* * *

Wczoraj wieczorem wreszcie spadł deszcz i gwałtowne burze pojawiły się nad moim miastem. Kilka godzin trwał spektakl błyskawic i zjawiskowych uderzeń piorunów, to silniejszych, to słabszych, a kilka razy dosłownie przerażających. Otworzyłem duże okno i stanąłem w nim, chłonąc to, co miało miejsce za nim, czekając na kolejne rozświetlenia. Dzisiaj od rana też jest dość chłodno i wreszcie mogę zabrać się do pracy. Jest o co walczyć i czym się zajmować, tym bardziej, że czuję wewnętrzny pęd, nieustającą potrzebę dobywania z nieistnienia nowych tekstów, prac plastycznych i redakcyjnych, nowych zapisków, wierszy i dłuższych tekstów. Dobrze, że moje życie poszło w tym kierunku, bo przecież miałem kilka innych pomysłów, spośród których najsilniejsze było pragnienie studiowania geografii. Dzięki literaturze i tak zobaczyłem wielki kawał świata i praktycznie okrążyłem go dookoła, a przecież – mam nadzieję – to jeszcze nie wszystko i wiele się może wydarzyć w tym względzie. Myślę, że podążam do wielkiego uporządkowania, które da mi wreszcie poczucie bezpieczeństwa i spełnienia. Wczoraj, patrząc na błyskawice, pomyślałem, że skończył się czas intuicji, a zaczął okres sukcesywnej pracy, ukierunkowanej i dającej wielką satysfakcję, a nade wszystko określającej to, kim jestem.

Reklamy

* * *

Przebudziłem się o trzeciej w nocy. Właściwie o tej porze roku powinienem powiedzieć, że  było to nad ranem… Robiło się już jasno. Księżyc wyraziście rysował się na wschodzie, a tuż przy nim połyskiwała iskra Wenus. Z każdą chwilą robiło się coraz przejrzyściej, różowiej i kawki zaczęły zlatywać na trawniki. Ponad pięćdziesiąt ptaków zaczęło obchód niewielkiego terytorium i codzienne poszukiwania owadów, które w nocy spadły na ziemię lub wychyliły się ze swych kryjówek. Ogromny odrzutowiec, oświetlony promieniami słońca, jak wielka włócznia archanielska, leciał na zachód. Chyba się jeszcze położę, bo kleją mi się oczy…  Tak. Pospałem do dziewiątej. Teraz mogę siadać do pracy przy komputerze…

* * *

Przyleciały jerzyki i jaskółki oknówki. Siedzę przy oknie, patrzę na granatowo-błękitne niebo i słyszę dobiegający pisk z  oddali. Ilekroć te ptaki pojawiają się w Polsce, przypominają mi się szczęśliwe dni na moim osiedlu, gdy całymi dniami grałem w piłkę, biegałem i jeździłem na rowerze. Te głosy i świst piór towarzyszyły mi podczas wypraw do lasu i na dwa cmentarze. Czasem jerzyki latały tak nisko, że miałem wrażenie, iż uczestniczą w naszych zabawach i rytuałach. Jutro zapowiada się piękna pogoda, trochę chłodnego wiatru i słońce prześwitujące przez chmury. To dobrze, bo ruszam w kolejną podróż zagraniczną. Jerzyki przyleciały, a ja… odlatuję… Opiszę wszystko po powrocie.

* * *

Seledynowo-złote mgły ciągnęły się od horyzontu nad morzem, po kres czarnych gór. Czasami połyskiwały pośród nich iskry złota, na chwilę pojawiały się długie, ciemne smugi lub lekki rozmaz czerwieni, firny zieleni, okruchy fioletu. Słychać było śpiew samotnego anioła, lekko bujającego się na pięciolinii zmierzchu. Ktoś długo płakał i ocierał łzy z oczu, ktoś smucił się jakby stracił coś, co bardzo kochał. W dali tętniły już głuche szwadrony nocy i rzymski denar księżyca wyłonił się zza najwyższego szczytu. Stałem na wielkim głazie i patrzyłem w dal, tam, gdzie światło załamywało się w pryzmacie chwili. Tęskniłem za nią i pragnąłem znowu opleść palcami jej dłoń, poczuć smak ust, usłyszeć bicie serca. Pierwszy nietoperz pojawił się nad drzewami i woda zaczęła się uspokajać. Anioł odleciał do niebieskiego gołębnika i wszędzie wokół opadło lekko, bezszelestnie amarantowe sukno mroku…

PSALM XXIX

                        Sancte Michael Archangele defende nos in proelio…

o święty Michale Archaniele dowódco kohort niebieskich
drży przed Tobą szatan i Mefistofeles Abaddon i Baal–zevuv
gdy podnosisz muskularną dłoń i uderzasz w łeb kobrę
przedwieczny Sabaoth prowadzi Twój kryształowy miecz
słyszysz złowieszczy szept w ciemności i zbierasz porzucone
słowa przenikasz cztery żywioły i uderzasz jak piorun
widzisz to co było co jest i co będzie – widzisz
w świetle w mroku i w podczerwieni sondujesz
duchem głębiny czasu i nicości twardy jak
papieski pastorał łagodny jak baranek
paschalny waleczny jak grot strzały
i ostrze włóczni

o święty Michale Archaniele dowódco
w walce bracie w modlitwie

Duchu czysty
jak łza

HAROLD PINTER 1930-2008

W wigilijny wieczór umarł w Wielkiej Brytanii Harold Pinter, legendarny dramaturg, poeta i prozaik, laureat literackiej Nagrody Nobla z 2005 roku. Miał siedemdziesiąt osiem lat i od dawna ciężko chorował na raka wątroby. Należał do najwybitniejszych brytyjskich dramaturgów i scenarzystów XX wieku, uznawany powszechnie za największego współczesnego brytyjskiego dramatopisarza. Urodził się 10 października 1930 roku w Londynie, w rodzinie żydowskiego krawca. Chciał być aktorem i do 1957 roku występował na scenie. Stworzył trzydzieści dwie sztuki, w tym tak znane jak Urodziny Stanleya (1957), Dozorca (1960) i Powrót do domu (1965). Akcja utworów Pintera często zaczyna się od zwyczajnego zdarzenia, po czym atmosfera gęstnieje, emocje narastają, a rzeczywistość przeradza się w senny koszmar. Błyskotliwe, wieloznaczne dialogi potęgują jeszcze nastrój grozy i oczekiwania. Swoje ostatnie dzieło sceniczne, adaptację cyklu powieściowego Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, opublikował w 2000 roku. W pięć lat później napisał jeszcze słuchowisko Voices, wyemitowane przez BBC z okazji siedemdziesiątych piątych urodzin pisarza. Pinter znany był ze swych lewicowych poglądów oraz krytyki USA i Wielkiej Brytanii. Głośno sprzeciwiał się interwencji w Iraku i w Afganistanie. Podobało mi się, gdy  podczas noblowskiej gali, w odtworzonym z nagrania przemówieniu, nazwał inwazję na Irak „aktem bandyckim, aktem państwowego terroryzmu, demonstrującym absolutną pogardę dla idei prawa międzynarodowego”.

KUBICA I BRAMKARZ W HEŁMOFONIE

 Dzisiaj od samego rana emocje sportowe, bo Robert Kubica wspaniale pojechał w wyścigu Formuły 1 w Japonii. Najpierw błysnął na starcie, a potem mądrze prowadził samochód i ostatecznie wylądował na drugim miejscu. Wygrał Alonso, który raz jeszcze skorzystał z dobrych rad szefów jego teamu i właściwie wyprzedził Polaka dzięki lepszemu pit stopowi. Szczególnie w ostatnie partii wyścigu Kubica błysnął formą i nie dał się wyprzedzić Raikkonenowi. Gdyby ten chłopak miał lepszy samochód już dzisiaj cieszyłby się z tytułu Mistrza Świata. Tymczasem jest na trzecim miejscu, co także jest ogromnym sukcesem, tym bardziej, że polski kierowca nie traci szans na wyższe miejsce, a nawet na szczyt podium. Jeśli do porannych emocji dodamy wczorajszą wygraną piłkarzy nad braćmi Czechami, ich świetną grę, jak w dawnym stylu, to uzyskamy sporą dawkę sportowych przeżyć. Dobrze, że Polacy strzelili dwa gole temu czeskiemu bramkarzowi w komicznej czapce, przypominającej czołgowy hełmofon lub kask kolarski. Z drugiej strony, to nawet oryginalne nakrycie głowy… Polacy rozgrywali szybko piłkę, dobrze wychodzili na pozycję i parli do przodu jak maszyny. Zmiany w polskim zespole opłaciły się i jeszcze radziłbym trenerowi pozbyć się Smolarka i Krzynówka. Pierwszy boi się nogę przyłożyć do piłki, a drugi „lata” bez sensu, jak znarowiony koń po łące… i stale psuje dobre sytuacje.

SEN (II)

Wielkie stada nietoperzy, gawronów i kruków umykały w popłochu, ku fioletowym i czerwonym firnom nieba. Wszechwładny, wielki Księżyc pojawił się nad horyzontem na wschodzie i przyoblekał wszystko martwą poświatą. Szedłem powoli równym krokiem, a moja atłasowa, czerwona szata falowała dostojnie przy każdym ruchu. Srebrne hafty na piersiach i plecach przedstawiały ryby z głębin oceanu. Miałem na głowie szpiczasty kaptur z otworami na oczy i kolcem jeżozwierza na szczycie, a na serdecznym palcu, rubinowy pierścień najwyższego kapłana. W obu dłoniach dzierżyłem, przyciśnięty do piersi, topór ze szczerego złota, którego drzewiec cieśle wykonali z polerowanego hebanu. Na bose stopy wsunąłem sandały ze skóry węża i słyszałem wyraźnie jak skrzypią przy każdym nacisku. Moje kroki były wyważone i poruszałem się do przodu jakbym słyszał równe takty specjalnie skomponowanej, żałobnej muzyki, rytmiczne uderzania w bębny i kotły, fanfary trąb i szarpnięcia skrzypiec. Nikt tego nie słyszał, ale we mnie snuła się też daleka pieśń, jakby wołanie z głębi wszechświata, jakby nieustający pomruk szamana. Spętany czarny derwisz szedł powoli, pewnie, jakby doskonale znał miejsce swego przeznaczenia. Jego scytyjska zbroja połyskiwała od blasku pochodni i chrzęściła metalicznie przy każdym ruchu. Za nami wolno, ale równomiernie podążali trzej aborygeni i afrykański czarownik, z kością słoniową w nosie, szły piękne, nagie kapłanki miłości, okryte różnobarwnymi tiulami,  dalej oddział białych i fioletowych aniołów sunął lekko nad ziemią, a za nimi podążały też liczne rzymskie centurie, stada owiec i antylop, rycerze krzyżowi i kolorowy tłum w turbanach i czamarach. Doszliśmy na wyznaczone miejsce, na środku pola walki, gdzie jeszcze leżały ciała pokonanych i czarne ptaki szarpały je bez litości. Jeden z oddziałów ustawił podest, okrył go czerwonym aksamitem i umieścił na nim ścięty pień dębu. Czarny wszedł po schodach i podążył ku niemu. Ani przez chwilę się nie zawahał i patrzył dostojnie w dal, jakby sondował daleką przestrzeń i pogodził się ze swoim losem. Dwaj mocarni żołnierze chwycili go i pchnęli ku pniowi, a ja podążyłem za nim. Wzniosłem topór i wypowiedziałem święte słowa zemsty: zrodziła cię nicość i odchodzisz do niej zhańbiony i bezbronny. Zabijałeś kobiety i dzieci, odbierałeś życie starcom i dokonywałeś rytualnych mordów na zwierzętach. Teraz na zawsze opuszczasz ten świat i wkraczasz do krainy nieistnienia. Myślałem, że zapłacze, że wykrzyknie jakieś słowo, może uroni łzę, zaciśnie zęby, ale on tylko splunął siarczyście na pień i przyłożył do niego głowę. Nie czekałem dłużej, świsnąłem ostrzem w powietrzu i błyskawicznie odciąłem łeb bestii. Potoczył się po podeście, a ciemna krew trysnęła do podstawionego kosza z trocinami. Jeden z osiłków podniósł głowę i pokazał ją tłumom. Nie było jednak wiwatów, bo nawet po śmierci nienawistny derwisz wywoływał lęk w sercach ludzi, aniołów i zwierząt. Tak zakończyła się wielka bitwa na obrzeżach czasu i nicości, tak odszedł bezlitosny mocarz czerni, pan przelanej krwi, tak zamknął się ostatni rozdział jego Księgi Śmierci. Jeszcze tylko grabarze zbierali zwłoki, jeszcze giermkowie dobijali śmiertelnie rannych, a potem złożyli wszystkie ciała na wielkim stosie z sosen, jodeł, jałowców, osmalili smołą i podpalili. Prochy rozwiał wiatr i na zawsze zniknęła ich przestrzeń, ich czas, rozpadły się ich wymiary i zmysły. Została tylko bolesna pamięć zbrodni i cierpienia, niezawinionego bólu i żalu. Został śmiertelny opar, który unosił się nad mgłą i w końcu poddał się wiatrom i burzom, rozpłynął się niewidocznie w przestrzeni. Z dalekich wzgórz, z ogromnego bazaltowego głazu, inne czarne ślepia patrzyły beznamiętnie jak płonie stos, jak ogień ogromnieje, a potem powoli przygasa. Tylko potężniejące żyłki krwi na białkach zdradzały emocje, jakie wzbudzał daleki ogień w umyśle tego, który został. Ostatnie czarne ptaki i nietoperze znikały powoli w mroku i noc, fioletowa jak krzepnąca krew, rozlała się bezszelestnie wszędzie.

KAWKI

Wieczorem wyszedłem do sklepu i przeszedłem się po osiedlu. Wspaniały jest na razie tegoroczny wrzesień, bo ciepły, jasny, rozświetlony słońcem. Podziwiałem zachód, który dzisiaj był doprawdy zjawiskowy, pełen wyrazistych barw, przechodzących walorowo, jedna w drugą. I do tego ogromne stado kawek (Coleus monedula), przemieszczające się z jednej strony nieba na drugą. Pisałem już o tym, że w ostatnich latach ten najmniejszy polski ptak krukowaty rozmnożył się nieproporcjonalnie i trochę zachwiał równowagę w przyrodzie. Ginie wiele mały ptaszków i piskląt, które kawka pożera razem z owadami i nasionami. Namnożenie się tych ptaków spowodowane zostało łatwą dostępnością pożywienia w wolno stojących śmietnikach. Ludzie wyrzucają ogromne ilości chleba i innych produktów żywnościowych, które te ptaki pochłaniają w mig. Ostatnio widzę, że przy poszczególnych blokach buduje się śmietniki zamknięte, co utrudni kawkom, wronom i gawronom dostęp do łatwych zdobyczy. Wrócą może wtedy na obrzeża miasta, gdzie ich populacja stopniowo się zmniejszy. Ptaki drapieżne zrobią swoje i selekcja naturalna też wyciśnie swoje piętno na liczebności stad. Na razie latają nad osiedlem i ich falowanie może kojarzyć się z wielką czarną flagą, jakby symbolem odwiecznego zewu, wołania drapieżników łaknących pokarmu. Szczególnie widowiskowe są kawki, gdy nagle przysiadają na sąsiednich blokach i dosłownie oblepiają dach i jego wystające elementy. Robią sporo hałasu, aż w końcu odlatują na nocowiska, umiejscowione na drzewach nad Wisłą. Coraz szybciej zapada wieczór i po ósmej jest już ciemno. Jesień nadchodzi wielkimi krokami. Dzisiaj był u mnie Krystian Medard Czerwiński i odebrał swoje nowe tomy. Przyjechał też Kazik Rink, który złożył papiery do Związku Literatów – mogliśmy trochę pogadać, omówić ostatnie wydarzenia i pobyć ze sobą.

KARATEKA

Trzydzieści parę lat temu, przez dobrych kilka tygodni, chłopaków z naszego osiedla zajmowała historia Marka, który chciał być karateką. Zapisał się do sekcji, która trenowała w małej salce gimnastycznej, w centrum miasta. Widywaliśmy go, jak z niewielką torbą na ramieniu, niemal codziennie, wyruszał na trening. To był odłam szkoły Shotokan – specjalizującej się w walce nogami. Po jakimś czasie, gdy podwórkowa pozycja naszego kolegi nieco się poprawiła, zobaczyliśmy, że zaczął on też biegać na ćwiczenia do lasu. Latem i jesienią nie wywoływało to szerszych komentarzy, ale w prawdziwe osłupienie zostaliśmy wprawieni pewnego styczniowego ranka. To była siarczysta zima, z temperaturami poniżej dziesięciu stopni Celsjusza i lodowatym, zacinającym wiatrem. Psy nie chciały wychodzić na podwórko, a gdy już udawało się je zaciągnąć, piszczały i szybko chciały wracać do domów. Tego dnia Marek w rytualny sposób założył na gołe ciało białą karatekę, z dopiero co zdobytym, żółtym pasem, oznaczającym ósme kyu i w sfatygowanych trampkach ruszył ze swojego mieszkania do lasu. Rychu opowiadał, że widział go przez okno, jak wybiegł z klatki i nie zważając na śnieżycę, ruszył pędem do lasu. Resztę zdarzeń poznaliśmy po kilku dniach z relacji matki karateki, która żaliła się mojej mamie i załamywała ręce nad synem.

Marek szybko przebiegł puste osiedlowe chodniki, przeskoczył tory kolejowe i z nagą piersią pomknął ku najszerszemu traktowi leśnemu, prowadzącemu aż do Białych Błot. Po drodze cały czas wykonywał charakterystyczne ruchy rękoma, kopał pnie sosen, odłamywał kopnięciami suche gałęzie, co jakiś czas wykonywał długi skok w powietrzu i ćwiczył bojowe okrzyki:

           – Uuuuaaaaaa… uuuuaaaaaa…

Leśniczy, przemykający do domu skrajem zagajnika, opowiadał, że Marek wyglądał naprawdę groźnie, a okrzyki niosły się po całym lesie. Zające i lisy, sójki i dzięcioły spieprzały w panice ku dalszym rewirom. W pewnym momencie karateka stanął, zaczął  wolno wyprowadzać ciosy, w wystudiowany sposób podnosił nogę ku górze i zastygał w bezruchu. Ćwiczył też mimikę twarzy pomiędzy kolejnymi wrzaskami, raz to marszczył ją jak zdeptane sandały, innym razem podnosił ku górze brwi i wydawał z siebie okrzyk chińskiego mandaryna:

        – IIiiiiiiii… juuuu….. iIiiiiiiii… łeeee…

W końcu, zdjął trampki i na bosaka ruszył dalej, w szaleńczym pędzie przeskakiwał doły, robił bokiem gwiazdę, a nawet co jakiś czas wykonywał salto do przodu. Był naprawdę sprawny i niezwykle zmotywowany, leśniczy kiwał z uznaniem  głową i zza drzewa obserwował dalsze wyczyny chłopaka. Ten dobiegł do dużej górki śniegu, załadował w nią z pięćdziesiąt szybkich ciosów dłońmi i łokciami, a na koniec skopał ją bez litości. W pewnym momencie na śniegu pojawiły się plamki krwi i to był dla niego sygnał do odwrotu. Ucałował te czerwone znaki, dotknął prawą ręką żółtego pasa, wyciągnął z kieszeni czarną opaskę z jakimiś japońskimi literkami, obwiązał nią głowę, wyrównał na czole i ruszył z powrotem do domu. Dopiero w okolicach torów kolejowych z niesmakiem założył trampki i podążył przez osiedle.

Pogoda nieco się poprawiła i przechodnie patrzyli na niego z zainteresowaniem a zarazem z przerażeniem. Jego odsłonięta pierś miała już barwę fioletową, a krew na białym stroju i na niektórych częściach ciała, była znakiem jakiejś wielkiej batalii. Marek szybko wbiegł do domu, zrzucił karatekę, wskoczył do wanny i zaczął polewać się gorącą wodą. Ale wtedy stało się coś nieoczekiwanego, pewne miejsca ciała paliły niemiłosiernie, poczuł jakiś straszny przypływ gorąca i nieomal zemdlał. Szybko też pojawiły się potworne dreszcze i poprosił matkę by natychmiast przygotowała mu łóżko. Trząsł się jak galareta, gdy wyszedł z łazienki i przemknął do łóżka. Nawet pod grubą kołdrą jego ciałem targały dziwne drgawki, pojawił się rzęsisty pot i ból w klatce piersiowej. Jego rodzice nie czekali dłużej i zawezwali pogotowie. W międzyczasie zmierzyli mu gorączkę i okazało się, że temperatura jego ciała skoczyła do czterdziestu jeden stopni. Lekarz stwierdził zapalenie płuc, natychmiast zaaplikował mu zastrzyki, podał wapno, witaminy i zapisał serię silnych antybiotyków doustnych. Z wielkim trudem, po dwóch tygodniach, Marek zaczął wracać do zdrowia, choć odmrożenia i rany jątrzyły się jeszcze przez wiele dni. Tak skończyła się jego przygoda z karate, przestał chodzić na treningi, czasem tylko gdzieś jeździł na rowerze, grał w piłkę albo pływał w jeziorach i rzekach. Jego bojowy strój matka w końcu podarła na szmaty, a opaska z japońskimi literkami walała się jeszcze jakiś czas w szufladach chłopaka, aż w końcu została wymieniona na jakieś znaczki lub widokówki. Ze ściany pokoju zniknął też portret wielkiego prawodawcy szkoły Funakoshi, a na jego miejscu Marek umieścił zdjęcie Johna Lennona z Yoko Ono.

« Older entries

%d blogerów lubi to: