SINA SMUGA

5739871728_281156b74d_b

Ilekroć czytam Hamleta Williama Szekspira mam wrażenie jakbym długo wpatrywał się w siną smużkę dymu, snującą się w dali rozległego duńskiego krajobrazu. Zamek, w którym umiejscowiona została tragedia Szekspira, leży u końca Cieśniny Sund, a z jego okien widać też otwarte morze. To miejsce szczególne, oddzielające wyspę Zelandię od północnych krajów skandynawskich – Norwegii, Szwecji i Finlandii. Tym razem lektura była niezbędna przy rozbudowanej analizie słynnego wiersza Zbigniewa Herberta pt. „Tren Fortynbrasa”. Taką smużką dymu jest też w angielskiej tragedii Hamlet, znikomy i niemożliwy, nie dający się uchwycić, zatrzymać i zamknąć w ściśle określonych ramach osobowościowych. Tym razem czytałem utwór Stradforczyka w nowym przekładzie Ryszarda Długołęckiego i spodobała mi się ta rześkość języka i dostosowanie go do potrzeb czytelnika nowego stulecia. Polskie translacje mają swoją historię, od Wojciecha Bogusławskiego, poprzez Józefa Paszkowskiego, Jana Kasprowicza, Macieja Słomczyńskiego, Jerzego S. Sitę i Stanisława Barańczaka. Najwięcej pochwał zebrał ten ostatni tłumacz, ale jego propozycje zawsze wydawały mi się zbyt filologiczne, pozbawione werwy, niczym nowofalowa poezja autora tomu pt. „Jednym tchem” (1970). Długołęcki to chirurg i uczestnik wypraw wysokogórskich w Afryce, Alasce, Karakorum i Himalajach i choćby z tego powodu jest mi bliższy od akademika z Harvardu, bo Szekspir to przecież gwałtowne życie, igranie z losem i ekstremalne doznania, to lekkość i aforystyczna pełnia, a nade wszystko groza nie do wyrażenia, śmierć i rozpad, znikomość i smutek, monotonia dali, rozpacz trwania na wysokim tronie, w obliczu mrowiska i tarczy zegara…

Wydanie Hamleta Williama Szekspira w przekładzie Ryszarda Długołęckiego

Wydanie Hamleta Williama Szekspira w przekładzie Ryszarda Długołęckiego

Reklamy

CZĄSTKA WIECZNOŚCI

1985-the-afghan-girl-national-geographic

Pamiętam jakie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie ta afgańska dziewczyna, gdy w połowie lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia zobaczyłem ją na okładce magazynu „National Geographic”, kupionego w antykwariacie, bo tylko tam zdarzało mi się znaleźć charakterystyczne, obwiedzione żółtą ramą czasopisma. Po przyniesieniu go do domu, długo wpatrywałem się w fotografię, a zielone oczy tej cudownej, biednej istoty hipnotyzowały mnie i rodziły refleksje natury estetycznej. Wszystko wszakże w tej twarzy było harmonijne, a źrenice zdawały się wręcz nieprawdopodobne, nieziemskie, jakby przynależne do innej przestrzeni ontycznej. Ich piękno porównać można było tylko ze lśniącymi szlachetnymi kamieniami, szmaragdami, jadeitami, ametystami, jakby wprawionymi w głowę przepięknego antycznego popiersia. I ten lekki przestrach, a zarazem zaciekawienie, ustawienie się do fotografii i niechęć by być odwzorowaną, delikatny rysunek ust, nieco zaostrzony nos, krzaczaste brwi i burza ciemnych włosów, gdzieniegdzie przypalonych przez promienie słoneczne. Z artykułu zamieszczonego w tym numerze pisma dowiedziałem się, że fotografię tę, w 1984 roku wykonał Steve McCurry, który jako fotoreporter „National Geographic” przybył do pakistańskiego obozu dla uchodźców Nasir Bagh i tam wypatrzył dwunastoletnią dziewczynkę, uważnie mu się przyglądającą. To były trudne czasy sowieckiej inwazji w Afganistanie i fotograf ryzykował życiem, gdy w przebraniu robił zdjęcia w tym kraju, a i pogranicze pakistańskie wcale nie było bezpieczniejsze. Choć w przyszłości miał wykonać wiele znakomitych fotografii podczas wojny iracko-irańskiej, w trakcie konfliktu w Bejrucie, w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej i interwencji wojsk NATO w Afganistanie, to nigdy nie udało mu się zrobić równie ekscytującego i symbolicznego zdjęcia. Pusztuńska dziewczynka, określana nawet mianem współczesnej Mony Lizy, nie zdawała sobie sprawy jak stała się sławna na całym świecie i jak wiele podejmowano prób jej odnalezienia.

jpeg_32100_01__ngm__125__1013-jpeg

W styczniu 2002 roku, po upadku rządu Talików, zespół „National Geographic udał się do Afganistanu by odnaleźć współczesną Giocondę, ale przecież nie było to łatwe. Obóz Nasir Bagh dawno zamknięto, a wiele kobiet – dla zysku i sławy – twierdziło, że jest ową tajemniczą istotą, sfotografowaną przez nowojorskiego reportera. W końcu dowiedział się, że dziewczyna nazywa się Szarbat Gula i mieszka w jakiejś górskiej wiosce, w której przyszła na świat na początku lat siedemdziesiątych. Niestety nigdzie jej nie było i dopiero w odległym regionie Afganistanu, w pobliżu osławionych jaskiń Tora Bora, znaleziono ją u boku męża, wychowującą już własne córki. Tragedia Afganistanu wyryła piętno na jej losach i odcisnęła się na twarzy, trudnej teraz do rozpoznania i jakby wyraźnie sroższej. Do obozu w Pakistanie trafiła, gdy bomby zabiły jej rodziców i musiała nieustannie uczestniczyć w pogrzebach, kryć się przed nadlatującymi samolotami i drżeć z przerażenia, gdy wybuchały pociski. Długa droga do obozu wiodła przez wysokie góry, w których ocalała część rodziny kryła się w jaskiniach, głodowała i stale drżała z zimna. Życie w zatłoczonym miejscu nie było wcale łatwiejsze i podczas przerwy w walkach, Szarbat wraz z bratem wróciła do małej wioski pod ośnieżonymi szczytami, gdzie wiodła nędzną egzystencję, a jedynym jej szczęśliwym dniem był ten, gdy wzięła ślub z Rachmatem, wysokim Pusztunem o groźnym i zadziornym spojrzeniu. Zaczęło się monotonne życie i szybko też pojawiły się córki: Robina, Zahida, Alia i czwarta, która zmarła zaraz po urodzeniu. Jako sunnitka Szarbat zaczynała każdy dzień od modlitwy przed wschodem słońca, a potem nosiła wodę ze strumienia, uprawiała ziemię, prała, gotowała i opiekowała się córkami. Gdyby otrzymała chociaż cząstkę pieniędzy z praw autorskich do słynnej fotografii, jej los odmieniłby się diametralnie, a tak jedynym ważnym wydarzeniem w jej życiu było ponowne pojawienie się fotografa i nowa sesja dla słynnego magazynu. Wszystko za pozwoleniem męża, do którego trafiła zapłata, wszystko z grymasem bólu, wszak Szarbat najlepiej czuje się w burce, która odgradza ją od świata i daje poczucie bezpieczeństwa. Nie nauczyła się czytać, ani pisać, ale chciałaby by jej córki zdobyły wykształcenie, choć czasy są wciąż niespokojne i – jak mówi – tylko rządy Talibanu wprowadzały jakiś ład do jej hermetycznego świata.

sharbat-gula

Dzisiaj, gdy patrzę na zdjęcia trzydziestoletniej Afganki czuję ogromny ból w sercu, bo dokumentuje ono najpełniej nieuchronność ludzkiego przemijania. Tak wyraziści w młodości, nieświadomi swej urody i wyjątkowości, wszystkie byty szybko osuwają się w nicość, giną cząstka po cząstce każdego dnia. Właściwie w każdym momencie życia są inni, ubożsi i brzydsi, starsi i coraz bardziej przygaszeni, schorowani, trudni do rozpoznania po latach. Te dwa zdjęcia dramatycznie dokumentują odejście człowieka, gaśnięcie ognia i blasku w oczach, zanik kruchości i delikatności, ulotnej urody, która – odziana nawet w podarte szmaty – promienieje jak na zdjęciu Mc Curry’ego i staje się symbolem chwili, czasu bezpowrotnie straconego. Gdy na moment, za zgodą męża, podnosi burkę, widać, że jej oczy wciąż są niepokojące, tak samo zielone, chociaż wyraźnie przygaszone. I to już jest twarz dorosłej kobiety, która przeszła wiele w swoim życiu i nie zdawała sobie sprawy jaką karierę w świecie zrobił jej portret. Teraz patrząc na tę fotografię uśmiecha się, ale nie może się pogodzić z tym, że miała wtedy na sobie brązowy łachman z dziurami wypalonymi w kuchni – to takie nieporządne, a przecież muzułmańska kobieta powinna dbać o swój wygląd i nie wolno jej kompromitować męża. Na zdjęciu z dwudziestego wieku bliższa była kruchości egzotycznych dzieci, biegających gdzieś na brzegu Oceanu Indyjskiego, a teraz jej rysy wyraźnie wskazują, że jest hardą Afganką, zawsze stosującą się do religijnych i społecznych nakazów. Jej dziewczynki mają czarne oczy po ojcu i pusztuńską urodę też odziedziczyły po nim, jakby w ten sposób natura podkreśliła jego dominację i zarząd nad wszystkim, co Szarbat robi. Na policzkach ma teraz czerwone żyłki, wskazujące iż stale poddawane są one działaniu mrozu, jej usta są bardziej zmysłowe, brwi jeszcze bardziej krzaczaste i sporo włosów pojawiło się na czole, nad nosem i nad górna wargą. Jeśli pierwsze zdjęcie dokumentowało dojrzewanie ciekawej świata dziewczyny, to drugie ukazuje subtelnie jej dzikość i walkę o przetrwanie w ekstremalnych warunkach. Jedno i drugie jest symbolem człowieczeństwa i  udręki życia, cierpienia, bólu i trwania w obliczu wszechobecnej śmierci. Choć eschatologia odcisnęła swoje piętno na portrecie Szarbat z dwudziestego pierwszego stulecia, światło w jej oczach jest miarą istnienia i potwierdzeniem, że każda ludzka chwila jest cząstką wieczności.

STO WIERSZY POLSKICH (XXIII)

Stanisław Grochowiak rys. Kazimierz Wiśniak

Stanisław Grochowiak    rys. Kazimierz Wiśniak

Stanisław Grochowiak

 CZYŚCI

Wolę brzydotę
Jest bliżej krwiobiegu
Słów gdy prześwietlać
Je i udręczać

Ona ukleja najbogatsze formy
Ratuje kopciem
Ściany kostnicowe
W zziębłość posągów
Wkłada zapach mysi

Są bo na świecie ludzie tak wymyci
Że gdy przechodzą
Nawet pies nie warknie
Choć ani święci
Ani są też cisi

Stanisław Grochowiak był poetą nie stroniącym od artystycznych i życiowych prowokacji, a jego niepohamowany alkoholizm doprowadził go do przedwczesnej śmierci w wieku zaledwie czterdziestu dwóch lat. Zadebiutował w 1951 roku, a potem krytyka wyznaczyła mu naczelne miejsce w obrębie pokolenia „Współczesności”. Do legendy przeszły jego związki z Ireneuszem Iredyńskim, Romanem Śliwonikiem, Zbigniewem Jerzyną, Zbigniewem Bartosiewiczem (Barłogiem), Janem Himilsbachem i Zdzisławem Maklakiewiczem. Obecnie wskazuje się Grochowiaka jako najważniejszego przedstawiciela turpizmu, nieformalnego kierunku w poezji polskiej XX wieku, a jako kompanów przydaje mu się tutaj Andrzeja Bursę i Ernesta Brylla. Te dość ryzykowne ustalenia – wszak każdy z tych twórców miał własną, integralną osobowość – związane są przede wszystkim ze sporem jaki powstał pomiędzy nim i Julianem Przybosiem, który w wierszu Oda do turpistów („Przegląd Kulturalny” 1962 nr 45) skrytykował Grochowiaka, a powodem był przede wszystkim wiersz pt. Czyści, opublikowany w zbiorze pt. Rozbieranie do snu (1959).  Przyboś stworzył określenie turpizm, wywodząc je z łacińskiego słowa turpis (brzydki) i w swojej odzie wyartykułował szereg emocjonalnych epitetów. Padły tam takie określenia jak wyjadacze resztek, ścierwo Charlesa Baudelaire’a, młodość kaleka, noga wyjęta z kubła w prosektorium, moralista od siedmiu czyraków, pegaz-Szczur, deratyzacja wierszy itd. Trudno dzisiaj pojąć zacietrzewienie Przybosia, a tym bardziej jego odę zaklasyfikować jako osiągnięcie poetyckie – raczej wiersz ten kojarzy się z grafomańską fanfaronadą, przeładowaniem znaczeniowym i nadużyciem autorytetu.

Wielosłowiu i zacietrzewieniu Przybosia, Grochowiak przeciwstawia jasny wykład turpistyczny, w którym każde słowo ma swoje znaczenie, każdy wers dopowiada jakiś sens do tego, co zostało wyżej wyartykułowane. Poeta prowokuje: Wolę brzydotę/ Jest bliżej krwiobiegu/ Słów gdy prześwietlać/ Je i udręczać, a jednocześnie odnosi sytuację liryczną do rzeczywistości ludzkiej. Panuje pośród niej przekonanie, że człowiek jest piękny, urodziwy, tworzone są gradacje urody męskiej i żeńskiej, a wręcz wskazuje się konkretne wzorce w świecie aktorskim, artystycznym czy politycznym. Grochowiak przypomina, że ludzkie ciała składają się z kości i mięsa, ożywianych poprzez nieustanne pulsowanie krwiobiegu niosącego tlen i innych płynów ustrojowych. Jeśli zdejmiemy okrywę skóry, jak to możemy zobaczyć w atlasach anatomicznych, ukaże nam się krwawa struktura ludzkiego wnętrza, owa „brzydka” plątanina tkanek i rurek, szkieletu i układu nerwowego. Ludzie stworzyli w swojej wyobraźni fantom urody ludzkiej i nieustannie zapominają o tym, co znajduje się pod skórą. Podobnie jest z prawdziwą poezją, która powinna odzwierciedlać to, co brzydkie i bliższe wnętrzu, a nie generować tylko zachwyty nad „pięknem” i „czystością” ludzkiej egzystencji. W takim kontekście tytuł wiersza zyskuje wydźwięk ironiczny, a czystość staje się określeniem z gatunku niemożliwych, zakłamanych i wynaturzonych. Tak jak prześwietlenie rentgenowskie odsłania w człowieku kościotrupa – wskazuje Grochowiak – tak brzydota demaskuje w wierszu fałsz i prawdziwą udrękę życia. To za każdym razem musi być szok estetyczny, przeniesienie akcentów wartościujących w obręb brzydoty, albo cykliczne powroty do prawdziwego znaczenia przymiotnika turpis. W nim zaczyna i kończy się wszystko – w nim też zaczyna się ciąg opozycji, które uświadomić mają czytelnikowi, że nie znajdzie na ziemi wyabstrahowanego piękna, a wszystko jest tylko kwestią ustaleń i konwencji. Wszak trudno by było nauczyć ludzkiego piękna byty pajęczaste, szponiaste, różnorakie płazy, gady, zwierzęta tak dziwaczne jak słoń, żyrafa czy nosorożec. Te byty także mają swoje kanony piękna i daleko im do ludzkich wyznaczników – łatwo też wyobrazimy sobie jakim straszliwym potworem jest dla pająka krzyżaka lub karalucha Brigitte Bardot, Elizabeth Taylor, Marlon Brando albo Robert Redford.

Grochowiak tworzy na potrzeby wiersza specyficzną mitologię brzydoty, potrafiącej generować bogate formy, spiętrzającej komplikacje, mnożącej asocjacje i będącej zdecydowanie ciekawszą od piękna. Niestety w pierwszym wersie znalazło się niefortunnie użyte słowo ukleja, które może przywodzić na myśl niepotrzebne, błahe konteksty ichtiologiczne. Chodzi oczywiście o sklejanie najbogatszych form, czyli mutowanie, zwielokrotnianie sensów i znaczeń, nieustanne generowanie nowych treści, z których powstają barokowe konstrukcje, surrealistyczne obrazy. Nie przypadkiem zaistnienie turpistów zbiegło się w Polsce z odkryciem nadrealistów francuskich w poezji i malarstwie, ze szczególnym uwzględnieniem liryki André Bretona, Paula Eluarda, Louisa Aragona, obrazów Chirico, Daliego i Magritte’a. Brzydota „retuszuje” absurdalność piękna w obliczu śmierci: Ratuje kopciem/ Ściany kostnicowe, znosi marmurowy patos i W zziębłość posągów/ Wkłada zapach mysi. Ludzkie ułudy związane z pięknem stają się komiczne w obliczu brudu, chaosu, eschatologii i dopiero pojawienie się określenia turpis wprowadza ład do umierania, rozpadu, kremacji i zgnilizny. Najwrażliwsze byty, szukające piękna, muszą przyznać, że brzydota też ma swoja logikę i może stać się inspiracją dla literatury i sztuki. Mamy tego liczne przykłady, choćby w poezji i dramacie epoki romantyzmu, a ostatnio najdobitniej w malarstwie Zdzisława Beksińskiego. Turpiści drugiej połowy dwudziestego wieku opisywali przestrzenie i artefakty odrażające, skupiali swoją uwagę na destrukcji, przemijaniu, kalectwie, chorobach i rozkładzie. Mając świeżo w pamięci okrucieństwa II wojny światowej, Przyboś nie mógł tego zaakceptować i kpił z nich w swojej odzie, dając do zrozumienia, że turpizm jest bez sensu, nie ma podbudowy ideologicznej, a jedynie pragnie szokować czytelnika kolejnymi ewokacjami rodem ze śmietnika. Grochowiak jednak, nie zważając na krytykę przedstawiciela Awangardy Krakowskiej, konsekwentnie stosował swoją strategię antyestetyczną, a czasami wręcz rozsadzał rzeczywistość w wierszu i opisywał poszarpane, zdeformowane cząstki.        

Krytyka turpistyczna szła bardzo daleko i wskazywała, że najmniej ciekawi są ludzie nijacy, dokładnie wymyci, nie mogący zainteresować nikogo, nawet przysłowiowego psa: Są bo na świecie ludzie tak wymyci/ Że gdy przechodzą/ Nawet pies nie warknie/ Choć ani święci/ Ani są też cisi. To wymycie sięga poza obręb skóry i odnosi się też do mózgów, które nie są nośnikami ekscytujących treści, a jedynie podtrzymując nijaką egzystencję, sprawiają, że trwa „coś”, co nie ma wyrazu, nie tworzy i nie potrafi przekształcać świata. To nie są święte byty, ani pokorni ludzie, schylający głowy przed śmiercią i destrukcją – raczej krzykliwi konsumenci, przepychający się do dóbr i żyjący w obrębie sztucznej mitologii piękna. Okrywa skóry i powierzchnia ludzkiego ciała nigdy nie skłoni ich do refleksji nad brzydotą żył, szkieletu i zawsze uciekać będą od sytuacji ekstremalnych, w których przymiotnik turpis odgrywa naczelną rolę. Cywilizacja i kultura stworzyły mechanizmy oczyszczenia, w domach są prysznice i gorąca woda i człowiek może nawet nie mieć do czynienia z własnymi fekaliami, natychmiast spłukiwanymi w dezynfekowanych urządzeniach sanitarnych. Takie tuszowanie wstydliwych wymiarów życia budzi sprzeciw Grochowiaka, który chce żyć w świecie prawdziwym, nie retuszowanym, w którym plwocina i wymiociny, fekalia i jucha sąsiadują z marmurowymi posągami i ze świętością. Tylko takie antytezy stworzą syntezę i pojawi się prawdziwy wymiar ludzkiego losu, zawsze zawieszonego pomiędzy ekstremami. Poeta rozumie, że ludzie tworzą sobie domowe, rodzinne enklawy i sam też żył w takim stadle, ale nigdy nie opuszczała go potrzeba obcowania z brzydotą, czemu dawał wyraz sprowadzając do domu wstrętne kundle, wszczynając burdy, upijając się w towarzystwie meneli i włóczęgów, a potem umierając najprawdziwiej w związku z powikłaniami po chorobie alkoholowej. Zaznając piękna, kochając i dając życie dzieciom, nosząc w pamięci świetlane zdarzenia z dzieciństwa, miał też w sobie bolesne pęknięcie czasu okupacji, a pamięć podsuwała obrazy ciał gnijących na ulicach, rozkładających się koni, szczurów grasujących pośród porozrzucanej w ruinach padliny. Zapewne już wtedy nauczył się, że wszystko w ludzkim świecie jest dwoiste, a potężną przeciwwagą piękno jest wszechobecna brzydota.

ALEJA KLONÓW (22)

guillaume-seignac-virginite-my-dash-museum-dash-of-dash-art-dot-blogspot

Yvette była głęboko nieszczęśliwa i nie mogła zapomnieć swojego ostatniego alfonsa, mistrza bokserskiego o budowie atlety. Wyszła za mąż za tego drobnego fryzjera z wyrachowania, bo uwierzyła mu, że ma ogromne oszczędności. Lubiła też jak strzygł jej czarne włoski u końca ud, a potem rzucał się na nią jak zwierzę i długo, długo się nią sycił. Zanim go znienawidziła, uznawała go za jednego z najlepszych kochanków, śmiało stającego w jednym szeregu z Murzynami, Żydami i Cyganami, których obsługiwała w burdelu na polecenie boksera. Szybko jednak do jej życia wkradła się nuda, brakowało jej szaleństw i orgii, a wciąż ten sam mężczyzna potęgował depresję, budził wstręt. Zaczęła coraz częściej sięgać po wino, które jesienią przygotowywał w wielkich szklanych gąsiorach, a potem zaczęła też spijać bimber, który potajemnie pędził w piwnicy, pod salonem fryzjerskim. Siedziała przy serwantce w różowej, jedwabnej podomce ze sztucznym futerkiem na brzegach i wpatrywała się w swoje obicie w ogromnym, kryształowym lustrze albo półnaga kładła się na sofie. Czasem poprawiła jakiś niesforny lok, czasem umalowała usta krwiście czerwoną szminką, poprawiała brwi henną i cały czas paliła papierosy w długiej szklanej cygarniczce, brązowej od nikotyny i oblepionej od wina. Po wypiciu kilku szklanek alkoholu, jej czarne oczy, tak interesujące dla klientów w domu schadzek, stawały się groźne i przypominać zaczynały diaboliczne ślepia. Zauważała to i uśmiechała się cynicznie, wydymając zalotne usta i szepcząc teatralnie:

   – Przelecisz mnie Szatanku… No pokaż jaki jesteś dobry… Dasz radę ze mną…? Weź mnie na samochodzie jakiegoś frajera albo w ogrodzie, za domem.. Przy tej rozrosłej jabłoni…

Zwykle po takich tyradach stawała w lubieżnej pozie i zaczynała zakładać białe pończochy, a potem przypinać je do koronkowego paska. Gdy przypadkiem wchodził wtedy fryzjer, działała na niego jak narkotyk i szybko lądował z nią w łóżku, dokazując cudów męskiej sprawności.

daniel-hernandez

Po jakimś czasie Yvette zaczęła szaleć, najpierw w swoim pokoju, a potem – gdy mąż tego nie zauważał – na ulicach. Jakież to było widowisko, gdy prawie naga, z powiewającą jedwabną narzutką pędziła w szpilkach Aleją Klonów, potykając się raz po raz o wystające płyty chodnikowe albo grzęznąc w miękkiej ziemi przy rowach ściekowych. Szybko gromadziła się za nią dzieciarnia, nie wiadomo skąd galopował Wuja Koniś, pojawiali się jacyś piekarze, rzeźnicy i szeregowcy z pobliskich koszar. Każdy chciał ją dotknąć, a gruby masarz często wpychał ją w zagłębienie kamienicy, opierał o wielkie wrota i macał w upojeniu. Zaczynała się wtedy śmiać histerycznie i pozwalała na wszystko, czasem nawet sama przyzywając do siebie co przystojniejszych chłopaków. Śmierdziała bimbrem i winem, ale też unosił się wokół niej zapach tanich perfum, wody kolońskiej, pomadek i cieniów do powiek, czasem czosnku i kiszonej kapusty, a innym razem zupy grochowej lub ogórkowej. Nie myła zębów i po zjedzeniu obiadu długo utrzymywały się te aromaty w jej ustach, a swoje robiły też ogromne plamy na podomce, pończochach i jaskrawych czółenkach. Rozkoszowała się tym, że napierało na nią kilku chłopaków albo jakiś kapral ocierał się o jej uda, ale nagle zrywała się jak oparzona, z ogromną siłą odpychała od siebie wszystkich i zaczynała bieg przez Aleję Klonów, skręcała w boczne uliczki i biegła, biegła jak różowy demon pośród szarych domów, rozsychających się płotów i bram. Czasem wykrzykiwała jakieś pojedyncze słowa, ale najczęściej zwracała się do Szatana i lżyła go najgorszymi słowami.

     – Nienawidzę cię… słyszysz gnoju…? Nienawidzę cię!!! Myślisz, że taki jesteś dobry…? No to zobaczymy eunuchu, impotencie!!! Ty gnoju… gnoju… gnoju… Dopadnę cię kiedyś w ogrodzie i zabije bez litości…

Zanim ktoś doniósł mężowi, że Yvette wybiegła na ulicę i zanim fryzjer zdołał ja dopędzić, a potem przerzucając przez plecy, zanieść do domu, zdążyła obrazić wiele kobiet, zaczepić starców i mężczyzn w sile wieku, a raz nawet poszła do piwnicy z brudnym od sadzy wozakiem i pozwoliła się wykorzystać na kupie węgla. Nie wiedziała co się z nią dzieje i miała wrażenie, że Szatan wziął ją na czarnym samochodzie, sprawdzając jej miłosne możliwości. Wszystko ją bolało, jedwabie się ubrudziły czernią, ale traktowała to jak próbę własnych możliwości i wielką bitwę z nieczystymi siłami.

303a77a9-7d54-42be-ab69-6a707dfd6dae

Tylko raz widziano Yvette w czarnym kostiumie, skromnych butach i gustownym toczku z siateczką spadającą na oczy. Ubrała się tak na pogrzeb brata fryzjera i poszła z nim wolno pod rękę, do wielkiego kościoła pod wezwaniem Świętej Trójcy. Usiadła skromnie na dębowej ławce, obok męża, po drugiej stronie mając jakiegoś kuzyna czy stryja – usiadła i pogrążyła się w modlitwie, a z jej oczu tryskały fontanny łez. Ksiądz we fioletowej szacie stanął przy ołtarzu i zaczął odprawiać mszę pogrzebową, a wtedy na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia., coraz intensywniejszy, coraz bardziej groteskowy. Mąż spojrzał z przestrachem na nią, lekko pociągnął ją za koronkę wystającą z rękawów kostiumu, ale to nic nie dało. Słuchała słów księdza i coraz bardziej się dziwiła, a gdy w jej oczach kapłan zmienił się w wielkiego czarnego krokodyla, roześmiała się histerycznie i wrzasnęła:

        – Myślałeś, że Ciebie nie poznam…  Ty podły gnoju!!! Myślałeś, że dam się nabrać… No jazda, pokaż jaki jesteś dobry… Weź mnie na tym tutaj samochodzie… No, pokaż gnoju co potrafisz!!!

Fryzjer zbladł na twarzy, rozejrzał się z przestrachem po żałobnikach i szarpnął Yvette do wyjścia. Tam zostawił ją pod opieką dalekiego krewnego, ogromnego milicjanta, który bez trudu poradził sobie z nią. Wyciągnął ze szlufek spodni wielki, szeroki pas, świsnął nim w powietrzu i zagroził jej:

   – Tylko fiknij dziwko… Tylko podskocz narwana kobyło… To tak ci przyleję, że na dupie nie będziesz mogła siedzieć…

Groźba podziałała trzeźwiąco, tym bardziej, że młodzieniec zmienił się w wielkiego błękitnego hipopotama, śliniącego się i ryczącego straszliwie przed nią.

   – Spokojnie góro mięcha – krzyknęła zjadliwie, ale uspokoiła się na tyle, że jej opiekun puścił ją swobodnie i odszedł na kilka kroków, by spojrzeć przez otwarte wrota co dzieje się w kościele.

Yvette na to tylko czekała i natychmiast ruszyła biegiem na drugą stronę ulicy, a potem szybko zniknęła za rogiem. Co jakiś czas oglądała się jednak za siebie, ale nie widząc pogoni równym krokiem podążyła pod górę, by szybko znaleźć się na Alei Klonów. Nie miała klucza, więc weszła do ogrodu przez furtkę zamykaną na drewniany skobel.

723087747

Stanęła przy wielkiej jabłoni, a w jej uszach rozległy się wysokie tony trąb anielskich, jakieś wielkie chóry, mormoranda i refreny. Uśmiechnęła się lubieżnie i jak tancerka erotyczna w kabarecie zaczęła zrzucać z siebie odzienie, sycząc zalotnie:

   – No jak tam czarny wężu…? Jak tam Szatanku… mój ty krokodylku i hipopotamku… Dasz radę? Weźmiesz mnie w rajskim sadzie…?

Powoli ściągała poszczególne części ubioru i wkrótce już stała w czarnych pończochach i czerwonej bieliźnie. Oparła prawą nogę o pieniek wystający z ziemi, wpatrzyła się w jakiś punkt na drewnianym płocie i zginała wskazujący palec prawej ręki, przyzywając i wabiąc niewidzialnego złego ducha. Wkrótce odpięła pończochy, zsunęła je zalotnie z nóg, a potem zdjęła stanik i fiknęła butami w górę, tak mocno, że jeden z nich zawisł w rozwidleniu grubego konara. Naga podeszła do najbliższej gałęzi, zerwała czerwone jabłko i unosząc je w górę ryknęła:

   – No i co gnoju…? Skusisz się…? Jazda, pokaż ile jesteś wart? Taki z ciebie książę piekielny, taki władca ciemności… No, pokaż co potrafisz…

Gdyby ktoś przyglądał się tej scenie z boku, zobaczyłby, że czarne oczy Yvette zmieniły się nagle w wilcze ślepia, a w kącikach ust pojawiła się piana. Oddychała chrapliwie, nierówno, jakby miała wodę w płucach, a jej łono falowało lubieżnie w rytm jakiejś straszliwej melodii, brzmiącej tylko w jej uchu. Nagle wyprężyła się, jakby trafiona strzałą, jakby przebita piką przez rzymskiego centuriona i padła bez czucia na ziemię. Czerwone jabłko potoczyło się w dal i stanęło dopiero przy jakichś czarnych łapach, ni to pazurach, ni szponach. Mgła napłynęła z północy, pojawiły się jakieś brunatne opary, duszące dymy i nie można było dostrzec kto uniósł owoc i rozgryzł go tak gwałtownie, ze sok trysnął na boki.

Malarstwo: Daniel Hernández Morillo (1856–1932)

LEKKOŚĆ I ZMIENNOŚĆ

3

Poezja Joanny Wrzesińskiej oparta jest na ulotnych paradoksach, nieustannie wyłuskiwanych ze zdarzeń i gestów, spotkań i przeżyć. To jest uważne studiowanie elementów świata, a zarazem ciągłe sondowanie samej siebie. To próba znalezienia w wierszu złotego środka, harmonii pośród niestabilnych cząstek przestrzeni – tutaj: płaski księżyc i białe światła, tutaj wszystko staje się nad-wyraziste i domaga się dopełnienia w słowie. Wrażliwość kobiet bywa zaskakująca i dopiero gdy zaczynają pisać wiersze, gdy dzielą się z czytelnikiem tym, co rozgrywa się w ich wnętrzach, zaczynamy rozumieć kim są i jakże wiele mają do przekazania. Zwykle ich świat kojarzymy z uczuciami, lekkością i zwiewnością, ale jest to przekonanie tyleż prawdziwe, co pobieżne, nie obejmujące fenomenu rozrastającego się wnętrza, kształtującej się przestrzeni intymnej, w której zawsze pojawiają się znaczące cząstki i wyznaczniki. Kobieta niesie swoją tajemnicę przez lata i często się zdarza, że nigdy jej nie uzewnętrznia, nigdy nie odważa się opowiedzieć o sobie i jej świecie. A przecież byłyby to relacje o głębiach i przepaściach, o kolejnych celach i zdobywanych szczytach – o walkach, jakie musi toczyć, by zapewnić byt sobie i rodzinie i żyć stale w euforii zdarzeń prostych albo daleko wykraczających poza codzienność, poza zwykłość: ciągną się niewidzialne pajęczyny/ przypinają kosmyki włosów do twarzy/ strącają barwy korali/ matowieją kształty/ systematycznie powielają/przestrzeń. Poezja daje szansę ukazania choćby części tego, co rozgrywa się w subtelnym kobiecym wnętrzu, co konstruuje je codziennie i co burzy w nim, zdawać by się mogło, trwałe fundamenty. Staje się też rodzajem dziennika lub pamiętnika,  który szybko zyskuje rangę powiernika trosk i radości, nieodzownego elementu życia i jego nieustającego dopełniania.

Ważną rolę w tych wierszach odgrywa natura i mit kalendarzowy – wpisanie ludzkiej egzystencji w doroczne zmiany pór roku, odradzanie się, dojrzewanie, a potem więdnięcie, zamieranie kwiatów i drzew, ziół i krzewów. Szukanie balansu, wyodrębnianie elementów świata, wiąże się tutaj z dopełnianiem kolejnych kręgów czasowych i odnajdywaniem harmonii: na lepkich pajęczynach traw/ snuje się słodycz/ sadów/ pasiek/ wina/ emanują/ nowe doznania. Doświadczanie świata zostało tutaj wpisane w bieg pór roku i podkreślone osobnymi działami zbioru, ale też znalazło swoje odbicie w tkance ulotnych liryków, lekkich jak puch dmuchawca, rozprzestrzeniających się jak jasne smugi pośród błękitnego nieba: chmura przegląda się/ w lustrze nieba/ na błękitno-różowym tle/ układa rozwiane myśli/ w modne fryzury. Spojrzenie poetki jest jasne, pełne miłości i zrozumienia, docierające do tajni przyrody, a subtelna empatia podąża ku sercom najbliższych jej osób. Pragnienie układania myśli i zdarzeń w logiczne ciągi znajduje swoje potwierdzenie w kolejnych wierszach, lekkich i zwiewnych, ale zadziwiająco konkretnych i trafnie analizujących doznania. Prawdziwa sztuka słowa polega na jego dozowaniu, przeciwstawia się gadulstwu, szuka syntezy i takiej konstrukcji wiersza, by pomieścił on treść opisową i naddaną, a przy tym nie zagubił niczego z symboliki chwili: wieczorna herbata/ kropla wiruje/ nie chce rozwiać się w chmurach/ i spocząć. Wrażliwość poetki nie znajduje odpoczynku, stale przesiewa istnienie przez sito delikatności i czułości, a potem znajduje słowa elementarne i tworzy z nich jedwabny kokon kolejnych dni i nocy.

Eschatologia została tutaj wpisana w naturalny bieg rzeczy, w zmienność dobową i roczną, w nieustanną metamorfozę, a jeśli zdarza się jakieś zawieszenie odwiecznych praw, to zyskuje ono wartość liryczną, staje się symbolem chwilowego i jakże kruchego istnienia: ostatni liść akacji/ szepcze/ że wiatr o nim zapomniał/ wilgoć przykleja się do rzęs/ jak łzy. Tak natura rozpościera swoje władanie na ludzki byt, tak staje się jego odbiciem i dopełnia jego immanentną treść. Wiosna, lato, jesień i zima nadchodzą, krzewią się w świadomości, a potem znikają bezpowrotnie – ludzkość nazywa to latami, choć mamy tutaj do czynienia z cyklem kosmicznym i biegiem naszej planety wokół słońca. Każda pora roku ma swoją symbolikę i każda ma swój urok, ale też może generować tony smutne, rodzić melancholię i przenosić myśli w obręb spraw ostatecznych. Wiosna wybucha soczystą zielenią, lato dojrzewa w żółcieniach i czerwieni, jesień to brązy i sienny, a zima to biel, okrywająca wszystko szczelną zasłoną, każąca czekać na znak lub gest, na chwilę, która rozpłomieni wszystko: biel pokryła obrazy/ z dala rozlewają się pleśnie/ noc zapaliła ciszę/ pachnie jak żywica/ wyczekiwana chwila wschodzi. Ale przecież pod okrywą, pod śnieżnym puchem rodzi się już nowe życie, zaczynają wznosić się ku światłu pierwsze kwiaty, przebiśniegi, fiołki i krąg roczny zaczyna się od nowa, a mit kalendarzowy znajduje swoje odzwierciedlenie w powszechnym wzrastaniu, rozkwitaniu, a potem w upadku w kruchość i nietrwałość. Poezja Joanny Wrzesińskiej niesie wyraźne przesłanie, jest pochwałą życia i przemijania, potwierdzaniem egzystencji i zgodą na odejście, ale też jest próbą uchwycenia ulotności świata, jego chwilowości i kruchości w  każdej sekundzie, minucie, godzinie, w każdym dziesięcioleciu i stuleciu. Warto czytać te wiersze, bo jest w nich autentyczność i subtelność, skromność osoby ludzkiej i piękno dziewiczej natury, elementarna siła słowa i metamorfoza świadomości. Słowem – liryka kobiety, która patrzy na świat szeroko otwartymi oczyma i wsłuchuje się w rytm natury, jakże doskonale rymujący się z rytmem jej serca i wyczuwalnym pod powłoką skóry pulsem krwi.

 

LUIDORY I PORTUGAŁY

b-001-horz

W przedmowie do Blasków i nędz życia kurtyzany Honoriusza Balzaka znalazłem znamienna ocenę Tadeusza Żeleńskiego-Boya, tłumacza powieści z cyklu Komedia ludzka: Balzak, jak już niejednokrotnie miałem sposobność wspomnieć, jest pisarzem bardzo nierównym. Mieści się w nim i genialny psycholog, i prawdziwy twórca realizmu (w dobrym znaczeniu słowa) w powieści i teatrze XIX wieku, i utajony romantyk – syn swojej epoki – lubujący się w gigantycznie wydętych koncepcjach; wreszcie i autor felietonowy – powieść w felietonie wówczas się narodziła – obniżający nieraz pod naporem finansowych konieczności wysokość lotu. Zależnie od doby życia, od warunków tworzenia oraz siły twórczego napięcia elementy te w różnym stosunku wchodzą w skład dzieł Balzaca, rozstrzygając o ich charakterze. Zaintrygowany tą opinią jednego z największych polskich znawców dzieł francuskiego pisarza, zamyśliłem się nad moimi związkami z nim, które – przyznać trzeba – były więcej niż ubogie. W pierwotnej, młodzieńczej biblioteczce, stała na półce piękna edycja Eugenii Grandet i kilka razy zasadzałem się, by tę książkę przeczytać, ale wydawała mi się zbyt literacka, zbyt minoderyjna, daleka od tomów, które wtedy „pochłaniałem” – tzn. opowieści przygodowych i podróżniczych, relacji z wielkich wypraw odkrywczych i awanturniczych eskapad w głąb dżungli, na pustynię albo w lodowate tajnie Syberii, Alaski, Arktyki i Antarktyki. Potem była licealna lektura Ojca Goriota, powieści – jak wtedy oceniałem – znakomitej, długo pozostającej w pamięci. Z tego okresu (1976) zachował się w moich tekach z rysunkami portret Balzaca, który narysowałem flamastrem podczas jednej z lekcji języka polskiego, a który tutaj reprodukuję. No i co? To już moja cała przygoda z Balzakiem, a od biedy można tutaj jeszcze dorzucić filmy prezentujące jego życie i dzieje miłości do Eweliny Hańskiej, polskiej szlachcianki, która najpierw zafascynowała się jego twórczością, a potem została kochanką i ostatecznie żoną. Po śmierci pisarza w 1850 roku, musiała uporządkować jego sprawy spadkowe, a szczególnie spłacić długi, które po sobie pozostawił. Choć dzisiaj wydaje się to nieprawdopodobne, przez nieco ponad trzydzieści lat swego świadomego i dojrzałego życia napisał grubo ponad sto powieści, wiele sztuk teatralnych, esejów i rozpraw, z czego tylko trzecia część została przetłumaczona na język polski.

 

Daniel Hernandez - Honoré de Balzac, Eugenia Grandet, rys. Daniel Hernandez, 1897

Daniel Hernandez –  Eugenia Grandet, rys. Daniel Hernandez, 1897

Przez lata nosiłem w sobie jakieś irracjonalne przekonanie, że Boy był bezkrytycznym apologetą Balzaka, więc opinia, znaleziona w przedmowie do Blasków i nędz życia kurtyzany kazała mi przejrzeć moje półki i wyłuskać z nich dość prymitywne wydanie Eugenii Grandet (1833). Choć książka opublikowana w ramach Biblioteki Powszechnej w 1967 roku odstręczała swoją zgrzebnością, zacząłem ją czytać z pasją, tak że po kilku godzinach miałem już za sobą jakieś trzy czwarte tomu. Nie jest do duże dzieło, więc lekturę dokończyłem dnia następnego, przez cały czas drapiąc się z zakłopotaniem po głowie. To ma być to arcydzieło literatury francuskiej, ta owiana sławą powieść wielkiego realisty? Przecież mamy tutaj do czynienia z powieścidełkiem o dziwacznej rodzinie bednarza Grandeta, żyjącej w mieścinie Saumur, w Kraju Loary, która niczym szczególnym się nie wyróżniała, a nieco sławy zyskała dopiero po latach, kiedy to urodziła się tam słynna projektantka mody Coco Chanel (1883). Historia opowiedziana przez Balzaka ma kilka punktów zwrotnych i pierwszym z nich jest pojawienie się syna brata bednarza – Karola. Młodzieńca tyleż urodziwego, co zepsutego przez paryskie życie, mającego wielkie mniemanie o sobie i nie zdającego sobie sprawy ze stanu finansów ojca. Przekazuje skąpemu wujowi list, z którego ten dowiaduje się, że brat zbankrutował i ma zamiar wkrótce odebrać sobie życie. Niebawem gazety donoszą o tym samobójstwie, a poinformowany o wszystkim Karol pogrąża się w czarnej rozpaczy. Stary bednarz zgromadził ogromny majątek, ale nie ma zamiaru dzielić się nim z nikim, a tylko swojej córce daje co miesiąc piękną złotą monetę, traktując to jako zabezpieczenie na przyszłość i rodzaj kolekcji najcenniejszych rodowych numizmatów. Jaka to była fortuna możemy się przekonać, gdy Eugenia po raz pierwszy sumuje to, co otrzymała: Oddzieliła najpierw dwadzieścia portugałów, jeszcze nowych, wybitych za panowania Jana V w r. 1725, wartych obecnie po kursie pięć lizboninów, czyli każdy sto sześćdziesiąt osiem franków osiemdziesiąt cztery centymy, jak jej powiedział ojciec, ale których wartość konwencjonalna wynosiła sto osiemdziesiąt cztery franki, zważywszy rzadkość i piękność tych sztuk, błyszczących jak słońce. Item pięć dukatów genueńskich, też rzadka moneta, warta osiemdziesiąt siedem franków po kursie, ale sto franków dla amatorów złota. Miała je od starego pana La Bertellière. Item  trzy złote kwadruple hiszpańskie FilipaV, bite w roku 1729, podarek pani Gentilet, która, ofiarowując je Eugenii, powtarzała zawsze to samo zdanie: „Ten drogi kanareczek, ten mały żółtodzióbek, wart jest dziewięćdziesiąt osiem franków. Chowaj go dobrze, moje kochanie, to będzie ozdoba twego skarbczyku”. Item – co ojciec jej cenił najwięcej – (złoto w tych sztukach było przeszło dwudziestotrzykaratowe) sto dukatów holenderskich z roku 1756, wartych prawie po trzynaście franków. Item – wielka osobliwość! – rodzaj medali, szacownych dla skąpców; trzy rupie ze znakiem Wagi i pięć rupii ze znakiem Najświętszej Panny, wszystkie z czystego dwudziestoczterokaratowego złota, wspaniała moneta wielkiego Mogoła, sztuka w sztukę wartości po trzydzieści siedem franków czterdzieści centymów na wagę, ale przynajmniej po pięćdziesiąt franków dla znawców, którzy lubią się pieścić złotem. Item napoleon czterdziestofrankowy, otrzymany przedwczoraj i włożony niedbale do czerwonej sakiewki. Skarb ten zawierał monety nowe, dziewicze, prawdziwe dzieła sztuki, o które stary Grandet pytał się czasem i które lubił oglądać, aby tłumaczyć córce ich swoiste zalety, jak np. piękność obrączki, czystość liter, których kanty jeszcze się nie starły. Dziewczyna spontanicznie postanawia dać te cenne numizmaty kuzynowi, w którym od razu się zakochuje i nie może pogodzić się z jego łzami i szczerą rozpaczą po śmierci ojca. Choć zdaje sobie sprawę z przewiny w stosunku do ojca i boi się jego gniewu, nie waha się uczynić tego rodzinnego przestępstwa, bo wierzy, że jej ukochany wróci kiedyś do niej, obdarzy ją szczęściem niewyobrażalnym, w obliczu którego blaknie nawet najpiękniej lśniące złoto.

Złote luidory

Złote luidory

Zdecydowanie najciekawsza w powieści jest postać Feliksa Grandeta, patologicznego skąpca, owładniętego manią bogacenia się i nieustannie snującego podłe intrygi finansowe. Dzięki nim pozyskuje ogromny majątek, ale nie przestaje żyć jak prostak, zamęczając żonę i córkę Eugenię swoimi nakazami. Także służąca Nanon jest jego ofiarą i wciąż musi dokonywać cudów by ze skromnych środków przygotowywać posiłki dla rodziny. Pieniądz staje się tutaj fetyszem i determinuje wszelkie poczynania bednarza, który niewiele sobie robi ze śmierci brata, a jedynie martwi się tym, że bratanek stracił fortunę i może narobić mu kłopotów. Dla wiecznie zadłużonego Balzaka postać Grandeta musiała być fascynująca, a jego umiejętność zdobywania pieniędzy była rodzajem tęsknoty człowieka, który nigdy sobie z tym nie radził. Wykorzystując koniunkturę rewolucyjną, a potem stawiając na Restaurację, spekulując obligacjami, dorobił się Grandet milionów franków, które stopniowo zamieniał na papiery wartościowe albo trzymał w wielkich worach w swoim małym pokoju. Bohater ten ma niewątpliwie pewne cechy Harpagona ze Skąpca Moliera, równie patologicznego zbieracza dóbr, niszczącego wszystko dookoła i zamęczającego swoimi fanaberiami rodzinę. Z drugiej strony jest integralną kreacją i zapewne Balzak wykorzystał wiele obserwacji z Paryża i prowincji, ukazał w nim wiele osób, z którymi miał do czynienia. W takim rozumieniu możemy tutaj mówić o modelowym skąpcu i spekulancie dziewiętnastowiecznym i o karierach charakterystycznych dla tego czasu. Na drogach tych karier – pisze we wstępie do powieści Jerzy Adamski – przyjrzeć się możemy wyzyskowi chłopa, rozkładowi arystokracji, potędze sądowników i bankierów, żywiołowemu naporowi burżuazji, której orężem nie jest już cierpliwa praca, wytwarzająca użyteczne dobra, lecz spekulacja. To od niej właśnie zależy awans społeczny, tym szybszy, im bardziej wyrafinowane stosuje się spekulacyjne sposoby. Pieniądz jest jedyną radością Grandeta, a uczucia do żony i córki pojawią się u niego dopiero u końca chciwej egzystencji, choć nawet wtedy powiązane będą z troską o mamonę i odzyskanie złota podarowanego przez Eugenię Karolowi. Temu fircykowi i strojnisiowi paryskiemu, który najpierw rozkochuje w sobie córkę skąpca, a potem zagarnia jej kosztowności i wreszcie zdradza ją bezlitośnie, gdy tylko pojawi się okazja wejścia do wyższej sfery społecznej. Ostateczna ocena Grandeta musi być druzgocąca, a jego groteskowa śmierć jest przypomnieniem znanej ewangelicznej prawdy i potwierdzeniem, że w świecie ludzkim nie można ocalić jakichkolwiek dóbr materialnych. Podlegają one rozpadowi, tak samo jak ciała ludzkie – podobnie gniją, murszeją, a w końcu zostają roztrwonione i rozwiane po świecie niczym znikome prochy.

Grób Balzaka na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu

Grób Balzaka na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu

Przeciwieństwem bednarza są dwie najwyrazistsze postaci kobiece w powieści – Eugenia i jej matka. Przez wiele lat zastraszane i maltretowane psychicznie finansowymi roszczeniami Grandeta, zadawalają się cichą egzystencją i niewielkimi radościami szarego dnia. Sytuacja zmienia się, gdy pojawia się Karol i zawiązuje się nić subtelnego uczucia pomiędzy nim a kuzynką. Niestety starzec dąży do jego wyjazdu i wskazuje mu indyjski kierunek, gdzie można dobrze zarobić na handlu i wyzysku, co też się stanie po latach, kiedy to młodzieniec wzbogaci się na handlu niewolnikami i bezwzględnie korzystać będzie ze swej pozycji białego zdobywcy. Eugenia, obdarzając go swoimi precjozami, wytworzy w sobie obraz idealny, daleki, od tego kim stanie się jej ukochany, a prawdę pozna dopiero po wielu latach. Będzie nieustannie rozpamiętywać spotkania na ławeczce w ogrodzie, miłosne szepty i pocałunki, a on w tym czasie bezwzględnie korzystać będzie z uciech życia, biorąc w ramiona Murzynki, Mulatki, Hinduski i Karaibki, a potem nie zawaha się wejść w związek małżeński z kobietą nieatrakcyjną, zapewniającą mu awans towarzyski. Eugenia umożliwiła mu wyjazd do Indii, a potem rozmyślała o nim stale, licząc na powrót i na spędzenie z nim reszty życia. Jej czyn spowodował lawinę straszliwych zdarzeń, kiedy to stary Grandet zamknął ją w pokoju o chlebie i wodzie i doprowadził do śmierci żony, która nie poradziła sobie z rozpaczą. Matka tak kochała swoją córkę, że ani razu nie potępiła jej czynu, a za niezgodę na agresję męża zapłaciła najwyższą cenę. Po śmierci żony starzec jeszcze zmusza córkę do zrzekniecia się majątku matki, ale w obliczu własnej choroby i bliskiego odejścia ze świata, wprowadza ją w zarząd dobrami. Balzak zdaje się w tym momencie drwić z bogacza i wskazywać, że tak hołubione dobra ziemskie, z taką pasją gromadzone złoto i obligacje, zawsze dostają się w inne ręce, a nawet jeśli to będą członkowie rodziny, to do nich należeć będzie decyzja o ich dalszym ziemskim przeznaczeniu. Świat został źle skonstruowany – zdaje się mówić pisarz – a ciągłe kłopoty finansowe, walki spekulacyjne i żądza gromadzenia coraz większych dóbr, prowadzą do utraty człowieczeństwa i zagubienia najważniejszych celów egzystencji. Liczni komentatorzy wskazywali, że Eugenia Grandet jest znakomitym studium psychologiczno-obyczajowym, ale przecież mamy tutaj też do czynienia ze znacznymi uproszczeniami i sam Balzak nie uważał, że jego utwór jest arcydziełem. Raczej  uznawał go za powiastkę, opowiadanie, łatwe do spieniężenia, ale nie mające specjalnej wagi w wielkim cyklu Komedii ludzkiej i nie mogące stanąć do konfrontacji z największymi jego dziełami. Uważna lektura odsłania liczne niekonsekwencje autorskie, a analiza psychologiczna głównych postaci, dokonywana w oparciu o nowoczesne narzędzia współczesnej psychologii, demaskuje liczne luki osobowościowe i charakterologiczne. Za dużo w tej powieści postaci papierowych, niedookreślonych, ledwie naszkicowanych, jakby stworzonych tylko dla określonych korzyści narracyjnych. Trudno byłoby stworzyć rozległe studia osobowości poszczególnych bohaterów i bohaterek Eugenii Grandet, a to co zyskało tak wielki poklask u zmanierowanych paryżanek dziewiętnastowiecznych, dzisiaj jawi jako przyczynek do opisu komedii ludzkiej…

* * *

wladyslaw1

Gdy umiera ojciec świat zostaje okaleczony, jawi się jako uboższy, okradziony z ważnego życiorysu i z cząstki nas samych. Nawet jeśli to życie było długie i obfitowało w wiele ekscytujących zdarzeń, zawsze pozostaje niedosyt i smutek krzewi się boleśnie w tych, którzy pozostali. Mój ojciec zrobił to, co zwykle określa się jako ludzkie spełnienie – wybudował piękny dom, zasadził wiele drzew i dał życie trzem synom. W pracy był zawsze lubiany i otoczony przez wianuszek przyjaciół, a ludzie, z którymi miał do czynienia przez wiele lat także wychodzili do niego z uśmiechem. Miał swoje wielkie pasje – hodował gołębie pocztowe i brał udział w konkursach, na których zdobywał znaczące nagrody, a jako mistrz kierownicy potrafił doceniać zalety kolejnych swoich samochodów. Jednak najwięcej energii poświęcał działkom, które kolejno kupował i zagospodarowywał – tak jak jego ojciec Stanisław, kochał ziemię i uprawiał ją z miłością, a wzrastające rośliny pielęgnował jak prawdziwe skarby, tworząc kolejne układy kwietne, szczepiąc owocowe drzewa, tworząc infrastrukturę kolejnych kawałków ziemi. Zapamiętam go przede wszystkim w mundurze szkoły lotniczej w Dęblinie, ale też zachowam w pamięci kolejne odsłony życiowe, obrazy i działania, spośród których wiele było radosnych i wzniosłych. Trzykrotnie dał mi życie – na samym początku i dwa razy w dzieciństwie, ratując mnie z odmętów wodnych, gdy nieuwaga kazała mi oddalać się zbyt daleko od brzegu jeziora, kanału. Jako kierowca autokaru wycieczkowego zabierał mnie wielokrotnie w podróże po Polsce, pokazując miejsca szczególne, budząc we mnie wrażliwość wagabundy. Cieszyłem się potem, że jako bardzo silny, młody mężczyzna mogłem mu pomagać w kolejnym miejscu pracy, gdzie tężyzna fizyczna była niezbędna. Zapewniał przez dziesięciolecia bezpieczny byt rodzinie i moja mama nigdy nie musiała się martwić o środki do życia, łącznie z ostatnimi momentami jego egzystencji. Wierzył w moje możliwości i z dumą zawiesił na ścianie swojego domu moją fotografię w todze doktorskiej, za każdym razem też uważnie studiował kolejne moje książki, łącznie z poezją. Gdy napisałem kilka wierszy o jego ojcu i moim dziadku, płakał jak dziecko i dziękował mi wiele razy, czym wprawiał mnie w zakłopotanie. Napisałem je przecież spontanicznie, po śmierci dziadka i z poczucia więzi z rozległą rodziną, jego ośmioma braćmi i dwiema siostrami. Teraz już jego życie się skończyło, gołębie odleciały w błękitne dale, kwiaty zwiędły, a jego oczy nie zobaczą już owoców na krzewach, jabłoniach i śliwach. Ale przecież zostały dokonania życia, pamięć najbliższych i miejsce na cmentarzu, które będziemy odwiedzać po kres naszych dni. Żegnaj kochany ojcze. Dziękuję Ci za życie, za to, co w nim zrobiłem i co jeszcze się wydarzy…

WIOTKI UMYSŁ KSIĘCIA

6a00e54fe4158b883301b7c8200ea9970b

Książę Myszkin jest ekscentrykiem, dziwnie zachowującym się młodym mężczyzną, raz po raz doświadczanym przez gwałtowne ataki epileptyczne. Odziedziczona fortuna pozwala mu czuć się niezależnym, snuć niegroźne intrygi, odwiedzać domy, w których powinno się bywać i słuchać opowieści o Rosji, milionerach, bankrutach, mordercach i wspaniałomyślnych donatorach. Otoczenie zrazu ma go za idiotę, ale wiele osób zmienia z czasem nastawienie do niego i zaczyna dostrzegać w nim wiele pozytywów, ciekawych reakcji, do wielu docierają też wypowiedzi, poparte rzeczowymi argumentami i znakomicie lokujące się w dyskusjach. Właściwie Lew Nikołajewicz Myszkin sam dla siebie jest zagadką, a jego skłonność do zakochiwania się w biegunowo różnych kobietach, staje się prawdziwym przekleństwem. Dostojewski chciał w powieści Idiota stworzyć portret człowieka doskonałego, ale nieopatrznie skarykaturował go i ukazał liczne jego zależności od nieoczekiwanych zdarzeń, chwilowych zgapień, nieustannej presji osób z kręgu towarzyskiego. Pisał w jednym z listów: Chodzi mianowicie o przedstawienie absolutnie doskonałego człowieka. Moim zdaniem nie może być nic trudniejszego, zwłaszcza w naszych czasach. (…) Już dawniej idea ta pojawiała mi się w głowie jako pewien przebłysk obrazu artystycznego, nie chciałem jednak, aby stanowiła tylko część czegoś, potrzebowałem jej jako całości. Powieść powstała pomiędzy wrześniem 1867 a styczniem 1869 roku i publikowana najpierw w odcinkach w prasie, spotkała się z żywym odbiorem czytelników. W świecie upiorów ludzkich, karciarzy i pijaków, oszustów sądowych i złodziei ktoś taki jak Myszkin musiał jawić się jako idiota, tym bardziej, że był szarmancki, godził się na fanaberie towarzystwa i nie obrażał się za obelgi. Podczas lektury doskonale widać, że jego postawa, czyny i działania stają się prowokacją dla różnorakich oponentów, a Dostojewski używa Myszkina by ukazać wokół niego skłębienie i skarlenie społeczeństwa rosyjskiego w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Całe nieszczęście ludzkości – wskazuje autor powieści – polega na tym, że zbyt pochopnie i powierzchownie ocenia innych ludzi, rwie się do wydawania opinii, a największą przyjemność sprawia jej wyrządzenie komuś krzywdy. Ludzie chełpią się tym wtedy jak wielka zasługą, nie zauważając – lub nie chcąc zauważyć – jakich spustoszeń dokonali i ile zła, w postępie geometrycznym, zaczęło mnożyć się za ich sprawą.

Myszkin może rzeczywiście odstręczać od siebie ludzi, ale najcenniejsze w powieści są portrety postaci z jego otoczenia, najczęściej kanalii, choć zdarzają się też prawdziwi nieszczęśnicy (Hipolit) albo minoderyjne dziewczęta, mające w głowie tylko dobry ożenek i czekające na bogatego kandydata. Wyzwanie, jakim jest dobroć i postawa życiowa księcia, nieustannie wystawiane są na próbę, a kolejni oponenci, dyskutanci, osoby oceniające go, sami stają się podmiotem ocen Dostojewskiego. Jako epileptyk, Myszkin żyje stale w obliczu nieoczekiwanych zdarzeń, pośród których nagłe ataki mogą zburzyć wszelkie jego intelektualne konstrukcje i próby zaprowadzenia ładu. Łagodnie i delikatnie próbuje zbudować swój związek z przepiękną Agłają Iwanowną Jepanczyn, czym naraża się na drwiny jej rodziców, sióstr i całego swojego otoczenia. Dziewczyna dostrzega w nim jednak wyraźny potencjał myślowy i egzystencjalny i zaczyna przyzwyczajać się do myśli, że może stać się jej życiowym partnerem. To, co jedni uznają za idiotyzm, ona zaczyna interpretować jako interesujący profil psychologiczny, a sama będąc niezwykle rozchwiana duchowo i emocjonalnie, szuka pokrewnej duszy, powiernika dla jej romantycznych tęsknot. Wszystko wszakże otacza jakiś dziwny mrok – Dostojewski nie umiał – pisze Szestow – zupełnie nie umiał posługiwać się jasnymi barwami. Sądził, że wystarczy wymyślić pobożną nazwę dla obrazu, a jego temat będzie usprawiedliwiony.[1] Może dlatego wokół Myszkina gromadzi się sporo wykolejeńców i nieudaczników życiowych, cała rzesza pijaków i miernot, przecież każdy może u niego liczyć na rozmowę i wysłuchanie żalów. Dochodzi nawet do tak wynaturzonej sytuacji, że całe towarzystwo wysłuchuje u niego spisanej spowiedzi Hipolita Tierentiewa, a potem jest świadkiem jego pozorowanego (lub nieudolnie przygotowanego) samobójstwa. A wszystko za sprawą łagodności księcia i jego pragnienia zaprowadzania ładu we wszelkich sferach społecznych, w których się znalazł.  Trzeba być idiotą – mówią zdegradowani bohaterowie powieści – żeby wychodzić z sercem na dłoni do prawdziwych ludzkich bestii, trzeba nie mieć oleju w głowie, żeby próbować łagodzić wieloletnie spory, albo okiełznać taką zdeprawowaną istotę jak Nastazja Filipowna. A jednak – świadomie lub nieświadomie – Myszkin podejmuje stale te próby, wciąż chce tworzyć unie pomiędzy wrogami i ludźmi, którzy by nigdy nie podali sobie ręki. Jakoś w jego obecności pękają lody, a to, co wydawać by się mogło nierealne, zyskuje nowy wymiar i staje się rzeczywistością.

Postawa księcia prowadzi do nieuzasadnionych komplikacji, zerwania z Agłają i kolejnej szaleńczej próby poślubienia Nastazji Filipownej. Tutaj akcja powieści wyraźnie przyspiesza, niektórzy bohaterowie umierają, inni popadają w szaleństwo, a najbardziej zaskakująca jest ucieczka Nastazji sprzed ołtarza i ponowne połączenie z Rogożynem. Nieszczęsna kobieta nie zauważa, że doprowadziła już swoich adoratorów do kresu wytrzymałości i może stać się coś naprawdę złego. Książę jedzie do Petersburga i szuka jej w dawnych miejscach zamieszkania, odwiedza też kilkakrotnie dom Rogożyna, ale tam nie mówią prawdy, że przebywa w nim ukochana. Jego stan psychiczny ulega wyraźnemu pogorszeniu, a miotając się pomiędzy Agłają a Nastazją, powoli traci grunt pod nogami i coraz mniej ma pomysłów, co robić, jak przeciwstawić się coraz to straszniejszym zdarzeniom. W pewnym momencie pojawia się obok niego Rogożyn i prosi, by poszedł razem z nim do jego domu, gdyż jest tam potrzebny. Okazuje się, że tego samego dnia zamordował Nastazję Filipowną, a sprowadzenie na miejsce zbrodni Myszkina miało mieć dla niego jakieś znaczenie terapeutyczne. Rację ma Miłosz, gdy wskazuje, że U Dostojewskiego wola każdej jednostki (miłość własna) i samo-wola jest siłą niszczącą i lubuje się w okrucieństwie wobec innych.[2]  Tak wszystko się rozpada, wszystko traci sens – Rogożyn zostaje skazany na wiele lat katorgi syberyjskiej, książę wraca do kliniki w Szwajcarii, gdzie coraz bardziej popada w obłęd, Agłaja wychodzi za mąż za polskiego rewolucjonistę i popada w biedę. Miało się zacząć wspaniałe życie, ale zachowanie „idioty” doprowadziło do ciągu fatalnych rozstrzygnięć, bolesnych zawirowań, których nie można już było opanować. Złą rolę odegrała tutaj też intrygancka natura Nastazji, ale przecież każdy z bohaterów powieści dokładał swoją cząstkę chaosu, dezorientował Myszkina i wpływał na jego dziwaczne decyzje. Powieść Dostojewskiego miała ukazać człowieka nieskończenie dobrego, wspaniałomyślnego i spolegliwego, a udokumentowała rozchwianie rosyjskich charakterów, kłótliwość i pijaństwo, degrengoladę moralną i zawiść, a nade wszystko brak akceptacji dla dobrych uczynków i podchodzenie do nich jak do skrajnych fanaberii.

Po nowej lekturze powieści znalazłem u Maurice’a Merleau-Ponty’ego informację i jakże ważki komentarz: W pierwszym szkicu „Idioty” Dostojewskiego mordercą był książę Myszkin. W końcu został nim Rogożyn. Ale to zastąpienie nie jest dowolne, opiera się na systemie równoważności czy raczej na zasadzie selekcji i regule ekspresji, która formuje tę powieść, aby przekazywała nam określone rzeczy.[3] Rzeczywiście, gdyby Myszkin zabił Nastazję, cała konstrukcja jego postaci ległaby gruzach i okazałoby się, że wszystko jest tylko absurdem. I tak absurdalność życia pojawia się w ostatnich częściach dzieła z ogromną mocą, ale czytelnikowi łatwiej jest znieść nawrót choroby księcia, niż morderstwo Rogożyna. Nie wolno igrać z życiem, a zabawy pionkami, które prowadziła Nastazja Filipowna często prowadzą do tragicznych rozstrzygnięć. Kto wchodzi na drogę zła, zbiera zło, kto niszczy związki międzyludzkie, niszczy samego siebie, kto igra z Bogiem i Szatanem, ten wpisuje swoje losy w odwieczny, kosmiczny konflikt. I nie ma tutaj znaczenia fakt, że Nastazja jest kobietą upadłą, a jej gierki mają wymiar w mikro skali, możliwe są tylko w ściśle określonym środowisku, wąskiej grupie adoratorów i komentatorów jej poczynań. Dlaczego takim, stojącym nad grobem nadwrażliwcom jak Hipolit, śnią się jakieś szatańskie gady, które czyhają na ludzi, dlaczego ataki epileptyczne dotykają człowieka, który pragnie łączyć ludzi i potrafi wybaczyć nawet zamach na własne życie, dlaczego wreszcie dochodzi do tej ohydnej zbrodni? Odpowiedzi może być kilka – stan umysłów ludzi w Rosji pogorszył się, a groza nakazów i kar religijnych przestała działać, do czego przyczyniło się też uzależnienie kleru od mamony. Zanikły bariery pomiędzy szlachetnie urodzonymi, a zwykłą hołotą, która nie waha się wkraczać na spotkanie, w którym bierze udział arystokratyczna rodzina generała Jepanczyna. I wreszcie odwieczna przywara Rosjan – pijaństwo doprowadzone do skrajności i nieustanne poszukiwanie funduszy na nie, wydobywanie spod ziemi fundatorów i tych, którzy dadzą się naciągnąć na zakup kolejnych butelek. Myszkin nieświadomie uczestniczy w tej degrengoladzie i jego postawa odbierana jest opacznie, łatwo go można nazwać „idiotą”, łatwo też można wychwalać go pod niebiosa i prowadzić gierki w jego otoczeniu. Naiwność księcia odbierana jest przez Agłaję jako dobroć, a Nastazję podnieca i rodzi pożądanie, patologiczne marzenie o przyszłych upojnych nocach z tak kruchą istotą. Nieszczęście kumuluje się coraz bardziej, ale główni bohaterowie powieści tego nie dostrzegają, zdają się naiwnie wierzyć, że wszystko poukłada się zgodnie z ich planami. Finał jest bezlitosny i główną rolę odgrywa w nim Rogożyn – zdawać by się mogło najsilniejszy z nich, psychicznie i fizycznie, najbogatszy i mający największe perspektywy rozwoju. To on wbija kuchenny nóż w serce Nastazji i pragnąc dodatkowo zgnębić swojego rywala – prowadzi Myszkina do pokoju, gdzie leży jej ciało okryte płótnem. Tego już wiotka psychika księcia nie jest w stanie wytrzymać…

[1] L. Szestow, Dostojewski i Nietsche Filozofia tragedii, 
przeł. C. Wodziński, Warszawa 1987, s. 95.
[2] Cz. Miłosz, Dostojewski i zachodnia wyobraźnia religijna 
[w:] tegoż, Ziemia Ulro, Kraków 2000, s. 84.
[3] M. Merleau-Ponty, Proza świata Eseje o mowie, 
przeł. E. Bieńkowska, Warszawa, s. 196.

 

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (6)

11121445-obraz_234_640

26 stycznia 1982 roku

Sejm uchwalił zarządzenia stanu wojennego, a tylko posłowie Karol Małcużyński i Janusz Zabłocki wystąpili z oskarżeniami władz wojskowych. Małcużyński – zwracając się bezpośrednio do Jaruzelskiego – ostrzegał przed gniewem społecznym, a szczególnie młodzieży, stanowiącej 60% społeczeństwa. Gdy mówił do Jaruzelskiego, wybuchła wrzawa komunistycznych posłów, którzy skandowali: Jak śmiesz pouczać premiera?

W Genewie Haig oświadczył, że na jego spotkaniach z Gromyką zaciążyła sytuacja w Polsce. Międzynarodowy Czerwony Krzyż otrzymał pozwolenie na odwiedzenie pięciuset internowanych. Grupa wybitnych polskich opozycjonistów wystąpiła z oskarżeniem władz o pobicia i szykany. Schmidt ponowił wezwanie do zakończenia stanu wojennego w Polsce i zwolnienia osób internowanych.

W Moskwie zmarł czołowy teoretyk KPZR – Michaił Susłow, który przyczynił się do sowieckich interwencji na Węgrzech i w Czechosłowacji. Było coś piekielnego w obrazach z Moskwy, gdy udekorowany na czerwono plac żegnał niesionego w otwartej trumnie trupa. Zakopują tych złoczyńców przy murze kremlowskim, jakby byli świętymi, ale czego się spodziewać po sowietach skoro umieścili tam też ścierwa Lenina, Stalina i Dzierżyńskiego…

27 stycznia 1982 roku

Dzisiaj pierwszy dzień w uczelni. Opiekunka mojego roku – Rubaszewska – jest strasznie egzaltowana i przekonana o swej urodzie, ale może odpuści z tą jej gramatyką historyczną. Od 9.00 do 11.00 jakiś podpułkownik upolityczniał wszystkie roczniki filologii polskiej i działacze socjalistycznego zrzeszenia studentów kiwali z uznaniem głowami i lojalnie, wazeliniarsko komentowali wypowiedzi wojskowego. Powiedział, że internowano 60 oficerów, a po wprowadzeniu stanu wojennego w Szczecinie i w Gdańsku zginęło kilkadziesiąt ludzi. Nawiązał też do kopalni „Wujek”, gdzie „warcholstwo górnicze” odrąbywało siekierami i kilofami ręce schwytanych zomowców. Było to smutne i durne przedstawienie w miejscu, gdzie zwykle analizuje się poezję, dramat albo prozę.

Nie zauważyłem Aliny i chyba ona też mnie nie widziała, ale siedziałem przy takiej sympatycznej Dance, obciętej na chłopca. Fajna dziewczyna i też mieszka na Błoniu, w jakimś bloku przy Okrzei.    

Gromyko powiedział, że USA nie mają żadnego prawa mówić rządowi polskiemu co ma robić. Haig zaoferował dużą pomoc dla Polski, jeśli zostanie zakończony stan wojenny, a Gromyko miał tę propozycję odrzucić. W przyszłym tygodniu prymas Glemp spotka się z papieżem w Rzymie i będzie mu towarzyszył biskup Franciszek Macharski z Krakowa oraz inni członkowie Episkopatu Polski.

Wolna Europa podaje, że Rosjanie wraz z wojskami rządowymi ostrzelali z rakiet miasto Kandahar w Afganistanie. Po ostrzale na teren miasta weszło wojsko sowieckie i zaczął się rabunek bazarów i okolicznych wsi. Pamiętam co moja prababcia opowiadała o wejściu Rosjan do Bydgoszczy – dokwaterowano im wtedy żołnierzy na ulicę Strzelecką i rozgrywały się tam dantejskie sceny, z gwałtami, zabijaniem niewinnych ludzi i nieustannym zastraszaniem. Najgorsi byli sołdaci z mongoloidalnymi rysami twarzy – prawdziwe zwierzęta, ciągle pijani i szukający dziewcząt, by je zgwałcić. Moją babcię pradziadek ukrył w innym domu na strychu, ale nawet dobierali się do prababci.

11121443-obraz_195_640        

28 stycznia 1982 roku

Władze polskie zaczęły kampanię mającą na celu ujawnienie działalności CIA w Polsce. Postanowiono też, że dopuści się przejęcie Wałęsy przez Kościół, po jego uwolnieniu, ale bez kontaktów z innymi przywódcami Solidarności. Dostojnicy kościelni odmówili, bo musieliby stać się więziennymi strażnikami.

Przeczytałem Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya i garść refleksji wpisuję bezpośrednio do mojego dziennika. Nowy wspaniały świat (Brave New World) to słynna antyutopia, powstała na osiem lat przed szaleństwami Hitlera, na parę dziesiątków lat przed próbami uniformizacji narodu chińskiego przez Mao Tse Tunga i prawie pół wieku przed pierwszymi eksperymentami z narodzinami dzieci z próbówki. Huxley opisał dziwaczne społeczeństwo dwudziestego szóstego wieku historii ludzkości, które odcięło się od przeszłości i zaprowadziło porządki przypominające zorganizowanie i podporządkowanie funkcji, jakie obserwujemy w mrowisku czy termitierze. Oto w wielkich kombinatach rozrodczych „produkuje” się istoty ludzkie – w ogromnych butlach, na podłożu świńskich komórek, wzrastają organizmy, które już w trakcie „dojrzewania” poddaje się określonej „obróbce”. Poprzez ograniczenie dostępu tlenu, nasączanie alkoholem, zmniejszanie, bądź zwiększanie racji żywieniowych, doprowadza się do narodzin specyficznie ukształtowanych jednostek, jakby całych rzesz bliźniaków jednojajowych. Do tego dodaje się swoisty system edukacyjny oparty na zastraszaniu i nieograniczonej swobodzie seksualnej (dopuszczenie do gier miłosnych dzieci), a także nauczanie poprzez sen (nieustannie płynący z głośników głos powtarzający te same formułki) kodeksu zawierającego wszystkie prawa i przywileje członka społeczności. W taki sposób dosłownie „produkuje” się określone typy ludzkie (oznaczane pierwszymi literami greckiego alfabetu), przystosowane do wykonywania specjalnych zadań. Wszelkie przejawy buntu i sprzeciwu, wszelkie nastroje frustracji, usuwa się farmakologicznie przez podawanie codziennej racji środka narkotycznego, nazywanego w tym świecie somą. Tak ogłupianym społeczeństwem, łaknącym somy jak pokarmu, kieruje dziesięciu zarządców świata, spośród których czytelnik poznaje Mustafę Monda, zarządcę na Europę, mającego swoją siedzibę w Londynie. Ten inteligentny, a zarazem niesłychanie perfidny decydent ustala prawa, skazuje i nagradza jednostki, jest uwielbiany i otaczany czcią. Łatwo dostrzeżemy w nim wszystkie te cechy, jakie charakteryzują największych oprawców – pseudo kultura osobista, swoista filozofia działania dla dobra mgliście pojmowanego ogółu, umiejętność prowadzenia „wykwintnych” dyskusji z pokonanymi i uwięzionymi, a zarazem skrywany sarkazm, bezduszność i poczucie bezkarności, tak dobrze znane w naszym świecie z poczynań gestapowców, działających w latach trzydziestych enkawudzistów czy współczesnych zarządców w różnych totalitarnych reżimach. W tym świecie, gdzie człowiek zredukowany został do roli automatu pojawia się nagle wyrwany z rezerwatu tzw. „dzikich” syn kobiety, która nieopacznie kiedyś w owym miejscu zaginęła. Został on urodzony w sposób naturalny, a wychował się na swobodzie, pośród Indian meksykańskich. Wspaniały świat jego matki zna tylko z opowieści i wciąż do niego tęskni. Ale gdy przypadkiem zostaje tam przeniesiony, gdy zakochuje się w pięknej kobiecie, odzywają się w nim dawne instynkty, nie może zgodzić się na warunki jakie dyktuje mu ukochana i członkowie społeczności. Jego bunt wywołuje tylko uśmiech na twarzy Wielkiego Zarządcy, który dla dobra eksperymentu zgadza się na umieszczenie Dzikusa w samotnej wieży, na skraju morza. Tutaj pragnie on oczyścić się z brudu cywilizacji i chce odtworzyć w sobie wszystko, czego nauczył się podczas życia w rezerwacie. Niestety, szybko zaczynają działać prawa, jakie zaobserwować możemy w naszym świecie – odgrodzenie się i jawna pogarda dla osiągnięć społeczeństwa, wywołują sensację, którą jeszcze podsyca pewien film, nakręcony ukradkiem przez specjalistę od obserwowania drapieżnych zwierząt. Tak rodzi się histeria i tłumy zaczynają ściągać do miejsca odosobnienia dzikusa, a potem  wdzierać się bezpardonowo do jego nowego świata. Niestety jego kruchy system nerwowy, nie wspierany nieustannie somą i solami magnezu, nie wytrzymuje takiego napięcia i życie przestaje dla niego mieć sens. Jeszcze raz spotworniała cywilizacja odnosi zwycięstwo, jeszcze raz karmi się mitem i nim przykrywa wszelkie ślady okrucieństwa. Jeszcze raz Mustafa Mond uśmiecha się wyrozumiale i zamyka w swoim sejfie te okrutne, bezużyteczne dzieła przeszłości: Stary i Nowy Testament, dzieła Szekspira, książki jakiegoś tam Williama Jamesa, kardynała Newmana, Maine de Birana czy Bradleya. Świat wykreowany przez Huxleya – choć wielu jego mieszkańców jest autentycznie szczęśliwych – oparty został na starym wynalazku – kłamstwie. Huxley musiał z przerażeniem konstatować, iż jego – zdawać by się mogło – superutopijna wizja, staje się rzeczywistością dla wielu społeczeństw i dla licznych krain geograficznych Ziemi. Oto naziści wymyślili, podobnie jak w wykreowanym świecie autora Point Counter Point, masowe zabijanie dla odzyskania materiałów „wartościowych”, pochodzenia ludzkiego, oto samozwańczy przywódca chiński wprowadził jednakowe dla całego społeczeństwa kostiumy rewolucyjne i ogłupił je do tego stopnia, iż jego słynna czerwona książeczka stała się jakby zbiorem najistotniejszych życiowych maksym. Nawet dzisiaj jakże efektywne społeczeństwo japońskie przypomina, w swym produkcyjnym amoku, postaci opisane przez Huxleya. Japończycy także pracują z niewyobrażalną wprost wydajnością, szkolenie zaczyna się już na poziomie przedszkola, a ucieczki od rzeczywistości szuka się we własnej odmianie somy, która nosi tu nazwę: sake. Także gejsze przypominają owe, zawsze chętne do współżycia z różnymi partnerami, kobiety nowego wspaniałego świata. Odkrycie na szerszym forum światowym zbrodni i wypaczeń Stalina stworzyło jakby kolejne podteksty i jeszcze raz uwiarygodniło powieść Huxleya – stała się ona w ten sposób jakby – z jednej strony – spojrzeniem na zbrodnie przeszłych systemów, a zarazem – ze strony drugiej – jakby sondą, wystrzeloną w przyszłość i wskazaniem do czego może prowadzić wszelka unifikacja, standaryzacja i uniformizacja, do czego zdolni są cynicy, siedzący na szczycie drabiny społecznej i czytający z ironicznym uśmiechem zakazane księgi przeszłości.

29 stycznia 1982 roku

Kanclerz RFN i premier Francji stwierdzili w Bonn, że sankcje nie są najlepszym sposobem okazania solidarności z narodem polskim. ZSRR próbuje zdobyć waluty zagraniczne na zakup zboża. Prymas Glemp przybywa z zapowiedzianą wizytą do Rzymu.

30 stycznia 1982 roku

WRON-a oświadczyła, że zostają wznowione telefoniczne rozmowy międzymiastowe. W wielu krajach świata odbyły się dzisiaj manifestacje na rzecz solidarności z Solidarnością.

Wracałem z uczelni do domu z Danką F. i zauważyłem, że ma piękne, delikatne dłonie z subtelnymi palcami. W ogóle zaczyna mi się ta dziewczyna bardzo podobać i chyba spróbuję się z nią umówić na jakieś spotkanie. Mieszkamy przecież niedaleko od siebie i pewnie wiele razy mijaliśmy się na osiedlu, nie wiedząc o sobie. Alina tylko raz mignęła mi na hallu w dali i musiała mnie zauważyć.

dsc04820-1-large

6 lutego 1982 roku

Premier Francji Mauroy powiedział, że jego kraj jest w żałobie po utracie wolności przez Polskę. Francja czeka by ZSRR podjął konkretne kroki dla złagodzenia sytuacji. Odbyło się posiedzenie Biura Politycznego PZPR. W Czechosłowacji i Rumunii podnosi się ceny produktów żywnościowych.

 7 lutego 1982 roku

Prymas Polski powiedział w Rzymie, że w PRL-u powinno się znaleźć miejsce dla Solidarności, tak jak jest taka przestrzeń dla Kościoła, a Polska jest ojczyzną wszystkich Polaków. Minister Baka oświadczył, że zakaz strajkowania nie zostanie zniesiony ani w tym, ani w przyszłym roku.

Australia ograniczyła swobodę poruszania się polskich dyplomatów. We wtorek rozpocznie się w Madrycie konferencja KBWE, a polskie władze zagroziły zbojkotowaniem konferencji, jeżeli jej forum zostanie wykorzystane dla potępienia stanu wojennego.

Jestem zauroczony Danką – jest tak skrajnie różna od Aliny, ciepła i sympatyczna. Czuję, że z tego coś będzie, tym bardziej, że moja poprzednia dziewczyna zachowuje się stale dziwacznie w uczelni.

 8 lutego 1982 roku

Rząd PRL-u podał, że podejmuje kroki dla reorganizacji życia gospodarczego, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. W sklepach tylko ocet na półkach i ogromne kolejki do rzeźników, gdzie ekspedientki dzielą mięso na małe porcje i dają je za okazaniem kartek. Wszystko prawie się reglamentuje i jakże wstrząsnęła mną dzisiaj sytuacja z ulicy, gdy spotkałem Krzyśka, kolegę ze szkoły. Mieszkał na Morcinka i był dość dobrym piłkarzem, chociaż może za często popadał w konflikty z rówieśnikami. Potem dowiedziałem się, że wpakował się w jakąś mokrą robotę i został skazany za współudział w zbrodni starszej kobiety. To było gdzieś w okolicach 1976 roku i od tamtego czasu siedzi w różnych więzieniach. Poznał mnie od razu i zaprosił nas piwo przy zielonym kiosku, nieopodal cmentarza parafii Świętej Trójcy. Opowiadał straszne rzeczy o tym, jak zachowują się klawisze i uświadomił mi, że brat naszego kolegi, Waldka z ulicy Korczaka, też jest jednym z nich, ponoć najokrutniejszym, uwielbiającym udział w biciu więźniów w trakcie tzw. „ścieżek zdrowia”. Krzysiek ma teraz kropkę pod okiem i chwali się, że należy do społeczności „grypsujących”, ale w tej nowej Polsce nie może się znaleźć. Wszędzie „psy” na ulicach, stale jeżdżą ulicami suki i budy ZOMO, no i nie można kupić fajek w kiosku, nie udaje mu się przepchać do lady w sklepie. Pierdolę taką Polskę… – powiedział i na odchodne dodał, że dobrze, że niebawem wraca do więzienia, bo tam jest teraz jego prawdziwy dom.

Rodzice Danki dzisiaj wyjechali do rodziny i stało się, pierwszy raz kochaliśmy u niej. Muszę ostatecznie zerwać z Aliną, bo chyba się na nowo zakochuję… Danka powiedziała, że wyrzuciła wszystkie zdjęcia swojego poprzedniego chłopaka, więc ja też po powrocie do domu, spakowałem do dużej szarej koperty fotografie Aliny, zdjąłem ze ściany jej portret i jutro postaram się jej to wszystko oddać w uczelni.

 10 lutego 1982 roku

Od znajomego z Gdańska, którego spotkałem na ulicy w Bydgoszczy, dowiedziałem się, że 17 grudnia w jego mieście, postrzelono śmiertelnie w głowę prawie mojego rówieśnika Antoniego Browarczyka (ur. 1957) i ten kumpel był na jego pogrzebie na Cmentarzu Łostowickim, obstawionym przez esbeków. Zanotowałem to w kalendarzyku na ulicy, a także podane przez niego numery czołgów, które tego dnia pojawiły się w Gdańsku: 279, 188, 274.

Musiał nie przestaje wokół mnie krążyć i już mam tego dosyć. Zaprasza mnie na jakieś spotkanie do domu producenta plastiku na Miedzyniu. Chyba pójdę, bo będzie to okazja, by powiedzieć mu, że nie interesuje mnie jego opcja seksualna i nasze drogi ostatecznie się rozchodzą.

11 lutego 1982 roku

Władze kościelne spodziewają się, że ich przedstawiciel będzie się mógł wreszcie spotkać z Wałęsą, a potem pozwolą mu na spotkanie z Janem Pawłem II. Ambasador Józef Wiejacz zdradził, że Wałęsa rozmawia z Cioskiem, ale obie strony chcą by utrzymano to w tajemnicy. Zastanawiający jest zatem ten przeciek karnego dyplomaty…

Wreszcie porozmawiałem w uczelni z Aliną, która zachowuje się dziwacznie, niby mnie nie chce, ale nie może zrozumieć, że związałem się teraz z dziewczyną tak różną od niej. Czułem wielkie zdenerwowanie widząc jak wciąż jest piękna, ale wszystko już pękło. Zaskoczyłem ją bardzo, gdy na koniec rozmowy wręczyłem jej pękatą kopertę ze zdjęciami i listami do mnie. Wstałem, a ona została na krześle i stojąc przy sali wykładowej, czekając na pojawienie się doc. Józefa Bachórza, widziałem, że siedzi i patrzy nieruchomo przed siebie. Po wyjściu z wykładu już jej nie było…

JESIENNIE… (2)

1

2

3

5

6

7

8

9

10

11

img_5530

img_5603

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: