jaskrawymi dodatkami. Audubon przedstawił te piękne zielono-żółte papugi w przybliżeniu, z zachowaniem tonacji barwnych na piórach, czerwono-brązowego ubarwienia głowy i błysków w czarnych oczach. Jest to niezwykle dynamiczna grupa siedmiu samic i samców, ukazana pośród gałązek i orzechów leszczyny. Plemię Seminolów, które chętnie wieńczyło włosy piórami tych ptaków, nazywało je pot pot chee. Ostatni okaz, żyjący na wolności, został zabity na Florydzie w 1904, a ostatni okaz, przetrzymywany w niewoli, nazywany Incas, zdechł w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati w 1918 roku. Około siedemset dwadzieścia skórek tych zwierząt przechowywanych jest w muzeach na całym świecie, znajdziemy w nich też szesnaście szkieletów i około dwadzieścia jaj. Przyrodnikowi i malarzowi udało się stworzyć niezwykle żywą grupkę, w charakterystycznych dla papug pozach. Ich pazurki oplatają gałązki, ciała są powyginane w różne strony, widać też niezwykłą inteligencję i spryt w ich oczach. Wszystko tutaj jest wiotkie, pełne ekspresji, w sumie, mieszczące się we wnętrzu niewidzialnego okręgu. To świat gęstwin nadrzecznych, w których te papugi lubiły przebywać, całymi stadami przemieszczać się z drzewa na drzewo, przelatywać większe odległości i nagle spadać w wybranym miejscu. W Ameryce występuje kilka rodzajów papug, których ubarwienie jest przede wszystkim zielone, ale żadna nie może równać się z urodą wyniszczonego gatunku. Audubon, gdy tworzył swoje przedstawienie, zapewne nie przypuszczał, że będzie ono miało niebawem taki wyjątkowy charakter. To jedno z niewielu tak dokładnych i ekspresyjnych przedstawień tego gatunku. Uwiecznione przez artystę zdają się nie przejmować zbliżającą się zagładą, wydobywają orzechy z okrywy, przeskakują z gałęzi na gałąź, suszą rozpostarte pióra w słońcu i gotowe są w jednej chwili umknąć przed zagrożeniem. Świat, który odszedł na zawsze i nigdy się już nie powtórzy, zatrzymany w rozhuśtanym kadrze i przekazany następnym pokoleniom jako subtelny obraz i gorzka przestroga.

Interesujące jest też przedstawienie zimorodka, określanego w języku angielskim: belted, czyli pasiastego. W naszej literaturze ornitologicznej znany on jest jako rybaczek popielaty (Megaceryle alcyon), a występuje nieomal w całej Ameryce, od północnych granic, do Florydy i od Kalifornii, po wschodnie wybrzeża. Żywi się głownie rybami, czatując na nie na wystających z wody gałęziach lub pniach drzew. Ma długi, ostry jak brzytwa dziób i charakterystyczne srebrzysto-białe upierzenie z niebiesko-szarą przepaską na piersiach. Poniżej występują wyraziste rdzawe boki.  Podczas lotu odsłaniają się białe plamy na czarnych lotkach ogona i skrzydeł. Żyje wzdłuż głębokich, nieuregulowanych strumieni, jezior i morskich wybrzeży, a zimę spędza w południowej części kontynentu, na Bermudach, Bahamach i na wyspach Morza Karaibskiego. Ciekawostką jest to, że gniazda buduje w norach, na wyniosłych brzegach, w piasku lub w rozpadlinach skalnych. Audubon namalował trzy ptaki w charakterystycznych dla nich pozach: czatowania na zdobycz, szybkiego lotu nad zbiornikami wodnymi i połykania złowionej ryby. Krajobraz został tutaj ledwie zaznaczony i może odpowiadać wielu regionom Ameryki, ale wyrazisty jest jego charakter brzegowy, nad jakimś starorzeczem lub innym akwenem. Ornitolog wyraźnie zaznaczył charakterystyczny, postrzępiony czub na głowie ptaka i niezwykłą strzelistość jego lotu. To jakby ciśnięty w przestrzeń dziryt, który z ogromną siłą uderza w taflę wodną. Jeśli dobrze celuje, ryba praktycznie nie ma szans na przeżycie, zostaje błyskawicznie przekłuta kolcem dzioba i ginie w jednej chwili. Wydobywszy taką przebitą zdobycz, zimorodek podrzuca ją w górę i połyka w całości, ustawiając głowę pionowo do góry. Udało się też twórcy przedstawienia ukazać śmigłość mknących w powietrzu rybaczków i skupienie uwagi na szukanej w toniach rybie. Wspaniale zastosował też kontrast pomiędzy niebieskawym ubarwieniem ptaków, daleką sinością wzgórz, spłowiałą zielenią zarośli i brązowo-rdzawymi elementami planu pierwszego. Trochę przypomina to tradycyjną sztukę japońską lub chińskie przedstawienia ptaków na różnobarwnym jedwabiu, a ze strony drugiej nie traci niczego z poglądowości i daje dobre wyobrażenie o ich wyglądzie i zachowaniu.

Tablica prezentująca pięć dzięciołów amerykańskich wykorzystuje, szeroko stosowany przez malarzy natury, schemat kilkupoziomowy. Widzimy tutaj zarówno dzięcioły występujące w całej Ameryce, a więc: Hairy Woodpecker (Dryobates villosus), Red-bellied Woodpecker (Centurus carolinus) czy Red-shafted Flicker (Colaptes cafer), jak i gatunki pojawiające się tylko w ścisle określonych miejscach kontynentu, a więc Lewis Woodpecker (Asyndesmus lewisi) i Red-breasted Sapsucker (Sphyrapicus varius). Ptaki te ukazane zostały w charakterystycznych pozach i ekwilibrystycznych wygięciach, na fragmencie starego konaru. W ich środowisku naturalnym widuje się je także na kaktusach, agawach i palmach, gdzie poszukują nadających się do zjedzenia owoców, piją sok i zjadają owady. Audubon tak ustawił te ptaki, żeby widoczne się stały barwy skrzydeł i podbrzuszy, a także obracające się we wszystkie strony głowy i mocne dzioby. Takie skupienie dziesięciu różnych dzięciołów nie zdarza się w naturze, ale artysta chciał dać widzowi wyobrażenie o ich wielkości i zróżnicowaniu. Uczepione mocnymi pazurami omszałego konaru, zdają się wisieć w przestrzeni jakby grawitacja nic dla nich nie znaczyła. Ptaki amerykańskie są liczniejsze od europejskich i spotkanie z jednym z tych dzięciołów jest bardzo prawdopodobne, szczególnie, że większość zabudowy amerykańskich miast, to domy z podwórkami i dostępem do lasów, zarośli lub zbiorników wodnych. Słyszy się przy nich wiele uskrzydlonych zwierząt, a niektóre są wręcz tak głośne, że stają się nieproszonymi gośćmi. Dzięcioły robią sporo hałasu, gdy uderzają dziobem w pień drzewa, ale poza tym są raczej płochliwymi ptakami, z rzadka się nawołującymi i bezszelestnie przelatującymi, charakterystycznym bujanym lotem, z drzewa na drzewo, z jednej gęstwiny do innej. Zaprezentowane przez Audubona gatunki różnią się wielkością i kolorystyką ubarwienia, kształtem głowy i dzioba, a także smukłością sylwetki. Jako stworzenia łączące niebo i ziemię, lot i wbijanie się w twardość drzewa, występowały często w mitologiach indiańskich i odzwierciedlane bywały na rytualnych totemach. Zastanawiające jest to, czy przyrodnik przypadkowo, czy też świadomie zastosował w swoim przedstawieniu znaną z wielu przekazów kulturowych formułę drzewa świata, na którym, na różnych poziomach, bytują przedstawiciele różnych form życia. W tym przypadku byłoby to drzewo amerykańskich dzięciołów, przedstawianych przez niego jeszcze kilkakrotnie, tak by odzwierciedlić całą ich niepowtarzalność i różnorodność gatunkową.

Fascynujące jest też przedstawienie wilg baltimorskich (Icerus galbula), niezwykle barwnych stworzeń, występujących w centralnej i wschodniej części kontynentu północnoamerykańskiego. Audubon namalował trzy ptaki, w charakterystycznym dla nich otoczeniu żółtych kwiatów hibiskusa. Młoda wilga uczepiła się workowatego gniazda, budowanego długo, z ogromną finezją i cierpliwością. Te pomarańczowo-czarne latające zwierzęta (samica jest bardziej żółta) są ozdobą amerykańskich farm, parków i przydomowych zarośli. Utrwalił się tam zwyczaj zawieszania przy werandach i na drzewach pojemników z sokiem, do którego chętnie stworzenia te przylatują. Przyczynia się to do lepszego poznania urodziwych gatunków przez dzieci i młodzież oraz pobudza zainteresowania ornitologią. Zimę wilgi te spędzają na Florydzie i w innych ciepłych stanach, dolatując nawet do Nikaragui, żywiąc się słodkimi owocami, nektarem kwiatów i owadami, które potrafią też chwytać w powietrzu. Uwielbiają przebywać w gajach pomarańczowych i w winnicach, gdzie dają o sobie znać pięknym, przeciągłym i przypominającym flet, śpiewem. Audubon skomponował swoje przedstawienie, wykorzystując plany trójkąta i gwiazdy – ptaki ukazał tak ustawione, że zachował niezwykłą dynamikę lotu i przeskoków z miejsca, na miejsce, a całość uzupełnił gwiaździście rozprzestrzeniającymi się hibiskusami. Daje to wyobrażenie o subtelnych przestrzeniach, w których bytują te ptaki i o ich zjawiskowych barwach, jaskrawego pomarańczu i żółcienia. Gatunek wilg jest szeroko reprezentowany w Ameryce Północnej, a jedna z nich, zamieszkująca Teksas i Meksyk, określana jest nazwiskiem Audubona. Ileż trzeba było mieć cierpliwości i wiedzy ornitologicznej, by stworzyć tak piękne odwzorowania skrzydlatych zwierząt, a zarazem ileż potrzebnych było umiejętności rysowniczych i malarskich. Spośród wielu stworzonych przez niego tablic poglądowych, każda ma oryginalną aranżację i swoisty schemat geometryczny. W taki sposób odwołuje się do zmysłu wzroku i równowagi, wprowadzając element niezwykłej dynamiki i lotności. Zarzuty niektórych dziewiętnastowiecznych zoologów nie wytrzymały próby czasu i były najczęściej motywowane zazdrością oraz chęcią podważenia ogromnego dorobku twórcy.

*   *   *

Pod koniec marca 2008 roku siedziałem na ławce, przy nabrzeżu dolnego Manhattanu i przyglądałem się stateczkom pływającym ku Liberty Island i Ellis Island, przewożącym turystów do Statuy Wolności oraz do budynków, służących w czasach wielkich migracji ludzkich jako miejsce kwarantanny. Jedna z tych jednostek nosiła imię wielkiego amerykańskiego ornitologa. Stając się u końca życia obywatelem Nowego Jorku, John James Audubon znalazł się pośród najznamienitszych jego mieszkańców, choć nie został pochowany na prestiżowym cmentarzu przy Trinity Church, razem z budowniczym statków parowych Fultonem, pierwszym sekretarzem skarbu Alexandrem Hamiltonem oraz z licznymi kongresmenami i innymi wielkimi osobistościami. Dopiero co przyjechałem z Florydy, gdzie przez wiele dni podglądałem piękne gatunki ptaków. Widziałem ibisy i czaple, pelikany i ślepowrony, wiele dzięciołów, epoletników, blue jayów i wszelakiej skrzydlatej drobnicy. Czułem się tam jak w ptasim raju i zapewne przeżywałem cząstkę z owego zauroczenia jakie było udziałem malarza i ornitologa, który jako pierwszy skompletował większość przedstawień amerykańskich ptaków. Ten statek, noszący jego imię i odbijający od brzegu, symbolicznie zamknął moje amerykańskie birdwatching.

* * *

Wczoraj wieczorem wreszcie spadł deszcz i gwałtowne burze pojawiły się nad moim miastem. Kilka godzin trwał spektakl błyskawic i zjawiskowych uderzeń piorunów, to silniejszych, to słabszych, a kilka razy dosłownie przerażających. Otworzyłem duże okno i stanąłem w nim, chłonąc to, co miało miejsce za nim, czekając na kolejne rozświetlenia. Dzisiaj od rana też jest dość chłodno i wreszcie mogę zabrać się do pracy. Jest o co walczyć i czym się zajmować, tym bardziej, że czuję wewnętrzny pęd, nieustającą potrzebę dobywania z nieistnienia nowych tekstów, prac plastycznych i redakcyjnych, nowych zapisków, wierszy i dłuższych tekstów. Dobrze, że moje życie poszło w tym kierunku, bo przecież miałem kilka innych pomysłów, spośród których najsilniejsze było pragnienie studiowania geografii. Dzięki literaturze i tak zobaczyłem wielki kawał świata i praktycznie okrążyłem go dookoła, a przecież – mam nadzieję – to jeszcze nie wszystko i wiele się może wydarzyć w tym względzie. Myślę, że podążam do wielkiego uporządkowania, które da mi wreszcie poczucie bezpieczeństwa i spełnienia. Wczoraj, patrząc na błyskawice, pomyślałem, że skończył się czas intuicji, a zaczął okres sukcesywnej pracy, ukierunkowanej i dającej wielką satysfakcję, a nade wszystko określającej to, kim jestem.

ŚWINIA

Poszedłem rano na sąsiadujące podwórko, stanąłem pod wysokim murem z czerwonej cegły i szlochałem. W murze była dziura wielkości ludzkiej dłoni i zacząłem przez nią zerkać na leżące po drugiej stronie place. Mieszkali tam dwaj bracia Maraskowie, którzy często przychodzili na nasze podwórko, bili się ze mną i biegali po ulicy. Zobaczyłem, że jeden z nich pędzi w moją stronę. Gdy był już przed murem, wspiął się na kamień i zawołał z całych sił przez ceglaną dziurę:

– Chodź na nasze podwórko… U nas zabijają świnię…!

W jednej chwili zapomniałem co mi się przed chwilą przydarzyło i pobiegłem co sił w nogach. Okrążyłem sąsiednie domy i znalazłem się w innym świecie. Kamienice były tutaj solidne, miały jedno albo dwa piętra. Od strony podwórza prowadziły na strychy strome drewniane schody. W oknach tkwili ludzie, oparci łokciami o parapety. Ich oczy lśniły z podniecenia, a na podwórku panował nieopisany harmider. Dzieci biegały z krzykiem we wszystkich kierunkach. Przy studni kobiety myły i szorowały drewniane stoły. Tuż przy chlewie stał groźnie wyglądający grubas w białej płóciennej czapce i w poplamionym od krwi gumowym fartuchu. Wpatrzony w dal, przed siebie, rytmicznie ostrzył noże o osełki. Jeden z nich był krótki i lśniący, przypominał raczej krótki miecz, a nie knyp. Środkiem podwórza dwie staruchy z obrazów Bruegela ciągnęły wózek z jakimiś koszami i kawałkami drewna. Wychodząca właśnie na wieczorną mszę do kościoła staruszka przystanęła na progu jednego z domów i popatrzyła przez chwilę na grupy kobiet i mężczyzn rozmawiające w różnych miejscach. Chodziłem pomiędzy nimi i przysłuchiwałem się rozmowom. Nagle opasły rzeźnik zawołał przeciągle ochrypłym od picia piwa głosem:

– Jaaaasiuuu! Do roboty…!

Jakiś chudy i wysoki jak tyka mężczyzna odłączył się od grupy kobiet i poszedł do chlewu. Po chwili w otwartych drzwiach pojawił się łeb ogromnej maciory. Miała spętane nogi i kuśtykała powoli do przodu. Za świnią szedł Jan i okładał ją raz po raz kawałkiem gumowego węża. Świnia prychała i przeraźliwie kwiczała. Często jej głos przypominał kwilące niemowlę. Grubas dołączył do kolegi i razem, pokrzykując, kopiąc zwierzę w bok i bijąc wepchnęli je do komórki przy chlewie. Wraz z innymi dziećmi podbiegliśmy do otwartych drzwi i stanęliśmy w nich. Jan wprawnym ruchem zaczepił hak o linkę pomiędzy tylnymi nogami maciory i zaczął podciągać zwierzę do góry. Spojrzałem pod sufit, gdzie na stalowej szynie zawieszony był żeliwny blok. Świnia zaczęła rozpaczliwie kwiczeć, kręcić się i charczeć, jakby przeczuwała zbliżającą się śmierć. Grubas pomógł kompanowi podciągnąć olbrzyma. Zza naszych pleców wyłonił się jeszcze jeden silny mężczyzna i także szarpnął linę. Gdy cała świnia unosiła się nad ziemią Jan przywiązał sznur do haka w ścianie i podsunął pod wykrzywiający się to w tę, to w tamtą stronę ryj zwierzęcia blaszaną wannę. Wtedy rzeźnik charchnął głośno, wypluł zieloną plwocinę na podłogę i silnym ciosem wbił nóż w serce zwierzęcia. Chwycił je też obiema rękoma. Jak na komendę podbiegli pozostali. Świnia słabła z każdą chwilą, a do wanny lała się szeroką strugą ciemnoczerwona krew. Spływała po gumowym fartuchu rzeźnika, tryskała na boki i spływała ze ścian. Spora kropla, przez dziurę w szybie, kapnęła mi na policzek. Odruchowo odwróciłem głowę. Zobaczyłem dzięki temu, co właśnie działo się na podwórzu. Ludzie nadal rozmawiali ze sobą i patrzyli w stronę komórki. Kobiety przy stołach zakasały rękawy i czekały na swoją kolej. Środkiem podwórza przesuwał się wolno kaleka bez nóg. Opierając się o dwie drewniane kule i protezy zbliżył się do komórki, a gdy mnie mijał zajrzał do środka. Poczułem zapach przetrawionego alkoholu i nikotyny. Po chwili poszedł dalej w stronę drewnianych, podwórzowych ubikacji. Odprowadziłem go wzrokiem i spojrzałem na to co działo się w środku komórki. Maciora powoli przestała oddychać i tylko momentami jej ciałem wstrząsał dreszcz. Nagle nieoczekiwanie szarpnęła się z całych sił, zachrypiała tak jakoś po ludzku, tak jakby ktoś zawołał nagle O Jezuuu! Jej ciałem wstrząsały jeszcze przez jakiś czas drgawki, po czym znieruchomiała.

– Masz ten cios Piotrze – powiedział Jan i poufale poklepał rzeźnika po ramieniu. 

– Ja, ja…, tyle już świń i bydląt zaszlachtowałem, że nie może być inaczej – odpowiedział grubas.

Bierzmy się do roboty, bo baby czekają… – wtrącił się trzeci mężczyzna.

Ja, ja… ino pogoń te bachory…

Mężczyzna podszedł do nas o pogroził nam ręką, całą ubabraną we krwi. Skrzywił groźnie twarz, uniósł brwi i powiedział:

– No, wynocha, uciekajcie stąd…

Po czym zamknął drzwi i podszedł do rzeźnika. Jak na komendę zrobiliśmy kilka kroków i stanęliśmy przy brudnych okienkach komórki. Grubas wprawnym ruchem rozciął brzuch świni, z którego wylały się jelita i inne narządy. Szyby momentalnie zaparowały i widzieliśmy teraz wnętrze kanciapy jakby poprzez  mgłę. Rzeźnik wykonywał swoje zwykłe czynności – ściągnął skórę, wykroił wnętrzności, wielkim toporem przeciął, wzdłuż  kręgosłupa, świnię na pół. Odsunął na bok wannę z krwią i zarzucił odrąbany fragment zwierzęcia Janowi na plecy. Ten zaniósł go na stół przy studni, a tam zaraz zabrały się za niego kobiety. Wrócił do komórki i zostawił otwarte drzwi. Raz jeszcze podeszliśmy do nich i patrzyliśmy jak mężczyźni porcjują zwierzę.

Było mi bardzo żal maciory i miałem  w oczach łzy. Pocieszałem ją w myślach i dodawałem jej otuchy. Nie potrafiłem jeszcze wtedy nazwać tego co się stało, nie rozumiałem, że śmierć jest nieodwracalna. Zdawało mi się to wszystko zabawą, jakąś grą. Wierzyłem, że za chwilę świnia w cudowny sposób przywoła swoje części ciała, złoży się samoistnie i ucieknie oprawcom. Patrzyłem z obrzydzeniem na rzeźnika, na długi nóż i ostatnie krople krwi spływające z rozpołowionego ryja zwierzęcia. Wciąż słyszałem jego bezgłośne prośby o darowanie życia. Tymczasem ludzie cieszyli się dookoła, kroili, szarpali mięso i jak w ukropie uwijali się przy zabitej. Byłem bliski płaczu. Nie chciałem przyjąć do świadomości tego co się stało. Miałem wrażenie, ze wraz ze świnią zabito jakąś cząstkę mojej duszy. Po raz pierwszy zetknąłem się z twardymi prawami tego świata i odkryłem, że silniejszy zabija słabszego. Świnia zdechła na moich oczach, ale chyba tylko we mnie żyła nadal. Przez kilka następnych dni odmawiałem jedzenia kiełbasy i mięsa. Widziałem w plasterkach wędlin żywe zwierzęta. Matka martwiła się mną, wzywała lekarza i płakała, ja jednak nie mogłem jej powiedzieć o zbrodni dokonanej na sąsiednim podwórku. Skończyło się na tym, że musiałem regularnie pić syrop na apetyt.

W nocy, w kilka godzin po zabójstwie przyśniło mi się jeszcze raz sąsiednie podwórko. Moja świnia chodziła obok studni i ryła ryjem w ziemi. Płakała jak człowiek. Dookoła niej było kłębowisko ludzi, jakby nagle w tym miejscu urządzono targ, albo jakiś festyn. Przybyło żebraków, kalek bez kończyn, oraczy, piwowarów, kowali i piekarzy. Byli też jacyś muzycy z bębnami i trąbkami, jacyś wędrowni aktorzy i zakonnicy w czarnych habitach. Wprost z podwórka wchodziło się w tym śnie do ogromnej półkoliście zwieńczonej bramy świątyni. A może była to prymitywna huta, lub miejsce posiedzeń rzeźnickiej starszyzny, a może tam właśnie prowadziły drewniane schody na strych. Byłem w tym śnie świnią i grubym rzeźnikiem, którego wieźli na beczce pełnej czerwonego wina. Byłem chudym eremitą z drewnianą łychą do wsuwania bochnów chleba do pieca. I byłem kobietą wesoło tańczącą w kole gapiów. Ktoś pytał mnie o drogę do domu, ktoś krzyczał do ucha. Odpowiadałem poważnie chrząkając, albo śpiewałem radosną pieśń karnawału triumfującego nad postem. Mama wiele razy wstawała do mnie w nocy, poprawiała pierzynę i z niepokojem patrzyła jak oblewam się potem. Widziałem to, ale nie mogłem jej powiedzieć o zbrodni. Dziwiło mnie tylko, iż nie widzi, że moje nogi i ręce zamieniły się w świńskie racice. Widać tak musiało być, więc wtuliłem ryj w poduszkę i zasnąłem na dobre. Nadchodził nowy dzień.

Rano wraz z kolegami z sąsiedniego podwórka bawiliśmy się w zabijanie świni. Marek podbiegł do mnie i na niby wbijał we mnie kawałek kija. Padałem na ziemię, a moim ciałem targały śmiertelne dreszcze.

– Chrr… chrr… chrr… – chrząkałem i kopałem ziemię nogą, jakbym szykował się do ataku na moich prześladowców, jakbym starał się wyswobodzić z pęt. Nasza zabawa miała charakter rytualny, choć wtedy nie mogliśmy o tym jeszcze wiedzieć. Postępowaliśmy według jakichś, dziwnych, zakodowanych w nas reguł. Tak jakby obrzęd zabijania znany nam był od zawsze, jakbyśmy byli w tej sztuce mistrzami. Patrzyłem z nienawiścią na moich prześladowców, tarzałem się w piasku i jak najrealniej umierałem, prychałem, plułem niewidzialną krwią.

– Chrr… chrr… chrr…

W mojej świadomości lekko falowało przedstawienie wanny wypełnionej brunatną krwią, drgały poruszane ostatnimi impulsami przerąbane płaty mięśni. Chciałem być zabijaną świnią, chciałem pluć i prychać krwią…

– Teraz ja będę maciorą – zawołał Łukasz.

– Nie, nie, ja jestem świnią –  targowałem się nieustępliwie  –  Ty przecież jesteś rzeźnikiem.

Dopiero wołanie na obiad z sąsiedniego podwórka przerwało naszą kłótnię. Rozbiegliśmy się do domów by z apetytem jeść smażone świńskie mięso.

STO WIERSZY POLSKICH (I)

Adam Mickiewicz – „Świteź”. Wody Mickiewicza są nacechowane symbolicznie, uświęcone przez wyobraźnię i usakralnione siłą żywiołu. Ich wymiar i znaczenie odsłania się przed czytelnikiem w coraz głębszych głębiach, w coraz dalszych perspektywach. To tak jakby podążać łodzią w dal bezkresną i nie widzieć brzegu, to tak jakby płynąć pod wodą w dół a nie widzieć dna, to tak jakby pić chłodny płyn i stale czuć pragnienie. Mickiewicz miał niezwykły dar rzucania na papier słów pierwszych i ostatecznych; zdań prostych, ale monumentalizujących – strof brzmiących donośnie jak dzwon. Posiadł umiejętność takiego doboru słownictwa, takiej żonglerki wyrazowej, że wiersze zastygały w kształt jedynie możliwy, skończony, odsyłający wyobraźnię do znaczeń pierwiastkowych, do sensów głębinnych. Umiał też tworzyć w wierszu określoną dramaturgię i taką dobierał scenografię, że uzyskiwał niespotykane wrażenie realności opisywanych krain i zjawisk. Choć z drugiej strony jest w wierszu Mickiewiczowskim jakieś bolesne pęknięcie, jakaś imaginacyjna pustka. Czytelnik musi ją wypełnić własnym sensem i poeta tak tę pustkę pośród obrazów rozmieszcza, że czytelnik współkonstruuje przestrzeń, wnika głęboko wyobraźnią w te światy. Zatrzymajmy się na chwilę na skraju takiej rzeczywistości, stańmy na brzegach dwóch, tyleż realnych, co symbolicznych jezior poety.

Świteź jest dla poety zjawiskiem natury, którego nie wolno pominąć podczas podróży. Nie sposób przejechać przed nią beznamiętnie i nie sposób nie poddać się jego magii. Łatwo możemy sobie wyobrazić jak piękny był to akwen w czasach Mickiewicza. Ze wszystkich stron otoczony starym borem, z gałęziami modrzewi i świerków zwisającymi nad taflę krystalicznie czystej wody. Jeszcze dzisiaj zachwyca on swoim widokiem i choć przy jego brzegu biegnie droga do Baranowicz, choć przemykają nią zdezelowane białoruskie ciężarówki i autobusy, a nieopodal postawiono betonowe bryły ośrodka wczasowego – niewiele stracił ze swego uroku. Jeszcze brzmi tutaj na brzegu żałosna pieśń pięknej Białorusinki, jeszcze słychać śpiewy i tańce i choć są to dziewczęta i młodzieńcy ze współczesnego zespołu folklorystycznego, to w ich żyłach płynie krew tak samo gorąca jak w żyłach przodków sprzed dwustu lat.

Odbudowany dom Adama Mickiewicza w Nowogródku

Tu na tym brzegu stanął kiedyś po raz pierwszy Mickiewicz, tu potem wracał wielokrotnie i patrzył: Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,/ W wielkiego kształcie obwodu,/ Gęstą po bokach puszczą oczerniona,/ A gładka jak szyba lodu. Patrzył na ten cud klarownego piękna i na to piękno cudownie klarowne. W cytowanej balladzie delikatnie sakralizował i ukrywał pod powierzchnia słów obraz zwiewnej dziewczyny. Łona to łona natury, ale też i łona żeńskie, kojarzące się z łonem matki, łonem dziewczyny, zagłębieniem w sukni. Każdy też obwód otoczony czymś tak splątanym, ruchomym, czarnym musi skojarzyć się z rozrzucanymi przez wiatr włosami. Nie bez powodu pojawia się też tutaj słowo gładka jako określenie tafli wodnej. Z jednej strony podkreśla ono gładkość akwenu, a z drugiej – gdy sięgniemy do pierwosłowu staropolskiego – jego piękno. Interesujące są tutaj też owe bolesne kontrasty – jasnej wodzie przeciwstawił poeta czarną puszczę, a łonom wodnym szybę lodu. Jezioro nie tyle istnieje, co rozprzestrzenia się pośród krajobrazu – jakby wchodzi weń i istnieje dynamicznie. Jest bytem kolistym, choć jego wielkość może budzić zastrzeżenia. Realna Świteź jest niewielkim zbiornikiem, ledwie widocznym na mapie; ma może trzysta, może pięćset metrów od środka do każdego z brzegów. Poeta świadomie powiększa to jezioro i nadaje mu kształt przeogromny, hiperbolizuje w wyobraźni i tworzy zbiornik ciągnący się w dal bez końca, jakby stale rozrastający się i ogromniejący. Dopiero wtedy zyskuje Świteź walor nieskończoności i jakby lekko rozmywa się w przestrzeni, staje się ułudą, mirażem. Jest on tak doskonały, że nocne obserwacje jeziora przenoszą poetę w jakąś przedziwną, symboliczną rzeczywistość, gdzie wymiary i kierunki tracą sens, a byt zawieszony zostaje jakby w wolnym wszechświecie, poza ziemią, pośród księżyców i gwiazd. Te obserwacje wytrącają poetę z czasu i przestrzeni i jakby traci on równowagę. To co zdawało się niewzruszone nagle staje się czymś potencjalnym, a to co potencjalne i wyobraźniowe przenikać zaczyna do świata realnego. Tutaj niebo zostało zarchitektonizowane, a jego stropy są dynamiczne i jakby pochylają się ku poecie. Tego rodzaju zachwiania percepcji i miraże, rozmycia i falowania obrazu przypominają senną, albo narkotyczną wizję. Świteź jest dla poety jak narkotyk, jak sen, jest czymś co istnieje i halucynacją, jest tajemnicą natury odsłaniającą się przed zranionym umysłem i kojącą go. Tajemnicą zawieszającą ból w przestrzeni.

Świteź

Owo zawieszenie jest tutaj formułą istnienia, jest potwierdzeniem romantycznego wytrącenia, bycia w niebycie i niebytu w bycie. To jest ontologia charakterystyczna dla narratora ballad, mająca swoje konotacje zarówno w ludowym przekazie, jak i w filozofii. W dalszej części ballady mamy do czynienia z rzeczywistością fantastyczną. Poeta opowiada o tajemnych harcach sił nieczystych, o pogłosach jakichś walk, o zamęcie jakby z innego czasu i innej przestrzeni. Staje się zatem Świteź lustrem magicznym mającym właściwości przybliżania, odsłaniania i generowania ukrytych wymiarów. Strach wtedy zbliżać się do akwenu, strach przeglądać się w jego toni. Łatwiej można podejść, gdy wszystko nagle cichnie, choć i wtedy strach nie opuści obserwatora. Wszak będzie on świadkiem objawienia się świętości, nadprzyrodzonej hierofanii natury. Z tej wody wydobywają się jakieś ciche pacierze i być może są to modły zjaw z zatopionego miasta, ale też może to być metaforyczne określenie szumu jeziora, plusku wody uderzającej o brzegi, szelestu sitowia i liści zwieszających się nad taflę. Usakralnienie tej przestrzeni podkreślają jeszcze czyste kobiety żałośnie modlące się na brzegu – świtezianki, albo Litwinki kąpiące się poranna porą. Ta tajemniczość jeziora rodzi w wyobraźni obserwatorów niesamowite skojarzenia. Chłopi i chłopki opowiadają sobie o ponadzmysłowych zdarzeniach, w których uczestniczyli na brzegu, albo w łodzi. Tak powstaje legenda o tym jak pan na Płużynach kazał sporządzić wielki niewód i wraz z chłopami wyłowił nim córkę świteziankę, która opowiedziała  Dzieje tej cudnej topieli A była to smutna historia o napaści Rusi na miasto, w którym pozostały tylko kobiety, dzieci i starcy i o prośbie kierowanej do Boga, by odebrał im życie. Bóg wysłuchał próśb i zamienił niewinnych mieszkańców w zioła, w kwiaty zwane cary, które uśmiercają najeźdźców. Świtezianka opowiedziawszy swoją historię wnika z powrotem w toń jeziora i tylko: Szum słychać w puszczy, poburzona fala./ Z łoskotem na brzegi leci./ Jezioro do dna pękło na kształt rowu. Świteź potrafi nagle rozstąpić się aż do dna, może nagle wybuchać, burzyć się, pienić – jest żywym tworem, nieomal potworem z paszczą, który wykorzystuje swoje magiczne możliwości by wpływać na losy śmiertelników. Woda w Świtezi jest sina, ale też i srebrzysta, jest również przezroczysta, krystalicznie czysta. Świtezianka w balladzie o takim samym tytule namawia młodzieńca: Do mnie tu, do mnie, tu będziem razem/ Po wodnym pląsać krysztale./ A na noc w łożu srebrnej topieli/ Pod namiotami zwierciadeł,/ Na miękkiej wodnych lilijek bieli,/ Śród boskich usnąć widziadeł. Głębie Świtezi okrywają „namioty zwierciadeł”. Woda, nie po raz pierwszy została skojarzona przez Mickiewicza ze szkłem, ze zwierciadlanym odbiciem. Jakiż to piękny, nadrealny obraz. Poeta wierny idei architektonizacji przestrzeni na jej wszystkich poziomach stwarza wrażenie zabudowy głębi szklanymi taflami zwierciadeł. Można by je zdejmować warstwa po warstwie, aż odkryłoby się łoże w topieli, na którym świtezianka chciałaby usnąć wraz ze swoim kochankiem.

KOSTARYKA – PIĘĆ KOLONÓW

Banknot o wartości pięciu colònów, wyemitowany przez Centralny Bank Kostaryki w 1972 roku należy do najbarwniejszych i najciekawszych w moich zbiorach. Colòn to po hiszpańsku Kolumb, tutaj jednostka monetarna, dzieląca się na sto mniejszych cząstek – centymów. Kostaryka to niewielkie państwo leżące w Ameryce Środkowej, nad Morzem Karaibskim i nad Oceanem Spokojnym, ze stolicą w San Jose. Jest to kraj górzysto-wyżynny, który graniczy od południa z Panamą i od północy z Nikaraguą. Przez środek państwa biegną trzy główne pasma górskie: Cordillera de Guanacaste, Cordillera Central oraz Cordillera de Talamanca z najwyższym szczytem Kostaryki Chirripó Grande (3820 m n.p.m.). Na wybrzeżu karaibskim występują liczne laguny, natomiast brzegi Pacyfiku charakteryzują się rozwiniętą linią brzegową, z ogromną ilością zatok i półwyspów. Klimat podrównikowy łączy się tutaj z okresami suszy i opadów monsunowych. Gdy w 1502 do wschodnich wybrzeży dotarł Krzysztof Kolumb, spodziewał się odkryć tam legendarną krainę złota, więc miejsce to nazwał Costa Rica, czyli bogate wybrzeże. Miejscowi Indianie stawiali zacięty opór kolonizatorom hiszpańskim i zostali prawie doszczętnie wymordowani przez oddziały Juana Vasqueza de Coronado (1561–1565). Współczesna Kostaryka proklamowała niepodległość w 1821 roku i wraz z sąsiednimi republikami weszła w skład Stanów Zjednoczonych Ameryki Środkowej, a od 1839 jest niezależną strukturą państwową. Banknot wartości pięciu colònów na stronie emisyjnej, po stronie lewej, prezentuje portret  Rafaela Yglesiasa Castro, prezydenta kraju w latach 1894–1902. Miał on ogromne zasługi dla kształtującej się nowoczesnej państwowości Kostaryki i praktycznie wprowadził swój kraj w dwudziesty wiek. Podczas pobytu w Europie zapoznał się z przejawami żywiołowego postępu technologicznego i potem wprowadzał go u siebie, budując kolej łączącą dwa oceany, tworząc nowe miasta, linie elektryczne i elektrownie, a także zapewniając ludności powszechną edukację i dostęp do książek. Stworzył też Teatr Narodowy, Szkołę Sztuk Pięknych, Instytut Medyczny, zakładał też pierwsze rezerwaty przyrody. Ciekawostką jest to, że miał w sumie trzynaścioro dzieci, które spłodził z dwiema żonami. Zmarł w 1924 roku i został pochowany na głównym cmentarzu w San Jose. Po prawej stronie banknotu mamy przedstawieni purpurowej orchidei (Laelia purpurata), charakterystycznej, pięknej rośliny z rodziny storczykowatych, występującej w dżungli kostarykańskiej. Na świecie rośnie wiele odmian tych kwiatów, które są chętnie hodowane przez kolekcjonerów i fascynatów, często też pojawiają się w bukietach ślubnych, szczególnie u par latynoskich. Na stronie tej znajdziemy też mnóstwo, utrudniających podrobienie banknotu, ornamentów linearnych oraz wzorów nawiązujących do tradycyjnej sztuki indiańskiej. Banknot ma marmurkowy znak wodny, a także mrowie rozsianych drobnych kreseczek. Na drugiej stronie przedstawiono niezwykle barwną alegorię życia w Kostaryce u końca dziewiętnastego wieku, przygotowaną i umieszczoną jako fresk na suficie Teatru Narodowego w San Jose. Autorem jest mediolański malarz Aleardo Villa (1865–1906), a przedstawia ona ludzi w tradycyjnych strojach zajmujących się uprawą, zbiorami i załadunkiem na statki bogactwa narodowego kraju – kawy i bananów. Całość tej strony uzupełniają ornamenty roślinne, owoce kawy przed pozbyciem się otoczki oraz liście tabaki. Banknot jest tak kolorowy i urodziwy, że jest częstym upominkiem dla turystów odwiedzających Kostarykę, dawanym im w różnych okolicznościach.

« Older entries

%d blogerów lubi to: