SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XIII)

Ilekroć Yasmen przybywał w okolice Pośledniej Wieży czuł niepokój i próbował sondować wzrokiem gęstość ciemnej otchłani u jej podstawy, która jak magiczne wrota strzegła dostępu do wnętrza. Nigdy nie usłyszał w sobie zgody na wniknięcie w nią, więc trzymał się z daleka lub krążył w okolicy z nadzieją, że nagle, nie wiadomo skąd, pojawi się jakiś szept w jego myślach albo rozświetli się kształt archanioła, wskazującego rozognioną piką kierunek lotu. Myślał, że jest ważny dla przestrzeni niebieskich i czuł się sfrustrowany, gdy po raz kolejny podążał ku dalszym przestrzeniom. Tym razem jednak było jakoś inaczej, wnętrze wieży przyzywało go ku sobie i dawało także przyzwolenie, na lot członkom jego oddziału. Nakazał braciom zatrzymać się w bezpiecznej odległości  i odezwał się bezgłośnie:

– Tyle razy tutaj byłem i tyle stuleci czekałem na tę chwilę… ale teraz czuję, że spełni się nasze pragnienie i przekroczymy niewidzialną bramę… Przypominam wam, że jesteśmy tutaj by zbliżyć się do Tego, który stworzył wszystko i pozwolił nam istnieć w nowych kształtach i wymiarach…

Nikt nie śmiał komentować słów dowódcy, choć kilka aniołów wierciło się w miejscu niespokojnie, a Okinages jakby zastygł w przestrachu i drapał się po lewym skrzydle. Wszyscy wiedzieli, że kiedyś miał pstro w głowie,  uwielbiał latać od stanicy do stanicy i robić psikusy innym skrzydlatym duchom, wiązać niepostrzeżenie skrzydła osnową niebieską, a potem patrzeć jak bezradne kadłuby spadają w granatową przepaść. Zawsze im potem pomagał, ale najpierw sycił się całą sytuacją, przynajmniej do chwili, gdy któregoś dnia nie usłyszał w sobie straszliwych słów, spotęgowanych echem ziemskiego gromu: Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się okaleczeńców…[1] Od tamtej chwili zaprzestał żartów, zaczął częściej się modlić i rozważać boskie tajemnice, a raz nawet ujrzał we śnie łagodną twarz archanioła, zdającego się dawać mu wzrokiem znak, że jest zadowolony z przemiany niesfornego anioła. Teraz wątpliwości wróciły i Okinages zaczął powoli przesuwać się ku tyłowi oddziału, przekonany, że dla niego brama pozostanie zamknięta. Jego lęk jednak ustąpił, gdy zobaczył, że Yasmen wpatruje się ku górze i daje głową znaki, jakby potwierdzał zrozumienie jakiegoś polecenia.

 Zaiste Yasmen wyczuł, a potem zobaczył nad sobą archanioła, wskazującego mu drogę ku wielkim mistycznym wrotom. Tylko Okinages to zobaczył, a reszta oddziału uznała, że decyzja przywódcy była samoistna, powodowana energią chwili.  Jego wyciągnięta dłoń i środkowy palec wyraźnie wskazywały głuchą otchłań, ku której wolno ruszyli, dziwiąc się, że tak łatwo im to przyszło. Już po chwili znaleźli się pośród doskonałej czerni mającej dziwne właściwości, otaczania ich i przenikania na wskroś, a przy  tym wzmacniania barw ich piór i strojów. Świetlista czerń jakby przydała im urody i obwiodła nicią konturów wszystkie elementy, całe postaci i najdrobniejsze ich cząstki. Lecieli tak dość długo, choć wydawało się im, że szybko wypłynęli z mroku i tylko Yasmen poczuł, że minęło sto ziemskich lat zanim otworzyła się przed nimi nowa przestrzeń. Był to wielki sad, pełen drzew wiśniowych i czereśniowych, zielonych gęstwin sercowatych liści, pośród których widać było mnóstwo czerwonych, pomarańczowych i żółtawych owoców. W jednej chwili zrozumieli, że jakaś przedwieczna moc chciała by zmienili się w wilgi, tanagry i kardynały i lekko przysiedli na gałęziach. Yasmen był teraz żółtą wilgą i zaczął jeść owoce wiśni, dając do zrozumienia reszcie stada, że powinni uczynić to samo. Tuż przy nim ulokowała się szkarłatna tanagra Olinopasa, z wielkim smakiem pochłaniająca czereśnie, raz po raz muskająca lekko pióra przywódcy. Dopiero teraz poczuli jak bardzo byli głodni i jak łaknęli posiłku, dopiero tutaj zaczęli sycić głód i ucieszyli się obfitością owoców. Posiłek był przedni, ale też przestrzeń w której się znaleźli dała im wiele radości – nagle jakże lekkie ciała anielskie zdały im się ciężkie, a przeistoczenie w kształty ptasie uwolniło ich od niebieskiej grawitacji. Właściwie dopiero tutaj zdali sobie sprawę z tego, że podlegali jej prawom i musieli codziennie ją pokonywać. Teraz wszystko stało się lekkie jak piórko, a przefruwanie z gałęzi na gałąź i pochłanianie owoców, generowało uczucie rozkoszy. Jedno tylko ich zajmowało i bezgłośnie przekazywali sobie tę wątpliwość:

– Bracia, czy to jest realne…? Czy można być tak szczęśliwym…? W jaki sposób przestrzeń w wieży rozdęła się do tak ogromnych rozmiarów…?

Yasmen słyszał ich wewnętrzne szepty i też rozkoszował się nową rzeczywistością, czując jednocześnie, że został dopuszczony wraz z oddziałem do jakiejś tajemnicy. Coś mu majaczyło w głowie z czasów ziemskiej egzystencji i przez ułamek sekundy zobaczył dziwnie powykręcanego, schorowanego człowieka na wózku, który bezgłośnie, ruchem źrenic mówił o ekstremalnej gęstości we wnętrzu czarnej dziury. Przez mgnienie zobaczył też długowłosego siwego starca o imieniu Albert, mówiącego o względności wszechrzeczy i innego mężczyznę, Rogera, komentującego jego prace, formułującego teorię odwiecznych eonów, kolejnych wielkich wybuchów, rozprężania się przestrzeni i powrotu do niewyobrażalnej wprost, pierwotnej gęstości materii.

– Bracia… – odezwał się w nich pewnym głosem – Nie znaleźliśmy się tutaj bez powodu… Ktoś chciał byśmy pożywili się przed dalszą drogą i odczuli jak piękne jest istnienie w bliskości Boga… Tak musieli czuć się pierwsi ludzie w raju…

– To cudowne doświadczenie Yasmenie – odważył się odezwać Olinopas – i jakże wspaniale teraz wyglądasz, przyobleczony w żółte pióra…

– Ty też wyglądasz pięknie bracie w szacie ziemskiej tanagry i szkarłatnego kardynała… – potwierdził Yasmen i dopiero po chwili przypomniał sobie, że nie powinien jawnie uzewnętrzniać swych odczuć…

Inne ptaki, przyobleczone w niebieskie, zielone, pomarańczowe i fioletowe pióra poruszyły się niespokojnie, jakby na chwilę przestraszone dialogiem przywódcy stada i siedzącego przy nim krwiście czerwonego ptaka. Wciąż głodni nowych owoców, przelatywali z drzewa na drzewo i z gałęzi na gałąź, aż znaleźli się na skraju sadu, za którym połyskiwała świetliście niebieskawa, galaretowata mgła. Yasmen pierwszy odważnie podążył ku niej, natychmiast przeobrażając się z powrotem w anioła. Inni widząc to też wzlecieli nad drzewa i pomknęli ku zapraszającej ich niebieskości. Tylko nieco grubawy Keleken, obleczony piórami szpaka, ociągał się trochę jakby bał się czegoś. Nagle w świadomości wszystkich pojawił się przeciągły świst i nie wiadomo skąd nadleciał wielki krogulec, wbijając szpony w pierś Kelekena, który w jednej chwili zamienił się w czarną salamandrę i skruszał, zamienił się w sadzę zniknął bez śladu.

– Pan pośle swoich aniołów z trąbą o głosie potężnym, i zgromadzi wybranych z czterech stron świata, od jednego krańca nieba aż do drugiego[2] – metaliczny głos zabrzmiał we wszystkich umysłach jednocześnie.

Yasmen ponownie wskazał kierunek lotu i wszyscy, jak na komendę szepnęli: Amen…

[1] Św. Paweł, List do Filipian 3, 2.

[2] Ewangelia wg św. Mateusza 24, 31.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: