SEN XXXI

z16215248IH,Cola

Hiacynt usiadł okrakiem na krześle w pustym pokoju. Zamknął oczy, zalepił pszczelim woskiem uszy i powędrował w głąb siebie. Otwierał kolejne drzwi i wchodził do przestronnych hal. Nie było w nich okien ani mebli, ściany były gładkie jak szkło i wszystkie w kolorze białym. Szedł równym krokiem i czuł jak oddala się od ciała. Nagle stanął, bo poczuł na sobie badawcze spojrzenie. Światła zgasły i ciemność spowiła całą salę, jego wzrok szukał punktu zaczepienia, ale nie udawało mu się przeniknąć mroku. Spojrzenie prześwietlało go na przestrzał, jednocześnie skanując jego całość i każdą cząstkę z osobna. Chciał się odezwać, ale nie znał słów i nie potrafił poskładać ich w zdania. Był cząstką jakiejś czarnej rzeczywistości i nie było go w niej wcale. Ogarniała go apatia i zniechęcenie, trwał nie mogąc już iść do przodu. Lekko lewitował i opadał na podłogę, znowu unosił się i znowu opadał. Jakiś niewidzialny oddech poruszał nim bezszelestnie. Z ciemności przypłynęła myśl Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie… To nie było pytanie i nie była to odpowiedź, nie był to szept ani krzyk, nie była to informacja skierowana do niego, tylko myśl Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie… Nagle coś drgnęło i hale, w odwrotną stronę, zaczęły przechodzić przez jego świadomość. Białe, puste, bez okien i sprzętów. Hiacynt wstał z krzesła i podszedł do drzwi, pchnął je lekko i wszedł do następnego pokoju. Przemierzył go szybko i stanął przed ogromnymi wrotami. Bez wahania przestąpił je i zobaczył za nimi morze falującej krwi. Wszedł powoli w głębinę i stracił poczucie czasu. Nie czuł niczego, bo krew nie miała smaku, ani zapachu, oblepiała go, a zarazem izolowała od tego, co na zewnątrz. Słyszał w sobie cichy szept Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie..Pił krew nie pijąc, ssał nie ssąc, dotykał nie czując. Zorientował się, że leci w dół – głębiej i głębiej, coraz szybciej, coraz dalej. Próbował chwytać się czegokolwiek, ale przestrzeń wokół niego była przejrzysta i bezkształtna. Nagle wszystko ustało, a krew bezszelestnie wpłynęła z powrotem do żył.

z16214290IH,Black-and-Tan
Otworzył oczy, których nie miał i zobaczył wielką, rozległą równinę. Tuż przy nim chwiały się lekko wyniosłe mięsne rośliny, czerwono-błękitne płuca napełniały się powietrzem i ulatywały w górę, coraz wyżej i wyżej. Wątroby falowały niczym podwodne gąbki i wypuszczały z otwartych porów fioletowy dym. Na długich łodygach kołysały się wyniośle pulsujące serca. Hiacynt chwycił jedno z nich, ale z piskiem zapadło się w sobie i znikło. Pod nogami, których nie czuł, chrupały mu gałki oczne i małżowiny uszu. Jego penis prężył się boleśnie bez powodu, jakby za chwilę miał pęknąć, jakby miał trysnąć galaretowatą energią. Uderzył go kantem dłoni, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Penis kwiknął po ludzku, zmalał i opadł niczym flak kiełbasy. Po chwili zanikł całkowicie i znalazł się w środku Hiacynta. Pomiędzy jego udami była teraz wyrwa, a z niej wypływała krew. Wsadził do niej palec i poczuł gwałtowne ciepło, rozlewające się w nim. Poruszył raz i drugi, a potem zaczął rytmicznie wsuwać i wysuwać palec. Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie… coś łasiło się w nim, coś wypełniało go uczuciem radości, ostatecznego spełnienia. Zdawało mu się, że biegnie przez pola i lasy, przelatuje nad górami, widzi jeziora i rzeki, drogi i kolejowe tory.

dsi_scan_monkey_brain_structure
Było mu dobrze i poczuł się jakby nagle odnalazł swoje miejsce – gdzieś tam w dali połyskiwała gwiazda. Skierował się ku niej, a im był bliżej tym wyraźniej widział, że to jest coś innego, okrągłego jak słońce, ale znacznie mniej lśniącego. Gdy zbliżył się jeszcze bardziej, zobaczył, że ma przed sobą lustro. Spojrzał i struchlał z przerażenia, bo jego penis pojawił się teraz na głowie, rozdwojony i skręcony jak baranie rogi, wystawał po obu stronach czoła. Wątroby i serca zaczęły lekko falować, a z nieba padać zaczęły coraz gęściej krople krwi. Obmywały ciało, którego nie miał i zbierały się w przestrzeni niczym bańki powietrza. Zapragnął usiąść w łodzi i ta wypłynęła z nicości. Poruszał lekko wiosłem i oddalał się w sobie, lekko, lekko, delikatnie oddalał się w sobie. Mijał cukrowe rafy i poruszające się stale ukwiały żył, świadomość chwiała się w nim lekko, lekko, delikatnie i oddalała się od niego. Wiosłował bez wysiłku i wpatrywał się w czeluść przed sobą. Raz za razem wypływały z niej wodniste, świetliste, miękkie jak ameby kształty. Wielki koń z rozwianą grzywą, otwarty fortepian, stada dzikich gęsi wydłużające szyje i gęgające krzykliwie, rytualna maska z Wybrzeża Kości Słoniowej, tramwaj oświetlony jak choinka, a nawet wzbijający się w górę jumbo jet, wielki niczym skrzydlaty płetwal. Wizje przepływały przez niego i on przepływał przez wizje, ale jednocześnie zostawały w nim i krążyły w myślach niczym samoloty, czekające nad lotniskiem na pozwolenie, na lądowanie. Dookoła wirował zmysłowy szept… Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie…

BEZ IMIENIA…

skanowanie0001

Krzysztof Kamil Baczyński był przedstawicielem młodzieży AK-owskiej, która z wielką werwą i pasją odpowiedziała na wezwanie władz konspiracyjnych, by powstać z klęczek i rzucić się z bronią w ręku na Niemców. Była to rozpaczliwa próba powstrzymania Stalina i rozlania się komunizmu w Polsce – ostatni w pełni romantyczny zryw, podjęcie walki z czerwonym kolosem, od samego początku skazanej na porażkę. Zatrzymać Rosjan znaczyło najpierw pokonać hitlerowców, z koktajlami Mołotowa w rękach, z marnymi karabinami i pistoletami uderzyć w przeciwnika, który miał najnowocześniejsze czołgi, działa, transportery, dysponował lotnictwem i wielkim wsparciem logistycznym. Jakkolwiek by nie oceniać dzisiaj decyzji o rozpoczęciu walk, był to ogromny patriotyczny zryw i potwierdzenie, że naród polski zdolny jest do niewyobrażalnego wprost bohaterstwa. Pośród powstańców niczym szczególnym nie wyróżniał się niewysoki blondyn, ubrany w szarą marynarkę, czasem okrytą zdobyczną panterką. Nazywał się Krzysztof Kamil Baczyński i był synem znanego krytyka i literaturoznawcy, autora licznych książek, przedwcześnie zmarłego w wieku zaledwie czterdziestu dziewięciu lat. W świadomości społecznej autor Z głową na karabinie funkcjonuje jako patron ulic, szkół, dość mgliście prezentowany w podręcznikach i prasie, tragicznie zmarły poeta powstania warszawskiego. Dopiero lektura biografii Wiesława Budzyńskiego pt. Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila odsłania nieznane karty życiorysu tego wspaniałego twórcy, wybitnego syna polskiej ziemi, który swoją młodość i przyszłość złożył w ofierze ojczyźnie. Ogromna dociekliwość autora dała zaskakujące efekty i odsłoniła wiele nieznanych faktów, epizodów, które przechowali w swojej pamięci ludzie bezpośrednio związani z Baczyńskim. Zaletą książki jest zatem jej wielowarstwowość i pulsacyjność, nieustanne krążenie wokół zdarzeń i oświetlanie ich z różnych stron. Autor rezygnuje z rozbudowanych komentarzy, buduje narrację z dokumentów i wspomnień, a ostateczną interpretację pozostawia czytelnikowi.

Wreszcie dysponujemy wiarygodną i pełną szczegółów opowieścią o miłości do Barbary Drapczyńskiej, którą poeta poznał przypadkowo i nieomal od razu pokochał. To narracja o uczuciu, które dojrzewało w młodych ludziach i znalazło swój finał przy ołtarzu kościoła na Solcu. A przecież wiele było niesprzyjających okoliczności – to był przecież czas wojny, wyraźnie zarysowała się nieprzychylność matki dla wybranki Krzysztofa, a nade wszystko skromne warunki materialne, mogły im stanąć na przeszkodzie – wszystkie trudności zostały wszakże pokonane dzięki żarliwemu uczuciu i poświęceniu. Powstanie warszawskie rozdzieliło ich bezpowrotnie, a po tragicznej śmierci poety, jego żona także zmarła nagle 1 września 1944 roku, trafiona w głowę odłamkiem szkła. Uwielbiała jego poezję i wierzyła w ogromny talent, jak mogła wspierała go, a rozkwitające stale uczucie znalazło swoje odzwierciedlenie w listach i wierszach. Koledzy i koleżanki ukrywali przed nią prawdę o śmierci męża, ale przecież w końcu to do niej dotarło i musiała się pogodzić z nieuchronnością zdarzeń. Nie była kobietą szczególnie piękną, ale miała ogromny urok osobisty i znajomi wielokrotnie podkreślali, że znakomicie pasowała do delikatnego blondynka, jakim był jej ukochany. Jakże trudne musiało być dojrzewanie tego chłopaka, który miał zaledwie osiemnaście lat w chwili wybuchu II wojny światowej, a potem musiał przechodzić w przyspieszonym tempie kolejne etapy dorosłości, łącznie z zabijaniem wrogów. Przeżywał to boleśnie i jego wrażliwa natura buntowała się, nie godząc się na taki kształt świata, w którym przyszło mu uczestniczyć. Jego poezja odzwierciedla grozę chwil ostatecznych, gdy nadwrażliwość wyrywa się ku pięknu świata, a rzeczywistość bitewna nakazuje strzelać do innych bytów, obcować pośród trupów i zbezczeszczonych szczątków dawnych przyjaciół, dowódców, towarzyszy broni. Z tego zderzenia powstały wiersze, które na zawsze weszły do skarbnicy poezji polskiej, a jej porównania do zwiewności liryki Juliusza Słowackiego nie były bezpodstawne.

 Wiele kart swojej książki Budzyński poświęca sprawie śmierci Krzysztofa, która miała miejsce 4 sierpnia 1944 roku. Początkowo podawano informację, że został on trafiony przez niemieckiego strzelca wyborowego na wieży warszawskiego ratusza, ale Budzyński przekonująco udowadnia, że miało to miejsce w pałacu Blanka, w godzinach popołudniowych. Tylu młodych ludzi wtedy ginęło, że w relacjach zaciemniono okoliczności śmierci poety, przywołując zdarzenia z ratusza i utożsamiając jego tragedię z podobnymi incydentami, związanymi z kimś innym. Ostatecznie relacje osób, które były przy śmierci Krzysztofa i jego pochówek na tyłach wskazanego wyżej pałacu, a potem ekshumacja, potwierdziły tę wersję zdarzeń. Poeta został trafiony kulą dum-dum, która zmasakrowała jego głowę, odsłaniając fragment mózgu, co praktycznie nie dawało mu szans na przeżycie. Próbowano go ratować i sanitariuszki wykazały ogromne poświęcenie, ale niczego nie mogły zrobić. Po wojnie ciało Baczyńskiego wyjęto z prowizorycznego grobu, a rozpoznane przez matkę po medaliku, zostało przeniesione na wojskowe Powązki, gdzie spoczął obok swojej żony. Tak kończyła się biografia jednego z najzdolniejszych poetów okresu wojny i okupacji, którego talent już wtedy dostrzegli tacy pisarze jak Iwaszkiewicz, Andrzejewski czy Miłosz. Ten ostatni po latach dość nieprzychylnie potraktował dawnego kompana, ukazując go jako chorowitego astmatyka i kładąc nacisk na jego żydowskie pochodzenie (Cz. Miłosz, Abecadło, s.60–62). Trudno rozstrzygnąć czy Baczyński rzeczywiście w tak dramatyczny sposób przeżywał to, że nie brał udziału w ruchu oporu w getcie warszawskim, ale faktem jest, że już w szkole angażował się po stronie Żydów i brał nawet udział w bójce obronnej, spowodowanej wyśmiewaniem się z jednego z kolegów wyznania mojżeszowego. Budzyński pokazuje także dochodzenie Krzysztofa do ogromnej wrażliwości poetyckiej, jego wyprawy do Dalmacji, w Tatry, lekturę ważnych książek, przyjaźnie literackie i wpływ znamienitego ojca. Wszystko razem spowodowało, że zaczął on pisać wiersze, w których pojawił się romantyczny zaśpiew i nowoczesne narzędzia obrazowania, liczne zderzenia metaforyczne i oksymorony, a nade wszystko niespotykana plastyczność świata. Wspaniała monografia Budzyńskiego powinna znaleźć się w każdej bibliotece i stać się lekturą obowiązkową dorastającej młodzieży polskiej, w tych trudnych latach kapitalizmu szukającej swojej drogi i przewodników duchowych. Jednym z nich może być Krzysztof Kamil Baczyński – poeta i żołnierz, wielki patriota i symbol pokolenia, które odchodziło na zawsze w jakże tragicznej chwili bez imienia

 ______________

Wiesław Budzyński, Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila, Wydawnictwo M, Kraków 2014, s. 336.

* * *

Błyskawica-blog (z Wiki)

Nadeszły burze, wieczorne niebo zasnuwa się granatowymi chmurami, a potem błyskawice rozświetlają co chwilę mrok. Potężne uderzenia gromów przypominają mi o sile i grozie natury, o nikłym znaczeniu każdego biologicznego tworu, o chwilowości i fragmentaryczności bytu. Człowiek musi tak porządkować swoje życie, by zamykać pewne etapy, a potem ruszać ku następnym wyzwaniom. Poza śmierć nie przejdzie się z wielkimi domami, apartamentami, bibliotekami książek i płyt, zgromadzonymi kolekcjami znaczków pocztowych, drogocennych kamieni czy muszli. Chwila ostateczna zminimalizuje wszystko i ludzki proch przywróci kosmosowi, domknie krąg od narodzin, poprzez wzrastanie, aż do rozpadu. Patrzę przez okno jak kolejne pioruny uderzają w dalekie punkty wysokościowe, jak przybliżają się i oddalają. Myślę o wielu zadaniach, które na mnie czekają, o pracach rozpoczętych i domagających się ukończenia, a nade wszystko o tych, które są moim marzeniem i wielką tęsknotą. Czym byłoby życie bez takich pragnień, kim byłby człowiek, gdyby nie stawiał sobie celów ponad siły. Wielkie nawałnice ucichną, chmury rozsuną się, błyskawice zgasną i nadejdzie nowy dzień.

FIKOŁ I CZAD

Sławek Michorzewski

Sławek Michorzewski

Uczestnicząc żywo w życiu literackim wciąż nie przestaję się dziwić wewnętrznym siłom kreacyjnym, które każą stale nowym twórcom podejmować trud autopromocji, dochodzenia do sytuacji rozpoznawalności w regionie, w kraju – a na najwyższym poziomie – w świecie. Szczególnie w niewielkich środowiskach obserwować można różnorakie strategie w tym zakresie – od krzykliwości i zaczepności, atakowania pisarzy starszych generacji, podłączanie się pod określone grupy socjologiczne, aż po spokojną pracę w zaciszu mansardy i nagłe objawienie się z dużą mocą w różnych mediach. Po erupcji pisarskiej w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy w Bydgoszczy pojawiła się ogromna grupa rówieśnicza, akcentująca swoją obecność publikacjami w regionie i dalej, w różnych środowiskach lokalnych, aż po obecność w prasie ogólnopolskiej, czekałem z ogromnym zaciekawieniem na pojawienie się następców. W pewnym momencie zaczęło coś się dziać i jakieś nadzieje pokładałem w twórczości Jarosława Jakubowskiego, Pawła Skuteckiego, Grzegorza Kaźmierczaka czy Michała Tabaczyńskiego, ale po ciekawych inicjacjach twórcom tym nie starczyło sił by konsekwentnie podążać w kierunku literatury wysokiej czy choćby „wyższej”. Jakubowski rozmamłał swojej pisanie, niczego nie osiągnąwszy w poezji, zaczął imitować prozę, a w końcu wdał się w dość karkołomne realizacje teatralne, z których największy rozgłos zyskał dramat pt Generał. Niestety koszty takiego rozrzutu literackiego były ogromne, przede wszystkim artystyczne i polityczne i bydgoski dziennikarz znalazł się w sytuacji bardzo trudnej. Nie powiodło się też „ostre” wchodzenie do literatury Skuteckiego, Kaźmierczaka, a przede wszystkim Tabaczyńskiego, budząc na początku zaciekawienie, ale potem przede wszystkim zdziwienie i konsternację. Skutecki był zbyt ubogi myślowo, Kaźmierczak nie miał rozmachu i krztusił się w obrębie krótkich tekstów poetyckich, a Tabaczyński nie panował nad językiem literackim, co i rusz dokumentując w swoich książkach brak dyscypliny pisarskiej. Pisząc dużą monografię o twórcach Pomorza, Kujaw i Wielkopolski stanąłem przed sporym problemem, gdyż w przypadku starszych autorów stosowałem przede wszystkim selekcję pozytywną. Tutaj – czytając książki następców – byłem coraz bardziej zdegustowany, coraz więcej wątpliwości się pojawiało, a tomy takie jaki Slajdy Jakubowskiego czy Koniec zabawy w pokolenie Tabaczyńskiego burzyły jako taki ład, który pojawił się na początku ich działalności. Zadęcie i pseudoliterackie zarozumialstwo zastąpiły oryginalność i innowacyjność, a w zamian pojawiła się publicystyka, gazetowa doraźność, upolitycznienie, a potem napastliwość i brak wyczucia językowego.

skanowanie0002a
Jakże zatem ucieszyłem się, gdy nagle pojawił się Sławek Michorzewski, autentycznie oryginalny pisarz młodszego pokolenia. Moje zaskoczenie było tym większe, że autor ten od razu wręczył mi trzy obszerne książki prozatorskie, które przeczytałem jednym tchem, śmiejąc się czasem do łez i nie mogąc wyjść z podziwu nad sprawnością językową tego twórcy. O ile Tabaczyński od razu uderzał w patetyczne tony, wypowiadał wojnę całemu światu, histerycznie nagłaśniał jakieś opcje seksualne, o tyle Michorzewski rozprawiał się ze światem i polską rzeczywistością w języku i dowcipie. Te dwie, jakże różne postawy, dwie strategie wchodzenia do literatury były tak różne, tak antytetyczne, że lektura Michorzewskiego uwypukliła w mojej świadomości z ogromną mocą błędy i przewiny literackie autora Szkolnego atlasu apokalipsy. Tabaczyński wraz z moim byłym studentem polonistyki Michałem Karnowskim, zaczęli płodzić teksty o czymś, co wraz z kilkoma innymi młodymi twórcami nazywali „liberaturą”, a choć pomysł sam w sobie był ciekawy, to realizacje literackie wypadły słabiutko, żeby nie powiedzieć żenująco. Choć autorzy próbowali tworzyć podbudowę myślową, teoretyzować struktury językowe, dopełniać je jakąś dziwaczną filozofią słowa i wolności pisarskiej, wychodził z tego kociokwik na poziomie zabaw uczniowskich, w najlepszym przypadku studenckich. Oto fragment manifestu Karnowskiego: Liberatura mimo pozornego hermetyzmu, zaskakująco bliska życiu; w pościgu za marzeniem; cudownie naiwna; w opisie aspektów, które wymykają się opisowi, bezkompromisowa i szczera; była (ponieważ pokrewna praktyka literacka istniała od wieków) jest (dzieje się, choćby w tej chwili) i będzie (zawsze znajdzie się kilku „szaleńców”, dla których klasyczne formy są niewystarczające) nierozerwalnie związana z awangarda i całą wielką sztuką, która nas otacza. Doprawdy prace semestralne Karnowskiego lepsze były od tego dziwactwa, żeby nie powiedzieć bełkotu (w opisie aspektów, które wymykają się opisowi) i bezsensownego patosu (całą wielką sztuką, która nas otacza). Pustka myślowa została tu zakłamana niestylistycznym gadulstwem (w pościgu za marzeniem) i przekonaniem, że zostanie natychmiast zburzony jakiś ład, a to za sprawą powinowactw z awangardą, nie wiadomo jaką i gdzie tworzoną – a to z powodu przekonania, że jest się lepszym od innych, wtajemniczonym w rytuał wielkości, chwały i niepowtarzalności.

skanowanie0001a
Michorzewski jedną swoją książką kasuje tych panów i pokazuje im, że materia języka musi być dynamiczna, a wszelkie eksperymenty lingwistyczne powinny mieć odzwierciedlenie w realnym życiu. Opis tego fenomenu zacząć trzeba od powieści pt. Wspulnicy (u otwarte jest tu celowe), w której pojawiają się dowcipnie przedstawieni bohaterowie: Łysy i Długi. Dokonują oni napadu, który przeradza się w rodzaj farsy, raz to przypominającej duński film o gangu Olsena, innym razem przerysowany wodewil, by końcu stać się w jedną wielką satyrą na współczesne zagubienie człowieka, nieustannie pędzącego donikąd i żyjącego poza rzeczywistością. Michorzewski wypracował sobie formułę prozy bez ograniczeń stylistycznych, swobodnie podążającej do kolejnych zdarzeń i sytuacji. Ale elementem dystansującym autora od świata jest ironia, która nieustannie pojawia się w interakcjach i opisach. Największą wartością jest tutaj dialog, prowadzony językiem powszechnie używanym, a więc pełnym przekleństw i wulgaryzmów, ale mającym też niezwykłą dynamikę. Można by niektóre partie tej książki porównywać z Wojną polsko-ruską… Masłowskiej, można by wskazywać innych, starszych antenatów, ale przecież wyrazista jest tutaj też oryginalność autorska, umiejętność zawiązywania wątków i dowcipnego puentowania zachowań bohaterów. Łysy i Długi to idioci totalni, nie radzący sobie z logistyką napadu, ale też i postaci tragiczne, uwikłane bezsensownie w naszą współczesność. Bożek pieniądza i sukcesu jest dla nich tak ważny, że gotowi są nawet zabijać, choć podchodzą do tego w iście komediowy sposób. Tak robią farsę z napadu i ze swojego życia, ale pozostałe osoby, pojawiające się w powieści wcale nie są lepsze, też prezentują dezynwolturę na różnych poziomach. Czy to będą przypadkowo napadnięci podróżnicy, czy dyrektor banku, albo komisarz policji – wszyscy zostaną ukazani przez Michorzewskiego jako dziwacy i wykolejeńcy, a ich wybory mieć będą element dewiacji, histerycznego podejścia do życia. Każdy z nich mógłby stać się tutaj podstawą do osobnej analizy, ale spojrzenie ogólne każe ich oceniać podobnie, to przedstawiciele rzeczywistości, w której zachwiane zostały proporcje pomiędzy tym co dobre i złe, wartościowe i tandetne, a wreszcie piękne i brzydkie. Niosąc w sobie pęknięcie, potykając się o kolejne wyzwania, bohaterowie tej powieści popełniają stale nowe błędy i niszczą to, co na chwilę utrwalili w swoim świecie. Analizując czasem swoje chybione wybory, ograniczają się tylko do wykrzykiwania słów powszechnie uważanych za wulgarne, uciekają się do skrótów myślowych i zmniejszeń zakresu penetracji myślowych. Są durniami, którzy marzą o bogactwie i wielkości, nie radzą sobie z kolejnymi przedsięwzięciami, ale robią wokół nich tyle hałasu, że stają się one groteskowym zaprzeczeniem samych siebie. Rację ma Alicja Kucharczyk, która mówi: Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby wymyślić coś tak zakręconego. Rewelacja, odjechany ubaw. Ubaw, ale też i smutne dopowiedzenie, że w naszym świecie pełno jest pantalonów, pajaców i błaznów, którzy czują się Napoleonami i Alami Caponne w jednej osobie – koniec ich jednak jest taki sam jak starych lalek czy pluszowych misiów, na śmietniku, pośród innych zdegenerowanych cząstek ich świata.

skanowanie0003
Przystępując do lektury drugiej powieści Michorzewskiego – Cyrk – zapamiętałem zdanie z okładki, że jest to „literacki fikoł”, bo nie można tego utworu sklasyfikować jako konkretny gatunek. No i rzeczywiście jest to spory „fikoł”, ale przecież mający wszelkie cechy powieści, dynamicznej i rozpierającej ramy, wyposażonej we wszystko to, co w takich dziełach się pojawia. Jest zatem wartka akcja, są wyraziście nakreślone postaci, jest fabuła, która momentami rozmywa się i komplikuje, ale przecież za każdym razem wraca na swoje tory, dopełnia wcześniejsze wątki. Chociaż zakrój geograficzny jest tutaj znacznie szerszy, europejski, a nawet światowy, a towarzystwo międzynarodowe i akcja dotykająca Londynu, Antwerpii, Irkucka, elementem unifikującym jest cyrk, w którym mają miejsce niezwykłe wydarzenia. Wątek kryminalny jest najważniejszy, a kolejne zamachy, napady, akcje antyterrorystyczne układają się w ciąg błazeństw, których tyle obserwujemy w polskiej rzeczywistości. W takim rozumieniu powieść Michorzewskiego jest kpiną z nadętej państwowości i jej mechanizmów, to także ironiczny obraz przełomu wieków i komicznych postaci, które pragną być kimś wielkim, a kończą jako pensjonariusze domów wariatów, albo dogorywają na pograniczu jakichś struktur społecznych. Autor przypomina, że życie człowieka tyleż jest wzniosłe, co błazeńskie, a kolejne plany, akcje, marzenia, mogą w jednej chwili pęknąć jak bańka mydlana. Proza ta nie ma jednak ambicji dydaktycznych, raczej jest rodzajem zabawy samej w sobie, to jakby gra z czytelnikiem i ze samym sobą, to wskazanie jak dowolnie można przesuwać elementy narracyjne, a przy sporych umiejętnościach pisarskich, jak można z nich komponować całość. Ani Krzysztof Derdowski, jakby nie było bydgoski autor kilku mikropowieści i opowiadań, ani Jerzy Grundkowski nie mówiąc już o Kalinowskim, Myszkowskim czy Musiale, nie poruszali się w materii powieściowej z taką lekkością i gracją jak Michorzewski. Cyrk jest jego popisowym utworem, w którym widać wyraźnie jaką paletą środków ten autor dysponuje, jaką ma dynamikę pisarską i jakie odkrywają się przed nim perspektywy. Gdy Jakubowski czy Tabaczyński od razu uderzają w tony wielkości literackiej, puszą się jak pawie z powodu kolejnych wydań, autor Wspulników kpi sobie ze świata i z mechanizmów autokreacji. Jego sposób opowiadania to jakby napomykanie o tym, co się zdarzyło, to mnożenie zdarzeń i komentarzy, a wreszcie kumulowanie treści, które czytelnik odbiera jako rodzaj „przegięcia”, przerysowania, a nawet autoironii i autodestrukcji. Twórca panuje jednak znakomicie nad materią tekstu i w taki sposób gra z czytelnikiem i ze samym sobą, pozwala wątkom rozbiegać się dowolnie, ale potem tak prowadzi narrację, że wszystko zostaje genialnie zszyte, wszystko trafia na swoje miejsce. To są opowieści o nieudacznikach, którzy marzą o tym by być postrzegani jako profesjonalni bandyci, bezlitośni zabójcy, a choć fabuła każe tę powieść klasyfikować jako komedię kryminalną, to refleksja głębsza pozwala ją odnosić do innych przestrzeni życia, w których także roi się od zarozumialców i bufonów, przekonanych o swojej kosmicznej wyjątkowości. Nic by tak nie rozładowało sytuacji w każdej z tych przestrzeni jak komiczne zawołanie z końca powieści Michorzewskiego: Wszyscy, kurwa, ręce do góry… Gdy spadają maski z twarzy, gdy ludzie wariują ze strachu, a wreszcie gdy ich wielkie plany i kombinacje nabierają farsowego charakteru, pojawia się prawdziwe człowieczeństwo, rozpięte między strasznymi chorobami, cierpieniem i poczuciem niemożności. Tym wszystkim, którzy myśleli, że życie jest nieograniczonym kredytem, łatwą zabawą i chwilowym kaprysem losu, Michorzewski przypomina, że szybko popaść można w śmieszność, stać się cyrkowym klownem, który nie wiedzieć dlaczego znalazł się na scenie teatru, w ostatnim akcie Hamleta.

Po lekturze dwóch powieści z ogromnym zainteresowaniem sięgnąłem po Opowiadania bez puenty , tym bardziej, że na okładce znalazła się taka opinia Magdy Zielskiej: Michorzewski jak zwykle dał czadu. Dawno się tak nie uśmiałam. Przygody bohaterów, żyjących gdzieś między nami, wydają się nieprawdopodobne jak śnieg w lipcu, a jednak są to w większości historie z życia wzięte. Humorystyczny, naturszczykowski styl autora ma w sobie ogromną porcję niespotykanego uroku literackiego. Książka nietuzinkowa, godna polecenia. Do tego jeszcze znalazłem tam takie zdania Janusza Chabiora: Opowiadania dla ludzi o mocnych nerwach – bez puenty! Przeczytałem książkę Michorzewskiego od deski do deski z dwoma przerwami na sikanie w wagonie pierwszej klasy na trasie Warszawa – Bydgoszcz. Treść absurdalna, hardcorowa, śmieszna. Prawdę powiedziawszy nie lubię za bardzo zachwalania na okładkach książek i natychmiast ustawiam się na sztorc, zaczynam wybrzydzać i marudzić. Tym razem jednak nie mogłem niczego zarzucić osobom polecającym tę prozę, bo rzeczywiście łamie ona standardy w krajowej literaturze (Eryk Lubos) i jest sporym osiągnięciem autorskim, a także ważkim dopełnieniem dorobku literackiego naszego regionu. To opowiadania o życiu, takim jakie ono naprawdę jest, to zabawne wskazania ludzkiej śmieszności i znakomite wykorzystanie humoru sytuacyjnego. Ot takie zdarzenia jak te, gdy przyjeżdża na wieś w karetce pogotowia czarny lekarz, a gospodarz odciąga psa, wołając: Murzyn, kurwa, zaraz ci przypierdolę! Do budy, czarnuchu jebany! Lekarz myśli, że to przejaw ksenofobii i obraża się na wieśniaka, a dopiero interwencja narratora opowiadania wprowadza jako taki ład. Albo rozmowa Polaka ze Stanów z prostytutką w ciąży, która dopiero co została podpatrzona podczas wypróżnienia, a po chwili przyszła i zaproponowała seks w samochodzie. Dorzućmy do tego lekarzy dewiantów, którzy wystawiają zwolnienia studentom za przynoszony alkohol albo za obnażenie się i zatańczenie kółeczka z baletu Czajkowskiego. Takich sytuacji w tych opowiadaniach są dziesiątki, ale nie chcąc czytelnikom psuć zabawy, nie będę przywoływał kolejnych „fikołów”, skupię się na umiejętnościach narracyjnych i zmyśle obserwacji autora. Jeśli imitowanie literatury przez takich autorów jak Tabaczyński zdekodować można szybko w materii języka i stylu, o tyle Michorzewski jest świetnym polonistą i prawdę powiedziawszy w trzech obszernych tomach nie potrafiłbym wskazać miejsca, gdzie nadużył cierpliwości czytelnika. Zdania są dobrze skonstruowane, nie ma powtórzeń wyrazowych i jest niezwykła rześkość językowa, swoboda w prowadzeniu narracji, umiejętność zawarcia w jednym akapicie tego, co innym udaje się zrobić na kilku kartach. Także umiejętność obserwowania i natychmiastowego puentowania jest w tej prozie na wysokim poziomie, a uważny czytelnik szybko odkryje, że ma do czynienia z kimś, kto ma właściwy dystans do świata. Wielką przywarą Polaków, ciągnącą się od czasów romantyzmu i utraty niepodległości, jest nieustanne użalanie się nad sobą i ukazywanie się w glorii ofiary, Chrystusa narodów, Winkielrieda dziejów. Tymczasem jesteśmy dość dziwacznym narodem, nie potrafiącym zamanifestować swojej integralności pomiędzy Rosja i Niemcami i nie wykorzystującym znakomitego geopolitycznego usytuowania. Niestety to samo odnosi się do literatury, która od czasów Mickiewicza uderza w patetyczne tony, zachwala swoją wagę i znaczenie, a tymczasem jest taką samą, hermetyczną przestrzenią jak literatura słowacka, serbska, chorwacka, albańska. Cieszą zatem takie książki jak tomy Michorzewskiego, pisane na luzie, bez zadęcia i bufonady i zapowiadają nowy czas dla polskiej literatury, nowe otwarcie ludzi, którzy wchodzą w nową rzeczywistość bez kompleksów i ograniczeń, jakie dawało zakorzenienie w PRL-u. Warto czytać kolejne tomy tego autora i warto je konfrontować z aktualną produkcją jego rówieśników, gdyż pojawia się wtedy wyrazisty kontrapunkt i szersza perspektywa dla ewentualnych odniesień, wartościowań i ocen.

___________
Sławek Michorzewski, Wspulnicy, Wydawnictwo Poligraf, Bydgoszcz 2011, s. 236.
Sławek Michorzewski, Cyrk, Wydawnictwo Poligraf, Bydgoszcz 2012, s. 320
Sławek Michorzewski, Opowiadania bez puenty, Wydawnictwo Poligraf, Bydgoszcz 2013, s. 286..

ZIKKURAT W BORSIPPIE

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1.

Idę powoli pod górę aż do samego nieba
skąd Nimrod chciał strzelać z łuku
do bogów dwurzecza

przystaję przy zdruzgotanych murach
dotykam bolesnych pęknięć biorę
do ręki miał tysiącleci

podnoszę dłonie ku chmurom
a niewidzialny Nabu daje
mi glinianą tabliczkę

piszę na niej pierwszy wiersz
w historii ludzkości

dopełniam treścią opowieść
o synu Morduka i Sarapanitu

pośród ruin światyni E-zida patrzę
w głębiny czasu

2.

widzę maszerujące armie i płonące
pałace palmy naginane przez wiatr

i czarne rybitwy wzbijające się nad
tonie Tygrysa i Eufratu

rylec zagłębia się lekko w miękkiej glinie
obrazy suną szybko w świadomości
jak mijane głazy i cegły

dowódca straży ścina głowę
największego wroga żmija
kąsa stopę księżniczki

a zakrzywiony nóż
przecina aortę
zdrajcy

3.

płyną chmury nad strzaskanymi
wiekami i moje życie w tajemny

sposób dotyka nagle ruiny
zikkuratu

tak spotykają się chwile
z wiecznością

tak mija bezpowrotnie to co
dawno temu zapisano w

księdze przeznaczenia

Borsippa 2013

ŻÓŁTY OLEANDER

Bulwar Singera-horz

Kończę powoli pracę nad kolejnym zbiorem wierszy – Żółty oleander. To książka składająca się z tekstów powstałych w Kurdystanie, w środkowym Iraku i w Polsce, a to za sprawą dwóch ekscytujących podróży. Do Erbilu i As-Sulejmaniji pojechałem w 2011 roku, a w Bagdadzie i okolicach pradawnego Babilonu byłem w roku 2013. Wszystko za sprawą mojego wieloletniego przyjaciela Hatifa Janabiego, który pracuje w Uniwersytecie Warszawskim na arabistyce, a do tego jest znakomitym tłumaczem, który kulturze arabskiej przyswoił wiersze tak wybitnych polskich poetów jak Miłosz, Herbert czy Różewicz. To było niezwykłe zetknięcie z nowym kręgiem kulturowym i żywo od razu zareagowałem, pisząc notatki i wiersze, zapisując fragmenty do późniejszego opracowania. Zdumiewająca była też dla mnie erupcja liryczna w ostatnich miesiącach, kiedy to zacząłem sukcesywnie studiować przywiezione materiały i fotografie, a także czytać wiele książek o kulturze arabskiej. Po raz pierwszy stworzyłem tom liryków, zapisując najpierw tytuły, albo może hasła, które powinny pojawić się w tej książce, a potem sukcesywnie i konsekwentnie snułem wątki, szukałem metafor i wyrazistych symboli. Teraz, gdy tom jest już prawie gotowy, cieszę się, że powstał, bo jest już trzecim zbiorem w ciągu publikacji tego typu. Najpierw opublikowałem Bulwar Singera, po trzech wyjazdach do Stanów Zjednoczonych, potem nadszedł czas podróży do Chin, fascynacji ich kulturą i przeszłością, czego owocem był tom Sprzedawca skowronków, a teraz zbliża się czas wydania Żółtego oleandra, który swój tytuł wziął od krzewu, który rośnie w okolicach odnogi Eufratu, rzeki Szatt al-Hilla, a także w wielu innych miejscach Iraku. Po poezji pokoleniowej, którą tworzyłem w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, po wielu tekstach, które odzwierciedlały moje fascynacje symboliką kultury i sytuacjami granicznymi w życiu ludzkim, powstało wiele wierszy ukazujących inne kręgi kulturowe, a choć w zapisach bibliograficznych Biblioteki Narodowej umieszczane one są w obrębie szerokiego zbioru książek podróżniczych, to przecież są to także integralne teksty poetyckie, mówiące też wiele o mnie i świecie, w którym żyjemy.

OWADY

95ba5b19ac320c6f853ca8feb89b5841

Drzewa to wielkie, tajemnicze przestrzenie dla niewielkich owadów, dla ptaków, a nawet dla niektórych większych zwierząt. Szczególnie ciekawe są zdarzenia związane z bezkręgowcami i ptakami, spośród których te pierwsze postrzegają korę drzew tak samo jak ludzie traktują wąwozy górskie. Muszą pokonywać mniejsze i większe rowy, wpadają do rozległych jam, ukrywają się przed drapieżnikami za załomami zdrewnień, wreszcie – podążają do góry lub w dół, oplatają cały pień zygzakowatą trasą. Czasem pozostają w bezruchu przez wiele godzin i ożywiają się dopiero w nocy, innym razem, w pełnym słońcu dochodzą do szczytu najwyższej gałęzi i nie znajdując na niej oparcia, szybko podejmują decyzje o odwrocie. Podczas tych wypraw stają się pokarmem pełzaczy i kowalików, przysiadających na gałęziach sikorek, mazurków, drozdów i szpaków, albo też same polują na mniejsze istnienia. Z ich perspektywy ogromne dęby, mocarne osiki czy jesiony są traktem do nieba i drogą ku ziemi. Schodząc z grubego pnia, narażają się na nowe niebezpieczeństwa w trawie, pośród spróchniałej podściółki, ale wielu udaje się dotrzeć do innego drzewa i rytuał zaczyna się od nowa. Kiedyś ludzie przemierzali ogromne odległości, szukając zwierzyny, a podążając za mamutem, tygrysem czy nosorożcem, docierali do wielkich rzek i mórz, osiedlali się w górach i na równinach. Zawsze ich podążanie bliskie było mozolnemu pokonywaniu przeszkód przez owady, jakby podobna siła nakazywała im pchać się gdzieś daleko, gdzieś, gdzie czyhają groźne niewiadome. Przedstawiciele naszego gatunku nie rozumieli wielu mechanizmów przyrody, nie mięli pojęcia o wielkości kosmosu, ale instynkt podpowiadał im jak mają się zachowywać i jakie rozwiązania wybierać. Bezkręgowce też nie mają określonej wiedzy o zjawiskach fizycznych, chociaż jeśli latają, mogą mieć wyobrażenie o odległościach i rozległości świata, na którym przestrzeń drzewa jest ledwie cząstką innych dali. Byty pełzające nie wiedzą i tego, uparcie gdzieś dążą, polują albo tracą życie w ruchliwym ptasim dziobie. Przyglądając się dziesiątkom owadów, przeciskającym się przez wąwozy kory dębowej, przypomniałem sobie moje jesienne obserwacje kowali bezskrzydłych. Teraz one jeszcze są ruchliwe, pełne wigoru i życia, ale starczy, że zawieją zimne wiatry wrześniowe, a temperatura zacznie sukcesywnie spadać, wówczas wiedzione instynktem będą skupiać się w grupy i poszukają załomów, za którymi mogłyby przetrwać mrozy i lodowate powiewy. Tak samo cała ludzkość przyklejona jest do planety, tak samo szuka miejsc, gdzie mogłaby się schronić, podobnie jak te barwne owady, buduje chwilowe enklawy, które nazywa domem. Żyjąc w czasie, podlegając prawom metamorfozy, bezkręgowce i ludzie przemijają tak samo, giną po trochu w każdej chwili, manifestują swoje istnienie, które szybko przesuwa się ku nieistnieniu i całkowitemu rozpadowi.

ANDAMANY, SESZELE, MAURITIUS…

???????????????????????????????

Dzisiaj była dziwna pogoda, na przemian słońce i deszcz, co chwila zmiany, co godzina inne wrażenia wzrokowe, opady, roznoszący się zapach traw i silny oddech ulewy. Kilka razy wychodziłem z domu i z uwagą przyglądałem się niebu – po jednej stronie jaskrawy błękit, po drugiej tężejący granat. Promienie przedzierające się przez skłębione chmury, światła i ultramaryny w kałużach, głębokie czernie błot i zieleń roślin intensywniejsza niż zwykle. W pewnym momencie moją uwagę przykuły dalekie cumulusy, układające się warstwowo pod taflą granatu. Oświetlone nienaturalnie, jaskrawe i połyskujące w słońcu, zdawały się być oddzielone od przestrzeni, w której byłem. Przypomniały mi się natychmiast zapatrzenia z dzieciństwa, gdy graliśmy w piłkę na szkolnym boisku, a jerzyki i jaskółki świstały nad naszymi głowami, słychać było dalekie wołanie kukułki i terkotanie drozdów na pobliskim cmentarzu. Dostawało mi się wtedy od kolegów, że przystawałem czasem podczas gry i gapiłem się w niebo. Ale dalekie chmury były tak cudowne, tak kusiły swoją subtelnością, tak obiecywały, że kiedyś pod nimi stanę. Wyobrażałem sobie dalekie podróże, na Karaiby, albo na Wyspy Towarzystwa, na Bahamy lub Samoa Zachodnie, wreszcie na Andamany, Malediwy, Seszele i Mauritius. Widziałem oczyma wyobraźni jak wędruję brzegiem oceanu, czuję pod nogami sypki, biały piasek, a gdzieś daleko, nad płaszczyznami błękitu widać warstwy podświetlonych cumulusów. Ileż to godzin spędziłem nad kolejnymi numerami geograficznych pism „Poznaj Świat” i „Kontynenty” i jakże rozkoszowałem się zdjęciami dalekich wysp. Potem, po meczu, po pływaniu w jeziorze, po wyścigach rowerowych, zasypiałem w jednej chwili i znowu śniły mi się atole i rafy koralowe, nurkowałem pod wodą i cieszyły mnie barwy ryb, rozgwiazd i jeżowców. Dzisiaj, gdy w środku dnia stanąłem na osiedlu i po jednej stronie miałem niebo błękitne, a po drugiej granatowe, wszystko przypomniało mi się z jaskrawością kolorowego przezrocza. I jakże byłem szczęśliwy…

AMFORA Z ONYKSU

Konstandinos Kawafis, mal. Thalia-Flora Karavia (1926)

Konstandinos Kawafis, mal. Thalia-Flora Karavia (1926)

Odyseusz, najprzebieglejszy z królów, biorących udział w walce o Troję, autor pomysłu, by przy obleganym mieście zostawić ogromnego konia z drewna, został srogo doświadczony przez życie i antycznych bogów. Błąkał się przez dziesięć lat po morzach i wyspach, walcząc z jednookim Polifemem, stawiając czoła Lajstrygonom i Scylli, trafiając do wrót Hadesu w kraju Kimmeryjczyków, a potem będąc przez wiele lat więźniem zakochanej w nim nimfy Kalipso. Klątwę Posejdona znieść mógł tylko sam władca mórz i trzęsień ziemi, ale dzielny heros zmierzyć się musiał jeszcze z zalotnikami, którzy tłumnie oblegali jego dom i chcieli zagarnąć żonę – wierną i przebiegłą Penelopę. Ulisses wracał do Itaki, małej wyspy w archipelagu Jońskim, a jego wyprawa nabrała cech symbolicznych już w starożytności i stała się synonimem ludzkiego losu, nieustannego błądzenia i szukania wyjść, stawiania czoła zagrożeniom i walki o samego siebie. Bohatera Odysei charakteryzuje niezwykły spryt i przebiegłość, a jego pomysłowość wielokrotnie jest akcentowana w eposie i często ratuje z opresji zalęknionych towarzyszy. Homer wędrował drogami starożytnej Grecji, a będąc prawdopodobnie ślepym, korzystał z pomocy osób wskazujących mu drogę – tak docierał stale do nowych słuchaczy i zaczynał opowieść o królu Itaki: Muzo! Męża wyśpiewaj, co święty gród Troi? Zburzywszy, długo błądził i w tułaczce swojej/ Siła różnych miast widział, poznał tylu ludów/ Zwyczaje, a co przygód doświadczył i trudów! (przeł. L. Siemieński) Już wtedy Homer wywierał ogromny wpływ na myślicieli i zwykłych ludzi, przypadkowo siadających przy ognisku i słuchających jego patetycznych heksametrów. Począwszy od czasów odrodzenia zaczyna się jego triumfalny pochód przez kultury wielu krajów i kręgów kulturowych, a Iliada i Odyseja fascynują stale nowe generacje czytelników. Choć niewątpliwym problemem są przekłady – skorzystałem tutaj z utrwalonego w świadomości naszego kręgu kulturowego, archaicznego spolszczenia Siemieńskiego – ale wiele jest wersji słynnej apostrofy do Muzy i kolejnych ksiąg, spośród których najmniej ceni się te, opowiadające o losach syna Ulissesa – Telemacha (I–IV). Wskazywał to wielokrotnie Nikos Chadzinikolau, Grek przez wiele lat mieszkający w Polsce i autor kongenialnego przekładu, najwierniejszego oryginałowi.

Do Homera i jego arcydzieła o Odyseuszu trzeba stale wracać podczas lektury liryków Konstandinosa Kawafisa (1863–1933), jednego z najwybitniejszych twórców przełomu dwóch ostatnich wieków w Grecji i na świecie. Szczególnie odnosi się to do Itaki – wiersza, w którym krzyżują się wątki biograficzne i mityczne, styl epigramatyczny z prozatorską lekkością, symbolika z wielką metaforą człowieczeństwa. Na początku poeta udziela czytelnikom znaczących rad: Kiedy wyruszasz w podróż do Itaki,/ życz sobie, żeby długie było wędrowanie,/ pełne przygód, pełne doświadczeń. (Korzystam tu z przekładu Zygmunta Kubiaka) To przekonanie, że wędrówka jest wartością samą w sobie, może inspirować i dopomagać w próbach znalezienia sensu istnienia, to potwierdzenie, iż nieustanne przemieszczanie się generuje przygody, nowe doświadczenia, a potencjalne niebezpieczeństwa mają mniejszą wagę od tego, co stanie się udziałem wędrowca. Zło czyha na człowieka w każdej sytuacji i podróż rodzi takie same zagrożenia, jak trwanie w miejscu. Poeta przypomina tę zasadę i radzi: Lajstrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona/ nie obawiaj się. Nic takiego/ na twojej drodze nie stanie, dopóki/ myślą trwasz na wyżynach, dopóki wyborne/ emocje dotykają twojego ducha i ciała. Trzeba zatem żyć pełnią życia, w którym stale pojawiają się ekscytacje, trzeba podążać myślami ku wyżynom i wierzyć, że demony i upiory nie pojawią się na drodze, a gniewny Posejdon zajmować się będzie czym innym i nawet nie zauważy drobinki przemieszczającej się po morzach i lądach. Zresztą wszelkie takie fantastyczne twory pojawią się najpierw w wyobraźni i rodzą się w mroku ludzkich lęków: Lajstrygonów, Cyklopów, dzikiego Posejdona/ nigdy nie spotkasz, jeśli ich w tę podróż/ nie zabierzesz we wnętrzu twojej własnej duszy,/ jeśli własna twa dusza nie wznieci ich przed tobą. Jasne spojrzenie w przyszłość, sięganie duchem najszczytniejszych celów i wiara w siebie, ochronią wędrowca przed wszelkimi zagrożeniami. Podróżowanie, to ruch ciała w przestrzeni, ale najważniejsza jest podróż wewnętrzna, duchowa, która nie liczy się z żadnymi granicami. Jej celem jest rozwój i przeglądanie się w skrajnie różnych rzeczywistościach, nieustanna walka o uwrażliwienie – czujność w obliczu zmieniających się dekoracji i falujących tłumów, ostrożność w kontaktach z napotkanymi ludźmi (i bogami).

Każda wyprawa kiedyś się skończy i Kawafis namawia, by wierzyć, że u końca drogi pojawi się słoneczny poranek w nieznanym porcie. Statek powoli będzie do niego dobijał, a promienność i jasność staną się znakiem nowego otwarcia: Życz sobie, żeby długie było wędrowanie:/ by zaświtało wiele takich poranków lata,/ kiedy – z jaką uciechą, z jakim rozradowaniem –/ podpływać będziesz do portów, nigdy przedtem nie widzianych;/ abyś się zatrzymywał w handlowych stacjach Fenicjan/ i piękne tam kupował rzeczy,/ masę perłową i koral, bursztyn i heban,/ i najróżniejsze wyszukane olejki –/ ile ci się uda zmysłowych wonności znaleźć. Kawafis wprowadza do swoich wierszy rzeczywistość symboliczną i mówi alegorycznie o skarbach świata (masa perłowa i koral), o dobrach, które znaleźć można w nigdy nie widzianych portach (bursztyn, heban). Jego życie dalekie było od zbytków, pełne skromności i oddania sztuce, a prawdziwymi klejnoty były dla niego wiersze i poczucie jedności ze światem starożytnym. Nieustannie szukając prawdziwej miłości i wierząc w nią, namawiał by przez całe życie się uczyć, studiować księgi wielkich cywilizacji i nieustannie docierać do nich: Trzeba też, byś egipskich miast odwiedził wiele,/ aby uczyć się i jeszcze się uczyć – od tych, co wiedzą. Tylko tak osiągnąć można balans ze światem, tylko w drodze znaleźć można to, co zdawać by się mogło, jest niedostępne i zbyt dalekie, by dotrzeć tam w ciągu jednego życia. Ludzka egzystencja nie miałaby jednak sensu, gdyby najwybitniejsze jednostki nie zakreślały sobie celów niedosiężnych, a trasy nie wiodłyby przez niebezpieczne lądy i wyspy. Droga musi uczyć, ale wędrowiec powinien też nieustannie pamiętać o ostatecznym punkcie dojścia: Przez cały ten czas pamiętaj o Itace./ Przybycie do niej – twoim przeznaczeniem./ Ale bynajmniej nie spiesz się w podróży./ Lepiej by trwała ona wiele lat,/ abyś stary już był, gdy dobijesz do tej wyspy,/ bogaty we wszystko, co zyskałeś po drodze,/ nie oczekując wcale, by ci dała bogactwo Itaka. Ta droga będzie darem dla Odysa każdego czasu, ta wyprawa stanie się celem samym w sobie i najpiękniejszym przeznaczeniem. Starość może być czasem szczęścia i kontemplacji, ale warunkiem jest przeszłość obfitująca w liczne i ekscytujące wydarzenia. Można je wtedy kontemplować i porządkować to, co się zrobiło, polerując piękną wazę ze srebra, gładząc dłonią amforę z onyksu, podróżnik wróci do chwil, gdy wszedł w ich posiadanie i jeszcze raz przeżyje to, co przepadło bezpowrotnie.

Jakże donośnym tonem w poezji Kawafisa jest nieuchronność, ostateczność danego ludziom czasu, łączność w śmierci ze starożytnością, a przy tym jedność w micie postaci realnych i fantastycznych. Szczęście możliwe jest tylko w opozycji do nieszczęścia, zdrowie jest kontrapunktem śmierci, a Itaka zawsze pozostanie tęsknotą za tym co niewyrażalne, co nieoczekiwane, nieustannie pozostające w zawieszeniu: Itaka dała ci tę piękną podróż./ Bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę./ Niczego więcej już ci dać nie może. Dotykając amfory z onyksu, czując jej subtelną gładkość, stary człowiek zamyśla się nad sobą i widzi pośród błysków obrazy z przeszłości, twarze spotkanych ludzi, barwy kwiatów i kolor ciepłego morza – wpatruje się w ciemność, stojąc na pokładzie galery i nieomal dotyka rozrzuconych po niebie gwiazd. W życiu nie ma jakichkolwiek pewnych obietnic, a każdy sen może być ostatnim, każde zamknięcie powiek może zgasić świat na zawsze, każda chwila rozpłomienić się może niewyobrażalnie. Dlatego Kawafis namawia by nie oczekiwać od Itaki zbyt wiele, bo nawet ubogie życie ma sens, jeśli droga do niego była długa i obfitująca w zdarzenia: A jeżeli ją znajdziesz ubogą, Itaka cię nie oszukała./ Stawszy się tak mądry, po tylu doświadczeniach,/ już zrozumiałeś, co znaczą te Itaki. Mądrość stanie się bogactwem człowieka, nawet jeśli nie zgromadzi on dóbr materialnych, prawda o świecie będzie jego skarbem i nawet jeśli szybko umrze, u końca swej drogi, zabierze do grobu to, co przeżył. Wszakże najwięksi władcy i monarchowie, najbogatsi ludzie świata, gdy stanęli w obliczu śmierci, musieli porzucić swoje pałace i skrzynie z drogimi kamieniami, musieli oddać złote patery i kielichy, wydając ostatnie tchnienie wchodzili do wieczności tak samo nadzy i ubodzy jak miliony żebraków i włóczęgów. Bogactwo Itaki jest zatem taką samą ułudą jak skarby każdej krainy, człowiek przychodzi na świat ubogi i tylko przez chwilę gromadzi to, co i tak rozproszy się bezpowrotnie po jego śmierci. Co zostało z wyposażenia komnat grobowych faraona Cheopsa i królowej Henutsen, ich syna Chefrena czy Amenhotepa IV lub Ramzesa II, zwanego Wielkim, gdzie podziały się złote trony królów Grecji, Nubii i Fenicji, kto widział wszystkie skarby pierwszego chińskiego cesarza Qin Shi Huanga? Ludzie osiadają w jakimś miejscu dla zapewnienia sobie środków do bytowania, ale stale tęsknią za podróżami i gdy zaoszczędzą jakieś środki, pożytkują je na poznawanie świata – ruszają w drogę do imaginowanej Itaki. Tak też postępuj – mówi poeta i wskazuje podróż Odyseusza jako wzorcową dla każdego myślącego bytu, jako nieuchronną dla tych, którzy szukają odpowiedzi na dręczące pytania egzystencji. Tak pragnie by ludzie gromadzili dobra ducha, ukazuje drogę do Itaki jako szlak dojścia do mądrości lat późnych, do czasu rozpamiętywania i nieustannego powrotu do zgasłych chwil. Jakże wartościową w kontekście eschatologii, wdzierającej się stale do każdej biografii, jakże wypełnioną sensami naddanymi, mitologicznymi i historiozoficznymi, jakże cenną w świecie złudnych, przemijających wartości.

ALEJA KLONÓW (15)

Signorelli_Resurrection

Mama umyła mnie wieczorem dokładnie w ocynkowanej, blaszanej wanience, uczesała włosy dużym grzebieniem, moczonym w wodzie, pocałowała na dobranoc w czoło i położyła do łóżeczka. Chwilę leżałem odkryty, w kolorowej, flanelowej piżamie w różnokolorowe ptaszki, ocierając stopę o stopę i czekając na przykrycie. W naszym pokoju był niebieski kaflowy piec i mama ogrzewała na nim pierzynę, dociskając ją do glazurowanej powierzchni. Potem przykrywała mnie szczelnie, podciągając puchowe okrycie aż do brody. Ciepło natychmiast rozlewało się po moim ciele, a ręce bezwiednie wędrowały do miejsca, gdzie zbiegają się uda. Czując napływającą krew, coraz bardziej osuwałem się w ciemność i zagłębiałem się we śnie – jeszcze tylko kątem oka zauważyłem pająka spuszczającego się na własnej nici nad piec, jeszcze usłyszałem szept mamy, opowiadającej coś ojcu w kuchni i już przenosiłem się do innej rzeczywistości. Szedłem brzegiem rzeki i zbliżałem się do przeprawy, raz po raz przystając i słuchając głosu ptaków, wpatrując się z lękiem w mroki zielonych gęstwin. Powoli, krok po kroku, zacząłem się wspinać na półkolisty, różowy mostek, aż stanąłem na środku i zacząłem nieostrożnie wychylać się nad ogrodzenie. Woda połyskiwała srebrzyście i wydobywał się z niej słodki szept:

– Chodź, chodź, chodź…

Bałem się bardzo, ale głos wabił mnie i zachęcał bym jeszcze bardziej się wychylił, bym sięgnął ręką świetlistej wilgoci. Już chciałem to zrobić, ale w ostatniej chwili obejrzałem się za siebie i zobaczyłem wielkiego, śnieżnobiałego anioła, unoszącego rękę ku górze i dającego mi znak bym tego nie robił. Jego subtelność powstrzymała mnie, a usta bezgłośnie wyszeptały: stoję przy tobie i nie pozwolę ci wpaść do czarnej toni… Wycofałem się wolno, stale odwracając głowę i zerkając na mojego opiekuna, który unosił się w powietrzu i podążał za mną. Każde jego pióro połyskiwało jak śnieg w zimie, a złote włosy ułożyły się tak, jak na obrazach włoskich malarzy renesansowych. Po latach nie byłem pewien czy mój obrońca podobny był do aniołów z obrazów Luki Signorelliego, z tablic Fra Angelico czy może z ołtarzy Rogiera van der Weydena albo Hansa Memlinga? Jeszcze spostrzegłem, że jego skrzydła zaczęły się mienić kolorami tęczy, jak pióra pawi, jeszcze wyodrębniłem lekkie poruszenie warg, jakby delikatny szept: Ave… I już świsnął w powietrzu, okrył się skrzydłami i zniknął w jednej chwili, tak samo dziwnie, ostatecznie, jak się pojawił.

4damned1

Przysiadłem na dużym kamieniu i wpatrywałem się w tonie rzeki, raz po raz zerkając ku gęstwinom, w których słychać było kosy i świergotki, terkoczące tajemniczo drozdy i krzyczące sójki. Z daleka dobiegało też kukanie kukułki, popiskiwanie czubatki i kumkające żaby obwieszczały o swojej obecności z ogromną mocą. Nagle poczułem, że coś dziwnego dzieje się w naturze, barwy zaczęły przygasać, a odgłosy cichnąć, wyraziściej rysowały się tylko czernie, czerwienie, biele i szarości. Patrzyłem przed siebie i czułem jakiś wzrok, wpatrzony we mnie i sondujący myśli, przeszywający mnie boleśnie na wylot. Odwróciłem głowę, studiując krzewy i wysokie trawy, ale niczego nie spostrzegłem – tylko sikorki przelatywały z gałązki na gałązkę, tylko mazurki zatrzymywały się na chwilę na konarach. Przeniosłem wzrok z powrotem w kierunku rzeki i zamarłem z przerażenia, bo przede mną pojawił się nagle młody mężczyzna ubrany na czarno, w kapelusiku myśliwskim z piórkiem jastrzębia, wsuniętym za atłasową opaskę.

– Witaj piękny chłopcze, mój pan śle ci pozdrowienie… – powiedział subtelnym, ciepłym głosem.

Zapadłem się w sobie, ale dumnie wytrzymałem spojrzenie przybysza, który kulejąc przybliżył się do mnie i uśmiechał się przez cały czas. Jego twarz była piękna jak u marmurowej, antycznej rzeźby, dłonie wystudiowane, wiotkie, sylwetka zgrabna i pełna dystynkcji. Tylko wysokie buty miał wyraźnie sfatygowane, a prawy nienaturalnie marszczył się, jakby nie było w nim nogi. Przezwyciężyłem strach, poruszyłem się na kamieniu i zapytałem:

– A kim jest twój pan…?

Spojrzał na mnie bystro, zamyślił się chwilę, sięgnął po kwiat dzikiej róży, zwisający z krzewu i odrzekł:

– Nazywa się Prawda i szuka włóczników, którzy pójdą za nim aż na skraj ciemności, a potem przenikną zasłonę…

Byłem mały i niewiele rozumiałem, nawet we śnie mój umysł miał trudności by pojąć co się dzieje i kim jest ten myśliwy. Zrobiło mi się niedobrze, chciałem zerwać się z głazu i uciekać, ale jakaś niewidzialna siła trzymała mnie w miejscu. Nie wiedziałem co mam zrobić, więc zapytałem:

– Po co twojemu panu potrzebni mali chłopcy?

Raz jeszcze się rozpromienił, otrzepał pył z marynarki, oderwał dwa płatki róży, rzucił je do wody i odpowiedział:

– Kiedyś dorośniesz i będziesz wielkim człowiekiem… Zapomnisz o tej rozmowie i o tym śnie, ale mój pan stale będzie przy tobie i wciąż będzie potrzebował twojej pomocy. Jeśli raz powiesz tak, nigdy tego nie zapomni i otworzy przed tobą ogromy ziemi i całego wszechświata, nauczy cię mowy ognia i popiołu. Podoba mu się też to, co ciągle robisz z brązową porcelanką…

Zaczerwieniłem się ze wstydu, bo myślałem, że porcelanka była tylko moją tajemnicą, ale spodobała mi się ta obietnica, a sympatyczny pan coraz bardziej wabił mnie swoją niezwykłością. Już chciałem powiedzieć, że pójdę za nim, już byłem gotów podać mu rączkę, ale nagle w powietrzu pojawił się wysoki dźwięk, który tężał, aż przeszedł w ogłuszający świst.

The-Last-Judgement-Triptych-IV-Hans-Memling

To, co zdarzyć się miało za chwilę, głęboko wryło się w moją świadomość i wracało później wielokrotnie w innych snach. Pomiędzy mną i myśliwym pojawił się wielki anioł w złotej zbroi, z mieczem o ostrzu rozgrzanym do czerwoności. Z boku stanął też mój Stróż i może mi się zdawało, a może światło rozproszyło się dziwnie, ale za nim rysować zaczęły się ogromne anielskie kohorty, falujące jak skrzydła na wietrze i mieniące się licznymi jaskrawymi barwami. Spojrzałem w drugą stronę i zauważyłem, że myśliwy zmienił się nie do poznania – jego uszy wydłużyły się, skóra sczerniała, zniknął kapelusz, pojawiła się łysa czaszka, z której wyrosły ogromne, ostre rogi. Jego zjadliwy uśmiech nie budził wątpliwości kim jest, odpadły buty i odsłoniły końskie kopyto, a wokół lewej nogi zawinął się długi, czarny ogon. Coraz bardziej przypominać zaczął wielkiego jaszczura albo węża, co jakiś czas wysuwał też czerwony, rozdwojony język i syczał ze złością. Archanioł skierował w jego stronę rozpalony miecz i gad zaczął się kurczyć w sobie, rzucać przekleństwa i łypać ślepiami na wszystkie strony. W jego ręku pojawił się wielki, nabijany rubinami i szafirami sztylet, a za nim formować się zaczęły ogromne szeregi podobnych zjaw, galaretowatych traszek i ogromnych karaluchów z powykrzywianymi ludzkimi twarzami. Moje serce zamarło i przez chwilę zobaczyłem nieprzebrane tłumy, spychane przez bestie do mrocznego jaru. Wydobywał się z niego czarny dym, widać było czerwoną poświatę i jęzory ognia co jakiś czas pojawiały się na krawędziach urwiska. Kłębowiska nagich ciał, krzyczące kobiety, starcy i dzieci, wszystko pchane niewidzialną siłą w dół, a nad nimi unoszące się żółte opary siarki, skłębione dymy i szare mgły. Gdyby nie było przy mnie tylu aniołów, umarłbym z przerażenia, zapadłbym się w sobie i szybko znalazłbym się w samym środku maltretowanych tłumów. Spojrzenia Stróża i archanioła spotkały się, zauważyłem prawie niedostrzegalne ruchy potwierdzające głów i ze złotego miecza, w stronę diabłów, zaczęły przeskakiwać błyskawice. Oddziały piekielne zaczęły się kurczyć, popychani ludzie rozpierzchli się we wszystkie strony, a ich miejsce zaczęli zajmować ubrani na biało aniołowie z wielkimi, długimi fanfarami w rękach. Nagle w przestrzeni zabrzmiał koncert Es-dur Josepha Haydna na trąbkę i orkiestrę i natura zaczęła rozjaśniać się coraz bardziej. Tak jak znikąd pojawił się czarny myśliwy, tak nagle wszystko zniknęło i ucichło, powrócił śpiew ptaków i rytmiczne kumkanie żab.

hansmemling_lastjudgmenttriptych-detail8

Po chwili, na gałęzi obok, przysiadł czarny kos z żółtym dziobem, przekręcając komicznie głowę i patrząc na mnie badawczo. Zamyśliłem się nad tym, co się stało, wstałem z kamienia i ruszyłem w kierunku ptaka. Zdziwiło mnie, że nie uciekał, a jak wyciągnąłem ku niemu rękę, przefrunął na nią i usiadł na niej leciutko, jakby musnął mnie płatek róży. Patrzyłem na niego w osłupieniu, a on to prawym, to lewym, ciemnobrązowym okiem wpatrywał się we mnie. Nagle zobaczyłem w jednej z tęczówek jakiś ciemniejszy punkt, który zaczął ogromnieć, powiększać się błyskawicznie, aż urósł do rozmiarów wielkiego głazu. Nie rozumiałem co się dzieje, nie pamiętałem, że śnię i wszystko jest ułudą, ale przeraziłem się znowu nie na żarty. Po chwili z wielkiej czarnej plamy wysunęła się ogromna paszcza czarnego pytona i zaczęła zbliżać się do mnie. Nie było moich obrońców, nie usłyszałem anielskiego świstu, tylko jerzyki latały nade mną z piskiem, goniąc muchy, meszki i komary. Stałem jak zamurowany, a żółte ślepia wpatrywały się we mnie z natężoną uwagą – nie wiedziałem co robić, więc tylko uniosłem dłoń ku górze i gestem dałem znać wężowi by przestał się zbliżać do mnie. Przystanął, ale moc jego wejrzenia była tak wielka, że prawie zemdlałem i osunąłem się na ziemię. Tylko siłą woli trwałem w miejscu, tylko myśl o Aniele Stróżu kazała wierzyć, że straszliwy gad za chwilę zniknie. Opiekun nie pojawiał się, archaniołowie patrolowali inne obszary wszechświata, a oddziały anielskie pewnie podążały za nimi. Po wygranej walce nie spodziewali się, że raz jeszcze będę potrzebował pomocy, a może siła węża była tak wielka, że odsunął ich ode mnie bez trudu. Poczułem straszliwy odór z wielkiej paszczy, która zbliżyła się do mnie na wyciągnięcie ręki i zobaczyłem drobne krwawe żyłki w lśniących ślepiach. Strach sparaliżował mnie od stóp do głów i wtedy pyton rzucił się na mnie i natychmiast połknął mnie w całości. Wrzasnąłem z przerażenia… obudziłem się zlany potem i zaniosłem się szlochem. Nade mną stała matka, która podniesionym głosem mówiła coś do mnie i żywo gestykulowała. Podniosła pierzynę, a gdy zobaczyła, że wciskam sobie między uda porcelankę, szarpnęła ją, położyła na komodzie obok i zaczęła rytmicznie ruszać poduszką, by mnie uśpić.

« Older entries Newer entries »