BIBLIOTEKA (10)

Jack London

Jack London

Lektura po latach krótkiej powieści Jacka Londona pt. Zew krwi… Wspomnienie młodzieńczych ambicji czytelniczych i oczarowanie wieku dojrzałego. Oczywiście zauważam trochę tego rozchwiania i braku dyscypliny narracyjnej, charakterystycznej dla amerykańskiego pisarza, ale w sumie więcej jest elementów wartościowych i wzniosłych. Buck, mieszaniec bernardyna i owczarka szkockiego, kieruje się instynktem, ale też myśli jak człowiek, wybiera najlepsze dla siebie rozwiązania, które koniec końców, doprowadzą go do dobrego właściciela – Johna Thorntona. Powieść rozgrywa się w krajobrazach Alaski, gdy ogromne rzesze ruszyły w kierunku rzeki Klondike, podniecane myślą o znalezieniu obfitych żył złota. W roku 1896 pochodzący z ludu Atabasków Jim Skookum odkrył wraz z towarzyszami złotonośne tereny nieopodal dopływu Klondike – Bonanza Creek, a potem obładowany złotem pojawił się w Seattle. Przy powszechnej recesji i biedzie, spowodowało to histerię i natychmiastowe wojaże wielu poszukiwaczy na te tereny. Bohater powiastki Londona zostaje wykradziony z posiadłości bogatego sędziego Millera, z kalifornijskiej Doliny Santa Clara, i trafia do kolejnych właścicieli, nie skąpiących mu razów i zmuszających go do wysiłku ponad siły. Moc tego mieszańca polega jednak na tym, że potrafi on wykrzesać z siebie ogromne energie i przetrwać w skrajnie trudnych warunkach, sięgając ku dalekiej przeszłości: Nie tylko doświadczenie uczyło Bucka. Dawno zgasłe instynkty ożyły na nowo. Dziedzictwo pokoleń oswojonych przestało mu ciążyć. Mgliście i po omacku sięgał wspomnieniem do młodości swej rasy, kiedy dzikie psy gnały stadami przez niebotyczne puszcze i zdobywały mięso, dopędziwszy łup. Buck bez trudu nauczył się walczyć błyskawicznym, wilczym chwytem. Tak samo walczyli zapomniani przodkowie, i dzisiaj budzili w prawnuku zamierzchłe czasy. Dawne sposoby życia stawały się teraz własnością prawego następcy. Rodziły się w nim bez wysiłku i zdumienia, jak gdyby należały doń zawsze. A kiedy cichą, mroźną nocą pies wznosił łeb ku gwiazdom i wył przeciągłym wilczym głosem – jego to przodkowie, od dawna w proch obróceni, wznosili łeb ku gwiazdom i wyli poprzez stulecia i poprzez niego samego. W tonach tego głosu brzmiały tony głosów tamtych, pieśń odwieczna rodzących, pieśń, co ongiś i dzisiaj oznaczała ciszę, chłód i ciemność. (cytaty z przekładu Stanisławy Kuszelewskiej) Staje też do walki z innymi psami, pośród których nie brakuje osobników, pochodzących z krzyżówek z wilkami. W końcu wygrywa, zyskując sławę pośród ludzi i pozycję psa przewodzącego zaprzęgowi, nieustannie moderującego stado i udzielającego lekcji krnąbrnym osobnikom.

Call_of_the_Wild_(Buck)-horz

Jego dni pośród śniegów i lodów są pasmem negatywnych doświadczeń, cierpień i pracy ponad siły, coraz to bardziej wiotczejących mięśni. Udaje mu się jednak dotrwać do chwili, gdy zostaje kupiony przez Thorntona i zaczyna pędzić w jego towarzystwie egzystencję przyjazną, pełną radości i swobodnych wypraw ku lasom i bezdrożom Yukonu. Wtedy też budzi się w nim dziwny zew dzikości (właściwy, angielski tytuł powieść to The Call of the Wild), jakby jakieś pradawne wołanie sprzed wieków, nieomal z czasów prehistorycznych, ze struktur genetycznych żyjących wtedy wilków: (…) dziwny Zew, brzmiący w głębinach lasu. Napełniał serce Bucka dręczącym niepokojem, niezrozumiałym pragnieniem. Niósł mu niejasną a słodką rozkosz, wespół z dziką, przemożną, choć nie wiadomo za czym goniącą tęsknotą. Niekiedy pies zrywał się i szukał wołania tego po lesie, niby rzeczy uchwytnej; szukał ukradkiem lub zuchwale – jak podszeptywało natchnienie. Wtulał nos w wilgotną zieleń mchu lub w czarny grunt rodzący trawy i wdychał radośnie tłustą woń ziemi; lub też zaczajał się godzinami poza pniem zwalonego drzewa, rozwarłszy szeroko oczy i uszy na wszystko, co szemrało i poruszało się w puszczy. Miał może nadzieję, że leżąc tak, zaskoczy niespodzianie Zew tajemniczy, którego nie pojmował.  Buck zaczyna zabijać dla przetrwania i toczyć walki z silniejszymi zwierzętami, takimi jak niedźwiedzie czy ogromne jelenie, ale też stale wraca do obozowiska dobrych ludzi, pomagając im przetrwać w ekstremalnych warunkach. Po jednej z dalekich wypraw odkrywa w siedlisku Indian (by nikogo nie urazić London wymyślił fikcyjne plemię Yeehatów), którzy wymordowali wszystkich białych ludzi. Rzuca się na napastników i morduje niektórych z nich, zachowując się jakby był chory na wściekliznę, czym powoduje popłoch i ucieczkę, a potem staje się elementem opowieści indiańskich o psim demonie, który bez litości zabijał czerwonoskórych. Tym razem czytało mi się znakomicie mikropowieść Jacka Londona, a części mówiące o pradawnym zewie krwi uznać można za najlepsze w literaturach anglojęzycznych, niezwykle prawdopodobne, głębokie i piękne.

20

Reklamy

KWIATY

Kilka chwil w Toruniu, przy straganach z kwiatami… Muszę częściej zatrzymywać się w takich miejscach, bo zdjęcia dokumentują kruchość, piękno i delikatność naszego świata. I trudno w ogrodzie zgromadzić tyle kwiatów naraz. Choć zmniejszyłem rozmiar zdjęć, niczego nie straciły z urody oryginałów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DSC03894

JESZCZE RAZ TOMASZ BATEŃCZUK

Tomek ma przedziwną umiejętność tworzenia pieśni z wierszy białych i rytmizowania ich przy pomocy tworzonej muzyki. Słuchanie nowych realizacji zawsze jest dla mnie świętem i odsłania nieuświadamiane głębie tego, co piszę. Oto kolejne ballady, pieśni, wiersze. Dziękuję…

PIĘKNO

Przy powszechnym zalewie zła, nienawiści, bólu i oszustwa warto spojrzeć na ornitologiczne cuda natury. To także nasz świat, w którym wciąż mamy do czynienia z negatywami i próbami manipulacji naszą świadomością. Czy możliwy jest powrót do takich barw i takiej klarownej czystości, czy możliwe jest uczestnictwo w takim świecie? Jeśli nie w sytuacji ucieczki, jeśli nie w zamknięciu na wyspie, w jakiejś tajni lub samotni, to przynajmniej wirtualnie…

1933848_10154113885398115_9012805583494455018_n 

1917525_477591055765884_7277950250597183282_n

251061_472214532798674_1071156795_n

12795351_473564086168581_636905999819866556_n

12805691_472420039616319_6229211479629567264_n

549516_452124538141007_981748820_n

Gil (Pyrrhula pyrrhula)

nadeslane_103

07sb4091scarlet tanager a11x14

Male Painted Bunting (Passerina ciris)

Beautiful-Birds-beautiful-nature-23812608-774-616

423730_341918085851235_1961021973_n

Birds-image-birds-36098663-900-711

Oriole

10307382_852820431413923_2606241505124287006_n

196310_416728301739666_1337215176_n

African Golden Oriole

The Green-headed Tanager (Tangara seledon)

The Frilled Coquette (Lophornis magnificus)

184432_486648628044846_1807273649_n

551304_562403000457720_300661648_n

Asian Paradise Flycatcher

The Velvet-fronted Nuthatch (Sitta frontalis)

The Black-throated Tit (Aegithalos concinnus)

16134_185125140784_6843054_n

MANE… TEKEL… FARES…

Rembrandt-Belsazar

Rembrandt, Uczta Baltazara, 1635

W związku z pisanym tekstem o prozie Henryka Grynberga, atakowanego przez Michała Głowińskiego, w „Tygodniku Powszechnym” znalazłem ciekawy fragment rozmowy z literaturoznawcą z IBL-u:

Czy był Pan odważnym chłopcem?

– Nie, nie. Ja zawsze o sobie myślę jako o kimś niezmiernie tchórzliwym.

Dzisiaj czy dawniej?

– I wtedy, i dzisiaj.

Takich rzeczy się zazwyczaj nie mówi. Pan naprawdę tak o sobie myśli?

– Taak. Ale to pewnie Pani usunie. Ja o sobie zawsze myślę w kategoriach gorszości a nie lepszości. Najpierw rodzice mnie chronili przed tą strasznością, a potem, kiedyśmy się rozstali i ja byłem w różnych zakładach, przyjąłem taką postawę życiową: być niewidocznym. Byłem apatyczny, potwornie chyba przestraszony, nie umiejący nawiązywać kontaktów z kolegami. Zawsze chciałem, żeby mnie nikt nie widział.

Tak, to by mi pasowało do prof. Głowińskiego, zasłużonego dla polskiej filologii badacza, który odegrał jakże znaczącą rolę w moim życiu, a nade wszystko do jego pupilka z Bydgoszczy… I te słowa: Zawsze chciałem, żeby mnie nikt nie widział. Tak, chcieć można, ale i tak wszystko kiedyś będzie odsłonięte, opisane, wszystko zostanie zważone. Mane, tekel, fares…

 

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (4)

zamieszki

24 grudnia 1981 roku

Dzisiaj jest wigilia i żeby nie przeszkadzać mamie w domu, poszedłem na długi spacer do miasta. Przy dawnym budynku Solidarności stało dwóch zomowców, na ulicach spostrzegłem też kilka wojskowych patroli z karabinami Kałasznikowa na plecach. Zawsze jak mijam takich chłopaków, odczuwam lęk, że któryś z nich wpadnie w szał i zacznie pruć pociskami gdzie popadnie.

Reagan powiedział, że obwieszczenia o stanie wojennym wydrukowano wcześniej w ZSRR. Zdzisław Rurarz – ambasador Polski w Japonii – poprosił o udzielenie mu azylu politycznego w USA.

Jaruzelski powiedział z okazji Bożego Narodzenia, że stan wojenny jest mniejszym złem od wojny domowej. Natomiast Jan Paweł II przyjął w Watykanie grupę kilkuset Polaków, mieszkających w Rzymie i pielgrzymów, których sytuacja w Polsce zatrzymała we Włoszech. Arcybiskup Poggi spotkał się z Jaruzelskim i przekazał mu list od papieża. Z kolei Prymas Polski wystosował list pasterski do wiernych, w którym przypomina, że jednym z obowiązków chrześcijanina jest stałe czuwanie i uczestniczenie w życiu publicznym. Rzecznik Departamentu Stanu USA stwierdził, że w Polsce nadal trwają strajki, miedzy innymi w zakładach azotowych w Puławach.

Jeszcze jeden dzień bez Aliny… Myślałem, że odezwie się i spędzimy razem wigilię, ale nic takiego się nie stało. Pewnie już ma innego chłopaka, albo skupiła się na nauce gramatyki, idiomów i słówek angielskich, tak jak to wielokrotnie robiła, by odsuwać się ode mnie. Nie mogłem spać w nocy i intensywnie o niej myślałem, a w mojej świadomości przesuwały się ruchome obrazy z naszych wspólnych lat.

            25 grudnia 1981 roku

Zakończył się strajk w kopalni „Ziemowit”, ale w „Piaście” górnicy nadal strajkują. W USA – na znak protestu i solidarności z Polską – wygaszono na dziesięć minut światła w domach i urzędach. Oświadczenia potępiające sytuację w Polsce złożyli: Zbigniew Brzeziński, Jerzy Giedroyć, Stefan Korboński, Jan Kott, Czesław Miłosz, Jerzy Mond, Stanisław Skrowaczewski, Piotr Słonimski, Leopold Tyrmand, Adam Ulam.

            26 grudnia 1981 roku

W kopalni „Piast” pod ziemią znajduje się jeszcze 1100 górników, którzy nie godzą się z wprowadzonym stanem wojennym. Solidarność wzywa w wydanym podziemnie biuletynie do stosowania biernego oporu. Według rozgłośni monachijskiej w Polsce są trzy dywizje sowieckie. Doszło do głodówek protestacyjnych w wojsku, a w Polsce utworzono 49 obozów dla internowanych – między innymi w ośrodku wczasowym w Drawsku Pomorskim, w więzieniu w Białołęce, w Arłamowie w Bieszczadach, w więzieniu MO w Warszawie (Pałac Mostowskich), gdzie trwa strajk głodowy, w Puszczy Kampinoskiej, koło Piszu, kobiety uwięziono w więzieniu w Olszynce Grochowskiej.

Jakbym nie mógł znaleźć w tym trudnym dla mnie i Polski czasie innej lektury, przeczytałem opowiadania Tadeusza Borowskiego. W głowie mi się nie mieści jak Niemcy mogli w taki sposób mordować całe narody. Musiało być coś patologicznego w ich psychice, bo normalny człowiek na widok stert trupów w komorach gazowych, nagich ciał targanych do krematoriów, nie wytrzymałby tego. Może dlatego Borowski po wojnie odebrał sobie życie – co za paradoks, ocalał w Oświęcimiu, by samemu sprowadzić na siebie śmierć.

Wolna Europa nadaje: Jan Paweł II podziękował za modlitwy i solidarność z Polską. Według biuletynu Solidarności były ofiary śmiertelne w Gdańsku i Wrocławiu. Obsługę niektórych kopalni na Śląsku przejęło wojsko. Wałęsę odwiedził Rakowski, który wyszedł ze spotkania bardzo poirytowany. Władze przeprowadzą czystkę w redakcjach dzienników i pośród nauczycieli. „Piast” strajkuje nadal. Dietrich Genscher zaapelował do przywódców ZSRR by nie przeszkadzali Polsce w przeprowadzaniu demokratycznych reform, zaapelował też o wycofanie wojsk sowieckich z Afganistanu. Breżniew miał wystosować list do Reagana, w odpowiedzi na planowane sankcje gospodarcze i polityczne. Od tygodnia trwa marsz trzydziestu Polaków, z Hamburga do Kolonii. Po przybyciu na miejsce, zacznie się głodówka w jednym z kościołów.

keakow

28 grudnia 1981

Byłem na nielegalnym spotkaniu w domu Siwca, na ul. Jaskółczej. Przybył Musiał, Derdowski, taki Kalina z polonistyki, Cielesz, gburowaty Banach, no i zaczęło się marudzenie. Założyliśmy Radę Redakcyjna konspiracyjnego pisma literackiego, była też mowa o antologii. Piwo, wino i wódka lały się szerokim strumieniem, mieszanka zrobiła swoje i po godzinie każdy zaczął gadać co innego, było też emfatyczne czytanie wierszy, aż wszystko skończyło się na podwórku domostwa Siwca, gdzie tym razem ja chciałem się zetrzeć z Derdowskim. Na szczęście jakoś mnie powstrzymali i rozeszliśmy się do domów. Podążałem z Musiałem Gnieźnieńską i zaproponowałem mu, że pokażę mu kilka niezwykłych miejsc na cmentarzu Świętej Trójcy, przy ul. Lotników. Okrążyliśmy nekropolię dookoła i na końcu pokazał mi grób swojego ojca, z wykrzywioną brzozą przy nim. Taka jak jego życie… – powiedział. Uścisnął mnie może zbyt wylewnie na pożegnanie i poszedł w dół ulicy Czerwonego Krzyża, a ja skierowałem się do domu, na Gałczyńskiego. To jest dziwny człowiek ten Musiał, z jednej strony manifestuje przyjaźń, a kiedyś po pijaku wygadał się, że napisał paskudną recenzję o moim pierwszym tomiku pt. Samobójcy spod wielkiego wozu. Bardzo na tym zależało jego kolesiowi z redakcji „Studenta” Marianowi Stali, a tytuł tekstu miał brzmieć „Poezja i krzepa”. Koniec końców nie wyekspediował tego do redakcji i jego „przyjaciel” nie doczekał się. Od paru ludzi dochodziły do mnie głosy, że Stala nie może znieść mojej aktywności i zapowiada „dowalenie” mi w „Studencie”. Zastanawia mnie, dlaczego Musiał wycofał się, chociaż napisał prześmiewczy tekst, ponoć akcentujący moje bicepsy w opozycji do intelektu?

Pisarze Günter Grass, Max Frisch, Elias Canetti, Dürrenmatt i Böll zaapelowali do Jaruzelskiego, żeby umożliwił wysłannikom Kościoła spotkanie z Kuroniem i Michnikiem, którzy są bardzo źle traktowani w miejscach internowania.

Czołowy rosyjski bojownik o prawa człowieka prof. Andriej Sacharow wrócił z więzienia do miasta Gorki, gdzie go zesłano. Przyczynił się do powstania bomby wodorowej, a potem widząc skutki wybuchów, odmówił dalszych prac nad nią i stał się bezkompromisowym dysydentem.

Zakończył się strajk w kopalni „Piast”. Były ambasador Rurarz powiedział, że to Związek Sowiecki przygotował akcję represyjną wobec narodu polskiego, a Jaruzelski jest zdrajcą, robiącym najbrudniejszą robotę w historii Polski. Stwierdził też, że już w marcu, po prowokacji bydgoskiej, kiedy pobito działaczy Solidarności, podczas sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej, otrzymał depeszę od rządu, informującą o natychmiastowym wprowadzeniu stanu wojennego. Miało to miejsce 19 marca i napisałem po tym wydarzeniu sporo wierszy, między innymi jeden o Janie Rulewskim. Bardzo ten tekst nie podobał się Solińskiemu i radził jak najszybciej go podrzeć, albo spalić. Powiedział, że jest prymitywny i niepotrzebny, nikogo nie zainteresuje, a tylko ściągnie mi na głowę jakieś kłopoty. Nie jestem za bardzo strachliwy, ale to była wyraźna groźba – muszę się dokładniej przyglądać temu rudzielcowi.

Według ludzi bliskich Wałęsie, rozpoczął on strajk głodowy przed świętami, ale po namowach kolegów i wskazaniu mu, że jeszcze będzie w przyszłości potrzebny, zaczął przyjmować posiłki. Pomiędzy cywilami i wojskowymi we władzach polskich są tarcia i nie ma żadnych oznak, że zostanie zwołane Plenum partii. W Krakowie rozwiązano jakąś zbyt aktywną organizację partyjną. W okolicach Poznania skoncentrowano duże siły ZOMO i wojska. Wielka demonstracja odbyła się też w Chicago. Luigi Poggi, po wizycie w Polsce, zdał sprawozdanie papieżowi.

29 grudnia 1981 roku

Jest godzina 23.30 i przed chwilą niedaleko mojego bloku przejechało kilka czołgów. Stale też, na pobliskie lotnisko, latają helikoptery, jakieś samoloty transportowe, a apokaliptyczna atmosfera skłoniła mnie do pisania tekstów w konwencji fantastyki , które nazywam roboczo Piloci ultrafioletowych dali. To historia dziwnych pilotów i tajemniczych wojen, nieustannie krążących w powietrzu helikopterów i przelatujących z hukiem odrzutowców. Wychowałem się na osiedlu graniczącym z wielkim lotniskiem i ryk startujących z dopalaczami samolotów był częstym odgłosem na naszym podwórku, ale teraz to się zwielokrotniło.

Słucham Wolnej Europy: Reagan wprowadził drastyczne sankcje przeciwko ZSRR i jest to kara za wprowadzenie stanu wojennego w Polsce – chociaż raz zachodni „przyjaciele” nas nie zdradzili. Nakazał realizować następujące działania: zawieszenie odnawiania i wydawania licencji na budowę sprzętu niezbędnego do wysyłania gazu do Europy Zachodniej. Zawieszenie dostaw zboża i ograniczenie dostępu do Amerykańskich portów dla sowieckich statków handlowych. Zawieszenie przyjmowania samolotów Aerofłotu do USA. Wstrzymanie wymiany naukowej. Komitet Zakupów ZSRR w USA zostaje rozwiązany.

Miały miejsce zakłócenia w pracy w Warszawie, Katowicach i na Wybrzeżu, aresztowano też dwunastu przywódców strajku w kopalni „Piast”. W TV Urban zaprzeczył zachodnim doniesieniom, że Kuroń i Michnik są źle traktowani. Potwierdził natomiast, że podczas zamieszek w Gdańsku zabito jednego robotnika. Świnia z tego Urbana, który uchodził przez lata za postępowego dziennikarza, a teraz jest tubą WRON-y.

Według Rurarza następuje rozkład PZPR-u w Polsce. W Paryżu Międzynarodówka Socjalistyczna wydała ostre oświadczenie domagające się swobody działania dla Solidarności.

Mario Vargas Llosa urządził demonstrację w Limie i przeszedł w marszu protestacyjnym wraz z pięćdziesięcioma tysiącami robotników peruwiańskich. Z kolei „San Francisco Examiner” zamieścił wywiad z Miłoszem, który powiedział: Jestem głęboko oddany Wałęsie i Solidarności i wielu intelektualistów myśli tak samo. Chaos gospodarczy w Polsce został spowodowany taktyką rządu, a Solidarność próbowała ratować kraj. Do upadku gospodarczego PRL-u przyczynił się przede wszystkim eksport towarów po obniżonych cenach do ZSRR. Według Miłosza: Jawna, czy też podziemna Solidarność, będzie silniejsza od wszystkich junt razem wziętych.

Rakowski jutro ma spotkać z Genscherem. Kołakowski i Smolar określili wprowadzenie stanu wojennego w Polsce jako wojnę z własnym społeczeństwem. Rząd PRL-u robi brudna robotę za ZSRR, który po interwencji w Afganistanie nie może wysłać czołgów do naszego kraju.

30 grudnia 1981 roku

Rakowski spotkał się w Bonn z Genscherem, ale komunikatu nie wydano. Spotkałem na moim osiedlu Derdowskiego i powiedział mi, że podobno zatłukli w jakimś więzieniu Rulewskiego. Ale potem dodał, że informacja jest bardzo niepewna. Krzychu regularnie podąża do domu rodziców na Jarach i czasami obserwuję go z ukrycia. Za każdym razem widać na jego twarzy, że intensywnie myśli, coś rozważa, czegoś wypatruje, gdy tak prze do przodu. Tak coś mieli w mózgu, że często nie zauważa mnie stojącego w kolejce po gazety, przy kiosku Ruchu.

            31 grudnia

Radiostacje podają, że rozmowy Rakowskiego w Niemczech zakończyły się sukcesem, ale jednocześnie pojawia się informacja, że władze wojskowe zaproponowały podwyżki, które trzykrotnie mają podnieść koszty utrzymania w Polsce. Margaret Thatcher i Helmut Schmidt, wobec kryzysu w Polsce, opowiedzieli się za jednością państw zachodnich w stosunku do ZSRR. Mitterand wyraził w telewizji francuskiej solidarność z narodem Polskim. Według niezależnych mediów w fabryce amunicji w Pionkach pod Radomiem trwa strajk i oddziały ZOMO oraz wojska otoczyły zakład.

Wolna Europa podaje, że 17 grudnia w Gdańsku kolumna czołgów zmusiła demonstrantów do skakania z wiaduktu. Jeden czołg miał się ześliznąć ze skarpy i zabić całą załogę. W Stoczni im. Lenina zmusza się robotników do podpisywania deklaracji o wystąpieniu z Solidarności. List papieża do Jaruzelskiego został źle przyjęty przez rząd PRL-u, a misja biskupa Poggi’ego nie dała żadnych rezultatów. Włoska Partia Komunistyczna ponownie potępiła wojskowy zamach stanu w Polsce. Grupa polskich marynarzy opuściła statek w Panamie i poprosiła o azyl polityczny. Partyjny, robociarski gracz Barcikowski, z charakterystyczną grzywką robociarza z lat pięćdziesiątych, powiedział, że partia utrzyma dawną rangę.

z16820842Q,W-latach-80--armatki-wodne-obok-transporterow--gaz

            1 stycznia 1982 roku

Papież Jan Paweł II wyraził pełne poparcie dla ruchu Solidarności w Polsce: Solidarność jako niezależny związek zawodowy, jest częścią dziedzictwa polskich robotników, dziedzictwa robotników całego świata.

Zbigniew Bujak zaapelował do żołnierzy i milicjantów, by kierowali się sumieniem przy wykonywaniu swoich czynności. Trwa czystka wśród dziennikarzy. Redaktor naczelny „Kuriera Polskiego” odmówił podpisania aktu uległości.

Reagan powiedział, że komunizm zbankrutował, a z kolei, forowany przez Kreml komentator polityczny Arbatow, stwierdził na łamach „Prawdy”, że jastrzębie w rządzie USA programują kryzys w Polsce, by utrzymać się przy władzy. 63 marynarzy polskich poprosiło o azyl w Kanadzie.

            2 stycznia 1982 roku

Rozpętano nową nagonkę – tym razem wobec NZS-u. Niektórzy koledzy widzą w tym zapowiedź całościowego wznowienia zajęć na uczelni. Od czwartego stycznia wznawiają naukę czwarte roczniki, które muszą przygotować prace magisterskie.

            3 stycznia 1982 roku

Genscher ma jutro udać się do Waszyngtonu, by wziąć udział w rozmowach Schmidta z Reaganem na temat sytuacji w Polsce. „The Spectator” analizuje osobę Jaruzelskiego, zomowców nazywając chuliganami z UB, nocnymi stworzeniami, nocy długich pałek. Autor artykułu nie wyklucza, że Polska może zostać podzielona między NRD a ZSRR.

Dwudziestopięcioletni syn Rakowskiego zwrócił się o azyl polityczny w RFN, skąd chce wraz z rodziną wyemigrować do Australii. Stwierdził przy tym, że jego decyzja nie ma nic wspólnego z ojcem. Z kolei Wałęsa miał zgodzić się na rozmowy z juntą, pod warunkiem, że zwolnione zostaną osoby z Krajowej Komisji Porozumiewawczej. BBC kolportuje na cały świat powiedzenie Wałęsy: W Polsce każdy jest wodzem. Podobno trzymają go teraz w budynku MSW na Rakowickiej w Warszawie. Jaruzelski zaprosił na spotkanie do Warszawy ambasadorów dziesięciu państw członkowskich EWG.

Według nowego biuletynu Solidarności, od wprowadzenia stanu wojennego, w dwudziestu zakładach w kraju, praca nie przebiega normalnie. Rządy zachodnich państw europejskich na razie nie przyłączyły się do sankcji USA wobec Polski.

            4 stycznia 1982 roku

EWG ostrzegła ZSRR i inne państwa socjalistyczne, by nie ingerowały w sprawy Polski. Nie uchwalono jednak żadnych sankcji, a Jaruzelski spotkał się z ambasadorami państw EWG. Leo Tindemans określił to spotkanie jako tragiczne. Z kolei Stany Zjednoczone opublikowały dokument, w którym w chronologiczny sposób przedstawiają ingerencję ZSRR i innych państw socjalistycznych w Polsce.

Jutro w dziesięciu województwach zostaną włączone telefony i teleksy. Podobno tylko połowę robotników przyjęto z powrotem do pracy w Stoczni im. Lenina. Rozpoczęła się też rozprawa trzech członków Solidarności, organizatorów strajku w Hucie Warszawa, w tym Karola Szadurskiego. Trzystu więźniów w Białołęce złożyło protest z powodu pogorszenia się warunków w tym obozie. Kościół zorganizował odwiedziny rodzin u internowanych. Pojawiają się informacje, że w Nowej Hucie milicja użyła przeciwko robotnikom specjalnie szkolonych psów. Wolna Europa podaje, że podczas starć z milicją w kopalni „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu zginęło co najmniej czternaście osób (informacja podana za biuletynem Solidarności, wydanym 28 grudnia). Na południu Polski żołnierz zastrzelił przełożonego po otrzymaniu wiadomości o zabiciu górników w kopalni „Wujek”. Działacze opozycyjni zwrócili się do społeczeństwa o noszenie czarnych opasek, co ma być znakiem, że Solidarność stale istnieje. Rakowski oskarżył Wałęsę, że w poprzednim okresie zajmował nierealistyczne stanowisko.

5 stycznia 1982

PAP podała, że działacze Solidarności i innych związków zebrali się w gmachu Rady Ministrów i prowadzą rozmowy z rządem. Ogłoszono bezwarunkowe rozwiązanie NZS-u. W Waszyngtonie Schmidt prowadzi rozmowy z Reaganem na temat Polski, a Józef Czyrek złoży wizytę w ZSRR. Zachodni technicy zlokalizowali stacje zagłuszania audycji BBC, Voice of America i Wolnej Europy. Znajdują się one w Związku Sowieckim, w Smoleńsku i Kaliningradzie.

W Warszawie rozpoczął się proces Macieja Szczepańskiego – Przewodniczącego Komitety ds. radia i Telewizji, głównego wykonawcy zadań w ramach propagandy sukcesu Edwarda Gierka. Telewizja robi wokół tego wiele szumu, jakby „Krwawy Maciek” miał być przeciwwagą dla zbrodni stanu wojennego. Rozgłośnie podają, że jedną z ofiar ZOMO, podczas wtargnięcia na teren Politechniki Wrocławskiej, miał być Dziekan Wydziału Matematyki, którego pchnięto brutalnie na jakiś duży stół, gdy próbował bronić studentów. Prymas Glemp powiedział w homilii: Każdy człowiek ma prawo do własnego sumienia.

Ponoć jest strajk głodowy w więzieniu w Białołęce, gdzie uwięziono między innymi Kuronia i Gwiazdę. Reagan i Schmidt nie ustalili nowych wspólnych sankcji wobec ZSRR. W Polsce ma miejsce oczyszczanie szeregów PZPR z rewizjonistów i zwolenników Solidarności.

Dziwny telefon od Joanny Mieszko-Wiórkiewicz, przyjaciółki Ryszarda Kapuścińskiego i Musiała, domagającej się ode mnie zwrotu albumu malarstwa Daliego, który kiedyś udostępnił mi Musiał. Dawno mu go oddałem, ale pewnie ktoś „pożyczył” go od niego po cichu i ten skojarzył, że był w moich rękach. Tylko dwa razy miałem do czynienia z tą dziewczyną, podczas posiedzeń Koła Młodych Związku Literatów Polskich. Była bezczelna i natarczywa przez telefon – nie przyjmowała też do wiadomości, że już dawno ten album zwróciłem Musiałowi.

6 stycznia 1982

Ambasadorowi ZSRR w Wielkiej Brytanii – Wiktorowi Popowowi – wręczono protest rządu tego kraju w związku z zakłócaniem audycji radia BBC w języku polskim, stwierdzono, że jest to złamanie konferencji helsińskich (1973–1975). Mam z tego powodu nieustający problem, bo audycje w moim radiu stale umykają, a zamiast głosu spikerów pojawia się tężejący łomot. I to jest prawdziwy ruski hymn…

Aleksander Haig: Mimo wydarzeń w Polsce, należy zachować otwarte linie łączności między Wschodem i Zachodem; rokowania genewskie będą kontynuowane.

Drugi, starszy syn Rakowskiego, stara się o azyl polityczny w Hiszpanii. Papież wezwał władze rumuńskie, żeby pozwalały swobodnie uprawiać praktyki religijne Rumunom, wyznania Kościoła Obrządku Wschodniego.

Szeregi PZPR zmniejszyły się o połowę i liczą obecnie niespełna milion członków. W 1981 roku po powstaniu Solidarności z szeregów partii wystąpiło 850 tys. członków. Wolna Europa podaje, że ocenzurowano w prasie i telewizji wypowiedź jakiegoś członka KC, który opowiedział o tych wystąpieniach z organizacji. Podobno Wałęsa nadal odmawia rozmów z rządem.

„Der Spiegel” cytuje wypowiedź Rakowskiego: Wprowadzenie stanu wojennego było ostatnią kartą przetargową w ręku rządu PRL, dla ochrony suwerenności kraju w łonie Układu warszawskiego. Francja potwierdziła, że będzie dalej wysyłać pomoc dla Polski. Stanisław Opałko (PZPR) wezwał w Tarnowie do przeprowadzenia czystki w partii. ZSRR i Polska podpisały umowę handlową i Rosjanie udzielą nam kredytu w wysokości 2,7 miliona rubli. Korespondent PAP w Bukareszcie uciekł do Austrii i poprosił o azyl polityczny. Japonia skrytykowała postępowanie ZSRR w Polsce.

Tym razem dzwonił Musiał i domagał się zwrotu albumu Daliego. Jeszcze raz powiedziałem, że dawno mu go zwróciłem i pewnie leży gdzieś pod stertą papierów w jego pokoju. W końcu jakoś to przyjął, a potem zapraszał mnie wylewnie na spotkanie z przyjaciółmi w mieszkaniu jakiegoś Piotra, który mieszka nieopodal szpitala i cmentarza pomordowanych, na górnej skarpie miasta. Zachwalał mi nieziemski widok z okien kawalerki tego kolegi. Mama spytała, co ten Musiał tak do ciebie wydzwania, więc powiedziałem jej, że to bydgoski poeta i lekarz. Swoją drogą mam już go dosyć, bo jestem człowiekiem konkretów, a on jest chybotliwy jak witka na wietrze.

ADDENDA…

kwartalnik87-okladka-tile

Dwie rozmowy kawiarniane o „Kwartalniku Artystycznym – Pomorze i Kujawy”. Pierwsza z Krzysztofem Derdowskim, który miał ponoć zarzucić Myszkowskiemu, że uparcie lansuje model pisma dla VIP-ów, druga – z prof. Józefem Banaszakiem, który zgodził się ze mną, że Redaktor Naczelny tego periodyku musi mieć jakieś ogromne kompleksy, związane z naszym regionalizmem. Jakby szukał potwierdzenia, że publikacje Miłosza, Różewicza, Szymborskiej czy Herberta ustawiają go z nimi w jednym szeregu. Tymczasem Myszkowski jest mizernym prozaikiem i krytykiem, którego zapamiętałem z paskudnych napaści na mnie, które opublikował w dawnych „Kujawach” i wcale nie wzniósł się ponad tamte publikacje. Nie potrafiłbym wskazać jakiejś jego porządkującej zasady krytycznoliterackiej albo ciągu rozwojowego prozy, to ledwie przyczynki do obrazu literatury naszego regionu. Oczywiście bardzo ważne są publikacje merytorycznych materiałów, związanych z Samuelem Beckettem, licznymi gwiazdami literatury światowej, ale mamy tutaj do czynienia z sytuacją, gdy wystawia się rzeźbę młodzieńca (dajmy na to Dawida), który ma piękną głowę, interesujący profil, a reszta jego ciała to suche kości, bez mięsni i nerwów. W periodyku tym brakuje tkanki łącznej, czyli utworów autorów Pomorza i Kujaw, a stała obecność Głowińskiego, Chwina, Hartwig jest nudna, konwencjonalna i niczego nie wnosi do obrazu aktywności literackiej między Bydgoszczą a Toruniem. Nie ulega wątpliwości, że Myszkowski tymi tuzami, tymi wielkimi postaciami, tuszuje mizerię swoich dokonań literackich, a szczególnie takiej dziwacznej pisaniny pt. Addenda, która obrazuje jego bezdech twórczy i brak energii narracyjnej. Widać to już było w jego tekstach prozatorskich albo streszczeniach, które umieszczał w dziale recenzji, ale tutaj mamy do czynienia z zadęciem totalnym, bo należy te zapiski odbierać jako drogocenne szczątki myśli i działań redaktora. Jeśli byłyby to cudownie odnalezione zdania, wyrazy, cząstki Szekspira, Kafki, Dostojewskiego, to miałoby to jakiś sens, a tu mamy jednozdaniowe bazgroły, które czytelnik ma uznać za szczególne, syntetyczne wskazania i komentarze. Na przykład takie: Pełnia księżyca. Rój ruin i ich rytm. Auta, skutery, motory, autokary. Drzewa, mury, błękit. Widok do środka i na zewnątrz, na Miasto. Rozproszeni, w ścisku, w swoim porządku. Rogi i moc Mojżesza. Skalne nory Etrusków. Można by mnożyć te „zapiski”, bo cykl liczy już ponad czterdzieści części, a nasz pisarz zapewne będzie dalej obrazował swoje bezdechy, zagapienia i „komentarze” do rzeczywistości, w której bywał i bywa. Niestety, choćby nie wiadomo jakimi wielkimi pisarzami Myszkowski obudowywałby swoje pisanie, zawsze widać będzie wyrazisty rozdział pomiędzy nim i nimi i takie określenia jak nory Etrusków, będą obrazowały kim jest naprawdę jako autor. Może to chociaż jeden wartościowy regionalizm w rozdętym do granic możliwości dziele pt. „Kwartalnik Artystyczny”… A przecież wszyscy razem należymy tylko do literatury polskiej, gdzieś między Słowakami, Czechami, Bułgarami, Chorwatami i Serbami i nic nie da się zrobić w zakresie promocji, ekspandacji ogólnoświatowej, jeśli pisarz nie pisze po angielsku, francusku albo niemiecku…

EUROPEJSKOŚĆ LITERATURY POLSKIEJ

obraz6

Na przełomie dziejów kultura polska zapisała piękne karty i wielokrotnie stawała do konfrontacji z największymi dziełami świata. Jednocześnie tworzyła indywidualny kształt dokonań w hermetycznej enklawie trudnego języka fleksyjnego i w oddaleniu od głównych szlaków migracyjnych Europy Zachodniej. Bliższa była puszczom i kniejom litewskim, zagubionym starorzeczom i porohom Dniepru i Dniestru, tatrzańskim samotniom i uroczyskom, niż placom Wenecji i Mediolanu, pałacom Wersalu i Paryża, teatrom i muzeom Londynu czy Berlina. Dlatego powstające dzieła były oryginalne i miewały autentyczny klimat wschodnioeuropejski, z regionalną kolorystyką i specyfiką kulturową, z ornamentyką nawiązującą do wydarzeń kulturalnych i folklorystycznych bohaterów. Malarze i rzeźbiarze, kompozytorzy i instrumentaliści, a nade wszystko pisarze i poeci nawiązywali w swoich pracach i utworach do najznamienitszych osiągnięć sztuki europejskiej, asymilowali wątki kulturowe coraz szerzej otwierającego się świata i czasem stawali się postaciami rozpoznawalnymi w regionie, na kontynencie, w świecie. Począwszy od średniowiecza, a skończywszy na współczesności, ważną rolę odgrywały tutaj kontakty w łonie kościoła katolickiego i jedność wyrażana w wierze i w artystycznym komentarzu, nawiązaniu lub egzemplifikacji. Życie, nauczanie i śmierć Jezusa Chrystusa, a także wykładnia Kościoła na temat egzystencji bytów, znajdowały swój wyraz we wszystkich dziedzinach sztuki i stawały się rodzajem uniwersalnego języka. W tym zakresie kultura polska ma wielkie osiągnięcia, choć z racji oddalenia i trudności językowych niewiele naszych realizacji znajdziemy w wielkich opracowaniach i przybliżeniach, w antologiach poezji czy prozy światowej, na salach wystawowych największych muzeów czy w najpoważniejszych encyklopediach. Z tego powodu największy polski poeta Adam Mickiewicz jest ledwie wzmiankowany w świecie, a prawdziwą sławę uzyskał w nim swego czasu Kazimierz Maciej Sarbiewski, twórca piszący po łacinie i docierający za sprawą tego języka do szerszej rzeszy czytelników kontynentu.

Procesy historyczne, które doprowadziły do zmian granic w Europie, a potem do konsolidacji pozanarodowej w ramach Unii Europejskiej, stworzyły też nową sytuację literacką na naszym kontynencie. W miarę przepływu informacji i unifikacji językowej narastać będą tendencje do wynoszenia na piedestał tego, co powstawało w językach francuskim, niemieckim i angielskim, ze szczególnym uwzględnieniem angielskiego, choć szansę na przebicie się we wstępnym etapie istnienia unii ma też język włoski z jego pra-pniem łacińskim. Z rodziny języków słowiańskich prym będzie wiódł język rosyjski, wszakże od dawna obserwuje się na świecie zachwianie równowagi w tym zakresie, wynoszenie Puszkina i Lermontowa nad Mickiewicza, Szewczenkę czy Machę. Pozostałe języki skazane zostaną na wymarcie, bądź reliktowy charakter, choć z góry musimy ustalić tutaj ramy czasowe. Nie chodzi wszakże o zmiany w obrębie jednego stulecia, raczej perspektywę należy rozszerzyć do kilku wieków lub – dla pewności – do tysiąclecia. Taka opcja obowiązuje wszakże w literaturze europejskiej i łatwo możemy wyodrębnić millenium grecko-rzymskie czy tysiąclecie rozwoju literatury europejskiej od średniowiecza do końca epoki romantyzmu. Tylu, ilu będzie interpretatorów, tyle też może być pomysłów na wydłużanie, bądź skracanie tych okresów. Jedni w literaturze pozytywistycznej widzieć już będą zapowiedź jakiejś szerszej jedności literackiej, inni dostrzegą procesy integracyjne w modernizmie, a jeszcze inni być może zasugerują, że tysiąclecie rozwojowe literatury europejskiej trwa od około roku tysięcznego do roku dwutysięcznego. Bycie w Unii Europejskiej spowoduje, że w krajach członkowskich coraz więcej będzie prasy społeczno-kulturalnej i fachowej, coraz więcej książek, programów telewizyjnych i filmów w języku angielskim. Także procesy integracyjne i wielkie migracje ludzkie, szczególnie młodzieży, spowodują, że języki narodowe zaczną tracić swój niezaprzeczalny prymat. Oczywiście obserwować się będzie także tendencje odwrotne, powstaną enklawy, w których kultywowanie języka, literatury narodowej i sztuki będzie wyrazem niezależności i łączności z przeszłością. Historia pokazuje jednak, że w sytuacji zanikania granic, grupy języków słabszych zostają wchłonięte przez języki silniejsze, a wybitni twórcy decydują się na wykorzystanie narzędzi uniwersalnych. Ta tendencja widoczna już była wcześniej i można by tutaj przywoływać tylko z obrębu literatury polskiej przykłady Kochanowskiego, Sarbiewskiego, Conrada.

Czy literatura polska zyskała integralność europejską? Niewątpliwie tak, ale też i obecność w literackiej Europie naszych twórców i ich wpływ na kultury narodowe jest bezsporny. Czy Wiktor Hugo, gdyby nie był o tym głęboko przekonany, pisałby o Mickiewiczu, że był wyrazicielem wszystkich dawnych cnót, które mają w sobie odmładzającą moc; był kapłanem ideału; jego sztuka to wielka sztuka; w jego poezji odnajdziemy głębokie tchnienie świętych lasów. Rozumiał ludzkość tak samo jak przyrodę; jego hymn do wieczności splata się ze świętym biciem rewolucyjnego serca. Wygnany, prześladowany, zwyciężony, wspaniale obwieścił na cztery strony świata wyniosłe prawo do ojczyzny. Geniusz zatrąbił na pobudkę ludom; dawniej czynił to prorok, dziś jest to poeta; Mickiewicz jest jednym z trębaczy przyszłości.[1] Czym innym jest jednak uznanie, a czym innym skala oddziaływania, pojawienie się w świadomości Europy i świata. Widać to znakomicie, gdy staje się przed półkami wielkich światowych bibliotek – pisarze tacy jak Platon, Arystoteles, Dante, Szekspir, Cervantes, Kafka, Dostojewski wypełniają swoimi dziełami i ich opracowaniami setki metrów takich półek, natomiast twórcy narodowi – jeśli udaje się im przebić – reprezentowani są kilkoma dziełami, które często są fatalnie przetłumaczone, i nielicznymi specjalistycznymi opracowaniami. Sytuacja nieco się zmienia współcześnie, gdy na przykład pisarz dostaje Nagrodę Nobla i staje się gwiazdą sezonu, dziesięciolecia czy nawet stulecia. Są i pewne wyjątki z przeszłości, jak choćby Kraszewski, który w swoim czasie był jednym z najbardziej znanych pisarzy świata, jak Sienkiewicz, który trafił do świadomości globalnej dzięki Quo vadis?, czy Prus, który dotarł do krajów arabskich, do Chin i Meksyku dzięki Faraonowi. Tutaj owa uniwersalna tematyka stała się pomostem dla polskiego twórcy w marszu ku kulturze światowej. W czasach renesansu Jan Kochanowski wieszczył, że jego sława ogarnie obszar całej szesnastowiecznej Europy: o mnie Moskwa i będą wiedzieć Tatarowie,/ I róznego mieszkańcy świata Anglikowie;/ Mnie Niemiec i waleczny Hiszpan, mnie poznają,/ Którzy głęboki strumień Tybrowy pijają.[2] Niestety stało się inaczej – oto jak komentuje to Jerzy Pietrkiewicz, który już na początku lat sześćdziesiątych XX stulecia przyglądał się literaturze polskiej w perspektywie europejskiej: Podobnie jak Shakespeare polski poeta wierzył, że jego wiersze przetrwają marmurowe i pozłacane pomniki książąt, ale jego sława, przeciwnie niż Shakespeare’a nie wyszła daleko poza granice rodzimego języka. […] Dziś można przyjąć, że wielcy klasycy mniej znanych literatur rzeczywiście zyskują nową sławę od Tatarów po Anglię, a nawet dalej, w miarę jak europejska literatura porównawcza staje się faktem. Ci spóźnieni przybysze do Domu Sławy spotykają się jednak natychmiast z pewnym oporem, wiele zatem zależy od sposobu, w jaki zostaną wprowadzeni. W tej sytuacji sposób przedstawienia, na równi z immanentną wartością utworu może przesądzić o tym, czy dzieło nowo przyjętego klasyka polskiego, portugalskiego lub bułgarskiego rozpocznie własne życie w szerszym kręgu, czy też pozostanie tylko jako tytuł uprzejmie wymieniany w słownikach.[3] A zatem Kochanowski nie jest tutaj dobrym przykładem szybkiego i skutecznego wkraczania do świadomości ogólnoeuropejskiej. Przyjrzyjmy się jednak innemu twórcy – Maciejowi Kazimierzowi Sarbiewskiemu i jego osiągnięcia skonfrontujmy z sytuacją Czesława Miłosza – twórcy, który stał się znany w Europie i w świecie.

Co Czesława Miłosza łączy z Maciejem Kazimierzem Sarbiewskim? Przede wszystkim Wilno i dojrzewanie w jego przestrzeniach, pośród jego, od wieków ciągnącego się fermentu intelektualnego. Stąd zapewne wzięło się też jakże wymowne wspomnienie Sarbiewskiego w wykładzie wygłoszonym podczas uroczystości wręczenia Nagrody Nobla. Także w wydanej w 1969 roku po angielsku historii literatury polskiej, Miłosz poświęca sporo uwagi Sarbiewskiemu, znanemu w zachodniej Europie jako Casimire. Książka ta była pisana dla czytelnika anglojęzycznego, więc wiele w niej skrótów myślowych, wiele uproszczeń i przywołań faktów, dobrze znanych polskiemu czytelnikowi. Ale właśnie dzięki temu możemy też odświeżyć obraz poety i zastanowić się jakie elementy z jego życiorysu artystycznego mają jeszcze dzisiaj swoją nośność. Czytamy zatem: Urodzony na Mazowszu w rodzinie średniej szlachty, Maciej Kazimierz Sarbiewski jeszcze jako młodzieniec wstąpił do zakonu jezuitów. Wykształcenie otrzymał w Akademii Wileńskiej, a później był profesorem poetyki tamże oraz w Akademii Jezuickiej w Połocku. Spędził również parę lat w Rzymie, gdzie jego łacińska poezja została nagrodzona wysokim odznaczeniem przez papieża Urbana VIII. Wszystkie jego dzieła są po łacinie, a obszerny traktat “De perfecta poesi (O poezji doskonałej) cenny jest dla każdego, kto pragnąłby się zapoznać z arystotelesowską poetyką tego okresu.[4] To są podstawowe informacje na temat twórcy i jego utworów, a dalej pojawia się rodzaj wstępnej syntezy europeistycznej: Sarbiewski doprowadził mającą długą tradycję poezję łacińską w Polsce do perfekcji i aż do dziś żaden polski poeta nie zyskał takiej sławy za granicą, jak Sarbiewski za życia i w okresie paru dziesięcioleci bezpośrednio po śmierci. Jego “Lyricorum libri” (Księgi liryków), wydane po raz pierwszy w r. 1626, miały około sześćdziesięciu wydań w różnych krajach Europy. Poezje Sarbiewskiego, zwane “dziełami chrześcijańskiego Horacego”, były przekładane i naśladowane zwłaszcza przez autorów w Niderlandach, Anglii i Francji. Są to głównie ody, w których tematy z nazywanego przezeń mistrzem Horacego osobliwie nakładają się na motywy zaczerpnięte z Biblii, zwłaszcza z “Pieśni nad pieśniami”. Wiele z tych ód ma charakter nie religijny, ale polityczny i sławi takie wydarzenia, jak wojenne zwycięstwa chrześcijan, często Polaków, nad Turkami. Ale największym wkładem w poezję światową jest jego liryka religijna. Ten właśnie aspekt tłumaczy popularność Sarbiewskiego w Anglii.[5] Tutaj Miłosz wyraźniej zaczyna zwracać się do czytelnika anglojęzycznego uznając Sarbiewskiego za prekursora angielskiej poezji metafizycznej, a dalszy ciąg wywodu zmierza ku kolejnym powinowactwom.[6] Dowiadujemy się zatem, że Casimire był ceniony i przekładany na angielski między innymi przez Henry’ego Vaughana [1651], Edwarda Sherburne’a [1651], Isaaka Wattsa [1706], Thomasa Browna [1707-1708] i Johna Hughesa [1720]. Dalej jest wskazanie, że sława Sarbiewskiego odżyła na nowo w czasach romantyzmu – jeszcze jako młody człowiek Coleridge planował pełny przekład ód Casimira, ale nigdy nie przetłumaczył nic poza odą “Ad lyram”. To również Coleridge powiedział, że z wyjątkiem Lukrecjusza i Stacjusza nie zna żadnego poety łacińskiego, starożytnego czy współczesnego, o którym można by powiedzieć, że dorównuje Casimirowi śmiałością koncepcji, bogactwem wyobraźni czy pięknem wersyfikacji.[7] Dalej Miłosz wskazuje na niezwykłą umiejętność Sarbiewskiego – zastosowania nagłych zmian tematyki i zaskakujących przejść od obrazowania biblijnego do innych przestrzeni, w zgodzie z chrześcijańską pobożnością. Dla poparcia swoich spostrzeżeń, przytacza Miłosz dwa wiersze w przekładzie Władysława Syrokomli – Qualis est dilectus tuus?[8] i De sacro Salomonis epitalamio[9] W obu utworach wyrazista jest dążność poety do tego, by w rzeczywistości ludzkiej i w naturze wskazywać elementy sakralne, jakby wyłaniające się z codziennych obrazów i przestrzeni, w której bytuje człowiek. Subtelność obrazowa Sabiewskiego idzie tak daleko, że w przedstawieniach słońca, księżyca, pustyni, w przywołaniach gwiazd, tęczy, a nawet wiatru, dostrzega prześwitującą twarz Chrystusa.

Ostatnia partia tekstu poświęconego Sarbiewskiemu jest może najciekawsza, bo wnosi nową wiedzę do tego, co o nim zostało już powiedziane przez historyków literatury: Współczesny czytelnik zauważa u Sarbiewskiego obsesję lotu. Dla wyrażenia go używa rozmaitych obrazów: pisząc o Wilnie, dosiada Pegaza i opisuje rzeki, jeziora, miasta, które kurczą się i znikają, podczas gdy on leci na zachód, by odwiedzić swoich przyjaciół, poetów w Brukseli czy Antwerpii; albo rosną mu skrzydła i szybuje nad ziemią trapioną wojnami, klęskami żywiołowymi i wstrząsaną przemijaniem chwały narodów i królestw. W każdym razie lot symbolizuje zawsze kontrast między obumieraniem i gaśnięciem tego, co ziemskie, a rozkwitaniem,, wzrastaniem potęgi tego, co duchowe.[10] Cała twórczość Sarbiewskiego jest lotna i nieustannie podrywa do lotu czytelnika, pełna pięknych porównań i metafor, znakomicie zharmonizowana i zrymowana, bywała wzorcem dla wielu pokoleń poetów, ale i dzisiaj nie utraciła swego uroku. Sarbiewski pojawia się także kilka razy w Kontynentach – najpierw w odniesieniach mitologicznych: Mit arkadyjski czy też cyteryjski jest bardzo stary. Nie ma potrzeby szukać go tylko u helleńskich poetów czy pisarzy i malarzy rokoka. Jakkolwiek go nazwiemy, powtarza się od setek pokoleń. Jest marzeniem o szczęśliwym życiu ludzkiego gatunku. Czasem ta szczęśliwość jest przenoszona wstecz, ku bajecznemu wiekowi złotemu, jak u starożytnych. Czasem, jak w chrześcijaństwie, odkładana do wypełnienia się czasów i przyjścia Zbawiciela albo do chwili śmierci. U naszego Sarbiewskiego jest tęsknota do “niebieskiej ojczyzny”, w którą przenika za życia, wznosząc się pod obłoki na pegazie (nikt nie napisał o obsesji lotu u Sarbiewskiego, o jego oglądaniu ziemi z góry).[11] Widać tutaj jak chłonny jest odbiór dzieł pisarzy przez noblistę, jak ruchliwa jest jego wyobraźnia, podążająca za twórcą w jego przestrzenie. Zapewne znajdzie się (jeśli już się nie znalazł) naukowiec, który podejmie wyzwanie Miłosza i przyjrzy się tej obsesji, pojmowanej zapewne tak jak to widzi krytyka tematyczna. W innym miejscu Sarbiewski przywoływany jest w kontekście złożoności poezji Eliota: Gdybyśmy sobie wyobrazili polskiego współczesnego poetę, który by napisał dwie czy trzy książki o Szarzyńskim, Kochanowskim, Morsztynie, Sarbiewskim, Krasickim, Trembeckim nie jako historyk literatury, ale właśnie jako poeta zdolny przeprowadzić linię od owych pisarzy do dzisiejszej techniki poetyckiej – mielibyśmy obraz tego, czym jest Eliot dla poetów piszących po angielsku.[12] Także w rozważaniach o tym ilu czytelników zapoznaje się z wybitnym dziełem epoki i o odłączeniu artysty od szerokiej publiczności, przywołuje Miłosz Sarbiewskiego: Zagadnienie izolacji artysty nie jest bowiem tożsame z zagadnieniem liczby osób, do których artysta przemawia. […] Byłoby rzeczą interesującą zbadać, ile np. umysłów wykształconych, zdolnych ocenić “De natura rerum” Lukrecjusza, posiadał ówczesny Rzym, dla jakiego grona tworzył Sarbiewski, ilu Polaków smakowało we francuskich innowacjach wprowadzonych przez pseudoklasyków czy też, później, w dziwacznych wierszach Słowackiego.[13] Te sprawy zawsze Miłosza bardzo zajmowały w kontekście recepcji jego dzieł. Jak wiadomo gromadził wycinki prasowe, miał rozległą bibliografię podmiotową i przedmiotową, a nade wszystko dopowiadał treści do różnorodnych interpretacji. Takie komentarze pojawiały się przede wszystkim w rozmowach-rzekach z Aleksandrem Fiutem i z Renatą Gorczyńską, która zadała pytanie poecie o motyw lotu i obsesyjne powracanie do miejsc pamięci: W tych snach często się powtarza motyw zagrożenia, wojny, ale pojawiają się i symboliczne czynności: zstępowanie w dół, wznoszenie się, lot – czy to w postaci ptaka, czy też z pomocą magicznej książki. Człowiek ptak leci w okolice wioski Halina, która się często pojawia w pana wierszach. Na przykład w “Rzeki maleją”.[14] Miłosz, odpowiadając, raz jeszcze przywołał Sarbiewskiego: To pod Wilnem. “Kraj z pogranicza Rudnickiej Puszczy” to jest koło Jaszun. Wszystko autentyczne nazwy. Była linia kolejowa Wilno-Jaszuny i dalej na południe, zdaje się do Stasił, jak się jedzie na Lidę. Tam jeździliśmy na przykład z wycieczką szkolną do majątku Puttkamerów, gdzie Mickiewicz się podkradał, żeby zobaczyć się z Marylą. Tory idą mniej więcej granicą Rudnickiej Puszczy, która jest sławiona w literaturze, przede wszystkim w “Silviludiach” Sarbiewskiego. “Silviludia”, zresztą plagiat z włoskiego, opisują zabawy, polowania króla Władysława IV z Rudnickiej Puszczy.[15] Kwestia plagiatu jest tutaj sprawą otwartą, bo są tacy literaturoznawcy, którzy wskazują, że była to też daleko idąca transkrypcja. Miłosz ceni Sarbiewskiego i wskazuje go jako jednego z jego nauczycieli poetyckiego rzemiosła. Zarówno wielkość tego poety, jak i zakres działań, a potem ogromna recepcja w Europie, każą autorowi Świadectwa poezji przyglądać się tym zjawiskom ze wzmożoną uwagą. Brakuje jednakże w dorobku Miłosza dłuższego tekstu określającego powinowactwa i ustalającego linię interpretacji tego związku. Wskazania i napomknienia wskazują na to, że Sarbiewski stale gościł w myślach Miłosza, ale jednak nie zadamawiał się w nich na dłużej. Powodowało to zapewne oddalenie czasowe, bariera języka łacińskiego, a może też i preferencje historycznoliterackie. Miłoszowi bliżsi byli poeci romantyczni, ze szczególnym uwzględnieniem Mickiewicza, z szerszą analizą poematów Słowackiego i długimi wypowiedziami na temat Norwida. Sarbiewski, choć bywał pisarskim ozdobnikiem, pojawił się jednak we wspomnianym na początku wykładzie Noblowskim, obok fascynacji romantycznych.

Paradoksalnie zatem, Miłosz, który chciał być pisarzem europejskim, dziwnym zrządzeniem losu, głownie za sprawą Zniewolonego umysłu, stał się na chwilę pisarzem światowym, znanym na przykład w Indonezji, na Haiti, czy w krajach skandynawskich, gdzie odczytywano jego Dolinę Issy jako figuralną opowieść o dobru i złu. W jego dziełach, a szczególnie w Ziemi Ulro, znajdziemy komentarze i odniesienia do polskiego romantyzmu, a ów jakże europejski Sarbiewski jest zaledwie wzmiankowany. Miłosz, który osiągnął zadziwiająco wiele, jak na pisarza z naszej części Europy, niestety nie przedostał się do “świadomości kontynentalnej” czy globowej. Czasem sam dowcipnie nawiązywał do tego, tęsknił do sławy Tomasza Manna, Dostojewskiego, wskazywał, że pozostanie w encyklopediach blisko Mickey Mouse i jego znanego krewnego Oskara. Przekraczał granice swoją twórczością, a jednocześnie miał świadomość, jak uwikłana ona jest w polskość i jak wiele glos wymaga. Wydarzenia w Moskwie z roku 2005 pokazują z niezwykłą wyrazistością jak trudno będzie Polakom walczyć o zachowanie w świadomości europejskiej naszych ważnych wydarzeń dziejowych i osiągnięć kulturalnych. Prezydent Putin mówi, że sprawa paktu Ribbentrop – Mołotow jest zamknięta i koniec gadania. Jak zatem wytłumaczyć młodemu człowiekowi, wychowanemu w Brukseli, Paryżu, Berlinie albo w Petersburgu, że jest to jeden z najmroczniejszych momentów w naszej historii. Gdy taki młodzian będzie miał do wyboru książki historyczne lub poezję Miłosza, uwikłaną w historię Litwy i Polski, a na przykład powieści Whartona, teksty piosenek Eltona Johna czy zespołu Corrs, to wybierze to, co będzie bliższe jego europejskości, a może już i kosmopolityzmowi. To tylko jeden przykład, dość dowolny, różnych tarć, jakie mają miejsce i jakie będą się nasilać w Unii Europejskiej.

Równie skrajne przejawy mają sytuacje reprezentacji i wyboru. Widać to szczególnie w różnego rodzaju antologiach i syntezach literackich, takich jakj własnie prezentowana tutaj antologia 100 wierszy polskich. Sporo zamieszania uczynił na naszym gruncie podział polityczny, ciągnący się od czasu stanu wojennego – ów rozłam na dwa związki, jeden “lepszy” i drugi “gorszy” i późniejsze informacje lustracyjne. Oczywiście wszelka różnorodność związkowa jest wskazana, w Grecji na przykład jest wiele organizacji pisarskich i jest swobodny wybór, nie ma jakiejkolwiek presji politycznej. Najmłodsi polscy poeci i pisarze demonstracyjnie lekceważą zarówno jeden związek jak i drugi, rysują się też wyraźne płaszczyzny porozumienia podczas dużych imprez literackich, wyjazdów zagranicznych, konferencji itd. Niestety w oczach krytyków i opiniodawców europejskich i światowych postrzegani jesteśmy jako twórcy podzieleni, skłóceni, wyraźnie dzielący się na „lepszych” i “gorszych”, nie jako naród który może przedłożyć uporządkowany model kulturowy – wykład na temat najważniejszych dzieł literackich, malarskich, muzycznych. Oczywiście ta polaryzacja zacznie zanikać, a konflikt z początku stanu wojennego będzie miał takie znaczenie dla nadchodzących pokoleń jak kłótnia Iwaszkiewicza z Nałkowską, czy Żukrowskiego ze Szczepańskim. Europejczycy, wybierając polskich pisarzy i wskazując tych najciekawszych, często jeszcze bazują na wewnętrznych opiniach i ustalonych w ostatnich dziesięcioleciach dwudziestego wieku proporcjach. Jednakże sytuacja zmienia się, gdy trzeba wybierać i decydować radykalnie. Przykładem może tutaj być antologia pt. Poeci Europy, która ukazała w połowie 2004 roku w Mediolanie. W założeniu miała to być prezentacja niezwykłej różnorodności lirycznej a zarazem wskazanie największych indywidualności w poszczególnych krajach. W celu uwyraźnienia kryteriów i odsunięcia na bok elementów pozaliterackich, ograniczono wybory do jednego poety i do jednego wiersza. Taki kanon poezji europejskiej, taki katalog tego, co najważniejsze i największy wpływ wywierające na naszą współczesność. Wiele wskazań uznać tutaj należy za trafione, choć nie bezsporne. Zgodzić się zatem wypada z prezentacją Georga Trakla z Austrii, Gottfrieda Benna z Niemiec, Wystana Hugh’a Audena z Anglii, Henri’ego Michaux z Belgii, Jannisa Ritsosa z Grecji, Seamusa Heaneya z Irlandii, Jaroslava Seiferta z Czech, Attili Jozsefa z Węgier. Ale inne wybory mogą budzić kontrowersje, a pojawiające się nazwiska są albo mało znane, albo przereklamowane, albo wręcz stanowią wyzwanie dla poezji narodowych. I mogą rodzić pytania jak te: dlaczego ze Szwecji Eknar a nie Transtroemer, dlaczego z Litwy Szirvys a nie Venclova, dlaczego z Włoch Alda Merini a nie Quasimodo czy Montale. Dalej pojawić się mogą pytania o pominięte kraje, brakuje Norwegii, Szwajcarii, Chorwacji, Serbii, nawet Rosji! Jest poeta baskijski, jako przedstawiciel odrębnego narodu, a brakuje na przykład Białorusina czy Ukraińca. No i wreszcie werdykt związany z naszym krajem – w antologii tej reprezentuje nas Wisława Szymborska wierszem Miłość od pierwszego wejrzenia. Gdyby ktoś chciał wyrobić sobie zdanie o poezji polskiej na podstawie tego wiersza, pomińmy tutaj dyskusyjność tego rodzaju działań, cóż powiedziałby o niej! Jakże by się zdziwił, gdyby później odkrył wiersz Herberta Tren Fortynbrasa albo Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy, jakże zdumiałby się, gdyby przeczytał wiersze Iwaszkiewicza z tomu Mapa pogody czy “globowe” wiersze Miłosza z tomu Hymn o perle. Nie chodzi tutaj o krytykę Szymborskiej i jej wspaniałego wiersza, chodzi raczej o wskazanie niebezpiecznego mechanizmu, który w obliczu tego rodzaju wyborów spychać będzie w niebyt wartościowe zjawiska narodowe.

Czy jest na to jakaś rada? I tak, i nie, dopóki nie zrodzą się nowe instytucje ponadnarodowe, dopóki gremia europejskie nie wykształcą instytucji kulturalnych, czerpiących z dziedzictwa i różnorodności kontynentu. Na razie warto publikować książki syntetyczne i prezentujące silnie obramowany obraz, jak choćby taki wybór 100 najwartościowszych wierszy polskich. Muszą też pojawić się liderzy tego rodzaju procesu, krytycy posługujący się kilkoma językami, czytający w oryginale książki pisarzy z kilku krajów, a potem wypowiadający się autorytatywnie o dziełach, o nurtach i procesach zachodzących w literackiej Europie bez granic. Czy tacy krytycy są jedynie pobożnym życzeniem, czy przynależą do rzeczywistości wirtualnej, czy też są koniecznością w tym momencie dziejowym? Raczej to drugie – ich nadejście jest konieczne, mało tego, oni już jakby wykluwają się ze swoich narodowych kokonów, już zaczynają patrzeć na wiele rzeczywistości literackich naraz. Nie chodzi tutaj jedynie o giętkość czytelniczą – raczej o umiejętność wartościowania, segregowania i wypowiadania trafnych sądów o zjawiskach amorficznych, o przestrzeniach połączonych w całość kulturowo-polityczną, ale jednak stale zagrożonych odrzutem “przeszczepu”. Krytyk europejski będzie musiał porzucić swoje narodowe uwikłania, będzie musiał godzić to, co do siebie nie przystaje i to, co znakomicie się unifikuje, przepływa z jednej kultury do drugiej. Jego świadomość, w tym momencie historycznym, ukształtowana w plemiennej wspólnocie językowej i etnicznej, będzie musiała zgodzić się na swoistą schizofrenię. Dopiero, gdy porzuci on swój romanocentryzm czy germanocentryzm, dopiero, gdy ustawi na tej samej płaszczyźnie rozwojowej słowiańszczyznę, europejskie elementy napływowe, takie jak arabizmy, hinduizmy, czy coś tak egzotycznego na naszym kontynencie jak afrykanizmy, dopiero wtedy będzie mógł generalizować, proponować syntezy i gradacje w obrębie języków, narodów i całego kontynentu. Tacy krytycy, tacy pisarze, już zaznaczają swoją obecność w życiu literackim Europy, a podróżując od Krymu do Londynu i od La Valetty do Sztokholmu, mają szeroką perspektywę, przyglądają się różnym rzeczywistościom literackim, powoli też zaczyna się w ich świadomościach klarować obraz literackiej Europy bez granic. Znamy ich, bo przyjeżdżają też do Polski – czasem są tłumaczami, czasem eseistami, powieściopisarzami, a czasem naukowcami. Ich wspólny wysiłek doprowadzi w końcu do tego, że powstawać będą antologie lepsze od mediolańskiej, że znikną podziały polityczne, a liczyć się będą wartości uniwersalne. Nasze pokolenie należy do czasu przejściowego, bo dopiero klaruje się obraz, dopiero rodzą się nowe mechanizmy, ale też nasze pokolenie ma ogromną rolę do spełnienia. Musi być fundamentem przemian, musi na twardym gruncie utrwalić to, co ma przetrwać setki, tysiące lat, co ma mieć profil i wymiar europejski.
_________

[1] V. Hugo, Do komitetu budowy pomnika Mickiewicza [w:] 
Adam Mickiewicz w oczach Francuzów, wyb. Z. M i t o s- e k, 
oprac. R. F o r y c k i, Warszawa 1999, s. 396.
[2] J. K o c h a n o w s k i, Pieśń XXIV, Księgi wtóre [w:] 
Dzieła polskie, Warszawa 1982, s. 279.
[3] J. P i e t r k i e w i c z, Literatura polska w perspektywie 
europejskiej, Warszawa 1986, s. 31-32.
[4] C z. M i ł o s z, Historia literatury polskiej do roku 1939, 
przeł. M. Tarnowska, Kraków 1993, s. 147.
[5] Ibidem.
[6] Ibidem, s. 147-148. Por. też tego rodzaju wskazanie 
u W. W e i n t r a u b a w artykule O niektórych problemach 
polskiego baroku [w:] tegoż, Od Reya do Boya, Warszawa 1977, 
s. 100.
[7] Ibidem, s. 148.
[8] Cant. 5.
[9] Oda 20, Lib. 2.
[10] C z. M i ł o s z, op. cit., s. 149.
[11] C z. M i ł o s z, List półprywatny o poezji [w:] Kontynenty, 
Kraków 1999, s. 86. Ta lotność pojawiła się też w wykładzie 
noblowskim, a także w innym miejscu wskazywanej tu książki: 
dlaczego, kiedy tkwię po uszy w historii, w doraźności, 
w aktualności, tęsknię do spojrzenia na wszystko z dystansu, 
tak aby zmalały wieki i kraje i abym mógł ulecieć jak Sarbiewski, 
kiedy opisywał swoją podróż na Pegazie z Wilna do Brukseli? 
[Gombrowiczowi, ibidem, s. 271].
[12] Wprowadzenie w Amerykanów, ibidem, s. 104.
[13] Ibidem, s. 116. Także w rozważaniach na temat tekstu pojawia 
się Casimire: Śmiem twierdzić, że “skrypt” to właśnie obrządek 
zbiorowy, pewna konwencja uczuć: temat był poecie podsunięty, 
pisał on niejako na jego marginesie. Można tu podać jako przykład 
ody Sarbiewskiego o bitwie pod Lepanto czy tematy rozdzielane 
okólnikiem (Stalin, kolektywizacja) w niedawnych czasach. 
[Próba porozumienia, ibidem, s. 436-437].
[14] R. G o r c z y ń s k a, Podróżny świata, Kraków 2002, s. 171.
[15] Ibidem.

SKARBY ŚWIATA

DSC_0084-001

Dzieci są największym skarbem i wspaniałą, bezcenną przyszłością świata… W cudowny sposób rodzą się i szybko uczą wymiarów, kształtów, barw, dźwięków, smaków i zapachów. Wchodzą w kolejne dni, miesiące i lata z szeroko otwartymi oczyma i chłoną wszystko dookoła, starają się obdarzyć dobrą energią członków rodzin i przygodnie spotkanych ludzi, obdarzyć uśmiechem zwierzęta, lalki, plastykowe albo drewniane zabawki. Ich małe serca biją żywo, równomiernie, a gdy rytm staje się szybszy, przeistaczają się w barometry świata, wskazujące nadużycia w obrębie istnienia. Dlatego tak je kochamy, tulimy i pragniemy by było im zawsze dobrze, otaczamy je opieką i pieścimy, a nade wszystko chronimy w budowanych domach i zawiązywanych rodzinach. Spośród krzywd ludzkich największą jest rana dziecka, jego łzy na policzkach, smutek w oczach i żałosna skarga. A przecież tyle jest miejsc na świecie, gdzie małe istoty cierpią i żyją w strachu, tyle łez przelewają na darmo, tyle drżeń małych rączek wyczuwają matki i ojcowie. Dzieciństwo powinno być czasem miłości i radości, a częstokroć przeistacza się w ponury spektakl, rozgrywający się na oczach świata. Cóż z tego, że krzywda dziecka we wszystkich kulturach traktowana jest jako przewina wobec całego świata, cóż z tego, że nieustannie słychać głosy sprzeciwu i niezgody, gdy stale pojawiają się ludzie nie liczący się z tym, wciąż rodzą się konflikty, w których giną niewinne istoty. Pierwsze lata kształtują osobowość człowieka, stają się fundamentem jego późniejszych losów i dokonań, twórczych zamierzeń i spełnień, wielkości i humanistycznej pełni. To stamtąd wiodą ścieżki na szczyty gór i ku rozległym równinom, to tam zaczyna się droga ku sławie, mądrości i podziwianym osiągnięciom. Każdy wielki pisarz, filozof, każdy astronauta i konstruktor, wszyscy politycy i artyści, kompozytorzy i podróżnicy mieli swoje dzieciństwo. Nie bez powodu autorzy biografii, studiów i kronik zaczynają opowieści od lat najmłodszych, od pierwszych chwil kształtowania się przyszłego znaczącego człowieka. To są próby wskazania tego, co stało się początkiem eksplozji w latach przyszłych i ukształtowało wyjątkowy byt, kogoś kto wyraziście zaznaczy swój ślad w historii i wywarł wpływ na ludzi jego czasu i na następne pokolenia. Nie każde dziecko staje się takim przewodnikiem duchowym, nie każdy chłopczyk i dziewczynka sięgają po laury, ale każde z nich nosi w swoim małym sercu energię początku, potencjalności dokonań wieku dorosłego, chwil jasnych i jaskrawych, oklasków i radości ze spełnienia się snów o wielkości.

Jolanta Królikowska skomponowała wspaniałą panoramę kruchości i delikatności światów dzieci, chwil pierwszych i kolejnych, utrwalonych w kadrze aparatu fotograficznego i zatrzymanych na zawsze w ich wyjątkowości i symbolicznym wymiarze. Niezwykła uroda zdjęć komponuje się tutaj wspaniale z pięknem wewnętrznym i zewnętrznym dzieci z różnych stron świata, istot ciekawie zerkających w obiektyw i uchwyconych niespodziewanie w chwili zamyślenia, w smutnej lub pełnej wigoru pozie. To są subtelne portrety, układające się w wielki fresk ludzkości, nieustannie podążającej przed siebie i napotykającej na swej drodze trudności – to panorama naszego gatunku, ukazana z poczuciem misji, zapisania na zawsze tego, co miało przepaść i bezpowrotnie utonąć w głębiach stulecia i tysiąclecia. A teraz utrwalone i umieszczone w ciągu geograficznym, w cyklu odsłon elementarnych, stało się wartością nie do przecenienia, dokonaniem artystycznym jednej osoby i sukcesem całego globu. To jakby druga strona straszliwych doniesień z dzienników telewizyjnych, to wskazanie, że człowiek jest dobry i może ze swojego dzieciństwa wysnuć przyszłość chwalebną, pełną ekscytujących zdarzeń. Potwierdza to też sama autorka tego niezwykłego albumu i przedsięwzięcia artystycznego najwyższej klasy, która też miała swoje dzieciństwo i potrafiła tak kształtować życie, że dotarła do tego artystycznego spełnienia. Wcześniej były inne doznania, nieustanne podróże i obcowanie z tysiącami ludzi, przyglądanie się z uwagą małym istotom i dokumentowanie ich wyjątkowości, smutku i radości, zamyślenia i blasku na twarzach. Rzadko udaje się dostrzec tyle piękna i dobra w jednej publikacji, tyle różnokolorowych oczu, odcieni skóry i finezji włosów, rzadko też zdarza się by autorka fotografii zawarła w nich tak wyraziste, egzystencjalne przesłanie, etos człowieczeństwa podążającego przez swoje czasy i przeistaczającego się nieustannie w kolejnych fazach rozwojowych. Kimkolwiek nie będą te dzieci w przyszłości, zostały tutaj ukazane jako istoty kruche, ulotne, zapatrzone w przyszłość i odwieczność istnienia. Zdumiewająco mądre bywa spojrzenie dwulatka, trzylatka, pięciolatka, jakby istoty te żyły jeszcze w tajemniczym świecie przed narodzinami, jakby niosły w sobie zanikającą szybko wiedzę o metempsychicznej podróży. Stąd zapewne biorą się opowieści o poprzednich bytach, licznych wcieleniach, reinkarnacjach i tak rodzi się przekonanie o nadnaturalnym charakterze naszej egzystencji. Dziecko ma dobrą naturę, patrzy jasnymi oczyma na kolorowe klocki i białe chmury, tonące w błękicie nieba, ogląda świat przez różowe szkiełko i obdarza czułością strzeliste kształty drzew za oknem swojego domu. Te fotografie to odkrywanie zakamarków jego myśli i nieustanne wpatrywanie się w lśniące źrenice, odbijające świat i będące zagadką samą w sobie – to analiza ruchów i gestów rosnącego ciała, dopiero, co wychodzącego z niemowlęctwa, a już wyraźnie podążającego ku chwilom następnym i zaczynającego decydować o samym sobie.

Jakże trudno jest zatrzymać w kadrze cząstkę zwykłości i jakże trudno uczynić z niej element wielkiej panoramy. A jednak w tym albumie znajdziemy zdjęcia, w których odcisnęły się chwile niezwykłe – proste jak podanie ręki i uśmiech na twarzy malca, a zarazem bolesne, jak smutek w szeroko otwartych oczach i łza lśniąca w oku. Dzieci w naturalny sposób łakną ciepła i dobroci, pragną mieć blisko siebie przyjaciela, niepozorna pacynkę, lalkę zrobioną z tego, co było po ręką. To bywa klucz do szyfru ich serc, to bywa powiernik ich dziecinnych trosk i tajemnic. Na całym świecie powtarza się ten sam rytuał, owo otrzymywanie od dorosłych misiów, kukiełek, laleczek, a potem czynienie z nich centrum intymności, punktu środkowego, od którego energie podążą w wielu kierunkach. Dziecko potrzebuje przyjaciela przy zasypianiu i podczas zabawy, w podróży i w drodze do szkoły, a czas spędzony razem staje się częścią tej samej opowieści o czystości i pełni, o przychodzeniu na świat i dorastaniu do zadań wieku dorosłego. Prezentowane tutaj lalki z całego świata mają swoje dusze, jakby żyły wraz z małymi istotami, a choć są też tworami, artefaktami, to czyste uczucia przydają im tajemnej witalności. To jest ta sama ulotność i kruchość, to samo chwilowe pojawienie się w jakimś kraju, w dalekiej lub bliższej przestrzeni, w czasie nieustannie pędzącym do przodu. Tak jak fotografie dzieci Jolanty Królikowskiej mają ogromny walor artystyczny, tak prezentowane tutaj lalki i pacynki stają się elementem sztuki danego regionu, państwa, miasta albo wsi i tworzą kontekst kulturowy. Widać w nich ogromną dbałość o właściwe odwzorowanie realiów, koloru skóry, kształtu fryzury i ubioru, a nawet uczuciowości, przenoszonej z ognisk rodzinnych. Elementy rustykalne mieszają się tutaj z wzornictwem przemysłowym, ale za każdym razem mamy do czynienia z charakterystycznymi modyfikacjami. Zarówno dorośli, jak i dzieci pragną nadać im indywidualny wyraz i przygotować do roli, jaką mają pełnić w czasie dorastania i kształtowania się osobowości małego człowieka. Nasza obecność w świecie jest chwilowa, nasze bycie pośród żywych ma swój początek i koniec, dlatego budujemy enklawy ciszy i spokoju, szukamy przyjaźni i prawdy, piękna i dobra. Dzieci znajdują to wszystko w chwilach zabawy z lalkami i kukiełkami, plastikowymi samochodami i klockami. Ale tylko twory imitujące żywe istoty mogą stać się niemymi przyjaciółmi, wspólnikami w chwilach kształtowania się człowieka i osiągania przez niego określonego stanu wrażliwości. I jakże ważne tutaj są barwy i miękkość, materiały, z których zostały wykonane, a nawet ich zapach – najważniejsza jednak jest bliskość, która ma imitować przywiązanie matki i ojca do dzieci i utwierdzać je w przekonaniu, że współistnienie jest harmonijnym stanem rzeczywistości, w której żyją.

GENEALOGIA I EMIGRACJA

Pisanie wspomnień jest jak podróż w odwrotna stronę i uważne studiowanie drogi, niegdyś pośpiesznie przemierzanej. Ów pęd możliwy jest do zauważenia tylko w chwili zatrzymania i pierwszego spojrzenia w przeszłość, ambitnego początku wyprawy powrotnej. Autor musi przygotować się do niej w sposób szczególny, przede wszystkim osiągając stan uspokojenia, harmonii wewnętrznej, pozwalającej na snucie kolejnych wątków. Poza tym ważne też są talen166296_1256913959432_593091_nty pisarskie i umiejętność stopniowania napięcia, wiązania kolejnych wątków akcji i zaciekawiania nimi czytelnika. Choć w nowej, cyfrowej rzeczywistości przełomu dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku, pisanie jest łatwiejsze, bo zapis na nośnikach elektronicznych łatwo daje się poprawiać, cyzelować i modyfikować, to stale potrzebny jest wewnętrzny „napęd” pisarski i pasja twórcza autora. Tak stało się w tym przypadku i otrzymaliśmy tom wspomnień niezwykle pasjonujących, mających wartość biograficzną, porządkującą fakty konkretnego życiorysu, a zarazem historyczną i przyczynkową, bo opowieść Tadeusza Stańczaka rozgrywa się w konkretnych, rustykalnych przestrzeniach naszego kraju i ukazuje to, czego nie widać było na powierzchni głównych zdarzeń. Ma ona formę retrospekcji, inicjowanej w teraźniejszości, z której autor przechodzi swobodnie do przeszłości. Modelowym przykładem może tutaj być początkowe nawiązanie do śniadań przygotowywanych przez żonę, a następnie przeskok do rodzinnych Krużewnik, w których jadało się rano ziemniaki z barszczem albo ciećkami (skwarkami). To zasada konstrukcyjna tej książki, w której dni przeszłe wypływają z rzeczywistości teraźniejszej, wzajemnie na siebie oddziałując i inspirując tok wypowiedzi. Autor potrafi udanie przykuć uwagę czytelnika i tak snuje opowieść, że natychmiast wciąga go w ciąg sytuacji charakterystycznych dla rzeczywistości polskiej kilku ostatnich dziesięcioleci, akcentując szczególnie momenty centralne dla jego dojrzewania i rozwoju duchowego, edukacji i elementarnej wrażliwości ludzkiej.

Kolejne karty wspomnień Tadeusza Stańczaka przynoszą przepojone uczuciami portrety członków rodziny, poczynając od dziadka, poprzez ojca i matkę, rodzeństwo, a potem wujków i cioć, a skończywszy na kuzynach i kuzynkach i stale rodzących się dzieciach, rozszerzających gałęzie drzewa genealogicznego. W taki sposób stają się rodzajem genealogii rodzinnej, porządkowanej na poziomie codziennych wzajemnych relacji, ale też wpływu, jaki wywierały poszczególne osoby na kształtowanie się osobowości autora. To są retrospekcje z Gaju, Mostówki, Choszczowy i Adelina, czyli tych miejscowości, w których rozsiane były części gospodarstwa rodzinnego. Przy wszystkich uwikłaniach politycznych i społecznych poprzednich lat, udawało się ludziom dorabiać i żyć z uprawy ziemi oraz hodowli zwierząt domowych. Ogromną wartością prozy Stańczaka jest zastosowanie zwrotów i zdań gwarowych, charakterystycznych dla regionów, które opisuje i przydających realizmu kolejnym partiom książki. W każdej części Polski modyfikowano naszą mowę, a szczególnie wyraziste było to na Śląsku, na Mazurach czy właśnie na Mazowszu. W przypadku młodzieży uczącej się w szkołach szybko dochodziło do rozłączenia gwary rodzinnej z językiem oficjalnym, mającym zbliżać się do ideałów literackich. Mamy w historii literatury polskiej wiele przykładów pisarzy, którzy kształtują model języka polskiego, a wywodzą się z ludu i zaczynali od rozmów gwarą, słuchania opowieści tego typu, snutych przez najstarszych członków rodu, rodziców i rodzeństwo. Emigrant na krajowej obczyźnie przynosi interesujący materiał do badań dziejów języka polskiego, a przy tym nie traci niczego z intymności familiarnej, wzmacniając językowo barwne charakterystyki poszczególnych osób. To jest ciąg zdarzeń prostych, takich jak koszenie łąki, wyprawy po chleb do piekarni, zabijanie krowy czy karmienie świń, ale w narracji Stańczaka urastających do rangi sakralnego ceremoniału, uświęcenia prostoty życia i powtarzalności jego elementów. A przy tym stale pojawiają się przebłyski z rzeczywistości bydgoskiej i sprawowania funkcji Prezesa Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Owo doglądanie prac budowlanych, lustrowanie trawników, chodników i parkingów ma coś z poprzedniego okresu, kiedy to młody chłopach patrzył rozpłomienionym wzrokiem na pola i drogi, uczestniczył w pracach wiejskich, tak znakomicie opisanych przez Władysława Reymonta, Wiesława Myśliwskiego czy Tadeusza Nowaka.

Lektura tej książki ma ogromne walory poznawcze i widać od razu, że autor z niejednego pieca chleb jadł, a w ciągu doświadczeń dzieciństwa, dorastania i wieku dojrzałego zdobył ogromną mądrość życiową. Jeśli do tego dodamy talenty literackie, które widać szczególnie w sposobie opowiadania i w nowoczesnym ujęciu przenikania się przeszłości i teraźniejszości, to otrzymamy dzieło spełniające założenie wstępne – owo zachowanie i uporządkowanie zdarzeń przede wszystkim dla córki – ale też pracę organiczną nad własnymi dziejami. Jak w przypadku wielu pisarzy polskich i obcych, prywatna historia staje się tutaj rodzajem wykładu na temat świata i zdarzeń konkretnego miejsca w Europie i świecie, małych ojczyzn, znacznie od siebie oddalonych – jak Gaj od Wierzchucina Królewskiego, czy Warszawa od Bydgoszczy, ale współtworzących biografię i stających się elementem rzeczywistości polskiej po drugiej wojnie światowej. Jakże cenne dla historyków, współpracowników autora, dla członków jego rodu, jak i dla pozostałych czytelników są wspomnienia prostego chłopaka, który poprzez upór i chęć zrobienia czegoś sensownego w życiu, uzyskał wykształcenie i doszedł do wysokiej pozycji w społeczeństwie. Ogrom faktów i refleksji oszałamia i zadziwia, gdyż jest niezwykle pojemny myślowo, dający wyobrażenie o wnętrzu jednego człowieka i kształcie epoki, w której żył i żyje. Stańczak posiadł umiejętność syntetyzowania zdarzeń i celnego ich pointowania, ot jak choćby przy okazji doświadczeń z dziecinnym rowerkiem: W technice, jak w życiu, nie ma nic za darmo. Trzeba ponosić konsekwencje wcześniejszych działań. To jest sentencja, tyleż odnosząca się do ekscytującego urządzenia z pierwszych lat dojrzewania, co do życia jako procesu, w którym uczestniczymy i który powinniśmy kształtować dla własnego dobra i wielorakich korzyści. Mały Tadzio jest bardzo bystry i patrzy na świat szeroko otwartymi oczyma, potrafi zauważać i analizować, umie wyciągać wnioski i umieszczać wydarzenia w znaczących ciągach. Ta sama bystrość pojawia się w rzeczywistości wieku dojrzałego, w podejmowanych decyzjach i umiejętnym „dowodzeniu” wielkimi rzeszami ludzkimi. Każde wspomnienie coś wydobywa z zamgleń i mroków przeszłości, każde coś pomija i coś akcentuje, ale zadaniem twórczego umysłu jest stworzenie koherentnego kształtu literackiego, który zacznie żyć swoim życiem i stanie się elementem innych biografii. I jakże ważna jest tutaj dbałość o szczegóły, elementarne cząstki biografii i genealogii, przekazywane członkom rodziny, ale też udostępniane wszystkim czytelnikom i badaczom losów Polaków w określonych latach naszej historii.

W pewnym momencie rodzina autora przenosi się z poprzedniego miejsca zamieszkania w okolice Bydgoszczy, do Wierzchucina Królewskiego. Tutaj mały Tadeusz musi wejść do nowej społeczności młodzieżowej i zaznaje boleśnie uczucia obcości. Mieszkańcy Pomorza zawsze określali pogardliwie mieszkańców innych regionów Polski, o czym pisze obszernie Jerzy Sulima-Kamiński w Moście królowej Jadwigi. Obraźliwe określenie hadziaj – którym obrzucano Tadeusza, także w jego powieści się pojawia w określonym, negatywnym kontekście. Dzieci bywają dla siebie okrutne, ale w przypadku tak dużej przeprowadzki z innej części kraju, rodzina Stańczaków w naturalny sposób budziła zainteresowanie i komentarze, bezwolnie powtarzane przez dzieci, starające się sobie dopiec w szkole. Nie zważając na te negatywy familia zaczyna od nowa budować swoją egzystencję w nowej przestrzeni – zaczyna się murowanie, instalowanie prądu i urządzeń pracujących w oparciu o tę energię, a Tadek zaczyna regularnie uczęszczać do kościoła, gdzie zostaje ministrantem. Tam też rośnie jego ranga pośród chłopców służących do mszy i pojawia się nawet myśl o tym, by zostać księdzem. To jest druga emigracja autora, ale przed nim jeszcze trzecia – bydgoska, najpierw do internatu Technikum Mechaniczno-Elektrycznego, a potem do bursy Akademii Techniczno-Rolniczej. Opisane ze swadą czasy uczniowskie i studenckie przeplatają wspomnienia z wakacji i powrotów do Wierzchucina, w którym też było wiele zdarzeń chwalebnych i smutnych. Trudno się dziwić, że nauczyciel polonista wybrał Tadeusza Stańczaka do redagowania szkolnej gazetki, bo jego styl jest wyborny, a prezentowane tu wspomnienia stają się autentycznym osiągnięciem autorskim na polu literatury faktograficznej naszego regionu. Akcentowana w tytule wspomnień emigracja odnosi się do kolejnych części, ale jest też wskazaniem stanu ducha autora w poszczególnych momentach życia. To jest określenie z przeszłości, zapis stanu, który skończył się w momencie założenia rodziny, narodzin córki i ostatecznego osiedlenia w bloku na bydgoskich Kapuściskach. Warte podkreślenia są też powroty sentymentalne autora do miejsc w centralnej Polsce, jak i do Wierzchucina i Koronowa. Tom wspomnień, który bierze czytelnik do ręki zaświadcza, że siłą woli i pracowitością można osiągnąć stan harmonii wewnętrznej i zakończyć definitywnie kolejne okresy emigracji, budowania i kształtowania rodziny, a nade wszystko samego siebie. Książka napisana przede wszystkim dla córki, staje się wartością bezsprzeczną literatury regionu kujawsko-pomorskiego i niesie ogromną wiedzę o nim i żyjących w nim ludziach.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: