ODWIECZNOŚĆ ŚWIATA

skanowanie0001Urania Jeana-Marie Gustava Le Clézio to powieść zdumiewająca, pełna nagłych zwrotów i ważkich komentarzy do naszej, ludzkiej sytuacji. Bohaterem jest Daniel Sillitoe, który w dzieciństwie, drżąc o życie ojca, walczącego na froncie wojny światowej, rozmyśla o utopijnej krainie Uranii, a potem jako dorosły już człowiek, geograf badający gleby Meksyku, spotyka w autobusie młodzieńca Rafaela i za jego sprawą trafia do dziwnej, utopijnej wioski Campos. Jest to rodzaj hipisowskiej komuny, w której nie obowiązują prawa świata zewnętrznego, a wszystko moderowane jest przez tzw. Doradcę. Ludzie kierują się tutaj intuicją, żyją z dnia na dzień, swobodnie zamieniają partnerów, a ich jedynym pragnieniem jest łagodne przeniknięcie ku nowym czasom. Ich zasadą jest życie bez zasad, posługiwanie się specjalnie stworzonym językiem elmen, w którym swobodnie mieszają się słowa z kilku krajów, a niezwykłą wagę mają też gesty i pełne pasji działanie. Powieść sprawia wrażenie rozsypanej, ale wnikliwa lektura odsłania zamysł pisarski, jakże ambitny i trudny do zrealizowania. Le Clézio chodziło zapewne o ukazanie rzeczywistości meksykańskiej w całej jej różnorodności, a zarazem odrębności w stosunku do społeczeństw i kultury innych regionów. Tutaj wszystko jest w ruchu i ma swoją dziwną filozofię. Kobiety – takie jak Dalia, Lilii czy Hoatu – pożądają mężczyzn, ale mają też swoje integralne światy, w których zamykają się niczym w ściśle odgrodzonych hacjendach. Mężczyźni wchodzą w swoje życiowe role, ale nieustannie czegoś szukają, wciąż gdzieś podążają, snują dalekosiężne plany, rozmijają się z nimi, a potem próbują to tłumaczyć filozofią krainy Campos. Osiągnięcie w niej czegoś, ma taką samą wagę jak porażka, bo wszystko i tak rozgrywa się w obliczu wielkich gwiazdozbiorów, które są przypomnieniem wieczności i potwierdzeniem znikomości ludzkich losów. Ta niedookreśloność promieniuje na ludzi z Meksyku, który jest krajem bytów chwilowych, wielkich nieszczęść i małych dramatów. Wyprawa autobusem ku granicy amerykańskiej ma tutaj takie samo znaczenie jak zbiór truskawek na wielkich polach, albo zbliżenie z kobietą w górach, przy świetle księżyca. Wszystko wiruje, wszystko przepływa, podąża gdzieś i donikąd, lokuje się w biografiach ludzkich i w chaotycznej historii państwa oraz krainy Campos, odgradzającej się swoją odrębnością od kraju, ale w gruncie rzeczy będącej jej kopią, nieco tylko zmodyfikowaną i obudowaną w wolnościową ideologię.

Popocatepetl

Popocatepetl

Niezwykle bogata warstwa fabularna przeplata się tutaj z opisami meksykańskiej prowincji, w której elementami charakterystycznymi są stożki czynnych i wygasłych wulkanów, a życie warunkowane jest przez ich wybuchy i tragiczne w skutkach trzęsienia ziemi. To jest kraina tropikalna, ale stale podporządkowana wpływom Oceanu Spokojnego, zderzeń zimnego Prądu Kalifornijskiego i ciepłego Północnego Prądu Równikowego. Stosunkowo niedawno – w skali geologicznej – aktywność takich wulkanów jak Citlaltépetl (5636 m n.p.m.) i Popocatépetl (5452 m n.p.m) doprowadziła do ukształtowania powierzchni kraju. Meksyk leży na zachodnim krańcu Płyty Północnoamerykańskiej, która spotyka się z Płytą Pacyficzną i Karaibską. Na styku tych form geologicznych doszło do znacznego wypiętrzenia się terenu, którego efektem było powstanie licznych pasm górskich. Inną właściwością tego kraju są ogromne przestrzenie i oddzielenie terenów zamieszkałych przez pustkowia, półpustynie, pustynie i rumowiska skalne. Może to powodować zagubienie ludzi, poczucie zamknięcia w ściśle określonej przestrzeni, a nade wszystko izolację od świata. Na kartach powieści francuskiego prozaika pojawia się wiele postaci, które całe swoje życie spędziły w wioskach podobnych do Campos i nigdy nie wyjeżdżały dalej niż kilkadziesiąt kilometrów, stawały się więźniami miejsca narodzin i dorastania. Wielkie piramidy wulkaniczne symbolizują tutaj nieskończoność i przypisanie tego świata do kosmicznej głębi kosmotellurycznej, a ekstremalne warunki bytowania wymuszają określone działania w sferze bytowej i społecznej. Chwilowość i fragmentaryczność stają się w Meksyku istotą egzystencji, a szalejące bezprawie każe cieszyć się każdą cząstką dobra, wywalczoną w codziennym życiu. Trudno się dziwić, że Daniel jest zagubiony w tym kraju i próbuje znaleźć sobie miejsca zastępcze, chwilowe enklawy, a to w ramionach kobiet, a to w domach zaprzyjaźnionych mężczyzn lub w przestrzeniach publicznych. To nie jest jego świat, a utopia, której szukał przez całe życie, nie spełniła jego oczekiwań, odsłaniając coraz trudniejsze do rozwikłania problemy antropologiczne. Badanie ludzi i ich zachowań jest tutaj tyleż celem, co pretekstem, by prowadzić spokojną egzystencję, przypominającą sposób istnienia prostych Latynosów. Jakakolwiek próba uchwycenia tego świata w samej jego istocie, albo wyraziste przydanie mu ram, kończy się porażką i zapowiedzią nieuchronnego powrotu do Europy.

 Yucca_forest

Kluczem do zrozumienia Campos jest dziennik Rafaela Zacharie, przekazany Danielowi. Młodzieniec tak oto relacjonuje swoją inicjację w tej przestrzeni: Wchodzę do Campos, widzę wielkie drzewa, ogrody. Czuję zapach liści i wilgotnej ziemi, zapach dojrzałych owoców. Widzę wioskę z czerwonej gliny, kryte dachówką domy, po których chodzą gołębie. Widzę wysoką, kwadratową wieżę, różową i złotą w wieczornym świetle. Wieżę zamieszkują ptaki, gołębie, turkawki, a pod dachem są gniazda jerzyków. (…) Patrzę na rzędy domów, na wyraźnie zarysowane ulice, jak gdyby zawieszone nad ruinami kościoła. Dalej za murowanym ogrodzeniem, widzę zamgloną dolinę i wulkany. Góry tworzą barierę, niektóre z nich porastają drzewa, inne są nagie, ta za Campos to Łysa Góra. (…) Obok wieży znajduje się duży gliniany dom o dachu z liści, to tutaj się zbierają wszyscy mieszkańcy Campos. Wysoko, po oświetlonej słońcem stronie wioski leżą pola. Kukurydza, fasola, poletko trzciny cukrowej, sady drzew mangowych i pomarańczowych. (przekł. Z. Kozimor) Przestrzeń charakterystyczna dla południowego Meksyku, niedaleko granicy z Gwatemalą i Belize, noszącym niegdyś nazwę Hondurasu Brytyjskiego. Nic szczególnego, zwykły ład miasteczka lub wioski latynoamerykańskiej, ale to właśnie to miejsce wybrała wspólnota, by spokojnie żyć. Najważniejsze było przekonanie, że kolejni mieszkańcy, trafiający do Campos, są wolni i mogą robić co im się podoba, zabezpieczeni bytowo przez mądrą, giełdową politykę Doradcy i wierzący w szczęśliwą gwiazdę tego miejsca. Prowadzi się tutaj wielką, wspólną kuchnię i każdy może najeść się do syta zdrowych pokarmów, ze szczególnym uwzględnieniem ryżu, kukurydzy, miodu i orzechów. Nie stroni się też od substancji narkotyzujących, korzysta się z dobrodziejstw specjalnych grzybów, marihuany, naparów z ziół nurhite. W Campos obowiązują dwie pory nauki: poranna i wieczorna, jedna przypisana do pól, a druga do wieży. Jest to uczenie się bez specjalnych ram edukacyjnych, a przedmiotem jest samo życie. Podstawą są rozmowy i obserwacja zmian natury, gwiazd pojawiających się na nocnym niebie, chmur przesuwających się po wielkich taflach błękitu, cieni gór i nurtów płynących rzek. Ludzie nie jedzą tam mięsa, wolą nabiał, którego nadmiar sprzedają w sąsiedniej wiosce, kupując za uzyskane środki, naftę do lamp, mydło i narzędzia. To jest rodzaj komuny, a może kibucu, gdzie wszyscy rozumieją jakie jest ich miejsce i sami biorą się do pracy – poją krowy, oporządzają mniejsze zwierzęta, łuskają kolby kukurydzy. Wieczorem siadają na wieży, a Doradca Jadi objaśnia im gwiazdozbiory na niebie. Szczęście i odczucie nieustających wakacji, leniwego tonięcia w wieczności, chwili pierwszej i ostatniej, jest istotą bytowania w Campos.

 Malinche

Żadna idylla nie trwa bez końca i mieszkańcy Campos dowiadują się, że mocarni, źli ludzie przejęli ich ziemię i nakazali im wyprowadzać się jak najszybciej. Na nic się zdały zabiegi mediacyjne, nikt nie śmiał stanąć na drodze bogatym właścicielom, wykorzystano policję i zbirów, gotowych użyć siły przy najmniejszej próbie oporu. Mieszkańcy Campos spakowali się więc i ruszyli grupkami ku wymarzonym wyspom rafy barierowej przy brzegach Belize. Upadek Campos miał wszelkie cechy zniknięcia utopii, a podejmowane próby jej odnowy od samego początku skazane były na niepowodzenie. Główna grupa, ze schorowanym ciężko Jadim, dotarła do jednej z koralowych wysp, ale okazało się, że nie można na niej zbudować żadnej nowej enklawy, a braki pożywienia i słodkiej wody są nie do przezwyciężenia. Koniec końców wyprawa zakończyła się kompletną klęską i odwrotem, a na wyspie zostały tylko szczątki Doradcy, który tam zmarł i został skremowany na stosie ułożonym ze skorup palm kokosowych i namorzyn. Ta symboliczna śmierć zakończyła sen o Campos, a członkowie komuny rozpierzchli się po świecie, niosąc przesłanie o dniach szczęśliwości i pełni, lamentując nad upadkiem człowieczeństwa. Może niektórzy z nich zapamiętali słowa Jadiego: jedyna wieczność, której dotykamy i którą czujemy, to wieczność świata. (…) nie ma innej prawdy poza prawdą materii, a my z naszymi uczuciami i świadomością jesteśmy drobną cząstką inteligencji wszechświata. Nauki Jadiego tak głęboko przeniknęły do umysłów ludzi w Campos, że po jego śmierci nie smucono się, radośnie przygotowując stos pogrzebowy – wszak: To życie jest ciężkie, śmierć jest lekka, podobna do wiatru. Daniel, szukający miejsc przypominających jego dziecinną Uranię, znajdzie się po dwudziestu pięciu latach na Wyspie Półksiężyca, gdzie wspólnota próbowała się odrodzić, ale nie znajdzie żadnych śladów ich pobytu. Szczątki Doradcy rozpadły się w wilgotnej ziemi, albo zostały oddzielone od kości przez wszędobylskie kraby, a tylko tężejąca wieczorem ultramaryna wód zdaje się potwierdzać bezgłośnie, że kiedyś ktoś chciał tu stworzyć nowy raj na ziemi. Na razie jest to prawdziwy Eden dla turystów, przylatujących na rafy wielkimi odrzutowcami ze wszystkich części świata. Powieść kończy się symbolicznym spojrzeniem Daniela z wysokości tysiąca metrów, po wynajęciu awionetki i przelocie nad wysepkami – zamyka się w ostatecznym potwierdzeniu, że czas anihiluje wszystko, a świat, pod każdą szerokością geograficzną jest taką samą ułudą jak Campos, jak Urania, jak każda utopia… jak sama nie mająca początku i końca wieczność.

1024px-Imagebysafa2

Reklamy

ALEJA KLONÓW (18)

11725826

Gdy oboje rodzice szli do pracy, prosili prababcię Franciszkę by zaopiekowała się mną, a jej ulubionym zajęciem było straszenie mnie i dramatyczne opowiadanie okropnych historii. Działy się wtedy rzeczy dziwne, które głęboko wryły się w moją pamięć i powracały w snach, jakże groźnych i pełnych symboliki, przepojonych lękiem i poczuciem przegrania. Franciszka pozwalała mi budować półmetrową wieżę z drewnianych klamerek do zawieszania prania, a potem z uśmiechem, nagle pukała w nią artretycznie powyginanymi palcami i burzyła wszystko. Natychmiast uderzałem w płacz, a ona rechotała jak stara wiedźma i brała się pod boki, patrząc z rozkoszą jak szarpię się w drewnianym krzesełku. Potrafiła też, podczas karmienia mnie łyżeczką, zatrzymywać ją przy moich ustach, cofać i znowu zbliżać, czerpiąc radość z moich prób sięgnięcia budyniu lub kaszki manny. Zdarzało się też, że przetrzepała mi tyłek, uznając że jestem nieznośny, za każdym razem strasząc mnie, że jak powiem mamie lub ojcu, to dostanę jeszcze gorzej podczas następnej wizyty. Przychodziła pilnować mnie z ogromną niechęcią, jakby się tego brzydziła, stale naburmuszona, ubrana w tradycyjne sukienki w grochy lub kwiaty, czarne lub czerwone czółenka i cieliste pończochy. Gotowała jakąś zupę, stale ją podjadając chochlą z garnka, albo smażyła pulchne klopsy, kotlety lub lepiła pierogi z mięsem. Bawiłem się grzecznie przy stole, patrząc raz po raz na to, co działo się za oknem, na niewielkim podwórku, a ona tylko czekała na moment mojej nieuwagi i zaraz przestawiała mi klocki, burzyła konstrukcje, śmiejąc się do rozpuku, unosząc do góry ręce i kręcąc coś w rodzaju dwóch, trzech piruetów. Po powrocie ojca, po pojawieniu się matki, udawała świętoszkę, głaskała mnie po główce i mówiła jaki to ja byłem grzeczny, a ona spokojnie, z czułością i miłością się mną opiekowała. Wychodziła od nas z promiennym uśmiechem, mrugając do mnie zalotnie oczkiem, albo obiecując, że jak przyjdzie następnym razem, to przyniesie mi wielkiego, czerwonego lizaka i włoskie orzechy, które lubiłem.

chagall_samotnosc_1933

Bardzo bałem się z nią zostawać i pochlipywałem często w jakichś kątach, czekając co wymyśli i czym mnie będzie chciała zastraszyć. Robiła to stale, opowiadając mi o tym, że jak będę niegrzeczny, sprowadzi Żydów, a ci ukradną mnie i przerobią na kiełbasę. Pokazywała za oknem starego, zarośniętego złotnika Jakuba Rozenfelda i mówiła, że jest wielkim szpiegiem żydowskim i donosi współbraciom o mnie.

– Już im powiedział, że tutaj jesteś i teraz tylko czekają, żeby cię złapać, porwać i zaciągnąć do ich tajemnej rzeźni… – straszyła i wytrzeszczała straszliwie oczy.

Serce w moim drobnym ciele zaczynało wtedy bić jak oszalałe, popłakiwałem pociągając noskiem, a ona ciągnęła dalej:

– Najpierw spuszczą ci juchę i zrobią z niej kaszankę, a potem to twoje delikatne mięsko przemielą w wielkiej maszynie i zrobią z niego pęta wędzonej kiełbasy…

Za każdym razem, gdy na podwórko wychodził Rozenfeld albo jego młoda, piękna żona, zaczynałem drżeć jak oparzony, a pewnego razu, gdy złotnik usiadł na ławeczce z dwoma klientami w myckach, zarośniętymi jak on, ubranymi w czarne chałaty i szerokie spodnie, zacząłem drzeć się wniebogłosy.

– Widzisz, widzisz… przyszli ustalić kiedy ciebie porwą… – straszyła prababcia i rechotała charkliwie, poprawiając plastikowy grzebień we włosach i wykrzywiając groźnie usta.

p02i9665

Pewnego dnia, gdy uznała, że jestem bardzo niegrzeczny, zdjęła pokrywę w podłodze, odsłoniła schody prowadzące do piwnicy i powiedziała, że mnie tam zamknie, bo umówiła się z Żydami, że jak pójdzie do domu, to stamtąd mnie zabiorą. Bardzo bałem się tej piwnicy, a ona złapała mnie za ubranie i zawiesiła nad nią, raz to obniżając, raz unosząc w górę. Płakałem i wierzgałem nogami, próbując ją podrapać po twarzy albo uszczypnąć boleśnie w policzek, ale sprawnie się usuwała i jeszcze gwałtowniej mną potrząsała nad czarną dziurą piwniczną, z której buchał zapach gnijących kartofli i spleśniałej marchwi.

– Teraz, rozwydrzony szczeniaku, tam ciebie zaniosę i zamknę w ciemności z pająkami, karaluchami i szczurami…

I niby zaczynała ze mną na rękach schodzić do ciemnicy, cały czas patrząc w dal płonącymi, dzikimi oczyma i oblizując wargi, jakby już szykowała się na zjedzenie kiełbasy z chłopca. Jak do drzwi zapukał listonosz albo kominiarz, albo jakaś sąsiadka przyszła prosić o szklankę cukru lub maki, mówiła:

– Aha… już idą po ciebie miungwo… Zaraz cię wsadzę do piwnicy i podpiszę z nimi umowę, a potem mi dobrze zapłacą …

wp855cfc5c

W nocy przyśnili mi się Żydzi w czarnych, lśniących chałatach, skradający się bezszelestnie przez czarny korytarz, przystający przy oknie i zerkający ciekawie do środka. Nagle opadły ściany naszego domu, a ja znalazłem się na rękach Matki Boskiej z obrazu Rafaela Santi, w samym środku barwnego wiru. Wszystko fruwało w powietrzu, miało niebieskawy poblask, a tuż przy mnie pojawił się wielki czerwony, ognisty anioł. Maryja przyciskała mnie do piersi, a on krążył wokół nas i przyglądał się złym okiem. Zrozumiałem, że to duch upadły, strącony z tronów niebieskich, lecący prosto do piekła, a on, gdy pojął, że został rozpoznany, wydał z siebie przerażający ryk. Jacyś Żydzi unosili się swobodnie w powietrzu, trzymając Torę, wspierając się na laskach, wykrzywiając dziwnie nogi i ręce. Tuż przede mną przepłynęły błękitne skrzypce, na których poruszał się swobodny smyczek. Wpatrzyłem się w nie, a wtedy wysunął się z nicości żółty koń i oparł się o instrument, lekko dociskając go do skrzydła Lucyfera. Muzyka była skoczna, jak na żydowskim weselu, ale wszystko powoli cichło, lekko się rozmywało, pomarańczowa poświata słońca, blask świecy chanukowej, wielki zegar ścienny, dalekie bryły małych domków, a nad nimi krucyfiks z brodatym Chrystusem. Kosmiczna noc pulsowała w tłach i zima swym woalem otuliła białoruską wioskę, a rabin w fioletowym okryciu wskazał na odsłonięty zwój, jakby chciał przywołać słowa Pięcioksięgu: Lo tircach… Nie rozumiałem tego, bo nawet muchy nie skrzywdziłem w swoim krótkim życiu, kochałem osy chodzące po szybie okna i pająki zawieszone u sufitu, pozdrawiałem dobrym słowem myszy przemykające ku norom. Ale to wielkie, ogromniejące nie morduj… brzmiało głośniej i głośniej, oplatało białą poświatę Maryi z Nazaretu, jej syna umierającego na krzyżu, a potem niczym włócznia uderzało w lecącego do piekła czerwonego demona. Obudziłem się z płaczem i mama zaraz podeszła do mojego łóżeczka, przytuliła mnie do siebie i pocałowała z czułością. Obraz wykrzywionej jak wiedźma prababci i Żydów skradających się po mnie, wielkich zjaw, żółtego konia i żydowskich domków powoli, bezpowrotnie, zatonął w ciemności.

marc-chagall-3

Po jakimś czasie moja mama zauważyła, że histerycznie reaguję nawet na wspomnienie prababci, że długo płaczę i nie mogę się uspokoić. Rosłem jak na drożdżach, więc zaczęła zostawiać mnie samego w domu, przygotowując wcześniej jakieś kanapki, herbatę w butelce ze smoczkiem i barwne słodycze. Patrzyłem wtedy ze zgrozą na pokrywę od piwnicy, a jak za oknem pojawiali się Żydzi, uciekałem do pokoju i chowałem się za tapczanem, przykrywając ciało kocem albo pierzyną. Dopiero po jakimś czasie wracałem powoli do kuchni, a gdy na podwórku nic się działo, zaczynałem bawić się przy stole. Prababcia została gwałtownie ode mnie odsunięta, ale widać zabolało ją to bardzo, bo któregoś dnia pojawiła się nagle na podwórku, usiadła na ławce z Rozenfeldem i pokazując stale na okno naszego domu, coś żywo mu relacjonowała. Patrzyłem na nich stojąc za załomem muru i tylko na chwilę wysuwając się bardziej, zerkając ku ławce z lękiem, gotowy do ucieczki i ukrycia się w rogu dużego pokoju. Skończyła rozmowę i zapukała do drzwi, mówiąc rozkosznie:

– Synuś otwórz proszę, babcia przyniosła ci wielkiego, słodkiego, czerwonego lizaka…

Nie dałem się temu zwieść i pomknąłem szybko, by schować się za kaflowy piec, a potem cierpliwie czekałem aż ustaną hałasy i na podwórku już nikogo nie będzie. Po godzinie, może dwóch, podszedłem wolno do okna i usadowiłem się bezpieczny przy stole, a wtedy Franciszka nagle wychyliła się zza framugi, wykrzywiła straszliwie twarz i wrzasnęła:

– Żydzi zrobią z ciebie salceson szczeniaku… Już idą po ciebie…

Przeraziło mnie to strasznie, ale jakoś przemogłem lęk, zaśmiałem się, przyłożyłem wskazujące palce z obu stron czoła i poruszyłem nimi, jak diabełek rogami. Prababcia jeszcze przez chwilę popatrzyła na mnie dzikimi oczyma, a potem szybkim krokiem ruszyła do korytarza prowadzącego z podwórka na drugą stronę domu. Potem, gdy już dorosłem, dowiedziałem się, że Franciszka pewnego dnia wychyliła się za bardzo z okna kamienicy i wypadła z trzeciego piętra na bruk, ponosząc śmierć na miejscu.

– Dobrze jej tak – pomyślałem… Dobrze jej tak… Każde zło na tym świecie doczeka się zapłaty… Spadła do piekieł jak czerwony, ognisty anioł…

RADOŚĆ FOTOGRAFOWANIA (X)

Tym razem zaczaiłem się z aparatem fotograficznym na mocarne osiki, rosnące przy południowym wyjeździe z Bydgoszczy. Choć drzewa te rosną bardzo szybko, to i tak – przy ich wielkości – muszą mieć ze dwieście lat. pamiętają zatem czasy, gdy rosły daleko od miasta, które dopiero ruszało z ekspansją w ich kierunku. Dokładne przyglądanie się im odsłania głębie, o których nie zdają sobie sprawy ludzie mijający je w pędzie, przechodzący szybkim krokiem ku swoim codziennym celom. A to prawdziwy wszechświat dla owadów i ptaków, pełen kryjówek i zakamarków, jam, dziupli, załomów kory, a do tego platforma dla dziesiątków gniazd gawronów i kawek, trampolina do drapieżnych skoków wron, srok, sójek, a także przygodnych kani, błotniaków, jastrzębi, krogulców, myszołowów, a nawet tak rzadkich gości, jak bielików.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ZAPOMNIENIE PISARZY

skanuj0004

Z tej piątki dzisiaj żyje tylko Zbyszek Jankowski (pierwszy z lewej). Dalej: Nikos Chadzinikolau, Jan Górec-Rosiński, Kazimierz Hoffman i Jerzy Sulima-Kamiński.

Pisarze miewają różne strategie artystyczne i życiowe, jedni melancholijni i usuwający się w zacisze gabinetu, inni hałaśliwi, udzielający się podczas publicznych spotkań. Wszystkich jednak godzi śmierć i ustala wyrazistą cezurę dla biografii – kończy się bytowanie ziemskie ciała, człowieka z krwi i kości, ale zaczyna się egzystencja pośmiertna. Wiele tutaj zależy od skali kariery i osiągnięć, ale też ogrom pracy czeka krytyków, biografów i naukowców. Szczególnie ważne jest to w obrębie struktur regionalnych, które chętnie wykorzystują pisarzy i ich dzieła fasadowo, ale rzadko kiedy zatwierdzają szerszy plan działań, mający na celu ocalenie najwartościowszego dziedzictwa kulturowego. Patrząc na kulturę Bydgoszczy trudno wskazać tego rodzaju inicjatywy, a gdy jednak są zgłaszane, zbywa się je, bagatelizuje, za każdym razem podając powody finansowe, braki w budżecie, itp. Po śmierci znaczących pisarzy bydgoskich – Alfreda Kowalkowskiego, Władysława Dunarowskiego, Jerzego Sulimy-Kamińskiego, Jana Góreca-Rosińskiego, Kazimierza Hoffmana, Krzysztofa Nowickiego, Andrzeja Baszkowskiego – niezbędne jest powstanie Archiwum Pisarzy. Zbierałoby ono pisma i elementy materialne pozostałe po twórcach, ze szczególnym uwzględnieniem rękopisów, listów, dokumentów i zdjęć. Jeśli miasto zdecydowałoby się na przekazanie niewielkiego lokalu, można by w nim gromadzić poszczególne archiwa, opracowywać je i digatalizować, a potem udostępniać w sieci internetowej. Jeśli miasto o to nie zadba, archiwa ulegną rozproszeniu, zostaną sprzedane w częściach na aukcjach i nigdy nie uda się już ich scalić. Niestety Wojewódzka i Miejska Biblioteka im. Witolda Bełzy w Bydgoszczy nie jest zainteresowana takim kultywowaniem tradycji pisarskich regionu i symbolem mogą tutaj być zdeponowane w niej rękopisy powieści Bogusława Sujkowskiego, które nie mogą się doczekać opracowania i wydania w formie książkowej. Swoją rolę w dobie komputerów przestała też pełnić Izba Pamięci Adama Grzymały-Siedleckiego, w której praktycznie nic się nie dzieje i zapewne wielki pisarz nie tak wyobrażał sobie jej funkcjonowanie. A mogłaby stać się ważnym punktem na mapie literackiej Bydgoszczy, gdzie organizowałoby się spotkania autorskie, prowadziłoby badania regionalistyczne, a nade wszystko udostępniałoby się dorobek pisarza, którego duch powinien tam być stale obecny.

IMG_4200

Taka instytucja kultury powinna mieć stabilne finansowanie, w którym granty konkursowe mogłyby być tylko uzupełnieniem budżetu. Bydgoszcz posługuje się nazwiskami pisarzy i choćby za to powinna odwdzięczyć się im kompleksowym opracowaniem dorobków twórczych i ich udostępnieniem szerokiej rzeszy czytelników, młodzieży szkolnej, studentom i wszystkim miłośnikom literatury. Mamy Ulice Grzymały-Siedleckiego, Sujkowskiewgo, most Jerzego Sulimy-Kamińskiego, skwer Władysława Dunarowskiego, ale pisarze ci nie mogą doczekać się muzeum, archiwum, miejsca, które stałoby się świątynią ich twórczości. Biblioteka wydaje raz na dziesięć lat słownik pisarzy regionu, ale to za mało, czas na szersze działania, wydawanie Biblioteki Bydgoskiej, bo przecież mamy się czym pochwalić, począwszy od twórców międzywojennych, od Tadeusza Nowakowskiego, poprzez wskazanych wyżej autorów, a skończywszy na trzech generacjach pisarzy młodszych, którzy znakomicie zamanifestowali swoją obecność w Polsce, a w regionie są pomijani i marginalizowani. Na palcach jednej ręki można wskazać publikacje poświęcone dorobkom tych twórców, przede wszystkim Grzymale-Siedleckiemu, Sulimie-Kamińskiemu czy Kazimierzowi Hoffmanowi, ale inni popadają w coraz większe zapomnienie. Dzięki życzliwości syna przeglądałem archiwum Jana Góreca-Rosińskiego i mogę zaświadczyć, że są w nim prawdziwe skarby, które po udostępnieniu mogłyby posłużyć szerokim rzeszom ludzi kultury, nauki i sztuki. Przy tak rozległym finansowaniu instytucji kultury naszego miasta (po kilkadziesiąt etatów), żałować należy, że nie znajdują się pieniądze na prawdziwe kultywowanie naszych tradycji.

Adam_Grzymała-Siedlecki_-_nagrobek

Staję często nad grobami tuzów naszej regionalnej literatury i smutno mi się robi, gdy nie mogę zaświadczyć przy nich, że coś się zmieniło, coś ruszyło do przodu. Alfred Kowalkowski, wspaniały tłumacz utworów Franza Kafki, spoczywa zapominany na cmentarzu na Jarach, pośród setek niewielkich, zwykłych grobów, mało kto przystaje przy pomniku Mędelskiego, Nowickiego, a nawet Grzymały-Siedleckiego. Grobem Kazimierza Kummera zajmuje się rodzina, ale rękopisy nieopublikowanych opowiadań wydać powinno nasze miasto, tak samo jak i Sujkowskiego, Góreca-Rosińskiego, Baszkowskiego, czy Edwarda Kaczmarka. Dzięki zabiegom Związku Literatów Polskich pochowano kilku twórców na cmentarzu starofarnym dla zasłużonych obywateli, niestety brakuje podobnych działań w zakresie propagowania ich dorobków. Tylko utworzenie osobnej, stabilnie finansowanej jednostki archiwalnej, może na bazie biblioteki, muzeum lub Izby Pamięci, da szansę ocalenia tego, co jest naszym wspólnym dobrem i dziedzictwem kultury miasta i regionu. Wcześniej zajmowały się tym periodyki i ich redaktorzy, którzy sami będąc pisarzami, rozumieli potrzebę takich działań, ale teraz potrzebna jest przede wszystkim praca digitalizacyjna i udostępnianie tego dobra na specjalnie utworzonej stronie internetowej. W takim kierunku idzie świat i można by tutaj wskazać jako przykłady wiele autorskich archiwów polskich i zagranicznych. Próby utworzenia takiej instytucji w Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego sczezły na niczym, podobnie brak zainteresowania wykazała biblioteka, a na Miejskie Centrum Kultury nie ma co liczyć, bo przyjęło ono od samego początku postawę konfrontacyjną ze środowiskiem, nie widać też w tej instytucji osób, które mogłyby dźwignąć tak ogromną pracę źródłową i dokumentacyjną. Stając przy grobach pisarzy bydgoskich, docierając do mogił niegdyś ważnych twórców, na razie można tylko powiedzieć: szkoda… Powie ktoś sic transit gloria mundi, ale przecież nie musi przemijać, może stać się naszym wspólnym dorobkiem, chlubą i chwałą. I zaświadczyć o naszej postawie w następnych stuleciach, które zapewne staną przed koniecznością opracowania naszych archiwów pisarskich.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ZŁOTA ŹRENICA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Choć średniowiecze spowiło czernią
ich myśli złote źrenice patrzyły
jasno w głąb dziejów w świętość
prawdy i ostateczność boskiego
stworzenia tak łączyli to co pierwsze
i poślednie zieleń Flandrii i ochrę Brabancji
krew baranka i oko sinej gołębicy
nikt przed nimi nie mieszał tak barw
i nikt tak lekko nie kładł ich na deskę
choć średniowiecze osmaliło ich słowa
modlitwa bieli litania czerwieni
zieleni i błękitu brzmiała donośnie
jak uderzenie serca w dzwon
tak zasiedli przed katedrą
św. Bawona i zastygli w spiż
tak raz ostatni wpatrzyli się
w pustkę śmierci

Gandawa 2013

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XVII)

Portrait_of_a_Man_in_a_Turban_(Jan_van_Eyck)_with_frame

Jan van Eyck i jego znacznie starszy brat Hubert, dźwignęli flamandzkie malarstwo realistyczne ku wyżynom, których nikt przed nimi nie sięgał. To dzięki nim pojawiły się na płótnach przejrzyste laserunki i tak zjawiskowe odwzorowania realnych postaci, że porównywano je z lustrzanymi odbiciami. Pracując dla kolejnych monarchów, stał się Jan prekursorem europejskiego renesansu, a są tacy krytycy sztuki, którzy widzą w nim ojca nowoczesnego malarstwa światowego. Jego życie było pełne nagłych zwrotów, zawirowań historii, misji dyplomatycznych do innych krajów, a przede wszystkim do Hiszpanii i Portugalii, aż osiadł w Brugii, gdzie dopiero w roku 1434 ożenił się i zaczął wieść egzystencję bogatego mieszczanina, tworzącego portrety, miniatury i obrazy religijne. W sumie tego spokoju niewiele zaznał, bo zmarł siedem lat później i został pochowany w katedrze miasta, w którym wcześniej zamieszkał. Niestety w biografii tego twórcy więcej jest niewiadomych niż faktów potwierdzonych w dokumentach i wszystko ginie w mrokach przełomu epok – średniowiecza i odrodzenia. To był czas wielu wojen, nienawiści w łonie rodów królewskich i książęcych, wielkich epidemii chorób, a przy tym rozkwitu sztuki we wszystkich jej odmianach, od malarstwa i fresku, poprzez rzeźbę i architekturę. To, że van Eyck jeździł po Europie i zaznajamiał się z wieloma ludźmi i ich poglądami, że miał możliwość podziwiania setek obrazów uznanych mistrzów, wpłynęło zapewne na niezwykłe otwarcie i humanistyczny etos jego dzieł. Widzimy to przede wszystkim na deskach Ołtarza gandawskiego, który – według inskrypcji na ramie – zaczął malować Hubert, a skończył po jego śmierci Jan. Poliptyk ten jest mistyczną opowieścią o ofierze Chrystusa, jako baranka ludzkości, zmazującego grzechy i łączącego ją z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym. Przepych i bogactwo, a zarazem energia świętości zamanifestowane tu zostały przez wielkie płaszczyzny kontrastowych barw, spośród których na plan pierwszy wysuwa się krwista szata Stwórcy, zielone i granatowe okrycia Maryi i św. Jana Chrzciciela, a także wzorzyste suknie chórów anielskich, śpiewających hymny pochwalne. Równie bogate w stroje i ornamenty są grupy kardynałów, biskupów, zakonników, dziewic, rycerzy i wiernych ze wszystkich stanów, a całość uzupełniają niemal koronkowe wieże kościołów.

Malarstwo w czasach dawnych było jedyną formą przenoszenia ku następnym stuleciom portretów ludzi i malarze często korzystali z tej możliwości. Od wielu wieków krytyków sztuki zastanawia wspaniałe odwzorowanie mężczyzny w czerwonym turbanie Jana van Eycka (1433) i najczęściej interpretuje się je jako autoportret artysty, namalowany przy wykorzystaniu lustra. Nie wiemy czy to rzeczywiście odbicie twórcy, czy może hrabiego Berlaimont – jak się też sugeruje – ale nie ulega wątpliwości, że zastosowana tutaj metoda lustrzanych powieleń i spojrzenia modela na ludzi, stających przy obrazie, to absolutne novum w malarstwie naszego kontynentu, wspaniale potem rozwinięte przez wielu twórców nowych epok. Wątpliwości nie znosi też słynne motto malarza: Als ick kann (Tak, jak potrafię), bo umieszczał je na wielu swoich dziełach, czyniąc z niego pieczęć i dodatkowe potwierdzenie wiarygodności autorstwa. Simone Ferrari wskazuje, że Lustro – magiczny przedmiot, który od Portretu małżonków Arnolfich van Eycka po Las menińas Velázqueza wzbogaca malarski ogląd świata, kryje niewyczerpane sensy symboliczne. Jego łacińska nazwa speculum kojarzy się po francusku, a więc w języku dworu Filipa Dobrego, ze spéculation – zarazem obserwacją i rozmyślaniem. W średniowieczu „spekulować’ znaczyło prowadzić obserwacje astrologiczne, a łacińskie sidus (gwiazda) przywołuje francuskie cosidération – rozwagę. (…) Lustro oznacza i los, i namysł, i sumienie, a gdy się w nim przegląda piękna niewiasta, także vanitas – marność jej ziemskiej urody. Dla malarza jest nade wszystko środkiem poszerzania przestrzeni jak też okazją do przedstawiania tego, co poza kadrem obrazu. Szczególnie te ogólne dookreślenia malarstwa van Eycka są przydatne dla zrozumienia jego wspaniałego portretu, choć i uwagi na temat lustra i różnych powinowactw leksykalnych mają swoją wagę. Lustro niczego nie fałszuje, nie przyciemnia i nie rozjaśnia, przekazuje wizerunek takim jakim on jest, brzydotę nazywa po imieniu, a urodę pokazuje w całej pełni. Różni analitycy tego dzieła, przywołując efekt zwierciadlany, zapominają, że mamy tu do czynienia z portretem en face, a zatem jeśli rzeczywiście zastosowano tu lustro, to musiało ono odbijać postać samego malarza. Tak nakazuje logika, która wszakże nie może być ostatecznym argumentem na „tak”, przecież tak kreatywni ludzie stosowali na przełomie wieków wiele malarskich tricków, nieustannie modyfikując proces powstawania obrazów.

Jakkolwiek by nie było, mężczyzna przedstawiony na portrecie z piętnastego wieku ma silną osobowość, manifestowaną tutaj przez specjalne ułożenie ust i oczu. Zdają się one wyrażać sceptycyzm dla samego siebie i sytuacji portretowania – jakby model chciał powiedzieć, że wiele znaczniejszych osób zasługuje na tego rodzaju przedstawienia. Z drugiej strony, ów jakże wykwintny, czerwony turban, wskazuje, że mamy tutaj do czynienia z kimś majętnym, czystym, wypielęgnowanym, co w tamtych czasach charakterystyczne było dla osób z wyższych sfer szlacheckich lub dobrze sytuowanego mieszczaństwa. Jan van Eyck niewątpliwie należał do tego typu ludzi, stać go było na odzienie podszywane futrem i fantazyjne jedwabne lub aksamitne okrycie głowy. Mniej więcej w tym wieku powinien być twórca, gdy powstawał obraz, a charakterystycznie przymknięte prawe oko, wskazuje, że jest to ktoś, kto bystro ocenia rzeczywistość dookolną i przygląda się światu analizując go w różnych odmianach. Mamy tu do czynienia z typem ludzkim charakterystycznym dla Belgii i Francji, z nieco wydłużoną twarzą, wyraźnie już pooraną zmarszczkami, a także z wąskimi ustami i ostrym podbródkiem. Nos ani nie jest duży, ani mały, powiedzieć można, że w sam raz dla tej twarzy, jakkolwiek lekko czubaty, doskonale komponujący się ze ściągniętymi ustami i lekko opuszczoną prawą powieką. Zarost na brodzie i ledwie rysujący się wąs, a także brwi, wskazują, że model mógł być rudawy, a wyraziste są już też akcenty siwizny. Powiększenie obrazu odsłania też przekrwienia gałek ocznych i kontrastowość jasnych refleksów światła, odbijających się w nich, mających zdecydowanie ciemniejszy, przytłumiany kolor. Po niemal pięciuset latach pojawiły się też liczne spękania farb, co przydało przedstawieniu dodatkowej tajemniczości i głębi. Zdecydowanie najciekawszym elementem jest tutaj turban, a właściwie wielki supeł, znakomicie ukazany, z licznymi fałdami i cieniami, malowany tak, jak szaty świętych i dostojników kościelnych odwzorowywane na wielu religijnych obrazach van Eycka. Artysta opanował to po mistrzowsku, idealnie maskując miejsca przejść barw ciemnych w jasne, matowych i kontrastowych. To nakrycie jest jak wielka róża i znakomicie lokuje się na całej powierzchni obrazu, namalowanego w ciemnej tonacji, z niewielkimi tylko elementami bieli koszuli i gałek ocznych. W galerii portretów malarstwa europejskiego Mężczyzna w turbanie zajmuje poczesne miejsce, wyznaczając drogi rozwojowe i stając się natchnieniem dla malarzy następnych stuleci.

KLĄSKAWKA

Kląskawka - foto Wikipedia

Kląskawka – foto Wikipedia

Długo przyglądałem się ciekawemu ptakowi, który przysiadł na niewielkim krzaku, jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie, czekając aż się przybliży. Wiedziałem, że skrzydlate zwierzęta reagują na ruch i moje zastygnięcie dawało szansę dostrzeżenia elementów ubarwienia, kształtu i wielkości. Po jakimś czasie miałem już pewność, że obserwuję kląskawkę (Saxicola rubicola), ptaka dość licznego w Europie i na północy Afryki, ale u nas występującego rzadko, głownie w południowych regionach. Zmiany pogodowe i ocieplenie klimatu powodują, że gatunek ten zalicza się obecnie do ekspansywnych i widuje się poszczególne osobniki wyżej na północy. Taka przygoda i mnie się przytrafiła, a charakterystyczne odgłosy lit-tak-tak, utwierdziły mnie w przekonaniu, że to właśnie jest rzadki przedstawiciel rodziny muchołówkowatych. Ptak ma brązowo-czarne ubarwienie piór, ale na podbrzuszu pojawia się kolor pomarańczowy, biały i ciemniejsze kreski, przy czym samica – jak zwykle u tych zwierząt – ma spłowiałe ubarwienie. Czarny ogon i jednolicie ciemne skrzydła kontrastują z szarościami pokryw podogonowych i akcentami bieli pod głową i w miejscu połączenia skrzydeł z kuprem. Ptak nie był zbyt ruchliwy, zastygał na wyniosłych czubkach krzewów i tylko obracał głowę, sondując dokładnie przestrzeń wokół siebie. Widział mnie przez cały czas, wykazywał spore zainteresowanie moją posturą, a gdy tylko ruszyłem powoli, by baczniej mu się przyjrzeć, odleciał w dal, utrzymując stale tę samą odległość ode mnie. Zdumiewające było to spotkanie, bo przebywając w południowo-wschodniej Polsce, nie widziałem ani jednej kląskawki – nieoczekiwanie przedstawiciel tego gatunku, bo to był samiec, przybliżył się do mnie i przyglądałem mu się na obrzeżach Bydgoszczy. Tu też nie brakuje suchorostów, karłowatych krzewów, wielkich otwartych przestrzeni i zapewne pobliskie lotnisko, z szerokimi płaszczyznami, jako żywo przypominającymi step, przyciągnęły tego jakże rzadkiego gościa.

ORNITOLOGIA ULICZNA (3)

Dzisiaj trochę egzotycznej ornitologii ulicznej…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

BOSKI PROCH

1a

Sztuka Jacka Strzeleckiego rodzi się z najwyższych ambicji artystycznych, w których naczelnymi kierunkami eksploracji są filozofia, mit i antropologia. Artysta tworzy niezwykłe monumentalizacje, mające walor rzeźbiarski i jakże odkrywcze malarsko, czy rysowniczo, pełne zaskakujących rozwiązań formalnych i treściowych. To są ważkie próby dopowiedzenia nowych sensów do ludzkich kształtów i wymiarów, wskazania kontekstów istnienia, które pełne jest bólu i tylko na chwilę wydostaje się z mroku, z ciemnych, walorowo rozmytych teł. Ukazując ludzkie ciało, stylizowane na wzór rzeźb greckich i rzymskich, artysta tworzy apoteozę siły i walki o kształt, ale jednocześnie ukazuje kruchość bytu, chwilowość egzystencji, temporalność wszelkich rosnących i rozpadających się struktur. Ta osobowa gigantomachia została swoiście upozowana, co podkreślają laserunki szat, najczęściej rozmywających się w błękitach, ale czasem jaskrawych, jak u wielkich malarzy schyłku średniowiecza i początków renesansu. Tak poszczególne dzieła układają się w ciąg refleksowych odsłon ciała, pojawiającego się nagle w przestrzeni, dochodzącego w sile i tężyźnie do stadium finalnego, a potem powoli, bezpowrotnie osuwającego się w nicość i proch. To jest antropologia ściśle ukierunkowana, wskazująca ruch w czasie, przesuwanie się ku celom nieuchronnym, a zarazem sztuka ocalająca, odzwierciedlająca, to, co się wydarzyło i znalazło swój kształt w nieustannie deformującej się rzeczywistości. Dlatego uwznioślenie sąsiaduje tutaj z rozpaczą, a kalectwo z uskrzydleniem, moment uspokojenia ze stale toczącą się wojną – to jest bolesne dokumentowanie chwili, nieuchronnie tonącej w wieczności, znajdującej swoją integralną cząstkę w czymś, co jest nie do ogarnięcia myślą, w kształtowaniu się świata podczas pierwszych kosmogonii. Ta sztuka rodzi się z głębokiego namysłu nad człowiekiem, ale nie mogłaby zaistnieć, gdyby autor nie miał rozległej wiedzy filozoficznej i artystycznej, gdyby głęboko nie przeżył rzeczywistości w jej kontrapunktowych odsłonach – od bólu do ekstazy, od rany do uzdrowienia.

2a

Strzelecki przypomina, że po odrzuceniu szat jesteśmy nadzy i stajemy się w mniejszym lub większym stopniu antycznymi rzeźbami herosów, bogiń i muskularnie ukształtowanych wojowników. Przynajmniej takie ludzkie kształty są w nas potencjalne, tak nas widziała sztuka od wieków, we wszelkich jej realizacjach i odmianach, za każdym razem dopowiadając coś istotnego dla zrozumienia fenomenu ludzkości. Tutaj ciało wyłania się z materii, przypominającej rysunek żył marmuru, powierzchnię nadpalonego drewna, albo rozmycie energetycznych struktur galaktyki. Tak artysta miesza żywioły i kruchość ustawia w opozycji do twardości, ciężar po przeciwległej stronie lekkości, płynność walorów naprzeciw zastygnięcia barw podstawowych. Ciało jest fenomenem samo w sobie, a jego kształt nie zmienił się od wieków, będąc natchnieniem dla malarzy i poetów, stając się obiektem żarliwej miłości kochanków, albo mrocznym marzeniem morderców. Pełniąc swoje użyteczne funkcje, nie przestało zachwycać formą rozbudowanej muskulatury, ale też i przerażać w odmianach rozpasanych, z monstrualnymi nawisami tłuszczowymi. Widać, że przedstawienia artysty powstawały w wielkim zapamiętaniu, w efektywnym natężeniu energii twórczych, co podkreślać mają stróżki farby, pozostawione celowo na płótnach czy papierze, stające się wizualnym znakiem głębi tego, co znalazło się poza nimi. Podobną rolę pełnią jaskrawe barwy szat, jakby udrapowanych od niechcenia, jakby tworzących chwilową przestrzeń opozycyjną. Centrum jest ciało w jego gigantycznym wymiarze, nośnik erotyzmu i piękna, prawzór kształtów idealnych, zastygających w rzeźbie, między ramami obrazu, na przedstawieniu papierowym. Samo w sobie będące kosmosem, składające się z rurek i błonek, a jednocześnie otwierające się na wszechświat, którego jest integralnym tworem.

3a

Warto też wskazać w tym dorobku dzieła, w których pojawia się nieomal metafizyczny ból, przerażające zdruzgotanie ciała, natychmiast przeistaczającego się w martwą materię. To śmierć za życia i zapowiedź ostatecznego rozpadu, to przypomnienie, że jesteśmy organiczni, ożywiani tylko tlenem, transportowanym w żyłach przez żelazo i żyjemy dzięki nieustannie dostarczanym dawkom cukru, minerałów, wody. Fizyczność naszego świata jest jednak taką samą ułudą jak jego duchowość, bo przecież wszystko jest energią i nawet twardość diamentu czy gładkość kamienia dadzą się na nią zamienić. Wielką zaletą przedstawień Strzeleckiego jest pojawienie się tej energii nieomal w wizualnym wymiarze, tętniącej w każdej cząstce dzieła, w dokładnie rozpracowanych elementach teł, w konstrukcji ciał, w barwie i fakturze. Filozofia człowieka sąsiaduje tutaj z liryką istnienia, a metamorfoza kształtów prowadzi do rozmyślań ontologicznych, nieuchronności naszego losu i zatopienia w przestrzeni euklidesowej i jej wariantach unitarnych. Człowiek nigdy nie przeistoczy się w najdoskonalszy kształt kuli, nigdy nie przybierze kształtów krystalicznych, nie przeobrazi się w bryłę monolityczną – wciąż bytować będzie pomiędzy komórkową martwotą a myślowym ożywieniem, stale będzie musiał dbać o podtrzymanie ognika życia, bo dookolna śmierć nie zmarnuje szansy i natychmiast obwieści światu swoje zwycięstwo. Cielesność jest wielką tragedią ludzkiego rodu, ale też uświęceniem bytu, który musi sam siebie wyodrębnić i zrozumieć, a nade wszystko uświęcić w pracy dla ludzkości i dla samego siebie. Tylko jednostki ukierunkowane na rozwój, kopiujące podążanie pięknej rośliny ku światłu, tylko mocarze ducha osiągnąć mogą stan równowagi z naturą i kosmosem. Głębia przesłania Jacka Strzeleckiego lokuje go wysoko w hierarchii twórców totalnych, rygorystycznie realizujących ambitny program, nieustających w wysiłkach by choć na chwilę odsłonić to, co zwykle jest zakryte, by dotrzeć do samej istoty człowieczeństwa.

4a

Tak jak w ujęciach antycznych, a potem w romantycznych uwzniośleniach, w sztuce Jacka Strzeleckiego wyodrębnić można rozległe mitologizacje. Nawiązania do znanych podań o Prometeuszu, Andromedzie, Atenie, Pegazie, Minotaurze, Hydrze, do opowieści kosmogonicznych i eschatologicznych. Człowiek przybiera w nich jakąś legendarną postać, wchodzi w obręb przestrzeni mitycznej i zyskuje niezwykłą wielowymiarowość. Staje się symbolem siły i alegorią walki, zyskuje monumentalny kontekst kulturowy, stawiający go na równi z bóstwami olimpijskimi. Artysta potrafi tak upozować ciała, tak je przyoblec w tiule i świetlne refleksy, że stają się snem na jawie i niezwykle inspirują wyobraźnię. To są ewokacje przestrzenno-antropologiczne, w których ukryte jest filozoficzne przesłanie na temat naszej boskiej i szatańskiej natury, uwikłania w miliardowy system cząstek organizmu, a zarazem w przeogromne struktury kosmiczne. Tak rodzi się transcendencja, a byt staje się punktem przecięcia tych immanentnych przestrzeni, tak jak czas przechodzących przez nas na przestrzał i przenikających najmniejszą drobinę atomową. Mit generuje ciągnące się w przeszłość ciągi znaczeniowe, a więc interpretacji tej sztuki może być wiele, tutaj staramy się tylko wskazać ogólne jej ramy, zakorzenienie w człowieku i w opowieści kulturowej, istnienie w pulsie krwi, w locie myśli podążającej ku multiplikacjom bohaterskim i anielskim. Twórca znalazł niezwykle pojemną formułę dla prac, w których sąsiadują ze sobą elementy antyczne i specjalnie upozowana archaiczność, rodzaj przyćmienia, sennego rozmycia i przeniesienia ku rzeczywistości nicowanej przez śmierć. Gdyby przydać tym dziełom muzykę, to trzeba by szukać pośród oratoriów barokowych, koncertów na trąbkę Telemanna i Haydna, ale znakomicie brzmiałyby tutaj też heroiczne tony symfonii Mozarta i Beethovena, Dworzaka i Czajkowskiego. To byłoby podkreślenie świętego gigantyzmu człowieka wykreowanego przez artystę i jego boskich atrybutów –człowieka niosącego w sobie potencjalność zbrodni i wykwintnej kreacji artystycznej, rozpiętego między przeciwstawnymi pierwiastkami swojej trudnej do pojęcia natury.

5a

ORNITOLOGIA CMENTARNA (5)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

« Older entries

%d blogerów lubi to: