CZARNY WOAL

Ukazał się nowy wspaniały przekład Króla Leara Williama Szekspira, do którego miałem zaszczyt napisać Posłowie. Zamieszczając je tutaj, dziękuję autorowi przekładu Ryszardowi Długołęckiemu, który kulturę polską obdarzył także nowym tłumaczeniem Hamleta, Makbeta i Sonetów największego dramaturga w historii świata.

 

W kulturze europejskiej miłość rodzicielską najczęściej egzemplifikują matki, czule kochające synów i córki, codziennie stające na głowie, by zapewnić im to, co jest potrzebne do życia. To one pojawiają się na obrazach, gdy karmią niemowlęta piersią, albo opiekują się barwną gromadką malców, wpatrzonych w nie z uwielbieniem. Wbrew powszechnym przekonaniom, że matki czulsze są dla chłopców, stają się one też uważnymi opiekunkami, a potem przyjaciółkami swoich córek. Miłość ojcowska nie bywała tak spektakularna jak matczyna, znacznie rzadziej pojawiała się też jako temat w malarstwie i literaturze, choć zdarzały się dzieła, gdzie była ich osią. Przy takich rozważaniach natychmiast przychodzi na myśl tragedia króla Troi Priama, gotowego znieść wszelkie formy poniżenia, by tylko odzyskać ciało zabitego syna – Hektora. Prosi on, a nawet błaga Achillesa o zwrot zwłok syna: Hektor, zginął od ciebie, walcząc za ojczyznę./ Po niego tu przychodzę. Uczcij mą siwiznę!/ Masz okup wielkiej ceny, masz drogie ofiary:/ Szanuj bogi Achillu, nie gardź mymi dary!/ Przypomnij ojca, obu nas ciężar lat gniecie./ Może być ktoś ode mnie biedniejszy na świecie?/ Jam usta – tegom wreszcie nieszczęśliwy dożył/ Na ręce synów moich zbójcy położył”. (Księga XXIV w. 287-294, przeł. Józef Paszkowski). Priam ofiaruje mordercy syna wóz pełen złota i prosi by złagodził on karę pośmiertną, nałożoną na Hektora, a była ona doprawdy straszliwa. Achilles rzucił zwłoki psom i sępom (brak pochówku był haniebny dla starożytnych, bo wierzyli oni, że taka dusza stale tuła się pośród żywych), a potem codziennie przyczepiał, coraz to bardziej okaleczone ciało, do swego rydwanu i przejeżdżał przy murach obleganej Troi. Łzy ojca i suty podarunek, zmiękczyły serce greckiego herosa i wydał on zwłoki, a potem uszanował nawet dwunastodniowy okres żałoby po uroczystej kremacji. To ojciec zaryzykował i udał się do obozu najeźdźców, a potem odzyskał szczątki ukochanego syna. Jak widać, już w epoce starożytnej miłość ojcowska pojawiała się w największych utworach literackich, a postawa Priama stała się inspiracją dla epok następnych, generując nowych bohaterów nie wahających się poświęcić życia dla swoich dzieci.

Inaczej ukazał miłość ojcowską William Szekspir w dramacie pt. Król Lear (1623), osią intrygi czyniąc bolesną pomyłkę, jaką popełnił sędziwy ojciec. Pytając trzy córki – Gonerilę, Reganę i Kordelię – o siłę miłości ku niemu, dał się zwieść pierwszym dwóm, a usłyszawszy skromne zapewnienie Kordelii, wydziedziczył ją i wypędził z królestwa. Doprowadziło to do szeregu straszliwych komplikacji i intryg, mających na celu ostateczne pozbawienie go władzy i zagarnięcie kraju przez wiarołomne córki. Stary król popada w obłęd, a skutkiem jego nieroztropnych decyzji jest wojna domowa, podczas której życie traci prawdziwie kochająca go Kordelia, a wreszcie i on sam. Szekspir wykorzystał motyw z anonimowego dramatu angielskiego, popularnego w jego czasach i znacznie go rozbudowując, wsączył jednocześnie do niego wątki uniwersalne. W jego ujęciu dramat rozgrywa się pośród żywiołów natury, a człowiek zdaje się ledwie drobinką, niewiele znaczącą pośród ogromów kosmosu. Można być władcą, można mieć nieograniczoną władzę, a i tak prawa natury i biologii upomną się o ich respektowanie, a śmierć, niczym czarny woal, spowije to, co zdawało się jaskrawe i wyraziste. Oczywistym błędem Leara był ów test, któremu poddał córki – sam w sobie zwierający element nieufności i generujący ciąg oszustw. Prawdziwa miłość nie potrzebuje takich sprawdzianów, rozwija się przez lata i umacnia, a swoje zwieńczenie znajduje w sprawiedliwym podziale majątku ojca lub matki. Dzieci wychowywane w miłości i wzajemnie się szanujące, nigdy nie pokłócą się o majątek, a ich ugoda będzie aktem ostatecznego przywiązania i manifestacją uczuć do darczyńców. Król zapragnął potwierdzenia miłości za życia i sprowokował szereg kłamstw i fałszywych zapewnień, co natychmiast wyczuła Kordelia i uczciwie nie zgodziła się na schlebianie ojcu w takiej sytuacji. Ten – niesprawiedliwie ją oceniający i uwiedziony zapewnieniami Regany i Gonerili, dał się wyprowadzić w pole. Po jakimś czasie zorientował się, ale było już za późno dla niego i prawdziwie go kochającej Kordelii, uznał własną porażkę, zapłakał nad jej martwym ciałem, a potem, zgnębiony tragedią, jaka się dokonała, osunął się w nicość.

Ogromną zaletą nowego przekładu Króla Leara, dokonanego przez Ryszarda Długołęckiego jest przywrócenie w warstwie słownej pierwotnej wizyjności tego dramatu. Korygując ewidentne błędy poprzednich przekładów, autor nowej propozycji translatorskiej podąża konsekwentnie drogą, na którą wstąpił kilka lat temu. Poważył się wtedy na coś wręcz karkołomnego – po wielu znaczących przekładach Hamleta, zaproponował własną wizję tego utworu i osiągnął przy tym znaczący sukces. Zapewne to spowodowało, że następne prace – przekład Sonetów Szekspira i jego kolejnego dramatu Makbet – powiększyły znacząco dorobek tłumacza, znalazły uznanie czytelników i w naturalny sposób skierowały jego uwagę ku następnemu wielkiemu utworowi. Historia starego ojca, który popełnia fatalne błędy w stosunku do swoich córek, stanowi jedno z największych osiągnięć kultury światowej, a role Leara bywały podsumowaniem wielu wielkich karier aktorskich kilku stuleci. Nie byłoby jednak legendy tego utworu, gdyby nie prace translatorów, starających się wiernie oddać warstwę fabularną i podskórne pulsowanie, wyczuwalne w wielu sytuacjach. Przekład Ryszarda Długołęckiego, tak lekki i skończony w każdym wersie, znakomicie oddaje wewnętrzne drżenie dramatu i powoduje, ze postaci są prawdopodobne, nieomal żywe. Znajomość języka angielskiego jest tutaj podstawą, ale przecież najważniejsze jest wyczucie niuansów dramaturgicznych i oprawienie ich we właściwą tkankę obrazową. To zdumiewające, jak konkretny jest ten przekład, a zarazem jak często, z ogromną lekkością, podąża w kierunku poezji. Tłumacz miał tu bardzo trudne zadanie, bo jest to jeden z tych utworów Szekspira, który łatwo mógł wyprowadzić go na manowce, zachwiać się w swoich kształtach i stać się parodią oryginału. Wszystko wszakże znalazło tu swój właściwy wymiar, a proporcje i ekwiwalenty słowne znakomicie ulokowały się w całości dzieła. To jest propozycja nowego odczytania, ale też rodzaj jeszcze jednej interpretacji, zauważalnej przy konfrontacji ze wcześniejszymi przekładami. Mamy zatem, po raz kolejny, do czynienia z ogromnym wzbogaceniem naszej kultury, co powinno szybko znaleźć swoje potwierdzenie w następnych inscenizacjach dramatu. W tak pełnej i skończonej kreacji translatorskiej pojawia się ze zdwojoną mocą rozpacz istnienia i tragedia śmiertelnych istot, a język utworu rani niczym miecz i wraca w niezwykły sposób do angielskich źródeł. Wielka to zasługa pasji życiowej tłumacza i jego uczciwości pisarskiej, nie znoszącej kompromisów i stale szukającej najlepszych rozwiązań lingwistycznych.

KAPLICA (2)

AKT I

SCENA 3

Pracownia rzeźbiarza. Krótki korytarz łączy ją z domem rodzinnym artysty. Na ścianach wiszą maski komiczne i tragiczne odlane w brązie. Na szafkach i postumentach stoją rzeźby aniołów. Na stole leży figura ukrzyżowanego naturalnej wielkości, bez twarzy. W rogu pokoju, na podłodze stoi dwumetrowa figura Matki Boskiej.

RZEŹBIARZ

Jeszcze raz proszę, Panie… natchnij mnie bym prawdziwie oddał twoje święte ciało… Spraw bym zobaczył we śnie lub na jawie twoją boską twarz.

Słychać pukanie do drzwi. Rzeźbiarz podchodzi do nich i otwiera je szeroko. Do pracowni wchodzi Adiutant generała 16 Wielkopolskiego Pułku Ułanów.

ADIUTANT

Przepraszam, że pana niepokoję przy pracy, ale przysyła mnie pan Generał. Pragnie dowiedzieć się jak daleko postąpiły prace przy krucyfiksie cmentarnym…..

RZEŹBIARZ

Proszę spojrzeć i zdać relację Generałowi. Ciało już wydobyłem z kamienia… Została jeszcze twarz do wykonania…

ADIUTANT

Niezwłocznie udam się do mojego dowódcy i zapewnię go, że prace idą w dobrym kierunku…

RZEŹBIARZ

Biorąc ze stołu świecę i przysuwając ją ku twarzy Adiutanta.

Jeszcze tydzień lub dwa i wielki krzyż z ciałem Jezusa będzie gotowy…

ADIUTANT

Z dziwnym uśmiechem

Zatem do widzenia… Niech Duch będzie przy panu…

Adiutant niknie w otwartych drzwiach, w których pojawia się fioletowe światło. Jednocześnie odzywa się głos dobiegający z domu

ŻONA ARTYSTY

Kochany czekam na ciebie tak długo…

RZEŹBIARZ

Zadumany

Twarz tego adiutanta… Czy to możliwe… Te rysy… dzięki ci Panie, że natchnąłeś mnie tak szybko.

Podbiega do stołu i kreśli szybko na papierze kilka kresek układających się w twarz adiutanta. Po chwili przypomina sobie o żonie i odzywa się w kierunku korytarza.

Już idę… idę kochana…

Opuszcza pracownię. Z fioletowego światła wyłania się Starzec w stroju Adiutanta

STARZEC

Jakże wpatrywał się w moją twarz a niczego nie zobaczył… Przybywajcie dzieciątka moje…

Śpiewa na nutę pieśni pogrzebowej

Pająki i karaluchy
Łajno zdechłych koni
Żmije i ropuchy
Odór gnijących dłoni

Pulsuj krwią pochwo głodna
Miecz gotowy by w nią wejść
Sczeźnij w żądzy matko wyrodna
Dzieciątka skaczcie do swoich miejsc

Z sypialni dobiegają odgłosy zabawiających się małżonków. Po jakimś czasie słychać straszliwy krzyk, ni to rozkoszy ni skargi.  W pracowni pojawia się siedem demonów i wnika po kolei w figurę Matki Boskiej i w maski wiszące na ścianach. Starzec wnika w ciało rzeźbionego Chrystusa.

RZEŹBIARZ

Wracając do pracowni w długiej białej koszuli nocnej i ze zmierzwionymi włosami.

Jakże rzeźbić twoją twarz Panie, gdy nagie łono lśni w pokoju obok. Jak myśleć o twoim cierpieniu gdy gładkie piersi pulsują w mych dłoniach?

Sięga po kartkę ze szkicem

Ach tak… Zapomniałem… Już wiem jak oddam twą twarz w kamieniu…Ten Adiutant… Ten młodzieniec może trzydziestoletni…Może trochę starszy…

Zabiera się do pracy, uderza drewnianym młotem w dłuto i wydobywa powoli z bezkształtnej bryły kamienia twarz Adiutanta.

SCENA 4

Pracownia rzeźbiarza po dwóch dniach. Przybywa wikary w czarnej sutannie, z biretem na głowie.

WIKARY

Puka do drzwi pracowni, a gdy nikt mu nie otwiera, naciska klamkę i wchodzi do środka. Mówi, choć nikt go nie słyszy.

Posłał mnie tutaj ksiądz kanonik…

Podchodzi do figury ukrzyżowanego Jezusa i wpatruje się w twarz. Mówi szeptem sam do siebie.

Ta twarz! Tyle razy widziałem ją we śnie… Ta twarz! Tak piękna… i tak straszna… On taki młody… i taki stary!

Wchodzi artysta.

ARTYSTA

Cóż to księdza sprowadza w moje skromne progi? Czyżby ksiądz kanonik zmienił nasze ustalenia?

WIKARY

Zmieszany, wpatrujący się w twarz rzeźby Chrystusa.

To tylko troska mojego pryncypała… Prosił bym zapytał jak postępują prace, ale przecież pytać nie muszę, bo to co zobaczyłem przerosło moje wyobrażenia.

ARTYSTA

Dobrze, że ksiądz przyszedł dzisiaj, bo jeszcze dwa dni temu nasz Pan nie miał twarzy. Modliłem się o natchnienie i łaska spłynęła na mnie. Znam tradycyjne przedstawienia Pana Jezusa, przestudiowałem dzieła malarskie braci van Eycków, Grünewalda, Masaccia i Caravaggia… ale nigdzie nie mogłem znaleźć jego twarzy.

WIKARY

Zdaje mi się, że gdzieś już ją widziałem… Czy nie na płótnie Rembrandta? Może Giotta albo Dürera…?

ARTYSTA

Zanadto ksiądz dla mnie łaskawy… Z drugiej strony wszyscy oni szukali swoich modeli pośród żywych ludzi.

STARZEC

Pojawiając się nad kamienna rzeźbą. Niewidoczny dla odwróconych do niego tyłem mężczyzn.

Maskę zdjąłem z najpiękniejszego trupa na polu bitewnym… Zakryłem rany plwociną i skrzepłą krwią…

Maski na ścianach ożywają i chichoczą histerycznie. Gdy mężczyźni odwracają się, nikną natychmiast razem ze starcem.

WIKARY

Zatem żywy człowiek był dla pana wzorem? Godne to pochwały, bo Chrystus zmartwychwstał i dał nam życie wieczne. Piękna robota… mogę wracać i zakończyć moją misję dyplomatyczną…

STARZEC

Na chwilę znowu wyłaniający się z rzeźby Ukrzyżowanego.

Szpiegowską… ha, ha, ha…

ARTYSTA

Odprowadzając księdza do drzwi.

Proszę zapewnić księdza kanonika, że wyszlifuję to zdruzgotane ciało na czas…

Wracając widzi fioletowe opary znikające nad rzeźbą. Przeciera gwałtownie oczy.

Przebóg…! Za długo pracowałem. Zaczynam mieć omamy…

Idzie w kierunku korytarza

SCENA 5

Pracownia rzeźbiarza.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ

Swąd tu czuję okrutny… Ciało Pana mego w kamieniu oddane… Takim je widział przez wieki. Tylko ta twarz… ta twarz…

Obok archanioła pojawiają się liczne anioły.

ANIOŁ ZIELONY

Przybywamy dowódco na rozkaz…

ANIOŁ BŁĘKITNY

Z głębin świętości lecimy w zwartym szyku. Ale skąd tutaj ten swąd…? Ten swąd…?

ANIOŁ RÓŻOWY

Może rzeźbiarz ma popsuty piec…?

ANIOŁ ŻÓŁTY

Siarka i koks, diabelski czad…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ

Bracia zaczajcie się tu i bądźcie czujni… Schowajcie się w ścianach, w suficie i podłodze… Ja muszę lecieć, bo woła mnie ktoś z dali. Ten głos… ten głos…

STARZEC

Wyłaniając się z rzeźby Chrystusa.

Takiś głupi… Starczyło wszcząć nową wojnę… Starczyło pchnąć przeciw sobie żołnierzy…

Zaklina

Niechaj przybędzie tutaj morderca… Niech jego ręka… koścista rączka, ha… ha… dobędzie rzeźnickiego knypa i zabije córkę i syna rzeźbiarza… Wieczne potępienie temu domowi… Wieczna rozpacz w pracowni, w której wykuto jego plugawe ciało…

Niech krew się leje młoda
Niech tryska na ściany
I cień króla Heroda
Niech skazi ich rany

Artysta z żoną wychodzą z domu przez pracownię i zapominają zamknąć drzwi. Po chwili wnika do pracowni jakiś przygarbiony mężczyzna. Dobywa z bocznego stołu wielki nóż i podąża w kierunku korytarza, z którego dobiegają odgłosy radosnego przekomarzania się siostry i brata.

 

MORDERCA

Tam są… Tylko oni… Ciachnę dwa razy i będę mógł zabrać złoto i pieniądze…

STARZEC

Ciachniesz tylko dwa razy… A potem cię powieszą, ha… ha… ha… i staniesz u mego boku. Jazda… Niech krew się leje młoda.

ANIOŁ BŁĘKITNY

Bracia ugrzęzłem  w zgniliźnie…

ANIOŁ ŻÓŁTY

Nie mogę się ruszyć…

ANIOŁ RÓŻOWY

Ani ja…

ANIOŁ ZIELONY

Dowódco wracaj bo stanie się coś strasznego! Dowódco, gdzie jesteś Archaniele…?

STARZEC

Kwilicie ptaszki cieniutko… a rączka już dzierży knyp…

Niech krew się leje młoda
Niech tryska na ściany
I cień króla Heroda
Niech kazi ich rany

KAPLICA

INKANTACJA

 Jary i pagórki. Piaszczysta droga wijąca się pomiędzy nimi, zanikająca czasem pośród mgieł i oparów. Z daleka idzie starzec w połyskującej złotem szacie. Prowadzi ogromnego kozła, który wciąż prycha i próbuje uwolnić się z uścisku. Wchodzą na duży płaskowyż. Na środku mężczyzna przystaje, wyciąga spod odzienia wielki rzeźnicki nóż. Kozioł beczy przeraźliwie, ale są to już jego ostatnie chwile. Uniesiony do góry knyp spada na szyję zwierzęcia i oddziela głowę od reszty ciała, które chwilę chwieje się na mięknących nogach i pada na ziemię. Starzec unosi głowę, z której ścieka krew. Zatacza z nią krąg wokół zabitego kozła i kropi ziemię szkarłatnymi kroplami.

 STARZEC

Przeklinam tę ziemię w imię pana mojego i władcy. Przeklinam ją po kres czasu. Przeklinam każdą grudę gliny, każde ziarno kwarcu i każdy kamień. Niechaj krew zabitego kozła nieustannie jęczy tutaj, niech paruje boleśnie, niech dławi światło. Niechaj wciąż zdycha tutaj miłość.

Nie wiadomo skąd napływają zjawy demonów, ubranych w czerwone i czarne szaty. Zbliżają się do krwawego kręgu, a potem zawisają w powietrzu nad starcem i ciałem kozła.

PIERWSZY DEMON

Dziękuję ci książę, żeś zhańbił tę ziemię i po kres czasu oddał ją w nasze władanie.

DRUGI DEMON

Nie odejdziemy stąd nigdy.

TRZECI DEMON

Będziemy tu trzymać straż.

CZWARTY DEMON

Niewidoczni dla żywych, zalśnimy w oczach trupów osuwających się w pył.

 STARZEC

O, bracia piekielni, wiedziałem, że przybędziecie. Wiedziałem, że mnie nie opuścicie i zaczniecie tu trzymać straż. Teraz już mogę odejść spokojnie na dwór pana i zasiąść przy jego tronie.

PIĄTY DEMON

Ach jakże już czuć tutaj zgniliznę…

SZÓSTY DEMON

I robactwo zaczyna pełzać zewsząd…

SIÓDMY DEMON

Stulecie minie jak drgnięcie powiek.  Tysiąclecie zgaśnie jak knot gromnicy. I nawet za milion lat trwać będzie klątwa tej ziemi.

STARZEC

Niech tak się stanie

Mgły unoszą się ku górze, słońce oświetla ciało i odciętą głowę kozła. Demony blakną i zanikają. Starzec murszeje, skręca się jak zwiędłe liście. Zaczyna wiać wiatr, który porywa jego próchno i rozrzuca po wszystkich stronach świata. Gdzieś z daleka dobiega ledwie słyszalna Serenada Franciszka Schuberta. Brzmi coraz głośniej przy ciemniejącej scenie i zanika w całkowitej ciemności.

 

 AKT 1

 SCENA 1

Kwiecień roku 1932. Pokój dowódcy 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich. Na ścianie wisi portret Józefa Piłsudskiego i Ignacego Mościckiego. Pośrodku godło narodowe – orzeł w koronie. Kilka zdjęć Pułkownika w czapce ułańskiej, na koniu i w grupie oficerów.

 

KANONIK

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus…

PUŁKOWNIK

Na wieki wieków… Witam księdza proboszcza i mam wreszcie dobrą wiadomość. Dowództwo zatwierdziło nasz wniosek i możemy podpisać akt przekazania czterech hektarów ziemi z naszego poligonu na utworzenia cmentarza parafialnego. Nasz generał, dowódca garnizonu, bardzo nam dopomógł…

KANONIK

Bogu dzięki… Czy to będzie ta część Pola Ułańskiego, o której wcześniej mówiliśmy?

PUŁKOWNIK

Tak, ale trochę przesuniemy ją w kierunku dzielnicy Jary, tak że dostaniecie płaskowyż pomiędzy skarpą schodzącą ku Wilczakowi a naszym poligonem. Ludzie mówią, że to ziemia przeklęta, więc dobrze się stanie, że ksiądz ją weźmie we władanie i poświęci zgodnie z prawami Kościoła.

KANONIK

Słyszałem te głosy… Ale przecież to polska ziemia, a dla nas Polaków każda jej piędź jest święta… Pan coś wie o tym, bo walczył pan o nią z szablą w ręku… I wie pan też wiele o śmierci.

PUŁKOWNIK

Wiem, wiem… Wiele tych ruskich łbów naciąłem… I wiele razy widziałem jak człowiek umiera. Godny pogrzeb na poświęconym cmentarzu to jednak sprawa żywych i dobrze, że ksiądz kanonik zajął się tym. Musimy wydzielić też część komunalną, na której miasto będzie grzebać żołnierzy naszego garnizonu, obywateli niemieckich, Żydów, a nawet prawosławnych, przybywających do tego miasta ze wschodnich kresów.

KANONIK

Śmierć dla nikogo nie ma litości. Każdego prędzej czy później dopadnie. Żyda, Niemca, Rosjanina, katolika i innowiercę, każdego pozbawi oddechu… Ekumenizm nakazuje szanować wszystkich zmarłych, tylko musimy tę część też poświęcić, bo w katolickim kraju jest to regułą.

PUŁKOWNIK

Właśnie miałem o to poprosić księdza… Ale skoro tak, to nie ma już żadnych przeszkód i możemy za kilka dni podpisać umowę. Polecę przygotować wszystko mojemu biuru i wtedy zaproszę księdza kanonika raz jeszcze do naszych koszarów.

KANONIK

Bóg zapłać panie pułkowniku. To wszystko dla ludzi, którzy w następnych latach znajdą tam miejsce spoczynku.

 

SCENA 2

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ

 Zwracając się do oddziału aniołów.

Bracia nie zwlekajcie i lećcie do domu Dyrektora Ogrodów Miejskich, przeniknijcie ściany budowniczego kaplicy, ukryjcie się w pyle pracowni rzeźbiarza. Niech wielki krucyfiks Pański stanie na środku tego pola. Niech będzie dźwigarem czasu i przestrzeni, podporą dni i lat, które nadejdą.

ANIOŁ BŁĘKITNY

Bracia lećmy tam wielką kohortą i czuwajmy by czarny diabelski dym nie przeniknął do tych miejsc. Ustawmy straże na krańcach ścian i godzin, zewrzyjmy szyki i nie zawiedźmy dowódcy. Nasz Pan jest największą tajemnicą światów…

ANIOŁ ZIELONY

Uformujmy oddział we włócznię i mknijmy w dal…

ANIOŁ ŻÓŁTY

Zasypmy ich domy świętym pyłem, zrośmy serdecznymi łzami, ustanówmy znaki na podłogach i sufitach…

ANIOŁ RÓŻOWY

Umieśćmy niewidzialne krzyże na ścianach…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ

Do siebie

 Dzielni wojownicy świętości… Nie wiedzą jak ważna jest ich misja. Tam musi stanąć wielki krzyż z rzeźbą naszego Zbawiciela. Tchnę w nich siły by promieniowali na ludzi dobrej woli, a potem wrócili na pole i zmazali śnieżnymi piórami krew kozła. Słyszę śpiewy tysięcy pogrzebów, marsze orkiestr wojskowych i strażackich. Wyraziście brzmi w przestrzeni głos trąbki i dzwonów kościelnych. Niechaj świętość snuje się między drzewami i marmurowymi nagrobkami, niechaj wnika jak  biały dym do kaplicy i spowija trumny tych, którzy zrzucili chorowite powłoki cielesne.

STARZEC

Ukryty za pniem drzewa.

Nie widzisz mnie dowódco, a twoje ptaki nie zobaczą moich wysłanników… Sępy i czarne kanie rzucą się na nie i rozszarpią na strzępy. Niechaj zaduch zgnilizny wypełni to pole. Niech mętne opary spowiją jego twarz i odbiorą kamienny oddech. Przeklinam raz jeszcze to miejsce. Przeklinam tych, którzy tu wnikną w ziemię i rozpadną się w pył.  Przeklinam grubego kanonika i chorującego na suchoty generała, matkę zakonnicy i sprzedajnej dziewki, ojca dyrektora i mordercy dziecka.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ

Usuń się stąd Władco Much, bo mój miecz rozetnie przestrzeń i stoczysz się z powrotem do wiecznych otchłani, ściekniesz jak zielona ropa z rany…

STARZEC

Wyczuł mnie ten zwierz… Uciekać czas najwyższy…

Umyka w popłochu

 

 

 

 

 

 

 

 

%d blogerów lubi to: