ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (15)

                                     

Poezja Wojciecha Kawińskiego jest zdumiewającym zjawiskiem na mapie współczesnej liryki polskiej. Autorowi udało się podążać własną drogą, stale modyfikować język poetyckiej narracji, poszukiwać słów-kluczy i symboli bez zapożyczeń i przelotnych fascynacji. Powiedzieć można, że poezja ta oparła się próbie czasu, a swoiście polskie rytuały pokoleniowe, pułapki manifestów i kolejnych zmów nie wyrządziły jej krzywdy, tak jak to miało miejsce w przypadku rówieśników Kawińskiego. Jeśli można mówić tutaj o jakiejś korespondencji, to jest to jedynie korespondencja duchowa – klimat charakterystyczny dla poety i indywidualny kształt wiersza. Wtedy wskazać by należało największych poetów amerykańskich i angielskich, a także niektórych twórców z niemieckojęzycznego kręgu. Zresztą Kawiński stale wymienia swoich duchowych antenatów – tworzy cykle wierszy, w których pojawiają się oni w najprzeróżniejszych sytuacjach lirycznych. To co zostało wyżej powiedziane nie jest tylko pochwałą poezji, jest raczej zdziwieniem czytelnika, który przystępując do lektury i krytycznego opracowania tego fenomenu stwierdza, iż ma do czynienia z dziewiczą wyobraźnią i obrazami pozwalającymi udanie odtwarzać mechanizmy podświadomości, snu i kojarzenia  impulsów rzeczywistości. Trudno doprawdy doszukać się w tej poezji jakichś negatywnych stron. Krytyk musi zaangażować cały swój warsztat badawczy, żeby nie uronić niczego z tych zdumiewających wizji. Często też opis krytycznoliteracki nie wystarcza i konieczny staje się dyskurs naukowy.

Dla Wojciecha Kawińskiego poezja jest rejestrowaniem pulsu życia – każdy wiersz jest świadectwem tego, iż krew płynie w żyłach, a serce szamocze się z przeznaczonym mu czasem. Ale jest też zdziwieniem, że po nocy zdarza się nowy świt i płyną kolejne godziny. Każde zderzenie, każdy incydent dnia rozgrywa się jakby w perspektywie dalekiego, pełnego tęsknoty śpiewu: Widzisz, jeszcze widzisz te żywe gołębie ciemności/ Twoja obecność trwa między wapnem a żywą krwią./ Morze przesypuje swą sól w twe suche źrenice. Człowiek Kawińskiego jest bytem kruchym i chwilowym, Jest w nim tajemnica, której rozwikłać nie można – tajemnica, która swoje korzenie ma być może w odległych spiralnych galaktykach i mroku świadomości. W tej poezji wszystko jest odkrywaniem i wszystko jest poszukiwaniem: przez pola/ na ukos:/ betonowa gwiazda:/ w gnieździe przestrzeni/ żółta rana światła;/ pod wygasłym domem/ twój cień;/ skamielina płaska;/ szukająca siebie/ po ostatni/ sen –.  Wszystko tu jest przekształcaniem, nazywaniem stanów, które są nienazwane, które poeta wyczuwa piątym zmysłem, których się boi i przed którymi ucieka widząc, iż naturalnym stanem  b y t u   jest entropia. Wszystko dookoła rozpada się – kruszeją mury i posągi, padają cywilizacje, ludzka świadomość zanika z upływem czasu. Byt porusza się od całości i scalania do rozpadu – do cząsteczki, komórki, atomu i kwarka; wszystko bezpowrotnie zamiera, traci sens. W takim świecie walka jest właściwie niemożliwa, a jedynie pożądanym stanem umysłu jest jego samoświadomość, pogodzenie się z ogromną, przerażającą, a zarazem piękną w swoim niszczycielskim rozmachu siłą:  I będzie co ma być/ W rdzą przeżartej równinie/ Nigdzie nie zdołasz się skryć? Czas podliczy twe winy? Każda kropla zmęczenia/ Rozpłynie  się w suchym dymie/ Zmienność odsłoni znaczenia/ Jak ryte w betonie imię/ Pod chłodu zdrewniałą powieką/ Miniona zieleń skruszeje/ A światu cynowe wieko/ Odsłoni krew i nadzieję.

Człowiek Kawińskiego uczestniczy  w procesie rozpadu – przemija jak każdy byt. Poeta jednak nie może nie czuć się rozdartym, nie może nie lamentować nad zmieniającą się perspektywą. Wszak czuje on i widzi więcej od pogodzonych – częściej otwierają się przed nim przepaście, których ludzie nawet nie przeczuwają. Jego lament jest jednak formą intelektualnego pogodzenia – jest często ledwie liryczną notatką, zapisem stanu bez komentarza: Z krwi i kości/ jest ten nasz mały świat;/ kość gnije,/ krew zmienia się w rdzawą rosę,/ kończy się podróż; wieje wiatr… Ów opis rzeczywistości nagle się urywa, bo tylko taka pointa może mieć swoją wymowę. Ten człowiek zawsze będzie szukał jakiegoś wyraźnego zakończenia, patetycznego zwieńczenia, które uspokoi jego rozchybotaną świadomość. Kawiński wskazuje w swoich wierszach, iż proces rozpadu nie ma początku i końca – jest permanentny. Charakter życia splata je z rozkładem, tak jak uzależnia je od obecności tlenu, wody, określonej temperatury, rodzaju pokarmu itd. Obrazy poety  „przesycone” są nieuniknionym oparem przeznaczenia, mają skazę śmiertelności: Spękana kora/ zieleń zdeptana szary dym/ pod okapem rozpadającego się domu/ (…)/ to moje życie/ na złuszczonym powietrznym liściu/ na zranionym przez kolejne zimy/ kamyku. Poecie zostaje tylko wyobraźnia, która stale ożywia, generuje nowe sensy, mami i niesie otuchę. Chętnie poddaje się on tej grze, dyskutuje z nią, choć wie, iż w stale pulsującym wirze entropii karmi go ona  słowami na nieżywych ustach,/ które niewymownie mówią – – –.

Poezja Kawińskiego jest ciągłym poszukiwaniem i wskazywaniem sprzeczności – odkrywaniem spękań w skorupach przeszłości i pojawiających się powoli krwawych plam na materiach przyszłości. Człowiek Kawińskiego jest bezbronny – dźwięczne oksymorony i kontrasty znaczeniowe, przeciwstawne „temperatury” strof i symultanicznie stosowane tropy współtworzą określony nastrój przegrania, upadku, zaprzepaszczenia wszelkich szans.  To jakby proste – prostotą mitu, podania, zapisu kulturowego – pieśni tych, którzy codziennie idą na zagładę; tych, którzy powstają z popiołów. Tragedia graniczy tutaj z chwilowym olśnieniem, miłość określana jest przez nienawiść, a zło jest jedynie alternatywą dobra. Jak cień snuje się tu wciąż za człowiekiem opar klęski o absurdalnym wymiarze: Wisi nad nami nie słowik, nie deszcz./ Wisi nad nami nie ból ani dreszcz./ Wisi nad nami nie litość zmrożona./ Wisi nad nami treść losu stępiona. Poezja Kawińskiego ma wymiar eternalny. Nie liczą się w niej dni, godziny, sekundy – a jeśli poeta mówi o nich to są to określenia pośredniczące.  Ważna jest pustka wszechświata, w której lodowatych rewirach  czas jest pojęciem względnym. Poeta jakby czuje się gościem na ziemi – jego świadomość wyposażona została w zmysł „względności”. Nie potrafi ona łatwo adoptować się do ziemskich warunków. Chwilowe, naprędce stwarzane azyle jawią się jej w ich złudnym poczuciu trwałości. Dlatego też poeta rezygnuje z licznych masek, jakie nakłada nam życie – woli bytować pośród doskonałych przestrzeni światła i dźwięku, pośród kosmicznych zawirowań. Kolejne wiersze są uzupełnianiem całości – każdy szczegół jawi się tu w całej swej rozpaczliwej jaskrawości, staje się iskrą i zaczynem mroku, obietnicą ciszy i ostatnią palbą cierpienia.

Bohater liryczny Kawińskiego błąka się w labiryncie czasu. Przeszukuje coraz to inne korytarze w nadziei znalezienia wyjścia, błąka się od ściany do ściany, przystaje, a potem znowu idzie przed siebie. Jego nadzieja tli się ledwie w perspektywie beznadziei. Są tylko lodowate korytarze, poczucie przegranej i ból kolejnych przebudzeń. Ów bohater dawno stracił wszystko i pogodził się ze swoim losem. Tylko tego rodzaju przebudzenie, świadomość, że kolejny dzień jest dalszym ciągiem cierpień i prób, pozwala żyć. Labirynt jest metaforą i surrealną rzeczywistością. Jest przestrzenią wewnętrzną bohatera i światem zewnętrznym. Wędruje w nim świadomość poety i on sam projektowany przez sen, lęk, ból. Został on stworzony dla cierpienia i zrozumiał, że nie ma przed nim ucieczki. Istnieje, żeby potwierdzać owo cierpienie w sobie i dawać Bogu jego znak: Świt w brudzie przebudzenia/ Zwraca ku tobie ołowianą twarz/ I barwy swe powoli zmienia/ Choć chmury ogromnieje płaszcz/ Błądzący w labiryncie godzin/ Daremnie szukasz prostych dróg/ Bezsenność skrada się jak złodziej/ Los szydzi z twych kolejnych prób/ żelazny płomień zima niesie/  Na oszroniałej cierpkiej skórze/ I tylko szepcze gdzieś w bezkresie/ Bóg – swym milczeniem bez powtórzeń. Bohater Kawińskiego budzi się dla śmierci – nie budzi się dla życia. Owo przebudzenie w innym miejscu określone zostanie jako  sina obręcz świtu/ która więzi, razi chłodem/ i blaskiem/ niepewności. Świat jest gabinetem tortur, jest kaźnią wyobraźni, labiryntem składającym się z samych pułapek i zakamarków, w których czai się ból. Bohater może istnieć pośród tego świata, bo jego egzystencja jest formą niebytu: wyciekły ze mnie/ wszystkie trwogi stare;/ przenikliwy ból wciąż prostował/ swobodne myśli;/ z miłosnego źródła pamięci/ pozostała szara piana,/ popiół liści, zetlała kartka papieru/ na blacie stołu.      

Ta poezja jest pogłosem odwiecznej gry elementarnych żywiołów, ale jest też echem walki żywiołów tkwiących w człowieku. Poeta wypowiada w swoich utworach wiele przeczuwanych prawd, odsłania podświadome i nierealne przestrzenie. W kreowanej i demaskowanej rzeczywistości przestają obowiązywać, zdawać by się mogło niewzruszone prawa fizyki, albo są one na jakiś czas zawieszane. Dlatego narrator tej poezji może poruszać się w przestrzeni niczym światło, może przenikać żelazo, mięso i skały niczym kropla żrącego deszczu, może smużyć się na niebie niczym chmura. Świadomie, albo podświadomie traci wtedy walor człowieczeństwa, łączy się z naturą, bądź z ciągnącymi się w głębinach jaźni systemami anty-natury. Potrafi w jednej chwili zawiązywać świat i równie szybko go gasić. Potrafi ogarniać  krainy okrutnej wyobraźni  jednym szybkim jak błysk spojrzeniem, ale też potrafi odwracać percepcję świata. Wtedy  wzgórza w stukocie kół odchodzą,  a nie narrator od nich się odsuwa. Wtedy  dzień uniesiony w skrzydle kruka gaśnie, a nie kruk znika w gęstniejącym mroku. A dzieje się tak za sprawą swoistego odwrócenia perspektywy, gdy widzimy, że  rzeka stoi pionowo w blasku stalowym. Narrator tych drżących jak samo trwanie wierszy, przez ciągłe obcowanie z dwiema walczącymi sferami – wielkiej kosmicznej gmatwaniny materii i skomplikowanej materii człowieka zaczyna rozumieć ukryte prawdy. Wtedy wypowiada zaklęcia, w których zawiera się wiedza o stanach, w których nie obowiązują już reguły ludzkiego bytowania:  i wierzyć przestajesz w sens utartych praw/ nie pojmujesz surowej prostoty przemian/ zimnej materii wiedzy która pogłębia/ kryzys wewnętrzny jednostki. Wszystko coraz bardziej się komplikuje, zmierza ku splątaniu. A gdy oswajamy ten bezład myślą, staramy się stworzyć logiczny system, nagle nasze widzenie zaczyna ulegać deformacji. I widzimy to, co do tej pory było proste i jasne – w odwróceniu.  A dzieje się tak dlatego, że lotna materia ciągle z nas drwi, stale nas przedrzeźnia i nigdy      nie będziemy w stanie odgadnąć jaka jest jej prawdziwa twarz.

Świat poezji Kawińskiego, to świat z licznymi rysami, wieloma – powiększającymi się z każdą chwilą – pęknięciami. Także nasze postrzeganie rzeczywistości ma wiele spękań.  Te krzywizny nagłych i bolesnych linii nakładają się na siebie i tworzą sieć, w której szamocze się bezsilne istnienie. Poeta pragnie zrozumieć na czym polega jego inność i co go łączy z ludźmi, pragnie odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest i jaka jest logika zmian zachodzących w jego groźnym świecie. Przygląda się zatem rzeczywistości z dociekliwością geologa (Warstwy) odkrywającego coraz to nowe elementy ukrytej przed wiekami struktury. Jednocześnie przenosi tę samą dociekliwość na samego siebie. W obserwacjach swoich sięga nawet po „perspektywę pośmiertną”, bo w rozkładzie wyraźniej widać cząsteczki, elementarne molekuły bytu. I wtedy odsłania się przed nim nagle przedziwna jedność świata. Podejmuje więc trud opisu tego, co w gruncie rzeczy jest nie do opisania, gdyż  wiedza o zjawiskach  nie dających się opisać/ jest cięższa od metalu pełniejsza od proroctwa. Pragnie zapisać  dźwięk niewypowiedziany – określić bieguny widmowego świata. Jednocześnie uzmysławia sobie, iż owe bieguny są postrzegalne w eksplozjach bólu, nagłym zaślepieniu i że określa je tylko chwila. Zastanawia go sytuacja, gdy  do studni wiecznie daleko/ w czystym tle lotu – sytuacja jakby wiecznego pozostawania w przestrzeni, nieustannego zawieszenia, gdy zanikł nagle magnetyzm, gdy stan poetyckiej nieważkości zrodził bolesny niepokój. Poeta nie może zrozumieć jak to się dzieje, iż w tej krainie kamień, liść czy ptak, w ułamku sekundy może zmienić swój kształt, upaść na ziemię, bądź wznieść się w powietrze obcy, z przebudowaną strukturą molekularną. Patrz na  liść wilgotny  a zarazem  twardy jak żelazo/ spadający pod stopy. Ta rzeczywistość potrafi nagle stwardnieć, zakrzepnąć – tak jak potrafi też nagle, nieoczekiwanie zniknąć, odpłynąć w niebyt:  Rzeka przepłynęła/ krajobraz się skończył; sad/ Uciekł w dymie; rzeczy najbliższe stopniały; dziewczyna znikła/ Jak mgnienie. Owo nagłe zniknięcie świata to poblask śmierci – przypomnienie, że wszystko jest pochodną pra-iluzji. Poeta notuje też inną immanentną cechę tego świata – powolne, zanikanie ciepła,  umieranie płomienia, zastyganie lawy,  gdy obok  świeca topnieje, a ty  tkwisz w rosie szklistej. W poezji Kawińskiego świat może nagle stopnieć, może gwałtownie zmienić się w kryształ szkła.  I nie dziwi to, że w takiej przestrzeni bez praw fizyki – w świecie  spotworniałym  rdzawa kropla deszczu/ przebiła skórę/ I zatrzymała się na poduszce serca. Nie dziwi, gdyż wszystko się tu przenika, światło i ciemność, ból i oddech, zmęczenie i feeryjne poświaty radości. Poeta stoi zatem na skale wiersza jakby na ostatnim skrawku trwałej, tradycyjnej przestrzeni. I łudzi się, iż zdoła ogarnąć, uporządkować chaos, że podliczy, wysyntetyzuje (Być może) prawdę w retorcie metafory. Jednakże myśl poety nie jest już z tego świata i nie ogarnia swoim zasięgiem tego, co inni ludzie widzą. Żyje jakby pod powłoką rzeczywistości, w świecie wirtualnym i alternatywnym. Czy możemy zatem winić go za to, iż nie wiedział kiedy organy otworzyły niebo/ przezroczyste dla oczu/ nie wiedział o strzale pierzastej/ która jak wróżba zapaliła się we wnętrznościach jastrzębia. Poeta mówiąc o sytuacji nieznajomych, braci  i wrogów nie spostrzegł, ze mówi też o samym sobie i ze jego krew już dawno zmieniła się w rdzę.

Miasto pojawiające się stale w poezji Kawińskiego przypomina swoją architekturą liryczną zabudowane przestrzenie z powieści i listów Franza Kafki. Wszystko jest  tu przerysowane, wszystko odkształcone. Nigdzie żywej duszy, chociaż tętni tu wciąż w powietrzu  wycie zaludnionej pustki. To jakby miasto po wielkim kataklizmie, a zarazem miasto ukryte głęboko we śnie. Narrator tych wierszy porusza się pomiędzy tymi nienaturalnie wysokimi domami, przemierza złudne korytarze niekończących się ulic. Tutaj przeraźliwy  los czyha jak pająk,  tutaj w  skurczach ciemnych pamięci  odbywa się misterium przezroczystości i czarnej, gęstej ciemności. Monumentalne budowle tego miasta jak sny spotworniałe, gdzie spojrzeć w dal – ciągnące się rumowiska domów, tunele ulic, ostańce wielkich gmachów. Patrząc z najwyższych pięter tych betonowych, a może szklanych kolosów na ciągnące  się ku horyzontowi świetliste termitiery, wydać się może, iż cały świat jest molochem, którego łuski stanowią te bryły i pasy asfaltu. Wydać się może, iż otacza nas labirynt dymiących jak śmietniki miast. To skupisko to  na wpół umarłe miastomiasto łez. Tutaj poeta błąka się dzień w dzień i spogląda na czarne mury. Bo jest to miasto jakby podświetlone od dołu wielkimi reflektorami i zimnymi punktowcami odsłaniającymi każde pęknięcie i każdą plamę brudu na murze. Poeta porusza się pośrodku rozświetlonej masy brył, a jednocześnie sam zdaje się być czarną, powiększającą się z każdą chwilą szczeliną. Gdzie spojrzeć wynaturzone kolosy, które chorująca na nadwrażliwość wyobraźnia przechyla to w tę, to w inną stronę.    Tu  świetlista wieża,  dalej  dzwoniąca katedra bólu, a tu pod stopami  ulica rozpierzchła wybuchem. W takiej to scenerii  przepaść codzienności spada w nasze wnętrza  i snuje się wokół   śpiew nie usłyszany. To  miasto, które nas opuściło. Nie my opuściliśmy jego mury, ale zgodnie z prawidłami tej anty-rzeczywistości – miasto odeszło od nas. Została tylko  rzeka   i miasto niknące/ gwałtowność dźwięku i unicestwienie. Byt w wiecznych opozycjach, byt sam jak dręcząca, kaleka opozycja. Poeta wie, że musi z tej zabudowanej, martwej perspektywy uciekać. Ale boi się i wyznaje: Sądziłem że się wydobędę/ z tej rozdzieranej błyskami równiny,  z tego miejsca, gdzie  oddycha suterena cienia w nasz dom wbudowana. Poeta instynktownie czuje, że trzeba stąd uciekać, gdyż – oprócz tego, że jest to miasto po wielkim kataklizmie – jest to też pole nadchodzącego szybko kosmicznego zderzenia. Trzeba uciekać, ruszać i poeta, w ostatniej chwili przed upadkiem swojego imaginacyjnego miasta, ratuje się nagłym przeskokiem ku innej rzeczywistości. Oddala się, gdyż jest to jedyna szansa ratunku. Rusza poza granice groźnie zurbanizowanego świata, a za sobą czuje jeszcze  ponaglający oddech miasta.

Ale czy zdoła się uciec przed czymś, co tak silnie w nas wrosło, czy można uciec przed własną wyobraźnią?  Czy można uciec przed  przestrzenią, o której mówi poeta:  Jesteś we mnie, trwałe, okrutne i ciężkie/ Zapylone ołowiem, pamięcią, mżeniem lat? Tym bardziej dramatyczna jest ucieczka – od samego początku skazana na niepowodzenie, ucieczka, która zapewne skończy się powrotem do miasta, intuicyjnym zamknięciem tułaczego kręgu wyobraźni. Poeta musi jednak próbować, musi ciągle rzucać wyzwania, by  w pędzie podróży odkryć swoją inną twarz. Pęd go podnieca, pobudza w nim jakąś lotną, utajoną dotąd energię. Obrazy płochliwie przebiegają przed nim i przez chwilę jest pewien, że byt, którego jest nośnikiem, autentycznie  i s t n i e j e. Będąc w samym   oku podróży  widzi  najdalsze dale ginącej harmonii barw. Tak mknie w dal  siwowłosy podróżnik o przewrotnej  i okrutnej wyobraźni.  Ale i tu  nie ma końca zagrożenia. Pęd podnieca, daje poczucie lekkości, ale im jest szybszy, tym bardziej zwiększa się ryzyko katastrofy. Poeta zatem ucieka z przeczutej katastrofy ku nieuniknionej kolizji. Ileż w tym prawdy z sytuacji człowieka, ileż gorzkiej prawdy. Husserl powiada, że  przedmioty indywidualizują się przez miejsce w przestrzeni i czasie1. W momencie podróży to prawo jest zawieszone. Przemieszczający    się obiekt jest jeszcze tam, a już tutaj. W każdym ułamku sekundy obdarza i kaleczy linearną przestrzeń swoją obecnością. Tak istnieje w wielu punktach naraz.  Podróż  – zatem –  jest naszą ojczyzną./ I masz tylko tyle przed sobą idącym/ ile zdołasz ujrzeć/ dotknąć i utracić. Dlatego mijamy się z innymi ludźmi, dlatego ich nie dostrzegamy – w ich pędzie w przeciwną stronę, stają się dla nas tylko ciemną mgiełką. Dlatego  biegniemy ku sobie od lat,  ale tylko  pusta przestrzeń pada nam w ramiona. Zwrócić też trzeba uwagę i na to, że owa imaginacyjna podróż z wierszy Kawińskiego jest też podróżą w głąb siebie. I jest na nim jakby wymuszona – powie poeta w pewnym momencie:  nie wiem skąd bierze się ta ciemna podróż w głąb siebie. Może stąd, że  pamięć broni się  i   śmiesznie tańczy w obłokach odległości. Podróż w głąb siebie jest więc czymś na kształt eutanazji. Poeta wie o tym i ucieka także – o paradoksie – przed ucieczką w głąb siebie. Wie, że  prawdziwe jest/ co będzie/ powrotem w przyszłość/ miarą wysokości/ pędem ku słońcu i myślą/ o tym/ czego do końca nie wiesz –/ pragnąc. I choć jest to podróż pośpieszna, choć narrator stara się jak najszybciej oddalić od widmowych megalopolis, i choć jest to ucieczka – jak mówi Husserl – obcej bryły żywego ciała2, zawsze jest to ucieczka. Spóźniona, ale   r u c h;  wymuszona, ale otwierająca  k a l e j d o s k o p     w y o b r a ź n i – ucieczka sromotna, ale też  podróż nie do powtórzenia.

Ucieczka dociera do coraz dalszych kręgów i nagle poeta odnajduje się w obrębie jakiegoś wielkiego, monstrualnego cienia. Jakaś wielka budowla, albo mocarz przestrzeni – może sam Demiurg – przesłonili słońce. Ale gdy poeta znalazł się już w obrębie cienia, odkrył, że  cień żyje. Cień – jakby dźwięk odbity od realnego życia, jakby abstrakcyjna nazwa ludzkiego trwania, jakby wieczna litera w alfabecie bytu. Wszędzie dookoła  cierpliwa materia czasu cienie swe rozciąga. Tutaj   kropla cienia mokra, a tam  cień sekundy odciśniętej w powietrzu; za progiem cień (…) cienia niebiesko świeci, a  tu  cień popiołu. Tam  cień twojej ręki, kamień myślący cień  i  gra wyblakłych cieni. Gra, bo cienie Kawińskiego żyją, pulsują. Było tak od niepamiętnych czasów i będzie tak już zawsze. Wszak już Arystoteles zastanawiał się  dlaczego brzeg cienia wydaje się drgać od słońca? (…) Czy przyczyną drgania brzegu cienia są zjawiska w powietrzu3? A może dzieje się tak dlatego, że cienie żyją swoim własnym życiem, drżą z lęku, odczuwają ból, wreszcie umierają? Oto  na peronie stoi (…) cień powracający  z dalekiej wędrówki, cień powracający z wygnania; oto  na progu cień (…) złamany zaczyna przenikać mur;  oto  na schodach głębokich odpoczywa cień. Patrząc na te żałosne strzępy mroku, strzępy żywej i jednocześnie martwej ciemności poeta rozumie przedziwną logikę świata ułudy i mimikry. Wtedy wypowiada raz jeszcze  credo   swojego tu trwania:  Będąc – jesteś już poza własnym cieniem. Tylko w oderwaniu od ciała, od cienia, możliwa jest wędrówka przez skłębione krainy, pośród archipelagów światła i ciemności, bólu i ekstazy. Tylko w oderwaniu od własnego cienia można mknąć w dal, tylko wtedy można penetrować mroźne połacie snu i śmiertelnej ciszy. Tylko wtedy, gdy  prześni się własny cień. Choć i ta wolność – jak wszystkie których doświadcza poeta – ma tylko pozory wolności absolutnej i zastawia wiele pułapek. A najwymyślniejszą z nich jest zmysłowa obrazowość, która nawet tutaj, w świecie bez cienia i w świecie żywych cieni nie potrafi przełożyć swoich predykatów na inny, abstrakcyjny język. Nie umiemy się wyswobodzić z więzów zmysłowych. Rację miał zatem Descartes, gdy im nie ufał, gdy zastanawiał się, czy wyświetlają w nas rzeczywisty świat. Poeta, który zrozumiał, ze percepcja rzeczywistości ma w sobie jakieś pęknięcie powinien się buntować przeciw dyktatowi zmysłów. On chciałby  rozwiązać obraz  ze znaczenia/ skórę z ciała/ Soczystość ze smaku,  bo jego  zmysły trzymane na uwięzi czekają niecierpliwie wyswobodzenia. W takiej sytuacji, w takim napięciu rodzić się muszą zjawy, nierealne kształty, powidoki, antropomorfizacje przestrzeni i martwych przedmiotów, antropomorfizacje cieni. Poeta czuje, iż na końcach jego nerwów powstało napięcie, które zrodzić może przeskok iskry, czuje się jakby zahipnotyzowany. Wtedy wypowiada podświadome słowa, będące świadectwem wiecznej obecności zmysłów, ich magnetyzmu i kinetyki: idziesz długo/ w chrzęście żwiru i trawy/ kalecząc stopy tamtego siebie/ łamiąc obrazy tamtymi oczyma/ niosąc w sobie naręcza zapachów/ sczerniałość murów gęstość rozkładu. Nie ma ucieczki od słuchu, dotyku, węchu i wzroku – nie ma ucieczki od zmysłu równowagi. Uczestnictwo w naturze jest grą sensualną – uczestnictwo w lirycznej anty-naturze Kawińskiego jest także grą zmysłów. To uczestnictwo, to prośba by  wypowiedzieć/ spór/ gwiazdy żywej i źródło natury/ i tylko wokół siebie/ odczuwać kamienne sznury/ podobne zaciśniętym palcom. Tę prośbę poety odczytać też można jako pochwałę surrealnych przestrzeni układających się lekko w bruzdach podświadomości. Jako apologię  gorzkiej krwi snusnu skaleczonego. Ale też i jako przyznanie się, że jest w poecie  lęk, że sen może upodobnić się do prawdy. Łudzi się on, iż życie realne i podświadome, rzeczywistość i anty-rzeczywistość, to różne światy i kontrastowe przestrzenie. Tam pod powłoką postrzeganego świata, tam w pęknięciach skorupy snu:  sól płonącakrew gorzka  i drzazgi ognia. Tam  miedź nie wymówionych słówtratwa popiołu  i   pęknięta łza; tam  złuszczona korażyła deszczu ryba w niebo zapatrzona. Tam pod powłoką realnego blasku i realnego mroku znaleźć można  bolesną realność,  przedziwną  rozpacz spokoju. To tam rodzi się  wiersz pęknięty, który jest jak  we krwi odciśnięty ślad. To  miejsce jest widzialnym echem śmierci, głuchej nicości.

Gdy poeta na moment, bądź na dłużej, wychodzi z cienia, gdy opuszcza splątane arterie martwego miasta, gdy jak krew „wypływa” z trzewi snu, wreszcie – gdy stapia się ze swoimi jasnymi źrenicami, dźwięczy w nim ciepły „luksoryczny” powiew. Światło ma w sobie coś z wyobraźni, a wyobraźnia – słoneczna wyobraźnia – przypomina działanie światła. U Kawińskiego  każdy wiersz/ emanuje nieodbitym światłem –/ każdy jest jak tren i ekloga. Tutaj, na tych rozświetlonych płaskowyżach, na tych białych, świetlano-śnieżnych przestrzeniach, wszystko lśni w obliczu słońca. Tutaj słoneczne protuberancje wyznaczają rytm trwania, cykl każdego istnienia. Czuje to mrówka, która  biegnie niosąc źdźbło na powitanie słońca, „czują” to liście, pomiędzy którymi  spróchniałe płomyki/ Odbicie słońca które odeszło nie niknąc. Tutaj  pod okiem słońca roztapia się skóra i  słońce prześwietla nas. Jest w nas  blask odbity od słonecznego morzaplama słońca; gęste świecidło. Słońce wciąż trwa – mówi poeta – wielkie, bezbrzeżne niczym Bóg, będące obietnicą jutra. Patrząc na nie, zachodzące na niebie, całe we krwi, bolesne, wiesz, że jutro zmartwychwstanie,  wiesz że po nocy znów nastąpi dzień (i zmiana barw i odcieni). Narrator poezji Kawińskiego opowiada świat po wielkim rozbłysku, po oślepiającym wybuchu, po niespodziewanej, wielkiej słonecznej protuberancji. Opowiada świat patrząc dookoła oczyma oślepionymi, jakby jeszcze nie przyzwyczajonymi do tej rozległej, sferycznej jasności. Może jest to chwila po wyładowaniu atmosferycznym, nagłym uderzeniu pioruna, może jest to moment po wybuchu w centrum jakiejś kosmicznej katastrofy. Może to pogłos prawybuchu, wyładowań pierwotnej, groźnej energii? Poeta wie, iż  obrazy wynikają z oślepienia. Dlatego też  porażony blaskiem dnia/ otwiera oczy/ świat się przybliża/ i oddala w głębokości swej/ wstrząsany dreszczem. Narrator tej liryki odnalazł się w sytuacji, gdy targnęło nim oślepiające przebudzenie  i czuje się oszołomiony, przytłoczony. Dlatego drży, nie wie w którą skierować się stronę, nagle świat raz jeszcze traci dla niego swoją realność – zanika dla niego czas i przestrzeń – jak mówi w komentarzu do Hegla Adorno: nieokreślonością jest byt4.   Tak oto koło znowu się zamyka, w nagłym oszołomieniu, w  jasności nie do uwierzenia  odnajdujemy korzenie istnień. Tylko wtedy, gdy  oczy widzą w mgnieniu, w oślepieniu, gdy szybko biegnie znicz/ zielona iskra – łasica przestrzeni  dostrzec możemy w oślepiającej jasności kontury trwania, możemy odnaleźć samego siebie. Wtedy dostrzegać zaczynamy też drugiego człowieka i poeta może powiedzieć – widzę ciebie w odpływie światła/ Z źrenicą otwartą jak rozłupany kamień. Wtedy też światło staje się czymś na kształt zwierciadła życia. To wielkie lustro przypomina, iż  obraz jest trwaniem. Metaforą zdarzeń./ Pragniemy w nim odnaleźć coś, czego już nie ma./ Dlatego ma w sobie świetlistość wspomnienia/ przybraną w nam jedynie znane twarze. Zwierciadło najwyraźniej ukazuje nam pęknięcia w postrzeganiu zmysłowym, pęknięcia niedoskonałego świata. Zwierciadło jest nieufne – mówi poeta – i choć ożywia je światło, często też się przeciwko niemu buntuje, ukazuje rzeczywistość zdeformowaną, odkształconą. Wtedy promienie  rozłamują zwierciadło na rtęć stężałych sekund,  wtedy  płonie krzywe zwierciadło, a im dłużej wpatrywać się będziemy w te płomienie, tym większa wzbierze w nas pewność, że oko nasze kłamie, gdy zaczynamy patrzeć w żywe źródła. W takich chwilach w poecie tym bardziej krzewi się pewność, że  coś w nas samych tworzy to lustro pęknięte. I tak naprawdę nie ma  wyzwolenia z łagodnej dyktatury światła – jest natomiast w poecie  pewność, że traci wszystko stojąc pod smugą blasku. Jego ciało, myśli i pamięć płoną w widmie krwi – i  patrząc pustymi źrenicamiprześwietlony własną krwią zaczyna widzieć wszystko jakby skażone i uwznioślone światłem. Oto  niewidzialny śnieg znaczy na twarzach jadowite promienie wielkiej przezroczystej symfonii  i w jedną ogromną wyrwę światła zmienia się  burza jasna  i   wilk przezroczystyjasny kształt goryczy łuna rdzy. Tu pulsuje drapieżne  tętno świtu, zewsząd spadają  krople blasku  i   strzępy światła,  tutaj  w dymie świetlistym  ciągnie się w dal  zorza krwi. Potem napływa mgła i już tylko z rzadka prześwituje przez nią  srebro błyskającego dnia. Jednak ta mgła jest coraz większa, a unoszące się coraz wyżej brunatne opary wróżą niechybne nadejście mroku. Już  dzień na powiece spala się przejrzyście. Tak długie obcowanie ze światłem i nadwyrężanie tylko jednego zmysłu musiało zrodzić ciemność. Narrator wierszy Kawińskiego opowiada zatem także rzeczywistość po nagłym oślepnięciu, po nagłym przejściu jasności w ciemność. I wcale nie oznacza to, że źródło światła wygasło, nie – to raczej receptory światła nie podołały kolejnym jego falom. Poeta porusza się teraz w  zetlałej ciemności, jeszcze żyje w nim wspomnienie światła, widzi drzewa, domy, ludzi w nagłej świetlnej agonii. Wtedy też zwraca się do drugiego człowieka:  widzę ciebie w odpływie koła,/ które jest światłem zamkniętym. Sens tej świetlanej śmierci stanie się dla nas czytelny, gdy przytoczymy kilka zdań z książki księdza profesora Włodzimierza Sedlaka:  To nieprawda, że umierając wchodzi się w czerń tunelu. To przedpokój jasności. Może jest to sięganie poza krąg, po którym światło obiega wszechświat, zataczając krzywiznę o promieniu trzydziestu pięciu miliardów lat ziemskich (…) W tak wielkiej chwili wystrzelenia swej biologicznej egzystencji, nie wiadomo dlaczego nazywanej śmiercią, sięga się poza system wszechświata. Do samej światłości5. W takim momencie poeta stoi w obliczu kolejnej wyprawy w głąb siebie. Zostały mu już tylko  długie noce po zniknięciu słońca, gdy leżymy nieruchome obok siebie. Została mu wyprawa-ucieczka w przestrzenie powietrza, w przestrzenie oddechu.

Ale jest to jeszcze  oddech przyspieszonyoddech zanurzony w soli słońca. Oddech, który daje życie i jest życiem. Oddech w obrębie którego z każdą chwilą budzi się i umiera milion   ciemnych drobinek powiewu. Tak oto  fale oddechów  przenoszą poetę w inny wymiar i zdaje się on teraz poruszać we wnętrzu jakichś monstrualnych, nieograniczonych, nie mających końca płuc. Przestrzeń wypełnia tu  powietrze lekkie, błonkoskrzydłe, jak rzęsa drgającego oddechu. Ale jest to też powietrze, które dusi i jest tak gęste, że trudno nim oddychać. To  wielkie powietrze ściska (…) gardła. Poeta nie może uwierzyć, iż znalazł się w innej rzeczywistości. Ta przestrzeń ma właściwości aerodynamiczne. Tutaj został  do kół powietrza/ Przybity? Węzeł spraw mocny jak pogorzelisko, tutaj   włosy czesze gorzkie srebro powietrza, tutaj  oczy powietrzaliście powietrza  i widzialne echo świata, z którego poeta przybywa: powietrze zwierciadła. W takiej scenerii powstają  długie wersety poematu o napowietrznej rzeźbie. Ale wcale nie jest to kraina idylliczna – tutaj także można wejść w strefy skażenia i tutaj także przechodzą burze – z łoskotem przewala się wiatr. Tutaj  policzek muska świeża kropla wiatru? A to co minęło/ od nowa rozkwita. Rześkość wiatru budzi olśnienie i poeta znowu odkrywa inne prawa rządzące rzeczywistością, odkrywa przedziwną jedność doznań i odtwarza nieustanne cykle istnienia. Dochodzi do tej samej prawdy, jaką kiedyś wypowiedział Marek Aureliusz: Kto widział teraźniejszość, widział wszystko od wieczności do wieczności. Wszystko bowiem jest jednakiego rodzaju i kształtu jednakiego6. Tutaj w tej groźnej krainie przestrzennej, wietrznej wyobraźni, podobnie jak w krainie światła, cienia, zurbanizowanego snu, widać wszystko jakby w zagęszczeniu, jakby w mikroskopowym powiększeniu. Mówi poeta o sobie i o każdym człowieku:  Jeden niewidzialny powiew/ powalił go na ziemię/ rozbitego wewnątrz na ślepe drobiny. Dlatego „widzi” on tutaj poprzez oddech, poprzez powietrze, widzi poprzez wiatr. Kraina ta rozciąga się od zewnętrza do wnętrza poety. Wiatr wieje w nas, a więc  przywołuje zapach przestrzeni. Poeta zatem jakby faluje od zewnętrzności i świata postrzeganego do wewnętrznych krain przeczuwanych. A priori i a posteriori  ogniu chłodnego powiewu

Tak oto w przywołaniu, w nagłym i bolesnym powrocie zamyka się przestrzeń poety – Świat jest dla niego przypowieścią/ bez metafor/ powtarzaniem tych samych sytuacji.  Jego krainy przypominają geometryczne próżnie z obrazów Mondriana, mają w sobie coś  z ducha wierszy Benna, Sterna. Coś z tragizmu i pęknięcia wierszy Baczyńskiego, coś z logiki liryki Jastruna i rówieśnika Kawińskiego – Brodsky’ego. Mają w sobie coś z martwych  i rozkrzyczanych obrazów Boscha. Wyobraźnia poety jest  elegijna i cierpka, ale to właśnie dzięki niej staje się możliwe dotarcie do  otwartych ran bytu,  możliwe staje się wskazanie zawirowań czasu i przestrzeni. Choćby tylko w obrębie jednego cienia, jednego oddechu, choćby tylko w jednej łusce światła. Poeta stara się wskazywać i penetrować  głębokie rany w skórze przestrzeni,  stara się ogarnąć refleksją liryczną  śpiew kościelny z rozstrzelanej przestrzenitrzymany w dłoniach pusty pęk przestrzeni. Słowa, zdania, metafory Kawińskiego są skłębione, pogmatwane, wymieszane, a owym skłębieniem imitują wspomnianą już wieczną walkę, narodziny i agonie materii i antymaterii, rzeczywistości i nadrzeczywistości. W wierszach tych następuje zestrzelenie zmysłów i kształtów świata w   j e d n i ę   liryczną. Tutaj  obłok szary spoczywa na dnie powietrznego zwierciadła, a odległość jest linią wznoszącą się bezustannie w martwej perspektywie zaciśniętych drzewPod naprężonym murem przestrzeni  poeta czuje się porzucony sam sobie, niechciany, „wypluty” na obcym brzegu przez lodowate morze świata. Czuje się  obcy, obcy nawet sobie./ Samotny, bardziej niż samotny. Tutaj   pod stalowymi kłębami przestrzeni  trwa jego sensualny marsz  po nieistniejącej linie, marsz, który w każdej chwili może zakończyć się upadkiem w nicość. Falująca przestrzeń jest pod nim i nad nim – jest w nim. Oto sytuacja poety miażdżonego przez kleszcze zmysłów – sytuacja człowieka, dla którego powidoki monstrualnej czaszy miasta, światło i ciemność, entropia, oddech, wiatr i duszne powietrze są nadrealnym szeptem istnienia. Błąkając się w labiryncie świata pragnie zapytać pierwszego przechodnia o drogę ku budowlom dzieciństwa. Ale nikt nie nadchodzi, a w powietrzu śmigają tylko ponaddźwiękowe mgły…  

___________

1 E. Husserl, Medytacje Kartezjańskie, tłum. A. Wajs,  Medytacja V, § 53, Warszawa 1982, s. 152.

2 Ibidem, s. 174.

3 Arystoteles, Zagadnienia przyrodnicze, 913a, tłum. L. Regner, Warszawa 1980, s. 178–179.

4 T. W. Adorno, Dialektyka negatywna, tłum. K. Krzemieniowa, Warszawa 1986, s. 168.

5 W. Sedlak, Życie jest światłem, Warszawa 1985, s. 346.

6 Marek Aureliusz, Rozmyślania, Ks. VI 37, tłum. M. Reiter, Warszawa 1984, s. 67.

WNIKANIE W WIECZNOŚĆ

Od dawien dawna ludzie pytali o Boga i próbowali tworzyć jego wizerunki, najpierw w kontekstach animistycznych i naturalistycznych, a potem antropologicznych i kosmicznych. W końcu Stwórca stał się wszechobecną cząstką naszej rzeczywistości, choć coraz częściej pojawiały się też głosy kwestionujące jego istnienie. Jakże wymowne są w takim kontekście pytania Theodora W. Adorno o sens pisania wierszy po Auschwitz, a także konstrukcje intelektualne największych teologów i filozofów, starających się usprawiedliwić milczenie i nieobecność sacrum w miejscach kaźni i dziejowej niesprawiedliwości. W nowym tomie wierszy Krzysztofa J. Lesińskiego Bóg/ się gdzieś zawieruszył, a sumienie świata odpłynęło w dal jak/ obce Księżyce/ dalekie Planety. Poeta pozornie godzi się na taki stan rzeczy, ale poprzez jego wiersze nieustannie prześwitują obrazy cierpiących ludzi, upodlonych szkieletów i pernamentnych mordów, których symbolami są pasiaki i krew, prochy pomordowanych rozrzucone na polach, samotne syberyjskie groby, bezszelestnie wnikające w wieczność. Ale przecież znajdziemy w tym zbiorze także przestrzenie kontrapunktowe – czyste piękno świata, zaklęte w zapachu żywicy i barwie poziomek, potwierdzane łopotem skrzydeł dudka uwolnionego z sideł. Długie życie autora tych esencjonalnych przybliżeń generuje szerokie perspektywy i pozwala mu formułować zdania zyskujące walor uniwersalny. Tak doświadczenie osobiste staje się matrycą kulturową, stale od nowa generującą ten sam ludzki kształt w anabatycznych rzeczywistościach, tak świadomość zaczyna jątrzyć się jak rana, a świat mnoży swoje niekonsekwencje. Musimy jakoś się w nich lokować, musimy potwierdzać nasze istnienie, choć sen wdziera się w przestrzenie jawy i wciąż wraca zdziwienie starożytnego chińskiego poety, patrzącego na motyla i kontemplującego jego i swój byt. Istniejemy, czy jesteśmy tylko fantomem postrzeganym przez owada, żyjemy naprawdę, czy dawno już nas nie ma, a to, co bierzemy za rzeczywistość jest tylko projekcją czegoś odległego, ledwo manifestującego swój kształt, ginącego w pomrokach przeszłości. Oto masz dziesięć lat/ nie wiesz czy można/ zbudować most/ z cierpienia i nadziei, albo podglądasz starca, który jest równie nierealny jak ów chłopiec, istniejący w zawieszeniu pomiędzy Bogiem i śmiercią, biegiem krwi w żyłach i oddechem wciąganym do płuc.

Byt możliwy jest tylko jako przeciwieństwo niebytu i choć każdy z nas egzystuje w celi śmierci, nie wiedząc kiedy odbędzie się egzekucja, tworzymy na użytek życia przydatne transformy, godzimy się na zapomnienie, oddalenie i zaprzeczenie. Siadamy na taborecie w fotoplastykonie i kontemplujemy przestrzenie dalekiego świata: Rzym Londyn Tokio/ wielkie metropolie/ strojne tłumy/ piętrowe autobusy/ powozy tramwaje, szeroko otwartymi oczyma wpatrujemy się w dale, pozornie dookreślone wymiarem i kształtem, istniejące i nierealne. Tak pojawiają się: W tropikalnej dżungli/ kolorowe kwiaty/ egzotyczne ptaki/ potężne goryle (…) Na wzburzonym oceanie/ pod żaglami brygantyny/ Na preriach kowboje/ i dzicy Indianie, a mózg tworzy właściwe konteksty, generuje ciągi znaczeniowe i czuwa, by człowiek nie tracił nadziei. Inaczej nic by nie miało sensu, a absurdalność świata, jak w dziełach Camusa, Kafki i Dostojewskiego, odbierałaby oddech i kierowała myśli ku drastycznym rozwiązaniom. Ogromną wartość mają w tomie Krzysztofa J. Lesińskiego metaforyczne rekapitulacje życia, nagłe przeskoki z wieku dorosłego ku chwilom dzieciństwa, nawiązania do starych fotografii i zamazanych wspomnień, wielkie hiperbole, ukazujące kontury bytu, wpisanego w ogrom Boga i kosmosu, wtłoczone w mikroświaty komórkowe i chwilowe istnienia pośród innych ludzi. I to potężne pytanie o realność świata, stale powracające w nowych odsłonach, generujące zwątpienie i dające pewność, że to, co poeta przeżył zdarzyło się naprawdę. W takich kontekstach wnikanie w wieczność zyskuje nowe sensy, a eschatologia nie jest w stanie zanegować witalności, realnego istnienia chłopca w mężczyźnie. Poeta wskazuje, że każdy ma swoją historię chwalebną, z której powinien wydobywać samorodki życia, tworzyć biżuterię doznań, chwil szczęśliwych, których nie zdoła zanegować nawet śmierć. Prawdziwa poezja bywa kontekstowa, ale też musi stać się metaforą istnienia w określonej enklawie i czasie, musi odzwierciedlać wnętrze poety i projektować jego profil w nowych przestrzeniach i latach. W takim rozumieniu liryka, pojawiająca się w tym tomie, jest uniwersalnym kontekstem w procesie dochodzenia do kresu życia i zdobywania ludzkiej samoświadomości.              

Pytanie o Boga wraca wiele razy w wierszach Krzysztofa J. Lesińskiego, czy to jako synegdocha zdarzeniowa, czy jako chwytający za gardło obraz (zabity chłopiec na poboczu drogi, kalekie dziecko, zaniedbane groby, martwy żołnierz). Czasem bywa on spersonalizowany i razem z poetą rodzi się i umiera każdego dnia, wszystko wszakże rozgrywa się w obrębie zjawiskowego świata, w którym barwy, zapachy i dźwięki uwodzą nas i sprawiają, że zapominamy o śmierci. Chiński rybak wyrusza na połów, słońce połyskuje w kroplach rosy, poeta Cielesz śpiewa białoruską pieśń, pióra sroki opalizują w słońcu poranka. Bóg upomina autora raz po raz, przyspieszając entropię, zmieniając wymiary i możliwości, mnożąc patologie chorobowe organizmu. Ale pragnienie życia jest tak wielkie, że wciąż w świadomości kołacze się nadzieja trwałości i wychodzimy naprzeciw nowym wyzwaniom, podnosimy się z kolan. W tym procesie wspierają nas wspomnienia osób najbliższych i tych, które były dla nas ważne, coś nam dały lub czymś nas ujęły. Ale przecież osłabiają nas też kanalie pojawiające się na drodze życiowej, potrafiące spowolnić bieg czasu, oddalić zamierzenia, zniszczyć najszczytniejsze cele. Lesiński gwałtownie reaguje na zło świata i nie waha się używać wulgaryzmów, które chociażby ekspresyjnie równać się mogą z ewokacjami chwilowych uzurpatorów, ich kłamstwami i zbrodniami. Czy przeciwwagą może tutaj być żar miłości cielesnej, tak prawdziwej jak w wierszach Safony, gotowej płonąć dla wybranki? A może ból złagodzi wspomnienie brata, ochranianego po ojcowsku, przenoszonego na rękach przez Drwęcę, szukanego w wietrze i chmurach? Jakkolwiek by się nie działo wątpliwości nie znikną: jaki sens ma/ jakieś znaczenie/ że żyłem/ tę chwilę/ kto będzie/ wiedział/ co mnie/ bolało/ co cieszyło/ jak/ byłem samotny/ jakiego/ znalazłem boga­ – poeta odczuje wszystko ze zdwojoną siłą, odbierze potrójny impuls z głębin wszechświata i wielokrotne echo stworzenia brzmieć w nim będzie przed i po wszystkim. Wiersze tego twórcy można czytać na różne sposoby, zmieniając ich kolejność, akcentując wybrane teksty, ściszając głos lub wykrzykując kolejne frazy, ale za każdym razem pojawią się w nich zmultiplikowane udanie centralne motywy, a lodowaty oddech śmierci urealni wszystko i wyposaży w eschatologiczny kontekst każdą chwilę, każde drgnienie powiek i każde słowo. I człowiek w tych wierszach powie: byłem na dnie/ po drugiej stronie/ oceanu/ zobaczyłem jak powstaje/ tęcza/ poznałem barwy/ prawdy, podsumuje wszystko na określonym poziomie samoświadomości, przeciwstawi się umieraniu jasnością umysłu i jaskrawością świata reprodukowanego w żywym mózgu. I nawet jeśli tak wiele rzeczy żal będzie zostawić, nadzieja podpowie, że razem z poetą wnikną one doskonale w wieczność i będą trwały wraz z nim po kres czasu.

OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA

Przyjaźnie artystów, muzyków i ludzi pióra zwykle przechodzą próbę czasu i podlegają weryfikacji w zmieniających się okolicznościach życia, w dynamicznie ewoluujących biografiach powiązanych ze sobą twórców. Jeśli taka bliskość trwa wiele lat i udanie opiera się naporowi zdarzeń, możemy mówić o prawdziwej przyjaźni, wzbogacającej twórczość i stymulującej powstawanie kolejnych dzieł. Historia literatury zna wiele przykładów takich związków: Goethe i Schiller, Mickiewicz i Puszkin, Krasiński i Reeve, Hemingway i Fitzgerald, Flaubert i Baudelaire, Stachura, Bruno i Szatkowski. Lista mogłaby być znacznie dłuższa, ale przecież są to sprawy powszechnie znane, opisane w periodykach i pracach naukowych, wielokrotnie komentowane w mediach elektronicznych, a bywało też, że będące podstawą scenariuszy filmowych i sztuk teatralnych. W przestrzeni kultury bydgoskiej twórcy od dawna tworzyli liczne kręgi towarzyskie, najczęściej skupiające się wokół czasopism, klubów, miejsc prezentacji utworów, obrazów, dzieł muzycznych. Różnie też bywało z intensywnością takich związków, które kończyły się przy kolejnych zawirowaniach politycznych, historycznych, środowiskowych i etycznych (słynne rozstanie Sulimy-Kamińskiego i Hoffmana). Zdarzało się też, że związki miękły, gdy twórca przenosił się do innego miasta lub kraju, popadał w uzależnienie od używek, albo zakochiwał się i stawał się przykładnym mężem, partnerem, ojcem, ze ściśle limitowanym czasem i częstymi kontrolami najbliższych osób. Niewielu pisarzom udawało się pozostawać w przyjaźni przez dziesięciolecia, nieliczni też ocalili jej dawną temperaturę, godząc się na powolne i nieuchronne stygnięcie relacji. W takim kontekście cieszyć muszą wszelkie świadectwa związków, które przetrwały próbę czasu, a szczególną wartość mają przekazy powstałe po nagłym odejściu jednego z bohaterów. Książka Marka Kazimierza Siwca pt. Przyjaźń jest zatem dziełem potrzebnym, znakomicie skomponowanym, niosącym przesłanie dla nadchodzących generacji, a nade wszystko – ocalającym chwile, które mogłyby przepaść na zawsze.      

Sierpień 2017 roku nie zapowiadał fatalnych zdarzeń, a spotkanie piszącego te słowa z Krzysztofem Derdowskim w Ministerstwie Śledzia i Wódki na Starym Rynku w Bydgoszczy, miało taki sam charakter jak dziesiątki naszych wcześniejszych dysput przy piwie. Kolega poinformował mnie, że wybiera się do córki, mieszkającej w czeskiej Pradze i wróci po dwóch, trzech tygodniach. Także ostatnia rozmowa telefoniczna, 10 sierpnia, gdy Krzysztof był już w stolicy Czech, nie generowała niepokoju – jak zwykle skomentowaliśmy ostatnie wydarzenia w Bydgoszczy i zachowanie pewnego nadpobudliwego kolesia. Niestety po tygodniu otrzymałem złowieszczego SMS-a od autora omawianego tutaj tomu i dreszcze obsypały całe moje ciało, natychmiast zmieniając perspektywę odbioru biografii autora Wstydu. Śmierć Krzysztofa w mieście życia i grobu Franza Kafki miała w sobie coś z absurdalnego klimatu Procesu i wpisywała się w ciąg wieloletnich kłopotów zdrowotnych bydgoskiego twórcy. Wiedziałem o nich sporo, bo przecież był taki czas, gdy spotykaliśmy się bardzo często, a trwające do rana biesiady dostarczały wiedzy o każdym z nas. To było czytanie wierszy u mnie w domu, na Chodkiewicza, u Krzysztofa na Słupskich, u Marka na Jaskółczej, ale pamięć zachowała też sporo wypraw poza Bydgoszcz – do Gdańska, Poznania, Koronowa, Szubina, Nakła i do wielu innych miejscowości. Krew mieliśmy wtedy gorącą, więc czasem dochodziło do sporów, a raz nawet staliśmy naprzeciwko siebie, gotowi do bitki. Na szczęście koledzy zażegnali konflikt i w następnych latach spotkania miały charakter przyjazny, chociaż w pamięci kolegi mógł pozostać uraz, który powodował, że w niektórych sytuacjach pojawiała się trudna do zaakceptowania ambiwalencja. Nie miałem wątpliwości, że Krzysztof powinien spocząć na bydgoskim cmentarzu dla zasłużonych osobowości, tuż przy takich literatach jak Sulima-Kamiński, Andrzej Baszkowski, Jan Górec-Rosiński, przy malarzach i aktorach, z którymi też miewał liczne kontakty. Poddałem tę myśl jego przyjacielowi, a ten zajął się organizacją pochówku po przywiezieniu prochów naszego kolegi z Czech. Niestety nie mogłem wziąć udziału w ceremonii pogrzebowej, bo przebywałem w Chinach, gdzie tylko ze smutkiem konstatowałem w Internecie fotografie z tego wydarzenia. Tak zamykał się okres naszych wspólnych eskapad, współtworzenia kształtu młodej literatury w Bydgoszczy i w Polsce, czas spotkań na łamach tych samych tygodników i miesięczników, a potem wspierania się w różnych przestrzeniach.

Książka Marka Kazimierza Siwca ma przemyślaną konstrukcję, której wspornikami są wiersze i rozmowy na odległość, a nade wszystko żywa narracja poetycka dwóch jakże odmiennych i bliskich sobie bytów. Mottem całości jest wers Krzysztofa: Żal mi rzeczy nie-zamkniętych w wierszu, świadczący o tym jak wielką wagę przykładał on do poetyckiej funkcji ocalającej, tak jakby życie miało tylko wtedy sens, gdy stawało się zapisem lirycznym. Wszystko jest poezja – przekonywał w tytule swojej powieści Edward Stachura, a tacy samotnicy z jego kręgu jak Babiński, Różański i Szatkowski wcielali tę maksymę w życie. Żal za tym, co stracone dla poezji lokował się po drugiej stronie tego, co przepadło w zakresie planów życiowych, nie odbytych podróży, zarzuconych książek, niedokończonych tekstów. Wiersz ma ogromną siłę ocalającą i dodatkowo wyposaża opisywanych ludzi, zdarzenia, miejsca w kontekst symboliczny, w głębię pojawiającą się pod powierzchnią słów. Zauważamy to w otwierającym tom wierszu Krzysztofa pt. Weranda, będącym apoteozą miejsca szczególnego, zapewne przedsionka domu autora Przyjaźni. Ta prośba o to, by nie ginęła weranda, gdzie się spotykali, jest zarazem próbą unieśmiertelnienia szczególnych momentów w dwóch biografiach: Nie giń werando/ Nie zostawiaj mnie bez swych chropowatych drzwi i wyliniałych okiennych ram/ Nie porzucaj bez pieszczoty żeliwnych okuć i czułości podłogi/ Nie rozpadaj się na drzazgi gwoździe farby kurz/ Werando cytacie z wieczności/ zostań ze mną na zawsze. Derdowski miał wielkie „nabożeństwo” do wieczności,  stanowiącej jedyny pewnik w naszym kruchym świecie, często ją przywoływał i jakby tęsknił za nią, a może za jej idealnością, będącą przeciwieństwem nadgniłej rzeczywistości, w której egzystujemy. Weranda pojawi się w zamknięciu kody poetyckiej Siwca, niemal na końcu tomu i będzie to potwierdzenie, że świat w którym uczestniczyli nie rozpadł się jeszcze – trwa w pamięci i w słowie, przechyla się ku ostateczności eternalnej, ale wciąż trzyma się żywych istnień. Gdziekolwiek byśmy nie poszli, dokądkolwiek byśmy nie pojechali, wrócimy do miejsc wyjścia, a narodziny, życie i śmierć sprasuje rozżarzona do czerwoności chwila ostatnia: Weranda jest tam jeszcze/ i cienie/ postaci/ szkła/ – Za przyjaźń,/ która w uścisku dłoni/ i napowietrzności chwili/ jak ta bańka/ nie pęka. Ta zamykająca wszystko iskra ma w sobie coś z tęsknoty Derdowskiego, by trwała przestrzeń, w której miały miejsce chwalebne zdarzenia, gdzie pojawiali się ludzie, którzy osunęli się w proch i gdzie brzmiało potężnie poetyckie słowo.

Tom Przyjaźń podkreśla muzyczną strukturę naszego świata, a takie tytuły działów jak Preludium i Coda nieodmiennie przywołują arcydzieła muzyki klasycznej. Ale przecież oprócz tego, że jest to coś na kształt Requiem, to bogactwo treści wierszy Siwca każe dopatrywać się tutaj swobodnie rozbudowującej się symfonii. Autor zapragnął pokazać przyjaciela w chwilach centralnych dla ich wspólnoty, czasem zdawać by się mogło – błahych, innym razem mających moc apoteozy. Jednocześnie zapragnął stworzyć swój portret intymny, syntezę chwil, długich przedziałów czasowych i znaczących zamyśleń. Dlatego dobrym pomysłem jest tutaj przywoływanie wierszy wcześniej opublikowanych w innych tomach, gdyż obrazują one punkty dojścia do poetyckiej nadwrażliwości, spotkania z żywymi ludźmi i wnikanie w miejsca szczególne, dotykanie tajemnicy dobra i zła. Motywy wódczane graniczą tutaj z czystą ontologią, a zabawne zdarzenia (spodnie rozdarte na płocie, igły kaktusa wbite w stopę po utracie równowagi) z grozą nieustannego zapadania się w nicość. Obaj twórcy reprezentowali odmienne poetyki, ale w obrębie wierszy Siwca, w których stają się równorzędnymi partnerami, łączą się w jednię literacką, niezwykle udanie oddającą ich wspólne eskapady i spotkania w miejscach zwykłych i szczególnych. Wszystko warte jest ocalenia, a choć zawsze będzie to subiektywny wybór autora, obrazy i słowa ułożą się w narrację ilustrującą fenomen bycia i zapadania się w nieistnienie: To coś w fermentach przyjaźni/ niesie ich przez miasto/ w lutowy chłodny wieczór/ i wódka – /przed chwilą zakupili dodatkową porcję/ trzy flaszki Litewskiej w sklepie na Dworcowej/ kształt pękaty powierzchnia pofałdowana/ jakby pokryta kulkami lodu, które się w nią wtopiły, już skręcają z ulicy w wykopy,/ balansują na zmrożonych fałdach piasku gliny/ przed nimi majaczy w mroku bariera/ Krzysztof zwalisty omija ją. Tak czytelnik staje się świadkiem wędrówek mężczyzn, których połączyła serdecznym węzłem wrażliwość poetycka, ale jednocześnie odkrywa coś nieuchwytnego i niepowtarzalnego – ludzkie wnętrza. Każdy, kto znał Krzysztofa, odnajdzie go bez trudu w tych wierszach, każdy kto wiedział, że miał subtelne ego, bliskie delikatności dziewczęcej, pojmie, że adekwatny opis jego fenomenu możliwy był tylko w takiej mgławicowej etiudzie.

Niewątpliwym wzbogaceniem poetyckiej narracji autora staje się publikacja SMS-ów wymienianych pomiędzy nim i bohaterem jego dzieła. Te zdawkowe i czasem dłuższe pytania, zapewnienia i potwierdzenia są dokumentem tęsknoty za czystością i pełnią, choć uważny czytelnik dostrzeże też wyraźne rozmijanie się celów i możliwości. Marek poleciał do Grecji w poszukiwaniu niezwykłej prze-stronności świata i mitycznej struktury wyobraźni, a w tym samym czasie Krzysztof w Bydgoszczy borykał się z trudami egzystencji, odpracowując za marne grosze nocki jako stróż parkingowy. Jego odpowiedzi na zachwyty kolegi są dość zdawkowe i wyraźnie mają w sobie element żalu (tego z motta inicjującego książkę), jakby doskwierało mu to, że nie może zobaczyć tych błękitów i przestronności, o których donosi mu kolega. Siwiec próbuje mu powiedzieć jak ważne jest dla niego to doświadczenie, a tkwiący w bydgoskiej bylejakości Derdowski potwierdza, że ma permanentny kryzys i jest to – jak mówi – sprawa pomiędzy mną a mną. Przyjaciel w Grecji próbuje znaleźć kafejkę, gdzie był niegdyś szczęśliwy z żoną, a Krzysztof pławi się w rozpaczy, próbuje związać koniec z końcem i wypatruje kolejnych darczyńców, którzy nagle spotkani na ulicy, obdarzą go jakimś datkiem i choć na chwilę pozwolą zapomnieć o troskach humanisty zdobywającego ważne laury w zakresie twórczości literackiej, ale ciągle tkwiącego w martwym punkcie egzystencji. Jeśli do tego dołożymy nagłą śmierć w sierpniu 2017 roku, zauważymy tragiczny profil życia autora Placu Wolności, któremu nie udało się zamknąć w wierszach tego, co miał nadzieję dokonać. Zauważa to jego przyjaciel, przygotowujący się do nowej wyprawy, tym razem na Maltę, tropem Caravaggia: Po nagłym odejściu Krzysztofa w Pradze /żyć/ trudno. Niewątpliwie, trudno żyć, gdy w myślach pojawia się rozległa perspektywa od maltańskiego więzienia, z którego uciekł wielki malarz, poprzez zdarzenia wspólne, aż do chłodu urny z prochami przyjaciela, składanej do grobu na całą wieczność. Nawet jeśli pojawią się w przyszłości jakieś inne entropie i czas zanihiluje cmentarz, nagrobek, urnę, to dla jego kolegi chwila ostatnia zaczęła się i skończyła tego sierpniowego dnia w Pradze.

Dział zatytułowany Z windy jest w zamyśle szeroką prezentacją dźwignięcia się Siwca z martwoty i stagnacji, szaleństw własnych i epoki, ku dalekiemu światu i ludziom. Zawsze istnieje ryzyko, że utkwimy w jakimś miejscu i ominą nas dalekie podróże, nie spotkamy tych, których moglibyśmy obdarzyć bliskością, nie zobaczymy szczególnych miejsc i nie napiszemy tego, co mieliśmy napisać. Wiersze w tym dziale przywołują niezwykłe chwile i ludzi, którzy coś dali autorowi, nawet jeśli była to tylko refleksja nad ich egzystencją, kilka wersów utrwalających nastrój, wygląd, szczególne zachowanie. Krzysztof Derdowski nazwał wiersze z ostatnich tomów piszącego te słowa poezją podróżną i tutaj – w przypadku omawianego działu – to określenie także jest użyteczne, bo Siwiec ukazuje szeroki obszar penetracji, pozwalając by metonimie i metafory zataczały szerokie kręgi, by szybowały od polskiej prowincji, poprzez Grecję, Wielką Brytanię, Maltę, Stany Zjednoczone, aż do dalekiej Australii. Zderzenie lotnych dali z bohaterami przedmieść, przyjaciółmi z dzieciństwa, znaczącymi pisarzami (Miłosz, Herbert, Hoffman, Żwikiewicz, Derdowski, Banach), osobami spotkanymi w pijalni piwa i na szlakach nocnych wędrówek, znakomicie poszerza perspektywę lirycznych penetracji. To są ludzie prawdziwi, a ich losy – nawet jeśli dalekie są od kanonów piękna i mądrości – mają w sobie coś nieuchwytnego i tajemniczego, jakby w takich postaciach skraplał się ekstrakt czystej filozofii, jakby w gronach ich dni dojrzewał sok, który przeistoczy się w najlepsze wino. Od wielu lat wyrazista była w poezji Siwca tendencja do wyszukiwania ludzi i zdarzeń, mogących stać się metaforą człowieczeństwa – wzniosłego i dumnego, ale też wciąż osuwającego się w martwotę entropii, stającego się zaprzeczeniem jakichkolwiek rozpoznawalnych wartości. Poeta był tutaj konsekwentny i od pierwszego tomu pt. Odwrócone lustro (1979), podążał raz wytyczonym azymutem, wysłuchując przypadkowych towarzyszy współistnienia (Grek, którego spotkałem w ekspresie), przypatrując się świadkom przełomów historycznych (Drogomistrz Miłosz, Pan Stanisław) i nieustannie konfrontując swoje doświadczenia w bliskości przyjacielskiej z takimi ofiarami prawdziwego życia jak Derdowski. Pisałem w 1990 roku o tomie pt. Kostka, że Siwiec tworzył wiersze, w których skropliła się pokora, znalazło swoje odbicie wyciszenie, subtelny szept wypowiadany w obliczu tragicznych, niewyobrażalnych sił. W swoich utworach rejestrował też nastroje ludzi, zamykał w słowach ulotność chwili, nazywał po imieniu zakłamaną i sfałszowaną rzeczywistość. Dzisiaj wypadałoby powiedzieć, że w taki sposób osiągnął mistrzostwo cichego słowa, grzmiącego jak dzwon i odwzorował to, co zwykle przepada bezpowrotnie, rozmywa się w szarościach i mgłach, ginie bez jęku i prośby o wspólnotę.

Jakże ciekawe są też w omawianym tomie fragmenty Dziennika życia samego, z lat 2016–2017, w których Marek Kazimierz Siwiec raz jeszcze dokumentuje intymność, budującą się przez lata między nim a autorem Nagiej. To były wzajemne oceny pisanych utworów i zapewnienia, że warto ciągnąć dalej coś, co w przyszłości stanie się integralną całością i zyska wymiar wiersza, poematu, powieści. Zapiski dokumentują też braterstwo obu pisarzy, którzy spotkali się kiedyś w promieniującej klimatem twórczym Bydgoszczy i potem przez lata podążali krok w krok. Zmieniała się rzeczywistość polityczna, upadł komunizm, pojawiły się trudności ekonomiczne nowej rzeczywistości, ale ich przyjaźń oparła się próbie czasu i dotrwała aż do nagłej śmierci Krzysztofa w Pradze. Wzruszającym dowodem tego związku jest omawiana tutaj książka, jakże wartościowa ze strony poetyckiej, dokumentacyjnej i przyczynkarskiej. Derdowski jawi się w niej jako twórca totalny, poświęcający wszystko dla literatury i prawdziwie nią żyjący, znoszący dla niej niewygody życia po przełomie i pragnący doświadczać nowych olśnień. Bezkompromisowość i czystość intencji doprowadziły go do ogromnych kłopotów zawodowych, ekonomicznych i zdrowotnych, ale wciąż pisał książki, w których zawarł wyraziste przesłanie do potomnych i ocalił to, co przepadłoby bezpowrotnie. W jakiś sposób też inspirował do pisania przyjaciela, który przeszedł długą drogę od deklarowanego ateizmu do tworzenia wizyjnych poematów z wyraźnie mistycznym tłem. Razem podążali przez zimne przestrzenie miasta, stawali zdumieni w obliczu świtów i zmierzchów, a nade wszystko stale rozmawiali, wymieniali myśli i dzielili się słowem. To były spotkania intelektualistów, którzy poznali najważniejsze pisma filozoficzne, fascynowali się prawdziwą literaturą, mieli swoich poetyckich przewodników, ale też rozumieli prostych ludzi. Często bratali się z nimi i potrafili poświęcać im swój bezcenny czas, uwagę, bywało, że i pieniądze. Symbolem takich spotkań może być wspólna wyprawa do Poznania, by odwiedzić w domu Witka Różańskiego, postać kultową dla wagabundów i zwykłych ludzi, którym czasem los wyznacza role przewodników w rewirach ducha i wyobraźni. Ostatni dział dzieła Siwca – Z wizji – dokumentuje i taką wspólność i jest zapewne jednym ze szczytów kreacyjnych autora, tylekroć zagubionego pośród dróg świata i tyle razy odnajdującego sens istnienia w burzeniu, szukaniu i budowaniu nowego kształtu.

_______

Marek Kazimierz Siwiec, Przyjaźń, Galeria Autorska, Bydgoszcz 2021, s. 132.            

KONSTELACJA ORIONA

Od kilku lat prowadzę spotkania literackie i artystyczne w klubie Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej „Orion”. Jest to miejsce szczególne dla mnie, związane z moimi początkami poetyckimi i dawnym, wieloletnim miejscem zamieszkania – na osiedlu Błonie. To tam chodziłem do dwóch szkół podstawowych, uczestniczyłem w życiu wspólnot generacyjnych, tam rozgrywałem pierwsze mecze piłkarskie i hokejowe. Tam też pierwszy raz się zakochałem w dziewczynie z tej samej klasy, choć uczucie to było infantylne i dalekie od moich późniejszych uniesień miłosnych. W „Orionie” miała też miejsce moja inicjacja literacka, gdy z innym kolesiem – znanym potem pieśniarzem – Janem Jakubem Należytym, poszedłem na spotkanie warsztatowe, które gościnnie poprowadził Ernest Bryl. Wysłuchaliśmy kilku opowieści warszawskiego literata, przeczytaliśmy jakieś wiersze i świadomi swoich błędów, przyjęliśmy dobre rady poety. Teraz krąg moich działań związanych z Orionem domyka się symbolicznie, bo ukazała się antologia twórców, których spotkania prowadziłem. Publikując tutaj moje posłowie do tej książki, mam nadzieję, że Kawiarnia Literacka Oriona będzie dalej funkcjonować i po jakimś czasie ukaże się tom drugi tej panoramy twórczej.

Wszelkie antologie mają sens, gdy dokumentują cykliczne wydarzenia kulturalne lub są odzwierciedleniem jednej imprezy, w której brało udział wielu twórców. Prezentują wtedy różne postawy artystyczne i stają się wykładnią jakiejś strategii kulturotwórczej. Są też zachętą do zgłębiania dorobków zaprezentowanych twórców, uczestniczenia w kolejnych spotkaniach, a nade wszystko stają się dokumentacją, ocalającą konkretne osiągnięcia i niepowtarzalne sytuacje. Czytelnicy i konsumenci kultury są jak łowcy, którzy przeczesują jej ogromne przestrzenie w poszukiwaniu wyjątkowych istnień i tego rodzaju publikacje stają się im niezwykle pomocne. To przewodniki i sprawozdania, a zarazem swoiste książki „reklamowe”, cenne dla organizatorów i dla tych, którzy korzystają z przychylności zacnych sponsorów. Wszakże nie można tworzyć kultury bez konkretnych funduszy, przyznawanych każdorazowo i umieszczanych w preliminarzach działalności instytucjonalnej – nie można planować jakiejkolwiek aktywności bez opieki osób rozumiejących potrzebę krzewienia wiedzy na różnych poziomach. W przypadku kultury i zdarzeń w jej obrębie, bywa to szeroka informacja o ludziach i ich pasjach, o nastawieniu do życia i zamierzeniach twórczych. W takim rozumieniu nie do przecenienia jest mecenat Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, której Rada Nadzorcza desygnuje konkretne środki finansowe na działalność klubów „Orion” i „Arka”. Ważne tutaj jest i to, że Prezes tejże Rady i jej Przewodniczący są twórcami, z określonych dorobkiem literackim, udokumentowanym także w tej publikacji. Tacy ludzie rozumieją, że poniesione wydatki zwracają się wielokrotnie, a rosnąca sława miejsc szczególnych, w których realizuje się szczytne misje, przyciąga kolejnych odbiorców, przyczynia się też do ogólnego, jakże pozytywnego odbioru całości działań spółdzielczych. Ważne w nich są dochody i zapobiegliwość Rady Nadzorczej, ważne są umiejętności menedżerskie Prezesa, ale po drugiej stronie stawiać trzeba działalność utylitarną, realizowaną na wielu poziomach. Jednym z nich jest wspomaganie działalności twórców kultury, organizacja spotkań literackich, koncertów muzycznych, występów estradowych i innych tego typu zdarzeń.

Historia Kawiarni Literackiej klubu BSM „Orion” zaczyna się w okolicach roku 2015, kiedy to z inicjatywy Oddziału Bydgosko-Toruńskiego Związku literatów Polskich i Prezesa Rady Nadzorczej tej instytucji Tadeusza Stańczaka, rozpoczęto cykliczne spotkania literackie i artystyczne. Zapraszano najważniejszych twórców bydgoskich, tworząc swoistą gradację ważności, przyciągano artystów krajowych, czasem tak ważnych jak reżyser Krzysztof Zanussi, ale też rozszerzono działalność o niezwykłe spotkania z twórcami zagranicznymi. Tak zawitała do „Oriona” ormiańska poetka i kandydatka do Nagrody Nobla Sona Van, tak pojawiła się słynna Polka, działająca w Hollywood Beata Poźniak, tak zawitał ormiański poeta Szota Jataszwili i ukraińscy śpiewacy. Ilustrację muzyczną tworzyli tak znani i cenieni twórcy jak Marek Czekała, Bogdan Ciesielski, Jerzy Paterski, a nie zabrakło też bardów – Tomasza Bateńczuka, Rosjanina Włodzimierza Sztokmana czy Wiesława Marcysiaka. Wszystko razem złożyło się na ofertę kulturalną ze znakiem BSM i ZLP, wyrazistą w grodzie nad Brdą i Wisłą, odbijającą się też szerokim echem w Polsce, a nawet, za sprawą gości specjalnych – za granicą. Tylko pechowe zdarzenia, związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa, zastopowały dalszy rozwój kawiarni, a zaproszeni goście z Bydgoszczy, Polski, ale też Chin i Afryki, musieli pozostać w domach. Miejmy nadzieję, że epidemia szybko wygaśnie, a wtedy „Orion”, jako niezwykłe miejsce kulturotwórcze, zalśni znowu pełnym blaskiem i wypełni się, z radością przyjmowanymi gośćmi. Prezentowana tutaj antologia, wyraźnie wskazuje iż profil działalności Kawiarni Literackiej jest otwarty, a przy tym nacechowany starannością w doborze artystów i pisarzy. Wiele z tych spotkań zostało nagranych przez Jana Skonieczkę i znalazło się na platformie internetowej YouTube, co znacznie rozszerzyło skalę oddziaływania, liczoną już nie w setkach, ale w tysiącach odbiorców, zapoznających się w taki sposób z tym, co dzieje się w klubie i wciąż podnosi jego rangę. Wydarzenia w „Orionie” nie umknęły też uwadze Telewizji Polskiej, telewizjom internetowym, jak i Polskiego Radia. Z racji rozpowszechnienia się archiwizacji internetowej, poszczególne zdarzenia są ciągle dostępne w sieci i na stronach mediów publicznych. Wagę tych działań doceniły też władze państwowe i lokalne, a także instytucje kultury, takie jak Towarzystwo Hipolita Cegielskiego z Poznania, przyznając spółdzielcom i literatom w 2020 roku, stosowne ordery, odznaczenia i medale.

Antologia, którą czytelnik ma ręku, dokumentując ogromne bogactwo  Kawiarni Literackiej „Oriona”, wskazuje zarazem jaki poziom reprezentują zapraszani do niej twórcy. W przypadku poezji mamy do czynienia z prawdziwą eksplozją wrażliwości i innowacyjności językowej, a prozaicy z kolei prezentując nienaganny warsztat, proponują ogląd świata komplementarnego, mieszczącego się w ściśle określonych ramach, a zarazem odważnie wykraczającego poza nie. To jest opowieść o czasie i ludziach, o ich pragnieniach i potrzebie uzewnętrzniania własnych przestrzeni wewnętrznych, ze szczególnym uwzględnieniem pierwiastkowych uczuć. Wartość tego rodzaju podsumowań widać szczególnie w przypadku twórców, którzy odeszli już poza barierę nieistnienia, a jednak pozostali z żywymi i stale do nich przemawiają, jak Krzysztof Derdowski czy Jerzy Grundkowski. Kulturalna funkcja ocalająca możliwa jest tylko w określonej przestrzeni instytucjonalnej, którą w tym przypadku jest Bydgoska Spółdzielnia Mieszkaniowa, wielki twór, mający swoje oddziały i jednostki we wszystkich niemal częściach miasta. W sytuacji zaniku odgórnego mecenatu państwowego, instytucje takie jak BSM wzięły na siebie ciężar wspomagania kultury, utrzymując jakże kosztowne kluby i umożliwiając w nich pojawianie się poszczególnych twórców. Podziękowań tutaj nigdy nie będzie za mało, tym bardziej, że we współczesnym świecie widoczna jest tendencja do rugowania kultury z życia społecznego i ciągłego obniżania środków finansowych, niezbędnych do zachowania cykliczności i określonego poziomu. Ciesząc się zatem, że mamy w Bydgoszczy tak cennego mecenasa, przedkładamy czytelnikom i konsumentom kultury, wyrazisty manifest naszej działalności – antologię bogatą w osobowości i treści literackie, dodatkowo wzmocnione poszczególnymi biografiami naszych gości. Warto tutaj na koniec przywołać wypowiedzi Krzysztofa Zanussiego, naszego gościa specjalnego w roku 2019, który opowiadając o swojej drodze twórczej, o filmach, wielkich podróżach i wydarzeniach zagranicznych, wskazywał też wagę małych ojczyzn i spotkań takich, jak w Klubie BSM „Orion”.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (11)

Poezja Ireny Conti dotyka spraw ostatecznych. Nieustannie analizuje rzeczywistość i próbuje w niej znaleźć odpowiedź na pytanie o sens egzystencji. A jednocześnie stale dopowiada nowe treści, stale rzeczywistość wzbogaca, stale umieszcza rzeczy i ludzi, krajobrazy i przestrzenie w perspektywie refleksji filozoficznej i eschatologicznej. Dla Conti wszechświat jest tajemniczą, niewyobrażalnie wprost skomplikowaną strukturą, zasadą ponadczasowej organizacji, żywą tkanką niewyrażalnego spektrum. W takich obszarach w takich odległościach trudne jest porozumienie, a jeśli jednak ludzie spotykają się z sobą, to jest to tak nieznaczący okruch czasu, że natychmiast niknie on w lodowatej pustce i niczym para oddechu na chłodnym lustrze, nie zostawia po sobie żadnego śladu. Choć przecież odcisk świetlisty zostaje, gdzieś tam, daleko, w innych rewirach trwa stale nieme wołanie dziewiczej natury. Rację zatem ma Serena d’Arbela, gdy pisze, że ta poezja osiąga momenty najwyższe w odgadniętej metaforze człowiek-natura… Delikatność wiersza tworzy obrazy przejrzyste, w których osmotyczny związek człowiek-natura jawi się wielką światłością.

Bóg.

Taka poezja jest najwyższym stanem samoświadomości i przenosi rozważania egzystencjalne w obręb boskiego sacrum. W przypadku Conti jest to tyleż sacrum uniwersalistyczne co włosko-polskie sacrum kulturowe. Dlatego jej Bóg bywa panteistyczny, ale też i rzymski, chrześcijański, polski. Przyjrzyjmy się tym Bogom poetki, zaczynając od Pana nieogarnionej przestrzeni i czasu stojącego w miejscu. Dogmaty o Trójcy Świętej tracą dla niego sens i staje się on wspaniałą  j e d n i ą: Mój Bóg jest  t r ó j – j e d y n y/ cały z materii ziemi/ powietrza/ i wody/ Od świtu do nocy/ przechadza się w nieodłącznym/ kapeluszu nieba/ z wąziutką tasiemką horyzontu/ przypiętą do ronda/ i o nią właśnie/ potykają się moje oczy. To jest Bóg składający się z elementarnych  żywiołów, Bóg-Stwórca i dzieło samo w sobie. Charakterystyczne jest tutaj owo zawieszenie w próżni żywiołu ognia, choć – w świetle odkryć kosmologicznych dwudziestego wieku – jesteśmy pogłosem wielkiego wybuchu, pierwszego ognistego stań się! Człowiek żyjący w orbicie żywiołów jest ich naczyniem i ich chwilową pułapką. Bóg zatem nieustannie ożywia w nim dynamiczne siły, nadaje im przyspieszenie i określony kierunek – stale uzupełnia brakującą kosmiczną energię. Dlatego poetka czuje jego obecność w każdej strukturze, w każdym przejawie dynamicznej natury. Mówi:  Jego obecność w historii/ odmierzam wzrostem drzewa/ milczeniem kamienia/ i mową człowieka. To są dowody na Jego istnienie, ale też codzienne potwierdzenia i każdorazowe syntezy boskiej filozofii. Ale Bóg nie byłby Bogiem, gdyby nie było w nim powabu nieskończoności, gdyby nie ukrywał się w niezliczonych możliwościach interpretacyjnych, gdyby wreszcie nie jawił się ludziom jako ktoś, kto z wyniosłym, dobrodusznym spokojem przyjmuje ludzkie dziwactwa i semantyczną ekwilibrystykę. Ten Bóg najbardziej pociąga poetkę i jest dla niej najbardziej inspirujący: Nade wszystko jednak/ podoba mi się  J e g o  brak aspiracji/ na poszerzanie obszarów/ własnego królestwa/ i to że nie ma najmniejszej ochoty/ zamieniać błękitnego kapelusza/ na wielką czarną dziurę/ bez tasiemki horyzontu/ na obrzeżach/ Przypuszczam że przerażają  G o/ podróże w kosmos bez nakrycia głowy/ a także równowaga nuklearna/ co do której miewa uzasadnione/ wątpliwości i podejrzenia/ czy nie zachwieje jej wiatr historii/ z kierunków zupełnie nieprzewidywalnych/ Póki  O n trwa/ przytulam się do ziemi/ powietrza/ wody/ i wiem że będą przy mnie/ pod niebieskim kapeluszem nieba/ do ostatniego potknięcia moich oczu/ które za mało widziały. Wiara jest wielka siłą sprawczą w tej poezji i zarazem wielką obietnicą spotkania, ponownego zobaczenia początku i każdej chwili, ponownych narodzin i wnikliwego studium życiowej drogi. Taki Bóg jest tęsknotą i dopełnieniem cyklu astralnego, jest kompanem i kimś o rozmiarach całego wszechświata – jest najpełniejszą tajemnicą. Poezja Conti zajmuje się Bogiem, bo jest On pierwszym pytaniem jakiem pojawia się w każdej formule bytu. A jeśli to pytanie nie ma pozostać bez odpowiedzi – musi być szczere i dziecinnie naiwne. I takie w tej poezji ono jest – rację ma zatem Ugo Maria Palanza, gdy pisze, iż: Nie łatwe jest w naszych czasach spotkać poetę tak szczerze potrafiącego przekazać tak szlachetne i głębokie treści.

Wiersz Conti powstaje z umiłowania Boga i życia. Jest pochwałą chwilowego stanu duszy, fragmentarycznej świadomości, gwałtownego, ale jakże sakralnego wstrzelenia w byt. Poetka potrafi dostrzec wyjątkowość egzystencji w każdym jej przejawie i każdej odmianie. Bóg jest dla niej stwórcą, ale też jest wielkim przewodnikiem. Zwraca się zatem do Niego tworząc wiersz będący formułą żarliwej apostrofy: Boże codzienności/ wprowadź się do naszego domu/ na stałe/ od świtu do świtu/ nieprzerwanie obecny/ Bądź w każdym geście/ tych co pod dachem chwili/ szukają dla siebie schronienia/ Niech pokora będzie im tarczą/ i mieczem bez ostrza/ a i moich nie opuszczaj dłoni/ kiedy ustawiam na stole/ puste jeszcze talerze i czekam. Tak, to jest poezja pokory i oczekiwania, poezja mistycznego przeżywania kolejnych odmian codzienności. Poezja trudna i prosta zarazem, pokorna  i wzniosła, jest przesłaniem kierowanym do całej ludzkości i do kogoś bardzo samotnego. Jak pisze Cosimo Cucinotta: Przesłanie Ireny Conti zawierza wszystkim rękom, które poczują się zbratane i solidarne i podźwigną możliwość odbudowy domu na „ruchomych piaskach”, przywrócenia prawdy słowom i gestom i patrzenia na „bardziej pewne niebo”.Poetka pragnie by w każdym przejawie codzienności był element rozrastającego się sacrum. Chce żyć pośród świętych przestrzeni, bo wszystko pochodzi od Boga, wszystko jest przesycone jego energią, wszystko jest święte. To jest zdążanie ku tajemnicy, to jest mistyka przedmiotów i kształtów, mistyka wielkich odległości i pogłosu aktu stworzenia, stale obecnego w jądrze atomu i w ziarnie: Niech chleb i wino będą/ wybaczającym pamiętaniem miłości/ darem słońca wiecznie obecnego/ w ziarnie i w kiściach winogron/ soczystych dojrzałością jesieni/ zanim ziemia przyszłych narodzin/ nie przysypie naszych ciągle/ zielonych oczekiwań. Nawet śmierć nie jest w stanie zakłócić harmonii człowieka z Bogiem, nawet zrzucenie cielesnej powłoki nie jest barierą w tym akcie mistycznej komunikacji. To jest sytuacja, w której byt jest naznaczony piętnem tragizmu, ale tragizm u heroicznego. Właśnie owa bohaterska strona egzystencji jest dla Conti wyzwaniem i pokrzepieniem, jest autentyczną próbą sił. Człowiek musi stale szukać sobie zadań ponad jego siły, musi wędrować i schylać głowę przed ołtarzem, musi potwierdzać w sobie prawdę świętości. I tylko trwanie da mu moc, tylko przekonanie, że jest jeden wszechogarniający i kochający wszystko byt. Taka postawa ma w sobie wiele z chrześcijańskiej filozofii egzystencjalnej, ale jest też zwykłym, pokornym uderzeniem się w pierś, posypaniem głowy popiołem, jest chwilą zadumy nad ludzkim losem i najprostszym credo: Nie szukam nowych zbawicieli/ w świątyni bez ram i złoceń/ jeden nauczyciel miłości wystarczy/ Nie wyczekuję nowych proroków/ przepowiednie starych/ nie pominęły niczego co się stało/ nie spełniło się tylko co się/ stać może. Taki wiersz może się spełnić i sprawdzić tylko w prostym słowie, a Conti jest mistrzynią zwięzłości i prostoty. Jak pisze wnikliwy czytelnik tej poezji – Vittoriano Esposito: Irena Conti ceniąc ogromnie dorobek poetów XX wieku nie naśladuje żadnej szkoły i nie ulega wpływom żadnej mody. Jej poezja jest oszczędna i ekspresyjna, zwięzła i pozbawiona wszelkiej retoryki. Refleksyjność i emocjonalne zaangażowanie typowe dla doświadczenia poetyckiego Conti przenikają się wzajemnie, dając tej poezji czystość liryczną tym bardziej cenną, bo pozbawioną łatwych efektów. Widać, że wiersze te powstają w chwilach autentycznego kontaktu z Bogiem, naturą, udręczonym człowiekiem. Są jak skroplenie się czasu i przestrzeni, jak chwilowy, subtelny rysunek bruzd na piasku. Conti stroni od poezji lingwistycznej i eksperymentalnej, a jej narracja ma walor fabularyzowanej przypowieści, refleksyjnego dopowiedzenia, ulotnej notatki poetyckiej. Dostrzegł to też Ruggero Puletti pisząc: W tym zgiełku łatwych eksperymentalizmów, które pragną ukryć pustkę i ubrać w słowa efemerydę, wiersze Conti posiadają rzadki dar autentyzmu. Unika ona arbitralności i dwuznaczności jak grzechów przeciw racjonalnemu myśleniu. Jej styl jest własny, podobna ta poezja do garści wilgotnej ziemi, którą okładasz krzak, aby rozstał się i trwał. Zaiste, niezwykle to trafna metafora, oddająca charakter tej twórczości i jednocześnie ustawiająca ją w określonej tradycji pisarskiej. Dodajmy jeszcze tylko, że ów krzak, to krzew gorejący i drzewo poznania dobra i zła…

Człowiek.

Perspektywa boska ustawia na odpowiednim poziomie dociekań rozważania na temat człowieka. Poetka wpatruje się w mroki przeszłości i pyta o swoją ludzką tożsamość: Jakim był wtedy/ ten mój groźny p r z e d – p i e r w s z y/ zanim doczołgał się ryzykownie/ do błogosławionej pozycji wertykalnej/ i dwie części jego podzielonej kości czołowej/ zrosły się w pierwszy most porozumienia/ nad potokiem myśli jeszcze nie przejrzystych/ by schronić bezpieczniej pod swoim dachem/ tę białą i tę szarą substancję/ co razem wzięte w tej osłonie/ uczyniły go człowiekiem. Irenę Conti interesuje rodowód świadomości i jakby pierwszy punkt zaczepienia w drodze od prymitywnego tworu ku gwiazdom. Takie pytania może zadawać tylko poetka poruszająca się ze swobodą w przestrzeni historii i filozofii, umiejąca porównywać i syntetyzować – umieszczać pierwsze doświadczenia w perspektywie eternalnej. I umiejąca zadawać bolesne pytania: W jakich albumach wyobraźni/ w jakich szacownych bibliotekach/ mam szukać jego wizerunku/ by przyznać z przekonaniem/ i bez wstydu że/ to właśnie po nim odziedziczyłam/ sztukę otwierania ramion/ i oczy powłócząc w stronę zapłakania/ i usta też zdatne do uśmiechu -/ teraz kiedy w archiwach prehistorii/ taki nieporządek i z dna powywracanych/ szuflad wyzierają pomieszane wersje/ kolejnych przeobrażeń   p r z e d –  p i e r w s z e g o/ w układzie zgoła nie chronologicznym.Zadaniem poetki jest porządkowanie chaosu, nieustanne ustawianie rzeczy i ludzi we właściwie wyważonej i skonstruowanej przestrzeni. Musi ona stale sprawdzać przystawalność jej uświęconych obszarów do poszarpanych, często chaotycznie zabudowywanych przypadkowymi sprzętami, światów innych ludzi. Jak powiada Romolo Liberale – Wiersze Ireny Conti w tej dobie wielkiego niepokoju są świadectwem mądrości i miłości. I są uwzniośleniem dążeń człowieka, jego stałym wspieraniem, dopowiadaniem sensów do jego ulotnej egzystencji. Są też niestety często smutnym podsumowaniem, jakby mową pogrzebną nad grobem człowieka i grobem ludzkości: Nadzieje zawsze/ umierają samotnie/ bez błogosławieństwa/ Grzebane za murem cmentarnym/ jak ciała samobójców/ których nikt nie kochał/ czekają przed bramą/ zbawienia/ Pustoszeje po nich ziemia obiecana/ i maleńkie źródła poezji wysychają powoli/ na drobne nieuchwytne ziarenka/ sypkiego jak świeży popiół piasku/ Z ulotności popiołów/ lepimy wielką bryłę na podobieństwo/ ziemskiej skorupy nieświadomi jeszcze faktu/ że żaden siew jej nie zaślubi. Irenę Conti autentycznie interesuje los każdego człowieka. Dlatego może wypowiadać się w wierszach w imieniu całej ludzkości, dlatego wolno jej syntetyzować i tworzyć wizje ludzkich losów. To jest liryczne utwierdzanie prawdy o przedwiecznym charakterze pragnień i dążeń, to jest liryczne poszukiwanie sensów głębinnych. Tą drogą zejść można łatwo na manowce, ale ta droga prowadzi też skrajem poznania. Tu pojawiało się już wielu wędrowców, wielu poetów, filozofów, myślicieli, ale też i wielu prostych ludzi patrzących z nabożną czcią w gwiazdy i pochylających się nad radłem czy kołem garncarskim. Conti potrafi patrzeć na człowieka poprzez ogrom doświadczeń wielu wieków, potrafi też wyłuskać z tej gmatwaniny zdarzeń, sądów, postaw to co ma walor symbolu, to co jest uniwersalne i wypełnia jakąś bolesną lukę. Conti jest – jak określa to Mario Lunetta – silną, uwrażliwioną na problemy współczesności, indywidualnością.Jej nieustająca chęć dowiedzenia się o człowieku wszystkiego jest czymś wyjątkowym w poezji kobiecej – wszak zwykle orbituje ona wokół innych problemów, innych obszarów. U Conti wszystko ustawione jest jakby w linii tego samego uświęcającego strumienia światłości. Poetka pragnie podążać wraz z nim i ku niemu, chce bytować pośród gwiazd i pośród prostych ludzi, chce zaznać boskości i nie może zapomnieć o funeralnych akordach każdego ludzkiego końca. Chyba tylko poezja i filozofia są w stanie udźwignąć te wszystkie sprzeczności chyba tylko w natchnieniu, w nagłym lirycznym objawieniu i olśnieniu daje się zobaczyć ową nić światłości. I nie chce poetka tam być sama – szuka kogoś bliskiego, c z ł o w i e k a , który będzie patrzył podobnie jak ona, i który będzie widział to co ona. Ale czy taka bliskość z drugim człowiekiem jest możliwa? Czy w ogóle w ludzkiej próbie bytu możliwe jest spotkanie podobnych wrażliwości?  Poetka pyta z lękiem w sercu: A może ty nie zechcesz zamieszkać/ na tym świetlistym podniebiu/ może nie zmieścisz się w mojej tęsknocie/ może buduję za ogromne pałace/ boję się że w końcu/ za wielkie może okazać się za małe/ tylko naszą niebieskość/ opowiadaj mi dalej/ do widzenia… do światła. Czym innym są wyobrażenia, czym innym potrzeba wzniosłości, bytowania pośród ogromów, a czym innym jest przepaść jaka dzieli człowieka od człowieka. Jakże rzadko udaje się zasypać tę pustkę i jak trudno znaleźć kogoś, kto weźmie na swoje barki takie samo brzemię. W świecie ludzkim – zdaniem Conti – istnieją bariery nie do pokonania, istnieją przepaście nie do zasypania i jest wielki lodowaty ocean obojętności. Na jego brzegu przechadzają się widmowe postaci, wędrują okaleczeni przez życie. Nie ma nadziei, nie ma spełnienia, nie ma nawet w takim momencie wiary – są tylko abstrakty, tylko pozory, a przekonanie o zmienności rzeczy okazuje się mirażem. W takich chwilach poetka nie może kłamać, musi mówić prawdę – mówi zatem: Podróżniku niepewny spotkania/ znaj prawdę/ szept żaden/ nie wkradł się/ w czas i odległość/ wszystko pozostaje na miejscu/ jak wczoraj/ jak dziś/ jak w przestrzeni jutra/ Niech się nie rodzą/ nowe niepokoje/ jest w nich smutek przemijania/ Na lotniskach błogosławionych miast/ czekają jak zawsze zakochani/ i im trzeba zaufać/ Niepokój okrada wiarę/ tak niepotrzebnie/ Będę czekała/ inaczej skazańcami/ będziemy i  t y  i  j a. Ileż w tych prostych strofach pulsuje sprzecznych uczuć, ileż jakże ludzkiego lęku, że to co było wzniosłe okaże się po jakimś czasie płaskie, bez wyrazu. Conti potrafi zapisać w wierszu wszystkie tego rodzaju wątpliwości i umie też wyposażyć taki liryk w głębię filozoficzną. Jest wszakże poetką groźnie mieszających się w świadomości żywiołów, a jej wyobraźnia podąża od materii do ducha, od energii do zastygnięcia rozgrzanej magmy. Stale szuka ostatecznych rozwiązań, stale pragnie odnaleźć w przestrzeni i w świecie ludzkim struktury, które mieć będą walor paradygmatu.

Świat

Poezja Ireny Conti rozgrywa się pośród zjawiskowych pejzaży. Jest ornamentem tajemniczej i swojskiej rzeczywistości. Poetka nie dzieli przestrzeni na poszczególne segmenty, nie tworzy apologii domu, wielkich budowli czy zurbanizowanych modułów. Mieszka pośród świata i z równą czułością pisze o suficie gwiazd, co o półkach ulic, mostów, komodach domów i sal. Dla niej: Pejzaż jest jak dom/ można w nim zamieszkać/ na stałe lub czasowo/ uczynić z niego/ miejsce schronienia/ i urządzić je pozornie/ według własnego uznania/ przynajmniej do/ pierwszego buntu żywiołów. Bo przecież  ś w i a t  w poezji Conti jest płynny i pulsujący, budzi się i zamiera, pojawia się jakby odbity w krzywym zwierciadle, a potem znowu wraca do swoich wymiarów. Jest dynamiczny i statyczny zarazem, zaborczy i łatwo mieszczący się w kilku łzach. Mało tego czasami ogranicza się zaledwie do przestrzeni osobowej, mieści się w świadomości i w niej eksploduje, w niej wysuwa się ze swoich ram – I tak pęcznieją matowe szafy wspomnień/ i półek przybywa coraz więcej/ w zależności od lat i od nastroju/ a przeszłość się na nich układa/ posłuszna już nie do zamienienia/ na inną. Wtedy też następuje swoiste meblowanie świadomości. Conti nie jest pierwszą poetką, która zastosowała tego rodzaju zabieg artystyczny, ale może jedną z niewielu, której udało się wykorzystać go adekwatnie do celów. Tak powstały wiersze, w których świat zewnętrzny stał się metaforą uwikłania w wewnętrzność, a zwykłe półki zaczęły symbolizować poziomy kolejnych życiowych ról, porażek i stanów świadomości: Półka dzieciństwa jest blado-różowa/ jak wyprawka nienarodzonego/ świeżutka pachnie mlekiem/ łapczywie chwyta piersi/ nasycona zasypia/ Półka pierwsza miłość/ zasnuwa mgłą oczy/ rozchyla usta pragnieniem/ otwiera ramiona/ uczy ręce nieogarniętej/ tajemnicy dotyku i cała jest/ z niebieskiej materii raju/ wierząca i praktykująca/ Półka od rozstania do rozstania/ z błyszczącymi pęknięciami/ biegnącymi promieniście/ według reguł słonecznych/ (…)/ I wreszcie pólka stracone lata/ niektórzy na razie jej nie dostawili/ sądzą że mają jeszcze dużo czasu. Poetka patrzy na swój świat jak na monstrualną przestrzeń zabudowywaną przypadkowo, zawłaszczaną okazjonalnie. Nie czuje się tutaj dobrze, nie potrafi też przywiązać się dłużej do jakiegokolwiek poziomu. Dlatego kochając życie, Boga i świat mówi: Lubię mój pejzaż/ ale wyprowadzam się z niego/ często i bez żalu/ Żadnych szaf/ żadnych półek/ zostają na miejscu/ zabieram tylko gołe ściany pamięci/ pod najpewniejszy dach jutra. Taka postawa daje pewność i odgradza od zaborczości, od tandety i pokusy stabilizacji. Ale też taka postawa chroni od pesymizmu – jak pisze we wstępie do La Durata Vittoriano Esposito: najbardziej znamienne dla poezji Ireny Conti jest jej nieomal leopardyjskie przysposobienie do heroicznej akceptacji GORZKIEJ PRAWDY i taka sama tajemna konieczność ugięcia się prawa bólu przed prawem braterskiej miłości. (…) prawda chroni Irenę Conti przed głębokim sceptycyzmem i uwalnia od pokus pesymizmu. Ta „gorzka prawda”, to świadomość  zmienności układów i perspektyw, to wszechogarniająca entropia. Poezja może być schronieniem i obietnicą, ale nade wszystko może być prawdziwym domem, w którym poetka zamieszka na zawsze. Jej liryka jest jak otwarcie na świat, jak wpuszczenie do domu wiatru i śniegu, jak zaproszenie dreszczu i zapachu palących się jesienią liści. Poetka zatem jest w domu i pośród natury, żyje w harmonii ze światem zewnętrznym, który łagodnie ścieli się w jej wnętrzu. Kontemplacja natury staje się wtedy odkrywaniem samej siebie: Jeżeli to pora lata/ za oknem nawołują mnie liście/ i natrętnie soczystym kolorem/ uparcie szeleszczą nad uchem:/ „Posłuchaj droga naszej zieleni/ jest krótka przy następnym spotkaniu/ nikt nas od czerni nie odróżni/ a i twoje kolory obrócą się w popiół/ i nie odnajdziemy już po tobie śladu”/ Więc otwieram szeroko drzwi i co tchu wybiegam do liści/ zanim jeszcze zdąży się spełnić/ ich żałobna przepowiednia. Rzadko znaleźć można w poezji tak trafnie oddane stany wyzwalania się z ciała i rozpływania się podmiotu w zewnętrzności, rozmywania się jego lirycznego ‘ja” w dookolnej przestrzeni. Może wynika to stąd – pisze Francesco Fiumara – iż jest to  poezja głęboko altruistyczna i stąd jej funkcja wyzwalająca (…). Poezja która uczy filozoficznej tajemnicy pogody życia spełnionego. Do takiej tajemnicy dochodzi się poprzez pokorę i łagodne przyglądanie się światu, spokojne wsłuchiwanie się w siebie, życie w zgodzie z Bogiem i człowiekiem, życie w zgodzie z samym sobą.  

_____________

W szkicu tym wykorzystano fragmenty tekstów krytycznoliterackich krytyków i pisarzy włoskich umieszczane we włoskich wydaniach książek Ireny Conti, a które wcześniej ukazywały się we włoskiej prasie literackiej i społeczno-kulturalnej, między innymi w „La Rinascita”, „Il Tempo”, „La  Procellaria”.

ROZBŁYSK I DAL

Poezja bywa najprawdziwsza, gdy staje się odzwierciedleniem życiowych wyborów i wciąż toczącej się walki o kształt i sens nowych dni, o integralność osobową w zamykających się przestrzeniach. Taka sztuka słowa rodzi się w momencie autorskiego uświadomienia odrębności, wyjątkowości i niezwykłości podarowanych mu chwil. Może wtedy stać się drogowskazem albo latarnią morską, oświetlającą rozległe brzegi i tonące we mgle dale, może przydać dodatkowych znaczeń temu, co było, jest i będzie. Pisanie wierszy to dar od losu, pozwalający weryfikować kolejne wybory i dający poczucie artystycznego spełnienia, ale jest to też czuwanie przy bycie, reagowanie na zagrożenia, wskazywanie nowych możliwości obrony. Dzieje ludzkie są krótkie i nie mogą konkurować z cywilizacyjnymi przestrzeniami historii, zamknięte w obrębie jakiegoś wieku, rozgrywające się na przełomie dziesięcioleci, zawsze kończą się rozpadem budowanych z mozołem struktur. Ale w przypadku artystów, prozaików i poetów pozostają kolejne książki, które są dokumentem działań i wyrazistym śladem pośród rozrastającej się nicości. To są schody, po których twórca wchodzi na wyższe poziomy rozumienia i interpretacji świata, to platformy spotkań z czytelnikami, którzy też szukają sensu istnienia i potrzebują przewodników pośród życiowych dróg. Nie bez powodu na początku nowego tomu wierszy Barbary Filipiak pojawia się wyrazisty kształt latarni, rozsiewającej światło pośród mroku, będącej rękojmią przetrwania pośród żywiołów i znakiem istnienia, dobicia do portu i zakończenia okresu błądzenia. To wskazówka dla interpretatorów, ale też metafora naszego chwilowego istnienia, pojawiania się świata w rozbłyskach, wyłaniania się kształtów z ciemności i równie szybko ginących pośród czerni. Zadaniem poety jest odzwierciedlenie bolesnej chwilowości i znalezienie ekwiwalentów słownych dla tego, co pojawia się w świadomości i czeka na nazwanie, celne dopełnienie treścią językową. Ludzie rodzą się nadzy (tabula rasa), bez narzędzi niezbędnych dla poznania świata, ale dzięki rodzicom i życzliwym ludziom uczą się słów, poznają znaczenia i zaczynają nazywać kolejne odsłony rzeczywistości. Ten rozwój zwykle zatrzymuje się na określonym poziomie rozumienia i edukacji, ale w przypadku poetów trwa nadal, często stając się istotą ich człowieczeństwa, miarą niezależności artystycznej i duchowej.

Barbara Filipiak w nowych wierszach dokumentuje niezwykły rozwój jej literackiego rzemiosła, jakże często dochodząc do nowych, zdumiewających efektów twórczych. To jest podglądanie świata, ale też nieustanne jego komentowanie, wyodrębnianie sytuacji i zdarzeń centralnych dla jednej biografii, dla konkretnej rodziny i dla całej ludzkości. To wiara w przeznaczenie, ale też przekonanie, że możemy kształtować życie i trafnymi wyborami wpływać na kształt nieodgadnionej przyszłości. Każdy z nas ma bagaż doświadczeń dobrych i złych, każdy nosi w pamięci ciąg zdarzeń kształtujących osobowość i konstruujących wyobraźnię. Tak czysta tablica zostaje zapisana różnymi znakami, symbolami, zdaniami i cyframi, które zyskują znaczenie w obrębie biografii autorki i stają się zaczątkami wierszy. Plastyczne obrazy zmieniają się w obrębie kolejnych liryków, myśl migruje ku przeszłości i staje się odzwierciedleniem zdumiewającej teraźniejszości. Coraz większe znaczenie zyskują też głębie, otwierające się w wierszach i stające się potwierdzeniem tego, że istniejemy interaktywnie w przestrzeni ziemskiej i kosmicznej – jesteśmy drobinkami, które potrafią zinterioryzować swoją małość i chwilowość i nie przestają dążyć ku wielkości, to jest jeden żywot/ a kolorów tysiące/ które barwią moją tożsamość/ wpisaną w porządek/ tego świata. Poezja rodzi się w miejscu przecięcia doświadczenia jednostkowego i wielości impulsów odbieranych przez nadwrażliwy byt. I staje się tęsknotą za czystością i pełnią – wykładnią dobra danego nam w spadku po tych, którzy przez wieki i tysiąclecia kształtowali kulturę, budowali cywilizacje i stawali się znakiem permanentnego rozwoju. To ku nim orbituje myśl poetki, starającej się ocalić jak najwięcej ze swojego człowieczeństwa i zaznaczyć odrębność, dopełnić kolejny cykl astralny i kalendarzowy, bo przecież: Najważniejsze w życiu/ są piękne spotkania/ gdy na moście przeznaczenia/ człowiek podaje dłoń człowiekowi/ czasem chwila wystarczy/ by szczęście zakwitło/ i zostało z nami  na/ zawsze. Tak bywa często, ale nie powstawałaby tak ważka poezja, gdyby w świadomości autorki nie ćmił się smutek, a obok doświadczeń euforycznych nie pojawiałyby się wspomnienia traumatyczne. Eschatologia zawsze triumfuje nad ludzkim losem, a choć staramy się odsuwać ją poza marginesy codzienności, to i tak upomina się o swoje prawa, triumfuje w chwilach ostatecznych. A choć tęsknimy do szlachetności, na naszej drodze pojawia się ludzka nikczemność, burząca wszystko i próbująca pomniejszać osiągnięcia dnia, roku, całego życia. Na szczęście pomaga wtedy refleksja poetycka, będąca jak rozbłysk światła i ustalająca na nowo proporcje dobra i zła. 

Istniejemy pośród fenomenów świata, jakże celnie odwzorowanych w tym tomie w formie barwnych, autorskich fotografii, ale też jesteśmy częścią ogromnego systemu doświadczeń ludzkich, przekazanych nam w genach i w zapisach historycznych, mających formę ukrytego kodu lub jawnej opowieści w gronie rodziny, narracji przyjaciół lub przypadkowo spotkanych osób. Ważne jest by to rozumieć i tworzyć wciąż od nowa ewangelię jasnej strony życia, a potem cieszyć się owocami świadomej egzystencji, spaceru przez życie, pozostawiającego w pamięci wyraziste ślady. Czym innym jednak są pragnienia, a czym innym realne bytowanie w trudnym świecie ludzkim, gdzie obok przewodników spotykamy tych, o których chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. W nowym tomie wierszy Barbary Filipiak wiele jest tekstów dokumentujących ludzką małość, ale przecież wszyscy borykamy się z takimi problemami – Na moim Westerplatte/ codziennie ktoś/ kamień kładzie/ który jak pocisk wyrzuca/ z własnych myśli/ by zabić wiarę/ w otaczającą mnie/ rzeczywistość – wszyscy doświadczamy agresji ze strony wrogich osób i niewidzialnych sił. I wszyscy musimy sobie z tym radzić, tworząc strategie przetrwania, walcząc o jasny kształt, wciąż zapisując czystą tablicę nowymi zdaniami, pięknymi sentencjami i wierszami. Może w tym pomagać patriotyzm i ściśle określone poglądy na temat państwa, prawa i systemów, w których egzystujemy. Autorka wiele razy upomina się o tych, którzy zostali skrzywdzeni, przywołuje zdarzenia tragiczne z naszej historii, ale też wyraziście formułuje oceny, stawia skrzywdzonych i poniżonych pośród bohaterów trudnej polskości. Przywołując słowa Cypriana Norwida – Gorzki to chleb jest polskość – wierzy, że poezja ocali to, co w naszym narodzie jest najpiękniejsze i określi prawdziwe ramy zbiorowych i jednostkowych doświadczeń. Wchodząc w polemikę z polską rzeczywistością, nie zapomina jednak poetka o swoim skrawku wieczności, lokując egzystencję ludzką pośród ogromów niewyobrażalnych, pierwotnych struktur metamorficznych, nieustannie wywierających wpływ na nas. Tak tworzy poezję pulsującą licznymi odcieniami – tak pisze wiersze, w których jest prawda o niej i o świecie, opowieść o zmieniających się stale perspektywach i potrzebie czujności w obliczu skradającego się podstępnie czasu, pragnącego odebrać nam oddech i stawiającego przed człowiekiem coraz trudniejsze zadania. Jakby jednak nie było, ważny jest punkt dojścia, stanięcie na szczycie, zauważenie zmiany i nazwanie codziennej treści, bo przecież: tak mało trzeba/ do szczęścia/ wystarczy tylko/ z oddali zobaczyć/ wschód nowego dnia…

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (10)

Ryszard Kapuściński – Foto Horst Tappe

Ryszarda Kapuścińskiego nie trzeba dzisiaj w Polsce nikomu przedstawiać. Jest on autorem niezwykle prawdziwych, tętniących życiem reportaży ze wszystkich stron świata, ale także i pisarzem umiejącym mówić odważnie o naszej rzeczywistości. To reporter wciąż usilnie, z narażeniem życia, tropiący prawdę o człowieku dwudziestego stulecia. Ryszarda Kapuścińskiego nie trzeba też specjalnie rekomendować czytelnikom w świecie, starczy przypomnieć niezwykły jak na autora ze Wschodniej Europy sukces opowieści o władcy Etiopii w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Nawet tak ekskluzywne pismo jak „Newsweek” przyniosło w 1983 roku obszerne recenzje, a potem mieliśmy do czynienia z prawdziwą lawiną tekstów o autorze w najpoczytniejszych dziennikach świata. Nie znamy jednak Ryszarda Kapuścińskiego poety, choć zapewne co niektórzy czytelnicy pamiętają, że najlepszy polski reporter zaczynał swoją drogę pisarską od poezji. Duży talent poetycki autora Buszu po polsku zdradzały także liczne fragmenty jego książek narracyjnych, gdzie aż prosiło się by ten czy ów fragment rozpisać na wersy. I oto dzięki sporej dozie odwago autora i „Czytelnikowi” otrzymaliśmy pierwszy zbiór wierszy Ryszarda Kapuścińskiego.  

Notes to tomik szczególny pod każdym względem. Uderza w nim niesłychana prostota wyrazu, którą ostatnio – nie bójmy się tego porównania, gdyż pewnie i sam Mistrz nie miałby nic przeciwko niemu – wyczytać można było w wierszach Tadeusza Różewicza.              W utworach Kapuścińskiego nie znajdziemy elementów żadnej z popularnych obecnie w naszej poezji konwencji. Może tylko czasami prześwitywać zaczyna po przez strukturę tego czy owego tekstu mądra zaduma Czesława Miłosza, jego chęć mówienia o rzeczach najboleśniejszych w sposób jak najbardziej esencjonalny. Prostota wyrazu Kapuścińskiego przejawia się w spokojnym, mądrym i wyważonym podejściu do świata i prezentowanych sytuacji. I na dobrą sprawę – po raz już któryś u Kapuścińskiego – jest to książka w całości poświęcona człowiekowi. Każdy kolejny wiersz jest jakby uzupełnieniem, zawartego we wcześniejszych książkach, wykładu na temat ludzkiej natury, miejsca człowieka pośród innych ludzi, wreszcie roli jednostkowego istnienia w świecie i jego uzależnienia od cywilizacji. I trudno się dziwić, że są to częstokroć przemyślenia gorzkie, jeszcze jakby pogłębione w swoim wyrazie poprzez umieszczenie ich w perspektywie tradycji mitycznej czy biblijnej. To przemyślenia gorzkie, jak życie człowieka, a któż lepiej zna jego położenie, jeśli nie reporter-wagabunda, przenoszący się co chwilę z miejsca na miejsce, stykający się z ludźmi różnych narodowości, najprzeróżniejszych odcieni skóry, przeciwstawnych zapatrywań politycznych i ekonomicznych. Któż lepiej jeśli nie człowiek, który wielokrotnie patrzył na niewinnie przelewaną krew i utrwalał w pamięci, a potem odwzorowywał na papierze sytuacje, gdy nagiemu człowieczeństwu przeciwstawiano palbę karabinową albo głuchy chlust wody skrępowanego, padającego w głębinę ciała. I trudno się dziwić, że ogólna wizja człowieka, jaka zawarta jest w tym tomie nie  nastraja optymistycznie. Cóż, powinno się płakać nad biedą ludzką/ nad okrutną bezkresną biedą człowieka/ biedą serca i umysłu/ biedą wzroku i słuchu/ rąk i nóg/ biedą własną i innych/ biedą szatańską i ślepą/ biedą losu/ niezgłębioną niewymierną niepojętą biedą/ biedą istnienia/ biedą Boga. Jakże gorzkie są słowa Kapuścińskiego, ale też jakże trafne. Ze zdumieniem stwierdzamy, że autor Czarnych gwiazd jest poetą w sposób doskonały potrafiącym posługiwać się słowem, obrazem, pointą i wpisana w cały utwór metaforą. Iluż twórców wierszy – młodych, nieco starszych i już dobiegających życiowego kresu – powinno pochylić głowę przed poetą-reporterem. Wszak w obliczu tej monumentalnej liryki znikają nasze „durne i chmurne” dyskusje literackie, kawalkady papierowych pokoleń, pyskówki, wzloty i upadki malutkich gwiazdek i meteorków. Tomik Kapuścińskiego to niebywały fenomen edytorski i niespotykanej miary wydarzenie literackie – oto ukazała się książka poetycka, która w perspektywie odeszłego 1986 roku, jawi się jako dzieło wyjątkowe, ekscytujące, będące znaczącym osiągnięciem polskiej poezji.. Czyż to nie paradoks, kiedy wydali swoje książki w tym samym roku poeci już bardzo uznani, żeby tylko wspomnieć raz jeszcze Tadeusza Różewicza (Leśne echa), dalej Tadeusza Śliwiaka (Koń maści muzycznej) czy Jerzego Harasymowicza (Klękajcie narody i Na cały regulator). Na czym polega ten zdumiewający paradoks? Jakimi drogami doszedł Kapuściński do takiego efektu artystycznego? Nie ulega kwestii, że dzieje się tak za sprawą języka. On to właśnie – powiedzmy to raz jeszcze: prosty, jasny, rygorystycznie zwięzły, potrafiący ogarnąć istotę najbardziej nawet ważkich problemów – stanowi podstawę wszystkich konstrukcji lirycznych tego efektownego (o następny paradoksie!) tomiku-notesu.

Czymże jest dla autora Wojny futbolowej pisanie wierszy? Na pewno nie taśmową produkcją, polegającą na płodzeniu jeden po drugim najbardziej pogmatwanych semantycznie potworków. Dla Kapuścińskiego napisać wiersz, to: Znaleźć słowo trafne/ który jest w pełni sił/ jest spokojne/ nie histeryzuje/ nie ma gorączki/ nie przeżywa depresji/ można mu ufać. Dla tego autora stworzyć liryk to: Znaleźć słowo czyste/ które nie spotwarzyło/ nie doniosło/ nie wzięło udziału w nagonce/ nie mówiło że czarne to białe. I wreszcie dla Kapuścińskiego napisać nowy utwór to: Znaleźć słowa skrzydła/ które by pozwoliły/ bodaj na milimetr/ unieść się nad tym wszystkim. A unieść się można wchodząc pomiędzy ludzi, w ich twarzach, czynach, spuściźnie odnajdując te wartości, których nie dostrzeże się siedząc przy biurku, czy w wygodnym fotelu. Dlatego też przewija się przez ten tomik cała plejada postaci. Od starej kobiety dostrzeżonej na wystawie fotografii chłopów polskich, poprzez księdza Jerzego Popiełuszkę, Homera, Michała Anioła, Mozarta, Boscha, Renoira, Chagalla, Arnolda Słuckiego, aż po jogina Ramamurti, który dla życia schodzi do grobu, a potem „zmartwychwstaje” by stwierdzić na koniec, że tylko w śmierci życie. Zauważmy też, że snuje się pomiędzy tymi postaciami nutka żalu, smutku, zawiedzenia. Oto liryczny portret Ryszarda Kapuścińskiego, portret powstający przez lata, przez lata ulepszany, przez lata też pozostający w ukryciu. To dziwne, ale kiedy już książka się ukazała i kiedy autor (jak wskazuje to w recenzji wewnętrznej Krzysztof Karasek) – pewny wartości swoich wierszy – rzucił na szalę cały swój autorytet i dorobek, trudno jest nam widzieć inaczej całą twórczość Kapuścińskiego, jak właśnie poprzez pryzmat tych wnikliwych, ostatecznych wierszy. Historia literatury, dzieje poezji, uczą że najpiękniejsze utwory powstawały jakby na marginesie głównego nurtu zainteresowań i prac autorskich, jakby w podręcznym notatniku. Notes liryczny Ryszarda Kapuścińskiego w pełni tę prawdę potwierdza.

__________

Ryszard Kapuściński, Notes, Czytelnik, Warszawa 1986, s. 45.

THEN WE TAKE GREECE…

Maria Mistrioti sprawiła mi nie lada niespodziankę i opublikowała w Grecji moje wierszew języku Platona i Elitisa

Przyjaźnimy się od wielu, wielu lat…

Ένας από τους κορυφαίους δημιουργούς της Σύγχρονης Παγκόσμιας Λογοτεχνίας.

-One of the Greatest Creators of International Contemporary Literature.

                ***

Μια προσέγγιση στο Λογοτεχνικό Έργο του και στην Προσωπικότητα του, από την ελληνίδα Ποιήτρια Μαρία Μιστριώτη.

-An approach to His Literary work and His great Personality, by the Greek Poetess Maria Mistrioti

                ***

Έχω τη χαρά και την τιμή να γνωρίζω τον Dariusz Tomasz Lebioda εδώ και πολλά χρόνια.

Είχα επίσης τη μεγάλη χαρά να τον υποδεχτώ στην Ελλάδα, στην Πόλη της Χαλκίδας ως προσκεκλημένο μου στη 2η Διεθνή Ποιητική Συνάντηση, η οποία πραγματοποιήθηκε στη Χαλκίδα από τις 9 -13 Απριλίου 2019.

Είχα μάλιστα τη μεγάλη τιμή να παραλάβω από τον ίδιο δύο Παγκόσμια Λογοτεχνικά βραβεία : το Βραβείο ‘’HOMER’’ European Medal Of Poetry and Art καθώς και το Ευρωπαϊκό Βραβείο ‘’IANICIUS –INTERNATIONAL LITERARY PRIZE OF KLEMENS JANICKI’’ .

Στο σημείο αυτό, να υπογραμμίσουμε την αγάπη και τον σεβασμό  του Νταρίους- Τόμασζ Λεμπιόντα στην Ελληνική γλώσσα και στον Αρχαίο Ελληνικό Πολιτισμό.

Έχει άλλωστε ο ίδιος καταθέσει και γραπτώς αυτόν τον ιδιαίτερο σεβασμό του και την αγάπη του για την Ελλάδα.

Σύντομο Βιογραφικό του Δαρείου- Τόμασζ  Λεμπιόντα στην Ελληνική Γλώσσα.

-A short biography of Dariusz Tomasz Lebioda into the Greek language:

                          ***

O Dariusz Tomasz Lebioda, γεννήθηκε το 1958 στην πόλη Bydgoszcz της βόρειας Πολωνίας, από μια οικογένεια εργατικής τάξης.

Σπούδασε Πολωνική φιλολογία στο Πανεπιστήμιο του Gdansk. Tο 1994 έλαβε Ph.D. Είναι Πανεπιστημιακός Επισκέπτης καθηγητής στο Κρατικό Πανεπιστήμιο της Νέας Υόρκης Buffalo –SUNY από το 2002, με μακροχρόνια έρευνα σε Πανεπιστήμια της Πολωνίας και σε κολλέγια.

Ο Dariusz Tomasz Lebioda, είναι ο συγγραφέας περισσότερων από 80 βιβλίων ποίησης, διηγημάτων, ημερολογίων, δοκιμίων, καθώς επίσης και Επιστημονικών μονογραφιών Ευρωπαίων και Πολωνών σύγχρονων ρομαντικών Ποιητών.

Στη μεγάλη αυτή μελέτη του, συμπεριλαμβάνονται κορυφαίοι της λογοτεχνίας, όπως : Milosz, Herbert, Rozewicz, Szyborska, και παγκόσμιων μυθιστοριογράφων όπως των : Faulkner, Caldwell, Golding, Singer, Murdoch, Pahmuk, Coetzee, Naipaul, Lessing, Le Clezio.

Ο Dariusz Tomasz Lebioda έχει τιμηθεί με μεγάλα  Λογοτεχνικά Βραβεία, στην Πολωνία και Διεθνώς.

Τα έργα του έχουν μεταφραστεί σε πολλές ξένες γλώσσες, όπως στα :Αγγλικά, Γαλλικά, Γερμανικά, Ισπανικά, Ιαπωνικά, Αραβικά, Κινεζικά, Εβραϊκά, Ελληνικά και σε πολλές ακόμα γλώσσες.

Έχει προσκληθεί σε πολλά Παγκόσμια Λογοτεχνικά Φεστιβάλ, όπως στις ΗΠΑ, Βέλγιο, Ιράκ, Κίνα, Αρμενία, Λιθουανία, Ουκρανία, Σλοβακία. Το 2019, είχα τη μεγάλη χαρά και τιμή, να τον υποδεχτώ στην πόλη της Χαλκίδας, στη 2η Διεθνή Ποιητική Συνάντηση, στην οποία έλαβαν επίσης μέρος 16 κορυφαίοι Ποιητές, από 11 χώρες του κόσμου.

Από το 2015, ο Καθηγητής Dariusz Tomasz Lebioda είναι ο Πρόεδρος του ‘’European Medal Of Poetry and Art HOMER’’.

   ***

Εν κατακλείδι λοιπόν θα λέγαμε για τον Δαρείο- Τόμας Λεμπιόντα,  ότι πρόκειται για έναν σπουδαίο λογοτέχνη, αλλά κυρίως για έναν μεγάλο Δάσκαλο.

Η ποίηση του Λεμπιόντα ‘’αφουγκράζεται’’ καταγράφει και καταγγέλει:

‘’Stones from central park…/ I touch them / and think/ who much had happened in my life…/ Stones from central park/ so warm and so cold/ like people- so alive /and later so dead/ .

-‘’Πέτρες από το Central park… /Έφερα μια φούχτα πέτρες από το Central park/ …τις αγγίζω και σκέφτομαι / πόσα έχουν συμβεί στη ζωή μου…/ Πέτρες από το central park/ τόσο ζεστές και τόσο κρύες / σαν ανθρώπους τόσο ζωντανούς /και μετέπειτα τόσο νεκρούς /

Βαθύτατα επί της ουσίας φιλόσοφος ο Dariusz Tomasz Lebioda στέκεται με δέος μπροστά στη δύναμη του σύμπαντος και στη διαλεκτική πορεία των πραγμάτων:

‘’ I stand by the side of the road/ not larger than a lady bug or moth/ not larger than the tear of a crow /or the pit of an apricot…’’

-Στέκομαι στην άκρη του δρόμου/ όχι μεγαλύτερος από μια πασχαλίτσα ή από μια πεταλούδα της νύχτας / όχι μεγαλύτερος από το δάκρυ του κορακιού/ ή από τον πυρήνα του βερίκοκου…/

Η φωνή του σπουδαίου αυτού δάσκαλου και δημιουργού είναι συγκλονιστική καθώς εμπεριέχει την αντίθεση και την αντίφαση της διαλεκτικής πορείας της ζωής και των πραγμάτων:

-The voice of his great Teacher and Creator of International Contemporary Literature is shocking, as it includes the contradiction and the opposition of life with the meaning of the dialectic of things:

‘’Fearfully I lift up my head / and listen to the radiance / of the black silk / of eternity/.

-‘’Μετά φόβου σηκώνω το κεφάλι μου/ και αφουγκράζομαι την ακτινοβολία/ του μαύρου μεταξιού/ της αιωνιότητας’’.

Το ποίημα του ‘’Πολιτισμός’’ αποτελεί μια καταγγελία για την ανθρώπινη αδιαφορία και μας δίνει παγκόσμια μηνύματα μέσα από τα οποία υπερασπίζεται την αγάπη και τη δικαιοσύνη ανάμεσα στους ανθρώπους.

-His poem ‘’ Civilization’’ represents a big complain for the human indifference and  the alienation among people:

‘’a grotesque world that reaches for the stars/ but is unable to rescue from a mud pit/ a crying boy‘’.

‘’ένας κόσμος γκροτέσκο που φτάνει έως τα αστέρια/ αλλά δεν είναι ικανός να σώσει από έναν λάκκο με λάσπη/ ένα αγόρι που κλαίει /.

O Δαρείος- Τόμας Λεμπιόντα είναι ένας βαθύτατα φιλόσοφος δημιουργός και το έργο το ποιητικό έργο του είναι γεμάτο από συμβολισμούς ποιητικές μεταφορές και μεταφυσικές προεκτάσεις:

‘’σε λίγο, στον βωμό του πεπρωμένου,/ η τελευταία στήλη καπνού από το θυμίαμα / θα σβήσει / – από το ποίημα του ‘’ΜΙΑ ΖΗΤΙΑΝΑ ΣΤΟΝ ΝΑΟ ΤΟΥ ΤΑΟ’’

-Dariusz Tomasz Lebioda is a profoundly philosopher Creator and his literary work is full of strong symbolisms, poetic metaphors and metaphysical extensions:

-‘’Soon, on the altar of destiny,/ the last wisp of incense/ will burn down’’ – from his poem: ‘’A BEGGAR-WOMAN IN THE TEMPLE OF TAO’’.

Ο Δαρείος Τόμασζ Λεμπιόντα είναι ένας μεγάλος μελετητής της σύγχρονης Διεθνούς Λογοτεχνίας.

-Dariusz Tomasz Lebioda is a great Scholar of International Contemporary Literature.

Μεγάλοι δημιουργοί της παγκόσμιας λογοτεχνίας έχουν γράψει σπουδαίους επαίνους για το έργο και την προσωπικότητα του Dariusz Tomasz Lebioda.

Ένας από τους επίσης σημαντικούς δημιουργούς της πολωνικής, αλλά και της διεθνούς λογοτεχνίας, o Adam Szyper γράφει μεταξύ άλλων σε πρόλογο ενός βιβλίου του Lebioda:

POETRY AND LIFE OF DARIUSZ TOMASZ LEBIODA:

‘’True Poets come into this world with premonitions of poems. From the beginning, they nestle intangible which, over time, transform into poetry. Exactly such a poet is Dariusz Tomasz Lebioda. But his childhood and early youth didn’t foreshadow it…’’

-‘’Οι αληθινοί ποιητές γράφει ο  έρχονται σε αυτόν τον κόσμο με προθέσεις για να γράψουν ποιήματα. Από την αρχή, φωλιάζουν μέσα τους διάφορα σχεδιαγράμματα, χωρίς όμως να παίρνουν αμέσως σχήμα και μορφή, ώσπου με το χρόνο να μετατρέπονται σε ποιητικό λόγο. Ένας ακριβώς τέτοιος ποιητής είναι και ο Δαρείος Θωμάς Λεμπιόντα.  –Αν και η παιδική καθώς και η νεανική ηλικία του δεν έδειχναν μια τέτοια πρόβλεψη…

,, Το 1980, ο Λεμπιόντα έγινε μέλος μιας ομάδας, η οποία απέρριπτε τις ακραίες κοινωνικές φόρμες, καθώς και εκείνη του κομμουνισμού. Ως ενεργό μέλλος στον αθλητισμό, ήταν μποξέρ και ναυαγοσώστης. Εργάστηκε επίσης ως πωλητής και ηθοποιός. Οι περισσότεροι από τους συνομήλικους του έφτασαν έως τη φυλακή ή έως την αυτοκτονία.

Ο Λεμπιόντα ευτυχώς δεν έπεσε σε τέτοιες παγίδες. Ίσως υποσυνείδητα κατάλαβε την αποστολή του σε αυτόν τον κόσμο. Έτσι, αφού δημοσίευσε την πρώτη ποιητική συλλογή του με τον τίτλο ‘’Samodojcy spod wielkiego wozu (Suicides Beneath the Great Wagon), χαρακτηρίστηκε ως δραματική φωνή της γενιάς του. Το βιβλίο αυτό είχε μεγάλη επιτυχία και έγινε ένα πραγματικό Bestseller, το οποίο μάλιστα κέρδισε πολλά βραβεία.

Από τους νέους τότε αναγνωρίστηκε ως λογοτεχνικό τους είδωλο. Ντυνόταν με τζίν ρούχα, έπινε βότκα και κατά έναν τρόπο έπαιζε τον ρόλο του Πολωνού James Dean, καθώς μάλιστα κυκλοφορούσε με μια παλιά μοτοσυκλέτα.

Η ζωή του πήρε μιαν άλλη τροπή, όταν η στάση του απέναντι σε επίσημους καλλιτέχνες, ήταν στάση αποδοκιμασίας και επίσης μια αρνητική στάση απέναντι στο κομμουνιστικό καθεστώς, το οποίο έβρισκε ως μετριότητα.

Για ένα διάστημα λοιπόν ήταν η ζωή του ήταν αρκετά ταραχώδης με εισαγωγή σε κρατητήρια φυλακής και αρνούμενος να εμφανίζεται σε επίσημα λογοτεχνικά περιοδικά της εποχής εκείνης.

Στη συνέχεια, αυτός ο πρώην χούλιγκαν και τζογαδόρος αφοσιώθηκε στις σπουδές του, κέρδισε διδακτορικό και στη συνέχεια έγινε καθηγητής στο Πανεπιστήμιο της ιδιαίτερης πατρίδας του.

Η ποίηση του ερευνά μεγάλα ανθρώπινα κοινωνικά ζητήματα. Ξεκινάει από μια ανθρώπινη κοινότητα, από μια πόλη της Ανατολικής Ευρώπης και προεκτείνεται έως τη Νέα Υόρκη. Με ερέθισμα γραφής την παγίδευση ενός μικρού αγοριού που παγιδεύεται στο βυθό ενός πηγαδιού σε ένα ‘’παλαιό εβραϊκό νεκροταφείο’’ όπου εκεί συναντιούνται οι κρύες σκιές.  Αυτή η συλλογή –με την εξαίρεση κάποιων ποιημάτων- ανήκει σε μια μεταγενέστερη περίοδο της δημιουργικότητας του. Εκεί κάπου, υψώνεται πάνω από την καταιγίδα της θυμωμένης νεολαίας της γενιάς του. Τα ποιήματα τα οποία περιλαμβάνονται σε αυτόν τον μικρό τόμο, εκφράζουν την αναζήτηση του κάθε σκεπτόμενου ανθρώπου για τη γνησιότητα, την αξία και την αληθινή ομορφιά της ζωής. Ο Lebioda καθρεφτίζει κατά ένα τρόπο την υποβάθμιση της ανθρώπινης αξίας, έτσι καθώς ο σημερινός άνθρωπος βλέπει όλα όσα συμβαίνουν γύρω του, χωρίς να έχει τη δυνατότητα να επέμβει με θετικό τρόπο.

Παρ’ όλα αυτά ο σημερινός άνθρωπος συνεχίζει να διατηρεί μια πεποίθηση, ότι ο κόσμος αυτός είναι καλός και οι άνθρωποι είναι ευγενείς και δοτικοί.

Δυστυχώς όμως, η εμπειρία του Ποιητή καθώς βιώνει την καθημερινότητα του αντικρούεται σε αυτήν την πίστη του. Αυτό φυσικά έχει ως αποτέλεσμα να δημιουργεί στον ποιητικό λόγο του διαφορετικούς ανθρώπινους ρόλους.

Έτσι, ο σύγχρονος άνθρωπος γίνεται χαμαιλέοντας με διάφορες μάσκες και με διαφορετικές φωνές.

Με αυτόν τον τρόπο, ο άνθρωπος γίνεται άλλοτε αχινός, εθισμένος, κουρασμένος φίλος ή φιλόσοφος που μαλώνει με τον όποιον Θεό, ενώ ο Ιώβ αντέχει και παρακαλάει.

Ο Lebioda, στον 21ο αιώνα βλέπει την άβυσσο του Χρόνου και κοιτάζει επάνω στο ‘’Μαύρο μετάξι’’ του απέραντου νυχτερινού ουρανού στον οποίο ο χρόνος είναι ανύπαρκτος.

Τρομοκρατημένος θα λέγαμε, από όλο αυτό το κακό που συμβαίνει στην ανθρωπότητα και αισθανόμενος ένα δέος το οποίο προκαλεί το πέρασμα του χρόνου, δεν λειτουργεί πλέον με τρόπους που εμπεριέχουν τον εγωισμό.

Μιλάει τώρα με τόνο προφητικό και με αίσθημα συμπάθειας για τον σημερινό άνθρωπο, χωρίς το σύμπτωμα της μεγαλομανίας.

Η ποιητική συλλογή ‘’Μαύρο μετάξι’’ αποτελεί μια ποιητική σύνθεση με ποιήματα γεμάτα κατανόηση και τρυφερότητα για τον άνθρωπο και το σύμπαν που τον περιβάλλει. Περιγράφει γεγονότα τα οποία συμβαίνουν σε διεθνή κλίμακα, αλλά και συμβάντα που τον έχουν αγγίξει, όπως ο νεκρός αδελφός του, αλλά επιρροές από την η προσωπικότητα π.χ της Μητέρας Τερέζας, τα δραματικά γεγονότα του 20ο αιώνα στη μεγάλη τραγωδία του πολέμου με την εμπλοκή Πολωνών, Εβραίων, Γερμανών που είχε ως αποτέλεσμα το αιματοκύλισμα αθώων ανθρώπων.  

Σε αυτήν τη συγκινητική συλλογή όπως είναι το ‘’Μαύρο μετάξι’’ υπάρχει μια πανανθρώπινη φωνή που κατά συνέπεια αφορά όλους μας.

Το οπτικό πεδίο του Λεμπιόντα είναι έως τρομακτικό και κατά την άποψή του ο 20ος αιώνας δεν κοιτάζει το μέλλον με αισιοδοξία.

Σε είκοσι δυο ποιήματα που προέρχονται από προσωπικές σκέψεις, κατορθώνει να αγγίξει τα πλέον σοβαρά προβλήματα του σύγχρονου κόσμου: ‘’Στέκομαι στο πλάι του δρόμου/ όχι μεγαλύτερο από μια πασχαλίτσα ή σκώρο…’’

Τα ποιήματα του, παρ’ όλη την ζοφερή ατμόσφαιρα δεν γίνονται πιεστικά στον αναγνώστη. Μπορούν και γίνονται ανάλαφρα από τον έξυπνο τρόπο του ποιητή, από την τρυφερότητα του και τον πλούτο των χρωμάτων του, που εκπέμπονται σαν πυροτεχνήματα.

Ο Dariusz Tomasz Lebioda, είναι ένας από τους πιο υποσχόμενους σύγχρονους Πολωνούς ποιητές της γενιάς του.

Ωστόσο, τον τελευταίο καιρό δεν έχουμε κάτι διαβάσει από αυτόν.

ADAM SZYPER

-Αύγουστος 2001 – Ελίζαμπεθ Νιου Τζέρσευ- Elizabeth New Jersey.

Μετάφραση από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα από την Ελληνίδα Ποιήτρια Μαρία Μιστριώτη.

 -Translation from English into the Greek language, by the Greek Poetess Maria Mistrioti

     ***

Μερικά από τα ποιήματα του Dariusz Tomasz Lebioda από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα. -Ποιητική απόδοση από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα, από την Ελληνίδα Ποιήτρια Μαρία Μιστριώτη.

-Some poems of Dariusz Tomasz Lebioda from English into the Greek language. -Poetic performance from English into the Greek language- by the Greek Poetess Maria Mistrioti :

                   ***

BLACK SILK 

I stand the side of the road

not larger than the tear of a crow

or the pit of an apricot

not larger than a grain of flax

or eyelash of a doe

-fearfully I lift

up my head and

listen to the radiance

of the black silk

of eternity

ΜΑΥΡΟ ΜΕΤΑΞΙ –BLACK SILK

Στέκομαι στην άκρη του δρόμου

όχι μεγαλύτερος από μια πασχαλίτσα ή μια νυχτοπεταλούδα

όχι μεγαλύτερος από το δάκρυ του κορακιού

ή τον πυρήνα του βερίκοκου

όχι μεγαλύτερος από έναν λιναρόσπορο

ή τη βλεφαρίδα μιας ελαφίνας

-Μετά φόβου σηκώνω

Το κεφάλι μου

 και αφουγκράζομαι την ακτινοβολία

του μαύρου μεταξιού

της αιωνιότητας

   ***

CIVILIZATION

Six-year-old Alfredo Rampi

Of the Italian town of Frascati

Prayed with his friends

Near an artesian well

When he fell into it

he cried out for his mother

at such times people forget about the blood

but nobody succeeded in saving the body

though some managed to touch his hands

finally the many hours of loneliness

and the slime overcame his small frame

for a moment a proud civilization bowed to him

with cameras loud speakers flashes of flares

for awhile the uproar in taverns ceased

for an instant the radio died

the world ignited in the tears

but is unable to rescue from a mud pit

a crying boy

***

ΠΟΛΙΤΙΣΜΟΣ –SIVILIZATION

Ο εξάχρονος Alfredo Rampi

από την Ιταλική πόλη του Frascati

έπαιζε με τους φίλους του

κοντά σε ένα αρτεσιανό πηγάδι

όταν έπεσε μέσα σε αυτό

με κραυγές ζητούσε τη μητέρα του

σε τέτοιες στιγμές οι άνθρωποι ξεχνούν το αίμα

στα χείλη τους και το αλάτι στα μάτια τους

όμως κανείς δεν κατάφερε να σώσει το αγόρι

αν και κάποιοι κατάφεραν να αγγίξουν τα χέρια του

Τελικά οι πολλές ώρες μοναξιάς καθώς και η λάσπη

κατέβαλλαν το μικροκαμωμένο κορμί του

Για μια στιγμή ένας υπερήφανος πολιτισμός

 υποκλίθηκε σε αυτόν 

με κάμερες δυνατά ηχεία και φλας που άναβαν και έσβηναν

για λίγο η οχλαγωγία στις ταβέρνες σταμάτησε

και για μια στιγμή το ραδιόφωνο σίγησε

ο κόσμος λες και πήρε φωτιά από τα δάκρυα

χιλιάδων ανδρών και γυναικών

ένας κόσμος γκροτέσκο που φτάνει έως τα αστέρια

αλλά δεν είναι ικανός να σώσει από έναν λάκκο με λάσπη

ένα μικρό αγόρι που κλαίει

 ***

STONES FROM CENTRAL PARK -2002.

I brought a handful of stones from central park

they lay in America for millions of years

waiting for my hand

I picked them up from the ground and put them

Into my pocket

they flew with me over the atlantic

now they are lying on a shelf

and will stay there

I touch them and think

how much had happened in my life

how many times beaten by a club

spat on and going insane

I could not touch them

I think about my childhood friends

And enemies on the same street

about my passions and the birth of children

moments of hunger

and appeasement

Stones from central park

So warm and so cold

like people –so alive

and later so dead

***

Πέτρες από το κεντρικό πάρκο

-Stones from central park-

Έφερα μια φούχτα πέτρες από το Central park

Βρίσκονταν στην Αμερική για εκατομμύρια χρόνια

περιμένοντας το χέρι μου 

Τις μάζεψα από το έδαφος και τις έβαλα στην τσέπη μου

Πέταξαν μαζί μου πάνω από τον Ατλαντικό

Τώρα βρίσκονται σε ένα ράφι

και θα παραμείνουν εκεί 

Τις αγγίζω και σκέφτομαι-

πόσα έχουν συμβεί στη ζωή μου

πόσες φορές χτυπήθηκα από ρόπαλο

με έφτυσαν και με εξαπάτησαν

Τρέμοντας χάνω τα λογικά μου

Δεν μπορούσα να τις αγγίξω

Σκέφτομαι τους παιδικούς μου φίλους

αλλά και τους εχθρούς στην ίδια οδό    

Τα πάθη μου και τη γέννηση των παιδιών

Στιγμές πείνας και κατευνασμού

Πέτρες από το central park

Τόσο ζεστές και ταυτόχρονα τόσο κρύες

Σαν ανθρώπους ζωντανούς

και μετέπειτα νεκρούς

           ***

MYSTERY –Μυστήριο

I wanted to tell you

about my thirst

But I was afraid

It would fade away

With you

  ***

ΜΥΣΤΗΡΙΟ –MYSTERY

Θέλησα να σου μιλήσω

Για τη δίψα μου

Αλλά φοβόμουν

ότι θα εξαφανιστεί μαζί σου

 ***

MURENA

-For Nikos Chadzinikolau

Lurks in the depths

for unwary sirens

blood is her

pleasure

flesh is her

bread

a mask of death

Poseidon’s trident

Hunting at night

like eros 

fishermen’s wives

curse her

and become her

in their dreams

only Zeus regards her

with contempt

while draining the dregs

of the chalice

filled with

her venom

MURENA

Για τον Νίκο Χατζηνικολάου

Παραμονεύει στα βάθη

για ξένοιαστες σειρήνες

Αίμα

είναι η ευχαρίστηση της

Σάρκα

είναι το ψωμί της

Μια μάσκα όπως των νεκρών

η τρίαινα του Ποσειδώνα

τριγυρνάει τα βράδια

όπως αρέσει στον έρωτα

Οι γυναίκες των ψαράδων

την καταριούνται

αλλά μόνο στα όνειρα τους

μπορούν να γίνουν όπως εκείνη

Μόνο ο Δίας την θωρεί

με περιφρόνηση

αποστραγγίζοντας τα υπολείμματα

από το δισκοπότηρο

γεμάτο με το δηλητήριο της

***

Η λογοτεχνική αυτή εργασία για τον Dariusz Tomasz Lebioda –Μετάφραση βιογραφικού, ποιητική απόδοση μερικών ποιημάτων του από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα, καθώς και μετάφραση της κριτικής του Adam Szyper από τα αγγλικά στα Ελληνικά, αποτελεί Πνευματικό Δικαίωμα της ελληνίδας Ποιήτριας Μαρίας Μιστριώτη. Απαγορεύεται η οποιαδήποτε αντιγραφή, ανατύπωση, διασκευή και εν γένει η εκμετάλλευση του συνόλου ή μέρους αυτής.

-This literary work for Dariusz Tomasz Lebioda is a copyright of the Greek Poetess Maria Mistrioti. As a whole Anny copy, adaptation and exploitation is prohibited or even part of it.

***

Σύντομο βιογραφικό της Μαρίας Μιστριώτη -A short biography of Maria Mistrioti.

Maria Mistrioti was born in Arcadia. She lives in Chalkida of Evia, Greece. She studied Social Worker and Journalist. The course of het inspiration is mainly the Homeric Odyssey. Maria Mistrioti has published many poetry collections and some literary studies. She is included in Greek and foreign anthologies. Her poems have been translated into English, Italian, Polish, Romanian, Czech, Hungarian, Chinese, Arabic, Korean, Spanish, Ukrainian. She has participated in many International Poetry Festivals. Maria Mistrioti was honored with Special Literary Prizes like the Medal ‘’Nikolaos Kriezotis’’ by the Prefecture of Evia and by Municipality of Chalkida. She was awarder-in 2004 during the Olympic Games in Athens- the State Prize –Medal and a Special Diploma by the Polish Ministry of Culture, at the request of the Polish Ambassador in Greece at that time Mr. Grzegorz Diemidowich. The Prize was awarder by Aleksander Kwasniewski Who was the President of the Republic of Poland.  In 2019 she was awarder the ‘’HOMER’’ –The European Medal of Poetry and Art and the ‘’IANICIUS’’ International Literary Prize, by Dariusz Tomasz Lebioda PH.D. President European Medal of Poetry and Art HOMER. Maria Mistrioti is a full Member of the Greek Literary Society and an Organizer of International Poetry Festivasl in Greece.

Maria Mistrioti

Chalkida, Greece, July 8, 2021.

STO WIERSZY POLSKICH (XXXIII)

Małgorzata Hillar (1926–1995)

Małgorzat Hillar jest dzisiaj poetką prawie zapomnianą, a przecież trafiała do ważnych antologii liryki polskiej i była żywiołową uczestniczką życia literackiego po II wojnie światowej. Urodziła się w 1926 roku na Kociewiu, a potem jej losy splatały się ze Starogardem Gdańskim, Częstochową i Bydgoszczą, gdzie pracowała w latach 1945–1946 w Urzędzie Ziemskim. Studia w zakresie prawa podjęła w Uniwersytecie Warszawskim i odtąd jej dzieje związane były ze stolicą. W 1963 roku wyszła za mąż za znanego literata Zbigniewa Bieńkowskiego i urodziła syna Dawida, późniejszego poetę, laureata między innymi Nagrody Fundacji Kościelskich. Małżeństwo nie przetrwało próby czasu i zakończyło się rozwodem w 1970 roku, a potem alienacją autorki i chorobą alkoholową, z której pomogli dźwignąć się członkowie rodziny. Jej poetyckim debiutem była publikacją wiersza Słowa w „Nowej Kulturze” w 1955 roku, a jej pierwszym tomem poetyckim Gliniany dzbanek, wydany dwa lata później. Publikowała także w „Przedpolu”, „Twórczości”, „Zwierciadle”i w innych periodykach. Już w 1959 została członkinią Związku Literatów Polskich, zyskując wielu czytelników swojej twórczości. Do jej erotyków muzykę skomponował Tadeusz Baird i utwory te zostały wykonane podczas Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”. Poetka zmarła w 1995 roku i w tymże samym przedziale czasowym ukazał się jej ostatni zbiór wierszy, zatytułowany Gotowość na zmartwychwstanie. Dzisiaj pamięć o tej autorce kultywuje się głównie na Kociewiu, gdzie działa Gminna Biblioteka Publiczna im. Małgorzaty Hillar i Towarzystwo Społeczno-Kulturalne jej imienia (Zblewo) i gdzie jest skwer jej dedykowany (Piesienica).

Wraz z pojawieniem się w naszej literaturze Orientacji Poetyckiej Hybrydy wzrosła ranga ujęć pokoleniowych, zarówno w publikacjach prasowych, antologiach, jak i w krytyce literackiej. Ogromne zasługi w tym zakresie miał Jerzy Leszin-Koperski, a sekundował mu udanie Andrzej Krzysztof Waśkiewicz. Ten duet wylansował sporo antologii, moderował wydawanie dużych periodyków, jak „Orientacja” i „Integracje”, a także animował ruch literacki na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ich uwadze nie mógł umknąć żaden wyrazisty, generacyjny manifest poetycki, dlatego też wysoko zaczęli oni cenić wiersz Małgorzaty Hillar pt. My z drugiej połowy XX wieku. Szybko utwór ten zyskał sławę i przedrukowywany, powielany i przepisywany, zaczął żyć swoim wewnętrznym rytmem. Dzisiaj jest tyleż zabytkiem literackim, co zdumiewającą syntezą świadomości młodego pokolenia, dojrzewającego po II wojnie światowej. Ci ludzie mieli swoje ideały i szczytne marzenia, a wychowani w państwie komunistycznym, poddawani byli naciskom propagandowym. W drugiej połowie dwudziestego wieku zaczęło się wychwalanie sukcesów naukowych i lotów kosmicznych. Gagarin pomknął w kosmos, po nim uczynił to astronauta amerykański Allan Shepard, a potem lądownik Apolla 11 osiadł na księżycowym gruncie i Neil Armstrong mógł wypowiedzieć słynne zdanie o małym kroku człowieka i wielkim skoku ludzkości. Hillar wskazuje te osiągnięcia, ale jednocześnie wprowadza do wiersza wyraziste kontrapunkty: My z drugiej połowy XX wieku/ rozbijający atomy/ zdobywcy księżyca/ wstydzimy się/ miękkich gestów/ czułych spojrzeń/ ciepłych uśmiechów. Ten zabieg poetycki powoduje, że ludzie stają się jak maszyny i przejmują ich zimny automatyzm. Z jednej strony są osiągnięcia urządzeń i posługujących się nimi ludzi, a ze strony drugiej mamy do czynienia ze swoistym odczłowieczeniem kochających i czujących istot. W epoce, wskazanej w tytule i pierwszym wersie utworu zdobycie księżyca ważniejsze jest od empatii, a praca w instytucie jądrowym od czułości i życzliwości. To jakby wyznaczniki osób, którymi szczyciły się państwa totalitarne, uznające takie postawy za wyższy poziom rozwoju świadomości materialistycznej.          

Istoty wyjątkowo wrażliwe i czujące więcej od innych, by przetrwać albo ukryć się w tłumie, zaczynają funkcjonować w świecie mimikry i nieustannego udawania. Wszak schwytanie ich w momencie okazywania sobie czułości, mogłoby zostać uznane za słabość. Państwo socjalistyczne szerzyło kult tężyzny fizycznej, siły i wiary w swoją potęgę, manifestując to na plakatach i przypominając stale na specjalnych planszach propagandowych. Bohaterowie i bohaterki wiersza Hillar rozumieją zakłamanie rzeczywistości, w której przyszło im bytować i zachowują się tak, jakby to nie robiło na nich żadnego wrażenia: Kiedy cierpimy wykrzywiamy/ lekceważąco/ wargi/ Kiedy przychodzi miłość/ wzruszamy pogardliwie/ ramionami. Ból i uczucia są dla ludzi słabych, co nie znaczy, że nie mają zupełnie znaczenia – samo ich pojawianie się w tym świecie, świadczy o tym, że jest on realny i oprócz udawania, mamy w nim do czynienia z prawdziwymi odczuciami. Miłość jednak pojawia się w nim, a tylko podpatrzona u zwierząt mimikra, każe manifestować pogardę dla niej i upodabniać się do postaci z przekazów ideologicznych. Ból też jest realny, ale domaga się lekceważenia, bo inaczej przybrałby formę permanentną i stałby się narzędziem nacisku. Człowiek drugiej połowy dwudziestego wieku, wtłoczony w uniform, rodem z utopijnych powieści Orwella czy Huxleya, musi udawać, że jest silny i podkreślać to w specjalny sposób: Silni cyniczni/ z ironicznie zmrużonymi/ oczami. Trudno dzisiaj powiedzieć czy wiersz poetki był rodzajem gry z cenzurą, czy też miał charakter intymnego wyznania kobiety, która nauczyła się funkcjonować w świecie pełnym realnych zagrożeń. Niewątpliwie był potwierdzeniem nieustannego udawania i skargą nadwrażliwej istoty: Dopiero późną nocą/ przy szczelnie zasłoniętych/ oknach gryziemy z bólu/ ręce/ umieramy z miłości. To przecież jest wyraziste przywołanie lat wojennych, kiedy trzeba było szczelnie maskować okna i czekać aż ucichną sygnały dźwiękowe więziennych pojazdów, aż patrole przejdą ulice i zamkną się w koszarach. Tylko wtedy pojawi się hermetyczna przestrzeń, w której kobieta będzie mogła być kobietą, ból bólem, a miłość miłością. Tylko wtedy, przez chwilę, ludzie będą znowu ludźmi…

Małgorzata Hillar – rys. Henryk Owsianko

« Older entries

%d blogerów lubi to: