BIRDS

530066_449265388447757_1001912228_n

W telewizji Animal Planet obejrzałem film o ptakach, prezentujący skrzydlate stwory z różnych kontynentów, ich zachowania i zwyczaje. Twórcy skupili się na naturalizmie, z lubością ukazując okrucieństwo pelikanów pożerających młode głuptaki, biegusów rdzawych, łykających dopiero co złożone jajeczka skrzypłoczy, orłosępów i innych padlinożerców, rzucających się na gnijące mięso. Na szczęście były też zdjęcia perkozów żółtodziobach z jezior Oregonu, odbywających taneczne gody i wiążących się w pary na całe życie – zaciekawiły mnie też długie sekwencje, poświęcone ptakom altanowym z Nowej Gwinei. Te ostatnie budują przez wiele lat obszerny szałas, do którego pragną przyciągnąć samicę, a gdy się im to udaje, zbliżenie trwa ledwie chwilę. Jedne ptaki przynoszą wiele barwnych kwiatów, inne dekorują altanę grzybami, a jeszcze inne używają do tego odchodów albo węgla drzewnego. Świat ornitofauny, obok ryb i ssaków należy do najbarwniejszych i najbardziej różnorodnych, co widać przy zbliżeniach kolibrów, zastygających nad kielichowatymi kwiatami i flamingów zrywających się do lotu z kwasowych jezior afrykańskich. Choć okrucieństwo wpisane jest w tę przestrzeń istnienia i daje o sobie znać na każdym kroku, to zabicie jakieś ofiary jest dla ptaków rodzajem osiągnięcia, nagrodą za wysiłek, obietnicą dalszego życia i  nakarmienia potomstwa. Ludzie nieco wyszlachetniają skrzydlate zwierzęta, szczególnie w atlasach ornitologicznych i albumach z fotografiami – specjalnie nasycają barwy, wyostrzają rysunki na piórach i puchu. Współczesne narzędzia komputerowe, na czele z Fotoshopem, dają nieograniczone możliwości. Internet zapchany jest przedstawieniami specjalnie podrasowanymi, które niewiele mają wspólnego z autentycznym wyglądem ptaków. Zapamiętam z tego filmu rzędy lecących nad wodą albatrosów, a potem, niczym dziryty, nurkujących w toniach oceanu i stroszące barwne pióra rajskie ptaki, ale gdybym miał wskazać jeden obraz, który szczególnie utkwił mi w pamięci, to byłyby to antarktyczne pingwiny, odbywające dalekie morskie wyprawy po kryla, a potem dreptające po skraju wulkanu, z ogromnym trudem wspinające się ku miejscu, gdzie znajdują się młode osobniki i obdarzające je zawartością swoich żołądków. Birds to film ciekawy, momentami denerwujący i upraszczający relacje pomiędzy drapieżnikami i ich ofiarami, ale też mający swoją wartość edukacyjną i poznawczą.

Reklamy

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XIII)

El_Descendimiento,_by_Rogier_van_der_Weyden,_from_Prado_in_Google_Earth

Sztuka artysty niderlandzkiego Rogiera van der Weydena, żyjącego ledwie sześćdziesiąt cztery lata, nie przestaje mnie fascynować i zachwycać. Urodził się w roku granicznym piętnastego i szesnastego wieku i z gildii malarskiej niewielkiego Tournai zawędrował do Brukseli, gdzie objął zaszczytną posadę malarza miejskiego (1435). Malarstwa uczył się od Roberta Campina, co wyraźnie widać w tworzonych portretach, najczęściej nie sygnowanych datą. Jego życie przypomina losy innych malarzy flamandzkich, a więc jeden ślub z córką szewca, z którą miał córkę i trzech uzdolnionych synów, wykonywanie wielkich zamówień rady miejskiej i różnorakich innych instytucji, a potem mądre inwestowanie zarobionych pieniędzy w rodzinnym mieście. Po artystycznej podróży do Włoch i zyskaniu większej sławy, wrócił do Brukseli, gdzie otworzył pracownię, która szybko stała się jedną z największych tego typu w Niderlandach, a jej uczniami byli między innymi tak znamienici malarze jak Hans Memling i Vrancke van der Stock. Artysta zmarł w Brukseli w 1464 roku i pochowano go w katedrze św. Michała i św. Guduli, w tymże mieście. Najbardziej znanym dziełem  tego mistrza jest, namalowany farbami olejnymi na desce, obraz przedstawiający zdjęcie Chrystusa z krzyża (1435), znajdujący się obecnie w madryckiej galerii Prado. W twórczości tej sztuka gotycka zderza się z nowymi tendencjami renesansowymi (wpływy Fra Angelico i innych malarzy włoskich), przy czym charakterystyczne jest dla tego malarza redukowanie przestrzeni malarskiej i rzeźbiarskie ukazywanie postaci. Niezwykle udawało mu się też odwzorować ludzkie stany emocjonalne, ze szczególnym uwzględnieniem rozpaczy. Krople łez na twarzach kobiet, ukazanych w grupie Zdjęcia z krzyża, nabrzmiewają nieomal kosmicznym bólem i gęstnieją zatrzymane na wieki w procesie tworzenia. Trudno się dziwić, że najwięksi mistrzowie fascynowali się malarstwem van der Weydena, a byli wśród nich tak znaczący artyści jak Albrecht Dürer, Calvete de Estrella czy wspomniany już Hans Memling. Jako malarz użytkowy, słynący ze staranności i walorów mimetycznych swoich dzieł, artysta wykonywał szereg zamówień w zakresie malarstwa sakralnego, portretowego oraz miniatur. Obok braci van Eycków był jedną z najbardziej ekscytujących postaci swego czasu w Niderlandach, a jego sztuka, przekraczając ramy terytorialne, szybko stała się częścią światowego dziedzictwa artystycznego.

4deposit

Zdjęcie z krzyża to obraz będący rodzajem symbolicznej konstrukcji pasyjnej, bo znalazła się na nim też matka ukrzyżowanego Jezusa. Żadna z Ewangelii nie wspomina o tym, że brała ona udział w tym zdarzeniu, a jedynie przywoływany jest Józef z Arymatei i Nikodem, choć przecież bardzo prawdopodobne jest, że Maryja towarzyszyła synowi po śmierci krzyżowej i jako najbliższa osoba, mogła mieć wpływ na to, kiedy ciało zdjęto z najstraszniejszego rzymskiego narzędzia tortur. Jej rozpacz symbolizują łzy jak „grochy”, które nieomal ciurkiem spływają z oczu po policzkach, a wymownie zamknięte oczy zdają się wpatrywać w wieczność i widzieć coś, co dla zwykłych śmiertelników jest zakryte. Kobietę tę podtrzymuje ukochany uczeń Jezusa, św. Jan Ewangelista i także na jego twarzy widać smutek, ból i niemoc w obliczu potęgi śmierci i grozy męczeństwa. Maryja ubrana jest w niebieską szatę, a jej głowę i piersi okrywa biała materia, przybierająca w mroku barwę szarą. Twarz ukazana została w sposób realistyczny i nie należy już do osoby młodej, podobnie lekko przerysowana szyja, z wyraźnym zgrubieniem, wskazywać może na chorobę tarczycową. To jest twarz, którą uznać można za emblemat cierpienia, a zarazem za symbol godności ludzkiej, która stawać musi do konfrontacji z nieodwracalnością zgonu. Spod  rzeźbiarsko przedstawionych fałd chusty wysuwają się ledwie niewielkie kosmyki włosów, także rzęsy są subtelnie zaznaczone, a brwi wyraziste – całość przypomina fizjonomie kobiet, z jakimi van der Weyden miał do czynienia w Zachodniej Europie, bez charakterystycznych cech, pojawiających się na twarzach niewiast palestyńskich. Wieki, które minęły od powstania dzieła, przydały jeszcze spękań farby, co wzmocniło efekt rozpaczy i spowodowało, że dzieło stało się wyrazistsze, pełne grozy i majestatu upływających lat. Malarz zaznaczył w postaci Maryi wpływ sił grawitacji, co widoczne jest w ułożeniu postaci matki Jezusa, jej przechyleniu ku ziemi, a zarazem w geście św. Jana, który musi ją podtrzymywać. Także gęste łzy spływają ku dołowi, łącząc się z szeregiem osi wertykalnych dzieła, a przede wszystkim z osią krzyża, przedstawionego zgodnie z prawda historyczną. Uwagę przykuwają też wysubtelnienia postaci, które są wiotkie i czasami wręcz misternie wyrzeźbione szybkimi, śmiałymi pociągnięciami pędzla. Usta Maryi ma spierzchnięte, a na dolnej wardze pojawia się coś jakby pęknięcie, a choć malarz ukazał ją jako istotę zwykłą, szczególnie się nie wyróżniającą spośród innych niewiast, to widać jednak, że jest ona urodziwa, a przynajmniej wyjątkowo subtelna. Artysta musiał się tutaj zmierzyć z odwiecznym problemem twórców ołtarzy i przedstawień Maryi – czy malować ją w czasach młodości, gdy dopiero urodziła Jezusa, czy też przydawać jej znamion upływającego czasu. Starość musiała się już rysować na twarzy tej kobiety, gdy ukrzyżowano jej syna, bo prosty rachunek, dodanie wieku, gdy kobiety rodziły w Palestynie, z ziemskimi latami Chrystusa, daje sumę bliską pięćdziesięciu lat, a nawet przekracza tę magiczną barierę. Tutaj – na tablicy van der Weydena – matka Jezusa wygląda na kobietę czterdziestoletnią, a specjalny rysunek cieni, niewielkich zmarszczek i barwa skóry, odrealniają ją i przenoszą w obręb gotyckich rzeźb z marmuru lub malowanego drewna.

5deposit

Na tym samym wielkim obrazie mamy też portret jakiejś anonimowej niewiasty (choć może to być jedna ze znanych z imienia towarzyszek Maryi), która pogrąża się w smutku, przynajmniej tak wielkim, jak matka Jezusa. Jej sylwetka jest złamana, a rozpacz promieniuje wyraźnie od głowy do każdej cząstki jej ciała. Ona zdaje się zapadać w bólu, pogrążać w tragicznym rozpamiętywaniu tego, co się stało. Ubrana jak kobiety we Flandrii, z charakterystyczną złotą szpilą nad czołem, przytrzymującą czepiec, przykłada do oczu chustę i lamentuje, lejąc rzęsiste łzy. Jej pochylenie jest charakterystyczne dla przedstawień niewiast na flamandzkich ołtarzach, a rysy twarzy także są europejskie. Widać, że kobieta ta była piękna, bo ślady urody są jeszcze wyraźne – usta zmysłowe, nos delikatny, podbródek subtelnie zarysowany, brwi wypielęgnowane. Właściwie widzimy tylko jej prawą rękę, ramiona i głowę okrytą biała materią, specjalnie upiętą i pofałdowaną. Ale choć zasłania ją św. Jan, łatwo możemy sobie wyobrazić resztę jej sylwetki, jakże rzeźbiarsko wyodrębnionej z mroku, jakże zwiewnie rysującą się w tle innych postaci. Wiemy, że obraz van der Weydena zamówiony został przez gildię kuszników z Leuven (Lowanium), co artysta podkreślił, umieszczając w narożach dzieła specjalne maswerki, w formie stylizowanych kusz. Około 1548 roku obraz zaczyna swoją podróż na południe Europy i najpierw staje się własnością Marii Habsburżanki, a potem trafia w ręce króla Hiszpanii Filipa II. Ten przewozi go do Hiszpanii, umieszcza najpierw w pałacyku myśliwskim, potem w klasztorze San Lorenzo de El Escorial, skąd wreszcie, w 1939 roku przeniesiony zostaje do muzeum Prado. Rozpaczająca kobieta ma zamknięte oczy i tak jak Maryja pogrąża się w ciemnościach, płacze jakby to jej rodzony syn zginął w strasznych torturach. Patrząc na to monumentalne dzieło łatwo możemy sobie wyobrazić szloch, jaki musiał towarzyszyć temu momentowi, głośne łkanie, powodujące pojawianie się tak gęstych łez. Mają one tutaj nienaturalną wielkość i przypominają malarskie przedstawienia kropel krwi, pojawiających się pod koroną cierniową. Niewiasta ma złotą obrączkę na najdłuższym palcu, co może sugerować, że jest mężatką, ale też może to być znak przynależności zakonnicy do Jezusa. Malarze niderlandzcy chętnie korzystali z modelek i możemy przypuszczać, że artysta sportretował tutaj jakąś kobietę, żyjącą w jego czasach.

03beaun1

Jakże różny od przedstawienia Maryi z obrazu pasyjnego jest jej wizerunek z ołtarza, ukazującego Sąd Ostateczny. Został zamówiony przez kanclerza Księstwa Burgundii Nicolasa Rolina dla hospicjum w Beaune we Francji i tam znajduje się do dzisiaj. Otwarty poliptyk liczy dziewięć kwater i zachwyca nasyceniem barw i ich świetlistością, a także późnogotyckim modelunkiem postaci. Matka Jezusa – która jest tutaj kontrapunktem dla wyobrażenia św. Jana – ukazana została w pełni teologicznej chwały. Przeżywszy tragedię zmartwychwstania, radość wniebowstąpienia Syna Bożego i własnego wejścia w sfery niebieskie, zajmuje centralne miejsce, po prawej stronie Chrystusa, uczestniczącego w ważeniu dobrych i złych uczynków. Choć wokół rozgrywa się tragedia grzeszników, spychanych do piekieł, trawionych przez ogień, jej twarz wyraża spokój i pełnię wiedzy o stworzeniu. Ufnie wpatruje się w Chrystusa i uczestniczy w jego królowaniu, wspiera go myślą i modlitwą, a jej oczy wyrażają bezgraniczne oddanie. Jej rysy twarzy bliższe są tym jakie miewają kobiety w Palestynie, choć prosty, kształtny nos i wydatne wargi zbliżają jej fizjonomię do cech charakterystycznych dla Europejek. Jest znacznie młodsza od Maryi ze Zdjęcia z krzyża, cerę ma gładszą i wysubtelnioną, a czarne oczy wyraziście odbijają światło. I tutaj rysunek pęknięć farby spowodował po wiekach, że dzieło stało się rodzajem dokładnego chronometru, ukazującego nieuchronność upływu czasu. Dodatkowo rysy te uprawdopodobniły postacie i przydały im jeszcze większej powagi. Nimb wokół głowy zaznaczony został koliście, ale dodatkowo malarz wprowadził proste linie, symbolizujące promienie biegnące ze środka koła ku wszystkim kierunkom. Chusta na głowie i pod szyją i tutaj została misternie wymodelowana, choć pojawia się pewne odważne novum – widać malutki fragment  piersi Maryi, a właściwie tego miejsca, gdzie kończy się szyja. To powoduje, że niewiasta staje się bardziej ludzka, a jej poza przybiera formułę prawdopodobną, jakby przybyła ona na Sąd Ostateczny wprost od jakichś prostych zajęć. Jej zawierzenie jest totalne, nie znające wahań ani negacji, swoim wzrokiem wyraża wszystko – miłość do syna i nieuchronność jego eschatologicznych decyzji. To jest taka sama poza, jaką znamy ze współczesnych przedstawień wizjonerów maryjnych, którzy wpatrują się w jakiś punkt i rozmawiają z osobą, którą widzą w przestrzeni. Mistyka wpisana tutaj została w napięcie, jakie pojawia się pomiędzy poszczególnymi postaciami, ich wzajemnymi kontrapunktami i tęczą spajającą wszystko, będącą znakiem boskiego przymierza z ludzkością.

Rogier_van_der_Weyden_029

Prawdziwa przepaść rozciąga się pomiędzy przedstawieniem Maryi z Sądu Ostatecznego czy Zdjęcia z krzyża, a portretem młodej kobiety, który dzisiaj podziwiać możemy w berlińskim Staatliche Museen – Gemäldegalerie. Obraz powstał na dębowej desce, najprawdopodobniej około 1445 roku, a malarz wykorzystał do jego stworzenia farby olejne. Wielu interpretatorów skłonnych jest uznać, że mamy do czynienia z portretem Elisabeth Goffaerts, żony artysty, z którą Rogier van der Weyden wziął ślub w 1426 roku. Na pewno było ją stać na tego rodzaju dworskie atrybuty zamożności jak piękna suknia, wykwintny czepiec, złote szpile i takież same ozdoby na palcach. Niewiasta wypływa z mroku i pewnie, rozumiejąco patrzy na malarza i tych, którzy podziwiać będą jej portret w kolejnych stuleciach. Ma piękne oczy i zmysłowe, urodziwe usta i łatwo możemy wyobrazić sobie jakże cudna musiała być jej twarz przyobleczona w burzę puszystych włosów. Tutaj jednak zaprezentowana zgodnie z wymogami późnogotyckiego malarstwa portretowego, w czepcu, staje się ikoną niewinności i czystości, prawdziwej ostoi dobroci i spokoju. Trudno sobie przedstawić ją w gniewie czy depresji, niemożliwe wydaje się pojawienie jakiegoś demonstracyjnego grymasu na jej buzi. Jeśli była żoną malarza, to trudno się dziwić, że otoczony szczęściem rodzinnym, tworzył tak harmonijne i kunsztowne dzieła. Ta kobieta mogła mu dać także zadowolenie erotyczne, bo przecież wyraźnie pod odzieniem rysują się atrybuty niewieściego piękna. Piersi nie są za duże, ale jednak bardzo kształtne, a filigranowa sylwetka sugeruje także kształtną postać – tylko nieziemska uroda mogła spowodować, że artysta tej klasy co van der Weyden, tak dobrze sytuowany i sprawujący tak ważną funkcję, ożenił się z córka szewca. W jej pozie jest coś z przekory, jakby ubrała się w nie swoje szaty, jakby chciała zaraz je zerwać i tańczyć, bawić się, zamiast siedzieć przed artystą i spokojnie mu pozować. To jest młodość przyobleczona za szybko w powagę, to żywiołowość, która nie chce jeszcze wchodzić w alianse ze starością i jej atrybutami, to wreszcie seksualność, która eksploduje pod suknią i domaga się spełnienia. Jakby cierpliwie czekała aż jej mąż skończy kolejną sesję, a potem z uśmiechem powiedziała: No dosyć już tego… czas założyć lekką suknię, zająć się kuchnią, dziećmi, a potem czerpać radość z bliskości mężczyzny. Nie zachowały się żadne przekazy na ten temat i możemy tylko domniemywać, puszczać wodze fantazji, wpatrywać się w tajemniczą postać na obrazie i dopisywać scenariusze do jej życia.

Isabella_of_portugal

O ile opisany wyżej portret zachwyca z powodu urody i delikatności modelki, o tyle kolejny obraz niderlandzkiego mistrza (to niestety tylko wierna kopia, pochodząca z około 1500 roku) rodzi podejrzenie, że ryzykował wiele, ukazując brzydotę Izabeli Aviz, córki króla Portugalii Jana I Dobrego. Choć ubrała się w najdroższe, wzorzyste, bogato haftowane stroje, to wygląda komicznie, żeby nie powiedzieć groteskowo. Ma zbyt pociągłą twarz, łyse czoło, wyraźnie pomarszczoną szyję i worki pod oczami, a do tego jest płaska i zgarbiona. Widać, że chce się zaprezentować jak najlepiej, ale mankamenty jej urody, zamiast zniknąć, zostały uwydatnione, a nawet wzmocnione przez realizm brukselskiego mistrza. Ta księżna Burgundii, która urodziła Filipowi III Dobremu trzech synów, wyraźnie jest już w wieku około pięćdziesięciu lat i tylko ogromną ilością pudru próbuje maskować mankamenty swojej fizjonomii, ubiera się nieskromnie, a kolejne elementy jej stroju, a więc koronkowy welon, suknia i jedwabny, zielony pas, wskazują na brak umiaru i chęć zatrzymania młodości za wszelką cenę. Malarz wykazał tutaj maksimum dobrej woli, a i tak jego dzieło budzi uśmiech, przywołuje przedstawienia teatralne, sceny misteryjne, gdzie tego rodzaju stare matrony bywały wykpiwane w średniowieczu i renesansie. Tylko delikatne palce dłoni mogą budzić zainteresowanie mężczyzny, choć stają się one jakimś dziwnym atrybutem piękna w obliczu natrętnej, krzykliwej brzydoty. Malarz pokazał tutaj swój kunszt, odwzorowując z fotograficzna dokładnością ornamenty na sukni i na koronkowym okryciu głowy, błyski na pasie, ale też pokazał nijakość rysów twarzy, zgasłe oczy i dziwacznie układające się usta. Dość tajemniczy jest napis w górnym lewym rogu dzieła: Per sica Sibylla, co znaczy po łacinie – przez sztylet Sybilli. Jak wiadomo w przepowiedniach tej wizjonerki zakrwawiony sztylet pojawia się jako atrybut Szatana – czyżby świadczyło to o tym, że Izabela Aviz zajmowała się ezoteryką i wielką wagę przywiązywała do pism profetycznych? Czymkolwiek się nie zajmowała, nie należała do istot najpiękniejszych na ziemi, ale miała przynajmniej do tego zdrowe podejście – ileż władczyń kazałoby natychmiast powiesić malarza, który odważyłby się na oddanie modela bez upiększeń? Niektórzy historycy sztuki uważają, że napis w rogu został dodany znacznie później, a obraz, powstały zapewne w warsztacie mistrza Rogiera, podziwiać obecnie możemy w Los Angeles, w Muzeum Jeana Paula Getty’ego. Swoją drogą kopista musiał też być malarzem niezwykle utalentowanym, ale przecież wyżej wskazaliśmy jak wielcy twórcy uczyli się mimetycznego rzemiosła od van der Weydena.

ELEMENTY (3)

Szklo

Nasze pierwsze spotkania ze szkłem bywają bolesne i okupione przelaną krwią, nagle pojawiającą się na palcach lub innych partiach dłoni. Tak było też w moim przypadku, gdy jako mały chłopiec bawiłem się kawałkiem niebieskiego szkiełka, znalezionym na podwórku. Patrzyłem przez nie na świat i nie mogłem się nadziwić tej nagłej odmianie, a przy spojrzeniu w słońce, okazało się, że ma ono kształt okręgu, taki sam jak piłka albo owoc pomarańczy. Wszystko dookoła nagle stało się niebieskie i zacząłem manipulować magicznym filtrem, to ustawiając go pod kątem, to przykładając nieomal do oka. W pewnym momencie mój mały kciuk osunął się z ostrej krawędzi, poczułem przeszywający ból, a na palcu pojawiły się, szybko potężniejące krople krwi. Pobiegłem z płaczem do domu, znacząc ślad mojej ucieczki małymi, jaskrawymi kropelkami życiodajnego płynu. Mama szybko opatrzyła mi kciuk, bez problemów też zaczął się goić, ale jeszcze przez jakiś czas, zahaczana niechcący skóra, boleśnie dawała znać o kontuzji. Potem tych przecięć było wiele, a szczególnie na osiedlu Błonie, gdzie się przeprowadziłem z rodziną. Przy budowanych blokach stale leżały jakieś potłuczone fragmenty szyb, walały się części jakichś szklanych urządzeń, zużytych słoików i butelek. Te ostatnie najczęściej były po piwie i miały zielony lub brązowy kolor. Stłuczone też służyły do czarodziejskiego zamieniania barw świata, ale pękały tak, że miały niezwykle ostre krawędzie i łatwo można było się nimi zranić. Trudno mi teraz wyodrębnić te kolejne momenty, gdy nieostrożność kończyła się urazem, ale było ich wiele. Szczególnie zapamiętałem jedno zdarzenie, gdy podniosłem z ziemi spory trójkąt zbitej szyby i chciałem go rzucić daleko przed siebie. Chciałem obserwować jego płaski lot, ale gdy zamachnąłem się skutki okazały się opłakane. Szyba dotkliwie rozorała część mojej dłoni i musiałem szybko biec do domu, by zdezynfekować i zabandażować ją jak najściślej. To było jedno z moich  najgorszych „szklanych” doświadczeń i głęboko wryło się w pamięć, powodując, że później bywałem już ostrożniejszy.

GreenGlassBottles-630x419

Inne bolesne spotkanie z przezroczysta materią zapamiętałem dobrze, bo skończyło się wizytą u lekarza w przychodni zdrowia i sporym stresem. W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia powszechne były punkty skupu butelek i słoików, usytuowane w jakichś piwnicach, na zapleczu sklepów lub w domkach jednorodzinnych. Jako chłopcy często korzystaliśmy z tego dobrodziejstwa, zawożąc do tych punktów ogromne ilości opakowań szklanych, wydobywając je ze śmietników i piwnic, znajdując pod płotami albo w miejscach, gdzie gromadzili się pijacy. Moje osiedle graniczyło z dzielnicą Jary i czasami toczyliśmy boje z chłopcami z sąsiedztwa, czasem też grywaliśmy z nimi w piłkę na wielkim polu albo spotykaliśmy ich na pobliskich kąpieliskach. W jednym z domków mieszkało dwóch braci, z których jeden był bardzo gwałtowny, ale rozgarnięty, a drugi zdawał się być stale otępiały, zakompleksiony i dziwaczny. Ten niezbyt lotny koleś zyskał u nas przezwisko Siwy i traktowany był jako rodzaj niegroźnego głupka, któremu jednak lepiej nie wchodzić w drogę. Zdarzenie, które mi się przypomina, miało miejsce na centralnej drodze Jarów, prowadzącej do skupu opakowań. Zapakowałem dwie solidne siatki butelek po winie i wódce, dołożyłem słoje, wszystko powiesiłem po obu stronach kierownicy roweru i tak obarczony ruszyłem przed siebie. Po chwili udało mi się rozpędzić i już jechałem przez Jary, widząc, że jakieś dwieście metrów przede mną sto na środku traktu ów niegroźny chłopak. Nie wiem co mnie tknęło, co spowodowało, że tak obciążony i koślawo jadący, zapragnąłem przestraszyć go i spowodować, że ucieknie gdzie pieprz rośnie. Zacząłem wrzeszczeć: Siiiwwwyyyy… i pedałowałem wprost na niego, nie zdając sobie sprawy jakie będą konsekwencje mojego postępowania. Chłopak stał odważnie i ani myślał zejść mi z drogi, dopiero, gdy prawie w niego uderzałem, wykonał zadziwiająco zwinny ruch i przekręcił ciało w prawo. Otarłem się o niego, a jedna z siatek, poruszona gwałtownie, wypluła z siebie dużą, zieloną butelkę po winie „patykiem pisanym”. W ułamku sekundy uznałem tę stratę za wartą frajdy, jaką miałem prawie taranując Siwego, ale po chwili gorzko pożałowałem tego, co zrobiłem. Prostując się na pedałach i przyspieszając, nie mogłem zauważyć, że chłopak błyskawicznie pochylił się, sięgnął po butelkę i rzucił ją z rozmachem w moim kierunku. Poczułem tępy ból w okolicach potylicy i gorąco rozlewające się po szyi, a krew szybko zaczęła zabarwiać moją koszulę i kapać na ziemię. Zeskoczyłem z roweru i przerażony zacząłem prowadzić go z powrotem w kierunku Osiedla. Siwy, gdy zobaczył, co zrobił, natychmiast czmychnął przez płot na cmentarz i zniknął pomiędzy nagrobkami, a ja wraz z mamą wylądowałem w przychodni, gdzie opatrzono moją dużą ranę.

bezbarwne_float1

Kolejne doświadczenie, związane ze szkłem miało miejsce, gdy przy nowym wieżowcu pojawiła się duża ekipa szklarzy, przygotowujących szyby okienne. Mieli ze trzy duże stoły, na których sprawnie cieli kolejne tafle, a potem umieszczali je w ramach. Przy tej okazji powstawało wiele cienkich wstęg odpadowych, a także kwadraty i prostokąty oraz mnóstwo potłuczonych kawałków. W czasach komunizmu marnotrawiono materiały na potęgę i przy tego rodzaju produkcji rosły górki zepsutych fragmentów. Przyglądaliśmy się pracującym szklarzom, ale czekaliśmy też na koniec ich dniówek, bo wtedy na wyścigi wykradaliśmy „szklane miecze” i „maczety” i improwizowaliśmy niebezpieczne walki na nie. Szkło owijało się tekturą na dole, tak by móc je uchwycić i już można było nim wywijać w powietrzu niczym białą bronią. Najdzikszy z nas – jasnowłosy Kopel – robił to tak intensywnie, że wszyscy się odsuwali albo wręcz uciekali z podwórka i z daleka przypatrywali się temu, co wyprawiał. Oczywiście w końcu zranił się paskudnie i oblał krwią, ale dla niego to nie była pierwszyzna, bo sam się okaleczał dość często, petując na skórze papierosy i robiąc sobie szerokie „sznyty” na przedramionach. Z tego szklanego dobrodziejstwa czerpali też dorośli, którzy chyłkiem wynosili z budowę sporo mniejszych kawałków szyb i używali je potem na działkach do budowy inspektów lub do odgradzania grządek. Pisałem już w moim dzienniku o tym, ale warto przypomnieć raz jeszcze – najbardziej przerażające doświadczenie ze szkłem, jakie miałem w życiu, związane było ze wspomnianym Koplem, który wszedł ze mną na dach jedenastopiętrowego mrówkowca, a znalazłszy tam duży trójkąt szkła, niewiele się zastanawiając, cisnął nim pod kątem w powietrze. Przeraziłem się tego strasznie i natychmiast zbiegłem po schodach na parter, bojąc się, że szyba, lecąc z ogromną szybkością, ścięła głowę jakiemuś dziecku albo dotkliwie zraniła dorosłą osobę. Mój zwariowany kolega biegł za mną po schodach i wrzeszczał jak najęty, popisywał się przed mijanymi ludźmi i śmiał się histerycznie, gdy zwracali mu uwagę. Na szczęście szkło, ciśnięte z dużej wysokości i szybujące w powietrzu jak gilotyna, upadło gdzieś na trawnik i nikomu nie wyrządziło krzywdy. Kilka razy potem śniło mi się, że ta szybująca tafla dekapituje rozkosznego blondynka, podążającego obok matki albo, ze trafia ciemnowłosą dziewczynę, którą wtedy czule i namiętnie kochałem.

Murano_making_a_Glass_Horse1

Jakże inne było moje doświadczenie, związane ze szkłem, na wyspie Burano, w drodze do centrum Wenecji, oddalonego od niej o jakieś siedem kilometrów. Brałem udział w wycieczce polskich poetów i zatrzymaliśmy się tam by podziwiać piękno kolorowych domów, a także wziąć udział w pokazie wydmuchiwania szkła tradycyjną metodą. Ta wyspa, położona w Lagunie Weneckiej, słynie z pięknych, specjalnie barwionych szkieł i co roku przyciąga miliony turystów. Tuż obok jest wysepka Murano, a na niej cmentarz przy kościele św. Michała, na którym pochowano Ezrę Pounda i Josifa Brodskiego. Zaprowadzono nas do tradycyjnego warsztatu, gdzie mistrzowie szklarscy pokazali nam jak się wyrabia przedmioty z rozgrzanej do czerwoności masy. Trzeba być naprawdę zręcznym i uważnym by wykonywać trudne ewolucje z czymś tak kruchym, a przy tym uzyskiwać efekty, które zachwycają od wieków ludzi na całym świecie. Wszystko zaczęło się na Murano, gdzie już w XIII wieku ukształtowano większość charakterystycznych elementów tzw. szkła weneckiego. Jest ono niezwykle barwne i pojawiło się w lagunie za sprawą uciekinierów z Bizancjum, którzy przybyli do niej w czasach IV krucjaty (1204) i nauczyli miejscowych robotników jak nasycać szkło kolorami, jak zwiększać jego przejrzystość i jak je dekorować. Po roztopieniu krzemionki i dodaniu topników oraz plastyfikatorów (tlenek sodu) uzyskuje się materię dającą się długo kształtować, a poprzez kolejne fazy schładzania i rozgrzewania wzmacnia się barwy i jasność szkła. Używa się także sodu dla uzyskania nieprzejrzystej powierzchni, azotanów i arsenu dla wyeliminowania pęcherzy. W podobny sposób uzyskuje się kolory, a barwę szkiełka, przez które patrzyłem w dzieciństwie na świat (akwamaryna) otrzymuje się przez dodanie związków miedzi i kobaltu. Wytrawny rzemieślnik potrafi łączyć różnokolorowe kawałki rozgrzanego szkła (incalmo), sprawnie też emaliuje, złoci i prążkuje, co ma szczególne znaczenie przy wyrobach misternych kielichów, pater, imitacji zwierząt i przedmiotów. Narzędzia używane w produkcji to szczypce i kleszcze używane do ręcznej obróbki szkła rozgrzanego do czerwoności (borselle), dmuchawy (canna da soffio), metalowe pręty (pontello) do nanizania części wyrobu dla wykonania końcowych czynności, obcinacze szkła (tagianti). Cały proces odbywa się przy rozległym i specjalnie skonfigurowanym stole warsztatowym (scagno). Z ogromnym zaciekawieniem przyglądałem się jak jeden z mężczyzn wyciąga rozgrzaną masę, wydmuchuje ją i kształtuje z niej pegaza. Nie wiem czy wiedział, że jego widzami są poeci i poetki, ale przedmiot, który szybko wykonał, w jakiś sposób korespondował z profesją naszego audytorium. Kiedyś marzyłem o tym, by mieć jakieś konkretne zajęcie, jakiś specjalny fach w dłoni, ale życie zaprowadziło mnie tu, gdzie jestem i tak już zostanie. Zamiast wydmuchiwać szkło, tworzyć jakieś mechanizmy, naprawiać buty albo projektować biżuterię, piszę książki i może w jakimś stopniu zajecie to bliskie jest inwencji, z jaką miałem do czynienia w warsztacie szklarskim na wyspie Burano.

4110548763_ba02c10fa9_z

Po wyjściu ze statku, płynącego przez lagunę, znalazłem się na Placu Świętego Marka i zacząłem zwiedzać wiele uliczek, zaułków, niewielkich podestów. Zachodziłem też do sklepów z kolorowym szkłem, które pyszniły się swoim kruchym przepychem. Pełno w nich było kielichów i amfor, misternie zdobionych szklanic i talerzy, a nade wszystko figurek ludzi i sylwetek zwierząt. Moją uwagę przykuły szczególnie szklane cukierki, różnorodne, barwne jak egzotyczne ptaki, ozdobione wzorami jak papierki prawdziwych słodyczy. Na środku sklepu stała ogromna misa, a w niej leżała ta niezwykła różnorodność, zwieńczona kartką z ceną. Jeden szklany cukierek, w 2003 roku, kosztował jednego euro, ale żeby efekt ozdobny w szafie czy na półce był wyrazisty, trzeba było kupić tych szklanych dziełek sztuki bardzo dużo. Jedna z pań nabyła chyba ze trzydzieści świecidełek, a ja zadowoliłem się kilkoma, może dziesięcioma, które potem i tak rozdałem rodzinie i znajomym. Kupując cokolwiek w Wenecji i w innych włoskich miastach, trzeba było bardzo uważać, bo sprzedawcy zawsze oszukiwali, wydawali mniej pieniędzy, niż powinni, podliczali sumę końcową ze specjalnym „dodatkiem” itd. Gdy się ich na tym złapało, udawali roztargnienie szybko korygowali zapłatę, gnąc się w ukłonach i przepraszając po dziesięć razy. Zetknąłem się z takimi machinacjami również w Hiszpanii, Grecji i Turcji, a także w południowej Francji. Do dzisiaj kolorowe, szklane cukierki leżą u mnie na jednej z półek, przy powieściach pisarzy amerykańskich i rosyjskich, choć może lepiej by było, gdyby w tle pojawiły się tomy Włochów. Niestety nie mam za wiele takich książek, a przypomina mi się tylko Pustynia Tatarów Dina Buzzatiego, Dziełka moralne Giacoma Leopardiego i kilka książek Umberto Eco, ale one stoją w zupełnie innym miejscu mojego mieszkania. Spacerując po Wenecji, zachodząc do kościołów z różnofarbnymi witrażami, zachowałem w pamięci kruchą, szklaną ornamentykę i różnorodność dzieł szklarzy z Murano i Burano. Dawniej miasto na wodzie miało zabudowę drewnianą i bano się, że jakikolwiek przemysł może stać się przyczyną kolosalnego pożaru. Umożliwiono zatem rozwój manufaktur szklarskich na pobliskich wyspach, które nawet gdyby spłonęły, nie zagroziłyby centrum Wenecji. Wracając dwoma autokarami do Polski pokazywaliśmy sobie nasze wielobarwne trofea, kryształowe kielichy w specjalnych futerałach, wykładanych atłasem i sporo pobrzękujących szklanych gocce, których nie dało się zjeść, ale które stały się rodzajem nieustannego zaproszenia do skosztowania czegoś słodkiego. Teraz też – gdy na nie patrzę – cieknie mi ślinka i chyba skuszę się na kawałek czekolady albo zjem jakiegoś „zakazanego” cukierka…

METAFIZYKA CHWILI

_DSC0753

Prawdziwa poezja bywa rodzajem uczuciowego instrumentu, ukazującego skalę uwrażliwienia, moc słowa i niezwykłą siłę wyobraźni. Jest naturalną odpowiedzią umysłu na to, co dzieje się w sferze uczuć, co wyświetla się z myślą i podąża ku podświadomości, ku marzeniom onirycznym i obrazom centralnym dla świadomości. To jest rodzaj drżącego oczekiwania na impuls, który pojawiał się wiele razy i który wracał jak echo pierwotnego bólu, nieustannego czuwania, ciągłej gotowości na rozświetlenie. Tylko istota niezwykła, tylko osobowość stworzona przez doświadczenia bolesne i egzystencjalnie skrajne, zaczyna ewokować z siebie taką nową rzeczywistość, tylko ktoś, kto osiągnął stan subtelności wewnętrznej chwyta za pióro i zapisuje w formie wierszy swoje doświadczenia. Ta liryczna odpowiedź na metamorfozę, dokonującą się w człowieku, ta próba odtworzenia wnętrza i przeniesie go ku zewnętrznym obszarom istnienia, ma wszelkie cechy heroizmu, bo najczęściej kończy się porażką. Miliony ludzi, którzy poprzez wieki próbowały pisać i konfrontować swoje utwory z krytykami epoki, czytelnikami wrażliwymi i wybrednymi, z intelektualistami szukającymi odpowiedzi na zagadkę istnienia, musiało poddać się i przyznać, że jest to sztuka należąca do najtrudniejszych, dająca się porównać z mistrzostwem malarzy i grafików, z idealną kreatywnością wielkich kompozytorów. U takich bytów: ból rodzi się z niemocy/ dopada o świcie/ jak chorągiewką/ potrząsa zmysłami/ wiruje trzeszczy/ i gwiżdże/ zgrzyta zębami/ jakby chciał posiąść/ (…)/ niewymierność – u takich osób jest to zmaganie, które rodzi cierpienie, ale też obietnica spełnienia, doświadczenia samego siebie i odbicia sobą świata, w których żyją.

W poezji Anety Szczepockiej-Walas  i d e a ł   zderza się z powszedniością z ogromną siłą, generując wiersze prawdziwe i pełne pasji, mówiące wiele o niezwykłym wnętrzu autorki i jej nieustannej potrzebie doświadczania miłości, piękna i mądrości. To jest wołanie o wrażliwość i ujawnianie najskrytszych tajemnic istnienia, to próba rekonstrukcji tego, co kochająca kobieta nieustannie gubi i odnajduje ledwie na chwilę, na ułamek sekundy, na mgnienie. Ale poetce to wystarcza, by odnaleźć siebie w takim doświadczeniu, bo przecież, dla niej, jest to moment graniczny, gdzie zaczepia swoje niezwykłe wizje i konstrukcje. Ze starannie dobranych słów buduje liryki, które mają w sobie zwiewność i wiedzę o mechanizmach istnienia, wiarę w nadchodzące, niezwykłe chwile i przekonanie, że słowo jest w stanie dźwignąć byt na wyższy poziom egzystencji. Taka postawa może jednak czasami rodzić niezrozumienie, bo każda istota inaczej odbiera świat, jego skomplikowanie i wymiary. Dlatego poetka – zwracając się do kogoś bliskiego – ukazuje takie bolesne rozdarcie: mówisz że jestem przeklęta/ bo nie umiem pokroić chleba/ w równe plasterki/ że jestem nie z tego świata/ bo marzę o locie ptaka/ wróżysz mi samotność/ wychodzisz rozdrażniony/ złościsz się na mój wiersz.  Codzienność graniczy tutaj z wiecznością, a marzenie o miłości idealnej zderza się z inną głębią ontyczną, nie dającą się dopasować do tego, co autorka tych słów uznała za podstawę spotkania z drugim człowiekiem. Prawdziwe uczucie rodzi się z kompromisów, a także oddania i zawierzenia, że to, co oferuje ukochany jest prawdziwe i ma swoją życiową nośność. Tylko w takim związku możliwa jest miłość totalna, karmiczna, rozświetlająca dwa światy i nieustannie kojąca ból istnienia.

Autorka posiadła niespotykaną umiejętność ukazywania w wierszach metafizyki jaskrawych chwil, dopełniania treści codziennych głębią i czystością marzenia, prawdą o drżeniu, które jest udziałem nadwrażliwości. Dla niej liczy się każdy moment, ale też potrafi ona zauważyć utraconą cząstkę życia: samotność to nie treść/ to przestrzeń po niej/ którą czujesz o czwartej/ nad ranem/ śpiewając bluesa/ o upragnionym śnie/ to granica strachu/ i niepokoju/ którą wyznaczasz/ rozwartymi oczyma. Ta pustka jest nie do zniesienia, ale też generuje kolejne pragnienia i każe pisać, utrwalać na papierze to, co nieuchronnie przepadłoby wraz z kolejnym zamknięciem drzwi. Przejmującym tonem tej poezji jest miłość wytęskniona i ciągłe oczekiwanie, nieustanne wpatrywanie się w ciemność i wiara, że spotkanie z drugą osobą rozświetli mroki. A potem twórcze przekształcenie wspomnienia, radość pełni i pytanie o jej autentyczność, rozmycie rzeczywistości, które udaje się tylko poetkom najprawdziwszym: zdarzyło się coś/ COŚ miało się zdarzyć/ ptaki śpiewają/ woda tryska/ źródłem/ krew płynie w żyłach/ serce bije/ COŚ miało się/ zdarzyć/ i gdyby się zdarzyło/ ptaki by śpiewały/ może te może inne/ może tak może inaczej/ woda tryskałaby źródłem/ może tak samo/ w żyłach krążyłaby krew/ tak samo czerwona/ serce by biło/ może szybciej może wolniej/ zdarzyło się coś/ COŚ miało się zdarzyć. To jest też pytanie filozoficzne o to, co się w naszym życiu wydarza i o autentyczność naszych przeżyć, o prawdę tego, co doświadczamy. Kobiety są bytami szczególnie podatnymi na tego rodzaju wątpliwości, nieustannie szukają potwierdzeń, że ich istnienie jest prawdziwe, a smak i dotyk nie kłamią. Warto czytać wiersze Anety Szczepockiej-Walas, bo jest w nich prawda o uczuciach i namiętności, jest wiara w niezwykłą miłość i zarazem drżenie w obliczu samotności i bólu oczekiwania, a nade wszystko   c h w i l a   jawi się w nich jako ten metafizyczny moment, który się wydarza i który uchwycić może tylko subtelna liryka, tworzona przez osobę rozumiejącą wewnętrzne mechanizmy żywej egzystencji.

BIBLIOTEKA

1

Biblioteka towarzyszy nam przez całe życie, a szczególną wagę ma dla humanistów i ludzi kochających książki, gromadzących je na półkach z potrzeby serca i zamiłowania. To jest chęć posiadania cząstki dziedzictwa wielkich pisarzy, to pragnienie otaczania się tymi, którzy nas zafascynowali i swoim artyzmem wiele razy przenosili do światów własnej imaginacji. Książka pełni funkcję poznawczą, a lektura staje się rodzajem zakazanej przyjemności, która pojawia się, gdy mamy na nią czas i rozluźniamy się, czynnie wypoczywamy, chłonąc to, co zostało zapisane na papierze, wyobrażając sobie zdarzenia, typy ludzkie i przestrzenie, w których bytują. Ważny jest też walor estetyczny, gdy pięknie wydane książki, poustawiane na półkach, najlepiej za szybkami, stanowią o charakterze mieszkania, tworzą aurę bogactwa intelektualnego, z którego można korzystać do woli i wybierać z mnogości, z wielkiej obfitości, przenikając wieki i dziesięciolecia. Moja pierwsza biblioteka składała się z trzech, może czterech półek i pojawiła się w jednym z zakamarków mieszkania rodziców, a wypełniły ją książki przywiezione od dziadków, wydarte ogniowi, bo leżały już przygotowane do spalenia w piecu. Trudno mi dzisiaj wskazać jakieś konkretne tytuły, ale na pewno była tam cieniutka książeczka Leonarda Życkiego pt. Bajki matki Sirabili, w której znalazły się proste opowieści z Afryki. Pamiętam jakie wrażenie zrobiły na mnie, gdy czytała mi je mama, a potem, gdy wielokrotnie wertowałem stronice i przyglądałem się stylizowanym zwierzętom i wyobrażeniom czarnych postaci. Dawno zapomniałem o tej książeczce, wydanej w 1964 roku, miałem tylko jakieś jej mgliste wyobrażenie, ale potęga Internetu jest ogromna i wpisując określone hasło, łatwo ją znalazłem, pamiętając, że na okładce było wyobrażenie afrykańskiej maski z rogami. Zdaję się, że ta egzotyczna inicjacja dziecięcej wyobraźni wpłynęła potem na moje szczególne zainteresowania Czarnym Lądem, studiowanie map, czytanie wielu dzieł podróżniczych, gromadzenie widokówek i znaczków pocztowych. W tej mojej pierwszej biblioteczce była na pewno książka Wernera Legère’a Zaginiony wśród korsarzy i Cuszima Aleksego Nowikowa-Priboja, były też Baśnie Hansa Christiana Andersena. Książki te przeglądałem i poczytywałem, ale były one jeszcze dla mnie za trudne, miałem przecież ledwie siedem lat. Wielokrotnie je przestawiałem i układałem według wielkości na półkach, co sprawiało mi już wtedy ogromną przyjemność i było wstępem do późniejszych nieustannych zmian w zakresie ustawień tomów, całych serii edytorskich, a nawet prawdziwych białych kruków.

3

W okolicach czwartej klasy szkoły podstawowej zacząłem czytać książki Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego i jego łowach na dzikiego zwierza. Przypadkiem w bibliotece był tylko tom o podróży do Afryki i od niego wszystko się zaczęło, spowodowało lawinę wyobraźniową i prawdziwe wejście do świata książki. Szybko pochłaniałem kolejne tomy z tej serii i otwierałem się na przebogate informacje geograficzne i zoologiczne, które w nich się znajdują. Akurat otwarto osiedlową bibliotekę, w piwnicy jednego z pobliskich wieżowców, a potem we wspaniałym, nowym lokalu, więc zapisałem się i przynosiłem do domu coraz więcej różnorakich woluminów. Czytałem przede wszystkim książki przygodowe i szybko wyodrębniłem serie, w których je publikowano, ale też zacząłem sięgać po poważniejsze tytuły, rzucając się wybory wierszy, powieści i opracowania popularnonaukowe. Pamiętam jak przyniosłem duże, pięknie ilustrowane wydanie Boskiej komedii Dantego i niewiele z niej rozumiejąc, czytałem mechanicznie, większą uwagę skupiając na niezwykłych obrazach. Z większym samozaparciem brnąłem przez Don Juana Byrona i wiersze Juliusza Słowackiego, choć i tutaj miałem problemy z przyswojeniem sobie treści, gubiłem wątki i miewałem momenty zniechęceń albo wręcz buntu. Patrząc na te zmagania z perspektywy minionego czasu, widzę ze zdumieniem, że prowadziły mnie one ku głównym nurtom moich zainteresowań literackich i późniejszych samodzielnych prób pisarskich. Wraz z ożywieniem czytelniczym, wejściem w okres licealny, a potem studencki, rosły moje domowe biblioteki, choć zawsze ograniczone one były warunkami lokalowymi rodziców. Na szczęście w tamtych czasach można było łatwo sprzedać książki w antykwariatach, więc wymieniałem je często, a za uzyskane pieniądze kupowałem stale sporo nowych tomów. To był już czas pierwszego pisania wierszy i szczególnego zainteresowania światową poezją – na półkach pojawiły się tomy z serii celofanowej, wiśniowe i beżowe, skóropodobne okładki serii klasyki polskiej i obcej, a także pierwsze zestawy dzieł zebranych różnych pisarzy, np. Słowackiego, Conrada i Gałczyńskiego. To był jeszcze groch z kapustą, ale powoli serie wydawnicze kształtowały profil mojej późniejszej biblioteki, którą rozwinąłem po ślubie i zamieszkaniu we własnym lokalu. Warto w tym miejscu powiedzieć o tym, że wtedy książki łowiło się jak cenne okazy, bo był na nie wielki popyt, a niskie ceny sprzyjały zakupom. Akurat Marek Czuba, mój kolega z liceum, podjął pracę jako szef księgarni przy ulicy Koronowskiej i zostawiał mi tam wiele tytułów, które regularnie wykupywałem i znosiłem w wielkich ilościach do domu.

2

Richard Lydekker i jego dzieło – Zwierzyna łowna Afryki (wyd. II, 1926)

Jeszcze pod koniec liceum wpadła mi ręce książka niezwykła, która odegrała ogromną rolę w zakresie kształtowania się moich zainteresowań podróżniczych, a także nauki języka angielskiego. Będąc raz w Antykwariacie Naukowym, na Starym Rynku w Bydgoszczy, znalazłem na półce gruby tom, oprawiony w płótno i skórę pt. The Game Animals of Africa. Dzieło zostało wydane w 1926 roku w Londynie, a jego autorem był Richard Lydekker (1849–1915), wielki angielski naturalista i geolog, autor wielu wspaniałych, bogato ilustrowanych prac. Nie wiem skąd miałem wtedy tak duże pieniądze, ale za sporą sumę zakupiłem ten tom i zacząłem go regularnie studiować. Na początku miałem spore trudności, ale licealne lekcje języka angielskiego i intensywne uczenie się słówek, spowodowały, że kolejne rozdziały odsłaniały się przede mną z coraz większą wyrazistością. Już we wstępie autor wskazuje złożoność spraw, które opracował, a choć nie przepadałem za łowiectwem, czerpałem z tej różnorodności ujęć i uczyłem się zoologii i geografii: Two points in connection with the African continent demand brief mention: firstly, its enormous area, about four times that of India; and, secondly, the marked distinction of the fauna of Africa north of the Sahara, or north of the tropic of Cancer, from the of all the vast region to the southward of the same. Northern Africa is, in fact, so far as its animals are concerned, a part of Europe. We have, for instance, in this area such groups as deer, sheep, goats, and bears, which are conspicuous by their absence from the rest of the continent, exept so far as sheep and goats have penetrated some distance into the highlands of the north-eastern corner. On the other hand, what may be called the characteristic African animals are to a great extend wanting from the tract north of the Sahara. Rzeczywiście niedźwiedzie nie występują w Afryce, a fauna na północ od zwrotnika Raka różni się znacznie od Afryki na południe od Sahary, nazywanej niegdyś Etiopią. To porównanie do Indii nie jest dowolne, bo Lydekker odbył wielką podróż na ten azjatycki subkontynent, a także zgromadził tam wielkie zbiory fauny, skamielin i minerałów, które przekazał Muzeum Historii Naturalnej w Cambridge. Owocem wyprawy było też dzieło z 1900 roku pt. The Wild Animals of India, Burma, Malaya, and Tibet, a także współpraca z encyklopedią Britannica. Książka wielkiego Anglika odtąd stała się cenną częścią mojej biblioteki i wielokrotnie ją pokazywałem zaprzyjaźnionym osobom, a także kolejnym moim dziewczynom, które najczęściej nie wykazywały w tym względzie zbyt wielkiego zainteresowania i nie podzielały mojego entuzjazmu. Jedna z nich powiedział wprost: Co ty mi tu kozy będziesz pokazywał…? Mamy chatę wolną, to skaczemy do łóżka… Co było robić, na chwilę odłożyłem pracę Lydekkera i zacząłem studiować inną anatomię…        

4

Okapi

Książka angielskiego zoologa szczególnie przydała mi się, gdy czytałem o łowieckich przygodach Wilmowskiego w Afryce. Akcja oparta została tam na poszukiwaniach i odkryciu legendarnego zwierzęcia, żyjącego w dżunglach Kongo (Ituri), dobrze znanego Pigmejom, ale do roku 1901 będącego wielką zagadką dla cywilizowanej ludzkości. Odkrył ją Sir Henry „Harry” Johnston (1858–1927), organizator ekspedycji, która dostarczyła pierwszy okaz do Europy i wywołała tym wielkie poruszenie. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to zwierzę powstałe w wyniku naturalnej krzyżówki – zaliczono je do żyrafowatych, ale kształt ciała i ubarwienie pasiaste na kończynach wskazywać może, że gatunek ten powstał z połączenia żyrafy i zebry, choć jeszcze zagadką pozostaje uzębienie, tak charakterystyczne dla rogatych przedstawicieli afrykańskiej fauny. Bardzo płochliwe zwierzę żyje na terenach bagnistych i na porośniętych dżunglą wzgórzach, czasem po kilka rozdzielonych osobników w jednym rejonie. Żywi się głównie roślinnością i grzybami, a swoje terytorium znakuje moczem i specjalnie wydzielanymi hormonami. Znane było dość dobrze starożytnym Egipcjanom dwunastej dynastii jako afrykański jednorożec, a Pigmeje od dawien dawna używali jego skóry do wykonywania ozdobnych okryć ciała. Tak jak żyrafa, okapi ma długi fioletowy język, który służy mu do zrywania wyżej położonych liści i gałązek, a także jest na tyle giętki, że może obmyć powieki i wyczyścić dość duże uszy. Zwierzę jest bardzo płochliwe, a stale zagrożone przez polujące na nie lamparty, dobrze się maskuje, w czym bardzo pomaga jego rdzawe ubarwienie i pasiaste desenie na szyi i nogach. Z racji tego, że podejrzewa się iż wizerunek egipskiego boga Seta ma w sobie elementy fizjonomii okapi, formułuje się tezę, że zwierzę to występowało niegdyś w rozlewiskach doliny Nilu Błękitnego, szczególnie w okolicach wodospadów Tissisat. U Szklarskiego, w powieści dla młodzieży, znalazłem tylko podstawowe informacje o tym ssaku, ale u Lydekkera było ich prawdziwe bogactwo i tłumaczyłem poszczególne strony z ogromną frajdą. Jakież to musiało być interesujące także dla czytelników w Europie, na początku dwudziestego wieku, tym bardziej, że zdobycie tych wiadomości okupione zostało wielu trudami, a kolejne wyprawy dotrzeć musiały do samego centrum Afryki, przedzierając się przez gęstą, bagnistą dżunglę. Liczni myśliwi udawali się wtedy na Czarny Ląd by upolować najciekawsze okazy, powszechnie mordowano słonie i nosorożce, żyrafy i zebry, antylopy i dzikie koty, ale prawdziwym łupem tego rodzaju zbójników było okapi. Na szczęście od 1932 roku zwierzę to jest pod całkowitą ochroną, a liczne okazy zobaczyć można w ogrodach zoologicznych, które znacznie przyczyniły się do zachowania tego gatunku. Na przykład w Antwerpii urodziło się już w niewoli czterdzieści siedem osobników, w San Diego trzydzieści osiem, a w angielskim Bristolu trzydzieści siedem.

5

Jakże piękny był to czas, gdy zamknięty w moim małym pokoiku na osiedlu Błonie, ze ścianami obwieszonymi mapami i fotografiami podróżników oraz dalekich lądów, studiowałem kolejne rozdziały dzieła Richarda Lydekkera. Oczarowany też magią powieści podróżniczych i książek opisujących dalekie wyprawy, najczęściej do Afryki i Ameryki Południowej, nie przykładałem wagi do etycznego aspektu zabijania dzikich zwierząt. Dopiero z upływem lat zacząłem się buntować przeciwko temu, stając się zwolennikiem szeroko rozumianej ekologii i pozostawiania poszczególnych gatunków w ich ekosystemach. Teraz owa spora księga, prezentująca zwierzynę łowną Afryki, służy mi jako atlas zwierząt, który wydobywam z biblioteki gdy oglądam filmy przyrodnicze albo czytam książki. I choć najczęściej są to utwory literackie – na przykład afrykańskie powieści Le Clezio, Smutek tropików Levi-Straussa, Zielone piekło Maufraisa – to czasami trzeba zerknąć do tej pracy, coś porównać, coś sobie przypomnieć. Zaletą tej książki są dobrze przygotowane tablice poglądowe, a choć nie mogą się one równać ze współczesnymi, barwnymi atlasami, to delikatna sepia, jaką zostały wydrukowane też ma swoją wartość. Telewizja prezentowała w tamtych latach czasami jakieś filmy przyrodnicze, ale była ona jeszcze wtedy czarno-biała i nie mogła konkurować ze źródłowymi opisami i wielkimi książkami podróżniczymi. Sporą rolę odegrała też tutaj moja wyobraźnia i marzenia o wyprawach  do Afryki, Australii i obu Ameryk, co w jakiś sposób się ziściło i mam nadzieję, że jeszcze nie raz ruszę ku dalekim celom. Nie byłem jeszcze w Afryce, ale nie chciałbym pojechać na reżyserowane safari, jeśli już, to pragnąłbym przemierzać jakieś ostępy, zagubione miejsca, szlaki, którymi nie wędrują zwykli turyści. Dzisiaj, gdy mamy wiedzę o licznych zagrożeniach , czyhających dzikich zwierzętach, wężach i owadach roznoszących bakterie, tym bardziej musimy podziwiać pionierów, którzy dla dobra nauki szli często w nieznane, płacąc niejednokrotnie życiem za swoje marzenia i naukową pasję. Łatwo się teraz ogląda kolejne tablice, prezentujące różnorodne antylopy, nosorożce, żyrafy i zebry, głowy drapieżników, zgromadzone obok siebie, na jednej stronie, ale przecież ktoś musiał je wcześniej upolować, zdobyć okazy, wypchać je, zakonserwować i przywieźć do Europy, gdzie rysownicy mogli je spokojnie i wiernie odwzorować. To osobna strona książek tego typu, która przyczyniła się bardzo do poznania świata zwierząt i roślin, dalekich krain i ich mieszkańców. Obok gazet z końca dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku tego rodzaju publikacje stawały się kamieniami milowymi w procesie naukowego opisu nieznanego.

6

Każda książka w bibliotece ma swoją historię, która trudna jest do odtworzenia, choć czasem udaje się coś wywnioskować z zachowanych w niej zapisów, pieczątek, odręcznych adnotacji. The Game Animals of Africa została wydrukowana w Edynburgu w drukarni R. & R. Clarków i tam zapewne została kunsztownie oprawiona. Jest to drugie wydanie, z krótkim wstępem J. G. Dollmana, a wydawcą była londyńska firma wydawnicza Rowland Ward. Zastanawiam się ilu ludzi musiało ją mieć w swoich rękach i ilu było przede mną jej właścicielem? Trafiłem na tak specjalistyczną książkę w bydgoskim Antykwariacie Naukowym, więc musiała trafić do mojego miasta w jakiś bardzo pokrętny sposób. A może ktoś przywiózł ją prosto z wysp brytyjskich lub trafiła od razu do którejś z księgarń niemieckich i szlakami zaborczymi dotarła do Brombergu. Dość dobrze się z nią obchodzono, nie spadła nikomu z wysokości na ziemię, bo byłyby tego ślady na tak misternej, płócienno-skórzanej okładce. Znalazłem w niej tylko ołówkiem zapisaną cenę z antykwariatu, a na poszczególnych stronach nie ma ani jednej adnotacji, żadnego podkreślenia. Zawsze szanowałem książki, więc nie ma w niej także moich podkreśleń i zaznaczeń, a w procesie tłumaczenia kolejnych rozdziałów żmudnie przepisywałem fragmenty. Przypomina mi się w tym miejscu mój pobyt w Stanach Zjednoczonych w 2002 roku, kiedy to przyjaciółka zabrała mnie do jednego z domów na tzw. garage sale lub yard sale, gdzie sprzedawano rzeczy po zmarłej osobie. Moją szczególną uwagę przyciągnęły książki – bogato ilustrowane atlasy, albumy malarstwa, całe zestawy dzieł wielkich pisarzy i poetów. Jakże żałowałem, że nie mogę wziąć wielu spośród tych książek do Polski, a przesyłka, z racji wysokich kosztów, też raczej nie wchodziła w grę. Książka Lydekkera też mogła trafić na jakąś europejską aukcje, mogła też podróżować po wielkim Imperium Brytyjskim, zahaczając o Australię, Nową Zelandię, Kanadę czy jakieś wyspy na oceanach, ale najpewniej trafiła do polski prostą drogą z Anglii. Zastanawiające jest tylko lekkie sfalowanie kartek, które może wskazywać na to, że przez jakiś czas dzieło znajdowało się w klimacie wilgotnym, co przy jego specjalistycznej tematyce mogłoby wskazywać na Afrykę. Stałem się jego właścicielem i na jakiś czas przechowałem w mojej bibliotece, skąd ruszy dalej po jakimś czasie. Może trafi wraz z wszystkimi moimi książkami do jakiejś większej instytucji, albo zostanie sprzedana przez moich spadkobierców nowemu właścicielowi. Gdziekolwiek by nie trafiła, stała się pierwszym elementem mojego cyklu wspomnień o książkach, kolejnych przywołań tomów, które wywarły wielki wpływ na moje życie i spowodowały, że jestem tym, kim jestem. Odkładając gruby wolumin Lydekkera z powrotem na półkę, czuję jego wagę i wartość dla moich losów, a choć nie wiem kto miał ją przede mną w swoich zbiorach, cieszę się, że dobrze ją traktował i ostatecznie zaniósł do bydgoskiego antykwariatu naukowego, gdzie czekała na chłopaka, który potem czytał ją z wypiekami na twarzy.

ASTERYZM

Orion_3008_huge

Orion

Wieczorem ruszyłem z córką do oddalonego nieco sklepu, po drodze podziwiając pod granatową kopułą wszechświata różne gwiazdozbiory. Pokazałem jej Oriona, jakże pięknie wyeksponowanego po zachodniej stronie nieba, jak zawsze rozległego i zjawiskowego. Podobnie jak Juliusz Słowacki moje dziecko (dziewczyna już…) myślała, że Orion to tylko te trzy charakterystyczne gwiazdy, ustawione obok siebie, ewentualnie, że chodzi o ich  najbliższe otoczenie, a tymczasem jest to jedna z większych konstelacji, która tak inspirowała starożytnych Egipcjan i była latarnią dla żeglarzy wielu narodów. Po drugiej stronie nieba, zwrócony dyszlem w dół, Wielki Wóz, czyli część gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy  (Ursa Maior) – popisałem się wiedzą na temat asteryzmu, czyli bycia częścią innej konstelacji, przy zachowaniu charakterystycznej nazwy dla swego wyodrębnienia. Gwiazdy tworzące asteryzm najczęściej nie są w żaden sposób powiązane, a ich bliskość jest jedynie wynikiem rzutowania pozornej konstrukcji, z ziemskiego punktu odniesienia, na sferę niebieską. Asteryzm tworzy też Pas Oriona, czyli owe wskazane wyżej trzy gwiazdy obok siebie: Alnitak, Alnilam i Mintaka. I tutaj wzrok nas oszukuje, bo nie jesteśmy w stanie zauważyć, że Alnitak jest gwiazdą potrójną, Alnilam jest nadolbrzymem, a Mintaka jest astralnym ciałem wielokrotnym. Córka, oczarowana magią kosmicznego spektaklu, powiedziała mi, że kocha gwiazdy – pomyślałem: to już kochają je co najmniej dwie ziemskie istoty…  I jeszcze miliardy tych, którzy kiedyś żyli, teraz są razem z nami na planecie, albo dopiero się urodzą…

ALEJA KLONÓW (11)

14429_299416426831303_416259678_n

Podwórko za korytarzem kończyło się niewielkim ogrodem, ograniczonym drewnianym płotem. Leżały pod nim duże sterty drewna na opał, gruz z jakiejś dawnej budowy, trochę cegieł i belek, stara szafka od zegara i komoda z wyrwanymi drzwiami. Podczas zabaw z kolegami i koleżankami skakaliśmy jak pawiany po tym wszystkim, tworząc wymyślne szlaki i ryzykując upadek z wysokości, zranienie nóg albo rąk. Najtrudniejsze było doskakiwanie do gałęzi śliwy, bujanie się na niej ruchem wahadłowym, a potem skok i lot w powietrzu ku blatowi komody. Często lądowanie było tak pechowe, że trzeba było natychmiast odbić się i przeskoczyć ku innym sprzętom lub na pagórek gruzu. Lubiłem też chodzić tam sam i wspinać się na gałęzie drzew owocowych, albo stawać na komodzie, by zza płotu obserwować to, co działo się w sąsiednim domostwie. Mogłem tak wisieć nad ziemią albo sterczeć na śmieciach przez godzinę lub dwie, tym bardziej, że tyle się działo na sąsiednim podwórzu, w zaniedbanym ogrodzie i na gankach wokół domu. Czekając na zdarzenia w dali, zauważałem też to, co miało miejsce na konarach, na ziemi, pośród krzaków porzeczek i agrestu, za szopą dziadka, w której wyrabiał i reperował buty i w mroku korytarza prowadzącego na drugie podwórko. Jeśli byłem ostrożny i zastygałem w jednej pozie, na gałęzie, tuż przy mnie, przylatywały różne ptaki, najczęściej sroki, szpaki, kawki, ale też sikorki i wróble, różnobarwne zięby i kowaliki. Raz, wcześnie rano, pojawiła się też piękna, żółto-czarna wilga, która zaczęła swój śpiewny trel, ale gdy mnie spostrzegła natychmiast odleciała chybotliwym lotem i jej głos pojawił się w dalekiej przestrzeni, jakby przytłumiony, jakby wydobywający się spod ziemi.

20315_304961126276833_645502540_n

W domku, który był w dalszej części sąsiedniego ogrodu, mieszkała piękna Dina, którą rodzice, nie wiadomo dlaczego nazywali Mimi. Dopiero po latach zrozumiałem, że jej kruczoczarne włosy, zgrabna sylwetka i piękno twarzy nie wzięły się znikąd, tylko wpisywały się w cechy charakterystyczne dla urody Żydów. Uwielbiałem na nią patrzeć i rozkoszować się jej erotyzmem, a choć miała może szesnaście lat, zbudowana już była jak dorosła kobieta. Siedziałem ukryty w gęstwinie liści wielkiego drzewa morelowego albo stałem za płotem, brzmiał we mnie żałosny jęk żydowskich skrzypiec, a Mimi nie mogła wiedzieć, że ktoś ją podgląda. Do jakiegoś czasu tylko długo rozczesywała gęstwinę włosów, zaplatała je w grube warkocze albo formowała kok, ale od jednej soboty zaczęła się rozbierać do naga, masować swoje obfite piersi, przerzucać je z boku w bok, tańczyć z podniesionymi rękoma i patrzeć na siebie w lustrze. Potem siadała na rozgrzanym od słońca parapecie i przekonana, że jest sama, zaczynała dotykać palcami tego tajemnego, owłosionego miejsca, gdzie kończyły się jej jędrne uda. Po jakimś czasie jej ciało zaczynało lekko falować, ręka poruszała się rytmicznie, a na twarzy pojawiał się czerwony rumieniec i wyraz nieziemskiej rozkoszy. Tylko raz spłoszyłem dziewczynę, gdy moja noga osunęła się z kamienia i spadła na duży słoik, tłukąc go z hałasem. Dina natychmiast zeskoczyła z parapetu do łazienki i zamknęła okno, patrząc z boku, czy ktoś nie widział jej igraszek. Słoneczne dni zapowiadały, że w oknie znowu pojawi się Mimi, będzie się opalać nago i w pewnym momencie zacznie się dotykać między udami, więc biegłem co sił na koniec ogrodu i zaczajałem się na moją ofiarę. Potem śniła mi się ona w nocy, falując we śnie jak na szerokim parapecie, ocierając się o moje ciało i całując mnie w zamknięte usta. Przestałem ją podglądać, gdy do łazienki zaczął się wślizgiwać jej kuzyn, taki wysoki blondyn z niebieskimi oczyma, który na imię miał chyba Adam. Stawał za nią, obejmował jej piersi, masował plecy i pośladki, a potem – nie bardzo wiedziałem dlaczego – razem poruszali się rytmicznie, tanecznie, przed lustrem, całowali się czule i pieścili wzajemnie. Tego było dla mnie za wiele i uznałem, że Dina została splamiona, splugawiona przez innego mężczyznę, starszego konkurenta z klanu istot inaczej zbudowanych niż dziewczęta.

11725826

Czasami na sąsiednie podwórko przyjeżdżał kolega właściciela domu i razem coś robili przy samochodzie marki Warszawa. Otwierali maskę i godzinami gapili się na silnik, coś tam poprawiali, coś dokręcali, a potem wsiadali do wozu i jechali na ulicę, by sprawdzić jak działa. Przyglądał się im ojciec głowy rodziny, staruszek już chyba osiemdziesięcioletni, który przysiadywał w płaskiej czapce na pobliskiej ławeczce i z daleka uczestniczył w tym, co działo się przy samochodzie. Często coś wykrzykiwał, unosił rękę w górę, groził synowi laską, a potem siedział długo bez ruchu, niczym jadowity gad wygrzewający się w terrarium. Nagle znowu się ożywiał, coś wykrzykiwał, energicznie wymachiwał w powietrzu laską, nawet unosił się na chwilę z ławki, po czym znowu się uspokajał i pozwalał słońcu osmalać swoją pobrużdżoną zmarszczkami twarz. Nikt nie zwracał na niego uwagi, a tylko czasami przychodził do niego chłopak chory na kretynizm, który siadał na brzegu ławki i coś bełkotał, pokazując to na samochód, to na ludzi krzątających się wokół domu. Dziadek kiwał potakująco głową, a czasami zbliżał się do niego i całował go nad czołem, prosto w gęste włosy. Chłopak też miewał wybuchy czułości, szybkim ruchem przyklękał przy starcu i całował go komicznie po rękach, obejmował za kolana jak czyniono to w dawnych czasach, w obliczu króla lub suwerena. Nie podobało się to mężczyznom przy samochodzie i coś wtedy wykrzykiwali w kierunku ławki, ale starzec nic sobie z tego nie robił, gładził chłopca po głowie i cierpliwie czekał aż ten usiądzie z powrotem obok niego. Najwięcej zabawy miałem, gdy do chłopca i starca podbiegał duży buldog i zaczajał się na nich, przysiadał na ziemi i nagle skakał w górę, prawie uderzając siedzących w czoła. Starzec groził mu laską, a chłopak raz to wstawał z ławki, raz podbiegał na dwa kroki do przodu, by szybko wrócić i chwycić w przestrachu łokieć dziadka.

602261_302795103160102_481559065_n

Pewnego dnia wszystkie dzieci z podwórka zgromadziły się przy naszym płocie, bo w gołębniku po drugiej stronie płotu, przyczepionym do dużych szop i mającym dwa piętra, wybuchł pożar. Płomienie szybko zaczęły opanowywać ściany i dachy i wiele płonących gołębi wyfruwało w powietrze by po chwili upaść na ziemię i zdychać w konwulsjach. Ludzie biegali jak oszalali, starali się polewać gołębniki i szopy ogniem z wiader, misek i z węża do podlewania ogrodu, ale płomienie były szybsze i coraz bardziej demolowały całe obejście. Po piętnastu minutach podjechały wreszcie dwa wozy strażackie i młodzi chłopcy w srebrnych hełmach i czarnych mundurach zaczęli sprawnie rozwijać węże, montować drabiny i już po chwili, z sikawek, szerokim strumieniem, zaczęła płynąć woda. Na samochodach przez cały czas świeciły się lampy ostrzegawcze, a tuż przy szoferce stał dowódca, który przez radiotelefon wydawał dyspozycje i kierował całą akcją. Nad budynkami szybko zniknął ogień, a pojawił się czarny, gryzący dym, który raz po raz docierał do nas i powodował, że zaczynaliśmy kaszleć i krztusić się. Dołączyli już do nas ciekawcy dorośli, w tym mój ojciec i przy jednym nawrocie czarnych kłębów, natychmiast zabrali nas sprzed płotu. Dopiero pod wieczór uspokoiło się wszystko i mogłem wejść na drzewo by przyjrzeć się temu, co zostało z budynków po drugiej stronie. Choć w powietrzu roznosił się jeszcze nieprzyjemny swąd i spomiędzy mokrych desek wydobywały się strugi białego dymu, rozsiadłem się w rozwidleniu gałęzi i patrzyłem na sąsiednie podwórko. Z gołębników i szop prawie nic nie zostało, wszędzie pełno było martwych gołębi, leżących na ziemi lub zebranych już w kupy do drucianego kosza, a w dali, przy bramie odgradzającej dom od sąsiedniej ulicy, stał dziadek z chorym na kretynizm chłopcem i coś pokazywali, coś żywo komentowali. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, w łazience, za szybą wyraźnie widać było Dinę i jej kuzyna, rytmicznie podrygujących przy umywalce, całujących się i delikatnie oplatających rękoma swoje ciała. Nagle wpadł tam właściciel domu, ojciec Mimi i zaczął szerokim pasem okładać dziewczynę i chłopaka, aż ci uciekli w popłochu i szybko pojawili się przed domem, a potem objęci poszli gdzieś poza podwórze. Ona szlochała, a on otulał ją miękką wełnianą kurtką, coś mówił i żywo gestykulował prawą ręką. Po jakimś czasie usłyszałem w domu, jak mama opowiadała ojcu o tym, co się stało za płotem – to chory chłopiec, brat Diny imieniem Samuel, podłożył ogień w gołębniku, a potem pobiegł do dziadka i mu o tym powiedział, tak jakby relacjonował pojawienie się kawki na płocie albo zerwanie się linki do prania. Dziewczyna, przyłapana z kuzynem, uciekła do jego matki i wkrótce z nimi zamieszkała, by po roku urodzić zdrową dziewczynkę. Dziadek już tego nie doczekał, bo zaraz po pożarze, z powodu nerwów i zgryzoty, umarł którejś nocy we śnie, tak jak zawsze tego pragnął, tak jak miał zapisane w księdze przeznaczeń, dobrych i złych uczynków.

__________

Ilustracje – obrazy Marca Chagalla.

* * *

jgr1

Jan Górec-Rosiński i Barbara Dobrzalska

Spokojny, wieczorny powrót do domu… Niebo zasnute chmurami, szare, granatowe, zamglone nad horyzontem. Nie widać gwiazd ani księżyca, ponura otulina spadła nagle na świat niczym muślinowa zasłona. Zapowiada się powrót zimy i może nawet jakieś opady śniegu, które przecież w połowie marca nie są rzadkością. Z Wojtkiem Górecem siedziałem trochę nad ostatnią książką jego ojca i podoba mi się to, że chce on udokumentować w niej niezwykłą miłość rodziców. To nieznana karta z życia wieloletniego prezesa Związku Literatów Polskich w naszym regionie, ale jakże prawdziwa i frapująca. Odsłania się coraz więcej tajemnic z jego młodości i późniejszej działalności, kiedy to „stawał okoniem” różnorakim partyjnym sekretarzom i dyrektorom, a do tego ta jakże piękna miłość do kobiety jego życia, z którą miał możność też pracować w redakcji „Faktów”. Tylko regionalna zawiść i głupota nie dopuszcza do sprawiedliwej oceny ludzi, stąd też nad Górecem ciążyły różnorakie bzdury, kolportowane przez histeryków literackich i dziennikarskich, pseudopisarczyków i grafomanów. Uczciwy osąd każe stawiać tę twórczość w czołówce pisarzy, tworzących na Kujawach i Pomorzu i cieszę się, że miałem z tym człowiekiem tak bliski kontakt. U końca życia nawet trwale wpisałem się w tę biografię, wykonując polecenie (prośbę) pisarza, by pochować go na cmentarzu starofarnym – tam też ma teraz nagrobek z polnego kamienia z tablicą, na której znalazły się cytaty z jego wierszy. Miejmy nadzieję, że powstanie w Bydgoszczy archiwum pisarskie, w którym znajdą się materiały po zmarłych pisarzach i podjęte zostaną szerokie studia nad ich życiem twórczością.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XX)

Ruiny pałacu w Knossos

Ruiny pałacu w Knossos

Kultura kreteńska, nazywana inaczej minojską, należy do najstarszych cywilizacji epoki brązu, a jej nagły upadek do dzisiaj pozostaje wielką tajemnica archeologiczną. Za sprawą sir Arthura Johna Evansa wspaniale rozwinęła się nauka badająca dzieje i niezwykłe artefakty jednej z najpiękniejszych wysp Morza Śródziemnego. Nie wiemy skąd przybyli ludzie, którzy stworzyli tak oryginalną cywilizację, choć badacze skłaniają się ku teorii, że pochodzili z Bliskiego Wschodu i wpływ na nich miała kultura egipska. Według mitologii greckiej, która jest też dobrym źródłem wiedzy kulturowej, na wyspie osiadł sam Zeus, który uprowadził na nią Europę – córkę fenickiego króla Agenora i spłodził z nią trzech synów. Jednym z nich był pierwszy legendarny król Krety Minos. To jego dotknął gniew Posejdona, który nie otrzymał ofiary z wołu i zemścił się, powodując, że niewierna królowa Pazyfae, poczęła z bykiem syna potwora – Minotaura. Miał on ciało najpiękniejszego, muskularnego młodzieńca i głowę zwierzęcia z rogami. Król tak się przeraził tym wydarzeniem i tak wstydził się czynu żony, że nakazał architektowi Dedalowi zbudowanie specjalnego labiryntu i zamknięcie w nim Minotaura. Potwór łaknął ludzkiego mięsa i obdarowywano go nim, co też w końcu spowodowało jego upadek – w jednej grupie ofiarnej skrył się dumny i zwinny Tezeusz, który pokonał zawiłości labiryntu i zabił bestię. Mitologia tłumaczyła wszystko obrazowo, ale Evans musiał mozolnie składać poszczególne elementy układanki i prowadzić na szeroką skale wykopaliska archeologiczne. Jego największym odkryciem były ruiny pałacu w Knossos, zajmującego blisko dwa hektary powierzchni i składającego się z około 1400 komnat, korytarzy i aneksów. Największy rozwój kultury minojskiej i ekspansja na sąsiednie wyspy miały miejsce około 2100 roku p.n.e., wtedy też rozwinęła się ogromna flota, a zyski dawały przede wszystkim wymiany i zakładane w różnych miejscach handlowe ośrodki. Dzięki dobrze zachowanym freskom i odkopanym figurom udało się odtworzyć wygląd i sposób ubierania się Kreteńczyków. Sporo tutaj było oryginalności, a do dzisiaj inspiracją dla świata mody są dziwne gorsety eksponujące nagie piersi kobiet, bufiaste suknie z szerokimi falbanami i wielkie kapelusze. Specjalnością tego ludu były też misterne, architektonicznie kształtowane fryzury, a w zdumienie wprawiało badaczy zaawansowanie w zakresie konstrukcji łazienek i wodociągów, co wskazywało na umiłowanie czystości i dużą wiedzę o skutkach życia w brudzie. Niestety nie uchroniło to Minojczyków od upadku – badacze spierają się czy był on wynikiem braków w zakresie budowy fortyfikacji, czy też rozwiniętą cywilizację zniszczyło tsunami po wielkim wybuchu wulkanu na wyspie Thirze (Santorini), a potem najazd Achajów z Myken i morderczych Dorów.

Akrotiri_dolphins

Od dawna fascynuje mnie ten świat i przeczytałem sporo książek na temat mitologii, historii rozwoju, życia codziennego na tej dużej wyspie. Szczególnie zainteresowałem się sztuką tej krainy, a na pierwszym miejscu zawsze były freski odkryte w pałacu w Knossos i w cykladzkiej wsi Akrotiri. To z wielkiego pałacu królewskiego pochodzi wielokrotnie reprodukowane malowidło, przedstawiające delfiny pływające w morzu. Dzięki zabiegom konserwatorskim udało się odtworzyć rzeczywiste kolory i uszkodzone elementy i tak do skarbnicy sztuki światowej weszło jakże wyraziste i piękne przedstawienie morskich ssaków w otoczeniu ryb, na które one zwykle polują. Niezwykle udanie odwzorowano kształty waleni, z charakterystycznymi garbami i zgrubieniami, nieco wyjaskrawiając barwę ich ciał. To dynamiczny fresk, wprowadzający do komnaty królowej świeżość i ożywienie, przywodzący na myśl chwile spędzone na pogodnym morzu i obserwacje baraszkujących w nim ssaków. Te delfiny mają swoją „osobowość”, ukazane zostały jako istoty myślące, podążające ku wyraźnie określonym celom i zadaniom, jakby popychane przeogromną siłą instynktu. Starożytny malarz wytyczył sobie trudne cele, chciał oddać ruch tych pływaków, ich zwinność, ale też i spory ciężar, a nade wszystko zapragnął wpisać je w określoną manierę sztuki minojskiej. W tym celu zastosował rdzawy ornament, biegnący przez całe ciała delfinie, a w okolicach oczu tworzący owalną obwódkę. Normalnie butlonosy (Tursiops truncatus), bo to zapewne te najczęściej występujące walenie sportretował artysta, nie mają takiego pasa. Raczej są ciemnoniebieskie, a u dołu jaśniejsze, choć osobniki żyjące w przejrzystych i cieplejszych wodach są nieomal czarne. Musimy wszakże brać pod uwagę operację świetlną i wygląd tych zwierząt w toni, który może być bardziej niebieski, a na ciele mogą się tworzyć pasy od cieni fal. To skupienie delfinów, które tak udanie oddał twórca fresku, związane jest z echolokacją, którą posługują się dla namierzania mniejszych ryb, a mnogość ma też tutaj swoją motywację, bo delfiny najczęściej polują w stadach. Czasem wręcz wykorzystują obecność budzących grozę rekinów, które napędzają ryby wprost do ich uzębionych dziobów. Malarz zaznaczył też zróżnicowanie ofiar i moglibyśmy tutaj wskazać konkretne gatunki, na czele z sardynkami, które wchodzą w składu menu tych ssaków pospołu z drobnymi tworami morskimi żyjącymi na dnie. W tle zaznaczono także obecność jeżowców i glonów, które stały się też czymś w rodzaju dodatkowego ornamentu, zamykającego przestrzeń od góry i od dołu. Po setkach lat od powstania tego arcydzieła, na murze pojawiły się charakterystyczne spękania, które przydały dziełu dodatkowego odniesienia do sieci refleksów wodnych i cieni pojawiających się przy dnie. Choć mamy tutaj elementy charakterystyczne dla sztuki minojskiej, fresk ten zaklasyfikować można jako realistyczny, utrwalający w czasie realne życie w Morzu Śródziemnym dwa tysiące lat przed naszą erą, jego różnorodność i koloryt, a nade wszystko odwieczną witalność i dynamikę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Inne ciekawe freski naturalistyczne powstały na wulkanicznej wyspie Santorini, skolonizowanej przez Minojczyków i będącej areną jednej z największych erupcji wulkanicznych w historii basenu Morza Śródziemnego, a konkretnie tej jego części, gdzie Morze Egejskie graniczy z Morzem Kreteńskim. To tutaj w miejscowości Akrotiri odkryto malowidła, które niezmiennie zachwycają zwiedzających i mogą konkurować z delfinami z pałacu w Knossos. Prace archeologiczne zaczęły się w 1967 roku, ale do dzisiaj odkopano zaledwie kilkanaście domów, wykonanych z dużych kamieni, czasem trzykondygnacyjnych. Jeden z najciekawszych fresków przedstawia dwie witalne i jakby „rozkapryszone” antylopy, zwrócone do siebie rogami. Artysta musiał je zobaczyć w Afryce, a może też stamtąd pochodził, choć nie możemy wykluczyć, że dwa tysiące lat przed naszą erą przewożono w klatkach takie zwierzęta do ogrodów królewskich lub zabijano je i opiekano na rożnach by podać podczas wykwintnych uczt. Jak by nie było namalowane antylopy – prawdopodobnie gazele dorkas (Egipcjanie mieli je hodować w zagrodach) przedstawione zostały z ogromnym znawstwem anatomii i uwzględnieniem wielu szczegółów, jak choćby owe charakterystycznie podniesione ogony czy otwarte pyski. Zwierzęta pozostają ze sobą w bliskim kontakcie, ale też jakby rozglądają się, sondują okolicę czy nic im nie grozi. W prawdziwe zdumienie wprawia tutaj harmonia linearna i specjalne operowanie czernią i bielą. Twórca tego dzieła – jak Chińczycy lub Japończycy – jakby malował zwierzęta długimi pociągnięciami pędzla, a potem cyzelował całość, dodając cieńsze linie, dopełniające grubsze pasy. Oczywiście mamy tutaj też do czynienia ze stylizacją, szczególnie jeśli chodzi o przerysowane łuki podbrzuszy, ale całość jest bardzo prawdopodobna i zachwycająca w swym subtelnym pięknie. Obie gazele mają czarne rogi, których kształt zgadza się co do joty z wyglądem dzisiaj żyjących przedstawicieli twego gatunku. Można by zaryzykować tezę, że przedstawienie to jest jednym z najbardziej harmonijnych rysunków starożytności i żałować tylko należy, że tak mało fresków zachowało się na Krecie i pobliskich wyspach. Oczywiście prace archeologiczne jeszcze trwają i możemy się spodziewać, że naukowcy odkryją sporo nowych wspaniałości, tym bardziej, że to, co już mamy, wskazuje na wielką różnorodność i inwencję twórczą w zakresie ozdabiania domów i pałaców. Dodajmy jeszcze, że artyście udało się przenieść do naszych czasów taki układ pyska jednej z antylop, że mamy wrażenie, że zwierzę beczy, przywołując towarzyszkę lub ostrzegając ją przed zbliżającym się zagrożeniem.

Akrotiri_blue_monkeys

Mieszkańcy Akrotiri lubowali się w przyozdabianiu swoich domostw elementami naturalnymi, stąd na ścianach obok wskazanych wyżej antylop, znajdziemy też zaskakujące wyobrażenie, ptaków, latających ryb i błękitnych małp. Te ostatnie zostały ukazane w momencie skoku lub odbicia się od jakiegoś podłoża, przy czym i tutaj artysta oddał znakomicie zachowanie się wystraszonych zwierząt, umykających w popłochu, ale też często odwracających głowę i analizujących realność zagrożenia. Mamy tu do czynienia z małpami ogoniastymi, najprawdopodobniej z jakimś rodzajem makaków – może z magotami (Macaca sylvanus), które występują w północnej Afryce i mogły być sprzedawane do ogrodów na wyspach cykladzkich. Dokładne określenie gatunku byłoby bardzo trudne, bo jest to też stylizacja i dodanie plam, które w naturze nie pojawiają się na sierści tych zwierząt. Zarówno ułożenie łap, jak i wygięcie ciał, a wreszcie kompozycja ogonów, wskazują na niezwykłe ożywienie, najprawdopodobniej na szybką ucieczkę. Małpy te określa się jako błękitne, ale przecież w naturze są one najczęściej szare lub srebrzyste, a rzeczywiście niebieskawe makaki żyją tylko w południowej części Afryki, mają dłuższą sierść i nieco inaczej wyglądają. Górny osobnik zdaje się być spokojniejszy, a ten który jest na dole dosłownie eksploduje energią i umyka bardzo szybko. Dzięki współczesnym technikom komputerowym łatwo możemy odtworzyć pierwotny wygląd tego fresku, choć mozaika plam i zabrudzeń przydaje mu majestatu i podkreśla upływ czasu, ogrom lat, które minęły od momentu nałożenia farb na mokry tynk. Ciekawe jest to, że przedstawienia te przetrwały wybuch ogromnego wulkanu i niewiele straciły ze swego pierwotnego piękna. A może właśnie pyły wulkaniczne stały się rodzajem utrwalacza, który przeniósł we czasie zjawiskowe freski i pozwolił na odkrycie ich w dwudziestym wieku naszej ery. Wyraźna jest tutaj oś wertykalna, na której umieszczone zostały obie małpie głowy, a tuż obok pośladki i podobnie zgięte nogi. Oś horyzontalną i podążanie do przodu akcentują wyciągnięte łapy i otwarte dłonie, wyraźnie przygotowane do tego, by chwycić się gałęzi lub jakiegoś innego elementu, na przykład skały. A więc malarz, zapewne mistrz miedzy mistrzami, ukazał na tym przedstawieniu panikę i dynamizm uciekających zwierząt, harmonię ciał i chwytność dłoni, stóp i bujających w powietrzu ogonów. Udało mu się też przekazać, zapisać w czasie, inteligencję rysująca się na obliczach małp  i spokojne podejście do zbliżającego się niebezpieczeństwa. Przypomina mi się obraz Pietera Bruegela, jakże inaczej prezentujący dwie małpy w oknie i wiersz Szymborskiej, powstały na jego kanwie, choć trudno byłoby tutaj wskazać jakiekolwiek konteksty ironiczne.

Akrotiri-fisherman-tile

Bardzo ciekawe są też freski z wyspy Santorini prezentujące postaci ludzkie, jakieś ich zajęcia lub pozy, charakterystyczne gesty lub zawody. Warto na koniec tego niewielkiego przybliżenia malarstwa minojskiego przywołać dwa przedstawienia – chłopca niosącego złowione ryby i dwóch młodzieńców ćwiczących walkę na pięści w specjalnych rękawicach. Widzimy tutaj jakie typy ludzkie pojawiły się na wyspach greckich przed tysiącami lat, a choć i tutaj charakterystyczne dla stylu wygięcie, trochę zaciemnia obraz, łatwo możemy sobie wyobrazić wiotkich młodzików, bez rozbudowanej muskulatury, z włosami krótko przystrzyżonymi lub uplecionymi w długie, wijące się warkocze. Na jednym fresku mamy chłopca niosącego ryby i choć minęły tysiące lat łatwo możemy wskazać, że są to labraksy (Dicentrarchus labrax), żyjące w ławicach drapieżne ryby, nazywane też barem, morenem lub okoniem morskim. Osiągają  jeden metr długości i dwanaście kilogramów wagi, mają charakterystyczne jasne podbrzusze, a grzbiet z kolei ciemnoszary ze srebrnym połyskiem. Od dawien dawna ryby te miały ogromne znaczenie gospodarcze, a ich zwyczaj pojawiania się przy ujściach rzek, dopomagał w odłowach . Przedstawienie chłopca ma charakter symboliczny, nie uwzględniający ziemskiego magnetyzmu, bo trzyma on po dziesięć ryb w każdej dłoni jakby nie miały określonej wagi. Tymczasem takie związane sznurem „naręcza” dużych okazów musiałyby ważyć ponad dwadzieścia kilogramów i tylko Herkules mógłby je nieść z taką lekkością i wdziękiem. Rybak jest tutaj nagi i bosy, a tylko jego skronie przyozdabiają liście laurowe, uwagę zwraca też nieproporcjonalna sylwetka – krótkie nogi i ponad miarę wydłużony tułów. Podobnie ukształtowani są chłopcy ćwiczący lub bijący się podczas jakichś zawodów, pięknie ufryzowani, ze wspomnianymi już wyżej warkoczami i finezyjnymi lokami nad czołem. Co charakterystyczne, mają oni rękawicę tylko na jednej ręce – młodzieniec po lewej stronie ma ją na lewej dłoni, a ten drugi – na prawej. Być może zatem mamy tutaj do czynienia z połączeniem boksu z zapasami, czyli ze starożytnym starciem typu full contact. Zauważamy też wyraźne skupienie przeciwników, wpatrywanie się sobie w oczy i rozważanie najlepszej strategii, choć właśnie jeden z nich trafił w głowę kompana, a drugi jakby próbował go uchwycić wolną od rękawicy ręką. Zawodnicy mają tylko wąskie opaski na biodrach – jedną niebieską, a drugą czarną, a we włosach połyskuje popiel lub błękit, co mogło być próbą ukazania połysku na kruczoczarnych fryzach. Choć freski te nie dorównują rozmachem przedstawieniem delfinów, małp i antylop, to stanowią cenne źródło do badań nad życiem ludzi w obrębie kultury minojskiej.

PRAGNIENIE CHWILI

Poezja Kaliny Izabeli Zioły jest lekka i nastrojowa, dotykająca zwiewnych przestrzeni i zarazem konkretnie je nazywająca, dopełniająca treścią słowa. To skanowanie0001jest przyglądanie się światu, a zarazem komentowanie jego fenomenów, nieustanna czujność na wszelkie przejawy piękna i pragnienie odzwierciedlania w strofach barw i dźwięków, ciepła i zapachu, lśnienia morza i smaku soli. Jak w kalejdoskopie migają tutaj pierwiastkowe obrazy, w których stale wraca zapatrzenie w ludzką świadomość, czy to będzie półwysep Krym, Turcja, Norwegia, czy to będzie Wenecja, Paryż, Ukraina – wszędzie autorka dostrzeże liryczną aurę, znajdzie miejsca, obrazy i symbole, które kunsztownie oprawi w kształt wiersza. Ale jest jeszcze coś, co te liryki wyróżnia, co powoduje, że są tak ekscytujące, tak przykuwające uwagę czytelnika – to umiejętność tworzenia natychmiastowych syntez, dotykania powierzchni i zarazem głębokiego wnikania w strukturę. Czy to będą muzułmańskie minarety, połyskujące grzbiety delfinów, czy woskowe figury umarłych ludzi, czy wreszcie odwieczne ikony prawosławia, za każdym razem pojawi się w wierszu rozległa głębia ontyczna, która ekspanduje wyobraźnię ku temu co ostateczne i niepowtarzalne, ku samej istocie świadomej egzystencji. Tylko głęboka wiedza o życiu może dać takie efekty, tylko doświadczenie lat i dni skrapla się w takich wciąż pulsujących utworach, tylko pragnienie utrwalenia w słowach niepowtarzalnej chwili może zrodzić taką wielowymiarową poezję. Rację ma Jerzy Grupiński, gdy pisze w Posłowiu: Autorka ufa słowu, sile jego przekazu, wierzy, że głębokie, prawdziwe uczucia przeniosą się do czytelnika – i rację ma też, gdy konstatuje: Tak więc Kalinowe „Kwaśne winogrona” są w istocie słodkie, bo mówią z serca do serca, słowem czułym, wrażliwym. Bo taki jest program i adresat tej poezji. Trudno się dziwić, że ciągle pojawiają się krytycy, którzy widzą w tej liryce to, co jest w niej immanentne i stanowi o jej oryginalności – ciepło i zmysłowość, piękno i pełnię ludzkiego snu o czystości i delikatności prawdziwych uczuć . Wyrazem tych przekonań stała się nagroda Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej, przyznana poetce w 2012 roku za omawiany tutaj tom.

 Ludzie są bytami orbitującymi ku sobie – przyciągającymi się i nieustannie poszukującymi potwierdzenia w innych oczach, że postrzegają one taki sam świat, że są lustrem tych samych barw i świateł. W przypadku poezji tworzonej przez kobiety najczęściej znajdziemy w niej zapisy niepowtarzalnych momentów życia, relacje z tego co zdarzyło się na ulicy, w tłumie i w alkowie, wspomnienia błysku w oku i nagłe trafienia strzałą Amora. Paradoksalnie taka liryka jest najtrudniejsza, bo łatwo można popaść w banał, łatwo można skopiować cudze pomysły, sięgnąć po wielokroć opisywane tematy, ale przecież w tym przypadku mamy do czynienia z niepowtarzalnością, z autentycznymi uczuciami, albo przynajmniej z pragnieniem ich nieustannego doświadczania. Miłość należy do spraw tyleż prostych, co najbardziej skomplikowanych i miewa różne wymiary, od skrajności do skrajności, od przesłodzenia i przesytu do ogromnej, porażającej zmysły tęsknoty. Trudno się dziwić, że poetka umieszczą ją w obrębie przestrzeni kosmicznych: nie wymyśliłam ciebie/ to rój gwiazd spadających/ rysował twoją postać/ na nieba ciemnym tle/ księżyc/ posrebrzył długie włosy. Jeśli miłość ma być gorąca, pełna, spełniona, musi opuszczać ziemskie rewiry i lewitować ku gwiazdom i magnetycznym orbitom dalekich planet, bo tam przecież się zrodziła przed milionami lat, tam – w obłokach przedwiecznej kosmogonii – wybuchła po raz pierwszy jako zapowiedź przyszłych dni, gestów i dotknięć. Takie ujęcia pojawiają się tylko w chwili pierwszej i ostatniej, takie zdarzenia mają miejsce w świecie jaźni rozognionej, bytów płonących i wciąż analizujących to, co było jest i co może się jeszcze zdarzyć. Kosmos jest realnym kontekstem każdego życia, ale najczęściej jest marginalizowany, spychany w obręb legend i baśni, dostrzegany tylko przez chwilę, a potem przyjmowany jako element życiowego chaosu. Tymczasem każde zdarzenie, każda najgorętsza sekunda ma z nim związek i widzą to przede wszystkim istoty, które zostały zranione, które oddały się całe marzeniu, poznały smak porażki, ale też dźwignęły się i zaczęły budowę nowych kształtów od przestrzeni astralnej i lunarnej, od wiary w nową życiową przygodę.

Fascynujące są w tej liryce chwile zatrzymane w kadrze, jakby fotografie uczuć i tych momentów, gdy życie przyspieszyło, a oczarowanie kazało nagle oślepnąć, jak przy zbyt śmiałym spojrzeniu w słońce. Jeśli dotykamy kiedykolwiek prawdziwej egzystencji, to dzieje się tak za sprawą innych ludzi, ich ciepła i bliskości, inaczej pojawia się przepastna pustka i chłód wypełnia wszystko swoją przenikliwością. Dlatego poetka – rozumiejąca i rozważająca to, co się już zdarzyło – szuka spełnienia, wychodzi naprzeciw swoim wyobrażeniem o miłości doskonałej i nie przestaje w nią wierzyć, nie traci nadziei, że pojawi się ona wraz z kolejnym zmierzchem, że zalśni w świetle nowego świtu, nieoczekiwanego spotkania. Jej epikurejska postawa zderza się stale z bólem rozstań i jątrzących się w pamięci wspomnień: jak nagle/ gaśnie płomień/ jak bezszelestnie/ przychodzi noc. Ale przecież nie mogą one znieść przekonania, że pojawi się jasny dzień i inna chwila oddali to, co kiedyś tak zabolało: to przecież proste/ skoczyć w głębinę oczu/ zapomnieć to co było/ zanurzyć w twoich dłoniach/ po raz kolejny uwierzyć/ że może miłość. Charakterystyczne dla tej liryki jest ciągłe falowanie uczuć, nieustające powroty do początku, nagłe zakręty, odwracanie się od zła i wychodzenie ku dobru, delikatności i zwiewności marzenia. Jedni uznają to za zbyt odważne, inni wskażą zagrożenia leksykalne czy synonimiczne, ale przecież twórczość ta ma wiele wymiarów – od lekkości do tonów mrocznych, od wiary w człowieka do poczucia beznadziejnej samotności, od tonów pastelowych morskiej bryzy, po lodowatą czerń kosmicznej nocy. Dopiero lektura takiej poezji pokazuje jak wiele przeżywa kobieta w swoim świecie i ile wydarza się w nim nieustannie, nawet jeśli czasami odczuwa spowolnienie biegu spraw, nawet jeśli uznaje coś za porażkę lub krok w tył. Ale przecież nie ma prostych dróg ku szczęściu, a najczęściej prawdziwie je dostrzegamy dopiero z perspektywy lat, tak znikome, że nie można już go dotknąć, tak pełne treści, że nabierające kształtu idealnej filozofii istnienia. Poetka to rozumie i godzi się na taką bolesną perspektywę, wierząc, że zachowa w wierszach cząstkę swojej wyjątkowości, przeniesie w czasie żar zauroczeń i popiół tego, co nigdy nie wróci. Wychodząc zatem do świata, zwracając się ku ludziom, odnajduje nowe sytuacje sakralne, przyobleka w słowa ich ulotność i zatapia się bez reszty w lirycznym pragnieniu chwili.

________
Kalina Izabela Zioła, Kwaśne winogrona, Radwan Wydawnictwo Literackie i Naukowe, Tolkmicko 2012, s. 66.

« Older entries

%d blogerów lubi to: