LIBRARY OF CONGRESS

Moje książki w Library of Congress

krasinki-oblozenie 604x275.indd

https://catalog.loc.gov/vwebv/holdingsInfo?searchId=12886&recCount=25&recPointer=1&bibId=17175141

esej-2

https://catalog.loc.gov/vwebv/holdingsInfo?searchId=12934&recCount=25&recPointer=3&bibId=1665252

skanowanie0001

https://catalog.loc.gov/vwebv/holdingsInfo?searchId=12950&recCount=25&recPointer=2&bibId=3571173

pragnienie

https://catalog.loc.gov/vwebv/holdingsInfo?searchId=12968&recCount=25&recPointer=4&bibId=717076

 

Reklamy

BIBLIOTEKA (9)

1

Jeszcze jedno spotkanie po latach z książką, która niegdyś rozpaliła moją wyobraźnię i popchnęła mnie do przeczytania ogromnego zestawu opisów przygód morskich. Wziąłem udział nawet w kursie sternika jachtowego i prawie bym go ukończył, gdyby na drodze nie pojawiła się żarliwa miłość. Początki mojej fascynacji żeglarstwem i przygodami takich kultowych postaci jak Thor Heyerdal, Alain Bombard, Francis Chichester czy Krzysztof Baranowski, związane były z powieścią Juliusza Verne’a z 1901 roku pt. Wąż morski (tytuł oryginału francuskiego: Les Histoires de Jean-Marie Cabidoulin). Na początku dwudziestego wieku pióro tego pisarza było już lżejsze i tworzone przez niego książki dobrze się czytało, a nawet pochłaniało się je jednym tchem, żałując, że lektura trwała tak krótko. Cała fabuła została oparta na tajemniczych pogłoskach o monstrualnym wężu morskim, pojawiającym się co jakiś czas u wybrzeży różnych kontynentów, albo widywanym na otwartym morzu przez marynarz wielu bander. Po latach powstała nawet kryptozoologia, czyli dziedzina wiedzy zajmująca się tego rodzaju stworzeniami, analizująca relacje i ustawiające je w ciągu historycznym. Oficjalna nauka nigdy nie potwierdziła, że istnieją takie zwierzęta, ale opowieści o nich karmiły wyobraźnię ludzi morza od XVI wieku. Oczywiście takie stworzenia pojawiły się najpierw w mitologiach, spośród których wymienić trzeba nordyckiego Jormunganda czy bytującego w przestworzach Quetzalcoatla, albo chińskiego smoka z czasów dynastii Han. To istoty rozciągające swoje panowanie na obszar kosmiczny i współuczestniczące w pierwszych kosmogoniach. Zanim Verne wziął się za napisanie swojej powieści, węże morskie pojawiały się w relacjach żeglarzy, a nawet w publikacjach „naukowych”, zaczęto też prezentować ryciny i pierwsze fotografie, podważane potem przez specjalistów. Francuz miał w tym względzie wielu poprzedników, którzy tworzyli narracje o monstrualnych ośmiornicach, kałamarnicach, krabach, rekinach, orkach, albo – jak Hermann Melville, w powieści Moby Dick – o ponadnaturalnych wielorybach. Najczęściej wyobrażano sobie węże morskie jako istoty pokryte łuskami, posiadające rogate głowy z ogromnymi oczyma i paszczami, mogącymi połknąć wielotonowe statki. Nie brakowało też historii, w których mowa była o tym, że wielki wąż wypłynął z głębin i jednym uderzeniem ogona pogruchotał jakiś solidny bryg. Nauka zna zwierzęta – jak wstęgor królewski (Regalecus glesne) – które mogły być pierwowzorem fantastycznych opowieści i pobudzać wyobraźnię pisarzy, autorów dzienników z podróży i naukowców. Raz po raz morza i oceany wyrzucają też na brzeg ich szczątki, z których można wnioskować, że osiągają wielkość kilkunastu metrów.

2

Powieść Juliusza Verne’a to historia wyprawy statku wielorybniczego „Saint-Enoch”, dowodzonego przez pięćdziesięcioletniego kapitana Ewarysta-Szymona Bourcarta. Jednostka wypływa 7 listopada 1863 roku z Hawru i kieruje się na południe, by po opłynięciu Przylądka Dobrej Nadziei, skierować się na Ocean Indyjski i dotrzeć do Pacyfiku, w okolice Nowej Zelandii. Tam zaczyna się polowanie na wieloryby, a po ich zabiciu i przyholowaniu do statku, wytapianie tłuszczu i umieszczanie go w specjalnie do tego celu przygotowanych beczkach. Z narracji Verne’a dowiadujemy się, że Statek kapitana Bourcarta, o wyporności około pięciuset ton, był wyposażony we wszelkie urządzenia potrzebne do trudnego polowania na wieloryby w odległych akwenach Pacyfiku. Chociaż zbudowany był jakieś dziesięć lat temu, miał dobrą skuteczność i świetnie sprawował się w morzu. Załoga zawsze starała się, żeby stan jego był bez zarzutu, zarówno jeśli chodzi o omasztowanie, jak i kadłub, a w dodatku jego część podwodna została niedawno całkowicie oczyszczona i pomalowana. Załoga składa się z trzydziestu czterech zaprawionych w trudach ludzi, marynarzy, harpunników, cieśli, kowali, lekarza i bednarza. Spośród nich postacią wyjątkową jest ten ostatni – Jan-Maria Cabidoulin – dbający o jakość beczek do stopionego tłuszczu i stale snujący opowieści o czekających załogę nieoczekiwanych zdarzeniach. Spośród nich największą grozę budzi bajda o wężu morskim, który potrafi pożerać wielkie statki i pojawia się w różnych częściach oceanu. Nic wszakże nie wskazuje na to, że wydarzy się coś strasznego, a załoga sprawnie poluje na kolejne wieloryby i szybko zapełnia ładownie nowymi beczkami z olejem, fiszbinami i ambrą. Lektura sprzed lat nie generowała żadnych refleksji natury etycznej, a opisy kolejnych polowań ekscytowały mnie i zaciekawiały. Wielorybnicy szybko zapełniają przestrzenie pod pokładem swoimi zdobyczami i udają się ku wybrzeżom Kalifornii, a potem płyną wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki północnej, by z ogromnym zyskiem sprzedać beczki z olejem w kanadyjskim Vancouver. Sukcesy podczas polowań na wieloryby i zyskowna sprzedaż powodują, że kapitan podejmuje decyzje o dalszym pozostawaniu na Pacyfiku i skierowaniu się ku jego północnym rubieżom. Po minięciu Aleutów i Wysp Kurylskich, nowe polowanie ma zacząć się na Morzu Ochockim, gdzie jednak szczęście opuszcza wielorybników i zaczyna się ciąg nieprzewidzianych okoliczności. Coraz częściej bednarz Cabidoulin opowiada o potworze morskim, czyhającym w głębinach, a jego aktywność wzrasta po relacji rybaków, którzy uciekają do jednego z portów, po rzekomym spotkaniu z taką bestią. Załoga nie napotyka wielorybów, co zdaniem bednarza jest znakiem tego, że coś je przestraszyło i skłoniło do opuszczenia akwenu w pobliżu Kamczatki. Wkrótce jakiś tajemniczy prąd albo tsunami zawiedzie statek na Morze Beringa, gdzie dojdzie do dziwnego zdarzenia, kiedy to bryg osiądzie na jakieś skale lub mieliźnie, będącej efektem tektonicznego wyniesienia dna morskiego. Załoga zaczyna wierzyć, że jest to efekt obecności w pobliżu węża morskiego, a gdy zostaje roztrzaskany płynący w pobliżu statek angielski wydarzenia przybierają dramatyczny przebieg. Koniec końców okręt kapitana Bourcarta także zostaje roztrzaskany, a załoga musi ratować się ucieczką w łodziach i wędrówką po polu lodowym. Wszystko kończy się jednak happy endem, bo marynarze zostają odnalezieni przez przepływający okręt „World” i na jego pokładzie dostają się do Nowej Zelandii, a potem wracają do Francji.

3

Powrót do powieści Verne’a po latach, pełen był refleksji, innej natury, niż wcześniej, kiedy to rozsmakowałem się w jej przygodowym charakterze. Teraz przede wszystkim zwróciłem uwagę na sprawność narracyjną pisarza i rezygnację z rozwlekłych opisów, znanych z wcześniejszych jego dzieł, choć może tutaj przydałoby się więcej plastyczności przy szkicach przestrzeni Pacyfiku i odwiedzanych portów, północnych wysp i pola lodowego. Oczywiście bardzo dyskusyjne jest zbyt nachalne podążanie do finału i zakończenie opowieści nieprawdopodobnym – choć możliwym – szczęśliwym trafem. Tutaj najbardziej rażąca była łatwość, z jaką rozbitkowie budują sobie sanie i przy niewyobrażalnym mrozie wędrują przez lody, a potem nagle zauważają na morzu statek, który wysyła do nich łodzie i przyjmuje ich na pokład. Powieść pt. Wąż morski wchodzi w skład długiego cyklu opowieści podróżniczych i fantastycznych francuskiego pisarza i adresowana jest do szerokiego kręgu odbiorców, od młodzieży do osób w średnim wieku i nieco starszych. Tylko wyrobieni czytelnicy zauważą w niej szereg niekonsekwencji autorskich i nieporadność przy końcowym rozwiązywaniu wątku węża z głębin. Choć w oceanach zdarzają się wybuchy wulkanów i nagłe wypiętrzenia dna, to jakoś nieprawdopodobna jest taka historia z Morza Ochockiego, na którym od dawien dawna łowi się wielkie ławice ryb i poluje na wieloryby. Z drugiej strony, jeśli by przyjąć, że statek osiadł na głowie czy innej partii ciała węża morskiego, to gad ów okazałby się wyjątkowo nieroztropny, wręcz głupkowaty, znajdujący upodobanie w rozbiciu statku Anglików, a potem nie decydujący się na podobną akcję w stosunku do Francuzów. Czytelnik do końca nie dowiaduje się, co też właściwie się stało, chociaż bednarz Cabidoulin do końca utrzymywał, że podczas tej jego ostatniej wyprawy w życiu, widział na własne oczy ogromnego węża morskiego i to za jego przyczyną wielorybnicy znaleźli się w tak wielkich opałach. Verne’a usprawiedliwia tutaj to, że pragnął przede wszystkim ukazać polowania na wieloryby, a wątek bestii z głębin oceanu uczynił tylko pobocznym, ubarwiającym kolejne opisy wypraw łodzi w kierunku waleni i kaszalotów. To wydawcy, chcący zarobić na książce, zmieniali tytuł na Wąż morski i sugerowali czytelnikom, że jest to opowieść o straszliwym potworze, jednym kłapnięciem szczęk połykającym okręty. Przy takim nastawieniu czytelnicy mogą czuć u końca lektury pewien niedosyt, a happy end, może im się wydać bzdurny i solidnie naciągany.

4a

Warto wspomnieć tutaj o jeszcze jednej sprawie, która pojawiła się podczas drugiej lektury powieści Verne’a. Chodzi o aspekty etyczne, związane z moimi poglądami na temat polowań na zwierzęta i zabijania ich dla mięsa, skór, kości itp. W jednym z rozdziałów mamy przecież do czynienia z prawdziwym bestialstwem wielorybniczym, kiedy to Anglicy ze statku „Repton”, rywalizującym z „Saint-Enochem”, bezlitośnie mordują młodego wieloryba, nie bacząc na towarzyszącą mu matkę. Opis ich postępowania jest doprawdy przerażający: Dochodziło pół do trzeciej, gdy harpunnik z pierwszej łodzi znalazł się w odpowiedniej pozycji do rzutu. Samica baraszkując z dzieckiem jeszcze nie zauważyła wrogów, kiedy harpun przeciął powietrze. Na pewno Anglicy zdawali sobie sprawę, jak niebezpieczne jest zaatakowanie wielorybiątka. A właśnie ono, przepływając obok łodzi, zostało trafione w wargę. Cios był śmiertelny i po paru konwulsyjnych ruchach mały wieloryb został nieruchomy na powierzchni wody. Ponieważ rękojeść harpuna sterczała do góry, według słów marynarzy wyglądał tak, jakby palił fajkę, gdyż pył wodny wydobywający się z jego paszczy do złudzenia imitował dym. Wtedy samica wpadła w istny szał. Ogonem waląc po wodzie rzuciła się na łódź. Kiedyś nie raziły mnie takie opisy i odbierałem je jako coś oczywistego, związanego z hartem ducha i siłą fizyczną bohaterów powieści przygodowych, ale późniejsze doświadczenia, lektury, filmy uświadomiły mi jak okrutny bywa człowiek w stosunku do zwierząt. Czarę goryczy przepełniła moja wizyta w rzeźni, widok bestialsko zabijanych świń i krów, a potem zawieszania ich na hakach i kawałkowania jeszcze drgających w konwulsjach ciał. Nie zapomnę też opowieści znajomego myśliwego, który relacjonował mi polowanie na sarny – po podejściu do jednej zranionej łani, zauważył, że jeszcze dycha, no to przyłożył sztucer do jej głowy i – jak to określił – „zgasił światło”. Wielorybnicy należeli do najokrutniejszych łowców, nie zwracających uwagi na bestialstwo polowań przy pomocy harpunów, a potem kawałkowania ogromnych części wielorybów na pokładach, obficie zroszonych krwią. Chęć zysku i zdobycia nowych środków na wystawne życie, powodowały, że mordowano tysiące tych zwierząt, doprowadzając do znaczącego spadku populacji, dopiero w ostatnich latach się powiększających. A choć stale poluje się na te ssaki i są miejsca na ziemi, gdzie odbywają się prawdziwe festiwale zbrodni, spadło zapotrzebowanie na olej uzyskiwany z ich tłuszczu i nieprzydatne stały się fiszbiny, zastępowane przez plastik i nowe stopy lekkich metali. Podczas nowej lektury skorzystałem z Internetu i znalazłem ciekawe ilustracje autorstwa Georgesa Rouxa (1855–1929), francuskiego malarza i ilustratora powieści przygodowych i awanturniczych.

5

BIBLIOTEKA (7)

1

Nasze życie jest bardzo krótkie, ale stale coś odkładamy na potem, wciąż kieruje nami przekonanie, że mamy nieograniczony kredyt dni i nocy. Często myślimy, że warto byłoby coś zrobić, ale jakoś odkładamy to na nie wiadomo kiedy. W przypadku humanistów widać to znakomicie na przykładzie przeczytanych książek – wszakże prawdziwy pisarz, poeta, dziennikarz, mistrz słowa powinien obcować z wielkimi dziełami, znać szeroki kanon arcydzieł i książek pomniejszych, swobodnie poruszać się w rewirach nawiązań i odniesień do fikcyjnych postaci albo życiorysów twórców. Często śmierć zaskakuje takich ludzi i odłożona na potem lektura dramatów Sofoklesa, Szekspira, Moliera, powieści Dickensa, Dostojewskiego, Kafki, Bułhakowa, nigdy nie dochodzi do skutku. Owszem, w życiu zaskoczonych przez śmierć ludzi pojawiały się nawiązania do Davida Copperfielda i Samuela Pickwicka, Raskolnikowa i braci Karamazow, Józefa K i Karla Rossmana, potrafili nawet czynić aluzje do nich, ale posługiwali się wiedzą ogólną, encyklopedyczną albo – ostatnio – internetową. Nie zasiedli w wygodnym fotelu i nie poświęcili wielu godzin na lekturę tych ważnych książek, tak jak nie przestudiowali powieści Hemingwaya i Faulknera, Marqueza i Llosy, Coetzee’ego i Hrabala. Wierzyli, że kiedyś nadejdzie czas spełnienia nadziei, a tymczasem nagły zawał serca, niespodziewana apopleksja, tragiczny wypadek drogowy, niweczyły wszystko. Od czasów dziecinnych czytałem wiele książek, z różnych dziedzin, beletrystycznych i gromadzących wiedzę, a wszystko zaczęło się oczywiście od literatury podróżniczej i przygodowej. Naczelne miejsce zajmuje tutaj Jules Verne i jego powieści, które taszczyłem do domu w płóciennych siatkach (nie było jeszcze wtedy reklamówek) z pobliskiej biblioteki, ulokowanej najpierw w piwnicy jednego z wieżowców, a potem w okazałym, nowym budynku. Z przebogatego dorobku francuskiego pisarza czytałem najpierw powieść pt. Z Ziemi na Księżyc (1865), potem Podróż do wnętrza Ziemi (1864), Pięć tygodni w balonie (1863) i W osiemdziesiąt dni dookoła świata (1872). Następnie przyszła kolej na trylogię: Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi (1869-1870), Dzieci kapitana Granta (1868), Tajemnicza wyspa (1874), a całość moich spotkań czytelniczych z płodnym pisarsko Francuzem, zakończyłem lekturą Piętnastoletniego kapitana (1878) i Węża morskiego (1901). Z tamtego czasu zapamiętałem niezwykłą ekscytację niektórymi tomami i prawdziwą męczarnię podczas przewracania kartek innych dzieł – lekko przełknąłem opowieść o podróży balonem nad Afryką, a przygody Samuela Fergussona, Dicka Kennedy’ego i służącego Joe’a były wstępem do trzykrotnej lektury W Pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Podobnie łatwo czytało mi się relację o osiemdziesięciodniowej podróży dookoła świata Phileasa Fogga, tym bardziej, że w powieści pojawił się też wątek sensacyjny.

2

Niestety sporo było spotkań trudnych, szczególnie z powieściami przeładowanymi wiedzą specjalistyczną i zbyt daleko idącą fantastyką. Z niedowierzaniem zatem przeczytałem powieść o podróży na Księżyc lunonautów wystrzelonych w wielkim pocisku z monstrualnej armaty, a także relację z wyprawy do wnętrza ziemi – prawdziwie jednak męczyłem się czytając Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Nie wiem dlaczego ta historia sprawiła mi tyle kłopotu, ale jakoś dobrnąłem do końca, co i rusz buntując się przeciw pomysłom pisarza. Pamiętam też z tamtego czasu postanowienie, że przeczytam tę książkę raz jeszcze, bo uznałem, że moja lektura była zbyt powierzchowna. Musiało jednak minąć ponad trzydzieści lat, zanim po raz drugi wziąłem do ręki powieść Verne’a i zacząłem konfrontować ją ze spotkaniem z przeszłości. Często mówiłem moim studentom polonistyki o tym, że nosimy w naszej pamięci tylko szczątki książek, a im dalej od procesu czytelniczego, tym mniej zostaje w nas z autentycznego kształtu dzieła. Dlatego – o ile to jest możliwe – trzeba odnawiać lektury i wracać do książek, z którymi kiedyś się już zapoznaliśmy. Czytając po kilka razy dzieła Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego za każdym razem znajdowałem coś nowego, albo byłem zdumiony, że tyle przeoczyłem – dopiero słynne zdanie Norwida uświadomiło mi, że arcydzieła czyta się w coraz głębszych głębiach, tak, że lektura takich utworów jest praktycznie nieskończona. To odnosi się do wielkich dzieł, jak Dziady, Król-Duch albo Nie Boska-komedia, ale przecież warto też wracać do innych utworów, także do tych, które miały nam kiedyś dostarczyć rozrywki. Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi to historia spotkania naukowca Pierre’a Aronnax, jego służącego – Conseila i harpunnika Neda Landa z tajemniczym Kapitanem Nemo i jego fantastyczną łodzią podwodną Nautilus. Osoby te zostały uratowane i wspaniałomyślnie podjęte z oceanu przez dowódcę, choć brały udział w wyprawie statku Abraham Lincoln, mającej doprowadzić do jego schwytania i wyjaśnienia zagadki tajemniczych świateł, pojawiających się pod wodą. Ich udziałem stało się następnie polowanie w podwodnych „lasach” wyspy Crespo (skały na północnym Pacyfiku), obserwacje ichtiologiczne w Cieśninie Torresa, udział w pogrzebie w głębinach, na koralowym cmentarzu, łowienie pereł u brzegów Cejlonu, podróż hipotetycznym Tunelem Arabskim z Morza Czerwonego na Morze Śródziemne, podpłynięcie do podwodnego wulkanu przy wyspie Santorini, zbieranie złota z zatopionego galeonu w zatoce Vigo, odkrywanie Atlantydy, a nawet podróż na biegun północny.

4

Lektura po latach odsłoniła sporo nieścisłości i dowolności francuskiego pisarza, choć oczywiście trzeba podziwiać jego wyobraźnię i odwagę w formułowaniu wizji przyszłości. Powieści fantastyczne bardzo szybko się starzeją i przy dynamicznym rozwoju techniki, rewolucyjnych rozwiązań naukowych, zaczynają śmieszyć. Tak jest w przypadku opowieści o dalekich podróżach we wszechświecie, gdy w pierwszych książkach z gatunku space opera statki kosmiczne uruchamia się przez wciśnięcie guzika i nie ma żadnych komputerów. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwym cudem techniki dziewiętnastego wieku, okrętem podwodnym Nautilus, który swobodnie pływa pod morzami i oceanami, bez trudu zmienia głębokość zanurzenia i penetruje dno. Niektóre rozwiązania Verne’a rzeczywiście wykorzystano w przyszłości (śluzy powietrzne i grodzie wodoszczelne, elektryczność jako źródło zasilania), ale sporo też pojawiło się fanaberii futurystycznych. Okręt tego typu, z tak cienkim poszyciem nie mógłby zanurzać się tak głęboko i pływać tak szybko, a w tym kontekście bardzo wątpliwe jest też przebijanie się przez czapę lodową Antarktydy. Sporo kontrowersji budzi wędrowanie w mosiężnych hełmach i prymitywnych skafandrach po dnie morskim i schodzenie zboczami podwodnymi do głębokości trzystu metrów. Także opisy świata podwodnego nie wykraczają poza zdawkowość stanu wiedzy dziewiętnastowiecznej, a fantastyczne wizje wielkich ośmiornic, oplatających okręt też dzisiaj budzą zdziwienie. Sama konstrukcja powieści jest bardzo prosta, żeby nie powiedzieć archaiczna, za mało jest w niej elementów popychających narrację do przodu, za dużo encyklopedycznych wstawek, tym bardziej, że wiele z nich zostało bezlitośnie zweryfikowanych przez naukę. Czytając po raz drugi Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi brałem pod uwagę stan wiedzy w latach 1867–1868, ale i tak często miałem wrażenie, że autor pozwolił sobie na zbyt daleko idące fantazje i modyfikacje. Najbardziej jednak raziła mnie kostyczność postaci, brak szerszych opisów kontrastowych osobowości i powielanie tych samych kalek, nie wnoszących niczego nowego do charakterystyk. Powieść zatem jest mało plastyczna, a nawet przy opisach morskich głębin i żyjących w nich zwierząt brakuje giętkości narracyjnej, szerszej palety barw i odcieni. Także zakończenie narracji, owa nagła śmierć kapitana Nemo – zresztą zakwestionowana w powieści pt. Tajemnicza wyspa – budzą zdziwienie i niedowierzanie. Przy tym stanie wiedzy i możliwości technicznych, jakimi dysponowała załoga Nautilusa, łatwo przecież wyszłaby z opresji. Niektórzy badacze sugerują, że Nemo miał być polskim powstańcem, który mścił się na Rosjanach, ale zabiegi dyplomatyczne doprowadziły do wymuszenia na pisarzu zmiany jego narodowości. Cieszyć się jednak możemy tym, że w salonie tego futurysty wisi portret Tadeusza Kościuszki, a jego poglądy często zbieżne są z jego hasłami wolnościowymi i uniwersalistycznymi. Czytanie książek po latach jest bardzo intrygujące, bo odnawiając wiedzę o jakimś dziele, obcując na nowo z pisarzem i jego światem, wracamy też ku sobie z dawnych lat. Widzimy w takiej książce, jak w lustrze to, co nas kiedyś zajmowało, co intrygowało i fascynowało, a teraz zastanawia, rodzi niezgodę, każe weryfikować poglądy i wyobrażenia. No i to, co miało charakter szczątkowy w naszej pamięci, przybiera na nowo kształty, staje się wyrazistym śladem w świadomości i może mieć wpływ na dalsze rozumienie i poznawanie literatury.

5

BIBLIOTEKA (5)

1_max-horzaPośród moich pierwszych świadomych lektur, trzy książki urosły do rangi symboli odważnego wchodzenia w literaturę. Interesowałem się wtedy geografią i swoją przyszłość widziałem w dalekich zakątkach świata, podczas rejsów i lotów międzykontynentalnych, odkrywania nieznanych lądów, przyglądania się zwierzętom i minerałom, przepływania wielkich rzek i mórz. Trzy książki w tamtym czasie szczególnie mnie rozpłomieniły, a z racji ich trudności, gęstości i intelektualnego ładunku, stały się prawdziwym czytelniczym wyzwaniem. To była najpierw opowieść francuskiego dziennikarza i podróżnika Raymonda Maufraisa pt. Zielone piekło, odtworzona z odnalezionego dziennika. Autor zaginął bez wieści podczas samotnej wyprawy przez dżunglę z Gujany Francuskiej do Belém w Brazylii i kilka ekspedycji poszukiwawczych nie odnalazło go żywego. Po pierwszej, grupowej wyprawie do Mato Grosso, która zakończyła się porażką, zapragnął z kolei samotnie przejść siedemset kilometrów jednej z najdzikszych dżungli świata i dotrzeć do dziwnego masywu górskiego Tumuc-Humac, gdzie miał zamiar spotkać plemiona indiańskie, które nie miały nigdy kontaktu z białymi ludźmi. Ta wyprawa rozpaliła jego wyobraźnię, ale jak się szybko okazało, Maufrais szybko znalazł się w owym tytułowym zielonym piekle, jak w pułapce bez wyjścia. Nieustanny czterdziestostopniowy upał, mnóstwo węży, atakujących kajmanów i innych dzikich zwierząt, mrowie najprzeróżniejszego robactwa, a do tego wilgoć w dzień i w nocy, szybko nadwątliły siły młodzieńca. Chyba zbyt zaufał on swoim umiejętnościom komandosa i pierwotna, drapieżna natura nie dała mu szans. Czytałem tę książkę z wypiekami na twarzy, ale też z ogromnym wysiłkiem, bo dopiero wchodziłem w świat prawdziwej literatury, wcześniej pochłaniając przede wszystkim powieści podróżnicze, prostsze opisy dalekich miejsc i młodzieżową beletrystykę. Tutaj trafiłem na zapis, który natychmiast formatował mój umysł i odsłaniał przestrzenie, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wytrwałem dzielnie do końca lektury, utożsamiając się z autorem, przeżywając jego perypetie, wielokrotnie też chcąc rzucić książką o ścianę. Choć ojciec autora organizował kolejne ekspedycje ratunkowe, znaleziono tylko kilka jego rzeczy osobistych i poplamiony, ledwo dający się odczytać dziennik. Dzisiaj, gdy patrzymy na współczesne fotografie skał Tumuc-Humac, wyrastających nagle z morza gęstej dżungli, zrozumieć możemy pasję i tęsknotę młodego zdobywcy, który oczyma wyobraźni widział się na ich szczytach.

Płaskowyż Tumuc-Humac

Płaskowyż Tumuc-Humac

Jeszcze trudniejszą lekturą okazał się dla mnie Smutek tropików (1955) Claude’a Lévi-Straussa, które to dzieło znalazłem w bibliotece osiedlowej i od razu uznałem, że w jakiś sposób komponuje się z Zielonym piekłem. Była to na poły autobiograficzna książka, z elementami eseistycznymi, w której słynny antropolog snuł rozważania o człowieku, postrzeganym w kontekście egzotycznych krain i cywilizacji. Ale jakoś nie mogłem zgodzić się, że Indianie ze szczepów Kadiweu, Bororo, Nambikwara, Tupi-Kawahib górowali nad naszym modelem kultury. Książka francuskiego uczonego udręczyła mnie wtedy straszliwie, ale punktem honoru było przecież przebrnięcie przez nią (to był w ogóle czas dziwnych lektur, jedną z nich była biografia autokratycznego prezydenta Ghany Kwame Nkrumacha) i – co wcale nie było łatwe – zrozumienie najważniejszego przesłania. Zaletą tej lektury było moje otwarcie na inne kultury, przede wszystkim indyjską i amerykańską, bo wcześniej interesowałem się głównie egzotyką afrykańską i południowoamerykańską. Teraz, kiedy myślę o tamtej lekturze, zastanawiam się jak do tego doszło, że zacząłem wybierać takie trudne książki. Zapewne wielka w tym była rola przypadku, ale też moja ambicja miała spore znaczenie i chciałem sobie narzucać „udręczenia” czytelnicze na wysokim poziomie. Potem po latach przeczytałem chyba wszystkie książki tego autora, wielokrotnie cytując je w moich pracach o wielkich romantykach polskich. Tutaj z kolei przydała się przenikliwość Lévi-Straussa w zakresie opisu mitów i motywów kulturowych w literaturze, a także eseistyczne zacięcie. Perspektywa porównawcza była dla mnie czymś nowym, ale wszystko rekompensowały elementy etnologiczne i próba integralnego spojrzenia na innych ludzi, żyjących w różnych miejscach świata i będących na różnych poziomach rozwoju cywilizacyjnego. Nie pamiętam jak wyglądała motoryka tamtego czytania, ale zdaje się przerywałem je kilka razy, potem jednak znowu otwierając książkę i podążając do przodu, tak na dobrą sprawę nie wiedząc, z jak ważnym dwudziestowiecznym uczonym mam do czynienia. Przeżył sto lat i zabrakło mu ledwie trzech miesięcy do stu pierwszych urodzin, a jego życie i monumentalne dzieło, to ogromny obszar badawczy, pełen fascynujących przestrzeni, pierwiastkowych studiów, wspomnień i dogłębnych analiz ludzkości, która odchodzi i świata, który zostaje.

Z lewej Raymond Maufrais w Gujanie, z prawej Claude Lévi-Strauss w Brazylii

Z lewej Raymond Maufrais w Gujanie, z prawej Claude Lévi-Strauss w Brazylii

Z jednej z kolejnych wypraw do biblioteki przyniosłem powieść kubańskiego pisarza i muzykologa Alejo Carpentiera pt. Podróż do źródeł czasu (polski tytuł jest dość dziwny, bo hiszpański brzmi: Los Pasos Perdidos). Autor ten pozostawił po sobie tylko kilka książek, ale powszechnie uważany jest za prekursora realizmu magicznego i wielkiej eksplozji literatury iberoamerykańskiej. Jego matka była Rosjanką, profesorem lingwistyki, a ojciec francuskim architektem, co od razu dało mu wielokulturowe podłoże intelektualne do rozwoju i rozległej edukacji. Studiował we Francji, gdzie wielki wpływ wywarli na niego najwięksi surrealiści, na czele z Louisem Aragonem, André Bretonem i Paulem Éluardem. Jego twórczość związana była z basenem Morza Karaibskiego, a szczególny wpływ na jego rozwój intelektualny miała podróż na Haiti, która zaowocowała powieścią pt. Królestwo z tego świata. W latach 1945–1959 przebywał w Wenezueli, a doświadczenia z tamtego okresu wykorzystał w swojej najsłynniejszej powieści – Podróż do źródeł czasu (1953). Potem jeszcze sukcesem okazały się powieści: Eksplozja w katedrze (1962), Szaleństwo i metoda (1974) oraz Harfa i cień (1979), ale to opowieść o wędrówce rzeką Orinoko wywarła ogromny wpływ na takich pisarzy jak Gabriel Garcia Marquez, Miguel Ángel Asturias, Jose Lezama Lima i wielu innych twórców. W roku 1977 Capentier otrzymał nagrodę Cervantesa, najważniejszy laur w świecie literatury tworzonej w języku hiszpańskim, w czym nie przeszkodziły jego poglądy i bliskie związki z reżimem Fidela Castro. Wykładał na kubańskich uczelniach, prowadził audycje radiowe, a także reprezentował swój kraj jako polityk za granicą, a przy tym rosła jego sława jako pisarza, choć nigdy nie udało mu się zdobyć Nagrody Nobla. Zmarł wiosną 1980 roku w Paryżu, a jego ciało przetransportowano na Kubę, gdzie znalazł miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu im. Krzysztofa Kolumba w Hawanie. Patrzę teraz na neobarokowy kształt jego nagrobka i rozmyślam jaką rolę odegrał w moim życiu, jak bardzo mnie otworzył na literaturę i kazał szukać utworów równie intrygujących jak jego powieść.

Alejo Carpentier 1904–1980

Alejo Carpentier 1904–1980

Powyższe refleksje związane są z moją nową lekturą Podróży do źródeł czasu, która tym razem trochę mnie jednak rozczarowała. Nosiłem w pamięci inny kształt tego dzieła i wielokrotnie zachęcałem studentów, by przeczytali je w wolnej chwili. Tamta powieść, z czasów mojej młodości była wielkim wydarzeniem, lekturowym rzutem na taśmę, ekscytacją, która pozostała w pamięci przez ponad trzydzieści lat . Teraz czytałem ten utwór z bagażem setek moich innych lektur, w tym wielu książek nurtu iberoamerykańskiego, a przede wszystkim powieści pisarzy amerykańskich i anglojęzycznych i byłem już innym czytelnikiem. To historia muzykologa, który rusza do dżungli w poszukiwaniu pierwotnych instrumentów, ale jednocześnie cofa się świadomie ku źródłom cywilizacji, ku początkom czasu. Jego wiedza i przeżycia z czasu II wojny światowej każą patrzeć mu na ceremoniały świata sceptycznie i w archaicznych układach kulturowych szukać oryginalności i prawdy o bycie. Stopniowo traci kontakt ze swoim dawnym otoczeniem, zostawia w nim żonę, potem oficjalną kochankę, by związać się z Indianką Rosario i wraz z nią powędrować ku czasom przedchrześcijańskim, ku epoce konkwistadorów, a wreszcie ku pierwotnej obrzędowości epoki „przedludzkiej”. Niby chodzi tutaj o poszukiwanie starodawnych instrumentów, ale prawdziwy powód wyprawy jest inny – to jest ambitne przedsięwzięcie ocierające się o magię. Chodzi o zrozumienie samego siebie jako tworu określonej cywilizacji, a przy tym o niezwykłe przeżycia, od żarliwej erotyki, po etnografię i studiowanie struktury istnienia w różnych czasach i na odmiennych poziomach rozwojowych. Pierwotna dżungla jest rodzajem wyzwania – jak u Maufraisa, jak u Lévi-Straussa – ale też jest nową rzeczywistością, w której znalazł się ktoś z innego czasu i miejsca. Bohaterowie docierają w końcu do punktu, który mógłby być ich przeznaczeniem, ale niełatwo zerwać całkowicie więzy z cywilizacją zachodnią. Budowane w dżungli miasto Santa Monica de los Venados, ta nowa Utopia, okazuje się tworem sztucznym, w którym prawdziwe szczęście, u boku wybranej kobiety, jest jednak niemożliwe, bo obwarowane licznymi wspomnieniami i raną umysłu ukształtowanego na klasycznych wzorcach. Nawet najpiękniejsza miłość zagrożona jest rutyną i nudą, a prymitywne dźwięki bębnów i grzechotek nigdy nie zastąpią koncertów Vivaldiego, boskiej harmonii Bacha, innowacyjności Mozarta czy potęgi Beethovena. Poza tym jakakolwiek ucieczka ma sens tylko wtedy, gdy można ją ocenić i zweryfikować po powrocie do dawnego życia, albo u wejścia w nowe koleiny czasu. Tym razem moja lektura Carpentiera była bardzo wymagająca i nie ukrywam, że momentami irytował mnie ten jego przeładowany szczegółami styl, to nieustanne przywoływanie faktów, obrazów, elementów naszej kultury jako kontrapunktu dla ucieczki do indiańskiej Utopii.

Grób Alejo Carpentiera w Hawanie

Grób Alejo Carpentiera w Hawanie

BIBLIOTEKA (4)

skanowanie0003-horz1

Przy okazji porządkowania biblioteki znalazłem dwa bardzo znaczące dla mnie numery miesięcznika „Poezja” z 1976 roku. Mniej więcej wtedy, na wiosnę, zaczynała się moja przygoda z liryką. Jeszcze pisywałem rymowane wierszyki, ale już szukałem jakiejś profesjonalnej pomocy, wsparcia osób zajmujących się pisaniem. Najpierw kupiłem w kiosku na osiedlu Kapuściska, gdzie miałem dziewczynę i dokąd regularnie jeździłem, numer czwarty, z podtytułem Uczestnictwo. Po powrocie do domu, w moim małym pokoiku na osiedlu Błonie, zacząłem zagłębiać się w lekturę, ale wszystko wydawało mi się trudne i dziwaczne, dalekie od tego, co do tej pory czytywałem. Po otwarciu nowej biblioteki, nieopodal mojego bloku, obok innych książek znosiłem grube tomy poezji, przede wszystkim rymowanej. Czytywałem wtedy Słowackiego, Byrona, z ogromną fascynacją przestudiowałem wybór wierszy Asnyka, Lenartowicza, Broniewskiego, Grochowiaka, sięgałem też po Dantego, i Szekspira, uczyłem się na pamięć liryków Kochanowskiego, Mickiewicza i Baczyńskiego. Numer „Poezji”, który miałem wtedy w rękach zdumiał mnie i zaciekawił, a jak się potem okazało, prawdziwie uruchomił moją prywatną „lawinę” twórczą. Wiersze Tadeusza Kijonki, Krzysztofa Gąsiorowskiego, Wiesława Kazaneckiego, Krzysztofa Boczkowskiego, Czesława Mirosława Szczepaniaka, Urszuli Małgorzaty Benki, były dla mnie jak ożywczy powiew, chociaż jeszcze buntowałem się też przeciwko nim, starałem się dalej pisać teksty rymowane. Ziarno zostało jednak zasiane, a ostatecznie zwróciłem się ku wierszowi białemu i tworzeniu metafor po lekturze, zamieszczonego w tejże „Poezji” artykułu Jorge Luisa Borgesa pt. Kenningar o poezji islandzkiej i jej niezwykłych przenośniach. Ten tekst, w którym znalazły się pogrupowane w ciągi metafory, spowodował, że usiadłem nad kartkami papieru i zacząłem tworzyć własne złożenia słowne tego rodzaju. Tak uległem fascynacji islandzkimi kenningami i nauczyłem się myśleć obrazowo – powietrze w tej poezji, to dom wiatrów; bitwa to z kolei pieśń lanc albo deszcz czerwonych tarcz; niebo kojarzyło się dawnym skandynawskim poetom z hełmem powietrza i drogą księżyca; moją ciekawość wzbudziły też określenia ptaków, którymi coraz bardziej się interesowałem – kruk to mewa nienawiści i koń czarownicy, a sęp, to krwawy łabędź lub kogut martwych. Określenia ornitologiczne, ichtiologiczne czy szerzej zoologiczne były tutaj bardzo innowacyjne i do tego stopnia mnie poruszyły, że później podobne metaforyzowanie stało się istotą moich wierszy, przynajmniej tych z pierwszego, generacyjnego okresu. Oto jeszcze kilkanaście niezwykłych przykładów: miecz to wilk ran, strzały to gęsi bitwy, ogień to wilk świątyń, topór to ukochany żywiciel wilków, a dalej: szubienica – drewniany koń, lanca – smok trupów i wąż tarczy, dłoń – krzesło sokoła, morze – ziemia łabędzia i pastwisko mewy, statek – renifer królów morza i sokół wybrzeża, krew – strumyk wilków i piwo kruków, ziemia – morze zwierząt i koń mgieł, wiatr – brat ognia i wilk olinowania.

Wielu autorów, których teksty pojawiły się w numerze 4 „Poezji” z 1976 roku, poznałem potem osobiście, a z kilkoma się nawet zaprzyjaźniłem. Samego Redaktora Naczelnego z tamtych czasów – Bohdana Drozdowskiego – poznałem w Oborach w roku bodajże 1989 i miałem okazję z nim dłużej porozmawiać. Lokował się przy niewielkim stawie z wędką i próbował coś złowić, a gdy przysiadałem się do niego opowiadał mi o swoich książkach (których kilka mi podarował), a także formułował liczne opinie o pisarzach i poetach. Z kolei Tadzia Kijonkę poznałem na Międzynarodowych Listopadach Poetyckich w Poznaniu i wiele godzin spędziliśmy razem w autokarach jeżdżących po Wielkopolsce i na spotkaniach autorskich, a po wielu latach poświęciłem mu też obszerny szkic krytycznoliteracki. Moja znajomość z Krzysztofem Gąsiorowskim falowała, bo chciał we mnie stale widzieć tego ostrego chłopaka, którym byłem pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych, ja jednak szybko wziąłem rozbrat z dawnym, hipisowskim życiem, zacząłem wiele czytać, studiować i pisać, z wyróżnieniem ukończyłem polonistykę, podjąłem pracę nauczyciela języka polskiego w liceum, a potem w wyższej uczelni. Gąsiorowski stale domagał się ode mnie studium na temat jego poezji, ale jakoś nie udało mi się go napisać, za co mścił się odrzucając moje szkice o innych poetach i strasznie wybrzydzając nad tym, co publikowałem w „Życiu Literackich”, w „Miesięczniku Literackim” czy w lokalnych tygodnikach. Dzisiaj uważam, że był bardzo interesującym poetą, niedocenianym i dziwacznie opisywanym – on chyba też miał tego świadomość, bo coraz bardziej zagłębiał się w alienacje, które pogłębiły nękające go choroby. Z przedwcześnie zmarłym Wiesławem Kazaneckim spotykałem się kilkanaście razy w różnych miejscach Polski, ale jakoś bliżej się z nim nie zabliźniłem, doceniając jego ciekawą lirykę, z uwagą patrząc na niego jako na interesującego człowieka. Krzysztofa Boczkowskiego, profesora genetyki i poetę poznałem w Gdańsku, przy okazji wręczania mi Nagrody Czerwonej Róży w 1984 roku, kiedy to ni stąd, ni zowąd, zaprosił mnie na spacer nabrzeżem Motławy. Szybko zorientowałem się o co chodzi i nie dałem się „poderwać”, ale potem miałem też wiele spotkań z tym ciekawym twórcą na niwie literackiej, recenzowałem też jego tomy poetyckie. Z autorów tego numeru miewałem jeszcze okazjonalne spotkania z Andrzejem Tchórzewskim (recenzowałem dla „Nowych Książek” jego tom wierszy), Czesławem Sobkowiakiem, Urszulą Małgorzatą Benką, Józefem Andrzejem Grochowiną, Włodzimierzem Paźniewskim, Tomaszem Soldenhoffem, Czesławem Mirosławem Szczepaniakiem, Jerzym Tomaszkiewiczem, Andrzejem Warzechą (też o nim pisałem do „Nowych Książek”), Janem Kurowickim, Janem Z. Brudnickim, Sergiuszem Sterną-Wachowiakiem. W wolumenie znalazła się też polemika Stanisława Dąbrowskiego ze Stefanem Melkowskim, z którym zaprzyjaźniłem się w latach następnych.

Melkowski, według Dąbrowskiego, zaatakował wtedy Herberta i jego tom Pan Cogito (1974), co spotkało się z reprymendą tego drugiego. Nie mam pod ręką tekstu Stefana i trudno mi dzisiaj to rozstrzygać, ale po latach w kierowanym przeze mnie periodyku „Temat” opublikowałem ogromny szkic tego autora pt. Między tradycją a nowatorstwem o wczesnej twórczości poetyckiej autora Struny światła (1956). Ten szkic był w pełni profesjonalny i wykazujący wartościowe elementy dzieła poety, więc jeśli nawet wcześniejsze studium, opublikowane na łamach „Poezji” miało w sobie sporą dawkę krytyki, została ona zniesiona przez ten tekst. Po latach zostałem Prezesem Bydgosko-Toruńskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, do którego od zawsze należał Melkowski, publikowałem wiele jego szkiców krytycznoliterackich w „Metaforze” i „Temacie”, a także przyczyniłem się do przyznania mu Medalu Jerzego Sulimy-Kamińskiego. Czytając w 1976 roku polemikę pomiędzy krytykami, nie wiedziałem, że z jednym z nich tak blisko w przyszłości się zwiążę, a nawet przeciwstawię się bardzo przeze mnie cenionemu Arturowi Hutnikiewiczowi, który próbował rugować szkic o Melkowskim z mojej książki pt. Przedsionek wieczności (1998), opisującej pisarzy Pomorza, Kujaw i Wielkopolski. Po tak uważnej lekturze numeru czwartego, pojechałem na długie wakacje na Mazury i zapewne przeoczyłem numer piąty i szósty, kupując w tym samym kiosku na Kapuściskach numer 7-8 (128-129) poświęcony w całości pokoleniu „Współczesności”. Znalazłem w nim spore studium Zbigniewa Bauera, a także cały zestaw tekstów: najpierw interwencyjny wiersz Juliana Przybosia pt. Oda do turpistów, a potem dwa teksty polemiczne: Stanisława Grochowiaka Ikar i Ireneusza Iredyńskiego Traktat o kazaniu, ze słynnym zakończeniem: Przyboś to rozumie jako stary proboszcz/ a problem jego w książkach Bernanosa/ gdzie ksiądz nagle czuje podczas rytuału/ wielkie wątpliwości./ Trzeba tu przypomnieć słowa kardynała/ co rzekł był kiedyś do pewnego księdza/ „Mój zacny proboszczu aby kogoś gromić/ trzeba mieć parafię”. Z perspektywy dzisiejszej mojej wiedzy o pokoleniach literackich widzę wartość tej polemiki, ale wtedy zupełnie mnie to nie obchodziło i czytałem te wiersze z lekkim niesmakiem, wydawały mi się zbyt rozwlekłe, za bardzo interwencyjne i dalekie od metaforyki, którą zacząłem uprawiać. Bliższe mi były dwa wiersze Ernesta Brylla, teksty Swena Czachorowskiego, Bohdana Drozdowskiego, Jerzego Harasymowicza, Mieczysława Czychowskiego, Romana Śliwonika, Ryszarda Daneckiego, Mariana Grześczaka, przy czym zdecydowanie odrzuciłem dziwaczne partytury poetyckie Stanisława Czycza. Sporo dowiedziałem się o tym pokoleniu z tekstów krytycznoliterackich Antoniego Chojnackiego, Andrzeja Nowaka, Konstantego Pieńkosza (przyjmie w przyszłości moje wiersze do druku w „Nowym Wyrazie”), Jana Z. Brudnickiego, Jerzego Afanasjewa, Zbigniewa Irzyka, Jerzego Adalberta Jucewicza i Krzysztofa Gąsiorowskiego. Warto też odnotować nekrolog w jakiś sposób związany z moim późniejszym życiem – to informacja o śmierci w wypadku samochodowym Antoniego Słonimskiego (4 VII 1976). Jak powszechnie wiadomo małego fiata prowadziła wtedy Alina Kowalczykowa i w to auto uderzył większy pojazd. Osoba ta odegrała ważną rolę w zniszczeniu mojej habilitacji w 2005 roku, po pomyślnym przejściu kolokwium, ale przyjdzie jeszcze czas na dokładny opis tej sytuacji i domaganie się sprawiedliwości. Warto też wspomnieć, że przy wierszach Ernesta Brylla widnieje jego odręczny autograf, a to za sprawą pewnego spotkania, 22 maja 1989 roku, w klubie Orion na osiedlu Błonie. Poszedłem wtedy z Janem Jakubem Należytym (dzisiaj znanym pieśniarzem) na warsztaty, które miał poprowadzić słynny poeta z Warszawy. Jak się okazało byliśmy jedynymi adeptami pióra i nasze spotkanie przebiegło w bardzo miłej, konstruktywnej atmosferze, choć nasz nauczyciel wydał mi się strasznym, łysiejącym dziwadłem. Pewnie wtedy podsunąłem Bryllowi do podpisania „Poezję” z jego wierszami i zamaszystym pismem zechciał pozostawić w nim swój ślad.

BIBLIOTEKA (2)

??????????????????????

W połowie lat osiemdziesiątych pojawiły się w mojej bibliotece ogromne albumy, wydawane w Leningradzie przez wydawnictwo Aurora. Specjalnie dotowane i rozprowadzane w krajach bloku sowieckiego, były bardzo tanie i nawet moja kieszeń, młodego nauczyciela języka polskiego, pozwalała na ich zakup. Jak na owe czasy, gdy królowały w polskich księgarniach książki wydawane w miękkich oprawach, na marnym papierze, jakość edycji leningradzkich oszałamiała. To były publikacje przygotowywane na „kredzie” najwyższej jakości, w znakomitych twardych oprawach, dodatkowo wzmacnianych specjalnym kartonikiem zewnętrznym. Jeśli do tego dodamy piękno sztuki drukarskiej i typograficznej, otrzymamy prawdziwe dzieła sztuki, których jedynym „mankamentem” była wielkość, wymagająca specjalnych półek w standardowych polskich mieszkaniach. Na szczęście tak się złożyło, że w tym czasie otrzymałem duże lokum i mogłem bez ograniczeń gromadzić książki – problem pojawił się, gdy z centrum miasta i starej kamienicy, przeprowadziłem się na nowe osiedle. Pewnego dnia, w księgarni przy Gdańskiej (wtedy ul. Pierwszego Maja) trafił w moje ręce przebogaty album, zatytułowany Bactrian Gold, prezentujący niezwykłe znalezisko z nekropolii w Tillya-Tepe (Północny Afganistan). Miejsce to (Złote Wzgórze), położone na starożytnym Jedwabnym Szlaku, tuż przy mieście Szeberghan, w zasłynęło w świecie z powodu wyjątkowego odkrycia archeologicznego. W 1979 roku rosyjsko-afgańska ekspedycja, kierowana przez Wiktora Sarianidi, znawcę kultury starożytnej Grecji i Centralnej Azji, odsłoniła sześć grobów (pięciu kobiet i jednego mężczyzny), w których znaleziono około dwadzieścia tysięcy złotych ozdób i biżuterii ze złota, turkusów, rubinów i lapis-lazuli. Były tam też monety z najcenniejszego kruszcu, naszyjniki ze szlachetnymi kamieniami, paski, brosze, medaliony i korony. W sytuacji, gdy znalezienie jednego złotego pierścienia czy bransolety sprzed wieków jest wydarzeniem w świecie archeologii, stanowisko w Tillya-Tepe zszokowało kulturoznawców i przyczyniło się do lepszego poznania starożytnej Baktrii.

 3

Ta równinna, dobrze nawodniona kraina, leżąca w dolinie wielkiej rzeki Amu-Darii, otoczona górami Hindukuszu i Pamiru, rozwijała się znakomicie od wieków, a szczególną pozycję zyskała w szóstym stuleciu przed naszą erą, gdy stała się satrapią imperium Cyrusa II Wielkiego. Podlegała też Dariuszowi I, gdzie Persowie przesiedlali przede wszystkim liczne rzesze greckich jeńców i wygnańców. Ów napływowy element z basenu Morza Śródziemnego spowodował, że w dolinie Amu-Darii zaczęła się znacząco rozwijać kultura i sztuka o niespotykanym tam wymiarze artystycznym. W IV wieku przed Chrystusem tereny te podbił Aleksander Macedoński, ale potem, gdy powstało państwo Partów, Grecy w Baktrii stali się niezależną enklawą, której rządy obaliły dopiero najazdy scytyjskich Saków i nomadów Yuezhi, znanych potem jako Kuszanowie. Rosyjska wyprawa, która udała się jesienią 1978 roku do północnego Afganistanu, nie mogła przypuszczać, że dokona tak ekscytującego odkrycia. W stopniowo odsłanianych grobach, znaleziono tyle pięknych ozdób, że wydawało się to aż nieprawdopodobne – natychmiast zaczęto też organizować wspaniałą ekspozycję w Muzeum Kabulskim. Pod dojściu do władzy Talibów w roku 1996, pracownicy tej placówki ukryli skarby, a potem zgodzili się na przechowanie ich w depozycie w największych muzeach świata. Plan zakłada, że wrócą one do kraju, gdy sytuacja w nim, ustabilizuje się na tyle, iż będzie można je bezpiecznie eksponować i udostępniać publiczności. Ten niezwykły przepych ozdób i artefaktów pozwala wyobrazić sobie jak rozbudowane ceremonie pogrzebowe miały miejsce w Baktrii, ile przykładano wagi do „życia pośmiertnego” znamienitych osób. Pamiętając o złotej masce Tutenchamona, o biżuterii Inków czy Chińczyków i dodając do nich złoto z sześciu baktriańskich grobów, żałować należy, że tyle wspaniałych dzieł przepadło podczas burz dziejowych. Barbarzyńcy, tacy jak Talibowie, burzący posągi Buddy, przetapiający złoto na monety, stale przecież pojawiali się w historii, plądrowali groby i świątynie, dewastowali pałace, a chęć szybkiego zarobku popychała ich do czynów haniebnych. Choć przez miejsce, gdzie odkryto grobowe skarby, przebiegał Jedwabny Szlak, przez stulecia drogocenne złoto leżało nienaruszone w ziemi, przy szkieletach osób pochowanych ponad dwa tysiące lat temu, a sypki piach zakonserwował je znakomicie. Jeszcze w latach osiemdziesiątych przeglądałem ten album wielokrotnie i cieszyłem oczy kunsztem dawnych mistrzów, jakże bliskim arcydziełom sztuki scytyjskiej, greckiej czy rzymskiej.

 25_(04.40.109)B

Złoto od bardzo dawna stało się kruszcem najcenniejszym, przyczyniając się do upadku wielkich miast i regionów, a nawet całych cywilizacji, jak to było w przypadku Inków, Majów czy Azteków. Paradoksalnie przyczyniało się też do rozwoju świata, bo żądni bogactw konkwistadorzy, podróżnicy, piraci i bukanierzy odkrywali nowe lądy, zapuszczali się do takich dzikich miejsc jak Machu Picchu, dżungle Konga i Gwinei, a nawet, prawie pozbawione życia, pustynie Australii. Według najnowszych ustaleń uczonych, złoto we wszechświecie pochodzi z kolizji gwiazd neutronowych, czyli bardzo gęstych ciał, pozostałych po wybuchach tworów supernowych. Ludy różnych miejsc na ziemi zawsze szukały złota, wydobywały je i używały do wytwarzania ozdób i broni, a w starożytnym Egipcie, na Krecie, w Chinach, zaczęto też z tego minerału tworzyć trony, bogato je zdobiąc kamieniami szlachetnymi. Ten zwyczaj zawędrował potem na dwory królewskie Europy, gdzie złoto stało się znakiem władzy i wielkości, władczego majestatu i możliwości finansowych monarchii. Choć nie wiedziano o jego kosmicznym pochodzeniu, to jakby przeczuwano, że żółty, lśniący metal ma w sobie jakąś tajemnicę, coś, czego nie można było sobie nawet wyobrazić. Azjatyckie rzeki i strumienie pełne były złota, które zbierano i wykopywano z ziemi, a potem wykorzystywano w sztuce jubilerskiej i zdobnictwie użytkowym. Takie kultury jak chińska, japońska, koreańska, perska czy arabska znały jego wartość i tworzyły wokół niego rodzaj mitologii, podbijając stale cenę i tworząc handlowe trakty, którymi je przewożono. Taką rolę odegrał Jedwabny Szlak, przebiegający przez żyzną dolinę Amu Darii i dostarczający na te terany coraz więcej cennych kruszców. W ślad za złotem podążali też najwięksi mistrzowie, którzy pragnąc założyć rodziny i dorobić się w miejscach, oferujących godziwą zapłatę, rozwijali w niezwykły sposób swój talent i wzbogacali niezmiernie lokalne kultury. Ich praca fascynuje do dzisiaj, bo przecież nie dysponowali takimi możliwościami technicznymi jak współczesne jubilerstwo, a jednak śmiało mogą z nim konkurować. Mało tego, artyści współczesnej doby często ich naśladują lub tak stylizują swoje prace, by osiągnąć podobne efekty jak starożytni mistrzowie.

 composite-500

Złoto znalezione w grobowcach Baktrii ma charakterystyczny, ciepły odcień, jakby nasączone zostało miodem, wyczuwalne też jest w nim niezwykłe nacechowanie uczuciowe. Widać, że złotnicy długo cyzelowali swoje prace, a potem dokładnie je polerowali i pieścili. Widoczna jest duża dbałość o szczegóły, umiejętność odwzorowania tak trudnych elementów jak paski, drobne ozdoby, ułożenie włosów czy rysunek sierści zwierząt. Symboliczne gryfy i smoki, a także postaci ludzkie są prawdopodobne, nawet w pracach o niewielkich wymiarach. Na plakietkach i diademach, na misternych bransoletach i koliach widać wyraziście oczy i rysy twarzy ukazanych osób. Jakże wspaniale wkomponowano też do tych artefaktów turkusy i lapis-lazuli, a czasem też inne, cenne klejnoty – najlepiej jednak prezentują się „tureckie kamienie” (turkusy), nazywane też przez Pliniusza Starszego – kalait, czyli „ładny kamień”. Choć minerał ten tworzy zrosty z malachitem i chryzokolą, twórcy baktriańscy wybierali tylko fragmenty bez domieszek, a pastelowa, zielonawa barwa wskazuje na ich azjatyckie pochodzenie, najpewniej z Tybetu. Pośród ozdób i broni, znalezionych w grobowcach z Tillya-Tepe znajdziemy takie, które wykonane zostały metodą kowalnego kształtowania złota, ale są też i takie, które odlano w specjalnych formach, przydając potem dodatkowe kamienne ozdoby. Węże i smoki mają zwykle oczy z rubinów, ale dominują turkusy, specjalnie wprawiane lub przyklejane tak silnymi substancjami, że przetrwały wieki i moce oddziałujące na nie pod ziemią przez tysiąclecia. Ze zwierząt symbolicznych, obok tych wskazanych wyżej, przedstawiano jednorożce, ryby, ptaki i koziorożce, natkniemy się też na demony w charakterystycznych pozach, z twarzami wykrzywionymi w strasznym grymasie. Zdumienie budzą postaci uskrzydlone, przypominające przedstawienia aniołów, znane ze sztuki chrześcijańskiej, mogące uchodzić za powstałe znacznie później. To wskazanie, że wielkie kultury mieszały się, a religie adoptowały na swoje potrzeby elementy z innych wierzeń i cywilizacji, modyfikowały je i wykorzystywały do własnych celów. Gdy patrzymy na przedstawienia baktriańskich skrzydlatych geniuszów sprzed ponad dwóch tysięcy lat, mamy wrażenie, że pojawiły się one gdzieś na dworach królewskich Europy, jako elementy ozdobne koron, diademów czy wykwintnych sprzętów. To oczywiście wpływ starożytnej sztuki greckiej, który widoczny jest też w dziełach potomków Greków z Baktrii. Dobrze, że groby te odkryto i zachowano ich zawartość dla ludzkości przyszłych wieków, wszak jest to potężny przekaz z przeszłości, świadczący o wspaniałości życia w dawnych wiekach i nieustającej dążności człowieka by obcować z pięknem, przystosowywać dary natury do swoich potrzeb i wierzyć w ich magiczną moc.

BIBLIOTEKA

1

Biblioteka towarzyszy nam przez całe życie, a szczególną wagę ma dla humanistów i ludzi kochających książki, gromadzących je na półkach z potrzeby serca i zamiłowania. To jest chęć posiadania cząstki dziedzictwa wielkich pisarzy, to pragnienie otaczania się tymi, którzy nas zafascynowali i swoim artyzmem wiele razy przenosili do światów własnej imaginacji. Książka pełni funkcję poznawczą, a lektura staje się rodzajem zakazanej przyjemności, która pojawia się, gdy mamy na nią czas i rozluźniamy się, czynnie wypoczywamy, chłonąc to, co zostało zapisane na papierze, wyobrażając sobie zdarzenia, typy ludzkie i przestrzenie, w których bytują. Ważny jest też walor estetyczny, gdy pięknie wydane książki, poustawiane na półkach, najlepiej za szybkami, stanowią o charakterze mieszkania, tworzą aurę bogactwa intelektualnego, z którego można korzystać do woli i wybierać z mnogości, z wielkiej obfitości, przenikając wieki i dziesięciolecia. Moja pierwsza biblioteka składała się z trzech, może czterech półek i pojawiła się w jednym z zakamarków mieszkania rodziców, a wypełniły ją książki przywiezione od dziadków, wydarte ogniowi, bo leżały już przygotowane do spalenia w piecu. Trudno mi dzisiaj wskazać jakieś konkretne tytuły, ale na pewno była tam cieniutka książeczka Leonarda Życkiego pt. Bajki matki Sirabili, w której znalazły się proste opowieści z Afryki. Pamiętam jakie wrażenie zrobiły na mnie, gdy czytała mi je mama, a potem, gdy wielokrotnie wertowałem stronice i przyglądałem się stylizowanym zwierzętom i wyobrażeniom czarnych postaci. Dawno zapomniałem o tej książeczce, wydanej w 1964 roku, miałem tylko jakieś jej mgliste wyobrażenie, ale potęga Internetu jest ogromna i wpisując określone hasło, łatwo ją znalazłem, pamiętając, że na okładce było wyobrażenie afrykańskiej maski z rogami. Zdaję się, że ta egzotyczna inicjacja dziecięcej wyobraźni wpłynęła potem na moje szczególne zainteresowania Czarnym Lądem, studiowanie map, czytanie wielu dzieł podróżniczych, gromadzenie widokówek i znaczków pocztowych. W tej mojej pierwszej biblioteczce była na pewno książka Wernera Legère’a Zaginiony wśród korsarzy i Cuszima Aleksego Nowikowa-Priboja, były też Baśnie Hansa Christiana Andersena. Książki te przeglądałem i poczytywałem, ale były one jeszcze dla mnie za trudne, miałem przecież ledwie siedem lat. Wielokrotnie je przestawiałem i układałem według wielkości na półkach, co sprawiało mi już wtedy ogromną przyjemność i było wstępem do późniejszych nieustannych zmian w zakresie ustawień tomów, całych serii edytorskich, a nawet prawdziwych białych kruków.

3

W okolicach czwartej klasy szkoły podstawowej zacząłem czytać książki Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego i jego łowach na dzikiego zwierza. Przypadkiem w bibliotece był tylko tom o podróży do Afryki i od niego wszystko się zaczęło, spowodowało lawinę wyobraźniową i prawdziwe wejście do świata książki. Szybko pochłaniałem kolejne tomy z tej serii i otwierałem się na przebogate informacje geograficzne i zoologiczne, które w nich się znajdują. Akurat otwarto osiedlową bibliotekę, w piwnicy jednego z pobliskich wieżowców, a potem we wspaniałym, nowym lokalu, więc zapisałem się i przynosiłem do domu coraz więcej różnorakich woluminów. Czytałem przede wszystkim książki przygodowe i szybko wyodrębniłem serie, w których je publikowano, ale też zacząłem sięgać po poważniejsze tytuły, rzucając się wybory wierszy, powieści i opracowania popularnonaukowe. Pamiętam jak przyniosłem duże, pięknie ilustrowane wydanie Boskiej komedii Dantego i niewiele z niej rozumiejąc, czytałem mechanicznie, większą uwagę skupiając na niezwykłych obrazach. Z większym samozaparciem brnąłem przez Don Juana Byrona i wiersze Juliusza Słowackiego, choć i tutaj miałem problemy z przyswojeniem sobie treści, gubiłem wątki i miewałem momenty zniechęceń albo wręcz buntu. Patrząc na te zmagania z perspektywy minionego czasu, widzę ze zdumieniem, że prowadziły mnie one ku głównym nurtom moich zainteresowań literackich i późniejszych samodzielnych prób pisarskich. Wraz z ożywieniem czytelniczym, wejściem w okres licealny, a potem studencki, rosły moje domowe biblioteki, choć zawsze ograniczone one były warunkami lokalowymi rodziców. Na szczęście w tamtych czasach można było łatwo sprzedać książki w antykwariatach, więc wymieniałem je często, a za uzyskane pieniądze kupowałem stale sporo nowych tomów. To był już czas pierwszego pisania wierszy i szczególnego zainteresowania światową poezją – na półkach pojawiły się tomy z serii celofanowej, wiśniowe i beżowe, skóropodobne okładki serii klasyki polskiej i obcej, a także pierwsze zestawy dzieł zebranych różnych pisarzy, np. Słowackiego, Conrada i Gałczyńskiego. To był jeszcze groch z kapustą, ale powoli serie wydawnicze kształtowały profil mojej późniejszej biblioteki, którą rozwinąłem po ślubie i zamieszkaniu we własnym lokalu. Warto w tym miejscu powiedzieć o tym, że wtedy książki łowiło się jak cenne okazy, bo był na nie wielki popyt, a niskie ceny sprzyjały zakupom. Akurat Marek Czuba, mój kolega z liceum, podjął pracę jako szef księgarni przy ulicy Koronowskiej i zostawiał mi tam wiele tytułów, które regularnie wykupywałem i znosiłem w wielkich ilościach do domu.

2

Richard Lydekker i jego dzieło – Zwierzyna łowna Afryki (wyd. II, 1926)

Jeszcze pod koniec liceum wpadła mi ręce książka niezwykła, która odegrała ogromną rolę w zakresie kształtowania się moich zainteresowań podróżniczych, a także nauki języka angielskiego. Będąc raz w Antykwariacie Naukowym, na Starym Rynku w Bydgoszczy, znalazłem na półce gruby tom, oprawiony w płótno i skórę pt. The Game Animals of Africa. Dzieło zostało wydane w 1926 roku w Londynie, a jego autorem był Richard Lydekker (1849–1915), wielki angielski naturalista i geolog, autor wielu wspaniałych, bogato ilustrowanych prac. Nie wiem skąd miałem wtedy tak duże pieniądze, ale za sporą sumę zakupiłem ten tom i zacząłem go regularnie studiować. Na początku miałem spore trudności, ale licealne lekcje języka angielskiego i intensywne uczenie się słówek, spowodowały, że kolejne rozdziały odsłaniały się przede mną z coraz większą wyrazistością. Już we wstępie autor wskazuje złożoność spraw, które opracował, a choć nie przepadałem za łowiectwem, czerpałem z tej różnorodności ujęć i uczyłem się zoologii i geografii: Two points in connection with the African continent demand brief mention: firstly, its enormous area, about four times that of India; and, secondly, the marked distinction of the fauna of Africa north of the Sahara, or north of the tropic of Cancer, from the of all the vast region to the southward of the same. Northern Africa is, in fact, so far as its animals are concerned, a part of Europe. We have, for instance, in this area such groups as deer, sheep, goats, and bears, which are conspicuous by their absence from the rest of the continent, exept so far as sheep and goats have penetrated some distance into the highlands of the north-eastern corner. On the other hand, what may be called the characteristic African animals are to a great extend wanting from the tract north of the Sahara. Rzeczywiście niedźwiedzie nie występują w Afryce, a fauna na północ od zwrotnika Raka różni się znacznie od Afryki na południe od Sahary, nazywanej niegdyś Etiopią. To porównanie do Indii nie jest dowolne, bo Lydekker odbył wielką podróż na ten azjatycki subkontynent, a także zgromadził tam wielkie zbiory fauny, skamielin i minerałów, które przekazał Muzeum Historii Naturalnej w Cambridge. Owocem wyprawy było też dzieło z 1900 roku pt. The Wild Animals of India, Burma, Malaya, and Tibet, a także współpraca z encyklopedią Britannica. Książka wielkiego Anglika odtąd stała się cenną częścią mojej biblioteki i wielokrotnie ją pokazywałem zaprzyjaźnionym osobom, a także kolejnym moim dziewczynom, które najczęściej nie wykazywały w tym względzie zbyt wielkiego zainteresowania i nie podzielały mojego entuzjazmu. Jedna z nich powiedział wprost: Co ty mi tu kozy będziesz pokazywał…? Mamy chatę wolną, to skaczemy do łóżka… Co było robić, na chwilę odłożyłem pracę Lydekkera i zacząłem studiować inną anatomię…        

4

Okapi

Książka angielskiego zoologa szczególnie przydała mi się, gdy czytałem o łowieckich przygodach Wilmowskiego w Afryce. Akcja oparta została tam na poszukiwaniach i odkryciu legendarnego zwierzęcia, żyjącego w dżunglach Kongo (Ituri), dobrze znanego Pigmejom, ale do roku 1901 będącego wielką zagadką dla cywilizowanej ludzkości. Odkrył ją Sir Henry „Harry” Johnston (1858–1927), organizator ekspedycji, która dostarczyła pierwszy okaz do Europy i wywołała tym wielkie poruszenie. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to zwierzę powstałe w wyniku naturalnej krzyżówki – zaliczono je do żyrafowatych, ale kształt ciała i ubarwienie pasiaste na kończynach wskazywać może, że gatunek ten powstał z połączenia żyrafy i zebry, choć jeszcze zagadką pozostaje uzębienie, tak charakterystyczne dla rogatych przedstawicieli afrykańskiej fauny. Bardzo płochliwe zwierzę żyje na terenach bagnistych i na porośniętych dżunglą wzgórzach, czasem po kilka rozdzielonych osobników w jednym rejonie. Żywi się głównie roślinnością i grzybami, a swoje terytorium znakuje moczem i specjalnie wydzielanymi hormonami. Znane było dość dobrze starożytnym Egipcjanom dwunastej dynastii jako afrykański jednorożec, a Pigmeje od dawien dawna używali jego skóry do wykonywania ozdobnych okryć ciała. Tak jak żyrafa, okapi ma długi fioletowy język, który służy mu do zrywania wyżej położonych liści i gałązek, a także jest na tyle giętki, że może obmyć powieki i wyczyścić dość duże uszy. Zwierzę jest bardzo płochliwe, a stale zagrożone przez polujące na nie lamparty, dobrze się maskuje, w czym bardzo pomaga jego rdzawe ubarwienie i pasiaste desenie na szyi i nogach. Z racji tego, że podejrzewa się iż wizerunek egipskiego boga Seta ma w sobie elementy fizjonomii okapi, formułuje się tezę, że zwierzę to występowało niegdyś w rozlewiskach doliny Nilu Błękitnego, szczególnie w okolicach wodospadów Tissisat. U Szklarskiego, w powieści dla młodzieży, znalazłem tylko podstawowe informacje o tym ssaku, ale u Lydekkera było ich prawdziwe bogactwo i tłumaczyłem poszczególne strony z ogromną frajdą. Jakież to musiało być interesujące także dla czytelników w Europie, na początku dwudziestego wieku, tym bardziej, że zdobycie tych wiadomości okupione zostało wielu trudami, a kolejne wyprawy dotrzeć musiały do samego centrum Afryki, przedzierając się przez gęstą, bagnistą dżunglę. Liczni myśliwi udawali się wtedy na Czarny Ląd by upolować najciekawsze okazy, powszechnie mordowano słonie i nosorożce, żyrafy i zebry, antylopy i dzikie koty, ale prawdziwym łupem tego rodzaju zbójników było okapi. Na szczęście od 1932 roku zwierzę to jest pod całkowitą ochroną, a liczne okazy zobaczyć można w ogrodach zoologicznych, które znacznie przyczyniły się do zachowania tego gatunku. Na przykład w Antwerpii urodziło się już w niewoli czterdzieści siedem osobników, w San Diego trzydzieści osiem, a w angielskim Bristolu trzydzieści siedem.

5

Jakże piękny był to czas, gdy zamknięty w moim małym pokoiku na osiedlu Błonie, ze ścianami obwieszonymi mapami i fotografiami podróżników oraz dalekich lądów, studiowałem kolejne rozdziały dzieła Richarda Lydekkera. Oczarowany też magią powieści podróżniczych i książek opisujących dalekie wyprawy, najczęściej do Afryki i Ameryki Południowej, nie przykładałem wagi do etycznego aspektu zabijania dzikich zwierząt. Dopiero z upływem lat zacząłem się buntować przeciwko temu, stając się zwolennikiem szeroko rozumianej ekologii i pozostawiania poszczególnych gatunków w ich ekosystemach. Teraz owa spora księga, prezentująca zwierzynę łowną Afryki, służy mi jako atlas zwierząt, który wydobywam z biblioteki gdy oglądam filmy przyrodnicze albo czytam książki. I choć najczęściej są to utwory literackie – na przykład afrykańskie powieści Le Clezio, Smutek tropików Levi-Straussa, Zielone piekło Maufraisa – to czasami trzeba zerknąć do tej pracy, coś porównać, coś sobie przypomnieć. Zaletą tej książki są dobrze przygotowane tablice poglądowe, a choć nie mogą się one równać ze współczesnymi, barwnymi atlasami, to delikatna sepia, jaką zostały wydrukowane też ma swoją wartość. Telewizja prezentowała w tamtych latach czasami jakieś filmy przyrodnicze, ale była ona jeszcze wtedy czarno-biała i nie mogła konkurować ze źródłowymi opisami i wielkimi książkami podróżniczymi. Sporą rolę odegrała też tutaj moja wyobraźnia i marzenia o wyprawach  do Afryki, Australii i obu Ameryk, co w jakiś sposób się ziściło i mam nadzieję, że jeszcze nie raz ruszę ku dalekim celom. Nie byłem jeszcze w Afryce, ale nie chciałbym pojechać na reżyserowane safari, jeśli już, to pragnąłbym przemierzać jakieś ostępy, zagubione miejsca, szlaki, którymi nie wędrują zwykli turyści. Dzisiaj, gdy mamy wiedzę o licznych zagrożeniach , czyhających dzikich zwierzętach, wężach i owadach roznoszących bakterie, tym bardziej musimy podziwiać pionierów, którzy dla dobra nauki szli często w nieznane, płacąc niejednokrotnie życiem za swoje marzenia i naukową pasję. Łatwo się teraz ogląda kolejne tablice, prezentujące różnorodne antylopy, nosorożce, żyrafy i zebry, głowy drapieżników, zgromadzone obok siebie, na jednej stronie, ale przecież ktoś musiał je wcześniej upolować, zdobyć okazy, wypchać je, zakonserwować i przywieźć do Europy, gdzie rysownicy mogli je spokojnie i wiernie odwzorować. To osobna strona książek tego typu, która przyczyniła się bardzo do poznania świata zwierząt i roślin, dalekich krain i ich mieszkańców. Obok gazet z końca dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku tego rodzaju publikacje stawały się kamieniami milowymi w procesie naukowego opisu nieznanego.

6

Każda książka w bibliotece ma swoją historię, która trudna jest do odtworzenia, choć czasem udaje się coś wywnioskować z zachowanych w niej zapisów, pieczątek, odręcznych adnotacji. The Game Animals of Africa została wydrukowana w Edynburgu w drukarni R. & R. Clarków i tam zapewne została kunsztownie oprawiona. Jest to drugie wydanie, z krótkim wstępem J. G. Dollmana, a wydawcą była londyńska firma wydawnicza Rowland Ward. Zastanawiam się ilu ludzi musiało ją mieć w swoich rękach i ilu było przede mną jej właścicielem? Trafiłem na tak specjalistyczną książkę w bydgoskim Antykwariacie Naukowym, więc musiała trafić do mojego miasta w jakiś bardzo pokrętny sposób. A może ktoś przywiózł ją prosto z wysp brytyjskich lub trafiła od razu do którejś z księgarń niemieckich i szlakami zaborczymi dotarła do Brombergu. Dość dobrze się z nią obchodzono, nie spadła nikomu z wysokości na ziemię, bo byłyby tego ślady na tak misternej, płócienno-skórzanej okładce. Znalazłem w niej tylko ołówkiem zapisaną cenę z antykwariatu, a na poszczególnych stronach nie ma ani jednej adnotacji, żadnego podkreślenia. Zawsze szanowałem książki, więc nie ma w niej także moich podkreśleń i zaznaczeń, a w procesie tłumaczenia kolejnych rozdziałów żmudnie przepisywałem fragmenty. Przypomina mi się w tym miejscu mój pobyt w Stanach Zjednoczonych w 2002 roku, kiedy to przyjaciółka zabrała mnie do jednego z domów na tzw. garage sale lub yard sale, gdzie sprzedawano rzeczy po zmarłej osobie. Moją szczególną uwagę przyciągnęły książki – bogato ilustrowane atlasy, albumy malarstwa, całe zestawy dzieł wielkich pisarzy i poetów. Jakże żałowałem, że nie mogę wziąć wielu spośród tych książek do Polski, a przesyłka, z racji wysokich kosztów, też raczej nie wchodziła w grę. Książka Lydekkera też mogła trafić na jakąś europejską aukcje, mogła też podróżować po wielkim Imperium Brytyjskim, zahaczając o Australię, Nową Zelandię, Kanadę czy jakieś wyspy na oceanach, ale najpewniej trafiła do polski prostą drogą z Anglii. Zastanawiające jest tylko lekkie sfalowanie kartek, które może wskazywać na to, że przez jakiś czas dzieło znajdowało się w klimacie wilgotnym, co przy jego specjalistycznej tematyce mogłoby wskazywać na Afrykę. Stałem się jego właścicielem i na jakiś czas przechowałem w mojej bibliotece, skąd ruszy dalej po jakimś czasie. Może trafi wraz z wszystkimi moimi książkami do jakiejś większej instytucji, albo zostanie sprzedana przez moich spadkobierców nowemu właścicielowi. Gdziekolwiek by nie trafiła, stała się pierwszym elementem mojego cyklu wspomnień o książkach, kolejnych przywołań tomów, które wywarły wielki wpływ na moje życie i spowodowały, że jestem tym, kim jestem. Odkładając gruby wolumin Lydekkera z powrotem na półkę, czuję jego wagę i wartość dla moich losów, a choć nie wiem kto miał ją przede mną w swoich zbiorach, cieszę się, że dobrze ją traktował i ostatecznie zaniósł do bydgoskiego antykwariatu naukowego, gdzie czekała na chłopaka, który potem czytał ją z wypiekami na twarzy.

%d blogerów lubi to: