SEN XVII

Szedłem przez długi i mroczny korytarz. Ze wszystkich stron nachylały się ku mnie zdeformowane twarze. Cuchnęły przetrawioną wódką i czosnkiem. Patrzyłem na nie niewidzącym wzrokiem i powoli posuwałem się do przodu. Pod nogami szeleściły mi zetlałe kości i strzępy skruszałych całunów. Chitynowe pancerze karaluchów trzaskały raz po raz, czasem noga ślizgała się na czymś miękkim i galaretowatym. Twarze wykrzywiały się i naginały ku mnie coraz natarczywiej. Rysy ludzkie zmieniały się w zwierzęce, a te ewoluowały ku kształtom abstrakcyjnym. W wirze pojawiających się i znikających rysów, krzywizn i tonacji migały oczy, usta, włosy morderców i świętych, cnotliwych dziewic i rozpustnic, dumnych mężów i żebraków. W pewnym momencie wszystkie facjaty przybrały rysy mojej twarzy – młodej, dorosłej i postarzonej nienaturalnie. Przez chwilę miałem wrażenie, że czas przyspieszył i mam już za sobą prawie całe życie. Nisze w kamiennym murze otwierały się i z energetycznej mgły wychodzić zaczęły trupy dawno zmarłych zakonników. Czekały aż je wyminę, a potem ruszały za mną w somnambulicznym pochodzie. Czasem od strupieszałych ciał odpadł zżółkły piszczel,  czaszka potoczyła się w ciemność, albo krucyfiks upadł na posadzkę. Szedłem ku wielkiemu refektarzowi, a gdy się tam znalazłem usiadłem przy czarnym stole. Po chwili schodzić się zaczęli martwi alumni i zakonnicy. Na koniec przykuśtykał na pół zgniły przeor. Usiadł naprzeciwko mnie i zaczął gregoriańską pieśń …Salus et gloria et virtus Deo nostro est... przerwał na chwilę i spojrzał ku mnie. Poczułem się nieswojo ale szybko dokończyłem quia vera et iusta iudicia sunt eius… Zakonnicy złożyli kikuty jak do modlitwy i zaśpiewali metalicznym głosem …Alleluia, alleluia… – Tedy powiadasz bracie Gwalbercie, że przysłał cię Pan z dobrą nowiną. Tedy każesz nam wstać z grobu i ruszyć na niebieskie pastwiska…? – nieoczekiwanie odezwał się jakiś purpurat stojący po prawicy przeora. – Zaiste czcigodny bracie… Jako rzekłeś… – A skąd mamy wiedzieć czy nie przybywasz z czeluści piekielnych…? – Jeno sumienie wasze musi wam podpowiedzieć co należy czynić… – Ano, ano… – Dopełnił się cykl astralny, w tysiącach galaktyk wybuchły gwiazdy supernowe. Wszechświat osuwa się w metafizyczną czeluść… – Czeluść powiadasz, bracie Gwalbercie, czeluść… – Jako rzekłeś ojcze przeorze… Spojrzałem na zakonnika i spostrzegłem, że od twarzy odpadł mu sporych rozmiarów kawał ścierwa. Podniósł go i beznamiętnie rzucił za siebie. Po chwili rozległ się oślepiający błysk i wszystko zniknęło…

Reklamy

SZCZYGŁY

Foto Cezary Pióro

Nadeszły niespotykane mrozy, sięgające trzydziestu stopni poniżej zera. Chodzę z aparatem fotograficznym w lesie i na jego obrzeżu i przyglądam się przyrodzie. Wszystko otulił śnieżny całun, ale przecież można się natknąć na wiewiórkę, pięknie ubarwionego lisa czy na zająca. Najlepiej widać jednak ptaki, które wyraźnie odbijają się pośród wdzierającej się wszędzie bieli. Tym razem natknąłem się na duże stado szczygłów (Carduelis carduelis), które przelatywało z drzewa na drzewo, zatrzymywało się na wyschłych chwastach, a potem leciało gdzieś dalej, by znowu zawrócić. Nie udawało mi się podejść bliżej, by zrobić dobre zdjęcia, bo ptaszki te są bardzo płochliwe, szybko zrywają się do lotu i umykają. W Internecie znalazłem jednak wspaniałe fotografie ornitologiczne Cezarego Pióro i za jego zgodą zamieszczam tutaj dwa portrety szczygłów. Polecam wszystkim zainteresowanym ptakami stronę tego młodego fotografa, bo znaleźć tam można prawdziwe perełki. Podglądając szczygły przypomniałem sobie zdarzenie z czasów mojej młodości, kiedy to z kolegami z osiedla pojechaliśmy dorobić sobie trochę podczas wakacji. W okolicach Pruszcza Pomorskiego pilnowaliśmy drzew czereśniowych, płosząc z nich szpaki i innych skrzydlatych amatorów słodkości. Podczas jednej z wypraw ku szosie gdańskiej, znalazłem wtedy martwego szczygła, który prawdopodobnie zderzył się z pędzącym samochodem. Było to moje pierwsze zetknięcie się z tym tak urokliwie ubarwionym stworzeniem i pamiętam, że długo ten okaz oglądałem, gładziłem palcem czerwone piórka na głowie, rozkładałem kolorowe skrzydełka, z wyraźnymi akcentami żółcienia i czerwieni. Szczygieł to mniejszy od wróbla ptak, należący do rodziny łuszczaków, zamieszkujący Europę i prawie całą Azję. Przebywa w zadrzewieniach typu parkowego, na obrzeżach lasów liściastych i mieszanych, często pojawia się też w sadach i w ogrodach. Żywi się przede wszystkim nasionami chwastów, ale zjada też małe owady i pozostawione przez ludzi okruchy. Podczas srogich zim ptaki te łączą się w duże stada i wspólnie starają się przeżyć do wiosny. Podczas mojej styczniowej wyprawy do lasu, śledziłem długo te barwne zwierzęta, rozmyślałem o ich wolności i nieustających zagrożeniach, czających się między gałęziami i na ziemi. Ich przeloty i przysiadanie na krzewach miały w sobie jednak coś krzepiącego, tak jakby te wyraziste barwy były emblematem przetrwania delikatnych istnień pośród ekstremalnych, ziemskich warunków. Ludzie niewiele różnią się w tym względzie od szczygłów, a nawet – jako byty stałocieplne – stoją na znacznie gorszej pozycji.

Foto Cezary Pióro

DOLAR GUJAŃSKI

Gujana jest dawną kolonią brytyjską i stale utrzymuje ścisłe związki ze światem anglosaskim. Na stronie emisyjnej dolara gujańskiego, obok licznych utrudnień graficznych, przedstawiono godło narodowe. Ten niewielki kraj utrzymuje się głównie dzięki bogactwom naturalnym i rolnictwu. Znak państwa składa się z czterech części, ukazujących główne dziedziny gospodarki: uprawę ryżu, wyrąb lasów (znaczne połacie Gujany porastają drzewa balata, z których soku wyrabia się gumę do żucia), przemysł stoczniowy. Czwarte pole to stylizowane słońce. Obok rytownicy firmy Thomasa de la Rue przedstawili jeden z cudów natury Gujany – przepiękny wodospad Kaietour. Banknoty gujańskie zaopatrzone są w numer oraz informację w języku angielskim, iż są legalnym środkiem płatniczym w tym kraju. Dolar ten nie posiada znaku wodnego, pokryty jest jednak drobnymi ornamentami graficznymi w odcieniach czerwieni, brązu i błękitu. W papier została także wtopiona nitka metalowa, a przed fałszerstwem zabezpiecza dodatkowo perforacja druku strony emisyjnej. Na stronie drugiej – obok niezwykle misternych sieci i siateczek ornamentowych – przedstawiono z lewej strony polder, czyli sztucznie osuszony teren nadmorski, otoczony groblą i zabezpieczony tamą. Po stronie prawej widzimy trzy kombajny, pracujące przy żniwach ryżowych. Roślina ta jest jedną z głównych upraw w Gujanie i stanowi integralną część posiłków. To właśnie poldery umożliwiają uprawę delikatnego ryżu, który lubi „głowę” mieć zwróconą do słońca a „nogi” – zanurzone w wodzie. Po tej stronie banknotu wyczuwalna jest perforacja. Przy oznaczaniu wartości zastosowano literę S przekreśloną dwiema cienkimi kreskami, podobnie jak w przypadku dolarów wielu innych krajów świata.

CHINY (X)

Następnego dnia jest lepsza pogoda i jedziemy na południe, do Narodowego Parku Leśnego Kanbula, zobaczyć jedne z najpiękniejszych miejsc w Chinach. Żegnamy nieco zamglone Xining i podążamy przez wsie, miasteczka ku szerokiej autostradzie. Biegnie ona przez góry, a czasami przebija się przez nie tunelami – właśnie wjeżdżamy w jeden z najdłuższych w Chinach, mierzący ponad trzy kilometry. Dowcipni kierowcy autobusów urządzają sobie wyścigi i mijają się trąbiąc na siebie. Patrzę z przerażeniem jak prawie ocierają się o siebie, przy szybkości stu czterdziestu kilometrów na godzinę. Jeden nieostrożny ruch kierownicą lub kamień pod kołem, mogłyby spowodować katastrofę. Wreszcie wydostajemy się z tunelu i oddycham głęboko, z ulgą, przypatruję się zielonym wzgórzom, które ciągną się z każdej strony. Widać na nich wyraźnie rysujące się tarasy uprawowe, gdzieniegdzie jaśnieją lub zaznaczają się plamy białych lub czarnych jaków, niżej krów i koni lub mułów. Przejeżdżamy przede wszystkim przez muzułmańskie wioski, na co wskazują nakrycia głowy mężczyzn i kobiet. Czasem mijają nas oni na motocyklach Yamaha lub Kawasaki i wtedy wyraźnie widać białe czapeczki i czarne, koronkowe chusty. Wszędzie pełno odkrytych straganów z arbuzami i melonami, kawałkami baraniny wiszącymi na hakach, jabłkami i gruszkami, pomarańczami i mandarynkami. Żywe kozy i owce błąkają między ludźmi, czasem niewielki pies wybiega z zagrody i oszczekuje pędzące autobusy. Jacyś ludzie wydobywają kamienie z płytkiej, prawie wyschłej rzeki, biegnącej równolegle do drogi. Czasem widzę jakieś umykające ptaki, ale z racji oddalenia nie mogę się zorientować jakie to gatunki, rozpoznaję tylko odważniejsze i żyjące blisko ludzi sroki, szpaki i wróble. Przewodnicy zapowiadają, że zbliżamy się do rzeki Huang He i spodziewam się niewielkiej strugi, która niedaleko stąd rusza z gór i coraz to potężnieje. Wjeżdżamy na most i ze zdumieniem zauważam, że w tym miejscu jest to już wielka rzeka, równie szeroka jak Wisła w swoim północnym biegu. Wkrótce wszystko się wyjaśnia, bo dojeżdżamy do wielkiej tamy, która spiętrza wielką chińską rzekę i powoduje, że już w górnej części jest ona potężna i ma ów żółtawy odcień, który od dawien dawna akcentowano w jej nazwie. Koryto jest nieuregulowane i przeciska się szeroko przez górzystą krainę, przenosząc ogromne ilości życiodajnego lessu, cząstek organicznych i materiału skalnego.

Gdyby nie istniała Żółta Rzeka, północne Chiny byłyby zapewne nieurodzajnym pustkowiem. A tak stały się kolebką starożytnych Chin – to tutaj łatwo uprawiało się lessowe gleby i produkowano ogromne ilości żywności. Z powodu krętego biegu, a także kapryśnej natury, rzeka często porównywana była do smoka. Wypływa ona z gór Bayah Har Shan i wpada do jeziora Elinghu, co po tybetańsku znaczy Błękitny Wschód Słońca. Przypomina ono kształtem złoty dzwon i obejmuje obszar 618 kilometrów kwadratowych. Tuż przy nim usytuowane jest jezioro Zhalinghu, co z kolei znaczy Biały Wschód Słońca. My jednak jesteśmy bardziej na wschodzie, przy pięknym zbiorniku wodnym Lijiaxia, który słynie z niezwykłych widoków i wielkiej hydroelektrowni. Wszystkie autokary zatrzymują się na sporym placu i przesiadamy się do mniejszych busów, które powiozą nas w góry, do miejsca zwanego Kanbula, skąd roztacza się piękny widok na okoliczne, żłobione przez wodę i wiatr skalne ostańce, jak i na niezwykłe, turkusowe jezioro. Wsiadam do jednego z pojazdów, gdzie kierowca w tradycyjnym tybetańskim stroju uśmiecha się i z dumą odsłania wprawione złote zęby. To charakterystyczny element wyglądu tutejszych ludzi i znak ich zamożności, która bierze się przede wszystkim z licznych kontaktów z turystami. Każdy kto przyjeżdża do prowincji Qinghai, pragnie zobaczyć osławione jeziora i poszarpane góry, przedstawiane w tradycyjnym malarstwie chińskim. Jedziemy dość szybko w górę, wąskimi serpentynami, i po kilkunastu minutach pojawia się panorama jeziora Lijiaxia. Wielu uczestników wycieczki krzyknęło w tym momencie z zachwytu, bo widok doprawdy zapiera dech w piersiach. Dopiero stąd widać delikatną barwę wody, przechodzącą od błękitu do turkusu. Zapinam sweter, bo w miarę wspinania się w górę, czuję coraz większy chłód. Zaczynam też odczuwać zmieniającą się wysokość, która sięga blisko czterech tysięcy metrów, obserwuję też zmieniającą się roślinność. Przy drodze pasą się kozy, a nieco wyżej, na zboczach widać samotne jaki. W końcu docieramy do Narodowego Parku Leśnego Kanbula, gdzie jest niewielki budynek i parking dla samochodów. Mamy godzinę na zwiedzanie tego miejsca i kontemplowania niezwykłych kształtów otaczających gór, które bardziej przypominają krajobraz z jakiejś obcej planety, niż miejsce na ziemi. Są to wielkie ostańce skalne, w specjalny sposób wyżłobione przez wodę i wiatry, tak że przypominają głowy prehistorycznych żółwi. Rośnie tutaj wiele rzadkich drzew iglastych, górskie topole i sporo krzewów charakterystycznych dla tej wysokosci. Wędrujemy wąskimi dróżkami, podziwiamy ostańce oraz odległe szczyty górskie, nawet w sierpniu pokryte śniegiem i lodem. Wchodzimy też na niewielka górę, na której zbudowano rodzaj chińskiej altany, ze stromymi dachami i charakterystycznymi ozdobami. Tuż obok jest jeszcze jeden szczyt, pokryty trawą, kwiatami i ziołami. Wspinam się na niego, mijając dwa pasące się muły, a gdy staję na szczycie, zauważam, że wspięli się tutaj też trzej muzułmanie z pobliskiej wsi. Niestety nie rozmawiają oni po angielsku, ale wymieniamy jakieś uwagi o okolicy, podnosząc wskazujący kciuk do góry, coś próbując dać do zrozumienia na migi. Po zejściu ze szczytu jedziemy nieco niżej, do dużej stołówki, gdzie zatrzymują się wszystkie wycieczki. Jem pałeczkami tradycyjny posiłek, pełen warzyw i pierożków drożdżowych, gotowanych na parze i szybko wychodzę na placyk przed budynkiem. Słońce grzeje bardzo mocno, siadam więc na niewielkim murku i korzystając z okazji, opalam twarz. Dopiero w Xining zauważę, że te kilkanaście minut w bezruchu, spowodowało, że słońce dosłownie osmaliło mi buzię.

Zjeżdżamy jeszcze niżej, w kierunku zbiornika wodnego i monumentalnej, żelbetonowej hydroelektrowni. Przez cały czas podziwiam niezwykłe widoki, sporo fotografuję i zatrzymuję wzrok na niewielkich skupiskach budynków, ulokowanych w dolinach i otoczonych murami. Zimy tutaj muszą być srogie i wiatry porywiste, dlatego ludzie chronią się w specjalnych kompleksach, które mnie kojarzą się z gniazdami jaskółek, przyczepionymi do ścian. Wreszcie dojeżdżamy do sporego tarasu widokowego i mamy przed sobą panoramę skał, kamiennych platform, turkusowej wody, tamy i gór ciągnących się aż do horyzontu. To jeden z najpiękniejszych widoków, jakie widziałem w życiu, więc fotografuję, by utrwalić tę chwilę. Spaceruję przy samym brzegu przepaści i cieszę oczy tym kawałkiem Chin, niegdyś tak niedostępnym, a teraz będącym wielką atrakcją turystyczną. Organizatorzy dają nam ledwie kilka minut na delektowanie się panoramą zbiornika wodnego, który z samolotu wygląda jak chiński smok. Szybko wsiadamy do mikrobusów i zjeżdżamy w dół, do podnóża gór, gdzie z hukiem, przez sztuczne spiętrzenie, przewala się, rzeka Huang He. Wracamy tą samą drogą do Xining, ale w pewnym momencie skręcamy w kierunku gór i ocieramy się o kompleks lamajskich świątyń na szczytach. Jesteśmy lekko ubrani, a tam temperatura gwałtownie spada do minus dziesięciu stopni, więc nie możemy się zatrzymać. Przyglądam się namiotom z flagami modlitewnymi i ludziom, którzy często siedzą na ziemi, na niewielkich kocach lub na rozpostartych skórach jaka. Muszą być bardzo zahartowani, bo nie są wcale grubo ubrani, mają na sobie swetry, czasem jakieś sfatygowane płaszcze lub kurtki. Przy drodze leżą białe jaki i kozy, widać też ludzi, wspinających się specjalnymi dróżkami ku świątyniom. Mijamy to niezwykłe miejsce i zjeżdżamy do autostrady, a nią mkniemy znowu szybko w kierunku Xining. Kierowcy raz jeszcze dają popis w długim tunelu, ale po wyjechaniu z niego, trąbiąc na mijane samochody i przyspieszając coraz bardziej, dowożą nas bezpiecznie do hotelu. Jestem nieco zmęczony i chcę się przespać, ale nagle dowiaduję się, że z powodów technicznych, muszę tego samego dnia wieczorem lecieć do Pekinu. Zabrakło miejsc w samolocie, który miał ruszyć następnego dnia, więc mnie i poetę z Dahomeju umieszczono w innym statku powietrznym. Cóż robić, szybko pakuję swoje rzeczy, żegnam się z wieloma pisarzami i wsiadam do autobusu, który odwozi nas i sporą grupę Chińczyków na lotnisko. Gładko załatwiam formalności, siadam w poczekalni z czarnoskórym kolegą i czekam na samolot. Nie możemy rozmawiać, bo on mówi tylko po francusku, a ja posługuje się przede wszystkim językiem angielskim. Jeszcze godzina i już wsiadamy do Boeinga 737 i wznosimy się nad Xining. Z zachwytem patrzę na górzysty krajobraz gościnnej prowincji Qinghai, a potem długo przyglądam się z zaciekawieniem ludziom, którzy lecą wraz z nami do stolicy. Na lotnisku czekają na nas wyznaczeni opiekunowie, którzy transportują nas znowu do tego samego hotelu, co przed wylotem do Xining. Śpię spokojnie i budzę się wczesnym rankiem, mam więc jeszcze trochę czasu by pochodzić po ulicach Pekinu. Trwa na nich poranne ożywienie, tysiące samochodów i ludzi na rowerach przemieszcza się ku jakiemuś przeznaczeniu. Niebawem znajdę się ponownie na lotnisku, wsiądę do wielkiego samolotu, lecącego do Wiednia, stamtąd mniejszym aeroplanem przemieszczę się do Warszawy i moja chińska wyprawa zakończy się. Będę tęsknić za Państwem Środka i może nigdy do niego nie wrócę, na pewno jednakże zainteresuję się bliżej jego kulturą – będę czytać wiele książek i jak najwięcej pisać o nim.

WILKI I BIAŁOZORY

Foto Gunnar Ries

W noworoczne przedpołudnie obejrzałem w telewizji film BBC o dwóch drapieżnikach, żyjących na Ziemi Ellesmere’a. Należy ona do Kanady i znajduje się w archipelagu mniejszych i większych wysp na Oceanie Arktycznym, w bezpośredniej bliskości Grenlandii. Autorzy tego dokumentu ukazali życie wielkich wilków arktycznych (Canis lupus arctos) i białozorów grenlandzkich (Falco groenlandicus) – rzadkich sokołów o pięknym, białym upierzeniu. Krajobraz tego lądu jest górzysty, a znaczny jego obszar zajmują też pokrywy lodowe. Na pozostałych terenach występuje skąpa roślinność typu tundrowego, zieleniejąca podczas krótkiego lata. Linia brzegowa wyspy jest dobrze rozwinięta, z licznymi, głęboko wciętymi fiordami, co umożliwia wpłynięcie i dotarcie do brzegu. Mieszka tu niewielu ludzi, bo warunki są ekstremalne; porywiste wiatry, śnieżyce, a przez większą część roku występuje gruba pokrywa śnieżno-lodowa. W takich przestrzeniach przemyka stado białych wilków polarnych, które gotowe jest pożreć wszystko co się rusza. Polują zatem na pisklęta kaczek i gęsi śnieżnych, nie gardzą skorupiakami, żabami i gryzoniami. Żyją w watahach do trzydziestu zwierząt, a stadom przewodzą samce alfa, których partnerki mają równie eksponowaną pozycję. W trakcie polowania i karmienia młodych, współpracują wszystkie dorosłe zwierzęta. Zimą polują one przede wszystkim na renifery, zające i woły piżmowe. Gdy te ustawione są w okręgu, chroniąc cielęta potężnymi rogami, drapieżniki rozpoczynają wojnę nerwów i koncentrują się na rozerwaniu grupy. Biegając naokoło, zmuszają woły do zmiany pozycji, tak, by te mogły widzieć agresorów. Często jednak taka taktyka nie pomaga drapieżnikom, ale jeśli dopisze im szczęście, woły nie wytrzymują nerwowo i rozbiegną się. Wtedy wilki rozpoczynają pościg i próbują odizolować młode lub słabe zwierzęta. Kiedy drapieżnik wgryzie się już w ofiarę, inne śpieszą mu z pomocą i wspólnie powalają woła. Ciekawostką jest to, że wilki polarne nie pozostawiają szczątków ofiar – na obszarach arktycznych jest tak mało pożywienia, że zwierzęta te zjadają wszystko, wraz ze skórą, sierścią i kośćmi. Film prezentuje losy młodej wilczycy, która odłącza się od stada, a potem wychudzona i doświadczona srodze, wraca do niego. Drapieżniki te, prawie nie niepokojone przez ludzi, żyją w środowisku naturalnym od wieków i są przykładem zwierząt, które przystosowały się do prostego życia w groźnej i niegościnnej Arktyce.

Drugi bohater – białozór – to największy ptak z rodziny sokołów, tylko wyjątkowo zalatujący do Polski. Jego ciało osiąga wymiar 65 centymetrów, a rozpiętość skrzydeł dochodzi do 140 centymetrów. Zamieszkuje prawie całą półkulę północną, a jego pióra stanowiły w dawnych wiekach cenny łup i umieszczane były na szlacheckich czapkach. Występują trzy odmiany białozorów: biała, ciemno plamkowana, z ciemnymi końcami skrzydeł; jasnoszara o piórach z białymi brzegami; ciemnoszara z piórami o jaśniejszych brzegach. Na policzku słabo zaznaczony ciemniejszy wąs, u odmiany białej w ogóle niewidoczny. U wszystkich odmian dół ciała plamkowany lub kreskowany. Obie płci ubarwione jednakowo, nogi i woskówka na dziobie żółte, a szyja i ogon krótkie. W locie mają charakterystyczną sylwetkę, o długich i ostro zakończonych skrzydłach, często ze zwisającą pod pazurami ptaka, martwą pardwą, cietrzewiem lub częścią zająca. Na filmie pokazano parę, która wychowuje trójkę piskląt, nie mogąc nastarczyć im z pożywieniem. Zarówno samiec, jak i samica wznoszą się bardzo wysoko w powietrze, nawet na wysokość pięciuset metrów i obserwują ziemię. Potrafią dostrzec nawet najmniejszy ruch i z wielkim impetem spadają na ofiary. Potem na ziemi kawałkują pożywienie i z ogromnym poświęceniem, przenoszą je do gniazda. W nim rozszarpują kawałki mięsa na jeszcze mniejsze i wtykają sprawiedliwie do dziobów piskląt. Tutaj widzimy, że jedno z nich jest agresywne i kradnie kawałki pokarmu swojemu bratu i siostrze. Koniec końców udaje się wykarmić te wiecznie głodne istoty i pod koniec sierpnia, gdy nadchodzą mrozy i pojawia się nowy śnieg, ptaki są już gotowe do odlotu na południe. Gniazdo pozostanie puste na półce skalnej aż do czerwca, kiedy to białozory wrócą, odbędą krótkie gody i doczekają się nowych potomków. Piękne, oryginalne zdjęcia ekipy filmowej znanego realizatora Jonathana Keelinga, ukazują grozę i bezwzględność życia w Arktyce, a zarazem niezwykłą urodę krajobrazów. Dzięki filmowcom możemy zaznajomić się z miejscem, które w przeszłości było niedostępne, znane tylko Eskimosom i kilku odkrywcom, którzy zapędzili się w te rejony.  Wyspa Ellesmere’a, pokryta śniegiem i skuta lodem przez większą część roku, tylko raz trafiła na czołówki gazet – w 2008 roku, kiedy to oderwała się od niej bryła lodu, wielkości Manhattanu. Młode białozory ćwiczą mięśnie skrzydeł i wreszcie odrywają do gniazda, zaczynają wraz z rodzicami, szybować nad skałami i tundrą tej lodowatej krainy. Widzą białe wilki przemykające między kamieniami i karłowatymi drzewami, ale patrzą już w dal, za horyzont, gdzie czeka na nich inny świat.

%d blogerów lubi to: