WIEKUISTY POPIÓŁ

W poezji Lilli Latus pojawia się ogromna doza empatii dla drugiego człowieka, a związki międzyludzkie odgrywają w niej jakże istotną rolę. To jest uważne wpatrywanie się w przestrzeń pomiędzy bytami i wypełnianie jej refleksją natury ontologicznej. Poetka wiele wie o świecie i stara się nieustannie pożytkować swoją wiedzę w wierszach, ale jednocześnie podchodzi z ogromną pokorą do rzeczywistości, w której egzystuje i która stale ją zaskakuje swoimi rozwiązaniami. Przydając liryczny i mitologiczny komentarz do modelowych sytuacji i życiorysów, wkracza w przestrzeń literatury i sztuki, znajdując w niej to, co najważniejsze w ludzkiej egzystencji – sens i kierunek.  Człowiek istnieje zaledwie przez chwilę w ogromach wszechświata i nie potrafi zrozumieć wieczności, wpatruje się w czarny przestwór nad głową, kontempluje gwiazdy, ale nigdy nie zdoła rozpoznać tego co niewidzialne i niedotykalne – jakże słusznie autorka przywołuje tutaj maksymę Petroniusza: Supra nos fortuna negotia curat. Ucieczką od przerażenia i depresji egzystencjalnej człowieka – wskazuje autorka – może być filozofia, która czasami staje się wykładnią losów. Nikt nie otrzymał nieograniczonego kredytu lat, nikt nie może liczyć na pobłażliwość historii, wszystko ma swój początek, rozwinięcie i koniec, a prawa eschatologii zawsze triumfują w konfrontacji z witalnością. Jakże mądre są te wiersze, w których skropliła się wiedza o świecie i doświadczenie bólu nie do pokonania, rozpaczy niczym w greckich tragediach. Kolejne końce świata zyskują tutaj absurdalny wymiar i ironiczny komentarz: dziś miał nastąpić/ koniec świata/ na razie skończyła się herbata/ i cukier w osiedlowym sklepie – a to znaczy, że ostateczność nie wytrzymuje konfrontacji z doraźnością, przynajmniej na chwilę triumfującą w konkretnych biografiach.

Autorka potrafi syntetyzować rzeczywistość i wplatać do wierszy esencjonalną gorycz istnienia: dźwięk deszczu padającego/ na parapet/ brzmi jak grudki ziemi/ rzucane na trumnę/ kończy się dzień/ następny już wycelował/ we mnie wylot lufy/ plus minus/ skończoność. Dlatego nie znajdziemy w tym tomie spraw błahych, marginalnych – elementy  związane z konkretami dni i nocy, wplecione zostały w ciąg doświadczeń eternalnych, w ogromne spektrum kosmosu, którego jesteśmy cząstką. Ale przecież pojawia się też tęsknota za czystym uczuciem, za dotykiem i żarem miłości, czasami ubrana w kostium żartu lirycznego, innym razem kamuflowana metaforyką, sięgającą wszakże głęboko ku istocie pragnienia: zrób ze mną to/ co/ mgła robi z łąką/ deszcz ze źdźbłem trawy/ karminowa szminka z ustami/ ziarnko piasku z wnętrzem małży/ zrób to ze mną. To jest prośba o rozbicie w pył i jednocześnie cudowne scalenie cielesności i refleksji nad nią, prośba o bliskość, która w perspektywie ogromów, z którymi obcujemy, przestrzeni nie do ogarnięcia przez umysły, i tak jest niemożliwa lub co najmniej znikoma. Poetka podejmuje jednak trud znalezienia drugiej osoby, podobnie jak ona czującej i tak samo głęboko rozumiejącej świat. Czym innym jest jednak takie pragnienie, nawet jeśli zostało ubrane w kostium wiersza, a czym innym rzeczywistość nie znająca kompromisów, ironicznie pointująca każdy los. Tak jak ów kwiat lilii – pojawiający się pośród żywiołów świata, a potem odwzorowany na obrazach Claude’a Moneta – każdy byt jest kruchy, ma swoją konstrukcję, a nade wszystko wyraża coś niezwykle ważnego, tajemnego i dopełniającego wiedzę o czystości i pełni eksperymentu natury. Jakkolwiek człowiek nie czułby się integralnym bytem, znalazł się w określonym ciągu zdarzeń kosmogonicznych, pierwiastkowych, błędnie podążających od inicjacji do spełnienia.

Poezja bywa doświadczeniem centralnym dla istot nadwrażliwych, głęboko czujących więź ze światem i jednocześnie swoją ludzką odrębność. Staje się alternatywą dla chwilowego istnienia, pośród którego rozgrzeszona wieczność/ sypie w oczy/ wiekuistym popiołem. Rozgrzeszona, bo tylko pogodzenie z nicością może stać się afirmacją, tylko akceptacja naszej ułomności w obliczu doskonałych wartości kosmicznych, może dać ulgę rozognionemu umysłowi. Kolejne odejścia prostych ludzi, młodzieńców mknących na super szybkich motocyklach, a także artystów i poetów, zyskają logikę odwiecznej metamorfozy, w której przemijanie ma taki sam sens jak istnienie, a nawet staje się podłożem nowej egzystencji. Tak bezszelestnie i nieopacznie, a raczej koniecznie w tej liryce, człowiek wkracza w przestrzeń mitu, w obręb idealności wzorcowej, stającej się paradygmatem cierpienia i ekstazy. I choć wrósł głęboko w rzeczywistość przełomu dwóch wieków, zadomowił się nawet w sieci elektronicznej ułudy, gdzie współczesna Penelopa wyznaje: wieczorami flirtuję/ z zalotnikami/ na fejsie, to nieskończoność mitu przydaje mu właściwe konteksty filozoficzne. Mit w wierszach Lilli Latus ma wymiar kosmiczny i przenosi doraźność w obręb dali bezkresnych, antycznych wzorców zachowań, dostrzegalnych we wszystkich kulturach świata. Dopiero wtedy możliwy staje się dialog z Platonem, Arystotelesem, Epikurem i innymi myślicielami, dopiero wtedy energia wiersza znajduje swoje miejsce w określonej przestrzeni intelektualnej, podąża od mitu do wieczności, od pierwszego krzyku narodzonego dziecka, do wiekuistego popiołu. I daje ukojenie, znosi pradawne rytuały wieczności, pozwala wierzyć, że dotyk może stać się początkiem nowego wszechświata, a słowo jego arką, w której schroni się intymność i integralność, a nade wszystko blask źrenic, wpatrzonych w fenomeny naszego świata i stających się lustrem nieskończoności.

Reklamy

RITES OF ETERNITY

thumb_P1010630_1024

Otrzymałem właśnie od zaprzyjaźnionego tłumacza wspaniały przekład na język angielski mojego Posłowia do książki znakomitego poety chińskiego Jidiego Majii. Przyjaźnię się z nim od 2009 roku, kiedy to spotkaliśmy sie po raz pierwszy na Wyżynie Tybetańskiej. Ilustruję ten tekst moimi zdjęciami ludzi z narodowości Nousu, z której wywodzi się Majia i której jest wieszczem.

Jidi Majia – one of most eminent contemporary poets of China – creates cultural poetry, deeply rooted in the tradition of the Nuosu nation, in ancient magical consciousness, moderated by bimo priests and ghosts of forefathers. They create the invisible, spiritual space, with which the people of the mountains remain in constant touch, which specifies them and, with time, becomes great human longing for purity and fullness. Living in the presence of the magnificent and natural beauty, they continually endeavor to reflect the depth in their fate, giving themselves to it, and connecting it to great cosmogonic systems and elemental mechanisms of persistence. This means sensing the eternal existence, and at the same time completing days and nights, remaining in human body with its morbidity and pain, this is retaining the human form being subject to the elements and the destructive force of time. Rarely does it happen that human awareness appears so vividly in poetry, twinkling and taking the form of a bright ray, permeating enormous time divisions, scanning the space in all its shapes and metamorphoses. Majia can write a poem delicate like flutter of dragonfly’s wings, and at the same time create vast panoramas reflecting the spirit of the whole epoc, ethos of free existence among mountains and lakes, in harmony with animals, birds and all living creatures. Every new lyrical scene continues the story of the tribe and one entity, exclude from it, as if nominated to proclaim its glory. The poet is well aware that he was chosen out of many and is trying to fulfill what fate appointed him – he might as well have lived among the mountains of Liangshan, he might have gone hunting with a gun and live his life peacefully and torpidly in his native clan. He might have danced by the bonfire and looked into the distance from mountaintops, but his fate led him to the worldly poets, where he started to praise the earth and the nation in the distant corners of the world. He might have sung in huts far away from frosty, cosmic voids, he might have listened to the stories of sages and medicine men, but his task was to face the world and repeat the elemental truth of existence: I am Nuosu! This is his great task, and at the same time, a kind of prayer passed from one generation to another, this is a chain of reminders and uplifts, distant echo of ancient stories, which have come about and which will come to be.

46

Cultural rites play an important role in this poetry, where most important are ceremonies connected with transformation of carnal being to spiritual one, and crossing the border of life.  The dead bodies undergo cremation and go through the elemental fire in the act of cosmic metamorphosis, once again they become cosmic matter, microscopic element of the land of mountains, lakes and inconceivably enormous universe. The poetry repeats the motif of body cremation, which is a reference to ancient rituals of burning bodies on the stake, but at the same time it is an element of faith in reincarnation, return to of the spiritual form to the childhood land and to the first love, wandering of the released entity among the peaks and slopes, spreading the one and only ephemeral consciousness in the enormity of space. Cremation becomes the central moment for limited existence, but at the same time depicts the horizon of existence for the spirit, sets it in motion and increases its momentum, takes it the places of first initiations and keeps sending it into the cosmos. Fire purifies, but at once turns cosmic, initiating the breakdown of complex innate structures, introducing them again into the unimaginative dimensions, indistinguishable and ever changing worlds, giving birth to galaxies, supernovas and asteroids. The poet is obviously fascinated with the moment of destruction of the mortal form ad entering the circle of elemental structures of the matter, final merging with rock, with black earth and clay, loam and dust. Fire becomes the sign of eternity, momentarily bounded by human form. Cremation becomes its most important rite, and at the same time an element of reconciliation with the world, consent to breakdown of particles and confirmation that the emperor, the medicine man or the leader will surrender to the same cosmic mechanisms; and whatever they attempt , they will not stop the time and its  final resolution.

56

Creamtion is a kind of purifying the existence of sins, and the mourning rites confirm that the person being bid farewell was someone important for the world and constituted an essential, a kind of a particle of the eternal chain, momentarily taking the form of DNA, and after going through fire, returning to the realm of homogenous elements. Mother’s lamentation, bimo – medicine man’s prayer, brothers and sisters’ wailing, moaning of other relatives within the clan, are like eternal funeral song, reaching its peak at the moment of the body’s breakdown, farewell to the human form and birth of free spirit. Echo repeating sounds, takes them to distant mountains and it seems that the whole of nature is crying over the one who has just gout transformed and entered the circle of eternity for ever. The Nuosu attach a lot of weight to funeral ceremonies, which become a sort of celebrations of the whole society, and escorting the ashes to its burial place is like blessing these who are still alive, but soon will follow the same path and reunite with the deceased in the communion of elemental matter. Everything has its own meaning, beginning with colors and embroidery of clothes – blue, black and yellow – a ending with ritual singing and highlighting integral, tribal ties. In this poetry, cremation is the end of everything and at the same time gives birth to fear of eternity, which opens irretrievably and triumphs over life. This moment is painful and euphoric at the same time, it is a great sorrow and enormous joy, alpha and omega, decay and forming, oblivion and birth of a new form, its eternal rite of transformation.  Regardless of whoever they are and whatever they do, man will be depletes of their strengths, will be damaged by diseases and pain, and finally will die, and the mourners will prepare the cremation ceremony and take part in the funeral. This death will confirm eternal metamorphosis and common dying of beings, plants and animals, rock erosion, and most of all, disintegration of family and tribe relations, disappearing of earthly love and appearing of cosmic energy. At such a moment, one needs guides who will walk the consciousness to the gates of existence and for a moment will permeate the spiritual world to utter the last word of farewell, and return to the living. The Nuosu people believe that bimo are such priests, that is, shamans and wizards, ancient confidants of human sorrows, and storytellers relieving the pain of oblivion. Without doubt, the poetry of Jidi Majia is a kind of such a spell, and the poet grows into a symbol of one of the most important bimo of his nation. Standing proudly on a rock, leaning over the surface of a mountain lake, looking into dying eyes of deer, an eagle, a trout, he utters elemental truths and generates lyrical substance, which tugs at heartstrings and become an intellectual context for simple life in accordance with nature and ancient ceremonies, taking place in the homeland and in distant regions of the universe.

54

These poems underline the inseparability of family and clan ties, testify to perseverance within a small, closed society, but at the same time open to the whole world. In this way they, they become a kind of lyrical announcement and confirmation of the fact that in distant Orient there live wonderful people having practiced cultural rites of passage for long, creating calendar and agrarian myths, but first of all attiring the shape of being in sanctity and praise of eternity. Besides bimo priests, parents and the next of kin to the poet, although the most important is mother. He makes notice of her senility and her visual elements, but at the same time unhesitantingly compares her to the mountains and rivers, attaching almost magical powers to her. It was her who carried him for nine months inside her womb and it was her who looked after him in his childhood, observing him diligently in the adolescence and young manhood – finally, it was her who became multiplication of all mothers in his poetic awareness and gained an epic dimension of Mother of Mountains, the creator of everything, the maker of existence and poetry, the strength and love energy, first and last wounds. We can easily imagine how important mother was for the poet when in a small house, lost among enormous mountains, she enveloped him in love, how important was her breast milk, smile on her face and the warmth of her embrace, how deeply the sweetness of her lips, constantly kissing him, sank into his memory, and her tender vigil by the cradle. It was her who became the foundation of days to come, it was her who first showed him the sky of blue, trees of green and distant fogs over mountainous lakes; it was her who taught him to speak and became a guarantee of poetic language, pointing at a flying swan, black boulders sliding from hills, a snow leopard vanishing in the distance and a mountain goat on a high rocky ledge. It was her who had been in him since the beginning and he was inside her, confirming the eternity of persistence in the shadows of peaks, in forks of great rivers and in the face of dangerous elements – it was she who created him, in the same way as the Invisible Maker created the whole universe and set the course of things running, giving momentum to births and dying. Undoubtedly, poem about mother written by Jidi Majia found its righteous place in the treasury of motherly lyric poetry; they are a confirmation of son’s love and vocation, his gratitude for granted life and for was about to happen after the miracle of birth. No-one else could comprehend the longings and desires of the poet to be, no-one gave him what she had given to him, letting him grow inside her body, and then delivering him to the world in labor pains and granting him cosmic love – no-one took such care of him and did not grant him safety among dangerous elements of nature, no-one watched him through tears walk away to distant towns. This is why Majia’s poems about mother become great paens in praise of longing and devotion, of pure love like water in the spring, sheer feeling like the view of distant, snow-capped peaks silhouetted against the blue sky. It was in mother’s body where the harmony came into being, which echoed in the poems to come, in poems about rivers and mountain chains, about an old bull in the arena, about deer and munjacs crossing the wilderness, about snow leopards and lynxes following them, it was in her, where, for the first time, sounded the tone which was to appear in the songs of Nuosu and his later poems.

34

The poetry abounds also in extremely interesting hunting elements, which remind us that China is inhabited by ancestors of herding tribes, indigenous people, numerous ethnic groups which arrived from Central and Western Asia. Nuosu particularly concentrates on hunters, since they have always provided fresh meat, and most of all, they constituted  a closed clan of grown men wandering from one mountain pass to another, climbing enormous slopes, sleeping in lodges and caves among high peaks. They were the ones young girls sang about longing for great love; they were the ones their mothers had been waiting for when the set out to track a bear, an ibex, deer or a leopard. In Majia’s poetry, young hunters personify childhood dreams, they present great fascinations of the young ones. The child in the poems must stand for the very poet, who wanted to follow their example, follow them along mountain trails and hunt animals. On their return home, hunters had always told stories about inaccessible places, superhuman deeds, fights with powerful enemies. However, they also happened to tell stories about ghosts of the earth, about mystic happenings in a retreat by the Yangzi or the Huang He, gathering their momentum and swelling in the mountains. Then women and children perceived them as mythical heroes, ascending heroic myths from the real world, entering surreal regions neighboring the cosmos, on the edge of a rocky precipice and in a crystal-clear lake. And when they died, their bodies were cremated in a remote corner of Great Liangshan, they became the salt of earth, and at once set out to hunt in the spirit world. Transmigration occurs in poetry as natural continuation of earthly living, as extention of the family line and confirmation of belonging to the great family of Nuosu. Dreams of being hunter who on his own wanders around valleys intermingle with the tragedy of existence in extreme conditions, in the cold and the scorching heat from the sun; in the face of sudden cataclysms and the threat of the universe turning entities inside out, where stars opalesce and the moon shines with deadly light.

50

Jidi Majia’s poetry neither seeks complex metaphors nor lures the reader with complexities of the language, it rather suggest a model of pure, narrative poesy, surprising with an accurate punchline and an ability to name ephemeral states of the mind, frames of mind, premonitions of ghosts in the beyond. This is constant highlighting of family ties and belonging to a definite ethnic group which retained its rituals and gave rise to an integral culture. Within these boundaries masterworks of art and subsequent parts of national epic, Hnewo Tepyy, passed amd modified in every generation by following bimo were created. Majia – following in their footsteps – creates modern poetry, which reaches wide masses in China and all over the world. There are more and more of translations of his poems, and each time it turns out that they perfectly fit new language. This happens due to the universalisms of topics and the lightness of the language, imitating prayer and mourning, extensive ode and light lyric. For centuries, China has been the land of real poetry, great thinkers and poets, this is a land well-oriented in the trends of contemporary verse. Achieving literary success is extremely difficult there, which is even more difficult due to a tendency of following the European or American patterns in snobbish way. Majia follows extraordinary models, cites great poets of the world, but never fails to forget the cultural poetry, which he acquired among small villages  on the border between Sichuan and Yunnan. Listening to stories of bimo, mothers and ancient people, hunters returning with  the kill, he developed particular sensitivity to elemental particles of nature and calling coming from distant voids of the cosmos. Listening to the echo of creation, deciding the proportions and naming hues, making out animals in the darkness, mountain ranges, highest peaks and valleys, poet is at the same time the creator and the last member of the clan, sadly reminiscing the world gone forever. And although it is born again in new poems and human minds of next generations, nothing will bring back the ashes of the dead to life. To be the poet of the Nuosu means to be the guardian of memory, a witness to beautiful deeds looking into the past and bright eyes – it means to pass, just like everything around, constantly creating a story about the time and the past, about the inevitable merging of being onto the death and eternity.

Translated by Wiesław Marcysiak

MIŁOŚĆ NIGDY NIE USTAJE

qzawadowskimrowka-okl-page-001

W trakcie pracy nad tym Wyborem wierszy Tadeusz Zawadowski zadecydował, że na okładce znajdzie się słynny obraz Salvadore’a Daliego pt. Chrystys św. Jana od Krzyża. Wtedy zrozumiałem jaki przyświecał mu zamysł autorski, pojąłem natychmiast, że chodzi o zamanifestowanie ogromnej pokory w stosunku do rzeczywistości, a zarazem wskazanie, iż surrealizm i mistyka hiszpańskiego myśliciela wiele znaczą w tej ekscytującej sztuce słowa. Obraz Daliego powstał na kanwie autentycznego szkicu, odnalezionego w papierach świętego, a choć tam mamy do czynienia z prostym odwzorowaniem ciała zawieszonego na krzyżu, to artysta dwudziestowieczny potrafił w nim dostrzec ogromny magnetyzm, który dodatkowo wzmocnił w swoim dziele. Tak powstało jedno z najsłynniejszych przedstawień ukrzyżowania w historii ludzkości, z charakterystycznymi modyfikacjami i autorskimi sugestiami. To ciało zawieszone zostało nad krainą gór, wód, rybaków i łodzi, ale zdaje się zawisać nad całym światem ludzkim, stając się jego firmamentem. Dodatkowo istotna jest owa stylizacja Chrystusa, który tutaj jest umięśnionym młodzieńcem, z krótko obciętymi włosami i niezwykle kształtnym ciałem, co sugerować może daleko idący uniwersalizm. Ważna jest też atmosfera tego przedstawienia, wypływanie krzyża z mroku, konfiguracje burzowych chmur, podświetlone przez zachodzące słońce, rozmywające się w złocie, seledynie, a potem gasnące w czerni. Człowiek pośród tych monumentalnych przestrzeni jest malutki jak mrówka, niewiele znaczy i ma mało czasu by zamanifestować swoje kruche istnienie. A przecież żyje w świecie cierpień i zbrodni, tragicznych decyzji wielkich despotów i pomniejszych zarządców, takich jak choćby Poncjusz Piłat. Zawadowski wskazuje mikro-przestrzeń ludzką, ale jednocześnie rozszerza ją spektralnie i zawiesza nas pośród wielkości kosmicznych.

Poezja Tadeusza Zawadowskiego jest próbą ustalenia właściwych proporcji i zachowania integralności osobowej pośród chybotliwego świata, wiszącego w kosmosie, jak Chrystus św. Jana na krzyżu. I staje się ona prawdziwą liryką, gdy autor wsącza do niej treść swojej jaźni i powoduje, że staje się znakiem obecności człowieka w konkretnym czasie i ściśle określonej przestrzeni. Czytając już pierwsze wiersze Zawadowskiego zauważamy, że jego wyobraźnia stale podąża od realizmu do nadrealizmu. Wciąż poddaje sprzęty, przedmioty, artefakty i gesty nowym eksperymentom wyobraźni, a wtedy nawet meble w pokoju wirują, podkładają nogi poecie i śmieją się, upadając na niego zmęczone. To dobrze znane z obrazów Daliego, twórcze zastosowanie motywu wiru, wciągającego wszystko, nieustannie potencjalnego i otwierającego się w sytuacjach krańcowych albo centralnych dla jakiegoś ważkiego doświadczenia. Nie może być inaczej, bo mamy tutaj do czynienia z twórcą przeglądającym się w wielu rzeczywistościach, podróżującym często po świecie i udanie wykorzystującym w liryce elementy odległych kultur, pradawnych cywilizacji. To też wybór tekstów autora nieustannie prowadzącego dialog z Bogiem, nawet jeśli w jednym z wierszy – centralnym dla Zawadowskiego – poeta obwieszcza śmierć Boga w nim: który osłaniasz/ mrówkę/ przed stopą człowieka/ miłość/ przed obojętnością/ który umarłeś/ we mnie/ na wieki/ ocal mnie/ przed sobą. Prośba o ocalenie przed mocą boską, może przed karą dla grzesznika, staje się jednak wyznaniem wiary i potwierdzeniem istnienia ukrytej siły wyższej, zasady organizującej wielkości kosmiczne. To jest spotykanie liryki z rozległymi, otwierającymi się natychmiast przestrzeniami filozofii i sztuki, teologii i wiedzy o literaturze, muzyki sfer i astronomii, żeby wymienić tylko trzy pary ontyczne. Korzystając z każdej z nich, potrafi autor tworzyć wiarygodne powiązania, mieszać żywioły, a nade wszystko stwarzać wrażenie przenikalności błon lirycznych, smug czasu i zgaśnięć w nicości.

Motywy entomologiczne i kosmiczne powracają w tych wierszach wielokrotnie i stają się przeciwwagą dla wyznań najdramatyczniejszych: boję się swoich wierszy/ gdy przychodzą do mnie odarte/ ze słów by ogrzać się/ w cieple mego lęku przyzywam/ mrówkę i Berenikę by chroniły mnie/ przed nimi ale one kryją się tylko/ na chwilę powracają gdy zobaczą/ pustą kartkę i zza niej – jak zza/ tarczy – doprowadzają mnie/ do szaleństwa/ nie pomaga Judasz ukryty/ we mnie mówi/ że woli osikę od tych/ wierszy boję się/ że nawet/ szaleństwo też nie/ uratuje mnie przed nimi. Poezja ocala, ale może też stać się zarzewiem szaleństwa i śmierci, mamy tego wiele przykładów w biografiach twórców i na kartach dziejów literatury. Zawadowski wie czym może się skończyć igranie ze słowem, ale też śmiało wychodzi naprzeciw artystycznym wyzwaniom, potęguje napięcie, nie waha się buntować nawet wobec własnych wierszy. Mrówka ludzka, ta drobinka, jakże niewielka w perspektywie gwiazdozbiorów, dalekich galaktyk, ma swój kosmos wewnętrzny, wcale nie mniejszy od tego, który pojawia się na niebie w bezchmurne noce, przeraża i fascynuje. Pamiętajmy też, że jest tajemnicą, dopiero się odsłaniającą – tajemnicą czarnej materii i bozonu Higgsa, który jest najdziwniejszą cząstką w kosmosie. Poeta minimalizując pozycję człowieka, ukazując go w perspektywie ukrzyżowania z obrazu Daliego, wnika najgłębiej jak można sięgnąć, aż do istoty bólu i cierpienia, do mechaniki naszego zawieszenia w magnetycznych głębiach. A przy tym ta poezja nie przestaje odzwierciedlać spraw najprostszych, elementarnych dla każdego życia, pięknych uczuć i doznań, które pozostają w pamięci na zawsze. Dodajmy jeszcze, że jeśli zaczniemy czytać te wiersze jak cząstki dziennika intymnego, okaże się, że poeta wielkości kosmicznych jest też czułym kochankiem i wrażliwym interpretatorem codzienności, życia domowego i rodzinnego. W dziewiętnastym wieku chętnie ryto na nagrobkach słowa św. Pawła z Tarsu: Miłość nigdy nie ustaje (1 Kor 13, 8), co miało podkreślać ciągłość ludzkich doświadczeń elementarnych w dziejach. Autor tej książki – przywołując obraz Daliego – potwierdza zarazem inskrypcję Pawła z Tarsu i nie pozostawia złudzeń, iż eschatologia zatriumfuje nad każdym bytem: A gdy już nigdy nas nie będzie/ wieczna zostanie nasza miłość… Pociecha tylko w tym, że jeśli nawet jeśli zostanie okupiona cierpieniem, zbrodnią, bólem ponad siły i zwątpieniem, wiersze Tadeusza Zawadowskiego zaświadczą, że jej energia nie zgasła w wieczności.

ROZBŁYSK ŚWIATŁA

wojtasikcojeszczejestjasnoscia-okl-page-00aa1Mieczysław Wojtasik należy do wąskiego grona największych osobowości literackich na Pomorzu i Kujawach. Organizator licznych imprez, referent i krytyk, tłumacz, wychowawca młodych adeptów pióra, a nade wszystko poeta publikujący od lat wiersze w prasie i fachowych periodykach, a potem odzwierciedlający tę aktywność w kolejnych tomach. Trudno się zatem dziwić, że przyszedł czas na obszerny wybór wierszy, ukazujący jak na dłoni ogrom dokonań i różnorodność artystyczną tego wyjątkowego twórcy.  Pisałem przy okazji wydania tomu Maki bardziej niż krew: Poezja Mieczysława Wojtasika jest zaangażowana politycznie i dotyka spraw najistotniejszych, rozprawia się narosłymi mitami i podejmuje dyskusję z poglądami skrajnymi, dociera do sedna problemów, które od wieków nurtują polską świadomość. Poeta pochyla się nad kujawską ziemią i widzi w niej to, co stanowiło wartość najwyższą – wyodrębnia chwile pierwiastkowe i tworzy z nich ciąg elementarny dla własnego życia i dla egzystencji całych pokoleń. To jest uważne wpatrywanie się w przeszłość i dopełnianie refleksją teraźniejszości, to są te momenty, gdy człowiek obejmuje myślą kwiat chabru, żywicę sosnową i gwiazdę mrugającą na niebie – to jest próba syntezy ludzkiego istnienia pośród stale piętrzących się przeciwieństw. Poeta, patrząc na polski sztandar narodowy, widzi w nim symboliczną czerwień maków spod Monte Cassino, ale też swoją refleksję przenosi jednocześnie w obręb elementarnych żywiołów, gdzie dynamika wiatru jest przypomnieniem chwilowej natury bytu. Człowiek rodzi się w określonym miejscu na ziemi, kocha przestrzeń, w której dorastał i tworzy coś na kształt własnej mitologii, ale nie przestaje zauważać kontekstu kosmicznego, chybotliwości istnienia pośród sił niewyobrażalnych i ogromów nie do ogarnięcia. Ćwicząc w sobie wrażliwość pierwotną, wsłuchując się w odgłosy dzieciństwa, odnajduje echo z dna studni i monotonny szum lasu, dźwięk gitary Cygana i metafizykę ruchomości celów.  

 Z kolei w Posłowiu do tomu pt. Lancz z duszą w poziomkach wskazywałem iż:  To, co najbardziej przejmuje w tej liryce, to esencjonalne ustalenia na temat natury ludzkiej, jakże zmiennej i gubiącej się w coraz to trudniejszych terminach. Poeta – przynajmniej w rozumieniu Wojtasika – to strażnik obszarów tajemnych, który pojął więcej od innych, ustalił proporcje i próbuje delikatnie wpływać słowem na bieg zdarzeń. Wie doskonale, że ono bywa ulotne, natychmiast zanika pośród kakofonii świata, ale szansą jego ocalenia jest wiersz, chwila zatrzymana pośród wersów i strof. To jest solidarność międzyludzka, to stawanie w jednym szeregu ze śmiertelnymi i cierpiącymi bytami: „ciernie ostrzą się o żyły/ szkło przedłuża krwiobieg/ znów przebudzenie w czerni/ pianie koguta jak zwykle/ zgrzyt hamulców w zajezdni/ wagon popkultur w przechyle/ jeszcze raz garbus cień/ podetnie korzenie bylin/ jeszcze jeden hymn na cześć/ świecącego próchna/ i zakwili w piszczelach/ nie donoszony bunt.” Kto z cielesnych i chorowitych ludzi może się buntować przeciwko mechanizmom świata, czym może nasza biologia przeciwstawić się odwiecznemu rozpadowi? Tylko chwilą zadumy, tylko tkanką wiersza, równie kruchą jak życie, pulsującą jak krew w żyłach, czułą jak refleksja, pojawiająca się w umyśle. Zdumiewające są te liryczne odkrycia poety, wiersze mające swoją aurę i barwę, brzmiące w tonach wysokich i niskich, trafiające do czytelników w każdym wieku. Może wykonywana profesja spowodowała, że tyle jest w nich żywej natury, sielskiej malowniczości, krajobrazowej pełni – od szczegółu do aforystycznego podsumowania.

Wojtasik zawarł w swoich wierszach obraz drugiej połowy dwudziestego wieku i wpatrzył się też w nowe lata kolejnego stulecia. Jego metoda stroboskopowego oświetlania różnorakich przestrzeni sprawdziła się w ciągu dekad, w kolejnych tomach poetyckich, a nade wszystko w odbiorze czytelniczym. Tak autor ugruntował swoją pozycję w środowisku literackim Pomorza i Kujaw, a także stał się postacią ważką w ogólnopolskich rankingach, antologiach, podczas wielkich imprez artystycznych. Zapewne przyczyniła się do tego poetycka fascynacja światłem i jasnością, akcentowana też w tytule tego tomu i wyrazista we wszystkich zbiorach. Jasność jako stan ducha i wiedzy, jest odwiecznym pragnieniem ludzkości i trudno się dziwić, że poeta zmierzył się z tym ambitnym tematem. To przecież formuła biblijna, sięgająca początków stworzenia, kosmogoniczna dyrektywa Boga, po kolei kształtującego rzeczywistość. To zarazem element naszego świata, widzialność bez której wszystko byłoby płaskie i głuche, absurdalne i zamknięte w przepaściach ciemności. Wszak wszystko zaczęło się od wielkiego, kosmicznego rozbłysku, eksplozji nowej gwiazdy, dającej ciepło, konstruującej na planetach kolory i kształty, umożliwiającej powstanie życia i jego żywiołowy rozwój. W takim kontekście także słowo i jego najwyższa forma artykulacji – poezja, stały się nośnikami jasności, zaistniały w ściśle określonej rzeczywistości solarnej i poeta lokuje je w obrębie ludzkiej śmiertelności: strącam światło/ najpierw z kropli krwi/ na szpilce/ potem z blizny/ między ciałem a przestrzenią. Warto tutaj zwrócić uwagę na obraz Caspara Davida Friedricha pt. Skały kredowe na Rugii (1818), który poeta wskazuje na okładce swojego tomu. Romantycy w szczególny sposób mitologizowali światło, tak pięknie ścielące sie nad morzem, jakby w magicznym menisku istnienia, w mistycznej źrenicy rzeczywistości. Także ukazane od tyłu postaci mają w sobie coś, co koresponduje z poezją Mieczysława Wojtasika – ową tajemniczość i zarazem pochwałę życia, grozę egzystencji pośród  żywiołów i zachwyt nad naturą. Warto czytać wiersze autora, bo są one prawdziwym odzwierciedleniem motoryki ontologicznej, nieustanie zagrożonej w obliczu nicości, a jednocześnie tak silnie manifestującej przywiązanie do jasności.

SZCZEKAJĄCA SYMFONIA BEETHOVENA

jill-toyshiba

Billy Collins Foto Jill Toyshiba

William James „Billy” Collins urodził się na Manhattanie w 1941 roku, a wychowywał się w Queensie i miasteczku White Plains, położonym czterdzieści kilometrów od Nowego Jorku. Jego matka Katarzyna była pielęgniarką, która porzuciła pracę, by zajmować się utalentowanym synem. Stale cytowała jakieś wiersze, znane frazy liryczne i tym samym uwrażliwiała syna na słowa, podkreślała ich wagę i wieloznaczność. Może właśnie takie podejście do literatury spowodowało, że Collins podjął studia na Uniwersytecie Kalifornijskim, gdzie uzyskał tytuł magistra, a następnie napisał doktorat z literatury romantycznej. Potem przez trzydzieści lat był nauczycielem akademickim w różnych prestiżowych uczelniach, stale publikował nowe książki poetyckie, tworzył antologie, a w 2001 roku uzyskał tytuł U.S. Poet Laureate. Tych honorów było znacznie więcej i uznanie poety oraz akademika rosło z każdym rokiem, a obecnie – za „New York Timesem” – uważa się go za jednego z najpopularniejszych współczesnych poetów amerykańskich. Zaproszono go nawet do Senatu USA, gdzie na specjalnej sesji czytał wiersz pt. The Names, upamiętniający ofiary zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 roku.  Spośród wielu nagród warto wymienić  Mark Twain Prize (2005) za humor w poezji, liczne stypendia, w tym National Endowment for the Arts, the New York Foundation for the Arts i John Simon Guggenheim Foundation. Collins jest autorem licznych zbiorów wierszy: Pokerface (1977), Video Poems (1980), The Apple That Astonished Paris (1988), The Art of Drowning (1995), Picnic, Lightning (1998), Questions About Angels (1999), Taking Off Emily Dickinson’s Clothes (2000), Sailing Alone Around the Room: New and Selected Poems (2001–2002), Nine Horses (2002), The Trouble with Poetry (2005), She Was Just Seventeen (2006), Ballistics (2008), Horoscopes for the Dead (2011), Aimless Love (2013), Voyage (2014), The Rain in Portugal (2016). Na jego spotkania autorskie przyjeżdżają wielbiciele poezji z całej Ameryki i są to prawdziwe wiece liryczne, przerywane oklaskami i okrzykami zachwytu.

Humor Billy’ego Collinsa można wspaniale zobrazować wierszem pt. Inny powód dlaczego nie mam w domu broni, podejmującym temat właścicieli i ich psów. Jak powszechnie wiadomo ludzi dzielimy na „psiarzy” i na tych, którzy ich nie cierpią, są uczuleni na sierść, ślinę, zapach, a dodatkowo cenią sobie spokój, który zostaje zburzony, gdy pojawi się hałaśliwe, natrętne zwierzę w domu. Spośród niedogodności związanych z psem wymienia się częste wychodzenie z nim „za potrzebą”, a także głośne szczekanie, w najmniej spodziewanych momentach. To jest to szaleńcze dobieganie do drzwi, gdy zabrzmi dzwonek, głośne domaganie się pokarmu, albo przeraźliwe skomlenie, wycie, gdy pociechę trzeba na jakiś czas zamknąć w komórce lub łazience. We wskazanym wyżej wierszu poeta niedwuznacznie daje do zrozumienia, że nie może trzymać w domu broni, bo mógłby nie zdzierżyć agresji „psiarzy” i zastrzelić jakieś zwierzę. Nie ulega wątpliwości, że psy zakłócają spokój, a szczególnie kłopotliwe to może być dla poety, który z ciszy wyławia słowa i próbuje wsłuchać się w ich eternalne brzmienie. Wiersz Collinsa jest bardzo zabawny i łatwo możemy sobie wyobrazić twórcę przygotowującego się do pisania, wytrącanego z zamyśleń przez wściekłe szczekanie jakiegoś yorka, sznaucera czy doga. Pierwsza myśl poety biegnie wtedy do strzelby albo karabinu gładkolufowego i pojawia się w jego umyśle obraz psa trafianego kulami, uciszonego raz na zawsze. Sytuacja jest tutaj jednoznaczna: Pies sąsiadów nie przestaje szczekać/ Szczeka tak samo mocno, rytmicznie/ Za każdym razem gdy wychodzą z domu. Zwierzęta nie rozumieją jak bardzo przeszkadza to sąsiadom i potrafią całymi godziny szczekać, wyć zawodzić, co niejednokrotnie powoduje interwencję służb miejskich, policji, a w przypadkach drastycznych nawet straży pożarnej – historia odnotowała niestety także krwawe zdarzenia, kiedy to sąsiad doprowadzony do szewskiej pasji zastrzelił psa, przejechał go samochodem albo uprowadził i porzucił na jakimś pustkowiu. Okrucieństwo ludzi w stosunku do czworonogów bywa niewyobrażalne i stale pojawiają się w prasie, w telewizji i w Internecie relacje na ten temat. Poeta – choć nachodzą go mordercze myśli – może się zemścić tylko w wierszu, ale najpierw jakby przestrzega sąsiadów, wskazuje co mają zrobić, po czym z rezygnacją ustala, że pies nie daje za wygraną: Muszą go wyłączyć w jakiś sposób/ Pies sąsiadów nie przestaje szczekać. Tak, to morze wkurzać, to może zakłócać rytm pracy i przywodzić na myśl postępki tych udręczonych ludzi, którzy nie wytrzymali.

img_5475

Poeta postanawia jednak działać i jakoś zabezpieczyć się przed intruzem z sąsiedztwa, może z naprzeciwka, a może zza płotu, wszak w Ameryce najpopularniejsza jest zabudowa szeregowa. Niewiele tutaj można zrobić, ale przecież nie można nie reagować, postanawia zatem kontratakować: Zamykam wszystkie okna w domu/ I włączam symfonię Beethovena na cały regulator/ Ale przez muzykę wciąż przebija się jego głuche/ Szczekanie, szczekanie, szczekanie. Zawodzenie nie ustaje, a któraś z symfonii Beethovena, włączona na cały regulator nie zagłusza chrapliwych odgłosów psa sąsiadów. Może w domu poety zaczyna rozbrzmiewać majestatyczne Allegro con brio z V symfonii, heroiczna część siódmej, albo pełna patosu, chóralna ostatnia partia dziewiątej symfonii? Żaden jednak utwór wielkiego kompozytora, słynącego z „głośnych” dzieł, wielkich uderzeń w kotły i gry całej orkiestry naraz, nie jest w stanie zagłuszyć rytmicznego, nieustającego szczekania. Cóż robić?  Jedyną bronią może tutaj być ironia, komiczne upozowanie całej sytuacji, ukazanie psa na scenie w filharmonii, grającego z powagą na surrealnym instrumencie, który generuje szczekanie. Pies siedzi dumny pośród członków orkiestry i ma zapewne na sobie paradny frak wirtuoza, co może przywodzić na myśl postać pazia i demona Behemota, z Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa, przybierającego w niej kształt wielkiego kota. Tutaj Collins przydaje ludzkie cechy swojemu dręczycielowi – nie ma w domu strzelby, nie może zastrzelić intruza, zagłuszanie go symfonią też nic daje, trzeba zatem ośmieszyć psa i ukazać go w sytuacji absurdalnej. Muzycy muszą być bardzo uważni podczas wykonywania wielkich utworów i tutaj wróg poety też pokazany został z taką natężoną uwagą: Gdy płyta się kończy on wciąż ujada/ Siedzi w sekcji szczekających obojów/ Wpatrzony w dyrygenta, który daje/ Mu znak batutą. Jeszcze chwila i pomagając sobie przednimi łapami uniesie obój i wydobędzie z niego najpiękniejsze szczekanie, które Beethoven bez zwłoki włączyłby do swego dzieła, tak jak wprowadził do szóstej symfonii dalekie kukanie kukułki.

Koncert trwa, szczekanie nie ustaje, budząc powszechny aplauz:  Wtedy inni muzycy słuchają z podziwem/ Słynnej solówki szczekającego psa/ Niekończącej się kody genialnie/ Zastosowanej przez Beethovena. Tak oto złość zostaje przekuta w ironię, a poeta zyskuje dzięki szczekającemu psu nowy wiersz, skrzący się dowcipem i ukazujący coś, co stale ma miejsce w USA. Zresztą nie tylko tam, bo konflikty sąsiedzkie zdarzają się wszędzie, a zatargi na kanwie obecności i hałaśliwości zwierząt są bodaj najczęstsze. Poeta nie zastrzelił tego czworonoga, bo nie ma w domu broni, ale wcale nie wyklucza, że nie mogłoby dojść do takiej sytuacji. Jego życie pełne jest zadumy, długich zamyśleń ontologicznych i taka hałaśliwa, sąsiedzka „doraźność” musi mu bardzo przeszkadzać. Pisząc ten wiersz puszcza jednocześnie oko do czytelnika i skłania go do refleksji nad naturą ludzkich związków ze zwierzętami, często bardzo wynaturzonych. Chęć posiadania psa bywa przemożna, szczególnie podsycana przez dzieci i innych „psiarzy”, ale ludzie częstokroć kupują czworonogi zbyt pochopnie, nie mając czasu na opiekę nad nimi. Powszechne wtedy jest zamykanie psa w jakimś pomieszczeniu i zostawianie go na pastwę losu, a filmy z przypadkowo włączonej kamery pokazują co kundel, terier albo buldog potrafi wyczyniać pod nieobecność właścicieli. Szczekanie to dla zwierzaka najprostsza forma manifestowania niezadowolenia, ale w repertuarach mają one jeszcze ogryzanie mebli, ściąganie obrusów ze stołów, łącznie z wazonami pełnymi wody i kwiatów, dalej – zrzucanie telewizorów, odbiorników radiowych, wskakiwanie na szafy, tłuczenie szyb, o rozsiewaniu odchodów gdzie popadnie nie wspominając. Skrajną formą braku opieki nad psami jest pozostawianie ich w zamkniętych samochodach, gdzie też potrafią zniszczyć wystrój i delikatne urządzenia elektroniczne. Może zatem Billy’emu Collinsowi nie przydarzyła się najgorsza uciążliwość, tym bardziej, że potrafił przekuć ją w jakże dowcipny wiersz, pełen ironii i znakomicie się lokujący w amerykańskich realiach literackich, kulturowych i społecznych.

Korzystam tutaj z własnego przekładu wiersza Billy’ego Collinsa.

STO WIERSZY POLSKICH (XXIV)

herbert

Fortynbras, król norweski, wracający z wojny z Polską, trafia na dwór zaprzyjaźnionego króla duńskiego i zostaje wprawiony w ponure zdumienie. Przywykły do widoku martwych ciał, nie rozumie skąd tyle trupów wzięło się na tym na dworze. A nie są to osoby tak „błahe” jak wcześniej zabity przez Hamleta donosiciel Poloniusz, ani jego córka, ogarnięta obłędem Ofelia – na podłodze leżą ciała króla Klaudiusza, królowej Gertrudy, mściciela Laertesa i księcia Hamleta. Jakiż dramat dokonał się w tym miejscu i kto tak fatalnie fechtował, kto rozdzielał zatruty napój? Jakież szaleństwo popchnęło tych ludzi ku zatracie i czyja nieostrożność była podłożem ciągu tragicznych zdarzeń. Fortynbras nic nie wie o zbrodniach Klaudiusza, nie doniesiono mu jeszcze o udawanym szaleństwie Hamleta, tragicznej śmierci jego ukochanej i o zabójstwie Poloniusza – przybywa obwieścić „dobrą nowinę”, że posłowie duńscy Rozenkranc i Gildenstern zostali zgładzeni po dotarciu do Anglii. Nie wie, że król nie dawał takiego polecenia, a zbrodnia dokonała się za sprawą Hamleta, który podmienił listy dyplomatyczne i skazał na śmierć tych, którzy ku niej jego wiedli. Czuje empatię do księcia, dlatego nakazuje sprawić mu żołnierski pogrzeb: Niech zatem czterech dowódców poniesie/ Ciało Hamleta, jako ciało żołnierza/ Na podwyższenie, bo gdyby mu przyszło–/ Rządziłby pewnie iście po królewsku…/ Niechaj mu przy tym rytuał wojskowy/ Muzyką wsparty, dumnie towarzyszy/ Świadcząc dobitnie, kim był… Pozostałe/ Ciała zabierzcie także, bo ten widok/ Bardziej stosowny jest bitewnej scenie.[1] Czytelnik albo widz w teatrze wie, co się zdarzyło, poznał niecne intrygi Klaudiusza, który zamordował ojca Hamleta, wie też, że ten ostatni udawał szaleństwo by zemścić się na nim. Pechowo ofiarami jego planów stał się też Poloniusz i krucha Ofelia, a potem – w konsekwencji – Laertes, syn starego dworaka. Dramat Szekspira ukazuje jak pokrętną bywa logika zemsty i jak nieopatrznie generuje ciąg nieszczęśliwych wypadków, podłych intryg i zbrodni i jak obraca się przeciwko tym, którzy używają podstępu, trucizny i szpady.

Słynny wiersz Zbigniewa Herberta pt. Tren Fortynbrasa z tomu Studium przedmiotu (1961) oparty został na przekonaniu o niewiedzy norweskiego króla co do działań Hamleta, choć ważną rolę odgrywa tutaj też irracjonalne przekonanie, że Klaudiusz sprowokował wszystko, zabijając jego ojca. Nakazując wyprowadzenie jego zwłok, udaje się za nimi i rozpoczyna swój monolog: Teraz kiedy zostaliśmy sami możemy porozmawiać książę jak mężczyzna z mężczyzną/ chociaż leżysz na schodach i widzisz tyle co martwa mrówka/ to znaczy czarne słońce o złamanych promieniach. To jest monolog, bo rozmowa pomiędzy żywym władcą a martwym księciem jest niemożliwa, a śmierć człowieka jest dla niego tak samo błaha jak zgniecenie mrówki, tak samo absurdalna i generująca oksymoroniczne skojarzenia. Czarne słońce staje się tutaj symbolem bezdennej wieczności, pośród której światło załamuje się i rozszczepia na poszczególne barwy. To jakby przedłużony moment śmierci, podczas której pojawiają się majaki i to, co trwałe, konstruowane w oku przez światło, traci swoje wymiary i kształty. Bycie żywym daje Fortynbrasowi przewagę nad Hamletem, zaznacza on też, że jest człowiekiem silnym, nawykłym do walk, a przedmiotem jego kpiny stają się dłonie i reszta ciała księcia: Nigdy nie mogłem myśleć o twoich dłoniach bez uśmiechu/ i teraz kiedy leżą na kamieniu jak strącone gniazda/ są tak samo bezbronne jak przedtem. To jest właśnie koniec/ Ręce leżą osobno Szpada leży osobno Osobno głowa/ i nogi rycerza w miękkich pantoflach. To raczej opis trupa komicznego błazna, ot takiego jak nieszczęśnik Yorick, a nie następcy tronu, którego mieli wielbić poddani. Zwycięzca podkreśla, że wyrazem śmierci jest statyka i bezład ciała, osobne rozrzucenie jego części, a określenie miękkie pantofle, ma podkreślać niedojrzałość Hamleta i jego przypisanie do młodzieńczości, niedojrzałości, matczynej troski. Prawdziwi rycerze chodzą w butach z ostrogami, a on walczył z Laertesem w miękkich pantoflach, niczym chłopiec fechtujący drewnianym mieczem z nauczycielem szermierki. Także dłonie miał zbyt kruche, delikatne, jakby nie był mężczyzną, jakby nie należały do kogoś, kto często sięgał po floret. Znacząca też jest osobność poszczególnych członków, która symbolizuje tutaj rozpoczęty już rozkład ciała i szybkie rozdzielenie tkanek, które żyją tylko wtedy, gdy krew krąży w żyłach a tlen ożywia mózg.

Ironia Fortynbrasa stale się wzmaga i znajduje swoją kulminację w decyzji o rycerskim pogrzebie księcia: Pogrzeb mieć będziesz żołnierski chociaż nie byłeś żołnierzem/ jest to jedyny rytuał na jakim trochę się znam/ Nie będzie gromnic i śpiewu będą lonty i huk/ kir wleczony po bruku hełmy podkute buty konie artyleryjskie/ werbel werbel wiem nic pięknego/ to będą moje manewry przed objęciem władzy/ trzeba wziąć miasto za gardło i wstrząsnąć nim trochę. To jest też szelmowskie przygotowanie do objęcia władzy i możliwość ukazania się na pogrzebie w wielkiej glorii, zamanifestowania swojej mocy i witalności na mocarnym koniu, pośród uzbrojonych po zęby żołnierzy i dworzan. Wojskowy pogrzeb dla kogoś, kto nie był nigdy żołnierzem i nie umiał zawiązać intrygi bitewnej, a w końcu dał się pokonać przez spiskowców, będzie wyrazem pogardy, nie uwzniośleniem zmarłego. Jego martwota stanie się kontrastem dla siły i możliwości militarnych Fortynbrasa, który otrzymał królestwo Danii bez jednego wystrzału, bez najmniejszej potyczki i przelanej krwi. Ale już na pogrzebie Hamleta wszystko się zmieni, a nowy władca ukaże swoje prawdziwe oblicze, zniszczy w zarodku jakiekolwiek knowania, spiski i intrygi, w których lubował się jego poprzednik na królewskim tronie. Do tej pory wszystko było wiotkie i rozmywało się na granicy szaleństwa, a teraz odezwie się werbel werbel i nada rytm wszystkiemu, a władca wprowadzi wojskowy dryg i nie pozwoli by po jego dworze pałętali się słabowici wizjonerzy w miękkich pantoflach, marzycielki Ofelie albo zbyt wymowni dworzanie, jak Ozyryk i Horacy. Wszystko będzie proste, oparte na raportach takich donosicieli i akolitów jak Poloniusz, Rozenkranc i Gildenstern, a decyzje podejmować będzie tylko Fortynbras. Jego manewry pogrzebowe będą huczne i choćby w taki sposób zabity książę przysłuży się jego panowaniu, odprowadzi go do tronu i jak zjawa jego ojca stanie w tle. Symbolem nowej władzy nie będzie żywy człowiek i nie będą się liczyć jego pragnienia, marzenia i potrzeby – symbolem będzie trup zniewieściałego Hamleta, jako przestroga i przypomnienie, że nie igra się z mocą ziemskich mocarzy, nie lekceważy się czarnej powagi i ostateczności triumfującej nad życiem śmierci. W taki sposób norweski suweren weźmie miasto Helsingør za gardło i wstrząśnie nim tak, że kto stanie u jego wrót, na północnym wschodzie Zelandii, albo kto przypłynie z wrót cieśniny Sund, będzie wiedział, że trafi do przestrzeni zmilitaryzowanej, w której osobne życie nic nie znaczy, a sprzedajna śmierć jest na usługach króla.

Fortynbras nie ma złudzeń, więc jego analiza zachowania Hamleta jest druzgocąca i na końcu przemienia się w zjadliwą ironię, w stylu najeźdźców i najokrutniejszych zdobywców nowych krain: Tak czy owak musiałeś zginąć Hamlecie nie byłeś do życia/ wierzyłeś w kryształowe pojęcia a nie glinę ludzką/ żyłeś ciągłymi skurczami jak we śnie łowiłeś chimery/ łapczywie gryzłeś powietrze i natychmiast wymiotowałeś/ nie umiałeś żadnej ludzkiej rzeczy nawet oddychać nie umiałeś. Hamlet nie był do życia, bo był niepoprawnym marzycielem, wierzącym w czystość (kryształowe pojęcia), a tymczasem wszystko co ważne i mocarne w świecie opiera się na glinie ludzkiej, niczym na najtrwalszym budulcu – wszystko podążą ku putrefactio. Władca musi kształtować tę materię, odcinać jej ogromne kawały, tworzyć formy i wygładzać ją, a potem nadawać ostateczny szlif. Książę duński żył jak we śnie i to, co udawało mu się osiągnąć było znikome, nie miało snycerskich kształtów. To było łowienie chimer (mitologicznych dziwnych tworów z głową lwa, ciałem kozy i ogonem węża), to gryzienie powietrza i wymiotowanie, to istnienie człowieka nieprzysposobionego do życia, który nawet nie umiał oddychać i krztusił się stale, beznadziejnie krążąc po dworze, obcując z duchami, fałszywymi przyjaciółmi i wdając się z grabarzami w pompatyczne dysputy o śmierci. Biorąc do ręki czaszkę Yoricka Hamlet staje się posłańcem śmierci, którą sprawiedliwie i niesprawiedliwie posługiwać się będzie Fortynbras. To on ostatecznie wykorzysta jego śmierć do własnych celów i dostrzeże w niej szansę na zaprowadzenie nowych porządków. W oczach nowego króla Hamlet staje się nieomal przeźroczysty, znikomy i bezsensowny, targany skurczami jak deliryk i wierzący w pojęcia niemożliwe, jak żyjący złudzeniami idealista. Dla Fortynbrasa nie ma znaczenia to, że książę był w szoku po odkryciu zbrodni Klaudiusza i zdradzie swojej matki, nie liczy się też tragedia Ofelii i poszczególne błędy – wszak dla wojskowego liczy się tylko posłuszeństwo i proste podążanie do celu, zadawanie ciosów i celne pozbawianie życia wrogów. W takim kontekście Hamlet rzeczywiście przynależy do innej rzeczywistości i staje się igraszką przeznaczenia, nieuchronnego nadejścia nowego ładu. Przeźroczystość bohatera Szekspira służy jednak też Herbertowi do ukazania tandety i bezceremonialności nowej władzy, a pamiętać trzeba, że wiersz ten powstał w czasach panowania komunistycznych książąt i monarchów, których trzeba było sprytnie oszukać, zastosować określony kostium liryczny, tak by niczego nie zrozumieli i dali się otumanić. Rządy Fortynbrasa jako żywo przypominają władzę komunistyczną, która też lubowała się zawsze w paradnych pogrzebach, wielkich demonstracjach siły, pochodach i okrzykach na cześć aktualnie rządzącego genseka. Herbert był mistrzem takiej skrywanej ironii i w wielu wierszach, niby to przypisanych czasom antycznym, kulturze śródziemnomorskiej lub orientalnej, ukazywał podskórnie rzeczywistość w której żył. W osobie Hamleta poniekąd krytykował też samego siebie i poetów takich jak on, żyjących kryształowymi pojęciami, wyznaczających sobie cele nie do osiągnięcia i szukających złudnych miraży. Ale też wskazywał wyższość konstrukcji rozwibrowanego umysłu Hamleta nad prostą logiką Fortynbrasa, wyższość marzenia nad glina ludzką i militarnym modelem państwa, a wreszcie wyższość poezji nad życiem bez natchnień i wielkich pragnień. Jeśli nawet Hamlet popełnił wiele błędów, jeśli nie umiał oddychać i wciąż wkraczał w zakazane rewiry, to właśnie jego historia utrwaliła w panteonie wielkich postaci, nieśmiertelnych przewodników, którzy odważyli się stanąć do nierównej walki z mocarnym przeciwnikiem i gotowi byli ponieść ofiarę najwyższą.

Dla takich chwilowych dowódców jak Hitler, Stalin, Mao Tsetung czy Fortynbras, jednostka nie ma znaczenia, a jej śmierć staje się wręcz obowiązkiem wobec nowego władcy, któremu trzeba się usunąć, bo inaczej szybko straci się życie z jego polecenia. Hamlet zrobił co do niego należało, odszedł w zaświaty bez zbędnych utrudnień i teraz ma spokój, a raczej wieczny odpoczynek: Teraz masz spokój Hamlecie zrobiłeś co do ciebie należało/ i masz spokój Reszta nie jest milczeniem ale należy do mnie/ wybrałeś część łatwiejszą efektowny sztych/ lecz czymże jest śmierć bohaterska wobec wiecznego czuwania/ z zimnym jabłkiem w dłoni na wysokim krześle/ z widokiem na mrowisko i tarczę zegara. Słynne zdanie Hamleta, wypowiedziane tuż przed śmiercią, iż reszta jest milczeniem zostaje ironicznie skomentowane przez Fortynbrasa, który zostaje pośród żywych i będzie wydawał rozkazy, obdarowywał szpicli, zauszników i skazywał na śmierć niepokornych, stających mu na drodze przeźroczystych, znikomych buntowników. Dla niego samobójstwo nie jest aktem odwagi, lecz elementarnym poddaniem się woli zarządcy, pogodzeniem się z jego wyrokami i zastosowaniem się do nowych reguł. Więcej odwagi wymaga rządzenie, które zawsze obwarowane jest niebezpieczeństwami ze strony ludzkiego mrowiska i największego zdrajcy – czasu, który nieustannie odmierza dni panowania, przygotowuje najdoskonalszy zamach na tego, który zasiadł na wysokim krześle. Przy całej sympatii dla Hamleta, król Norwegów nie może powstrzymać się od ironii i komentować ze swadą prostego żołdaka, dziwacznych i zwariowanych wyczynów Hamleta. Przecież to takie niedorzeczne zabijać starca za kotarą, zwodzić jego córkę, a potem stawać do pojedynku z synem – to takie emocjonalne mścić się na zabójcy ojca, nie rozliczywszy setek, tysięcy innych jego grzechów. A przecież gdyby Hamlet doszedł do władzy, mógłby rzucić na kolana Klaudiusza i pokazać narodowi jaki jest silny, jak sprawiedliwie karze nieprawości, jak mądrze analizuje świat i wyciąga wnioski. Teraz już za późno na „ćwiczenia” Hamleta i glina ludzka nie jest mu już potrzebna – teraz weźmie go w swoje władanie wilgoć i ziemia, szybki rozkład i powrót do materii pierwotnej. Śmierć Hamleta jest dla nowego władcy tak samo absurdalna jak jego życie, a wieczność – w obliczu rychłego „generalskiego” pogrzebu i zapowiedzianych z emfazą manewrów nowego władcy – staje się elementem w grze pomiędzy chwilowym istnieniem a historią dynastii. Efektowny sztych księcia, który pozbawił życia króla, tak naprawdę odebrał jemu wszystko i stał się przekleństwem całego królestwa, oddanego Fortynbrasowi bez walki i negocjacji.

Hamlet był marzycielem i kierował się w swoich poczynaniach odruchami serca, nie mógł wybaczyć Klaudiuszowi, że zamordował jego ojca i zagarnął matkę. Po ujrzeniu ducha swojego rodzica, zaczął snuć skomplikowaną intrygę, która w końcu doprowadziła do tragedii dworu, kochającej go kobiety, rodziny i całego państwa. Fortynbras ma inne cele i inne zadania, a nawet jeśli konstruuje jakieś spiski, to mają one doraźny wymiar – zapowiadając uroczysty pogrzeb, żegna się z martwym marzycielem i wskazuje, co ma do zrobienia: Żegnaj książę czeka na mnie projekt kanalizacji/ i dekret w sprawie prostytutek i żebraków/ muszę także obmyślić lepszy system więzień/ gdyż jak zauważyłeś słusznie Dania jest więzieniem/ Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się/ gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy/ to co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii. W obliczu spraw kosmicznych i narodzin nowej gwiazdy Hamlet, dla Norwega ważniejszy jest nowy projekt kanalizacji, dekret o prostytutkach i żebrakach, a nade wszystko obmyślenie lepszego systemu więzień, do których trafiać będą ludzie niepokorni i tak dziwaczni jak Hamlet. Tutaj nowy władca zgadza się ze zmarłym księciem – Dania jest więzieniem i teraz trzeba zrobić wszystko, by zostało ono dostosowane do jego potrzeb. W ostatnich słowach Fortynbrasa pobrzmiewa już nuta zniechęcenia, bo dostatecznie wiele uwagi poświęcił dziwakowi, nadwrażliwemu idiocie, który doprowadził do totalnej tragedii i nie potrafił wybiegać myślą w przyszłość. Zabiła go chęć zemsty i nieustanne rozpamiętywanie tego, co się stało, jakby nie istniała polityka, przemyślane ruchy, a wszystko miałoby się skończyć wraz z efektownym sztychem. To jest niezrozumiałe dla takiego pragmatyka jak król norweski i nawet jeśli nową gwiazdę nazwą jego imieniem, to będzie to wydarzenie z rzędu tych, które mają wymiar symboliczny, ale nic nie znaczące w obliczu wiecznego czuwania/ z zimnym jabłkiem w dłoni.  Zostaje zatem pożegnanie, bardzo poetyckie i nieprawdopodobne w kontekście wyartykułowanych wyżej zadań:  Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach/ a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę. Tak, bo istnienia tych dwóch mężczyzn były jak osobne archipelagi, którym obojętne było jakie słowa na nich padają i jakie wody je oblewają. Osobność ludzkich bytów staje się wyrazista dopiero w obliczu śmierci, zawsze samotnej, zawsze odnoszącej się do tego, który musi wydać z siebie ostatnie tchnienie. Patrząc na losy duńskiego księcia i parafrazując Fortynbrasa, można na koniec powiedzieć: a to życie, cóż może, cóż może Hamlecie, w obliczu kosmicznych ogromów, sił elementarnych i panowania tych, którzy nadejdą… Cóż może Hamlecie…?

[1] William Szekspir, Hamlet Książę Danii, przekład Ryszard Długołęcki, 
Bydgoszcz-Gniezno-Warszawa 2013, s. 218–219.

STO WIERSZY POLSKICH (XXIII)

Stanisław Grochowiak rys. Kazimierz Wiśniak

Stanisław Grochowiak    rys. Kazimierz Wiśniak

Stanisław Grochowiak

 CZYŚCI

Wolę brzydotę
Jest bliżej krwiobiegu
Słów gdy prześwietlać
Je i udręczać

Ona ukleja najbogatsze formy
Ratuje kopciem
Ściany kostnicowe
W zziębłość posągów
Wkłada zapach mysi

Są bo na świecie ludzie tak wymyci
Że gdy przechodzą
Nawet pies nie warknie
Choć ani święci
Ani są też cisi

Stanisław Grochowiak był poetą nie stroniącym od artystycznych i życiowych prowokacji, a jego niepohamowany alkoholizm doprowadził go do przedwczesnej śmierci w wieku zaledwie czterdziestu dwóch lat. Zadebiutował w 1951 roku, a potem krytyka wyznaczyła mu naczelne miejsce w obrębie pokolenia „Współczesności”. Do legendy przeszły jego związki z Ireneuszem Iredyńskim, Romanem Śliwonikiem, Zbigniewem Jerzyną, Zbigniewem Bartosiewiczem (Barłogiem), Janem Himilsbachem i Zdzisławem Maklakiewiczem. Obecnie wskazuje się Grochowiaka jako najważniejszego przedstawiciela turpizmu, nieformalnego kierunku w poezji polskiej XX wieku, a jako kompanów przydaje mu się tutaj Andrzeja Bursę i Ernesta Brylla. Te dość ryzykowne ustalenia – wszak każdy z tych twórców miał własną, integralną osobowość – związane są przede wszystkim ze sporem jaki powstał pomiędzy nim i Julianem Przybosiem, który w wierszu Oda do turpistów („Przegląd Kulturalny” 1962 nr 45) skrytykował Grochowiaka, a powodem był przede wszystkim wiersz pt. Czyści, opublikowany w zbiorze pt. Rozbieranie do snu (1959).  Przyboś stworzył określenie turpizm, wywodząc je z łacińskiego słowa turpis (brzydki) i w swojej odzie wyartykułował szereg emocjonalnych epitetów. Padły tam takie określenia jak wyjadacze resztek, ścierwo Charlesa Baudelaire’a, młodość kaleka, noga wyjęta z kubła w prosektorium, moralista od siedmiu czyraków, pegaz-Szczur, deratyzacja wierszy itd. Trudno dzisiaj pojąć zacietrzewienie Przybosia, a tym bardziej jego odę zaklasyfikować jako osiągnięcie poetyckie – raczej wiersz ten kojarzy się z grafomańską fanfaronadą, przeładowaniem znaczeniowym i nadużyciem autorytetu.

Wielosłowiu i zacietrzewieniu Przybosia, Grochowiak przeciwstawia jasny wykład turpistyczny, w którym każde słowo ma swoje znaczenie, każdy wers dopowiada jakiś sens do tego, co zostało wyżej wyartykułowane. Poeta prowokuje: Wolę brzydotę/ Jest bliżej krwiobiegu/ Słów gdy prześwietlać/ Je i udręczać, a jednocześnie odnosi sytuację liryczną do rzeczywistości ludzkiej. Panuje pośród niej przekonanie, że człowiek jest piękny, urodziwy, tworzone są gradacje urody męskiej i żeńskiej, a wręcz wskazuje się konkretne wzorce w świecie aktorskim, artystycznym czy politycznym. Grochowiak przypomina, że ludzkie ciała składają się z kości i mięsa, ożywianych poprzez nieustanne pulsowanie krwiobiegu niosącego tlen i innych płynów ustrojowych. Jeśli zdejmiemy okrywę skóry, jak to możemy zobaczyć w atlasach anatomicznych, ukaże nam się krwawa struktura ludzkiego wnętrza, owa „brzydka” plątanina tkanek i rurek, szkieletu i układu nerwowego. Ludzie stworzyli w swojej wyobraźni fantom urody ludzkiej i nieustannie zapominają o tym, co znajduje się pod skórą. Podobnie jest z prawdziwą poezją, która powinna odzwierciedlać to, co brzydkie i bliższe wnętrzu, a nie generować tylko zachwyty nad „pięknem” i „czystością” ludzkiej egzystencji. W takim kontekście tytuł wiersza zyskuje wydźwięk ironiczny, a czystość staje się określeniem z gatunku niemożliwych, zakłamanych i wynaturzonych. Tak jak prześwietlenie rentgenowskie odsłania w człowieku kościotrupa – wskazuje Grochowiak – tak brzydota demaskuje w wierszu fałsz i prawdziwą udrękę życia. To za każdym razem musi być szok estetyczny, przeniesienie akcentów wartościujących w obręb brzydoty, albo cykliczne powroty do prawdziwego znaczenia przymiotnika turpis. W nim zaczyna i kończy się wszystko – w nim też zaczyna się ciąg opozycji, które uświadomić mają czytelnikowi, że nie znajdzie na ziemi wyabstrahowanego piękna, a wszystko jest tylko kwestią ustaleń i konwencji. Wszak trudno by było nauczyć ludzkiego piękna byty pajęczaste, szponiaste, różnorakie płazy, gady, zwierzęta tak dziwaczne jak słoń, żyrafa czy nosorożec. Te byty także mają swoje kanony piękna i daleko im do ludzkich wyznaczników – łatwo też wyobrazimy sobie jakim straszliwym potworem jest dla pająka krzyżaka lub karalucha Brigitte Bardot, Elizabeth Taylor, Marlon Brando albo Robert Redford.

Grochowiak tworzy na potrzeby wiersza specyficzną mitologię brzydoty, potrafiącej generować bogate formy, spiętrzającej komplikacje, mnożącej asocjacje i będącej zdecydowanie ciekawszą od piękna. Niestety w pierwszym wersie znalazło się niefortunnie użyte słowo ukleja, które może przywodzić na myśl niepotrzebne, błahe konteksty ichtiologiczne. Chodzi oczywiście o sklejanie najbogatszych form, czyli mutowanie, zwielokrotnianie sensów i znaczeń, nieustanne generowanie nowych treści, z których powstają barokowe konstrukcje, surrealistyczne obrazy. Nie przypadkiem zaistnienie turpistów zbiegło się w Polsce z odkryciem nadrealistów francuskich w poezji i malarstwie, ze szczególnym uwzględnieniem liryki André Bretona, Paula Eluarda, Louisa Aragona, obrazów Chirico, Daliego i Magritte’a. Brzydota „retuszuje” absurdalność piękna w obliczu śmierci: Ratuje kopciem/ Ściany kostnicowe, znosi marmurowy patos i W zziębłość posągów/ Wkłada zapach mysi. Ludzkie ułudy związane z pięknem stają się komiczne w obliczu brudu, chaosu, eschatologii i dopiero pojawienie się określenia turpis wprowadza ład do umierania, rozpadu, kremacji i zgnilizny. Najwrażliwsze byty, szukające piękna, muszą przyznać, że brzydota też ma swoja logikę i może stać się inspiracją dla literatury i sztuki. Mamy tego liczne przykłady, choćby w poezji i dramacie epoki romantyzmu, a ostatnio najdobitniej w malarstwie Zdzisława Beksińskiego. Turpiści drugiej połowy dwudziestego wieku opisywali przestrzenie i artefakty odrażające, skupiali swoją uwagę na destrukcji, przemijaniu, kalectwie, chorobach i rozkładzie. Mając świeżo w pamięci okrucieństwa II wojny światowej, Przyboś nie mógł tego zaakceptować i kpił z nich w swojej odzie, dając do zrozumienia, że turpizm jest bez sensu, nie ma podbudowy ideologicznej, a jedynie pragnie szokować czytelnika kolejnymi ewokacjami rodem ze śmietnika. Grochowiak jednak, nie zważając na krytykę przedstawiciela Awangardy Krakowskiej, konsekwentnie stosował swoją strategię antyestetyczną, a czasami wręcz rozsadzał rzeczywistość w wierszu i opisywał poszarpane, zdeformowane cząstki.        

Krytyka turpistyczna szła bardzo daleko i wskazywała, że najmniej ciekawi są ludzie nijacy, dokładnie wymyci, nie mogący zainteresować nikogo, nawet przysłowiowego psa: Są bo na świecie ludzie tak wymyci/ Że gdy przechodzą/ Nawet pies nie warknie/ Choć ani święci/ Ani są też cisi. To wymycie sięga poza obręb skóry i odnosi się też do mózgów, które nie są nośnikami ekscytujących treści, a jedynie podtrzymując nijaką egzystencję, sprawiają, że trwa „coś”, co nie ma wyrazu, nie tworzy i nie potrafi przekształcać świata. To nie są święte byty, ani pokorni ludzie, schylający głowy przed śmiercią i destrukcją – raczej krzykliwi konsumenci, przepychający się do dóbr i żyjący w obrębie sztucznej mitologii piękna. Okrywa skóry i powierzchnia ludzkiego ciała nigdy nie skłoni ich do refleksji nad brzydotą żył, szkieletu i zawsze uciekać będą od sytuacji ekstremalnych, w których przymiotnik turpis odgrywa naczelną rolę. Cywilizacja i kultura stworzyły mechanizmy oczyszczenia, w domach są prysznice i gorąca woda i człowiek może nawet nie mieć do czynienia z własnymi fekaliami, natychmiast spłukiwanymi w dezynfekowanych urządzeniach sanitarnych. Takie tuszowanie wstydliwych wymiarów życia budzi sprzeciw Grochowiaka, który chce żyć w świecie prawdziwym, nie retuszowanym, w którym plwocina i wymiociny, fekalia i jucha sąsiadują z marmurowymi posągami i ze świętością. Tylko takie antytezy stworzą syntezę i pojawi się prawdziwy wymiar ludzkiego losu, zawsze zawieszonego pomiędzy ekstremami. Poeta rozumie, że ludzie tworzą sobie domowe, rodzinne enklawy i sam też żył w takim stadle, ale nigdy nie opuszczała go potrzeba obcowania z brzydotą, czemu dawał wyraz sprowadzając do domu wstrętne kundle, wszczynając burdy, upijając się w towarzystwie meneli i włóczęgów, a potem umierając najprawdziwiej w związku z powikłaniami po chorobie alkoholowej. Zaznając piękna, kochając i dając życie dzieciom, nosząc w pamięci świetlane zdarzenia z dzieciństwa, miał też w sobie bolesne pęknięcie czasu okupacji, a pamięć podsuwała obrazy ciał gnijących na ulicach, rozkładających się koni, szczurów grasujących pośród porozrzucanej w ruinach padliny. Zapewne już wtedy nauczył się, że wszystko w ludzkim świecie jest dwoiste, a potężną przeciwwagą piękno jest wszechobecna brzydota.

LEKKOŚĆ I ZMIENNOŚĆ

3

Poezja Joanny Wrzesińskiej oparta jest na ulotnych paradoksach, nieustannie wyłuskiwanych ze zdarzeń i gestów, spotkań i przeżyć. To jest uważne studiowanie elementów świata, a zarazem ciągłe sondowanie samej siebie. To próba znalezienia w wierszu złotego środka, harmonii pośród niestabilnych cząstek przestrzeni – tutaj: płaski księżyc i białe światła, tutaj wszystko staje się nad-wyraziste i domaga się dopełnienia w słowie. Wrażliwość kobiet bywa zaskakująca i dopiero gdy zaczynają pisać wiersze, gdy dzielą się z czytelnikiem tym, co rozgrywa się w ich wnętrzach, zaczynamy rozumieć kim są i jakże wiele mają do przekazania. Zwykle ich świat kojarzymy z uczuciami, lekkością i zwiewnością, ale jest to przekonanie tyleż prawdziwe, co pobieżne, nie obejmujące fenomenu rozrastającego się wnętrza, kształtującej się przestrzeni intymnej, w której zawsze pojawiają się znaczące cząstki i wyznaczniki. Kobieta niesie swoją tajemnicę przez lata i często się zdarza, że nigdy jej nie uzewnętrznia, nigdy nie odważa się opowiedzieć o sobie i jej świecie. A przecież byłyby to relacje o głębiach i przepaściach, o kolejnych celach i zdobywanych szczytach – o walkach, jakie musi toczyć, by zapewnić byt sobie i rodzinie i żyć stale w euforii zdarzeń prostych albo daleko wykraczających poza codzienność, poza zwykłość: ciągną się niewidzialne pajęczyny/ przypinają kosmyki włosów do twarzy/ strącają barwy korali/ matowieją kształty/ systematycznie powielają/przestrzeń. Poezja daje szansę ukazania choćby części tego, co rozgrywa się w subtelnym kobiecym wnętrzu, co konstruuje je codziennie i co burzy w nim, zdawać by się mogło, trwałe fundamenty. Staje się też rodzajem dziennika lub pamiętnika,  który szybko zyskuje rangę powiernika trosk i radości, nieodzownego elementu życia i jego nieustającego dopełniania.

Ważną rolę w tych wierszach odgrywa natura i mit kalendarzowy – wpisanie ludzkiej egzystencji w doroczne zmiany pór roku, odradzanie się, dojrzewanie, a potem więdnięcie, zamieranie kwiatów i drzew, ziół i krzewów. Szukanie balansu, wyodrębnianie elementów świata, wiąże się tutaj z dopełnianiem kolejnych kręgów czasowych i odnajdywaniem harmonii: na lepkich pajęczynach traw/ snuje się słodycz/ sadów/ pasiek/ wina/ emanują/ nowe doznania. Doświadczanie świata zostało tutaj wpisane w bieg pór roku i podkreślone osobnymi działami zbioru, ale też znalazło swoje odbicie w tkance ulotnych liryków, lekkich jak puch dmuchawca, rozprzestrzeniających się jak jasne smugi pośród błękitnego nieba: chmura przegląda się/ w lustrze nieba/ na błękitno-różowym tle/ układa rozwiane myśli/ w modne fryzury. Spojrzenie poetki jest jasne, pełne miłości i zrozumienia, docierające do tajni przyrody, a subtelna empatia podąża ku sercom najbliższych jej osób. Pragnienie układania myśli i zdarzeń w logiczne ciągi znajduje swoje potwierdzenie w kolejnych wierszach, lekkich i zwiewnych, ale zadziwiająco konkretnych i trafnie analizujących doznania. Prawdziwa sztuka słowa polega na jego dozowaniu, przeciwstawia się gadulstwu, szuka syntezy i takiej konstrukcji wiersza, by pomieścił on treść opisową i naddaną, a przy tym nie zagubił niczego z symboliki chwili: wieczorna herbata/ kropla wiruje/ nie chce rozwiać się w chmurach/ i spocząć. Wrażliwość poetki nie znajduje odpoczynku, stale przesiewa istnienie przez sito delikatności i czułości, a potem znajduje słowa elementarne i tworzy z nich jedwabny kokon kolejnych dni i nocy.

Eschatologia została tutaj wpisana w naturalny bieg rzeczy, w zmienność dobową i roczną, w nieustanną metamorfozę, a jeśli zdarza się jakieś zawieszenie odwiecznych praw, to zyskuje ono wartość liryczną, staje się symbolem chwilowego i jakże kruchego istnienia: ostatni liść akacji/ szepcze/ że wiatr o nim zapomniał/ wilgoć przykleja się do rzęs/ jak łzy. Tak natura rozpościera swoje władanie na ludzki byt, tak staje się jego odbiciem i dopełnia jego immanentną treść. Wiosna, lato, jesień i zima nadchodzą, krzewią się w świadomości, a potem znikają bezpowrotnie – ludzkość nazywa to latami, choć mamy tutaj do czynienia z cyklem kosmicznym i biegiem naszej planety wokół słońca. Każda pora roku ma swoją symbolikę i każda ma swój urok, ale też może generować tony smutne, rodzić melancholię i przenosić myśli w obręb spraw ostatecznych. Wiosna wybucha soczystą zielenią, lato dojrzewa w żółcieniach i czerwieni, jesień to brązy i sienny, a zima to biel, okrywająca wszystko szczelną zasłoną, każąca czekać na znak lub gest, na chwilę, która rozpłomieni wszystko: biel pokryła obrazy/ z dala rozlewają się pleśnie/ noc zapaliła ciszę/ pachnie jak żywica/ wyczekiwana chwila wschodzi. Ale przecież pod okrywą, pod śnieżnym puchem rodzi się już nowe życie, zaczynają wznosić się ku światłu pierwsze kwiaty, przebiśniegi, fiołki i krąg roczny zaczyna się od nowa, a mit kalendarzowy znajduje swoje odzwierciedlenie w powszechnym wzrastaniu, rozkwitaniu, a potem w upadku w kruchość i nietrwałość. Poezja Joanny Wrzesińskiej niesie wyraźne przesłanie, jest pochwałą życia i przemijania, potwierdzaniem egzystencji i zgodą na odejście, ale też jest próbą uchwycenia ulotności świata, jego chwilowości i kruchości w  każdej sekundzie, minucie, godzinie, w każdym dziesięcioleciu i stuleciu. Warto czytać te wiersze, bo jest w nich autentyczność i subtelność, skromność osoby ludzkiej i piękno dziewiczej natury, elementarna siła słowa i metamorfoza świadomości. Słowem – liryka kobiety, która patrzy na świat szeroko otwartymi oczyma i wsłuchuje się w rytm natury, jakże doskonale rymujący się z rytmem jej serca i wyczuwalnym pod powłoką skóry pulsem krwi.

 

DOMYKANIE KRĘGÓW

l-001Droga może być sposobem życia i wielką inspiracją, nieustającym pędem i spokojnym podążaniem w dal. Od dawien dawna ludzie zmieniali swoje życie ruszając do przodu, przemieszczając się wozami, coraz wymyślniejszymi środkami komunikacji, albo po prostu wędrując pieszo, pokonując wielkie przestrzenie i odkrywając nowe widoki. Ludzkość nie osiągnęłaby tak wiele, gdyby od samego początku nie odczuła potrzeby zmiany otoczenia, zdobycia innej przestrzeni życiowej. To ruch generował postęp i wzmacniał poczucie wartości każdej chwili, każdego kroku stawianego w nieznane. Bez tego nie byłoby wielkich odkryć geograficznych, nowych szlaków i wielkich miast, a człowiek nie rozwinąłby się tak dynamicznie, podążając szybko od obsydianowej siekiery do promu kosmicznego. Jeśli wyabstrahujemy ludzką świadomość, rozwijającą się poprzez wieki, odkryjemy, że była zawsze siłą dynamiczną, rozprzestrzeniającą się w czasie i przestrzeni, dążącą do przekształceń i modyfikacji. Szybko też okazało się, że podróżowanie jest przyjemne, a nawet może stać się celem życia, dyrektywą rozwoju, nieustannego zdobywania wiedzy i poszerzania horyzontów myślowych. W poezji, szlak i wędrowiec, zajmują poczesne miejsce, czy to jako cząstka wiesza, czy jako relacja z odbytych wypraw, albo – jak w przypadku Herberta, Brodskiego, Tranströmera – jako rodzaj filozofii artystycznej, połączenia życia z elementami rzeczywistości odległej, wytęsknionej i dotykanej realnie. Refleksja nad podróżą przenosi tego typu aktywność na wyższy poziom jej rozumienia i może stać się celem finalnym, destynacją ostateczną, zamkniętą w ramy eseju, powieści, opowiadania albo wiersza.

W poezji Adama Lewandowskiego droga pojawia się wielokrotnie, ale też powiązana jest z integralnymi cząstkami imaginatywnymi,  z obrazami i pojęciami podstawowymi dla egzystencji.  Idąc skrajem życia poeta bacznie przygląda się ludziom i ich otoczeniu, szuka znaków obecności i analizuje sytuacje ekstremalne – szuka choćby milimetra prawdy, pragnie osiągnąć stan harmonii z otoczeniem. Nie jest to łatwe, bo wiersz podróżny ma w sobie immanentny gen ruchu, zakładanej destabilizacji, wymuszanej zmiany, wiary w nową odsłonę, za którą pojawią się ekscytujące obrazy i nowe zdarzenia nadadzą sens kolejnym dniom. To nie są wiersze proste, raczej wystudiowane, filozofujące, szukające zasady, odnajdujące się w regule, nieustannie ewoluujące. Jakby poeta zatrzymywał się w pędzie, rozglądał się dookoła i analizował to co było, co jest i co może się wydarzyć. Przecież nie można pisać w pędzie, a choć zdarzają się poetyckie notatki na szlaku, to i tak końcowa redakcja wiersza odbywa się w samotności, ostateczna edycja wymusza zatrzymanie i głęboką zadumę. Ale to daje też możliwość wkomponowania do tomu elementów refleksyjnych, zamyśleń nad muzyką współczesną, nad Johnem Nashem, poezją Herberta czy książką historyczną. Prowadząc niezwykle aktywne życie, musi Lewandowski znaleźć takie chwile, kiedy się wyciszy, zamyśli nad sobą i nad drogą, którą podąża – znajdzie balans pomiędzy ruchem i statyką. Kolejne tomy tego autora są świadectwem odnoszonych zwycięstw, a wiersze stają się stopniami w drodze ku wyżynom myśli i doświadczenia. Poeta jednak wie, że tylko z perspektywy śmierci widać jak kruche jest istnienie i dopiero zamknięcie rozdziału egzystencji daje wyobrażenie o tym, czego dokonał człowiek. Ostatnie chwile stają się też ostatnimi etapami w życiowej drodze i domknięciem wielu mniejszych i jednego wielkiego kręgu egzystencji.

Lewandowski tworzy też w swoich wierszach atmosferę ciepła i intymności, pragnie wskazać, że tylko bliskość daje poczucie spełnienia, tylko subtelny dotyk może złagodzić ból przemijania. Miłość jest dla niego energią pierwotną, która też jest rodzajem drogi i nieustannego odkrywania nowych przestrzeni, cudownych zakątków i uroczysk. Zaklina zatem: Przytul się do mnie/ bym uwierzył że istniejesz/ w dobroci dnia i nocy/ które nigdy nie miną – tak też potwierdza, że uczucia mogą przeciwstawić się rozpadowi, mogą generować dobroć i rozprzestrzeniać ją w czasie. Nic nie jest nam dane na zawsze, ale liryka potrafi uwznioślić i ocalić to, co zwykle popada w zapomnienie, co znika równie szybko jak smuga na niebie, jak krąg na wodzie. I zadaniem poety jest tworzenie wierszy ocalających, liryków układających się w ciąg znaczący dla jednego losu, które jednak mogą też stać się paradygmatem dla innych istnień. Ruszając w drogę poeta zabiera ze sobą nadwrażliwość i stara się obdarzać nią przestrzenie, które mija, próbuje nie zagubić jej na którymś zakręcie. To wielki dar, który otrzymał od życia i wielkie nieszczęście – chwila pierwsza i ostatnia, początek i koniec szlaku. Tutaj pojawia się formuła wolności w zamknięciu, a zarazem uwięzienia w niezależności (Wolny a zamknięty), tutaj wszystko zyskuje wymiar antytetyczny, popychający egzystencję do przodu i nieustannie przypominający, że istnienie jest chwilowe, egzystencja krucha, czas ściśle określony. Warto czytać nowe wiersze Adama Lewandowskiego, bo jest w nich sporo niezwykle intrygujących zakamarków, wiele ścieżek i dróg, nagle ginących w mroku, a zarazem nagle wynoszących byt na wielkie jasne równiny. To jest poezja wymagająca od czytelnika określonego formatu intelektualnego, wiedzy nieomal filozoficznej, a zarazem przeistaczająca się w ulotną lirykę miłosną, którą najpełniej zrozumie zakochana kobieta, tęskniąca i cierpiąca tak jak poeta. Warto więc zatrzymywać się dłużej przy najbardziej udanych wierszach, warto podążać we wskazanym przez autora kierunku i warto zamyślić się nad światem, nad sobą i nad siecią rozgałęziających się dróg i stale domykanych kręgów.

KROPLA NICOŚCI

sny przedranne po korekcie 03 07 2016 okładka.cdrBycie poetką bywa trudne, bo role życiowe kobiet są wielorakie, uwikłane w rodzicielstwo, pracę zawodową, nieustanne towarzyszenie wybranemu mężczyźnie i budowanie więzi najbliższych osób. Poezja pojawia się u nich jako wyraz niezależności twórczej, szlachetnego smutku i liryzmu wewnętrznego, pojmowanego jak w motcie do tej książki, zaczerpniętym z myśli wielkiego filozofa i etyka Henryka Elzenberga: Liryzm jest pięknością jedyną,/ w nim ta smutna kropla nicości,/ którą nazywamy człowiekiem… A choć jest to aforyzm gorzki, wskazujący nasze zwieszenie pomiędzy bytem a pustką, jest w nim prawda o chwilowej egzystencji, o istnieniu w nieistnieniu i autentycznej formie niezależności, jaką jest poezja. Smutna kropla nicości jest wszakże cząstką wody, tworem pełnym energii, nie mogącym zastygnąć w ściśle określonej chwili, podążającym ku nowym przestrzeniom, istniejącym w obliczu zagrożeń, wyschnięcia i zamrożenia, rozbicia na cząstki i całkowitego zniknięcia. Ta sytuacja rodzi refleksję filozofa i poety, że owa kropla pojawia się w pięknym liryzmie, w zamyśleniu autorskim i wpatrzeniu w głębie otwierające się stale przed nami. To wyraz wolności ludzkiej i umiejętności analizowania chwil, wielkich przedziałów czasowych, momentów inicjacji i eschatologicznej pełni. Życie/ przeplata się/ ze śmiercią/ zawsze jest czas/ i nigdy go nie ma – nicość stale wdziera się do naszego życia, wciąż próbuje anihilować kształty i dokonania, a jakby się człowiek nie starał i cokolwiek nie robił, triumfuje u kresu dni, zabiera ludzki kształt, urodę i kolor oczy, uśmiech ust i gest dłoni.  Jest zapowiedzią niebytu wieczności i staje się jego formą dla zamkniętej biografii, przypominanej przez tych, którzy zostali, nieuchronnie osuwającej się w przeszłość i zapomnienie. Wiersz i książka poetycka powstrzymują entropię, w danym momencie stulecia, w określonej fazie życia autora i są utrwaleniem rzeczywistości w kadrze dziejącej się chwili.

Poezja Heleny Dobaczewskiej-Skonieczki jest próbą wtopienia w bursztyn wiersza tego, co było żywe i tętniące znaczeniami, co stanowiło treść prawdziwego trwania i miało wpływ na kształtowanie się biografii. Wyjątkowa jest tutaj umiejętność kontrapunktowania i ukazywania własnych losów w perspektywie ogromów wszechświata, galaktyk i gwiazdozbiorów, nieba dramatycznie tężejącego wieczorem i rozświetlającego się rano. To wskazanie, że istniejemy w określonej przestrzeni kosmicznej, a nasze utrwalenia rzeczywistości, kolejne odcinki drogi, bywają przegraną lub osiągnięciem, częścią większego systemu, który nas stworzył i wciąż generuje nowe konteksty. Zaletą tej poezji jest jej eteryczność i umiejętność ukazywania bytu w mgnieniu, w ulotnym zachwycie, w sytuacji wyjątkowej, która była cząstką wieczności i może się nigdy więcej nie powtórzyć. Słowa poetki układają się w szyfr tęsknoty i pełni, odsłaniają jej subtelne wnętrze, a zarazem stają się świadectwem wrażliwości na wszelkie odcienie świata, na cienie i blaski miłości: Twoje dłonie/ wędrowały/ po wszystkich/ zakamarkach/ mojego ciała/ śledziły wypukłości/ które mi dała natura. Nuta liryczna przypomina tutaj szlachetny dźwięk skrzypiec, ballady Chopina albo daleki odgłos pasterskiego fletu, a wszystko w obrębie krainy wyodrębnionej z chaosu i kreowanej na trudną arkadię. Kwitną w niej kwiaty i przechodzą burze świata czarnego, pojawiają się piękne ptaki i śmierć nieustannie przypomina, że jesteśmy bytami chwilowymi i mamy niewiele czasu by uzewnętrznić naszą wyjątkowość. Ale jednak wiersz staje się magicznym obszarem, w obrębie którego obowiązują inne prawa, zostają zatrzymane fizykalia, a refleksja może rozprzestrzeniać się swobodnie i rozświetlać przestwór.

Liryka Dobaczewskiej-Skonieczki odzwierciedla harmonię natury, w której jest prostota i pełnia, czystość i oryginalność, a nade wszystko odbicie doskonałości Stwórcy. To ambitne poetyckie zadanie, by w słowach zawrzeć to, co jest elementem wielkiego systemu kosmogonicznego, co podąża od niebytu do świętości. Tylko w transcendencji lirycznej dostrzec można, że kropla nicości opalizuje barwami, połyskuje światłem, a jej znikomość da się porównać z zanikaniem kształtów w mroku, z wyłanianiem się perkozów i nurków z mgły. Analizując kolejne tomy autorki, konsekwentnie publikującej od lat, widzimy ciągłość doświadczenia poetyckiego i jej nieustającą czujność liryczną – umiejętność wyodrębnienia zdarzeń i ludzi, ich przestrzeni życiowych i indywidualnie moderowanych artefaktów: Rzeka ludzi/ płynie ulicami/ i w podziemiach metra/ wszyscy spieszą się/ zajęci sobą/ mrówki/ Patrzę z boku/ płynę/ swoim nurtem/ na moście Millenium/ wiatr urywa głowy/ można je stracić/ od nadmiaru wrażeń.  Człowiek jest tutaj częścią natury, ale też integralnym bytem, dekodującym doskonałość pierwotnej kreacji, aktu ciągnącego się od zamierzchłej przeszłości do teraźniejszości, chwili pulsującej w każdej ludzkiej kropli, w elementarnym słowie i każdym promieniu światła. W liryce tej: Smuga światła/ wciśnięta/ między okiennice/ rozdziera ciemność – inicjuje świat i wypełnia go radością, przydaje blasku i pozwala rozróżniać nieskończone odcienie barw. Twórczość może nawiązywać do momentów trudnych, ale – nie zapominając o eschatologii – powinna afirmować istnienie, każdy nowy dzień i każdą tętniącą odgłosami noc. Mądra pochwała świata widoczna jest w tym tomie i stanowi jego ogromną wartość, szczególnie dzisiaj, gdy mnożą się zagrożenia, a dobro i głęboka zaduma wypierane są przez agresję i nienawiść. Proponując świat świetlisty i przejrzysty jak kropla wody, autorka nie bez powodu przytacza na początku tomu słowa filozofa – ustala proporcje i wskazuje zasadę. Czuwając przy słowie, czuwa przy człowieku, stale od nowa zaczyna tworzyć opowieść o sobie i o ludziach, których spotkała na swojej drodze, dopełnia trwanie refleksją liryczną, która staje się filozofią każdego istnienia.
__________
Helena Dobaczewska-Skonieczka, Przedranne sny, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2016, s. 140.

« Older entries

%d blogerów lubi to: