WIECZNOŚĆ

    

    Na pożegnanie Aliny Jelińskiej

Żegnajcie zielone oczy żegnajcie
czułe muśnięcia ust –

nigdy nie zapomnę drżenia
twych ramion kolan i rzęs

byłaś krucha jak błękit
subtelna jak turkus

w długim czarnym swetrze
i obcisłych dżinsach –

żegnajcie puszyste włosy
żegnajcie złączone dłonie

odeszły jaskrawe chwile
w zamglonym lesie

skruszał bukiet zielonych
złotych i czerwonych liści

ale nigdy nie zgasną słowa
miłości i rozstania –

choć został już tylko proch
i czarny atłas mroku

lodowaty szept ostatniego
oddechu

eternity eternity
eternity…

20 września 2017

Reklamy

MIŁOŚĆ OJCOWSKA

Oddanie zwłok Hektora – płaskorzeźba z rzymskiego nagrobka

W naszej kulturze miłość rodzicielską najczęściej egzemplifikują matki, czule kochające synów i córki, codziennie stające na głowie by zapewnić im wszystko, co jest potrzebne do życia. To one pojawiają się na obrazach, gdy karmią niemowlęta piersią, albo opiekują się barwną gromadką malców, wpatrzonych w nie z uwielbieniem. Wbrew powszechnym przekonaniom, że matki czulsze są dla chłopców, stają się one też uważnymi opiekunkami, a potem przyjaciółkami swoich córek. Miłość ojcowska nie bywała tak spektakularna jak matczyna, znacznie rzadziej pojawiała się też jako temat w malarstwie i literaturze, choć zdarzały się dzieła, gdzie była ich osią. Przy takich rozważaniach natychmiast przychodzi na myśl tragedia króla Troi Priama, gotowego znieść wszelkie formy poniżenia, by tylko odzyskać ciało zabitego syna – Hektora. Prosi on, a nawet błaga Achillesa o zwrot zwłok syna: Hektor, zginął od ciebie, walcząc za ojczyznę./ Po niego tu przychodzę. Uczcij mą siwiznę!/ Masz okup wielkiej ceny, masz drogie ofiary:/ Szanuj bogi Achillu, nie gardź mymi dary!/ Przypomnij ojca, obu nas ciężar lat gniecie./ Może być ktoś ode mnie biedniejszy na świecie?/ Jam usta – tegom wreszcie nieszczęśliwy dożył/ Na ręce synów moich zbójcy położył”. (Księga XXIV w. 287-294, przeł. Józef Paszkowski). Priam ofiaruje mordercy syna wóz pełen złota i prosi by złagodził on karę pośmiertną, nałożoną na Hektora, a była ona doprawdy straszliwa. Achilles rzucił zwłoki psom i sępom (brak pochówku był haniebny dla starożytnych, bo wierzyli oni, że dusza stale tuła się pośród żywych), a potem codziennie przyczepiał, coraz to bardziej okaleczone ciało, do swego rydwanu i przejeżdżał przy murach obleganej Troi. Łzy ojca i suty podarunek zmiękczyły serce greckiego herosa i wydał on zwłoki, a potem uszanował nawet dwunastodniowy okres żałoby po uroczystej kremacji. To ojciec, a nie matka Hekabe, zaryzykował i udał się do obozu najeźdźców, a potem odzyskał szczątki ukochanego syna. Jak widać, już w epoce starożytnej miłość ojcowska pojawiała się w największych utworach literackich, a postawa Priama stała się inspiracją dla epok następnych, generując nowych bohaterów nie wahających się poświęcić życia dla swoich dzieci.

Gustav Pope, Córki Króla Leara (1875-1876)

Inaczej ukazał miłość ojcowską William Szekspir w dramacie pt. Król Lear (1623), osią intrygi czyniąc pomyłkę, jaką popełnił sędziwy ojciec. Pytając trzy córki – Gonerylę, Reganę i Kordelię – o siłę miłości do niego, dał się zwieść pierwszym dwóm, a usłyszawszy skromne zapewnienie Kordelii, wydziedziczył ją i wypędził z królestwa. Doprowadziło to do szeregu straszliwych komplikacji i intryg mających na celu ostateczne pozbawienie go władzy i zagarnięcie królestwa przez wiarołomne córki. Stary król popada w obłęd, a skutkiem jego nieroztropnych decyzji jest wojna domowa, podczas której życie traci prawdziwie kochająca go Kordelia, a wreszcie i on sam. Szekspir wykorzystał motyw z anonimowego dramatu angielskiego, popularnego w jego czasach i znacznie go rozbudowując, wsączył jednocześnie do niego wątki uniwersalne. W jego ujęciu dramat rozgrywa się pośród żywiołów natury, a człowiek zdaje się ledwie drobinką, niewiele znaczącą pośród ogromów kosmosu. Można być władcą, można mieć nieograniczoną władzę, a i tak prawa natury i biologii upomną się o ich respektowanie, a śmierć, niczym czarny woal, spowije to, co zdawało się jaskrawe i wyraziste. Oczywistym błędem Leara był ów test, któremu poddał córki – sam w sobie zwierający element nieufności i generujący ciąg oszustw. Prawdziwa miłość nie potrzebuje takich sprawdzianów, rozwija się przez lata i umacnia, a swoje zwieńczenie znajduje w sprawiedliwym podziale majątku ojca lub matki. Dzieci wychowywane w miłości i wzajemnie się szanujące nigdy nie pokłócą się o majątek, a ich ugoda będzie aktem ostatecznego przywiązania i manifestacją uczuć do darczyńców. Król zapragnął potwierdzenia miłości za życia i sprowokował szereg kłamstw i fałszywych zapewnień, co natychmiast wyczuła Kordelia i uczciwie nie zgodziła się na schlebianie ojcu w takiej sytuacji. Ten – niesprawiedliwie ją oceniający i uwiedziony zapewnieniami Regany i Goneryli, dał się wyprowadzić w pole. Po jakimś czasie zorientował się, ale było już za późno dla niego i prawdziwie go kochającej Kordelii, uznał własną porażkę, zapłakał nad jej martwym ciałem, a potem, zgnębiony tragedią, jaka się dokonała, osunął się w nicość.

800px-Father_Goriot_by_H._Daumier_(1842)

Honoré Victorin Daumier, Ojciec Goriot

Motyw totalnej miłości ojcowskiej pojawia się też w jednej z najsłynniejszych powieści Honoriusza Balzaka pt. Ojciec Goriot (1835). W pensjonacie prowadzonym przez Madame Vaquer przy ulicy Neuve-Sainte-Geneviève spotykają się trzy jakże różne postaci: znany z innych powieści Balzaka rzezimieszek i prawdopodobnie homoseksualista Vautrin (Ołży-Śmierć – Trompe-la-Mort), emerytowany producent makaronu Jan Joachim Goriot i student prawa Eugeniusz de Rastignac. Właśnie zaczęły się głębokie zmiany w społeczeństwie francuskim za restauracji Burbonów i jednostki zyskały większą integralność, ale została też zainicjowana powszechna walka o poprawienie własnej pozycji społecznej. Vautrin fascynuje się urodą i świeżością Rastignaca, a jednocześnie próbuje moderować jego rozwój, ale przy okazji gubi gdzieś daleko posuniętą ostrożność. Spowoduje to szereg zdarzeń nie dających się odwrócić i w  konsekwencji ponowne uwięzienie dawnego galernika. Na tle interakcji młodzieńca i wyrachowanego kryminalisty, Balzak umieszcza dramat ojca Goriota, doświadczonego straszliwie przez życie i zdeprawowane jego bogactwem córki. Rastignac zdobywa względy jednej z nich: Delfiny de Nucingen i nie godzi się z krwawym planem Vautrina, mającym na celu zdobycie fortuny innej pensjonariuszki pensjonatu – Wiktoryny Taillefer. Goriot wyprzedaje powoli swoje dobra by zaspakajać zachcianki córek i spłacać ich długi, a w zamian nie może nawet liczyć na publiczne przyznawanie się do niego obu kobiet. Szczególnie druga córka – Anastazja de Restaud – dostarcza mu wielu trosk, a dowiedziawszy się, że sprzedawała rodzinne diamenty męża, by spłacać długi kochanka, doznaje udaru mózgu. Zanim do tego dojdzie, być może najwspanialszy ojciec świata, zazna wielu zgryzot, ale wciąż będzie usprawiedliwiał córki. Stale będzie im pomagał, pogrążając się coraz bardziej. Nieco światła do jego życia wprowadzi de Rastignac i to od niego otrzyma najwięcej  darów serca, i to on odda mu ostatnią posługę, bez wahania zadłużając się na konto pogrzebu. Tak jak ślepa miłość zaprowadziła króla Leara na bezdroża ludzkości, tak samo żarliwa miłość do córek okryła kirem ostatnie lata życia ojca Goriota i zgnębiła ostatecznie Priama. W obu przypadkach doszło do nadużyć, których powodem były nierozważne decyzje dzieci, ale też bezwarunkowa miłość rodzicielska, odsuwająca na plan dalszy zdrowy rozsądek i kierująca się pokrętną logiką. Lear pragnął totalnej miłości trzech córek i zwiodły go fałszywe zapewnienia dwóch z nich – Goriot i Priam stale nosili w pamięci dni szczęścia rodzinnego, gdy syn i córki się rodziły, a potem dorastali w spokoju, stworzonego przez nich, zamożnego domu. Porażka wychowawcza ojców i matek widoczna bywa dopiero w obliczu straszliwej tragedii, bo ojciec i matka do końca stać będą po stronie dzieci, nie widząc ich deprawacji, nie przyjmując do wiadomości wynaturzeń osobowości.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (10)

1797493_552828628148150_379137163_n

Beata mieszkała na drugim piętrze tego samego bloku, co ja, ale w innej klatce, nieco dalej w kierunku pawilonu Poczty i dużego centrum sklepowego. Bardzo mi się podobała, szczególnie, gdy układała długie, jasne włosy w kok i uwalniała dwa grube kosmyki z boku twarzy, często powiewające na wietrze, albo układające się pięknie na wyraziście uformowanych, okrągłych policzkach. Długo przyglądaliśmy się sobie z daleka, mijaliśmy się bez słowa na chodniku, gdy wyprowadzała sporego, czarno-brązowego boksera. Nie lubiłem go, ale paradoksalnie dzięki niemu poznałem ją bliżej, gdy jednego popołudnia rzucił się na mnie znienacka. Gdybym zgrabnie nie uskoczył, ugryzłby mnie w szyję albo w ramię, może przewróciłby albo podrapał pazurami.

– Holden, co ty wyprawiasz…? – krzyknęła przeraźliwie Beata, szarpnęła warczącego psa i z promiennym uśmiechem zwróciła się udo mnie: Przepraszam cię, nie wiem co mu się stało, od samego rana dzisiaj rozrabia i nawet mój ojciec przylał mu trzcinką…

– Może dlatego jest taki zły Beatko… – powiedziałem pojednawczo i również uśmiechnąłem się do niej.

– Holden!!! Holden!!! Przestań błaźnie… Co ty dzisiaj wyprawiasz – powiedziała i wymierzyła psu kilka razów końcem smyczy.

Bardotka_konczy_lat_3575317

Dopiero teraz zauważyłem jaka jest piękna, jak cudownie ukształtowana, szczupła w pasie, z dużymi, bujającymi się pod bluzką piersiami i kształtnym tyłkiem. I te nogi, okryte czarnymi pończochami, kontrastujące z białą mini spódniczką. Jej bokser był istotą z innego świata i takie piękności jak ona powinny nosić na ręku małe białe pudelki lub puszyste shi tzu, wyprowadzać na spacer przyjazne pieski beagle albo miniaturowe labradory. A ten rozrośnięty buldog ociekał śliną, wydawał się brudny i stale manifestował swoją niezależność. Niejednokrotnie widziałem z okien mojego mieszkania jak ciągnął Beatę, nie zważając na to, że próbowała go szarpać, uderzała raz po raz smyczą albo jakimś wziętym z trawnika kijkiem.

– Holden uspokój się wreszcie…! To jest dobry pan… przestań już szaleć jakbyś zobaczył strasznego demona… – powiedziała, przerywając raz po raz zdania szarpnięciami skórzanej, grubej smyczy.

Miło połechtało mnie to, że tak mnie określiła i jednocześnie zauważyłem inne elementy jej zjawiskowej urody. Miała dziwnie błękitne oczy, które w połączeniu z jaskrawo białymi gałkami przydawały cech lalkowatości jej twarzy, a przecież potrafiła też podkreślać urok swoich ust, malując je wyrazistą, karminową szminką. Do tego dochodził staranny makijaż i dobrze dobrany make up, obwiedzenie oczu niebieskim cieniem, przyczernienie rzęs i brwi, no i te puszyste jak ptasi puch włosy. Jak mogłem nie doceniać w pełni jej transparentnej urody i traktować ją jak jedną z licznych koleżanek z podwórka? Jak mogłem przez tyle lat mijać ją bez słowa i nawet nie zainteresować się, gdy jej mama powiedziała mojej mamie, że Beata bardzo się mną zajmuje? A może po raz pierwszy tak mocno się umalowała i zobaczyłem ją innymi oczyma, jakby była dziewczyną z okładki kolorowego pisma, jak Brigitte Bardot, Claudia Cardinale albo Jane Fonda.

– Nic się nie stało Beatko… – jeszcze raz zapewniłem ją, że incydent z psem nie wywarł na mnie większego wrażenia – Przynajmniej mogłem z tobą zamienić kilka słów.

– Holden stał się nie do zniesienia, ale co mamy teraz zrobić, przecież po tylu latach nie wypędzimy go z domu… – powiedziała i wydęła usta niczym Bardotka ze zdjęcia na odwrocie lusterka, które zawsze nosiłem w kieszeni.

Uśmiechnąłem się raz jeszcze, dokładnie zsumowałem w myślach jej wszystkie zalety, na końcu zauważając lśniące, czerwone pantofelki, okrywające malutkie stopy i poczułem jak wielkie gorąco napływa do mojego ciała. Wyraźnie zbierała się odejścia, więc by ją jeszcze na chwilę zatrzymać, zapytałem:

            – A skąd wzięło się imię Twojego psa?  Przecież nie chodzi tutaj o markę australijskich samochodów…?

Roześmiała się serdecznie i zauważyłem, że ma połyskujące zęby, białe jak perły, wygięła się też jakoś tak powabnie, że nieopatrznie wydałem z siebie przeciągłe westchnienie. Po raz pierwszy kobiecość tak podziałała na mnie i zapragnąłem posiąść ją jak najszybciej.

– Coś ty…! Chodzi o Holdena Caulfielda…

Pokiwałem głupkowato głową, ale nie miałem pojęcia kto to taki. Wzięła to za dobrą monetę i dodała:

– Też lubisz tę powieść…? Moglibyśmy usiąść u mnie w domu i porozmawiać o niej, ja nieustannie czytam ją we fragmentach, wracam do najlepszych scen i marzę o takim chłopaku jak on…

Bardotka_konczy_lat_3579814

Raz jeszcze pokiwałem głową, ale wystraszyłem się nie na żarty, że moja ignorancja wyjdzie na jaw, więc szybko powiedziałem:

– Chętnie, ale musimy się umówić na spotkanie, gdy będziemy mieli kilka wolnych godzin, bo teraz muszę wracać do domu.

– Ok.! Powiedziała, dmuchnęła zalotnie w grzywkę na czole i zaczęła odchodzić w dal ze swoim szarpiącym się stale bokserem.

– To na razie… Trzymam Cię za słowo… Jesteś bardzo podobny do Holdena… Zawsze tak sobie go wyobrażałam…

Odwróciłem się na pięcie i skrzywiłem w bolesnym grymasie twarz, bo w pierwszej chwili skojarzyłem to imię z mordą jej psa, ale po chwili dotarło do mnie, że chodzi o tego tajemniczego Holdena Caulfielda, o którym nigdy nie słyszałem. Szybko zjadłem obiad w domu i natychmiast pobiegłem do osiedlowej biblioteki.

– Chciałbym znaleźć jakieś wiadomości o Holdenie Caulfiedzie… – powiedziałem do zaprzyjaźnionej pani bibliotekarki i zrobiłem minę jakby wszystko wiedział o tej postaci.

Kobieta w pierwszej chwili nie skojarzyła o kogo chodzi, ale zaraz zorientowała się w czym rzecz i poszła do jednej z półek, a następnie przyniosła dwa tomy historii literatury amerykańskiej i zaczytany, straszliwie powydzierany, niewielki tom, wydany w formie broszurowej przez wydawnictwo Iskry. Na samym dole zauważyłem wydrukowany białymi literami tytuł: Buszujący w zbożu i uznałem, że bibliotekarka chyba się pomyliła. Ale ilustracja stylizowanych amerykańskich drapaczy chmur i symbolicznie zaznaczonego, dziwacznego, białego człowieczka w czerwonej czapeczce, a także nazwisko autora – J. D Salinger – zaintrygowały mnie na tyle, że wziąłem do ręki książkę, a po odwróceniu jej zacząłem czytać  notę redakcyjną, wydrukowaną tłustymi, czarnymi literami na żółtym tle: Bohaterem „Buszującego w zbożu” jest szesnastoletni uczeń, Holden Caulfield… Uśmiechnąłem się do kobiety stojącej przede mną i wypożyczyłem dwa tomy analityczne i tę niezbyt efektowną, wydaną 1967 roku książkę. Szybko też podążyłem z powrotem do domu, położyłem się na tapczanie i zacząłem czytać powieść amerykańskiego autora. Ani się nie obejrzałem jak zmieniła się pora dobowa, nadeszła noc, a ja wciąż wpatrywałem się w pożółkłe i przybrudzone stronice.

TĘCZA NA NIEBIE

Świat wewnętrzny1 dziewcząt bywa bardzo rozbudowany, pełen fantazji i kolorowych marzeń, ale też i smutków, pragnień, nagle pojawiającego się bólu. Szczególnie widać to, gdy zderza się z postawami życiowymi chłopców, w aurze pierwszych zauroczeń, nagłych fascynacji i nieśmiałych miłości. Wtedy wszystko wydaje się ekscytujące, pełne obietnic i tajemnic, a pierwszy pocałunek otwiera przestrzenie dotąd nieznane, prowadzące ku ostatecznym spełnieniom. To też bardzo trudny czas, gdy zderzają się ze sobą dziecinne wyobrażenia o łagodności i pięknie, z twardymi regułami życia, niedojrzałością partnerów i ich obciążeniami rodzinnymi, generacyjnymi i osobowościowymi. Może dlatego w tym wieku mamy do czynienia z wieloma samobójstwami dokonanymi, niezrozumiałymi dla rodziców i najbliższych osób, ale znajdującymi swoje tragiczne umotywowanie w niedojrzałości i poczuciu utraty wszelkich szans. Pragnienie jedności, kontynuowania związku, pomimo licznych zagrożeń, jest tak silne, że prowadzi czasami ku ślepym zaułkom i zapadniom. Wszystko wtedy jest zwielokrotnione – uroda kusi swoją nieziemskością, dotyk ma magiczne działanie, ciepło złączonych dłoni obiecuje połączenie na zawsze, a nawet zwykła ławka staje się rewirem trudnej do wyrażenia cudowności. W przypadku dziewcząt dochodzi jeszcze niezwykłe sformatowanie umysłu przez dziecinne wyobrażenia i ciągi lektur, pośród których prym wiedzie Ania z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery. Niezwykłość czai się wszędzie, pojawia się też jaskrawość albo przyciemnienie obrazów, a serce coraz częściej bije ze zwielokrotnionym rytmem. Chłopcy w tym czasie uganiają się za swoimi ułudami (przeważnie szczerbaci, z nieumytą resztka zębów, z wiecznie nieuczesanymi włosami), kopią piłkę, kąpią się w jeziorach, a prawdziwe spotkanie z istotą żeńską bywa dla nich szokiem, z którym nie potrafią sobie poradzić. Dziewczęta – nauczone podczas zabaw z lalkami i misiami – pragną im „matkować”, chcą otaczać opieką, ale często trafiają na postawy niezrozumiałe, dziwaczne, tchórzliwe, powodujące ogromny stres.

Debiut prozatorski Marty Joanny Anders zdumiewa na wielu płaszczyznach – przede wszystkim na poziomie realizacji pisarskich, logiki wykładu, czystości języka i opanowania reguł fabularnych. Na podstawie tej książki zdolny reżyser mógłby stworzyć ekscytujący film, który znalazłby wielu wielbicieli, szczególnie ze środowisk młodzieżowych, ale przecież także osoby starsze odnajdą w opowieści autorki wiele zdarzeń ze swojego dzieciństwa, sporo elementów współtworzących ich wyobraźnię i kształtujących postawę życiową. Można śmiało zaklasyfikować tę narrację jako powieść-rzekę, z wieloma odgałęzieniami i dopływami, ale jest to też wzruszający dziennik intymny, w którym łzy radości i smutku mieszają się ze sobą. Ogromną wartość ma też tutaj umiejętność snucia opowieści pulsacyjnej, łagodnie przechodzącej od czasów dziecinnych do dorosłości, od pierwszych pytań o pocałunek do dojrzałych spełnień. To są obrazy i zdarzenia, swobodnie przepływające przez świadomość autorki i układające się w ciąg, który zaczyna nabierać logiki w przyszłości. Dopiero retrospekcje – a szczególnie umiejętność wplatania ich w fabuły powieściowe – daje możliwość dostrzeżenia tajemnych ścieżek, nieoczekiwanych rozwinięć akcji i doświadczeń centralnych dla dłuższych okresów życia. Do tych zaskoczeń, które pojawiają się przy lekturze tej powieści, dodajmy jeszcze głębokie analizy psychologiczne, zarówno głównej bohaterki, jak i postaci pojawiających się w jej otoczeniu. A choć bywa to przestrzeń najczęściej poddawana krytyce, to trudno wskazać tutaj jakieś nadużycia, raczej mamy do czynienia z ogromną wiedzą autorki na temat ludzkiej psychiki, być może zdobywaną w sytuacjach trudnych, krańcowych, przypominających te z kart powieści. Przedkładając czytelnikom swój debiut prozatorski, Marta Joanna Anders jest już pisarką w pełni ukształtowaną, zaskakującą i niezwykle utalentowaną, co każe oczekiwać kolejnych udanych realizacji autorskich i ciągu nowych ekscytujących publikacji.

Na razie warto wziąć do rąk tę obszerną książkę i odnaleźć w niej autentyczną prawdę o ludzkim życiu i nieustającym dojrzewaniu do pojawiających się wyzwań. W przypadku kobiet bywa to miłość, apotem ciąża i macierzyństwo, ale przecież powieść ta dokumentuje także cały ciąg mniejszych i większych zadań, którym muszą sprostać. W przypadku istot nadwrażliwych, boleśnie odczuwających cudowny powab świata, a innym razem pogrążających się w jego mrokach, pojawia się pragnienie zadośćuczynienia i egzemplifikacji. Wtedy kobiety piszą pamiętniki, zwierzają się najbliższym przyjaciółkom, albo – co jest najwyższą formą samoświadomości – tworzą zbiór opowiadań lub powieść. To bywa zadanie tyleż twórcze, co terapeutyczne, pozwalające zrozumieć samą siebie i dające czytelnikom szansę wejścia do magicznych krain wyobraźni i tęsknoty za czystością, za pięknem i głębią doznań elementarnych. Niestety materia życia bywa skomplikowana, pełna udręki, pojawiających się stale zagrożeń i nagłych zwrotów akcji, co powoduje codzienną szarpaninę i każe wciąż podejmować trudne decyzje. W tym zakresie Centrum ich wszechświata jest ważką próbą odwzorowania trudów dojrzewania i zdecydowanego wchodzenia w dorosłość – jakże czasem trudną do zaakceptowania, jakże nieprzystającą do dziecinnych wyobrażeń o przyszłych dniach. Ta przyszłość to radosne uniesienia, ale też zdarzenia tragiczne, śmierć i poczucie ostatecznego przegrania wszelkich szans, realność rozlanej krwi, wypadków, pogrzebów i grobów – to stale przeplatające się dobro ze złem. Zaletą powieści Marty Joanny Anders jest jednak próba wskazania, że ludzkie życie jest wartością nadrzędną i cokolwiek by się w nim nie wydarzało stanowi nasz największy atut, a jeśli jest chwilowym depozytem danym nam przez rodziców, to też staje się przestrzenią, którą możemy dowolnie kształtować i modyfikować. Autorka wskazuje, że warto żyć, by móc usłyszeć od kogoś – jak Nela od Kacpra: Na razie moje niebo jest niewielkie, ale daję ci je całe. Bo na tym moim niebie to ty jesteś moją tęczą. I choćbyś nie wiem gdzie była i co robiła, ja zawsze będę na ciebie czekał.

________

Marta Joanna Anders, Centrum ich wszechświata, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2017, s. 642.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (9)

f174b358a517ee8d7962b074106e256c

Tej lipcowej niedzieli wstałem wcześnie rano, umyłem się dokładnie, zjadłem na śniadanie talerz mleka z rozdrobnioną bułką, masłem i cukrem, a potem założyłem obcisłe dżinsy, białą, bawełnianą koszulkę z portretem Johna Lennona i stanąłem przy oknie by zlustrować pogodę. Wychodząc z domu narzuciłem jeszcze na siebie kurtkę Rifle, z której byłem dumny i nosiłem ją nawet wtedy, gdy było mi w niej za ciepło. Koło ósmej rano nie było jeszcze chłopaków na podwórku, ale zauważyłem, że nasz ranny ptaszek Norman siedzi na ławce, nieopodal swojej klatki schodowej. Słońce już solidnie przygrzewało i zapowiadał się wspaniały dzień, z błękitnym niebem i światłem; upalny jak w tropikach, o których czytałem wiele książek, marząc o podróżach, polowaniach i odkrywaniu w głuszy tajemniczych zakątków. Norman trzymał w prawej ręce ogromne radio tranzystorowe i lekko chwiał się do przodu w rytm jakiejś piosenki. Ruszyłem przed siebie i po dojściu do niego, bez słowa usiadłem na ławce i zacząłem wsłuchiwać się w niepokojące słowa dobiegające z głośników: She came to me one morning/ One lonely Sunday morning/ Her long hair flowing/ In the midwinter wind/ I know not how she found me/ For in darkness I was walking/ And destruction lay around me/ From a fight I could not win. Pieśń była niepokojąca, a wokalista, wspomagany przez gitary i perkusję rytmicznie dopowiadał kolejne treści, raz po raz przerywając je wokalizą aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa. Straszliwie cierpiałem w ostatnich tygodniach z powodu miłości, która nie mogła się spełnić i opowieść o dziewczynie, która przyszła do artysty pięknego, niedzielnego poranka, podnieciła we mnie uśpione żądze. Długie włosy mojej dziewczyny też pięknie powiewały na wietrze i przed oczyma wyobraźni zobaczyłem ją, jak nadchodzi naga z daleka, kusi i wabi mnie niczym złu duch. Słońce wspinało się po jasnych gładziach błękitu, ale w moim sercu była zima i zdawało mi się, że kroczę pośród ciemności, wszędzie widząc zniszczenie, rozdarte przez huragany drzewa, zburzone domy i leżące na ziemi płoty, ogromne wyrwy po pociskach i leje po bombach. Krajobraz jak ze zdjęć wojny w Wietnamie, które stale oglądałem w telewizji, w gazetach i magazynach. I było też we mnie przekonanie, że walka, którą toczę jest z góry przegrana i już niedługo polegnę w niej, a kumple – tacy jak Norman – zarzucą sobie mojego trupa na ramiona i poniosą w dal na cmentarz, do przygotowanego naprędce grobu.

1157

Uriah Heep

Norman ruszał się rytmicznie i jakby potwierdzał kiwaniem głowy, że to, o czym śpiewa wokalista jest prawdziwe i głębokie. To był czas mojego zachłyśnięcia językiem angielskim i proste słowa dekodowałem bez trudu, tym bardziej, że trafiały wprost do mojej duszy: She asked me name my foe then/ I said the need within some men/ To fight and kill their brothers/ Without thought of love or God/ And I begged her give me horses/ To trample down my enemies/ So eager was my passion/ To devour this waste of life. Tak, miałem wtedy wielkiego wroga i nienawidziłem zabijania, rozczulając się do łez nad zdjęciami nagich wietnamskich dzieci, biegnących z przerażeniem drogą pośród ryżowych pól. Mógłbym zatem powiedzieć jej, że moim największym nieprzyjacielem była ludzka nienawiść, której już tyle doświadczyłem, a jedynym ratunkiem mogło być wejście do świata baśni i legend, powieści Tolkiena i Carrolla, limeryków Leara. Choć moja dziewczyna doświadczała mnie straszliwie, czułem, że mogłaby dać mi cudowne rumaki, którymi stratowałbym wrogów świata i ludzkości. Głęboko wierzyłem, że mam do spełnienia wielką misję, a gdyby jeszcze ona ruszyła na złocistej klaczy tuż przy mnie, zawojowalibyśmy glob, przemierzyli ogromne przestrzenie i czuli swoją bliskość tak, jak nikt jeszcze nigdy jej nie czuł. Proste uderzenia w perkusję nadawały tajemny rytm mojemu pragnieniu i zostałem błyskawicznie wprowadzony do świata czystych uczuć i najpiękniejszej miłości, do krain bez śmierci i rozpadu. Gdzieś w dali zieleniły się wysokie wzgórza, a za nimi trwały we fiolecie i błękicie skaliste, ośnieżone szczyty, postrzępione turnie i iglice. Stałem przy niej i trzymałem rękę na jej drżącym ramieniu, a potem zbliżyłem usta do jej ust i długo, namiętnie ją całowałem z zamkniętymi oczyma, pieściłem dłonią powiewające włosy i czułem, że jesteśmy jednością, pełnią, świętą chwilą dwóch mężnych bytów, zlewających się w heroiczny kształt niezwyciężonego wojownika. Nieodparcie też zacząłem lekko ruszać głową jak Norman, potwierdzając, że pieśń jest prawdziwa, piękna i głęboka, dobrze oddająca to, co czułem. Jej niepokój też był dobry, bo odnosił wszystko do walk toczonych z moją dziewczyną, do jej rozbicia i smutku, nieustannego rozpamiętywania tego co było i marzenia o nowych, wspaniałych dniach – tak, ona chciała ze mną walczyć i natychmiast rezygnowała z boju, chciała stać przy mnie i wciąż ode mnie uciekała: But she wouldn’t think of battle that/ Reduces men to animals/ So easy to begin/ And yet impossible to end/ For she’s the mother of all men/ Who counselled me so wisely then/ I feared to walk alone again/ And asked if she would stay. To nas różniło – ja chciałem być nieustraszonym rycerzem, krwawo rozprawiającym się z wrogami, a ona była smutną hipiską, świętą pacyfistką, matką całej ludzkości. Choć nic nie mogła zrobić, roiła coś o walce, mówiła, że wojna zamienia ludzi w zwierzęta, kochała piękne stroje i przepych dawnych dam, ale ubierała się skromnie, narzucała na siebie dżinsową koszulę i wplatała krwawniki i maki w grube warkocze. Bolała jak rana, gojąca się na chwilę i wciąż rozszarpywana, szczególnie, gdy zapowiadała odejście, albo pojawienie się jakiegoś różowego księcia z długimi, tlenionymi włosami, na karym albo białym koniu.

Ken Hensley - wtedy i później

Ken Hensley – wtedy i później

Przyjaciel spojrzał do mnie i rzucił przez zęby między zwrotkami: Uriah Heep… Sprzysiężenie hipisów… Jego znajomość języka angielskiego była dość prymitywna, ograniczała się do kilku wyrazów i nie wiem skąd wziął to tłumaczenie nazwy zespołu? Byłem właśnie po emocjonalnej lekturze Davida Copperfielda Karola Dickensa i dobrze zapamiętałem szubrawca Uriasza Heepa, czarnego typa z kart tej powieści, więc uśmiechnąłem się tylko i nic nie powiedziałam, pamiętając jak wybuchowy potrafi być Norman. Książkę Dickensa dała mi moja dziewczyna, zaznaczając, że koniecznie muszę ją przeczytać, więc zabrałem się do lektury niezwłocznie, myśląc, że może znajdę w niej jakiś tajemny kod, który chciała mi przekazać. Ale wtedy opowieść angielskiego pisarza znudziła mnie solidnie, rozczarowała swoją rozwlekłością, a może najciekawszą kreacją wydała mi się postać Heepa, obłudnika, szumowiny nieustannie knującej intrygi, by zdobyć majątek pracodawcy, doktora Wickfielda, a potem po zdemaskowaniu i skazaniu, udającego wzorowego więźnia. Od razu chwyciłem dowcip chłopaków z zespołu utworzonego w 1969 roku, tym bardziej, że mieścił się on w obrębie hipisowskiego pure nonsensu, wcześniej pojawiającego się w piosenkach The Beatles, The Animals i takich pieśniarzy jak Janis Joplin, Jim Morrison, Jimi Hendrix. Uriah Heep bliżsi byli cukierkowatej refleksji Scotta McKenzie’ego (San Francisco. Be Sure to Wear Flowers in Your Hair) albo Alberta Hammonda (It Never Rains in Southern California), a z drugiej strony podążali w stronę hard rocka, progresywnie używając gitar i instrumentów klawiszowych, wplatając do tekstów postaci baśniowe, tworząc mitologię lustra, magii i snu. Ich liderem był wokalista David Byron, ale z powodu pijaństwa został usunięty z bandu, a jego miejsce zajął gitarzysta i klawiszowiec Ken Hensley i to on zaśpiewał i nagrał słynna balladę, której słuchaliśmy wtedy na ławce. Podążając od art rocka do heavy metalu, zespół wydał wiele płyt i zyskał sławę światową, choć niektórzy ironiści wytykali im śpiewne melodie, rozbudowane chóry i czasem zbyt proste, słabe teksty. W latach siedemdziesiątych XX wieku zaczynała się ich wielka popularność, do czego przyczyniły się takie pieśni jak Lady In Black. Norman nie rozumiał teksu, czasem tylko wyławiał jakieś słowa, ale podobała mu się melodia, mocny glos Hensleya, a nade wszystko rytm i powtarzalność kolejnych partii muzycznych. Łatwo można było się nauczyć tego i potem powtarzać fonetycznie, wzbudzając zachwyt chłopaków i dziewcząt. Ja jednak słuchałem uważnie i włosy stawały mi dęba na głowie, bo to była opowieść o mnie i o mojej pięknej pani: Oh lady lend your hand outright/ And let me rest here at your side/ Have faith and trust/ In peace she said/ And filled my heart with life/ There is no strength in numbers/ Have no such misconception/ But when you need me Be assured I won’t be far away. Często wtedy myślałem o samobójstwie i o tym by kiedyś spocząć w grobie przy niej, ale pamiętałem też o jej pragnieniu życia, o zapewnieniach o miłości, a potem o ucieczkach i zaprzeczeniach, o nieustannym lęku, jaki miałem w sercu z jej powodu. Chciałem by wyciągnęła ku mnie swą dłoń i trafiały do mnie jej hipisowskie narracje na temat pokoju, opowieści o życiu pośród innych ludzi, wspaniałych podróżach i wnikaniu do magicznego świata poezji, literatury fantasy i muzyki. Liczby dla niej nie miały znaczenia i wierzyłem, że z czasem się zmieni, zacznie kalkulować i nie będzie już taka rozchwiana, stale zmieniająca swoje podejście do mnie, raz obdarzająca mnie czułością, a innym razem uciekająca w ramiona innego chłopaka. Słuchając ballady Hensleya chciałem wierzyć, że będzie zawsze blisko mnie i gdy tylko ją zawołam, przybędzie jak cudowna wróżka, dotknie różdżką dłoni mej głowy i zniknie przygnębienie, poczucie przegrania i rozpacz.

uriahheep_022
Norman co jakiś czas spoglądał na mnie i jakby jeszcze mocniej kiwał głową, rytmicznie potwierdzał, że wszystko rozumie i jest to też jego historia. Teraz, gdy z bólem w sercu  patrzę na skończone życie, gdy staję nad grobem człowieka, który po latach sięgnął dna i został zgarnięty z ulicy jak śmieć, zastanawiam się czy nie było w tym jakiegoś przeczucia. Miał swoje nadzieje i wielkie miłości, ale nic mu się nie udało i w końcu nieczuły na jego krzywdy ojciec, wygnał go z domu i skazał na pustą egzystencję istoty bezdomnej. I nie przyszła do niego mistyczna kobieta, by mu pomóc, wydobyć z dna na powierzchnię życia – przyszła tylko starucha w czerni i zamachnęła się bezlitośnie kosą, kończąc jego ziemskie męki. Ostatnia zwrotka Lady In Black była dla mnie bolesna i słuchałem jej z narastającym przerażeniem: Thus having spoke she turned away/ And though I found no words to say/ I stood and watched until I Saw/ Her black coat disappear/ My labour is no easier/ But now I know I’m not alone/ I find new heart each time/ I think upon that windy day/ And if one day she comes to you/ Drink deeply from her words so wise/ Take courage from her/ As your prize/ And say hello from me. Tak, to była zapowiedź odejścia miłości, wielkiego przerażenia i zamilknięcia, to było potwierdzenie nieuchronnego rozstania z nią, znikającego w dali czarnego płaszcza. A zapewnienia Hensleya, że stanie się ona matką dla każdego, czułą kochanką tych, którzy tęsknią za prawdziwą miłością, nauczycielką życia i ostatnią szansą, tylko podsycały we mnie płomień beznadziei i rozpaczy. Pieśń jeszcze brzmiała, gdy zerwałem się z ławki, odprowadzany przez zdziwione spojrzenie Normana, a powtarzane monotonnie aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa, było jak memento naszego spotkania, tego niedzielnego, w pełnym słońcu i tego październikowego, gdy jego brudne, wychudzone ciało wsuwano do czarnego worka, by zawieść je na cmentarz i pochować w ciszy, bez rodziny, bez kumpli i bez pieśni, których słuchał. Zostawiłem go i biegłem jakiś czas przed siebie, nie zauważyłem też, że znalazłem się na cmentarzu, pośród nagrobków z granitu i marmuru. Przede mną była rzeźba anioła ze zniszczoną twarzą, bez wyrazu, bez ludzkich cech, jakby celowo okaleczona by wyrażała upadek tego, co w ziemskim świecie budujemy, destrukcję ludzkich kształtów, nie do ocalenia. Po jakimś czasie między skrzydłami anioła usiadła młoda sójka i zaczęła przyglądać mi się ciekawie, przeskakiwała na głowę, potem zatrzymywała się na złożonych do modlitwy dłoniach, by wznieść się na chwilę w powietrze i wrócić z powrotem ku anielskim skrzydłom. Tylko młode ptaki są takie nieostrożne i tylko ludzka młodość bywa tak dramatyczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów sytuacji, stale pojawiających się zagrożeń i niepotrzebnych walk. Wyciągnąłem prawą dłoń i ptak po chwilowym wahaniu usiadł na niej przekręcając głowę w prawo i lewo, prezentując swoje kruche piękno, niczym baletnica na scenie. Powoli wydobyłem z kieszeni orzeszek, zbliżyłem do dzióbka i uśmiechnąłem się lekko do odważnego towarzysza. Chwycił fistaszka i z radosnym skrzekiem odleciał ku najbliższym drzewom morwowym, a ja westchnąłem głęboko, wstałem z ławki i nagle zgłodniały, przybity i jakże samotny, powoli ruszyłem do domu.

LUIDORY I PORTUGAŁY

b-001-horz

W przedmowie do Blasków i nędz życia kurtyzany Honoriusza Balzaka znalazłem znamienna ocenę Tadeusza Żeleńskiego-Boya, tłumacza powieści z cyklu Komedia ludzka: Balzak, jak już niejednokrotnie miałem sposobność wspomnieć, jest pisarzem bardzo nierównym. Mieści się w nim i genialny psycholog, i prawdziwy twórca realizmu (w dobrym znaczeniu słowa) w powieści i teatrze XIX wieku, i utajony romantyk – syn swojej epoki – lubujący się w gigantycznie wydętych koncepcjach; wreszcie i autor felietonowy – powieść w felietonie wówczas się narodziła – obniżający nieraz pod naporem finansowych konieczności wysokość lotu. Zależnie od doby życia, od warunków tworzenia oraz siły twórczego napięcia elementy te w różnym stosunku wchodzą w skład dzieł Balzaca, rozstrzygając o ich charakterze. Zaintrygowany tą opinią jednego z największych polskich znawców dzieł francuskiego pisarza, zamyśliłem się nad moimi związkami z nim, które – przyznać trzeba – były więcej niż ubogie. W pierwotnej, młodzieńczej biblioteczce, stała na półce piękna edycja Eugenii Grandet i kilka razy zasadzałem się, by tę książkę przeczytać, ale wydawała mi się zbyt literacka, zbyt minoderyjna, daleka od tomów, które wtedy „pochłaniałem” – tzn. opowieści przygodowych i podróżniczych, relacji z wielkich wypraw odkrywczych i awanturniczych eskapad w głąb dżungli, na pustynię albo w lodowate tajnie Syberii, Alaski, Arktyki i Antarktyki. Potem była licealna lektura Ojca Goriota, powieści – jak wtedy oceniałem – znakomitej, długo pozostającej w pamięci. Z tego okresu (1976) zachował się w moich tekach z rysunkami portret Balzaca, który narysowałem flamastrem podczas jednej z lekcji języka polskiego, a który tutaj reprodukuję. No i co? To już moja cała przygoda z Balzakiem, a od biedy można tutaj jeszcze dorzucić filmy prezentujące jego życie i dzieje miłości do Eweliny Hańskiej, polskiej szlachcianki, która najpierw zafascynowała się jego twórczością, a potem została kochanką i ostatecznie żoną. Po śmierci pisarza w 1850 roku, musiała uporządkować jego sprawy spadkowe, a szczególnie spłacić długi, które po sobie pozostawił. Choć dzisiaj wydaje się to nieprawdopodobne, przez nieco ponad trzydzieści lat swego świadomego i dojrzałego życia napisał grubo ponad sto powieści, wiele sztuk teatralnych, esejów i rozpraw, z czego tylko trzecia część została przetłumaczona na język polski.

 

Daniel Hernandez - Honoré de Balzac, Eugenia Grandet, rys. Daniel Hernandez, 1897

Daniel Hernandez –  Eugenia Grandet, rys. Daniel Hernandez, 1897

Przez lata nosiłem w sobie jakieś irracjonalne przekonanie, że Boy był bezkrytycznym apologetą Balzaka, więc opinia, znaleziona w przedmowie do Blasków i nędz życia kurtyzany kazała mi przejrzeć moje półki i wyłuskać z nich dość prymitywne wydanie Eugenii Grandet (1833). Choć książka opublikowana w ramach Biblioteki Powszechnej w 1967 roku odstręczała swoją zgrzebnością, zacząłem ją czytać z pasją, tak że po kilku godzinach miałem już za sobą jakieś trzy czwarte tomu. Nie jest do duże dzieło, więc lekturę dokończyłem dnia następnego, przez cały czas drapiąc się z zakłopotaniem po głowie. To ma być to arcydzieło literatury francuskiej, ta owiana sławą powieść wielkiego realisty? Przecież mamy tutaj do czynienia z powieścidełkiem o dziwacznej rodzinie bednarza Grandeta, żyjącej w mieścinie Saumur, w Kraju Loary, która niczym szczególnym się nie wyróżniała, a nieco sławy zyskała dopiero po latach, kiedy to urodziła się tam słynna projektantka mody Coco Chanel (1883). Historia opowiedziana przez Balzaka ma kilka punktów zwrotnych i pierwszym z nich jest pojawienie się syna brata bednarza – Karola. Młodzieńca tyleż urodziwego, co zepsutego przez paryskie życie, mającego wielkie mniemanie o sobie i nie zdającego sobie sprawy ze stanu finansów ojca. Przekazuje skąpemu wujowi list, z którego ten dowiaduje się, że brat zbankrutował i ma zamiar wkrótce odebrać sobie życie. Niebawem gazety donoszą o tym samobójstwie, a poinformowany o wszystkim Karol pogrąża się w czarnej rozpaczy. Stary bednarz zgromadził ogromny majątek, ale nie ma zamiaru dzielić się nim z nikim, a tylko swojej córce daje co miesiąc piękną złotą monetę, traktując to jako zabezpieczenie na przyszłość i rodzaj kolekcji najcenniejszych rodowych numizmatów. Jaka to była fortuna możemy się przekonać, gdy Eugenia po raz pierwszy sumuje to, co otrzymała: Oddzieliła najpierw dwadzieścia portugałów, jeszcze nowych, wybitych za panowania Jana V w r. 1725, wartych obecnie po kursie pięć lizboninów, czyli każdy sto sześćdziesiąt osiem franków osiemdziesiąt cztery centymy, jak jej powiedział ojciec, ale których wartość konwencjonalna wynosiła sto osiemdziesiąt cztery franki, zważywszy rzadkość i piękność tych sztuk, błyszczących jak słońce. Item pięć dukatów genueńskich, też rzadka moneta, warta osiemdziesiąt siedem franków po kursie, ale sto franków dla amatorów złota. Miała je od starego pana La Bertellière. Item  trzy złote kwadruple hiszpańskie FilipaV, bite w roku 1729, podarek pani Gentilet, która, ofiarowując je Eugenii, powtarzała zawsze to samo zdanie: „Ten drogi kanareczek, ten mały żółtodzióbek, wart jest dziewięćdziesiąt osiem franków. Chowaj go dobrze, moje kochanie, to będzie ozdoba twego skarbczyku”. Item – co ojciec jej cenił najwięcej – (złoto w tych sztukach było przeszło dwudziestotrzykaratowe) sto dukatów holenderskich z roku 1756, wartych prawie po trzynaście franków. Item – wielka osobliwość! – rodzaj medali, szacownych dla skąpców; trzy rupie ze znakiem Wagi i pięć rupii ze znakiem Najświętszej Panny, wszystkie z czystego dwudziestoczterokaratowego złota, wspaniała moneta wielkiego Mogoła, sztuka w sztukę wartości po trzydzieści siedem franków czterdzieści centymów na wagę, ale przynajmniej po pięćdziesiąt franków dla znawców, którzy lubią się pieścić złotem. Item napoleon czterdziestofrankowy, otrzymany przedwczoraj i włożony niedbale do czerwonej sakiewki. Skarb ten zawierał monety nowe, dziewicze, prawdziwe dzieła sztuki, o które stary Grandet pytał się czasem i które lubił oglądać, aby tłumaczyć córce ich swoiste zalety, jak np. piękność obrączki, czystość liter, których kanty jeszcze się nie starły. Dziewczyna spontanicznie postanawia dać te cenne numizmaty kuzynowi, w którym od razu się zakochuje i nie może pogodzić się z jego łzami i szczerą rozpaczą po śmierci ojca. Choć zdaje sobie sprawę z przewiny w stosunku do ojca i boi się jego gniewu, nie waha się uczynić tego rodzinnego przestępstwa, bo wierzy, że jej ukochany wróci kiedyś do niej, obdarzy ją szczęściem niewyobrażalnym, w obliczu którego blaknie nawet najpiękniej lśniące złoto.

Złote luidory

Złote luidory

Zdecydowanie najciekawsza w powieści jest postać Feliksa Grandeta, patologicznego skąpca, owładniętego manią bogacenia się i nieustannie snującego podłe intrygi finansowe. Dzięki nim pozyskuje ogromny majątek, ale nie przestaje żyć jak prostak, zamęczając żonę i córkę Eugenię swoimi nakazami. Także służąca Nanon jest jego ofiarą i wciąż musi dokonywać cudów by ze skromnych środków przygotowywać posiłki dla rodziny. Pieniądz staje się tutaj fetyszem i determinuje wszelkie poczynania bednarza, który niewiele sobie robi ze śmierci brata, a jedynie martwi się tym, że bratanek stracił fortunę i może narobić mu kłopotów. Dla wiecznie zadłużonego Balzaka postać Grandeta musiała być fascynująca, a jego umiejętność zdobywania pieniędzy była rodzajem tęsknoty człowieka, który nigdy sobie z tym nie radził. Wykorzystując koniunkturę rewolucyjną, a potem stawiając na Restaurację, spekulując obligacjami, dorobił się Grandet milionów franków, które stopniowo zamieniał na papiery wartościowe albo trzymał w wielkich worach w swoim małym pokoju. Bohater ten ma niewątpliwie pewne cechy Harpagona ze Skąpca Moliera, równie patologicznego zbieracza dóbr, niszczącego wszystko dookoła i zamęczającego swoimi fanaberiami rodzinę. Z drugiej strony jest integralną kreacją i zapewne Balzak wykorzystał wiele obserwacji z Paryża i prowincji, ukazał w nim wiele osób, z którymi miał do czynienia. W takim rozumieniu możemy tutaj mówić o modelowym skąpcu i spekulancie dziewiętnastowiecznym i o karierach charakterystycznych dla tego czasu. Na drogach tych karier – pisze we wstępie do powieści Jerzy Adamski – przyjrzeć się możemy wyzyskowi chłopa, rozkładowi arystokracji, potędze sądowników i bankierów, żywiołowemu naporowi burżuazji, której orężem nie jest już cierpliwa praca, wytwarzająca użyteczne dobra, lecz spekulacja. To od niej właśnie zależy awans społeczny, tym szybszy, im bardziej wyrafinowane stosuje się spekulacyjne sposoby. Pieniądz jest jedyną radością Grandeta, a uczucia do żony i córki pojawią się u niego dopiero u końca chciwej egzystencji, choć nawet wtedy powiązane będą z troską o mamonę i odzyskanie złota podarowanego przez Eugenię Karolowi. Temu fircykowi i strojnisiowi paryskiemu, który najpierw rozkochuje w sobie córkę skąpca, a potem zagarnia jej kosztowności i wreszcie zdradza ją bezlitośnie, gdy tylko pojawi się okazja wejścia do wyższej sfery społecznej. Ostateczna ocena Grandeta musi być druzgocąca, a jego groteskowa śmierć jest przypomnieniem znanej ewangelicznej prawdy i potwierdzeniem, że w świecie ludzkim nie można ocalić jakichkolwiek dóbr materialnych. Podlegają one rozpadowi, tak samo jak ciała ludzkie – podobnie gniją, murszeją, a w końcu zostają roztrwonione i rozwiane po świecie niczym znikome prochy.

Grób Balzaka na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu

Grób Balzaka na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu

Przeciwieństwem bednarza są dwie najwyrazistsze postaci kobiece w powieści – Eugenia i jej matka. Przez wiele lat zastraszane i maltretowane psychicznie finansowymi roszczeniami Grandeta, zadawalają się cichą egzystencją i niewielkimi radościami szarego dnia. Sytuacja zmienia się, gdy pojawia się Karol i zawiązuje się nić subtelnego uczucia pomiędzy nim a kuzynką. Niestety starzec dąży do jego wyjazdu i wskazuje mu indyjski kierunek, gdzie można dobrze zarobić na handlu i wyzysku, co też się stanie po latach, kiedy to młodzieniec wzbogaci się na handlu niewolnikami i bezwzględnie korzystać będzie ze swej pozycji białego zdobywcy. Eugenia, obdarzając go swoimi precjozami, wytworzy w sobie obraz idealny, daleki, od tego kim stanie się jej ukochany, a prawdę pozna dopiero po wielu latach. Będzie nieustannie rozpamiętywać spotkania na ławeczce w ogrodzie, miłosne szepty i pocałunki, a on w tym czasie bezwzględnie korzystać będzie z uciech życia, biorąc w ramiona Murzynki, Mulatki, Hinduski i Karaibki, a potem nie zawaha się wejść w związek małżeński z kobietą nieatrakcyjną, zapewniającą mu awans towarzyski. Eugenia umożliwiła mu wyjazd do Indii, a potem rozmyślała o nim stale, licząc na powrót i na spędzenie z nim reszty życia. Jej czyn spowodował lawinę straszliwych zdarzeń, kiedy to stary Grandet zamknął ją w pokoju o chlebie i wodzie i doprowadził do śmierci żony, która nie poradziła sobie z rozpaczą. Matka tak kochała swoją córkę, że ani razu nie potępiła jej czynu, a za niezgodę na agresję męża zapłaciła najwyższą cenę. Po śmierci żony starzec jeszcze zmusza córkę do zrzekniecia się majątku matki, ale w obliczu własnej choroby i bliskiego odejścia ze świata, wprowadza ją w zarząd dobrami. Balzak zdaje się w tym momencie drwić z bogacza i wskazywać, że tak hołubione dobra ziemskie, z taką pasją gromadzone złoto i obligacje, zawsze dostają się w inne ręce, a nawet jeśli to będą członkowie rodziny, to do nich należeć będzie decyzja o ich dalszym ziemskim przeznaczeniu. Świat został źle skonstruowany – zdaje się mówić pisarz – a ciągłe kłopoty finansowe, walki spekulacyjne i żądza gromadzenia coraz większych dóbr, prowadzą do utraty człowieczeństwa i zagubienia najważniejszych celów egzystencji. Liczni komentatorzy wskazywali, że Eugenia Grandet jest znakomitym studium psychologiczno-obyczajowym, ale przecież mamy tutaj też do czynienia ze znacznymi uproszczeniami i sam Balzak nie uważał, że jego utwór jest arcydziełem. Raczej  uznawał go za powiastkę, opowiadanie, łatwe do spieniężenia, ale nie mające specjalnej wagi w wielkim cyklu Komedii ludzkiej i nie mogące stanąć do konfrontacji z największymi jego dziełami. Uważna lektura odsłania liczne niekonsekwencje autorskie, a analiza psychologiczna głównych postaci, dokonywana w oparciu o nowoczesne narzędzia współczesnej psychologii, demaskuje liczne luki osobowościowe i charakterologiczne. Za dużo w tej powieści postaci papierowych, niedookreślonych, ledwie naszkicowanych, jakby stworzonych tylko dla określonych korzyści narracyjnych. Trudno byłoby stworzyć rozległe studia osobowości poszczególnych bohaterów i bohaterek Eugenii Grandet, a to co zyskało tak wielki poklask u zmanierowanych paryżanek dziewiętnastowiecznych, dzisiaj jawi jako przyczynek do opisu komedii ludzkiej…

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (3)

images

20 grudnia 1981

Przeczytałem cykl artykułów Stanisława Łukasiewicza pt. Byłem sekretarzem Bieruta. Ciekawe informacje o latach powojennych w Polsce, ale autor za bardzo chce siebie eksponować i niechcący wychodzi mu panegiryk na cześć własnej osoby. Wiadomości zasłyszane: Papież zaapelował do wszystkich ludzi dobrej woli o modlitwy w intencji Polski. Podkreślił prawo Polaków do życia w pokoju i poszanowania praw człowieka. Zaapelował o solidarność z Polską i jej narodem, bo to, co jest ważne teraz dla Polski, ważne jest dla całej Europy. Wspomniał też o zabitych i rannych, mówiąc, że są oni powodem jego szczególnej troski.

Nadal trwają strajki w Województwie Katowickim i Gdańskim – według Amerykańskiego Departamentu Stanu na Śląsku zabito ponad pięćdziesięciu górników. Wysłannik Jana Pawła II arcybiskup Poggi przybył do Warszawy, gdzie przywitał go biskup Dąbrowski. Dostojnik przywiózł list papieża do prymasa Polski arcybiskupa Józefa Glempa.

W Zurychu odbyły się obrady działaczy Solidarności przebywających w dziesięciu krajach zachodnich. Będą oni organizować międzynarodową pomoc dla Polski. W Monachium odbędzie się natomiast modlitewna procesja pokutna, którą poprowadzi kardynał Ratzinger. Procesja będzie miała charakter religijny i zorganizowana zostanie w intencji naszego kraju.

Ambasador Polski przy ONZ-ecie Romuald Spasowski poprosił wraz z rodziną, o azyl polityczny w USA. Oznajmił o tym Aleksander Haig, a jest to, od trzydziestu lat, najwyższy rangą polityk polski, który poprosił o azyl na Zachodzie. Spasowski, syn znanego filozofa marksistowskiego, stwierdził, że jest to protest przeciwko uwięzieniu Lecha Wałęsy.

Wczoraj odbył się wiec w Stoczni Remontowej Parnica w Szczecinie, a w mieście tym trwają stale próby zorganizowania strajków. Z kolei na południu Polski żołnierze mieli przyłączyć się do strajkującego zakładu.

Rzecznik Departamentu Stanu USA wyraził zaniepokojenie stosowaniem w Polsce siły wobec ludności cywilnej. Parlament brukselski uczcił minutą ciszy śmierć górników. Premier Belgii Leo Tindemans wezwał do uwolnienia uwięzionych i poszanowania uchwał KBWE. Zbigniew Brzeziński stwierdził, że w Polsce ma miejsce pośrednia interwencja ZSRR.

„Washington Post”: To, co stało się w Polsce okryło hańbą Jaruzelskiego. „New York Times”: Terrorem junta stłumi opór, ale nikt nie będzie za nią pracował. Prywatne niemieckie banki uzależniły dalsze kredyty dla Polski od tego, czy rząd niemiecki udzieli stuprocentowych gwarancji.

W Londynie tysiące osób wzięły udział w wiecu w Hyde Parku. Demonstranci przeszli przed budynek polskiej ambasady i usiłowali wręczyć petycję domagającą się zakończenia stanu wojennego, ale urzędnicy reżimowi odmówili jej przyjęcia. We Wiedniu tysiące polskich uchodźców wzięło udział w mszy w intencji Polski. Jutro w Zurychu zbiorą się przedstawiciele ośmiu banków, które rozpatrzą petycję rządu polskiego o kredyt w wysokości 350 milionów dolarów, z przeznaczeniem na spłatę odsetek zadłużenia zagranicznego.

W Paryżu wybuchła bomba w Polskim Biurze ds. Transportu Międzynarodowego. Podłożyło ją jakieś ugrupowanie komunistyczne, na znak protestu przeciwko terrorowi marksistów w Polsce i innych krajach świata.

Próbowałem się skontaktować z Pastuszewskim, ale mi się nie udało. Miał wcześniej być na nielegalnym zebraniu u Oszubskiego, ale się nie pojawił. Jakoś nie pasuje mi na trybuna ludowego, chociaż ostro się stawia władzy.

Tytuły prasy angielskiej: „Jak zamordowano Solidarność”, „Krwawe urodziny Breżniewa”, „Mężczyzna zginał przeciwstawiając się samotnie czołgom”, „Orzeł w klatce”. „Sunday Times” twierdzi, że Jaruzelski chciał się spotkać z prymasem Glempem, ale ten odmówił, uzależniając to od udziału Wałęsy w tym spotkaniu. Podobno Wałęsa znajduje się Konstancinie pod Warszawą, gdzie udał się do niego jeden z członków rady wojennej i próbował nakłonić do wystąpienia w telewizji, ale spotkał się ze zdecydowana odmową.

0

Jak wynika z relacji jednego z zatrzymanych, a następnie uwolnionych, w obozach dla internowanych panują nieludzkie warunki. Ludzie trzymani są w nieogrzewanych barakach, w których są wybite szyby, nie ma toalet ani wody. Przesłuchujący, dla zastraszenia, bawią się nabojami podczas przesłuchań.

„Sunnday Times”: Nieobecność Jaruzelskiego na Kremlu podczas urodzin Breżniewa, to tak jakby „Hamleta” pozbawić sceny z grabarzami. Ten starzec ze stymulatorem serca może być jednak lepszy od jakiegoś młodszego towarzysza, który serca może nie mieć wcale.

Już dwadzieścia dwa dni nie widziałem Aliny i nie wiem co się z nią dzieje. Ostatniej nocy śniła mi się bardzo wyraziście, całowałem ją i przytulałem się do niej, a potem nagle wszystko rozwiał jakiś senny wiatr, pojawili się zomowcy z karabinami i pałkami, ulicami jeździły czołgi, a nad nimi wznosiły się wielkie helikoptery.

21 grudnia 1981

Dzisiaj byłem w centrum miasta i nie widziałem zbyt wielu zomowców. Nie było też patroli wojskowych. Żadnego uśmiechu na twarzach ludzi, wszyscy gdzieś podążają w skupieniu, zerkając nieufnie na boki. Po powrocie skończyłem czytać Zdobycie władzy Czesława Miłosza, które kupiłem jeszcze w budynku bydgoskiego MKZ-etu. Powieść sztuczna, sztampowa, napisana jakby na modłę socrealistyczną, nie zachwyciła mnie. Większe wrażenie zrobił na mnie tom wierszy Ryszarda Krynickiego pt. Nasze życie rośnie.

Wiadomości: Telewizja i Polskie Radio podały, że w kopalni „Ziemowit” strajkuje pod ziemią ponad tysiąc górników. Obok w kopalni „Piast” strajkuje tysiąc siedmiuset pracowników. Łączność nawiązywana jest przez telefon. Rodziny przynoszą górnikom jedzenie, które dostarcza się pod ziemię.

Romuald Spasowki złożył oświadczenie przed kamerami amerykańskiej telewizji. Potwierdził między innymi, że jego decyzja była aktem protestu przeciwko uwięzieniu Wałęsy.

Pojawiają się informacje co do dalszych uwięzionych: Wojciech Ostrowski (działacz katolicki), Maciej Iłowiecki, Tomasz Łubieński, Maria Wasiek (historyk), Stefan Pastuszewski, Włodzimierz Michalak. Ten Michalak to działacz naszego uczelnianego NZS-u, ale na wydziale krążą plotki, że był też członkiem PZPR-u. Ile w tym prawdy, nie wiem, chociaż facet jest dziwaczny trochę, taki zbyt poważny.

W Niemczech nasilają się protesty z powodu uwięzienia Władysława Bartoszewskiego. Zamknęli też Andrzeja Drawicza, Romana Zimanda, Tadeusza Kantora, Andrzeja Wajdę i rektora Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Gierka, Jaroszewicza i innych dawnych członków Biura Politycznego internowano w ich willach. Protesty i demonstracje w Hamburgu, Karlsruhe i licznych mniejszych miastach niemieckich. Z protestem wystąpił Heinrich Böll i inni znani pisarze niemieccy. Polonia polska złożyła protest w polskiej ambasadzie w Canberze, a w Adelajdzie odbył się wiec i pochód. Niesiono portrety Wałęsy i Jana Pawła II, a także transparenty z napisami: Ręce precz od Polski.

uid_f7ebe4bdfee557193d6cc00b28f0a2c61323933047936_width_633_play_0_pos_0_gs_0_height_355

Jan Paweł II potępił dominację pewnych grup, nadużywających władzy nad narodami, powiedział między innymi, że ludzie mają prawo stosować odpowiednie środki w obronie swej godności. Według rzecznika Białego Domu na Śląsku strajkuje dwadzieścia kopalni, a opór w Polsce zakrojony jest na dużo szerszą skalę, niż dotąd sądzono. Strajkujące zakłady, to: Huta Nowotki w Ostrowcu Świętokrzyskim, Rafineria Płock, Huta Katowice, gdzie zgromadziło się około osiem tysięcy robotników i zespawano bramę wjazdową – rozlokowano też na terenie huty butle z acetylenem i zagrożono wysadzeniem huty w powietrze. Strajkują Świdnickie Zakłady Sprzętu Lotniczego, kopalnia soli w Bochni, a praca w stoczniach została zawieszona na okres świąt.

Carington powiedział, że życzyłby sobie by Zachód rozważył wstrzymanie pomocy żywnościowej dla Polski, ale prezydent Mitterrand stwierdził, że Francja będzie na razie wysyłać żywność, ponieważ – jak powiedział: Ci, co głodują nie są członkami polskiego rządu. We Francji odbędzie się jutro jednogodzinny strajk na znak protestu przeciw sytuacji w Polsce. Czterech marynarzy ze statku Zambrów poprosiło o azyl polityczny w Holandii. Międzynarodowy Czerwony Krzyż wystąpił z apelem o pomoc dla Polski i o zebranie dwudziestu milionów dolarów. W poniedziałek apelował już tylko o sześć milionów.

Dokerzy amerykańscy postanowili zbojkotować wszystkie statki przybywające do USA z Polski i wypływające do naszego kraju, a w proteście uczestniczy sto tysięcy pracowników portowych.

W Londynie kardynał Basil Hume odprawił mszę św. w intencji Polski – zaapelowano o modlitwę wszystkich katolików na świecie. Jutro w Norwegii odbędzie się pięciominutowy strajk protestacyjny. Podobno dwa tysiące górników zabarykadowało się w przejściu z jednej kopalni do drugiej. Milicja wdarła się na teren Politechniki Wrocławskiej i biła kogo popadnie – mówi się o tym, że jeden ze strajkujących uczonych zmarł na atak serca.

Byłem u Grzegorza Musiała, który patetycznie, ale ze wzruszeniem czytał swoje Pieśni wojny. Przybył jego brat, skrajnie różny jeśli chodzi o budowę ciała – raczej solidny byczek. Nie mogę już znieść tych spojrzeń matki i rodzeństwa Grzegorza, którzy niby są dla mnie mili, ale obserwują mnie jak jakiegoś gada w terrarium. Oni myślą, że Grzesiu ma kontakty tylko z homoseksualistami, a tymczasem ja wciąż jestem zakochany w Alinie i nigdy, nawet przez chwilę, nie przyszło mi do głowy zainteresowanie seksualne jakimś mężczyzną. Poznałem sporo kolesiów Musiała i wszyscy są zmanierowani, zniewieściali, a jak już pozują na siłaczy, to i tak jest to podszyte jakąś strategią, która ma doprowadzić do znalezienia się w łóżku z jakimś chłopaczkiem. Na przykład z takim jak ja… Był też Krzysztof Soliński, poeta lingwistyczny i pracownik wydawnictw bydgoskich i straszliwy zarozumialec, starający się pozować na cynika. Po wypiciu dwóch kielichów wina zaczął przysypiać na krześle. Nie ufam mu i u Musiała też miałem wrażenie, że tylko markuje sen i uważnie słucha o czym mówimy.

            22 grudnia 1981 roku

Cały dzień przesiedziałem w domu, łudząc się, że listonosz przyniesie list od Aliny, albo ona sama stanie w drzwiach mieszkania moich rodziców. Patrząc na nią z oddali widzę jej dziwność – taka piękna dziewczyna, taka podniecająca, a stale uwikłana w jakieś bzdurne wspomnienia. Ten jej Józik z Wałdowa, wspomnienia wiejskich zabaw i nocnych wyznań miłości, smętne wracanie do piosenki Angie Rolling Stones i jego „pięknej” twarzy. W końcu pokazała mi jego zdjęcie i byłem w szoku, bo wyglądał jak Tolek Banan ze słynnego serialu telewizyjnego, tylko z większym, kartoflowatym nosem. I ta tandetna dedykacja na odwrocie – Alince zawsze kochający Józik. Na to ją wziął i dlatego ona tak mnie traktuje, jest słaba i nie umie ze mną zerwać do końca, ale wciąż od nowa rozmyśla o nim. Muszę być silny i skończyć to wszystko w jednej chwili – dotąd byłem jej wierny, ale koniec z tym fatalnym zauroczeniem. Sporo dziewcząt się mną interesuje i nie rozumie dlaczego nie odpowiadam na wyraziste sygnały, a jeden z kolegów – widując mnie czasem z Musiałem – rozpuszcza w środowisku literackim wieści, że też jestem pederastą.

Wiadomości z Wolnej Europy: Trwa nadal strajk w kopalniach „Ziemowit”, „Piast” i „Anna”. Solidarność w Szwajcarii wystosowała już drugi apel do żołnierzy polskich, oto on: Żołnierze polscy! Posłużono się wami niegodnie, hańbiąc sławę munduru polskiego, bądźcie świadomi odpowiedzialności jaka na was ciąży. Nie wolno wam rozstrzelać Polski. Głęboko wierzymy w to, że Sierpień 1980 roku przeżyje w sercach Polaków i pozwoli odrodzić się wolności.

Radio Wolna Europa podaje, że do tej pory śmierć w Polsce poniosło dwieście osób. Siły wojskowe liczą obecnie 400 tys. żołnierzy, ale tyle samo liczą oddziały milicji. Przeciwko ogłoszeniu stanu wojennego, wystąpił w Radzie Państwa, Przewodniczący Stowarzyszenia PAX Ryszard Reiff. Episkopat Polski nawiązał kontakt z rządem i może dlatego zniesiono godzinę milicyjną w nocy z 24 na 25 grudnia, żeby Polacy mogli wziąć udział w tradycyjnych pasterkach.

Jan Paweł II wezwał do rozwiązania kryzysu w Polsce na drodze pokojowej, wspomniał też swoje spotkanie z Lechem Wałęsą, a także zapewnił, że modli się stale do Matki Boskiej Częstochowskiej.

Wczoraj odbył się marsz 50 tys. studentów paryskich, którzy przeszli pod ambasadę PRL-u. Grupa prawników paryskich utworzyła Komitet Pomocy Polsce. W Holandii liczba uchodźców wzrosła do 40.

Radom został otoczony kordonami milicji i wojska i jest jednym z głównych punktów oporu. Ludzie czują, że coś się wydarzy w tym mieście, ale wzajemnie się informują o posunięciach władzy, by nie dopuścić do prowokacji. We Wrocławiu spędzono w jedno miejsce dwustu ludzi i kazano im stać bez butów na mrozie.

Romuald Spassowski spotkał się z Reaganem, 39 polskich marynarzy poprosiło o azyl w RPA. Wczoraj wieczorem przybył do Rzymu biskup Dąbrowski, a dzisiaj odprawił z Janem Pawłem II mszę św. W prywatnej kaplicy papieża. Odbył potem godzinną rozmowę z Wojtyłą. Podobno nie żyje Tadeusz Mazowiecki. Biskup Dąbrowski oświadczył, że Wałęsa jest pod Warszawą, ma u boku rodzinę – biskup wielokrotnie z nim rozmawiał.

Zmieniło się na lepsze nastawienie Austriaków do uchodźców polskich, chociaż docierają do urzędników państwowych donosy, informujące, że pośród nich jest sporo zakamuflowanych agentów peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa. Jakiś zachodni dyplomata widział walki ZOMO z młodzieżą w Gdańsku i czołg strzelający pod stocznią. W kopalni „Thorez” w Wałbrzychu zomowcy pobili wielu górników i prawdopodobnie byli zabici. Lekarze są wstrząśnięci stanem rannych. W Warszawie pojawiły się ulotki: „Solidarność była, jest i będzie”.

Zomo2

Spotkałem w mieście Krzysztofa Solińskiego i zaproponowałem mu wydanie mojego zbioru erotyków pisanych dla Aliny w Kujawsko-Pomorskim Towarzystwie Kulturalnym, gdzie jest redaktorem. Spytał kogo bym widział jako recenzenta i odparłem, że cenię Andrzeja K. Waśkiewicza, co przyjął z uznaniem. Wygłosił te swoje malkontenckie uwagi, że poezja nie ma sensu, liczy się tylko język, słowo i dłubanie w nich bez końca. Od samego początku ten człowiek mnie odrzucał, szczególnie podczas spotkań literackich – wszystko w jego interpretacji jest do kitu. Spodobało mi się, gdy Siwiec powiedział mu, że zamiast pierwszej literze w alfabecie, lepiej byłoby zadedykować tom jakiejś pięknej dziewczynie. Po Solińskim to spłynęło, gładził swoją rudą brodę i patrzył niewidzącym wzrokiem w dal. Zapewne przenikał głębie istnienia i miał gdzieś nasz światek, wszak przyjaźni się z wielkim krytykiem Krzysztofem Nowickim, który też ma podobne podejście do świata. Kiedyś rozmawiałem z nim na ulicy Pomorskiej i podczas krótkiej wymiany zdań, zdążył powiedzieć mi, że pisanie właściwie nie ma sensu i on świadomie odstawia pióro. Soliński jednak pisze i wydaje swoje kolejne tomiki, a potem dedykuje je literom w alfabecie. Patrząc na niego i widząc jak stale skubie tę swoją brodę, miałem chęć doskoczyć do niego i wyrwać mu ją kłak po kłaku.

23 grudnia 1981 roku

Poszedłem dzisiaj z Błonia do Oszubskiego, starą drogą, którą przemierzałem wielokrotnie chodząc na basen przy ul. Nakielskiej. Dzielnica domków jednorodzinnych spokojna, żadnych milicjantów, zomowców, tylko prywatne samochody na podwórkach. Był straszliwy mróz i poczułem jak skóra na policzkach nabrała jędrności i ściągnęła się. Przy kanale zatrzymałem się na chwilę przy drzewach jarzębinowych, gdzie pożywiało się owocami stado pięknych gili. Tylko ze trzy razy w życiu mogłem obserwować te ptaki, więc teraz wykorzystałem okazję i stojąc nieruchomo, cieszyłem się ze spotkania z czerwonymi skrzydlatymi stworzeniami, które zapewne przyleciały do nas z Syberii albo Skandynawii. U Oszubskiego rozmawialiśmy o wszystkim i niczym, a na końcu pojawiły się analizy obrazów Albrechta Dürera, ze szczególnym uwzględnieniem jego autoportretów. Alicja, żona Oszubskiego, która pracuje w szpitalu, powiedziała, że przywieziono im już pięciu zomowców i żołnierzy samobójców. Widać oni też nie wytrzymują – skomentowałem te informacje. Cholera, podoba mi się ta jego żona i ona też zerka na mnie ciekawie, staram się jednak utrzymywać dystans. Po powrocie do domu słuchałem Wolnej Europy i takie oto wieści wyłowiłem z szumów i rządowych zakłóceń:

Jaruzelski spotkał się z 69 naukowcami polskimi i tłumaczył im dlaczego wprowadził stan wojenny. Episkopat Polski jest w ciągłym kontakcie z Lechem Wałęsą. Podobno Kościół uzyskał obietnicę poprawy warunków w miejscach internowania Polaków. Utworzono komitet Koordynacji Kontaktów Rządu z Lechem Wałęsą. Na jego czele stoi Jerzy Turowicz. Dziesięciu zatrzymanych księży zostało uwolnionych z aresztów. Biskup Dąbrowski zdementował pogłoskę o śmierci Mazowieckiego. Solidarności udało się przesłać na Zachód raport o sytuacji w Polsce. Mówi się w nim o tym, że w środę czołgi wdarły się na teren stoczni gdańskiej, a użyto ich też do stłumienia strajku we Wrocławiu, gdzie miało zginąć wielu studentów.

Portugalia zarządziła przerwanie połączeń dalekopisowych z ambasadą polską. Dziesięć państw zachodnich wyraziło protest wobec dławienia praw człowieka i praw obywatelskich narodu polskiego. Podczas mszy św. w Krakowie, w intencji ofiar Grudnia’70 i w jedenastą rocznicę tamtych wydarzeń, na tłumy wychodzące z kościoła kierowano strumienie wody z armatek zainstalowanych na budach ZOMO. Przy siarczystym, siedemnastostopniowym mrozie, na ubraniach natychmiast tworzyły się sople lodu. Robotnicy informują zachodnich dziennikarzy, że nakłania się pracowników Nowej Huty by wyrzekali się członkostwa w Solidarności. Alternatywą jest zwolnienie z pracy.

WYPRAWA KU ISTOCIE

zdjęcie po stronie przedtytułowej

Poezja bywa rodzajem ekstremalnej podróży, podejmowanej w jakimś momencie życia, w konkretnej sytuacji i ściśle określonym miejscu. W przypadku ludzi pióra, często przemieszczających się w świecie realnym, wiersz staje się też zapisem w dzienniku wyprawy, świadectwem przeżyć i przemyśleń, cząstką życia i drogi. Najlepsze teksty, inspirowane podróżami powstają, gdy w świadomości poety łączą się doznania zmysłowe i intelektualne, a zmieniające się obrazy domagają się kompensacji słownej. Wtedy jeden impuls, nagła refleksja, rozmowa z jakimś człowiekiem, albo otwieranie się szerokiej panoramy, mogą stać się zarzewiem wiersza i dłuższych ich ciągów, konstruujących nową książkę. Tak świadomość otwiera się na nową rzeczywistość, tak próbuje ją uporządkować w pamięci i stworzyć propozycję artystyczną, która w każdym czasie będzie świadectwem ruchu w przestrzeni i odsłaniania się piękna immanentnego, doświadczania ulotności i zwiewności świata. Ale przecież nie każda podróż przeobraża się w wyprawę poetycką, nie każda trasa generuje nowe utwory, imaginacyjne emblematy, znaki obecności i doświadczania wyjątkowości. To musi być autentyczne zauroczenie i przekonanie, że przeżywa się coś niezwykłego, co trzeba odzwierciedlić w słowie, zatrzymać na zawsze, ocalić od zapomnienia. Z takich pobudek powstawały wiersze Mickiewicza z podróży krymskiej 1825 roku, w takich okolicznościach tworzyli swoje wiersze włoskie Herbert i Miłosz, tak też opisywał Wenecję Josif Brodski. Za każdym razem powstawały utwory, które odzwierciedlały przestrzeń obcej krainy, a zarazem stawały się świadectwem tego, co poeta przeżywał, o czym myślał i jak odbierał swoją obecność w obcym świecie.

Barbara Orlowski jest poetką przede wszystkim trzech rzeczywistości – polskiej, bo urodziła się w Toruniu i wychowała w różnych regionach naszego kraju; niemieckiej, bo mieszka teraz w Krefeld i brazylijskiej, bo przez jakiś czas przebywała w okolicach Recife. Takie połączenie kontrastowych przestrzeni zaowocować musiało u autorki oryginalną twórczością, daleko wykraczającą poza literackie schematy. Wiersze napisane w Brazylii pełne są nostalgii i szlachetnego smutku, a zarazem stają się próbą twórczego ukazania miejsc egzotycznych, przetransponowania ich w tkankę poezji. Łatwo możemy wyobrazić sobie autorkę, stojącą nad brzegiem oceanu z lampką czerwonego wina, wpatrzoną w dal i wsłuchaną w siebie, odbywającą jakby podróż w drugą stronę – w głąb własnej osobowości. Dlatego pojawiają się tutaj pytania o istotę związków międzyludzkich, pytania o realność świata i ułudę wszystkiego, co człowiek stara się zbudować w swoim życiu. Pełne smutku są też wiersze greckie, powstałe w zjawiskowym, wyspiarskim kraju, ale mające w sobie jakiś antyczny tragizm, jakby pęknięcie przestrzeni, z której powoli wypływa krew. To są obrazy charakterystyczne dla Hellady, wyraziste i barwne, a przy tym odsyłające wyobraźnię do dramatów Sofoklesa, do dialogów Platona i żywiołów Empedoklesa. Symbolem Kanady mogłaby być w tej poezji Niagara, z jej skłębionymi wodami i energetyczną potęgą, ale w przecież w wierszach napisanych w tym kraju pojawia się ta sama nuta, co w lirykach brazylijskich i greckich – zaduma nad sobą i przepływem sił, opis realnej rzeczywistości, a zarazem nieustanne spoglądanie za siebie i wspominanie rozognionych chwil. W wierszach niemieckich pojawia się matka, którą „kocha za nic”, a przy tym staje się ikoną tej liryki, smutnym znakiem przemijania i wkraczania każdego życiorysu w nieodwracalność i ostateczność. Po drugiej stronie eschatologii lokować trzeba witalność żeńską, manifestowaną przez przywołanie jakże kobiecych elementów, czerwonych butów, aromatycznej szminki i sukni. A wszystko w perspektywie kosmosu, pojawiających się na niebie gwiazd i meteorytów, wytęsknionej miłości, czystej jak samo marzenie o niej.

W wierszach tworzonych w Niemczech – których jest tutaj przewaga – Orlowski ukazuje prawdziwą maestrię liryczną, swobodnie przechodząc od tematu do tematu, tworząc wariacje motywów, odnajdując swoje odbicia w powidokach przeszłości. Aforystyczna celność łączy się tutaj z pełnią metafory, wyłaniającej się z całego wiersza, jak kształt z mgły, a donośne słowa stają się kontrastem dla bolesnej ciszy. Warto też wsłuchać się w subtelne liryki portugalskie, w których tyle jest zmysłowej miłości, tyle uczuć elementarnych, a przy tym sporo cząstek przestrzennych i udane odwzorowanie świata pełnego słońca. Wiersze napisane we Francji, Anglii, Holandii i Belgii mają też swoją specyficzną aurę, docierają do istoty świata, dopełniają wcześniejsze wizualizacje, a zarazem stają się integralnymi propozycjami odczytania odmiennych rzeczywistości. Oczywiście najważniejsza jest i tutaj podróż wewnętrzna i przyglądanie się sobie w obliczu nowych wydarzeń, podglądanie reakcji w zmieniających się „dekoracjach”. Europejskość staje się ich wyznacznikiem, a zarazem rozmywa się w kosmopolityzmie wszystkich tekstów, bo Orlowski to obywatelka świata, podróżująca ogromnymi odrzutowcami, przemierzająca swym autem autostrady i ulice miast. Szczególnie brzmią też w tym kontekście wiersze amerykańskie, z przyrodą i nasyceniem barw Florydy, z nawiązaniami do Hemingwaya, a nade wszystko z bolesną samotnością pośród deszczowej nocy, ciepłego wiatru i szumu palm. Dla liryki Orlowski charakterystyczna jest zwiewność, zmysłowość i pełnia dookreślanych obrazów, jakby poetka nieustannie wpatrywała się z uwagą w oblicza świata i widziała więcej, niż widzą inni. Może dlatego tak często mówi się tutaj o łzach w oczach i zadumie nad upływającym czasem, może dlatego wciąż wspomina się żarliwą miłość i doświadczanie bliskości drugiej osoby.

Zarówno wiersze powstałe na Litwie, jak i w Polsce, orbitują wokół problematyki słowiańskiej, stają się wyznaniem wiary poetyckiej i afirmacja ojczystego języka. Noc Kupały może tu być obietnicą wielkiej odmiany, szczęścia, które nagle zawisło gdzieś w rewirach nieistnienia i chyba tylko skrzydła anielskie zdołałyby przenieść poetkę ku lipom miodem cieknącym, ku pachnącej żywicy i mięcie. W tych krótkich lirykach pojawia ekstrakt polskości (litewskość też pojmowana jest jako cząstka ojczyzny), a Bóg bywa partnerem w rozmowie – choć niewidzialny i milczący – staje się bytem wyczuwalnym w tkance i tętnie wiersza. Swoje wiersze poetka uporządkowała w cykle geograficzne, ale bez nazw pozostały wyprawy wewnętrzne, do głębi samej siebie, do przestrzeni intymnych, intuicyjnie wyczuwanych i wytęsknionych. I tak być musi, bo przecież poezja jest tajemnicą, którą ma zdekodować wrażliwy czytelnik – tajemnicą, która ekscytuje i rodzi się na obrzeżu znaczenia i metafory. Widać, że wiersze te pisała osoba dobra, kierująca się w życiu uczuciami – ale też osoba zraniona i stale wracająca myślą do chwil szczęścia. Dlatego jej wyprawy wyobraźniowe są próbą dotknięcia tego, co już przepadło, co znikło w oparach podeszłych lat, ale przecież naczelnym zadaniem poezji jest dotykać niedotykalnego, próbować uchwycić to, co nieuchwytne. Na pytanie jak przechować miłość, jak ją ocalić w sobie Barbara Orlowski odpowiada: wsłuchaj się w ciszę/ bez słowa…/ miłość cofnęła/ wskazówki zegara/ mówi cicho…/ dotyka czasem/ wyczarowuje zabłąkane marzenia/ maluje obrazy w wyobraźni/ milczy…/ jak kamienie przydrożne. To rada, a zarazem bolesne podsumowanie, wskazówka dla tych, którzy szukają uczuć najżarliwszych, a znajdują rozczarowanie i ból. Udało się autorce stworzyć książkę niezwykłą, podwójnie odwołującą się do motywu podróży, a jednocześnie ukazującą delikatność kobiecego wnętrza, pulsowania myśli, łez na poduszce i snów gorących nad ranem. Udało się dotrzeć do istoty samej siebie, istoty odwiedzanych miejsc i najtrudniejszej do określenia – istoty poezji, prawdziwej i żywej jak miłość.

MARÍA DE BUENOS AIRES

Sandra Rumolino - piękno, anielski głos i mistyka Maríi de Buenos Aires

Sandra Rumolino – piękno, anielski głos i mistyka Maríi de Buenos Aires

Wczoraj byłem na koncercie w Filharmonii Pomorskiej, w ramach pięćdziesiątego trzeciego Bydgoskiego Festiwalu Muzycznego. Artyści z Argentyny i Stanów Zjednoczonych, a także polscy wirtuozi i recytatorzy zaprezentowali słynną tango operitę María de Buenos Aires (1968) Astora Piazzolli i Horracio Ferrera. Publiczność źródłowo wprowadził w klimat kultury latynamerykańskiej i wskazał wagę tego dzieła, znany dziennikarz i translator Jarosław Gugała, a potem zaczęła się prawdziwa uczta muzyczna i duchowa. Utwór prezentuje historię prostytutki z Buenos Aires, która żyje intensywnie w świecie realnym, a przy tym orbituje stale ku przestrzeniom skaralnym i staje się multiplikacją Dziewicy Maryi. Zdumiewająca muzyka Piazzolli znakomicie współgra tutaj z surrealistyczną poezją Ferrera, jakby z ducha Federica Garcii Lorci i Rubéna Darío, zwiewną, delikatną, ale zawierającą też tony modernistyczne i niezwykłe, innowacyjne złożenia metaforyczne. Maria umiera i staje się zjawą krążącą po zaułkach i tawernach Buenos Aires, wyrażającą wielką ogólnoludzką tęsknotę za czystością i pełnią, symbolizowaną przez Matkę Chrystusa. Klimat latynoski stworzyła niezwykła muzyka, a także słowo przekazywane przez aktorów i dodatkowo pojawiające się na wielkim ekranie. Niewątpliwą gwiazdą bydgoskiej inscenizacji była Sandra Rumolino, jakby prawdziwa zjawa znad La Platy, jakby ucieleśnienie tanga i smutku dalekich przestrzeni, zapatrzenia w miłość, życie i śmierć. Ta piękna kobieta, zjawiskowo ukształtowana przez naturę i obdarzona wspaniałym głosem, świetnie współbrzmiała z amerykańskim tenorem Nathanem Grannerem. Nad całością przedsięwzięcia czuwał Krzysztof Meisinger, który zagrał też wszystkie partie gitarowe i prowadził muzyków Capelli Bydgostiensis wprawną ręką, z wyczuciem wszelkich niuansów tej skomplikowanej inscenizacji i aranżacji. Wzruszyłem się bardzo podczas tego wspaniałego koncertu i potwierdziłem w sobie wieloletnie życiowe pragnienie, by pojechać nad La Platę i przejrzeć się w jej toniach, spotkać się z ludźmi wielkiej wrażliwości i nieustannych poszukiwań odpowiedzi na podstawowe pytania naszej egzystencji. Choć koncert był długi, publiczność wymusiła oklaskami wspaniały bis argentyńskiej artystki, a mnie skóra cierpła z poruszenia, poczucia łączności z jej życiem i tajemnym, mistycznym, ulotnym jak mgły, światem Maríi de Buenos Aires.

KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (XVII)

Maugham_retouched

William Sommerset Maugham (1894–1965) należy do grona najwybitniejszych pisarzy angielskich dwudziestego wieku. Jego bogata twórczość charakteryzuje się niezwykłą przenikliwością i różnorodnością, a także zmiennością oryginalnych przestrzeni, w których rozgrywa się akcja poszczególnych utworów. Autor szybko stracił rodziców i był wychowywany przez krewnych, podejmując naukę w King’s School w Canterbury oraz na uniwersytecie w Heidelbergu, gdzie studiował literaturę, filozofię i germanistykę. Ostatecznie zdobył dyplom lekarski, ale nigdy nie podjął pracy w zawodzie, poświęcając się w pełni literaturze. Osiadł we Francji, gdzie leczył powikłania po gruźlicy, biedując i borykając się z licznymi problemami egzystencjalnymi. Dopiero opublikowanie sztuk teatralnych, które przyniosły mu wielki sukces, radykalnie odmieniło jego życie i pozwoliło wejść do brytyjskiej elity intelektualnej. Te kontakty zaowocowały także w inny sposób, bo zatrudniono go jako agenta wywiadu i wysłano w 1917 roku z misją specjalną do Rosji. Jako wywiadowca i cichy destruktor polityki wewnętrznej Kraju Rad się nie sprawdził, ale sporo wtedy pisał. W tym samym czasie poznał Amerykanina F. G. Haxtona, który został jego homoseksualnym partnerem aż do 1944 roku, kiedy to zmarł. Maugham był biseksualistą i oprócz kontaktów z przyjacielem, utrzymywał związek z projektantką wnętrz Maud Gwendoline Syrie Wellcome, która najpierw tolerowała jego przygody z mężczyznami, wyszła za niego za mąż i spłodziła z nim córkę Elizabeth Mary, ale po jedenastu latach nie wytrzymała tej dwoistości i rozwiodła się z pisarzem. W 1928 roku Maugham kupił dom na Riwierze Francuskiej, skąd odbywał liczne podróże po świecie, najpierw liniowcami parowymi, a potem samolotami, przywożąc za każdym razem bogaty materiał literacki i wspomnieniowy, tym bardziej, że wybierał egzotyczne zakątki świata. Zmarł w wieku siedemdziesięciu jeden lat i zażyczył sobie, by jego ciało skremowano, a prochy rozrzucono w rosarium przy Katedrze Canterbury, w hrabstwie Kent. Do chwili śmierci, na podstawie jego powieści, opowiadań i dramatów, zrealizowano trzydzieści pięć filmów, w których zagrało wiele gwiazd hollywoodzkich, między innymi Rita Hayworth, Joan Crawford, Bette Davis, Gloria Swanson, Greta Garbo, John Gielgud, Edward Norton, Sean Penn. Osiągnąwszy tak wielki sukces komercjalny, mógł Maugham wieść spokojne życie, tworząc nowe utwory i publikując je w najlepszych oficynach wydawniczych.

Samoa_PagoPago_Harbor_Samoa_NPS.rsz-768865

Pago Pago

Opowiadanie Maughama pt. Deszcz wymieniane jest pośród największych osiągnięć tego gatunku w literaturze światowej. Jego akcja rozgrywa się w Polinezji, a konkretnie, na spowitej w deszczu wyspie Tutuila, gdzie usytuowało się miasto Pago Pago. Wyspa i osada wchodzą w skład Samoa Amerykańskiego, archipelagu leżącego tuż przy linii zmiany daty, mającego przeszłość wulkaniczną. Bohaterowie opowiadania Maughama płyną statkiem do Appi, stolicy Samoa Zachodniego, ale z powodu epidemii cholery muszą zatrzymać się w Pago Pago, które na początku dwudziestego wieku jest jeszcze niewielką mieściną z kilkoma budynkami użyteczności publicznej i dość chaotyczną zabudową mieszkalną. Misjonarska para Davidsonów i małżeństwo MacPhailów zapoznaje się na statku i z konieczności musi ze sobą spędzać też wiele czasu na lądzie, z powodu przymusowego postoju. Alec MacPhail jest lekarzem, a Alfred Davidson należy do elity misjonarskiej świata, przepełniony poczuciem misji i głęboko wierzący, że Bóg kieruje każdym jego krokiem. Pomiędzy mężczyznami dochodzi do kontrowersji na tym punkcie, gdyż doktor jest liberałem, a duchowny chce radykalnie wpływać na obyczaje i wierzenia krajowców. Żony są tutaj tylko tłem dla rozgrywek pomiędzy mężczyznami i w opowiadaniu występują ledwie pod nazwiskami, bez imion, prezentują też najczęściej postawę bierną, a ożywiają się tylko w sytuacjach, gdy muszą opowiedzieć się po stronie swoich partnerów. Maugham wspaniale komponuje dialogi pomiędzy nimi, choć nie stroni od soczystych opisów wysp Oceanii: Wąski pas srebrzystego wybrzeża przechodził raptownie w wysokie zbocza, porosłe bujną roślinnością. Palmy kokosowe, tworzące zieloną gęstwinę, schodziły prawie nad wodę. Wśród nich widniały chaty samoańskie z trzciny. Tu i ówdzie bielał kościółek. (W. Somerset Maugham, Deszcz, Warszawa 1967, tłum. Janina Sujkowska, s. 5) Jak refren wracają opisu deszczu, który bywa w tej części świata bardzo gwałtowny, rzęsisty i może depresyjnie wpływać na usposobienie ludzi. Pora deszczowa zmusza bohaterów do przebywania w pokojach na piętrze, które im wynajmuje drobny kupiec Horn, ale ich spokój jest stale zakłócany przez Sadie Thompson, dziewczynę, która przypłynęła wraz z nimi i natychmiast zaczęła przyciągać do swojego pokoju żądnych uciech marynarzy i podróżnych.

Rain cover.AmazonBooks_-horz

Dla rozmodlonego misjonarza Davidsona i jego purytańskiej żony nie do przyjęcia są nieustające zabawy przy gramofonie, głośne krzyki, śpiewy i innego rodzaju odgłosy. Choć doktor MacPhail próbuje łagodzić sytuację, to jego żona i pani Davidson stają po stronie duchownego i swoimi komentarzami popychają go do rozwiązań radykalnych. W końcu zbiega on na dół, przewraca patefon i terroryzuje licznymi groźbami dziewczynę, która początkowo nic sobie z tego nie robi. Przenikliwość mężczyzny jest jednak ogromna, a repertuar jego chwytów, wyćwiczony w poprzednich miejscach pracy misjonarskiej, szybko zmienia sytuację. Davidson domyśla się, że dziewczyna uciekła z domu poprawczego w San Francisco i utrzymuje się z prostytucji, ani myśląc o zmianie sposobu życia. Maugham ukazuje ten konflikt jako konfrontację dwóch postaw i dwóch strategii działania, spośród których jedna okazuje się chybiona, a druga – choć wydawać by się mogło od samego początku skazana na porażkę – triumfuje. Dziewczyna, zastraszona przez misjonarza, udaje przed nim, że się ukorzyła i zgadza się wrócić do San Francisco, by odbyć tam karę więzienia. On, nie podejrzewając podstępu starego jak świat, chodzi do niej coraz częściej, modli się za nią i ewangelizuje ją coraz gwałtowniej. Może ten spektakularny sukces – w który wierzy bezdyskusyjnie – powoduje, że odrzuca dotychczasowe obostrzenia moralne i coraz bardziej zbliża się do dziewczyny. Choć Maugham prezentuje go jako człowieka konkretnego, rygorystycznie realizującego swoje założenia, a nade wszystko uduchowionego i owładniętego manią sprowadzania na dobrą drogę tych, którzy w życiu pobłądzili, to finał jest zaskakujący. Pewnego ranka przygodni Polinezyjczycy znajdują na plaży ojca Davidsona z gardłem podciętym od ucha do ucha i brzytwą w dłoni. Samobójstwo widać było jedynym wyjściem dla złowieka, który pragnął krzewić wiarę i postępować zgodnie z nakazani ewangelicznymi, a przegrał w konfrontacji z tanią dziwką, dziewczątkiem urodziwym, ale pustym jak łupina kokosowego orzecha. Jej komentarz na końcu opowiadania nie pozostawia wątpliwości do czego doszło w pokoju Sadie Thompson: Wy, chłopy! Wy, wstrętne świnie! Wszyscy jesteście jednakowi! Świnie! Świnie!

Dom w Pago Pago, w którym zamieszkała Sadie  Thompson

Dom w Pago Pago, w którym zamieszkała Sadie Thompson

Maugham nie był jedynym pisarzem, który odwiedził wyspy Samoa, bo przecież ostatnie lata życia spędził tam Robert Louis Stevenson, który został tam też pochowany u stóp Mount Vaea. Podczas II wojny światowej, podczas walk na Pacyfiku, przebywał tam też wielki pisarz amerykański James A. Michener, który swoje wrażenia i refleksje wykorzystał w zbiorze pt. Opowieści południowego Pacyfiku (1947). Maugham popłynął na Samoa z Honolulu parowcem Sonoma, a w podróży tej towarzyszył mu jego homoseksualny partner Haxton. Był to rok 1920 i to właśnie im przydarzyła się kwarantanna w Pago Pago, wykorzystana potem jako oś opowiadania o triumfie prostytutki nad pruderyjnym misjonarzem. To miała być romantyczna podróż kochanków na Tahiti, ale zagrożenie cholerą spowodowało, że musieli zatrzymać się na spowitej w deszczu wyspie Tutuila. Opowiadanie angielskiego pisarza od samego początku zafascynowało czytelników i stało się szybko kanwą trzech filmów. Byli też tacy, którzy zarzucali autorowi naciąganie faktów i demonizowanie męskiego popędu, dla którego nie ma żadnych barier. Odbierano je też jako zjadliwą krytykę działalności misjonarskiej, która często przeradzała się w ciąg haniebnych podstępów i lokalnych wojen. Triumf Sadie nad Davidsonem został tak plastycznie i wiarygodnie opisany, że wywołał ogromną dyskusję natury religijnej. Pytano o sens ewangelizacji w kontekście pierwotnych instynktów ludzkich, a szczególnie zachowań seksualnych ludów pierwotnych, wspólnot plemiennych, żyjących przez tysiąclecia w krainach odciętych od świata. Wytworzyły one własne techniki erotyczne, jakże odmienne od tego, co proponowali misjonarze z Zachodu, nie stroniące od innowacji i zabaw pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Te zwyczaje opisał dogłębnie wspaniały polski antropolog Bronisław Malinowski w swoich źródłowych pracach, przede wszystkim w dziele Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji (1929). Choć prace te dotyczyły zachowań i zwyczajów mieszkańców Wysp Trobiarandzkich, to leżą one mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co wyspy Samoa i erotyka rdzennych mieszkańców tego archipelagu była podobna. Pastor Davidson krytykuje zawzięcie te zachowania, w czym wtóruje mu przekonana o jego świętości żona. Wszystko wszakże zostaje zburzone przez seksapil Sadie Thompson, a duchowny, nie mogąc znieść swego – jak to nazywa dziewczyna – ześwinienia, w drastyczny sposób odchodzi z tego świata, uznając, że wieczne potępienie będzie karą stosowną do jego przewiny.

« Older entries

%d blogerów lubi to: