ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (3)

Andrzej Kaliszewski jest poetą, krytykiem i wydawcą. Opublikował m. in. zbiory wierszy: Popiół (1976), Galop (1978) i Paszcza (1985) – a także książkę krytyczną poświęconą liryce Zbigniewa Herberta pt. Gry Pana Cogito (1982). Już w niej krakowski poeta określił swoją metodę interpretacji twórczości bliskich mu autorów; jakby w nieustannej walce i ścieraniu się sprzecznych żywiołów lirycznych. W przypadku Herberta była to więc próba ukazania jego bohatera, jako tego, który „staje na polu wiersza przeciwko stereotypowi bólu i stereotypowi poświęcenia”. Podmiot wierszy Herberta ukazany zatem został w sieci różnorakich sprzeczności i uwarunkowań i jako ten, któremu przyszło spełnić swoją misję, dać świadectwo, a nade wszystko jako ten, który w perspektywie mitu i kolejnych mitopoez urasta do miana „tego, który wie”. Kolejna książka krytyczna krakowskiego twórcy młodszego pokolenia poświęcona została innemu poecie, który podobnie jak Herbert debiutował na łamach „Życia Literackiego” w 1956 roku – Jerzemu Harasymowiczowi. Podobnie jak w przypadku Herberta, kiedy to studium Kaliszewskiego było pierwszą monografią poświęconą autorowi Trenu Fortynbrasa, tak i w tym przypadku – w trzydzieści dwa lata od momentu wspomnianej prezentacji piątki debiutantów – ukazuje się pierwsza monografia w całości poświęcona Harasymowiczowi i jego poezji. A nie miał tutaj Kaliszewski łatwego zadania, bo jak sam pisze we wstępie: Można bez większego ryzyka stwierdzić, iż ten pięćdziesięciokilkuletni poeta należy do najbardziej zagadkowych, kontrowersyjnych postaci w naszej literaturze powojennej.”

            Studium to podzielone zostało na cztery działy: „Księstwa wewnętrzne”, „Karpaty – między Arkadią i Apokalipsą”, „Kraków – czynszowe Ateny”, i „Kresy”. Oś wywodu Kaliszewskiego osnuta została jakby wokół trzech wątków wiodących – pierwszy, to recepcja twórczości autora Cudów, analiza i dyskusja z licznymi głosami krytycznymi, adoratorami i zdecydowanymi oponentami. Drugi – to chęć odnalezienia kamieni granicznych genealogii samego Harasymowicza, korzeni biograficznych i wewnętrznych jego liryki, a trzeci, to próba analizy wierszy i tomików z punktu widzenia nauk teoretycznych o literaturze, a także próba uchwycenia i wskazania odrębnych pierwiastków tej liryki, całego wachlarza innowacji i oryginalnych ujęć tematów. Książka Kaliszewskiego napisana została z ogromną żarliwością – autor nie obawia się cytować głosów krytyków z czasu debiutu Harasymowicza, nawet jeśli są to dzisiaj autorzy dysponujący silnym orężem prasowym i określonym – bardzo rozległym – obszarem swoich wpływów. Nie obawia się cytować komicznych i błędnych sądów, nie obawia się przypominać absurdalnych dookreśleń. Ale narażając się ciętym polemistom, czyni to jakby dla dobra sprawy, pragnie ukazać w odpowiednim świetle narosłe wokół liryki Harasymowicza legendy, stereotypy i przeinaczenia. Opowieść Kaliszewskiego jest wartka, a narracja prowadzona z dużym znawstwem krytycznych reguł gry. Czytelnik przez cały czas ma wrażenie, iż obcuje nie tylko z książką, która w przystępny sposób omawia jedną z najbardziej brzemiennych w dzieła karier poetyckich po II wojnie światowej, ale także, iż ma do czynienia z koherentną w y k ł a d n i ą  tej twórczości. Kaliszewski potrafi przemycać „między wierszami” cytaty i odniesienia i tak wkomponowywać je w ciąg logiczny wywodu, iż czytelnik nie zatraca poczucia ciągłości, wrażenia koherencji. To rzadka umiejętność w naszych czasach, gdy krytyk prezentuje portret poety złożony z fragmentów wierszy, cząstek opublikowanych i prywatnych wypowiedzi, zdań wyjętych z recenzji i szkiców oraz z ogólnego, zbierającego wszystko i podsumowującego, komentarza autora monografii. To cenna umiejętność, gdy w prasie króluje wszechobecna trzystronicowa recenzja, gdy krytycy wydają książki, klecąc je ze wcześniej opublikowanych not. Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż tacy krytycy, w dbałości o honoraria, upychają do swoich książek co się da. Kaliszewski natomiast specjalizuje się – jeśli można tak powiedzieć, czytając drugą książkę – w przemyślanych od A do Z „studiach przedmiotu”. Po wnikliwej analizie poezji Zbigniewa Herberta, jednej z trudniejszych pod względem treściowym, interpretacyjnym i teoretyczno-literackim, krakowski krytyk wziął na warsztat poezję i poetę, którego dorobek na tyle przerażał polską krytykę, iż przez prawie dwadzieścia lat nie była ona w stanie zdobyć się na całościową analizę potwierdzoną publikacją książkową.

            Dorobek Harasymowicza jest rzeczywiście imponujący, składający się z ponad trzydziestu zbiorów wierszy, licznych wywiadów, szkiców rozsianych po periodykach najprzeróżniejszych nacji, wreszcie ataków, wreszcie nagród i splendorów. Chociaż – jak wykazuje to Kaliszewski – Harasymowicza droga na parnas polskiej poezji wcale nie była łatwa, bo na początku walczono z poetą ostro. Czynili to nawet współdebiutanci z „Życia Literackiego”, jak choćby Bohdan Drozdowski. Dzisiaj kiedy patrzy się na dorobek Harasymowicza poprzez filtr wywodu Kaliszewskiego, nie można nie ulec fascynacji – wszak mamy oto poetę, który wbrew polskiej skłonności do fałszywej ascezy, tworzył nieprzerwanie przez ponad ćwierć wieku, miał odwagę być tylko poetą, nie pracować w żadnej instytucji i pisać. I choć często był atakowany, choć starano się z niego zrobić wioskowego lirnika, cepeliarza i świątkarza (Jan Marx), to jego kolejne poetyckie metamorfozy i rezurekcje muszą czytelnika dziwić i fascynować. Mamy wszak tu do czynienia z prawdziwym lirycznym fenomenem i autentycznym  p o e t ą. Także młodsi autorzy atakowali Harasymowicza – twórcy Nowej Fali (Kornhauser) wyciągali jego „zajączki” i kpili z nich, ale przecież potem inni krytycy odpłacili im tym samym. Zarzucając poecie eklektyzm, wyciągając pojedyncze metafory, przypisując mu tandetne gusty i szafowanie licznymi pięknościami, sami zatracili się w swoich demaskatorskich zapędach. Stworzyli poezję, która nie wytrzymała naporu czasu; trudno dzisiaj byłoby wskazać konkretne wiersze, które w sposób jednoznaczny określić można by było jako modelowe czy uniwersalne dla poetyki Nowej Fali. A tymczasem takich wierszy Harasymowicza można by łowić z jego tomików na kopy. Gdy twórcy nowofalowi stworzyli ledwie kilka tomików i może dwa, trzy naprawdę wartościowe (Jednym tchem, Nasze życie rośnie czy Inna bajka), to tomiki Harasymowicza mają liczne wznowienia i w wielkich nakładach sprzedawane są w księgarniach. Stał się twórca Wesela rusałek niekłamanym poetą wszystkich ludzi, bez względu na wykształcenie, wykonywany zawód czy status społeczny, a to jest chyba jedno z największych wyróżnień. Te wiersze czyta się, o tych wierszach się dyskutuje, śpiewa się je i inscenizuje. Jak podpowiada Kaliszewski – do Harasymowicza przystaje chyba najlepiej dawne określenie „wieszcz”. A przecież jest to też poeta, który otwiera ciemne korytarze ludzkiej percepcji i każe błąkać się po nich jak w transie, twórca, który z równym wdziękiem i grozą opisuje przedziwne bachanalia Natury, jak i podąża, w kapturze nadrealnego proroka, poprzez zgliszcza spalonych cerkwi i lasów, twórca, który też tumani zwiewnością i ciepłem miłości, autor, który zmienia się z dnia na dzień – równie prawdziwy, gdy opisuje atmosferę baru w Krakowie, jak i gdy podąża brzegiem Popradu, czy gdy zastanawiają go i odmładzają przedziwni młodociani kontrkulturowcy, punki i różni życiowi wykolejeńcy.

            Dobrze się stało, że zdolny krakowski krytyk, o wrażliwości poety, podjął się opisania tego fenomenu życia i poezji, tym bardziej, że jest to już drugi portret imaginowany i adnotowany poety z burzliwego pokolenia 1956, poety kontrowersyjnego i odkrywczego, najspokojniejszego ze spokojnych i buntownika, twórcy jakże zmiennego, choć też jak uświadamia to Kaliszewski – stałego w swych kreacjach. Wszak paradygmatem tej poezji nie jest jednak wymierna, konsekwentna przemiana form czy ukierunkowany rozwój świadomości estetycznej autora (w tej sferze znaczeń można tutaj mówić o jakiejś zawiłej sinusoidzie): jest nim natomiast wędrówka  p o   t e m a t a c h    k r a i n a c h, które z magiczną siłą metafory przeistaczają się w wielość poetyckich światów, o różnym stopniu realności. Poznajmy zatem te krainy, którymi nasz Książę Poezji włada. Zobaczmy, które okolice walczą w tej niepowtarzalnej federacji o palmę pierwszeństwa. Czytając tę monografię, uwierzmy krytykowi, uwierzmy poecie…

________________________

Andrzej Kaliszewski, Książę z Kraju Łagodności, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s.283.

STO WIERSZY POLSKICH (XXXII)

Mitologia grecka stanowiła ogromne wyzwanie dla wyobraźni Zbigniewa Herberta, stale wibrującej i zataczającej wiele kręgów, od starożytności do czasów współczesnych, od realizmu do symbolizmu, od prostoty do filozofii i od podania kulturowego do nadrealizmu. W wierszu pt. Apollo i Marsjasz pojawia się dwóch wyrazistych bohaterów, mających szerokie konotacje imaginacyjne w literaturze i sztuce wielu wieków.[1] Pierwszy z nich to Apollo, syn Zeusa i nimfy Leto, urodzony na wyspie Delos, bliźniaczy brat Artemidy[2], między innymi bóg piękna, blasku i nagłego rozświetlenia, życia i śmierci, przewodnik muz i patron poetyckich natchnień. Genialnie grał na kitarze i lubował się w pięknych krajobrazach, a swoją siedzibę miał na górze Parnas, skąd przyglądał się poczynaniom bogów i ludzi. Jego przeciwnikiem w micie i w wierszu Herberta jest satyr Marsjasz, który znalazł zgubiony flet Ateny i tak pięknie nauczył się na nim grać, że zaczął wzbudzać powszechny zachwyt we Frygii. Dotarło to do uszu zawistnego i mściwego Apolla, który natychmiast wyzwał nieszczęśnika na muzyczny pojedynek, komplikując sprytnie jego reguły.[3] Marsjasz godzi się na odwrócenie instrumentów, ale nie potrafi jednocześnie grać i śpiewać, co przy kunszcie Apolla, prezentującego cudowne pieśni olimpijskie, powoduje, iż muzy uznają go za zwycięzcę. Satyr był tak zarozumiały, że zgodził się na ustalenie dowolnej kary dla pokonanego, nie przypuszczając, że okrutny Apollo wykorzysta to i obedrze go ze skóry. Dopiero w tym momencie zaczyna się poetycka akcja wiersza Herberta: właściwy pojedynek Apollona/ z Marsjaszem/ (słuch absolutny/ kontra ogromna skala)/ odbywa się pod wieczór/ gdy jak już wiemy/ sędziowie/ przyznali zwycięstwo bogu[4], dopiero w tym momencie wyobraźnia poety znajduje właściwą sobie przestrzeń interpretacyjną i może zweryfikować wymowę mitu, przekornie przyznając zwycięstwo sylenowi.[5]

Przeciwnik został mocno przywiązany do drzewa i dokładnie odarty ze skóry, co spowodowało, że zaczął rozpaczliwie krzyczeć, a potem jakby zatopił się w monotonii wysokiego dźwięku, w nieustannym artykułowaniu, odzwierciedlającej cierpienie, głoski A. Apollo w tym czasie zdaje się już być w innych przestrzeniach i demonstracyjnie czyści swój instrument, skalany krwią w trakcie torturowania przeciwnika. Ale to, co dla postronnych obserwatorów jest monotonnym wrzaskiem, dla poety staje się pretekstem do odwrócenia sytuacji – wszak ból ofiary kala też krzywdziciela i rani jego psychikę, tym bardziej, że zdjęcie skóry przyczyniło się wzmocnienia organicznego bogactwa wnętrza satyra: w istocie/ opowiada/ Marsjasz/ nieprzebrane bogactwo/ swego ciała/ łyse góry wątroby/ pokarmów białe wąwozy/ szumiące lasy płuc/ słodkie pagórki mięśni/ stawy żółć krew i dreszcze/ zimowy wiatr kości/ nad solą pamięci. Metaforyzacja podąża tutaj w kierunku natury, zmienności pór roku i kruchości ludzkich organów, pośród których trwa nieustanna akcja – krew przesącza się przez tkanki, żółć uczestniczy w rozkładzie złożonych pokarmów, a dreszcze przypominają o potencjalnym i zawsze przyczajonym cierpieniu. Apollo tyleż bytuje pośród przestrzeni ziemskich, co duchowych i brzydzi się jawną, krwawą cielesnością, a poeta kieruje uwagę czytelnika ku niezwykłym możliwościom jakie niosą reinterpretacje mitu. Kolejne kadencje bólu generują jeszcze wyższe tony, zdające się dobywać aż ze stosu pacierzowego fauna: teraz do chóru/ przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza/ w zasadzie to samo A/ tylko głębsze z dodatkiem rdzy. Takie przemieszanie przestrzeni dźwiękowych i materialnych daje niezwykły efekt, gdy na artykułowanej głosce A pojawia się rdza. Z kolei rozchybotanie rzeczywistości staje się zaczynem nowej dekompozycji, gdy bóg piękna okazuje się tandetną imitacją samego siebie, boga nie potrafiącego utrzymać się w ryzach i zbyt często zachowującego się jak człowiek. Jego nerwy, zdawać by się mogło nie do zdarcia, nie reagujące na martyrologię sylena i makabrę odzierania go ze skóry, nagle stają się błahe, jakby wykonane z tworzyw sztucznych.  

W tym momencie Apollo jest już postacią stricte surrealistyczną, jakby namalowaną pędzlem Salvadore’a Daliego i czym prędzej umyka z miejsca kaźni Marsjasza, zbyt dla niego realnego, przepełnionego krzykiem i bólem. Markuje przy tym spokojny odwrót, jakby po zakończeniu mistrzowskiego koncertu: żwirową aleją/ wysadzaną bukszpanem/ odchodzi zwycięzca/ zastanawiając się/ czy z wycia Marsjasza/ nie powstanie z czasem/ nowa gałąź/ sztuki – powiedzmy – konkretnej. Ironia wszechmocnego boga jest tutaj niezwykle zjadliwa, zważywszy, że domaga się ukonkretnienia sztuki, i to na bazie owej nieustannie brzmiącej w przestworze głoski A. Poetyckie odrealnienie rymuje się tutaj z przepastną głębią mitu, który zawsze jest wieloznaczny i może generować nieskończone interpretacje. Tak przestaje mieć znaczenie ból Marsjasza i jego gehenna, a zyskują moc dziwne konotacje, jakby rodem ze snu, gdzie wszystko jest możliwe, a dekompozycja staje się tak samo adekwatna jak logiczny ciąg znaczeniowy. Apollo oddala się, a perspektywa bukszpanowej alei zwęża się coraz bardziej – i tak mogłoby się zakończyć to dramatyczne zdarzenie, ale przecież nie byłoby w nim niczego szczególnego, ot jeszcze jedna batalia kochliwego[6] i wojowniczego boga olimpijskiego, który potrafił przeciwstawić się samemu Zeusowi.[7] Herbert zdaje sobie z tego sprawę i wprowadza do utworu jeszcze jeden zaskakujący trop: Nagle/ pod nogi upada mu/ skamieniały słowik. Jak wiadomo ptak ten od najdawniejszych czasów symbolizuje najwyższe uniesienia miłosne i jakby docieranie wydawanymi dźwiękami do samej istoty bytu.[8] Sugerowałoby to, że Marsjasz odniósł jednak zwycięstwo i w swoim bólu i „śmiertelnym śpiewie” pojął to, co miało dla niego pozostać zakryte. W taki też sposób zemścił się na swoim wrogu, hardo rzucił mu pod nogi skamieniałego słowika i nagle przyspieszył upływ czasu. Drzewo, do którego został przywiązany zyskało cechy ludzkie i posiwiało jak starzec: odwraca głowę/ i widzi/ że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz/ jest siwe/ zupełnie. Tego rodzaju antropologizacja ma sens w surrealnym świecie, wykreowanym przez poetę i staje się elementem jego dziwności, nagłego wymknięcia się ze sztywnych ram podaniowych. Dodatkowo zawiera drugie dno i jakby wskazanie opisywanych szeroko sytuacji, gdy jakiś bohater w jednej chwili posiwiał. Tutaj przytrafiło się to drzewu, które miało być niemym świadkiem cierpienia Marsjasza, ale wydostało się ze swej statyczności i dynamicznie dookreśliło finał tej konfrontacji.

[1] Motyw ten odnajdziemy na wazach greckich, licznych mozaikach, odwzorowywany jest w rzeźbach, a potem pojawia się w malarstwie, między innymi na obrazach Pietra Perugina (ok 1490), Michelangela Anselmiego (ok. 1540), Bartolomea Manfrediego (ok. 1616), Jusepe de Ribery (1637). 

[2] Por. R. Graves, Mity greckie, przeł. H. Krzeczkowski, Warszawa 1982, s. 63-64.

[3] Por. Tamże, s. 81.

[4] Tekst z tomu Studium przedmiotu podaję za: Z. Herbert, Wiersze zebrane, oprac. R. Krynicki, Kraków 2008, s. 247–249.

[5] Por. M. Mikołajczak, Wstęp w: Z. Herbert, Wybór poezji, Wrocław 2019, s. LXXVI.

[6] R. Graves tak podsumowuje jego podboje miłosne: Choć Apollo nie chciał się krępować więzami małżeńskimi, spłodził dzieci z wieloma nimfami i śmiertelnymi kobietami. Z Fitą na przykład spłodził Dorosa i jego braci, z muzą Talią korybantów, z Koronis Asklepiosa, z Arią Miletosa, a z Kyrene Aritajosa. Uwiódł również nimfę Dryope (…)., dz. cyt. s. 81–82.

[7] Tamże: zob. historię odwetu Apolla na Zeusie, po zabiciu jego syna, lekarza Asklepiosa, który odważył się wskrzesić zmarłego i odebrać w ten sposób poddanego Hadesowi.

[8] Por. słynną Odę do słowika Johna Keatsa, w której mamy do czynienia z takim przekraczaniem granic ontologicznych.

ADAM ZAGAJEWSKI 1945–2021

W związku z nieoczekiwaną śmiercią Adama Zagajewskiego przypominam jeden z jego najbardziej znanych wierszy i moją analizę, która została opublikowana w „Okolicy Poetów”.

JECHAĆ DO LWOWA

        Rodzicom

Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać
do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,
gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się
ekspresy i torpedy. Nagle wyjechać do
Lwowa, w środku nocy, w dzień, we wrześniu
lub w marcu. Jeżeli Lwów istnieje, pod
pokrowcami granic i nie tylko w moim
nowym paszporcie, jeżeli proporce drzew
jesiony i topole wciąż oddychają głośno
jak Indianie a strumienie bełkocą w swoim
ciemnym esperanto a zaskrońce jak miękki
znak w języku rosyjskim znikają wśród
traw. Spakować się i wyjechać, zupełnie
bez pożegnania, w południe, zniknąć
tak jak mdlały panny. I łopiany, zielona
armia łopianów, a pod nimi, pod parasolami
weneckiej kawiarni, ślimaki rozmawiają
o wieczności. Lecz katedra wznosi się,
pamiętasz, tak pionowo, tak pionowo
jak niedziela i serwetki białe i wiadro
pełne malin stojące na podłodze i moje
pragnienie, którego jeszcze nie było,
tylko ogrody chwasty i bursztyn
czereśni i Fredro nieprzyzwoity.
Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał
zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć
szeptu każdego kamienia, spalonego przez
słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie
inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili
rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,
rosły bez pamięci, a radość kryła się
wszędzie, w korytarzach i młynkach do
kawy, które obracały się same, w niebieskich
imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym
formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach
róż. Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje.
Dzwony biły i drżało powietrze, kornety
zakonnic jak szkunery płynęły pod
teatrem, świata było tak wiele, że musiał
bisować nieskończoną ilość razy,
publiczność szalała i nie chciała
opuszczać sali. Moje ciotki jeszcze
nie wiedziały, że je kiedyś wskrzeszę
i żyły tak ufnie i tak pojedynczo,
służące biegły po świeżą śmietanę,
czyste i wyprasowane, w domach trochę
złości i wielka nadzieja. Brzozowski
przyjechał na wykłady jeden z moich
wujów pisał poemat pod tytułem Czemu,
ofiarowany wszechmogącemu i było za dużo
Lwowa, nie mieścił się w naczyniu,
rozsadzał szklanki, wylewał się ze
stawów, jezior, dymił ze wszystkich
kominów, zamieniał się w ogień i w burzę,
śmiał się błyskawicami, pokorniał,
wracał do domu, czytał Nowy Testament,
spał na tapczanie pod huculskim kilimem,
było za dużo Lwowa a teraz nie ma
go wcale, rósł niepowstrzymanie a nożyce
cięły, zimni ogrodnicy jak zawsze
w maju bez litości bez miłości
ach poczekajcie aż przyjdzie ciepły
czerwiec i miękkie paprocie, bezkresne
pole lata czyli rzeczywistości.
Lecz nożyce cięły, wzdłuż linii i poprzez
włókna, krawcy, ogrodnicy i cenzorzy
cięli ciało i wieńce, sekatory niezmordowanie
pracowały, jak w dziecinnej wycinance
gdzie trzeba wystrzyc łabędzia lub sarnę.
Nożyczki, scyzoryki i żyletki drapały
cięły i skracały pulchne sukienki
prałatów i placów i kamienic, drzewa
padały bezgłośnie jak w dżungli
i katedra drżała i żegnano się o poranku
bez chustek i bez łez, takie suche
wargi, nigdy cię nie zobaczę, tyle śmierci
czeka na ciebie, dlaczego każde miasto
musi stać się Jerozolimą i każdy
człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu
pakować się, zawsze, codziennie
i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież
istnieje, spokojny i czysty jak
brzoskwinia. Lwów jest wszędzie.

Adam Zagajewski urodził się we Lwowie w 1945 roku i przed repatriacją na ziemie poniemieckie, do Gliwic, nie mógł zapamiętać czegokolwiek z tamtych czasów. Jego powroty do tego miasta miały zatem wymiar archeologii rodzinnej i konfrontowane ze wspomnieniami rodziców i zdobywaną wiedzą, musiały być rodzajem konstrukcji intelektualnej. Ta niedookreśloność sytuacji geograficznej, ta imaginowana bliskość miasta ważnego dla kultury kresów wschodnich, generuje swoiste liryczne roztargnienie i na początku wiersza poeta pyta: Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać/ do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,/ gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się/ ekspresy i torpedy. Tak zaczyna się ten szamański pomruk, inkantacja rzeczywistości, która kiedyś była ważna dla drobnego ciała, a z czasem stała się mitem świata odeszłego i krzewiącego się bujnie we wspomnieniach klanu rodzinnego. Bliskość snu i pora dobowa wskazują, że mamy tutaj do czynienia z próbą obłaskawiania ulotności, mgiełki, chwili zaklętej w słowa i mutującej swobodnie we śnie. Zresztą wszelkie wyraziste ustalenia natychmiast stracą rację bytu, rozpłyną się we mgle przeszłości, a wyjazd może się zacząć o każdej godzinie, rano, w południe lub wieczorem, w marcu lub we wrześniu i równie dobrze może w ogóle nie dojść do skutku. Nasza realność, a zatem i istnienie Lwowa stale poddawane są ludzkiej próbie bytu, wciąż rodzą się od nowa w mózgu, stale podtrzymywane są nowymi strumieniami natlenionej i niosącej cukier krwi – zasadne zatem jest pytanie o autentyczność tego, co postrzegamy: Jeżeli Lwów istnieje, pod/ pokrowcami granic i nie tylko w moim/ nowym paszporcie, jeżeli proporce drzew/ jesiony i topole wciąż oddychają głośno/ jak Indianie a strumienie bełkocą w swoim/ ciemnym esperanto a zaskrońce jak miękki/ znak w języku rosyjskim znikają wśród traw. Spakować się i wyjechać, zupełnie/ bez pożegnania, w południe, zniknąć/ tak jak mdlały panny. Znaki istnienia, potwierdzenia realności miasta, gdzieś za granicami, jako zapis w paszporcie, łączą się z elementami charakterystycznymi dla przestrzeni europejskiej, jesionami i topolami, zaskrońcami w trawie, ale są też ornamentowane w szczególny sposób przez – zdawać by się mogło – odległe semantycznie określniki. W takim ustawieniu odbioru, drzewa mają w sobie coś z proporców pogrzebowych, są żywymi organizmami, oddychającymi jak człowiek lub zwierzę, z kolei antropomorfizowane strumienie wydają dźwięki bliskie bełkotowi w ciemnym języku esperanto, a zaskrońce umykają w trawach i kojarzą się poecie ze znakiem miękkości w języku rosyjskim. To może być wyjazd bez wyjazdu, bez pożegnania, ale zupełny, to może być chwila równie niedookreślona jak nagłe zgaśnięcie świata w chwili znamiennego omdlenia panien.

Powrót do Lwowa, jak ponowne pojawienie się w każdym miejscu, dziwnie ulokowanym w ludzkiej biografii, ma wydobyć elementy najistotniejsze w topografii miasta, ale też ma odsłonić wewnętrzną strukturę liryczną przestrzeni i czasu. Dlatego ważne staje się to, co zwykle umyka percepcji: I łopiany, zielona/ armia łopianów, a pod nimi, pod parasolami/ weneckiej kawiarni, ślimaki rozmawiają/ o wieczności. Charakterystyczne dla poezji Zagajewskiego jest ciągłe odbieganie myślą ku innym miejscom, ciągłe wplatanie elementów odległej, ale równie energetycznej i absolutnej epifanii. Tak łopiany stają się światem samym w sobie, orbitującym ku wspomnieniom parasoli weneckich, ale też są draperią przestrzeni, w której istnieją inne byty, reprezentowane tutaj przez ślimaki, rozmyślające o wieczności i bytujące w płaszczyźnie horyzontalnej, kryjące się w cieniu zieleni rozrosłych roślin.Myśl poety nigdy nie zastyga w jednym kształcie, nie przywiązuje się do żadnej formy, nieustannie skanuje rzeczywistość i przebiega ją niczym impuls elektryczny. Przeskok iskry bywa gwałtowny i z płaskiego świata pod łopianami wzrok pada, a przypomnienie jest tutaj wyraźnie ukierunkowane, na wertykalną oś lwowskiej świątyni: Lecz katedra wznosi się,/ pamiętasz, tak pionowo, tak pionowo/ jak niedziela i serwetki białe i wiadro/ pełne malin stojące na podłodze i moje/ pragnienie, którego jeszcze nie było,/ tylko ogrody chwasty i bursztyn/ czereśni i Fredro nieprzyzwoity. Ta pionowość jest realna i zarazem umowna, natychmiast przywołująca inne cząstki świata, w których pion wcale nie jest konstytutywny – no bo jak zauważyć wertykalność niedzieli, jak wyodrębnić ją z białych serwetek i z białego wiadra wypełnionego malinami, jak wreszcie połączyć pragnienie, którego nie było z chwastami, bursztynową barwą czereśni i bezeceństwami Aleksandra Fredry? Tylko poetyka mgnień i prześwitów, tylko rzucanie światła na coraz to inne elementy świata mogą być tutaj pomocne. Z mroku przeszłości wydobywa ją iskra lub błyskawica, nagłe rozświetlenie i równie nagłe przygaśnięcie, istnienie w nieistnieniu, byt w niebycie, egzystencja bez kolejnych potwierdzeń. Poeta dorastał już w innym mieście i stale słuchał opowieści o Lwowie, wciąż sycił zmysły aurą, której dotknął realnie jako niemowlę, a to znaczy, że właściwie nigdy jej nie zaznał. W pewnym momencie pojawiło się uczucie przesytu, które skojarzone zostało z kolejnymi cząstkami imaginatywnymi, z drobinami i wielkimi elementami miejskiej zabudowy: Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał/ zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć/ szeptu każdego kamienia, spalonego przez/ słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie/ inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili/ rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,/ rosły bez pamięci, a radość kryła się/ wszędzie, w korytarzach i młynkach do/ kawy, które obracały się same, w niebieskich/ imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym/ formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach róż. Ta mnogość odsłon, to nieustanne, lamentacyjne przywoływanie miasta, powiązane było z sytuacją rodzinną, z wygnaniem i pasją odkrywczą, choć tak naprawdę nikt nigdy nie wniknął w  c a ł o ś ć  tej struktury, nikt nie przedostał się do tajni wewnętrznej kamieni, nikt nie usłyszał bezgłośnej mowy świątyń katolickich i prawosławnych, nikt nie rozmyślał tak intensywnie o Jezuitach i roślinach, o młynkach do kawy i krochmalu, o imbrykach, kroplach deszczu i kolcach róż. W innym świecie i w innych przestrzeniach musiał dorosnąć poeta, musiał w doświadczeniach dni i nocy odnaleźć swoją epifaniczna wyobraźnię i zacząć mnożyć ekwiwalenty słowne w kolejnych wierszach. To jakby zagęszczanie przestrzeni, to nieustanne ewokowanie treści, które łączą się ze sobą i natychmiast zderzają się z innymi elementami lirycznego przedstawienia.

Z opisów, z rozmów i przywołań, ze studiowania sztychów i fotografii, a nade wszystko z czytania książek wspomnieniowych powstał w wyobraźni twórcy obraz wyrazisty i zamglony, pełen drobnych szczegółów i nieustannie orbitujący ku uniwersum wszechrzeczy i ku prawdzie absolutu: Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje./ Dzwony biły i drżało powietrze, kornety/ zakonnic jak szkunery płynęły pod/ teatrem, świata było tak wiele, że musiał/ bisować nieskończoną ilość razy,/ publiczność szalała i nie chciała/ opuszczać sali. Nic nie jest tutaj utrwalone, nic nie zastyga, wszystko podąża od realności zapisanej w czasie do wyobraźniowych ewokacji, od obrazu podążających zakonnic do migających w myślach szkunerów, od żółknących na mrozie forsycji do bicia dzwonów i stale multiplikującego się świata, przypominającego też aktora, nieustannie odgrywającego tę samą rolę i bisującego przed publicznością całej ludzkości. To wszystko przepadłoby bezpowrotnie gdyby nie pojawił się poeta, gdyby nie ukształtował tak swojego umysłu, że zaczął on konstruować wiersze, w których odradzały się sytuacje i byty, wracały ulotne fakty, lśniła na nowo rzeczywistość zgubiona pośród wirów czasu. Ludzie rodzili się i umierali, a członkinie rodzin uczestniczyły w ślepym rytuale istnienia rodzinnego, wypełniania przypisanych im ról i do głowy im nie przychodziło, że kiedyś pojawią się w wierszu chłopca urodzonego u końca wielkiej wojny: Moje ciotki jeszcze/ nie wiedziały, że je kiedyś wskrzeszę/ i żyły tak ufnie i tak pojedynczo,/ służące biegły po świeżą śmietanę,/ czyste i wyprasowane, w domach trochę/ złości i wielka nadzieja. Zagajewski ukazuje byty osobne na tle innych bytów osobnych, ludzi w grupach, ale jednak nieopisanie samotnych, dążących do jakiegoś celu, a zarazem poruszających się po omacku pośród głuchych, przepastnych ciemni. Często pośród tych światów pojawia się gość z zewnątrz i jego wizyta staje się pretekstem do uruchomienia lawiny wyobraźniowej. Wielki krytyk przyjeżdża do Lwowa i staje się wyzwaniem dla wyobraźni, chwilą, którą trzeba wyodrębnić, a potem ustawić ją w obrębie innych, zdawać by się mogło, nieistotnych chwil:  Brzozowski/ przyjechał na wykłady jeden z moich/ wujów pisał poemat pod tytułem Czemu,/ ofiarowany wszechmogącemu i było za dużo/ Lwowa, nie mieścił się w naczyniu,/ rozsadzał szklanki, wylewał się ze/ stawów, jezior, dymił ze wszystkich/ kominów, zamieniał się w ogień i w burzę,/ śmiał się błyskawicami, pokorniał,/ wracał do domu, czytał Nowy Testament,/ spał na tapczanie pod huculskim kilimem,/ było za dużo Lwowa a teraz nie ma/ go wcale, rósł niepowstrzymanie a nożyce/ cięły, zimni ogrodnicy jak zawsze/ w maju bez litości bez miłości/ ach poczekajcie aż przyjdzie ciepły/ czerwiec i miękkie paprocie, bezkresne/ pole lata czyli rzeczywistości. Zewsząd płyną obrazy i wzmacnia się przekonanie w poecie, że miasto zdominowało jego wyobraźnię, dokonało na nim aktu agresji, której nie równoważy nawet wykład Brzozowskiego. Lwowskość rzeczywistości w każdej inkantacji i w powracających lamentach była wręcz nie do zniesienia, przybierała formę materialną, przelewała się przez naczynia, eksplodowała w szklankach, przepełniała sobą stawy, jeziora, a nawet dymiła z kominów, stawała się samą istotą żywiołów. Ale właśnie pośród tej ekspansywnej lwowskości pojawiają się pierwsze zapowiedzi przyszłości, oprawianej w kształt wiersza i wracającej w wyobraźni poetyckiej jako ciąg znaków, emblematów i symbolicznych dopełnień. Wujek pisze poemat pt. Czemu, ofiarowany Bogu, a poszczególni ludzie wypełniają swoje role, wpisują się w lwowski model egzystencji, szaleńczej i nudnej, pełnej znaczeń i zarazem jakże bezsensownej. Mieści się w niej lektura Nowego Testamentu i wylegiwanie się pod huculskim kilimem, zimno maja i upały czerwca, nożyce ścinające rośliny i miękkość paproci, a wszystko razem jest epifanią, uświęceniem prostoty, dopowiedzeniem treści do tego co na zawsze miało zostać bez komentarza.      

 Nożyce są użytecznym narzędziem w praktyce ogrodniczej czy krawieckiej, ale mogą też symbolizować śmierć, nieustannie zrywającą łączność między komórkami i inicjującą bezpowrotny rozpad. To także symbol bezduszności ludzkiej, obecnej także w przestrzeniach Lwowa i nieustannie generującej cierpienia, kojarzącej się z uważną pracą dziecka przy wycinance. Urzędnicy i cenzorzy cięli ludzkie marzenia i nieudolne próby stworzenia enklaw, bezpiecznych miejsc w czasie i pośród kresowej przestrzeni, a dzieci mozoliły się by jak najlepiej odwzorować łabędzia lub sarnę. Jedno pozostawało wszakże niezmienne, szczęk metalu i odgłos strzyżenia, ucięcia, przerwania więzi – śmierć, bezduszna i groteskowa jak wyabstrahowane z rzeczywistości nożyce, zbierała swoje żniwo: Nożyczki, scyzoryki i żyletki drapały/ cięły i skracały pulchne sukienki/ prałatów i placów i kamienic, drzewa/ padały bezgłośnie jak w dżungli/ i katedra drżała i żegnano się o poranku/ bez chustek i bez łez. Szczęk nożyc, cięcie scyzoryków i noży, drapanie żyletek pojawiało się w każdym życiu, światy padały jak drzewa w dżungli i traciły swoją wartość ludzkie godności i wielkie budowle – wszystko zmierzało ku ostatecznym pożegnaniom, wszystko poddawało się nieuchronnej, bezlitosnej władzy czasu. Dopiero poeta, odwieczny tułacz wyobraźni, połączy wszystko w wielką, stale rozrastającą się i pulsującą żywymi głosami jednię, dopiero epifaniczna wyobraźnia wydobędzie z mroku to, co miało na zawsze w nim przepaść. Zapłaci za to lękiem, suchością warg nad ranem i poczuciem nieustannej podróży, ciągłego pakowania się i przemieszczania się z miejsca na miejsce: takie suche/ wargi, nigdy cię nie zobaczę, tyle śmierci/ czeka na ciebie, dlaczego każde miasto/ musi stać się Jerozolimą i każdy/ człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu/ pakować się, zawsze, codziennie/ i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież/ istnieje, spokojny i czysty jak/ brzoskwinia. Lwów jest wszędzie. Wyprawa do Lwowa jest podróżą w głąb siebie, przyjęciem roli nigdy nie zatrzymującego się podróżnego i ustawianiem miasta urodzenia w ciągu symbolicznym miejsc na ziemi, poczynając od uświęconej i umęczonej po wielokroć Jerozolimy. Śmierć i bieg czasu niszczą utrwalane przez ludzi kształty, degradują budowle z kamienia i cegieł, ścierają na pył bramy i ogrody, zamieniają w proch kruche ciała, ale słowo może wskrzesić struktury i elementy, może spowodować, że nagle objawi się świeżość jak we wnętrzu brzoskwini, a  prywatna wizja miasta rozprzestrzeni się do wymiarów gigantycznych i wypełni sobą wszystko. Zagajewski tworzy wiersze, w których pulsuje prawdziwe życie, a zarazem rozmywa wszystko niczym subtelny akwarelista, swobodnie porusza się pośród przestrzeni mitu, a zarazem stale dociera do elementarnych cząstek rzeczywistości. Jego gigantyzm mieści się w obrębie jednej komórki, a to co mikroskopijne i niewidoczne dla oka, eksploduje nieoczekiwanie i rozszerza się do wymiarów kosmicznych.   

POEZJA I ŚWIAT

Mistrioti gdzieś w Wielkopolsce

Zaprzyjaźniona ze mną od wielu lat grecka poetka Maria Mistrioti zainicjowała rozmowę na temat poezji, festiwali literackich i przyszłości ludzkości. Zamieszczam ją na moim blogu, bo kilka myśli, które wyartykułowałem mają określoną wartość.

Czym dla ciebie jest poezja?

To z pozoru proste pytanie, ma też swoje drugie dno. Z jednej strony przecież jest to rodzaj sztuki, uprawianej przeze mnie od ponad czterdziestu lat, a ze strony drugiej – to dar dany mi przez życie i rodzaj wewnętrznego olśnienia. Pisząc wiersze szukam sytuacji modelowych i próbuję odzwierciedlić coś z mojego wnętrza, coś z moich myśli i prób powiązania tego, co nierealne z rytmem krwi w ciele i doświadczeniami wielu lat. Patrząc na moje pisanie wierszy, zauważam kilka głównych nurtów moich zainteresowań: zaczynałem od nurtu generacyjnego, od tekstów które miały być świadectwem istnienia moich kolegów i koleżanek, którzy przepadli w przepaściach dwudziestego wieku. Jedni popełnili samobójstwa, inni zginęli w wypadkach komunikacyjnych, a jeszcze inni zmarnowali swoje szanse i trafili do więzień. Spotykałem się z nimi w szkołach, na podwórkach i boiskach, jeździłem wraz z nimi rowerem nad jeziora i rzeki, pływałem w chłodnych nurtach, podróżowałem pociągami i autobusami, a potem własnym samochodem. Nie wiem jak to się stało, że przetrwałem, wybrałem inną drogę i zacząłem nią kroczyć ku kolejnym stopniom edukacji, napisanym książkom, surrealistycznym rysunkom i namalowanym obrazom? Miałem przecież sporo zatargów z komunistycznym państwem i jak oni trafiłem do Izby Dziecka, a potem do jakże prawdziwego i ponurego więzienia. Myślę, że uratowały mnie lektury, pochłaniane w ogromnych ilościach, orbitujące wokół moich zainteresowań geograficznych i podróżniczych, a potem literackich i artystycznych. Do tego dodać należy moją ogromną energię fizyczną, materializującą się podczas treningów szermierczych, piłkarskich, sportów walki, a na końcu biegowych. Ważne też były umiejętności pływackie i praca ratownicza na wielu basenach, nad jeziorami i nad morzem.

Jakie są twoje główne inspiracje poetyckie?

Moją pierwszą i podstawową inspiracją poetycką była miłość i spotkanie z przepiękną dziewczyną, dla której zacząłem tworzyć erotyki. To uczucie spowodowało, że porzuciłem młodzieńczą grafomanię i zacząłem pisać wiersze białe, bez rymów. Próba odzwierciedlenia jej piękna i fenomenu oryginalnej urody, kazała mi szukać tak misternych ekwiwalentów słownych, że powstawały wiersze zwiewne, delikatnie lekko tylko metaforyzowane. Miała zielone oczy, długie gęste włosy i ciało bogini, wywierające piorunujące wrażenie na wielu mężczyznach. Z tego powodu musiałem czasami odsuwać na bok moją liryczną naturę i toczyć jak najrealniejsze boje z pojawiającymi się zalotnikami. Jak zwykle bywa w takich razach, młodzieńcza miłość nie przetrwała próby czasu, ale zostały wiersze, które opublikowałem w 1982 roku w małym tomiku pt. Maria. Ziarno raz zasiane zaczęło kiełkować i poezja stała się czymś bardzo ważnym w moim życiu, a nurcie generacyjnym pojawiły się próby analizy metaforyki kultury, ciąg wierszy mistycznych, a potem podróżniczych, w których daleka wyprawa stawała się pretekstem do opowieści o miejscach, ludziach i o moim wnętrzu. W różnych wydawnictwach zaczęły się ukazywać moje nowe tomy, sporo było też publikacji prasowych i szybko zostałem dostrzeżony przez krytykę literacką. Pojawiły się też znaczące nagrody literackie i pierwsze zbiory wierszy opublikowane poza granicami Polski, czasem w tak egzotycznych krajach jak Gwatemala, Indie, Chiny. Obecnie, gdy minąłem już barierę sześćdziesięciu lat, przygotowuję się do publikacji trzech tomów wierszy zebranych, w których zamieszczę też najcelniejsze recenzje i fragmenty szkiców krytycznoliterackich. Nowe inspiracje pojawiły się u mnie, gdy podjąłem pracę w uniwersytecie i zacząłem pisywać teksty naukowe o polskich, amerykańskich i europejskich romantykach. Warto wspomnieć też Nikosa Chadzinikolau, który zainspirował mnie do studiów kultury antycznej i do lektur współczesnej poezji greckiej. Grek Zorba Nikosa Kazantzakisa, w przekładzie wskazanego wyżej tłumacza i edytora, pozostanie do końca jedną z najważniejszych lektur mojej młodości.

Czy międzynarodowe festiwale są propozycją właściwą dla cywilizacji?

Od ponad dwudziestu lat uczestniczę w wielu międzynarodowych festiwalach i konferencjach literackich. Stały się one dla mnie ważnym doświadczeniem życiowym i umożliwiły mi spotkania z tak wielkimi współczesnymi poetami i prozaikami jak Gerald Stern, Stanley Kunitz, Juan Gelman, Adonis, Mo Yan, Tomas Venclova, Stanley H. Barkan, Sona Van. Dzięki zaproszeniom na tego typu imprezy zwiedziłem wiele krajów świata, żeby wymienić tylko USA, Chiny, Indie, Kenię, Republikę Południowej Afryki, Kolumbię, Gruzję, Armenię, Litwę. Wszędzie czytałem wiersze, wygłaszałem referaty i prowadziłem ożywione dyskusje, a nade wszystko pisałem wiersze i wspomnienia. To wyprawy na festiwale literackie zainspirowały mnie do publikacji kolejnych tomów wierszy z podróży i obecnie powstaje już dziesiąta taka książka. Tak, to było też wielkie doświadczenie cywilizacyjne i ogólnoludzkie, rodzaj rozprzestrzenienia mojej świadomości w świecie i weryfikacji moich wyobrażeń o nim. Nikt nie zabierze mi już tych niezwykłych chwil nad brzegami trzech wielkich oceanów, pośród ulic Szanghaju i Pekinu, Nowego Jorku i Los Angeles, Medellin, Tbilisi i Erywania, nikt i nic nie wymaże z mojej pamięci zamyśleń nad jeziorem Qinghai i Żółtą Rzeką, na skraju Kordyliery Zachodniej, pośród budynków świątynnych w Indiach i w wiosce Masajów, na wieży kościoła św. Janów w Wilnie, nad Morzem Śródziemnym w Chalkidzie i na nabrzeżu Huangpu Jiang w Szanghaju. Pobyty na światowych festiwalach literackich przyczyniły się do rozszerzenia moich kontaktów twórczych, powstania nowych wydań zagranicznych moich książek, a nade wszystko pozwoliły mi poznać wiele nowych strategii literackich.           

Jak twoim zdaniem będzie wyglądała przyszłość ludzkości?

Wszystko zależy od nas… Od wysiłków, które podejmiemy, by ocalić planetę i przygotować się do ewentualnych kataklizmów kosmicznych. Zagrożenia są realne, zanieczyszczenia środowiska naturalnego ogromne, a dodatkowo grożą nam wybuchy wielkich, uśpionych wulkanów, trzęsienia ziemi i tsunami. Każdy intelektualista chciałby, by ludzkość rozwijała się harmonijnie i osiągała w kolejnych latach niewyobrażalny poziom technologiczny. Będąc wielokrotnie w Chinach i w Stanach Zjednoczonych Ameryki, dostrzegłem niezwykłe przeobrażenia naszego świata. Koleje wielkich szybkości, szerokie autostrady i mosty, coraz wyższe wieżowce i przebogate apartamentowce, a do tego jeszcze elektryczne samochody, coraz doskonalsze statki i sondy kosmiczne. Niestety cieniem na postępie ludzkości kładą się zbrojenia i nieustanne zagrożenia ze strony niestabilnych państw i ich przywódców. Jakkolwiek by jednak nie było jestem optymistą i wierzę, że ludzkość będzie szła do przodu przez następne stulecia, a może nawet tysiąclecia. Nie potrafimy sobie wyobrazić postępu, który się dokona, wszak wiek dwudziesty zaczynał się od drewnianego samolotu i pojazdów parowych, a kończył się powszechnym dostępem do komputerów, lotami promów kosmicznych i stałym pobytem ludzi na międzynarodowej stacji kosmicznej.

PRZESTRZEŃ IDEALNA

Coraz mniej pojawia się autorów, którzy analizują proces tworzenia i zastanawiają się skąd biorą się wiersze, co wpływa na to, że poezja istnieje w przestrzeni społecznej i indywidualnej. Wojciech Kloska należy do poetów, którzy uważnie przyglądają się temu, co zostało zapisane, wszak biała kartka daje nadzieję/ że wszystko jest możliwe. Twórca ma też świadomość licznych zagrożeń, czyhających na potencjalnych poetów, bo tylko w teorii/ wszystko jest/ czarno na białym, tylko zamierzenia i wyobrażenia lokują się w świecie idealnym. Takie analizowanie poezji jako fenomenu, możliwe jest tylko w ciszy, po odrzuceniu wszelkich zakłócających odgłosów, owej jakże brzemiennej w skutki kakofonii codzienności. Poeta pragnie znaleźć się w przestrzeni idealnej, z której wyłowi wiersze, będące komunikatami i zarazem znakami tego, co zakryte, tajemne, głęboko sięgające do istoty naszej egzystencji. Jego poszukiwania obwarowane są wieloma niepowodzeniami, ale jest na to gotowy, bo wie, jakie są realia istnienia w naszym świecie: cisza/ atakowana z każdej strony/ przez słowa mądre i głupie/ puste lub pełne obietnic/ (w większości bez pokrycia) – zdaje sobie sprawę z intensywności ataków, z natarcia nieustającego strumienia informacji. Szczególnie to widać w dobie telefonów komórkowych, natłoku stacji telewizyjnych i radiowych, a nade wszystko komputerów i Internetu. Chcąc nie chcąc musimy egzystować w takim świecie, a ci, którzy uciekają ku naturze i budują chaty w górach lub na pustkowiach, po jakimś czasie wracają do cywilizacji z poczuciem przegrania, utraty wielu cennych lat. Może zatem warto – jak czyni poeta – bytować w przestrzeni idealnej, w której wszystko jest ruchome i chwilowe, czekające na nazwanie i oferujące pociągającą potencjalność, wariantowość i kombinatoryczność. Tam cząstki i podłoża językowe (substrakty), fonemy i morfemy, a także całe systemy wypowiedzeń (syntaksy) swobodnie mieszają się, niczym kolorowe cząstki konfetti, wirujące w powietrzu. Dopiero, gdy wkracza do tych przestrzeni swoiście sformatowana inteligencja i poetycka samoświadomość, zaczyna się porządkowanie i wyodrębnianie wartościowych, jednolitych treści.

W takim rozumieniu wiersz staje się cudem samym w sobie, jak każde osobne istnienie, jak narodziny dziecka, wzrastanie kwiatów i drzew. Od początku zaistnienia świadomości uczymy się świata, stającego się wielkim magicznym lustrem, wzmacniającym wszelkie naruszenia systemowe. Tak – suma lęków/ tworzy portret/ człowieka rozumnego/ duszącego się/ w ciasnych ramach ciała – tak jednostka zyskuje wiedzę o głębiach i przepaściach egzystencji, tak uczy się omijać rafy i ukryte zapadnie. Poezja staje się kontrapunktem, chwilą kontrolowanej ekstazy, pozwalającej żyć i planować następne sekwencje godzin, dni i lat. Autor wierszy musi jednak znaleźć balans pomiędzy cielesnością, a rozkoszą poczynania słów z nicości – musi rozumieć, że łatwo można popaść w śmieszność i zanegować ulotność, kruchość, pierwotną delikatność znaczeń. Wojciech Kloska dawno minął już linię suchego zapisu i znalazł się po stronie pulsacji sensów, nieustającej metamorfozy znaczeń i treści. Jego pytanie o poezję, jest formą zastanawiania się nad kondycją ludzką, często nie rozumiejącą samej siebie, pytaniem o czas i przestrzeń i wchodzeniem we wskazaną wyżej idealność. Świat ludzki ma swoje prawa obwarowane biologią i materialnością, ale też przepełniony jest nadużyciami znaczeniowymi, pośród których króluje: Kłamstwo/ wyssane z palca/ lecz całkiem namacalne. Jego moc rażenia bywa straszliwa, obwarowana konsekwencjami nie do wyrażenia, gdy rozpadają się związki międzyludzkie, zaprzepaszcza się kariery, a różne kanalie zyskują poklask tłumów i siadają okrakiem na tronach, próbują narzucić społecznościom swoje kłamliwe teorie. W takim rozumieniu poeta staje się sędzią nadużyć i potrafi z chirurgiczną precyzją wskazywać: Kłamstwo/ często stworzone/ na potrzebę chwili/ by komuś ugasić/ grunt pod nogami/ lub utorować drogę/ kłamstwo/ moralnie naganne/ choć nierzadko wypowiedziane/ w imieniu wyższego dobra. Zakłamanie możliwe w świecie ludzkim, nie ma wstępu do prawdziwej poezji, wyszarpywanej z żył i odnalezionej pośród przestrzeni idealnych.

Autor tomu oparł swój poetycki świat na rozumie, inteligencji i wierze w samego siebie, ale przecież zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko przemija, wszystko podlega prawom bezdusznej eschatologii. Czym innym jednak jest cielesność naszego bytu, a czym innym jego istota: bezduszny ząb czasu/ choć kruszy największe mury/ nigdy się nie wgryzie/ w istotę człowieczeństwa/ nie sięgnie samego mięsa/ bycia homo sapiens/ (pomimo rozkładu na czynniki pierwsze). Oto sens poezji Wojciecha Kloski, poszukującej formuł ostatecznych i wskazującej dychotomię naszego świata. Będąc cieleśni, nie podlegamy prawom rozkładu istotowego, nie przestajemy być homo sapiens, nie poddajemy się entropii w obrębie naszego człowieczeństwa, pojmowanego jako stała wartość. Pamiętajmy przy tym, że mamy tutaj do czynienia z poetą totalnym, stale poddającym próbie to, co zostało w wierszu utrwalone, wciąż poszukującym i modyfikującym słowo. Dzieje się tak, ponieważ: łamanie reguł/ powinno się mieścić/ w określonych ramach/ bez których kawałek płótna/ w oczach wielu/ uchodziłby za kawałek/ pobrudzonej szmaty/ a tak jest obrazem/ godnym ścianki/ tworzącym historię/ w zupełnie nowym stylu. Wszystko zależy od punktu widzenia, ale też od możliwości intelektualnych podmiotu, śmiało stającego do konfrontacji z tandetą i nieustannie wskazującego nadużycia systemowe. Jego wiedza o świecie jest rozległa, ale też bytowanie pośród przestrzeni idealnych wzmacnia możliwości percepcyjne i kreacyjne, przydaje autorowi nimbu prawdopodobieństwa. Czytając kolejne wiersze Kloski utrwalamy w sobie przekonanie, że mamy do czynienia z twórcą rozumiejącym to, co wydarza się w obrębie tekstu, a nade wszystko panującym nad nim i potrafiącym tak go przekształcać, że zyskuje drugie i trzecie dno, mieni się pośród wielorakich odbić i refleksów znaczeniowych. Ten twórca jest wciąż czujny i nie daje się podejść światu, wciąż dokumentuje to, że z człowiekiem jest zgoła inaczej/ gołym okiem można dostrzec/ jedynie powierzchowne zmiany/ takie jak krój ubrania/ środek transportu/ czy plan zagospodarowania przestrzeni/ lecz podskórnie/ od tysiącleci/ ten sam schemat budowy/ na którym najłatwiej zagrać/ poprzez układ nerwowy. Układ nerwowy to istota naszego bytu pośród kosmosu, gdyby go nie było, nie moglibyśmy postrzegać ogromów galaktyk i gwiezdnych konstelacji, nie doszlibyśmy, jako ludzkość, do teorii względności Einsteina, równań różniczkowych, stałej Maxa Plancka i fizyki kwantowej. Poezja Wojciecha Kloski pobudza do myślenia i zaprasza czytelnika do wkroczenia w przestrzenie idealne, a choć wymaga to nieco wysiłku intelektualnego, warto spróbować…

_____________

Wojciech Kloska, Kadr skromnego Filozofa, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2021, s. 100.

ZEGAR I PRÓG

Odbiór ludzkiego wieku schyłkowego w literaturze polskiej, na wiele lat ustalił manifest poetycki Adama Mickiewicza pt. Romantyczność (1822). Pojawił się w nim starzec, reprezentujący klasycyzm i negujący istnienia świata nadprzyrodzonego. Opowieści Karusi, widzącej postać zmarłego ukochanego, przeciwstawiał on butne słowa: Ufajcie memu oku i szkiełku,/ Nic tu nie widzę dokoła. A choć odnosił się przede wszystkim do poglądów braci Śniadeckich i był wyrazem buntu ucznia w stosunku do postawy nauczycieli, stał się zaczynem nowego prądu myślowego w Polsce. Romantyzm był pochwałą młodości i wyobraźni, wiary w podłoże spirytualne naszej egzystencji, a przy tym, niezwykłych stanów świadomościowych, takich jak obłąkanie, sen, transmigracja, mesmeryzm. Wiersz Mickiewicza ustalił też wzorzec starości, jako domeny wiedzy i zrozumienia naukowych mechanizmów świata, a także korzyści płynących z badań scjentystycznych, odkrywających – przy pomocy mikroskopu – ukryte wymiary naszej rzeczywistości. Młodość, targana pierwiastkowymi uczuciami, przypomina stan mediumiczny, w którym kontury zacierają się, a kształty przestają mieć znaczenie i nikną w żarze miłości, pragnienia, chęci zaspokojenia żądz cielesnych. W literaturze światowej znajdziemy wiele sugestywnych portretów starców, poczynając od skąpca Moliera, poprzez Ojca Goriota Honoriusza Balzaka, Doriana Graya Oscara Wilde’a, a skończywszy na latarniku Henryka Sienkiewicza i Santiago z opowiadania Hemingwaya pt. Stary człowiek i morze. Pisarze portretują swoich starych bohaterów w różnoraki sposób, od ubolewania nad straconymi szansami, poprzez afirmację zdobytego doświadczenia, aż do sarkazmu i ujęć prześmiewczych. Charakterystyczne są tutaj podsumowania Szekspira w Królu Learze, ujęcia Nałkowskiej w Granicy, a tendencję sarkastyczną reprezentują choćby zdania Czesława Miłosza, sumującego swoje szanse w konfrontacji z młodością i jurnością kobiet, zauważanych na lotnisku: Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy/ młodości. O ile młodość bywa żywiołem nie do opanowania, o tyle starość jawić się powinna jako czas uspokojenia i ukojenia, ale przecież – co dokumentują wiersze Krzysztofa J. Lesińskiego – perspektywa ludzka stale się zmienia, a to co zdawać się mogło trwale utwierdzone, w konfrontacji z biologią traci jakikolwiek sens.  

            Czas działa zawsze na niekorzyść człowieka, ale widzimy to dopiero w podeszłym wieku, kiedy suma pozostałych lat drastycznie się kurczy. Młodość zdaje się być bezpieczna, nieskończenie oddalona od dni schyłkowych i niedogodności zdrowotnych, a nawet jeśli spotyka nas wtedy jakaś przypadłość, jesteśmy pewni, że szybko się skończy. Tak witalność pierwszych dekad zakłamuje naszą rzeczywistą sytuację, ludzi nieustannie podążających ku końcowi postrzeganego świata, zgaśnięciu barw, zapachów, dźwięków i kształtów. Człowiek pragnąłby jeszcze wyrwać pióro/ ze skrzydła anioła/ upadłego/ prześcignąć czas/ odkryć tajemnicę/ pisać krwią/ z otwartego serca, ale wszystko się zamyka, aktywność telomerazy maleje i zaczyna brakować sił, a kalendarz przypomina, że jesteśmy zbudowani z cząstek, których wymiana spada drastycznie już od czwartego dziesięciolecia. To generuje nową jakość i przekonanie, że tylko ból jest wierny/ ból nigdy nie zdradza/ ból zawsze powraca – pewność, że jesteśmy cieleśni, uzależnieni od tlenu, krążenia krwi w żyłach, pokarmu bogatego w cukier i biopierwiastki. Nikt nie spowolnił upływu czasu, nawet taki eksperymentator jak doktor Faust; niektórym tylko udało się od niego uciec za cenę utraty życia i odrzucenia potencjalności następnych lat. Krzysztof J. Lesiński przypomina w swoich wierszach, że wszystko jest względne, chwilowe, uzależnione od szeregu czynników, a w każdym momencie naszej egzystencji możemy podsumować doświadczenia formułą: jeszcze tylko krok/ do wieczności. Pozostają zatem wspomnienia, coraz jaskrawsze, zakłamujące symptomy starości i przenoszące nas do idealnego świata, który przepadł na zawsze i nigdy już nie powróci. Entropia ma swoje prawa, wpisane w druga zasadę termodynamiki i jakiekolwiek próby pominięcia jej destrukcyjnych zasad, skazane są na niepowodzenie. Niestety procesy gerontologiczne nie przebiegają jednakowo na wszystkich poziomach, a starzeniu się ciała przeciwstawia się często jasność umysłu i niezgoda na zwiotczenie mięśni, skóry, pogorszenie się wzroku i słuchu, uszkodzenia czynności narządów czy spadek aktywności enzymów. Każdy chce żyć, pragnie kontynuować to, czego doświadczał w młodości, dlatego poety nie opuszczają wspomnienia i wciąż tli się w nim nadzieja, tak oto artykułowana w wierszu: Chciałbym/ jeszcze trochę/ poprzechadzać się po tym/ świecie/ z rękoma w kieszeniach/ jeszcze popatrzeć/ jeszcze popłakać/ jeszcze pocierpieć/ poprzekomarzać się/ z bogiem/ jeszcze raz się zakochać. Choć autor prosi życie o trochę, to jego pragnienia są maksymalistyczne, sięgające głęboko do ludzkich doświadczeń egzystencjalnych, od tysiącleci przeciwstawiających się nieuchronności rozpadu.

            Starość pozwala intensywniej zauważać procesy przebiegające w naturze i piękno świata, ale też kumuluje myśli o nieuchronności śmierci i zbliżającym się rozpadzie. Poeta ma tego świadomość i stosuje w swoich wierszach liczne strategie niwelujące wymowę zdarzeń; głęboko wnika w naturę szukając w niej odpowiedzi na bolesne pytania o sens istnienia, ale też minimalizuje potworność końca: a cóż to śmierć/ to tylko próg/ który musimy/ przekroczyć/ z ostatnim skurczem/ serca/ ale/ nie spiesz się śmierci/ szpetota starości/ nie odbiera piękna/ dobra/ i miłości. Z jednej strony są tutaj ewidentne symptomy postępującego rozpadu, spowolnienie metabolizmu, siwienie, pogorszenie wzroku, a ze strony drugiej pojęcia i stany nie podlegające tym prawom: piękno, dobro i miłość. Gdyby ich nie było, mielibyśmy do czynienia z bezmyślnym, chwilowym bytowaniem pośród świata i niczym nie różnilibyśmy się od bakterii, wirusów, najprostszych organizmów, istniejących tylko dzięki wewnętrznemu kodowi reprodukcyjnemu. Istota ludzka bytuje tyleż w obrębie rzeczywistości biologicznej, co w sferze uczuć i pojęć wyższych. Ich zaistnienie uwarunkowane jest zdrowiem wszelkich struktur organizmu, właściwościami mózgu i indywidualną energią, ale też jest najwyższą formą rozwoju w znanym nam wszechświecie. Człowiek potrafi analizować rzeczywistość i snuć wnioski, może zaplanować rozwój wypadków i szukać odpowiedzi na dręczące go pytania. Może to czynić wielorako, w obrębie eksperymentów naukowych i badań filozoficznych, może odnosić wszystko do procesów przebiegających w kosmosie i do energii sprawczej niewidzialnego Boga. Tak poeta szuka odpowiedzi na najważniejsze pytania swojego życia i ze zdumieniem konstatuje, że za każdym razem kontrapunktem staje się bliskość i miłość: nie ma boga nie ma/ świata/ tylko my i rozkosz. Krzysztof J. Lesiński znakomicie moduluje swoją poezję i oprócz ujęć wysokich wprowadza czasem do wierszy żartobliwe komentarze, jak ów, gdy zastanawia się co będzie wspominał, gdy stuknie mu dziewięćdziesiątka i z rozbrajającą szczerością wyznaje: zrzucone w pośpiechu/ twoje majteczki. Może właśnie tak powinno się obłaskawiać zegary i zawsze potencjalną śmierć, może tak powinno się podchodzić do wielkich pytań naszej egzystencji. Jej wymiar filozoficzny jest ważny, ale nawet najwięksi filozofowie oddawali się uciechom ciała, kopulowali i odsłaniali wstydliwe zakamarki ciała. Metoda poetycka autora, polegająca na podglądaniu starca w samym sobie, nie odrzuca różnych ujęć, nie boi się nagłych zwrotów, pulsuje w obrębie znaczeń, jak życie w przeznaczonym mu czasie. Tak w zdumiewający sposób czyni starość okresem równie interesującym jak dzieciństwo, wiek młodzieńczy, dojrzałość lat średnich, tak też łagodzi jej wymowę i zapowiada dalszy ciąg…

_____________

Krzysztof J. Lesiński, Podglądanie starca, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2021, s. 118.

NA POŻEGNANIE TADEUSZA WYRWY-KRYŻAŃSKIEGO

Tacy ludzie jak ty nie powinni szybko

umierać trwając w zachwycie i pełni

winni rozjaśniać mroki rozpraszać

mgły   

ostateczni w swoich wierszach

obrazach i rysunkach winni

trwać na warcie czułości

i sensu

byłeś geniuszem w pełni sił

okaleczonym przez życie

świat zabrał ci kosmiczną

energię niepowtarzalną

moc i talent

nigdy nie zapomnę naszych

rozmów i wspólnych wypraw

dłoni na ramionach bliskości

w obliczu rumowisk

i murów

nigdy nie zapomnę dobroci

siwego dziecka wpatrzonego

w dal i chyłkiem ocierającego

łzę z oka

Las Vegas 2019

O śmierci Tadzia dowiedziałem się w Las Vegas i tam też napisałem ten wiersz.

2021

Takie pomniki stawiają Chińczycy Qu Yuanowi, którego uważają za ojca ich poezji

Minął rok 2020… Dziwny czas pandemii i zamknięcia w domu, w polskich granicach, bez podróży i samolotów, bez nowych miejsc i ludzi. Dziwny rok moich dobrych finansów i wielkiej chińskiej Nagrody Literackiej Imienia Qu Yuana, przyznanej mi w mieście Miluo. Na uroczystości były tłumy Chińczyków w maseczkach, karnie siedzących na widowni w określonych prawem odstępach i tylko szkoda, że nie mogłem tam się znaleźć. Ale nagroda, której patronuje ojciec poezji chińskiej zobowiązuje i zapewne przyczyni się do rozpowszechnienia mojej twórczości w Chinach i w świecie. Organizatorzy wydali na tę uroczystość książkę, drugą już w Państwie Środka, a przecież niebawem ukaże się też tam moja monografia naukowa o twórczości Jidiego Majii. Wszystko to bardzo dziwne, zdumiewające, dopingujące mnie do dalszej pracy i nieustannego wysiłku, tym bardziej, że przeznaczony mi czas drastycznie się kurczy. Szkoda, że zauważa się to dopiero w późnych latach i nie można już w żaden sposób przywrócić zmarnowanych lat. Choć zawsze byłem bardzo pracowity, uprawiałem kilka gatunków literackich, malowałem, rysowałem i fotografowałem, mogłem zrobić znacznie więcej. Szczególnie żałuję, że jeszcze nie wydobyłem z nicości monografii o twórczości Cypriana Norwida i trzech powieści, które wciąż piszę i zapewne nie ukończę ich w roku 2021. W ubiegłym roku przepadł mój wyjazd do Moskwy i Orenburga, zapewne też otrzymałbym kolejne zaproszenie do Chin, za którymi tęsknię każdego dnia. Nie wiadomo też, czy uda mi się polecieć do Argentyny, gdzie mam wybrać się w kwietniu, pod znakiem zapytania stoją też loty do Afryki, USA i na Mauritius. Cóż, nowy rok zaczął się, jak zwykle, w huku fajerwerków, ale co przyniesie będę wiedział mniej więcej o tym samym czasie, po upływie dwunastu miesięcy.

POETA KRUCHEJ LUDZKOŚCI

Foto Bob Jagendorf

Jidi Majia, będąc poetą ludu Yi, był też zawsze piewcą całej ludzkości – głęboko zatroskanym jej kondycją intelektualną i stanem fizycznym. W wierszu pt. Kim byliście? Wskazywał wagę pracy służby zdrowia i poświęcenie poszczególnych lekarzy, pielęgniarek, pracowników szpitalnych dla tych, którzy oczekiwali pomocy. To był zarazem wiersz profetyczny, w jakiś sposób zapowiadający to, co będzie się działo w dobie pandemii koronawirusa Covid-19. Poświęcony osobom, które straciły życie w trakcie wcześniejszej epidemii SARS, był pochwałą poświęcenia i walki bezimiennych bohaterów w sytuacji krańcowej, wymagającej szybko podejmowanych decyzji i oddania służbie dla człowieka. Taka postawa skojarzyła się poecie z tęczą, rozświetlającą zwykłe życie i wskazującą inną rzeczywistość, zakorzenioną w micie i podaniu kulturowym. Ludzie zajmujący się chorymi urastali w wyobraźni poety do rangi przedwiecznych herosów, śmiało idących na spotkanie ze śmiercią i wierzących, że poświęcenie dla drugiego człowieka ustawia takich opiekunów w jednym szeregu z bohaterami mitologicznymi, tworzącymi zręby dawnych struktur społecznych. W nowym poemacie – pt. Rozdarta planeta – poeta wprowadza wyraziste tony ekologiczne, przywołując najpierw zwierzę symboliczne, od dawna zagrożone wyginięciem i słynące ze swojej inteligencji i strategii łowieckich. W dawnych czasach Azję, od północy do południa i od zachodu do wschodu, przemierzały tysiące tych wolnych drapieżników, dbających o równowagę zwierzęcą w ekosystemach. Starczy przypomnieć, że w roku 1900 liczbę azjatyckich tygrysów szacowano na 100 tysięcy osobników, a sto lat później naukowcy doliczyli się ich ledwie około trzech tysięcy. Zaczynając swój poemat od przywołania zwierzęcia symbolicznego dla ludów tubylczych z pograniczy górskich i plemion żyjących w lasach, Majia dedykuje go całej ludzkości i wszystkim żywym istotom naszej planety.

            Zdumiewająca jest wiedza poety, w jednej chwili sięgająca najdalszych zakątków kształtujących się systemów społecznych, mądrze rozumiejąca współistnienie ze światem ptaków, ssaków, ryb i owadów, a potem jednym rzutem przeskakująca ku myśli Marii Curie-Skłodowskiej i jej wizji niebezpieczeństw globalnych. Majia jest intelektualistą nowego czasu, który wyszedł z zamkniętej społeczności Yi, żyjącej w chińskim interiorze, a potem widział przemiany społeczne, gospodarcze i architektoniczne współczesnych Chin, by w końcu zobaczyć cały świat, we wszelkich jego odmianach. Podróżując w imię poezji, biorąc udział w wielu festiwalach literackich, na kilku kontynentach, zauważył jak zmienia się nasz glob i odzwierciedlił to kongenialnie w swojej liryce. Jego fenomen polega na tym, że będąc poetą jakże trudnego chińskiego języka mandaryńskiego, znalazł sposób by jego poezja przeniknęła granice państwowe i kulturowe i stała się znakiem nowoczesnego kraju, rozwijającego się w zawrotnym tempie. A przy tym tak modyfikował swój warsztat liryczny, tak wsłuchiwał się w brzmienie poezji świata, że zaczął pisać wiersze uniwersalne, łatwo dające się interpretować pod różnymi szerokościami geograficznymi. Starodawna ciuchcia z jednego z jego wierszy skojarzyła się twórcom latynoskim z pojazdem wolno wspinającym się po transandyjskich torach, ułożonych przez polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego, ale została też rozpoznana przez poetów i krytyków w krajach europejskich, w Afryce, Australii i Ameryce Północnej. Ciuchcia jest tutaj tylko jednym z elementów, pojawiających się w tej polifonicznej poezji, ale też staje się jednym z jej niezwykłych odnowień – owych zdumiewających podążeń z rzeczywistości chińskiej ku uniwersum świata. Szybko też poeta dostrzegł w tym swoją misję i stał się jednym z najważniejszych ambasadorów kultury chińskiej we współczesnym świecie.

            Jidi Majia zauważa, że w pierwszych dziesięcioleciach XXI wieku toczy się wojna o wiele groźniejsza od starć z przeszłości. Zarazem wskazuje, że ludzkość zatoczyła krąg i znalazła się w tym samym punkcie, w którym była, gdy szalały epidemie dżumy, wietrznej ospy, grypy Hiszpanki, tyle tylko, że obecnie ta wojna jest znacznie trudniejsza. Ludzie bez problemów przekraczają granice, w ciągu jednej doby przelatują z kontynentu na kontynent i roznoszą zarazki, transportują wirusy, przyczyniają się do globalnego rozprzestrzeniania się chorób. Dopiero w takiej sytuacji Zachód po raz kolejny spotkał się ze Wschodem, nowy Jedwabny Szlak został uruchomiony, a idea jednego pasa i jednej drogi, przyczyniła się do strategicznego ożywienia ekonomicznego. Nieszczęsne wydarzenia, związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa nieco spowolniły tempo, ale nie zatrzymały zmian, wskazując niebezpieczeństwa i nowe zagrożenia. Wojna z ukrytym przeciwnikiem stała się realnym starciem z siłami zła – jak w dawnych opowieściach szamanów i bimo ludu Yi – osiągnęła też niespotykany dotąd pułap, mobilizując rządy na całym świecie.  W takiej sytuacji poeta opowiada się po stronie życia, a przywołując wojny przeszłości, mobilizuje światłych ludzi, by podjęli właściwe działania i przestali machać obosiecznym mieczem. Tak wraca idea solidarności i egalitaryzmu, tak poeta podkreśla wagę każdego pojedynczego życia i każdej biografii, jakże potrzebnych w procesie budowania i kształtowania świetlanej przyszłości nowych społeczeństw i kruchej ludzkości. Taki rozwój dokonał się i stale dokonuje się we Chinach i nawet najgorsze wieści z Wuhan, nie były w stanie go zatrzymać – wręcz przeciwnie idea jednego pasa i jednej drogi skonsolidowała siły i wskazała wyrazisty cel. Ludzkość przechodziła już takie krytyczne momenty i rozdzielana bywała czarnymi rowami śmierci, ale zawsze wstawała z kolan i zaczynała nowy marsz do przodu. Dla ludzkości każda śmierć – bez względu na okoliczności – jest znakiem zła i znosi potencjalne linie rozwoju, ruguje tych, którzy nagle odeszli, z planów kreślonych przez wielkich wizjonerów.                 

            Jak w innych dłuższych poematach, Majia stara się nakreślić w Rozdartej planecie wizję świata, w którym uczestniczy. To jest jego świat, oglądany oczyma człowieka Wschodu, a zarazem świat intelektualisty, który stale nawiązuje do swoich wielkich przewodników; wymienia ojców duchowych i tych, z którymi od dawna dyskutuje. Jego ogromna wiedza literacka, historyczna i filozoficzna stają się żyzną glebą, z której kiełkują – niczym rośliny – nowe idee. Poeta jakby przemyca je między słowami, wersami i strofami, ale wyrazisty egalitaryzm i ekologizm jaśnieją w pełnym blasku i stają się zwornikiem ideologicznym na wielu poziomach poematu. Wciąż podkreślając kruchość doświadczenia ludzkości, poeta wydobywa z mroków zapomnienia subtelne myśli, tworzy swoistą sieć metaforyczno-wizyjną, w której niczym poszczególne oka pojawiają się obrazy z Nowego Jorku i Meksyku, z Pekinu i Teheranu, z afrykańskiej dżungli i australijskiego buszu. Powie ktoś może, że takie panoramiczne poematy nie mogą się udać, że rozmyją się w wielosłowiu, a przywoływane obrazy nałożą się na siebie, ale przecież dzieło Majii przeczy tym obiegowym poglądom, a fenomen jego poezji dowodzi, że twórca panuje nad każdą cząstką swojego utworu. Zrozumieją to krytycy, którzy wyruszą na wyprawę do Chin i skonfrontują swoje wyobrażenia o tym kraju z rzeczywistością – zauroczą się nową architekturą miast, zamyślą się pośród grobów przeszłości, przemkną szybką koleją z północy na południe i ze wschodu na zachód.  A do tego zapoznają się z poglądami ludzi, którzy współczesne Chiny tworzą i otwierają je – jak Jidi Majia – na świat i na to, co w nim najlepsze. Wtedy zrozumieją jaką wagę mają dla nich tak symboliczne zwierzęta jak irbis, tygrys, czy cziru, wtedy dotrą do istoty uwielbienia rzek i mórz i wtedy staną w jednym szeregu z mądrymi obrońcami dzieł postępowej ludzkości. Poemat Majii może tutaj być ważnym impulsem, może jak iskra spowodować wybuch intelektualny, który zaowocuje nowymi myślami i nowymi dziełami, który zapoczątkuje wielką fascynację Chinami i światem. Tylko tak wzmocnić można kruchą ludzkość, tylko tak można przyczynić się do rozwoju nauk niezbędnych, by pokonać niewidzialnych wrogów naszej trudnej teraźniejszości.      

            Ekologia – według poety – powinna stać się nieodzowną strategią nowej ludzkości, bo tylko ona da jej szansę przetrwać pośród kataklizmów przyrody i ataków nowego, niewidzialnego wroga. W czasach bimo i opowieści o przodkach zawsze podkreślano wagę współistnienia z naturą, a modlitwy do zabijanych zwierząt nie były tylko próbami usprawiedliwień okrucieństwa związanego z polowaniem, to było ustawianie zwierząt na tym samym poziomie istnienia, to było przyznawanie im należnego miejsca w ekosystemie, obok ludzi i innych istot, egzystujących w swoich niszach istnieniowych.  Mity, opowiadane przez szamanów przy ogniskach, legendy przywoływane przez bimo podczas wielkich obrzędów kulturowych, stawały się szkołą życia i współistnienia, ale dopiero, w umyśle takiego poety jak Majia, magia, mity, historia, filozofia i rzeczywistość XXI wieku zostały wymieszane i stały się tkanką wizyjnego poematu, domagającego się uważnej analizy krytycznoliterackiej i naukowej. Jak w kalejdoskopie migają w nim zwierzęta schodzące w doliny, pierwsze samoloty braci Wright, chleb i ołówek, rakiety i statki kosmiczne, powszechna komunikacja komputerowa i nieustanne przekraczanie granic. A przy tym, przez tkankę utworu, przebija się i połyskuje obraz nieodgadnionego wszechświata, z jego niewyobrażalnymi, przeogromnymi odległościami kosmicznymi, galaktykami, gwiazdami, planetami, asteroidami i kometami. Tak w wyobraźni poety tworzy się   p r z e s t r z a ł   transcendentalny – od niewielkiej, niewidzialnej drobiny, zabijającej człowieka, do monstrualnej struktury kosmicznej, dającej się zmierzyć w parsekach i latach świetlnych. Gdzieś pośrodku tej wielkiej sakralnej przestrzeni poeta lokuje człowieka, gramolącego się na świat z kobiecego łona, a potem próbującego podtrzymać błędny ognik życia, jak najlepiej ochronić go przed deszczem i wiatrem złych dni i nocy. Zdumiewająca jest wizja planetarna poety, który co i rusz zmienia kąt widzenia i z rzeczywistości plemiennej, wiejskiej lub miejskiej kieruje uwagę czytelnika ku dalom kosmicznym, by z ich perspektywy zauważyć piękno i niepowtarzalność błękitnej planety. Chińczycy w szczególny sposób rozumieją skale czasowe w obrębie naszego świata – dla nich życie jest chwilą, stulecie minutą, a dopiero tysiąclecia zyskują wagę dziejowych godzin. Wszystko się zmienia, możemy na chwilę odgrodzić się od świata glinianą czy betonową ścianą, ale postęp jest nieuchronny i przeszłość odchodzi ku nieistnieniu jak poszczególne ludzkie byty. Tak było w czasach chińskich cesarzy, europejskich władców i tyranów i tak jest dzisiaj, gdy ludzkość sięga gwiazd, a pojazd kosmiczny z Państwa Środka ląduje na księżycu.

            Końcowy apel poety nie pozostawia złudzeń – w epoce koronawirusa potrzebna jest nowa solidarność i powrót do korzeni – do tygrysa swobodnie przemierzającego gęstwiny roślin, do irbisa sondującego zbocza gór, do stad suhaków pasących się nad brzegami jeziora Qinghai. Były gubernator tych miejsc doskonale zdaje sobie sprawę z wagi czystości natury i siły odwiecznych procesów przyrodniczych, ożywiających wielkie rzeki, oczyszczających jeziora i mnożących byty w głębinach mórz. Cywilizacje powstawały i wciąż trwają w oparciu o siły natury, a ich rozwój ściśle uwarunkowany jest tym, co dzieje się w świecie ludzkim, w przestrzeniach dominującego gatunku, który jako jedyny wydostał się z wąskich obszarów animistycznych i wzniósł się na wyższy poziom rozwoju. Szkoda byłoby zmarnować osiągnięcia wielu pokoleń i nie wolno dopuścić do tego, by ukryty wróg zawładnął światem. Nigdy dotąd – wskazuje Majia – człowiek nie stanął przed takim zadaniem i nigdy tak wyraziście nie uzewnętrzniła się potrzeba ogólnoludzkiej jedności, sprawnego podążania jedną drogą, w obrębie jednego pasa kulturowego. W takim rozumieniu przyszłość planety zależy od wszystkich żywych istot, od wspólnych działań i jednego, wielkiego wysiłku. Koronawirus powinien stać się ostrzeżeniem i zarazem przypomnieniem, że funkcjonujemy w warunkach kosmicznych, a tylko cieniutka błona ozonu chroni nas przed promieniowaniem kosmicznym i zabójczymi procesami, które w każdej chwili rozgrywają się w kosmosie. Majia nie pragnie być wieszczem i nie chce straszyć ludzkości – jego poemat jest kolejnym zwróceniem uwagi na kruchość rozdartej planety i całej ludzkości. Starczy wejść do grobowca cesarza Wanli z dynastii Ming, starczy zatrzymać się przy pysznych koronach i kościach, zdewastowanych przez czas, by zrozumieć, że w każdej epoce potrzebna jest wielka rekonstrukcja świata, odnowienie wszystkich i wszystkiego. Potrzebne jest wzmocnienie człowieka, w każdej rzeczywistości gotowego podjąć wyzwanie i stanąć do walki z widzialnym i ukrytym wrogiem.  

GŁĘBIE ŚWIĘTOŚCI

Poezja ks. Jana Wojciecha Pomina ma ugruntowana pozycję na Pomorzu i Kujawach, znana też jest dobrze w innych częściach naszego kraju, zauważają ją również analitycy twórczości osób duchownych. Trudno się temu dziwić, bo przecież jest to domena nieustannego rozwoju i prawdziwej eksplozji twórczej, potwierdzanej nowymi tomami, często bardzo obszernymi i przemyślanymi pod względem metaforycznym, symbolicznym, teologicznym i graficznym. Obrazy pojawiają się tutaj w sąsiedztwie słów, ale też generują nowe sensy, wpływają na kształt kolejnych kadencji, wydobywając na światło dzienne tajemne przestrzenie Ducha. Nie ulega wątpliwości, że autor otrzymał od życia dar, który można nazwać – przy oczywistym złagodzeniu sensu – poetyckim objawieniem. Zdając sobie z tego sprawę odsłania kolejne warstwy znaczeń i konstruuje cykle, w których naczelną postacią jest jego alter ego – Antonio. Ta figura, jakże głęboko zakorzeniona w tradycji Herbertowskiej, odwołująca się też do innych wyrazistych postaci z poezji światowej, jest rodzajem sumienia, które wciąż weryfikuje świat w kontaktach z ludźmi i w obcowaniu z przestrzeniami duchowymi. Bohater ostatnich tomów tego autora ma głęboką świadomość istnienia pośród widzialnej rzeczywistości, a jednocześnie – kierując się formułą Kanta: Prawo moralne we mnie, niebo gwiaździste nade mną – nie przestaje wpatrywać się w numinotyczne głębie świętości. Istniejąc w konkretnej rzeczywistości kosmicznej, analizuje zachowania ludzkie i przygląda się swoim wyborom, które w perspektywie powszechnego grzechu, stają się wykładnią życia w harmonii i twórczym dążeniu do doskonałości. Antonio był kiedyś „zwykłym człowiekiem”, ale życie tak go kształtowało, że stał się kimś na kształt mędrca, patrzącego z góry na rzeczywistość i widzącego wiele systemowych naruszeń, wiele zachowań, które należy potępić. Sam poznał siłę grzechu, więc potrafi teraz sprawiedliwie ocenić postępki braci i sióstr, może formułować prawdy ogólne, bliskie ścisłości filozoficznej. Ludzie zapominają o tym, że Biblia jest dziełem filozoficznym, a nakazem Kościoła jest prowadzić ludzi ku mądrości i zrozumieniu samej istoty istnienia.

Nie bez powodu, w nowym tomie, autor kieruje uwagę czytelnika ku powszechnie znanemu dziełu malarstwa europejskiego. Jan van Eyck i jego znacznie starszy brat Hubert, dźwignęli flamandzkie malarstwo realistyczne ku wyżynom, których nikt przed nimi nie sięgał. To dzięki nim pojawiły się na płótnach przejrzyste laserunki i tak zjawiskowe odwzorowania realnych postaci, że porównywano je z lustrzanymi odbiciami. Pracując dla kolejnych monarchów, stał się Jan prekursorem europejskiego renesansu, a są i tacy krytycy sztuki, którzy widzą w nim ojca nowoczesnego malarstwa światowego. Jego życie było pełne nagłych zwrotów, zawirowań historii, misji dyplomatycznych do innych krajów, a przede wszystkim do Hiszpanii i Portugalii, aż osiadł w Brugii, gdzie dopiero w roku 1434 ożenił się i zaczął wieść egzystencję bogatego mieszczanina, tworzącego portrety, miniatury i obrazy religijne. W sumie tego spokoju niewiele zaznał, bo zmarł siedem lat później i został pochowany w katedrze miasta, w którym wcześniej zamieszkał. Niestety w biografii tego twórcy więcej jest niewiadomych niż faktów potwierdzonych w dokumentach i wszystko ginie w mrokach przełomu epok – średniowiecza i odrodzenia. To był czas wielu wojen, nienawiści w łonie rodów królewskich i książęcych, wielkich epidemii chorób, a przy tym rozkwitu sztuki we wszystkich jej odmianach, od malarstwa i fresku, poprzez rzeźbę i architekturę. To, że van Eyck jeździł po Europie i zaznajamiał się z wieloma ludźmi i ich poglądami, że miał możliwość podziwiania setek obrazów uznanych mistrzów, wpłynęło zapewne na niezwykłe otwarcie i humanistyczny etos jego dzieł. Widzimy to przede wszystkim na deskach Ołtarza Gandawskiego, który – według inskrypcji na ramie – zaczął malować Hubert, a skończył po jego śmierci Jan. Poliptyk ten jest mistyczną opowieścią o ofierze Chrystusa, jako baranka ludzkości, zmazującego grzechy i łączącego ją z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym. Przepych i bogactwo, a zarazem energia świętości, zamanifestowane tu zostały przez wielkie płaszczyzny kontrastowych barw, spośród których na plan pierwszy wysuwa się krwista szata Stwórcy, zielone i granatowe okrycia Maryi i św. Jana Chrzciciela, a także wzorzyste suknie chórów anielskich, śpiewających hymny pochwalne. Równie bogate w stroje i ornamenty są grupy kardynałów, biskupów, zakonników, dziewic, rycerzy i wiernych ze wszystkich stanów, a całość uzupełniają niemal koronkowe wieże kościołów.

Poezja może podążać tropem wielkich natchnień malarskich, tym bardziej, jeśli mają one podłoże religijne. Trudno się zatem dziwić, że w nowym tomie ks. Jana Wojciecha Pomina znalazł się wiersz o Ołtarzu Gandawskim i jakby liryczna glosa do niego. Autor podejmuje w nim dyskusję z mimetyzmem, który od dawien dawna domagał się uściślenia, jak wygląda sam Bóg, jakie oblicze miał Chrystus, Maryja i Ewangeliści, ale przegrywał w konfrontacji z tajemnicą numinosum. Propozycje van Eycka są tutaj rodzajem wyzwania, ale poeta przeciwstawia im niezachwiane od lat przekonanie, że obraz rzeczy nie jest tak ważny, jak stałość Opatrzności Bożej, wciąż ocalającej ludzkość i będącej filarem jej bytu. Sztuka jest ważkim dopełnieniem myśli, ale przecież nie może się równać z doskonałością stworzenia, rozgrywającego się od wieków pośród głębi świętości. W tomie pojawiają się kolejne części Ołtarza Gandawskiego, a na jego okładce widnieje przedstawienie Boga Ojca w tiarze – a zarazem – istniejącego w trzech osobach i reprezentującego tyleż siebie, co Chrystusa i Ducha Świętego, jednak – w kontekście słów poety – wizualność jest tylko jednym z przejawów doskonałości i pozostaje w opozycji do niej, jak inne dzieła człowieka. Poeta skupia się szczególnie na przewinach ludzkich, a wskazując je, próbuje wytyczyć nowy szlak ku świętości. Jego spojrzenie nacechowane jest troską, ale też nie zna kompromisów i nazywa białe białym, a czarne czarnym. Tylko taka postawa etyczna może stać się podłożem dla sztuki słowa i dać tak niezwykłe efekty, jak w tym przypadku – tylko taka poezja wyodrębni jedno, niezachwiane prawo moralne i umieści je w transcendencji ludzkiego bytu, pomiędzy ułomnością biologii a odwiecznością kosmosu, pomiędzy tajemnicą, a niezmierzoną w swej głębi świętością.

« Older entries

<span>%d</span> blogerów lubi to: