ALEJA KLONÓW (20)

marc-chagall-3

Poranek był jasny, a na bezchmurnym, błękitnym niebie rysowały się tylko niewielkie, jaśniejsze smugi oparów. Słońce wstawało w glorii złota, czerwieni i lekko rozmytych żółcieni, a w czarnej grafice gałęzi klonów rozsiadły się małe stada gawronów, wydając raz po raz chrapliwe krakanie. Aleja była prawie pusta, choć w dali widać było stojącego przy drzwiach kamienicy Janka Wodogłowca, niedaleko piekarni stał też koń przy wozie i pomocnicy piekarscy zdejmowali z niego pękate worki mąki, zarzucali je na plecy i taszczyli w stronę magazynu. Ulicą rzadko przejeżdżały samochody, najczęściej wojskowe cysterny albo półciężarówki, jakieś pojedyncze wozy osobowe, o tej porze wiozące dowódców i pilotów na lotnisko. Senność nocy nie oddaliła się jeszcze, ludzie przecierali oczy rękoma i nic nie zapowiadało burzy, jaka miała się niebawem rozpętać. Wyszedłem z podwórka na ulicę i stanąłem przy pompie, przyglądając się jak jakaś starsza kobieta, mieszkająca w dalszym domu, nalewa wodę do wiadra. Uniosłem głowę ku niebu i zobaczyłem jastrzębia, majestatycznie kołującego pośród błękitu, wypatrującego gołębi wylatujących z gołębników i przysiadających na pokrytych dachówkami dachach. Śledziłem drapieżnika dość długo, aż nagle zmienił trajektorię lotu i z impetem zaczął spadać w kierunku nieostrożnego ptaka, który wzleciał zbyt wysoko. Dopadł go szybko, wbił szpony w pierś i bezwładnego pociągnął chybotliwym lotem ku wieży pobliskiego kościoła Świętej Trójcy. Żal mi się zrobiło sinoniebieskiego gołębia i przypomniałem sobie jakie piękne, czerwone oczy mają te bezbronne istoty, jak gruchają miłośnie w gołębniku mojego ojca i jak radośnie wylatują w niebo, krążąc wiele razy nad naszą dzielnicą.

paradisbig

Nagle dotarł do moich uszu jakiś przeraźliwy krzyk kobiecy, wyraźnie dobiegający z korytarza, oddzielającego dwa podwórka naszej posesji. Podbiegłem do bramy i zobaczyłem jak z mroku przejścia wybiega Pola Rozenfeld w amarantowym szlafroku z satyny, z rozwichrzonymi włosami. Kuśtykając komicznie w eleganckich pantoflach z puszystymi, różowymi pomponami, podbiegła pod niewielkie wzniesienie na podwórku, minęła bramę i skierowała się w prawo, ku dalekiej piekarni i kuźni. Mijając mnie, spojrzała filuternie, na sekundę przystanęła, obejrzała się za siebie i ruszyła dalej. Z korytarza wyłonił się jej brodaty mąż Jakub, człapiąc pośpiesznie w wielkich czarnych butach, spodniach za kolana, białych kolanówkach i byle jak narzuconym chałacie, wymachując wielkim, skórzanym paskiem od spodni, który trzymał w prawej ręce.

chagall-arca-di-noe

Gewalt! Oj gewalt[1]… Ja ci dam latawico tego szofera… ja ci dam mój gelt[2]… Od trzech lat mnie oddalasz z łoża… Fertik! Fertik![3] To małżeństwo to mój najgorszy geszeft! Ty latawico jedna… Fertik… zaraz dostaniesz ode mnie get[4]

Jarmułka zsunęła mu się na bok, biała koszula wypadła ze spodni, a rozsznurowane buty prawie spadały mu z nóg. Pola podążała aleją klonów wolno, ale rytmicznie, niczym barwny pociąg osobowy, a Jakub co chwila przystawał, sapał i wznosił ręce do nieba. Z bramy sąsiedniej kamienicy wyszedł rzeźnik Jasiu, w poplamionym krwią, gumowym fartuchu i białej czapeczce na głowie, a szybko zorientowawszy co się dzieje, udał oburzonego i zawołał do Żyda:

– A co to panu Jakubowi się stało, co za nieszczęście od rana…?

chagall

Złotnik wykorzystał te okazję by przystanąć, oparł ręce na biodrach, spojrzał teatralnie ku niebu i wyrzucił z siebie:

– Panie Janek, panie Janek, żyłem z wielką nierządnicą… Szatan wlazł w moją żonę… Miszegas[5] Dzisiaj rano po powrocie ze składu wszedłem do domu, a tam ona leżała naga w naszym łożu z tym szoferem z naprzeciwka…

Rzeźnik odwrócił głowę, uśmiechnął się przez chwilę, a potem zwrócił twarz do Jakuba i powiedział z wyrzutem:

– Bo pan Jakub jej wcale nie pilnował… To piękna kobieta i stale chłopy na nią mają chrapkę… Jak się ma taką urodziwą żonę, trzeba ją pilnować… nawet na klucz zamykać…– odrzekł przekornie.

– Ona roniła łzy ze mną pod chupą[6] A potem szeptała mi czułe słówka do ucha… Obiecywała, że urodzi pięcioro dzieci… Co teraz będzie ze mną…

– Każdy by się skusił panie Jakubie… Żaden chłop nie wytrzymałby jej spojrzenia… a kształty, jak metka, jak pasztetowa, jak szyneczka najlepsza… – kpił bez pardonu rzeźnik.

chagall-adao-e-eva-expulsos-do-paraiso

Jakub popatrzył ze złością na niego, zmierzył odległość do żony, splunął na bok z rozmachem, pogroził rozmówcy i ruszając w dalszy pościg, wycedził:

Mamzer… paskudny mamzer[7] – a na koniec zakrzyknął jeszcze – Kisz mir in toches!…[8] Obyś miał parch na głowie i za krótkie ręce…

Pola zauważyła, że Jakub przystanął i rozmawia z rzeźnikiem, więc też zatrzymała się by zaczerpnąć oddechu. Fryzjer Frost, z czarnym, ruchliwym wąsikiem jak u Hitlera, wychylił się ze swojego zakładu, spojrzał w lewo, potem na roznegliżowaną Polę i w mig zrozumiał co się stało. Zdążyłem już podbiec do Poli, a wraz ze mną przybliżyły się do niej jakieś dwie kobiety i wozak, który przywiózł mąkę do piekarni. Fryzjer pomachał ręką i zawołał w stronę niewiernej:

– Pani Polu, niech pani się schroni u mnie… Zawrę odrzwia i Jakub tutaj nie wejdzie…

Kobieta nie namyślała się długo, zaciągnęła satynowy pasek na brzuchu, zakryła piersi częścią szlafroka i chyłkiem wsunęła się do fryzjerni. Frost natychmiast zamknął drzwi i zasunął od środka żelazną kratę, a potem poprowadził Polę na zaplecze. Jakub nie zauważył, że żona nagle zniknęła, zaczął człapać i wymachiwać pasem, ale po jakimś czasie zorientował się, że w dali nie ma już amarantowej plamy jej podomki. Szybko wyjął z kieszeni chałatu druciane okularki, założył je na nos, zaczepił o uszy i zaczął sondować dal. Pomyślał, że dobiegła już do rogu alei i skręciła w ulicę Piękną, ruszył więc dalej, wkrótce mijając zakład fryzjerski.

images

– Ja ci dam gojowskiego kapoca… ja ci dam szoferskiego szmoka[9] – rozpaczał i patrzył ze złością na mijających ludzi. Schroniłem się za jedną z kobiet, bo zawsze bałem się jego groźnego spojrzenia.

Minął zbiegowisko i podreptał dalej, cały czas unosząc ręce ku niebu, wciąż potrząsając pasem od spodni. Nagle zza rogu wybiegł Wuja Koniś, który odbywał kolejny przebieg najbliższych ulic. Zatrzymał się w pędzie na widok Jakuba, nie przestając w miejscu uderzać nogami o ziemię, po czym zarżał jak ogier, ustawił się z boku Jakuba i zaczął razem z nim podążać do przodu. Stary złotnik zatrzymał się zdezorientowany, spojrzał na wariata, a ten wtedy też przystanął i zaczął uderzać w ziemię prawą nogą jak kasztanka kopytem. Znowu ruszył do przodu a Wuja Koniś przeszedł z lekkiego galopu w rytm stępa, prychając raz po raz i rozglądając się nerwowo na boki.

marc-chagall-song-of-songs

– A szlag zol dich trefn…[10] – wrzasnął Jakub w stronę nieoczekiwanego towarzysza.

Ludzie stojący przy brzegu chodnika rechotali ze śmiechu, wskazywali palcami Konisia i zginali się w komicznych pozach. Ten usłyszawszy żydowskie przekleństwo, zarżał najgłośniej jak umiał i pocwałował w przeciwną stronę. Jakub dotarł już do rogu ulicy, a nie znalazłszy żony, odwrócił się na pięcie i zaczął powoli człapać w kierunku domu. Mamrotał cały czas coś pod nosem w jidysz i jak muzyczny refren wracały słowa oj wej, oj wej ismir…[11] Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że piękna Pola poszła do łóżka z moim ojcem, ale po miesiącu wszystko wróciło do normy, bo Jakub kupił potężną kamienicę w centrum miasta, gdzie przeprowadził się ze skruszoną Polą. Na parterze otworzył zakład złotniczy, a żonę zamykał na piętrze, pilnie czuwając nad pękiem kluczy, obsypując ją złotem i drogimi strojami, kupując ciasta i czekoladki.

__________

[1] O zgrozo! Biada!
[2] Pieniądze
[3] Koniec.
[4] Żydowski list rozwodowy.
[5] Szaleństwo
[6] Baldachim ślubny w żydowskiej ceremonii zaślubin.
[7] Bękart, oszust.
[8] Pocałuj mnie w dupę.
[9] Kapoc i szmok – wulgarne określenia penisa.
[10] A niech cię szlag trafi.
[11] Oj nieszczęście, oj biada.
Reklamy

POEZJA WOJCIECHA KAWIŃSKIEGO

000014

Poezja Wojciecha Kawińskiego jest zdumiewającym zjawiskiem na mapie współczesnej liryki polskiej. Autorowi udaje się podążać własną drogą i stale modyfikować język poetyckiej narracji. Jego liryka oparła się próbie czasu, a swoiście polskie rytuały pokoleniowe, pułapki manifestów i kolejnych „zmów” nie wyrządziły jej krzywdy, tak jak to miało miejsce w przypadku rówieśników Kawińskiego. Jeśli można mówić tutaj o jakiejś korespondencji, to jest to jedynie korespondencja duchowa – klimat charakterystyczny dla poety – jego indywidualny kształt wiersza. Szukając powinowactw wskazać by należało wielu poetów amerykańskich i angielskich, a także niektórych twórców z niemieckojęzycznego kręgu kulturowego. Zresztą Kawiński stale wymienia swoich duchowych antenatów – tworzy cykle wierszy, w których pojawiają się oni w najprzeróżniejszych sytuacjach lirycznych. To co zostało wyżej powiedziane nie jest tylko pochwałą poezji, jest raczej zdziwieniem czytelnika, który przystępując do lektury i krytycznego opracowania tego fenomenu stwierdza, iż ma do czynienia z dziewiczą wyobraźnią i obrazami pozwalającymi udanie odtwarzać mechanizmy podświadomości, snu, kolejnych fal i impulsów rzeczywistości. Trudno doprawdy doszukać się w tej poezji jakichś negatywnych stron. Krytyk musi zaangażować cały swój warsztat badawczy, żeby nie uronić niczego z tych zdumiewających wizji. Często też opis krytycznoliteracki nie wystarcza i konieczny staje się dyskurs naukowy. Dla Kawińskiego poezja jest rejestrowaniem pulsu życia – każdy wiersz jest świadectwem tego, iż krew płynie w żyłach, a serce szamocze się z przeznaczonym mu czasem. Ale jest też zdziwieniem, że po nocy zdarza się nowy świt i płyną kolejne godziny. Każde zderzenie, każdy incydent dnia rozgrywa się jakby w perspektywie dalekiego, pełnego tęsknoty śpiewu: Widzisz, jeszcze widzisz te żywe gołębie ciemności/ Twoja obecność trwa między wapnem a żywą krwią./ Morze przesypuje swą sól w twe suche źrenice.

Człowiek Kawińskiego jest bytem kruchym i chwilowym, Jest w nim tajemnica, której rozwikłać nie można – tajemnica, która swoje korzenie ma być może w odległych spiralnych galaktykach i mroku świadomości. W tej poezji wszystko jest odkrywaniem i wszystko jest poszukiwaniem: przez pola/ na ukos:/ betonowa gwiazda:/ w gnieździe przestrzeni/ żółta rana światła;/ pod wygasłym domem/ twój cień;/ skamielina płaska;/ szukająca siebie/ po ostatni/ sen –. Wszystko tu jest przekształcaniem, nazywaniem stanów, które są nie nazwane, które poeta wyczuwa piątym zmysłem, których się boi i przed którymi ucieka wiedząc, iż naturalnym stanem b y t u   jest entropia. Wszystko dookoła rozpada się – kruszeją mury i posągi, padają cywilizacje, ludzka świadomość zanika z upływem czasu. Byt porusza się od całości i scalania do rozpadu – do cząsteczki, komórki, atomu i kwarka; wszystko bezpowrotnie zamiera, traci sens. W takim świecie walka jest właściwie niemożliwa, a jedynie pożądanym stanem umysłu jest jego samoświadomość, pogodzenie się z ogromną, przerażającą, a zarazem piękną w swoim niszczycielskim rozmachu siłą: I będzie co ma być/ W rdzą przeżartej równinie/ Nigdzie nie zdołasz się skryć? Czas podliczy twe winy? Każda kropla zmęczenia/ Rozpłynie się w suchym dymie/ Zmienność odsłoni znaczenia/ Jak ryte w betonie imię/ Pod chłodu zdrewniałą powieką/ Miniona zieleń skruszeje/ A światu cynowe wieko/ Odsłoni krew i nadzieję. Człowiek Kawińskiego uczestniczy w procesie nieuchronnego rozpadu – przemija jak każdy byt. Poeta jednak nie może nie czuć się rozdartym, nie może nie lamentować nad zmieniającą się perspektywą. Wszak czuje on i widzi więcej od pogodzonych – częściej otwierają się przed nim przepaście, których inni ludzie nawet nie przeczuwają. Jego lament jest jednak formą intelektualnego pogodzenia – jest często ledwie liryczną notatką, zapisem stanu bez komentarza: Z krwi i kości/ jest ten nasz mały świat;/ kość gnije,/ krew zmienia się w rdzawą rosę,/ kończy się podróż; wieje wiatr… Ów opis rzeczywistości nagle się urywa, bo tylko taka pointa może mieć swoją wymowę. Człowiek Kawińskiego zawsze będzie szukał jakiegoś wyraźnego zakończenia, patetycznego zwieńczenia, które uspokoi jego rozchybotaną świadomość. Krakowski poeta wskazuje w swoich wierszach, iż proces rozpadu nie ma początku i końca – jest permanentny. Charakter życia splata je z rozkładem, tak jak uzależnia je od obecności tlenu, wody, określonej temperatury, rodzaju pokarmu. Poezja Kawińskiego jest ciągłym poszukiwaniem i wskazywaniem sprzeczności – odkrywaniem spękań w skorupach przeszłości i pojawiających się powoli krwawych plam na materiach przyszłości. Człowiek Kawińskiego jest bezbronny – dźwięczne oksymorony i kontrasty znaczeniowe, przeciwstawne „temperatury” strof i symultanicznie stosowane tropy współtworzą określony nastrój przegrania, upadku, zaprzepaszczenia wszelkich szans. To jakby proste – prostotą mitu, podania, zapisu kulturowego – pieśni tych, którzy codziennie idą na zagładę; tych, którzy powstają z popiołów. Tragedia graniczy tutaj z chwilowym olśnieniem, miłość określana jest przez nienawiść, a zło jest jedynie alternatywą dobra. Jak cień snuje się tu wciąż za człowiekiem opar klęski o absurdalnym wymiarze: Wisi nad nami nie słowik, nie deszcz./ Wisi nad nami nie ból ani dreszcz./ Wisi nad nami nie litość zmrożona./ Wisi nad nami treść losu stępiona. Poezja Kawińskiego ma wymiar eternalny. Nie liczą się w niej dni, godziny, sekundy – a jeśli poeta mówi o nich to są to określenia pośredniczące. Ważna jest pustka wszechświata, w której lodowatych rewirach czas jest pojęciem względnym. Poeta jakby czuje się gościem na ziemi – jego świadomość wyposażona została w zmysł „względności”. Nie potrafi ona łatwo adoptować się do ziemskich warunków. Chwilowe, naprędce stwarzane azyle jawią się jej w ich złudnym poczuciu trwałości. Dlatego też poeta rezygnuje z licznych masek, jakie nakłada nam życie – woli bytować pośród doskonałych przestrzeni światła i dźwięku, pośród kosmicznych zawirowań. Kolejne wiersze są uzupełnianiem całości – każdy szczegół jawi się tu w całej swej rozpaczliwej jaskrawości, staje się iskrą i zaczynem mroku, obietnicą ciszy i ostatnią palbą cierpienia.

Bohater liryczny Kawińskiego błąka się w labiryncie czasu. Przeszukuje coraz to inne korytarze w nadziei znalezienia wyjścia, błąka się od ściany do ściany, przystaje, a potem znowu idzie przed siebie. Jego nadzieja tli się ledwie w perspektywie beznadziei. Są tylko lodowate korytarze, poczucie przegranej i ból kolejnych przebudzeń. Ów bohater dawno stracił wszystko i pogodził się ze swoim losem. Tylko tego rodzaju przebudzenie, świadomość, że kolejny dzień jest dalszym ciągiem cierpień i prób, pozwalają żyć. Labirynt jest metaforą i surrealną rzeczywistością. Jest przestrzenią wewnętrzną bohatera i światem zewnętrznym. Wędruje w nim świadomość poety i on sam, projektowany przez sen, lęk, ból. On i jego człowiek stworzeni zostali dla cierpienia i zrozumieli, że nie ma przed nim ucieczki. Istnieją, żeby potwierdzać owo cierpienie w sobie i dawać Bogu jego znak. Bohater Kawińskiego budzi się dla śmierci – nie budzi się dla życia. Owo przebudzenie w innym miejscu określone zostanie jako sina obręcz świtu/ która więzi, razi chłodem/ i blaskiem/ niepewności. Świat jest gabinetem tortur, jest kaźnią wyobraźni, labiryntem składającym się z samych pułapek i zakamarków, w których czai się ból. Ta poezja jest pogłosem odwiecznej gry elementarnych żywiołów, ale jest też echem walki żywiołów tkwiących w człowieku. Poeta wypowiada w swoich utworach wiele przeczuwanych prawd, odsłania podświadome i nierealne przestrzenie. W kreowanej i demaskowanej rzeczywistości przestają obowiązywać, zdawać by się mogło niewzruszone prawa fizyki, albo są one na jakiś czas zawieszane. Dlatego narrator tej poezji może poruszać się w przestrzeni niczym światło, może przenikać żelazo, mięso i skały niczym kropla żrącego deszczu, może smużyć się na niebie niczym chmura. Świadomie, albo podświadomie traci wtedy walor człowieczeństwa, łączy się z naturą, bądź z ciągnącymi się w głębinach jaźni systemami antynatury. Potrafi w jednej chwili zawiązywać świat i równie szybko go gasić. Potrafi ogarniać krainy okrutnej wyobraźni jednym szybkim jak błysk spojrzeniem, ale też potrafi odwracać percepcję świata. Wtedy wzgórza w stukocie kół odchodzą, a nie narrator od nich się odsuwa. Wtedy dzień uniesiony w skrzydle kruka gaśnie, a nie kruk znika w gęstniejącym mroku. A dzieje się tak za sprawą swoistego odwrócenia perspektywy, gdy widzimy, że rzeka stoi pionowo w blasku stalowym. Narrator tych drżących jak samo trwanie wierszy, przez ciągłe obcowanie z dwiema walczącymi sferami – wielkiej kosmicznej gmatwaniny materii i skomplikowanej materii człowieka zaczyna rozumieć głęboko ukryte prawdy. Wtedy wypowiada zaklęcia, w których zawiera się wiedza o stanach, w których nie obowiązują już reguły ludzkiego bytowania: i wierzyć przestajesz w sens utartych praw/ nie pojmujesz surowej prostoty przemian/ zimnej materii wiedzy która pogłębia/ kryzys wewnętrzny jednostki. Wszystko coraz bardziej się komplikuje, zmierza ku splątaniu. A gdy oswajamy ten bezład myślą, staramy się stworzyć logiczny system, nagle nasze widzenie zaczyna ulegać deformacji. I widzimy to, co do tej pory było proste i jasne – w odwróceniu. A dzieje się tak dlatego, że lotna materia ciągle z nas drwi, stale nas przedrzeźnia i nigdy nie będziemy w stanie odgadnąć jaka jest jej prawdziwa twarz.

DALSZE PIEŚNI TOMKA BATEŃCZUKA

Ku mojej radości powstały kolejne cztery pieśni do wierszy z tomu pt. Ormiańska tancerka. Poznański bard, jak zawsze, wykonał swoją pracę na najwyższym poziomie.

SEN XXXII

z12342093Q,Krypta-w-podziemiach-klasztoru-OO--Reformatow

Szedłem przez długi i mroczny korytarz. Ze wszystkich stron nachylały się ku mnie zdeformowane twarze. Cuchnęły przetrawioną wódką i czosnkiem. Patrzyłem na nie niewidzącym wzrokiem i powoli posuwałem się do przodu. Pod nogami szeleściły mi zetlałe kości i strzępy skruszałych całunów. Chitynowe pancerze karaluchów trzaskały raz po raz, czasem stopa ślizgała się na czymś miękkim i galeretowatym. Twarze wykrzywiały się i naginały ku mnie coraz natarczywiej. Rysy ludzkie zmieniały się w zwierzęce, a te ewoluowały ku kształtom abstrakcyjnym. W wirze pojawiających się i znikających rysów, krzywizn i tonacji migały oczy, usta, włosy morderców i świętych, cnotliwych dziewic i rozpustnic, dumnych mężów i żebraków. W pewnym momencie wszystkie facjaty przybrały rysy mojej twarzy – młodej, dorosłej i nienaturalnie postarzonej. Przez chwilę miałem wrażenie, że czas przyspieszył i mam już za sobą prawie całe życie. Nisze w kamiennym murze otwierały się i z pulsującej mgły wychodzić zaczęły trupy dawno zmarłych zakonników. Czekały aż je wyminę, a potem ruszały za mną w somnambulicznym pochodzie. Czasem od strupieszałych ciał odpadał zżółkły piszczel, czasem czaszka potoczyła się w ciemność, albo krucyfiks upadł z trzaskiem na posadzkę. Szedłem ku wielkiemu refektarzowi, a gdy się tam znalazłem usiadłem przy czarnym stole. Po chwili schodzić się zaczęli martwi alumni i zakonnicy. Na koniec przykuśtykał na pół zgniły przeor. Usiadł naprzeciwko mnie i zaczął gregoriańską pieśń …Salus et gloria et virtus Deo nostro est… przerwał na chwilę i spojrzał ku mnie. Poczułem się nieswojo ale szybko dokończyłem quia vera et iusta iudicia sunt eius… Zakonnicy złożyli kikuty jak do modlitwy i zaśpiewali metalicznym głosem …Alleluia, alleluia…

– Tedy powiadasz bracie Gwalbercie, że przysłał cię Pan z dobrą nowiną. Tedy każesz nam wstać z grobu i ruszyć na niebieskie pastwiska…? – nieoczekiwanie odezwał się jakiś purpurat stojący po prawicy przeora.

– Zaiste czcigodny bracie… Jako rzekłeś…

– A skąd mamy wiedzieć czy nie przybywasz z czeluści piekielnych…?

– Jeno sumienie wasze musi wam podpowiedzieć co należy czynić…

– Ano, ano…

– Dopełnił się cykl astralny, w tysiącach galaktyk wybuchły gwiazdy supernowe. Wszechświat osuwa się w metafizyczną czeluść…

– Czeluść powiadasz, bracie Gwalbercie, czeluść…

– Jako rzekłeś ojcze przeorze…

Spojrzałem na zakonnika i spostrzegłem, że z twarzy spadł mu na stół sporych rozmiarów kawał ścierwa, odsłaniając prawy, pusty oczodół. Podniósł ochłap i beznamiętnie rzucił za siebie, jakby karmił sforę zgłodniałych psów.

– Ale Pan nasz jest fundamentem, którego nic nie skruszy… – odezwał się gruby mnich, siedzący przy drugim końcu stołu.

– Tak, tylko że Szatan wygrał wiele wojen i zaminował ogromną część nieba… – powiedziałem.

Zakonnicy poruszyli się niespokojnie, na stół spadł zżółkły czerep, nadgniłe przedramię i kilka zbrązowiałych palców. Przeor dał znać stojącemu w rogu kościotrupowi w liberii i ten wskoczył na stół, zebrał wszystko i zeskoczył z chrzęstem na podłogę. Dopiero wtedy zaczął mówić, cedząc każde słowo:

– Nie wierzę ci bracie Gwalbercie i czuję wokół ciebie piekielną woń siarki…

– Trudno ojcze, żebyś nie czuł, skoro przeszedłem przez piekło by do was dotrzeć – odrzekłem.

Dwóch tyczkowatych braci skoczyło z krzeseł, gubiąc palce u stóp i jednocześnie powiedziało, akcentując rytmicznie słowa:

– Ojcze przeorze, nie wierz mu… Z piekła przyszedł, bo z piekła jest rodem…

Szybko zlustrowałem wzrokiem wszystkich braci i spostrzegłem, że przestrzeń refektarza rozsunęła się rozlegle, a za siedzącymi przy stole pojawiły się nieprzebrane tłumy pustych habitów. Ruszających się lekko, jakby powiewały na wietrze i reagujących na moje słowa. Nagle przypłynął do mnie wielki kształt i poczułem, że pusta przestrzeń pod kapturem wpatruje się we mnie uważnie.

Wydobyłem spod okrycia wielki złoty krzyż, wysadzany rubinami i szmaragdami, uniosłem go w górę, poczekałem aż gwar ucichnie i krzyknąłem:

– Przysięgam, że Pan mnie tu przywiódł i wzywa was by porzucić groby, zatęchłe krypty i ruszyć ku niebu!

– Wierzę ci bracie Gwalbercie, ale ojcowie i purpuraci domagają się znaku – powiedział przeor, jakby deklamował odwieczną sentencję mszalną.

– Niewierny Tomasz też chciał dotknąć ran Jezusa… – zacząłem a po chwili dodałem – ale dobrze, jeśli chcecie znaku, zaraz wam go objawię…

Czaszka okryta resztkami skóry, z wielką, złoconą mitrą na szczycie, spadła z hukiem z tułowia wysokiego duchownego i roztrzaskała się o podłogę. Wtedy sam kadłub wstał od stołu, by upaść obok i rozsypać się w drobny pył. Uniosłem ręce ku niewidzialnemu niebu i rozpaczliwie zawołałem:

– Panie, Panie, uczyń znak, bo domagają się go bracia i ojcowie, dawno zmarli biskupi i kardynałowie…

Wszystkie truchła uniosły głowy ku górze, a wtedy sklepienie rozsunęło się i spływać zaczęły z nieba ogromne rzesze aniołów. Gdy przybliżyły się do refektarza zimny dreszcz przeszył całe moje ciało, bo wszystkie duchy skrzydlate były czarne i brunatne. Właśnie zbliżył się do mnie wielki skrzydlaty twór ze skrzydłami nietoperza, zobaczyłem jego przekrwione oczy i poczułem odór straszliwy siarki, opar bagienny i smród rozkładu. Wpatrzył się we mnie i dmuchnął z wielką mocą w stronę zakonników, wywołując nagły huragan. Na pół zgniłe i strupieszałe ciała zaczęły rozpadać się i uderzać jedno o drugie i tylko przeor trwał na swoim miejscu, śpiewając pieśń pochwalną i przeklinając raz po raz Szatana.

– Mówiłem, że to piekielna bestia… Szatan bracia do nas zawitał – krzyczał histerycznie gruby kanonik – Uciekajmy, chowajmy się w trumnach i kryptach, zamykajmy wieka i marmurowe płyty… Chrońmy się przed Szatanem…

– Przeklinam cię bracie Gwalbercie – syknął z mocą przeor, a wtedy nagle wszystko ucichło, rojowisko czarnych aniołów oddaliło się i zgasło, sklepienie zamknęło się z hukiem i bracia wdrapali się z powrotem na wielkie krzesła.

Uniosłem się nad podłogą, zatoczyłem dwa koła w powietrzu i popłynąłem w kierunku przeora. Złapałem jego głowę i jednym szarpnięciem oderwałem ją od tułowia i zanim bracia zdążyli się poruszyć, przeniknąłem ściany podziemi i poleciałem ku rysującym się w dali wielkim wirom upadłych aniołów. Ich pióra, jak okrycie kruków i gawronów opalizowały złociście, odbijały światło księżyca i lśniły pośród mroku. Jeszcze usłyszałem jak spod ziemi dobiega odgłos przeciągłego …Alleluia, alleluia…, jeszcze spojrzałem na moje migotliwe odbicie w tafli wielkiego stawu. Miałem czarne skrzydła, czarny tułów, ręce i nogi, a nad moją głową rysowały się potężne czerwone rogi.

DALEKA GWIAZDA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

   Poezja Józefa Banaszaka jest próbą uchwycenia świata w kadrze słowa, w błysku migotliwej świadomości, wyodrębniającej strukturę i kształt, szukającej symbolicznych miejsc i zdarzeń. Czas jest w niej odzwierciedleniem ruchu w przyrodzie, zmienności pór roku, rozkwitu kaczeńców i więdnięcia liści jesionu. Zielona trawa pod stopami potwierdza realność istnienia, prawdę dotyku, wspólnotę podążania od chwili pierwszej do ostatniej – od doświadczeń dziecka do odwiedzin po latach starego domostwa. Wspomnienie i powrót do miejsc przeszłości zyskuje tutaj wartość niezwykłą, zamyka symbolicznie ogromne przedziały życia i generuje refleksje epistemologiczne i eschatologiczne. To są wspomnienia bliższe i dalsze,/ coraz wnikliwsze, namacalne, to rodzaj dopominania przeszłości, zdejmowania kolejnych warstw, kolorowych błon, to przenikanie mgieł i szarości, a czasem smolistej czerni dalekich dni i nocy. Poeta pragnie zaakcentować swoją pokorę w stosunku do natury, eksplodującej na wiosnę i natychmiast anektującej jego świadomość, włączającej ją w obręb wielkiego systemu pachnących hiacyntów i koziołkujących w powietrzu czajek, błękitu nieba nad Narwią i wiatru grającego w gałęziach wierzb. Doskonale widać w tych wierszach jak wielką rolę odgrywa przyroda w życiu autora, jak wytycza kierunki rozwojowe i staje się lustrem niezwykłej wrażliwości, wielką tęsknotą i spełnieniem się dziecinnych marzeń. Ale wejście w jej obręb ma też coś z magii, otwierania się cudownego ogrodu, w którym obowiązują prawa narodzin i śmierci, ale też istnienia energetycznego i odwiecznego pulsowania kosmosu: Między wczoraj a jutrem/ – jedno dzisiaj,/ jak życie jętki:/ Między przeszłością a przyszłością. Ulotność naszego świata rekompensują doroczne odrodzenia, a waga śmierci zostaje pomniejszona przez dźwignięcie się przyrody z martwoty zimowego snu i śpiew skowronka nowego czasu.

Kościół w Wierzenicy

Kościół w Wierzenicy

   Ogromną rolę odgrywa w tych wierszach ściśle określona topografia, najczęściej okolic Wierzenicy i Lednicy, gdzie poeta się urodził i wychował, a potem ustalił te miejsca jako swoją liryczną i filozoficzną ojczyznę. Tam przy krypcie grobowej Augusta Cieszkowskiego rozmyśla o upływie czasu i ułudzie ludzkiej wielkości, tam ma do czynienia z ontologią zdarzeń pierwiastkowych dla jego życia i dla egzystencji tych, których spotyka na swej drodze, obdarza przyjaźnią i próbuje zrozumieć pośród chaosu naszego świata. To są nieustanne powroty i odjazdy, to są radosne przybycia, po okresie nieobecności i wciąż nowe sprawdziany realności natury, prawdy miejsc i elementów, chwil nad strugami i w obliczu wielkich drzew. Tak się objawia poecie świętość istnienia, immanentna energia, tkwiąca w każdej cząstce ożywionej materii – dlatego wielbi chwile na łonie przyrody, a potem wyznaje: I znów mam ochotę uklęknąć/ przed bladozielonym krzewem,/ przed cudem życia,/ i tajemnicą przemijania. Śmierć krzewi się wszędzie i wzrost czarnego bzu, rokitnika czy tawuły postrzegać można tylko jako proces w czasie, kolejne stadia rozwojowe w drodze ku więdnięciu, jest wszakże coś, co wypełnia pustkę, co koi i daje poczucie jedności z innym bytem: Nawet jeśli pyłem jestem,/ w tej części galaktyki/ z tobą nim jestem. Miłość i jedno muśnięcie rzęs ukochanej łagodzi wszystko, daje poczucie bezpieczeństwa, unii przemijalnych istnień, jednako tonących w wieczności i odchodzących w niepamięć wieków, tysiącleci, miliardów lat. To jest zderzenie subtelności życia i grozy przemijania, możliwe do wyrażenia tylko w poezji, w nieustannym lirycznym czuwaniu, gotowości by podjąć wyzwanie i odpowiedzieć ulotnym lirykiem na takie zdarzenia kosmiczne jak lot pszczoły nad kwiatem ostropestu albo pojawienie się chrabąszcza w perspektywie wieczornego nieba i jaśniejącej na nim konstelacji Wielkiej Niedźwiedzicy. Sens egzystencji uchwycić można w chwili, wyodrębnionej w wierszu i utwierdzonej w słowie, stającej się elementem znaczącego ciągu przyczyn i zdarzeń, transcendencji szczegółów i niewyobrażalnych wielkości kosmicznych. Jeśli świadomość zauważa elementarną strukturę i podąża od stawu zarośniętego trzcinami na niewielkiej planecie Układu Słonecznego do dalekich gwiazd, potwierdza realność doświadczeń i prawdę bytu.

62

   Wiersz bywa u Józefa Banaszaka przestrzenią wspomnień, bolesnych albo świetlistych przywołań ważkich zdarzeń życiowych i centralnych postaci. Pretekstem bywa powrót myślą do czasów dzieciństwa albo stara fotografia: Stale patrzę na twoją fotografię,/ ojcze:/ za tobą ogród, kilka uli z pszczołami/ zamknięte chruśniakiem./ Twój mały świat,/ a przecież nie mały,/ dalej były pola –/ ten ich patchwork zmieniających się barw,/ których tak mi brakuje dzisiaj./ I to nocne niebo,/ którego miałeś w nadmiarze –. Spojrzenia ojca w niebo stają się odwieczna modlitwą tych, którzy jak on unosili głowę ku górze i szukali tam znaku, że istnienie jest święte. Potwierdzeniem bywa też codzienność, w której najważniejszą rolę odgrywa miłość i nie jest dziełem przypadku, że wiersz o ukochanych pszczołach, które właściwie ukierunkowały jego życie i nadały mu impet, poeta dedykuje żonie, lokując ją w tej samej serdecznej przestrzeni. I choć wyrazisty w tych lirykach jest ton zmęczenia, smutku z powodu przemijalności świata, to powrót myślą do przeszłości daje wytchnienie: Wspomnienia to opatrunki/ na serce,/ gdy czas nas zmęczy./ Przylepiamy jak plastry:/ obrazy rodziców przed domem,/ ojca przy ulach,/ matki w ogródku,/ grządki kwiatów –/ narcyzy, astry i lwie paszcze,/ jabłoń obsypująca ogród/ białymi płatkami śniegu,/ i zielony agrest/ smakujący jak konfitura,/ jak nigdy później. Wspomnienia jak plastry na rany, jak kojące ból serca opatrunki – jakież to funkcjonalne porównania, dodatkowo doskonale komponujące się z esencjonalnością liryki Banaszaka. Nie znosi ona patetycznych uwzniośleń, uderzeń w bębny i wielkie talerze, raczej przyporządkować jej należy smutek wiolonczeli, delikatne pohukiwania fagotów albo tęskny śpiew fletu. Zaduma nad sobą idzie tutaj w parze z zamyśleniem nad światem i próbą systematyzacji zdarzeń, dotarciem do istoty rzeczy, do tego, co stało się podłożem działań. Ale przecież najważniejsze jest końcowe, epikurejskie pogodzenie ze zrządzeniami losu, odrzucenie niepotrzebnego buntu i oswojenie śmierci. Przecież nic się nie zmieni – I rechot żab będzie dochodził znad wody/ i motyl wpadnie do pokoju… – tylko zamknie się jakiś przedział czasu, jak wiele innych okresów, a syn poety patrzący w niebo, zobaczy ojca w blasku dalekiej, lśniącej srebrzyście gwiazdy. I może uroni łzę, a może uśmiechnie się, ogarniając myślą wielkie dzieło życia i własne chwilowe istnienie.

NA PLACU W ANTWERPII

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na placu w Antwerpii czas nagle
zatrzymał się a demon rozpadu
szepnął: popatrz tam –

odwróciłem się i zerknąłem
za siebie nic nie zapowiadało
że pęknie przestrzeń
i czas ruszy do tyłu –

ale wszystko zapadło się w sobie
i zobaczyłem młodzieńca chłopca
niemowlę niesione do chrztu –

u mojego boku stanęła kraśna
ciemnowłosa dziewczyna potem
niebieskooka rusałka w welonie
i długi ciąg nagich zjaw –

świat zatoczył krąg i ujrzałem
siebie w potężnych samolotach
na ulicach dalekich miast –

w hotelowych pokojach
w domach obcych ludzi
i przyjaciół –

obrazy dobijały jak barki
do brzegu płomiennej
wizji –

i wrócił kształt chwili
bez znaczenia nagłej
zadumy nad sobą
i światem

przypomnienia że idziemy
od narodzin do śmierci
a każde poczęcie
kończy się
rozpadem

Antwerpia 2013

ADAM SZYPER (1939–2015)

Adam Szyper - zdjęcie zrobiłem w 2002 roku na Time Square, w centrum świata

Adam Szyper – zdjęcie zrobiłem w 2002 roku na Time Square, w centrum świata

   Z dużym opóźnieniem dotarła do mnie smutna wiadomość o śmierci Adama Szypera, mojego wieloletniego przyjaciela z Nowego Jorku, poety i tłumacza, polemisty Gombrowicza, żywo uczestniczącego przez wiele lat w życiu literackim Polski i Ameryki. Poznałem go i spotykałem się z nim najczęściej podczas poznańskich Listopadów Poetyckich, ale w pewnym momencie Adam stał się kimś więcej, jak tylko spotykanym raz po raz twórcą. Za jego sprawą moje życie nabrało wielkiego przyspieszenia i w 2000 roku poleciałem do Nowego Jorku na spotkanie poetów amerykańskich i polskich, które miało miejsce w słynnej sali Daga Hammarskjölda i zgromadziło prawdziwe sławy poezji za oceanem. W imprezie wziął udział Stanley Kunitz, Gerald Stern i Henry S. Taylor, wszyscy uhonorowani nagrodami Pulitzera za poezję, a do tego świetny poeta i wydawca Stanley H. Barkan, no i Adam jako łącznik pomiędzy literaturą polską i amerykańską. To był święty czas, moje pierwsze zetknięcie się z Ameryką, po którym napisałem sporo tekstów poetyckich i eseistycznych, zrobiłem wiele fotografii i zobaczyłem magiczne miejsca na Manhattanie. Już wtedy zauważyłem niezwykłe cechy charakteru Adama, który dla wszystkich był przyjacielski, często angażował własne środki finansowe, zapraszał do siebie do domu i otwierał różnorakie ważne drzwi. Spotkanie w ONZ-ecie było wspaniałym przeżyciem, a możliwość czytania wierszy obok takich znakomitości poetyckich, jednym z najważniejszych zdarzeń w mojej karierze literackiej. Adam tak skonstruował to spotkanie, że czytaliśmy wymiennie i ja zaprezentowałem wiersz Geralda Sterna, a mój tekst przeczytał Stanley Kunitz, co było dla mnie tak samo nieprawdopodobne, jak lądowanie na Marsie. Adam potrafił jednak docierać do największych twórców, a później jeszcze związał się blisko z Philipem Levine’m, przetłumaczył utwory uwielbianego w Ameryce Rumiego, a przy tym przyczynił się też do powstania dwóch moich wyborów wierszy w USA.

   Potem było znamienne spotkanie w Łodzi, gdzie miał swoje studio literackie, w samym centrum miasta, przy ulicy Mickiewicza. Umówiliśmy się 11 września 2001 roku i gdy dotarłem do niego, w telewizji relacjonowano dramat, rozgrywający się w miejscu, które też razem zwiedzaliśmy. Arabscy terroryści uderzyli pasażerskimi samolotami w wieże World Trade Center , spowodowali ich zawalenie się i pogrzebanie wielu niewinnych istnień. Adam strasznie to przeżywał i łączył się telefonicznie z żoną Mirą, która obserwowała wielkie dymy nad Manhattanem z miejsca, w którym pracowała jako chemik. To była prawdziwa makabra i mój przyjaciel widział w tych zdarzeniach jakiś złowieszczy znak, jakąś potworna zapowiedź rozwoju terroryzmu w świecie. Jego przeczucia sprawdziły się w stu procentach, a to, co dzieje obecnie wokół Syrii i Iraku, jest dalszym ciągiem tamtych zamachów i terroru ekstremistów islamskich. Adam zmarł 30 września 2015 roku we śnie i nie wiem, czy to jego serce nie wytrzymało tych potwornych zdarzeń, zdjęć masowych egzekucji, maltretowania bezbronnych, związanych ludzi, czy skumulowały się zdarzenia życia, w którym było i uwięzienie w Oświęcimiu, i tułaczka, i ciężka praca w Ameryce. Tak doświadczany egzystencjalnie człowiek musiał zostać poetą, by słowem i kolejnymi książkami reagować na to, co działo się wokół niego? Napisał i opublikował sporo zbiorów poezji, śledził życie literackie, bywał bardzo hojny dla poetów, którzy prosili go wsparcie ich projektów literackich, miał też wyrazistą wizję własnego rozwoju. Obserwowałem go uważnie podczas mojego najdłuższego pobytu amerykańskiego, kiedy gościł mnie prawie dwa miesiące w swoim mieszkaniu w Elizabeth pod Nowym Jorkiem. Spędziliśmy ze sobą wiele czasu, rozmawiając o literaturze i komentując najprzeróżniejsze dzieła, studiując komentarze w „New York Timesie”, przeglądając „Time’a”, „Newsweeka” „USA Today” i wiele innych periodyków, które Adam pasjami kupował. Jego dobro i szlachetność onieśmielały mnie i były czymś tak niezwykłym w świecie obłudy, oszustwa i kłamstwa, że czułem się u niego i przy nim jak w enklawie spokoju, łagodności i prawdziwej mądrości życiowej. W moim archiwum zostało wiele wspólnych zdjęć, z wypraw do Central Parku, na Liberty Island, na Long Island, do Atlantic City i Princeton, za każdym razem w ciągu dyskusji, podsumowań, diagnoz rozwojowych. Nie przypominam sobie by Adam mówił o kimś źle, raczej konstruktywnie analizował dokonania, opowiadał się po stronie jakiejś twórczości, a inną zdecydowanie odrzucał.

   Przetłumaczył na język angielski wiele moich wierszy, ale wspierał w ten sam sposób także innych poetów, których zapraszał do Ameryki. Kontaktował się też z twórcami polskimi, tworzącymi za oceanem i planował wydanie ich antologii. Adam bardzo kochał swojego syna Danny’ego, doświadczonego chorobą, i stale latał do niego do Arizony, gdzie opiekował się nim i aktywizował go jak mógł. Spałem w Elizabeth w dawnym pokoju syna i przyglądałem się ogromnym zestawom książek z różnych dziedzin, świadczących o zainteresowaniach tego młodzieńca i tym, jak rodzice dbali o jego rozwój. Także amerykańska biblioteka Adama była ogromna, choć i tak nie mogła się równać z księgozbiorem, który Adam zgromadził w Łodzi, odbywając podczas swoich pobytów rytualne wędrówki po antykwariatach. To była jego samotnia, w której studiował kupione książki, tłumaczył poezję, a także przygotowywał teksty krytycznoliterackie do planowanych publikacji. Niestety życie pośród pisarzy coraz bardziej go zawodziło i powoli zaczął odchodzić od udziału w imprezach, zamknął się w swojej samotni z książkami i nasz kontakt się urwał. Nie chciałem mu przeszkadzać, nie próbowałem odnawiać naszej znajomości, bo wiem, że czasem ludzie się spotykają, a czasem od siebie odchodzą i dalej podążają w różnych kierunkach. Zapamiętam go jako ciepłego człowieka, wspaniałego przyjaciela, z którym czułem się znakomicie, czy to w Ameryce, czy w Łodzi, Warszawie, albo w Bydgoszczy, gdzie go zaprosiłem. Ach, pamiętam jak razem szliśmy przy starym pruskim kanale i rozkoszowaliśmy się kolorami jesieni, klarownością wrześniowego poranka, ptactwem na wodzie i promieniami słońca. Potem było spotkanie w III Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza, do którego uczęszczałem jako uczeń i Adam podbił młodzież swoją poezją i mądrymi komentarzami. Przy tym wszystkim, przy swojej wielkiej światowości, był dosyć nieśmiały, nie pchał się na afisz, ale kiedy czuł, że ma do czynienia z gronem życzliwym i zainteresowanym literaturą, otwierał się i natychmiast zaprzyjaźniał z różnymi gronami. Zapamiętano go w wielu miejscach Wielkopolski, w Krakowie, na Pomorzu i Kujawach, w ukochanej Łodzi i w Warszawie, w Izraelu, w Nowym Jorku i w Arizonie. Teraz należałoby wydać wiersze wybrane Adama, z komplementarnym opracowaniem krytycznoliterackim, aby pomnik jego życia został dodatkowo wzbogacony książką obrazującą jego dokonania. Mówię żegnaj Adamie, choć w moim sercu i myślach pozostaniesz na zawsze, taki jakim byłeś naprawdę i jak widziała Cię Twoja wspaniała żona Mira.

%d blogerów lubi to: