ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (11)

Poezja Ireny Conti dotyka spraw ostatecznych. Nieustannie analizuje rzeczywistość i próbuje w niej znaleźć odpowiedź na pytanie o sens egzystencji. A jednocześnie stale dopowiada nowe treści, stale rzeczywistość wzbogaca, stale umieszcza rzeczy i ludzi, krajobrazy i przestrzenie w perspektywie refleksji filozoficznej i eschatologicznej. Dla Conti wszechświat jest tajemniczą, niewyobrażalnie wprost skomplikowaną strukturą, zasadą ponadczasowej organizacji, żywą tkanką niewyrażalnego spektrum. W takich obszarach w takich odległościach trudne jest porozumienie, a jeśli jednak ludzie spotykają się z sobą, to jest to tak nieznaczący okruch czasu, że natychmiast niknie on w lodowatej pustce i niczym para oddechu na chłodnym lustrze, nie zostawia po sobie żadnego śladu. Choć przecież odcisk świetlisty zostaje, gdzieś tam, daleko, w innych rewirach trwa stale nieme wołanie dziewiczej natury. Rację zatem ma Serena d’Arbela, gdy pisze, że ta poezja osiąga momenty najwyższe w odgadniętej metaforze człowiek-natura… Delikatność wiersza tworzy obrazy przejrzyste, w których osmotyczny związek człowiek-natura jawi się wielką światłością.

Bóg.

Taka poezja jest najwyższym stanem samoświadomości i przenosi rozważania egzystencjalne w obręb boskiego sacrum. W przypadku Conti jest to tyleż sacrum uniwersalistyczne co włosko-polskie sacrum kulturowe. Dlatego jej Bóg bywa panteistyczny, ale też i rzymski, chrześcijański, polski. Przyjrzyjmy się tym Bogom poetki, zaczynając od Pana nieogarnionej przestrzeni i czasu stojącego w miejscu. Dogmaty o Trójcy Świętej tracą dla niego sens i staje się on wspaniałą  j e d n i ą: Mój Bóg jest  t r ó j – j e d y n y/ cały z materii ziemi/ powietrza/ i wody/ Od świtu do nocy/ przechadza się w nieodłącznym/ kapeluszu nieba/ z wąziutką tasiemką horyzontu/ przypiętą do ronda/ i o nią właśnie/ potykają się moje oczy. To jest Bóg składający się z elementarnych  żywiołów, Bóg-Stwórca i dzieło samo w sobie. Charakterystyczne jest tutaj owo zawieszenie w próżni żywiołu ognia, choć – w świetle odkryć kosmologicznych dwudziestego wieku – jesteśmy pogłosem wielkiego wybuchu, pierwszego ognistego stań się! Człowiek żyjący w orbicie żywiołów jest ich naczyniem i ich chwilową pułapką. Bóg zatem nieustannie ożywia w nim dynamiczne siły, nadaje im przyspieszenie i określony kierunek – stale uzupełnia brakującą kosmiczną energię. Dlatego poetka czuje jego obecność w każdej strukturze, w każdym przejawie dynamicznej natury. Mówi:  Jego obecność w historii/ odmierzam wzrostem drzewa/ milczeniem kamienia/ i mową człowieka. To są dowody na Jego istnienie, ale też codzienne potwierdzenia i każdorazowe syntezy boskiej filozofii. Ale Bóg nie byłby Bogiem, gdyby nie było w nim powabu nieskończoności, gdyby nie ukrywał się w niezliczonych możliwościach interpretacyjnych, gdyby wreszcie nie jawił się ludziom jako ktoś, kto z wyniosłym, dobrodusznym spokojem przyjmuje ludzkie dziwactwa i semantyczną ekwilibrystykę. Ten Bóg najbardziej pociąga poetkę i jest dla niej najbardziej inspirujący: Nade wszystko jednak/ podoba mi się  J e g o  brak aspiracji/ na poszerzanie obszarów/ własnego królestwa/ i to że nie ma najmniejszej ochoty/ zamieniać błękitnego kapelusza/ na wielką czarną dziurę/ bez tasiemki horyzontu/ na obrzeżach/ Przypuszczam że przerażają  G o/ podróże w kosmos bez nakrycia głowy/ a także równowaga nuklearna/ co do której miewa uzasadnione/ wątpliwości i podejrzenia/ czy nie zachwieje jej wiatr historii/ z kierunków zupełnie nieprzewidywalnych/ Póki  O n trwa/ przytulam się do ziemi/ powietrza/ wody/ i wiem że będą przy mnie/ pod niebieskim kapeluszem nieba/ do ostatniego potknięcia moich oczu/ które za mało widziały. Wiara jest wielka siłą sprawczą w tej poezji i zarazem wielką obietnicą spotkania, ponownego zobaczenia początku i każdej chwili, ponownych narodzin i wnikliwego studium życiowej drogi. Taki Bóg jest tęsknotą i dopełnieniem cyklu astralnego, jest kompanem i kimś o rozmiarach całego wszechświata – jest najpełniejszą tajemnicą. Poezja Conti zajmuje się Bogiem, bo jest On pierwszym pytaniem jakiem pojawia się w każdej formule bytu. A jeśli to pytanie nie ma pozostać bez odpowiedzi – musi być szczere i dziecinnie naiwne. I takie w tej poezji ono jest – rację ma zatem Ugo Maria Palanza, gdy pisze, iż: Nie łatwe jest w naszych czasach spotkać poetę tak szczerze potrafiącego przekazać tak szlachetne i głębokie treści.

Wiersz Conti powstaje z umiłowania Boga i życia. Jest pochwałą chwilowego stanu duszy, fragmentarycznej świadomości, gwałtownego, ale jakże sakralnego wstrzelenia w byt. Poetka potrafi dostrzec wyjątkowość egzystencji w każdym jej przejawie i każdej odmianie. Bóg jest dla niej stwórcą, ale też jest wielkim przewodnikiem. Zwraca się zatem do Niego tworząc wiersz będący formułą żarliwej apostrofy: Boże codzienności/ wprowadź się do naszego domu/ na stałe/ od świtu do świtu/ nieprzerwanie obecny/ Bądź w każdym geście/ tych co pod dachem chwili/ szukają dla siebie schronienia/ Niech pokora będzie im tarczą/ i mieczem bez ostrza/ a i moich nie opuszczaj dłoni/ kiedy ustawiam na stole/ puste jeszcze talerze i czekam. Tak, to jest poezja pokory i oczekiwania, poezja mistycznego przeżywania kolejnych odmian codzienności. Poezja trudna i prosta zarazem, pokorna  i wzniosła, jest przesłaniem kierowanym do całej ludzkości i do kogoś bardzo samotnego. Jak pisze Cosimo Cucinotta: Przesłanie Ireny Conti zawierza wszystkim rękom, które poczują się zbratane i solidarne i podźwigną możliwość odbudowy domu na „ruchomych piaskach”, przywrócenia prawdy słowom i gestom i patrzenia na „bardziej pewne niebo”.Poetka pragnie by w każdym przejawie codzienności był element rozrastającego się sacrum. Chce żyć pośród świętych przestrzeni, bo wszystko pochodzi od Boga, wszystko jest przesycone jego energią, wszystko jest święte. To jest zdążanie ku tajemnicy, to jest mistyka przedmiotów i kształtów, mistyka wielkich odległości i pogłosu aktu stworzenia, stale obecnego w jądrze atomu i w ziarnie: Niech chleb i wino będą/ wybaczającym pamiętaniem miłości/ darem słońca wiecznie obecnego/ w ziarnie i w kiściach winogron/ soczystych dojrzałością jesieni/ zanim ziemia przyszłych narodzin/ nie przysypie naszych ciągle/ zielonych oczekiwań. Nawet śmierć nie jest w stanie zakłócić harmonii człowieka z Bogiem, nawet zrzucenie cielesnej powłoki nie jest barierą w tym akcie mistycznej komunikacji. To jest sytuacja, w której byt jest naznaczony piętnem tragizmu, ale tragizm u heroicznego. Właśnie owa bohaterska strona egzystencji jest dla Conti wyzwaniem i pokrzepieniem, jest autentyczną próbą sił. Człowiek musi stale szukać sobie zadań ponad jego siły, musi wędrować i schylać głowę przed ołtarzem, musi potwierdzać w sobie prawdę świętości. I tylko trwanie da mu moc, tylko przekonanie, że jest jeden wszechogarniający i kochający wszystko byt. Taka postawa ma w sobie wiele z chrześcijańskiej filozofii egzystencjalnej, ale jest też zwykłym, pokornym uderzeniem się w pierś, posypaniem głowy popiołem, jest chwilą zadumy nad ludzkim losem i najprostszym credo: Nie szukam nowych zbawicieli/ w świątyni bez ram i złoceń/ jeden nauczyciel miłości wystarczy/ Nie wyczekuję nowych proroków/ przepowiednie starych/ nie pominęły niczego co się stało/ nie spełniło się tylko co się/ stać może. Taki wiersz może się spełnić i sprawdzić tylko w prostym słowie, a Conti jest mistrzynią zwięzłości i prostoty. Jak pisze wnikliwy czytelnik tej poezji – Vittoriano Esposito: Irena Conti ceniąc ogromnie dorobek poetów XX wieku nie naśladuje żadnej szkoły i nie ulega wpływom żadnej mody. Jej poezja jest oszczędna i ekspresyjna, zwięzła i pozbawiona wszelkiej retoryki. Refleksyjność i emocjonalne zaangażowanie typowe dla doświadczenia poetyckiego Conti przenikają się wzajemnie, dając tej poezji czystość liryczną tym bardziej cenną, bo pozbawioną łatwych efektów. Widać, że wiersze te powstają w chwilach autentycznego kontaktu z Bogiem, naturą, udręczonym człowiekiem. Są jak skroplenie się czasu i przestrzeni, jak chwilowy, subtelny rysunek bruzd na piasku. Conti stroni od poezji lingwistycznej i eksperymentalnej, a jej narracja ma walor fabularyzowanej przypowieści, refleksyjnego dopowiedzenia, ulotnej notatki poetyckiej. Dostrzegł to też Ruggero Puletti pisząc: W tym zgiełku łatwych eksperymentalizmów, które pragną ukryć pustkę i ubrać w słowa efemerydę, wiersze Conti posiadają rzadki dar autentyzmu. Unika ona arbitralności i dwuznaczności jak grzechów przeciw racjonalnemu myśleniu. Jej styl jest własny, podobna ta poezja do garści wilgotnej ziemi, którą okładasz krzak, aby rozstał się i trwał. Zaiste, niezwykle to trafna metafora, oddająca charakter tej twórczości i jednocześnie ustawiająca ją w określonej tradycji pisarskiej. Dodajmy jeszcze tylko, że ów krzak, to krzew gorejący i drzewo poznania dobra i zła…

Człowiek.

Perspektywa boska ustawia na odpowiednim poziomie dociekań rozważania na temat człowieka. Poetka wpatruje się w mroki przeszłości i pyta o swoją ludzką tożsamość: Jakim był wtedy/ ten mój groźny p r z e d – p i e r w s z y/ zanim doczołgał się ryzykownie/ do błogosławionej pozycji wertykalnej/ i dwie części jego podzielonej kości czołowej/ zrosły się w pierwszy most porozumienia/ nad potokiem myśli jeszcze nie przejrzystych/ by schronić bezpieczniej pod swoim dachem/ tę białą i tę szarą substancję/ co razem wzięte w tej osłonie/ uczyniły go człowiekiem. Irenę Conti interesuje rodowód świadomości i jakby pierwszy punkt zaczepienia w drodze od prymitywnego tworu ku gwiazdom. Takie pytania może zadawać tylko poetka poruszająca się ze swobodą w przestrzeni historii i filozofii, umiejąca porównywać i syntetyzować – umieszczać pierwsze doświadczenia w perspektywie eternalnej. I umiejąca zadawać bolesne pytania: W jakich albumach wyobraźni/ w jakich szacownych bibliotekach/ mam szukać jego wizerunku/ by przyznać z przekonaniem/ i bez wstydu że/ to właśnie po nim odziedziczyłam/ sztukę otwierania ramion/ i oczy powłócząc w stronę zapłakania/ i usta też zdatne do uśmiechu -/ teraz kiedy w archiwach prehistorii/ taki nieporządek i z dna powywracanych/ szuflad wyzierają pomieszane wersje/ kolejnych przeobrażeń   p r z e d –  p i e r w s z e g o/ w układzie zgoła nie chronologicznym.Zadaniem poetki jest porządkowanie chaosu, nieustanne ustawianie rzeczy i ludzi we właściwie wyważonej i skonstruowanej przestrzeni. Musi ona stale sprawdzać przystawalność jej uświęconych obszarów do poszarpanych, często chaotycznie zabudowywanych przypadkowymi sprzętami, światów innych ludzi. Jak powiada Romolo Liberale – Wiersze Ireny Conti w tej dobie wielkiego niepokoju są świadectwem mądrości i miłości. I są uwzniośleniem dążeń człowieka, jego stałym wspieraniem, dopowiadaniem sensów do jego ulotnej egzystencji. Są też niestety często smutnym podsumowaniem, jakby mową pogrzebną nad grobem człowieka i grobem ludzkości: Nadzieje zawsze/ umierają samotnie/ bez błogosławieństwa/ Grzebane za murem cmentarnym/ jak ciała samobójców/ których nikt nie kochał/ czekają przed bramą/ zbawienia/ Pustoszeje po nich ziemia obiecana/ i maleńkie źródła poezji wysychają powoli/ na drobne nieuchwytne ziarenka/ sypkiego jak świeży popiół piasku/ Z ulotności popiołów/ lepimy wielką bryłę na podobieństwo/ ziemskiej skorupy nieświadomi jeszcze faktu/ że żaden siew jej nie zaślubi. Irenę Conti autentycznie interesuje los każdego człowieka. Dlatego może wypowiadać się w wierszach w imieniu całej ludzkości, dlatego wolno jej syntetyzować i tworzyć wizje ludzkich losów. To jest liryczne utwierdzanie prawdy o przedwiecznym charakterze pragnień i dążeń, to jest liryczne poszukiwanie sensów głębinnych. Tą drogą zejść można łatwo na manowce, ale ta droga prowadzi też skrajem poznania. Tu pojawiało się już wielu wędrowców, wielu poetów, filozofów, myślicieli, ale też i wielu prostych ludzi patrzących z nabożną czcią w gwiazdy i pochylających się nad radłem czy kołem garncarskim. Conti potrafi patrzeć na człowieka poprzez ogrom doświadczeń wielu wieków, potrafi też wyłuskać z tej gmatwaniny zdarzeń, sądów, postaw to co ma walor symbolu, to co jest uniwersalne i wypełnia jakąś bolesną lukę. Conti jest – jak określa to Mario Lunetta – silną, uwrażliwioną na problemy współczesności, indywidualnością.Jej nieustająca chęć dowiedzenia się o człowieku wszystkiego jest czymś wyjątkowym w poezji kobiecej – wszak zwykle orbituje ona wokół innych problemów, innych obszarów. U Conti wszystko ustawione jest jakby w linii tego samego uświęcającego strumienia światłości. Poetka pragnie podążać wraz z nim i ku niemu, chce bytować pośród gwiazd i pośród prostych ludzi, chce zaznać boskości i nie może zapomnieć o funeralnych akordach każdego ludzkiego końca. Chyba tylko poezja i filozofia są w stanie udźwignąć te wszystkie sprzeczności chyba tylko w natchnieniu, w nagłym lirycznym objawieniu i olśnieniu daje się zobaczyć ową nić światłości. I nie chce poetka tam być sama – szuka kogoś bliskiego, c z ł o w i e k a , który będzie patrzył podobnie jak ona, i który będzie widział to co ona. Ale czy taka bliskość z drugim człowiekiem jest możliwa? Czy w ogóle w ludzkiej próbie bytu możliwe jest spotkanie podobnych wrażliwości?  Poetka pyta z lękiem w sercu: A może ty nie zechcesz zamieszkać/ na tym świetlistym podniebiu/ może nie zmieścisz się w mojej tęsknocie/ może buduję za ogromne pałace/ boję się że w końcu/ za wielkie może okazać się za małe/ tylko naszą niebieskość/ opowiadaj mi dalej/ do widzenia… do światła. Czym innym są wyobrażenia, czym innym potrzeba wzniosłości, bytowania pośród ogromów, a czym innym jest przepaść jaka dzieli człowieka od człowieka. Jakże rzadko udaje się zasypać tę pustkę i jak trudno znaleźć kogoś, kto weźmie na swoje barki takie samo brzemię. W świecie ludzkim – zdaniem Conti – istnieją bariery nie do pokonania, istnieją przepaście nie do zasypania i jest wielki lodowaty ocean obojętności. Na jego brzegu przechadzają się widmowe postaci, wędrują okaleczeni przez życie. Nie ma nadziei, nie ma spełnienia, nie ma nawet w takim momencie wiary – są tylko abstrakty, tylko pozory, a przekonanie o zmienności rzeczy okazuje się mirażem. W takich chwilach poetka nie może kłamać, musi mówić prawdę – mówi zatem: Podróżniku niepewny spotkania/ znaj prawdę/ szept żaden/ nie wkradł się/ w czas i odległość/ wszystko pozostaje na miejscu/ jak wczoraj/ jak dziś/ jak w przestrzeni jutra/ Niech się nie rodzą/ nowe niepokoje/ jest w nich smutek przemijania/ Na lotniskach błogosławionych miast/ czekają jak zawsze zakochani/ i im trzeba zaufać/ Niepokój okrada wiarę/ tak niepotrzebnie/ Będę czekała/ inaczej skazańcami/ będziemy i  t y  i  j a. Ileż w tych prostych strofach pulsuje sprzecznych uczuć, ileż jakże ludzkiego lęku, że to co było wzniosłe okaże się po jakimś czasie płaskie, bez wyrazu. Conti potrafi zapisać w wierszu wszystkie tego rodzaju wątpliwości i umie też wyposażyć taki liryk w głębię filozoficzną. Jest wszakże poetką groźnie mieszających się w świadomości żywiołów, a jej wyobraźnia podąża od materii do ducha, od energii do zastygnięcia rozgrzanej magmy. Stale szuka ostatecznych rozwiązań, stale pragnie odnaleźć w przestrzeni i w świecie ludzkim struktury, które mieć będą walor paradygmatu.

Świat

Poezja Ireny Conti rozgrywa się pośród zjawiskowych pejzaży. Jest ornamentem tajemniczej i swojskiej rzeczywistości. Poetka nie dzieli przestrzeni na poszczególne segmenty, nie tworzy apologii domu, wielkich budowli czy zurbanizowanych modułów. Mieszka pośród świata i z równą czułością pisze o suficie gwiazd, co o półkach ulic, mostów, komodach domów i sal. Dla niej: Pejzaż jest jak dom/ można w nim zamieszkać/ na stałe lub czasowo/ uczynić z niego/ miejsce schronienia/ i urządzić je pozornie/ według własnego uznania/ przynajmniej do/ pierwszego buntu żywiołów. Bo przecież  ś w i a t  w poezji Conti jest płynny i pulsujący, budzi się i zamiera, pojawia się jakby odbity w krzywym zwierciadle, a potem znowu wraca do swoich wymiarów. Jest dynamiczny i statyczny zarazem, zaborczy i łatwo mieszczący się w kilku łzach. Mało tego czasami ogranicza się zaledwie do przestrzeni osobowej, mieści się w świadomości i w niej eksploduje, w niej wysuwa się ze swoich ram – I tak pęcznieją matowe szafy wspomnień/ i półek przybywa coraz więcej/ w zależności od lat i od nastroju/ a przeszłość się na nich układa/ posłuszna już nie do zamienienia/ na inną. Wtedy też następuje swoiste meblowanie świadomości. Conti nie jest pierwszą poetką, która zastosowała tego rodzaju zabieg artystyczny, ale może jedną z niewielu, której udało się wykorzystać go adekwatnie do celów. Tak powstały wiersze, w których świat zewnętrzny stał się metaforą uwikłania w wewnętrzność, a zwykłe półki zaczęły symbolizować poziomy kolejnych życiowych ról, porażek i stanów świadomości: Półka dzieciństwa jest blado-różowa/ jak wyprawka nienarodzonego/ świeżutka pachnie mlekiem/ łapczywie chwyta piersi/ nasycona zasypia/ Półka pierwsza miłość/ zasnuwa mgłą oczy/ rozchyla usta pragnieniem/ otwiera ramiona/ uczy ręce nieogarniętej/ tajemnicy dotyku i cała jest/ z niebieskiej materii raju/ wierząca i praktykująca/ Półka od rozstania do rozstania/ z błyszczącymi pęknięciami/ biegnącymi promieniście/ według reguł słonecznych/ (…)/ I wreszcie pólka stracone lata/ niektórzy na razie jej nie dostawili/ sądzą że mają jeszcze dużo czasu. Poetka patrzy na swój świat jak na monstrualną przestrzeń zabudowywaną przypadkowo, zawłaszczaną okazjonalnie. Nie czuje się tutaj dobrze, nie potrafi też przywiązać się dłużej do jakiegokolwiek poziomu. Dlatego kochając życie, Boga i świat mówi: Lubię mój pejzaż/ ale wyprowadzam się z niego/ często i bez żalu/ Żadnych szaf/ żadnych półek/ zostają na miejscu/ zabieram tylko gołe ściany pamięci/ pod najpewniejszy dach jutra. Taka postawa daje pewność i odgradza od zaborczości, od tandety i pokusy stabilizacji. Ale też taka postawa chroni od pesymizmu – jak pisze we wstępie do La Durata Vittoriano Esposito: najbardziej znamienne dla poezji Ireny Conti jest jej nieomal leopardyjskie przysposobienie do heroicznej akceptacji GORZKIEJ PRAWDY i taka sama tajemna konieczność ugięcia się prawa bólu przed prawem braterskiej miłości. (…) prawda chroni Irenę Conti przed głębokim sceptycyzmem i uwalnia od pokus pesymizmu. Ta „gorzka prawda”, to świadomość  zmienności układów i perspektyw, to wszechogarniająca entropia. Poezja może być schronieniem i obietnicą, ale nade wszystko może być prawdziwym domem, w którym poetka zamieszka na zawsze. Jej liryka jest jak otwarcie na świat, jak wpuszczenie do domu wiatru i śniegu, jak zaproszenie dreszczu i zapachu palących się jesienią liści. Poetka zatem jest w domu i pośród natury, żyje w harmonii ze światem zewnętrznym, który łagodnie ścieli się w jej wnętrzu. Kontemplacja natury staje się wtedy odkrywaniem samej siebie: Jeżeli to pora lata/ za oknem nawołują mnie liście/ i natrętnie soczystym kolorem/ uparcie szeleszczą nad uchem:/ „Posłuchaj droga naszej zieleni/ jest krótka przy następnym spotkaniu/ nikt nas od czerni nie odróżni/ a i twoje kolory obrócą się w popiół/ i nie odnajdziemy już po tobie śladu”/ Więc otwieram szeroko drzwi i co tchu wybiegam do liści/ zanim jeszcze zdąży się spełnić/ ich żałobna przepowiednia. Rzadko znaleźć można w poezji tak trafnie oddane stany wyzwalania się z ciała i rozpływania się podmiotu w zewnętrzności, rozmywania się jego lirycznego ‘ja” w dookolnej przestrzeni. Może wynika to stąd – pisze Francesco Fiumara – iż jest to  poezja głęboko altruistyczna i stąd jej funkcja wyzwalająca (…). Poezja która uczy filozoficznej tajemnicy pogody życia spełnionego. Do takiej tajemnicy dochodzi się poprzez pokorę i łagodne przyglądanie się światu, spokojne wsłuchiwanie się w siebie, życie w zgodzie z Bogiem i człowiekiem, życie w zgodzie z samym sobą.  

_____________

W szkicu tym wykorzystano fragmenty tekstów krytycznoliterackich krytyków i pisarzy włoskich umieszczane we włoskich wydaniach książek Ireny Conti, a które wcześniej ukazywały się we włoskiej prasie literackiej i społeczno-kulturalnej, między innymi w „La Rinascita”, „Il Tempo”, „La  Procellaria”.

ROZBŁYSK I DAL

Poezja bywa najprawdziwsza, gdy staje się odzwierciedleniem życiowych wyborów i wciąż toczącej się walki o kształt i sens nowych dni, o integralność osobową w zamykających się przestrzeniach. Taka sztuka słowa rodzi się w momencie autorskiego uświadomienia odrębności, wyjątkowości i niezwykłości podarowanych mu chwil. Może wtedy stać się drogowskazem albo latarnią morską, oświetlającą rozległe brzegi i tonące we mgle dale, może przydać dodatkowych znaczeń temu, co było, jest i będzie. Pisanie wierszy to dar od losu, pozwalający weryfikować kolejne wybory i dający poczucie artystycznego spełnienia, ale jest to też czuwanie przy bycie, reagowanie na zagrożenia, wskazywanie nowych możliwości obrony. Dzieje ludzkie są krótkie i nie mogą konkurować z cywilizacyjnymi przestrzeniami historii, zamknięte w obrębie jakiegoś wieku, rozgrywające się na przełomie dziesięcioleci, zawsze kończą się rozpadem budowanych z mozołem struktur. Ale w przypadku artystów, prozaików i poetów pozostają kolejne książki, które są dokumentem działań i wyrazistym śladem pośród rozrastającej się nicości. To są schody, po których twórca wchodzi na wyższe poziomy rozumienia i interpretacji świata, to platformy spotkań z czytelnikami, którzy też szukają sensu istnienia i potrzebują przewodników pośród życiowych dróg. Nie bez powodu na początku nowego tomu wierszy Barbary Filipiak pojawia się wyrazisty kształt latarni, rozsiewającej światło pośród mroku, będącej rękojmią przetrwania pośród żywiołów i znakiem istnienia, dobicia do portu i zakończenia okresu błądzenia. To wskazówka dla interpretatorów, ale też metafora naszego chwilowego istnienia, pojawiania się świata w rozbłyskach, wyłaniania się kształtów z ciemności i równie szybko ginących pośród czerni. Zadaniem poety jest odzwierciedlenie bolesnej chwilowości i znalezienie ekwiwalentów słownych dla tego, co pojawia się w świadomości i czeka na nazwanie, celne dopełnienie treścią językową. Ludzie rodzą się nadzy (tabula rasa), bez narzędzi niezbędnych dla poznania świata, ale dzięki rodzicom i życzliwym ludziom uczą się słów, poznają znaczenia i zaczynają nazywać kolejne odsłony rzeczywistości. Ten rozwój zwykle zatrzymuje się na określonym poziomie rozumienia i edukacji, ale w przypadku poetów trwa nadal, często stając się istotą ich człowieczeństwa, miarą niezależności artystycznej i duchowej.

Barbara Filipiak w nowych wierszach dokumentuje niezwykły rozwój jej literackiego rzemiosła, jakże często dochodząc do nowych, zdumiewających efektów twórczych. To jest podglądanie świata, ale też nieustanne jego komentowanie, wyodrębnianie sytuacji i zdarzeń centralnych dla jednej biografii, dla konkretnej rodziny i dla całej ludzkości. To wiara w przeznaczenie, ale też przekonanie, że możemy kształtować życie i trafnymi wyborami wpływać na kształt nieodgadnionej przyszłości. Każdy z nas ma bagaż doświadczeń dobrych i złych, każdy nosi w pamięci ciąg zdarzeń kształtujących osobowość i konstruujących wyobraźnię. Tak czysta tablica zostaje zapisana różnymi znakami, symbolami, zdaniami i cyframi, które zyskują znaczenie w obrębie biografii autorki i stają się zaczątkami wierszy. Plastyczne obrazy zmieniają się w obrębie kolejnych liryków, myśl migruje ku przeszłości i staje się odzwierciedleniem zdumiewającej teraźniejszości. Coraz większe znaczenie zyskują też głębie, otwierające się w wierszach i stające się potwierdzeniem tego, że istniejemy interaktywnie w przestrzeni ziemskiej i kosmicznej – jesteśmy drobinkami, które potrafią zinterioryzować swoją małość i chwilowość i nie przestają dążyć ku wielkości, to jest jeden żywot/ a kolorów tysiące/ które barwią moją tożsamość/ wpisaną w porządek/ tego świata. Poezja rodzi się w miejscu przecięcia doświadczenia jednostkowego i wielości impulsów odbieranych przez nadwrażliwy byt. I staje się tęsknotą za czystością i pełnią – wykładnią dobra danego nam w spadku po tych, którzy przez wieki i tysiąclecia kształtowali kulturę, budowali cywilizacje i stawali się znakiem permanentnego rozwoju. To ku nim orbituje myśl poetki, starającej się ocalić jak najwięcej ze swojego człowieczeństwa i zaznaczyć odrębność, dopełnić kolejny cykl astralny i kalendarzowy, bo przecież: Najważniejsze w życiu/ są piękne spotkania/ gdy na moście przeznaczenia/ człowiek podaje dłoń człowiekowi/ czasem chwila wystarczy/ by szczęście zakwitło/ i zostało z nami  na/ zawsze. Tak bywa często, ale nie powstawałaby tak ważka poezja, gdyby w świadomości autorki nie ćmił się smutek, a obok doświadczeń euforycznych nie pojawiałyby się wspomnienia traumatyczne. Eschatologia zawsze triumfuje nad ludzkim losem, a choć staramy się odsuwać ją poza marginesy codzienności, to i tak upomina się o swoje prawa, triumfuje w chwilach ostatecznych. A choć tęsknimy do szlachetności, na naszej drodze pojawia się ludzka nikczemność, burząca wszystko i próbująca pomniejszać osiągnięcia dnia, roku, całego życia. Na szczęście pomaga wtedy refleksja poetycka, będąca jak rozbłysk światła i ustalająca na nowo proporcje dobra i zła. 

Istniejemy pośród fenomenów świata, jakże celnie odwzorowanych w tym tomie w formie barwnych, autorskich fotografii, ale też jesteśmy częścią ogromnego systemu doświadczeń ludzkich, przekazanych nam w genach i w zapisach historycznych, mających formę ukrytego kodu lub jawnej opowieści w gronie rodziny, narracji przyjaciół lub przypadkowo spotkanych osób. Ważne jest by to rozumieć i tworzyć wciąż od nowa ewangelię jasnej strony życia, a potem cieszyć się owocami świadomej egzystencji, spaceru przez życie, pozostawiającego w pamięci wyraziste ślady. Czym innym jednak są pragnienia, a czym innym realne bytowanie w trudnym świecie ludzkim, gdzie obok przewodników spotykamy tych, o których chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. W nowym tomie wierszy Barbary Filipiak wiele jest tekstów dokumentujących ludzką małość, ale przecież wszyscy borykamy się z takimi problemami – Na moim Westerplatte/ codziennie ktoś/ kamień kładzie/ który jak pocisk wyrzuca/ z własnych myśli/ by zabić wiarę/ w otaczającą mnie/ rzeczywistość – wszyscy doświadczamy agresji ze strony wrogich osób i niewidzialnych sił. I wszyscy musimy sobie z tym radzić, tworząc strategie przetrwania, walcząc o jasny kształt, wciąż zapisując czystą tablicę nowymi zdaniami, pięknymi sentencjami i wierszami. Może w tym pomagać patriotyzm i ściśle określone poglądy na temat państwa, prawa i systemów, w których egzystujemy. Autorka wiele razy upomina się o tych, którzy zostali skrzywdzeni, przywołuje zdarzenia tragiczne z naszej historii, ale też wyraziście formułuje oceny, stawia skrzywdzonych i poniżonych pośród bohaterów trudnej polskości. Przywołując słowa Cypriana Norwida – Gorzki to chleb jest polskość – wierzy, że poezja ocali to, co w naszym narodzie jest najpiękniejsze i określi prawdziwe ramy zbiorowych i jednostkowych doświadczeń. Wchodząc w polemikę z polską rzeczywistością, nie zapomina jednak poetka o swoim skrawku wieczności, lokując egzystencję ludzką pośród ogromów niewyobrażalnych, pierwotnych struktur metamorficznych, nieustannie wywierających wpływ na nas. Tak tworzy poezję pulsującą licznymi odcieniami – tak pisze wiersze, w których jest prawda o niej i o świecie, opowieść o zmieniających się stale perspektywach i potrzebie czujności w obliczu skradającego się podstępnie czasu, pragnącego odebrać nam oddech i stawiającego przed człowiekiem coraz trudniejsze zadania. Jakby jednak nie było, ważny jest punkt dojścia, stanięcie na szczycie, zauważenie zmiany i nazwanie codziennej treści, bo przecież: tak mało trzeba/ do szczęścia/ wystarczy tylko/ z oddali zobaczyć/ wschód nowego dnia…

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (10)

Ryszard Kapuściński – Foto Horst Tappe

Ryszarda Kapuścińskiego nie trzeba dzisiaj w Polsce nikomu przedstawiać. Jest on autorem niezwykle prawdziwych, tętniących życiem reportaży ze wszystkich stron świata, ale także i pisarzem umiejącym mówić odważnie o naszej rzeczywistości. To reporter wciąż usilnie, z narażeniem życia, tropiący prawdę o człowieku dwudziestego stulecia. Ryszarda Kapuścińskiego nie trzeba też specjalnie rekomendować czytelnikom w świecie, starczy przypomnieć niezwykły jak na autora ze Wschodniej Europy sukces opowieści o władcy Etiopii w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Nawet tak ekskluzywne pismo jak „Newsweek” przyniosło w 1983 roku obszerne recenzje, a potem mieliśmy do czynienia z prawdziwą lawiną tekstów o autorze w najpoczytniejszych dziennikach świata. Nie znamy jednak Ryszarda Kapuścińskiego poety, choć zapewne co niektórzy czytelnicy pamiętają, że najlepszy polski reporter zaczynał swoją drogę pisarską od poezji. Duży talent poetycki autora Buszu po polsku zdradzały także liczne fragmenty jego książek narracyjnych, gdzie aż prosiło się by ten czy ów fragment rozpisać na wersy. I oto dzięki sporej dozie odwago autora i „Czytelnikowi” otrzymaliśmy pierwszy zbiór wierszy Ryszarda Kapuścińskiego.  

Notes to tomik szczególny pod każdym względem. Uderza w nim niesłychana prostota wyrazu, którą ostatnio – nie bójmy się tego porównania, gdyż pewnie i sam Mistrz nie miałby nic przeciwko niemu – wyczytać można było w wierszach Tadeusza Różewicza.              W utworach Kapuścińskiego nie znajdziemy elementów żadnej z popularnych obecnie w naszej poezji konwencji. Może tylko czasami prześwitywać zaczyna po przez strukturę tego czy owego tekstu mądra zaduma Czesława Miłosza, jego chęć mówienia o rzeczach najboleśniejszych w sposób jak najbardziej esencjonalny. Prostota wyrazu Kapuścińskiego przejawia się w spokojnym, mądrym i wyważonym podejściu do świata i prezentowanych sytuacji. I na dobrą sprawę – po raz już któryś u Kapuścińskiego – jest to książka w całości poświęcona człowiekowi. Każdy kolejny wiersz jest jakby uzupełnieniem, zawartego we wcześniejszych książkach, wykładu na temat ludzkiej natury, miejsca człowieka pośród innych ludzi, wreszcie roli jednostkowego istnienia w świecie i jego uzależnienia od cywilizacji. I trudno się dziwić, że są to częstokroć przemyślenia gorzkie, jeszcze jakby pogłębione w swoim wyrazie poprzez umieszczenie ich w perspektywie tradycji mitycznej czy biblijnej. To przemyślenia gorzkie, jak życie człowieka, a któż lepiej zna jego położenie, jeśli nie reporter-wagabunda, przenoszący się co chwilę z miejsca na miejsce, stykający się z ludźmi różnych narodowości, najprzeróżniejszych odcieni skóry, przeciwstawnych zapatrywań politycznych i ekonomicznych. Któż lepiej jeśli nie człowiek, który wielokrotnie patrzył na niewinnie przelewaną krew i utrwalał w pamięci, a potem odwzorowywał na papierze sytuacje, gdy nagiemu człowieczeństwu przeciwstawiano palbę karabinową albo głuchy chlust wody skrępowanego, padającego w głębinę ciała. I trudno się dziwić, że ogólna wizja człowieka, jaka zawarta jest w tym tomie nie  nastraja optymistycznie. Cóż, powinno się płakać nad biedą ludzką/ nad okrutną bezkresną biedą człowieka/ biedą serca i umysłu/ biedą wzroku i słuchu/ rąk i nóg/ biedą własną i innych/ biedą szatańską i ślepą/ biedą losu/ niezgłębioną niewymierną niepojętą biedą/ biedą istnienia/ biedą Boga. Jakże gorzkie są słowa Kapuścińskiego, ale też jakże trafne. Ze zdumieniem stwierdzamy, że autor Czarnych gwiazd jest poetą w sposób doskonały potrafiącym posługiwać się słowem, obrazem, pointą i wpisana w cały utwór metaforą. Iluż twórców wierszy – młodych, nieco starszych i już dobiegających życiowego kresu – powinno pochylić głowę przed poetą-reporterem. Wszak w obliczu tej monumentalnej liryki znikają nasze „durne i chmurne” dyskusje literackie, kawalkady papierowych pokoleń, pyskówki, wzloty i upadki malutkich gwiazdek i meteorków. Tomik Kapuścińskiego to niebywały fenomen edytorski i niespotykanej miary wydarzenie literackie – oto ukazała się książka poetycka, która w perspektywie odeszłego 1986 roku, jawi się jako dzieło wyjątkowe, ekscytujące, będące znaczącym osiągnięciem polskiej poezji.. Czyż to nie paradoks, kiedy wydali swoje książki w tym samym roku poeci już bardzo uznani, żeby tylko wspomnieć raz jeszcze Tadeusza Różewicza (Leśne echa), dalej Tadeusza Śliwiaka (Koń maści muzycznej) czy Jerzego Harasymowicza (Klękajcie narody i Na cały regulator). Na czym polega ten zdumiewający paradoks? Jakimi drogami doszedł Kapuściński do takiego efektu artystycznego? Nie ulega kwestii, że dzieje się tak za sprawą języka. On to właśnie – powiedzmy to raz jeszcze: prosty, jasny, rygorystycznie zwięzły, potrafiący ogarnąć istotę najbardziej nawet ważkich problemów – stanowi podstawę wszystkich konstrukcji lirycznych tego efektownego (o następny paradoksie!) tomiku-notesu.

Czymże jest dla autora Wojny futbolowej pisanie wierszy? Na pewno nie taśmową produkcją, polegającą na płodzeniu jeden po drugim najbardziej pogmatwanych semantycznie potworków. Dla Kapuścińskiego napisać wiersz, to: Znaleźć słowo trafne/ który jest w pełni sił/ jest spokojne/ nie histeryzuje/ nie ma gorączki/ nie przeżywa depresji/ można mu ufać. Dla tego autora stworzyć liryk to: Znaleźć słowo czyste/ które nie spotwarzyło/ nie doniosło/ nie wzięło udziału w nagonce/ nie mówiło że czarne to białe. I wreszcie dla Kapuścińskiego napisać nowy utwór to: Znaleźć słowa skrzydła/ które by pozwoliły/ bodaj na milimetr/ unieść się nad tym wszystkim. A unieść się można wchodząc pomiędzy ludzi, w ich twarzach, czynach, spuściźnie odnajdując te wartości, których nie dostrzeże się siedząc przy biurku, czy w wygodnym fotelu. Dlatego też przewija się przez ten tomik cała plejada postaci. Od starej kobiety dostrzeżonej na wystawie fotografii chłopów polskich, poprzez księdza Jerzego Popiełuszkę, Homera, Michała Anioła, Mozarta, Boscha, Renoira, Chagalla, Arnolda Słuckiego, aż po jogina Ramamurti, który dla życia schodzi do grobu, a potem „zmartwychwstaje” by stwierdzić na koniec, że tylko w śmierci życie. Zauważmy też, że snuje się pomiędzy tymi postaciami nutka żalu, smutku, zawiedzenia. Oto liryczny portret Ryszarda Kapuścińskiego, portret powstający przez lata, przez lata ulepszany, przez lata też pozostający w ukryciu. To dziwne, ale kiedy już książka się ukazała i kiedy autor (jak wskazuje to w recenzji wewnętrznej Krzysztof Karasek) – pewny wartości swoich wierszy – rzucił na szalę cały swój autorytet i dorobek, trudno jest nam widzieć inaczej całą twórczość Kapuścińskiego, jak właśnie poprzez pryzmat tych wnikliwych, ostatecznych wierszy. Historia literatury, dzieje poezji, uczą że najpiękniejsze utwory powstawały jakby na marginesie głównego nurtu zainteresowań i prac autorskich, jakby w podręcznym notatniku. Notes liryczny Ryszarda Kapuścińskiego w pełni tę prawdę potwierdza.

__________

Ryszard Kapuściński, Notes, Czytelnik, Warszawa 1986, s. 45.

THEN WE TAKE GREECE…

Maria Mistrioti sprawiła mi nie lada niespodziankę i opublikowała w Grecji moje wierszew języku Platona i Elitisa

Przyjaźnimy się od wielu, wielu lat…

Ένας από τους κορυφαίους δημιουργούς της Σύγχρονης Παγκόσμιας Λογοτεχνίας.

-One of the Greatest Creators of International Contemporary Literature.

                ***

Μια προσέγγιση στο Λογοτεχνικό Έργο του και στην Προσωπικότητα του, από την ελληνίδα Ποιήτρια Μαρία Μιστριώτη.

-An approach to His Literary work and His great Personality, by the Greek Poetess Maria Mistrioti

                ***

Έχω τη χαρά και την τιμή να γνωρίζω τον Dariusz Tomasz Lebioda εδώ και πολλά χρόνια.

Είχα επίσης τη μεγάλη χαρά να τον υποδεχτώ στην Ελλάδα, στην Πόλη της Χαλκίδας ως προσκεκλημένο μου στη 2η Διεθνή Ποιητική Συνάντηση, η οποία πραγματοποιήθηκε στη Χαλκίδα από τις 9 -13 Απριλίου 2019.

Είχα μάλιστα τη μεγάλη τιμή να παραλάβω από τον ίδιο δύο Παγκόσμια Λογοτεχνικά βραβεία : το Βραβείο ‘’HOMER’’ European Medal Of Poetry and Art καθώς και το Ευρωπαϊκό Βραβείο ‘’IANICIUS –INTERNATIONAL LITERARY PRIZE OF KLEMENS JANICKI’’ .

Στο σημείο αυτό, να υπογραμμίσουμε την αγάπη και τον σεβασμό  του Νταρίους- Τόμασζ Λεμπιόντα στην Ελληνική γλώσσα και στον Αρχαίο Ελληνικό Πολιτισμό.

Έχει άλλωστε ο ίδιος καταθέσει και γραπτώς αυτόν τον ιδιαίτερο σεβασμό του και την αγάπη του για την Ελλάδα.

Σύντομο Βιογραφικό του Δαρείου- Τόμασζ  Λεμπιόντα στην Ελληνική Γλώσσα.

-A short biography of Dariusz Tomasz Lebioda into the Greek language:

                          ***

O Dariusz Tomasz Lebioda, γεννήθηκε το 1958 στην πόλη Bydgoszcz της βόρειας Πολωνίας, από μια οικογένεια εργατικής τάξης.

Σπούδασε Πολωνική φιλολογία στο Πανεπιστήμιο του Gdansk. Tο 1994 έλαβε Ph.D. Είναι Πανεπιστημιακός Επισκέπτης καθηγητής στο Κρατικό Πανεπιστήμιο της Νέας Υόρκης Buffalo –SUNY από το 2002, με μακροχρόνια έρευνα σε Πανεπιστήμια της Πολωνίας και σε κολλέγια.

Ο Dariusz Tomasz Lebioda, είναι ο συγγραφέας περισσότερων από 80 βιβλίων ποίησης, διηγημάτων, ημερολογίων, δοκιμίων, καθώς επίσης και Επιστημονικών μονογραφιών Ευρωπαίων και Πολωνών σύγχρονων ρομαντικών Ποιητών.

Στη μεγάλη αυτή μελέτη του, συμπεριλαμβάνονται κορυφαίοι της λογοτεχνίας, όπως : Milosz, Herbert, Rozewicz, Szyborska, και παγκόσμιων μυθιστοριογράφων όπως των : Faulkner, Caldwell, Golding, Singer, Murdoch, Pahmuk, Coetzee, Naipaul, Lessing, Le Clezio.

Ο Dariusz Tomasz Lebioda έχει τιμηθεί με μεγάλα  Λογοτεχνικά Βραβεία, στην Πολωνία και Διεθνώς.

Τα έργα του έχουν μεταφραστεί σε πολλές ξένες γλώσσες, όπως στα :Αγγλικά, Γαλλικά, Γερμανικά, Ισπανικά, Ιαπωνικά, Αραβικά, Κινεζικά, Εβραϊκά, Ελληνικά και σε πολλές ακόμα γλώσσες.

Έχει προσκληθεί σε πολλά Παγκόσμια Λογοτεχνικά Φεστιβάλ, όπως στις ΗΠΑ, Βέλγιο, Ιράκ, Κίνα, Αρμενία, Λιθουανία, Ουκρανία, Σλοβακία. Το 2019, είχα τη μεγάλη χαρά και τιμή, να τον υποδεχτώ στην πόλη της Χαλκίδας, στη 2η Διεθνή Ποιητική Συνάντηση, στην οποία έλαβαν επίσης μέρος 16 κορυφαίοι Ποιητές, από 11 χώρες του κόσμου.

Από το 2015, ο Καθηγητής Dariusz Tomasz Lebioda είναι ο Πρόεδρος του ‘’European Medal Of Poetry and Art HOMER’’.

   ***

Εν κατακλείδι λοιπόν θα λέγαμε για τον Δαρείο- Τόμας Λεμπιόντα,  ότι πρόκειται για έναν σπουδαίο λογοτέχνη, αλλά κυρίως για έναν μεγάλο Δάσκαλο.

Η ποίηση του Λεμπιόντα ‘’αφουγκράζεται’’ καταγράφει και καταγγέλει:

‘’Stones from central park…/ I touch them / and think/ who much had happened in my life…/ Stones from central park/ so warm and so cold/ like people- so alive /and later so dead/ .

-‘’Πέτρες από το Central park… /Έφερα μια φούχτα πέτρες από το Central park/ …τις αγγίζω και σκέφτομαι / πόσα έχουν συμβεί στη ζωή μου…/ Πέτρες από το central park/ τόσο ζεστές και τόσο κρύες / σαν ανθρώπους τόσο ζωντανούς /και μετέπειτα τόσο νεκρούς /

Βαθύτατα επί της ουσίας φιλόσοφος ο Dariusz Tomasz Lebioda στέκεται με δέος μπροστά στη δύναμη του σύμπαντος και στη διαλεκτική πορεία των πραγμάτων:

‘’ I stand by the side of the road/ not larger than a lady bug or moth/ not larger than the tear of a crow /or the pit of an apricot…’’

-Στέκομαι στην άκρη του δρόμου/ όχι μεγαλύτερος από μια πασχαλίτσα ή από μια πεταλούδα της νύχτας / όχι μεγαλύτερος από το δάκρυ του κορακιού/ ή από τον πυρήνα του βερίκοκου…/

Η φωνή του σπουδαίου αυτού δάσκαλου και δημιουργού είναι συγκλονιστική καθώς εμπεριέχει την αντίθεση και την αντίφαση της διαλεκτικής πορείας της ζωής και των πραγμάτων:

-The voice of his great Teacher and Creator of International Contemporary Literature is shocking, as it includes the contradiction and the opposition of life with the meaning of the dialectic of things:

‘’Fearfully I lift up my head / and listen to the radiance / of the black silk / of eternity/.

-‘’Μετά φόβου σηκώνω το κεφάλι μου/ και αφουγκράζομαι την ακτινοβολία/ του μαύρου μεταξιού/ της αιωνιότητας’’.

Το ποίημα του ‘’Πολιτισμός’’ αποτελεί μια καταγγελία για την ανθρώπινη αδιαφορία και μας δίνει παγκόσμια μηνύματα μέσα από τα οποία υπερασπίζεται την αγάπη και τη δικαιοσύνη ανάμεσα στους ανθρώπους.

-His poem ‘’ Civilization’’ represents a big complain for the human indifference and  the alienation among people:

‘’a grotesque world that reaches for the stars/ but is unable to rescue from a mud pit/ a crying boy‘’.

‘’ένας κόσμος γκροτέσκο που φτάνει έως τα αστέρια/ αλλά δεν είναι ικανός να σώσει από έναν λάκκο με λάσπη/ ένα αγόρι που κλαίει /.

O Δαρείος- Τόμας Λεμπιόντα είναι ένας βαθύτατα φιλόσοφος δημιουργός και το έργο το ποιητικό έργο του είναι γεμάτο από συμβολισμούς ποιητικές μεταφορές και μεταφυσικές προεκτάσεις:

‘’σε λίγο, στον βωμό του πεπρωμένου,/ η τελευταία στήλη καπνού από το θυμίαμα / θα σβήσει / – από το ποίημα του ‘’ΜΙΑ ΖΗΤΙΑΝΑ ΣΤΟΝ ΝΑΟ ΤΟΥ ΤΑΟ’’

-Dariusz Tomasz Lebioda is a profoundly philosopher Creator and his literary work is full of strong symbolisms, poetic metaphors and metaphysical extensions:

-‘’Soon, on the altar of destiny,/ the last wisp of incense/ will burn down’’ – from his poem: ‘’A BEGGAR-WOMAN IN THE TEMPLE OF TAO’’.

Ο Δαρείος Τόμασζ Λεμπιόντα είναι ένας μεγάλος μελετητής της σύγχρονης Διεθνούς Λογοτεχνίας.

-Dariusz Tomasz Lebioda is a great Scholar of International Contemporary Literature.

Μεγάλοι δημιουργοί της παγκόσμιας λογοτεχνίας έχουν γράψει σπουδαίους επαίνους για το έργο και την προσωπικότητα του Dariusz Tomasz Lebioda.

Ένας από τους επίσης σημαντικούς δημιουργούς της πολωνικής, αλλά και της διεθνούς λογοτεχνίας, o Adam Szyper γράφει μεταξύ άλλων σε πρόλογο ενός βιβλίου του Lebioda:

POETRY AND LIFE OF DARIUSZ TOMASZ LEBIODA:

‘’True Poets come into this world with premonitions of poems. From the beginning, they nestle intangible which, over time, transform into poetry. Exactly such a poet is Dariusz Tomasz Lebioda. But his childhood and early youth didn’t foreshadow it…’’

-‘’Οι αληθινοί ποιητές γράφει ο  έρχονται σε αυτόν τον κόσμο με προθέσεις για να γράψουν ποιήματα. Από την αρχή, φωλιάζουν μέσα τους διάφορα σχεδιαγράμματα, χωρίς όμως να παίρνουν αμέσως σχήμα και μορφή, ώσπου με το χρόνο να μετατρέπονται σε ποιητικό λόγο. Ένας ακριβώς τέτοιος ποιητής είναι και ο Δαρείος Θωμάς Λεμπιόντα.  –Αν και η παιδική καθώς και η νεανική ηλικία του δεν έδειχναν μια τέτοια πρόβλεψη…

,, Το 1980, ο Λεμπιόντα έγινε μέλος μιας ομάδας, η οποία απέρριπτε τις ακραίες κοινωνικές φόρμες, καθώς και εκείνη του κομμουνισμού. Ως ενεργό μέλλος στον αθλητισμό, ήταν μποξέρ και ναυαγοσώστης. Εργάστηκε επίσης ως πωλητής και ηθοποιός. Οι περισσότεροι από τους συνομήλικους του έφτασαν έως τη φυλακή ή έως την αυτοκτονία.

Ο Λεμπιόντα ευτυχώς δεν έπεσε σε τέτοιες παγίδες. Ίσως υποσυνείδητα κατάλαβε την αποστολή του σε αυτόν τον κόσμο. Έτσι, αφού δημοσίευσε την πρώτη ποιητική συλλογή του με τον τίτλο ‘’Samodojcy spod wielkiego wozu (Suicides Beneath the Great Wagon), χαρακτηρίστηκε ως δραματική φωνή της γενιάς του. Το βιβλίο αυτό είχε μεγάλη επιτυχία και έγινε ένα πραγματικό Bestseller, το οποίο μάλιστα κέρδισε πολλά βραβεία.

Από τους νέους τότε αναγνωρίστηκε ως λογοτεχνικό τους είδωλο. Ντυνόταν με τζίν ρούχα, έπινε βότκα και κατά έναν τρόπο έπαιζε τον ρόλο του Πολωνού James Dean, καθώς μάλιστα κυκλοφορούσε με μια παλιά μοτοσυκλέτα.

Η ζωή του πήρε μιαν άλλη τροπή, όταν η στάση του απέναντι σε επίσημους καλλιτέχνες, ήταν στάση αποδοκιμασίας και επίσης μια αρνητική στάση απέναντι στο κομμουνιστικό καθεστώς, το οποίο έβρισκε ως μετριότητα.

Για ένα διάστημα λοιπόν ήταν η ζωή του ήταν αρκετά ταραχώδης με εισαγωγή σε κρατητήρια φυλακής και αρνούμενος να εμφανίζεται σε επίσημα λογοτεχνικά περιοδικά της εποχής εκείνης.

Στη συνέχεια, αυτός ο πρώην χούλιγκαν και τζογαδόρος αφοσιώθηκε στις σπουδές του, κέρδισε διδακτορικό και στη συνέχεια έγινε καθηγητής στο Πανεπιστήμιο της ιδιαίτερης πατρίδας του.

Η ποίηση του ερευνά μεγάλα ανθρώπινα κοινωνικά ζητήματα. Ξεκινάει από μια ανθρώπινη κοινότητα, από μια πόλη της Ανατολικής Ευρώπης και προεκτείνεται έως τη Νέα Υόρκη. Με ερέθισμα γραφής την παγίδευση ενός μικρού αγοριού που παγιδεύεται στο βυθό ενός πηγαδιού σε ένα ‘’παλαιό εβραϊκό νεκροταφείο’’ όπου εκεί συναντιούνται οι κρύες σκιές.  Αυτή η συλλογή –με την εξαίρεση κάποιων ποιημάτων- ανήκει σε μια μεταγενέστερη περίοδο της δημιουργικότητας του. Εκεί κάπου, υψώνεται πάνω από την καταιγίδα της θυμωμένης νεολαίας της γενιάς του. Τα ποιήματα τα οποία περιλαμβάνονται σε αυτόν τον μικρό τόμο, εκφράζουν την αναζήτηση του κάθε σκεπτόμενου ανθρώπου για τη γνησιότητα, την αξία και την αληθινή ομορφιά της ζωής. Ο Lebioda καθρεφτίζει κατά ένα τρόπο την υποβάθμιση της ανθρώπινης αξίας, έτσι καθώς ο σημερινός άνθρωπος βλέπει όλα όσα συμβαίνουν γύρω του, χωρίς να έχει τη δυνατότητα να επέμβει με θετικό τρόπο.

Παρ’ όλα αυτά ο σημερινός άνθρωπος συνεχίζει να διατηρεί μια πεποίθηση, ότι ο κόσμος αυτός είναι καλός και οι άνθρωποι είναι ευγενείς και δοτικοί.

Δυστυχώς όμως, η εμπειρία του Ποιητή καθώς βιώνει την καθημερινότητα του αντικρούεται σε αυτήν την πίστη του. Αυτό φυσικά έχει ως αποτέλεσμα να δημιουργεί στον ποιητικό λόγο του διαφορετικούς ανθρώπινους ρόλους.

Έτσι, ο σύγχρονος άνθρωπος γίνεται χαμαιλέοντας με διάφορες μάσκες και με διαφορετικές φωνές.

Με αυτόν τον τρόπο, ο άνθρωπος γίνεται άλλοτε αχινός, εθισμένος, κουρασμένος φίλος ή φιλόσοφος που μαλώνει με τον όποιον Θεό, ενώ ο Ιώβ αντέχει και παρακαλάει.

Ο Lebioda, στον 21ο αιώνα βλέπει την άβυσσο του Χρόνου και κοιτάζει επάνω στο ‘’Μαύρο μετάξι’’ του απέραντου νυχτερινού ουρανού στον οποίο ο χρόνος είναι ανύπαρκτος.

Τρομοκρατημένος θα λέγαμε, από όλο αυτό το κακό που συμβαίνει στην ανθρωπότητα και αισθανόμενος ένα δέος το οποίο προκαλεί το πέρασμα του χρόνου, δεν λειτουργεί πλέον με τρόπους που εμπεριέχουν τον εγωισμό.

Μιλάει τώρα με τόνο προφητικό και με αίσθημα συμπάθειας για τον σημερινό άνθρωπο, χωρίς το σύμπτωμα της μεγαλομανίας.

Η ποιητική συλλογή ‘’Μαύρο μετάξι’’ αποτελεί μια ποιητική σύνθεση με ποιήματα γεμάτα κατανόηση και τρυφερότητα για τον άνθρωπο και το σύμπαν που τον περιβάλλει. Περιγράφει γεγονότα τα οποία συμβαίνουν σε διεθνή κλίμακα, αλλά και συμβάντα που τον έχουν αγγίξει, όπως ο νεκρός αδελφός του, αλλά επιρροές από την η προσωπικότητα π.χ της Μητέρας Τερέζας, τα δραματικά γεγονότα του 20ο αιώνα στη μεγάλη τραγωδία του πολέμου με την εμπλοκή Πολωνών, Εβραίων, Γερμανών που είχε ως αποτέλεσμα το αιματοκύλισμα αθώων ανθρώπων.  

Σε αυτήν τη συγκινητική συλλογή όπως είναι το ‘’Μαύρο μετάξι’’ υπάρχει μια πανανθρώπινη φωνή που κατά συνέπεια αφορά όλους μας.

Το οπτικό πεδίο του Λεμπιόντα είναι έως τρομακτικό και κατά την άποψή του ο 20ος αιώνας δεν κοιτάζει το μέλλον με αισιοδοξία.

Σε είκοσι δυο ποιήματα που προέρχονται από προσωπικές σκέψεις, κατορθώνει να αγγίξει τα πλέον σοβαρά προβλήματα του σύγχρονου κόσμου: ‘’Στέκομαι στο πλάι του δρόμου/ όχι μεγαλύτερο από μια πασχαλίτσα ή σκώρο…’’

Τα ποιήματα του, παρ’ όλη την ζοφερή ατμόσφαιρα δεν γίνονται πιεστικά στον αναγνώστη. Μπορούν και γίνονται ανάλαφρα από τον έξυπνο τρόπο του ποιητή, από την τρυφερότητα του και τον πλούτο των χρωμάτων του, που εκπέμπονται σαν πυροτεχνήματα.

Ο Dariusz Tomasz Lebioda, είναι ένας από τους πιο υποσχόμενους σύγχρονους Πολωνούς ποιητές της γενιάς του.

Ωστόσο, τον τελευταίο καιρό δεν έχουμε κάτι διαβάσει από αυτόν.

ADAM SZYPER

-Αύγουστος 2001 – Ελίζαμπεθ Νιου Τζέρσευ- Elizabeth New Jersey.

Μετάφραση από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα από την Ελληνίδα Ποιήτρια Μαρία Μιστριώτη.

 -Translation from English into the Greek language, by the Greek Poetess Maria Mistrioti

     ***

Μερικά από τα ποιήματα του Dariusz Tomasz Lebioda από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα. -Ποιητική απόδοση από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα, από την Ελληνίδα Ποιήτρια Μαρία Μιστριώτη.

-Some poems of Dariusz Tomasz Lebioda from English into the Greek language. -Poetic performance from English into the Greek language- by the Greek Poetess Maria Mistrioti :

                   ***

BLACK SILK 

I stand the side of the road

not larger than the tear of a crow

or the pit of an apricot

not larger than a grain of flax

or eyelash of a doe

-fearfully I lift

up my head and

listen to the radiance

of the black silk

of eternity

ΜΑΥΡΟ ΜΕΤΑΞΙ –BLACK SILK

Στέκομαι στην άκρη του δρόμου

όχι μεγαλύτερος από μια πασχαλίτσα ή μια νυχτοπεταλούδα

όχι μεγαλύτερος από το δάκρυ του κορακιού

ή τον πυρήνα του βερίκοκου

όχι μεγαλύτερος από έναν λιναρόσπορο

ή τη βλεφαρίδα μιας ελαφίνας

-Μετά φόβου σηκώνω

Το κεφάλι μου

 και αφουγκράζομαι την ακτινοβολία

του μαύρου μεταξιού

της αιωνιότητας

   ***

CIVILIZATION

Six-year-old Alfredo Rampi

Of the Italian town of Frascati

Prayed with his friends

Near an artesian well

When he fell into it

he cried out for his mother

at such times people forget about the blood

but nobody succeeded in saving the body

though some managed to touch his hands

finally the many hours of loneliness

and the slime overcame his small frame

for a moment a proud civilization bowed to him

with cameras loud speakers flashes of flares

for awhile the uproar in taverns ceased

for an instant the radio died

the world ignited in the tears

but is unable to rescue from a mud pit

a crying boy

***

ΠΟΛΙΤΙΣΜΟΣ –SIVILIZATION

Ο εξάχρονος Alfredo Rampi

από την Ιταλική πόλη του Frascati

έπαιζε με τους φίλους του

κοντά σε ένα αρτεσιανό πηγάδι

όταν έπεσε μέσα σε αυτό

με κραυγές ζητούσε τη μητέρα του

σε τέτοιες στιγμές οι άνθρωποι ξεχνούν το αίμα

στα χείλη τους και το αλάτι στα μάτια τους

όμως κανείς δεν κατάφερε να σώσει το αγόρι

αν και κάποιοι κατάφεραν να αγγίξουν τα χέρια του

Τελικά οι πολλές ώρες μοναξιάς καθώς και η λάσπη

κατέβαλλαν το μικροκαμωμένο κορμί του

Για μια στιγμή ένας υπερήφανος πολιτισμός

 υποκλίθηκε σε αυτόν 

με κάμερες δυνατά ηχεία και φλας που άναβαν και έσβηναν

για λίγο η οχλαγωγία στις ταβέρνες σταμάτησε

και για μια στιγμή το ραδιόφωνο σίγησε

ο κόσμος λες και πήρε φωτιά από τα δάκρυα

χιλιάδων ανδρών και γυναικών

ένας κόσμος γκροτέσκο που φτάνει έως τα αστέρια

αλλά δεν είναι ικανός να σώσει από έναν λάκκο με λάσπη

ένα μικρό αγόρι που κλαίει

 ***

STONES FROM CENTRAL PARK -2002.

I brought a handful of stones from central park

they lay in America for millions of years

waiting for my hand

I picked them up from the ground and put them

Into my pocket

they flew with me over the atlantic

now they are lying on a shelf

and will stay there

I touch them and think

how much had happened in my life

how many times beaten by a club

spat on and going insane

I could not touch them

I think about my childhood friends

And enemies on the same street

about my passions and the birth of children

moments of hunger

and appeasement

Stones from central park

So warm and so cold

like people –so alive

and later so dead

***

Πέτρες από το κεντρικό πάρκο

-Stones from central park-

Έφερα μια φούχτα πέτρες από το Central park

Βρίσκονταν στην Αμερική για εκατομμύρια χρόνια

περιμένοντας το χέρι μου 

Τις μάζεψα από το έδαφος και τις έβαλα στην τσέπη μου

Πέταξαν μαζί μου πάνω από τον Ατλαντικό

Τώρα βρίσκονται σε ένα ράφι

και θα παραμείνουν εκεί 

Τις αγγίζω και σκέφτομαι-

πόσα έχουν συμβεί στη ζωή μου

πόσες φορές χτυπήθηκα από ρόπαλο

με έφτυσαν και με εξαπάτησαν

Τρέμοντας χάνω τα λογικά μου

Δεν μπορούσα να τις αγγίξω

Σκέφτομαι τους παιδικούς μου φίλους

αλλά και τους εχθρούς στην ίδια οδό    

Τα πάθη μου και τη γέννηση των παιδιών

Στιγμές πείνας και κατευνασμού

Πέτρες από το central park

Τόσο ζεστές και ταυτόχρονα τόσο κρύες

Σαν ανθρώπους ζωντανούς

και μετέπειτα νεκρούς

           ***

MYSTERY –Μυστήριο

I wanted to tell you

about my thirst

But I was afraid

It would fade away

With you

  ***

ΜΥΣΤΗΡΙΟ –MYSTERY

Θέλησα να σου μιλήσω

Για τη δίψα μου

Αλλά φοβόμουν

ότι θα εξαφανιστεί μαζί σου

 ***

MURENA

-For Nikos Chadzinikolau

Lurks in the depths

for unwary sirens

blood is her

pleasure

flesh is her

bread

a mask of death

Poseidon’s trident

Hunting at night

like eros 

fishermen’s wives

curse her

and become her

in their dreams

only Zeus regards her

with contempt

while draining the dregs

of the chalice

filled with

her venom

MURENA

Για τον Νίκο Χατζηνικολάου

Παραμονεύει στα βάθη

για ξένοιαστες σειρήνες

Αίμα

είναι η ευχαρίστηση της

Σάρκα

είναι το ψωμί της

Μια μάσκα όπως των νεκρών

η τρίαινα του Ποσειδώνα

τριγυρνάει τα βράδια

όπως αρέσει στον έρωτα

Οι γυναίκες των ψαράδων

την καταριούνται

αλλά μόνο στα όνειρα τους

μπορούν να γίνουν όπως εκείνη

Μόνο ο Δίας την θωρεί

με περιφρόνηση

αποστραγγίζοντας τα υπολείμματα

από το δισκοπότηρο

γεμάτο με το δηλητήριο της

***

Η λογοτεχνική αυτή εργασία για τον Dariusz Tomasz Lebioda –Μετάφραση βιογραφικού, ποιητική απόδοση μερικών ποιημάτων του από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα, καθώς και μετάφραση της κριτικής του Adam Szyper από τα αγγλικά στα Ελληνικά, αποτελεί Πνευματικό Δικαίωμα της ελληνίδας Ποιήτριας Μαρίας Μιστριώτη. Απαγορεύεται η οποιαδήποτε αντιγραφή, ανατύπωση, διασκευή και εν γένει η εκμετάλλευση του συνόλου ή μέρους αυτής.

-This literary work for Dariusz Tomasz Lebioda is a copyright of the Greek Poetess Maria Mistrioti. As a whole Anny copy, adaptation and exploitation is prohibited or even part of it.

***

Σύντομο βιογραφικό της Μαρίας Μιστριώτη -A short biography of Maria Mistrioti.

Maria Mistrioti was born in Arcadia. She lives in Chalkida of Evia, Greece. She studied Social Worker and Journalist. The course of het inspiration is mainly the Homeric Odyssey. Maria Mistrioti has published many poetry collections and some literary studies. She is included in Greek and foreign anthologies. Her poems have been translated into English, Italian, Polish, Romanian, Czech, Hungarian, Chinese, Arabic, Korean, Spanish, Ukrainian. She has participated in many International Poetry Festivals. Maria Mistrioti was honored with Special Literary Prizes like the Medal ‘’Nikolaos Kriezotis’’ by the Prefecture of Evia and by Municipality of Chalkida. She was awarder-in 2004 during the Olympic Games in Athens- the State Prize –Medal and a Special Diploma by the Polish Ministry of Culture, at the request of the Polish Ambassador in Greece at that time Mr. Grzegorz Diemidowich. The Prize was awarder by Aleksander Kwasniewski Who was the President of the Republic of Poland.  In 2019 she was awarder the ‘’HOMER’’ –The European Medal of Poetry and Art and the ‘’IANICIUS’’ International Literary Prize, by Dariusz Tomasz Lebioda PH.D. President European Medal of Poetry and Art HOMER. Maria Mistrioti is a full Member of the Greek Literary Society and an Organizer of International Poetry Festivasl in Greece.

Maria Mistrioti

Chalkida, Greece, July 8, 2021.

STO WIERSZY POLSKICH (XXXIII)

Małgorzata Hillar (1926–1995)

Małgorzat Hillar jest dzisiaj poetką prawie zapomnianą, a przecież trafiała do ważnych antologii liryki polskiej i była żywiołową uczestniczką życia literackiego po II wojnie światowej. Urodziła się w 1926 roku na Kociewiu, a potem jej losy splatały się ze Starogardem Gdańskim, Częstochową i Bydgoszczą, gdzie pracowała w latach 1945–1946 w Urzędzie Ziemskim. Studia w zakresie prawa podjęła w Uniwersytecie Warszawskim i odtąd jej dzieje związane były ze stolicą. W 1963 roku wyszła za mąż za znanego literata Zbigniewa Bieńkowskiego i urodziła syna Dawida, późniejszego poetę, laureata między innymi Nagrody Fundacji Kościelskich. Małżeństwo nie przetrwało próby czasu i zakończyło się rozwodem w 1970 roku, a potem alienacją autorki i chorobą alkoholową, z której pomogli dźwignąć się członkowie rodziny. Jej poetyckim debiutem była publikacją wiersza Słowa w „Nowej Kulturze” w 1955 roku, a jej pierwszym tomem poetyckim Gliniany dzbanek, wydany dwa lata później. Publikowała także w „Przedpolu”, „Twórczości”, „Zwierciadle”i w innych periodykach. Już w 1959 została członkinią Związku Literatów Polskich, zyskując wielu czytelników swojej twórczości. Do jej erotyków muzykę skomponował Tadeusz Baird i utwory te zostały wykonane podczas Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”. Poetka zmarła w 1995 roku i w tymże samym przedziale czasowym ukazał się jej ostatni zbiór wierszy, zatytułowany Gotowość na zmartwychwstanie. Dzisiaj pamięć o tej autorce kultywuje się głównie na Kociewiu, gdzie działa Gminna Biblioteka Publiczna im. Małgorzaty Hillar i Towarzystwo Społeczno-Kulturalne jej imienia (Zblewo) i gdzie jest skwer jej dedykowany (Piesienica).

Wraz z pojawieniem się w naszej literaturze Orientacji Poetyckiej Hybrydy wzrosła ranga ujęć pokoleniowych, zarówno w publikacjach prasowych, antologiach, jak i w krytyce literackiej. Ogromne zasługi w tym zakresie miał Jerzy Leszin-Koperski, a sekundował mu udanie Andrzej Krzysztof Waśkiewicz. Ten duet wylansował sporo antologii, moderował wydawanie dużych periodyków, jak „Orientacja” i „Integracje”, a także animował ruch literacki na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ich uwadze nie mógł umknąć żaden wyrazisty, generacyjny manifest poetycki, dlatego też wysoko zaczęli oni cenić wiersz Małgorzaty Hillar pt. My z drugiej połowy XX wieku. Szybko utwór ten zyskał sławę i przedrukowywany, powielany i przepisywany, zaczął żyć swoim wewnętrznym rytmem. Dzisiaj jest tyleż zabytkiem literackim, co zdumiewającą syntezą świadomości młodego pokolenia, dojrzewającego po II wojnie światowej. Ci ludzie mieli swoje ideały i szczytne marzenia, a wychowani w państwie komunistycznym, poddawani byli naciskom propagandowym. W drugiej połowie dwudziestego wieku zaczęło się wychwalanie sukcesów naukowych i lotów kosmicznych. Gagarin pomknął w kosmos, po nim uczynił to astronauta amerykański Allan Shepard, a potem lądownik Apolla 11 osiadł na księżycowym gruncie i Neil Armstrong mógł wypowiedzieć słynne zdanie o małym kroku człowieka i wielkim skoku ludzkości. Hillar wskazuje te osiągnięcia, ale jednocześnie wprowadza do wiersza wyraziste kontrapunkty: My z drugiej połowy XX wieku/ rozbijający atomy/ zdobywcy księżyca/ wstydzimy się/ miękkich gestów/ czułych spojrzeń/ ciepłych uśmiechów. Ten zabieg poetycki powoduje, że ludzie stają się jak maszyny i przejmują ich zimny automatyzm. Z jednej strony są osiągnięcia urządzeń i posługujących się nimi ludzi, a ze strony drugiej mamy do czynienia ze swoistym odczłowieczeniem kochających i czujących istot. W epoce, wskazanej w tytule i pierwszym wersie utworu zdobycie księżyca ważniejsze jest od empatii, a praca w instytucie jądrowym od czułości i życzliwości. To jakby wyznaczniki osób, którymi szczyciły się państwa totalitarne, uznające takie postawy za wyższy poziom rozwoju świadomości materialistycznej.          

Istoty wyjątkowo wrażliwe i czujące więcej od innych, by przetrwać albo ukryć się w tłumie, zaczynają funkcjonować w świecie mimikry i nieustannego udawania. Wszak schwytanie ich w momencie okazywania sobie czułości, mogłoby zostać uznane za słabość. Państwo socjalistyczne szerzyło kult tężyzny fizycznej, siły i wiary w swoją potęgę, manifestując to na plakatach i przypominając stale na specjalnych planszach propagandowych. Bohaterowie i bohaterki wiersza Hillar rozumieją zakłamanie rzeczywistości, w której przyszło im bytować i zachowują się tak, jakby to nie robiło na nich żadnego wrażenia: Kiedy cierpimy wykrzywiamy/ lekceważąco/ wargi/ Kiedy przychodzi miłość/ wzruszamy pogardliwie/ ramionami. Ból i uczucia są dla ludzi słabych, co nie znaczy, że nie mają zupełnie znaczenia – samo ich pojawianie się w tym świecie, świadczy o tym, że jest on realny i oprócz udawania, mamy w nim do czynienia z prawdziwymi odczuciami. Miłość jednak pojawia się w nim, a tylko podpatrzona u zwierząt mimikra, każe manifestować pogardę dla niej i upodabniać się do postaci z przekazów ideologicznych. Ból też jest realny, ale domaga się lekceważenia, bo inaczej przybrałby formę permanentną i stałby się narzędziem nacisku. Człowiek drugiej połowy dwudziestego wieku, wtłoczony w uniform, rodem z utopijnych powieści Orwella czy Huxleya, musi udawać, że jest silny i podkreślać to w specjalny sposób: Silni cyniczni/ z ironicznie zmrużonymi/ oczami. Trudno dzisiaj powiedzieć czy wiersz poetki był rodzajem gry z cenzurą, czy też miał charakter intymnego wyznania kobiety, która nauczyła się funkcjonować w świecie pełnym realnych zagrożeń. Niewątpliwie był potwierdzeniem nieustannego udawania i skargą nadwrażliwej istoty: Dopiero późną nocą/ przy szczelnie zasłoniętych/ oknach gryziemy z bólu/ ręce/ umieramy z miłości. To przecież jest wyraziste przywołanie lat wojennych, kiedy trzeba było szczelnie maskować okna i czekać aż ucichną sygnały dźwiękowe więziennych pojazdów, aż patrole przejdą ulice i zamkną się w koszarach. Tylko wtedy pojawi się hermetyczna przestrzeń, w której kobieta będzie mogła być kobietą, ból bólem, a miłość miłością. Tylko wtedy, przez chwilę, ludzie będą znowu ludźmi…

Małgorzata Hillar – rys. Henryk Owsianko

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (3)

Andrzej Kaliszewski jest poetą, krytykiem i wydawcą. Opublikował m. in. zbiory wierszy: Popiół (1976), Galop (1978) i Paszcza (1985) – a także książkę krytyczną poświęconą liryce Zbigniewa Herberta pt. Gry Pana Cogito (1982). Już w niej krakowski poeta określił swoją metodę interpretacji twórczości bliskich mu autorów; jakby w nieustannej walce i ścieraniu się sprzecznych żywiołów lirycznych. W przypadku Herberta była to więc próba ukazania jego bohatera, jako tego, który „staje na polu wiersza przeciwko stereotypowi bólu i stereotypowi poświęcenia”. Podmiot wierszy Herberta ukazany zatem został w sieci różnorakich sprzeczności i uwarunkowań i jako ten, któremu przyszło spełnić swoją misję, dać świadectwo, a nade wszystko jako ten, który w perspektywie mitu i kolejnych mitopoez urasta do miana „tego, który wie”. Kolejna książka krytyczna krakowskiego twórcy młodszego pokolenia poświęcona została innemu poecie, który podobnie jak Herbert debiutował na łamach „Życia Literackiego” w 1956 roku – Jerzemu Harasymowiczowi. Podobnie jak w przypadku Herberta, kiedy to studium Kaliszewskiego było pierwszą monografią poświęconą autorowi Trenu Fortynbrasa, tak i w tym przypadku – w trzydzieści dwa lata od momentu wspomnianej prezentacji piątki debiutantów – ukazuje się pierwsza monografia w całości poświęcona Harasymowiczowi i jego poezji. A nie miał tutaj Kaliszewski łatwego zadania, bo jak sam pisze we wstępie: Można bez większego ryzyka stwierdzić, iż ten pięćdziesięciokilkuletni poeta należy do najbardziej zagadkowych, kontrowersyjnych postaci w naszej literaturze powojennej.”

Studium to podzielone zostało na cztery działy: „Księstwa wewnętrzne”, „Karpaty – między Arkadią i Apokalipsą”, „Kraków – czynszowe Ateny”, i „Kresy”. Oś wywodu Kaliszewskiego osnuta została jakby wokół trzech wątków wiodących – pierwszy, to recepcja twórczości autora Cudów, analiza i dyskusja z licznymi głosami krytycznymi, adoratorami i zdecydowanymi oponentami. Drugi – to chęć odnalezienia kamieni granicznych genealogii samego Harasymowicza, korzeni biograficznych i wewnętrznych jego liryki, a trzeci, to próba analizy wierszy i tomików z punktu widzenia nauk teoretycznych o literaturze, a także próba uchwycenia i wskazania odrębnych pierwiastków tej liryki, całego wachlarza innowacji i oryginalnych ujęć tematów. Książka Kaliszewskiego napisana została z ogromną żarliwością – autor nie obawia się cytować głosów krytyków z czasu debiutu Harasymowicza, nawet jeśli są to dzisiaj autorzy dysponujący silnym orężem prasowym i określonym – bardzo rozległym – obszarem swoich wpływów. Nie obawia się cytować komicznych i błędnych sądów, nie obawia się przypominać absurdalnych dookreśleń. Ale narażając się ciętym polemistom, czyni to jakby dla dobra sprawy, pragnie ukazać w odpowiednim świetle narosłe wokół liryki Harasymowicza legendy, stereotypy i przeinaczenia. Opowieść Kaliszewskiego jest wartka, a narracja prowadzona z dużym znawstwem krytycznych reguł gry. Czytelnik przez cały czas ma wrażenie, iż obcuje nie tylko z książką, która w przystępny sposób omawia jedną z najbardziej brzemiennych w dzieła karier poetyckich po II wojnie światowej, ale także, iż ma do czynienia z koherentną w y k ł a d n i ą  tej twórczości. Kaliszewski potrafi przemycać „między wierszami” cytaty i odniesienia i tak wkomponowywać je w ciąg logiczny wywodu, iż czytelnik nie zatraca poczucia ciągłości, wrażenia koherencji. To rzadka umiejętność w naszych czasach, gdy krytyk prezentuje portret poety złożony z fragmentów wierszy, cząstek opublikowanych i prywatnych wypowiedzi, zdań wyjętych z recenzji i szkiców oraz z ogólnego, zbierającego wszystko i podsumowującego, komentarza autora monografii. To cenna umiejętność, gdy w prasie króluje wszechobecna trzystronicowa recenzja, gdy krytycy wydają książki, klecąc je ze wcześniej opublikowanych not. Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż tacy krytycy, w dbałości o honoraria, upychają do swoich książek co się da. Kaliszewski natomiast specjalizuje się – jeśli można tak powiedzieć, czytając drugą książkę – w przemyślanych od A do Z „studiach przedmiotu”. Po wnikliwej analizie poezji Zbigniewa Herberta, jednej z trudniejszych pod względem treściowym, interpretacyjnym i teoretyczno-literackim, krakowski krytyk wziął na warsztat poezję i poetę, którego dorobek na tyle przerażał polską krytykę, iż przez prawie dwadzieścia lat nie była ona w stanie zdobyć się na całościową analizę potwierdzoną publikacją książkową.

Dorobek Harasymowicza jest rzeczywiście imponujący, składający się z ponad trzydziestu zbiorów wierszy, licznych wywiadów, szkiców rozsianych po periodykach najprzeróżniejszych nacji, wreszcie ataków, wreszcie nagród i splendorów. Chociaż – jak wykazuje to Kaliszewski – Harasymowicza droga na parnas polskiej poezji wcale nie była łatwa, bo na początku walczono z poetą ostro. Czynili to nawet współdebiutanci z „Życia Literackiego”, jak choćby Bohdan Drozdowski. Dzisiaj kiedy patrzy się na dorobek Harasymowicza poprzez filtr wywodu Kaliszewskiego, nie można nie ulec fascynacji – wszak mamy oto poetę, który wbrew polskiej skłonności do fałszywej ascezy, tworzył nieprzerwanie przez ponad ćwierć wieku, miał odwagę być tylko poetą, nie pracować w żadnej instytucji i pisać. I choć często był atakowany, choć starano się z niego zrobić wioskowego lirnika, cepeliarza i świątkarza (Jan Marx), to jego kolejne poetyckie metamorfozy i rezurekcje muszą czytelnika dziwić i fascynować. Mamy wszak tu do czynienia z prawdziwym lirycznym fenomenem i autentycznym  p o e t ą. Także młodsi autorzy atakowali Harasymowicza – twórcy Nowej Fali (Kornhauser) wyciągali jego „zajączki” i kpili z nich, ale przecież potem inni krytycy odpłacili im tym samym. Zarzucając poecie eklektyzm, wyciągając pojedyncze metafory, przypisując mu tandetne gusty i szafowanie licznymi pięknościami, sami zatracili się w swoich demaskatorskich zapędach. Stworzyli poezję, która nie wytrzymała naporu czasu; trudno dzisiaj byłoby wskazać konkretne wiersze, które w sposób jednoznaczny określić można by było jako modelowe czy uniwersalne dla poetyki Nowej Fali. A tymczasem takich wierszy Harasymowicza można by łowić z jego tomików na kopy. Gdy twórcy nowofalowi stworzyli ledwie kilka tomików i może dwa, trzy naprawdę wartościowe (Jednym tchem, Nasze życie rośnie czy Inna bajka), to tomiki Harasymowicza mają liczne wznowienia i w wielkich nakładach sprzedawane są w księgarniach. Stał się twórca Wesela rusałek niekłamanym poetą wszystkich ludzi, bez względu na wykształcenie, wykonywany zawód czy status społeczny, a to jest chyba jedno z największych wyróżnień. Te wiersze czyta się, o tych wierszach się dyskutuje, śpiewa się je i inscenizuje. Jak podpowiada Kaliszewski – do Harasymowicza przystaje chyba najlepiej dawne określenie „wieszcz”. A przecież jest to też poeta, który otwiera ciemne korytarze ludzkiej percepcji i każe błąkać się po nich jak w transie, twórca, który z równym wdziękiem i grozą opisuje przedziwne bachanalia Natury, jak i podąża, w kapturze nadrealnego proroka, poprzez zgliszcza spalonych cerkwi i lasów, twórca, który też tumani zwiewnością i ciepłem miłości, autor, który zmienia się z dnia na dzień – równie prawdziwy, gdy opisuje atmosferę baru w Krakowie, jak i gdy podąża brzegiem Popradu, czy gdy zastanawiają go i odmładzają przedziwni młodociani kontrkulturowcy, punki i różni życiowi wykolejeńcy.

Dobrze się stało, że zdolny krakowski krytyk, o wrażliwości poety, podjął się opisania tego fenomenu życia i poezji, tym bardziej, że jest to już drugi portret imaginowany i adnotowany poety z burzliwego pokolenia 1956, poety kontrowersyjnego i odkrywczego, najspokojniejszego ze spokojnych i buntownika, twórcy jakże zmiennego, choć też jak uświadamia to Kaliszewski – stałego w swych kreacjach. Wszak paradygmatem tej poezji nie jest jednak wymierna, konsekwentna przemiana form czy ukierunkowany rozwój świadomości estetycznej autora (w tej sferze znaczeń można tutaj mówić o jakiejś zawiłej sinusoidzie): jest nim natomiast wędrówka  p o   t e m a t a c h    k r a i n a c h, które z magiczną siłą metafory przeistaczają się w wielość poetyckich światów, o różnym stopniu realności. Poznajmy zatem te krainy, którymi nasz Książę Poezji włada. Zobaczmy, które okolice walczą w tej niepowtarzalnej federacji o palmę pierwszeństwa. Czytając tę monografię, uwierzmy krytykowi, uwierzmy poecie…

________________________

Andrzej Kaliszewski, Książę z Kraju Łagodności, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s.283.

STO WIERSZY POLSKICH (XXXII)

Mitologia grecka stanowiła ogromne wyzwanie dla wyobraźni Zbigniewa Herberta, stale wibrującej i zataczającej wiele kręgów, od starożytności do czasów współczesnych, od realizmu do symbolizmu, od prostoty do filozofii i od podania kulturowego do nadrealizmu. W wierszu pt. Apollo i Marsjasz pojawia się dwóch wyrazistych bohaterów, mających szerokie konotacje imaginacyjne w literaturze i sztuce wielu wieków.[1] Pierwszy z nich to Apollo, syn Zeusa i nimfy Leto, urodzony na wyspie Delos, bliźniaczy brat Artemidy[2], między innymi bóg piękna, blasku i nagłego rozświetlenia, życia i śmierci, przewodnik muz i patron poetyckich natchnień. Genialnie grał na kitarze i lubował się w pięknych krajobrazach, a swoją siedzibę miał na górze Parnas, skąd przyglądał się poczynaniom bogów i ludzi. Jego przeciwnikiem w micie i w wierszu Herberta jest satyr Marsjasz, który znalazł zgubiony flet Ateny i tak pięknie nauczył się na nim grać, że zaczął wzbudzać powszechny zachwyt we Frygii. Dotarło to do uszu zawistnego i mściwego Apolla, który natychmiast wyzwał nieszczęśnika na muzyczny pojedynek, komplikując sprytnie jego reguły.[3] Marsjasz godzi się na odwrócenie instrumentów, ale nie potrafi jednocześnie grać i śpiewać, co przy kunszcie Apolla, prezentującego cudowne pieśni olimpijskie, powoduje, iż muzy uznają go za zwycięzcę. Satyr był tak zarozumiały, że zgodził się na ustalenie dowolnej kary dla pokonanego, nie przypuszczając, że okrutny Apollo wykorzysta to i obedrze go ze skóry. Dopiero w tym momencie zaczyna się poetycka akcja wiersza Herberta: właściwy pojedynek Apollona/ z Marsjaszem/ (słuch absolutny/ kontra ogromna skala)/ odbywa się pod wieczór/ gdy jak już wiemy/ sędziowie/ przyznali zwycięstwo bogu[4], dopiero w tym momencie wyobraźnia poety znajduje właściwą sobie przestrzeń interpretacyjną i może zweryfikować wymowę mitu, przekornie przyznając zwycięstwo sylenowi.[5]

Przeciwnik został mocno przywiązany do drzewa i dokładnie odarty ze skóry, co spowodowało, że zaczął rozpaczliwie krzyczeć, a potem jakby zatopił się w monotonii wysokiego dźwięku, w nieustannym artykułowaniu, odzwierciedlającej cierpienie, głoski A. Apollo w tym czasie zdaje się już być w innych przestrzeniach i demonstracyjnie czyści swój instrument, skalany krwią w trakcie torturowania przeciwnika. Ale to, co dla postronnych obserwatorów jest monotonnym wrzaskiem, dla poety staje się pretekstem do odwrócenia sytuacji – wszak ból ofiary kala też krzywdziciela i rani jego psychikę, tym bardziej, że zdjęcie skóry przyczyniło się wzmocnienia organicznego bogactwa wnętrza satyra: w istocie/ opowiada/ Marsjasz/ nieprzebrane bogactwo/ swego ciała/ łyse góry wątroby/ pokarmów białe wąwozy/ szumiące lasy płuc/ słodkie pagórki mięśni/ stawy żółć krew i dreszcze/ zimowy wiatr kości/ nad solą pamięci. Metaforyzacja podąża tutaj w kierunku natury, zmienności pór roku i kruchości ludzkich organów, pośród których trwa nieustanna akcja – krew przesącza się przez tkanki, żółć uczestniczy w rozkładzie złożonych pokarmów, a dreszcze przypominają o potencjalnym i zawsze przyczajonym cierpieniu. Apollo tyleż bytuje pośród przestrzeni ziemskich, co duchowych i brzydzi się jawną, krwawą cielesnością, a poeta kieruje uwagę czytelnika ku niezwykłym możliwościom jakie niosą reinterpretacje mitu. Kolejne kadencje bólu generują jeszcze wyższe tony, zdające się dobywać aż ze stosu pacierzowego fauna: teraz do chóru/ przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza/ w zasadzie to samo A/ tylko głębsze z dodatkiem rdzy. Takie przemieszanie przestrzeni dźwiękowych i materialnych daje niezwykły efekt, gdy na artykułowanej głosce A pojawia się rdza. Z kolei rozchybotanie rzeczywistości staje się zaczynem nowej dekompozycji, gdy bóg piękna okazuje się tandetną imitacją samego siebie, boga nie potrafiącego utrzymać się w ryzach i zbyt często zachowującego się jak człowiek. Jego nerwy, zdawać by się mogło nie do zdarcia, nie reagujące na martyrologię sylena i makabrę odzierania go ze skóry, nagle stają się błahe, jakby wykonane z tworzyw sztucznych.  

W tym momencie Apollo jest już postacią stricte surrealistyczną, jakby namalowaną pędzlem Salvadore’a Daliego i czym prędzej umyka z miejsca kaźni Marsjasza, zbyt dla niego realnego, przepełnionego krzykiem i bólem. Markuje przy tym spokojny odwrót, jakby po zakończeniu mistrzowskiego koncertu: żwirową aleją/ wysadzaną bukszpanem/ odchodzi zwycięzca/ zastanawiając się/ czy z wycia Marsjasza/ nie powstanie z czasem/ nowa gałąź/ sztuki – powiedzmy – konkretnej. Ironia wszechmocnego boga jest tutaj niezwykle zjadliwa, zważywszy, że domaga się ukonkretnienia sztuki, i to na bazie owej nieustannie brzmiącej w przestworze głoski A. Poetyckie odrealnienie rymuje się tutaj z przepastną głębią mitu, który zawsze jest wieloznaczny i może generować nieskończone interpretacje. Tak przestaje mieć znaczenie ból Marsjasza i jego gehenna, a zyskują moc dziwne konotacje, jakby rodem ze snu, gdzie wszystko jest możliwe, a dekompozycja staje się tak samo adekwatna jak logiczny ciąg znaczeniowy. Apollo oddala się, a perspektywa bukszpanowej alei zwęża się coraz bardziej – i tak mogłoby się zakończyć to dramatyczne zdarzenie, ale przecież nie byłoby w nim niczego szczególnego, ot jeszcze jedna batalia kochliwego[6] i wojowniczego boga olimpijskiego, który potrafił przeciwstawić się samemu Zeusowi.[7] Herbert zdaje sobie z tego sprawę i wprowadza do utworu jeszcze jeden zaskakujący trop: Nagle/ pod nogi upada mu/ skamieniały słowik. Jak wiadomo ptak ten od najdawniejszych czasów symbolizuje najwyższe uniesienia miłosne i jakby docieranie wydawanymi dźwiękami do samej istoty bytu.[8] Sugerowałoby to, że Marsjasz odniósł jednak zwycięstwo i w swoim bólu i „śmiertelnym śpiewie” pojął to, co miało dla niego pozostać zakryte. W taki też sposób zemścił się na swoim wrogu, hardo rzucił mu pod nogi skamieniałego słowika i nagle przyspieszył upływ czasu. Drzewo, do którego został przywiązany zyskało cechy ludzkie i posiwiało jak starzec: odwraca głowę/ i widzi/ że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz/ jest siwe/ zupełnie. Tego rodzaju antropologizacja ma sens w surrealnym świecie, wykreowanym przez poetę i staje się elementem jego dziwności, nagłego wymknięcia się ze sztywnych ram podaniowych. Dodatkowo zawiera drugie dno i jakby wskazanie opisywanych szeroko sytuacji, gdy jakiś bohater w jednej chwili posiwiał. Tutaj przytrafiło się to drzewu, które miało być niemym świadkiem cierpienia Marsjasza, ale wydostało się ze swej statyczności i dynamicznie dookreśliło finał tej konfrontacji.

[1] Motyw ten odnajdziemy na wazach greckich, licznych mozaikach, odwzorowywany jest w rzeźbach, a potem pojawia się w malarstwie, między innymi na obrazach Pietra Perugina (ok 1490), Michelangela Anselmiego (ok. 1540), Bartolomea Manfrediego (ok. 1616), Jusepe de Ribery (1637). 

[2] Por. R. Graves, Mity greckie, przeł. H. Krzeczkowski, Warszawa 1982, s. 63-64.

[3] Por. Tamże, s. 81.

[4] Tekst z tomu Studium przedmiotu podaję za: Z. Herbert, Wiersze zebrane, oprac. R. Krynicki, Kraków 2008, s. 247–249.

[5] Por. M. Mikołajczak, Wstęp w: Z. Herbert, Wybór poezji, Wrocław 2019, s. LXXVI.

[6] R. Graves tak podsumowuje jego podboje miłosne: Choć Apollo nie chciał się krępować więzami małżeńskimi, spłodził dzieci z wieloma nimfami i śmiertelnymi kobietami. Z Fitą na przykład spłodził Dorosa i jego braci, z muzą Talią korybantów, z Koronis Asklepiosa, z Arią Miletosa, a z Kyrene Aritajosa. Uwiódł również nimfę Dryope (…)., dz. cyt. s. 81–82.

[7] Tamże: zob. historię odwetu Apolla na Zeusie, po zabiciu jego syna, lekarza Asklepiosa, który odważył się wskrzesić zmarłego i odebrać w ten sposób poddanego Hadesowi.

[8] Por. słynną Odę do słowika Johna Keatsa, w której mamy do czynienia z takim przekraczaniem granic ontologicznych.

ADAM ZAGAJEWSKI 1945–2021

W związku z nieoczekiwaną śmiercią Adama Zagajewskiego przypominam jeden z jego najbardziej znanych wierszy i moją analizę, która została opublikowana w „Okolicy Poetów”.

JECHAĆ DO LWOWA

        Rodzicom

Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać
do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,
gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się
ekspresy i torpedy. Nagle wyjechać do
Lwowa, w środku nocy, w dzień, we wrześniu
lub w marcu. Jeżeli Lwów istnieje, pod
pokrowcami granic i nie tylko w moim
nowym paszporcie, jeżeli proporce drzew
jesiony i topole wciąż oddychają głośno
jak Indianie a strumienie bełkocą w swoim
ciemnym esperanto a zaskrońce jak miękki
znak w języku rosyjskim znikają wśród
traw. Spakować się i wyjechać, zupełnie
bez pożegnania, w południe, zniknąć
tak jak mdlały panny. I łopiany, zielona
armia łopianów, a pod nimi, pod parasolami
weneckiej kawiarni, ślimaki rozmawiają
o wieczności. Lecz katedra wznosi się,
pamiętasz, tak pionowo, tak pionowo
jak niedziela i serwetki białe i wiadro
pełne malin stojące na podłodze i moje
pragnienie, którego jeszcze nie było,
tylko ogrody chwasty i bursztyn
czereśni i Fredro nieprzyzwoity.
Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał
zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć
szeptu każdego kamienia, spalonego przez
słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie
inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili
rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,
rosły bez pamięci, a radość kryła się
wszędzie, w korytarzach i młynkach do
kawy, które obracały się same, w niebieskich
imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym
formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach
róż. Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje.
Dzwony biły i drżało powietrze, kornety
zakonnic jak szkunery płynęły pod
teatrem, świata było tak wiele, że musiał
bisować nieskończoną ilość razy,
publiczność szalała i nie chciała
opuszczać sali. Moje ciotki jeszcze
nie wiedziały, że je kiedyś wskrzeszę
i żyły tak ufnie i tak pojedynczo,
służące biegły po świeżą śmietanę,
czyste i wyprasowane, w domach trochę
złości i wielka nadzieja. Brzozowski
przyjechał na wykłady jeden z moich
wujów pisał poemat pod tytułem Czemu,
ofiarowany wszechmogącemu i było za dużo
Lwowa, nie mieścił się w naczyniu,
rozsadzał szklanki, wylewał się ze
stawów, jezior, dymił ze wszystkich
kominów, zamieniał się w ogień i w burzę,
śmiał się błyskawicami, pokorniał,
wracał do domu, czytał Nowy Testament,
spał na tapczanie pod huculskim kilimem,
było za dużo Lwowa a teraz nie ma
go wcale, rósł niepowstrzymanie a nożyce
cięły, zimni ogrodnicy jak zawsze
w maju bez litości bez miłości
ach poczekajcie aż przyjdzie ciepły
czerwiec i miękkie paprocie, bezkresne
pole lata czyli rzeczywistości.
Lecz nożyce cięły, wzdłuż linii i poprzez
włókna, krawcy, ogrodnicy i cenzorzy
cięli ciało i wieńce, sekatory niezmordowanie
pracowały, jak w dziecinnej wycinance
gdzie trzeba wystrzyc łabędzia lub sarnę.
Nożyczki, scyzoryki i żyletki drapały
cięły i skracały pulchne sukienki
prałatów i placów i kamienic, drzewa
padały bezgłośnie jak w dżungli
i katedra drżała i żegnano się o poranku
bez chustek i bez łez, takie suche
wargi, nigdy cię nie zobaczę, tyle śmierci
czeka na ciebie, dlaczego każde miasto
musi stać się Jerozolimą i każdy
człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu
pakować się, zawsze, codziennie
i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież
istnieje, spokojny i czysty jak
brzoskwinia. Lwów jest wszędzie.

Adam Zagajewski urodził się we Lwowie w 1945 roku i przed repatriacją na ziemie poniemieckie, do Gliwic, nie mógł zapamiętać czegokolwiek z tamtych czasów. Jego powroty do tego miasta miały zatem wymiar archeologii rodzinnej i konfrontowane ze wspomnieniami rodziców i zdobywaną wiedzą, musiały być rodzajem konstrukcji intelektualnej. Ta niedookreśloność sytuacji geograficznej, ta imaginowana bliskość miasta ważnego dla kultury kresów wschodnich, generuje swoiste liryczne roztargnienie i na początku wiersza poeta pyta: Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać/ do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,/ gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się/ ekspresy i torpedy. Tak zaczyna się ten szamański pomruk, inkantacja rzeczywistości, która kiedyś była ważna dla drobnego ciała, a z czasem stała się mitem świata odeszłego i krzewiącego się bujnie we wspomnieniach klanu rodzinnego. Bliskość snu i pora dobowa wskazują, że mamy tutaj do czynienia z próbą obłaskawiania ulotności, mgiełki, chwili zaklętej w słowa i mutującej swobodnie we śnie. Zresztą wszelkie wyraziste ustalenia natychmiast stracą rację bytu, rozpłyną się we mgle przeszłości, a wyjazd może się zacząć o każdej godzinie, rano, w południe lub wieczorem, w marcu lub we wrześniu i równie dobrze może w ogóle nie dojść do skutku. Nasza realność, a zatem i istnienie Lwowa stale poddawane są ludzkiej próbie bytu, wciąż rodzą się od nowa w mózgu, stale podtrzymywane są nowymi strumieniami natlenionej i niosącej cukier krwi – zasadne zatem jest pytanie o autentyczność tego, co postrzegamy: Jeżeli Lwów istnieje, pod/ pokrowcami granic i nie tylko w moim/ nowym paszporcie, jeżeli proporce drzew/ jesiony i topole wciąż oddychają głośno/ jak Indianie a strumienie bełkocą w swoim/ ciemnym esperanto a zaskrońce jak miękki/ znak w języku rosyjskim znikają wśród traw. Spakować się i wyjechać, zupełnie/ bez pożegnania, w południe, zniknąć/ tak jak mdlały panny. Znaki istnienia, potwierdzenia realności miasta, gdzieś za granicami, jako zapis w paszporcie, łączą się z elementami charakterystycznymi dla przestrzeni europejskiej, jesionami i topolami, zaskrońcami w trawie, ale są też ornamentowane w szczególny sposób przez – zdawać by się mogło – odległe semantycznie określniki. W takim ustawieniu odbioru, drzewa mają w sobie coś z proporców pogrzebowych, są żywymi organizmami, oddychającymi jak człowiek lub zwierzę, z kolei antropomorfizowane strumienie wydają dźwięki bliskie bełkotowi w ciemnym języku esperanto, a zaskrońce umykają w trawach i kojarzą się poecie ze znakiem miękkości w języku rosyjskim. To może być wyjazd bez wyjazdu, bez pożegnania, ale zupełny, to może być chwila równie niedookreślona jak nagłe zgaśnięcie świata w chwili znamiennego omdlenia panien.

Powrót do Lwowa, jak ponowne pojawienie się w każdym miejscu, dziwnie ulokowanym w ludzkiej biografii, ma wydobyć elementy najistotniejsze w topografii miasta, ale też ma odsłonić wewnętrzną strukturę liryczną przestrzeni i czasu. Dlatego ważne staje się to, co zwykle umyka percepcji: I łopiany, zielona/ armia łopianów, a pod nimi, pod parasolami/ weneckiej kawiarni, ślimaki rozmawiają/ o wieczności. Charakterystyczne dla poezji Zagajewskiego jest ciągłe odbieganie myślą ku innym miejscom, ciągłe wplatanie elementów odległej, ale równie energetycznej i absolutnej epifanii. Tak łopiany stają się światem samym w sobie, orbitującym ku wspomnieniom parasoli weneckich, ale też są draperią przestrzeni, w której istnieją inne byty, reprezentowane tutaj przez ślimaki, rozmyślające o wieczności i bytujące w płaszczyźnie horyzontalnej, kryjące się w cieniu zieleni rozrosłych roślin.Myśl poety nigdy nie zastyga w jednym kształcie, nie przywiązuje się do żadnej formy, nieustannie skanuje rzeczywistość i przebiega ją niczym impuls elektryczny. Przeskok iskry bywa gwałtowny i z płaskiego świata pod łopianami wzrok pada, a przypomnienie jest tutaj wyraźnie ukierunkowane, na wertykalną oś lwowskiej świątyni: Lecz katedra wznosi się,/ pamiętasz, tak pionowo, tak pionowo/ jak niedziela i serwetki białe i wiadro/ pełne malin stojące na podłodze i moje/ pragnienie, którego jeszcze nie było,/ tylko ogrody chwasty i bursztyn/ czereśni i Fredro nieprzyzwoity. Ta pionowość jest realna i zarazem umowna, natychmiast przywołująca inne cząstki świata, w których pion wcale nie jest konstytutywny – no bo jak zauważyć wertykalność niedzieli, jak wyodrębnić ją z białych serwetek i z białego wiadra wypełnionego malinami, jak wreszcie połączyć pragnienie, którego nie było z chwastami, bursztynową barwą czereśni i bezeceństwami Aleksandra Fredry? Tylko poetyka mgnień i prześwitów, tylko rzucanie światła na coraz to inne elementy świata mogą być tutaj pomocne. Z mroku przeszłości wydobywa ją iskra lub błyskawica, nagłe rozświetlenie i równie nagłe przygaśnięcie, istnienie w nieistnieniu, byt w niebycie, egzystencja bez kolejnych potwierdzeń. Poeta dorastał już w innym mieście i stale słuchał opowieści o Lwowie, wciąż sycił zmysły aurą, której dotknął realnie jako niemowlę, a to znaczy, że właściwie nigdy jej nie zaznał. W pewnym momencie pojawiło się uczucie przesytu, które skojarzone zostało z kolejnymi cząstkami imaginatywnymi, z drobinami i wielkimi elementami miejskiej zabudowy: Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał/ zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć/ szeptu każdego kamienia, spalonego przez/ słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie/ inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili/ rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,/ rosły bez pamięci, a radość kryła się/ wszędzie, w korytarzach i młynkach do/ kawy, które obracały się same, w niebieskich/ imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym/ formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach róż. Ta mnogość odsłon, to nieustanne, lamentacyjne przywoływanie miasta, powiązane było z sytuacją rodzinną, z wygnaniem i pasją odkrywczą, choć tak naprawdę nikt nigdy nie wniknął w  c a ł o ś ć  tej struktury, nikt nie przedostał się do tajni wewnętrznej kamieni, nikt nie usłyszał bezgłośnej mowy świątyń katolickich i prawosławnych, nikt nie rozmyślał tak intensywnie o Jezuitach i roślinach, o młynkach do kawy i krochmalu, o imbrykach, kroplach deszczu i kolcach róż. W innym świecie i w innych przestrzeniach musiał dorosnąć poeta, musiał w doświadczeniach dni i nocy odnaleźć swoją epifaniczna wyobraźnię i zacząć mnożyć ekwiwalenty słowne w kolejnych wierszach. To jakby zagęszczanie przestrzeni, to nieustanne ewokowanie treści, które łączą się ze sobą i natychmiast zderzają się z innymi elementami lirycznego przedstawienia.

Z opisów, z rozmów i przywołań, ze studiowania sztychów i fotografii, a nade wszystko z czytania książek wspomnieniowych powstał w wyobraźni twórcy obraz wyrazisty i zamglony, pełen drobnych szczegółów i nieustannie orbitujący ku uniwersum wszechrzeczy i ku prawdzie absolutu: Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje./ Dzwony biły i drżało powietrze, kornety/ zakonnic jak szkunery płynęły pod/ teatrem, świata było tak wiele, że musiał/ bisować nieskończoną ilość razy,/ publiczność szalała i nie chciała/ opuszczać sali. Nic nie jest tutaj utrwalone, nic nie zastyga, wszystko podąża od realności zapisanej w czasie do wyobraźniowych ewokacji, od obrazu podążających zakonnic do migających w myślach szkunerów, od żółknących na mrozie forsycji do bicia dzwonów i stale multiplikującego się świata, przypominającego też aktora, nieustannie odgrywającego tę samą rolę i bisującego przed publicznością całej ludzkości. To wszystko przepadłoby bezpowrotnie gdyby nie pojawił się poeta, gdyby nie ukształtował tak swojego umysłu, że zaczął on konstruować wiersze, w których odradzały się sytuacje i byty, wracały ulotne fakty, lśniła na nowo rzeczywistość zgubiona pośród wirów czasu. Ludzie rodzili się i umierali, a członkinie rodzin uczestniczyły w ślepym rytuale istnienia rodzinnego, wypełniania przypisanych im ról i do głowy im nie przychodziło, że kiedyś pojawią się w wierszu chłopca urodzonego u końca wielkiej wojny: Moje ciotki jeszcze/ nie wiedziały, że je kiedyś wskrzeszę/ i żyły tak ufnie i tak pojedynczo,/ służące biegły po świeżą śmietanę,/ czyste i wyprasowane, w domach trochę/ złości i wielka nadzieja. Zagajewski ukazuje byty osobne na tle innych bytów osobnych, ludzi w grupach, ale jednak nieopisanie samotnych, dążących do jakiegoś celu, a zarazem poruszających się po omacku pośród głuchych, przepastnych ciemni. Często pośród tych światów pojawia się gość z zewnątrz i jego wizyta staje się pretekstem do uruchomienia lawiny wyobraźniowej. Wielki krytyk przyjeżdża do Lwowa i staje się wyzwaniem dla wyobraźni, chwilą, którą trzeba wyodrębnić, a potem ustawić ją w obrębie innych, zdawać by się mogło, nieistotnych chwil:  Brzozowski/ przyjechał na wykłady jeden z moich/ wujów pisał poemat pod tytułem Czemu,/ ofiarowany wszechmogącemu i było za dużo/ Lwowa, nie mieścił się w naczyniu,/ rozsadzał szklanki, wylewał się ze/ stawów, jezior, dymił ze wszystkich/ kominów, zamieniał się w ogień i w burzę,/ śmiał się błyskawicami, pokorniał,/ wracał do domu, czytał Nowy Testament,/ spał na tapczanie pod huculskim kilimem,/ było za dużo Lwowa a teraz nie ma/ go wcale, rósł niepowstrzymanie a nożyce/ cięły, zimni ogrodnicy jak zawsze/ w maju bez litości bez miłości/ ach poczekajcie aż przyjdzie ciepły/ czerwiec i miękkie paprocie, bezkresne/ pole lata czyli rzeczywistości. Zewsząd płyną obrazy i wzmacnia się przekonanie w poecie, że miasto zdominowało jego wyobraźnię, dokonało na nim aktu agresji, której nie równoważy nawet wykład Brzozowskiego. Lwowskość rzeczywistości w każdej inkantacji i w powracających lamentach była wręcz nie do zniesienia, przybierała formę materialną, przelewała się przez naczynia, eksplodowała w szklankach, przepełniała sobą stawy, jeziora, a nawet dymiła z kominów, stawała się samą istotą żywiołów. Ale właśnie pośród tej ekspansywnej lwowskości pojawiają się pierwsze zapowiedzi przyszłości, oprawianej w kształt wiersza i wracającej w wyobraźni poetyckiej jako ciąg znaków, emblematów i symbolicznych dopełnień. Wujek pisze poemat pt. Czemu, ofiarowany Bogu, a poszczególni ludzie wypełniają swoje role, wpisują się w lwowski model egzystencji, szaleńczej i nudnej, pełnej znaczeń i zarazem jakże bezsensownej. Mieści się w niej lektura Nowego Testamentu i wylegiwanie się pod huculskim kilimem, zimno maja i upały czerwca, nożyce ścinające rośliny i miękkość paproci, a wszystko razem jest epifanią, uświęceniem prostoty, dopowiedzeniem treści do tego co na zawsze miało zostać bez komentarza.      

 Nożyce są użytecznym narzędziem w praktyce ogrodniczej czy krawieckiej, ale mogą też symbolizować śmierć, nieustannie zrywającą łączność między komórkami i inicjującą bezpowrotny rozpad. To także symbol bezduszności ludzkiej, obecnej także w przestrzeniach Lwowa i nieustannie generującej cierpienia, kojarzącej się z uważną pracą dziecka przy wycinance. Urzędnicy i cenzorzy cięli ludzkie marzenia i nieudolne próby stworzenia enklaw, bezpiecznych miejsc w czasie i pośród kresowej przestrzeni, a dzieci mozoliły się by jak najlepiej odwzorować łabędzia lub sarnę. Jedno pozostawało wszakże niezmienne, szczęk metalu i odgłos strzyżenia, ucięcia, przerwania więzi – śmierć, bezduszna i groteskowa jak wyabstrahowane z rzeczywistości nożyce, zbierała swoje żniwo: Nożyczki, scyzoryki i żyletki drapały/ cięły i skracały pulchne sukienki/ prałatów i placów i kamienic, drzewa/ padały bezgłośnie jak w dżungli/ i katedra drżała i żegnano się o poranku/ bez chustek i bez łez. Szczęk nożyc, cięcie scyzoryków i noży, drapanie żyletek pojawiało się w każdym życiu, światy padały jak drzewa w dżungli i traciły swoją wartość ludzkie godności i wielkie budowle – wszystko zmierzało ku ostatecznym pożegnaniom, wszystko poddawało się nieuchronnej, bezlitosnej władzy czasu. Dopiero poeta, odwieczny tułacz wyobraźni, połączy wszystko w wielką, stale rozrastającą się i pulsującą żywymi głosami jednię, dopiero epifaniczna wyobraźnia wydobędzie z mroku to, co miało na zawsze w nim przepaść. Zapłaci za to lękiem, suchością warg nad ranem i poczuciem nieustannej podróży, ciągłego pakowania się i przemieszczania się z miejsca na miejsce: takie suche/ wargi, nigdy cię nie zobaczę, tyle śmierci/ czeka na ciebie, dlaczego każde miasto/ musi stać się Jerozolimą i każdy/ człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu/ pakować się, zawsze, codziennie/ i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież/ istnieje, spokojny i czysty jak/ brzoskwinia. Lwów jest wszędzie. Wyprawa do Lwowa jest podróżą w głąb siebie, przyjęciem roli nigdy nie zatrzymującego się podróżnego i ustawianiem miasta urodzenia w ciągu symbolicznym miejsc na ziemi, poczynając od uświęconej i umęczonej po wielokroć Jerozolimy. Śmierć i bieg czasu niszczą utrwalane przez ludzi kształty, degradują budowle z kamienia i cegieł, ścierają na pył bramy i ogrody, zamieniają w proch kruche ciała, ale słowo może wskrzesić struktury i elementy, może spowodować, że nagle objawi się świeżość jak we wnętrzu brzoskwini, a  prywatna wizja miasta rozprzestrzeni się do wymiarów gigantycznych i wypełni sobą wszystko. Zagajewski tworzy wiersze, w których pulsuje prawdziwe życie, a zarazem rozmywa wszystko niczym subtelny akwarelista, swobodnie porusza się pośród przestrzeni mitu, a zarazem stale dociera do elementarnych cząstek rzeczywistości. Jego gigantyzm mieści się w obrębie jednej komórki, a to co mikroskopijne i niewidoczne dla oka, eksploduje nieoczekiwanie i rozszerza się do wymiarów kosmicznych.   

POEZJA I ŚWIAT

Mistrioti gdzieś w Wielkopolsce

Zaprzyjaźniona ze mną od wielu lat grecka poetka Maria Mistrioti zainicjowała rozmowę na temat poezji, festiwali literackich i przyszłości ludzkości. Zamieszczam ją na moim blogu, bo kilka myśli, które wyartykułowałem mają określoną wartość.

Czym dla ciebie jest poezja?

To z pozoru proste pytanie, ma też swoje drugie dno. Z jednej strony przecież jest to rodzaj sztuki, uprawianej przeze mnie od ponad czterdziestu lat, a ze strony drugiej – to dar dany mi przez życie i rodzaj wewnętrznego olśnienia. Pisząc wiersze szukam sytuacji modelowych i próbuję odzwierciedlić coś z mojego wnętrza, coś z moich myśli i prób powiązania tego, co nierealne z rytmem krwi w ciele i doświadczeniami wielu lat. Patrząc na moje pisanie wierszy, zauważam kilka głównych nurtów moich zainteresowań: zaczynałem od nurtu generacyjnego, od tekstów które miały być świadectwem istnienia moich kolegów i koleżanek, którzy przepadli w przepaściach dwudziestego wieku. Jedni popełnili samobójstwa, inni zginęli w wypadkach komunikacyjnych, a jeszcze inni zmarnowali swoje szanse i trafili do więzień. Spotykałem się z nimi w szkołach, na podwórkach i boiskach, jeździłem wraz z nimi rowerem nad jeziora i rzeki, pływałem w chłodnych nurtach, podróżowałem pociągami i autobusami, a potem własnym samochodem. Nie wiem jak to się stało, że przetrwałem, wybrałem inną drogę i zacząłem nią kroczyć ku kolejnym stopniom edukacji, napisanym książkom, surrealistycznym rysunkom i namalowanym obrazom? Miałem przecież sporo zatargów z komunistycznym państwem i jak oni trafiłem do Izby Dziecka, a potem do jakże prawdziwego i ponurego więzienia. Myślę, że uratowały mnie lektury, pochłaniane w ogromnych ilościach, orbitujące wokół moich zainteresowań geograficznych i podróżniczych, a potem literackich i artystycznych. Do tego dodać należy moją ogromną energię fizyczną, materializującą się podczas treningów szermierczych, piłkarskich, sportów walki, a na końcu biegowych. Ważne też były umiejętności pływackie i praca ratownicza na wielu basenach, nad jeziorami i nad morzem.

Jakie są twoje główne inspiracje poetyckie?

Moją pierwszą i podstawową inspiracją poetycką była miłość i spotkanie z przepiękną dziewczyną, dla której zacząłem tworzyć erotyki. To uczucie spowodowało, że porzuciłem młodzieńczą grafomanię i zacząłem pisać wiersze białe, bez rymów. Próba odzwierciedlenia jej piękna i fenomenu oryginalnej urody, kazała mi szukać tak misternych ekwiwalentów słownych, że powstawały wiersze zwiewne, delikatnie lekko tylko metaforyzowane. Miała zielone oczy, długie gęste włosy i ciało bogini, wywierające piorunujące wrażenie na wielu mężczyznach. Z tego powodu musiałem czasami odsuwać na bok moją liryczną naturę i toczyć jak najrealniejsze boje z pojawiającymi się zalotnikami. Jak zwykle bywa w takich razach, młodzieńcza miłość nie przetrwała próby czasu, ale zostały wiersze, które opublikowałem w 1982 roku w małym tomiku pt. Maria. Ziarno raz zasiane zaczęło kiełkować i poezja stała się czymś bardzo ważnym w moim życiu, a nurcie generacyjnym pojawiły się próby analizy metaforyki kultury, ciąg wierszy mistycznych, a potem podróżniczych, w których daleka wyprawa stawała się pretekstem do opowieści o miejscach, ludziach i o moim wnętrzu. W różnych wydawnictwach zaczęły się ukazywać moje nowe tomy, sporo było też publikacji prasowych i szybko zostałem dostrzeżony przez krytykę literacką. Pojawiły się też znaczące nagrody literackie i pierwsze zbiory wierszy opublikowane poza granicami Polski, czasem w tak egzotycznych krajach jak Gwatemala, Indie, Chiny. Obecnie, gdy minąłem już barierę sześćdziesięciu lat, przygotowuję się do publikacji trzech tomów wierszy zebranych, w których zamieszczę też najcelniejsze recenzje i fragmenty szkiców krytycznoliterackich. Nowe inspiracje pojawiły się u mnie, gdy podjąłem pracę w uniwersytecie i zacząłem pisywać teksty naukowe o polskich, amerykańskich i europejskich romantykach. Warto wspomnieć też Nikosa Chadzinikolau, który zainspirował mnie do studiów kultury antycznej i do lektur współczesnej poezji greckiej. Grek Zorba Nikosa Kazantzakisa, w przekładzie wskazanego wyżej tłumacza i edytora, pozostanie do końca jedną z najważniejszych lektur mojej młodości.

Czy międzynarodowe festiwale są propozycją właściwą dla cywilizacji?

Od ponad dwudziestu lat uczestniczę w wielu międzynarodowych festiwalach i konferencjach literackich. Stały się one dla mnie ważnym doświadczeniem życiowym i umożliwiły mi spotkania z tak wielkimi współczesnymi poetami i prozaikami jak Gerald Stern, Stanley Kunitz, Juan Gelman, Adonis, Mo Yan, Tomas Venclova, Stanley H. Barkan, Sona Van. Dzięki zaproszeniom na tego typu imprezy zwiedziłem wiele krajów świata, żeby wymienić tylko USA, Chiny, Indie, Kenię, Republikę Południowej Afryki, Kolumbię, Gruzję, Armenię, Litwę. Wszędzie czytałem wiersze, wygłaszałem referaty i prowadziłem ożywione dyskusje, a nade wszystko pisałem wiersze i wspomnienia. To wyprawy na festiwale literackie zainspirowały mnie do publikacji kolejnych tomów wierszy z podróży i obecnie powstaje już dziesiąta taka książka. Tak, to było też wielkie doświadczenie cywilizacyjne i ogólnoludzkie, rodzaj rozprzestrzenienia mojej świadomości w świecie i weryfikacji moich wyobrażeń o nim. Nikt nie zabierze mi już tych niezwykłych chwil nad brzegami trzech wielkich oceanów, pośród ulic Szanghaju i Pekinu, Nowego Jorku i Los Angeles, Medellin, Tbilisi i Erywania, nikt i nic nie wymaże z mojej pamięci zamyśleń nad jeziorem Qinghai i Żółtą Rzeką, na skraju Kordyliery Zachodniej, pośród budynków świątynnych w Indiach i w wiosce Masajów, na wieży kościoła św. Janów w Wilnie, nad Morzem Śródziemnym w Chalkidzie i na nabrzeżu Huangpu Jiang w Szanghaju. Pobyty na światowych festiwalach literackich przyczyniły się do rozszerzenia moich kontaktów twórczych, powstania nowych wydań zagranicznych moich książek, a nade wszystko pozwoliły mi poznać wiele nowych strategii literackich.           

Jak twoim zdaniem będzie wyglądała przyszłość ludzkości?

Wszystko zależy od nas… Od wysiłków, które podejmiemy, by ocalić planetę i przygotować się do ewentualnych kataklizmów kosmicznych. Zagrożenia są realne, zanieczyszczenia środowiska naturalnego ogromne, a dodatkowo grożą nam wybuchy wielkich, uśpionych wulkanów, trzęsienia ziemi i tsunami. Każdy intelektualista chciałby, by ludzkość rozwijała się harmonijnie i osiągała w kolejnych latach niewyobrażalny poziom technologiczny. Będąc wielokrotnie w Chinach i w Stanach Zjednoczonych Ameryki, dostrzegłem niezwykłe przeobrażenia naszego świata. Koleje wielkich szybkości, szerokie autostrady i mosty, coraz wyższe wieżowce i przebogate apartamentowce, a do tego jeszcze elektryczne samochody, coraz doskonalsze statki i sondy kosmiczne. Niestety cieniem na postępie ludzkości kładą się zbrojenia i nieustanne zagrożenia ze strony niestabilnych państw i ich przywódców. Jakkolwiek by jednak nie było jestem optymistą i wierzę, że ludzkość będzie szła do przodu przez następne stulecia, a może nawet tysiąclecia. Nie potrafimy sobie wyobrazić postępu, który się dokona, wszak wiek dwudziesty zaczynał się od drewnianego samolotu i pojazdów parowych, a kończył się powszechnym dostępem do komputerów, lotami promów kosmicznych i stałym pobytem ludzi na międzynarodowej stacji kosmicznej.

« Older entries

%d blogerów lubi to: