ALEJA KLONÓW (15)

Signorelli_Resurrection

Mama umyła mnie wieczorem dokładnie w ocynkowanej, blaszanej wanience, uczesała włosy dużym grzebieniem, moczonym w wodzie, pocałowała na dobranoc w czoło i położyła do łóżeczka. Chwilę leżałem odkryty, w kolorowej, flanelowej piżamie w różnokolorowe ptaszki, ocierając stopę o stopę i czekając na przykrycie. W naszym pokoju był niebieski kaflowy piec i mama ogrzewała na nim pierzynę, dociskając ją do glazurowanej powierzchni. Potem przykrywała mnie szczelnie, podciągając puchowe okrycie aż do brody. Ciepło natychmiast rozlewało się po moim ciele, a ręce bezwiednie wędrowały do miejsca, gdzie zbiegają się uda. Czując napływającą krew, coraz bardziej osuwałem się w ciemność i zagłębiałem się we śnie – jeszcze tylko kątem oka zauważyłem pająka spuszczającego się na własnej nici nad piec, jeszcze usłyszałem szept mamy, opowiadającej coś ojcu w kuchni i już przenosiłem się do innej rzeczywistości. Szedłem brzegiem rzeki i zbliżałem się do przeprawy, raz po raz przystając i słuchając głosu ptaków, wpatrując się z lękiem w mroki zielonych gęstwin. Powoli, krok po kroku, zacząłem się wspinać na półkolisty, różowy mostek, aż stanąłem na środku i zacząłem nieostrożnie wychylać się nad ogrodzenie. Woda połyskiwała srebrzyście i wydobywał się z niej słodki szept:

– Chodź, chodź, chodź…

Bałem się bardzo, ale głos wabił mnie i zachęcał bym jeszcze bardziej się wychylił, bym sięgnął ręką świetlistej wilgoci. Już chciałem to zrobić, ale w ostatniej chwili obejrzałem się za siebie i zobaczyłem wielkiego, śnieżnobiałego anioła, unoszącego rękę ku górze i dającego mi znak bym tego nie robił. Jego subtelność powstrzymała mnie, a usta bezgłośnie wyszeptały: stoję przy tobie i nie pozwolę ci wpaść do czarnej toni… Wycofałem się wolno, stale odwracając głowę i zerkając na mojego opiekuna, który unosił się w powietrzu i podążał za mną. Każde jego pióro połyskiwało jak śnieg w zimie, a złote włosy ułożyły się tak, jak na obrazach włoskich malarzy renesansowych. Po latach nie byłem pewien czy mój obrońca podobny był do aniołów z obrazów Luki Signorelliego, z tablic Fra Angelico czy może z ołtarzy Rogiera van der Weydena albo Hansa Memlinga? Jeszcze spostrzegłem, że jego skrzydła zaczęły się mienić kolorami tęczy, jak pióra pawi, jeszcze wyodrębniłem lekkie poruszenie warg, jakby delikatny szept: Ave… I już świsnął w powietrzu, okrył się skrzydłami i zniknął w jednej chwili, tak samo dziwnie, ostatecznie, jak się pojawił.

4damned1

Przysiadłem na dużym kamieniu i wpatrywałem się w tonie rzeki, raz po raz zerkając ku gęstwinom, w których słychać było kosy i świergotki, terkoczące tajemniczo drozdy i krzyczące sójki. Z daleka dobiegało też kukanie kukułki, popiskiwanie czubatki i kumkające żaby obwieszczały o swojej obecności z ogromną mocą. Nagle poczułem, że coś dziwnego dzieje się w naturze, barwy zaczęły przygasać, a odgłosy cichnąć, wyraziściej rysowały się tylko czernie, czerwienie, biele i szarości. Patrzyłem przed siebie i czułem jakiś wzrok, wpatrzony we mnie i sondujący myśli, przeszywający mnie boleśnie na wylot. Odwróciłem głowę, studiując krzewy i wysokie trawy, ale niczego nie spostrzegłem – tylko sikorki przelatywały z gałązki na gałązkę, tylko mazurki zatrzymywały się na chwilę na konarach. Przeniosłem wzrok z powrotem w kierunku rzeki i zamarłem z przerażenia, bo przede mną pojawił się nagle młody mężczyzna ubrany na czarno, w kapelusiku myśliwskim z piórkiem jastrzębia, wsuniętym za atłasową opaskę.

– Witaj piękny chłopcze, mój pan śle ci pozdrowienie… – powiedział subtelnym, ciepłym głosem.

Zapadłem się w sobie, ale dumnie wytrzymałem spojrzenie przybysza, który kulejąc przybliżył się do mnie i uśmiechał się przez cały czas. Jego twarz była piękna jak u marmurowej, antycznej rzeźby, dłonie wystudiowane, wiotkie, sylwetka zgrabna i pełna dystynkcji. Tylko wysokie buty miał wyraźnie sfatygowane, a prawy nienaturalnie marszczył się, jakby nie było w nim nogi. Przezwyciężyłem strach, poruszyłem się na kamieniu i zapytałem:

– A kim jest twój pan…?

Spojrzał na mnie bystro, zamyślił się chwilę, sięgnął po kwiat dzikiej róży, zwisający z krzewu i odrzekł:

– Nazywa się Prawda i szuka włóczników, którzy pójdą za nim aż na skraj ciemności, a potem przenikną zasłonę…

Byłem mały i niewiele rozumiałem, nawet we śnie mój umysł miał trudności by pojąć co się dzieje i kim jest ten myśliwy. Zrobiło mi się niedobrze, chciałem zerwać się z głazu i uciekać, ale jakaś niewidzialna siła trzymała mnie w miejscu. Nie wiedziałem co mam zrobić, więc zapytałem:

– Po co twojemu panu potrzebni mali chłopcy?

Raz jeszcze się rozpromienił, otrzepał pył z marynarki, oderwał dwa płatki róży, rzucił je do wody i odpowiedział:

– Kiedyś dorośniesz i będziesz wielkim człowiekiem… Zapomnisz o tej rozmowie i o tym śnie, ale mój pan stale będzie przy tobie i wciąż będzie potrzebował twojej pomocy. Jeśli raz powiesz tak, nigdy tego nie zapomni i otworzy przed tobą ogromy ziemi i całego wszechświata, nauczy cię mowy ognia i popiołu. Podoba mu się też to, co ciągle robisz z brązową porcelanką…

Zaczerwieniłem się ze wstydu, bo myślałem, że porcelanka była tylko moją tajemnicą, ale spodobała mi się ta obietnica, a sympatyczny pan coraz bardziej wabił mnie swoją niezwykłością. Już chciałem powiedzieć, że pójdę za nim, już byłem gotów podać mu rączkę, ale nagle w powietrzu pojawił się wysoki dźwięk, który tężał, aż przeszedł w ogłuszający świst.

The-Last-Judgement-Triptych-IV-Hans-Memling

To, co zdarzyć się miało za chwilę, głęboko wryło się w moją świadomość i wracało później wielokrotnie w innych snach. Pomiędzy mną i myśliwym pojawił się wielki anioł w złotej zbroi, z mieczem o ostrzu rozgrzanym do czerwoności. Z boku stanął też mój Stróż i może mi się zdawało, a może światło rozproszyło się dziwnie, ale za nim rysować zaczęły się ogromne anielskie kohorty, falujące jak skrzydła na wietrze i mieniące się licznymi jaskrawymi barwami. Spojrzałem w drugą stronę i zauważyłem, że myśliwy zmienił się nie do poznania – jego uszy wydłużyły się, skóra sczerniała, zniknął kapelusz, pojawiła się łysa czaszka, z której wyrosły ogromne, ostre rogi. Jego zjadliwy uśmiech nie budził wątpliwości kim jest, odpadły buty i odsłoniły końskie kopyto, a wokół lewej nogi zawinął się długi, czarny ogon. Coraz bardziej przypominać zaczął wielkiego jaszczura albo węża, co jakiś czas wysuwał też czerwony, rozdwojony język i syczał ze złością. Archanioł skierował w jego stronę rozpalony miecz i gad zaczął się kurczyć w sobie, rzucać przekleństwa i łypać ślepiami na wszystkie strony. W jego ręku pojawił się wielki, nabijany rubinami i szafirami sztylet, a za nim formować się zaczęły ogromne szeregi podobnych zjaw, galaretowatych traszek i ogromnych karaluchów z powykrzywianymi ludzkimi twarzami. Moje serce zamarło i przez chwilę zobaczyłem nieprzebrane tłumy, spychane przez bestie do mrocznego jaru. Wydobywał się z niego czarny dym, widać było czerwoną poświatę i jęzory ognia co jakiś czas pojawiały się na krawędziach urwiska. Kłębowiska nagich ciał, krzyczące kobiety, starcy i dzieci, wszystko pchane niewidzialną siłą w dół, a nad nimi unoszące się żółte opary siarki, skłębione dymy i szare mgły. Gdyby nie było przy mnie tylu aniołów, umarłbym z przerażenia, zapadłbym się w sobie i szybko znalazłbym się w samym środku maltretowanych tłumów. Spojrzenia Stróża i archanioła spotkały się, zauważyłem prawie niedostrzegalne ruchy potwierdzające głów i ze złotego miecza, w stronę diabłów, zaczęły przeskakiwać błyskawice. Oddziały piekielne zaczęły się kurczyć, popychani ludzie rozpierzchli się we wszystkie strony, a ich miejsce zaczęli zajmować ubrani na biało aniołowie z wielkimi, długimi fanfarami w rękach. Nagle w przestrzeni zabrzmiał koncert Es-dur Josepha Haydna na trąbkę i orkiestrę i natura zaczęła rozjaśniać się coraz bardziej. Tak jak znikąd pojawił się czarny myśliwy, tak nagle wszystko zniknęło i ucichło, powrócił śpiew ptaków i rytmiczne kumkanie żab.

hansmemling_lastjudgmenttriptych-detail8

Po chwili, na gałęzi obok, przysiadł czarny kos z żółtym dziobem, przekręcając komicznie głowę i patrząc na mnie badawczo. Zamyśliłem się nad tym, co się stało, wstałem z kamienia i ruszyłem w kierunku ptaka. Zdziwiło mnie, że nie uciekał, a jak wyciągnąłem ku niemu rękę, przefrunął na nią i usiadł na niej leciutko, jakby musnął mnie płatek róży. Patrzyłem na niego w osłupieniu, a on to prawym, to lewym, ciemnobrązowym okiem wpatrywał się we mnie. Nagle zobaczyłem w jednej z tęczówek jakiś ciemniejszy punkt, który zaczął ogromnieć, powiększać się błyskawicznie, aż urósł do rozmiarów wielkiego głazu. Nie rozumiałem co się dzieje, nie pamiętałem, że śnię i wszystko jest ułudą, ale przeraziłem się znowu nie na żarty. Po chwili z wielkiej czarnej plamy wysunęła się ogromna paszcza czarnego pytona i zaczęła zbliżać się do mnie. Nie było moich obrońców, nie usłyszałem anielskiego świstu, tylko jerzyki latały nade mną z piskiem, goniąc muchy, meszki i komary. Stałem jak zamurowany, a żółte ślepia wpatrywały się we mnie z natężoną uwagą – nie wiedziałem co robić, więc tylko uniosłem dłoń ku górze i gestem dałem znać wężowi by przestał się zbliżać do mnie. Przystanął, ale moc jego wejrzenia była tak wielka, że prawie zemdlałem i osunąłem się na ziemię. Tylko siłą woli trwałem w miejscu, tylko myśl o Aniele Stróżu kazała wierzyć, że straszliwy gad za chwilę zniknie. Opiekun nie pojawiał się, archaniołowie patrolowali inne obszary wszechświata, a oddziały anielskie pewnie podążały za nimi. Po wygranej walce nie spodziewali się, że raz jeszcze będę potrzebował pomocy, a może siła węża była tak wielka, że odsunął ich ode mnie bez trudu. Poczułem straszliwy odór z wielkiej paszczy, która zbliżyła się do mnie na wyciągnięcie ręki i zobaczyłem drobne krwawe żyłki w lśniących ślepiach. Strach sparaliżował mnie od stóp do głów i wtedy pyton rzucił się na mnie i natychmiast połknął mnie w całości. Wrzasnąłem z przerażenia… obudziłem się zlany potem i zaniosłem się szlochem. Nade mną stała matka, która podniesionym głosem mówiła coś do mnie i żywo gestykulowała. Podniosła pierzynę, a gdy zobaczyła, że wciskam sobie między uda porcelankę, szarpnęła ją, położyła na komodzie obok i zaczęła rytmicznie ruszać poduszką, by mnie uśpić.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: