* * *

Nadeszły siarczyste mrozy. Gałęzie drzew, niczym delikatna japońska grafika, pokryły się szronem i połyskują w słońcu. Pośród nich widać teraz doskonale kawki, sroki, gawrony, czasem sójki, sikorki, mazurki. Rzadziej jemiołuszki i gile. Szczygły zbierają się w duże stada i przelatują z gęstwin krzewów na wyższe drzewa. Świat wygląda majestatycznie i rześko, choć mgły powodują, że dal matowieje i rozmywa się. Wieczorem pojawia się ledwie widoczny sierp księżyca i wyrazista jutrzenka, czyli Wenus. Wędruję pomiędzy drzewami i przyglądam się przyrodzie, obserwuje ptaki. Powoli rok 2008 przechodzi do historii – zbliża się ostatni wieczór i ostatnia noc, pełne hałasu i strzelających w niebo fajerwerków. Lubię patrzeć na te iluminacje, a zarazem zawsze mam w sercu smutek, bo przecież coś we odchodzi bezpowrotnie, coś przypomina, że trzeba się śpieszyć…

Reklamy

POCZTÓWKA Z SENEGALU

Ojciec dr Marek Walkusz, który przebywa na misji w Senegalu, nadesłał kolejny tekst, który chętnie udostępniam czytelnikom mojego bloga. Za oknami zima, wiatr i mróz, więc może ciekawie będzie przeskoczyć na chwilę do tropikalnej Afryki.

Gdy patrzę z podwórka domu rodzinnego w różne strony, prawie wszędzie widzę las. Wiele godzin w nim spędziłem, zwłaszcza w dzieciństwie. Był czas na zabawy, na ścieżynach i w gęstwinie leśnej, zarabialiśmy też parę złotych, sprzedając zebrane owoce. Ostatni urlop też częściowo spędziłem w pięknych hopowskich lasach, szukając grzybów z siostrą i kolegami. Jak tylko pojawię się wśród najbliższych, obowiązkowo, od lat, regularnie biegam po lesie. Las ma coś szczególnego w sobie, to nie tylko liczne, wysokie rośliny, unoszące się wysoko nad ludzkimi głowami, zmieniające się barwy liści, ich szelest, przemieszczające się swobodnie dzikie zwierzęta. Las jest tajemniczy i bez słów objawia swoją potęgę. Nie bez powodu ludzie spieszą do niego, szukając najkrótszej drogi do bóstw. Ulubione miejsce kultu stanowią gaje. Wybiera się fragment buszu, w którym są polanki, do których dostać się można jedną, czasami dwiema wąskimi, ukrytymi w zaroślach ścieżkami. Rosną tam święte drzewa. Na polanach mogą się także wznosić ołtarze, czyli specjalne miejsca do składania ofiar. Jednym z najczęstszych miejsc kultowych w wierzeniach bywa drzewo. Uważano je nie tylko za siedzibę bóstwa czy ducha, ale właśnie pod nim dokonywano ofiar. Jestem proboszczem niewielkiej parafii na obrzeżach miasta. Mieszkańcy naszej dzielnicy to jedni z ostatnich, którzy się tu osiedlili. Nic więc dziwnego, że opuszczając wioski, zabrali ze sobą bogatą tradycję przodków, w zdecydowanej większości chodzi o religijność tradycji animistycznej. Kazamans ma jeszcze powody do radości dzięki obfitym opadom. Ludność tutejsza aż tak bardzo nie spieszy się z wycinką drzew. Mamy więc przepiękne okazy; górujące znacznie nad innymi, o potężnych konarach i rozłożystych korzeniach, które wręcz dopominają się oddania im czci. Niemalże na wyciągnięcie ręki otaczają mnie trzy istotne dla tego miasta miejsca kultu religii animistycznej. Jako proboszcz przewodzę modlitwie wiernym zgromadzonym w świątyni. Podobnie czynności kultowe w innych religiach, gdy mamy do czynienia z kultem publicznym, domagają się osoby przewodzącej. Kobiety gromadzą się oddzielnie na praktyki religijne. Kapłanka tradycyjna, podobnie jak mężczyzna w takiej roli, składa ofiary, które mają charakter krwawy bądź bezkrwawy. Czynności religijne, oprócz ofiar, wiążą się też z modlitwą, inwokacją, błogosławieństwem i pozdrowieniami bóstw lub w ich imieniu.

Ofiara krwawa polega na zabiciu zwierzęcia, ofiara zaś bezkrwawa wyraża się w postaci napojów, jedzenia czy różnych przedmiotów. Dla plemienia diola najczęstszymi produktami, składanymi w ofierze są ryż i wino. Biały płyn z palm, podczas obrzędu, nalewa się do drewnianego dwu-trzylitrowego naczynia z uchwytem, z którego następnie, w odpowiednim momencie, nieco się wylewa, resztę natomiast się wypija. Okazją do składania ofiar są nie tylko uroczystości religijne, ale naruszenia zakazu, obraza bóstw. Każde bóstwo, każda sytuacja wymaga właściwych sobie ofiar. Zazwyczaj w praktyce odbywa się to w ten sposób, że rodzina lub osoba indywidualna przychodzi z określoną intencją, przynosi także ze sobą potrzebne produkty do złożenia ofiary. Przybywają z takimi rzeczami, o które proszą przewodniczący ceremonii. Przy świętych drzewach gromadzą się na swoje obrzędy głównie kobiety. Mężczyźni niekiedy pojawiają się nieopodal, aby coś przy okazji skubnąć z rzeczy, które są składane podczas praktyk religijnych. Głównie interesuje ich wino palmowe. Często też po obrzędzie jest posiłek z wykorzystaniem dóbr przyniesionych do złożenia ofiary. Bywa, że część z tego jest przeznaczona dla osób odpowiedzialnych za miejsce kultu. Wszystkich szczegółów dotyczących ich rytuałów, oczywiście nie znam. Nie zaglądam im do kieszeni, nie wychodzę, aby ich szpiegować. Często dochodzą do mnie różne odgłosy, bądź to śpiewów pogodnych, przy akompaniamencie tradycyjnych instrumentów, (najczęściej są to dwie deseczki trzymane w rękach przez wiele kobiet, którymi rytmicznie uderzają), czy też jak ostatnio miało to miejsce, zawodzenia lamentów pogrzebowych. Pewna wiedza na temat ich sposobu wyrażania religijności dociera do mnie za pośrednictwem niektórych parafian, mieszkających w sąsiedztwie, czy też senegalskich współbraci. Pytałem ostatnio czy często się spotkają. Zdziwiłem się, że poza porą deszczową odbywają się te spotkania przynajmniej raz w tygodniu. Już od rana, w czwartki, gromadzą się, by opuścić miejsce święte w godzinach wieczornych. Niekiedy, z racji na okoliczności, typu ślub, pogrzeb, są one częstsze. Osoby stojące na czele kultu wybiera się na różne sposoby. Generalnie oczekuje się od nich szczególnych walorów moralnych, głównie uczciwości, poszanowania tradycji, przestrzegania specjalnych przykazań. Kapłanką zazwyczaj zostaje ta kobieta, która urząd ten dziedziczy po mężu, o ile on wywodzi się z rodziny z tradycjami kapłańskimi. Można nią zostać w drodze powołania przez bóstwo. Nierzadko bywa, że wybiera się kogoś, kto nie chce pełnić tej funkcji, ale z racji na tradycję i okoliczności nie ma większego pola manewru, by uciec od pełnienia tej funkcji.

W ostatnim czasie, niedaleko nas, tuż za Oussouye, gdzie rezyduje król animistów, w niewielkiej wiosce położonej w głębi lasu, miało miejsce dość szczególne zdarzenie. W tej osadzie jest tylko jedna rodzina katolicka. Oprócz tego jest niewielu protestantów, a pozostali to animiści. Ku zdziwieniu wielu osób, mieszkańcy wybrali na kapłankę kobietę z rodziny katolickiej, która od razu otwarcie zadeklarowała całkowitą niechęć do takiego wyboru. Protestował także i jej mąż, jednak kobiety animistki siłą zaciągnęły ją do świętego gaju. Nadto zabrała ze sobą siedmiomiesięczne dziecko. I co teraz? Według zwyczajów przez sześć dni przebywa się w lesie, w tymże świętym miejscu, w skromnym szałasie wykonanym z liści palmowych. Cyfra „sześć” nie jest przypadkowa, bowiem tydzień w plemieniu diola liczy właśnie tyle dni. Także, co ciekawe, ciągle zmienia się dzień tygodnia, w którym odpoczywają. Następnie, po tych sześciu dniach, mąż składa w ofierze zwierzę, na przykład kozę. Ten akt otwiera drogę do wielkiego świętowania, przez wszystkich animistów z wioski, z okazji objęcia funkcji przez nową kapłankę. Pojawił się tutaj jednakże poważny problem; kobieta wyrzekała się tej roli, jak również ochrzczony mąż nie zgodził się na ofiarowanie zwierzęcia. Nadto ojciec animista, także był przeciwny takiemu działaniu. Sytuacja zaczęła się komplikować. Był to czas wakacji, proboszcz będąc w podróży, nie od razu zajął się sprawą. Mąż zaczął wołać o pomoc. Początkowo bez większego skutku. Proboszczowie sąsiednich dużych parafii podjęli się roli mediatorów, udali się między innymi do wójta. Ten jednak obcy na tym terenie, z innego plemienia, nastraszony został przez animistów. Radzili mu, żeby się nie mieszał, bo to nie jego działka, w innym razie może mu się coś przykrego przydarzyć. Tak więc u niego nic nie załatwili. Spotkali się także z królem, który wyznał, że nie może się za bardzo mieszać w sprawy kobiecego kultu. Uspokajał ich jednak. Przekonywał też, że najwięcej w tej sprawie może zdziałać mąż. Tymczasem sytuacja stała się patowa! Do tego jeszcze dziecko zaczęło poważnie chorować. W tych leśnych warunkach, bez żadnej ochrony, liczne ukąszenia przez komary, stały się powodem pojawienia się malarii. Dni upływały. Przekroczono znacznie limit sześciu dni. Mediatorzy postanowili także spotkać się z mieszkańcami wioski. Ci byli gotowi siłą bronić tego, co postanowili. W porę jednak zostali powiadomieni, że kapłani nie przybywają w celu odbicia matki z dzieckiem, ale porozmawiania i szukania pokojowego rozwiązania. Spotkanie, choć przebiegło w życzliwej atmosferze, nie przyniosło oczekiwanych wyników. Po upływie czterdziestu dni rozgoryczony mąż postanowił, że nie można tak w nieskończoność czekać, poszedł więc do świętego gaju odebrać żonę z dzieckiem. Na szczęście, to odważne wkroczenie do akcji, obyło się bez tragedii. Mężczyzna odzyskał żonę i dziecko. Sprawa miała jednak dalszy ciąg. Obie strony: młoda katolicka rodzina i animiści z woski, musieli stanąć przed sądem. W Ziguinchor bowiem znajduje się oddzielny sąd zajmujący się sprawami, które dotyczącą zwyczajów, problemów międzyplemiennych, niektórych kwestii religijnych itp. Mieszkańcy zostali pouczeni, że sposób ich działania uderza w wolność obywateli i burzy społeczny ład i pokój. Niedoszła ochrzczona kapłanka powróciła z dzieckiem do swojego męża i do domu, jednakże relacje w wiosce zostały mocno nadszarpnięte. Rany będą długo się goiły. Wielu jednak żyje nadzieją, że będzie obustronna gotowość do współpracy. Katolicy, którzy są w mniejszości, doświadczają tu nieraz wyraźnego odrzucenia przez społeczeństwo. Najbardziej jest to dotkliwe w momentach prac polowych. Niski poziom rolnictwa szczególnie domaga się działań wspólnotowych, co zresztą znam sprzed lat, gdy również i mnie było dane ramię w ramię pracować na polach, gdzie gromadziły się dziesiątki osób. W każdym miejscu i w każdym czasie trudno jest żyć bez wsparcia społecznego.

O DEMONACH

Jeśli istnieją zjawy, diabły i demony, to ich siedliskiem są przede wszystkim ludzkie myśli. To w nich mogą się zrodzić najstraszniejsze bestie i najokrutniejsi mordercy. Każda zbrodnia i każde ciężkie przewinienie zaczyna się w głębiach mózgu człowieka. To on podejmuje decyzję, że coś zrobi, kogoś pozbawi życia, na coś się zgodzi, z czegoś zrezygnuje. Mało jest potwierdzonych wizji upiorów, a może nie ma ich wcale, mamy za to wielką bibliotekę relacji osób, z różnych okresów historycznych, o tym co zobaczyli. Za każdym razem pojawia się jednak pytanie o naturę ich wizji, czy miała miejsce transgresja i zjawa przekroczyła przestrzeń umysłu, czy pojawiła się w świecie materialnym? Jak pisze Alfonso M. di Nola: Demon jako duch nieczysty może owładnąć człowiekiem i mówić przez niego, jak w epizodzie z synagogi w Kafarnaum, gdzie Jezus spotyka człowieka opętanego przez demona, który atakuje go gwałtownie (A. M. di Nola, Diabeł, Kraków 2001, s.168) – zawsze jednak zapytamy jaka jest natura tego głosu, czy wydobywa się on z nicości, czy może z przepaści ludzkiej jaźni. Żaden sen i żadne marzenie nie może się równać z plastycznością i realnością jawy, nawet najstraszniejsze majaki lub rozkosze oniryczne, nie mogą konkurować z tym, co przeżywany po przebudzeniu. Pytanie o realność demonów ma w sobie pewną trudność natury teologicznej i filozoficznej, bo jeśli coś istnieje, to jest żywe, egzystuje dzięki przepływowi krwi w żyłach i tlenowi, nieustannie wsączanemu do organizmu. Demon z natury rzeczy jest martwy i rozszerza swoje panowanie, poprzez powiększanie śmiertelnego obszaru, mnożenie nieistnienia. Sam jest brakiem dobra, nicością materialną, elementem rozkładu. Jakże więc może być, skoro jego pragnieniem jest niebyt i niwelowanie istnień, wpychanie ich do Hadesu, Tartaru, piekła, jak byśmy tych obszarów nie nazwali. Zło jest amputacją – pisze René Laurentin w książce Szatan. Mit czy rzeczywistość?, Warszawa 1998, s. 110 – która zostawia po sobie bolesną ranę. Jeśli zatem ludzie mówią o złych duchach i przytaczają najprzeróżniejsze podania o nich, to znaczy, że jednak w jakiś sposób one istnieją. Burzy to ich filozofię egzystencji, bo największym marzeniem diabła jest działanie w tajemnicy i utwierdzanie bytów w przekonaniu, że nie istnieje, a całe zło świata jest samoistne.

Powieść Paolo Coelho pt. Demon i panna Prym oparta jest na prostym pomyśle. Do małego miasteczka Viscos, we francuskich Pirenejach, przyjeżdża nieznajomy. Zatrzymuje się w małym hoteliku, skąd wyrusza każdego dnia w góry. Podczas pierwszej wyprawy zakopuje w ziemi sztabę złota, a nieco dalej dziesięć następnych sztab. Potem ujawnia swój skarb pięknej dziewczynie – Chantal Prym, pracującej w hotelu, prosi też o przekazanie społeczności osady, że pragnie, by ktoś spośród nich został zabity. Wtedy przekaże złoto na rozwój miasta, a sam ulotni się bez śladu. Ten kusiciel chce obserwować zachowanie ludzi i odpowiedzieć sobie na kilka ważkich pytań. Przede wszystkim pragnie zobaczyć jak postępują przygotowania do zbrodni i jak do niej dochodzi. Ma gorzkie doświadczenia, bo był przemysłowcem produkującym broń, a potem stracił żonę i dwie córki podczas nieudanej akcji policyjnej. Prawdopodobnie terroryści, którzy porwali jego bliskie osoby, posługiwali się karabinami przez niego wyprodukowanymi. Podobne mieli też policjanci i za ich pomocą zabili przestępców – ci jednak przed śmiercią zdołali pozbawić życia kobiety nieznajomego. Coelho ukazuje wahania i zachowanie dziewczyny, która bije się z myślami i raz to chce ukraść sztaby, raz opowiedzieć o wszystkim mieszkańcom lub złożyć doniesienie na policję. W końcu społeczność zostaje powiadomiona o planie obcego i po licznych dyskusjach godzi się zabić starą Bertę. Po kilku spotkaniach u proboszcza i burmistrza, po rozmowach w gronie ważnych kobiet, mieszkańcy Viscos postanawiają złożyć staruszkę na ołtarzu miasta. Tak rodzi się legenda, czy może mitologia zbrodni, w taki rozumieniu jak u znanego psychologa Kena Wilbera:The power–and violence–of mythology is due in large measure to the fact that it is making claims that cannot be expose to deeper evidence… without destroying the authority of the claim itself. That is the definition of ideology: hidden interests, hidden power claims, parading as truth, a truth that cannot be exposed to evidence without robbing it of its power. (K. Wilber, Sex, Ecology, Spirytuality. The Spirit of Evolution, Boston – London 1995, s. 435.) Dzięki takim ukrytym interesom, dzięki takiej przemocy i śmierci staruszki, nastąpi rozwój mieściny, możliwe będą inwestycje i pojawią się tak wyczekiwani turyści. Ogromna grupa rusza na obrzeża Viscos z uśpioną Bertą, którą mają rozstrzelać młodzi mężczyźni, nie wiedzący w czyich karabinach są naboje ostre, a w czyich ślepe. Nieznajomy idzie razem z nimi i tuż przed egzekucją, rzuca przy skale sztaby ze złotem. Wydarzenia zmierzają jednak ku nieoczekiwanemu finałowi – oto z tłumu wychodzi Chantal i przemawia do sumień zebranych. Wskazuje miałkość ich planu i kłopoty, jakie mogą się pojawić po zbrodni. Wszyscy rozchodzą się i zostawiają dziewczynę z nieznajomym i uśpiona staruszką. Okazuje się, że próbie została poddana przede wszystkim urodziwa panna Prym i to ona otrzymuje cały złoty skarb.

Czytając tę powieść, a może powiastkę, jak zwykle w przypadku Coelho, zastanawiamy się czy fabuła nie jest zbyt prosta, czy nie ociera się o banał, czy ma jakieś ukryte dno. Wszak wszyscy wybieramy każdego dnia między dobrem a złem i wszyscy toczymy w sobie walkę, coś bierzemy i coś odrzucamy. Najczęściej dzieje się tak w sytuacji, gdy nie potrafimy dostrzec tego co mamy, co udało nam się zgromadzić, wydobyć z nicości i dookreślić własnym ego. To centralny punkt przemowy Chantal, podczas konfrontacji z tłumem – uświadamia ona księdzu proboszczowi, a zarazem każdemu z osobna: Byłeś w raju i go nie rozpoznałeś. Zresztą zdarza się to większości ludzi na tym świecie. Szukają cierpienia tam, gdzie znaleźliby największą radość, bo wydaje im się, że nie zasługują na szczęście. Dobro zatem potrzebuje mądrej świadomości, potrafiącej je dostrzec i cieszyć się nim. Najważniejsze jest życie w zgodzie ze samym sobą i otoczeniem i akceptacja niewielkiego przedziału, małej enklawy, wycinka przeznaczonego nam czasu. Nie znaczy to, że jesteśmy skazani na bezruch, że mamy się poddawać lub znosić różne życiowe upokorzenia. Przesłanie Coelho jest czytelne – możesz osiągnąć wiele, ale nie schodź na drogę zła, wędruj swoim traktem i weź sprawy w swoje ręce. I słuchaj dobrych rad tych, którzy nigdy nie zboczyli ze szlaku – w końcowym rozrachunku, to niedoszła ofiara, stara Berta wypowiada zamykającą powieść sekwencję: Jedno ci mówię z całą pewnością: życie może być krótkie albo długie, lecz ważne jest, w jaki sposób je przeżywamy. To jest podstawowe przesłanie całej twórczości tego Brazylijczyka i na przykładzie jego życia widzimy, ze może się sprawdzić, może stać się faktem. To przecież jedna z najbardziej spektakularnych karier literackich ostatnich lat, na którą składa się ponad sto milionów sprzedanych książek, przetłumaczonych na ponad sto pięćdziesiąt języków, obecność w mediach i periodykach całego niemal świata, a także sukces finansowy, przemiana zła w złoto, zejście z ścieżek grup satanistycznych, szpitali psychiatrycznych, na drogę Wojownika Światła. Wszakże – zacytujmy na koniec Pascala – Gdyby nie było ciemności, człowiek nie czułby swego skażenia, gdyby nie istniało światło, człowiek nie spodziewałby się lekarstwa. (Myśli, 586)

PSALM XXIX

                        Sancte Michael Archangele defende nos in proelio…

o święty Michale Archaniele dowódco kohort niebieskich
drży przed Tobą szatan i Mefistofeles Abaddon i Baal–zevuv
gdy podnosisz muskularną dłoń i uderzasz w łeb kobrę
przedwieczny Sabaoth prowadzi Twój kryształowy miecz
słyszysz złowieszczy szept w ciemności i zbierasz porzucone
słowa przenikasz cztery żywioły i uderzasz jak piorun
widzisz to co było co jest i co będzie – widzisz
w świetle w mroku i w podczerwieni sondujesz
duchem głębiny czasu i nicości twardy jak
papieski pastorał łagodny jak baranek
paschalny waleczny jak grot strzały
i ostrze włóczni

o święty Michale Archaniele dowódco
w walce bracie w modlitwie

Duchu czysty
jak łza

KTÓŻ JAK BÓG

Czas świąteczny kieruje moje myśli ku świętości, więc sięgam po niezwykły periodyk, który czytuję regularnie. To pismo michalitów „Któż jak Bóg”, z podtytułem Dwumiesięcznik o Aniołach i życiu duchowym. Tytuł magazynu, to nic innego jak tłumaczenie z hebrajskiego: מיכאל (Mîchā’ēl), imienia najważniejszego archanioła i jego zawołania, po buncie Lucyfera. To on wystąpił jako pierwszy i zawołał: Któż jak Bóg, a potem poprowadził hufce anielskie do walki. W Nowym Testamencie ukazywany jest jako zwycięzca w walce z szatanem. Mnie kojarzy się przede wszystkim z licznymi dziełami malarskimi, w tym z Sądem Ostatecznym Hansa Memlinga, a także z pięknymi ikonami, które oglądałem na Białorusi, w Kijowie i w synagogach wileńskich. Zaopatrzony w ognisty miecz i wagę do mierzenia dobra i zła, staje do boju z najgorszymi demonami. Jednym z moich głębokich pragnień jest podróż do Francji, do klasztoru Mont Saint-Michel oraz do groty Gargano we Włoszech – dwóch niezwykłych miejsc kultu. Byłem kiedyś w San Giovanni Rotondo, blisko Gargano, ale nie interesowałem się wtedy jeszcze tak bardzo św. Michałem. To jego wzywa się i prosi o pośrednictwo podczas egzorcyzmów i on odprowadza chrześcijan, po śmierci, do wieczności. Modlitwa do niego, a zarazem egzorcyzm prywatny, brzmi tak: Święty Michale Archaniele! Broń nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Książę niebieskich zastępów, Szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Wiele godzin spędziłem słuchając utworu Mike’a Oldfielda Mont Saint Michel, z płyty Voyager.

Lektura nowego numeru pisma michalitów przynosi relację z sesji naukowej poświęconej najsilniejszemu archaniołowi, która odbyła się we wrześniu w Miejscu Piastowym. Jest też opowieść o prof. Wincentym Kućmie, który ma w swoim dorobku pomniki św. Michała. Na zdjęciu odnalazłem siostrę Dawidę Ryll, którą poznałem podczas wyprawy do Włoch. Pisze ona wspaniałe wiersze, wyciszone, delikatne, jakże różne od rozgwaru poezji, z którą miewam do czynienia podczas spotkań z nawiedzonymi autorami. Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł ks. Edwarda Stanieka o biblijnym Jakubie, tekst Anny Krzywonos o bł. ks. Bronisławie Markiewiczu. Niezwykle innowacyjny i mądry jest też wykład ks. Tomasza Stępienia o panowaniu aniołów nad przestrzenią. Cytuję tutaj fragment tego wykładu: Warto uświadomić sobie, że panowanie aniołów nad przestrzenią jest całkowite. Jest to prosta konsekwencja panowania aniołów nad materią w ogóle. To znaczy, że nie ma dla nich znaczenia, jak bardzo odległe od siebie są początek i koniec ruchu. Obojętnie, czy są to metry, czy lata świetlne, zawsze poruszanie się przebiega w ten sam sposób: anioł przestaje być obecny w jednym miejscu i zaczyna być obecny w drugim. Ciekawa to formuła i zastanawiająca w świetle literatury SF, gdzie teleportacje i równie nagłe przeniesienia, są dobrze znane. Powyższe uściślenia znajdują swoje potwierdzenie w tekście o Tertulianie (ok. 155-230), rzymskim retorze i prawniku, pochodzącym z Kartaginy. Herbert Oleschko kreśli jego sylwetkę w cyklu Aniołowie według Ojców Kościoła i cytuje fragment Apolegetyku, w którym czytamy o skrzydlatych duchach: w jednej chwili są wszędzie, cały okrąg ziemi jest im jednym miejscem. W numerze pisma znajdziemy też ciekawy artykuł Żanety Groborz-Mazanek o akwareli Williama Blake’a przedstawiającej Hioba, przeczytamy też syntetyczny tekst ks. Jerzego Misiurka pt. Michał Archanioł w objawieniach świętych. W czasopiśmie są też relacje z podróży, recenzje książek i sztuk teatralnych o aniołach, a całość – w cyklu o świątyniach pod wezwaniem św. Michała – zamyka przybliżenie kościoła i parafii w Dębnie (Karpaty Zachodnie). Moją uwagę przykuła też fotografia kaplicy św. Michała Archanioła na stożku wulkanicznym w Le Puy we Francji – w zdumiewający sposób kult tego świętego związany jest ze strzelistością i sięganiem przez ludzi ku niebu. Ks. Krzysztof Poświata wskazuje: Jak niewiarygodnych miejsc dotknął stopą swej obecności Archanioł? Strzelista, misternie wykonana wieża kościoła na greckiej wyspie Rodos. Dobrze znana michalickim wspólnotom, starożytna grota na Monte Sankt Angelo. Słynne sanktuarium św. Michała na skalistej wyspie w południowo-zachodniej Normandii (…). Zaraz potem (…) piramidalna wyspa u wybrzeży Kornwalii, połączona ze stałym lądem drogą możliwą do pokonania jedynie podczas odpływu. Są jeszcze inne przywołanie, zawsze związane ze strzelistością i niezwykłym charakterem miejsc. Poniżej zdjęcie z Wikipedii, przedstawiające sanktuarium w Normandii.

HERBERT – WIERSZE ZEBRANE

Moja żona sprawiła mi wspaniały prezent na Gwiazdkę. Dostałem ogromny zbiór Wierszy zebranych Zbigniewa Herberta. Wreszcie mam wszystkie jego teksty zgromadzone w jednym tomie. Dotąd posługiwałem się różnymi wcześniejszymi wydaniami, niektórymi już bardzo sfatygowanymi. Jakoś nie lubiłem też wydań ostatnich tomów, przygotowanych przez Wydawnictwo Dolnośląskie. Dopiero teraz ten wspaniały poeta zyskał tom, który powinien mieć w swoich rękach za życia. Edytorsko opracował go Ryszard Krynicki, brakuje może tylko jakiegoś porządnego eseju wprowadzającego czytelników w meandry tej poezji. Ale to nie jest taka łatwa sprawa i może kilku zaledwie eseistów i naukowców mogłoby się pokusić o napisanie takiego tekstu – może Jacek Łukasiewicz, może Ryszard Przybylski lub Andrzej Kaliszewski. Zawsze wtedy pojawia się niebezpieczeństwo spłycenia, przegadania, niepotrzebnego mnożenia odniesień. Ten wielki tom zachęca do lektury i do napisania książki o poezji Herberta, co od dawna mam w planach i może w nadchodzącym roku zacznę realizować. Wcześniej chyba jednak skończę tom o twórczości Miłosza, który urósł już do sporych rozmiarów. Z racji konfliktu u końca życia autora Pana Cogito, przeciwstawia się ostatnio obu twórców. Jak to w Polsce często bywa, szuka się kryształowych życiorysów, wyciąga okres komunistyczny Miłosza i wskazuje Herberta jako tego najczystszego z czystych. Co zabawne, sam Herbert miał do siebie spory dystans i wskazywał liczne swoje wady. W filmie Obywatel poeta powiedział, że jest osobą nieetyczną, gdyż pali papierosy i pija alkohol. Możemy do tych zabawnych przewin dołożyć rozbicie rodziny jego Muzy, etaty w państwowych instytucjach, itd. Zamiast jednak czynić z Herberta kryształowy posąg i modlić się do niego, lepiej czytać jego wiersze, eseje, utwory dramatyczne i pisać o nich. Ten ogromny tom wierszy jest kamieniem milowym współczesnej poezji polskiej i ukazuje autora niezwykłego, łamiącego konwenanse twórcze i idącego wciąż, wytyczonym na początku, tym samym szlakiem. Symbolicznie zamyka ten tom wiersz o całunie nieistnienia, który okrywa twarz odchodzącego ku wieczności człowieka: Słabe światło sumienia stuk jednostajny/ odmierza lata wyspy wieki/ by wreszcie przenieść na brzeg niedaleki/ czółno i wątek osnowę i całun. Odkładam zbiór Herberta na półkę, gdzie leżą książki do przeczytania i do opisania. Będę często sięgał po tę książkę i spędzę wiele godzin na jej studiowaniu.

GULASZ Z CHARDONNAY

Przed świętami jak zwykle wiele gotowania i przygotowywania różnych posiłków. Co jakiś czas robię sporo gulaszu, który można zamrozić w dużych pojemnikach i potem wyciągać do ziemniaków, ryżu lub makaronu. Potrzebny jest kilogram schabu i kilogram świeżej szynki. Mięso kroimy w kostki i przypiekamy z niewielką ilością oliwy z oliwek i z pestek od winogron. W trakcie opiekania solimy, dodajemy pieprz, nieco zmielonego oregano i bazylii, szczyptę przyprawy tureckiej (cynamon, imbir, kminek i słodka papryka), kilka ziarenek angielskiego ziela i parę liści laurowych. Do mięsa dolewamy kilka szklanek niegazowanej wody mineralnej, szklankę białego wina (np. Chateau Chardonnay lub Bordeoux Blanc,) wrzucamy też cztery kostki bulionu warzywnego. Gotujemy pod uchylonym przykryciem przez godzinę, po czym garnek odstawiamy z ognia i przykrywamy. Teraz mamy czas na wykonanie zagęszczacza warzywnego – miksujemy pół kilograma twardych ogórków kiszonych, dużą czerwona paprykę, jedną pietruszkę i pół dużego selera, łodygę kopru włoskiego, dużą cebulę, kilka ząbków czosnku. To wszystko wlewamy do mięsa i dalej gotujemy, dodając też dwa 100 gramowe koncentraty pomidorowe. Musimy dolać tyle wody mineralnej, by nic nie przyklejało się do garnka, przez cały czas gotowania (jakieś pół godziny) musimy też uzupełniać wodę i co jakiś czas mieszać wszystko delikatnie drewnianą łyżką. Gdy woda się wygotuje, sos zgęstnieje i będzie miał gulaszowy smak, który można wzmocnić dowolnie czarnym i białym pieprzem, startym imbirem lub ziarenkami smaku (uwaga – są bardzo słone). Zwolennicy dań typu hot, mogą dodać pieprz Cayenne lub chili, ale ostrożnie, bo można zepsuć całe danie. Gulasz wybornie smakuje też z dużą białą fasolą, makaronem ryżowym lub świeżym pieczywem.

HAROLD PINTER 1930-2008

W wigilijny wieczór umarł w Wielkiej Brytanii Harold Pinter, legendarny dramaturg, poeta i prozaik, laureat literackiej Nagrody Nobla z 2005 roku. Miał siedemdziesiąt osiem lat i od dawna ciężko chorował na raka wątroby. Należał do najwybitniejszych brytyjskich dramaturgów i scenarzystów XX wieku, uznawany powszechnie za największego współczesnego brytyjskiego dramatopisarza. Urodził się 10 października 1930 roku w Londynie, w rodzinie żydowskiego krawca. Chciał być aktorem i do 1957 roku występował na scenie. Stworzył trzydzieści dwie sztuki, w tym tak znane jak Urodziny Stanleya (1957), Dozorca (1960) i Powrót do domu (1965). Akcja utworów Pintera często zaczyna się od zwyczajnego zdarzenia, po czym atmosfera gęstnieje, emocje narastają, a rzeczywistość przeradza się w senny koszmar. Błyskotliwe, wieloznaczne dialogi potęgują jeszcze nastrój grozy i oczekiwania. Swoje ostatnie dzieło sceniczne, adaptację cyklu powieściowego Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, opublikował w 2000 roku. W pięć lat później napisał jeszcze słuchowisko Voices, wyemitowane przez BBC z okazji siedemdziesiątych piątych urodzin pisarza. Pinter znany był ze swych lewicowych poglądów oraz krytyki USA i Wielkiej Brytanii. Głośno sprzeciwiał się interwencji w Iraku i w Afganistanie. Podobało mi się, gdy  podczas noblowskiej gali, w odtworzonym z nagrania przemówieniu, nazwał inwazję na Irak „aktem bandyckim, aktem państwowego terroryzmu, demonstrującym absolutną pogardę dla idei prawa międzynarodowego”.

ZBIGNIEW FRANCISZEK RYTLEWSKI

Oto kolejne przybliżenie twórczości mojego kolegi związkowego – członka Bydgosko-Toruńskiego Oddziału Związku Literatów Polskich

Poezja jest próbą sięgnięcia ku uniwersum i odważnym wnikaniem w tkankę rzeczywistości. Jako wielokrotny zapis doznań zmysłowych i rytlewski-1peregrynacji myślowych, najpełniej obrazuje to, co dzieje się we wnętrzu człowieka. Dopowiada istotne treści do tego, co wydarza się w świecie i w najbliższym otoczeniu poety, a przy tym okrywa delikatnym woalem liryki to, co codzienne, zwykłe, często też – szare i zimne. Poprzez energię słowa, oryginalną semantykę i nową treść metafory, dociera do intymnego ciepła i znosi bariery pomiędzy autorem, a czytelnikiem. Jest próbą, ale też i utrwaleniem, dokładnym wskazaniem centralnych punktów dla człowieka i dla jego życia. W nieustającym przepływie znaczących impulsów, w rzeczywistości informacyjnej i informatycznej, staje się rodzajem remdium, chwilą uspokojenia i treścią głęboko osadzoną w czasie, silnie umocowaną w przestrzeni. Poeta staje się w takim kontekście kimś, kto umie odnaleźć zgubiony sens, kto może wskazać właściwy kierunek, albo doprowadzić do pojednania przeciwstawnych znaczeń. On czuje więcej i lepiej od innych, niesie też w sobie przekonanie, że jego misja ma ogromne znaczenie dla każdego, kto sięgnie po powstałe wiersze, kto odnajdzie je w błysku szybko umykających lat, dni i godzin.

Poezja Zbigniewa Franciszka Rytlewskiego ma wiele ukrytych wymiarów i niezwykle szeroki zakres oddziaływania. Bywa ulotna i zmysłowa, jasna i głęboka, ale nade wszystko konkretna i wyrazista, w kolejnych odsłonach wierszy. W każdej książce, autor od nowa rekonstruuje świat i dopełnia go nowymi znaczeniami. To jakby nieustanne łatanie luk, które pojawiają się w obrębie postrzeganej rzeczywistości i mogą zawładnąć człowiekiem, pociagnąć go w przepaść, ku kolejnej nicości. W takim kontekście poeta jest jak duchowy przewodnik, który wytrwale prowadzi zgubionych ku właściwym traktom, prowadzącym ku poznaniu, zrozumieniu i doświadczeniu. Szczególnie ważne jest owo przewodnictwo, gdy tematem wierszy są najżarliwsze uczucia, pojawiające się między kobietą a mężczyzną. Wtedy, niejako z potrzeby serca i z wiary w trwałość tej unii, potrzebny jest ktoś, kto nada kierunek, zawsze dryfującej łodzi ludzkiej. Taki sternik liryczny wie ku czemu zmierza wraz z ukochaną i tylko lekko koryguje kurs. Życie samo ich wiedzie ku wytęsknionym portom i samo określa szybkość oraz kąt nachylenia ku tafli rzeczywistości. Autor opisuje wiele takich wypraw i wiele sytuacji, gdy ciepło złączonych dłoni, dotyk ust, zapach włosów, stały się metaforą chwili – jedynej i niepowtarzalnej, niosącej kochanków w dal, na falach uczuć i pragnień. Migają w tych utworach sytuacje i zdarzenia, pojawiają się barwy i smaki, stale też wraca motyw spotkania i wzajemnego wzbogacania się bytów. Mają one mało czasu i chciałyby jak najlepiej wykorzystać przeznaczony im czas, chciałyby znaleźć, to co zwykle umyka percepcji i oddala się, zanim zostało zauważone i właściwie określone. Wszakże prawdziwe uczucie, zwykle potrafimy sprawiedliwie ocenić dopiero z perspektywy minionego czasu. W tej liryce jednakże, widać niezwykłą wręcz dążność do uchwycenia najwyższej wzniosłości doznań duchowych i zmysłowych.

Kobieta i mężczyzna nie są w tej poezji przeciwnikami, raczej stają się partnerami i tyle samo dają, co biorą od siebie. Ich spotkania są najważniejszymi chwilami w określonych przedziałach czasowych i jakby ich zwieńczeniem, spointowaniem, wyposażeniem w tajemny kontekst, w pulsowanie znaczeń. Spojrzenie w oczy, równe tutaj jest ciepłu złączonych ciał, a miłosne szepty stają się rodzajem szyfru nowego życia i nowej, wyodrębnionej z chaosu, chwili. Sakralny aspekt takich doznań i ich uświęcenie przez intymność, możliwy jest tylko w opozycji do profanum i nadmiernie mitologizowanego w naszej kulturze grzechu. Wszystko ma w sobie element rozkładu i wszystko podąża od scalenia ku rozprzestrzenieniu. Zasada entropii, obowiązująca w kosmosie, daje się zastosować także do ludzkich uczuć, które rozpalają się, płoną żywym ogniem, a potem przygasają, ziębną i wreszcie gasną bezpowrotnie. Rytlewski dostrzega ten aspekt miłości i stara się w wierszu utrwalić to, co tak szybko i na zawsze odchodzi – ledwie poczęte, już ginie, ledwie wyodrębnione, już osuwa się w pustkę. Tylko człowiek może przydać ognia miłosnej żądzy, tylko gorące słowo może stać się talizmanem uczuć. Tutaj, w tej żarliwej i pięknej poezji miłosnej, znajdziemy ich wiele…

JEMIOŁUSZKI

 

 

Obok głównych budynków mojego uniwersytetu, przy ulicy Chodkiewicza w Bydgoszczy rosło zawsze sporo wysokich klonów i topól. Jak daleko sięgam pamięcią, to znaczy do początku lat osiemdziesiątych, zawsze na nich wiele było kul jemioły. W ostatnich latach sukcesywnie wycinano stare drzewa, pozostawiono tylko długi szereg jarzębin. Stojąc na przystanku autobusowym, przechodząc dalej w kierunku dawnego Wydziału Humanistycznego, mieszczącego się przy ul. Grabowej, widywałem zimą na tych drzewach stada jemiołuszek (Bombycilla garrulus). Myślałem, że po wycięciu tych świadków zdarzeń, ptaki polecą gdzie indziej. Tymczasem wczoraj, czekając na autobus spostrzegłem ogromną gromadę rdzawych ptaków, które wiedzione instynktem i pamięcią, powróciły do dawnych miejsc. Teraz zajęły się przede wszystkim owocami jarzębiny i znajdującymi się w pewnym oddaleniu drzewami z jemiołą. W locie, w dużej grupie, przypominają szpaki i są podobnej wielkości. Mają niewielki gruby dziób, czarne podgardle i charakterystyczny czubek na głowie. Całe są rdzawe i mają na skrzydłach wyraziste barwne akcenty: czerni, bieli. żółcienia i czerwieni, a na ogonie piękny czarno-żółty pas. Zawsze, gdy na nie patrzę słyszę gdzieś w sobie, czwartą część Pór roku Antonia Vivaldiego i uśmiecham się do nich. Razem z gilami, są dla mnie znakiem triumfu życia nad nieprzyjazną przyrodą. Jemiołuszki zamieszkują północne drzewostany iglaste lub mieszane Holarktyki, z dobrze wykształconymi porostami, z których budują gniazda. Dobrze czuja się pośród świerków i starych drzew, na obrzeżach lasów i podmokłych torfowisk, od Skandynawii, poprzez północną Syberię i Kamczatkę, aż do Alaski i północno- zachodniej Kanady oraz USA. Podczas zimowych wędrówek, gdy przylatują do nas i do innych krajów europejskich, występują na otwartych przestrzeniach, z niewielkimi zadrzewieniami lub krzakami. Znajdują tam owoce głogu i jarzębiny oraz zjadają jagody jemioły, które tracą w ich przewodach pokarmowych ochronną otoczkę i wraz z wydzielinami ptaków, pozostają na gałęziach i grubych konarach. Dopiero wtedy wbijają się w nie i zaczynają żyć, czerpiąc pasożytniczo soki ze swoich żywicieli. Jemiołuszki występują na nizinach i na terenach wyżynnych, ale raczej nie znajdziemy ich w górach. W Polsce jest to dość rzadki mieszkaniec przestworzy, ale zdarzają się inwazje co kilka, kilkanaście lat. Muszę wybrać się z aparatem fotograficznym do centrum miasta – może uda mi się zrobić dobre zdjęcia tych sympatycznych ptaków. Dopiero przy optycznym zbliżeniu i powiększeniu zdjęć, widać, że osobniki młodociane mają spód ciała jednolicie podłużnie kreskowany, nie mają też lusterek na skrzydłach i czarnego podgardla. Często najpierw słyszymy ich delikatne głosy: sri, cirr… a dopiero potem zauważamy stado lub pojedyncze osobniki. Ptaki te są trudne do obserwacji, bo latają dość wysoko i przysiadają na wysokich topolach i innych wyniosłych drzewach. Czasem jednak udaje się je zobaczyć pośród niskich jarzębin i mam nadzieję, że ja także będę miał szczęście.

« Older entries

%d blogerów lubi to: