PHILIP LEVINE (1928–2015)

11402_01-ic

Photo Nancy Crampton

Warszawskie wydawnictwo Nowy Świat zainicjowało swego czasu Antologię współczesnej poezji amerykańskiej w przekładzie Adama Szypera. Niestety ukazał się tylko pierwszy tom, przynoszący wiersze jednego z najbardziej ekscytujących poetów zza oceanu, Philipa Levine’a. We wstępie Szyper zamieszcza najważniejsze informacje o tym twórcy, który urodził się w 1928 roku w Detroit. Tam przez wiele lat pracował jako prosty robotnik w fabryce i jednocześnie ukończył studia uniwersyteckie. Potem tułał się po Ameryce i w końcu osiadł w kalifornijskim Fresno, gdzie przez blisko trzydzieści lat wykładał na miejscowym uniwersytecie. Jest autorem kilkudziesięciu tomów poezji i książek autobiograficznych: m. in. The Bread of Time (Chleb czasu) i Don’t Ask (Nie pytaj). Za swą lirykę otrzymał dwie nagrody National Book Award – w 1979 roku za Ashes (Popioły) i w 1991 roku za What Work Is (Czym jest praca). Cztery lata później za Simple Truth (Prosta prawda) zdobył Nagrodę Pulitzera. Levine tworzy wspaniałą panoramę ludzkości zmierzającej do celu, ludzkości, która wyłania z siebie najwrażliwsze jednostki i czyni z nich przewodników duchowych. Zapewne to ma na myśli Peter Scott, gdy mówi, że Philipa Levine’a bez wątpienia można zaliczyć do najsubtelniejszych poetów, jakich wydała Ameryka. Nawiązuje on do wielkiej tradycji Williama Carlosa Williamsa, który przedkłada jazz nad operę, kuchnię nad salon, twarde ławki na stacji autobusowej nad jedwab poduszek. Jego wiersze są jakby monumentem naszego czasu. Jak wskazuje z kolei translator, Philip Levine nie uczestniczył w sporach dwudziestowiecznej poezji amerykańskiej, utożsamiał się wyłącznie z postaciami ze swych wierszy. Ich scena to Detroit, Kalifornia, Hiszpania i egzotyczne kraje, w których panuje powszechna nędza. Dużo w nich ludzi i rozpoznawalnych dla czytelnika faktów. Gdy poeci pokolenia beatników tworzyli groteskowe obrazy swej epoki, a akademickie autorytety pławiły się w „fontannach dobrego smaku”, Levine pisał o meksykańskich chłopach na kalifornijskich polach i o robotnikach w Detroit, o miłości do żony, syna, brata… To jest poezja prostych prawd i prostych doświadczeń, w których jednak znajdziemy największą filozofię egzystencji, a przy tym pierwiastkową mądrość, przydającą światu i ludziom humanistycznego etosu. Szyper zauważa jeszcze, że w wielu wierszach, Levine opisuje konkretne doświadczenia, które zamazuje mgłą niedopowiedzeń i mistyki. Auden wyraził się kiedyś – pisze dalej tłumacz – że każdy utwór poetycki odzwierciedla rywalizację między Arielem a Prosperem. Ariel namawia do uskrzydlenia wiersza w raj słów i ich lot w świat bez czasu, wolny od problemów i cierpienia. Prospero, kierując się raczej prawdą niż pięknem, ujawnia nieuporządkowaną i brudną codzienność i odczuwa to, co Yeats nazywa „pustką rzeczywistości”. Do Levine’a przemawia raczej ten drugi, a jednak potrafi być czuły, silny, wciąż zawieszony między bólem i ekstazą. Przekłady Szypera przekazują dokładnie treść wierszy amerykańskiego poety i pozwalają obcować z ich prostotą, łagodnością i często delikatnością. To co do tej pory stworzył Levine – wskazuje autor wstępu – jest wspaniałym, psychologicznym zapisem ludzkiego doświadczenia, którego artyzm i głębia przekraczają granicę czasu i zapewniają mu czołową pozycję pośród poetów amerykańskich. W taki sposób jego prosta prawda zwycięża.

skanuj0024-horz

LUIS RICARDO FALERO

???????????????

Niewiele wiemy o Luisie Ricardo Falero (1851–1896), ledwie tyle, co przeczytać można w encyklopediach sztuki, na portalach internetowych, w starych numerach czasopism kulturalnych. Był hiszpańskim księciem, malarzem fantastycznym i realistycznym, urodzonym w Toledo, kształcącym się w Anglii, pracującym jako portrecista w Paryżu. Rodzice chcieli by podjął pracę w jakimś stabilnym zawodzie, więc zaciągnął się do marynarki hiszpańskiej. Nie wytrwał jednak długo w wojsku, podjął studia w zakresie sztuki, chemii i inżynierii przemysłowej. Szczególnie interesował się astronomią i umieszczał konstelacje gwiezdne na wielu swoich dziełach. W roku śmierci został ojcem dziecka, które urodziła jego pomoc domowa i modelka – Maud Harvey. Od 1880 roku, aż do śmierci, mieszkał w Londynie. Zmarł przedwcześnie w szpitalu, czterdziestym piątym roku życia, pozostawiając wiele zdumiewających płócien, które dopiero dzisiaj są w pełni doceniane przez krytyków sztuki i marszandów. Specjalizował się w aktach kobiecych, łącząc je często z tematyką gwiezdną, planetarną, kosmiczną, często wkraczając w rewiry mitu, podania kulturowego i pogańskich wierzeń. Jego najbardziej znane płótna: Wizja Fausta (1878), Faust i Mefisto (1880), Planeta Wenus (1882), Księżycowa nimfa (1883), Motyl (1893), Równowaga Zodiaku (bez dat.) pełne są rozświetlonych, nagich ciał kobiet, umieszczanych najczęściej na tle czarnego, opalizującego gwiazdami kosmosu. Nagość stanowi też kontrapunkt dla magii i tajemniczości, dla motywów faustycznych, lucyferycznych i satanistycznych. Charakterystyczny jest tutaj obraz, który ma przedstawiać wizje doktora Fausta, ukazujący czarownice zlatujące zewsząd na sabat. Obok nich widzimy demony z wyłupiastymi oczyma, rozkładające się pelikany, jaszczury i nietoperze. Jest też kozioł, symbolizujący Szatana, stara kobieta o rysach męskich, a wszystko na tle straszliwego, burzowego nieba. Dynamika i pęd zderzają się tutaj z delikatnością młodego kobiecego ciała, wspartego na miotłach, a dalekie rozświetlenie lunarne przywodzi na myśl literaturę gotycką i filmy grozy.

The Moon nymph, by Luis Ricardo Faléro

tumblr_mcwrwypyHF1qixsklo1_500

Falero_Luis_Ricardo_Lily_Fairy_1888

The_Balance_of_the_Zodiac_by_Luis_Ricardo_Falero

The_witches_Sabbath,_by_Luis_Ricardo_Falero

MIŁOŚĆ I ŚWIETLISTOŚĆ

171

Poezja Barbary Orlowski jest niezwykle sensualna, pulsująca uczuciami i barwami, nieustannie dopełniająca to, co się zdarzyło, co było sensem życia, chwilą wyodrębnioną z kolejnych odsłon dni i zgaśnięć nocy. Stale też wraca w niej motyw współistnienia w miłości, spotkania dwóch istot, spośród których tylko jedna okazała się na tyle wrażliwa, by rozumieć jak wszystko jest ulotne, jak łatwo marnieje, zanika, odchodzi w niepamięć. Ludzie szukają partnerów na całe życie, rozkoszują się miłością i „toną” w sobie, gdy fascynacja jest tak wielka, że przyćmiewa wszystko. Wtedy cielesność i duchowość stają się jednią, która każe wierzyć, że dwie istoty znalazły się nie bez powodu i odtąd będą razem podążać przez życie. Wiersze poetki dokumentują rozstanie z ukochanym i są bolesnymi lamentacjami nad niewiernością i niestałością, a nade wszystko nad niezrozumieniem kobiety, która wszystko postawiła na miłość. Jej intencje były czyste i dlatego zachowała w pamięci mistyczne chwile, gdy pieszczoty i obietnice kazały wierzyć w cudowność świata, w niepowtarzalność zdarzeń i wyjątkowość doświadczeń. Życie jest ledwie mgnieniem, ale można je tak konstruować, że stanie się ciągiem dopełnień i rozszerzeń, odejść i powrotów, łez radości i szybko bijącego serca. Zgromadzone w tej książce wiersze odsłaniają intymne wnętrze poetki, która nie waha się mówić o najboleśniejszych doznaniach, a przy tym nie traci poczucia rzeczywistości. Analizuje siebie i mężczyznę, z którym była związana, z poczuciem dumy i godności, nie waha się też gorzko wszystko sumować. Tylko taka postawa daje szansę na nowe otwarcie, dopełnienie tego co było, oszacowanie strat i jasne spojrzenie w dal, ku temu, co się jeszcze zdarzy. Poetka wie, że po długiej suszy zawsze nadchodzi deszcz i wierzy, że będzie jeszcze tańczyć tango, czując na twarzy jego ciepłe krople – wierzy, że życie przyniesie jej jeszcze wiele intensywnych wzruszeń. Takie nastawienie daje nadzieję i każe wierzyć, że życie ma jakiś głębszy, ponadnaturalny sens, a to, co się zdarzyło nie było bez znaczenia. Każde doświadczenie uczy nas głębokiej pokory i wymusza nowe inicjatywy, każe uważnie przyglądać się otoczeniu i nieustannie szukać, wciąż być czujnym.

 Zdumiewająca jest przenikliwość autorki, która podsumowując swój związek, daje w wierszach wykładnię istnienia w samotności, dumnego kroczenia przez świat i odwzorowywania go w słowach. Tak powstają ulotne liryki, które wiele mówią o mechanizmach trwania i przemijania, tak rodzą się wiersze wypowiadane cicho, a zarazem donośne jak głos dzwonu. Wszak można wyszeptać prawdę o miłości w obliczu huczącego morza i zgiełku wielkiego miasta, a zostanie ona wzmocniona przez uczucie, ukierunkowana przez marzenie, spointowana przez kolejne lata. I choć tonacja tych utworów jest przeważnie gorzka, mają one też w sobie niezwykłą świetlistość, słoneczną promienność, która przeciwstawi się każdemu mrokowi. To jest ostatnie rozliczenie z czasem uniesień i pragnień, ale też wyraźne określenie, że zaczyna się coś nowego, że kobieta dotarła na skraj zgasłych dni i śmiało przekroczy granicę nowej historii. W takim rozumieniu druga książka poetycka Barbary Orlowski jest jej katharsis a także rodzajem pomostu pomiędzy przeszłością i przyszłością. W takim kontekście zrozumiałe też stają się lamentacyjne tony i nieustanne powroty do opisanych wcześniej zdarzeń, w takim ujęciu perspektywa dookolna ma swoją głębię i wymowę. Liryki układają się w ciągi i choć są osobnymi wierszami, stają się rozpisanym na głosy poematem o uczuciach i przegranych szansach, o wielkim ludzkim pragnieniu bliskości i podsumowaniu tego, co nie wyszło. Symboliczna jest tutaj okładka książki, na której poetka postanowiła umieścić ważne dla niej zdjęcie. Widzimy na nim jak siedzi nad morzem i kontempluje naturę w czasie zachodu słońca, ale oprócz pastelowych barw i nastrojowego światła, dostrzeżemy też na nim kobietę niezależną, pełną pasji i wiary w samą siebie. Dopiero co przeżyła osobisty dramat, ale nie poddała się, patrzy w dal i widzi niezwykłą różnorodność świata, jego harmonię i piękno, kosmiczny powab i planetarne zawieszenie. Tak wiersze i fotografie układają się w potężny przekaz energetyczny, obraz kobiety w jej czasie i w przestrzeni, zapis stanu świata w chwili ostatniej i pierwszej.

 Poetka mieszka w Krefeld, w Niemczech, ale ma też dom niedaleko Recife w Brazylii, gdzie każdego roku podróżuje. Ogląda zatem stale świat w wielu odsłonach, bo przecież bywa też w Polsce i jeździ praktycznie po całej Europie. Jakże interesujące są w jej poezji motywy podróżnicze, ze szczególnym uwzględnieniem elementów związanych z Ameryką Południową. Te połyskujące w wierszach hibiskusy i barwne kolibry, palmy i gardenie, kruche motyle i werbeny, to egzotyczne cząstki innego świata, który gdzieś tam, za oceanem, pulsuje rytmem samby i ma w sobie tyle naturalnego piękna, tyle barw i zapachów, że tylko poezja może próbować oddać jego pełnię. W taki sposób, wskazana wyżej świetlistość miłości, staje do konfrontacji z rozświetleniem świata brazylijskiego, w którym poetka tak samo usilnie szuka odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji. Nawet jeśli siada nocą na brzegu Atlantyku, wsłuchuje się w szum fal, widzi gęstą ciemność i miliony gwiazd na niebie, wie, że rano znowu wzejdzie słońce i światło wydobędzie z mroku kontury dalekich drzew i domów, odgłosy ludzi i ptaków. Zapewne ta ruchliwość autorki, częste zawieszenie nad światem w samolocie i jej nieustanna podróż pomiędzy kontynentami, dały tak głęboką wiedzę o rzeczywistości – o tej jawnej i tej ukrytej głęboko pod powłoką kształtów i barw. Docierając do istoty świata, dotykając jego pełni, kontemplując daleką wyspę, czując zapach kakaowca, żyje najprawdziwiej i najlepiej jak potrafi. Ślad takiego istnienia pozostaje w wierszach, tworzących subtelny woal wokół niej, wzbogacających ją i otoczenie, które kreuje, komponuje w sobie i rozumie najpełniej. Warto czytać wiersze Barbary Orlowski, bo choć mówią o gorzkiej miłości i ulotnym spełnieniu, jest w nich coś z filozofii i doświadczenia ostateczności.

PTASI PUCH

800px-Ha_long_bay

Nowoczesna poezja wietnamska, powstająca w latach 1932–1941, jest jak ożywczy, świeży powiew, ciągnący się od niebieskich gór i przynoszący ulgę podczas upału. Delikatność i plastyczna obrazowość tych liryków generuje ruchome wizje zwiewnych motyli, ptaków, zielonych tarasów ryżowych, bujających się w przestrzeni kolorowych lampionów i buddyjskich dzwonków modlitewnych. Ale chyba najwspanialszym doznaniem podczas lektury jest dotarcie do migotliwej świadomości ludzi żyjących pośród zjawiskowej przyrody, tęskniących za czystością i pięknem i pragnących nieustannie doświadczać więzi z drugim człowiekiem, ze światem i kosmosem. To jakby uważne wpatrywanie się w otwarty przestwór, pośród którego lekko unoszą się elementy rzeczywistości, ale też pojęcia i doznania podstawowe – miłość i śmierć, kolory i zapachy, twarze i gesty, bambusowe bramy, mosty i łodzie na rzece. A wszystko odbijające się w źrenicach zakochanej dziewczyny i młodzieńca wodzącego za nią tęsknym wzrokiem, a wszystko powiększone i rzucone siłą natchnienia ku światłom Mlecznej Drogi i samotnym gwiazdom, wiszącym nad horyzontem. Czyż nie jest paradoksem, że tak pokojowo nastawieni ludzie musieli się przez wieki zmagać z różnorakimi najeźdźcami i okupantami, którzy przychodzili z Chin, krajów sąsiednich, albo przylatywali z Europy, Japonii, Ameryki. Otwarcie Wietnamczyków na świat było ich wielką siłą i słabością, którą wykorzystywano na przestrzeni lat. Żyjąc w takiej sytuacji, wytworzyli oni kulturę, w której ogromną rolę odgrywa przywiązanie do ziemi i rodziny, sławienie własnego kraju w poezji i pieśni, a nade wszystko radość z istnienia w scenerii brzoskwiniowych sadów, rozkwitających barwnie kwiatów i ptaków wyśpiewujących słowo quoc, co znaczy po wietnamsku ojczyzna. Liryka ta ma też w sobie wiele mądrości, aforystycznej filozofii, która dociera do samego centrum ludzkiej ontologii. Byt został w niej zawieszony w przestrzeni, ale też twardo utwierdzony w krajobrazie leniwie płynącej rzeki Mekong, ruchliwych miast i architektury postkolonialnej. Wędrując po drogach i wzgórzach tego kraju, ów byt, przegląda się w milionach istnień, osobnych i zjednoczonych więzami krwi, szukających sensu życia i potwierdzenia, że to, co widzą czarne oczy jest realne.

Black_hmong_women_sapa_vietnam_1999

Natura dla Wietnamczyków jest ich cudownym ogrodem, z kolorowymi kwiatami, skrzydlatymi stworzeniami i zwierzętami kryjącymi się w tajemniczej dżungli. W dzień wieńczy ją pyszny błękit nieba, a nocą otwiera się nad nią ogromna czasza wszechświata, opalizująca milionami gwiazd, ze srebrną latarnią księżyca, z głosem cykad i innych istot, ożywiających się po zachodzie słońca. Wietnam jest krajem deszczów i mgieł, chłodnych powiewów od morza, ale też wielkiego gorąca i światła solarnego. Taka ekspozycja natury sama w sobie jest bardzo poetycka i multiplikuje wciąż świadomości zatopione w liryce, kontemplujące piękno otoczenia i ulotne umiejscowienie bytu w kosmosie. Dlatego wietnamska nowa poezja jest taka opisowa, malownicza i zjawiskowa, odwzorowująca fenomeny świata i ukazująca ludzi w otoczeniu odwiecznych tajemnic istnienia. Bystrość i wyobraźnia tych ludzi jest zdumiewająca, ale jeszcze ciekawsza jest ich umiejętność zauważania kontekstowości egzystencji, wagi tego, co jest dookoła niej – siły natury, mającej swoją duchowość i nieustannie wpływającej na poszczególne życiorysy. Czytanie tej poezji przypomina egzotyczną podróż, a odsłaniające się szerokie krajobrazy i sielskie zakamarki, ukazują prawdziwy wymiar bytowania w Wietnamie. Widzimy zatem wielkie zatoki morskie i skały porośnięte gęstą roślinnością tropikalną, drogi i bezdroża, tarasowe uprawy, ale też domostwa i mostki z bambusa, bramy podwórek i przede wszystkim ludzi – kobiety niosące wodę ze strumienia, starych mężczyzn, podążających w procesji weselnej, matki wypatrujące synów wracających z daleka. Wszystko zatopione w melancholii i senności, rozmywające się w przestrzeni i świadomości, ginące w dali i w mrokach pamięci.

Ðàn_Tranh

Stale też wraca w nowej poezji motyw miłości, szukania partnera na całe życie, czułego kochanka i pięknej żony, najlepiej z tego samego regionu, z tego samego klanu ludzi wrażliwych i szukających odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji. Od nieśmiałości sąsiada, który spogląda ciekawie na sąsiadkę, po subtelność dziewic, ubranych na czerwono i przeznaczonych do zamążpójścia, rozgrywa się niezwykły spektakl uczuć pierwszych i zarazem ostatnich, miłości żarliwej i pełnej oddania, rozumiejącej i wychodzącej naprzeciw pragnieniom. Zarówno poetki, jak i mężczyźni piszący wiersze miłosne, starają się oddać w swych utworach wyjątkowość i niepowtarzalność uczuć, ale też stawiają sobie konkretne wymagania, pragną przeżyć życie spokojnie, bezpiecznie, z poczuciem jedyności wyboru dokonanego raz na całą wieczność. Nie znajdziemy tutaj rozpaczliwych liryków opisujących zdradę, a autorzy jeśli wyrzucają sobie cokolwiek, to czynią to najczęściej z nadzieją na poprawę sytuacji, na powrót kochanka, na ponowne pojawienie się pięknej dziewczyny, która nie wiedzieć dlaczego odeszła. Widać wyraźnie, że nowa poezja, wyzwolona ze sztywnych kanonów, naśladujących lirykę chińską i skupiających się na metrum i rymie, osiągnęła niezwykłą lekkość i siłę wyrazu. Te wiersze można porównać do ptasiego puchu, który przy wzlatywaniu ptaka z gałęzi oderwał się od jego ciała i swobodnie zaczął spływać ku ziemi, a podrzucany przez porywy wiatru, zaczął bujać w powietrzu, zawisać w locie i znowu się unosić. Podkreślić też trzeba niezwykłą śpiewność tej poezji, która często w Wietnamie wykonywana jest jako pieśni, dodatkowo intonowane i wzmacniane przez interpretację samego autora. Ogromna praca tłumaczy, Lama Quan My i Pawła Kubiaka dała zdumiewające efekty i prawdziwie wzbogaciła kulturę polską o te znakomite przekłady. Dzięki temu egzotyczna liryka wietnamska wchodzi do naszego obiegu kulturowego i ukazuje wrażliwość, piękno i pełnię ludzi Południa, żyjących na zjawiskowym, barwnym półwyspie, ludzi szukających stale własnego miejsca w świecie i pragnących towarzyszyć innym istnieniom w drodze od narodzin do rozpadu w pył.

Fotografie z Wikipedii

AUSCHWITZ

7348328-dzieci-wiezniowie-kl-auschwitz-643-385

Siedemdziesiąt lat temu, podczas ofensywy zimowej, Rosjanie otworzyli bramę z napisem Arbeit Macht Frei i wkroczyli do nazistowskiego obozu w Auschwitz. To, co zobaczyli przekroczyło granice ludzkiej wyobraźni i nawet obytym z oglądaniem śmierci żołnierzom wyciskało łzy z oczu. Trudno dzisiaj pojąć jak to się stało, że naród, który wydał Bacha, Geoethego, Hegla, Schillera, Manna, Hessego, dał się omamić przez wariata, który niewiele zrozumiawszy z pism Nietzschego i oper Wagnera, wymyślił sobie dominację nadludzi nad innymi narodami. Gdy czyta się dzisiaj kolejne części Mein Kampf, pojawia się smutna refleksja, że masy ludzkie w Niemczech, w pierwszej połowie dwudziestego wieku musiały mieć bardzo niską świadomość. Wystarczyły przecież ogólniki Hitlera, jego absurdalne tezy o spisku żydowskim w świecie, by ruszyła machina wojny i mordowania niewinnych istot, a śmierć stała się najstraszliwszym doświadczeniem. Theodor W. Adorno pisał w pracy Dialektyka negatywna, że Administracyjny mord na milionach sprawił, że śmierć stała się czymś, czego jeszcze nigdy w taki sposób się nie obawiano. Nie jest już możliwe, aby śmierć pojawiała się w empirycznym życiu jednostek jako coś zgadzającego się z jego przebiegiem. Indywiduum zostało wywłaszczone z tego, co było jego ostatnią i najbiedniejszą własnością. (s. 508, tłum. K. Krzemieniowa) Tak, to prawda, w Auschwitz ludzka świadomość zetknęła się bezpośrednio z piekłem na ziemi, a takie obrazy jak Sąd ostateczny Memlinga, Triumf śmierci Bruegela czy Ogród ziemskich rozkoszy Boscha, które były uznawane przez wieki za zapowiedź wyuzdanego szaleństwa, zostały przebite przez tragiczną rzeczywistość. W obozie pojawili się tacy dewianci jak Rudolf Hoess, Arthur Liebehenschel, Richard Baer, Josef Mengele, którzy stworzyli i rozkręcili machinę śmierci, korzystając z pomocy kapo obozowych, najczęściej kryminalistów. To za ich sprawą, ludzi ze zwichniętą osobowością, w Auschwitz miały miejsce zdarzenia, których świat dotąd nie oglądał, a zbrodnie Nerona, Kaliguli czy Dioklecjana wydały się ledwie incydentami w dziejach ludzkości. Codziennie na rampę obozową przybywały tłumy Żydów, Cyganów, przedstawicieli prawie wszystkich narodów europejskich i rozgrywał się bezlitosny dramat. Ludzi, wymęczonych podróżą kolejową, łaknących kąpieli, prowadzono do „łaźni”, obiecując im oczyszczenie przed przejściem do obozu. Kobiety, starcy, dzieci, pozbywali się odzienia i szli ufnie do pomieszczenia, w którym z pryszniców miała lać się woda. Te tłumy nie wiedziały, że za chwilę gruby gestapowiec wejdzie na dach i z puszek wsypie do przewodów hydraulicznych granulki ziemi okrzemkowej, nasączonej cyjanowodorem. Tak niemieckie konsorcjum Degesch przygotowywało Cyklon B do mordowania ludzi, które trwało w Auschwitz od dwudziestu do trzydziestu minut. Z racji tego, że gaz ten blokuje oddychanie i transport tlenu przez krwinki czerwone, ofiary umierały w niewypowiedzianych męczarniach, przerażone i zrozpaczone. Wszystko na masową skalę, pozwalającą mordować dziennie tysiące niewinnych istot, a potem palić ich zwłoki w krematoriach i prochy rozsypywać na polach. Jakże zwichniętą trzeba mieć świadomość by uczestniczyć w krwawych łaźniach dzień po dniu, a przy tym, jak inni ludzie, jeść posiłki, bawić się przy muzyce z patefonu, opalać się w promieniach słońca na leżakach. Co powoduje, że wychowani w tzw. dobrych niemieckich rodzinach mężczyźni i kobiety, stają się bezlitosnymi mordercami, kierującymi masowymi zbrodniami? Już na samym początku Hitler omamił ich swoją ideologią i uwierzyli, że należą do kasty panów świata, z którego trzeba usunąć podludzi, a wtedy otworzy się wielka, nowa przestrzeń życiowa dla Aryjczyków. Gdy dzisiaj patrzymy na facjatę Mengelego (dysponujemy fotografiami z czasów, gdy mordował w Auschwitz i z 1956 roku), widzimy w niej jakąś niewyobrażalną małość, przynależność do klanu cwaniaczków i oszustów. Ratując wcześniej kolegów z płonącego czołgu na froncie wschodnim i zdobywając niemieckie odznaczenia wojenne, mógł jeden z największych zbrodniarzy w dziejach pójść inną drogą. Ale wybrał zabijanie, uczestniczenie w selekcjach na rampie kolejowej i kierowanie kobiet w ciąży, dzieci i kalek do komór gazowych. Wyłuskiwał też bliźnięta i karłów i przeprowadzał na nich swoje mordercze eksperymenty, wstrzykując fenol w serce, amputując kończyny, zarażając zdrowe dzieci tyfusem, odbierając życie braciom i siostrom, w tym samym momencie. Siedemdziesiąt lat temu nazistowski obóz w Auschwitz został wyzwolony, a ci którym udało się przeżyć opowiedzieli światu o zbrodniach nie do wyobrażenia i hekatombie istnień, które tam trafiały od 1940 roku. To największa rzeź w dziejach ludzkości, to zdarzenia, o których nigdy nie wolno zapomnieć, to męczarnie, które umożliwił chory psychicznie przywódca Niemców, lekoman i narkoman, dewiant seksualny i głupkowaty czytelnik filozofów. Jego historia powinna być ostatecznym ostrzeżeniem dla świata, ale tak się nie stało i wybuchały nowe wojny, inny morderca – Stalin – jeszcze długo decydował o życiu i śmierci milionów, a w różnych miejscach globu pojawiali się wariaci, którzy chcieli dorównać Hitlerowi i pozostawiali po sobie ogromne zgliszcza. Auschwitz uczy, że natura ludzka wcale nie jest dobra, a krzyk i ból, cierpienie i przerażenie zabijanych osób wciąż brzmią w przestrzeni. I nic tego dźwięku nie uciszy…

ORNITOLOGIA CMENTARNA

Jeszcze jedna obecność ptaków w naszym życiu, związana z nazwiskami ludzi, ale najwyraziściej objawiająca się na ich nagrobkach cmentarnych. Chodząc po różnych nekropoliach fotografuję groby tych, którzy przeszli przez życie nazywając się tak samo jak mniejsi lub więksi, barwni i szarzy przedstawiciele spektrum skrzydlatego. Jak to zwykle bywa w naszym świecie pan Słowik wcale nie miał ładnego głosu, a pani Sroka była cicha i nigdy nie skrzeczała. Malutki chłopiec, który umarł krótko po urodzeniu nie zobaczył nigdy ruchliwego, pięknego żółtego ptaka, ale jego nazwa błyszczy na jego grobie. Starzec, który zmarł po osiemdziesiątce i wiele razy widywał w życiu śmigające w powietrzu jerzyki, nie przykładał za wielkiej wagi do swego ziemskiego zawołania, ale unosił głowę do góry, gdy ze świstem nad nim przelatywały. Ptaki i ludzie, jednako ginące w przepaściach czasu, byty ledwie przez chwilę wzlatujące w górę, bujające w obłokach, a potem znikające bezpowrotnie. Nie chcąc naruszać spokoju zmarłych i wchodzić w konflikty z ich rodzinami, tak spreparowałem zdjęcia nagrobków, że widać tylko nazwiska ludzi-ptaków..

???????????????????????????????

WIELKA KSIĘGA DZIEJÓW

Wąwóz Olduvai w Tanzanii - prawdopodobna kolebka ludzkości

Wąwóz Olduvai w Tanzanii – prawdopodobna kolebka ludzkości – Foto Wikipedia

W czasach chaosu i zaniku wartości najlepszym zajęciem jest studiowanie ksiąg, gromadzenie materiałów poglądowych, porównywanie odkrywanych treści. Kolejnym moim projektem, który chciałem zrealizować od lat, jest Wielka księga dziejów, wydobywająca na światło dzienne sytuacje graniczne i krańcowe, symboliczne dla ludzi i świata. Będę tutaj korzystał z różnych materiałów publikowanych, ale też z nowoczesnych narzędzi audiowizualnych, Internetu, telewizji, filmu i radia, nie stroniąc od naukowych analiz i ustaleń. Najważniejsza będzie wszakże symbolika kultury i próba spojrzenia z dystansu na to, co ludzkość dotąd osiągnęła, co bezpowrotnie utraciła i czym może się szczycić.

 Ta wielka podróż zaczyna się pięć, a może cztery miliony lat temu, gdy małpy człekokształtne przekształciły się w pierwszą rozumniejszą formę. Ich odkrywca, południowoafrykański paleontolog Raymond Dart, nazwał je Australopitecus africanus. Odkrycie miało miejsce dopiero w 1924 roku, a wcześniej pojawiały się w dziejach świata tylko opowieści o tajemniczych stworach, liliputach i gigantach, jakieś okruchy z dawno zapomnianych czasów, rozbudowane narracje z pogranicza fantastyki i mitu. Pierwsze znaleziska wskazywały dobitnie, że gatunek ludzki pojawił się w południowej i wschodniej Afryce, ze szczególnym uwzględnieniem wyżyny Wielki Weld i terenów Wielkich Rowów Afrykańskich. Metamorfozy wulkaniczne i zanik pierwotnych lasów, przekształcanie się ich w sawanny, narzuciło australopitekom różne formy przystosowania się do nowych warunków i wygenerowało postawę wyprostowaną. Możemy sobie wyobrazić ile cierpień i bólu pojawiało się w społecznościach tych małpoludów, nastawionych na nieustanne zdobywanie pożywienia wszelkimi możliwymi sposobami. To były tysiące lat permanentnych morderstw, zabijania, dręczenia zwierząt i walki o terytoria łowieckie, a koniec końców przyniosły one przejście od niezgrabnego, małego stwora do postaci Homo erectus, rozsądniej używającej narzędzi, a dalej do wysoko wyspecjalizowanych neandertalczyków i kromaniończyków. Prymitywne narzędzia z krzemienia, powstające dzięki umiejętności odłupywania kolejnych warstw i tworzenia ostrych krawędzi, służyły do zabijania wrogów i współplemieńców, obrabiania grubych kijów, ścinania owoców z drzew i pierwotnych prób uprawiania ziemi. Jakże fascynujące są dzisiaj, znajdowane w ziemi i w jaskiniach, prehistoryczne topory, włócznie i noże, bo oprócz funkcji użytkowej, dostrzegamy w nich pierwsze przejawy myśli konstrukcyjnej. Człowiek stale musi walczyć o byt, przeciwstawiać się trudnym warunkom meteorologicznym, zmagać się z mrozem i wiatrem, z siłą wody i ognia, musi kryć się przed błyskawicami, meteorytami i wulkanicznymi wyziewami, ale równie wielkim zagrożeniem, które nie zanikło od czasów neandertalczyków jest życie we wspólnocie. Homo sapiens niesie przez dzieje, w najgłębszych pokładach swojej jaźni, prehistoryczne żądze i pragnienia, a widać to szczególnie w czasach wojen, bezmyślnego mordowania istot, nieustannego zawłaszczania terytoriów, odbierania prawa do różnorodności i prezentowania odmiennych postaw.

Para australopiteków - Wikimedia Commons

Para australopiteków – Wikimedia Commons

Dzięki znaleziskom paleontologicznym i kompletnym zwłokom, wydobytym z wiecznej zmarzliny, łatwo możemy sobie wyobrazić jak pierwsi ludzie starali się wytrwać w obliczu bezlitosnej natury. Odziewali się w skóry zabitych zwierząt, zakładali na głowy czapy z futer, pili świeżą krew dla wzmocnienia i zjadali parujące jeszcze organy wewnętrzne saren, jeleni, antylop, a także pokonanych drapieżników. Ich życia miały dwa cele – zdobyć pożywienie i schronić się w jakimś miejscu, które dałoby się ogrzać, albo miałoby właściwości termalne. Zaobserwowany w naturze ogień, po uderzeniu gromu, w trakcie pożaru sawanny czy lasu, został udomowiony i stał się nieodzownym elementem istnienia. Pozwolił opiekać mięso, które w takiej formie łatwiej można było odrywać od kości, umożliwiał gotowanie pierwszych straw, szybko dających siły i regenerujących w chorobie. Obróbka cieplna spowodowała zapewne spadek zachorowań, bo bakterie i wirusy zwierzęce ginęły w konfrontacji z żarem, a ciepło w pobliżu ognisk pozwalało przetrwać w ekstremalnych warunkach. Paradoksalnie ogień przyczynił się też do konfliktów, bo stając się znakiem w przestrzeni, przyciągał napastników, szukających łatwego łupu, łaknących mięsa, zagarniających broń i narzędzia. Grupy przemierzające ogromne obszary Afryki i Azji szukały w dali nikłych smug dymu i natychmiast ku nim podążały. Dlatego tak wiele prahistorycznych plemion kryło się w jaskiniach i tam bytowało, odgrodzone od świata, zdobiąc ściany malowidłami i grzebiąc w dalszych zakątkach grot swoich zmarłych. Być może miejscem, z którego należy wywodzić prawdziwy rodowód człowieka rozumnego jest wąwóz Olduvai, przecinający wschodnioafrykańską równinę Serengeti i będący bocznym odgałęzieniem Wielkich Rowów Afrykańskich. Uczeni wskazują, że w tej przestrzeni, jak w inkubatorze, Homo sapiens rozwijał się przez pierwsze dwa miliony lat, znajdując dogodne warunki, korzystając z obfitości pokarmu zwierzęcego i roślinnego. Zasobność „pokarmowa” tej malowniczej krainy miała zapewne wpływ na rozwój organizmów i powiększanie się mózgu, który stawał się powoli najdoskonalszym „urządzeniem” w naszej części kosmosu.

Sahelanthropus tchadensis

Zrekonstruowana czaszka istoty sprzed 7 mln lat – Sahelanthropus tchadensis

Skok od niedoskonałego mózgu australopiteka do rozwiniętego głównego organu organizmu u człowieka rozumnego nie dokonał się w jednej chwili. To był proces stopniowego udoskonalania, który trwał miliony lat i dotyczył miliardów istot, w których ciałach zachodziły mikro zmiany, prowadzące w konsekwencji do zaniku kłów i pojawienia się zębów trących, a nade wszystko innego ukształtowania szkieletu, ze szczególnym uwzględnieniem czaszki, w której nastąpił rozrost mózgu. Tak jak ludzki umysł nie jest w stanie ogarnąć myślą ogromów wszechświata, tak nie umiemy wyobrazić sobie tej wielkiej rzeszy istot, która urodziła się, rozwijała się i transformowała, a potem umarła pomiędzy wskazanymi wyżej dwiema formami rozwojowymi. O ile australopitek był bliższy małpy i zapewne zachowywał się podobnie jak one, o tyle już człowiek zręczny (Homo habilis) i wyprostowany (Homo erectus) bliżsi byli postaci Homo sapiens. Cała nasza wiedza na ten temat opiera się na rekonstrukcjach i znaleziskach z różnych obszarów, przede wszystkim z Afryki i Azji, gdzie wiódł szlak pierwotnych migracji i kolonizacji. To jest droga od homonidów, takich jak Sahelanthropus tchadensis sprzed siedmiu milionów lat, do człowieka współczesnego, który zatoczywszy koło ewolucyjne nie przestał mordować, zabijanie czyniąc – tak jak formy prymitywne – istotą rozwoju i zdobywania nowych terytoriów. Kiedy dzisiaj patrzymy w puste oczodoły zrekonstruowanych czaszek istot człekokształtnych, widzimy w nich śmierć i przemoc, przerażenie i grozę egzystencji w nieprzyjaznym świecie, ale też symboliczny wymiar trwania, przekazywania sobie coraz doskonalszych genów i zmieniania się w czasie. Jak by nie patrzeć na ludzi i jak by ich nie klasyfikować, należą do Królestwa Zwierząt, a przy tym są strunowcami, kręgowcami i ssakami. Choć inne zwierzęta w ograniczony sposób posługują się narzędziami (kruk wydobywa patykiem larwy ze spróchniałego drzewa, ptaki drapieżne zrzucają kamienie na duże jaja, a ośmiornice i niektóre ryby potrafią wykorzystywać wraki statków do polowań), to tylko ludzie stworzyli kulturę i sztukę. Zaczynając od niezdarnych malowideł na ścianach jaskiń i barwienia twarzy ochrą, tworząc niezgrabne, paleolityczne figurki Venus, doszli przedstawiciele naszego gatunku do wielkich fresków w świątyniach, do obrazów doskonale oddających osobowość władców i błaznów, wielkich dam i kurtyzan. Pierwotne wyobrażenia antylop i lwów zastąpiły obrazy Rembrandta i Moneta, a rzeźby Michała Anioła czy Berniniego stały się emblematami ludzkiego geniuszu. Stojąc przed wyobrażeniem Dawida z białego marmuru, kontemplując obrazy braci Van Eycków, Caravaggia czy Hoppera, warto pamiętać o tym jak wielki krąg zatoczyła ludzkość od czasów pojawienia się pierwszych australopiteków i przedstawicieli rodziny naczelnych określanych mianem Hominidae.

SIKORA UBOGA

Foto. Steffen Hannert/Wikimedia Commons

Foto. Steffen Hannert/Wikimedia Commons

Na początku stycznia zaobserwowałem sporo stad sikor ubogich (Poecile palustris), nazywanych też szarytkami, błotniczkami lub sikorami trzcinnymi. Zwykle prawie niedostrzegalne, prowadzące samotniczy tryb życia, jak wiele wróblowatych, łączą się w stada i dają się długo obserwować. Zaopatrzony w lornetkę, podchodziłem je na jakieś dwadzieścia kroków i z przyjemnością obserwowałem jak przeskakują z gałązki na gałązkę albo jak wstrząsając się (charakterystyczna cecha wszystkich ptaków z grupy Paridae, czyli sikor) sondują przestrzeń dookolną. Ich życie to nieustanny ruch, ciągłe podskoki i przekrzywienia głowy, a potem szybkie, krótkie przeloty do sąsiedniej kępy, na gałąź pobliskiego drzewa, ku jakimś płotom, rynnom, dachom i kominom. Stara mapa ornitologiczna brytyjskiego przyrodnika Alfreda Russela Wallace’a z 1895 roku wskazywała, że sikory te zamieszkują całą Eurazję, ale dokumentowała też rozdzielenie najgęstszych areałów występowania w południowej Europie oraz na pograniczu Mongolii i Mandżurii, spowodowane zapewne ostatnim najsurowszym zlodowaceniem. Szarytki są niewielkimi ptakami, wielkości modraszki, z charakterystyczną czarną „czapeczką” na głowie i takim samym „języczkiem” na podgardlu. Mają też białe „policzki” i krótki, czarny dziób, a ubarwienie piór jest szarawe, czasem kremowe. Szarytka niewiele różni się od swojej krewnej czarnogłówki (Poecile montanus), jej piórka na skrzydłach układają się w misterne linie, a pazurki mają niebieskawy odcień, współgrający z tonami barwnymi upierzenia i puchu. Po zimie można ją spotkać przede wszystkim na skraju lasów mieszanych, w parkach i na cmentarzach, na których nasadzono zróżnicowaną roślinność. Żywi się owadami, które często ściga w locie i wydobywa zza załomów kory drzewnej, a także skruszałymi na mrozie owocami i jagodami. Zwinna i ruchliwa, częściej słyszana niż obserwowana, unika siedzib ludzkich i preferuje pustkowia z piętrową architekturą krzew i drzew. Przyglądałem się stadu sikor ubogich dosyć długo i zauważyłem jakąś dziwną osobność wszystkich ptaków w stadku, jakby połączyły się tylko od niechcenia, jakby już rwały się do tego, by się rozdzielić i poszybować ku swoim stałym areałom lęgowym.

KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (XVI)

0_0_productGfx_9673548c7bffe3a231318e4e37e2e9ce-horz

Literacka Nagroda Nobla przyznana w 1983 roku Wiliamowi Goldingowi spowodowała, że jeden z najwybitniejszych pisarzy angielskich zaczął wreszcie funkcjonować w obiegu kulturalnym w Polsce. Do ledwie trzech wydanych w naszym kraju przed Noblem powieściach – Władcy much (1967), Siłą bezładu (1970) i Wieży (1966) – wydawcy w krótkim czasie dorzucili: Widzialną ciemność (1986), Boga Skorpiona (1988) i Papierowych ludzi (1988). Pod koniec 1989 roku na ladach księgarskich znalazła się także wczesna powieść Goldinga pt. Spadkobiercy. Niestety przez długi czas czytelnik polski nie mógł zapoznać się z jedną z najciekawszych i najważniejszych powieści angielskiego prozaika – Rites of Passage (1980) – która w dużej mierze przyczyniła się do przyznania Goldingowi Nagrody Nobla. Ukazała się dopiero w 1994 roku, z dziwnie zmienionym tytułem (Ryty przejścia zamieniono na Rytuały morza). Udostępniono też w języku polskim: Pinczera Martina (Chytrus, 1995), Piramidę (1995), Ruchomy cel (1997), Twarzą w twarz (1995), Piekło pod pokładem (1995) i Dwoisty język (1997). Publikacje te dały wyobrażenie o geniuszu pisarskim Goldinga, zmagającego się przez wiele lat z krzywdzącymi opiniami, z których najbardziej kuriozalna była ta, iż jest ledwie lokalnym brytyjskim zjawiskiem, kompletnie bez znaczenia.

Trafiający do rąk polskiego czytelnika blisko trzydzieści pięć lat od momentu wydania w Anglii „Spadkobiercy”, są figuralną opowieścią o grupie Neandertalczyków, przemieszczających się z miejsca na miejsce, poszukujących pożywienia i „żerujących” na obrzeżu wielkiego tektonicznego uskoku, tuż przy przepływającej rzece, naprzeciw wyspy, z której w pewnym momencie nadejdą przedstawiciele gatunku homo sapiens i spacyfikują, istoty stojące niżej w rozwoju. Golding dokumentuje stopniowy rozpad grupy, wystawianej na liczne niebezpieczeństwa, zmuszonej do polegania jedynie na własnych siłach, wyostrzonym węchu i instynkcie przetrwania. Zwykłe zapalenie płuc, po upadku do zimnej wody powoduje śmierć najstarszego Neandertalczyka i jednocześnie wyznacza na przewodnika grupy młodzieńca – Loka. Spadkobiercy to pociągająca, w warstwie wizualnej i treściowej, opowieść o rodzeniu się świadomości. Myślący „obrazami” Neandertalczycy zaczynają w pewnym momencie kojarzyć i łączyć fakty, gesty oraz zdarzenia. Niepojęte dla nich zachowanie przedstawicieli homo sapiens, rodzi w nich, z jednej strony, niezrozumiały egzystencjalny niepokój, a z drugiej strony – każe im podglądać intruzów i   naśladować ich ruchy. Z tego właśnie naśladownictwa zrodzi się pierwsza myśl, która nie będzie już swobodnym obrazem, lecz jakby zaczątkiem abstrakcji. Pień na rzece przestanie być pniem i nabierze cech łodzi, a konar przerzucony nad przepaścią stanie się mostem. Najcenniejszy w opowieści Goldinga jest swoiście zrekonstruowany mechanizm „myślenia” i postrzegania Neandertalczyków, odtworzony z nieomal naukową dociekliwością i wiernością. Późniejsze odkrycia naukowców w pełni potwierdziły słuszność takiej właśnie metody przedstawiania sensualnych i manualnych zachowań Neandertalczyków. Golding w przekonujący sposób załatał słynną dziurę generacyjną pomiędzy Neandertalczykami a ludźmi, i choć wciąż – w głównych zrębach – jest to jedynie hipoteza, to przyznać należy, iż pociągająca i zniewalająca swoją sugestywnością. Przejście od analizy obrazu, snu, marzenia, do analizy ciągu obrazów, ich syntezy i umiejętności wyciągania wniosków z popełnianych błędów, jest dla Goldinga znakiem budzenia się osobniczej i grupowej samoświadomości. Członkowie grupy, wszyscy razem i każdy z osobna „pracują”, swoim zachowaniem, swoimi losami, często tragicznym końcem życia, na rzecz samoświadomości ostatniego z nich – Loka. Jego samoświadomość nigdy nie obudziłaby się i nigdy nie czułby on bólu rozdzierającego trzewia, gdyby nie zachowanie jego współtowarzyszy, noszących imiona będące morfemami. Odnosząc egzystencję grupy Loka na płaszczyznę językową, można powiedzieć, iż tak jak w języku, poszczególne losy postaci, i znaczenia morfemów je nazywających, łącząc się najpierw w świadomości zbiorowej, a potem w świadomości ostatniego przedstawiciela tej zbiorowości, tworzą nowy sens. Tak powstaje wyraz, który znaczy już coś innego, niż dwa, albo trzy oderwane od siebie morfemy. Owa analogia wcale nie jest zbyt odległa, gdyż Golding dużą wagę przywiązuje do języka Neandertalczyków i sposobu komunikowania się między nimi. Rekonstruując język tych pierwotnych mieszkańców planety, dociera angielski pisarz jakby do samej istoty „porozumienia”. Niestety już tutaj, u samego początku, już w momencie łączenia się swobodnych morfemów w desygnaty znaczeniowe, odnajduje Golding pogłos tajemniczego krzyku, echo fałszywych dźwięków, coś jakby chrobot nieustannie mielących materią sił.

Tak przypowieść Goldinga dotyka – jak w każdej jego narracji – problematyki zła, nieustannej ingerencji mrocznych sił w życie człowieka. Zło towarzyszy zarówno grupce Neandertalczyków, żyjącej w wilgotnych lasach i słabo oświetlonych jaskiniach, jak i grupie łowców, która wyprawiła się na te groźne tereny. Zarówno jedni, jak i drudzy są dla siebie synonimem bestialstwa, grozy i zła. Golding ukazuje, jak owe mroczne siły ustawiają ludzi i Neandertalczyków naprzeciwko sobie, jak każą im patrzeć złowrogo na siebie, jak niewinne przywłaszczenie niemowlęcia staje się pretekstem dla uruchomienia całej lawiny zdarzeń, w których ból i krew, strach i śmierć są nieodzownymi atrybutami. Spadkobiercy to zatem opowieść o złu u samego jego zarania, to narracja o tworzeniu się i kształtowaniu rozległych struktur nienawiści. W formowaniu tych struktur biorą udział – według angielskiego pisarza – wszystkie elementy postrzeganej rzeczywistości – groźna widmowa przyroda, w tamtej rzeczywistości tak niezrozumiała, tak tajemnicza i trudna do pojęcia, istoty wypływające z mgły i ciemności, pnie drzew wykorzystywane do pływania po rzece, sępy, hieny, groźne drapieżne koty, czyhające na każdym kroku, a wreszcie ci, którzy nadchodzą. W łańcuchu ewolucyjnym stają się nową siłą, a Neandertalczycy powoli stają się ogniwem ginącym w czarnym mule czasu. Zło w Spadkobiercach zdaje się być jeszcze nie w pełni wykształcone, nie wykorzystuje wszystkich swoich możliwości, ale już wtedy, w zamierzchłej przeszłości odsłania swoją drapieżną logikę i krwiożerczy instynkt. Od Władcy much poprzez Spadkobierców biegnie ciąg fascynujących Goldingowskich fresków. Te obrazy, niczym cząsteczki atomów, składają się na swoisty spektralny obraz zła. Zła na przełomie dziejów – od prahistorii poprzez epoki historyczne, do współczesności. I choć zmieniają się pejzaże i zabudowa przestrzeni, choć coraz to inne maski zakładają postaci z tych powieści i choć zmienia się ich język oraz sposób postrzegania rzeczywistości, niezmienne pozostają we wszystkich utworach angielskiego pisarza tropy wiodące ku złu. Zostaje ono w tej powieści odarte z atrybutów symbolicznych, ale już tutaj pojawia się też określenie „diabeł”. Wskazuje ono, iż już w prehistorii ludzie wyczuwali, iż zło ma charakter osobowy, jest personifikacją niegodziwości i nienawiści i istnieje realnie. Przedstawiciele homo sapiens przenoszą nawet jego właściwości na poszczególne elementy przestrzeni i z nią je porównują, jak choćby żeglarz Tuami, który patrząc na skradzione niemowlę Neandertalczyka, a potem przenosząc wzrok na niknący horyzont, obdarza przestrzeń symboliką, w której jest i smutek egzystencji i lęk przed nieznanym, a wreszcie – dotykalna szorstkość materii zła: Trzymając w mocnym uścisku kość słoniową i walcząc z ograniczającą go sennością Tuami utkwił wzrok w długiej linii ciemności. Ciągnęła się w dali, oddzielona   od nich bezmiarem wód. Siedząc przy żaglu wpatrywał się z uwagą przed siebie, chciał bowiem zobaczyć, co znajduje się na drugim końcu rozlewiska, ale było to tak daleko i woda lśniła tak oślepiającym blaskiem, że nie mógł dojrzeć, czy linia ciemności ma gdziekolwiek swój kres. W pewnym sensie ów kończący Spadkobierców obraz jest symboliczny dla całej twórczości Wiliama Goldinga i jego wieloletniego, uważnego wpatrywania się w zło…

 ___________

Wiliam Golding, Spadkobiercy, Tłum. z jęz. ang. R. Grzybowska, Czytelnik, Warszawa 1996, s. 202.

ORNITOLOGIA ULICZNA

Ptaki pojawiają się stale w przestrzeniach naszego życia – żywe, przeskakujące z gałęzi na gałąź, zawisające na wysokim konarze i zalatujące na trawniki w poszukiwaniu pożywienia. Ale pojawiają się też w dziesiątkach innych sytuacji, przede wszystkim związanych z nazewnictwem. Oto jedna z sfer onomastycznych, w których odgrywają ważną rolę, stając się podłożem symbolicznym dla ludzi żyjących na ptasich ulicach. Czy tacy obywatele mają jakieś cechy krucze, gołębie czy orle? Śmiem wątpić, chociaż zdarzało mi się spotykać osobników o orlim wzroku, sępim spojrzeniu i wroniej przebiegłości, znam też jednego pijaka z ulicy Indyczej, który po wypiciu paru głębszych staje się czerwony na twarzy i autentycznie gulgocze…

 

???????????????????????????????

12

imageskaczki

« Older entries Newer entries »