HERBERT O KAPOWANIU

Herbert - Lwowskie Spotkania-2005Coraz więcej faktów, związanych z donosicielską działalnością literatów, wychodzi na jaw. Najpierw była książka Joanny Siedleckiej pt. Kryptonim „Liryka”, potem nieco artykułów i wpisów na blogach, a wreszcie długie teksty Bohdana Urbankowskiego w „Gazecie Polskiej”. W ostatnim numerze tego periodyku pojawił się szkic Wiesława Zielińskiego o Aleksandrze Nawrockim, z którym przez lata miewałem wiele kontaktów, publikowałem w jego „Poezji Dzisiaj”, uczestniczyłem w organizowanych przez niego imprezach. Czytając listy Herberta do Miłosza, znalazłem taki oto fragment: Nie spodziewałem się także, że dosięgnie mnie ręka panów w czarnych garniturkach. Zatelefonowali do mnie w drugi dzień po przyjeździe. (była Wielkanoc i liczyłem na to, że „oni” także jedzą kiełbasę i piją). Potem były regularne „rozmowy” codzienne i wielogodzinne nie w urzędzie broń Boże, ale w hotelu „Metropol” na wysokim piętrze z oknem otwartym na podwórze. Mógłbym wyjść tym oknem i więcej nie wrócić a przyjaciele powiedzieliby, że się upiłem, że zawsze miałem tendencje do nihilizmu no i buch. Jakoś to wytrzymałem, a kiedy zorientowałem się że zaczyna się Kafka zwiałem i nie stawiłem się na przesłuchanie. Wiem oczywiście że władza nie lubi gdy się ją wyprowadza w pole i że nie dadzą mi już spokoju. Zetknąłem się przeto z ludźmi Moczara – jest to formacja chłopsko-nacjonalistyczna a zatem przerażająca. Interesowali się wieloma rzeczami między innymi prądami trockistowskimi na Zachodzie, ale głównie emigracją, którą najchętniej zwabiliby do kotła. Wypytywali także o Ciebie, czy byś nie wrócił, a ja im streszczałem „Dolinę Issy” i analizowałem twoją poezję udając że ich interesujesz jako najlepszy żyjący poeta polski. Grałem głupca ale bez przyjemności. Stwierdziłem z przerażeniem że się odzwyczaiłem, że nie bardzo potrafię spacerować z gównem na głowie, i że jestem tchórzem bo boję się o resztę życia. Odchorowałem to (bezsenność, depresja), ale teraz jest już dobrze i pracuję. (Z. Herbert, List do Czesława Miłosza z 18 czerwca 1969 roku, w: Zbigniew Herbert Czesław Miłosz Korespondencja, Warszawa 2006, s. 1o4-105.) Warto tę część listu Herberta cytować tym, którzy twierdzą, że wszyscy w komunie donosili na wszystkich. Jak widać, byli jednak tacy, którzy się przeciwstawiali – można o tym poczytać w relacji Siedleckiej, ale też sporo mamy świadectw w listach, artykułach i książkach, wydawanych w drugim obiegu. Przy okazji przypomniała mi się moja sytuacja z 1986 roku, kiedy to patrol ZOMO zajął się mną na polecenie smutnych panów w czarnych garniturach. Gdy odzyskałem przytomność i namawiano mnie bym – jak to nazwali – przyszedł do nich na „papugę”, odmówiłem i zastosowałem technikę dezinformacji, podobną do tej, opisanej przez Herberta. Nie podpisałem też kłamliwych zeznań, co wprawiło moich dręczycieli w prawdziwe zdumienie, a potem we wściekłość. Mylą się zdekonspirowani literaci – nie wszyscy donosili, nie wszyscy godzili się na bycie „papugą”.

Reklamy

GOŁOTA I ADAMEK

Pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia (jak to pompatycznie brzmi, ale niestety taka jest prawda – wiek dwudziesty zamknął się bezpowrotnie!) chodziłem do klubu Zawisza Bydgoszcz, na treningi bokserskie. Jaką wtedy miałem krzepę i jak intensywnie ćwiczyłem dobrą formę ze skakanką, obijałem worki treningowe i nadmuchiwane, skórzane gruszki. Staczałem też liczne pojedynki z różnymi osiłkami, lała się czasem krew i często wracałem do domu z opuchlizną wokół oczu, nosa i ust. Z tamtego czasu pochodzą różne fanaberie na temat moich „bandyckich” występów, ale wcale się nie dziwie różnym, a licznym, pierdołowatym plotkarzom. Ktokolwiek zobaczył mnie wtedy, tak zbudowanego i tak poobijanego, musiał mnie zaklasyfikować do półświatka. A to przecież była normalna rzecz w środowisku pięściarskim i jakby znak firmowy dobrych treningów. Owszem sporo poznałem kolegów, którzy po zajęciach w klubie, szli na ulice i wszczynali bójki, bo jak twierdzili, najlepszą szkołą boksu jest takie przygodne mordobicie. Wielu z nich, po krótkiej karierze, po spektakularnych sukcesach, stoczyło się życiowo i czasem spotykam ich w więzieniach, podczas warsztatów artystycznych lub literackich – innych widuję na mieście, często pijanych lub brudnych, proszących o parę groszy. Pamiętają mnie i wciąż nie mogą mi darować, że taki jestem „porządny”, ale niestety nie mogę im o sobie za wiele opowiadać i lepiej, żeby myśleli, iż tak się dobrze prowadzę. Zresztą, czym jest to ich „porządne życie”, przecież każdy z nas ma jakieś swoje mroczne korytarze, każdy coś ukrywa, a nade wszystko coś robi w tajemnicy. Umiejętności zdobyte na ringu, procentowały potem na kąpieliskach, gdzie bywałem przez wiele lat ratownikiem. Czasem jakiś chuligan, jakiś grubas przekonany o swoich talentach do bijatyki lub po prostu zapijaczony jegomość, wymagali szybkiej akcji i często potem nie potrafili sobie przypomnieć co się stało. Przypomniały mi się moje treningi bokserskie i potem dalsze zajęcia, w sekcji karate, gdy wczoraj oglądałem walkę Andrzeja Gołoty z Tomaszem Adamkiem. Kto tylko trochę otarł się o boks, od razu wiedział, że chodzi tutaj jedynie o wielkie pieniądze. Nie wolno dopuszczać do pojedynków tak różnych wagowo pięściarzy, a przy tym mających tak odmienne podejście do boksu. Nigdy nie przepadałem za tym Adamkiem i większość jego walk, wymęczonych, przekombinowanych, nie robiła na mnie wrażenia. Natomiast wielokrotnie fascynował mnie Gołota, który obił paru ciężkich Murzynów i parę razy zapisał się w historii występów komediowych (np. gdy uciekał przed Tysonem lub dostawał lanie w pierwszych sekundach walk). Nie zapomnę jednak jego wspaniałych pojedynków i zawsze będę do nich wracał z euforią, a także z myślami o moich występach między linami i niespełnionym marzeniu o bokserskim mistrzostwie. Wczoraj wieczorem zasiadłem do oglądania gali boksu zawodowego i odchodziłem od telewizora z niesmakiem. W amerykańskich czy niemieckich imprezach tego typu, też chodzi o pieniądze, ale ważne jest widowisko, danie widzom atrakcyjnego spektaklu, w zamian za  zapłatę za drogie bilety. Tutaj Gołota o numer większy, z solidnie już rysującym się brzuchem, nieprzygotowany do walki, wyraźnie źle czujący się podczas tego happeningu, został znokautowany przez Adamka. Wyglądało to wszystko dziwacznie, młodszy bokser jakoś nie chciał uderzyć kolegi, a gdy wreszcie trochę się rozbujał, było już po walce. Żenada i kompromitacja, marny show, daleki od prawdziwej szermierki na pięści. O wiele ciekawsze, pełne pasji i poświęcenia były pojedynki pięściarzy, którzy wcześniej pojawiali się w ringu. Ani Adamkowi to zwycięstwo nie przyniesie splendoru, ani Gołota niczego nowego nie wniósł do swego wizerunku – Żenada i kompromitacja, marny show…  

DUDKI

Dudek2

jakże byłem spokojny jakże
szczęśliwy

gdy w parku nad rzeką
w mieście Xining

zobaczyłem kilka zielonych
dudków

ruszyłem do nich powoli
jak drapieżnik jak
malarz

– ale umykały

próbowałem je utrwalić
ale przefruwały

– z drzewa na drzewo
z gałęzi na konar

świeciło słońce i w dali
nad horyzontem

pojawiły się ośnieżone
szczyty

– jakże byłem spokojny jakże
szczęśliwy

gdy w parku na wyżynie
tybetańskiej

przyglądałem się
płochym

dudkom

Xining 2009

ODLATUJĄ SZPAKI

Sturnus_vulgaris_Jojo

Szpaki zbierają się do odlotu i krążą całymi stadami nad moim osiedlem. Przyglądam się im i myślę o czekającej je drodze do Afryki i Azji. Wrócą do nas w marcu na rozród, a potem będą z wielką pasją zjadać owoce i owady. Niektóre ptaki, po pochłonięciu sfermentowanych wiśni, jabłek lub śliw, zachowują się jakby były pijane – szpaki nie boją się tego, bo metabolizują alkohol z niezwykłą prędkością. Powodem tego jest bardzo wysoki poziom dehydrogenazy alkoholowej – enzymu rozkładającego płyny wyskokowe. Jest on czternaście razy wyższy u tych nakrapianych ptaków, niż u ludzi, więc jeśli pić, to tylko z nimi… Szpaki pożerają też włochate gąsienice, których wiele gatunków skrzydlatych zwierząt się boi i omija je. Ich menu uzupełniają też larwy, dżdżownice, ślimaki, jagody i nasiona. To był pierwotnie ptak typowo leśny, ale teraz najchętniej bytuje przy siedzibach ludzkich, gdzie znajduje sporo odpadków i owadów. Niesamowite wrażenie robią szpaki, gdy siadają na wysokich topolach i skryte w połyskujących liściach, wydają różne głosy. Najczęściej są to piski i gwizdy, ale istoty te posiadły też umiejętność naśladowania „mowy” innych mieszkańców przestworzy. Czasem przystaję przy takich drzewach i wypatruję niewielkich krzykaczy – niektóre udaje się wyodrębnić, ale większość jest dobrze zakamuflowana. Zdaje się wtedy, że wyraziste w jesiennym słońcu drzewo, wydaje dziwne glosy, że poruszane wiatrem gałęzie jęczą i pogwizdują, a liście świstają jak groty przelatujących strzał. A to właśnie szpaki wydają takie odgłosy. Pamiętam je jeszcze z czasów wczesnej młodości, gdy zbierały się w ogrodach przy moim osiedlu i w licznych przydomowych sadach, w dzielnicy Jary. Szczególnie pięknie wyglądały na drzewach wiśniowych, gdzie ich barwne plamki połyskiwały pośród krwistoczerwonych owoców. Spotykałem je też na drzewach morwowych, gdzie wspinałem się i spędzałem długie godziny na pochłanianiu niewielkich, kwaskowych gron. W takich chwilach czas się zatrzymywał, patrzyłem na wilgę, kosa lub szpaka i czułem niezwykłą łączność z naturą. Jeszcze chwila, nadejdą przymrozki i nakrapiane ptaki odlecą za góry i morza.

Szpak

KUBICA DRUGI W BRAZYLII

800px-Robert_Kubica_2008_Canada

Wspaniały wyścig Roberta Kubicy. Tym razem młodzieńcy i nieco starsi panowie, ścigali się na torze Interlagos w Sao Paulo, w Brazylii. Wczorajsze kwalifikacje odbyły się w strugach deszczu, ale dzisiejsze zawody rozegrano przy pięknej, słonecznej pogodzie. Polski kierowca przez cały czas jechał równym, szybkim tempem i zameldował się na mecie na drugim miejscu. Wyścig obfitował w liczne kolizje i karambole, awarie i uszkodzenia bolidów. Strach się przyznać, ale najbardziej lubię w Formule I te momenty, gdy dochodzi do kraks, gdy ktoś wypada z toru, albo kończy jazdę przed czasem. Delektuję się strategią zespołów, cieszy mnie solidna jazda naszego rodaka, ale czuję adrenalinę, gdy zawodnicy się wyprzedzają, albo w chwilach dramatycznych, gdy sypią się na tor lub na jego obrzeża fragmenty pojazdów. Drżę wtedy o kierowców i stale w pamięci mam dramatyczny wypadek Kubicy w Montrealu, ale jakoś dziwnie fascynuję się zderzeniami i walnięciami w sterty starych opon. Co się może wydarzyć na torze, pokazał wyścig w Budapeszcie, gdy sprężyna z bolidu Barrichello uderzyła w kask Massy. Gdyby nie ta porządna ochrona, nie byłoby go już wśród żywych. Z radością patrzyłem dzisiaj, jak ten sympatyczny kierowca, pokazywał się w padoku swojego zespołu i potem, machał czarno-białą flagą przed oczyma zwycięzców. Dzisiaj poznaliśmy też mistrza świata, którym został w tym roku Janson Button. Może następny rok będzie lepszy dla Kubicy, który zmienił zespół i widać, że jest wyraźnie odprężony. Ma wielki talent i może w przyszłym sezonie powalczyć o tytuł mistrzowski – jeśli wszystko dobrze pójdzie, ten zaszczyt, wcześniej czy później go spotka.

ROK JULIUSZA SŁOWACKIEGO (IV)

z7000510X

Rok Juliusza Słowackiego powoli zbliża się do końca i po kilku wielkich wydarzeniach, w których uczestniczyłem, czas przyszedł i na mniejsze incydenty. W klubie Polskiej Książki w Bydgoszczy, prowadząca tam spotkania Jolanta Kowalska, zorganizowała wieczór poświęcony temu polskiemu romantykowi. Przyszło sporo osób ze środowiska literackiego, pojawili się fascynaci poezji, autorzy wielu zbiorów poetyckich, członkowie związków pisarskich i artystycznych. Jedna z pań pięknie recytowała wiersze, a potem zaczęła się dyskusja, w której także wziąłem udział. Podkreślałem wagę doświadczenia Słowackiego dla polskiej poezji romantycznej i dla poszerzania wyobraźni i świadomości narodowej. Jak zwykle bywa przy takich okazjach, pojawiło się wiele anegdot, kolejni mówcy przedstawiali fakty znane i mniej komentowane, a najwięcej zaciekawienia wzbudziło przywołanie czasów wileńskich poety, śmierć ojczyma i miłość do Ludwiki Śniadeckiej, a potem liczne podróże i w końcu cicha śmierć w Paryżu. Płonęły świece, czuć było aromat kawy i herbaty, a kolejni mówcy wnosili coś nowego do zrozumienia fenomenu poety z Krzemieńca. Gospodyni wieczoru przez cały czas czuwała nad całością i udzielała głosu recytatorce i komentatorom. Wszystko razem złożyło się na bardzo ciekawe spotkanie, z licznymi emocjonalnymi momentami, z chwilami prawdziwych uniesień i donośnego brzmienia poetyckiego słowa. Ileż było w tym roku w Polsce takich zebrań i wieczorów, recytacji i przypomnień twórcy, niewielkiego ciałem, ale ogromnego Duchem. Co chwila myślałem o pośmiertnym triumfie, zapowiedzianym przez Juliusza w wierszu pt. Testament mój, a także o niewielkich możliwościach ekspansywnych języka polskiego. Wszakże będąc w USA, stwierdziłem, że przekłady poezji polskiej na angielski, są mizerne i naprawdę trudno znaleźć dobrze przełożony wiersz. Kiedyś Barańczak przetłumaczył z tego języka z powrotem na polski, funkcjonujący tam w jakiejś antologii, arcyliryk Mickiewicza Polały się łzy i było to straszne – niektórzy mieliby kłopot, żeby wskazać o jaki utwór wieszcza chodzi.

large

Kolejne spotkanie miało miejsce w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej im. Franciszka Becińskiego w Radziejowie. Prowadząca tę placówkę Halina Paczkowska, ma wiele pomysłów jak ożywiać życie kulturalne w tym miasteczku, sprowadza poetów, pieśniarzy, ma też spore zasługi w zakresie promocji lokalnego środowiska twórczego. Warto też wspomnieć o odbywającym się co roku konkursie literackim, którego patronem jest poeta tych ziem i lasów, pól i jezior, będący też duchowym opiekunem biblioteki. Zaproszono mnie, bym wygłosił wykład o Słowackim dla młodzieży licealnej, którą przyprowadziła pani Wioletta Nenczak, zdolna polonistka, która pod moim kierunkiem napisała pracę magisterską z literatury romantyzmu. Jak zwykle w takich przypadkach, staram się, młodzież przybyłą na spotkanie, najpierw zainteresować, poopowiadać o twórcy, przedstawić tajemnicze i mało znane zdarzenia z jego życia. Mówiłem zatem o dziwnej prośbie Juliusza, skierowanej do Boga w katedrze wileńskiej, która spełniła się w jego biografii. Pokazałem też trochę zdjęć, rysunków, portretów osób mu bliskich, a także sporo fotografii z Ukrainy, gdzie znalazłem się dokładnie w dwusetną rocznicę urodzin Słowackiego. Po ciekawostkach i pokazie multimedialnym, czas przyszedł na szersze perspektywy, spośród których wyodrębniłem wykład na temat astronomii twórcy Kordiana, znakomicie znającego konstelacje i nawiązującego do nich w licznych dziełach. W mojej książce Słowacki. Kosmogonia pokusiłem się o próbę ukazania nieba poety, na którym znalazły się tak ekscytujące gwiazdy jak Arkturus, Syriusz i Gwiazda Betlejemska, a także oryginalne gwiazdozbiory: Kasjopeja, Rak, Orion i Pegaz. Coraz więcej mam sygnałów z Polski, że książka ta została dobrze przyjęta i przemyślana. Spotkanie przebiegło w miłej, spokojnej atmosferze, mogłem zatem snuć coraz dalej idące refleksje, nawiązywać do wielu dzieł poety, w tym o tak egzotycznych dla młodzieży jak Zawisza Czarny, Mazepa czy Agyzelausz. Otrzymałem potem podziękowanie z biblioteki i informację, że moje wystąpienie spodobało się licealistom. Takie momenty utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto popularyzować wiedzę o tym wzruszającym twórcy, warto ukazywać jego dorobek z różnych stron, wielowariantowo i zarazem w kontekstach biograficznych.

2009_banknot_200_rocznica_urodzin_juliusza_slowackiego_20zl_przod

Podczas tego spotkania pokazałem też młodzieży banknot kolekcjonerski, wyemitowany przez Narodowy Bank Polski, w związku z dwusetną rocznicą urodzin drugiego wieszcza. Od dawna interesuję się banknotami z całego świata i opublikowałem sporo tekstów na ten temat. Tutaj mamy do czynienia z interesującym walorem płatniczym, na którym na pierwszej stronie umieszczono – chyba jeden z najlepszych – portretów poety, wzorowany na słynnym stalorycie bajronicznym Jamesa Hopwooda (wg szkicu Józefa Kurowskiego). Mamy też daty jego urodzin i śmierci, kałamarz z gęsim piórem i w tle dworek, w którym urodził się i mieszkał Juliusz Słowacki. Całość utrzymana została w odcieniach pastelowego żółcienia, sienny i brązu. Na stronie drugiej widnieje Kolumna Zygmunta z Placu Zamkowego, a przy niej symboliczne żurawie. To oczywiście nawiązanie do słynnego Uspokojenia (ujęcie wcześniejsze), którego fragment zreprodukowano także na banknocie. Czytamy tutaj z  oryginalnego rękopisu, z przekreśleniami poety: Co nam zdrady! — Jest u nas kolumna w Warszawie,/ Na której usiadają podróżne żurawie,/  Spotkawszy jej liściane czoło śród obłoka;/  Taka zda się odludna i taka wysoka!/  Za tą kolumną, we mgły tęczowe ubrana,/ Stoi trójca świecących wież Świętego Jana;/ Dalej ciemna ulica, a z niej jakieś szare/ Wygląda w perspektywie sinej Miasto Stare. Jest też zarys katedry i kałamarz z piórem, widziany z drugiej strony. Czyż grający kiedyś na francuskiej giełdzie Juliusz, mógł się spodziewać, że po latach jego wizerunek i autograf wiersza, staną się elementami polskiego banknotu? Co prawda jest to emisja okazowa, ale przecież można tym pieniądzem także płacić, bo ma nominał dwadzieścia złotych. Mnie najbardziej podoba się to przedstawienie samego poety, który tutaj prezentuje się dumnie, a zarazem ma w sobie jakąś subtelną tajemnicę.

2009_banknot_200_rocznica_urodzin_juliusza_slowackiego_20zl_tyl

I jeszcze jedna impreza, która nawiązywała do życia i twórczości autora Króla Ducha – XXXVIII Warszawska Jesień Poezji. Antologia uczestników, która ukazała się w tych październikowych dniach, ma na okładce Kolumnę Zygmunta i ten sam fragment rękopisu Słowackiego, który został umieszczony na banknocie. Podczas inauguracji Wojciech Siemion i Anna Chodakowska znakomicie mówili wiersze poety, a szczególnie podobały mi się wystąpienia aktora z Petrykoz, który wzniósł się na wyżyny swojego talentu. Stosunkowo niedawno pisałem krytycznie o jego wystąpieniach podczas Nocy Poetów w Chojnicach, ale teraz słuchałem go jak zaczarowany. Co za siła głosu, jaka forma wiekowego człowieka, jakie możliwości artystycznego wyrazu i ile ekspresji. Także recytacje Anny Chodakowskiej były na poziomie i chociaż zanikła szlachetna maniera starych aktorów, że nawet na chałturę idzie się z nauczonym na pamięć tekstem, to owo dramatyczne czytanie aktorki też było markowe. Pogratulować też trzeba autorom wspomnianej antologii, bo prezentuje się ona dobrze, zawiera wiele ważkich wierszy, choć i tych gorszych dałoby się wskazać trochę (może napiszę niebawem o jednym takim „utworku”). W sumie Słowacki pojawiał się w różnych konfiguracjach, a ja miałem też kolejną okazję mówić o nim młodzieży, w jednej ze szkół średnich stolicy. Także i to spotkanie zaliczam do udanych i wdzięczny jestem organizatorom, że pozwolili mi raz jeszcze spotkać się z uczniami, przedstawić im moją wizję twórczości Juliusza, a nade wszystko, zainteresować ich tą niezwykłą, czystą jak kryształ postacią, dzisiaj już daleką, bo przecież z obrębu literatury dziewiętnastego wieku. Dziewczęta i chłopcy dziwili się, że Słowacki umarł w wieku czterdziestu lat, a tyle grubych tomów dzieł po sobie pozostawił. Jego życie i droga przez świat miały w sobie wiele z etosu czystego człowieczeństwa i kto wie, czy gdyby żył dłużej, nie poszedłby drogą swojego przyjaciela św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Obecny przy śmierci poety i potem ją relacjonujący, charyzmatyczny arcybiskup warszawski i wieloletni zesłaniec, zachował dla potomnych obraz człowieka wielkiego, który nawet w obliczu śmierci był skromny, uduchowiony i odszedł z życia cichutko, bez skargi, prawie bezszelestnie…

DZIAŁO SIĘ…

phy-che

W ostatnich dniach wiele się działo – byłem na Warszawskiej Jesieni Poezji i spotkałem się z zaprzyjaźnionymi autorami. Była okazja porozmawiać, posiedzieć przy stoliku przed Domem Literatury, a nade wszystko posłuchać dobrej poezji. Tematem dnia był artykuł Bogdana Urbankowskiego w „Gazecie Polskiej” o L. Ż. i jego działaniach dla dobra Polski. Polecam wszystkim ten tekst, bo pokazuje on jaki był zakres „tajnych” czynności w dawnym środowisku literackim i do jakich metod uciekali się ci ludzie. Coraz mniej mnie jednak bawi takie babranie się w tych sprawach, będę je śledził, będę opisywał w moim dzienniku (przecież na blogu publikuję tylko ze trzydzieści procent tego, co piszę), ale na forum publicznym nie będę zabierał głosu. Robią to dobrze ludzie skupieni wokół wskazanego wyżej periodyku i mam nadzieję, że takich publikacji będzie więcej. Mój świat lokuje się w innych przestrzeniach i nie po to dotarłem do tego miejsca, by tracić czas na sumowanie zachowań ludzi donoszących na kolegów i koleżanki. Sam byłem w latach osiemdziesiątych ofiarą takich podchodów, a moja teczka z IPN-u uświadomiła mi ile kłębiło się wokół mnie mętnych postaci. Na pewno kiedyś to opiszę, ale głównym zadaniem pisarza jest tworzenie nowych książek i w tym momencie mojej drogi, interesują mnie przede wszystkim dwie sfery – beletrystyka i poezja. Może przyjdzie jeszcze czas ujęć reporterskich, badań historycznych, na razie mam do napisania i dokończenia kilka prac, które wymagają spokoju i głębokiego namysłu. Rozmawialiśmy o publikacji w „Gazecie Polskiej” w różnych gronach i nie podobały mi się obie postawy komentatorów – z jednej strony triumfalizm ludzi, o których nic nie wiem i nie potrafię zrelatywizować ich dawnych zachowań; a ze strony drugiej, próby minimalizowania i marginalizacji płatnego donosicielstwa. Rozumiem jednak redaktorów prawicowej gazety, których misją jest odsłanianie kulis dawnej rzeczywistości, ukazywanie zakłamania i bezwzględności ludzi bezpieki.

Podczas mojego pobytu w Warszawie, Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury otrzymała Herta Müller, autorka pisząca po niemiecku, a wywodząca się z Rumunii. Niewiele wiem o tej damie i chętnie przeczytam jakąś jej książkę, na razie korzystam z wiadomości prasowych i Internetu: urodziła się w wiosce zamieszkałej głównie przez Niemców w wielokulturowym Banacie w Rumunii. Podczas wojny jej ojciec był żołnierzem Waffen-SS, a po jej zakończeniu jej matka została wywieziona wraz z innymi Niemcami banackimi na roboty, do ZSRR. W dzieciństwie posługiwała się wyłącznie językiem niemieckim, a rumuński poznała dopiero w szkole. W Timişoarze studiowała germanistykę i literaturę rumuńską. W czasie studiów należała do literackiej Aktionsgruppe Banat, gdzie poznała przyszłego męża. W 1976 podjęła pracę jako tłumaczka tekstów technicznych w fabryce maszyn, jednak w 1979 po odmowie współpracy z Securitate straciła etat. Zarobkowała, pracując w przedszkolu i udzielając prywatnych lekcji języka niemieckiego. W 1982 udało się jej wydać (po wcześniejszym okrojeniu przez cenzurę) debiutancką powieść pt. Niziny. W 1987 wraz ze swoim ówczesnym mężem Richardem Wagnerem, po dwóch latach starań, emigrowała do RFN i Berlina Zachodniego. Pracowała jako „writer-in-residence” i „visiting professor” na kilku uniwersytetach w Niemczech i za granicą, m.in. na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie. Po nagrodach dla pisarzy z kręgu fascynacji kulturowych, jest to kolejne wyróżnienie autorki, rozliczającej czasy komunistycznej indoktrynacji. Zawsze fascynował mnie ów moment, kiedy pisarz dowiaduje się o tak znaczącym wyróżnieniu – tym razem patrzyłem z uśmiechem na zdjęcia telewizyjne, prezentujące Hertę Müller  w towarzystwie fotoreporterów i dziennikarzy, spłoszoną jak łania, umykającą szybko do samochodu.

Wracając pociągiem do Bydgoszczy przyglądałem się światu i zmianom jakie zachodzą w przyrodzie. Liście wyraźnie pożółkły i poczerwieniały, pojawiło się też wiele tonów brązu i sienny, z licznymi jeszcze plamami zieleni. Na polach dosyć duże ożywienie, widzę też sporo saren, drapieżnych ptaków, jakieś stada czajek i szpaków, liczne już gawrony i kawki, a czasem coś ciekawszego – barwna sójka, przelatująca z zagajnika do wyższego lasu, sroki przysiadające na dachach domów i grzywacze pędzące nie wiadomo gdzie. Podróż mijała szybko, bo zagłębiłem się też w lekturze gazet codziennych, tygodników i miesięczników. Coraz trudniej mi zrozumieć współczesną Polskę – afera goni aferę, co chwilę pojawia się nowy oszust, brakuje autorytetów, pieniądz wyznacza cele i deformuje życie. W słuchawkach telefonu komórkowego brzmiały mi piękne dźwięki płyty Vangelisa do filmu o Kawafisie, a potem sporo muzyki celtyckiej, ale na stronach periodyków kłębił się groteskowy świat, pełen obłudy i kłamstwa – czytałem o zbrodniach i malwersacjach, Jak żyć w takim świecie, w którym coraz więcej tonów mrocznych, gdzie upada polski etos, a mocarstwa wyraźnie naigrywają się z takich narodów jak nasz, jak Czesi, Słowacy, Węgrzy. Pokojową Nagrodę Nobla przyznano prezydentowi Barakowi Obamie, co wywołało szereg komentarzy, bo przecież ten człowiek jest dopiero na początku drogi. Myślę jednak, że wyróżnienie to było bardzo trafione i miało swój cel. Chodzi o wzmocnienie polityka, który odważnie przeciwstawił się lobby zbrojeniowemu i zrezygnował z tarczy antyrakietowej, która prawdę powiedziawszy tak nam była potrzebna, jak kolejny konflikt z Rosjanami. Wiadomo, że za wielką polityką stoją ogromne pieniądze, a najwięcej pojawia się ich w kontekstach przemysłu wojennego i paliw. Światli ludzie w Komitecie Noblowskim zrozumieli jak wielką odwagą wykazał się czarnoskóry prezydent USA, który stanął na drodze wielu producentom śmiercionośnych machin. Wiemy z historii, że tacy śmiałkowie bywali natychmiast celem radykałów i terrorystów. Obama będzie teraz potrzebował jeszcze silniejszej ochrony, a wielka nagroda tyleż go wesprze, co jeszcze pomnoży rzesze tych, którzy będą próbowali zrobić mu coś złego.

CHMURY

Chmury-1

Nadeszły miesiące jesienne i zaczęła się niezwykła akcja chmur na niebie, pojawiły się nowe odcienie barw, zaznaczyły się wyraziste kontrasty. Od czasu, gdy zacząłem często fotografować, stałem się bardzo wrażliwy na to, co dzieje się nad moją głową. Częściej przyglądam się konfiguracjom i kształtom białych czap cumulusów, przystaje i kontempluję pierzaste cirrusy i cirrostratusy,  zerkam na warstwowe altostratusy. Najbardziej widowiskowe są chmury pojawiające się przy pięknej pogodzie – cumulus humilis – i kłębiasto-warstwowe stratocumulusy. Najwspanialszym malarzem nieba i chmur był Salwador Dali, ale też malarze flamandzcy zasłynęli w tym fachu, dla mnie ważne są też przedstawienia tych tworów przyrody z obrazów Ruszczyca i Stanisławskiego, a godzinami mógłbym kontemplować nieba Malczewskiego, najczęściej umieszczane na obrazach jako tło postaci symbolicznych i realnych. Myślę, że w przygotowywanej książce eseistycznej umieszczę tekst poświęcony chmurom w malarstwie i literaturze. Często poeci pozostawiali w swoich wierszach obrazy nieba i chmur, a najbardziej znany jest chyba rozmowa Hrabiego, Telimeny i Tadeusza z dzieła Mickiewicza, która kończy się ostrym wystąpieniem młodzieńca: Te Państwa niebo włoskie, jak o niem słyszałem,/ Błękitne, czyste, wszak to jak zamarzła woda!/ Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda?/ U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!/ Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!/ Bo każda chmura inna: na przykład jesienna/ Pełźnie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna/ I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi/ Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi;/ Chmura z gradem jak balon szybko z wiatrem leci,/ Krągła, ciemnobłękitna, w środku żółto świeci,/ Szum wielki słychać wkoło. Nawet te codzienne,/ Patrzcie Państwo, te białe chmurki, jak odmienne!/ Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi,/ A z tyłu wiatr jak sokoł do kupy je pędzi;/ Ściskają się, grubieją, rosną, nowe dziwy!/ Dostają krzywych karków, rozpuszczają grzywy,/ Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie/ Przelatują jak tabun rumaków po stepie:/ Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się – nagle/ Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle,/ Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie/ Cicho, z wolna, po niebios błękitnej równinie!” (III, w. 545-653) Dorzućmy do tego przerażenie i zachwyt Miłosza: Obłoki, straszne moje obłoki,/ jak bije serce, jaki żal i smutek ziemi,/ chmury, obłoki białe i milczące,/ patrzę na was o świcie oczami łez pełnemi/ i wiem, że we mnie pycha, pożądanie/ i okrucieństwo i ziarno pogardy/ dla snu martwego splatają posłanie,/ a kłamstwa mego najpiękniejsze farby/ zakryły prawdę. Wtedy spuszczam oczy/ i czuję wicher, co przeze mnie wieje/ palący, suchy. O, jakże wy straszne/ jesteście, stróże świata, obłoki! Niech zasnę,/ niech litościwa ogarnie mnie noc. To tylko dwa wskazania z ogromnego zdziwienia ludzkości nad chmurami przepływającymi nieustannie nad naszymi głowami. Dzisiaj jest dzień mglisty i niebo zasnute jednorodną, szaroniebieską  barwą, ale słońce zaczyna się przecierać przez opary i może po południu trochę poobserwuję obłoki.

%d blogerów lubi to: