SEN XXXI

z16215248IH,Cola

Hiacynt usiadł okrakiem na krześle w pustym pokoju. Zamknął oczy, zalepił pszczelim woskiem uszy i powędrował w głąb siebie. Otwierał kolejne drzwi i wchodził do przestronnych hal. Nie było w nich okien ani mebli, ściany były gładkie jak szkło i wszystkie w kolorze białym. Szedł równym krokiem i czuł jak oddala się od ciała. Nagle stanął, bo poczuł na sobie badawcze spojrzenie. Światła zgasły i ciemność spowiła całą salę, jego wzrok szukał punktu zaczepienia, ale nie udawało mu się przeniknąć mroku. Spojrzenie prześwietlało go na przestrzał, jednocześnie skanując jego całość i każdą cząstkę z osobna. Chciał się odezwać, ale nie znał słów i nie potrafił poskładać ich w zdania. Był cząstką jakiejś czarnej rzeczywistości i nie było go w niej wcale. Ogarniała go apatia i zniechęcenie, trwał nie mogąc już iść do przodu. Lekko lewitował i opadał na podłogę, znowu unosił się i znowu opadał. Jakiś niewidzialny oddech poruszał nim bezszelestnie. Z ciemności przypłynęła myśl Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie… To nie było pytanie i nie była to odpowiedź, nie był to szept ani krzyk, nie była to informacja skierowana do niego, tylko myśl Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie… Nagle coś drgnęło i hale, w odwrotną stronę, zaczęły przechodzić przez jego świadomość. Białe, puste, bez okien i sprzętów. Hiacynt wstał z krzesła i podszedł do drzwi, pchnął je lekko i wszedł do następnego pokoju. Przemierzył go szybko i stanął przed ogromnymi wrotami. Bez wahania przestąpił je i zobaczył za nimi morze falującej krwi. Wszedł powoli w głębinę i stracił poczucie czasu. Nie czuł niczego, bo krew nie miała smaku, ani zapachu, oblepiała go, a zarazem izolowała od tego, co na zewnątrz. Słyszał w sobie cichy szept Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie..Pił krew nie pijąc, ssał nie ssąc, dotykał nie czując. Zorientował się, że leci w dół – głębiej i głębiej, coraz szybciej, coraz dalej. Próbował chwytać się czegokolwiek, ale przestrzeń wokół niego była przejrzysta i bezkształtna. Nagle wszystko ustało, a krew bezszelestnie wpłynęła z powrotem do żył.

z16214290IH,Black-and-Tan
Otworzył oczy, których nie miał i zobaczył wielką, rozległą równinę. Tuż przy nim chwiały się lekko wyniosłe mięsne rośliny, czerwono-błękitne płuca napełniały się powietrzem i ulatywały w górę, coraz wyżej i wyżej. Wątroby falowały niczym podwodne gąbki i wypuszczały z otwartych porów fioletowy dym. Na długich łodygach kołysały się wyniośle pulsujące serca. Hiacynt chwycił jedno z nich, ale z piskiem zapadło się w sobie i znikło. Pod nogami, których nie czuł, chrupały mu gałki oczne i małżowiny uszu. Jego penis prężył się boleśnie bez powodu, jakby za chwilę miał pęknąć, jakby miał trysnąć galaretowatą energią. Uderzył go kantem dłoni, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Penis kwiknął po ludzku, zmalał i opadł niczym flak kiełbasy. Po chwili zanikł całkowicie i znalazł się w środku Hiacynta. Pomiędzy jego udami była teraz wyrwa, a z niej wypływała krew. Wsadził do niej palec i poczuł gwałtowne ciepło, rozlewające się w nim. Poruszył raz i drugi, a potem zaczął rytmicznie wsuwać i wysuwać palec. Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie… coś łasiło się w nim, coś wypełniało go uczuciem radości, ostatecznego spełnienia. Zdawało mu się, że biegnie przez pola i lasy, przelatuje nad górami, widzi jeziora i rzeki, drogi i kolejowe tory.

dsi_scan_monkey_brain_structure
Było mu dobrze i poczuł się jakby nagle odnalazł swoje miejsce – gdzieś tam w dali połyskiwała gwiazda. Skierował się ku niej, a im był bliżej tym wyraźniej widział, że to jest coś innego, okrągłego jak słońce, ale znacznie mniej lśniącego. Gdy zbliżył się jeszcze bardziej, zobaczył, że ma przed sobą lustro. Spojrzał i struchlał z przerażenia, bo jego penis pojawił się teraz na głowie, rozdwojony i skręcony jak baranie rogi, wystawał po obu stronach czoła. Wątroby i serca zaczęły lekko falować, a z nieba padać zaczęły coraz gęściej krople krwi. Obmywały ciało, którego nie miał i zbierały się w przestrzeni niczym bańki powietrza. Zapragnął usiąść w łodzi i ta wypłynęła z nicości. Poruszał lekko wiosłem i oddalał się w sobie, lekko, lekko, delikatnie oddalał się w sobie. Mijał cukrowe rafy i poruszające się stale ukwiały żył, świadomość chwiała się w nim lekko, lekko, delikatnie i oddalała się od niego. Wiosłował bez wysiłku i wpatrywał się w czeluść przed sobą. Raz za razem wypływały z niej wodniste, świetliste, miękkie jak ameby kształty. Wielki koń z rozwianą grzywą, otwarty fortepian, stada dzikich gęsi wydłużające szyje i gęgające krzykliwie, rytualna maska z Wybrzeża Kości Słoniowej, tramwaj oświetlony jak choinka, a nawet wzbijający się w górę jumbo jet, wielki niczym skrzydlaty płetwal. Wizje przepływały przez niego i on przepływał przez wizje, ale jednocześnie zostawały w nim i krążyły w myślach niczym samoloty, czekające nad lotniskiem na pozwolenie, na lądowanie. Dookoła wirował zmysłowy szept… Och, Hiacyncie, Hiacyncie, och Hiacyncie…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: