ZŁY DUCH (7)

Gabriel nadał chłopcu imię Jan i pozwolił mu zostać w leśnym domostwie, póki ten nie podrósł i nie zapragnął iść do pracy w gorzelni. Pierwsze lata były bardzo trudne i stale widział w jego zachowaniu ślady wilczego wychowania. Dzieciak był jednak niezwykle bystry i szybko nauczył się mówić, zaprzyjaźnił się też z niektórymi zwierzętami trzymanymi w zagrodach przy gajówce, a szczególnie upodobał sobie rudego kundla Reksa, z którym chodził do wsi. Ludzie nie od razu go zaakceptowali, kpili, że rozmawia z psem, ale po jakimś czasie przestali się naigrywać, a nawet zaczęli z podziwem patrzeć na jego urodę. Nie był zbyt wysoki i nie rozrósł się jak większość ciężko pracujących wiejskich osiłków, ale miał kruczoczarne włosy, śniadą cerę i ciekawe spojrzenie. Szybko też zainteresowały się nim dziewczyny, a jedna z nich zaczęła za nim chodzić, przysiadać przy nim i Reksie, aż w końcu zaciągnęła go na pole i przy wielkim stogu siana spowodowała, że po raz pierwszy poczuł się mężczyzną. Nazywała się Ratka, ale nikt nie kojarzył jej ze świńską racicą, raczej widziano w niej wiejską piękność, a jej imię Lubomira skracano do formuły Luba i wychwalano jej pracowitość, zaradność i świeżość urody. Szybko zakochała się w Janku i od któregoś lipcowego dnia zaczęli chodzić niemal codziennie za stogi i kochać się żarliwie, intensywnie, czasem nawet z jakąś trudną do pojęcia dzikością. Tylko ona poznała jego wstydliwą tajemnicę, gdy spostrzegła, że miał u dołu brzucha i pod pachami sporo czarnych brodawek, a kilka z nich usadowiło się też na głowie, pod gęstymi włosami. Postanowiła mu w tym dopomóc i na kolejne schadzki przynosiła jaskółcze ziele, przerywała łodygi, a zielonym sokiem nasączała brodawki, które szybko zaczęły zasychać i odpadać od ciała młodzieńca. Janek podjął pracę w wiejskiej gorzelni, a choć na początku nie cierpiał odoru spirytusu, po jakimś czasie zaczął pić jak inni pracownicy. Nie podobało to się Lubie i próbowała odwieść go od tego, ale na nic to się zdało, tym bardziej, że w niewielkim zakładzie pracowało kilku jego rówieśników, którzy codziennie zapraszali go na wspólną ucztę.

Któregoś wrześniowego dnia jeden z kompanów obraził straszliwie Lubę, więc Janek rzucił się na niego i zaczął go okładać pięściami, drapać i gryźć. Doskoczyli do nich pozostali koledzy, szybko też pojawił się kierownik, który nakazał rozdzielić przeciwników. Beng uśpiony w ciele chłopaka wykarmionego przez wilki, obudził się, gdy poczuł zapach krwi kompana pokąsanego przez Janka. Natychmiast też zrozumiał, że za chwilę wydarzy się coś takiego, co zagrozi jego utajonej egzystencji w tym chłopaku.

– Wynocha mi z zakładu – krzyknął kierownik – I żebym więcej was tu nie widział…

– Panie kierowniku on rzucił się na niego, by bronić dobrego imienia Luby – bronił Janka jeden z chłopaków.

– Zyga nazwał ją kurwą…– dorzucił inny mężczyzna.

– Bo ciągle łazi z nim za stogi…– próbował bronić się napastnik.

– Wynocha… od jutra już was tu nie będzie – powiedział kierownik, wziął głębszy oddech i dorzucił – chętnych do pracy nie brakuje w Konarach, a właściciel gorzelni nie znosi warcholstwa…

Janek nie wiedział, że mężczyzna dozorujący prace w gorzelni, ledwie kilka lat starszy od niego,  też kochał się w Lubie, ale nie mógł się z nią związać, bo był jej dalekim kuzynem. Teraz zabolały go wieści o bliskości młodych ludzi, nie mógł też darować temu drugiemu parszywego określenia dziewczyny, którą od lat idealizował. Kiedyś nawet przyśniła mu się jako Matka Boska przyobleczona w aureolę złocistych promieni, unosząca się nad ziemią na półksiężycu. Wyrzucając obu mężczyzn zobaczył w tym jakąś szansę na siebie i rozmarzył się, gdy w myślach ujrzał ją przy sobie.

W tym samym czasie Luba poczuła się dziwnie w swoim ciele, jakby coś ją wypełniło, jakby pojawiła się w niej jakaś tajemnica, coś radosnego, a zarazem pełnego grozy. Ale dopiero, gdy zatrzymała się jej krew i lniana opaska nie przybrała czerwonej barwy, zrozumiała, że zaszła w ciążę. Rozczuliło ją to ogromnie i natychmiast podążyła ku gorzelni, by znaleźć Janka i przekazać mu cudowną nowinę. Natknęła się na niego na skraju drogi, tuż przy polach i pociągnęła go ku wielkim stogom, tak jak to czyniła nie raz. Chłopak był zawsze skory do miłości i pomyślał, że i tym razem zbliży się do niej, ale srodze się rozczarował, gdy Luba odepchnęła go ze śmiechem i powiedziała tajemniczo:

– Nie mój ptaszku… – teraz najpierw musimy uwić sobie gniazdko…by nasze pisklę było bezpieczne…

Czujny jak drapieżnik beng spojrzał w głąb jej świadomości i natychmiast zrozumiał, że dziewczyna jest w ciąży, a losy jej dziecka zainteresują jego nowego pana. Naparł zatem na psychikę Janka, zasiał w niej wątpliwość i nakazał zerwać się z ziemi i pomknąć w głąb lasu. Chłopak biegł jak oszalały, zataczając się z boku na bok i nie słyszał wołania Luby, która prawdziwie przeraziła się tej dzikości.

– Będziemy mieli dziecko – zawołała za nim rozpaczliwie, ale on był już pośród zielonych chaszczy, raniąc skórę o krzewy jeżyn i malin.

Zatrzymał się dopiero na dziwnie znajomej polanie, wyciągnął zza pazuchy skórzany bukłak i wypił chciwie całą, ognistą zawartość. Natychmiast też zachwiał się na nogach, świat gwałtownie zawirował, a w zaroślach pojawiły się liczne wilcze ślepia. Przerażony wskoczył na pobliską sosnę, zaparł się nogami w rozwidleniu gałęzi i odwiązał powróz, który przytrzymywał jego lniane spodnie. Beng ryczał w nim jak stary basior i generował w jego mózgu obrazy ukochanej, rozkładającej się na ziemi przed kierownikiem gorzelni. W końcu wszystko ucichło, a w świadomości Janka pojawił się tylko przeciągły pisk, rozsadzający jego trzewia. Nie czekał dłużej, zawiązał pętlę na szyi, przymocował powróz do górnej gałęzi i skoczył w dół, a błękit nieba szybko stężał w białkach jego oczu. Beng patrzył na to już spoza jego jaźni, oczyma wielkiego puchacza, usadowionego na sąsiednim drzewie i zrozumiał, że musi szybko podążyć ku innej świadomości. Gdy odlatywał zobaczył jeszcze, że spodnie zsunęły się z nóg chłopaka i odsłoniły jego męskość, obsypaną czarnymi strupami i brodawkami. Śpieszył się by ulokować się w umyśle dziewczyny, a gdy nie znalazł jej przy stogu, wzniósł się w górę, zakołował i dopiero wtedy zauważył ją jak podąża do chałupy starej zielarki. W mig zrozumiał, że musi zapobiec temu spotkaniu i wniknął w głowę Luby, od razu siejąc w niej potężne wątpliwości. Janek zranił ją tak bardzo nagłą ucieczką, że zapragnęła wypić specjalnie przyrządzone zioła i pozbyć się dziecka. Teraz jednak, gdy była coraz bliżej starej chałupy z powybijanymi deskami, zaczęła zastanawiać się nad swoim postanowieniem. Przezywała to tak intensywnie, że nagle zemdlała i nie zdawała sobie sprawy z tego, że przeleżała na trawie kilka godzin. Gdy się ocknęła, wstała z ziemi, jakby ledwie na chwilę przymknęła oczy, odwróciła się na pięcie i poszła w stronę swojego domostwa, gdzie czekała na nią matka, cała we łzach. Żyły obie samotnie, choć często przychodził do nich gajowy Gabriel. Tym razem też była z nim i płakała, przeczuwając co się stanie, gdy córka dowie się, co się stało w lesie. Leśnik przypadkiem natknął się na ciało Janka, szybko ściął małą piłką drzewo, na którym wisiał i odwiązał go od gałęzi. Potem zarzucił ciało na plecy i zaniósł do leśniczówki. Odmówił nad nim modlitwę i pobiegł co sił w nogach do domu Luby, by wraz z matką przygotować dziewczynę na tę straszliwą wiadomość.

Hildegarda znowu miała migrenę i nie widziała niczego w dali, nie mogła przemieszczać się w czasie i przestrzeni, a dopiero głęboki sen dał jej ukojenie. Zły duch widział to i dawał bengowi nieme przyzwolenie na działanie. Pachoł dawno już pojął, że jego decyzje były w istocie ruchami tego, który uwolnił go od czarno-złotej bogini, a jednocześnie spętał go jak rzymskiego niewolnika, podążającego w kajdanach przy wielkim wozie. Zobaczył też, że jego zakusy zmierzają ku temu by pozbyć się go w dogodnej chwili. Nieuchronnie nadchodził czas wielkiej wojny i panowania jego suwerena, krwi chlupoczącej każdego dnia jak woda w strumieniu – czas jego wielkiego zaspokojenia, czas zwycięstwa z dawien dawna zapowiadanego. Szatan raz jeszcze rzucił okiem na uśpioną mniszkę i chuchnął w jej stronę czarnym ziewem, który natychmiast zmienił się w lodowaty szpikulec, mknący ku skroniom kobiety. Odwrócił się, pewny, że unicestwił potężnego wroga, ale nie zauważył, że do pokoju wleciał ogromny puchacz, który złapał w locie szpikulec i zaniósł go w haczykowatym dziobie ku wsi Konary.

– Nie ufam ci dowódco… – pomyślał beng, a gdy wylądował na strzesze chaty Luby przeraził się  tym co zobaczył, gdy kolec wbity w słomę otworzył przed nim tajnie przeznaczenia.

Obraz był lekko zamglony, ale beng rozpoznał swojego pana i siebie pod postacią wielkiej ropuchy. Władca unieruchomił go myślą na glinianej drodze i zdeptał z rozmachem, tak, że krew chlusnęła na boki.

– A więc to tak… – podsumował w myślach swoją służbę i z poczuciem triumfu szybko wniknął w czarny kolec – spróbuj mnie teraz znaleźć podły hultaju… Minęło kilka następnych miesięcy i Luba urodziła piękną dziewczynkę, której nadała imię Franciszka. Świat bez Janka przestał jednak jej smakować, smutniała i gasła coraz bardziej, aż którejś nocy usnęła i nigdy się już nie obudziła. Pochowano ją na małym cmentarzu, tuż przy drewnianym kościele, a jej córkę wychował Gabriel razem z babcią dziewczyny. Mijały lata, stada gawronów i kawek gromadziły się na olchach i bukach przy kościele, słońce wstawało w majestacie złota i gasło w żałobie czerwieni i tylko narodziny i śmierć, wzrastanie chabrów i maków w zbożach i tylko więdnięcie liści drzew, były niezmienne jak dni w kalendarzu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: