DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (7)

00023bx6fa87c6tm-c322-f4

Dzisiaj zamieszczam ostatnią część mojego „Dziennika ze stanu wojennego”, który lada chwila ukaże się też drukiem. Choć zdaję sobie sprawę, że nie może on stawać w jednym szeregu z najlepszymi opisami stanu wojennego i czasu zomowców, esbeków i czołgów na ulicach, to jest jednym z dokumentów naszej trudnej historii.

12 lutego 1982 roku 

Do Berlina Zachodniego uprowadzono samolot PRL-u. Pilot i jego rodzina, a także II pilot poprosili o azyl polityczny. Papież podróżuje po Afryce i przybył do Lagos w Nigerii. Podczas konferencji w Madrycie, USA ponownie ostro skrytykowały wydarzenia w Polsce. Prokurator wojskowy zażądał kary śmierci dla Bogdana Walewskiego, polskiego dyplomaty, którego oskarżono o szpiegostwo na rzecz CIA. Haig przybył z krótką wizyta do Rumunii.

13 lutego 1982 roku

Dzisiaj mijają dwa miesiące od wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Daniel Olbrychski i Krystyna Janda przybyli do Paryża, by kręcić filmy we Francji. Złożyli tam śmiałe oświadczenia w sprawie wydarzeń w naszym kraju. Przy wyjeździe, Olbrychskiego rozebrano do naga i poddano drobiazgowej kontroli jego bagaż. Walewskiego ostatecznie skazano na 25 lat więzienia.

Haig rozmawiał z Nicolae Ceausescu o sytuacji w Polsce. Papież odprawił mszę św. dla milionowego tłumu w Nigerii. Ulicami Warszawy przejechało wczoraj 200 samochodów milicyjnych i wojskowych – była to prezentacja siły reżimu, który obawia się obchodów drugiej miesięcznicy wprowadzenia stanu wojennego. Rakowski przestrzegł przed sianiem niepokoju i zagroził, że władza będzie reagować natychmiast. Ciekawa jest kariera tego zatwardziałego komunisty – kiedyś czytywałem w „Polityce” jego artykuły i wydawało mi się, że jest postępowy, daleko wykraczający poza ramy systemowe. A teraz, w Polsce stanu wojennego, staje się teoretykiem straconej ideologii i zachowuje się jakby był właścicielem Polski. Historia „intelektualistów”, którzy sięgnęli po władzę jest długa i smutna, starczy przywołać Lenina, Mao Tse-tunga, Pol Pota, Fidela Castro.

14 lutego

Wczoraj w Poznaniu miały miejsce zamieszki. Aresztowano 194 osoby, wydłużono godzinę milicyjną i ponownie zakazano używania prywatnych samochodów.

Z Danką chodzę trzymając ją stale za rękę i jest mi z nią bardzo dobrze. Ustąpił przygniatający smutek i często się uśmiecham. Alina zadzwoniła, że chciałaby się spotkać i o wszystkim porozmawiać, ale jej odmówiłem. Była w szoku, coś tam burknęła i szybko się wyłączyła. Nikt jej nigdy nie odmówił, a wszyscy chłopacy utrzymywali ją w przekonaniu, że jest nieziemska pięknością. Niewątpliwie jej uroda jest zjawiskowa, ale co mi po niej, jeśli jej nie mam, albo dostaję na kartki…?

stan-stwojenny2_750_563_80

15 lutego 1982 roku

W Bielsku-Białej oskarżono działaczy Solidarności  o zorganizowanie podziemnej struktury związku. W Polsce nadal trwają internowania i na Śląsku internowani przetrzymywani są w nieodpowiednich warunkach, razem z recydywistami.  Nie mogą otrzymywać książek świeckich ani religijnych. W Strzelcach Opolskich stłoczono w więzieniu 500 internowanych. Za udział w sobotniej manifestacji w Poznaniu zatrzymano i ukarano 160 osób. 13 lutego były też potężne protesty w Świdniku i we Wrocławiu. 31 stycznia, w obawie przed demonstracjami – milicja otoczyła pomnik poległych stoczniowców w Gdańsku. W Warszawie aresztowano studenta, który obrzucił koktajlem Mołotowa pomnik Dzierżyńskiego. Prymas Glemp wyraził ostrożną nadzieję na wznowienie dialogu między władzą a społeczeństwem. W Japonii czterech polskich marynarzy poprosiło o azyl.  

zomo_milicja_koksownik

Paskudny błąd życiowy! Spotkałem się w mieście z Musiałem, najpierw na piwie i winie u niego, gdzie oczerniał Jana Góreca-Rosińskiego, a potem ruszyliśmy do jego przyjaciół „bogaczy”. Po wyjściu z tramwaju chciał przejść się po śluzach bydgoskich i w pewnym momencie położył mi rękę na ramieniu i dramatycznie powiedział: Darek kocham cię… Rozbawiło mnie to i zarazem wkurzyło, ale nie dałem po sobie poznać, że jestem podkurzony. Jakoś obróciłem wszystko w żart i ruszyliśmy pod górkę do domu producenta plastiku. A tam wykwint dość tandetny, jacyś komicznie ufryzowani panowie i ich rozhisteryzowane żony lub partnerki. Na stole pojawiły się mocne alkohole, różne whisky i koniaki, a przy tym wina i wiele piw. Szybko wszyscy przeszli na „ty” i poczułem jak miękną mi nogi, więc raz jeszcze zacząłem oszukiwać i piłem więcej soku niż alkoholu. Jedna z panienek, rzeczywiście ładna i zgrabna, przysiadła się do mnie i zaczęła mnie adorować. Panowie zajmowali się sobą, a Musiał zachwalał bitność jednego z nich, który podobno był ochroniarzem klubu nocnego w Londynie i znakomicie sobie tam radził z oprychami. Jakoś nie mogłem w to uwierzyć, widząc skromną budowę ciała tego faceta o czarnych, dokładnie ułożonych włosach. W pewnym momencie dziewczyna obok mnie, solidnie już wstawiona położyła mi rękę na ramieniu i zbliżyła usta do moich ust. Gdy nasze wargi się połączyły, z drugiej strony stołu zerwał się jak oparzony jej mąż czy konkubent i rzucił się z pięściami na mnie. Zasłonił mnie gospodarz domu i Musiał i szybko znaleźliśmy się na zewnątrz, przy ogrodzie, gdzie tym razem naparło na mnie aż trzech kolesiów. Nie spodziewałem się takiego impetu i uderzony przez jednego z nich w piersi, przewróciłem się do tyłu. Upadłem tak nieszczęśliwie, że uderzyłem tyłem głowy w krawężnik lub spory kamień i straciłem przytomność. Po jakimś czasie wróciła do mnie świadomość i zobaczyłem pochylającego się nade mną Musiała. Powiedział rozpaczliwym tonem: Darek jak to dobrze, że nic ci się nie stało, byłem przerażony jak upadłeś i nie dawałeś znaku życia. Powoli wstałem, dotknąłem tyłu głowy, który cały był we krwi, spojrzałem na okrwawioną dłoń i z rozmachem uderzyłem nią w podbródek Musiała. Usłyszałem jakiś rwetes, ale obróciłem się na pięcie i poszedłem w kierunku drogi prowadzącej na Błonie. Moja matka prawie zemdlała, gdy zobaczyła mnie zakrwawionego w drzwiach, a następnego dnia musiałem jechać do miasta prześwietlić głowę. Ojciec Danki pracował w Pogotowiu Ratunkowym jako radiolog i zrobił to bez skierowania. Jakoś nie chciał uwierzyć, że potknąłem się na prostej drodze i upadłem. Był z tego zdarzenia jeden pożytek, definitywnie zamknąłem moją znajomość z Musiałem, jednym symbolicznym ciosem okrwawionej pięści.

19 lutego 1982 roku

Urban oskarżył Solidarność o próby wywoływania starć zbrojnych i poważnych napięć – jak zwykle wszystko bagatelizował i ironizował.  Wałęsę przeniesiono do czwartego już aresztu domowego i nie wiadomo, gdzie przebywa.

 23 lutego 1982 roku

Przedstawiciel Episkopatu Polski odwiedził Wałęsę i ten wyraził nadzieję, że zostanie wkrótce uwolniony. Jutro odbędzie się pierwsze Plenum PZPR od wprowadzenia stanu wojennego.  W Warszawie zginął jakiś milicjant, co mogło być prowokacją. Gustaw Holoubek zrzekł się mandatu poselskiego.

Powoli wygasa we mnie chęć dalszego pisania tego dziennika, do czego przyczynia się mój nowy, ekscytujący związek z Danką i wiele pracy na studiach filologicznych, jeszcze coś czasem notuję, ale coraz częściej uciekam się tylko do słuchania Wolnej Europy przed snem.

Reklamy

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (5)

88c63de98070da1646c45cf26009e0e4

7 stycznia 1982 roku

„Żołnierz Wolności” zaapelował do tzw. patriotów, by pokierowali Solidarnością.  Korespondenci pism zagranicznych wystąpili z apelem o zniesienie cenzury. Według zachodnich finansistów rezerwy walutowe Polski wynoszą obecnie tylko 200 milionów dolarów. Brytyjczycy, którzy wrócili z Polski mówią, że w kraju panuje spokój, ale pod pomnikiem poległych stoczniowców czuć stale gaz łzawiący i leży tam wiele pustych pojemników po nim. Do Londynu dotarł biuletyn Solidarności nr 7 z dnia 30 grudnia 1981 roku, w którym czytamy: W wielu zakładach pracy wydaje się nielegalne biuletyny. 17 grudnia w Gdańsku demonstrowało 100 tys. ludzi, spalono milicyjną Nysę, zbudowano barykadę i zdjęcia z tych wydarzeń pokazała telewizja brytyjska. Na teren stoczni wdarły się specjalne oddziały ZOMO. Bujak wystosował apel o pomoc dla ukrywających się członków Solidarności. Na byłej siedzibie niezależnego związku zawodowego w Lublinie umieszczono tablicę z napisem WRZZ. Władze przegrodziły zasiekami Stocznię im. Lenina i zakłady w Ursusie. Osoby internowane w Białołęce wystąpiły z protestem przeciwko traktowaniu ich jak zwykłych przestępców kryminalnych.

Nie mam żadnych wieści od Aliny i powoli przyzwyczajam się do tego, że ją straciłem. Starałem się być dla niej jak najlepszy, spełniać wszystkie jej zachcianki, znosić okresy smutku i depresji, ale widać to było za mało. Znowu dzwonił Musiał i powiedział, że ten jego przyjaciel Piotr przeczytał w zachwycie moich Samobójców spod wielkiego wozu i bardzo chce mnie poznać.

8 stycznia 1982

Prymas Polski wezwał Jaruzelskiego do wstrzymania usuwania z pracy członków Solidarności, a także o przywrócenie do pracy tych, którzy wcześniej zostali usunięci. Wezwał też do wycofania okólnika, na mocy którego zwalnia się z roboty urzędników rządowych, członków Solidarności. W jednym z kazań potępił też zmuszanie ludzi do podpisywania list uległości. Jan Paweł II przekazał osiemdziesiąt tysięcy dolarów jako pomoc dla Polski. Inne kraje też przygotowują duże sumy dla naszego kraju i podobno rząd Jugosławii wyasygnował 10 mln dolarów. Francuscy i niemieccy biskupi ogłosili akt solidarności z narodem polskim. Według reżimowego radia i telewizji, obecnie w Polsce internowano 5000 ludzi, a ostatnio skazano na więzienie 1200 oskarżonych o sianie zamętu.

Dowcip z BBC: Polska jest jak USA, w obu krajach niczego nie można kupić za złotówkę. Na skutek pogorszenia się warunków życia w Białołęce trwają trzydniowe głodówki wyznaczonych grup internowanych. Barcikowski obwieścił w Warszawie, że niebawem odbędzie się kolejne plenum partii komunistycznej.

Członkowie Solidarności, którzy uniknęli uwięzienia wydali komunikat, który stwierdza, że nikt ze związku nie został upoważniony do rozmów z rządem. Powoli zaczynają wychodzić na światło dzienne fakty na temat tego, co stało się w Polsce po wprowadzeniu stanu wojennego. Ktoś z rządu ujawnił w prywatnej rozmowie, że w kopalni „Manifest Lipcowy” podczas akcji porządkowej  ranne zostały 43 osoby.

9 stycznia 1982 roku     

W Warszawie odbyło się spotkanie Prymasa Polski arcybiskupa Józefa Glempa z Jaruzelskim. Zniesiono cenzurę nałożoną na doniesienia zagranicznych korespondentów. Grupa intelektualistów polskich wystosowała do władz apel-protest. Pośród nich Wanda Wiłkomirska, była żona Rakowskiego, a także Zofia Kuratowska (lekarka), Marian Brandys, Stefan Kieniewicz, Daniel Olbrychski, Stanisław Broniewski (były dowódca szarych szeregów), Józef Rybicki (AK), ks. Jan Zieja (Naczelny kapelan Szarych Szeregów). Grupa członków Solidarności, przebywająca na Zachodzie zaproponowała zorganizowanie dnia ”Solidarności z Solidarnością”. Od jutra LOT wznawia loty do Europy Zachodniej, przywraca się też łączność w całym kraju. W Gdańsku pozbawiono Tadeusza Fiszbacha funkcji I sekretarza PZPR, a w Katowicach odebrano władzę Andrzejowi Żabińskiemu.

Przeczytałem powieść Williama Goldinga pt. Władca much i zanotowałem kilka zdań do planowanej recenzji: Jeśli dobrze się przyjrzeć, w postaci głównego bohatera powieści, Jacka Merridewa, odkryć można symptomy patologicznego zauroczenia posiadaną władzą i pewne elementy nazizmu. To właśnie jego – jako zapewne najbardziej wrażliwego – powieściowe zło wykorzystuje do swoich celów. To on zostaje oczarowany ideą konchy, ideą absolutnej władzy nad pozostałymi chłopcami, to jego nienawiść do Ralfa rodzi konflikt, który doprowadzi do skłócenia wszystkich chłopców i do tragedii opłaconej śmiercią dwóch maluchów. Oficer marynarki, który wychodzi na ląd tej, płonącej już wyspy, nie potrafi ukryć swojego zdziwienia i przerażenia; oto stoi przed nim, z zaostrzonym kijkiem w ręku, mały chłopczyk – Ralf, a w jego oczach błyszczy nienawiść i na całym ciele widać ślady krwi. W oddali pojawia się grupka jego kolegów, podobnie jak i on uzbrojonych w ostre kije, pomalowanych niczym wojownicy indiańscy podczas wojny. Ale oprócz zwykłej ludzkiej nienawiści, w powieści Goldinga dostrzec można jeszcze inne odmiany, przerażające zła. Władcę much” lokować należy w innym wymiarze, bo jest to metafizyczny obraz człowieka, w którym wciąż żywe są zwierzęce instynkty, człowieka będącego więźniem okrucieństwa, człowieka, w którym okrucieństwo budzi się przy każdym, nawet najbłahszym przywołaniu czy przypomnieniu władcy much. Ten angielski pisarz, z barwną przeszłością wojskową, powinien dostać Nagrodę Nobla za tę niezwykłą powieść.

10 stycznia 1982 roku

Wczorajsze spotkanie prymasa z szefem WRON-y nie przyniosło żadnych rezultatów, a Ojciec Święty zarzucił władzom, że łamią podstawowe prawa człowieka. Pogwałcenie sumienia człowieka jest równoważne ze zranieniem fizycznym i w pewnym sensie jest gorsze od pozbawienia życia. Apel prymasa o zniesienie stanu wojennego trafił w próżnię. Czyrek przybył do Moskwy.

Wisła wystąpiła z brzegów i duża część ziem na zachód od Warszawy została zalana. Muszę pojechać autobusem do Fordonu i sprawdzić jak to wygląda pod Bydgoszczą. Wielokrotnie wędrowałem tam między krzewami i drogami zawsze podmokłych lasów.

4b22049796d62_o,size,933x0,q,70,h,d10ee1

11 stycznia 1982 roku  

Dzisiaj realnie zobaczyłem czym jest stan wojenny. Byłem u Oszubskiego na Bronikowskiego i wychodząc od niego zobaczyłem dwóch milicjantów taszczących bezwładne ciało człowieka do zomowskiej suki (numer rejestracji: MOA 06-60). Ciągnęli go z jednego domu za ręce jak trupa, a potem wrzucili do samochodu jak wór kartofli. Zatrzasnęli drzwi przesuwane i szybko odjechali.

12 stycznia 1982

Władze PRL-u dały do zrozumienia, że biorą pod uwagę bliskie zakończenie stanu wojennego. Rakowski: Niektórych internowanych trzeba będzie zatrzymać dłużej… Czyrek: Stan wojenny zostanie zakończony, gdy tylko sytuacja na to pozwoli. Przewodniczący Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej – J. Urbański: Powinniśmy przeprowadzić czystki w PZPR i w związkach zawodowych. W Województwie Katowickim skrócono godzinę milicyjną, a papież Jan Paweł II przyjął Szablewskiego – wysłannika rządu PRL, który prawdopodobnie wręczył mu list od Jaruzelskiego. W Genewie wznowiono rozmowy rozbrojeniowe pomiędzy USA i ZSRR. Beton partyjny Olszowski: spośród 7000 dziennikarzy tylko 1500 będzie nadal wykonywało swoją pracę. Prawdopodobnie Glemp uzyskał od Jaruzelskiego obietnicę szybkiego uwolnienia Wałęsy.

13 stycznia 1982 roku

Związek Sowiecki odpowiedział obszernie na ostrzeżenie państw NATO, że możliwe jest wprowadzenie sankcji przeciw ZSRR i PRL. Rosjanie oświadczyli, że jest to mieszanie się w wewnętrzne sprawy Polski pod naciskiem USA. W Paryżu odbywają się rozmowy pomiędzy Mitterrandem i Schmidtem, dotyczące sytuacji kryzysowej w Polsce.

14 stycznia 1982 roku

Zachodnioniemiecki Bundestag zatwierdził projekt rezolucji w sprawie Polski, popierający uchwałę państw NATO. Solidarność nadal wydaje biuletyny i ulotki, które są kolportowane nielegalnie w wielu środowiskach. W Nowym Sączy skazano działacza Solidarności za zorganizowanie strajku, w którym udział wzięło dwa tysiące ludzi.

Rakowski złożył niezapowiedzianą wizytę w Bukareszcie. Schmidt: Sytuacja w Polsce się poprawiła, ale nie ma oznak, że władze wojskowe będą reformować system. Zdzisław Rozwalak z wielkopolskiej Solidarności oświadczył, że zmuszano go do podpisania oświadczenia uległości. Ukazał się pierwszy numer nowego dziennika – „Rzeczpospolita”.

15.12.1981 GDANSK , STOCZNIA GDANSKA . NOC Z 15 NA 16 GRUDNIA W STOCZNI GDANSKIEJ . ZOMO BLOKUJE ULICE PROWADZACA DO BRAMY STOCZNI OD STRONY ULICY WALOWEJ . FOT. LESZEK BIERNACKI Noc z 15 na 16 grudnia w Stoczni Gdañskiej. ZOMO blokujê ulicê prowadz¹c¹ do bramy stoczni od str. ulicy Wa³owej.

15 stycznia 1982 roku

Za dziesięć dni ma się zebrać sejm, który ma uchwalić zakaz strajków i ograniczenie możliwości zebrań publicznych. Kanclerz Austrii Bruno Kreisky zakwestionował dobrą jakość rad, które Kościół dawał Solidarności, a kardynał Franz König uznał to za kolosalną pomyłkę.

Przeczytałem słynną książkę Orwella pt. 1984 i zanotowałem nieco refleksji: Przerażające w wizji Orwella jest to, że ów wyimaginowany świat, na pozór przerysowany i wynaturzony, znalazł niestety swoje realne odzwierciedlenie. Orwell – policjant imperialny w Indiach – zapewne doskonale zdawał sobie sprawę z możliwości sprawdzenia się tej wymyślonej apokalipsy. I wcale nie pomylił się jeśli chodzi o periodyzację – starczy wspomnieć krwawe łaźnie niegdysiejszego słuchacza wykładów Sartre’a – Pol Pota w Kambodży, wystarczy przypomnieć wieloletnie represje stalinowskie, tułaczkę tysięcy ludzi w łagrach i gułagach, starczy przypomnieć co działo się na Placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 roku, w Chinach, a wreszcie starczy przywołać obrazy z Ameryki Południowej (Chile, Salvador, Nikaragua) z Azji (Afganistan, Indie Sri Lanca) i wszystkich tych miejsc, gdzie wynaturzona idea przyoblekła się we włosiennicę krwi, potu i łez, jak choćby w RPA, na Wyżynie Irańskiej i w Pakistanie. Orwell stworzył wizję, która wyprzedziła historię, a zarazem obnażyła jej mechanizmy. Jakże prawdziwy jest ów szafarz ludzkich istnień, wielki zegarmistrz układu – O’Brien. To właśnie jego metody prowadzą do przekształceń, czy zwyrodnień świadomości Winstona. To właśnie pod wpływem jego wywodów główny bohater powoli zaczyna akceptować i… kochać Wielkiego Brata, Partię i jej metody. Jego wykład o totalitaryzmie brzmi tak prawdziwie i przekonująco, że Winston najpierw na chwilę, a potem na zawsze… zapomina, że w gruncie rzeczy inkwizytor opowiada o sobie samym i o swoich towarzyszach. Winston słucha: w dwudziestym wieku pojawili się zwolennicy totalitaryzmu: hitlerowcy w Niemczech i komuniści w Rosji. Rosjanie tępili herezję znacznie okrutniej niż inkwizycja. Wydawało im się, że nauczyli się czegoś od przeszłości; w każdym razie wiedzieli, że nie należy przysparzać męczenników. Zanim wystawiali swoje ofiary na pokaz podczas publicznych procesów, najpierw świadomie niszczyli ich godność. Poprzez tortury i izolację przemieniali tych ludzi w obrzydliwe, kulące się ze strachu wraki, gotowe zeznać wszystko, co im kazano, lżyć się, oskarżać wzajemnie i skamleć o litość. A jednak po kilku latach historia się powtórzyła. Główny bohater powieści słucha, a przyoblekając słowa inkwizytora w wyobraźni w kształt – zapomina, że przecież jego także kazał on bić, kazał rzucać na kolana i kopać; że sam dręczył go wymyślnymi urządzeniami do torturowania. Pozwalając Winstonowi myśleć, O’Brien powoli, ale sukcesywnie, przekształca jego świadomość, a bunt kieruje ku samemu sobie. To prawdziwy mistrz kamuflażu, a zarazem morderca najwyższej próby. Czytając o nim nieodmiennie przychodzi na myśl wysoki urzędnik NKWD, który kierował likwidacją obozów polskich oficerów zamordowanych w Katyniu. Ta sama elegancja, nienaganne maniery, dyskutowanie z więźniem i odciskanie w jego świadomości piętna, poczucia winy i przegranej, w obliczu tak dystyngowanych i inteligentnych przeciwników. Winston nie widzi możliwości prowadzenia walki z tak silną Partią, mającą w swoich szeregach tego rodzaju członków i „intelektualistów”. Poddaje się – sprzedaje przeszłe życie, swój bunt, miłość i własną podmiotowość – w zamian wychodzi na wolność, pije alkohol, czuje się bezkarny i… z utęsknieniem czeka na zbawienne rozstrzelanie, które stanowić będzie jakby akt krwawego pojednania z wieczną i niezwyciężoną Partią. Postać O’Briena jest doprawdy intrygująca i nawet Czesław Miłosz w swoim zbiorze wierszy i notatek na kanwie ważkich lektur pt. Nieobjęta ziemia zatrzymuje się na chwilę nad swoistą filozofią inkwizytora. Powieść Orwella jest jeszcze jednym wykładem na temat rewolucji i rewolucjonistów. Angielski pisarz przygląda się takim wydarzeniom u samego ich zarania i dochodzi do smutnego wniosku, wypowiedzianego ustami O’Briena: Nie wprowadza się dyktatury po to, by chronić rewolucję; wznieca się rewolucję w celu narzucenia dyktatury. Celem prześladowań są prześladowania. Celem tortur są tortury. Celem władzy jest władza. Orwell wskazuje, że nie może jeden człowiek czy grupa ludzi narzucać swojego punktu widzenia, pojmowania rzeczywistości i egzystencji, innym ludziom. Nie wolno budować systemów władzy opartych na krzywdzie jednostek i grup społecznych. Jedynie współistnienie i rozwój, w oparciu o zdobycze demokracji, umożliwia prawdziwy, niczym nieskrępowany postęp. Przegrana buntownika Winstona Smitha jest jakby smutnym memento – przypomnieniem, że totalitaryzm potrafi skruszyć nawet najtwardsze kamienie, a koła miażdżące, raz puszczone w ruch, trudno zatrzymać…

 16 stycznia 1982

 Papież Jan Paweł II powiedział, że sytuacja w Polsce pogarsza się, a ludzi zmusza się do uległości. Potępił występowanie stref wpływów w Europie, bo wszystkie narody mają prawo do decydowania o swojej przyszłości. Z kolei Urban zaprzeczył, że stan wojenny zostanie wkrótce zniesiony.

17 stycznia 1982

Prymas Polski Arcybiskup Józef Glemp ponownie w ostry sposób skrytykował władze wojskowe. Powiedział między innymi: W kraju szerzy się wrogie nastawienie do rządu. Trwają aresztowania, robotników zmusza się do podpisywania oświadczeń o zaniechaniu działalności politycznej i podległości. Nie można ciągle zastraszać społeczeństwa. Prymas zaapelował o stworzenie warunków do kontynuowania dialogu. Ambasador Polski w Londynie stwierdził, że otrzymał wiadomość o szybkim zwolnieniu Lecha Wałęsy, ale zaprzeczył temu Górnicki – adiutant Jaruzelskiego. Członkowie Solidarności na Zachodzie zaapelowali o bojkot eksportu żywności z Polski. Junta: Jurczyk stanie przed sądem.

18 stycznia 1982 roku

Władze PRL-u zaprzeczyły, że stan wojenny zostanie szybko zakończony, a Wałęsa nie zostanie zwolniony. Rakowski: Zbyt wcześnie jest jeszcze, by mówić o zniesieniu stanu wojennego. Podczas wizyty w Liege Jurija Breżniewa (syna przywódcy ZSRR), pięćdziesiąt osób pochodzenia polskiego zorganizowało demonstrację, obrzucając go jajkami i powiewając transparentami Solidarności.

19 stycznia 1982 roku

Prezydent Reagan oświadczył, że Ameryka nie zamierza odkładać w nieskończoność oczekiwań nas poprawę życia w naszym kraju. Sytuacja w Polsce – powiedział – w dalszym ciągu się pogarsza. Przetrzymuje się ludzi w więzieniach, Nie ma kontaktów rządu z wolnymi związkami zawodowymi. Stwierdził też, że otrzymał długi list od Jana Pawła II, który w pełni popiera jego dotychczasowe posunięcia.

Do Wolnej Europy dotarły wiadomości, iż jeden z przywódców Solidarności został zabrany z obozu internowanych na luksusowy obiad do ministra Cioska, a kiedy odmówił współpracy z władzami, jeszcze przed podaniem posiłku, zabrano go z powrotem za druty. Zbigniew Bujak w wywiadzie dla „New York Timesa” powiedział, że Solidarność mogła uniknąć konfrontacji 13 grudnia 1981 jedynie schodząc z drogi reform i zdradzając interesy robotników. Stwierdził też, że przewiduje długą, podziemną walkę z władzą, przeciwny jest jednak zamieszkom, choć ich nie wyklucza.

20 stycznia 1982 roku

Podczas audiencji generalnej w Rzymie papież Jan Paweł II powierzył Polskę opiece Matki Boskiej Częstochowskiej. Zaproponował też nielicznej garstce Polaków modlitwę własnego autorstwa.

Rolnicy zostali zmuszeni do przymusowego dostarczania zboża państwu – za każde zakupione 12 kilogramów ziarna siewnego, rolnik musi dostarczyć 10 kilogramów zboża.

Prezydent Reagan ogłosił 30 stycznia dniem solidarności z Solidarnością.Z początkiem lutego nastąpi podwyżka cen żywności od 200 do 400%. Rakowski znowu potwierdził, że stan wojenny będzie utrzymany, dopóki robotnicy nie przyzwyczają się do zaproponowanych cen.

Wczoraj w Warszawie miało miejsce posiedzenie Episkopatu Polski i biskupi wystosowali specjalne pismo do Jaruzelskiego. Wzrasta też ich oburzenie w stosunku do junty. Międzynarodowy Czerwony Krzyż ma zwiększyć pomoc dla polskich szpitali o trzy miliony funtów szterlingów. ZSRR prosi Zachód o pożyczkę w wysokości 130 milionów dolarów. W Warszawie miał się dziś zakończyć proces przeciwko członkom Solidarności, oskarżonym o organizowanie strajków po ogłoszeniu stanu wojennego, ale grupa obrońców sprzeciwiła się żądaniom prokuratora o wydanie wysokich wyroków. Jeden z nich miał nawet zakwestionować status prawny WRON-y.

Dzialania_ZOMO_1982

21 – 23 stycznia 1982 roku

Stefan Bratkowski, w liście otwartym – krążącym po Warszawie – ostro skrytykował władze wojskowe w Polsce. Powiedział, że rządzący sparaliżowali życie polityczne i zrujnowali szansę na porozumienie.

Polska zgodziła się zapłacić resztę odsetek (250 milionów dolarów), które powinna zapłacić już dwa miesiące temu. Czerwony Krzyż wystąpił z apelem o zebranie 22 milionów dolarów na pomoc dla powodzian w Polsce.

Już dwustu intelektualistów podpisało apel o uwolnienie internowanych i zakończenie stanu wojennego w Polsce, m. in. Tadeusz Konwicki, Marek Nowakowski, Andrzej Wajda, Feliks Falk, Krzysztof Kieślowski, Daniel Olbrychski, Edward Żebrowski. Apel skierowano do Sejmu, bo sygnatariusze nie traktują junty jak legalnego rządu.

Francja podpisała kontrakt na zakup wielkich ilości gazu z ZSRR. Umowa opiewa na osiem miliardów sześciennych tego surowca, dostarczanego w okresie dwudziestu pięciu lat. Państwa NATO przeprowadziły w Brukseli rozmowy na temat reakcji krajów sojuszu na wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Ich zdaniem sytuacja w naszym kraju uległa znacznemu pogorszeniu od 13 stycznia. Natomiast „Prawda” pisze, że w Polsce poprawia się produkcja przemysłowa i wszystko wraca do normy.

Ustąpił Wojewoda Gdański Jerzy Kołodziejski, który asystował podczas podpisywania porozumień sierpniowych. W odwecie za postawę Ryszarda Reiffa, w zarządzie PAX-u przeprowadzono szereg zmian i zastąpiono go Zenonem Komenderem. Pierwszym sekretarzem organizacji partyjnej Związku Literatów Polskich został Józef Lenart.

„Prawda” skrytykowała stanowisko Włoskiej Partii Komunistycznej, oskarżającej ZSRR o współudział w decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. W kościołach odczytano list biskupów polskich, podpisany także przez prymasa Glempa. W Warszawie są dwa pełne domy dziecka, w których umieszczono pociechy odebrane rodzinom internowanych. Internowani z Białołęki i Olszynki Grochowskiej są gdzieś wywożeni milicyjnymi budami.

Papież poparł wezwanie Episkopatu Polski do zakończenia stanu wojennego w Polsce. Sejm rozpoczął obrady i Jaruzelski mówił o perspektywach zakończenia stanu wojennego pod koniec przyszłego miesiąca. Pewne zarządzenia dotyczące przemysłu zostaną utrzymane dłużej. Obecnie w Polsce internowano cztery i pół tysiąca ludzi. Kto chce („Komu się nie podoba…”), może bez kłopotów wyjechać z Polski. W przyszłym tygodniu wznowiona będzie sprzedaż benzyny dla posiadaczy prywatnych samochodów.

 Znowu dzwonił Musiał i umówiłem się z nim na spotkanie u tego Piotra, który mieszka koło szpitala. Okazało się, że to jest malutka kawalerka na ostatnim piętrze i zgromadziło się w niej kilku kolegów Grzegorza. Postawiono wódkę i sok dodoni w puszkach, a potem zrobiono ze mnie „polewoja”, co dało mi pewną przewagę nad nimi. Wódka z sokiem wspaniale wchodziła i szybko poczułem, że miękną mi nogi. Szybko zorientowałem się, że wszyscy zaproszeni panowie są homoseksualistami, a jak Piotr, szpakowaty koleś o wyglądzie playboya usiadł przy mnie i zaczął mi wsuwać rękę za koszulę, myślałem tylko o tym jak stamtąd zwiać. Nalewałem im więcej wódki niż soku, więc w pewnym momencie panowie byli już bardzo pijani i zaczęli wykrzykiwać… Gdy zdjęli spodnie, udałem, że jestem już pijany w sztok i chcę wyjść prze okno z dziesiątego piętra. Powstrzymali mnie przed tym gremialnie, a ja wykorzystałem moment i przemknąłem błyskawicznie do drzwi wyjściowych. Przekręciłem klucz w zamku i wybiegłem na korytarz, a potem nie czekając na windę, sunąłem w dół po schodach. Gdy byłem już w dole miasta, w okolicach nabrzeża Brdy dogonił mnie Musiał i zaczął usprawiedliwiać całe zdarzenie. To taka piękna miłość, bez zazdrości, miłość braterska, czysta i dająca wiele w zamian… – powiedział. Pokiwałem głową i ruszyłem biegiem do przodu, zostawiając go wyraźnie zdezorientowanego.

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (1)

Zomo

Po wprowadzeniu stanu wojennego zakopałem moje niebezpieczne papiery w garażu na działce, myśląc, że są dobrze przygotowane do długiego leżenia w ziemi. Gdy odkopaliśmy je z ojcem po 1989 roku, okazało się, że wilgoć przedostała się do nich i prawdziwie zmasakrowała je. Sporo czasu zabrało mi odtworzenie ze zbutwiałych kartek mojego „Dziennika ze stanu wojennego”, który po latach ma historyczną wartość. Zaczynam jego publikację w odcinkach, a zarazem przygotowuję się do wydania reprintu mojego rozrzucanego w drugim obiegu tomiku pt. „Zomowcy i gitowcy” (1982).

13 grudnia 1981 roku

Dzisiaj został w Polsce wprowadzony stan wojenny. Od rana nie działała telewizja, radio nadaje muzykę tylko na falach długich, w telefonach głucha cisza. Nadajniki telewizyjne włączono dopiero o godzinie dwunastej i Jaruzelski wystąpił z posłaniem, które było ciągiem nakazów. Zakazano działalności związkowej, rozwiązano Solidarność i dla niepoznaki także inne organizacje, w tym związki branżowe, autonomiczne, a nawet AZS. Ogłoszono też, że internowano tzw. elementy kontrrewolucyjne z Solidarności. „Internowano” – nowe słowo w języku władzy (czytaj totalitaryzmu PZPR). Dwukrotnie byłem dzisiaj w centrum miasta i swoją marszrutę starałem się tak ułożyć by przechodzić przed MKZ-etem. Za pierwszym razem, o godzinie trzynastej, stało tam trochę ludzi, a na szybie okna wisiała jakaś uchwała Solidarności z Górnego Śląska, ale jej nie przeczytałem, przez prześwity pomiędzy ludźmi widziałem tylko nagłówek i jakieś wyrwane z kontekstu zdania. Obok niej była też jakaś ulotka, z której udało mi się przeczytać, że należy od jutra rozpocząć strajk generalny w zakładach pracy. Nie wiem czy do tego dojdzie, bo w telewizji, która przekształciła się w wojskowy megafon, padają same groźby i nawet spikerzy (Racławicki, Stefanowicz, Tumanowicz) założyli mundury. Za organizowanie strajków grozi kara od dwóch do pięciu lat więzienia. Jaruzelski zapewnia, że wszystko co robi Rada Wojenna jest dla utrzymania spokoju i dla normalnego rozwoju procesów demokratyzacji. Podobno Wałęsy nie zamknęli, ale jak to się stało, że w ciągu jednej nocy wszystko wróciło do sytuacji sprzed Sierpnia. Wszystko przypomina żałosna farsę – ta maskarada w telewizji, ten stan wojny bez wojny. Wprowadzono godzinę milicyjną i od 22.00 do 6.00 rano nie wolno wychodzić z domu. Po południu poszedłem jeszcze raz do miasta i zobaczyłem, że przed MKZ-etem stoi znacznie mniej ludzi. Jakaś rozhisteryzowana kobieta o fizjonomii kurwy i alkoholiczki darła się chrapliwym, skrzeczącym głosem: Te gnoje zamknęły wszystkich, Wałęsę i Rulewskiego. Biedny ten Wałęsa, bez niego już dawno byśmy powyzdychali… widziałam kronikę filmową i jego żona płakała, że go w ogóle nie widuje…

Co będzie z moim krajem, z moimi rodzicami, bratem i z Aliną. Ona jest moją miłością i myślę, że jest też moim przeznaczeniem. Ona albo nikt, ale to takie trudne być twardym w miłości i wytrzymać sytuację, gdy druga osoba nic nie robi byśmy się zobaczyli. Właśnie teraz podjęła decyzję o naszym rozstaniu, właśnie teraz odwraca się ode mnie.

Myślę, że szybko dojdzie do walk bratobójczych, bo wielu esbeków, wojskowych i milicjantów jest po stronie Jaruzelskiego. Nie wiem co robić, chyba pobiegnę do lasu na trening. Ogłosili, że od dzisiaj wszystkie szkoły wyższe mają wakacje z nieokreślonym terminem zakończenia. Może jutro pójdę do uczelni i postaram się nawiązać jakieś kontakty, może też zdobędę więcej informacji.

14 grudnia 1981 roku       

Dzień przesadnie spokojny. „Gazeta Pomorska” wygląda jak dwa połączone obwieszczenia – same zakazy, nakazy, ostrzeżenia. Byłem dzisiaj w mieście i dwukrotnie przechodziłem obok MKZ-etu. Zdjęto tam wszystkie transparenty, ogłoszenia i teraz budynek na Marchlewskiego wygląda jak przed Sierpniem. Był u mnie Tadeusz Oszubski, ale rozmowa była raczej bezproduktywna, spotkałem też w mieście Jasia Kaszyńskiego z mojego roku, który powiedział mi, że podobno wczoraj o godzinie 15.00 cały Gdańsk stanął, ale o 17.00 ruszył ponownie, bo robotników zmusiły do tego oddziały ZOMO. Zgadzałoby się to z tym, co słyszałem wczoraj przed MKZ-etem, że na Gdańsk szło wiele wojska. W telewizji, w gazetach i w radiu opublikowano wczorajsze warszawskie kazanie arcybiskupa Józefa Glempa. Można w nim wyczytać między wierszami, że to co zrobił rząd, to gwałt i bezprawie. Końcowa konkluzja jest jednak bardzo zachowawcza i ugodowa, bo Kościół nie będzie się mieszał do polityki. Jedynie będzie walczył o niesłusznie zatrzymanych i skrzywdzonych.

Nie ma żadnych wieści od Aliny i bardzo się martwię o nią.

skanowanie0002

15 grudnia 1981 roku

Patrole wojskowe na ulicach. Neopropaganda sukcesu w TV („coraz lepiej się dzieje”). MKZ ogołocony z transparentów i haseł i pilnowany przez wojsko. Około 18.00 widziałem na ul. Gdańskiej przejazd wielu wozów ZOMO.

Spędzałem z Aliną niemal każdy weekend i teraz bardzo mi jej brakuje, wciąż myślę o niej i nie mogę uwierzyć, że naprawdę się rozstaliśmy. Wkładałem w nasz związek tyle uczucia, tak bardzo chciałem ją uszczęśliwić, a ona wciąż miała jakieś wątpliwości, stale czegoś szukała i czegoś się bała.

16 grudnia 1981 roku

Byłem na nielegalnym zebraniu Koła Młodych ZLP, które odbyło się u Tadeusza Oszubskiego. Przyjechał Grzegorz Musiał, Marek Siwiec, Piotr Cielesz i Marek W. Czuba. Czytaliśmy wiersze i dyskutowaliśmy o zaistniałej sytuacji. Musiał i Siwiec strasznie pognębili Czubę, gdy ten przeczytał kilka tekstów, ani słowem się nie odezwali i milczeli tak kilkanaście minut, aż nie wytrzymałem i odezwałem się pojednawczo, bo nie lubię takiego ostracyzmu. Nawet największy grafoman zasługuje na jakieś słowo o tym, co robi. Chłopak bardzo to przeżył i potem miał do mnie pretensje, że go zapraszałem. W Dzienniku Telewizyjnym podano oświadczenie dwóch członków Zarządu poznańskiej Solidarności, które poprzez swoją uległość wobec władzy, może świadczyć o tym, że szuka ona sposobów wyjścia z sytuacji. Podobno trwa strajk w Stoczni Gdańskiej i w Hucie Katowice, gdzie wygaszono dwa wielkie piece, a strajkujący, w obronie przed czołgami, obstawili się cysternami z benzyną. Oszubski mówił, że zauważył czołgi w Smukale, a Siwiec nie widzi możliwości wyjścia z zaistniałego stanu. Patrzyłem na moich kolegów i zastanawiałem się, czy któryś z nich może być donosicielem SB. Oszubskiego i Czubę wykluczyłem, Musiała mogli dopaść z racji jego homoseksualizmu (słynna akcja „Hiacynt”), a Siwiec, jako wykładowca filozofii marksistowskiej w wyższej uczelni też musiał iść na kompromis z władzą, ale chyba nie donosi… Piotr ma ojca oficera w Ludowym Wojsku Polskim, miał też okres fascynacji partią, ale czy kabluje? Jest bardzo miękki i gdyby esbecy usiedli mu na tyłku, na pewno by się załamał. W mediach ogłoszono listę „ekstremistycznych” działaczy Solidarności – wśród nich Rulewski, Palka, Kuroń, Michnik, Geremek, Tokarczuk, Rozpłochowski, Bugaj, Jaworski, Gwiazda, Modzelewski, Mazowiecki, Bałuka. Podobno Jaruzelski chciał się spotkać z Prymasem Glempem, ale ten odmówił, bo nie było zgody na uczestnictwo w spotkaniu Wałęsy.      

17 grudnia 1981 roku

Wczoraj w kopalni „Wujek” w Katowicach siły milicyjne chciały rozpędzić strajk górników i natrafiły na zdecydowany opór robotników, którzy „zaatakowali” milicję kamieniami, łomami, kilofami i siekierami. Użyto broni palnej i jak podają reżimowe media, zabito siedmiu górników, a 39 jest rannych. Polskie Radio podało też, że rannych jest 41 milicjantów. Starałem się zweryfikować te dane i cały wieczór słuchałem audycji BBC, Radia Wolna Ameryka z Waszyngtonu i Wolnej Europy. Sporo nowych informacji, oto one: wczoraj o świcie zaatakowano zbrojnie bramy stoczni im. Lenina w Gdańsku i stłumiono strajk. Wieczorem w Gdańsku rozgoniono tłum, rzekomo agresywny, przy czym rannych zostało 160 milicjantów (wyjątkowe z nich łajzy jak widać!!!) i 164 osoby cywilne (zapewne esbecy i tajniacy!!!).

Delegacja „Solidarności”, która, która przebywała w Szwajcarii, wystosowała w Zurychu apel do żołnierzy polskich (Nie strzelajcie do swych sióstr i braci, do swych matek i ojców. Polska jest tylko jedna, nie dajmy jej przedzielić rzeką krwi). Apel wystosowali także byli żołnierze AK, przebywający w Anglii.

Prezydent Reagan stwierdził na konferencji prasowej w Waszyngtonie, że bardzo poważnie analizuje sytuację w Polsce, a szczególnie używanie siły wobec ludności cywilnej. Przemoc wywołuje przemoc, a sytuacja w Polsce jest jawnym pogwałceniem postanowień helsińskich – nie jesteśmy naiwni i wiemy, że stoi za tym imperium zła, czyli ZSRR. Reagan powiedział też, że póki nie zostanie zniesiony stan wojenny, USA wstrzyma pomoc dla Polski.

Episkopat polski wzywa władze do wypuszczenia na wolność uwięzionych i wskrzeszenie „Solidarności”. To, co się stało – mówią księża – zaprzepaściło nadzieje i oczekiwania społeczeństwa polskiego.

Przewodniczący Wspólnoty Brytyjskiej i Minister Spraw Zagranicznych Wielkiej Brytanii Lord Peter Carington stwierdził w Strasburgu, że zbrojna interwencja w Polsce, to katastrofa na kolosalną skalę. Niepokoi go złowroga cisza, co do przywódcy „Solidarności” – Lecha Wałęsy.

Ze Sztokholmu dochodzą głosy, że Wałęsa znajduje się w areszcie domowym, w jakiejś willi pod Warszawą, że jest izolowany i załamany psychicznie. Inni informatorzy twierdzą, że nie dał się złamać, odmówił wystąpienia w TV i uspokojenia robotników, jeśli nie zostaną wypuszczeni członkowie Krajowej Komisji Porozumiewawczej. Podobno odmówił podpisania wszystkich podsuwanych mu świstków. Beton partyjny Stefan Olszowski oświadczył, że aresztowano trzy i pół tysiąca ludzi, a wojsko podaje, że zamknięto 13 tysięcy, z kolei Pierre Marois podaje liczbę cztery i pół tysiąca.

Wolna Europa podaje, że prawdopodobnie trwa strajk w stoczni im Warskiego. Zaaresztowano 100 profesorów, członków PAN, z jej Prezesem Aleksandrem Gieysztorem. Po jakimś czasie zwolniono go wraz z 87 profesorami. Podczas wyprowadzania naukowców na Nowym Świecie z budynku PAN ludzie skandowali: Gestapo, Gestapo…

­Ile w tym wszystkim prawdy, a ile niesprawdzonych plotek, wszak ludzie zawsze skłonni są snucia nieprawdopodobnych opowieści. Nie wiem na przykład ile prawdy jest w tym, że aresztowano członków PZPR-u, Hieronima Kubiaka i Jana Łabęckiego, którzy prawdopodobnie przeciwstawili się juncie i samozwańczemu dyktatorowi. W ogóle ta sytuacja w Polsce jako żywo przypomina operetkowe pucze w państewkach Ameryki Środkowej i Południowe, o czym pisał Ryszard Kapuściński.

Podobno utworzono obozy dla tzw. internowanych na Helu i pod Warszawą, a zwolniono Andrzeja Wajdę i aktorkę Halinę Mikołajską.

Odbyły się wiece protestacyjne na uniwersytecie Harvarda i w Bostonie. Marsz protestu w Londynie i czuwanie przy polskiej ambasadzie, a telewizja brytyjska nadała wczoraj dwugodzinny program rekonstruujący strajk sierpniowy, przeplatany Balladą Janek Wiśniewski padł – nagrywałem wiadomości przy pomocy mikrofonu i potem spisałem tę pieśń, nie wiadomo czy jeszcze kiedykolwiek będzie można zobaczyć człowieka z żelaza i wysłuchać Krystyny Jandy, jakże wspaniale śpiewającej o poległym stoczniowcu:

Niezależna Konferencja Niezależnych Związków Zawodowych w Brukseli potępiła wprowadzenie stanu wojennego i napiętnowała partię komunistyczną za uwięzienie działaczy związkowych.

W sobotę Breżniew obchodzi siedemdziesiąte piąte urodziny i zjadą się do Moskwy przywódcy krajów Układu Warszawskiego, ale nie wiadomo czy pojedzie Jaruzelski.

Wolna Europa podaje, że prawdopodobnie byli także zabicie w Nowej Hucie, a wśród zatrzymanych jest Bolesław Michałek, kierownik literacki zespołu filmowego X, tego który wyprodukował Człowieka z żelaza – film Wajdy niezależni intelektualiści zgłosili do nagrody Oskara. Zatrzymano Jacka Bocheńskiego, autora powieści i esejów, redaktora naczelnego nielegalnego „Zapisu”.

Słucham tych wszystkich wiadomości i zastanawiam się jak doszło do tego, że Polak walczy przeciw Polakowi, że zabija jak esesman? Smutny kraj ta Polska, w której rzeczywistość przypomina surrealistyczny film, a wszystko jest dziwne i straszne w tym skondensowaniu zła. Nieomal widać siły rządzące historią i zaraz nasuwa się porównanie z ukrytym, czyhającym na swe ofiary drapieżnikiem. Generał w czarnych okularach już raz pokazał światu czym jest władza w rękach nieobliczalnego żołdaka. Teraz Chile i Polska w takiej samej sytuacji.

WIELKA KSIĘGA DZIEJÓW

Wąwóz Olduvai w Tanzanii - prawdopodobna kolebka ludzkości

Wąwóz Olduvai w Tanzanii – prawdopodobna kolebka ludzkości – Foto Wikipedia

W czasach chaosu i zaniku wartości najlepszym zajęciem jest studiowanie ksiąg, gromadzenie materiałów poglądowych, porównywanie odkrywanych treści. Kolejnym moim projektem, który chciałem zrealizować od lat, jest Wielka księga dziejów, wydobywająca na światło dzienne sytuacje graniczne i krańcowe, symboliczne dla ludzi i świata. Będę tutaj korzystał z różnych materiałów publikowanych, ale też z nowoczesnych narzędzi audiowizualnych, Internetu, telewizji, filmu i radia, nie stroniąc od naukowych analiz i ustaleń. Najważniejsza będzie wszakże symbolika kultury i próba spojrzenia z dystansu na to, co ludzkość dotąd osiągnęła, co bezpowrotnie utraciła i czym może się szczycić.

 Ta wielka podróż zaczyna się pięć, a może cztery miliony lat temu, gdy małpy człekokształtne przekształciły się w pierwszą rozumniejszą formę. Ich odkrywca, południowoafrykański paleontolog Raymond Dart, nazwał je Australopitecus africanus. Odkrycie miało miejsce dopiero w 1924 roku, a wcześniej pojawiały się w dziejach świata tylko opowieści o tajemniczych stworach, liliputach i gigantach, jakieś okruchy z dawno zapomnianych czasów, rozbudowane narracje z pogranicza fantastyki i mitu. Pierwsze znaleziska wskazywały dobitnie, że gatunek ludzki pojawił się w południowej i wschodniej Afryce, ze szczególnym uwzględnieniem wyżyny Wielki Weld i terenów Wielkich Rowów Afrykańskich. Metamorfozy wulkaniczne i zanik pierwotnych lasów, przekształcanie się ich w sawanny, narzuciło australopitekom różne formy przystosowania się do nowych warunków i wygenerowało postawę wyprostowaną. Możemy sobie wyobrazić ile cierpień i bólu pojawiało się w społecznościach tych małpoludów, nastawionych na nieustanne zdobywanie pożywienia wszelkimi możliwymi sposobami. To były tysiące lat permanentnych morderstw, zabijania, dręczenia zwierząt i walki o terytoria łowieckie, a koniec końców przyniosły one przejście od niezgrabnego, małego stwora do postaci Homo erectus, rozsądniej używającej narzędzi, a dalej do wysoko wyspecjalizowanych neandertalczyków i kromaniończyków. Prymitywne narzędzia z krzemienia, powstające dzięki umiejętności odłupywania kolejnych warstw i tworzenia ostrych krawędzi, służyły do zabijania wrogów i współplemieńców, obrabiania grubych kijów, ścinania owoców z drzew i pierwotnych prób uprawiania ziemi. Jakże fascynujące są dzisiaj, znajdowane w ziemi i w jaskiniach, prehistoryczne topory, włócznie i noże, bo oprócz funkcji użytkowej, dostrzegamy w nich pierwsze przejawy myśli konstrukcyjnej. Człowiek stale musi walczyć o byt, przeciwstawiać się trudnym warunkom meteorologicznym, zmagać się z mrozem i wiatrem, z siłą wody i ognia, musi kryć się przed błyskawicami, meteorytami i wulkanicznymi wyziewami, ale równie wielkim zagrożeniem, które nie zanikło od czasów neandertalczyków jest życie we wspólnocie. Homo sapiens niesie przez dzieje, w najgłębszych pokładach swojej jaźni, prehistoryczne żądze i pragnienia, a widać to szczególnie w czasach wojen, bezmyślnego mordowania istot, nieustannego zawłaszczania terytoriów, odbierania prawa do różnorodności i prezentowania odmiennych postaw.

Para australopiteków - Wikimedia Commons

Para australopiteków – Wikimedia Commons

Dzięki znaleziskom paleontologicznym i kompletnym zwłokom, wydobytym z wiecznej zmarzliny, łatwo możemy sobie wyobrazić jak pierwsi ludzie starali się wytrwać w obliczu bezlitosnej natury. Odziewali się w skóry zabitych zwierząt, zakładali na głowy czapy z futer, pili świeżą krew dla wzmocnienia i zjadali parujące jeszcze organy wewnętrzne saren, jeleni, antylop, a także pokonanych drapieżników. Ich życia miały dwa cele – zdobyć pożywienie i schronić się w jakimś miejscu, które dałoby się ogrzać, albo miałoby właściwości termalne. Zaobserwowany w naturze ogień, po uderzeniu gromu, w trakcie pożaru sawanny czy lasu, został udomowiony i stał się nieodzownym elementem istnienia. Pozwolił opiekać mięso, które w takiej formie łatwiej można było odrywać od kości, umożliwiał gotowanie pierwszych straw, szybko dających siły i regenerujących w chorobie. Obróbka cieplna spowodowała zapewne spadek zachorowań, bo bakterie i wirusy zwierzęce ginęły w konfrontacji z żarem, a ciepło w pobliżu ognisk pozwalało przetrwać w ekstremalnych warunkach. Paradoksalnie ogień przyczynił się też do konfliktów, bo stając się znakiem w przestrzeni, przyciągał napastników, szukających łatwego łupu, łaknących mięsa, zagarniających broń i narzędzia. Grupy przemierzające ogromne obszary Afryki i Azji szukały w dali nikłych smug dymu i natychmiast ku nim podążały. Dlatego tak wiele prahistorycznych plemion kryło się w jaskiniach i tam bytowało, odgrodzone od świata, zdobiąc ściany malowidłami i grzebiąc w dalszych zakątkach grot swoich zmarłych. Być może miejscem, z którego należy wywodzić prawdziwy rodowód człowieka rozumnego jest wąwóz Olduvai, przecinający wschodnioafrykańską równinę Serengeti i będący bocznym odgałęzieniem Wielkich Rowów Afrykańskich. Uczeni wskazują, że w tej przestrzeni, jak w inkubatorze, Homo sapiens rozwijał się przez pierwsze dwa miliony lat, znajdując dogodne warunki, korzystając z obfitości pokarmu zwierzęcego i roślinnego. Zasobność „pokarmowa” tej malowniczej krainy miała zapewne wpływ na rozwój organizmów i powiększanie się mózgu, który stawał się powoli najdoskonalszym „urządzeniem” w naszej części kosmosu.

Sahelanthropus tchadensis

Zrekonstruowana czaszka istoty sprzed 7 mln lat – Sahelanthropus tchadensis

Skok od niedoskonałego mózgu australopiteka do rozwiniętego głównego organu organizmu u człowieka rozumnego nie dokonał się w jednej chwili. To był proces stopniowego udoskonalania, który trwał miliony lat i dotyczył miliardów istot, w których ciałach zachodziły mikro zmiany, prowadzące w konsekwencji do zaniku kłów i pojawienia się zębów trących, a nade wszystko innego ukształtowania szkieletu, ze szczególnym uwzględnieniem czaszki, w której nastąpił rozrost mózgu. Tak jak ludzki umysł nie jest w stanie ogarnąć myślą ogromów wszechświata, tak nie umiemy wyobrazić sobie tej wielkiej rzeszy istot, która urodziła się, rozwijała się i transformowała, a potem umarła pomiędzy wskazanymi wyżej dwiema formami rozwojowymi. O ile australopitek był bliższy małpy i zapewne zachowywał się podobnie jak one, o tyle już człowiek zręczny (Homo habilis) i wyprostowany (Homo erectus) bliżsi byli postaci Homo sapiens. Cała nasza wiedza na ten temat opiera się na rekonstrukcjach i znaleziskach z różnych obszarów, przede wszystkim z Afryki i Azji, gdzie wiódł szlak pierwotnych migracji i kolonizacji. To jest droga od homonidów, takich jak Sahelanthropus tchadensis sprzed siedmiu milionów lat, do człowieka współczesnego, który zatoczywszy koło ewolucyjne nie przestał mordować, zabijanie czyniąc – tak jak formy prymitywne – istotą rozwoju i zdobywania nowych terytoriów. Kiedy dzisiaj patrzymy w puste oczodoły zrekonstruowanych czaszek istot człekokształtnych, widzimy w nich śmierć i przemoc, przerażenie i grozę egzystencji w nieprzyjaznym świecie, ale też symboliczny wymiar trwania, przekazywania sobie coraz doskonalszych genów i zmieniania się w czasie. Jak by nie patrzeć na ludzi i jak by ich nie klasyfikować, należą do Królestwa Zwierząt, a przy tym są strunowcami, kręgowcami i ssakami. Choć inne zwierzęta w ograniczony sposób posługują się narzędziami (kruk wydobywa patykiem larwy ze spróchniałego drzewa, ptaki drapieżne zrzucają kamienie na duże jaja, a ośmiornice i niektóre ryby potrafią wykorzystywać wraki statków do polowań), to tylko ludzie stworzyli kulturę i sztukę. Zaczynając od niezdarnych malowideł na ścianach jaskiń i barwienia twarzy ochrą, tworząc niezgrabne, paleolityczne figurki Venus, doszli przedstawiciele naszego gatunku do wielkich fresków w świątyniach, do obrazów doskonale oddających osobowość władców i błaznów, wielkich dam i kurtyzan. Pierwotne wyobrażenia antylop i lwów zastąpiły obrazy Rembrandta i Moneta, a rzeźby Michała Anioła czy Berniniego stały się emblematami ludzkiego geniuszu. Stojąc przed wyobrażeniem Dawida z białego marmuru, kontemplując obrazy braci Van Eycków, Caravaggia czy Hoppera, warto pamiętać o tym jak wielki krąg zatoczyła ludzkość od czasów pojawienia się pierwszych australopiteków i przedstawicieli rodziny naczelnych określanych mianem Hominidae.

DAWNA KOLEKCJA (4)

d3ba4350-52e2-11e3-af38-0025b511226e

22 listopada 1963 roku miałem nieco ponad pięć lat i mieszkałem z rodzicami na ulicy Szubińskiej w Bydgoszczy. Był to mały domek z jednym pokojem i kuchnią, lokum skromne i niczym szczególnym się nie wyróżniające, z kaflowym piecem w pokoju i podobnym paleniskiem w kuchni. Choć mój ojciec nie zarabiał zbyt wiele, dość szybko pojawił się w naszym domu czarno-biały telewizor, który dostarczał mi wiele radości, przede wszystkim za sprawą filmów Walta Disneya. Do dzisiaj pamiętam niezwykle wyrazisty sen, w którym pojawiała się myszka Mickey, a dzieci bawiły się, w pierwszym Disneylandzie, na ogromnych filiżankach, kręcących się wokół swej osi. Dzień, który wspomniałem tutaj na początku, niczym szczególnym się nie wyróżniał, może bawiłem się na podwórku z kolegami, może siedziałem przy stole i budowałem jakieś konstrukcje z klocków, może goniłem psy lub koty, ale w pewnym momencie wszystko się zmieniło. Pojawił się mój ojciec, bardzo zaaferowany i rozmawiał o czymś głośno z mamą, po czym włączyli telewizor i wpatrywali się weń z uwagą. Podszedłem do nich i patrzyłem na niewielki ekran na którym pokazywano odkryty samochód, w którym jechał jakiś pan i pani w kapelusiku. Zapewne nie bardzo do mnie docierało, że zamordowano prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, ale zapamiętałem z ogromną wyrazistością prezentowane filmy, powtarzane wielokrotnie i komentowane przez różnych ludzi. Dzisiaj, gdy oglądam te sekwencje, wyczyszczone i pokolorowane, cofam się natychmiast do wczesnego dzieciństwa, przypominam sobie tamte chwile. Czułem, że stało się coś strasznego, ale w dziecinnym świecie gorsze było rozsypanie się zamku z klocków, zbicie butelki albo śmierć ulubionego pieska, który wpadł pod koła ciężarówki. Zdarzenia musiały jednak być bardzo intensywne, bo w zakamarkach mojej pamięci pozostał wyraźny ślad, który teraz łatwo wyodrębniam i nieomal czuję wielkie podniecenie ojca i mamy, tamtą bieganinę dziadka i babci, pojawianie się w naszym pokoju coraz to innych ludzi. Początek lat sześćdziesiątych obfitował w wiele smutnych i tragicznych chwil, ale tamto popołudnie i wieczór skażone zostały wiadomościami, które lotem błyskawicy obiegły całą planetę. Wtulając się w puchową pierzynę, którą moja mama nagrzała specjalnie, przykładając ja do kaflowego pieca, zasypiałem z ulgą, że wszystko cichnie i uspokaja się, a zapadające ciemności zapowiadają nadejście nowego, wspaniałego poranka.

Kennedy

Później o zabitym prezydencie uczyłem się w szkole podstawowej, oglądałem jakieś filmy dokumentalne i utrwalałem sobie nazwisko domniemanego mordercy – Lee Harveya Oswalda, a także Jacka Ruby’ego, który w świetle kamer zastrzelił go z zimną krwią. Dopiero dziesięć lat później Kennedy pojawił się znowu w mojej świadomości jako osobowość niezwykła, bohater licznych chłopięcych spotkań i dyskusji. A wszystko za sprawą znaczka pocztowego z Rwandy, który znalazł się w moich zbiorach, a przedstawiał naszą planetę, sputnika krążącego wokół niej i na pierwszym planie prezydenta Kennedy’ego, ze słuchawką telefonu w ręku, rozmawiającego z charakterystycznym grymasem na twarzy. Znaczek był zielonkawy, a jego wartość opiewała na dziesięć centymów rwandyjskich, ciekawostką była też powierzchnia pod spodem, pokryta obficie klejem i dodatkowo wyposażona w znaki wodne. Chłopcy, z którymi wymieniałem się znaczkami, od razu upatrzyli sobie ten rarytas filatelistyczny i wszelkimi sposobami próbowali go ode mnie wydobyć. On jednak długo trwał na swoim miejscu w klaserze i ani myślałem pozbywać się go, choć propozycje były doprawdy kuszące. Zdaję się, że pożegnałem się z nim i z całym klaserem, gdy wymieniłem je na rower wyścigowy „Huragan”, choć – gdy już nasyciłem się pędem, najeździłem po mieście i drogach podmiejskich – wracałem myślą do mojej kolekcji, w której lśnił jak szmaragd znaczek z przedstawieniem amerykańskiego prezydenta. Ani ja, ani moi koledzy, nie mieliśmy pojęcia, że był to ledwie pierwszy walor serii, na którą składało się sześć takich samych znaczków, różniących się tylko kolorem. Obok „zielonego Kennedy’ego”, był także czerwony, błękitny, brązowy, fioletowy i szafirowy, a wartość ostatniego elementu była ogromna, bo aż pięćdziesiąt franków tego niewielkiego afrykańskiego kraju. Skoro jeden, najtańszy znaczek, rodził tyle emocji w środowisku chłopaków, parających się filatelistyką, to mogę się domyślać, co by się działo, gdyby któryś z nas zdobył całą serię. Nasze zbiory wzbogacaliśmy wtedy kupując przede wszystkim pakiety, dostępne w kioskach i stanowiące wspaniały prezent na urodziny, zakończenie nauki w kolejnej klasie lub zdobycie jakiejś nagrody sportowej. W jednym z nich, określanym jako Cały świat, trafiło się owo zielonkawe cudo, które po moim pozbyciu się klasera, trafiało z rąk do rąk, wędrowało od domu do domu.

kennedy-limo

Dzisiaj, w dniu pięćdziesiątej rocznicy śmierci prezydenta Kennedy’ego wracam myślą do chwil z 1963 roku i późniejszych „doświadczeń” filatelistycznych, ale też mam już określoną – powiedzieć można sporą – wiedzę na temat tego, co stało się wtedy w Dallas. Bardziej interesuje mnie kwestia zamachu, niż rzeczywistych osiągnięć polityka, o którym mówi się, że uchronił świat przed konfliktem jądrowym, ale też miał przecież na sumieniu inwazję w Zatoce Świń w 1961 roku i mieszanie się w liczne konflikty lokalne. Ważnym tropem – wskazującym na to, że amerykańska mafia mogła zlikwidować niewygodnego polityka – było zabójstwo Jacka Ruby’ego, który strzelił do Oswalda, tłumacząc to potem przesłankami patriotycznymi. Był synem emigrantów żydowskich z dawnej Polski i jego prawdziwe nazwisko brzmiało Rubinstein, a od czasów młodości miał związki z mafią, współpracował z Alem Caponne i znanymi gangsterami, m. in. z Lewisem McWilliem, Meyerem Lansky’m, Carlosem Marcello i Santo Trafficante Jr. Oczywiście świat przestępczy USA mógł tylko przyjąć zlecenie, a za zamachem stały zapewne inne wpływowe osobistości ze świata finansjery i polityki, wszak Kennedy chciał szybko zakończyć wojnę w Wietnamie, dogadywał się z rosyjskim przywódcą Chruszczowem, a nawet kwestionował prawo Izraela do posiadania broni jądrowej. A choć zainicjował też wielki rozwój amerykańskiej astronautyki i wyprawy na Księżyc, naraził się wielu wpływowym postaciom ówczesnego życia politycznego i ekonomicznego za oceanem, nie stronił też od romansów, z których najsłynniejszy to zażyłość z Marylin Monroe, która prawdopodobnie też została zamordowana. Wątpliwości budzi sam zamach i trzy strzały oddane do jadącego w otwartym samochodzie prezydenta, a szczególnie kwestia niezwykłej celności marnego lewackiego strzelca Owalda. Nagrane wtedy filmy, specjalnie oczyszczone po latach, wskazują, że na górce, przy murku, nieopodal miejsca zamachu stał jeszcze jeden tajemniczy „ktoś” i pojawiły się tam dymki, jak po palbie. Może właśnie stamtąd padł ów najcelniejszy, zabójczy strzał, a badająca wszystko Komisja Warrena nie dość dokładnie przeanalizowała wszelkie okoliczności, przyczyniając się do zaciemnienia całej sprawy. Czy po latach pojawią się jeszcze nowe tropy, czy ujawnione zostaną jakieś ściśle tajne dokumenty? Trudno dzisiaj wyrokować, pewnym wszakże jest, że zabójstwo Kennedy’ego zostało dokładnie zaplanowane i zakończyło się usunięciem ze sceny politycznej rywala Lyndona B. Johnsona, mającego kontakty z mafią i jawnie manifestującego niechęć do swojego szefa. Choć minęło pięćdziesiąt lat od tamtych chwil, nadal nie mamy pewności, a kolejne hipotezy – w tym te ze słynnego filmu JFK  Olivera Stone’a – nie wytrzymują próby czasu. Lądując kilka razy na lotnisku Johna Fitzgeralda Kennedy’ego w Nowym Jorku, podążałem myślami do tego faktów i zdarzeń, które wyżej opisałem – mam też nadzieję, że jeszcze kiedyś tam się znajdę, choć trzeba się spieszyć, bo czas ucieka bezpowrotnie i to czego nie zrobiło się w jakimś momencie, może nigdy się nie powtórzyć.

NAGRODY KLEMENSA JANICKIEGO 2013

 Nagroda im. Klemensa Janickiego powstała z inicjatywy Jana Góreca-Rosińskiego na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku i przyznawana była przez kwartalnik „Metafora”. Po śmierci redaktora tego periodyku, przeszła pod skrzydła kwartalnika filologiczno-artystycznego „Temat”, który będzie ją przyznawał dorocznie. Nagroda promuje oryginalną twórczość artystyczną w sztuce, literaturze i muzyce, a także w zakresie działalności dziennikarskiej. Klemens Janicki (Ianicius) był humanistą okresu odrodzenia, wywodzącym się  z Januszkowa koło Żnina. Pochodził z biednej chłopskiej rodziny, a po opuszczeniu rodzinnego domu uczęszczał do szkół gnieźnieńskich i poznańskich. Wykształcony w Akademii Lubrańskiego w Poznaniu, zyskał opiekę Jana Dantyszka, biskupa Stanisława Hozjusza, arcybiskupa Andrzeja Krzyckiego, którego sekretarzem został w 1536 roku. W uznaniu zasług na polu literatury łacińskiej, wojewoda krakowski Piotr Kmita, przyjął go na swój dwór i umożliwił wszechstronny rozwój. Z tego okresu pochodzą utwory polityczne, pieśni, żale i epigramaty Janickiego. Zamożny mecenas ułatwił mu też wyjazd na studia do Włoch, gdzie w 1540 roku otrzymał dyplom doktora filozofii Uniwersytetu Padewskiego. Papież Paweł III obdarował go też laurem poetyckim i nadał tytuł: Poetae Laureatus. Po powrocie do kraju tworzył z wielkim powodzeniem utwory wielu gatunków, aż do śmierci w 1543 roku, w Krakowie. W skład Kapituły Nagrody Literackiej im. Klemensa Janickiego wchodziło wiele znaczących postaci naszego życia kulturalnego. Miedzy innymi: Piotr Kuncewicz, Jan Górec-Rosiński, Jerzy Sulima-Kamiński, Andrzej K. Waśkiewicz, Nikos Chadzinikolau. Laureatami byli między innymi: Julian Kawalec, Erna Rosenstein, Lesław M. Bartelski, Wojciech Siemion, Edward Redliński, Andrzej K. Waśkiewicz, Jerzy Puciata, Eleonora Harendarska, Andrzej Baszkowski, Marianna Bocian, Urszula Guźlecka, Jerzy Szatkowski, Zdzisław Prus, Jerzy Grundkowski i Dariusz T. Lebioda. Kapituła Nagrody Literackiej im. Klemensa Janickiego, która zebrała się 7 marca 2013 w Bydgoszczy, przyznała Nagrody za rok 2012 następującym twórcom: Andrzejowi Klawitterowi – za prozę będącą skończoną, artystyczną wizją rzeczywistości i zachodzących w niej złożonych mechanizmów; Pawłowi Kuszczyńskiemu – za całokształt twórczości poetyckiej, realizującej humanistyczne przesłanie i odzwierciedlającej nieustanną metamorfozę świata; Ryszardowi Częstochowskiemu – za dogłębną analizę ludzkich stanów emocjonalnych i literackie przedstawienia skrajnie różnych osobowości w tomie pt. Młode i stare.

???????????????????????????????

Stefan Pastuszewski po laudacji wręcza Nagrodę Klemensa Janickiego Ryszardowi Częstochowskiemu

Stefan Pastuszewski po laudacji wręcza Nagrodę Klemensa Janickiego Ryszardowi Częstochowskiemu

Gratulacje dla Ryszarda Częstochowskiego

Gratulacje dla Ryszarda Częstochowskiego

Andrzej Klawitter odbiera Nagrodę Klemensa Janickiego 2013

Andrzej Klawitter odbiera Nagrodę Klemensa Janickiego 2013

Paweł Kuszczyński odbiera w poznańskim Pałacu Działyńskich Nagrodę im. Klemensa Janickiego 2013

Paweł Kuszczyński odbiera w poznańskim Pałacu Działyńskich Nagrodę im. Klemensa Janickiego 2013
Bydgoscy laureaci - Ryszard Częstochowski i Andrzej Klawitter

Bydgoscy laureaci – Ryszard Częstochowski i Andrzej Klawitter

 

Po wręczeniu nagród - drugi z lewej Wojciech Górec, syn fundatora.

Po wręczeniu nagród – drugi z lewej Wojciech Górec, syn fundatora.

 

MEDALE JERZEGO SULIMY-KAMIŃSKIEGO 2013

856f59160868c2ecaf5f48c87f80db079 czerwca 2013 roku w Miejskim Centrum Kultury odbył się wieczór pamięci Jerzego Sulimy-Kamińskiego, podczas którego wręczone zostały medale jego imienia. Tego samego dnia miała miejsce uroczystość odsłonięcia tablicy pamiątkowej na domu, w którym przyszedł na świat i mieszkał pisarz. Jerzy Sulima-Kamiński urodził się 20 września 1928 w Bydgoszczy, był wybitnym prozaikiem, dramaturgiem radiowym, felietonistą i dziennikarzem, członkiem Związku Literatów Polskich w latach 1959-2002. Jego ojcem był urzędnik państwowy Bolesław Kamiński. Podczas II wojny światowej Jerzy pracował jako uczeń ślusarski na kolei, w 1945 rozpoczął naukę w Liceum Mechanicznym, a potem studiował w bydgoskiej Wieczorowej Szkole Inżynierskiej. W latach 1954-1955 pracował w Bydgoskiej Fabryce Maszyn jako konstruktor, a następnie w Bydgoskim Biurze Projektów Budownictwa Przemysłowego, w Zjednoczonych Zakładach Rowerowych i w Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki. Od grudnia 1955 roku do lipca 1990 pracował w redakcji literackiej bydgoskiej rozgłośni Polskiego Radia. Debiutował w 1958 roku zbiorem opowiadań Czy księżyc się boi? Jerzy Sulima-Kamiński był autorem wielu słuchowisk radiowych, felietonów, recenzji literackich i audycji, które pojawiały się na lokalnej i ogólnopolskiej antenie radiowej. Wiele z nich zebrał w tomie Cymelium (1978). Otrzymał Nagrodę Artystyczną Miasta Bydgoszczy, literacką nagrodę “Faktów” oraz nagrodę Komitetu ds. Radia i Telewizji za całokształt pracy literackiej. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Spośród jego książek wymienić trzeba Stan podgorączkowy (1972), Lot na uwięzi (1974), Trzynogę (1979), Raj bez Ewy (1982), Most Królowej Jadwigi (1981–1988), Bilet do Singapuru (1991), Koktajl Dalajlamy (1997). Pisarz zmarł w Bydgoszczy 19 marca 2002 roku. Co roku przyznawane są Medale Jerzego Sulimy-Kamińskiego, które zaczęto przyznawać z inicjatywy Strażników Medalu Jerzego Sulimy-Kamińskiego – Jana Góreca-Rosińskiego (poety i prozaika), Ireny Kamińskiej (żony pisarza), Felicji Gwincińskiej (przewodniczącej Rady Miasta Bydgoszczy), Dariusza T. Lebiody (poety i krytyka), Henryka Narewskiego (artysty i animatora kultury) oraz Witolda Stanisława Kozaka (artysty i filozofa). Wyróżnieni twórcy wchodzą w skład kapituły artystycznej, zgłaszają kandydatów do medalu i zawsze w marcu, uczestniczą w posiedzeniu końcowym. Medal ma służyć promocji dorobku pisarskiego Jerzego Sulimy-Kamińskiego oraz osiągnięć artystycznych osób uhonorowanych tym wyróżnieniem, a wręczany jest podczas dorocznego Wieczoru Pamięci Jerzego Sulimy-Kamińskiego. Kapituła posiada upoważnienie rodziny pisarza do rozpowszechniania Jego imienia i wizerunku. Medal ma charakter honorowy i jest prawem chronionym emblematem wysokiej jakości osiągnięć artystycznych, naukowych i kulturowych regionu kujawsko-pomorskiego. Laureatami zostali m. in. prof. Krzysztof Cander, dr Stefan Melkowski, Wiktor Żwikiewicz, prof., prof. Józef Banaszak, Andrzej Baszkowski, Mieczysław Wojtasik, Rafał Blechacz, Stefan Pastuszewski, Jerzy Riegel, Edward Kaczmarek i inni. W bieżącym roku uhonorowano następujących twórców: Aleksander Dętkoś, Ignacy Bulla i Jerzy Grundkowski – pośmiertnie Medal przyznano Zdzisławowi Polsakiewiczowi, który w jego imieniu odebrała druga żona poety Adriana Szymańska. Organizatorem imprezy był oddział bydgosko-toruński Związki Literatów Polskich.

Poranne spotkanie przy grobie pisarza - Przewodniczący Rady Miasta Roman Jasiakiewicz składa bukiet kwiatów od Bydgoszczy

Poranne spotkanie przy grobie pisarza – Przewodniczący Rady Miasta Roman Jasiakiewicz składa bukiet kwiatów od Bydgoszczy.

Odsłonięcie tablicy pamiątkowej na domu, w którym urodził się i wychował Jerzy Sulima-Kamiński

Odsłonięcie tablicy pamiątkowej na domu, w którym urodził się i wychował Jerzy Sulima-Kamiński

Medal odbiera wybitny bydgoski pisarz Jerzy Grundkowski

Medal odbiera wybitny bydgoski pisarz Jerzy Grundkowski

Żona pisarza Irena Kamińska odsłania tablicę.

Żona pisarza Irena Kamińska odsłania tablicę.

984282_209048719244171_1931022250_n-horz

Roman Jasiakiewicz wręcza Elżbiecie Zielińskiej - córce pisarza - nominację do grona Strażników Medalu

Roman Jasiakiewicz wręcza Elżbiecie Zielińskiej – córce pisarza – nominację do grona Strażników Medalu
Artysta malarz Ignacy Bulla odbiera Medal Jerzego Sulimy-Kamińskiego

Artysta malarz Ignacy Bulla odbiera Medal Jerzego Sulimy-Kamińskiego

Artysta rzeźbiarz odbiera Medal JSK za zasługi dla kultury Pomorza i Kujaw

Artysta rzeźbiarz Aleksander Dętkoś odbiera Medal JSK za zasługi dla kultury Pomorza i Kujaw

Krzysztof Derdowski pośmiertnie lauduje Zdzisława Polsakiewicza

Krzysztof Derdowski pośmiertnie lauduje Zdzisława Polsakiewicza

Wiktor Żwikiewicz lauduje Jerzego Grundkowskiego

Wiktor Żwikiewicz lauduje Jerzego Grundkowskiego

MIĘDZYNARODOWE SYMPOZJUM WIERSZA

12 listopada odbyło się w Galerii Wspólnej w Bydgoszczy Pierwsze Międzynarodowe Sympozjum Wiersza, zorganizowane przez Uniwersytet Kazimierza Wielkiego, Urząd Miasta Bydgoszczy, Miejskie Centrum Kultury i Związek Literatów Polskich. Na to niskobudżetowe spotkanie licznie przybyli literaci, artyści, studenci i uczniowie szkół średnich, żywo reagując na prezentowane treści. Podczas sympozjum wystąpili: Zhao Zhifang (Chiny), Lam Quang My (Wietnam), Danuta Mucha (Uniwersytet Jana Kochanowskiego),Ks. Jan Pomin (UMK) Jerzy Adalbert Jucewicz (Bydgoszcz), Dariusz Tomasz Lebioda (UKW). Sympozjum Wiersza stało się platformą dyskusyjną dla odmiennych poetyk i sposobów artykułowania języka poetyckiego. Impreza będzie się rozrastać i swoim zasięgiem zacznie promieniować na coraz więcej krajów. Zaproszeni poeci zaprezentowali swoje wiersze i przedstawili interpretacje, które stały się podstawą do dyskusji. Było to bezprecedensowe spotkanie kultur, dalekich i kontrastowych, mających dla polskich uczestników spotkania, walor egzotyki i intelektualnej przygody. Ważnym elementem była też konfrontacja lokalnych twórców z zagranicznymi gośćmi, a wagę imprezy podniosły wręczone nagrody i Medale. Jako pierwsza głos zabrała dr Danuta Mucha, która przeczytała wiersz o jej domu z marzeń i podzieliła się ze słuchaczami informacjami na temat nagrodzonego tomu wierszy, z którego utwór pochodzi. Następnie wystąpiła poetka  z Chin Zhao Zhifang, która zaprezentowała szeroką interpretację liryku pt. Dzieci, w którym starała się ukazać ów dramatyczny moment, gdy maleństwa pojawiające się w świecie i gotowe by pełnić jakąś rolę w strukturze społecznej, znikają zabierane przez choroby, stają się ofiarami wypadków lub ludzkiej bezduszności. Z kolei Lam Quang My z Wietnamu czytał i śpiewał po wietnamsku wiersze, w które były rodzajem poetyckiego wyznania wiary i miały w sobie niezwykłą subtelność, jakby zostały stworzone tak samo jak dalekowschodni artyści malowali obrazy na jedwabiu lub bibułce ryżowej. Następnym prelegentem był ks. Jan Pomin z bydgosko-toruńskiego Oddziału ZLP, który przeczytał wiersz z cyklu o bohaterze imieniem Antonio i określił jego poetyckie powinowactwa z innymi kreacjami osobowymi w poezji polskiej. Ciekawym elementem spotkania było też przedstawienie przekładu wiersza rosyjskiego poety Mikołaja Michajłowicza Jazykowa przez Jerzego Adalberta Jucewicza, który właśnie opublikował nową książkę i umieścił w niej tekst tego autora o ojczyźnie. Spotkanie prowadził Dariusz T. Lebioda, który też na koniec przeczytał swój wiersz pt. Kamienie z Central Parku, symbolicznie zamykając spotkanie nawiązaniem do jednej podróży. Sympozjum wniosło sporo egzotyki do Bydgoszczy, a wystąpienia gości z dalekiego Wschodu udowodniły, że twórcy z tamtego kręgu kulturowego są znakomicie zorientowali w tym, co dzieje się w poezji światowej, czytają wielu autorów i potrafią ich właściwie oceniać, tworząc sprawiedliwą hierarchię i prezentując czytelnikom w swoich krajach liczne przekłady. Niżej prezentuję wiersz Zhao Zhifang pt. Dzieci w trzech językach i przetłumaczony z języka angielskiego tekst jej wystąpienia.

         

 他们消失了,转眼

无踪。海浪涌动,卷走的时间

一个个打着卷的涡旋,卷发柔软,

笑容明亮。

 明亮的他们消失了,成片成片。此前

他们是星星,在地球上黯淡的反光

Cherubim,借用了灵魂最初的模样

反光双翼的量子波长

但星星们离地球太远

反光震荡

 打着卷的时间,柔软的天使

反光消失了,消失得太快。

CHILDREN

 They disappeared, swiftly

missing the trace. Coiling waves, whirled-away time

each and every spinning vortex, soft head curls,

bright smiles.

Acres and acres vanished, they of brightness. Before

they were dim reflections of stars on the earth.

Cherubim, borrowed the initial appearance of the soul,

the quantum fluctuations of their light-reflecting wings

reflection fluctuates

 Coils and coils whirled-away time, soft angels,

the reflections of stars disappeared, so swift.

        Trans. by poet and Xuan Yuan

DZIECI

Zniknęły
szybko gubiąc ślad. Zakrzywione fale rozkołysały
w czasie snujące się wiry, miękkie loki
jasne uśmiechy.

Zniknęły pokłady ich jasności. Wcześniej były
na ziemi słabym odbiciem gwiazd.
Cherubini użyczyli pierwszych kształtów ich duszom,
kwantowych fluktuacji ich jasno lśniącym
skrzydłom drżącym odbiciom.

Kręgi i zwoje zawirowały w czasie, ulotne anioły,
odbicia gwiazd zniknęły, tak szybko.

Z języka angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda

Zhao Zhifang

WCIELANIE
UNIWERSALNEJ NIEWINNOŚCI

Klucz do zrozumienia współczesnej poezji leży w samym procesie tworzenia. Nowoczesny wiersz konstruuje przede wszystkim obraz; wyobraźniowa cząstka słów, silniej niż znaczeniowa; wyłania się w momencie powstawania. Słowo staje się nośnikiem niejasnych obrazów z pamięci, multiplikujących się wielowymiarowych znaczeń, własnej logiki metaforycznej, popychanej przez emocje podczas procesu tworzenia, by w rezultacie dać  w i e r s z.  Takie słowo, jak „pierwotny wyraz” u Brunona Schulza, staje się połyskującą aurą, orbitującą wokół znaczeń, tworząc wielką całość, rozpoznawalną w każdym miejscu świata. Wszystkie słowa w tym wierszu wzięły się z bliskości dwóch znaczeń: dzieci i znikania, z dążenia do wskazania wszelkich możliwych połączeń metaforycznych. Tworząc ten utwór starałam się ucieleśnić jakże uniwersalną dziecięcą niewinność. Wieczne dziecko wyłaniające się z oddechu oceanu, świetliste jak gwiazdy, a potem, po zniknięciu, będące tylko żałobnym słowem, cząstką hymnu lub elegii, samą istotą tragicznie idyllicznej sceny. Owo określenie „znikać” przydaje energii i współtworzy to, czym jest „uniwersalna niewinność”, bo to o niej jest te dwanaście wersów krótkiego wiersza, będącego też rodzajem elegii.

Najpierw mamy w utworze do czynienia ze znikaniem, podczas gdy „dzieci” są  „wszechobecne”. Ich brak powoduje skurcz serca, wijący się i wirujący w czasie, a jego upływ jest jak bieg wody, pojawiający się nagle w ludzkiej świadomości i wchodzący w związki semantyczne. Wirujący czas generuje obraz oceanicznego wiru i dramat dzieci ma w sobie ów głęboko pierwiastkowy obraz. To, co poeci chcieliby wyrazić bywa tajemnicą i często czekamy długo by rozjaśniły się poszczególne partie wielkich poematów. Gdy w mojej świadomości lśni ocean, to jest on tylko pojęciem, które spowodowało, że  pierwszy fragment sześciowersowy przerodził się w dwunastowersowy wiersz. A trwało to ponad pół roku. U podłoża wiersza pt.  Dzieci leży spieniony wir i określenie „loki na głowie”, bo każdy przecież pamięta to, co czuł dotykając miękkich loków niemowląt, natychmiast wywołujących uśmiech na ludzkiej twarzy. Tak więc w poezji  rzeczywistość jest cieniem słowa, a nie słowo jest cieniem rzeczywistości. Tak jak pewna znana chińska poetka mam żal, że poezja bywa zbyt jednoznaczna i, na przykład,  mongoloidalność w liryce mojego kraju, akcentowana jest jedynie przez wskazanie prostych, czarnych włosów!  A taki wiersz, jak ten, może powstać tylko w kręgach powiązanym z religią, znających wagę przywołań „anielskich dzieci” – cherubinów. I nie ma tu charakterystycznego chińskiego kontekstu – choć Chiny deklarują ateizm, krzewi się w nich panteizm. Na szczęście postaci cherubinów są uniwersalne, bo poprzez lata ludzie zgromadzili ogromne biblioteki, w których studiuje się dzieła z całego świata. I nie ma znaczenia, czy urodziło się w Polsce, czy w Chinach, energia poetycka powinna pochodzić z różnych zasobów, jeśli tylko znajdzie miejsce i środki by tworzyć potężne wiersze.  Ten utwór jest unikalny w moim dorobku, bo zawiera określenia z języka angielskiego. Chińskie znaki nie są zgodne z literami alfabetu, a raczej przywołują dźwięki i obrazują słowa, trudno jest więc oddać w takim tekście znaczenie: cherubin.

Ból spowodowany przez „zniknięcie” stale wraca, co głęboko mnie zasmuca. Przecież zniknęły pokłady ich jasności. Dlaczego? Bo istnienie ma charakter falowy. Uniwersalna dziecinna niewinność jest w każdym z nas, w każdej chwili. Gdy ona znika, cały świat zapada w mrok i pojawia się pytanie czy jeszcze kiedykolwiek zobaczymy tę jasność, połyskującą jak gwiazdy? One będą świecić na niebie jak odwieczne światła, bo prawdziwie nie umieramy i nasza materia pozostaje pośród kosmosu. Artysta nie może jednak zbytnio fantazjować i utożsamiać wszystkiego w prosty sposób z gwiazdami. Może tworzyć asocjacje, korzystając ze swoich zmysłów, musi pozwalać wnikać do wierszy ogromom mocy mitycznej. Poeta może jedynie wskazywać miejsca przecięcia różnych sfer i mądrze tworzyć nowy mit. To przypomina wizje senne, pośród których światła prawdziwych gwiazd są jak ich odbicia na ziemi. Refleksja staje się najważniejsza i wnosi do wiersza pustkę oraz tajemniczość. Czytelnik może wtedy zaangażować wszystkie zmysły, bo tajemniczość przydaje magii, odsyła wyobraźnię ku kształtom cherubinów. Tak niemowlęta stają się aniołami, „uniwersalną niewinnością”, w postaci cheruba. Czy najczystsze uczucia, czy myśli o duszy i głębokiej miłości muszą kojarzyć się z takimi aniołami? Czy czułość i lęk o kruchość musi kojarzyć się z dzieckiem? Twórca pierwszego wizerunku cherubina musiał żyć w spokojnych czasach, z dala od grzmiących przepowiedni starożytnych proroków. Ale przecież w wizji aniołków jest też coś przerażającego, będącego wspomnieniem cielesnego życia, wirów pośmiertnych, poświaty i kwantowych fluktuacji, zniknięcia i szybkiego zatarcia śladu. Poeci są urodzonymi gnostykami, albo przynajmniej terminują u nich. Ledwie pamiętam archetyp anioła, ale przenika do mojej świadomości pneuma (πνεῦμα), tchnienie ich rzeczywistości. I nie ma znaczenia w tym momencie kształt nowoczesnej poezji, bo misją poety jest być stoickim strażnikiem pradawnych wspomnień, wcielania i uwieczniania ich – to właśnie pozwala stworzyć niepowtarzalny wiersz. Perfekcja jest niezbędna w prawdziwym liryku, który ma być elegijny, ale ma też – co wskazuje Derek Walcott – rejestrować jakiś fenomen socjologiczny. Tylko poeci żyjący prawdziwym życiem zdolni są przywrócić w wierszu „uniwersalną całość”. Nie ma innej drogi…

Z języka angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda

ZHAO ZHIFANG

Poetka, naukowiec, tłumaczka, wydawca, autorka dwóch książek – zbioru wierszy pt. Biała wrona (2005) i prozy oraz liryków pt. Poszukiwaczka  złota (2005). Wydawca i moderatorka rozmów chińsko-japońskich – Dotykając, łącząc i dzieląc. Nowoczesne chińsko-japońskie dialogi (2010) – będących owocem wymiany międzynarodowej. Opublikowała ponad trzydzieści artykułów naukowych w liczących się chińskich czasopismach: Contemporary Foreign Literature, Foreign Literatures Quarterly, Foreign Literature Bi-Monthly, Theoretical Studies In Literature and Art. Z języka angielskiego przełożyła na chiński wiersze  Rona Padgetta (USA), Brendy Hillman (USA), Tima Lilburna (Kanada), Williama Neila Herberta (Szkocja), Murraya Edmonda (Nowa Zelandia), Amjada Nassera (Jordania). Współorganizowała w Pekinie spotkania pisarzy świata w ramach Pamirskiej Akademii Kultur i Sztuk. Jej główne prace translatorskie skupiają się teraz na dorobku Harta Crane’a, Teda Hughesa,  Tomaža Šalamuna i Roberta Minhinnica. Pracuje jako wydawca w Poetry Periodical, najważniejszym piśmie Stowarzyszenia Pisarzy Chińskich. Jest także wydawcą prestiżowej serii przekładów Contemporary International Poetry. Mieszka i pracuje w Pekinie.

LAM QUANG MY (Nguyen Dinh Dung)

Urodził się w Wietnamie. Ukończył Elektronikę na Politechnice Gdańskiej. Po powrocie do kraju, pracował w Centrum Badań Nauki i Technologii w Hanoi. Do Polski przyjechał w 1989 r. Jest doktorem nauk fizycznych i pracował w Instytucie Fizyki Polskiej Akademii Nauk. Pisze wiersze w języku ojczystym i polskim, przekłada literaturę polską na język wietnamski oraz wietnamską na język polski. Aktywnie uczestniczy w polskim życiu literackim, biorąc udział  m.in. w: Warszawskiej Jesieni Poezji, Światowych Dniach Poezji UNESCO, Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim w Poznaniu, Krynickej Jesieni Poezji, Międzynarodowej Jesieni Literackiej Podgórza, Produkcji teatralnej „I Miasto przemówiło”(And the City spoke) w Anglii, Polsce i Italii, Międzynarodowym Festiwalu Wiosny Poezji w Wilnie (Litwa), oraz Międzynarodowym Festiwalu „Poeci bez Granic” w Polanicy. Publikował w polskich pismach literackich: „Poezja dzisiaj”, „Literacka Polska”, „Temat”, „Enigma”, „Złote myśli”, „Warsaw Tales” (New Europe Writers Ink), „Znad Wilii” itp…  oraz w wielu czasopismach, gazetach, stronach internetowych, antologiach poetyckich polskich i zagranicznych. W roku 2004 opublikował dwa tomy poezji: „Echo” (Polska Oficyna Wydawnicza) i „Doi” (Oczekiwanie) (Wydawnictwo „Kultury i Informacji” w Hanoi). Jego wiersze były tłumaczone na język czeski i tam publikował tomik pod tytułem „Zabłąkana pieśń” (2008). Tłumaczył na język polski (z Pawłem Kubiakiem) i wydał Antologię Poezji Wietnamskiej od XI w. do XIX w. (Wydawnictwo IBIS Warszawa 2010 r.) Jest Honorowym Obywatelem Gminy Krasne, w Ziemi Zygmunta Krasińskiego i Laureatem wielu nagród m.in. Światowych Dni Poezji UNESCO 2006 oraz członkiem Związku Literatów Wietnamskich i Związku Literatów Polskich.

DANUTA MUCHA 

Polska poetka, naukowiec, krytyk literacki i animatorka kultury. Studiowała filologię rosyjską w Uniwersytecie Festiwal Poezji „Listopad Poetycki”, Nagroda Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej. w Łodzi, w którym potem  pracowała w latach 1980–1983. W kilku krajach opublikowała ponad trzydzieści cztery książki poetyckie, eseistyczne i naukowe. Przetłumaczyła na język hiszpański zbiory wierszy polskich poetów, opublikowane w Hiszpanii i Gwatemali. W 2005 roku uzyskała tytuł doktora nauk humanistycznych w Uniwersytecie Opolskim. Redaktorka periodyku naukowego „Studia Słowianoznawcze”, a także członkini redakcji wielu polskich periodyków literackich. Wykłady wygłaszała na uniwersytetach i w instytucja naukowych w Paryżu, w Brukseli i w Moskwie. Członkini licznych towarzystw naukowych i stowarzyszeń literackich. Pracuje w Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w  Piotrkowie Trybunalskim, gdzie mieszka z rodziną. Laureatka wielu nagród literackich m.in. .Nagrody literackiej im. Ryszarda Milczewskiego-Bruna, głównego wyróżnienia na Najlepszą Książkę Poetycką Roku 2011. XXXIV Międzynarodowego Listopada Poetyckiego oraz Nagrody Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej.

KS. JAN POMIN

Jest doktorem nauk teologicznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Tytuł naukowy uzyskał na Wydziale Teologicznym, w Zakładzie Nowożytnej Historii Kościoła. Pracuje w Wierzchucinie Królewskim w Diecezji Bydgoskiej. Wydał następujące tomy poetyckie: Solidarność (poemat) – 1990, Na granicy – 1993, Z innej ziemi – 1994, Głosy światła – 1995, Drzwi – 1996, Wyspa czasu – 1997, Studium podmiotu – 1998, Cienie hamady – 1999, Jantor – 2000, Nowy Jupiter i inne dramaty – 2001, Labirynt wyobraźni – 2003, Imperium kamienia – 2005, Krzyk ziemi – 2006. Zajmuje się ponadto problematyką sacrum w literaturze oraz mitami, głównie greckimi.

NEIL ARMSTRONG 1930-2012

Dwudziestego lipca 1969 roku miałem jedenaście lat i w chwili zbliżania się lądownika Apolla 11 do Księżyca spałem już w najlepsze. Rodzice obudzili jednak mnie i pięcioletniego brata, bo uznali, że powinniśmy to zobaczyć. Na ekranie czarno-białego telewizora niewiele można było dostrzec, a jednak zapamiętałem dobrze moment zejścia Neila Armstronga z drabinki na grunt naszego jedynego satelity. Pamiętam też słowa o małym kroku człowieka i wielkim skoku ludzkości, a potem z zapartym tchem śledziłem powrót lunonautów na ziemię i ich bezpieczne lądowanie 24 lipca na Oceanie Spokojnym. Jak trudna i niebezpieczna była to misja świadczy, odnalezione w archiwach narodowych, orędzie prezydenta Richarda Nixona, przygotowane na wypadek, gdyby kosmonauci pozostali na księżycu na zawsze: Zrządzeniem losu ludzie, którzy wyruszyli na Księżyc, by w pokoju go badać, pozostaną na nim, by spocząć w pokoju. Ci dzielni ludzie, Neil Armstrong i Edwin Aldrin, wiedzą, że nie ma już dla nich nadziei na ratunek. Ale wiedzą też, że z ich ofiary płynie nadzieja dla całej ludzkości. Ta dwójka składa swoje życie na drodze do osiągnięcia najszczytniejszego celu ludzkości: poszukiwania prawdy i wiedzy. Będą opłakiwani przez rodziny i przyjaciół; będą opłakiwani przez swój naród; będą opłakiwani przez wszystkich ludzi ich świata; będą opłakiwani przez Matkę Ziemię, która odważyła się wysłać dwóch swoich synów w podróż w nieznane. Ich misja sprawiła, że wszyscy ludzie tego świata poczuli się jednością; ich ofiara umocni braterstwo ludzkości. Starożytni spoglądali w gwiazdy i widzieli w ich konstelacjach swoich bohaterów. Dziś czynimy to samo, lecz nasi bohaterowie to dzielni ludzie z krwi i kości. Inni pójdą w ich ślady i odnajdą drogę do domu. Poszukiwania ludzkości nie zostaną przerwane. Ale ci ludzie byli pierwszymi, i pozostaną pierwszymi w naszych sercach. Bo każdy człowiek, który w przyszłości zwróci nocą wzrok na Księżyc, będzie wiedzieć, że jest zakątek innego świata, który na zawsze pozostanie świadectwem ludzkości. Na szczęście ten scenariusz się nie sprawdził, ale już rok później, podczas misji Apolla 13 nieomal doszło do tragedii, gdy eksplodował zbiornik z tlenem w module serwisowym. Po sporządzeniu prowizorycznego pochłaniacza dwutlenku węgla, NASA udało się sprowadzić astronautów na ziemię, ale dowódca misji James A. Lovell i John L. „Jack” Swigert oraz Fred W. Haise nie dolecieli do Księżyca i nigdy na nim nie stanęli, choć przez jakiś czas pracowali jeszcze w agencji kosmicznej i wchodzili w skład rezerwowych załóg. Z całej, rozbudowanej i chwalebne misji Apollo najbardziej rozpoznawalną postacią, owianą sławą pierwszego człowieka na ziemskim satelicie, pozostał Neil Armstrong. Wczoraj lotem błyskawicy świat obiegła wiadomość, że ten zasłużony kosmonauta zmarł w wieku osiemdziesięciu dwóch lat, po komplikacjach związanych ze wszczepieniem bajpasów. Wszystko przemija, ludzie starzeją się i umierają, ale nie zaniknie wieczna chwała największych bohaterów. Gdyby ludzkość przeznaczyła tylko  część środków, które marnotrawi na zbrojenia i wojny, dawno na Księżycu powstałyby osiedla, teleskopy i placówki badawcze, a zapewne odwiedzilibyśmy też Marsa. Armstrong mówił o tym wielokrotnie, gdy jako ambasador dobrej woli przemierzał świat i relacjonował odkrywczą wyprawę Apolla 11 na srebrny glob. Pozostanie pamięć niezwykłego życia i wspaniałego człowieka, którego mądrość i odwaga daleko wykraczały poza zwykłe ludzkie ramy.

NOWY JORK – DZIESIĘĆ LAT TEMU

Był maj 2000 roku. Stanley Barkan, wydawca z Long Island, zaprosił mnie i jeszcze dwóch polskich autorów na spotkanie z twórcami amerykańskimi. Odbyło się ono w Audytorium Daga Hammarskjölda i zgromadziło sporą, międzynarodową widownię, a ja miałem okazję poznać wielkich poetów zza oceanu: Stanleya Kunitza, Geralda Sterna i Henry’ego Taylora. Przed imprezą i po niej, przez dziesięć dni poznawałem największe miasto Wschodniego Wybrzeża, stawałem w miejscach, które znałem tylko z filmów i fotografii. To było wielkie przeżycie i ten pierwszy pobyt w Nowym Jorku głęboko wrył się w moją pamięć i pozostał w niej niczym barwne przeźrocze. Po latach wracałem do miejsc, które wtedy były dla mnie olśnieniem, a więc do Central Parku, na Time Square, do chińskiej dzielnicy, na nabrzeża Hudson River i Rzeki Wschodniej, do wielu muzeów i na Liberty Island, do Empire State Building i na Wall Street, na plac uniwersytecki i do księgarni polskiej. Wchodziłem do słynnych sklepów sportowych i do Macy’s, bywałem w pizzeriach i kafeteriach, przesiadywałem w kawiarniach Starbucksa i w barach Subwaya. Moja przyjaciółka, Basia, zawiozła mnie samochodem do Hotelu Chelsea i potem przez jakiś czas, gdzieś głęboko we mnie, snuła się pieśń Leonarda Cohena o jego romansie z Jannis Joplin: Those were the reasons and that was New York,/ we were running for the money and the flesh./ And that was called love for the workers in song/ probably still is for those of them left. Jeszcze dzisiaj widzę światła dolnego Manhattanu oglądane z nabrzeża prowadzącego do miasteczek Jersey, albo słońce zachodzące za Empire i wieżowiec Chryslera, słyszę głosy ludzi rozmawiających na Grand Station i na stacjach metra. To była bajka, która – jak wtedy myślałem – przydarza się raz w życiu, a potem wraca w snach, marzeniach i staje się paradygmatem najpiękniejszej podróży. Miałem wtedy czterdzieści dwa lata i traktowałem te wyprawę jak prezent od życia, jak spełnienie najgłębszych pragnień, jak ciąg realnych obrazów w technikolorze.

Moja córka, która w dwutysięcznym roku miała zaledwie cztery latka poprosiła mnie bym kupił jej w Ameryce lalkę Murzynkę, ale jak się okazało nie było to łatwe, bo jej czarne rówieśniczki lubiły się bawić białymi lalkami i wcale nie było wielkiego popytu na te o ciemnej karnacji. Chodziłem z moim przyjacielem Adamem od sklepu do sklepu i trudno nam było znaleźć coś ładnego w takim guście. Wreszcie skierowaliśmy kroki do World Trade Center, gdzie w ogromnych pasażach podziemnych i w ciągach sklepów kupiliśmy dwie przepiękne lalki. Po tym chwalebnym wydarzeniu, wjechaliśmy ruchomymi schodami na parter, gdzie w ogromnym hallu były restauracje, kawiarnie i butiki. Z ziemi wyrastały tam żywe palmy naturalnej wielkości i kłębiło się wielu, wielu ludzi, stale ktoś przemykał na wskroś tej przestronnej przestrzeni, wciąż zauważałem coś ciekawego. Początkowo planowaliśmy wjechać na taras widokowy, na samą górę jednej z wież, ale Adam miał w swoim życiu tyle tych wycieczek, że nie bardzo się do tego palił. Opuściliśmy zatem WTC i on wrócił do Jersey, a ja powędrowałem przez cały Manhattan, w okolice Central Parku, do mieszkania mojej przyjaciółki.   Jak to zwykle bywało podczas moich dalekich podróży, chodziłem po Nowym Jorku własnymi drogami i tym razem też przemykałem bokami, zahaczyłem o Soho, dłużej zatrzymałem się przy nabrzeżach Hudson River, potem w Central Parku i dopiero wieczorem trafiłem na Siedemdziesiątą Czwartą Ulicę, gdzie stacjonowałem. Następnego dnia, od samego rana skierowałem się metrem na dolny Manhattan, skąd chciałem dostać się do Statuy Wolności, a potem wjechać na szczyt WTC. Spędziłem kilka godzin w kolejce do statku odpływającego z nabrzeża, potem na wodzie i na wyspach, a wreszcie na schodach prowadzących ku „głowie” słynnego monumentu, z której widać było ogromny obszar miasta i oceanu. Po powrocie na Manhattan skierowałem się ku dwóm wieżom i znowu po odstaniu dwóch godzin w kolejkach, łączonymi windami, wjechałem na ogromny taras widokowy.

To był maj i na górze dosyć solidnie wiało, pojawiały się mgły i tylko momentami rozpościerał się przed moimi oczyma wspaniały widok. Przystawałem przy barierkach i przypatrywałem się wielu miejscom na Manhattanie, w Jersey, a także od strony wschodniej, w kierunku Brooklynu i wyżej Queensu. Jak na dłoni miałem Liberty Island z zielona mgiełką statuy, Ellis Island i nieco niżej, po drugiej stronie Governors Island. Z jednej strony widać było szeregi oświetlonych samolotów schodzących na lotnisko Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, a ze strony drugiej takie same ciągi maszyn schodzących na lotnisko w Newark. Sznury żółtych taksówek i innych pojazdów podążały ulicami Nowego Jorku, stale dobiegały skądś przytłumione sygnały karetek pogotowia i straży pożarnej, jakieś pojedyncze trąbienia i piski. Przez dłuższy czas moją uwagę przykuł sokół, który krążył nad bliźniaczą, północną wieżą i w końcu usiadł na wielkiej antenie, której szczyt w 2000 roku był najwyższym punktem ziemskiej budowli. Nie czułem się dobrze w tym miejscu, coś jakby przeczuwając, o czymś mając niewyraźne przekonanie – nie chcę tutaj sugerować, że przewidziałem atak z 11 września, ale doskonale pamiętam tamto moje nastawienie. Opierając się o niskie barierki, które jeszcze w specjalny sposób zabezpieczone były przed zejściem na dach właściwy, rozmyślałem o moim życiu, o tym, co mnie jeszcze w nim czeka i jakie będą w nim punkty dojścia. Rok później Adam przyleciał do Polski i traf chciał, że umówiliśmy się 11 września w jego mieszkaniu w Łodzi. Gdy tam dotarłem oglądał w telewizji relację z Ameryki i co chwilę dzwoniła do niego żona, relacjonując mu co widzi z okien domu w Jersey. Obrazy z CNN natychmiast skojarzyłem z moim pobytem na szczycie jednej z wież i z jakimś dziwnym przeświadczeniem, że są one bardzo zagrożone. Jakim trzeba być ludzkim błaznem by w swoim życiu, w tej chwili żywej pośród martwoty kosmosu, dojść do takiej sytuacji, że porywa się samolot, siada za jego sterami i uderza w ogromną budowlę, zabijając przy tym tysiące ludzi. Mohamed Ata i jego kolesie to zdeformowane cienie ludzkich kształtów, to zwierzęta noszące chore mózgi, to psychopaci, którzy nigdy nie spojrzeli w dal czas, a jedynie klepali stale religijne formułki. Ginąc i mordując niewinne osoby, stanęli w historycznym ciągu bezdusznego, upostaciowanego zła, a ich guru – Bin Laden – skończył po latach tak, jak kończą inne ludzkie śmieci. Niestety nie przywróci to egzystencji wielu wspaniałym ludziom, którzy tyle jeszcze mogli zrobić, spłodzić cudowne dzieci, stworzyć nowe przestrzenie i kształty, osiągnąć dalekie cele.

« Older entries

%d blogerów lubi to: