ŁUCJA DANIELEWSKA – PIĄTA ROCZNICA ŚMIERCI

23 sierpnia minęła piata rocznica śmierci Łucji Danielewskiej, z którą byłem bardzo blisko zaprzyjaźniony i której zawdzięczam przekłady dwóch książek na język chorwacki – wspominam ją i nie mogę uwierzyć, że już minęło tyle czasu. Dopiero co rozmawialiśmy ze sobą, mieliśmy wspólne plany, opowiadaliśmy sobie o ostatnich podróżach. Dzisiaj uświadomiłem sobie jak bardzo mi jej brakuje i jak wielką poezja polska poniosła stratę.


DANIELEW1Łucja Danielewska tworzyła wokół siebie rozległą aurę poetycką i rozsiewała jakieś, trudne do określenia, ale wyraziste, zjawiskowe, liryczne feromony. Jej dorobek literacki jest imponujący I pozwala właściwie ocenić fenomen tej twórczości – powstającej przez wiele lat w samotni, zmagającej się łagodnie z nieprzychylnością świata, docierającej w ciszy i spokoju do miejsc, które istnieją tylko na mapach serdecznych. To były poszukiwania ostateczne i wybory ostateczne, chwile jaskrawe i najjaskrawsze, momenty rozświetlające jaźń i przekazujące w słowie magnetyzm  w n e t r z a. Gdy czyta się te wiersze po latach, często czuje się dreszcz, albo jakieś omdlenie, chwilowe porażenie, nostalgię  – tyle w nich jest prawdy o świecie i człowieku, tyle jest autentycznego istnienia. Od fundamentu słowa do konstrukcji metaforycznej, od podstawy znaczenia do energii międzysłownej, wszystko w tej poezji jest przemyślane, logiczne, skończone. A przecież poetka nie planowała swoich utworów z góry, w najdrobniejszych szczegółach – one jakby spływały na nią, powstawały jak nagły błysk, materializowały się w myśli i słowie, a potem wymagały zaledwie niewielkiego szlifu, małego retuszu, postawienia kropki nad i. Liryki Łucji mówią o sprawach codziennych i wyjątkowych, o tym co proste i skomplikowane i zawsze roztaczają szeroką perspektywę, zawsze odsłaniają rzeczywistość pełną, konkretnie obwiedzioną lirycznym konturem. Subtelność tej poezji pozostaje jej wewnętrznym szyfrem, jakby miękkim podkładem, na którym wylądować może ptasi puch i zraniony ptak, płatek róży i konar drzewa. Metoda poetycka autorki polega na dopełnianiu i wypełnianiu brakujących sensów, na nieustającym czuwaniu przy słowie i obdarzaniu go ciepłem, nowym, jaśniejącym pośród znaczeń, sensem naddanym. Metafora i obraz, symbol i porównanie dopełniają się nieustannie w każdym wierszu, w każdej powołanej do życia rzeczywistości. Takie tworzenie ma w sobie element pierwotnej kosmogonii, nieustającego wznoszenia się bytów ku górze, ciągłej walki o kształt i niezależność. Poetka staje śmiało naprzeciw wyzwaniom i tworzy podwalinę dla słów, dla tego co ewokowane, co przeczute, a potem utrwalone na papierze. Nieodparte wrażenie, jakie pozostaje po lekturze tej poezji, to adekwatność słowa i jego treści w stosunku do skomplikowania i złożoności świata. Każda drobina, okruch każdy, każdy drżący byt znajduje w niej oparcie, zostaje pochwycony i umieszczony na właściwym miejscu, w odpowiedniej przestrzeni lirycznej. Tak, warstwa po warstwie i poziom za poziomem tworzą się przestrzenie, które odkryć można tylko podczas wrażliwej lektury, tylko w chwili odtworzenia pierwotnej energii wiersza – jego stawania się i zastygania na zawsze. Nie na darmo miała i ma autorka spore grono zaprzysięgłych adoratorów jej twórczości, wszak daje im ona to, co zwykle pozostaje głęboko ukryte albo spowite mgiełką niedomówień, otoczką leciutkiego kamuflażu. Tutaj wszystko jest tajemnicą, a zarazem wszystko jest jawne, odsłaniające powab chwili… Tylko taka otwartość i zarazem mistyka, pozwalają zbudować intymna więź pomiędzy poetką, słowem i czytelnikiem – pomiędzy obrazem konstruowanym i ukierunkowanym, a w końcu – odebranym lirycznym komunikatem. To przypomina przepływ impulsów elektrycznych, albo nagłe wyzwolenie się energii kinetycznej. Słowa i metafory lśnią, żyją swoim życiem i jakby przyzywają czytelnika: przyjdź, wejdź do mojego świata I zostań w nim… Bądź wrażliwy…

Reklamy

CHINY (5)

18

Po piątej rano budzi mnie sympatyczny głos w słuchawce hotelowego telefonu …morning call… Dziękuję i szybko wstaję z łóżka, biorę prysznic, starannie się golę i zjeżdżam windą na śniadanie. Tym razem jem tylko kawałki arbuza i melona, jedną bułkę i jajko sadzone z boczkiem wędzonym. Popijam kawą i sokiem pomarańczowym, a potem wracam na dziewiętnaste piętro by spakować swoje rzeczy. Gdy otrzymałem zaproszenie do Chin, przestrzegano mnie, bym wziął jesienne ubranie, bo w górach bywa bardzo zimno. Zabrałem zatem ciepłą kurtkę, która zajęła mi bardzo dużo miejsca w walizce i jeszcze jedną, lżejszą, ortalionową z ociepleniem, którą wielokrotnie brałem do różnych krajów. Tym razem, po rozmowie z tłumaczką i jednym Chińczykiem, decyduję się wziąć właśnie tę drugą i już jestem gotów do drogi. Jedziemy nad zjawiskowe jezioro Qinghai czyt. Czinhaj), gdzie ma odbyć się centralna uroczystość, wraz z wręczeniem Nagrody Złotej Gazeli. Kandydują do niej same poetyckie sławy Tomas Transtromer, Tadeusz Różewicz, Robert Bly, Philippe Jaccottet, Juan Gelman i para twórców z Chin. Przed hotelem czeka już siedem wygodnych autokarów i mnie trafia się ten oznaczony numerem trzy. Jedzie w nim sporo osób, z którymi już nawiązałem kontakty, a nawet udało mi się wstępnie zaprzyjaźnić – są zatem poeci z Meksyku, Palestyny, z Brazylii i Kanady, ze Stanów Zjednoczonych i ze Sri Lanki, z Indii i z Dahomeju, a także sporo Europejczyków – z Chorwacji i Czech, z Francji, z Łotwy i Estonii, z Rosji i z Mołdowy. Mówi się przede wszystkim po angielsku, ale słychać też język francuski i hiszpański, młoda tłumaczka podaje niezbędne informacje po angielsku. Punktualnie o siódmej trzydzieści ruszamy z Xining w kierunku największego chińskiego jeziora, które jest tak słone i ma tak lodowatą wodę, że ryby, a w tym słynna karpiowata Huang Fish, musiały się specjalnie przystosować do takich warunków. Szybko mijamy główne ulice stolicy prowincji Qinghai, a ja przyglądam się miastu i ludziom, sycę oczy dalekowschodnią odmiennością. Na drogach widzę wiele motocykli, ciągnących małe dwukołowe wózki, ponad miarę wypełnione kapustą, zieloną fasolą w strąkach, cebulą dymką, stertami pomidorów, papryki, ogórków, bakłażanów i arbuzów, melonów i jabłek, gruszek i różnokolorowych śliwek. Czasem na takim dwukołowcu stoi beczące głośno cielę lub koza, innym razem dwie owce lub pies. Wszyscy pędzą do przodu, a kierowca naszego autokaru co chwilę trąbi i hamuje, przyspiesza i znowu daje dźwiękowe sygnały, zagradzającym drogę pojazdom, motocyklom i rowerom. Mijamy jakiś wielki targ i widzę przez chwilę prawdziwą barwną mozaikę z owoców i warzyw, a także ogromne ilości wystawionych przed niewielkimi budkami towarów przemysłowych, plazmowych telewizorów i sportowych butów, motorowerów i skuterów, ubrań i żywych ptaków, serów i słodyczy. Wszystko to miga przed moimi oczyma bardzo szybko, ale udaje mi się zauważyć wielką różnorodność produktów, którymi handluje się w tym miejscu. Jesteśmy już kilka kilometrów od centrum i widzę teraz sporo walących się domków z glinianej cegły, całych kompleksów niskich budynków, przypominających ziemianki, ogrodzonych murem z piachu, gliny i kamieni. Jak w kalejdoskopie zmieniają się twarze i ubiory, na mijanych motocyklach i miniaturowych traktorach o wydłużonym kształcie widzę muzułmanów w charakterystycznych białych nakryciach głowy i kobiety tego samego wyznania, w czarnych narzutkach, kryjących włosy i powodujących, że wszystkie wyglądają podobnie. Przeraża mnie to, że na obrzeżach dróg wałęsa się sporo małych dzieci, czasem mijanych o centymetry przez rozpędzone samochody, motocykle i nasze autobusy. Stoją i z zaciekawieniem patrzą na kawalkadę, pilotowaną przez chińską milicję, a potem powoli ruszają ku jakimś bocznym drogom i ścieżkom, sklepom i targom. Widzę też wielu ludzi starych, najczęściej w jednolitych strojach z poprzedniej epoki i charakterystycznych czapkach. Siedzą na niewielkich ławeczkach po kilka osób lub samotnie, na rozkładanych krzesełkach i także obserwują ruch uliczny, czasem coś krótko komentują, wyciągają rękę w geście pozdrowienia, zdumienia lub zachwytu.

19

Wyjeżdżamy na wygodną autostradę, która biegnie przez zjawiskowo wyglądające góry, w wielu miejscach zabezpieczone konstrukcją żelbetonową lub stalową siatką i zasadzoną specjalnie roślinnością. Dopiero tutaj widać w jak niezwykłej niecce, między pasmami, położone jest Xining, dopiero tutaj odsłaniają się drugie, trzecie i któreś z rzędu dale, odległe ośnieżone szczyty, mnóstwo form skalnych i ziemnych, stada owiec i jaków na zboczach, a czasem samotne krowy lub konie, pasące się na takich stromiznach, że wydaje się, iż zaraz stracą równowagę i spadną wprost pod koła pędzących pojazdów. Tablice informują, że zbliżamy się do tunelu o długości trzech i pół kilometra, co wywołuje ożywienie pośród pasażerów autobusu. Nasz kierowca, prowadzący pojazd w białych rękawiczkach i pędzący blisko sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, nie ma zamiaru zwalniać. Podziwiam myśl inżynierską Chin, a zarazem z niepokojem obserwuję wyczyny człowieka za kierownicą. Zapewne dla „uciechy” i chęci „przestraszenia” gości, bawi się wraz z kierowcą jadącego przed nami autobusu w wyścig i mijanie się w wąskiej przestrzeni. Pojazdy pędzą obok siebie w odległości pół metra i to jeden, to drugi, wysuwają się do przodu, a światła w tunelu migają jak oszalałe. Dora z Brazylii jest przerażona i kiwa z dezaprobatą głową, a ja myślę o tym, że starczy mały poślizg opony, niewielki przedmiot na drodze i zdarzy się makabryczny wypadek. Na szczęście długi tunel kończy się i wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń. Wielkie zielone hale i rozległe turkusowe zbocza ciągną się w dal bez końca, a przy szczytach widać ocierające się o nie białe chmury, jakieś opary i mgły. Właśnie wjeżdżamy do małego miasteczka, zamieszkiwanego głównie przez niskich, drobnych muzułmanów. Widać to po wspomnianych wyżej nakryciach głów, a i minarety meczetów ze złotymi półksiężycami wskazują, jaka nacja i religia ma tutaj największe znaczenie. Znowu obserwuję przejawy życia na chińskiej prowincji, zauważam też, że wszędzie buduje się domy, wykańcza wnętrza, wznosi wielkie meczety. Jakiś stary mężczyzna prowadzi na postronku kozę, dzieci biegną i coś krzyczą, ze śmiechem, przy mijających je autobusach. Na polach widać pochylone kobiety w słomianych kapeluszach, które ledwie na chwilę prostują się, zerkają na mknące pojazdy i zaraz wracają do pracy. To jest pora żniw i widzę w wielu miejscach ścinanie zboża sierpami, a potem wiązanie go w niewielkie wiązki i układanie w snopki. Wszędzie panuje ożywienie, ludzie gdzieś podążają lub wykonują jakąś pracę, coś przewożą, coś z namaszczeniem transportują, jakby ich świat miał swoje prawa, pośród których najważniejsza jest niezwykła aktywność. Kierowca przyhamował na chwilę i zauważam niewielki targ przy drodze, na którym najwięcej jest arbuzów i melonów, jakieś powiązane w warkocze ryby, spore kawałki baraniego i wieprzowego mięsa, a w jednym miejscu kilka odciętych kozich głów z rogami i jakoś dziwnie połyskującymi oczami. Młoda kobieta rozwiesza pranie na sznurach, tuż przy domu i na nasz widok uśmiecha się, odsłaniając białe zęby. Jacyś mężczyźni jadą na pudle niewielkiej ciężarówki, z narzędziami rolniczymi w dłoniach, a na samym brzegu siedzą trzy rozmawiające ze sobą w ożywieniu młode dziewczyny w czarnych chustkach na głowach i z sierpami w rekach. Miasteczko pojawiło się nagle przed nami i równie szybko zniknęło, a pojazdy znowu znalazły się na wijącej się pomiędzy górami dwupasmowej autostradzie. Krajobraz zaczyna się już zmieniać, strzelające w niebo pagóry i granie łagodnieją i więcej jest teraz ukształtowania równinnego, z niewysokimi, granatowymi górami nad horyzontem. Zaczynają pojawiać się jurty i namioty, a ludzie nabierają wyraźnych cech mongoloidalnych, przemieszczają się poboczami na koniach lub mułach, przemykają na motocyklach Yamaha, w ogóle nie zwracając uwagi na ruch na jezdni. Zmieniła się ona teraz w niezbyt zadbaną jednopasmówkę, na której z dużą szybkością mijają się jadące w przeciwnym kierunku pojazdy.

20

Widocznie zbliżamy się do celu, bo przy drodze pojawia się coraz więcej byle jak skleconych, prostokątnych namiotów, zwróconych wyjściem ku drodze. Często przednie płachty są odsunięte i widać w nich niskie stoliczki, jakieś beczki, sterty skór. Za nimi ustawiono wiele pszczelich uli, jakieś mniejsze jurty, czasem drewniane szopy. Przed głównymi namiotami handluje się ze stoliczków miodem i kumysem, a czasem jakimiś lokalnymi lekami i nalewkami ziołowymi. Przy drodze pojawiają się grupki mieszkańców tych ziem, ubranych w ludowe stroje i leżących na ziemi lub siedzących w kręgach w kucki. Jakieś dziewczęta powiewają kolorowymi flagami, młodzi chłopcy cwałują na przyozdobionych paradnie rumakach. Wszystko to bliższe jest Mongolii, niż Chinom i widać tutaj, że ludzie bardzo różnią się od tych, których widywałem w Pekinie czy w Xining. To przez te tereny przebiegała jedna z odnóg Jedwabnego szlaku, pradawnej drogi łączącej Chiny z Europą i Bliskim Wschodem. Patrzę na te miejsca, a w uszach brzmi mi muzyka Kitaro, skomponowana do serialu telewizji japońskiej, której ekipa przebyła całą drogę. Ileż moich tekstów napisałem słuchając poszczególnych partii tego wspaniałego dzieła, które mój brat przywiózł na początku lat dziewięćdziesiątych z Berlina. W pewnym momencie tłumaczka kieruje naszą uwagę ku prawej stronie i wyraźnie ożywiona obwieszcza, że szara smużka w dali to już jezioro Qinghai. Ja bardziej przyglądam się dalekim, ośnieżonym szczytom i ludziom, których coraz więcej jest przy drogach. Czuję też, że jesteśmy nieco wyżej, co potwierdzają też niektórzy uczestnicy wyprawy – szczególnie źle czuje się młody poeta z Dahomeju, który ostatecznie skorzysta z pomocy karetki pogotowia i dostanie dawkę tlenu. Także starszy poeta z Iranu i otyła Palestynka narzekają, że boli ich serce, nie chcą wychodzić z autobusu, nie zachwycają się jeziorem i myślą tylko o powrocie. Ja czuje się bardzo dobrze w tym miejscu, oddycham krystalicznie czystym powietrzem, które zdaje się mienić w przestrzeni. Coś tam dzieje się w moim sercu, jakby ktoś nastawiał mechanizm zegara lub przesuwał godzinę, ale w sumie budzi to tylko moje zaciekawienie i nie przywiązuję do tego wagi. Dojeżdżamy do parkingów przy jeziorze i widzę, że jest to miejsce, gdzie przybywa wiele wycieczek, stoi kilkadziesiąt autokarów, kursują malutkie osobowe samochody elektryczne, a na drogach widać prawdziwą przeplatankę różnych rodzajów ludzkich, twarzy bliższych urodzie mongolskiej i typowo chińskiej, Europejczyków, Murzynów, Latynosów i wszechobecnych Japończyków oraz Koreańczyków. W autobusach rozdawano wodę mineralną i teraz prawdziwe tłumy poetów biegną do wskazanej przez tłumaczkę toalety. W Chinach widziałem przede wszystkim urządzenia sanitarne na których się staje, a zdziwiło mnie to, że niektórzy mężczyźni bez żenady, nawet nie domykając drzwi, załatwiali się kucając i wydając głośne odgłosy. Podobnie dziwiło mnie wszechobecne chrząkanie i charczenie, czasem nawet widywałem mężczyzn, którzy wydawali takie dźwięki, a potem siarczyście spluwali w towarzystwie pięknych kobiet. Te w ogóle nie zwracały na to uwagi, tak jakby takie zachowania należały do celebry męskości i były czymś tak oczywistym jak picie wody czy czesanie włosów. Dopiero w hotelach i na lotnisku w Pekinie pojawiały się ubikacje, na których można było usiąść, w innych miejscach wszędzie królowały porcelitowe miski, z dwoma stopami i otworem w środku. Na szczęście nie miałem problemów związanych z tymi miejscami, więc szybko wyszedłem z szaletu i udałem się ku placykowi, gdzie miała się odbyć uroczystość wręczenia nagrody, połączona z występami artystycznymi i koncertem orkiestry filharmonicznej. Przy drodze stali młodzi ludzie, ubrani w stroje ludowe z jedwabiu, przyozdobieni licznymi koralami i broszami, barwnymi zapinkami i kolczykami. Górne partie ich ubiorów miały znacznie wydłużone rękawy, którymi powiewali z gracją w tańcu i z uśmiechem witali przybyłych. Szczególnie pięknie prezentowały się dziewczęta, które miały na sobie czerwone koszule, kontrastujące z bielą męskich strojów. Ileż było egzotyki w tych występach i ileż azjatyckiego posmaku, poczucia oddalenia i zarazem łączności z przedwiekowymi kulturami, z dawnymi obyczajami i nieustającym ruchem, ciągłym dążeniem milionów istnień do jakichś celów. Stanąłem z boku dużej grupy i patrzyłem na pobliskie góry, znowu zamyśliłem się nad drogami mojego życia, które przywiodło mnie ku tej przestrzeni. Odwróciłem się w drugą stronę i zobaczyłem wielką kryształową nieckę jeziora Qinghai, połyskującego turkusowo i wabiącego swoim nieskażonym pięknem, będącego obietnicą wielkich wzruszeń i jakże rzadko pojawiającego się poczucia spełnienia.

21

MONETY CHIŃSKICH CHŁOPCÓW

17

trzej chłopcy w równym wieku patrzyli
na mnie z zaciekawieniem –

zrobiłem im zdjęcie i dałem każdemu
pieniążek z dalekiego
świata

uśmiechnęli się i skoczyli jakby
trafiła się im fortuna

– niedługo odjadę z państwa środka
i może nie wrócę tu nigdy –

malcy schowają monety pośród
swoich największych skarbów

a wiele lat po mojej śmierci może
któryś z nich zostanie poetą
i napisze wiersz

o człowieku który dał mu
błyszczący pieniążek

i odszedł tak
jak wszyscy

odchodzą

Huangyuan 2009

CHINY (4)

14

Duża restauracja przy hotelu Qinghai

Jako kucharz amator, bardzo byłem ciekaw osławionych chińskich potraw i smaków – lecąc samolotem, rozmyślałem o tym, że gotów jestem na wszelkie kulinarne eksperymenty. Niektóre z dań przyrządzałem w domu i miałem pewną wiedzę na temat kuchni kraju, w którym ogromne zaludnienie powoduje, że zjada się z apetytem nieomal wszystko. Podstawowym naczyniem kuchennym jest tutaj wok, w którym na dużym ogniu, przyrządza się szybko kruche potrawy. Dlatego tak ważne jest też krojenie składników na desce odpowiednim nożem lub tasakiem, na co zwracał już uwagę Konfucjusz i co podkreślają wszystkie nieomal podręczniki orientalnego gotowania. Oprócz przysmażania w owalnym naczyniu, Chińczycy gotują na parze i w wodzie, lub smażą elementy dań w głębokim tłuszczu. Je się też sałatki, świeże owoce, pije liczne soki i krystalicznie czystą, źródlaną wodę. Stosunkowo mało je się surówek, co być może ma związek z niebezpieczeństwami, jakie za sobą niesie używanie przy uprawach ludzkich odchodów. Składniki chińskiej kuchni są w szczególny sposób dobierane, a wielką wagę mają tutaj smak i kolor oraz wartość energetyczna produktów. Stosuje się też charakterystyczne przyprawy, a więc olej sojowy i czosnek, ocet i imbir, olej sezamowy, pastę sojową i cebulkę dymkę. Nieomal całe Chiny zajadają się ryżem w różnych odmianach, ale na północy kraju konsumuje się też wiele dań mącznych, z charakterystycznymi pierogami, kluskami i makaronami z pszennej mąki oraz z serami sojowymi. W niewielkich gospodarstwach przydomowych hoduje się przede wszystkim drób i świnie, a krowy, kozy, owce i jaki spotyka się znacznie rzadziej. Samo jedzenie jest rodzajem spektaklu, do którego podchodzi się z nabożną czcią i celebruje jak święty obrządek. Ważne są tutaj charakterystyczne pałeczki, które należy trzymać w odpowiedni sposób i posługiwać się nimi z gracją. Muszę się przyznać, że dwukrotnie w różnych miejscach kelnerki w ludowych strojach czekały cierpliwie aż uporam się z problemem, a potem przynosiły mi sztućce europejskie lub specjalną porcelanową łyżkę. W końcu jednak nauczyłem się właściwie chwytać pałeczki i posługiwałem się nimi dość sprawnie. W moim hotelu była duża owalna sala, w której serwowano wszystkie posiłki. Na środku umieszczono okrągły stół, a na nim dziesiątki różnorakich dań, nieodłączny ryż, warzywa z woka, wiele mięs i innych pyszności. Obok stały stoły z wielkimi szklanymi pojemnikami na soki, serwowano też wodę mineralną i piwo w butelkach. Pierwszego dnia były przy potrawach tylko chińskie napisy, ale widocznie ktoś interweniował, bo pojawiły się informacje w języku angielskim. Wiedziałem, że w kuchni tej jada się mięso z psa i węża, a i niektóre większe insekty znajdują swoich amatorów. Początkowo byłem bardzo ostrożny w doborze dań i nakładałem przede wszystkim warzywa, fasolę, pędy bambusa i ryż, ale z czasem zacząłem eksperymentować. Nakładałem spore ilości makaronu, a w nim pełno było malutkich skrawków mięsa, jakichś ledwie dostrzegalnych pasemek tłuszczu, jakichś nitek i grudek, ciemnych kropek i jaśniejszych smug.

15

Poetka z Włoch z córką i amator gotowanych płuc

Niestety niektóre dania powodowały, że natychmiast od nich się oddalałem. Tak było z gotowanymi płucami w dziwnym jasnobrązowym sosie przypominającym… i tak było z zupą z penisa woła. Te duże narządy nawet dość smakowicie wyglądały i początkowo myślałem, że to jakiś rodzaj szaszłyków. Nałożyłem sobie na talerz dwa i trochę ryżu, usiadłem obok niewielkiego rozmiarami Chińczyka, a ten łamaną angielszczyzną uświadomił mi co mam zamiar jeść …good bull dick…  very good for your love…  Sam też miał na talerzu trzy takie penisy w mętnej, niebieskawej zalewie i zabierał się do jedzenia. Udałem, że kogoś zauważyłem, jakby kogoś zawołałem i przepraszając towarzysza, przeniosłem się do innego stołu. Po drodze odłożyłem mój talerz w miejscu, gdzie zabierano je do umycia i zacząłem od nowa kompletować posiłek. Tym razem był to suchy ryż z warzywami, kawałek tofu, zapiekane ziemniaki, jakieś bułeczki przyrządzane na parze. Usiadłem przy stole i zacząłem wolno jeść, a naprzeciw mnie siedział sympatyczny chiński muzułmanin, który coś tam do mnie zaczął mówić w swoim rodzimym języku. Uśmiechał się serdecznie i pokazywał jak smakuje mu to, co właśnie je. Na talerzu miał spory kawałek mózgu i gotowane płuca jakiegoś zwierzęcia, z żyłami i arteriami oddechowymi na wierzchu. Brał to ostatnie danie w dwie ręce i z błogością wyjadał fragmenty tłuszczu. Potem sprawnie chwytał pałeczkami kawałki czerwono-białawego mózgu i wsuwał je szybko do ust. Całą buzię sobie wytłuścił, okrwawił, a kawałki żółtawego tłuszczu i odgryzionych żył zaplątały mu się pośród włosów długiej brody. Na koniec prawą dłonią przejechał po niej, zgarnął co się dało, zlizał to z dłoni i dość głośno beknął. Żyły w szyi mi jakoś zgrubiały, ale okazałem moje wielkie zadowolenie, pokiwałem z uznaniem głową, co bardzo mu się spodobało. Odszedł od stolika i powędrował po dokładkę, a ja skupiłem się na moim posiłku i starałem się przełykać kolejne kęsy, choć na wspomnienie tego co jadł ten brodacz, pokarm cofał mi się ustach.  Po kilku minutach muzułmanin wrócił, a na jego talerzu były dwa pyski rybie, fragment ogona i nieco fioletowej skóry. Było mi już wszystko jedno, straciłem całkowicie apetyt, więc teraz posiłek tego człowieka potraktowałem jak lekcję poglądową. Najpierw urwał pałeczkami miejsca z oczodołami, zanurzył w jakimś czarnym płynie, w małej miseczce i z apetytem je pochłaniał, potem przyszła kolej na same pyski z niewielkimi zębami, które chrupał z wyrazem szczęścia na twarzy. Na koniec wziął jakiś fragment rybiego kręgosłupa i kawałek po kawałku odgryzał, moczył w płynie i zjadał. Cały czas życzliwie kiwałem głową i wyrażałem moje przyjazne nastawienie do jego wyborów i sposobu jedzenia. Tak mu się to spodobało, że powiedział coś niezrozumiale do mnie, a potem kiwnął pytająco głową. Cóż było robić, też kiwnąłem i brodacz oddalił się znowu na chwilę. Po jakimś czasie przyniósł mi na talerzu taki sam kawałek ryby, z wyjątkowo szpetnymi zębami w pysku, ukłonił się i wreszcie sobie poszedł.

16

Raz jeszcze zmieniłem stół i kończyłem moje warzywa oraz parowane bułeczki, w których była młoda marchewka, grzyby mun, ostra papryczka chili i kawałki tofu. Niestety innym razem, gdy wezmę to danie, okaże się, że w środku są kawałki krewetek z niebieskimi, teleskopowymi oczyma, jakieś ich wąsy i odnóża, a wszystko razem smakuje jak zgniła ryba. To się dopiero miało wydarzyć, na razie jadłem w miarę bezpieczne dania i niczego nie przeczuwałem. Spojrzałem w lewo, ku najbliższemu stołowi  i zamarłem – jakiś przysadzisty Chińczyk miał na talerzu górną część ciała niewielkiego psa. Wyraźnie rysowała się podłużna czaszka jak u jamnika i przednie łapy, pierwsze żebra i kawałek kręgosłupa. Siedzący obok niego koledzy też mieli to samo danie na talerzach, przy czym jeden z nich wyraźnie szczycił się tym, że trafił mu się tłusty ogon. Patrzyłem na ten psi pysk, z zębami ułożonymi jakby zwierzę właśnie warczało i zbierało mi się na wymioty. Właśnie przechodziła nasza tłumaczka i widząc moje szczególne zainteresowanie powiedziała, że warto w Chinach wszystkiego spróbować, a pies smakuje jak wieprzowina skojarzona z kurczakiem, prawdziwe delicje… Podziękowałem grzecznie za tę sugestię i czym prędzej opuściłem salę. Odtąd już wiedziałem, że nie należy zbytnio rozglądać się wokół i podczas kolejnych posiłków brałem coś prostego, dodawałem furę warzyw i owoców, popijałem sokami, pyszną zieloną lub czarną herbatą i wodą. Jeszcze tylko raz popełniłem błąd, gdy nałożyłem sobie na talerz dwa kawałki mięsa, wyglądające jak podpieczony boczek wędzony, w ładnej zielonkawej zalewie, ze śliwkami różnych rozmiarów. Dołożyłem ryż, wziąłem ze trzy kwadraty zapiekanki ziemniaczanej, trzy białe pierożki z serem feta i zasiadłem do jedzenia. Tym razem moim towarzyszem był poeta z Belgii, który już dwa razy był w Chinach i miał sporą wiedzę o tym kraju. Pochwalił mój wybór i powiedział, że żmija jest bardzo dobra, szczególnie w tym skowronkowym sosie z oczami kóz i jaków. Znowu mi się zrobiło niedobrze i zastosowałem ten sam fortel co poprzednio, niby to kogoś zauważając, niby kogoś wołając. Przeprosiłem Belga i powędrowałem w inny koniec sali, po drodze pozbywając się talerza, biorąc nowy i nabierając warzyw i owoców. Piszę tutaj o przygodach pierwszych dwóch dni, bo potem wszystko wróciło do normy i wraz z innymi uczestnikami imprezy mówiłem, że tego wspaniałego jedzenia jest za dużo. Nikt nie jada w domu trzech posiłków w takiej obfitości i z taką regularnością, nikt też tak nie eksperymentuje. Odtąd brałem na talerz dobrze mi znane potrawy, jakieś plastry wędzonego boczku, pięknie przyrumienione, swojsko wyglądające jajka sadzone, filety z pangi lub mintaja, a do tego ogromne sterty warzyw, trójkąty arbuza i kostki melona lub ananasa. Szybko zorientowałem się też gdzie siadają amatorzy dziwnych dań i omijałem ich z daleka, najczęściej jedząc w gronie poetów z Brazylii, Meksyku, Sri Laki lub z krajów europejskich. W sumie, zachowałem w pamięci owo znakomite jedzenie i apetyczne zapachy, nieustające poczucie sytości i lekkości potraw. Tutaj, w środku Chin, kuchnia jest zbliżona do europejskich zwyczajów – czyż to nie jeden z władców Niemiec uwielbiał dania ze skowronków. Choć miałem jakieś negatywne doświadczenie podczas pierwszych posiłków, to nie narzekałem, bo przecież wiedziałem, że w innych częściach tego wielkiego kraju je się skorpiony i stonogi, rekiny, rozgwiazdy, jaszczurki, żółwie i wszystko co się da wyciągnąć z morza i rzek.

URSZULA ROMA ZIELIŃSKA

fotka.php

W październiku miną dwa lata od śmierci poetki Urszuli Romy Zielińskiej, ale właśnie mija rocznica jej ostatniej wizyty, u mnie w domu. Tyle miała planów, tyle jeszcze chciała zrobić, ale choroba nie pozwoliła jej na to. Przypominam tekst, który na jej prośbę wtedy napisałem.

Wiersze Urszuli Romy Zielińskiej mają wymiar autentystyczny i metafizyczny, bo roztapiają się w naturze i w niej szukają potwierdzeń realności istnienia. Zapewne wielki wpływ ma na to miejsce, w którym obecnie mieszka autorka, w samym sercu Borów Tucholskich, w krainie tyleż bajkowej, co skłaniającej do refleksji nad przemijaniem ludzi i rzeczy tego świata. Tutaj natura jest lustrem, w którym odbija się rozedrgana, wirująca w przestrzeni i czasie, dusza poetki. Ze wszystkich stron podążają ku niej żywe impulsy i zbiegają się w jej świadomości, tworzą rodzaj obrazu intymnego, mapy lirycznej, na której mają swoje miejsce wilgi i sarny, gałęzie drzew i światło uwięzione w czarnych kałużach. Nowy wiersz staje się każdorazową próbą sprawdzenia czy wymiary i barwy znaczą to samo, co w przeszłości, czy czas płynie równomiernie, a życie jest jeszcze życiem. Przy tak intensywnych, sensualnych opisach świata przyrody, krajobrazów ziemskich i kosmosu zawsze pojawia się możliwość rozmazania rzeczywistości i bezszelestnego przejścia w sen, znalezienia się po drugiej stronie egzystencji. Widać to znakomicie w poezji romantyków i angielskich poetów metafizycznych, ale też w każdej epoce pojawiają się poeci, którzy w taki czuły sposób podchodzą do natury. To jest mądra apoteoza, a zarazem ukazanie świata w wielu wymiarach, pod różnym kątem, w chwili początkowej i u końca dnia, miesiąca, roku, u końca życia, które jest darem niewidzialnej Istoty i realnych rodziców – to jest epitalamium egzystencji, którą opisuje refleksja poetycka i myśl filozoficzna.

Poetka zatrzymuje w wierszu chwilę i stara się zrozumieć, co ona oznacza, jaki jest jej sens w ciągu innych momentów, jakie ma znaczenie dla biografii, dla tego co nieuchronne i czające się w przyszłości. W takim ujęciu, gdy chwila z chwili wybucha i płonie, wyrazisty staje się monotonny przepływ doznań i wrażeń, pojawień się ptaków i gwiazd, ruchu wahadłowego pór roku, ciągłego odchodzenia i powracania motywów. Ludzkie życie w wierszach Urszuli Romy Zielińskiej ma sakralny wymiar i staje wielkim rytuałem, w którym uczestniczy cały wszechświat – jeśli człowiek to dostrzeże i jeśli zgodzi się na taki udział w ogromie stworzenia, otrzyma ładunek energii, który uchroni go i wzmocni, stanie się jego tarczą w walce ze złem i entropią. Warto w tym miejscu przywołać słowa króla Melchizedecha, wypowiedziane do pasterza Santiago w powieści Paulo Coelho Alchemik : Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć. Autorka tego zbioru wierszy wierzy w to gorąco i w każdym nieomal utworze dokumentuje przedziwną łączność wielkich i małych energii, namawia do wyciszenia się i zawierzenia prawom natury. Jej sytuacja życiowa skłania ją do głębokiej refleksji nad ludzkim losem i nad losem najbliższych, nad dziejami drzew i lasów, biedronek i obłoków, nad ukrytymi wymiarami każdej egzystencji. Tak dociera do samej istoty świata, staje się jego odbiciem i energetycznym nośnikiem, w taki sposób przedłuża jego kruchy byt w kosmosie. Maluje obrazy intensywnie nasycone barwą i próbuje dociec jaki jest ich rzeczywisty wymiar, chce wniknąć w naturę i taki sposób określić ludzkie możliwości poznawcze. Wierzy, że szyfr istnienia został zapisany w powiewie wiatru, w kwiatach jabłoni i bzu, w locie żurawi i w spojrzeniu dobrego człowieka. Dlatego wychodzi do ludzi z sercem na dłoni i stara się odnaleźć bliskość, odbudować więzi pomiędzy tym co było, tym co jest i tym, co będzie. Wyraźnie widać, że wiersze te zostały napisane w głębokim wzruszeniu i w przekonaniu, że moment poetyckiego poczęcia ma w sobie tę samą energię kosmogoniczną, jaką Bóg obdzielił byty na początku dziejów.

Dla autorki Podążać za Tobą” Bóg nie przestaje być tajemnicą, ale stale podpowiada człowiekowi, co ma czynić. Jego szept jest w pięknie i różnorodności przyrody, w rytmie krwi człowieka i w szeleście skrzydeł pszczoły. Trzeba tylko wyciszyć się wewnętrznie i zgodzić się na proponowaną formułę istnienia, trzeba w smaku miodu dostrzegać też ogromną siłę sprawczą. Ta poezja jest wsłuchiwaniem się w słowa najdoskonalsze, ale też jest nieustannym podsłuchiwaniem Pana. Podkreśla to zamieszczony na początku tomu Psalm 19, w którym mowa o świętości natury, o wielkich wymiarach życia człowieka i o znaczeniu przedwiecznego słowa. Tutaj dykcja jest równie ważna, jak barwa, jak kreowany obraz i dlatego te wiersze brzmią donośnie, dźwięczą jak odgłosy łąki, jak wieczorny las, jak chwila nad jeziorem. Subtelność i delikatność łączą się w tej liryce z gorącym pragnieniem dorównania doskonałości natury, z wypowiadanym wprost życzeniem: Być motylem i na kwiatach rosnąć. To znaczy roztopić się w bycie, stać się jego cząstką, tak jak każda drobina materii, jak każda świetlista myśl, jak każde ożywcze tchnienie. Warto czytać te wiersze i warto je studiować, bo niosą one pokrzepienie i odsłaniają tajemny kod życia, pokazują, iż są pośród nas ludzie, którzy cierpią z godnością – że są z nami istoty, które potrafią z bólu wysnuć pieśń pochwalną egzystencji. I chcą stale uśmiechać się do Boga, i chcą życzliwie patrzeć na człowieka, i szukają prawdy w jej najprostszych przejawach. Taki świat kreuje i proponuje czytelnikom Urszula Roma Zielińska, poetka wolnej przestrzeni i godnego życia pośród niej, poetka rozmarzona, rozśpiewana i snująca refleksje natury ontologicznej. Tylko wielka wiara i wielkie uczucie dają takie owoce, tylko najszczersze zawierzenie pozwala tak bardzo zbliżyć się do tajemnicy…

CHINY (3)

12

Otrzymałem pokój hotelowy najwyższej klasy, z dużą kabiną prysznicową w łazience, panoramicznym oknem, wygodnym biurkiem, specjalnym fotelem do czytania i podziwiania widoków, a także z telewizorem plazmowym, który włącza się i wyłącza, naciskając przycisk w ścianie, nad łóżkiem. Codziennie dostarczane są świeże owoce, wody mineralne, różne rodzaje herbat, a gdybym tylko chciał, miałbym też do dyspozycji dziesięć rodzajów piw, całe ogromne menu dań i dziesiątki alkoholi z całego świata. W związku z klasą hotelu, ceny też są markowe, więc pozostaję przy tym, co określa się jako free. Biorę na przemian gorący i lodowaty prysznic, przebieram się w czyste rzeczy i elegancką, szybkobieżną windą zjeżdżam na dół. Wszędzie uśmiechnięte twarze osób z obsługi, pań w recepcji, otwieraczy drzwi i młodzieńców zajmujących się bagażem, boyów hotelowych i koordynatorów, którzy z krótkofalówkami wydają rozkazy, tak by przyjeżdżające i oddalające się samochody zostały szybko obsłużone. Do pracy podchodzi się tutaj z godnością i robi się wszystko szybko, energicznie, jakimś rodzajem niezwykłego zaangażowania. Jestem już przed hotelem i szeroką ulicą kieruje się ku widocznemu wyraźnie wielkiemu parkowi. Położony jest na niższym poziomie miejskim, nad rzeką Huang Shui (dopływ Huang He, za moich czasów szkolnych nazywanej też Huang Ho, 黄河 – Żółtej Rzeki), która także ma kolor żółtawy, z powody mułłów lessowych, niesionych wraz ze swoim biegiem. Zdaje mi się, że uczestniczę w jakimś święcie, bo w parku są dziesiątki osób, które spacerują lub bawią się z dziećmi. Jakieś dziewczynki łowią małe rybki w strumieniu i wkładają je do słoików z wodą, chłopcy przeskakują z kamienia na kamień. Wiele starszych osób siedzi na ławkach, coś sobie opowiada z żywą gestykulacją lub po prostu śpi w najlepsze. Jestem na wysokości dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza i moje szybkie zbiegnięcie po schodach natychmiast spowodowało gwałtowne bicie serca i trudności z oddychaniem. Przystaję na chwile i czekam aż ta nagła burza w moim ciele się uspokoi, przypominam też sobie, co powiedziała młoda przewodniczka w autobusie, wiozącym nas z lotniska. Apelowała by nie biegać, by chodzić wolno i nie forsować się specjalnie, ona także, po przyjeździe z Pekinu na studia, miała spore kłopoty i długo się aklimatyzowała. Park z jednej strony ogranicza rzeka, a z drugiej szeroka ulica, nad nim biegną jednak też bardzo wysoko dwupasmowe estakady. W każdym miejscu widać ogromną dbałość o czystość i dopracowanie szczegółów. W strumieniu są progi wyłożone mozaiką z kolorowych kamieni, brzegi są zabezpieczone,  wygodne betonowe chodniki biegną w różne strony, a drzewa zostały tak posadzone, że tworzą aleje i zacieniają cały park. Ludzi tutaj jest mnóstwo, bo przecież Xining liczy blisko sześćset tysięcy mieszkańców, a i przyjezdnych jest wielu, bo to punkt przystankowy w drodze do Lhasy, do klasztorów taoistycznych i do mistycznego jeziora Qinghai (czyt. Czinhai). Zapewne dla wielu z nich, zabieganych i z trudem utrzymujących rodziny na powierzchni życia, wyjście do parku jest jedną z ulubionych rozrywek. Przysiadam na ławce i przyglądam się ludziom, tej przesuwającej się przede mną przeplatance twarzy i gestów, urody i starości, uśmiechu i zapatrzenia w jakieś tajemne dale. Jestem też obiektem żywego i życzliwego zainteresowania, bo moja europejska twarz natychmiast jest wyodrębniana i rodzi zastanowienie. Myślę o tysiącach życiorysów, o narodzinach na Wyżynie Tybetańskiej, o latach spędzonych w cieniu dalekich szczytów, ośnieżonych i majestatycznych, już od września do maja, a czasem nawet dłużej. Wiem o tym od przewodniczki, która w autobusie, podczas godzinnej podróży, przekazała nam wiele cennych informacji. Ci ludzie mają swoje historie, a starsi byli świadkami wielkich przemian, rządów przewodniczącego Mao, Wielkiego Skoku, rewolucji kulturalnej i czego tam jeszcze, ale widzę, że zachowali pogodę, noszą ze sobą w siatkach małe składane taboreciki (moja babcia mówiła na to ryczka), przysiadają w różnych miejscach, obserwują świat  i odsłaniają zęby w uśmiechu.

11

Widzę w dali większe zgromadzenie i słyszę dźwięki dobiegającej muzyki, więc kieruję się tam powoli i fotografuje po drodze ludzi i kwiaty, jakieś ciekawe rzeźby, buddyjskie dzwony i aleje drzew. Przystaję przy jednej większej topoli, robię zbliżenie i zachowuję w pamięci aparatu ciekawą draperię kory. Natychmiast gromadzi się wokół mnie kilka osób i patrzy, gestykuluje, coś po chińsku komentuje. Pod wielkimi estakadami jest coś w rodzaju okrągłego placu, wokół którego widzę wielorzędowy wianek ludzi. Podchodzę bliżej i dostrzegam chińską orkiestrę, złożoną ze starych mężczyzn i grającą przede wszystkim na èrhú (二胡), dwustrunowym instrumencie o skali trzech oktaw. To jakby mały bębenek z gryfem, na którym naciągnięte są struny, wydający przenikliwy, orientalnie brzmiący dźwięk. Podczas mojej wizyty będę niebawem czytał wiersze w starożytnym miasteczku, a przygrywać mi będzie orkiestra złożona z kilku osób. Po lekturze przyjrzę się chińskim instrumentom, które stworzyły mi tak wspaniały nastrój – wyodrębnię guzgeng (古箏), czyli cytrę, najpopularniejszy instrument w Państwie Środka, ale też quqin (古琴), starodawny chordofon o siedmiu strunach, liczne bębny, kotły, flety bambusowe, czasem połączone w duży zintegrowany zestaw oraz pipę (琵琶), instrument strunowy z pudłem w kształcie gruszki, pomalowany na czerwony kolor i ozdobiony smokiem lub feniksem. Z tyłu tego lutniczego dzieła sztuki dostrzegłem też namalowane kolorowe kwiaty. Takie same ozdoby miały trzy efektowne yueqiny (月琴), tradycyjne chińskie instrumenty strunowe, z pudłem w kształcie połowy kuli. Tutaj – w parku – królują èrhú i proste instrumenty perkusyjne, na których grają starsi mężczyźni, a z tyłu stoi duża grupa widzów. Rozlegają się orientalne dźwięki, a na placyku tańczą kobiety w podeszłym wieku, przyozdobione jaskrawo różowymi i zielonymi szarfami z jedwabiu, powiewające prostymi wachlarzami z tego materiału, naciągniętego na drewniany szkielet. Widać, że zarówno występujący, jak i widzowie mają wielką satysfakcję i czują się kimś ważnym, kimś kto uczestniczy w wielkim wydarzeniu. Myślałem, że to jednorazowy występ i samoistna manifestacja talentów artystycznych, ale poszedłem dalej i na wielkim placu spostrzegłem ogromny dach płócienny, pod którym odbywała się podobna prezentacja, a zbiegowisko było jeszcze większe. Ilekroć jestem w takich odległych kulturowo miejscach, czuję w sobie jakąś wielką tęsknotę, chęć zostawienia życia w Polsce i poświęcenia reszty moich dni podróżowaniu, poznawaniu obcych krajów i ludów, a nade wszystko pisania o tym. Patrzę na pełne natchnienia twarze kobiet, które z jakimś chińskim majestatem i powagą celebrują kolejne kroki, gesty, ruchy ramion i całego ciała. Zapewne piękniej by to wszystko wyglądałoby, gdyby ci ludzie mieli na sobie tradycyjne stroje chińskie, ale kogo dzisiaj na to stać – widziałem w sklepach wolnocłowych, na lotnisku pekińskim, jakie są ceny takich ubiorów. Tutaj odświętny charakter mają podkreślać intensywnie barwione jedwabie i oprawa muzyczna, układ taneczny i owo wystudiowane ruszanie się do przodu i do tyłu, w bok i z powrotem. Robię wiele zdjęć i jestem znowu obiektem uważnych obserwacji, czasem nawet ktoś z drugiej strony koła podbiega do mnie i przygląda mi się jakbym był jakimś dziwacznym zjawiskiem nie z tej ziemi. Ruszam dalej i znajduję mniejsze grupki, gdzie także ktoś śpiewa lub tańczy, są też siedzący przy kamiennych stolikach gracze pochyleni nad chińskimi grami, a z boku parku dostrzegam równy szereg żołnierzy maszerujących z dostojeństwem i patrolujących ulicę. Jako ornitolog amator szukam ptaków, ale nie widzę ich, zapewne z powodu sporego ruchu w parku, co jakiś czas jednak dostrzegam jakiegoś barwnego mieszkańca przestworzy, przelatującego na przeciwległą stronę rzeki, gdzie jest jakby druga część przestrzeni parkowej. Przystaję przy Huang Shui, która ma specjalne metalowe progi i w niektórych miejscach jest pozarastana trawami. Zapewne przy wyższym poziomie wody, zostają one przykryte mętną, żółtawą wodą, a potem wyrwane przez nurt, spływają dalej. Na kamieniu przysiadła pliszka, przypominająca naszą siwą odmianę i żwawo porusza ogonkiem, przeskakuje z głazu na głaz. Patrzę na dalekie wzgórza, gdzie zapewne też krzewi się życie, owce i jaki pasą się na zboczach, przemykają górskie kozły i antylopy, a nad szczytami kołują sępy i orły. Jestem w miejscu, które od dawien dawna uważano za kolebkę cywilizacji chińskiej, tak niedaleko gór, z których wypływają trzy wielkie rzeki.

10

Zataczam ogromny krąg i przyglądam się Xining, w którym kolorowe wieżowce ze szkła i stali w centrum, sąsiadują z domami z glinianej cegły w dalszych dzielnicach. Na jednym ze wzgórz umieszczono ogromną, szpiczastą konstrukcję z kulą, którą nazywają tutaj wieżą Szanghaju, bo przypomina barwne oświetlenie tego miasta i jest darem od jego władz. Na ulicach jest dosyć duży ruch i samochody, autobusy, motocykle i ciężarówki jeżdżą bardzo szybko. Czasem trudno jest mi przebiec ulicę pomiędzy pojazdami, zauważam też kobietę w charakterystycznej chińskiej czapce, takiej samej jak nosili przywódcy za czasów Mao, która ma w ręku czerwoną chorągiewkę i pilnuje by nikt nie zakłócał ruchu ulicznego. Coś do mnie mówi i powiewa swoim rekwizytem, ale nie przywiązuje do mojego wykroczenia za wielkiej wagi, przygląda się bacznie drugiej stronie ulicy i głośno krzyczy, gdy ktoś próbuje przeskoczyć jezdnię. Wszędzie interesujące twarze i gesty, podążanie do jakiegoś celu, nieustający bieg, pomalowane na niebiesko i biało  autobusy, a przy nich niewielkie czerwone taksówki  na trzech kołach, wykonane z motocykli i mogące zabrać ledwie dwie osoby. Przed jednym z wieżowców ogromna układanka z różnobarwnych kwiatów, urządzone ze smakiem klomby, wiele barwnych roślin, ułożonych w pomysłowe ciągi, wstęgi i szachownice. Na domach i budynkach użyteczności miejskiej wiele chińskich napisów, które stają się w nocy jaskrawymi neonami, a przy nich nieco obwieszczeń w języku angielskim. Przede wszystkim banki reklamują swoje usługi w dwóch językach, ale też na największych sklepach widzę takie informacje. Schodzę na niżej położony, rozległy plac, na którym także wiele jest kwiatów i krzewów, a z jego środka doskonale widać jak położone jest to miasto. Zniknęły właśnie obłoki na niebie i słońce zaczęło operować bardzo mocno, co spowodowało, że podniosły się mgły i zauważyłem nad pobliskimi górami, bardzo daleko położone i okryte śniegiem wyższe szczyty. Usiadłem na ławce i patrzyłem długo na krystalicznie czyste widoki, czy mogłem przypuszczać, że moje życie zaprowadzi mnie kiedyś do tego miejsca i przeżyję ogromne wzruszenie, a zarazem jakby przypływ pradawnej energii, która odtąd już będzie mnie zawsze prowadzić. Takie doświadczenia bardzo wzbogacają wnętrze człowieka i powodują, że nabiera dystansu do własnych kolei losów i kłopotów, małomiasteczkowej zawiści i prób zniszczenia tego, co się zrobiło. Cokolwiek by się nie działo w przyszłości, nikt już mi nie zabierze tych chwil i tego zapatrzenia się w swoje wnętrze w środku Azji. Powoli wstaję z ławki i ruszam w drogę powrotną, przez cały czas wzbudzając zaciekawienie mijających mnie ludzi. Niektórzy z nich widząc aparat fotograficzny w moim ręku, sami oferują swoją pomoc i chętnie fotografują mnie, inni – gdy ja o to proszę – kiwają przecząco głową i uciekają w popłochu. Wspinam się teraz ku górze i czuję znowu na jakiej wysokości jestem, serce przyspiesza i oddech robi się szybszy, ale ogólnie dobrze się czuję. Mijam kolejne domy i robię jakieś drobne zakupy w sklepie z tradycyjną chińska biżuterią, wybieram bransoletki z zielonych i żółtych kamieni, trochę targuję się uzyskuję niską cenę. Kupuję też dla spróbowania ze trzy rodzaje chińskich piw, jakieś wody mineralne i sok z orzecha kokosowego – nie byłem jeszcze na kolacji i nie wiem jak nas będą karmić, ale moje obawy wkrótce okażą się niezwykle wręcz zabawne. Jestem już w pokoju hotelowym, gdzie w międzyczasie podrzucono mi elegancko zapakowane małe, słodkie banany i sporo malutkich czerwonych i żółtych pomidorków. Pojawiły się dwie butelki wody mineralnej z zawieszaną etykietka free oraz saszetki zielonej i czarnej herbaty. Staję przy oknie i patrzę na Więżę Szanghaju, powoli zachodzi słońce nad górami, z lewej i z prawej strony zaczynają unosić się niebieskie mgły i pierwsze światła zapalają się w domach. Widzę z wysokości dziewiętnastego piętra niewielkie postaci ludzkie w różnych mieszkaniach, czasem tonących w półmroku lub nieco jaśniej oświetlonych. Mój, jakże interesujący i ekscytujący dzień, który zaczął się w Pekinie, a potem miał swoją kontynuację w samolocie Air China, nad górami i dolinami tego kraju, dalej już w mieście Xining, gdzie spacerowałem dość długo i chłonąłem aurę tego miejsca, kończy się także dla wielu ludzi tutaj mieszkających i żyjących. Ustawiam fotel z podnóżkiem przed oknem, rozsiadam się wygodnie i patrzę na ten świat, dany mi w darze przez życie i organizatorów międzynarodowego festiwalu poezji. Ostatnie promienie słońca gasną za zboczem górskim, wieża cała okrywa się kolorowym, stale zmieniającym się światłem. Zaczynam czuć zmęczenie, ale nie kładę się jeszcze spać, bo żal mi zamykać taki niezwykły dzień…

13

ŚWIAT STAROŻYTNY (IV)

Aristoteles

Arystoteles

Już w czasach starożytnych pojawił się konflikt pomiędzy postawą myśliciela, a człowieka wyzwolonego od kłopotów finansowych. Już wtedy upowszechniło się przekonanie, że nie można pogodzić postawy filozoficznej z gromadzeniem dóbr i łatwym zarabianiem pieniędzy. Arystoteles w dziele pt. Polityka przeciwstawia się temu przekonaniu i przywołuje przykład Talesa. Ten wizjoner, który pozostawił ludzkości wizję bezkresu jako przestrzeni, w której bytuje człowiek – jak mówi Arystoteles – przewidując na podstawie swych wiadomości astrologicznych, że zbiór oliwek będzie obfity, z niewielkich pieniędzy, jakie miał do rozporządzenia, dał zadatek jeszcze w zimie na wszystkie prasy do oliwek w Milecie i Chios, a ponieważ nikt nie dawał więcej, za niską cenę je wynajął. Kiedy zaś nadeszła właściwa pora i nagle wielu ludzi naraz poczęło ich poszukiwać, wynajmował je za cenę, jaką zechciał, a zebrawszy w ten sposób wielkie pieniądze, wykazał, że dla filozofów łatwą jest rzeczą zgromadzenie bogactwa, jeśli tylko zechcą, tylko, że nie to jest celem, do którego ich wysiłki zdążają. (s. 31) To przekonanie, że intelektualista nie potrafi zarobić dużych pieniędzy przetrwało do naszych czasów, a potwierdzały je biografie wielkich artystów, malarzy, myślicieli, którzy całe życie klepali biedę i zmarli w ubóstwie. Byli też i tacy – jak Tales – którzy potrafili zadbać o swoje interesy, gromadzić dobra, cieszyć się życiem i mieć zawsze hojnych sponsorów. Nie ulega jednak wątpliwości, że powszechniejsze było ubóstwo, które też traktuje się jako rodzaj wtajemniczenia, prowadzący do prawdziwych osiągnięć w różnych sferach ludzkiej aktywności. Niektórzy wręcz zalecają by poeta, naukowiec czy artysta byli biedni, bo to przydaje blasku ich sztuce, pozwala poznać życie we wszystkich wymiarach i odcieniach. Zresztą ludzie niechętnie podchodzą do osób ambitnych i umiejących zakręcić się wokół własnych spraw, szukają natychmiast jakichś nieuczciwych elementów biznesu, donoszą i obmawiają, nie mogą pogodzić się z szybką poprawą statusu finansowego dawnego biedaka. Arystoteles przywołuje też w swojej książce o polityce historię innego spryciarza: Tak i na Sycylii raz pewien człowiek za złożone u niego pieniądze wykupił w hutach żelaznych wszelkie zapasy żelaza, a następnie kiedy z różnych miast handlowych zjawiali się kupcy, sam jeden je sprzedawał z niewielką nawet podwyżką ceny; mimo to przecież na pięćdziesięciu talentach zarobił aż sto. Gdy się o tym dowiedział Dionizjusz, pozwolił mu wprawdzie wywieźć z Syrakuz pieniądze, ale zabronił mu dalszego pobytu, zarzucając mu, iż otwiera sobie źródła dochodu, które się z jego interesami nie godzą. Zarówno w pierwszym przypadku, jak i w drugim mamy chodzi o konfrontację sprytu i inteligencji z monopolem państwowym, który broni się różnymi obwarowaniami. Dobry interes robi się omijając te zasieki, a zarazem tak inwestując, by włożone nakłady przyniosły znaczny zysk. Czy takie nastawienie do życia kłóci się z profesją pisarską, z zawodem artysty lub z postawą myśliciela. I tak i nie – wszystko wszakże zależy od indywidualnych cech charakteru danego człowieka, od jego potrzeb i umiejętności odmawiania sobie różnych wygód. Pomiędzy Mozartem, którego ciało po śmierci trafia do wspólnego dołu dla biedaków, a Bachem czy Haendlem, którzy otrzymywali spore pieniądze za swoje kompozycje i umieli je dobrze spożytkować, jest prawdziwa przepaść społeczna. Choć ostatecznie i wszyscy trzej znaleźli się w panteonie muzyki światowej i dokonali tyle, że teraz na plan dalszy odsuwają się ich życiowe problemy, kłopoty codzienności, nawyki i niepokoje – pozostała pewna idealność, która jakże daleka jest od merkantylizmu.

W życiu ludzkim, obok spraw majątkowych, najwięcej kłopotów wiąże się z niewielkimi sporami, które często – zdaniem Arystotelesa – przekształcają się w ogromne awantury w miastach i całych społecznościach. Najczęściej zaczyna się od spraw rodzinnych: Tak było np. w Hestiai po wojnach perskich, kiedy to dwóch braci pokłóciło się przy podziale ojcowizny. Uboższy bowiem głosząc, że brat zataił stan majątku i skarb znaleziony przez ojca, pozyskał sobie lud, drugi zaś, mając wielki majątek do rozporządzenia, zjednał sobie możnych. To tak zwane pranie brudów rodzinnych na forum lokalnej społeczności, a zarazem chytra postawa, mająca prowadzić do przejęcia fortuny. Czytając Politykę wiemy, że opisywane sprawy są odległe, przedzielone wiekami historii, ale też jakoś bardzo nam bliskie – znane ze współczesności. Arystoteles opowiada, że także i w Delfach spór, jaki się wywiązał na tle spraw małżeńskich, stał się przyczyną wielkich zaburzeń późniejszych. Jeden narzeczony mianowicie przybywszy do swej oblubienicy dopatrzył się w pewnym znaku jakiejś złej wróżby, wobec czego odstąpił od zawarcia związku małżeńskiego. Krewni porzuconej uczuli się z tego powodu tak obrażeni, że kiedy ten składał ofiary, podrzucili mu pewne kosztowności ze świątyni, a następnie ubili go jako świętokradcę.(s. 215) To zdarzyło się w Grecji, w czasach starożytnych, a przypomina awantury ze współczesnych europejskich prowincji. Stale pojawiają się takie konflikty i wciąż jakieś rodziny polują na niedoszłego małżonka, który wzgardził wcześniej wybraną kobietą. Nauczyciel Aleksandra Wielkiego przywołuje jeszcze jedno podobne zdarzenie, które wymknęło się spod kontroli i z wymiaru rodzinnego przeniknęło do szerszych kręgów: Również w Mytylenie wybuchła kłótnia o córki dziedziczki i stała się przyczyną wielu nieszczęść tudzież wojny z Ateńczykami, w czasie której Paches zajął miasto. Jeden z zamożnych obywateli mianowicie, Timofanes pozostawił dwie córki, o które starał się dla swych synów niejaki Deksander. Spotkawszy się z odmową, począł wichrzyć i podburzał Ateńczyków przeciw swemu miastu, w którym był zastępcą ich interesów. (s. 215-216) Także współcześnie możemy wskazać takich przywódców, posłów, senatorów, którzy zaczynali od jakiejś małej awantury, od niewielkiego nagłośnienia, czasem nawet na granicy prawa, a potem korzystali bezwzględnie z rosnącej famy, z aury skandalu i z zainteresowania gawiedzi. Arystoteles miał ogromną wiedzę i patrzył na ustrój społeczny zarówno na dole, jak i na wyżynach władzy. Jego książka powinna się znaleźć w wielu bibliotekach domowych, a szczególnie  tych osób, które pchają się do władzy, szukają swojego miejsca w elitach rządzących, albo po prostu chcą szybko zrobić karierę w jakiejś dziedzinie.

Niezwykle interesujące są też rozważania greckiego filozofa na temat tyranii. Mamy z nią do czynienia również na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku i nic nie zmieniło się w zakresie strategii człowieka próbującego niszczyć innych ludzi: Należy do sposobów rządzenia tyranów, że się ludzi pobudza do wzajemnego oczerniania i do starć przyjaciół przeciw przyjaciołom, lud przeciw możnym, a bogatych jednych przeciw drugim; że się poddanych zuboża aby zdobyć środki na utrzymanie straży; a nadto by ludzie pochłonięci dzień w dzień zajęciami nie mieli czasu na knowania. Jako przykład można tu przytoczyć i piramidy w Egipcie, i dary wotywne Kapselidów, i budowę świątyni Zeusa olimpijskiego przez Pizystratydów i budowy Polikratesa na Samos, bo wszystko to do tego samego celu zmierza: nieustannego zatrudnienia i zubożenia poddanych. (s. 255) Tak, wszystko się zgadza, jakby nie minęły tysiące lat, wciąż ta sama strategia sprawdza się w wielu instytucjach, pośród różnych grup społecznych, a także w obrębie całych państw. To wcześniejsza wersja rzymskiego divide et impera, którą stosowano na wszystkich kontynentach, od cesarskich Chin do kolonialnej Afryki i od Argentyny po Anglię i Stany Zjednoczone. Koniec tyranów bywał często krwawy, ale też wielu spośród nich dożywało sędziwego wieku i pozostawiając za sobą krwawe ślady, tysiące, a nawet miliony trupów i sławę bezwzględnego łotra i oprawcy. Arystoteles wskazuje, że tyran chętnie też podejmuje wojny, aby obywatele byli zatrudnieni i nieustannie potrzebowali wodza. Podczas gdy królestwo podtrzymują przyjaciele władcy, to tyrana cechuje w pierwszym rzędzie nieufność w stosunku do przyjaciół, ponieważ wie, że wszyscy pragnęliby go obalić, a ci przede wszystkim mieliby siły do tego. (s. 255-256) Właśnie ludzie są najsłabszym punktem w konstruowanej przez tyrana machinie i zawsze może znaleźć się ktoś, kto będzie próbował go zamordować – ktoś, kto zgromadzi frakcję, by przeprowadzić zamach stanu. Pragnąc władzy, bezwzględny władca musi nieustannie intrygować i niszczyć swoich przeciwników – obserwujemy takie zachowania od czasów Peryklesa, poprzez rzymskich cesarzy, aż do współczesnych oprawców – Lenina, Stalina, Hitlera, Pol Pota czy Fidela Castro. Każdy z nich budował jakąś strukturę zbrodni i poniżenia i każdy posługiwał się metodami opisanymi przez Arystotelesa i skądinąd jego uczeń – Aleksander Wielki – też tak postępował. Przyglądając się dziejom ludzkości, wciąż napotykamy kraje i ludy, gdzie tyrania odcisnęła lub wciąż jeszcze odciska swoje piętno. Jest też cechą tyranów – pisze greckich filozof – że nie znajdują upodobania w ludziach dostojnych i niezależnych. Bo tyran chciałby te cechy u siebie jedynie widzieć, więc kto z godnością i niezależnością się im przeciwstawia, uszczupla przewagę i despotyzm tyranii i skutkiem tego jest znienawidzony jako podkopujący ich władzę. (s. 256) Tak jest w rzeczywistości i ludzie tacy kończą najczęściej na szubienicy lub szafocie, a ulubioną rozrywką takich władców są tortury i działania skrytobójcze. Udają wtedy najmniej poinformowanych i nawet  markują troskę o zaginionych przeciwników. Przypomina mi się tutaj rozmowa Stalina i gen. Sikorskiego, który pytał o los polskich oficerów w Rosji. Generalisimus, choć podpisał wyrok śmierci na nich i wiedział, że zostali bestialsko zabici, a potem zakopani we wspólnych dołach, udawał zaskoczenie i w końcu wypalił: pewnie uciekli do Mandżurii… Szkoda, że jego tam nie wygnano, niedługo cieszyłby się wolnością i pewnie szybko zawisłby na jakimś drzewie.

DRUGA POŁOWA SIERPNIA

1

Druga połowa sierpnia, pogoda powoli zmienia się na jesienną. Zaczęły się chłodniejsze poranki i wieczory, sporo ptaków już odleciało. Nie słychać w powietrzu gwizdów i pokrzykiwań jerzyków, liczne  bociany też już pożegnały nasz kraj. Tylko patrzeć jak na niebie pojawią się klucze mknących na zachód dzikich gęsi i innych odlatujących mieszkańców przestworzy. Wyszedłem z domu z aparatem fotograficznym i zrobiłem trochę zdjęć na osiedlu. Dzikie róże kwitną jeszcze przy płotach trawników i klombów przyblokowych. A obok pełne, czerwone owoce tych krzewów. Przyglądam się różnym fakturom świata, właśnie w tym momencie, podczas krótkiego spaceru, dziewiętnastego sierpnia. Liście zaczynają powoli żółknąć, czerwienieją jarzębiny, dojrzewają noski klonów i strąki na akacjach. Przyroda ma swój rytm i nim się kieruje. Czy słońce, czy deszcz, wiatr czy śnieg, rozgrywa się odwieczny cykl, powiązany z mechaniką kosmosu i obiegiem planety wokół słońca. Ludzie zapominają o tym, że ich życie to ileś tam takich okręgów i że każdy rok to wzrastanie, dojrzewanie i więdnięcie. Chodzące bukłaki na krew – ktoś to powiedział – myślą, że nie podlegają tym samym prawom co rośliny i zwierzęta, a potem nagle popadają w rozpacz, uświadomiwszy sobie, że tyle lat minęło, że tak mało czasu zostało… Nie podoba mi się to przywołane wyżej określenie, myślę, że człowiek to jednak coś szerszego, cenniejszego, wyjątkowego. Wielu, może nawet najwięcej, jest prostych ludzi, ale pośród nich pojawiają się co jakiś czas nadwrażliwi, popychający ludzkość do przodu. Czytam ponownie Wyznania Jana Jakuba Rousseau i myślę, że ludzkość byłaby znacznie dalej, gdyby więcej było ludzi wrażliwych i niezwykłych przewodników, takich jak on, jak Mozart, jak van Eyck, Dürer, Tołstoj, jak wielcy konstruktorzy i odkrywcy, jak myśliciele i politycy. Cykl kosmiczny… zamyka się powoli następny cykl…  Żyjemy opisani na okręgach… Zawieszeni przez chwilę w kosmosie…

3

Sumak octowiec

ONITSZA

Francuski prozaik i eseista Jean-Marie Gustave Le Clézio urodził się 13 kwietnia 1940 roku w Nicei. Co zdumiewające, jego rodzice byli kuzynami (to samo nazwisko i wspólny dziadek) – ojciec pisarza był brytyjskim chirurgiem, a matka Francuzką z Mauritiusu. Pierwszą podróż odbył on w wieku siedmiu lat, do Nigerii. Studiował literaturę angielską na Onitsza1uniwersytecie w Bristolu, a potem także francuską w Institut d’Études Littéraires w Nicei, uzyskując stopień doktora, a potem wyjechał do USA, gdzie pracował jako nauczyciel. Tę profesję kontynuował w wielu krajach świata, w tym w Meksyku, Panamie i w Seulu. Podczas służby wojskowej w Tajlandii, musiał szybko opuścić ten kraj, bo krytykował wszechobecną prostytucję dziecięcą. Podróżował do wielu krajów świata i przebywał przez wiele lat w różnych punktach globu, między innymi w Ameryce Południowej, Afryce, na Wyspach Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Pochwalić trzeba gremium przyznające Nagrodę Nobla, że wybrało dorobek pisarza, który przerzuca mosty między kulturami i potrafi je przybliżać, opisywać z niezwykła pasją, plastycznością i głębią. Choć zaczynał od eksperymentów językowych i narracyjnych w stylu Butora, z czasem wypracował sobie metodę pisania powieści kulturowych, w których jest prawdziwy klimat i wielka gęstość kreowanej przestrzeni, jakby skupienie na stronach utworu tego wszystkiego, co jest najważniejsze na danym kontynencie, w jakimś kraju, w jakiejś wyodrębnionej enklawie. Na przestrzeni kilkunastu lat Le Clézio opublikował ponad trzydzieści książek – od zbiorów opowiadań poprzez liczne powieści i tomy esejów. W 1994 roku w ankiecie francuskiego magazynu literackiego „Lire” trzynaście procent czytelników uznało go za największego żyjącego francuskiego pisarza.

Powieść z 1991 roku – Onitsza – opublikowana w Polsce po raz pierwszy w roku 1995, zawiera wiele wątków autobiograficznych. Tak jak główny bohater – Fintan – odbywa z matką (Maou), podróż statkiem z Francji do Nigerii, tak i pisarz w dzieciństwie udał się do Afryki do ojca.  Tytułowe miasto (Onitsha), to  ruchliwy port rzeczny nad Nigrem, w stanie Anambra. Założony prawdopodobnie w XVI wieku przez imigrantów z królestwa Beninu, szybko stał się stolicą królestwa ludu Ibo. W 1857 roku brytyjscy handlarze olejem palmowym założyli w tym mieście faktorię handlową, do której przybywać zaczęli chrześcijańscy misjonarze. Położona prawie dwieście kilometrów w głąb afrykańskiego lądu, Onitsza stała się w 1884 roku częścią protektoratu brytyjskiego. Do tego miasta – w czasach, gdy zaczyna się powieść, a więc w marcu w 1948 roku – bohaterowie płyną niewielkim statkiem Surabaya, od ujścia Żyrondy do ujścia wielkiej afrykańskiej rzeki Niger. Pisarzowi znakomicie udało się odtworzyć powolne przesuwanie się jednostki wzdłuż afrykańskiego lądu, zawijanie do portów i pojawianie się nowych, coraz barwniejszych podróżnych. Wszystko jakby widziane oczyma dziecka, a zarazem i jego matki, tudzież przez narratora wszystkowiedzącego, który ma cechy intelektualisty europejskiego z połowy ubiegłego wieku. Ta podróż – podobnie jak w powieściach Josepha Conrada – jest rodzajem udręki, która ma się skończyć w momencie przypłynięcia do Onitszy, ale przecież jest też wielką niewiadomą. Ani kobieta, ani jej syn nie wiedzą jak zostaną przyjęci przez pozostającego przez wiele lat w oddaleniu męża i ojca, a lęki te nie są bezpodstawne. Wszakże ów mężczyzna – Geoffroy Allen – nigdy nie widział swojego syna, a Maou była jednym z epizodów jego życia. Będąc tak długo w Afryce, przyzwyczaił się do samotności i nabrał nawyków, których przybysze mogą nie akceptować. Jego ulubionym zajęciem jest studiowanie starych map, czytanie książek i próba odtworzenia w wyobraźni starożytnej i tajemniczej cywilizacji Meroe. Do tego potrzebny jest spokój, wiele godzin spędzonych w samotności i pewność, że nikt nie będzie mu przeszkadzał. Z kolei matka i syn czują się już na pokładzie statku jakby byli w zawieszeniu, niby gdzieś podążają, niby mają swój cel, ale jednocześnie rzeczywistość miesza im się ze snem, z majakami gorączki malarycznej. W takich momentach powieść rzeczywiście – jak chcą tego wydawcy – przypominać zaczyna Szaleństwo Almayera lub Jądro ciemności Conrada. Wielka zaletą pisarstwa francuskiego noblisty jest realizm i plastyczność, z jakimi odtwarza on elementy kreowanej przestrzeni. Niemal czujemy, jakbyśmy razem z postaciami powieściowymi, wychodzili na brzeg oceanu, zwiedzali niewielkie porty i spotykali ogromne rzesze ludzi o czarnym kolorze skóry. Jest jakiś podskórny, afrykański rytm w tej narracji, jakby miarowe uderzania dalekich bębnów i tajemnicze głosy po drugiej stronie rzeki, w jakichś mrocznych, zagadkowych i ziejących grozą zakątkach.

Po przybyciu do Onitszy kobieta Allena i jej syn zaczynają wnikać w miejscową społeczność, nawiązują pierwsze przyjaźnie i poznają najważniejsze osoby lokalnego establishmentu. Niestety Maou, z pochodzenia Włoszka, ma poglądy antyrasistowskie i nie zostaje zaakceptowana przez środowisko. Ma to też wpływ na sytuację Allena, który traci – zdawać by się mogło – pewny punkt życiowego oparcia. W miarę rozwoju akcji, wraz z jego kobietą i synem poznajemy ciekawe postaci z kręgu ludzi o czarnym kolorze skóry. Chłopiec odbywa wyprawy z przyjacielem Bonym, który pokazuje mu zakamarki nowego świata, zabiera na wyprawy dalsze i bliższe, co nie zyskuje akceptacji ojca. Niezwykłe są tutaj opisy miejsc i wybrzeży rzeki, a szczególnie zjawiskowe są przybliżenia starego wraku statku, niszczejącego pośród deszczy i palącego afrykańskiego słońca. Autor wprowadza też na karty powieści zmysłową Oyę, która przemyka pośród ludzi, chowa się we wraku, sprzedaje swoje ciało za jedzenie i możliwość bycia w pobliżu wybranych osób. Wiele tutaj niedopowiedzeń i prawdopodobne jest, że dziewczyna ta ma też romans z ojcem Fintana, a na pewno miewa stosunki z Bonym i kilkoma jeszcze mężczyznami. Syn Goeffroya też jest nią jakoś zauroczony, ale ich relacje nie wykraczają poza sferę marzeń. Zdarzenia w rzeczywistości ludzkiej przeplatają się tutaj z opisami egzotycznego świata, przewalających się rzęsistych ulew, krzewiącej się roślinności, kolonialnej zabudowy, a także dalszych przestrzeni, do których docierają bohaterowie. Widać, że doświadczenie z dzieciństwa głęboko wniknęło w świadomość francuskiego noblisty, wszakże oprócz Onitszy, zaowocowało jeszcze kilkoma książkami, rozgrywającymi się pośród afrykańskich dekoracji.  Bohaterowie czują się wyobcowani ze swego europejskiego świata, a zarazem rodzi się w nich coś na kształt fascynacji Afryką i na własną rękę odkrywają jej urodę. Wchodzą coraz głębiej w interior i zaczynają wokół siebie gromadzić spore grono niezwykłych postaci, białych i czarnych, należących do elity i pogardzanych. To nie podoba się przedstawicielom władzy i agentom brytyjskim, którzy ślą raporty do Londynu i w konsekwencji doprowadzają do odwołania Allena z placówki, w której prowadził interesy handlowe i reprezentował bogatą kampanię.

Wyprawa Maou i Fintana, która miała odmienić jego samotnicze życie, w rzeczywistości uruchomiła bieg zdarzeń, którego nie mógł już zatrzymać. Zmartwiło go to tym bardziej, że od dawna prowadził na własną rękę badania kulturowe, interesował się cywilizacją Meroe i pragnął rozwikłać jej zagadkę. To był rodzaj obsesji, która opierała się na przekonaniu, że przedstawiciele świata meroickiego dotarli do Zachodniej Afryki i zaszczepili w niej kulturowe wzorce egipskie. Cywilizacja ta rozwijała się od szóstego wieku przed naszą erą do wieku czwartego naszej ery na terenach współczesnego południowego Egiptu i północnego Sudanu, a potem została całkowicie zapomniana i nie badana aż do czasów współczesnych. Od dawna mamy jednak jakieś wiadomości na jej temat, które znajdziemy w dziełach Herodota (Dzieje), Strabona (Geografia) Pliniusza (Historia naturalna), a także Seneki (Zagadnienia przyrodnicze) i w Dziejach apostolskich, gdzie pojawia się sugestia, że w królestwie Etiopów (Meroe) rządziły królowe. Taka żeńska przewodniczka starożytnego ludu pojawia się w wizjach, marzeniach i snach Allena, który – tak mu się zdaje – bliski jest rozwiązania starożytnych zagadek. Czym innym jest fikcja literacka, a czym innym jednak badania archeologiczne i studia kulturowe, prowadzone w dwudziestym wieku i kontynuowane dzisiaj. Jak na razie nie mamy bezpośrednich potwierdzeń, że Ludzie o Spalonych Słońcem Twarzach (to tłumaczenie nazwy Sudan – Bilad as-Sudan) wędrowali na zachód, wygnani, bądź pchani chęcią poznania nowych lądów. Le Clézio budując jednak postać swojego bohatera, adaptuje na potrzeby powieściowe pewien mit, od dawna funkcjonujący pośród ludów Afryki – owo przekonanie, że władcy Egiptu, a w dalszym planie meroici, rozprzestrzenili na Czarnym Lądzie pewien wzorzec kulturowy, który przyczynił się do rozwoju zacofanych regionów. Interesujące jest w tej kreacji przedstawienie sytuacji człowieka, który ma swoja pasję i chce coś w życiu zrobić, a jednocześnie narażony jest na ataki barbarzyńców kultury, ludzi o niewielkich horyzontach i płaskim widzeniu świata, którzy nie akceptują oryginalności i traktują ją jako rodzaj dziwactwa, a nawet aberracji umysłowej. Paradoksalnie ta sytuacja pozwala Allenowi oderwać się od Onitszy, zaryzykować i wyruszyć na wyprawę w głąb lądu – pozwoli mu ona spojrzeć na siebie i własne życie z oddali oraz nadać mu nowy sens.  Ale – koniec końców – etap afrykański dobiega końca i cała rodzina musi opuścić Nigerię, co nie pozostanie bez wpływu na jej dalsze losy i próby odbudowania wspólnej egzystencji. Afryka była dla nich jak narkotyk i stale dostarczała nowych, ekscytujących doznań i teraz nic nie zdoła jej zastąpić.

Ostatnia część książki Le Clézio rozgrywa się już we Francji i w Anglii, gdzie Fintan udaje się do szkoły z internatem. Pisze stamtąd żarliwe listy do siostry, poczętej przez ojca i matkę w Nigerii i noszącej imię miłej czarnej dziewczyny – Marima. To jest teraz jego powierniczka i wielka tęsknota, podobna do nostalgii za czarnym lądem, to biologiczna siostra i jakby mistyczne przesłanie płynące z dawnych lat i miejsc, gdzie czuł się wolny i wyzwolony i doświadczał tak głębokiej więzi z przyrodą. Lata w szkole są bolesne i pełne upokorzeń, ale jest też bliska mu przyjaciółka, z którą doświadcza pierwszych uniesień erotycznych, są jaśniejsze chwile i nieustające bieganie myślą ku wielkiemu łukowi Nigru. Dopiero z oddali i po jakimś czasie jesteśmy w stanie ocenić co zdarzyło się w naszym życiu i jaką miało wagę, jak bardzo komponowało nasze wnętrze i jak je wzbogacało. W snach i w marzeniach Fintana pojawiają się daleki wzgórza, termitiery i zachodzące nad drzewami słońce, ale z tamtego świata dobiegają do niego już tylko dramatyczne wiadomości związane z rozpadem imperium kolonialnego i walką wielkich konsorcjów naftowych o zasoby surowcowe tego kraju. Komunikaty prasowe przywołują nazwy, które zapamiętał, ale fotografie i filmy prezentują tylko żołnierzy, wielkie pożary i potwornie zmasakrowane, spalone zwłoki. Biafra staje się synonimem niepokoju i zbrodni, a dawne malownicze krajobrazy zaczynają przysłaniać łuny i dymy wielkich pożarów. Te tragedie zbiegają się z finałem życia Goeffroya Allena i powrotem syna ze szkoły. Nic nie jest już takie samo, a nieuchronność zdarzeń w Afryce, wzmocniona zostaje przez nieuchronność śmierci, odejście rodzica i przekonanie, że życie jest jak wyciekająca woda, kropla po kropli, umniejsza się z każdą chwilą. Ta jakże piękna powieść francuskiego pisarza pozwala spojrzeć na człowieka z wielu stron i odnaleźć wiedzę o ludzkim zachowaniu w sytuacjach ekstremalnych. To jest narracja o tym jak trudno jest cokolwiek utwierdzić w naszym życiu i jak złożone są mechanizmy doświadczania i przetwarzania życiowej mądrości w konkretne kroki, obwarowane konsekwencjami i brzemienne w nie dające się przewidzieć skutki. Człowiek wychodzi naprzeciw wyzwaniom, odbywa wielkie podróże, próbuje dostosować swoje życie do przestrzeni, w jakiej się znalazł, ale wszystko się rozpada, nic nie jest proste, pewne i oczywiste. Tylko w ludzkim wnętrzu możliwe jest zachowanie wrażeń, doznań, zapachów i odgłosów. Choć to nie to samo, co realne bycie pośród pulsującego odcieniami świata, to jednak ma ono walor autentyczności, przesłania płynącego z przeszłości do teraźniejszości i przyszłości. Fintan, tęskniąc za Onitszą, rozpościera w sobie wielki fresk kulturowy, w którym mają swoje miejsce jego rodzice i ich bogate wnętrza, wymarzona siostra, postaci, które poznał w Nigerii, kraje i ludy, nawet tak fascynujący dla jego ojca mit meroicki, ale nade wszystko jego niezwykła, stale budząca się i obudzona w Afryce nadwrażliwość. Piękno, które poprowadzi tego chłopca, a potem mężczyznę przez życie i będzie jego wyznacznikiem, najpewniejszym drogowskazem. I będzie wiecznie niezabliźnioną raną, którą uwolni od bólu – jak jego ojca – dopiero śmierć.

CHINY (2)

6

Pełen ruchu Pekin

Wracam nieco innymi ulicami, wchodzę w jakieś słabo oświetlone zaułki, uliczki, ale nie odczuwam lęku, bo wszędzie ludzie mają dobre oblicza, przyglądają mi się i często uśmiechają się do mnie. Wracam na główną arterię drogową, prowadzącą do hotelu i znowu czuję zapach posiłków, przygotowywanych przy otwartych drzwiach. Przy jakimś sklepie spożywczym rozstawiono trzy stoliki i siedzi przy nich wiele rozbawionych, rozentuzjazmowanych osób. Rowery oparte o siebie stoją opodal, jakieś skutery, motocykle Honda, Susuki i Kawasaki. Jedzą i popijają, coś sobie z ożywieniem opowiadają i wybuchają gromkim śmiechem. Za nimi zaczyna się ciąg gabinetów masażu, w drzwiach których siedzą urodziwe Azjatki, przekładają nogę na nogę i bujają nimi, lekko opartymi o kolana. Mają na sobie kolorowe mini spódniczki, jedwabne pończoszki i bluzeczki z dużym dekoltem. Na mój widok zaczynają do mnie machać i słodko się uśmiechać. Unoszę rękę w górę i także je pozdrawiam, ale idę dalej, słysząc jeszcze za sobą ich okrzyki. Nagle podchodzą do mnie dwie kobiety, jedna niezbyt interesująca, ale druga bardzo urodziwa i zgrabna. Ta ładniejsza pyta po angielsku, ze słodyczą w głosie, czy nie miałbym ochoty na nice sex. Przystaję bardziej z ciekawości, niż z chęci zabawienia się z nieznaną dziewczyną. Ta brzydsza milczy, ale ta druga jest rezolutna i mówi, że za pięćdziesiąt euro zrobi to, tamto i jeszcze to. Uśmiecham się i kiwam przecząco głową, więc cena spada od razu do dwudziestu euro i pojawia się obietnica raju z dwiema kobietami naraz. Pyta czy jestem w hotelu i coraz bardziej na mnie napiera, nagle łapie mnie za ręce i zaplata palce o moje palce, jak to czynią zakochani. Czuję niezwykłe ciepło jej dłoni i robi mi się jej bardzo żal, pojawiają się w mojej głowie obrazy jej życia, nieustanne łowy na ulicy, zmieniający się w różnych łóżkach mężczyźni. Postanawiam się jej pozbyć, więc mówię, że ona jest sweet and a beautiful woman, ale koleżanka mi się nie podoba. Natychmiast mówi, że zadzwoni po inną przyjaciółkę, albo pójdzie ze mną sama, tylko za dziesięć euro. Coraz bardziej czuję się zakłopotany, bo nigdy w życiu nie musiałem płacić za seks, oczywiście burzy się we mnie krew, bo jestem mężczyzną, a kobieta jest naprawdę urocza. I ten smutek w jej czarnych  oczach, dokładnie, wyraziście umalowanych, ta lśniąca czerwona pomadka i leciutki jedwabny dwuczęściowy strój, uwydatniający krągłości jej sylwetki. Wolny mężczyzna może tylko marzyć o takiej kobiecie i często szuka jej przez całe życie, niektórzy nawet odbywają specjalne podróże, by znaleźć sobie Azjatkę, na żonę. Dziewczyna cały czas mi się przypatruje i widzę jakiś odcień fascynacji, mówi nieomal błagalnie: Please, please… Take me to the hotel… please… Puszczam jej ciepłą dłoń, wyciągam portfel, wyjmuję dziesięć euro i daję je dziewczynie. Myśli, że chcę by ze mną poszła, a ja składam leciutki pocałunek na jej czole, całuję w prawą rękę, dziękuję jej za ofertę, odwracam się na pięcie i odchodzę . Po jakichś dziesięciu krokach odwracam na kilka sekund głowę i widzę, że dziewczyna jeszcze stoi na ulicy i patrzy to na banknot, to na mnie. Macham do niej z uśmiechem ręką i widzę, że ona też podnosi dłoń do góry, a potem odwraca się, chowa pieniądze do malutkiej torebki i znika w mroku pekińskiej ulicy.

7

Okolice hotelu

Chodzę jeszcze trochę w najbliższej okolicy hotelu, chłonę wszystko dookoła, zatrzymuję się przy sklepach i w jednym z nich za pięć euro kupuję piwo i dwie butelki wody. W pokoju stoi woda Evian, ale jest na niej bardzo wysoka cena, podobnie jak na innych napojach w lodówce, świetnie zaopatrzonej, także w mocne alkohole. Z okna widzę wysokościowce, wystylizowane na architekturę dalekowschodnią, a nieco bliżej prowadzi ku nim jakaś mała, brudnawa uliczka. Panuje na niej stale ruch, ludzie jeżdżą na rowerach i skuterach, sporo pieszych wędruje też w jedną i drugą stronę. Widzę, że Pekin, tak jak Hongkong, Szanghaj, Nowy Jork, Berlin, Paryż, nigdy nie zasypia, stale coś się w nim dzieje, wciąż ktoś gdzieś zmierza, wymieniają się tłumy, zmieniają twarze, akcja jest stale dynamiczna, pełna niespodzianek. Biorę jeszcze jeden prysznic, bo temperatura na ulicy była wysoka i wilgotność ogromna – powoli kończy się dla mnie dzień, który zaczął się w hoteliku literackim w Warszawie, a zamknął się wraz z moimi powiekami w Pekinie. Śpię spokojnie i rano budzi mnie telefon z Recepcji – miła pani informuje po angielsku i chińsku, że już czas wstawać. Za oknem widzę podnoszący się smog pekiński, szybko myję się, golę i już zjeżdżam windą na śniadanie. To moje pierwsze zetknięcie się z chińskimi pokarmami i daniami, których jestem bardzo ciekaw – niestety śniadanie składa się z wielu elementów europejskich i tylko trochę widzę egzotyki. Jest poranna kawa z mlekiem, są jakieś bułeczki i pieczywo tostowe, które można sobie przypiec, są świeże owoce, takie jak arbuz, melon, śliwki i jabłka, a do tego makaron ryżowy, sadzone jajka, przypiekane parówki i boczek wędzony. Są też krewetki i kawałki ryb, opiekany na rożnie kurczak i wieprzowina z warzywami. Ja jednak łaknę Orientu, więc nakładam sobie trochę pędów bambusa, ryż z ostrym sosem, jakieś fasolki, groszki, kukurydzę, a do tego biorę kawałek ryby upieczonej w całości. Jem ze smakiem, popijam kawą i wodą mineralną, a potem idę jeszcze po pełen talerz świeżych owoców. Przy recepcji czeka już na mnie i na inne osoby z mojej grupy sympatyczna młoda studentka, która każe na siebie mówić po prostu Coco. Świetnie posługuje się językiem angielskim i objaśnia wszystko, ustala godzinę opuszczenia pokoi hotelowych i pojawienia się przy recepcji. Mam jeszcze pół godziny, więc powoli pakuję walizkę, namaszczam skórę twarzy wodą kolońską i balsamem i spokojnie schodzę na dół. Odbieram pięćdziesiąt euro depozytu, który pobiera się od każdego, na wypadek, gdyby ktoś korzystał z płynów i potraw zgromadzonych w pokoju, a nie chciał zapłacić. Jest już wygodny, klimatyzowany autokar, w którym gromadzą się pisarze i poeci z całego niemal świata, którzy tak jak ja przybyli na Qinghai Lake International Poetry Festival. Jestem zdumiony ile znanych osobowości poetyckich zgromadzili Chińczycy na tej imprezie, od razu poznaję tłumacza Ginsberga na język francuski Jaquesa Darrasa, jest też laureat Nagrody Cervantesa, argentyński pisarz Juan Gelman, są znani mi i nieznani poeci z Niemiec, z Czech, z Brazylii, z krajów azjatyckich, z Afryki i z Ameryki Południowej, z USA i Kanady. Ruszamy sprzed hotelu i znowu przyglądam się estakadom pekińskim, tysiącom ludzi zaciekle pedałującym na rowerach, plątaninie samochodów, motocykli i pojazdów trójkołowych, jakby mini taksówek. W niektórych miejscach stoją ludzie w różnym wieku i nie zwracając uwagi na przechodniów, na wzmagający się ruch uliczny, z niezwykłym teatralnym wysublimowaniem, ćwiczą tai chi, pochylają się do przodu, rozciągają dłonie, napinają odsunięte na bok nogi. Wszędzie wiele wieżowców ze szklanymi fasadami, w których odbija się niebo i to co dzieje się na autostradach i mniejszych traktach. Czasami powietrze działa jak soczewka powiększająca i widzę na lustrzanej ścianie jakiegoś ogromnego konsorcjum postacie na rowerach, powiększone i przesuwające się szybko, migające jak barwy w kalejdoskopie.

8

Widoki gór wokół lotniska w Xining

Coco gromadzi nas w hali odlotów lokalnych (domestic), choć ten krajowy wymiar w przypadku Chin i ich wielkich, monstrualnych wręcz odległości jest umowny. Bardzo sprawnie obsłużona zostaje nasza wielka grupa i już przechodzę do odpowiednich drzwi, gdzie czeka chiński Boeing 757. Zaczyna się kolejny etap mojej tybetańskiej podróży, tym razem z Pekinu do miasta Xining w Środkowych Chinach. Lecimy ponad dwie godziny, a ja przyglądam się górzystemu ukształtowaniu terenu w dole. Tysiące wzniesień i dolin,  w których od tysięcy lat krzewiło się życie, ludzie wchodzili na górskie ścieżki i podążali w dół, ku miasteczkom i wsiom. Powietrze jest tak czyste, że dostrzegam owce na zboczach i czarne lub białe jaki, bardzo wysoko, tuż przy szczytach. Ta piękna, postrzępiona i dziwna mozaika przypomina mi jakąś wewnętrzną strukturę pradawnego żywego organizmu, jakby stwardniałe cząstki wewnątrz olbrzymich kości lub arterie żył i włókien, jaśniejszych smugi nerwów i ciemniejszych plam prążkowanych mięśni. Po mojej prawej stronie siedzi grubawy Chińczyk, a po lewej niewielka Chinka, zaglądam jednak przez ramię temu pierwszemu i sporo widzę w oknie samolotu. Chiny to tyleż kraj nizinny, co górzysty ale nasz Boeing podąża ku Wyżynie Tybetańskiej, sprawnie zmienia kurs, pochyla się na skrzydłach, a potem ustawia do lądowania w korytarzu między wysokimi szczytami. Lądowanie przebiega bez problemów, samolot lekko siada na pasie lotniska, potem kilka minut kołuje i dojeżdża do miejsca postoju. Wysiadam wraz ze wszystkimi pasażerami i po schodach schodzę na betonową płytę portu powietrznego. Stając na niej zauważam po lewej stronie, w oddali, piękne niebieskie góry, jakby rodem z moich dziecinnych marzeń o podróżowaniu. Przed nimi pasmo wyraźniejsze, o barwach pastelowych, z dominacją fioletu, sienny, żółci i zieleni. Nad górami nieco białych cumulusów i jakiś duszny przestwór powietrzny, powodujący, że daleki obraz jakby lekko porusza się. Nie mogę uwierzyć, że jestem tak daleko od domu, w tak orientalnej i egzotycznej przestrzeni, a przecież to dopiero początek mojego pobytu w tym miejscu. Przewodnicy prowadzą nas do autobusów, pakujemy bagaże do luków i już podążamy wygodnymi autostradami, dwupoziomowymi estakadami do centrum metropolii. Myślałem, że to będzie małe miasto, o niskiej zabudowie, a tutaj pojawia się wielka metropolia z licznymi wieżowcami, wielkimi budynkami w różnych stylach architektonicznych, z ogromnym ruchem na drogach. Przy mniejszych domach i domkach widać tysiące pracujących ludzi, tak jak w Pekinie, podążających gdzieś na rowerach i motorynkach, przemieszczających się pięknymi i zdezelowanymi samochodami. Moje pierwsze trzy loty samolotowe były udane i znalazłem się w samym centrum Azji – na północy jest pustynia Gobi i Jedwabny Szlak, na południowym zachodzie Tybet, a dalej Himalaje, na zachodzie słone jezioro Qinghai i odległe Góry Tien Szan na granicy Chin, Kirgizji i Kazachstanu, z najwyższym szczytem Pikiem Pobiedy (7439 metrów n.p.m.) Daleko na południu leżą takie kraje jak Birma, Tajlandia, Laos, Kambodża i Wietnam, a na wschodzie wielkie niziny i wybrzeża Morza Wschodniochińskiego i Południowochińskiego z takimi miastami jak Quingdao, Szanghaj, Kanton i Hongkong. W Xining widać ogromne ożywienie gospodarcze, gdzie nie zwrócić wzroku, place budów, wznoszenie wielopiętrowych budynków, malowanie i murowanie, czyszczenie i zamiatanie, wywożenie gruzu i piachu, no i ludzie, ludzie, ludzie poruszający się jak mrówki w mrowisku. Jestem w środku Chin i w środku Azji, a z każdej strony Xining widać pokaźne szczyty górskie, w niektórych miejscach rysują się też dalsze pasma, ośnieżone i pięknie połyskujące pośród błękitu nieba. Oddycham głęboko krystalicznie czystym powietrzem i czuję się wyzwolony, szczęśliwy i spełniony.

9

Nowoczesne Xining w samym środku Azji i Chin

« Older entries

%d blogerów lubi to: