MIŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ W CZASACH HUNWEJBINÓW

Gdyby Wang Xiaobo żył dłużej, w roku 2020 miałby sześćdziesiąt osiem lat i może cieszyłby się międzynarodową sławą największego współczesnego pisarza Kraju Środka. Niestety, po śmierci w 1997 roku, przeżywszy niepełne czterdzieści pięć lat, musi zadowolić się określeniem „czarny koń” literatury chińskiej i zdawkowymi informacjami na temat jego biografii. Wiemy zatem, że urodził się i zmarł w Pekinie, ale w drugim roku rewolucji kulturalnej (1968), jako przedstawiciel „młodzieży inteligenckiej” zesłany został na wieś do prowincji Junnan, a potem Szantung. W 1972 roku uzyskał zgodę na powrót do stolicy, gdzie znalazł zatrudnienie w fabryce, a potem podjął studia ekonomiczne w Chińskim Uniwersytecie Ludowym i kontynuował je na Uniwersytecie w Pittsburghu. Uzyskany tam tytuł magistra dał mu podstawy do tego, by podjąć pracę wykładowcy na Wydziale nauk Społecznych rodzimej uczelni, a potem – od roku 1992 – stać się niezależnym pisarzem, utrzymującym się z honorariów za wydawane książki, które nieomal natychmiast tłumaczono na języki obce. Zagraniczni autorzy not biograficznych w książkach Wanga podają, ze zyskał on sławę w Chinach jako kronikarz mrocznych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, co nie spodobało się szykanującym go władzom i zapewne przyczyniło się do przedwczesnej śmierci na zawał serca. Można zatem powiedzieć, ze zabiła go ambiwalencja rządzących, którzy od czasów Deng Xiaopinga i jego dojścia do władzy w 1978 roku, zgodzili się na zaproponowany nowy kurs i otwarcie Chin na świat, ale jednocześnie – mimo oficjalnego potępienia rewolucji kulturalnej i krytyki dorobku Mao Zedonga – wciąż tęsknili za wielkim przywódcą. Skromny, inteligentny Deng nie mógł zrekompensować utraty ojca narodu, którego wizerunek wciąż reprodukowano na banknotach, któremu stawiano monumentalne pomniki, którego portret stale wisi u wejścia do Zakazanego Miasta. Ten symbol wstecznictwa i zacofania, jakże kontrastujący z rozmachem współczesnych Chin, wciąż przypomina, że to wielkie państwo potrzebuje symboli i czeka na ludowych mesjaszy, którzy popchną społeczeństwo na wyższe tory komunizmu. Na szczęście reformy Denga spowodowały powstanie nowego społeczeństwa, ze znakomicie wykształconą kadrą naukowo-techniczną i biznesową, co z kolei przełożyło się na prawdziwą eksplozję w zakresie budownictwa, transportu i produkcji luksusowych dóbr. Tak powstało państwo, w którym swobodnie rozmawia się o polityce i ekonomii, ale nie wolno krytykować rządu, który decyduje o drogach rozwoju i rozprzestrzenia kult Mao, którego socrealistyczny grobowiec z zabalsamowanym ciałem, okrytym granową flagą z sierpem i młotem, wciąż znajduje się na Placu Niebiańskiego Spokoju.

Wang Xiaobo – pisarz

Przez dziesiątki lat w Chinach nie mówiło się o seksie, a jedynie nawiązywało się do niego w aluzjach, poezji, tendencyjnej prozie i propagandowych filmach. Pojawienie się zatem pisarza, który mówił wprost o miłości cielesnej, a przy tym ukazywał brudne zakamarki Pekinu, śmierdzące ubikacje i śmietniska, zdezelowane fabryki i dziwacznych funkcjonariuszy systemu, było nie na rękę władzy, mającej wszędzie swoich tajnych agentów i podskórnie moderującej zachowania ludzkie. Pisarz we współczesnych Chinach mógł wybrać dwie drogi – albo wyemigrować i przeciwstawić się władzy, jak Gao Xingjian lub rozwijać swój talent w obrębie systemu, jak Mo Yan. Wang Xiaobo wybrał trzecią drogę, publikując utwory, w których była spora doza ironii, ale też jakby podskórne idealizowanie kraju, w którym jednostka mogła zyskać niezależność w obrębie zamkniętego, stworzonego przez siebie świata. Miłość w czasach rewolucji to powieść będąca swoistym eksperymentem narracyjnym, w którym sam autor i jego alter ego Wang Er, toczą wiele walk, ironicznie komentują zdarzenia, a nade wszystko obserwują samych siebie, szczególnie w chwilach erotycznych uniesień. W takim kontekście – jak podpowiada narrator: To książka o pożądaniu. Pożądanie ma własną siłę napędową, niekiedy jednak swobodne zachowanie jest zabronione, co niezwykle komplikuje sprawy. Na przykład, na północ od mojego domu znajduje się Pałac Letni, ale gdyby nie istniał kierunek północny, wtedy mógłbym iść wyłącznie na południe i dopiero po przejściu bieguna południowego i północnego, po czterdziestu tysiącach kilometrów, dotarłbym do pałacu. To właśnie usiłuję powiedzieć. Ludzie naprawdę potrafią wszystko wyrazić zawoalowanymi aluzjami i dotyczy to również pożądania. Dlatego jego źródłem mogą być najmniej godne zaufania rzeczy. Choć autor relacjonuje własne przeżycia, choć nawiązuje do konkretnego życiorysu, to istotą jego powieści jest diagnoza ludzkich zachowań i Chin, w których przyszło mu dojrzewać. To był czas rewolucji kulturalnej, podczas której wywlekano kułaków i inteligentów i wleczono ich po ulicach w komicznych czapkach z papieru – czas ekspansji młodzieńczej głupoty i szalejącej jak zaraza myśli przewodniczącego Mao, który bezwzględnie wykorzystywał rozgorączkowane umysły do walki politycznej. Dochodzili wtedy do głosu hunwejbini, niszczący kulturę i sztukę, pogardliwie odnoszący się do nauki, uciekający się do szantaży i oszustw, a i często zabijający swoich oponentów. Najbardziej radykalna i wpływowa była Czerwona Gwardia i to ona wywlekła ojca Wanga Era z domu, a potem prowadzała go po kampusie jako wroga ludu i wstecznika rewolucji. Wykorzystywani do rozgrywek politycznych lokalnych sekretarzy partyjnych, czuli się bezkarni i z lubością wykrzykiwali sentencje Mao, z jego czerwonej książeczki.

Bohater powieści Wanga Xiaobo mógłby pójść innymi drogami i stać się opozycjonistą na emigracji, jak na przykład chiński laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2010 roku, dramaturg i prozaik Liu Xiaobo, o którym mówi się, że stał się sumieniem Chin po masakrze na Tienanmen. Jednak młody mężczyzna z omawianej tu powieści idzie inna drogą, próbując rozsadzić system sobie tylko znanymi sposobami – najpierw eksperymentując z ledwie przeczuwanym uczuciem homoseksualnym do przyjaciela z pracy, potem bawiąc się elementami sadyzmu i masochizmu w swoich działaniach (pobicie przyjaciela i erekcja w trakcie tego zdarzenia). Dalej – obserwując siebie w relacjach z piękną hunwebinką X Haiying, zatruwającą mu myśli ideologiczną papką, ale – koniec końców nie mogącą stłamsić w sobie kobiety i wciągającą go do łóżka. Ta piękność w zdezelowanym mundurze ma być jego sekretną policjantką i sprawować nadzór nad rozwojem politycznym, ale wspólna droga do komunizmu przeradza się w owo – wskazane we wstępie – „pożądanie”, któremu nawet ona nie potrafi się przeciwstawić. Wang Er próbuje eksperymentować seksualnie z poznaną studentką (Była męcząca, denerwująca i nienawidziłem jej. Ale później bardzo ja kochałem. To pokazuje, że nienawiść i miłość są jednak nierozdzielne.) ale niewiele z tego wychodzi, chociaż pocałunki, dotykanie piersi i przytulanie się do siebie, daje mu podstawy do prowadzenia zaawansowanej gry miłosnej z funkcjonariuszką systemu. Przez kilka lat godzi się na poniżanie i deprecjonowanie swojej wartości, ale wciąż śni o tym, że ją gwałci, bije, morduje i odwdzięcza się w ten sposób za zniewagi. Triumfuje, gdy X Haiying rozbiera się i zmusza go do uprawiania seksu, stale wyposażając wszystko w ideologiczny kontekst i właśnie wtedy jego „stalowy” penis staje się prawdziwym narzędziem odwetu. Kobieta nienawidzi go jako ofermę klasową, ale nie potrafi bronić się przed rozkoszą, którą daje jest stuprocentowy, jakże męski i chropawy Er. Tak akcja powieści z planów miejskich, fabrycznych i biurowych przenosi się do domu dziewczyny, w którym czują się bezpieczni i mogą uprawiać zakazany seks do woli. Niestety bariera jest zbyt duża i X Haiying po każdym zbliżeniu wraca do swojej roli, bezlitośnie kpiąc z Wanga i szukając pretekstu by go srodze ukarać. Jeśli tego nie robi, to tylko dlatego, że potrafi docenić jego męskie walory i nie wyobraża sobie, że mogłaby uprawiać seks z innym mężczyzną. Niestety nie wie, że jego sprawność ma podłoże sadystyczne, a kolejne przyspieszenia i szczytowania podczas stosunków są jak zabicie odwiecznego wroga i zmasakrowanie jego podłych szczątków. (Kochanie się z nią wymagało brutalności, odrobiny żądzy mordu).

Edukacja seksualna Wang Era idzie w parze z jego życiową przebiegłością, która koniec końców doprowadzi go do poznania kobiety, którą poślubi i pociągnie za sobą na studia do Stanów Zjednoczonych. Indoktrynowany przez agentkę systemu Mao, wychodzi cało z tego starcia, przede wszystkim za sprawą swojego wywrotowego charakteru i chęci eksperymentowania ze światem i sobą. Tylko taka postawa pozwala mu przetrwać zbliżenia z funkcjonariuszką, która przy nim powoli traci rozeznanie w hałaśliwym świecie hunwejbinów i wrogów klasowych. Jeszcze rzuca obelgi na Era – Za każdym razem, gdy się kochaliśmy, X Haiying mówiła, że jestem draniem, diabłem, złym nasieniem, wyzywała mnie jak psa. Oto mądrość czasów rewolucji z wyższej półki. Jeszcze próbuje go zadenuncjować, poniżyć, ale, gdy sama staje się obiektem donosu i cała fabryka zaczyna mówić o jej romansie z przerażająco brzydkim mężczyzną, godzi się z porażką i znika z jego życia. Wang Er widzi siebie jako cierpiącego na hemoroidy malarza, marzącego o wielkiej artystycznej karierze, ale borykającego się z problemami, jakie niosą czasy rewolucji kulturalnej. Widząc wszechobecną nienawiść, postanawia walczyć z nią tak, by funkcjonariusze systemu, nie zorientowali się, że jest kimś na kształt duchowego i cielesnego dysydenta. Z pokorą znosi obelgi i intrygi X Haiying, która jednak broni go na wiecach, przedstawiając jako, niegroźnego fajtłapę, a potem z nawiązką odbija sobie wszystko, gdy dominuje nad nią w łóżku i zaspakaja jej wyszukane fantazje erotyczne. Trudno się dziwić, że pisarstwo Wanga Xiaobo nie podobało się ówczesnym władzom chińskim, dążącym do radykalnej unifikacji społeczeństwa i wtłoczenia jednostek w tryby wielkiej machiny, pędzącej do przodu jak szybka kolej i nie dbającej o tych, którzy nie wytrzymali tempa. Po latach pisarz rozprawił się z nimi aluzyjnie w szkicu pt. Przyjemność myślenia, odnosząc swoją wypowiedź do hipotetycznego kolegi: Kilka lat temu, zaraz po tym, jak wyszedłem z ciszy i napisałem książkę, dałem ją starszemu znajomemu. Nie spodobała mu się. Uważał, że nie powinno się pisać w ten sposób. Według niego książki powinny edukować ludzi, uwznioślać ich dusze. Z pewnością przemawiała przez niego sama mądrość. Jednakże spośród wszystkich mieszkańców tego świata tym, którego duszę pragnę uwznioślić najbardziej jestem ja sam. Jest punkt widzenia całkowicie nikczemny i zupełnie egoistyczny, lecz absolutnie szczery. Paradoksalnie owa nikczemność i egoizm pozwoliły stworzyć kontrapunkt w kontaktach z ludźmi czasów rewolucji kulturalnej i pokonać tę, która miała nadzorować jego kształtowanie ideologiczne. Nie ona jedna legła w konfrontacji z „pożądaniem” i poddała mu się jak wiele kobiet przed nią i po niej, przegrała w ramionach Era, choć po latach okazało się, że były to jej i jego największe zwycięstwa.

Hiperrealistyczne obrazy ilustrujące tekst są autorstwa artysty, który nosi takie samo imię i nazwisko jak pisarz – Wang Xiaobo. Może to znaczący pseudonim, może pokrewieństwo, trudno dociec – autorowi nie udało się znaleźć w Internecie wiarygodnych informacji na ten temat.

* * *

Żałobny, krystalicznie czysty głos synogarlic zatrzymał mnie na środku cmentarza, tuż przy wielkim krzyżu z realnie odwzorowanym ciałem Chrystusa. Ptaki żywo pokrzykiwały, gruchały raz po raz miłośnie, ale najdłużej słychać było tajemnicze hukanie uhu uhu uhu… Spojrzałem ku zielonym koronom drzew i zacząłem przesuwać się w stronę bocznej alei, prowadzony przez coraz intensywniejsze ptasie głosy. Tuż za wielkim, rodzinnym grobowcem z czarnego, polerowanego granitu, zauważyłem dwie ruchliwe sierpówki, manifestujące swoją obecność na grubym konarze starego kasztanowca. Samiec podnosił głowę, nadymał gardło i gruchał w uniesieniu, raz to obracając się wokół własnej osi, raz to podbiegając szybko do partnerki i ocierając się dziobem o jej szyję. Ona niby odrzucała jego zaloty, ale szybko znowu się przybliżała i pohukiwała żałośnie uhu uhu uhu… On nie zrażał się tymi odsunięciami i wciąż odgrywał swój taneczny spektakl, coraz bardziej przybliżając się i przytulając do niej. Nagle głosy ucichły, samica zastygła w bezruchu, nadstawiając się ku niemu i unosząc lotki na ogonie, a on w mig to zauważył, uderzył dwa razy piórami w powietrzu, uniósł swoje ciało i usadowił się delikatnie na niej, trzepocąc gwałtownie skrzydłami. Akt miłosny trwał kilka sekund, samiec zgrabnie zeskoczył z partnerki, podreptał kilka kroków, po czym powrócił i przytulił się ku niej z czułością. Patrzyłem w uniesieniu na sine ptaki i świetlista łza spłynęła mi po prawym policzku, przeniosłem wzrok na czarny grobowiec znanego w mieście rzeźbiarza i pomyślałem, że gdyby wciąż żył, może wyrzeźbiłby dwie synogarlice z kararyjskiego marmuru, przytulone do siebie, jakże samotne i jakże sobie bliskie. Nie mogłem dłużej powstrzymać łez i zapłakałem serdecznie, moje serce przyspieszyło gwałtownie, a płuca raz po raz nabierały chłodnego, porannego powietrza. Byłem zdruzgotany i zarazem pokrzepiony, rozczulony sceną miłości ptaków, zmartwiony smutkiem, który krzewił się we mnie coraz gwałtowniej. Synogarlice znowu zahukały i nagle odrywając się od konaru, cisnęły z karku ku górze delikatne czarne sierpy, poleciały gdzieś w dal cmentarnej gęstwiny, niknąc w niej bezgłośnie. Po chwili z daleka dobiegać zaczęło przytłumione pohukiwanie i byłem pewien, że to głos Boga, ustalającego odwieczny rytm natury, tykanie zegarów czasu i przestrzeni, potwierdzających jaskrawą świętość istnienia i głuchą nieodwracalność umierania.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (13)

Suzie Quatro

Zanim Norman zaczął kupować płyty winylowe takich zespołów jak Black Sabath, Led Zeppelin, Uriah Heep, fascynował się głosem i występami wrzaskliwej Suzie Quatro. Prawdziwie też kochał się w niej i wszystkie jego młodzieńcze spazmy jej były poświęcone, nie mówiąc już o samotnych samogwałtach, w trakcie których tulił się do niej, całował ją i pieścił bez ustanku. Miał już wtedy pierwszą dziewczynę, taką łatwą kurewkę Tereskę, starszą od niego o kilka lat, zawsze gotową iść z nim w krzaki za blok albo do domu, gdy starzy wychodzili do pracy. Dziewczyna była dziwaczna, ale kochała go szczerze i miała nadzieję, że jak trochę dorośnie, zostanie jej jedynym facetem. Na razie zdradzała go czasami z innymi chłopakami, szczególnie, gdy ją zadręczał opowieściami o Suzie i wymuszał na niej tandetne stylizacje a la Quatro, takie same jak na kolorowych fotografiach w niemieckim piśmie „Bravo”. Tereska musiała tapirować sobie długie włosy i przerzedzać grzywkę, malować usta czerwoną pomadką, a nawet ubierała się w srebrzyste, połyskujące spodnie, skóropodobne kostiumy, sweterki z cekinami i krótkie kurtki w jaskrawych kolorach. Wtedy Norman był zachwycony i przewalał się z nią w łóżku, a z kasetowego magnetofonu dobiegały wciąż krzyki dzikiej Suzi. Podczas jednego takiego spotkania dziewczyna wpadła w szał, podrapała go i pogryzła, a potem z wrzaskiem wyskoczyła z łóżka i pobiegła nie wiedzieć gdzie. Stało się tak, bo Norman kochając się z nią, wciąż wpatrywał się w rozkładówkę „Brava”, na której Suzie ubrana była w czarny skórzany kostium, a na szyi miała coś na kształt obroży, nabijanej ćwiekami. Norman miał wtedy kundla, którego nazwał z knajacką fantazją „Spierdlaj” i teraz, gdy skończył pierwszą „akcję” z Tereską, spojrzał na leżącą przy łóżku smycz  „Spierdalaja”, sięgnął po nią i udając, że przygarnia kochankę do siebie, zaczął zakładać jej to paskudztwo, śmierdzące straszliwie i oblepione psią śliną. Dziewczyna w pierwszej chwili uśmiechnęła się do niego, ale jak wyczuła zapach psa, skoczyła w górę jak oparzona i zostawiła mu bolesne pamiątki na wiele dni.

Norman wściekły i przybity, poszedł do piwnicy i spił się tam z rudym Faszystą, którego najbardziej lubił z wszystkich chłopaków w bloku, tym bardziej, że zawsze w jego komórce stał wielki gąsior z winem domowej roboty.

– Kurwa, tylko chciałem zobaczyć jak by wyglądała…? – powiedział i zapalił następnego Sporta.

– Nie przejmuj się bracie… ona ciebie kocha… Tylko musisz uważać na Pepegę… bo już dwa razy ich razem widziałem… – odezwał się Faszysta.

– Co ty pierdolisz…? Ona jest tylko moja… Tak jak Suzie… – Obruszył się Norman – Codziennie ją bzykam, a czasem nawet trzy razy pod rząd…

Suzie Quatro i Len Tuckey na scenie

Chłopaki pociągnęli jeszcze sporo wina, po czym wyszli z piwnicy na podwórko i usiedli na ławce, przy klatce schodowej Normana. Alkohol zrobił swoje i nieomal od razu przysnęli oparci o siebie. Mijający ich dorośli kiwali z dezaprobatą głowami, a kulawy blokowy chciał nawet ruszyć na milicję, ale akurat zawołała go jedna z sąsiadek, więc chcąc, nie chcąc, wszedł do pierwszej klatki i wspiął się na trzecie piętro. W głowie Normana zaczął się właśnie koncert, tak realistyczny, jakby rzeczywiście miał miejsce tuż przy naszym bloku. Wszędzie migały kolorowe światła, a na nieco oddalonej scenie, Suzi podskakiwała rytmicznie i śpiewała ochrypłym głosem: I’m a red-hot fox. I can take the knocks/ I’m a hammer from hell. Honey, can’t you tell?/ I’m the wild one. Yes, I’m the wild one/ I’m a touched-up freak on a winning streak. Patrzył na nią w uniesieniu, ale po chwili przeraził się, gdy senne obrazy zafalowały, a twarz piosenkarki wydłużyła się i przybrała lisi kształt. Jakiś wielki, czarny młot uderzał we fioletowe skały, tryskały snopy iskier i pojawiało się przy nich wiele demonów z lisimi, wilczymi twarzami i wielkimi rogami. Suzi zmieniła się w Tereskę z psią smyczą na szyi, straszliwie fałszującą: I’m a blue-eyed bitch and I wanna get rich/ Get out of my way ’cause I’m here to stay/ I’m the wild one. Yes, I’m the wild one/ Well it ain’t no use. Turn me loose… W tym momencie zza jej pleców wysunął się potężny mężczyzna z wilczą twarzą i powtórzył jak echo: More…more…I can’t keep score…Yeah!/ Well it ain’t no use. Turn me loose/ More…more…I can’t keep score. Przez chwilę Norman stracił orientację, ale zaraz wróciła senna świadomość i zrozumiał, że to Len Tuckey, basista Suzie, którego nienawidził od samego początku, podejrzewając go o romans ze swoją idolką. Wizja była tak realna i przerażająca, że Norman przebudził się gwałtownie,  skoczył na równe nogi i zaczął okładać powietrze, bełkocząc coś bez sensu. Nie było już przy nim Faszysty, ale przy ostatniej klatce drugiego bloku zobaczył Pepegę, rozczesującego zapamiętale długie włosy wielkim, żółtym grzebieniem.

Pepega był jednym z najsłabszych chłopaków na podwórku i często dostawał od nas niezasłużony łomot, a ulubionym zajęciem najsilniejszych członków wspólnoty było kopanie go w dupę. Dopiero po szesnastych urodzinach zaczął się stawiać, zapuścił długie włosy, zaczął też handlować winylami znanych zespołów i szybko znalazł kilku silnych obrońców. Teraz stanął przed klatką i patrzył zdumiony na Normana, biegnącego do niego chwiejnym krokiem i wykrzykującego coś niezrozumiale. Dopiero, gdy znalazł się jakieś dwadzieścia kroków od niego, usłyszał wyraźnie:

– Tuckey…!!! Ty bucu… odczep się od Suzie, bo cię zabiję…– wrzeszczał bez opamiętania zbliżający się chłopak.

Nagle z klatki wyszła Tereska, położyła rękę na ramieniu kolegi i dramatycznym głosem ostrzegła go:

– Pepe…!!! Uciekaj, bo on jest pijany…!!!

Ślub Suzie i Lena

Norman spostrzegł, że przy znienawidzonym basiście stanęła Suzie Quatro, więc z jeszcze większa furią natarł na chłopaka. Nagle też, nie wiadomo skąd, pojawił się „Spierdalaj” i chrapliwym głosem zaczął obszczekiwać przeciwnika Normana. Ten zamachnął się szeroko i myślał, ze trafi w głowę Tuckeya, ale Pepega przytomnie postąpił do przodu dwa kroki, więc napastnik stracił równowagę i padł na ziemię. „Spierdalaj” zawył boleśnie i natarł na przeciwnika, ale jeden zdecydowany ruch nogi odsunął go na bok.

– Tuckey, ty gnoju…!!! Mówię ci, odwal się od Suzi…! – charczał i sapał Norman – Odwal się od niej, bo dostaniesz kosą pod serce…

Ledwie to z siebie wydusił, sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów i wydobył z niej sporych rozmiarów nóż. Nacisnął owalny, niklowany guziczek i ostrze wyskoczyło natychmiast, połyskując jaskrawo w słońcu.

– Pepe… zwiewamy…! – krzyknęła Tereska i popchnęła kolegę przed siebie – on chyba zwariował…!!!

– Uchlał się i nie wie, co gada… – powiedział Pepega, kopiąc ostatni raz „Spierdalaja” w tyłek.

Norman upadł na ziemię i przekrwionymi oczyma patrzył jak umyka jego marzenie – Suzie i Len szybkimi krokami oddalali się od niego, kierując się za sąsiedni blok. Z drugiej strony, kulejąc i sapiąc, zmierzał w jego stronę blokowy, prowadzący dwóch barczystych milicjantów. Dalszy ciąg tej historii był dość smutny, bo Norman po raz pierwszy znalazł się w Izbie Wytrzeźwień, a jego dziewczyna ostatecznie zostawiła go i związała się z Pepegą. Niebawem też gruchnęła pośród wspólnoty wieść, ze Suzi Quatro wyszła za mąż za basistę ze swojego zespołu. Norman nie chciał w to wierzyć, ale jak zobaczył w nowym numerze „Brava” zdjęcia ze ślubu, podarł je, wyrzucił wszystkie płyty i kasety krzykliwej piosenkarki i zaczął interesować się tylko męskimi grupami rockowymi.

 

 

CZARNY NEFRYT (8)

Słońce powoli zachodziło, tworząc na niebie różnokolorowe pasy, plamy i zakrzywione ostrza. Ai wędrował przez góry, kierując się do rodzinnej wsi. Piął się stromymi ścieżkami na zbocza i szybko schodził w doliny. Czasem zatrzymywał się na jakiejś przełęczy i patrzył w dal, na wspaniały kraj Qin, ciągnący się daleko za horyzont, sięgający szczytami nieba, pełen cudownych dolin, jezior i rzek, kolorowych ptaków i rdzawych antylop, koziorożców na turniach i tygrysów w lasach, niedźwiedzi panda w bambusowych zaroślach i wzorzystych węży pośród traw. Panem tego wszystkiego był król, który przybrał tytuł Pierwszego Cesarza. Wstąpił na tron po swoim ojcu Czuang Siangu, w wieku trzynastu lat i godził się, by królestwem długo władał Liu Pu-wei, potężny konkubent jego matki. Potem jednak wygnał go ze stolicy, a spłodzone dzieci, swoich przybranych braci, kazał wymordować. Ai przystanął na wielkiej półce skalnej, wysuniętej nad przepaść, popatrzył na żółtą brzoskwinię słońca i zamyślił się nad światem, który nie wiadomo kiedy powstał. Nie bardzo wierzył w opowieści o Hun-tunie, mitycznym ni to zwierzęciu, ni bukłaku na wodę, utożsamianym z pierwotnym chaosem. Stwór ten wyglądał dziwacznie, jak skrzyżowanie kilku zwierząt, nie lubił ludzi dobrych, a łasił się do złych. Jedni mówili, że mieszkał na Niebiańskiej Górze, gdzie tańczył, grał na instrumentach i śpiewał, a inni przedstawiali go jako beztalencie, takie samo jak inne demony. Świat powstał w ciągu siedmiu dni i może rzeczywiście wyłonił się z chaosu, z którego powstały też bóstwa Yin i Yang. To pierwsze utworzyło ziemię, a drugie – uformowało niebo i tak powstał pierwszy porządek. Ai pamiętał opowieść ojca o pierwotnych oceanach i ich władcach. Hun-tun rządził Oceanem Środkowym, gwałtowny Szu władał Oceanem Południowym, a porywczy Hu decydował o Oceanie Północnym. To oni sprawili, że nieokrzesany stwór umarł i chaos się zakończył. Patrzył na malownicze krawędzie górskie i na niebieskie zbocza w dali, coraz szczelniej pokryte śniegami na szczytach. Kochał te miejsca i znał je dobrze od dzieciństwa, kiedy to po raz pierwszy poszedł z ojcem i bratem w góry i zobaczył krystalicznie czyste dale, o których wcześniej nie miał pojęcia. Odtąd były one w nim wielką tęsknotą i ilekroć wspinał się na szczyty i patrzył przed siebie, czuł jakby skrzydła rosły mu u ramion. Wznosił się w wyobraźni jak orzeł i bujał pośród obłoków, nad wioskami i cesarskim miastem, kołował nad rzeką Wei He i odprowadzał ją aż do ujścia i połączenia się z Huang He, matką wszystkich płynących wód. Był już blisko wielkiego rumowiska skalnego, za którym prosta droga prowadziła w dół, do rodzinnej wsi. Nagle coś przykuło jego uwagę i zadrżał z lęku, przystanął i osłonił oczy dłonią, by lepiej przyjrzeć się niebu. Krążyły na nim dziesiątki sępów i pojawiła się też między białymi czapami chmur jakaś czarna mgiełka, jakby złowieszczy opar, może dym, a może zapowiedź zbliżającej się burzy.

 Wyszedł zza załomu i jedno spojrzenie w dal prawie przyprawiło go o utratę świadomości. Zachwiał się na nogach, przytrzymał gałęzi dzikiego drzewa brzoskwiniowego i szybko pobiegł na dół. Coraz bardziej przybliżały się do niego ognie pożarów, dopalających się w miejscach, gdzie kiedyś stały domy sąsiadów i dobrze znanych mu ludzi. Tuż przy wejściu na główną ulicę wsi zatrzymał się i przyczaił za dużą stertą drewna. Uważnie sondował przestrzeń przed nim, ale nie zauważył niczego, co wskazywałoby na obecność wojska czy jakiejś bandy złoczyńców. Wyszedł ze swojego ukrycia i ruszył środkiem głównego traktu, co jakiś czas przystając i przyglądając się pozabijanym ludziom i kłębiącym się nad nimi sępom, wronom i krukom. Serce podeszło mu do gardła i cały drżał, kierował się jednak ku placowi na środku wioski, gdzie przepychało się wiele sępów. Chwycił dużego kija i podbiegł z nim do ptaków, które niechętnie odskoczyły, nawet nie wznosząc się w powietrze. To, co zobaczył powaliło go z nóg i zaraz upadł na kolana. Przed nim leżała piramida utworzona z ludzkich głów, a obok wbito w ziemię deskę z napisem: Kara za śmierć poborcy. Choć głowy były zmasakrowane, Ai rozpoznawał przez łzy wiele twarzy, szczególnie dzieci, które często przychodziły do kuźni i przypatrywały się jego pracy. Nagle jego uwagę przykuła posiwiała głowa, leżąca do niego bokiem. Zamarł z przerażenia, podszedł ostrożnie do niej i raz jeszcze upadł na kolana, krzycząc z bezsilnej rozpaczy i rwąc włosy z głowy. To była część ciała jego ojca, choć martwa, pełna powagi i dostojności, jakby bez użycia siły oddzielona od tułowia. Sięgnął ją z nabożną czcią i ucałował w czoło, usiadł na ziemi i patrzył na to, co pozostało z tego, który dał mu życie i wychowywał go przez lata. Zdjął gruby futrzany kubrak, który nosił na koszuli i owinął nim głowę ojca. Podszedł do piramidy i z bólem, z wielką rozpaczą w sercu, zawieszał wzrok na każdej twarzy, bojąc się, że za chwilę zobaczy też głowę swojego brata. Jego myśli biegały jak oszalałe, a w wyobraźni pojawiały się wykrzywione twarze Wanga i Shi Huangdi, jego ojca i brata, przepięknej Czao i dzieci wieśniaków. Myślał o tym, jak bezmyślne było zabicie poborcy i jakich wielkich krzywd przysporzył wsi tym czynem. Ruszył z miejsca, jakby był pijany i słaniając się na nogach, skierował się ku odległej kuźni. Wszędzie pełno było plam rozlanej krwi, na drodze i w bramach podwórek walały się ciała bez głów, odcięte ręce i nogi. Wielkie sępy biły się o łupy, przysiadały na niskich drzewach morwowych, przepychały się i robiły wiele hałasu. W końcu dotarł do swojego domu i zaczął przeszukiwać izby. Niczego nie znalazł, więc poszedł do kuźni, gdzie na środku podłogi, w wielkiej kałuży krwi, leżało ciało ojca. Odwinął głowę z zawiniątka i przyłożył ją do szyi. W tym samym momencie usłyszał głośny płacz, a potem krzyk, dobiegający z tajemnego schowka w dachu, w którym czasem ukrywali wykonane miecze i widły, topory i noże.

– Ai…!  Ai…! Kochany Aiu…

Jego brat, Nan, zeskoczył na ziemię i natychmiast objęli się w czułym uścisku. Drżeli jakby stali długo na mrozie i płakali. W końcu jednak zaczęli się opanowywać i Ai zapytał młodszego brata:

– Kto to zrobił…?

– To Czen i jego żołnierze… Pamiętasz tego złoczyńcę…? Czasami zamawiał u nas broń albo dzbany z brązu… – odpowiedział Nan.

– To on? Skąd się tutaj wziął? – dziwił się Ai.

– Przyjechał pomścić Wanga, ale to wściekły pies i na pewno chodziło mu o coś innego – powiedział młodszy mężczyzna, a potem jeszcze dodał – Nasz ojciec powiedział mi przed śmiercią, zanim przyszli do nas, że cokolwiek zrobiłeś, nie ty jesteś winny, tylko cesarz, który od lat morduje i uczy mordować swoich zauszników… To w jego imieniu przyjechał do naszej wsi Wang, a potem Czen…

– Nie mogłeś obronić staruszka…? – pytał zdesperowany Ai.

– Nakazał mi schronić się w skrytce i stamtąd widziałem jak go dopadli… – powiedział Nan drżącym głosem i zapłakał jak dziecko.

– Ilu ich było…? – pytał Ai.

– Wielu, chyba dwudziestu… Biegali od domu do domu i zabijali wszystkich… Na końcu przyszli do nas i Czen pytał ojca o ciebie i o mnie. Ojciec powiedział mu, że pojechaliśmy do sąsiedniej prowincji handlować wyrobami z żelaza i brązu. Nie wiem czy mu uwierzył czy nie, ale ledwo powstrzymałem się od wyskoczenia z ukrycia, gdy ściął głowę naszemu tacie… – opowiadał Nan i gorzko płakał.

Ai długo tulił go czule, klepał po plecach, w końcu poprawił jego rozczochrane włosy, tak jak czyniła to kiedyś ich matka i powiedział:

– Nie mamy chwili do stracenia… Musimy umykać w góry, do naszej chaty… Jest tam już Czao… – powiedział.

– Ona ocalała…? – zdziwił się Nan.

– Tak i czeka tam na nas…  Zbierajmy się, bo mogą tutaj przyjechać następni wysłannicy cesarscy i z miasta pewnie niedługo nadciągną rabusie.

Wyszli z domu i zobaczyli jakiś ruch za płotem. Ai sięgnął po łuk i oparł strzałę o cięciwę, jednocześnie zaczął zbliżać się do ogrodzenia. Gdy podszedł do niego opuścił jednak broń, bo zobaczył dziesięcioletnią Yin, która często przychodziła do kuźni. Wziął ją drżącą na ręce i wrócił do brata. Dziewczynka ocalała, bo wybrała się do Nana i przez cały czas kryła się za ogrodzeniem ich domostwa. Teraz zabrali ją ze sobą i szybkim krokiem ruszyli przez dopalającą się wieś ku drodze prowadzącej w góry. Gdy byli dość wysoko, odwrócili się za siebie i w ostatnich promieniach słońca zobaczyli, że z przeciwnej strony, traktem wiodącym od cesarskiego pałacu zbliżali się jacyś ludzie. Szli dalej i raz jeden, raz drugi, nieśli na plecach zmartwiałą z przerażenia Yin. Tak przemknęli, najpierw ku łące Czao, skąd popędzili w dół jej zwierzęta, a potem do jaskini, ukrytej za wodospadem. Najwięcej kłopotów mieli z białym jakiem, który często przystawał i nie chciał ruszać dalej. Dopiero uderzany lekko kijem bambusowym, szedł dalej, by po jakimś czasie znowu się zatrzymać. W końcu dotarli jednak do wodospadu, położyli śpiącą dziewczynkę na poszyciu z mchu, a sami zajęli się przeprowadzeniem przez strumień i po wąskiej ścieżce kóz, owiec i jaka. Tym razem zwierzęta przesunęły się szybko i dopiero przed lejącą się z góry wodą, zastygały wystraszone. Jakoś jednak udało się je przepchać i niebawem wszystkie znalazły się w jaskini. Ai wyszedł przed wodospad, obudził delikatnie Yin, okrył ją swoim kubrakiem i przeprowadził przez ukryte przejście. Dopiero w jaskini mogli odetchnąć i zdjąć przemoczone odzienie. Sięgnęli do skrzyni i wyjęli z niej suche koszule i spodnie, jakoś dopasowali też coś dziewczynce, która drżała z zimna i cichutko płakała. Teraz mogli już wypchnąć zwierzęta na łąkę i ruszyć w kierunku domku, z komina którego, cienką smużką wznosił się biały dym. Czao usłyszała beczenie owiec i wybiegła przed drzwi, a gdy zobaczyła Aia i Nana, a potem swojego jaka, kozy i owieczki, puściła się pędem przez łąkę.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (12)

Od dłuższego czasu jasnowłosa Angel pojawiała się w jego snach, przychodziła nago w nocy i nad ranem, siadała na brzegu łóżka i długo patrzyła jak równomiernie oddycha. A potem budziła go ciepłym oddechem o zapachu truskawek i wiśni, jak w piosence Nancy Sinatry i Lee Hazlewooda. Otwierał oczy lekko zdziwiony i próbował zrozumieć czy wciąż śni, czy może przebudził się i przeniknął senne mgły. Ona lśniła wyraziście i powoli przysuwała się do niego, aż poczuł delikatne dotknięcie ust i muśnięcie piersi o tors. Była niewielką kobietą, ale jej kształty były idealne, jakby stworzone dla niego, dopasowane do muskulatury, mieszczące się dokładnie w nim, niczym pierwotna forma w doskonałym wzorcu. Potrafiła mierzwić długie blond włosy, tworzyć z nich faliste przestrzenie, które pod światło wyglądały jak anielski puch. Unosił ją lekko nad sobą i wsuwał się delikatnie w róż, czując jak jej ciało pulsuje i promieniuje jasnym ciepłem. Złączony z nią przyciskał ją subtelnie do siebie i odpychał na chwilę, by znowu ją przybliżać. Całowali się czule, szukając połączenia ust w burzy gęstych włosów i wtedy lekko dmuchał w jej grzywkę, wędrował ustami po brwiach, dotykał rzęs i niewielkiego noska. Ich oddechy były czyste i rześkie, a aromat owoców leśnych rozlewał się w ciałach niczym w tajemniczym, prześwietlonym słońcem lesie. Jednym ruchem ręki przywoływała tysiące motyli, które zastygały nad nimi i falowały lekko, generując tęskną pieśń. W takiej chwili nie wiedział czy motyle wzniosły się z pościeli i poduszek, czy sfrunęły ze zwiewnych zasłon, barwy wciąż się rozmywały, a rozkosz lśniła na ustach jak krople porannej rosy na amarantowych różach. Jej niebieskie oczy połyskiwały pośród mroku, a delikatne złote żyłki, migały nad nim jak tajemne ogniki, potwierdzające realność chwili albo ułudę wieczności.

Przyciągnął ją silniej do siebie i przesunął lekko na bok, starając się wciąż być w niej zapięty jak drogocenny diadem na szyi księżniczki. Chwycił jej kształtne uda i rozsunął lekko, cały czas pulsując i drgając rytmicznie. Powędrował dłońmi do stóp i przysunął je ku ustom, całując leciutko każdy palec, przebiegając końcem języka aksamitną skórę, zatrzymując się na śródstopiu i chuchając leciutko w przestrzeń między najmniejszym palcem i sąsiadującym z nim nieco większym, jak wszystkie, pokrytym różowym lakierem. Spostrzegł, że miała zamknięte oczy i tonęła w rozkoszy niczym trzcina naginana przez wiatr, wsuwająca się ledwie na chwilę w toń jeziora. Całował zapamiętale stopy i podążał językiem poprzez łydki ku kolanom, a potem nagle wysunął się z niej i przybliżył usta do łona, muskając czule językiem głębię różu. Angel drżała coraz mocniej i przyciskała do siebie jego głowę, aż zaczęła oddychać pełną piersią i wyrażać to co czuła głosem głębokim, bliskim krzyku albo najczystszej pieśni. Czuł, że daje jej coś wyjątkowego i starał się muskać ją jak najdelikatniej, jak najczulej, pragnąc przekazać jej końcem języka energię z innych światów i innych miłosnych spotkań. Gładził rękoma miejsce, gdzie kończą się uda, czasem dotykając je białymi zębami albo chwytając ustami aksamit skóry, czując, że tonie i zapada się w niewidzialnym krysztale. Teraz czuł wyraźnie, że wciąż śni, chociaż jej ciało było tak realne, obfite piersi ginęły w jego dłoniach i wysyłały wciąż subtelne ciepło, a na udach pojawiły się smużki potu. Jej ruchliwość rymowała się z barwnymi oparami, przesuwającymi się nad nim, nicującymi motyle, anioły i barwne mozaiki znaczeń. Na chwilę otworzyła oczy i uśmiechnęła się lekko, jakby chciała go zachęcić do dalszej aktywności, jakby wypowiadała bezgłośną prośbę by ta chwila nigdy się nie skończyła, by rozpalony blask nigdy nie zgasł, a dotyk jego skóry był tak samo wyrazisty jak oddech, jak smak pocałunków i ciepło rozlewające się w jej głębiach. Zrozumiał to w mig i jeszcze raz wsunął się w nią delikatnie, wypełnił sobą bolesną lukę i uruchomił w jej myślach pęd wyrazistych obrazów, ornamentów z motylich skrzydeł i anielskiego puchu.

Znowu wolno całował jej stopy, obiegał wilgotnym językiem ich kontury, wciskał się pomiędzy małe palce, a potem nachylał się nad nią i czując kosmiczną łączność, całował ją nieprzytomnie, jakby nic nie istniało, jakby istotą chwili był smak ust i giętkość języka. Znowu zapragnęła znaleźć się nad nim i przez chwilę, gdy rozłączyli się, stracił poczucie realności, utracił ją jakby utonęła w matowej mgle, jakby przepadła na zawsze. Ale przecież zaraz wróciła, skierowała się ku jego twardości i posiadła ją gwałtownie, nadając tempo grze i rozrzucając na boki rozświetlone włosy, połyskujące ogniem świec i blaskiem kielichów wypełnionych winem. Teraz całował jej dłonie, brał w usta kciuki i zaplatał jej małe palce w swoich palcach, czując jej wciąż puls, przenikając zasłonę jawy i snu. Pochyliła się nad nim i omiatała jego twarz włosami, które pachniały młodą kobietą i czymś nierealnym, jakby wydobytym z głębin rozkoszy. Jej szczytowanie przyszło nagle i trwało dość długo, by odebrać siły i dać poczucie rozmycia się w rozkoszy, pęknięcia na miliony barwnych cząstek, a potem powrotu z poczuciem spełnienia i trudnej do wyrażenia pełni. Leżeli obok siebie, jak wojownicy po walce i wpatrywali się w ciemność, a dłonie wciąż niecierpliwie wędrowały po ciałach, osaczały ciepło i rozgarniały żar. Spojrzał na nią z boku i zobaczył jak uśmiecha się tajemniczo, a potem nagle rozwija wielkie, białe skrzydła i unosi się nad łożem, zawisa w pustej przestrzeni, jeszcze ruchem ręki daje znak, że odchodzi, jeszcze uśmiechem żegna się na chwilę i na zawsze. On mdleje i widzi, że motyle formują się w fantastyczne wzory na jej skrzydłach i opalizują niczym satyna. Wszystko odpływa, wszystko znika i aksamitny sen bierze go w swoje ostateczne władanie, a czerń zamazuje wszystko dookoła. Oddycha rytmicznie i czuje, że to spotkanie było prawdziwe, ulotne jak ciepła mgiełka i realne jak bieg krwi w żyłach. Zapadając sen czuje jak jej usta znowu dotykają jego ust, jak wnika w nią bezszelestnie i zostaje na zawsze.  Na zawsze…

ŻYWE CHWILE

Barbara Filipiak wyraziście zaznaczyła swoją obecność na mapie literackiej regionu, a to za sprawą opublikowanych zbiorów wierszy i dużej monografii, poświęconej Wandzie Dobaczewskiej, znanej wileńskiej pisarce, która na koniec życia zamieszkała w Żninie. Znakomity warsztat literacki połączył się tutaj ze sporym talentem i w niewielkim pałuckim mieście pojawiła się osobowość twórcza wyraziście rysująca się w lokalnej przestrzeni i promieniująca znacznie dalej. Autorka posiada znakomicie wyrobiony zmysł obserwacji, ale też potrafi syntetyzować swoje przeżycia i dookreślać chwile, centralne dla jej losów. Wie, że zdarzenia są ulotne jak krótkie filmy, więc stara się zatrzymywać je w kadrze wiersza, przydając komentarze lub pointując wyraziście. Przejmującym doświadczeniem jest dla niej miłość, która kiedyś obudziła uśpione struny i wprowadziła ją w stan rozedrgania, nieustannej tęsknoty za ciepłem, bliskością i obecnością kochanej istoty. Ta wewnętrzna czujność generuje nowe utwory, ale jest też rodzajem poetyckiej rany, która nigdy się nie zabliźni i wciąż będzie domagać się wyobraźniowej kompensacji. Poetka wie, że w świecie ludzkich zakazów i ograniczeń prawdziwe uczucie nie ma szans na dłuższą egzystencję, ale zachowuje je w sobie niczym delikatny koncert pasikonika, niczym napływającą gdzieś z dali refleksyjną muzykę Vangelisa. Nawiązując do historii Adama i Ewy, śmiało sięga po jabłko grzechu, wiedząc przy tym od samego początku, że przyjdzie jej za to zapłacić tęsknotą, smutkiem i poczuciem przegrania. Cóż, kiedy właśnie zakazany owoc smakuje najlepiej, a chwila wahania i ruch dłoni ku niemu, nie da się z niczym porównać. To powtarza się stale od pierwszych dni stworzenia, gdy nagość zaczęła domagać się intymnego ciepła, a spojrzenie w oczy otwierało przepaście uczuć, boleśnie formatujących świadomość na całe życie. Ludzie przechowują w albumach stare fotografie i wracają do nich co jakiś czas, ale kolejne książki poetyckie, oprócz funkcji ocalającej, są zbiorami ożywionych chwil. Wszystko w nich jest prawdziwe, wszystko tętni kolorami i wraca z sensualną wyrazistością, a moment rozstania sączy wciąż do myśli najprawdziwszy ból. A jednak ta tortura ma sens, bo jest powrotem do źródeł wrażliwości, do chwil rozognionych i dających poczucie ludzkiego spełnienia i doświadczania prawdziwej bliskości.

Kobiety budują sobie świat wewnętrzny i nieustannie próbują odnaleźć w nim autentyczną jedność, ale przecież ich zabiegi często skazane są na przegraną. Gorące uczucia mogą ostygnąć, a to co zdawało się szeroką drogą, zamienia się w wąskie korytarze labiryntów – błąkając się w nich, wrażliwa osoba, coraz częściej uświadamia sobie upływ czasu i to, że ma coraz mniej szans na wydostanie się z matni. Nie opuszcza jej jednak nadzieja, że kochana istota pojawi się nagle w najtrudniejszym momencie i odmieni wszystko: Ty cel mi wskażesz/ mroki wnętrza rozjaśnisz/ nauczysz patrzeć i wierzyć/ w piękno istnienia. Te ulirycznienia i stylizacje są tutaj zamierzone, gdyż stają się rodzajem zasłony, welonu niespełnienia, rozmycia walorowego, charakterystycznego dla czule modulowanej poezji miłosnej. Kontrapunktem staje się wtedy świat z jego tragediami, takimi jak zburzenie wież World Trade Center i ludzka obojętność, pojawiająca się na każdym życiowym zakręcie. Ucieczką dla poetki może być metafora, swoiście komponowana i pojawiająca się w obrębie wiersza, niczym przypomnienie wielowymiarowości świata i zmienności perspektyw. Czym innym jest jednak lazur myśli, a czym innym życie, w którym wszystko podporządkowane zostało schematom realności i często nie widać w nim ratunku: Ta chwila nie ma skrzydeł/ by mnie w podróż zabrać/ oderwać od lęku/ rozminąć z czasem/ bym zapomniała zgorzkniałą myśl/ strach rozerwała/ w siebie wsłuchana/ po nowe sięgała. Być wrażliwą, to znaczy cierpieć i wciąż szukać rozwiązań dla siebie i dla otoczenia, dla wspomnień i najbliższych osób – być wrażliwą, to znaczy godzić się na niezabliźnienie ran, na wirowanie myśli i trzepot snów. Być wrażliwą, to znaczy być poetką, czujnie wsłuchującą się w odgłosy świata, sumującą doświadczenia i próbującą mądrze syntetyzować je na poszczególnych poziomach samoświadomości. Tylko ona może utrzymać w ryzach uczucia, tylko ona ustawi bariery i nie zgodzi się na nagły bieg ku przeszłości, ku zgubionym pocałunkom i straconym szansom. W takim rozumieniu poezja może być antidotum na ból i pogrążanie się w rozpaczy, a choć jest katalogiem żywych chwil, to potrafi je zatrzymać w pędzie, niczym film – potrafi umieścić je na właściwym miejscu w ludzkiej historii. To jest nauka analizy, ale też nieodzowny powrót do krainy zakazów i mądrości życiowej.

Jak echo dalekiego krzyku wraca wciąż w poezji Barbary Filipiak wspomnienie rozstania, tej jakże żywej chwili, gdy on wysiadł z pociągu, a ona pojechała dalej samotna i bezbronna w swoim bólu. Ludzie spotykają się na różnych życiowych szlakach, ale równie często odchodzą od siebie i niosą w pamięci to, co miało być zapowiedzią jedności i spełnienia, a zamieniło się w rozpacz i rozjątrzoną wewnętrzną ranę. Na szczęście jest przecież poezja, której terapeutyczne działanie spowodowało, że burze ucichły, a nowa stabilizacja pozwoliła na realizację życiowych pasji. Ale przecież nie skończyło się poetyckie rozpamiętywanie – Byłam godziną/ stałam się chwilą/ wróciłam i nie wiem/ kim teraz dla Ciebie/ jestem – księga dawnych dni nie zamknęła się, kusząc opisami, przyciągając wspomnienia. Trzeba jednak żyć, więc poetka przywołuje w jednym z wierszy znaną formułę Heraklita z Efezu i w niej szuka pocieszenia: wszystko płynie/ a los potyka się/ o kamienie zdarzeń/ na skraju jutra/ wstaje nowy dzień/ który po prostu/ jest. Ten dzień, który po prostu jest, wcale nie jest lepszy od tego, którego po prostu nie ma – wszystko się spłaszczyło i zgasło w martwych sekwencjach czasu. Poetka zastanawia się czy rodzice mieli rację, gdy ją przestrzegali, a może po prostu takie doświadczenia życiowe były jej pisane i bez nich nie znalazłaby subtelnej wrażliwości. Jakkolwiek by nie było, znalazła się w takim miejscu czasu i przestrzeni, skąd ma rozległy widok na swoje życie i może wyodrębniać z niego poszczególne fakty, może analizować w wierszu jego cząstki składowe. Taka mądrość pozwoli jej rozprzestrzenić swoje doświadczenia na innych ludzi i utwierdzi w przekonaniu, że miały charakter modelowy i mogą teraz być rodzajem pokrzepienia, a nawet drogowskazem na drogach zwątpień i załamań. Poezja powinna koić ból i zapewne tak oddziałają na czytelnika prezentowane w tym tomie wiersze, choć z drugiej strony – będą one zawsze zapisem bolesnego niespełnienia – cóż, cisza potrafi zabić/ ale bez niej nie byłoby świtu.

Warto też wskazać, że tom zawiera znakomite wiersze rodzinne, w których jak żywe stają najbliższe osoby z kręgu rodowego poetki. I to fundamenty rodzinnego domu stają się kontrapunktem dla wskazanych wyżej niespełnień i ran, a proste życie rodziców, babci i dziadka, krzepi w obliczu chłodu świata i nie dających się odwrócić rozstrzygnięć losu. Wyraźnie ostatnia część tego zbioru przechyla się ku wieczności i próbuje zrozumieć eschatologię codzienności, w której śmierć i odejście jest równie oczywiste jak czułe spojrzenie w oczy i dostrzeżenie w nich poblasku szczęścia. Wszystko płynie i wszystko pędzi donikąd, ale przecież Czasami warto przystanąć na chwilę/ i spojrzeć w okno czyjegoś istnienia/ zobaczyć świat jego oczami/ i zwyczajnie zapytać co słychać/ bo człowiek człowieka potrzebuje/ by wnętrza swego nie zwilczyć/ i własne serce dostrzec/ po drugiej stronie ludzkiego losu. Tę zwyczajność znaleźć można w słowie i wspomnieniach zdarzeń, a nade wszystko w żywych chwilach, które przesypują się przez karty tej niezwykłej książki niczym ziarna piasku.

WIECZNOŚĆ

    

    Na pożegnanie Aliny Jelińskiej

Żegnajcie zielone oczy żegnajcie
czułe muśnięcia ust –

nigdy nie zapomnę drżenia
twych ramion kolan i rzęs

byłaś krucha jak błękit
subtelna jak turkus

w długim czarnym swetrze
i obcisłych dżinsach –

żegnajcie puszyste włosy
żegnajcie złączone dłonie

odeszły jaskrawe chwile
w zamglonym lesie

skruszał bukiet zielonych
złotych i czerwonych liści

ale nigdy nie zgasną słowa
miłości i rozstania –

choć został już tylko proch
i czarny atłas mroku

lodowaty szept ostatniego
oddechu

eternity eternity
eternity…

20 września 2017

MIŁOŚĆ OJCOWSKA

Oddanie zwłok Hektora – płaskorzeźba z rzymskiego nagrobka

W naszej kulturze miłość rodzicielską najczęściej egzemplifikują matki, czule kochające synów i córki, codziennie stające na głowie by zapewnić im wszystko, co jest potrzebne do życia. To one pojawiają się na obrazach, gdy karmią niemowlęta piersią, albo opiekują się barwną gromadką malców, wpatrzonych w nie z uwielbieniem. Wbrew powszechnym przekonaniom, że matki czulsze są dla chłopców, stają się one też uważnymi opiekunkami, a potem przyjaciółkami swoich córek. Miłość ojcowska nie bywała tak spektakularna jak matczyna, znacznie rzadziej pojawiała się też jako temat w malarstwie i literaturze, choć zdarzały się dzieła, gdzie była ich osią. Przy takich rozważaniach natychmiast przychodzi na myśl tragedia króla Troi Priama, gotowego znieść wszelkie formy poniżenia, by tylko odzyskać ciało zabitego syna – Hektora. Prosi on, a nawet błaga Achillesa o zwrot zwłok syna: Hektor, zginął od ciebie, walcząc za ojczyznę./ Po niego tu przychodzę. Uczcij mą siwiznę!/ Masz okup wielkiej ceny, masz drogie ofiary:/ Szanuj bogi Achillu, nie gardź mymi dary!/ Przypomnij ojca, obu nas ciężar lat gniecie./ Może być ktoś ode mnie biedniejszy na świecie?/ Jam usta – tegom wreszcie nieszczęśliwy dożył/ Na ręce synów moich zbójcy położył”. (Księga XXIV w. 287-294, przeł. Józef Paszkowski). Priam ofiaruje mordercy syna wóz pełen złota i prosi by złagodził on karę pośmiertną, nałożoną na Hektora, a była ona doprawdy straszliwa. Achilles rzucił zwłoki psom i sępom (brak pochówku był haniebny dla starożytnych, bo wierzyli oni, że dusza stale tuła się pośród żywych), a potem codziennie przyczepiał, coraz to bardziej okaleczone ciało, do swego rydwanu i przejeżdżał przy murach obleganej Troi. Łzy ojca i suty podarunek zmiękczyły serce greckiego herosa i wydał on zwłoki, a potem uszanował nawet dwunastodniowy okres żałoby po uroczystej kremacji. To ojciec, a nie matka Hekabe, zaryzykował i udał się do obozu najeźdźców, a potem odzyskał szczątki ukochanego syna. Jak widać, już w epoce starożytnej miłość ojcowska pojawiała się w największych utworach literackich, a postawa Priama stała się inspiracją dla epok następnych, generując nowych bohaterów nie wahających się poświęcić życia dla swoich dzieci.

Gustav Pope, Córki Króla Leara (1875-1876)

Inaczej ukazał miłość ojcowską William Szekspir w dramacie pt. Król Lear (1623), osią intrygi czyniąc pomyłkę, jaką popełnił sędziwy ojciec. Pytając trzy córki – Gonerylę, Reganę i Kordelię – o siłę miłości do niego, dał się zwieść pierwszym dwóm, a usłyszawszy skromne zapewnienie Kordelii, wydziedziczył ją i wypędził z królestwa. Doprowadziło to do szeregu straszliwych komplikacji i intryg mających na celu ostateczne pozbawienie go władzy i zagarnięcie królestwa przez wiarołomne córki. Stary król popada w obłęd, a skutkiem jego nieroztropnych decyzji jest wojna domowa, podczas której życie traci prawdziwie kochająca go Kordelia, a wreszcie i on sam. Szekspir wykorzystał motyw z anonimowego dramatu angielskiego, popularnego w jego czasach i znacznie go rozbudowując, wsączył jednocześnie do niego wątki uniwersalne. W jego ujęciu dramat rozgrywa się pośród żywiołów natury, a człowiek zdaje się ledwie drobinką, niewiele znaczącą pośród ogromów kosmosu. Można być władcą, można mieć nieograniczoną władzę, a i tak prawa natury i biologii upomną się o ich respektowanie, a śmierć, niczym czarny woal, spowije to, co zdawało się jaskrawe i wyraziste. Oczywistym błędem Leara był ów test, któremu poddał córki – sam w sobie zwierający element nieufności i generujący ciąg oszustw. Prawdziwa miłość nie potrzebuje takich sprawdzianów, rozwija się przez lata i umacnia, a swoje zwieńczenie znajduje w sprawiedliwym podziale majątku ojca lub matki. Dzieci wychowywane w miłości i wzajemnie się szanujące nigdy nie pokłócą się o majątek, a ich ugoda będzie aktem ostatecznego przywiązania i manifestacją uczuć do darczyńców. Król zapragnął potwierdzenia miłości za życia i sprowokował szereg kłamstw i fałszywych zapewnień, co natychmiast wyczuła Kordelia i uczciwie nie zgodziła się na schlebianie ojcu w takiej sytuacji. Ten – niesprawiedliwie ją oceniający i uwiedziony zapewnieniami Regany i Goneryli, dał się wyprowadzić w pole. Po jakimś czasie zorientował się, ale było już za późno dla niego i prawdziwie go kochającej Kordelii, uznał własną porażkę, zapłakał nad jej martwym ciałem, a potem, zgnębiony tragedią, jaka się dokonała, osunął się w nicość.

800px-Father_Goriot_by_H._Daumier_(1842)

Honoré Victorin Daumier, Ojciec Goriot

Motyw totalnej miłości ojcowskiej pojawia się też w jednej z najsłynniejszych powieści Honoriusza Balzaka pt. Ojciec Goriot (1835). W pensjonacie prowadzonym przez Madame Vaquer przy ulicy Neuve-Sainte-Geneviève spotykają się trzy jakże różne postaci: znany z innych powieści Balzaka rzezimieszek i prawdopodobnie homoseksualista Vautrin (Ołży-Śmierć – Trompe-la-Mort), emerytowany producent makaronu Jan Joachim Goriot i student prawa Eugeniusz de Rastignac. Właśnie zaczęły się głębokie zmiany w społeczeństwie francuskim za restauracji Burbonów i jednostki zyskały większą integralność, ale została też zainicjowana powszechna walka o poprawienie własnej pozycji społecznej. Vautrin fascynuje się urodą i świeżością Rastignaca, a jednocześnie próbuje moderować jego rozwój, ale przy okazji gubi gdzieś daleko posuniętą ostrożność. Spowoduje to szereg zdarzeń nie dających się odwrócić i w  konsekwencji ponowne uwięzienie dawnego galernika. Na tle interakcji młodzieńca i wyrachowanego kryminalisty, Balzak umieszcza dramat ojca Goriota, doświadczonego straszliwie przez życie i zdeprawowane jego bogactwem córki. Rastignac zdobywa względy jednej z nich: Delfiny de Nucingen i nie godzi się z krwawym planem Vautrina, mającym na celu zdobycie fortuny innej pensjonariuszki pensjonatu – Wiktoryny Taillefer. Goriot wyprzedaje powoli swoje dobra by zaspakajać zachcianki córek i spłacać ich długi, a w zamian nie może nawet liczyć na publiczne przyznawanie się do niego obu kobiet. Szczególnie druga córka – Anastazja de Restaud – dostarcza mu wielu trosk, a dowiedziawszy się, że sprzedawała rodzinne diamenty męża, by spłacać długi kochanka, doznaje udaru mózgu. Zanim do tego dojdzie, być może najwspanialszy ojciec świata, zazna wielu zgryzot, ale wciąż będzie usprawiedliwiał córki. Stale będzie im pomagał, pogrążając się coraz bardziej. Nieco światła do jego życia wprowadzi de Rastignac i to od niego otrzyma najwięcej  darów serca, i to on odda mu ostatnią posługę, bez wahania zadłużając się na konto pogrzebu. Tak jak ślepa miłość zaprowadziła króla Leara na bezdroża ludzkości, tak samo żarliwa miłość do córek okryła kirem ostatnie lata życia ojca Goriota i zgnębiła ostatecznie Priama. W obu przypadkach doszło do nadużyć, których powodem były nierozważne decyzje dzieci, ale też bezwarunkowa miłość rodzicielska, odsuwająca na plan dalszy zdrowy rozsądek i kierująca się pokrętną logiką. Lear pragnął totalnej miłości trzech córek i zwiodły go fałszywe zapewnienia dwóch z nich – Goriot i Priam stale nosili w pamięci dni szczęścia rodzinnego, gdy syn i córki się rodziły, a potem dorastali w spokoju, stworzonego przez nich, zamożnego domu. Porażka wychowawcza ojców i matek widoczna bywa dopiero w obliczu straszliwej tragedii, bo ojciec i matka do końca stać będą po stronie dzieci, nie widząc ich deprawacji, nie przyjmując do wiadomości wynaturzeń osobowości.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (10)

1797493_552828628148150_379137163_n

Beata mieszkała na drugim piętrze tego samego bloku, co ja, ale w innej klatce, nieco dalej w kierunku pawilonu Poczty i dużego centrum sklepowego. Bardzo mi się podobała, szczególnie, gdy układała długie, jasne włosy w kok i uwalniała dwa grube kosmyki z boku twarzy, często powiewające na wietrze, albo układające się pięknie na wyraziście uformowanych, okrągłych policzkach. Długo przyglądaliśmy się sobie z daleka, mijaliśmy się bez słowa na chodniku, gdy wyprowadzała sporego, czarno-brązowego boksera. Nie lubiłem go, ale paradoksalnie dzięki niemu poznałem ją bliżej, gdy jednego popołudnia rzucił się na mnie znienacka. Gdybym zgrabnie nie uskoczył, ugryzłby mnie w szyję albo w ramię, może przewróciłby albo podrapał pazurami.

– Holden, co ty wyprawiasz…? – krzyknęła przeraźliwie Beata, szarpnęła warczącego psa i z promiennym uśmiechem zwróciła się udo mnie: Przepraszam cię, nie wiem co mu się stało, od samego rana dzisiaj rozrabia i nawet mój ojciec przylał mu trzcinką…

– Może dlatego jest taki zły Beatko… – powiedziałem pojednawczo i również uśmiechnąłem się do niej.

– Holden!!! Holden!!! Przestań błaźnie… Co ty dzisiaj wyprawiasz – powiedziała i wymierzyła psu kilka razów końcem smyczy.

Bardotka_konczy_lat_3575317

Dopiero teraz zauważyłem jaka jest piękna, jak cudownie ukształtowana, szczupła w pasie, z dużymi, bujającymi się pod bluzką piersiami i kształtnym tyłkiem. I te nogi, okryte czarnymi pończochami, kontrastujące z białą mini spódniczką. Jej bokser był istotą z innego świata i takie piękności jak ona powinny nosić na ręku małe białe pudelki lub puszyste shi tzu, wyprowadzać na spacer przyjazne pieski beagle albo miniaturowe labradory. A ten rozrośnięty buldog ociekał śliną, wydawał się brudny i stale manifestował swoją niezależność. Niejednokrotnie widziałem z okien mojego mieszkania jak ciągnął Beatę, nie zważając na to, że próbowała go szarpać, uderzała raz po raz smyczą albo jakimś wziętym z trawnika kijkiem.

– Holden uspokój się wreszcie…! To jest dobry pan… przestań już szaleć jakbyś zobaczył strasznego demona… – powiedziała, przerywając raz po raz zdania szarpnięciami skórzanej, grubej smyczy.

Miło połechtało mnie to, że tak mnie określiła i jednocześnie zauważyłem inne elementy jej zjawiskowej urody. Miała dziwnie błękitne oczy, które w połączeniu z jaskrawo białymi gałkami przydawały cech lalkowatości jej twarzy, a przecież potrafiła też podkreślać urok swoich ust, malując je wyrazistą, karminową szminką. Do tego dochodził staranny makijaż i dobrze dobrany make up, obwiedzenie oczu niebieskim cieniem, przyczernienie rzęs i brwi, no i te puszyste jak ptasi puch włosy. Jak mogłem nie doceniać w pełni jej transparentnej urody i traktować ją jak jedną z licznych koleżanek z podwórka? Jak mogłem przez tyle lat mijać ją bez słowa i nawet nie zainteresować się, gdy jej mama powiedziała mojej mamie, że Beata bardzo się mną zajmuje? A może po raz pierwszy tak mocno się umalowała i zobaczyłem ją innymi oczyma, jakby była dziewczyną z okładki kolorowego pisma, jak Brigitte Bardot, Claudia Cardinale albo Jane Fonda.

– Nic się nie stało Beatko… – jeszcze raz zapewniłem ją, że incydent z psem nie wywarł na mnie większego wrażenia – Przynajmniej mogłem z tobą zamienić kilka słów.

– Holden stał się nie do zniesienia, ale co mamy teraz zrobić, przecież po tylu latach nie wypędzimy go z domu… – powiedziała i wydęła usta niczym Bardotka ze zdjęcia na odwrocie lusterka, które zawsze nosiłem w kieszeni.

Uśmiechnąłem się raz jeszcze, dokładnie zsumowałem w myślach jej wszystkie zalety, na końcu zauważając lśniące, czerwone pantofelki, okrywające malutkie stopy i poczułem jak wielkie gorąco napływa do mojego ciała. Wyraźnie zbierała się odejścia, więc by ją jeszcze na chwilę zatrzymać, zapytałem:

            – A skąd wzięło się imię Twojego psa?  Przecież nie chodzi tutaj o markę australijskich samochodów…?

Roześmiała się serdecznie i zauważyłem, że ma połyskujące zęby, białe jak perły, wygięła się też jakoś tak powabnie, że nieopatrznie wydałem z siebie przeciągłe westchnienie. Po raz pierwszy kobiecość tak podziałała na mnie i zapragnąłem posiąść ją jak najszybciej.

– Coś ty…! Chodzi o Holdena Caulfielda…

Pokiwałem głupkowato głową, ale nie miałem pojęcia kto to taki. Wzięła to za dobrą monetę i dodała:

– Też lubisz tę powieść…? Moglibyśmy usiąść u mnie w domu i porozmawiać o niej, ja nieustannie czytam ją we fragmentach, wracam do najlepszych scen i marzę o takim chłopaku jak on…

Bardotka_konczy_lat_3579814

Raz jeszcze pokiwałem głową, ale wystraszyłem się nie na żarty, że moja ignorancja wyjdzie na jaw, więc szybko powiedziałem:

– Chętnie, ale musimy się umówić na spotkanie, gdy będziemy mieli kilka wolnych godzin, bo teraz muszę wracać do domu.

– Ok.! Powiedziała, dmuchnęła zalotnie w grzywkę na czole i zaczęła odchodzić w dal ze swoim szarpiącym się stale bokserem.

– To na razie… Trzymam Cię za słowo… Jesteś bardzo podobny do Holdena… Zawsze tak sobie go wyobrażałam…

Odwróciłem się na pięcie i skrzywiłem w bolesnym grymasie twarz, bo w pierwszej chwili skojarzyłem to imię z mordą jej psa, ale po chwili dotarło do mnie, że chodzi o tego tajemniczego Holdena Caulfielda, o którym nigdy nie słyszałem. Szybko zjadłem obiad w domu i natychmiast pobiegłem do osiedlowej biblioteki.

– Chciałbym znaleźć jakieś wiadomości o Holdenie Caulfiedzie… – powiedziałem do zaprzyjaźnionej pani bibliotekarki i zrobiłem minę jakby wszystko wiedział o tej postaci.

Kobieta w pierwszej chwili nie skojarzyła o kogo chodzi, ale zaraz zorientowała się w czym rzecz i poszła do jednej z półek, a następnie przyniosła dwa tomy historii literatury amerykańskiej i zaczytany, straszliwie powydzierany, niewielki tom, wydany w formie broszurowej przez wydawnictwo Iskry. Na samym dole zauważyłem wydrukowany białymi literami tytuł: Buszujący w zbożu i uznałem, że bibliotekarka chyba się pomyliła. Ale ilustracja stylizowanych amerykańskich drapaczy chmur i symbolicznie zaznaczonego, dziwacznego, białego człowieczka w czerwonej czapeczce, a także nazwisko autora – J. D Salinger – zaintrygowały mnie na tyle, że wziąłem do ręki książkę, a po odwróceniu jej zacząłem czytać  notę redakcyjną, wydrukowaną tłustymi, czarnymi literami na żółtym tle: Bohaterem „Buszującego w zbożu” jest szesnastoletni uczeń, Holden Caulfield… Uśmiechnąłem się do kobiety stojącej przede mną i wypożyczyłem dwa tomy analityczne i tę niezbyt efektowną, wydaną 1967 roku książkę. Szybko też podążyłem z powrotem do domu, położyłem się na tapczanie i zacząłem czytać powieść amerykańskiego autora. Ani się nie obejrzałem jak zmieniła się pora dobowa, nadeszła noc, a ja wciąż wpatrywałem się w pożółkłe i przybrudzone stronice.

TĘCZA NA NIEBIE

Świat wewnętrzny1 dziewcząt bywa bardzo rozbudowany, pełen fantazji i kolorowych marzeń, ale też i smutków, pragnień, nagle pojawiającego się bólu. Szczególnie widać to, gdy zderza się z postawami życiowymi chłopców, w aurze pierwszych zauroczeń, nagłych fascynacji i nieśmiałych miłości. Wtedy wszystko wydaje się ekscytujące, pełne obietnic i tajemnic, a pierwszy pocałunek otwiera przestrzenie dotąd nieznane, prowadzące ku ostatecznym spełnieniom. To też bardzo trudny czas, gdy zderzają się ze sobą dziecinne wyobrażenia o łagodności i pięknie, z twardymi regułami życia, niedojrzałością partnerów i ich obciążeniami rodzinnymi, generacyjnymi i osobowościowymi. Może dlatego w tym wieku mamy do czynienia z wieloma samobójstwami dokonanymi, niezrozumiałymi dla rodziców i najbliższych osób, ale znajdującymi swoje tragiczne umotywowanie w niedojrzałości i poczuciu utraty wszelkich szans. Pragnienie jedności, kontynuowania związku, pomimo licznych zagrożeń, jest tak silne, że prowadzi czasami ku ślepym zaułkom i zapadniom. Wszystko wtedy jest zwielokrotnione – uroda kusi swoją nieziemskością, dotyk ma magiczne działanie, ciepło złączonych dłoni obiecuje połączenie na zawsze, a nawet zwykła ławka staje się rewirem trudnej do wyrażenia cudowności. W przypadku dziewcząt dochodzi jeszcze niezwykłe sformatowanie umysłu przez dziecinne wyobrażenia i ciągi lektur, pośród których prym wiedzie Ania z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery. Niezwykłość czai się wszędzie, pojawia się też jaskrawość albo przyciemnienie obrazów, a serce coraz częściej bije ze zwielokrotnionym rytmem. Chłopcy w tym czasie uganiają się za swoimi ułudami (przeważnie szczerbaci, z nieumytą resztka zębów, z wiecznie nieuczesanymi włosami), kopią piłkę, kąpią się w jeziorach, a prawdziwe spotkanie z istotą żeńską bywa dla nich szokiem, z którym nie potrafią sobie poradzić. Dziewczęta – nauczone podczas zabaw z lalkami i misiami – pragną im „matkować”, chcą otaczać opieką, ale często trafiają na postawy niezrozumiałe, dziwaczne, tchórzliwe, powodujące ogromny stres.

Debiut prozatorski Marty Joanny Anders zdumiewa na wielu płaszczyznach – przede wszystkim na poziomie realizacji pisarskich, logiki wykładu, czystości języka i opanowania reguł fabularnych. Na podstawie tej książki zdolny reżyser mógłby stworzyć ekscytujący film, który znalazłby wielu wielbicieli, szczególnie ze środowisk młodzieżowych, ale przecież także osoby starsze odnajdą w opowieści autorki wiele zdarzeń ze swojego dzieciństwa, sporo elementów współtworzących ich wyobraźnię i kształtujących postawę życiową. Można śmiało zaklasyfikować tę narrację jako powieść-rzekę, z wieloma odgałęzieniami i dopływami, ale jest to też wzruszający dziennik intymny, w którym łzy radości i smutku mieszają się ze sobą. Ogromną wartość ma też tutaj umiejętność snucia opowieści pulsacyjnej, łagodnie przechodzącej od czasów dziecinnych do dorosłości, od pierwszych pytań o pocałunek do dojrzałych spełnień. To są obrazy i zdarzenia, swobodnie przepływające przez świadomość autorki i układające się w ciąg, który zaczyna nabierać logiki w przyszłości. Dopiero retrospekcje – a szczególnie umiejętność wplatania ich w fabuły powieściowe – daje możliwość dostrzeżenia tajemnych ścieżek, nieoczekiwanych rozwinięć akcji i doświadczeń centralnych dla dłuższych okresów życia. Do tych zaskoczeń, które pojawiają się przy lekturze tej powieści, dodajmy jeszcze głębokie analizy psychologiczne, zarówno głównej bohaterki, jak i postaci pojawiających się w jej otoczeniu. A choć bywa to przestrzeń najczęściej poddawana krytyce, to trudno wskazać tutaj jakieś nadużycia, raczej mamy do czynienia z ogromną wiedzą autorki na temat ludzkiej psychiki, być może zdobywaną w sytuacjach trudnych, krańcowych, przypominających te z kart powieści. Przedkładając czytelnikom swój debiut prozatorski, Marta Joanna Anders jest już pisarką w pełni ukształtowaną, zaskakującą i niezwykle utalentowaną, co każe oczekiwać kolejnych udanych realizacji autorskich i ciągu nowych ekscytujących publikacji.

Na razie warto wziąć do rąk tę obszerną książkę i odnaleźć w niej autentyczną prawdę o ludzkim życiu i nieustającym dojrzewaniu do pojawiających się wyzwań. W przypadku kobiet bywa to miłość, apotem ciąża i macierzyństwo, ale przecież powieść ta dokumentuje także cały ciąg mniejszych i większych zadań, którym muszą sprostać. W przypadku istot nadwrażliwych, boleśnie odczuwających cudowny powab świata, a innym razem pogrążających się w jego mrokach, pojawia się pragnienie zadośćuczynienia i egzemplifikacji. Wtedy kobiety piszą pamiętniki, zwierzają się najbliższym przyjaciółkom, albo – co jest najwyższą formą samoświadomości – tworzą zbiór opowiadań lub powieść. To bywa zadanie tyleż twórcze, co terapeutyczne, pozwalające zrozumieć samą siebie i dające czytelnikom szansę wejścia do magicznych krain wyobraźni i tęsknoty za czystością, za pięknem i głębią doznań elementarnych. Niestety materia życia bywa skomplikowana, pełna udręki, pojawiających się stale zagrożeń i nagłych zwrotów akcji, co powoduje codzienną szarpaninę i każe wciąż podejmować trudne decyzje. W tym zakresie Centrum ich wszechświata jest ważką próbą odwzorowania trudów dojrzewania i zdecydowanego wchodzenia w dorosłość – jakże czasem trudną do zaakceptowania, jakże nieprzystającą do dziecinnych wyobrażeń o przyszłych dniach. Ta przyszłość to radosne uniesienia, ale też zdarzenia tragiczne, śmierć i poczucie ostatecznego przegrania wszelkich szans, realność rozlanej krwi, wypadków, pogrzebów i grobów – to stale przeplatające się dobro ze złem. Zaletą powieści Marty Joanny Anders jest jednak próba wskazania, że ludzkie życie jest wartością nadrzędną i cokolwiek by się w nim nie wydarzało stanowi nasz największy atut, a jeśli jest chwilowym depozytem danym nam przez rodziców, to też staje się przestrzenią, którą możemy dowolnie kształtować i modyfikować. Autorka wskazuje, że warto żyć, by móc usłyszeć od kogoś – jak Nela od Kacpra: Na razie moje niebo jest niewielkie, ale daję ci je całe. Bo na tym moim niebie to ty jesteś moją tęczą. I choćbyś nie wiem gdzie była i co robiła, ja zawsze będę na ciebie czekał.

________

Marta Joanna Anders, Centrum ich wszechświata, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2017, s. 642.

« Older entries

%d blogerów lubi to: