Pohukiwanie synogarlic tureckich (Streptopelia decaocto) należy do pięknych, intymnych odgłosów mojego dzieciństwa. Jak to wielokrotnie podkreślałem, wychowałem się na skraju nowego osiedla, tuż przy dwóch cmentarzach, na których sporo było tego rodzaju ptaków. Często po całodziennym jeżdżeniu na rowerze, albo po meczach rozegranych na boisku szkolnym, siadywaliśmy w kilku chłopaków na skarpie przy bramce i komentowaliśmy ostatnie wydarzenia. Pomarańczowa kula słońca spływała wolno za wysokie topole, a w dali słychać było śpiew zięb, sikorek i tęskne hukanie synogarlic, inaczej nazywanych sierpówkami. Ptaki te, praktycznie bezbronne i bardzo łagodne w swej naturze, zawsze były łakomym kąskiem dla wszelkich drapieżników, dlatego najczęściej trzymały się wysokich gałęzi, przysiadały na słupach elektrycznych lub lampach. Na początku moich studiów polonistycznych, gdy pisałem zbiór wierszy pt. Pole umierającej kraski, niemal codziennie przemierzałem alejki cmentarne i przyglądałem się tym sinawym mieszkańcom pierwszego piętra powietrznego. Jak wiadomo ptaki te nie wznoszą się zbyt wysoko w górę, gdzie czyha jastrząb czy pustułka, a raczej trzymają się bliżej koron drzew, ze szczególnym uwzględnieniem akacji i wierzb, głogów i jesionów. Widuje się je jak trzepocząc gwałtownie skrzydłami przelatują z gałęzi na gałąź albo zmieniają sektory żerowania w parkach, miejskich zaroślach i na cmentarzach. Kiedyś było ich znacznie mniej, bo dopiero w dwudziestym wieku rozwijała się gwałtowna ekspansja tego ptaka, zamieszkującego pierwotnie południową Azję. Trudno uwierzyć, że po raz pierwszy w Europie zauważono go w 1835 roku w Bułgarii (Płowdiw), a na nasz kontynent przywieźli ją prawdopodobnie osmańscy najeźdźcy, kolonizujący kraje arabskie i zapuszczający się daleko na południe Azji. Można powiedzieć, że gołąb ten wziął przykład od Turków i zaczął zasiedlać coraz większe tereny w Europie, szybko docierając do krajów jej zachodniego skraju, leżących nad Atlantykiem i morzami łączącymi się z nim. Obecnie widywana jest też w Skandynawii, Iraku i Izraelu, a nawet wyspowo na Półwyspie Iberyjskim i w Maroku. Ptaki te znajdują wiele pożywienia przy siedzibach ludzkich, szczególnie w ogrodach i na podmiejskich polach, a przy tym rozmnażają się nawet kilka razy do roku i powiększają swoją mnogość w postępie geometrycznym. Prawdziwym spektaklem ornitologicznym jest gromadzenie się synogarlic na drzewach podczas wielkich mrozów – śpią wtedy wspólnie na wyniosłych dębach, platanach czy osikach i przypominają kupki przybrudzonego śniegu. Ptaki te mają na sino-różowym upierzeniu czarny pasek, nazywany sierpem, a ich oczy są wyraziście czerwone, z lekkim nalotem żółcieni. Za pohukiwanie, które towarzyszyło mojemu dorastaniu, odpowiedzialne są samce, które w ten sposób przywołują samice lub informują otoczenie o stanie zagrożenia ze strony intruzów. Choć w Polsce sierpówek jest tak wiele, otoczono je ścisłą ochroną gatunkową i nieomal codziennie możemy zaobserwować ich wspaniałe przeloty, gwałtowne wznoszenie się na gałęzie lub zawisanie na drutach trakcyjnych. Słyszymy też ich gruchanie i nieustanne pohukiwanie, a zdarza się, że pojedyncze osobniki zlatują na trawniki i nie zwracając większej uwagi na ludzi, żerują na nich. Niezwykła smukłość sylwetki i walorowe, delikatne umaszczenie piór powodują, że synogarlice należą do jednych z najurodziwszych polskich mieszkańców przestworzy.
PTASIOŚĆ
2015/04/06 @ 17:32 (Natura, Ptaki, Sztuka)
Świat ptaków jest tak oryginalny i piękny, że jego studiowanie i stopniowe poznawanie zapiera dech w piersiach, odsłania przestrzenie, o których prawie nikt nie ma pojęcia. To jest rzeczywistość nacechowana śmiercią w takim samym stopniu jak spektrum ludzkie, w którym zabijanie zwierząt uwarunkowane jest ciągłością istnienia i określonymi wymogami organizmów, potrzebujących żelaza z mięsa, skór na okrycia i buty czy zastępczego mleka na początku egzystencji. Ptaki także zabijają dla przetrwania i daleko idące specjalizacje drapieżców mają swoje umotywowanie w występowaniu określonych gatunków, trasach przelotów i miejsc gniazdowania. Skrzydlate stworzenia, żywiące się owocami czy ziarnami, też pochłaniają jakieś cząstki materii i przetwarzają je na energię, w czym naśladują owady, gryzonie, ssaki. Nie ma w naszym świecie takich stworzeń, które utrzymałyby się w trudnych warunkach bez przetwarzania dóbr natury, a człowiek jest chyba najbardziej rozwiniętym drapieżcą, który zinstytucjonalizował zabijanie w rzeźniach, zawłaszczył świat roślinny i mineralny, zminimalizował też wymowę nieustannego podkradania, na przykład jajek lub mleka. Opisując świat ptasi, równoległy do ludzkiego, musimy z konieczności oddalić jego krwiożerczość i nieustanne polowania, tak jak robimy to w naszym życiu, chętnie spożywając szynkę lub nabiał, zjadając na śniadanie jajecznicę i pijąc kakao. Jeśli to uczynimy, skupić się będziemy mogli na cechach wyjątkowych skrzydlatych tworów natury, a szczególnie na pięknie lotu, który stał się jedynie ich domeną. Zdarzają się w przyrodzie także jaszczurki z błoną pławną pomiędzy łapami, które skacząc z gałęzi na gałąź potrafią szybować w powietrzu, obserwuje się ryby wyskakujące ponad powierzchnię wody i wykorzystujące przez chwilę płetwy jak skrzydła, polatują też motyle i inne owady, ale tylko ptaki potrafią latać bez ograniczeń, unosząc się na ogromne wysokości, szybując daleko w przestrzeni, przelatując między gałęziami drzew, przysiadając na kamieniach i pagórkach, a potem znowu szybko zrywając się w powietrze. Ich pneumatyczne kości, drobne ciała, a nade wszystko ogromne przestrzenie skrzydeł, umożliwiają unoszenie się w górę, zawisanie i szybkie lądowanie w wybranym miejscu. Odwieczne marzenie człowieka o locie było zawsze tęsknotą za zwinnością i lekkością wilgi, orła, pelikana czy sikorki bogatki, a pierwsze „statki powietrzne” jako żywo naśladowały konstrukcję opierzonych skrzydeł. Widać to na rysunkach lotni Leonarda da Vinci i na planach pierwszych „samolotów” Wilbura i Orville’a Wrightów – obecnie też w najnowocześniejszych statkach powietrznych wraca się do porzuconych kiedyś „usprawnień”, zaobserwowanych w świecie ptasim.
Ptasiość ma wiele zmiennych wymiarów i uświadamiamy to sobie, gdy obserwujemy na przykład wielotysięczne stada szpaków, tworzące w przestrzeni niesamowite konfiguracje, zmieniające się i mieniące w dali jak ogromna płachta, powiewająca na wietrze czarna, oniryczna flaga. Albo gdy kontemplujemy tysiące gawronów, kawek krążących nad miastami, przysiadających na dachach wysokich domów, kłębiących się w jednym miejscu jak żywa masa, wydająca z siebie charakterystyczne krakania, piski i chroboty. Ta mnogość i wielorakość stworów latających stała się punktem wyjścia dla specjalnie stylizowanych obrazów Tiffany Bozic, młodej artystki, mieszkającej w San Francisco w Kalifornii. Maluje ona na swój własny sposób naturę, wykorzystując farby akrylowe i nakładając je najczęściej na lite klonowe deski. Wychowała się na farmie w Arkansas, gdzie obserwowała ogromną różnorodność świata zwierzęcego, ze szczególnym uwzględnieniem ptaków. Ameryka jest prawdziwym rajem dla ornitologa i na każdym niemal kroku natknąć się można na ciekawe gatunki, niezwykle barwne, rozkrzyczane i dające się podejść bardzo blisko. Szczególnie interesujące pod tym względem są krainy tropikalne, a do takich należy przez dużą część roku Kalifornia, do której przylatuje wiele przepięknych skrzydlatych stworów z Ameryki Środkowej i Południowej. Artystka jako swojego mistrza wymienia słynnego amerykańskiego ornitologa i rysownika Johna Jamesa Audubona, a także niemieckiego biologa Ernsta Haeckela, twórcę monizmu i pierwszego drzewa rodowego żywych organizmów. Jeśli do tego dodamy liczne podróże do najpiękniejszych zakątków świata, studia nad gatunkami w California Academy of Sciences w San Francisco, a także szerokie zainteresowania naturą i niezwykły talent malarski, to otrzymamy osobowość, która prędzej czy później eksplodować musiała wspaniałymi dziełami. Każde pióro, każdy dziób czy pazur, namalowane przez tę artystkę, mają określoną wartość mimetyczną, ale też otwierają obszary metaforyczne, inicjują symbolikę przepastnych głębin istnienia. W kraju, w którym młodzież dorasta z atlasami przyrody Rogera Tory’ego Petersona w ręku i może ciągle weryfikować znakomite przedstawienia ze zwierzętami pojawiającymi się w pobliżu domów, często pojawiają się młodzi ludzie ukierunkowani na wnikliwe studiowanie natury. Dodatkowe znaczenie ma tutaj też przestrzeń kalifornijska, w której wiele zwierząt, i szczególnie ptaków ma charakter endemiczny, a podobne gatunki, znane z innych części Ameryki, bywają barwniejsze i liczniejsze. Prawdziwy ptasi festiwal zaczyna się jesienią, kiedy to gatunki północne – często tak barwne jak Painted Banting (Passerina ciris) przelatują na zimowiska na południu, w Meksyku, Panamie i Ameryce Południowej, zatrzymując się etapowo w cieplejszych stanach USA.
Ornitologiczne obrazy Tiffany Bozic – jak zostało wyżej powiedziane – są udanymi studiami natury, ale specyficznie upozowanymi, otwierającymi się na interpretację metaforyczną i symboliczną. To nawiązania do konkretnych gatunków, najczęściej amerykańskich, z uwzględnieniem ich specyfiki i bogatej kolorystyki, a przy tym prace te są pulsującymi wizjami, wydobytymi z głębin snu i marzenia, swoiście upozowanymi. Wart podkreślenia jest tutaj element delikatności i zwiewności, a przy tym celowo zastosowanych kryptocytatów z naiwnego malarstwa Celnika Rousseau. Akryle stawiają określone wymagania przed twórcą, nie dają się rozcierać jak oleje, ale za to tworzą płaszczyzny idealnie gładkie, jakby powleczone plastikiem, co można dowolnie wzmacniać przez zastosowanie odpowiednich werniksów. To praca iście benedyktyńska, wymagająca ogromnej cierpliwości i długich przedziałów czasowych, bo nakładane warstwy, przed kolejnymi operacjami, muszą porządnie wyschnąć. Namalowanie piór, sierści zwierząt czy delikatnych nerwów lub żył wymaga nie lada maestrii i w tym amerykańska artystka jest bardzo dobra. Naturalną cechą farb akrylowych jest ich nieznaczne przyciemnienie i w tym przypadku znajduje ono uzasadnienie w lekkiej baśniowości, w zwiewności i umowności prezentowanych ptaków. Swoje znaczenie ma też owo wyrwanie z kontekstu naturalnego, akcentowane brakiem teł, zastępowanych naturalnym rysunkiem słoi klonowego drewna. Taki zabieg dodatkowo zawiesza ptaki w przestrzeni i imituje lotność, przydaje lekkości i każe doszukiwać się w przedstawieniach jakichś głębszych treści. Zapewne chodzi tu artystce o podkreślenie znaczenia chwili w obserwacji natury, owego błyskotliwego zauważenia, które każe potem w specjalny sposób komponować kolejne obrazy. To jakby zauroczenie i jasność widzenia dziecka, które staje oniemiałe w obliczu przysiadającego na gałęzi kardynała, Indigo Banting albo tanagry, to radość małego chłopca, który zauważył w krzakach wilgę, dudka albo ptaka o indiańskiej nazwie Towhee. Przesunięcie ku fantazji i twórczej metamorfozie jest znaczące na wielu deskach, a czasem przeradza się w nową kompozycję znaczeniową, gdzie znane z przyrody kształty przeobrażają się, tajemniczo mutują i nabierają nowych cech semantycznych.
Warto zatrzymać się też na chwilę nad strukturą kompozycji artystki, które często tworzą rodzaj naturalnego kolażu, w którym ogromną rolę odgrywa mnogość ptasich bytów. Tak jest w przypadku multiplikowanych sów i kolibrów, ustawianych obok siebie mandarynek czy amerykańskich dzięciołów, ale dochodzi też do poszerzania penetracji o owady, ryby, gryzonie czy ssaki. Tak subtelne kompozycje stają się rodzajem haftu przyrodniczego, w którym poszczególne ptaki i inne twory stają się cząstkami, dającymi się dowolnie przesuwać i zamieniać. Wspomniana wyżej ptasiość staje się rodzajem wielkiego, ciągnącego się przez wieki pytania o naturę rzeczywistości w której żyjemy i którą staramy się uważnie analizować. Podczas wyprawy do Papui Nowej Gwinei Bozic odkryła wielowymiarowość bytów egzystujących w dżungli, ze szczególnym uwzględnieniem rajskich ptaków. Potem odzwierciedliła ich wspaniałe pióra na wielu swoich deskach klonowych, a ich ornamentalność wykorzystała wielokrotnie w grafice. Za każdym razem stwarzała jednak w swoich pracach sytuację graniczną, zachęcając odbiorców do twórczej interpretacji przedstawionych kompozycji. W młodości była czytelniczką książek Davida Attenborough, oglądała z zapartym tchem nakręcone przez niego filmy i zapamiętała z tamtego okresu rodzaj „rozpalenia”, żarliwego zaangażowania się w tego rodzaju prezentacje natury. Teraz z takim samym żarem ma do czynienia podczas malowania – stara się wydobywać z nicości kompozycje niespotykanie piękne, zwiewne i przesuwające się ku organicznej metaforyce. To są pytania zadawane najpierw sobie, potem swoim mistrzom, a na koniec tym, którzy jej obrazy oglądają i analizują, znajdując w nich treści, o których nawet nie śniła. To jest sztuka bardzo dekoracyjna i od samego początku wzbudzająca wielkie zainteresowanie marszandów, zarządców galerii i tych, którzy pragną urządzić wyjątkowo swoje mieszkania czy domy. Tego rodzaju wprowadzenie natury do przestrzeni życiowej ma w sobie wiele z obcowania z prawdziwymi zwierzętami i jakby dodatkowo podkreśla ich wagę w naszym życiu. To, co dla wielu jest tylko ozdobnikiem, nagłym zdziwieniem i zaskoczeniem, może stać się cząstką mądrej egzystencji, życia ukierunkowanego na poznawanie i cieszenie się z różnorodności naszego świata. W ostatnich latach obserwujemy przesunięcie się akcentów w tym malarstwie, od realistyczno-baśniowych odwzorowań i prawdziwych popisów możliwości malarskich, artystka przechodzi powoli ku surrealistycznym kreacjom, w których ważną rolę odgrywa wnętrze organizmu. W tym celu dokonuje przecięć pionowych lub poziomych poszczególnych ciał i ukazuje strukturę podskórną, z plątaniną nerwów, żył i kości. Trudno powiedzieć w jakim kierunku rozwinie się ta sztuka, ale nie ulega wątpliwości, że jest dojrzałą, niemal filozoficzną, a przy tym jakże inspirującą propozycją odczytania naszego odwiecznego zakorzenienia w naturze.
ALEJA KLONÓW (17)
2015/03/30 @ 17:29 (Proza)
O pięć minut drogi od naszego podwórka, tuż za piekarnią i kioskiem z lodami, mieściła się stara kuźnia. Gdy miałem sześć lat, chodziłem tam czasem i stawałem nieopodal wielkich, stale otwartych wrót. Co jakiś czas podjeżdżały do nich wozy drabiniaste, węglarki i różnorakie bryczki, a woźnice i pomocnicy kowalscy wyprzęgali konie i prowadzili je do przedsionka kuźni. Urządzono ją w niewielkim domku, szarym i brudnym, jakby przyklejonym do większej kamienicy. Na dachu ułożono dachówki, które obficie porosły mchy i potłukły jakieś rzucone przez dzieci kamienie albo ptaki, przysiadające z łoskotem i czekające na sposobność, by zlecieć na podwórko i wydziobać z końskich odchodów jakieś nie strawione ziarna owsa lub pszenicy. Teraz też, na brzegu dziurawej rynny, przeżartej przez rdzę i powyginanej, siedziała stara wrona i raz po raz wydawała głośne krakanie. Przekrzywiała głowę i patrzyła, to lewym, to prawym okiem na mnie i na innych ludzi, ale najwięcej uwagi poświęcała stertom parujących bobli, które pozostały na środku podwórka, po ostatnio wyprzęganym siwku. Zaprowadzono go, tak jak i inne konie, do kuźni i rozpoczęto przygotowania do podkucia. Przysadzisty kowal najpierw umieścił w piecu cztery podkowy i kilka razy poruszył miechem, by wzmocnić żar i rozgrzać do czerwoności żelazo. Jego towarzysz, krępy, łysy Cygan z czarną brodą, sięgnął po obcęgi i podszedł do zwierzęcia. Najpierw uniósł jego tylną, prawą nogę i zgiął ją tak, by mógł widzieć przestrzeń pod kopytem. Następnie wprawnymi ruchami wyszarpywał albo ścinał obcęgami ćwieki i po kilku minutach zerwał startą podkowę i cisnął ją na kupę złomu, leżącą w kącie. Teraz zaczął wielkim pilnikiem wyrównywać kopyto, ścierać narośl i fragmenty zdartej tkanki. Zrobił to szybko, a potem chwycił drugą nogę zwierzęcia i powtórzył kolejne czynności.

Tymczasem wrona, najwidoczniej spłoszona jakimś głośnym, metalicznym szczęknięciem, zerwała się i odleciała gdzieś w dal, za następne domy i ogrody. Na to tylko czekała gruba sroka, siedząca na wysokim słupie elektrycznym. Natychmiast sfrunęła na brzeg rynny i teraz ona przyglądała się z zaciekawieniem oparom nad końskimi odchodami. Przyglądałem się pracy pomocnika kowalskiego i co jakiś czas zerkałem na ruchliwą srokę, poruszającą zabawnie ogonem. Koń już się bardzo niecierpliwił, więc wozak przyniósł kilka dużych marchwi i zaczął wpychać mu jedną po drugiej do pyska. Słychać było głośne rżenie zwierzęcia i uderzenia młota o wyciągniętą z żaru podkowę. Sroka zaskrzeczała i przefrunęła na boczny murek, nieco wyższy od dachu kuźni. Miała okrągły, biały brzuch i chabrowe lotki skrzydeł, miejscami czarne, miejscami białe. Ale najpiękniejszy był połyskujący metalicznie, długi, zielono-niebieski ogon. Czarne, lśniące groźnie oko i haczykowaty dziób, zdradzały drapieżcę i przydawały ptakowi charakteru diabolicznego i sakralnego zarazem. Jakby jakiś czart ubrał się w szaty księże i dla niepoznaki przyozdobił je w kolor dojrzałej śliwy i trawy zroszonej jesiennym deszczem. Koń wierzgnął gwałtownie i szarpnął zadem, ale kowal i dwaj pomocnicy trzymali go mocno. Właśnie skończyli kształtować pierwszą podkowę i wielkimi cęgami wsunęli ją na chwilę do cynkowej wanienki z wodą. Natychmiast trysnęła w górę para, a głośny syk spłoszył konia. Wtedy właśnie tak się szarpnął i zarżał głośno, przeraźliwie, tak że wystraszyłem się i zatkałem palcami uszy. Zobaczył to kowal, otworzył szerzej oczy i spojrzał na mnie z szelmowskim uśmiechem. Żal mi było konia, bo myślałem, że bardzo go boli to wbijanie gwoździ w nogi. Nie wiedziałem wtedy jeszcze jak grube jest kopyto i łzy szkliły mi się w oczach, gdy kolejne ćwieki wchodziły coraz głębiej. Dookoła rozchodził się swąd przypalanych włosów, rozgrzanego do czerwoności żelaza i nowych końskich odchodów. Czasem też klacz lub ogier puszczali gazy i nawet kowal z pomocnikami zakrywali nosy rękawami flanelowych koszul. Robotnicy przybijali już trzecią podkowę, gdy nagle siwek znowu szarpnął się z ogromną siłą i podążył, najpierw w bok, przewracając wannę z wodą, a potem do tyłu i postawił z rozmachem kopyto tuż przy mnie. Widząc to jeden z pomocników szeroko otworzył usta i podniósł dłonie do góry. Wydał też z gardła jakiś chrapliwy dźwięk i skoczył na pomoc kowalowi i drugiemu pomocnikowi. Po chwili koń się uspokoił, a brodacz podszedł do mnie i pogroził mi palcem. Zawołał basem: Uciekaj stąd… no jazda… Podążyłem kilka kroków do tyłu, udałem, że odchodzę i powoli zacząłem znowu przybliżać się do prawego skrzydła, otwartych na oścież wrót. Sroka znowu zaskrzeczała na brzegu rynny i miarowo uderzała ogonem o blachę. Wreszcie sfrunęła na podwórko i zaczęła dziobać, leżące na ziemi ziarna zbóż. Coraz bliżej podbiegała do końskiego łajna i kilka razy dziobnęła je z rozmachem. Stale obracała głowę w prawo i w lewo, zbliżała się i odskakiwała od celu.

Z kuźni znowu doleciał swąd przypalonego kopyta i ostatnia podkowa została umocowana we właściwym miejscu. Nie wiedzieć skąd znalazł się wozak, który podszedł do kowala i dał mu plik czerwonych banknotów. Ten zmiął je jak niepotrzebne, papierowe śmieci i wsadził do bocznej kieszeni spodni. Pomocnicy piłowali jeszcze podkowy i ćwieki, wyrównywali brzegi i wybrzuszenia metalu. Koń jakby czuł, że jego męczarnie się kończą, bo rżał coraz częściej i coraz radośniej. Wiedziałem, że nic nie mogło mu się stać, bo modliłem się za niego żarliwie do Niepokalanej Panienki i przemawiałem po cichu: Nie bój się siwku i nie płacz, dostaniesz nowe podkówki i będziesz nimi pukał wesoło po bruku… Koń spojrzał na mnie porozumiewawczo i skrycie puścił oko… Odsunąłem się od wrót kuchni i stanąłem w bezpiecznej odległości, już na podwórku, tuż przy starej, zardzewiałej pompie. Były na niej jakieś niemieckie napisy i kropla po kropli kapała z niej woda, by wpaść do niewielkiego kotła, zakopanego w ziemi. Spostrzegłem, że sroka poleciała na pobliskie drzewo olchowe, gdzie miała kuliste gniazdo z chrustu i sznurków. Patrzyłem teraz na wozaka, który wraz z jednym z pomocników kowalskich zaprzęgał siwka do dużego wozu z belek i desek. Po chwili dało się słyszeć stukanie nowych kopyt po bruku przed kuźnią i wóz ruszył z impetem ku przesmykowi między nią, a inną, brudna kamienicą. Widzisz koniku – przemawiałem bezgłośnie – masz teraz nowe buciki, widzisz jak fajnie ci się chodzi… Ledwie wypowiedziałem te bezgłośne słowa, ruszyłem się z miejsca, podbiegłem szybko do wozu i chwyciłem się wystającej z tyłu belki. Tak wyjechałem na drogę, zostawiając za sobą kuźnię, podwórko i kowala, krzątającego się przy następnym, tym razem karym koniu.
MUSZLE
2015/03/25 @ 20:19 (Natura, Świat)
No to jeszcze jedno dopełnienie… Oto najpiękniejsze muszle świata, kolekcjonowane przez wielu zbieraczy, sprowadzane z najdalszych zakątków ziemi. Mam ich trochę, ale na większy zbiór się nie decyduję, bo za szybko by się rozrósł, wymagając odpowiednich szaf, przestrzeni do eksponowania i jakiejś przemyślanej strategii zbierackiej. Ta przeogromna różnorodność jest doprawdy imponująca i może ten katalog da choćby niewielkie wyobrażenie o niej.
BANKNOTY PIERRETTE LAMBERT
2015/03/25 @ 18:53 (Banknoty, Świat)
W poprzednim wpisie opowiedziałem o znaczkach pocztowych zaprojektowanych przez wspaniałą artystkę francuską Pierrette Lambert, wspomniałem też, o jej bogatym dorobku w zakresie przygotowania skomplikowanych podobizn banknotów jej kraju, a także dawnych kolonii. Oto tylko niewielki wycinek jej wielkiego dorobku, jak mniemam, znakomicie ilustrujący jej styl, inwencję i możliwości twórcze.
DAWNA KOLEKCJA (6)
2015/03/25 @ 18:42 (Młodość, Znaczki)
W czasach, gdy chodziłem do szkoły podstawowej i zbierałem znaczki pocztowe, w mojej kolekcji pojawiły się dwa znaczki z wysp Wallis i Futuna, umiejscowionych pomiędzy archipelagami Fidżi i Samoa. Przypomniałem sobie o nich niedawno, gdy pisałem o opowiadaniu Williama Somerseta Maughama, którego akcja rozgrywa się w Oceanii. Pośród niezwykle barwnych serii ze zwierzętami, ptakami, afrykańskimi maskami lub rakietami kosmicznymi, dwa małe walory z Wallis i Futuny nie wyróżniały się niczym szczególnym. Na obu przedstawiono muszle małży oceanicznych – na znaczku wycenionym na ćwierć franka znalazła się odmiana Charonia tritonis, a na droższym, za dwa franki, umieszczono podobiznę okrywy nieco dziwacznej, noszącej łacińską nazwę Cypraecassis Rufa. Nie wiedziałem wtedy, że są to cząstki większej serii, składającej się z siedmiu znaczków, a najdroższy z nich kosztował na poczcie pięćdziesiąt franków. Nie interesowałem się wtedy jeszcze w jakiś szczególny sposób muszlami, ale pociągała mnie owa dwuczłonowa nazwa wysp. Interesując się w szczególny sposób geografią, otworzyłem mój ogromny, ukochany atlas kartograficzny i odszukałem miejsce na północny wschód od Fidżi, wyodrębniając dwie dość spore obszary wulkanicznego lądu, spośród których jedna wyspa nazywa się Futuna, a druga Wallis. Wymieniłem je tutaj według klucza chronologicznego, a nie zgodnie z wielkością, bo pierwszą odkryli Holendrzy w 1616 roku, a drugą Brytyjczycy w 1767 roku. Nazwa większej z nich pochodzi od nazwiska Samuela Wallisa (1728–1795), podróżnika i zdobywcy zamorskich terytoriów, odkrywcy między innymi Tahiti i archipelagu Wysp Towarzystwa, a także wielu pomniejszych lądów. Choć podróżnik ten przeszedł do historii jako postać pozytywna i jego nazwisko widnieć będzie po wsze czasy na mapach Pacyfiku, to rygorystycznie wprowadzał w życie politykę imperialistyczną swego kraju, a opornych tubylców natychmiast pacyfikował przy pomocy karabinów i armat. Zachowała się barwna litografia włoskiego ilustratora Gallo Galliny (1778–1837) przedstawiająca powitanie Wallisa przez królową Thaiti, ale ciekawszy jest wcześniejszy rysunek Johna Webbera (1751–1793), ukazujący spory oddział stojący za odkrywcą, uzbrojony po zęby. Inne dzieło tego rysownika, towarzyszącego kapitanowi Jamesowi Cookowi w jego wyprawach, ukazuje jak statek Wallisa strzela z armat do krajowców, którzy otoczyli go w swoich kruchych łodziach.
Znaczek za ćwierć franka przedstawia muszlę Charonia tritonis, bardzo charakterystyczną z powodu spiralnego kształtu i ciekawego ubarwienia. Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku nie wiedziałem, ze ten niewielki walor ukazuje jedną z największych muszli świata, nazywaną też Trabą Trytona. Żyje w niej ogromny ślimak z rodziny trytonów, który poluje na rozgwiazdy Asteroidea, jeżowce Echinoidea i strzykwy Holothuroidea. To naturalny sprzymierzeniec człowieka w walce z rozgwiazdą, nazywaną Koroną cierniową (Acanthaster planci), która nadmiernie się mnoży i bezwzględnie niszczy rafy koralowe. Od dawien dawna wielkie konchy trytonów wykorzystywane były jako instrumenty muzyczne i trąby sygnałowe, szczególnie przez krajowców z wysp oceanicznych. Tacy stojący na piaszczystym brzegu mężczyźni o brunatno-oliwkowych skórach, unoszący ku górze wielkie muszle i dmący w nie, stali nie rodzajem godła i emblematu wysp południowych. Trytony to bezwzględni mordercy, chwytający swoje ofiary na płytkich wodach lub w głębinach, unieruchamiający je jadem, a potem przytrzymujący bezlitośnie i trawiący żywcem z wykorzystaniem specjalnych substancji chemicznych i wewnętrznej tarki rozdrabniającej. Ocean często wyrzuca na brzeg wielkie muszle tych mięczaków i niektóre z nich osiągają imponującą wielkość, dochodzącą nawet do pół metra. Walory które znalazły się w moim posiadaniu zostały wykonane metodą rytowniczą według projektów Pierrette Lambert, wspaniałej artystki, mającej w swoim dorobku ponad tysiąc projektów znaczków. To także, dobrze mi dzisiaj znana, z racji mojej specjalnej pasji kolekcjonerskiej, twórczyni banknotów wielu krajów świata, szczególnie dawnych kolonii francuskich. Pracowała przez wiele lat w Banque de France i między innymi zaprojektowała takie banknoty jak 50 Franków z popiersiem Racine oraz 5 Franków (Pasteur), była też autorką banknotu 200 Franków (Montesquieu) w 1981 roku. Zarówno jej projekty znaczków, jak i banknotów charakteryzuje rozbudowana kolorystyka, a także ciekawe rozplanowanie wizualne i ogromna dbałość o szczegół.

Statek „Delfin” kapitana Samuela Wallisa atakuje krajowców. Niżej przejęcie przez Brytyjczyków zwierzchnictwa nad Tahiti
Na drugim znaczku z mojej kolekcji pani Lambert ukazała muszlę średniej wielkości ślimaka Cypraecassis Rufa, należącą do wielkiej grupy porcelanek hełmiastych Cassidae. Po polsku określa się te muszle jako Przyłbica byczy pysk, a ich znaczenie w Europie wzrosło w XV wieku, kiedy to zaczęto wykonywać miniaturowe rzeźby – kamee. Przedstawiano na nich przede wszystkim sceny mitologiczne, popiersia kobiet i mężczyzn i w takiej formie noszone były jako ozdoby do różnych strojów, na przykład na kolorowych wstęgach na szyję. Oba znaczki nie były jakąś szczególną ozdobą mojej kolekcji, ale przyciągały wzrok i podczas wymian zwracałem też uwagę na inne walory z wysp Wallis i Futuna. Dopiero teraz, podczas pisania o muszlach z papierowych, ząbkowanych arkusików, zapoznałem się z resztą znaczków serii, znajdując na nich kolejne konchy: Oliva erythrostoma, Cypraea tigris, Murex tenuispina, Mitra episcopalis, Harpa ventricosa, spośród nich najpiękniejsza jest chyba bardzo popularna porcelanka tygrysia i mitra biskupia, choć zdecydowanie najoryginalniejsza jest podobizna okrywy rozkolcowatej, której ostrze służy drapieżnemu ślimakowi do otwierania innych małż. Patrząc na te znaczki pocztowe i na przedstawienia pancerzy ślimaków morskich, raz jeszcze sięgnąłem myślą do chwil, gdy wiele godzin spędziłem nad moimi klaserami, wymieniałem serie i pojedyncze arkusiki z kolegami (jakoś koleżanki nie fascynowały się takim zbieractwem), a potem otwierałem atlasy geograficzne i zoologiczne i myślałem o dalekich wyprawach. W jakiś sposób te marzenia spełniły się w 2008 roku, kiedy to znalazłem się na Florydzie i chodząc brzegami Zatoki Meksykańskiej zbierałem wiele muszli. Chciałem je potem zabrać do Polski i rzeczywiście część poleciała ze mną samolotami, ale sporo musiałem wyrzucić, bo pozostałe w nich szczątki mięczaków gniły i straszliwie śmierdziały. Zapach stał się tak dokuczliwy, przenikający moją walizkę, że cały zbiór, w okrągłym blaszanym pudełku po maślanych ciastkach, postanowiłem wyrzucić na lotnisku w Tampie. Niestety puszka nie mieściła się w niewielkim, okrągłym otworze zamykanego kosza na śmieci, więc postawiłem ją na ziemi. W międzyczasie ustawiłem się w kolejce do odprawy i zagłębiłem się w myślach, wspomnieniach dopiero co przeżytych chwil. Dopiero jakaś kobieta dotknęła mi ramienia i po angielsku powiedziała, że coś się dzieje z moim pudełkiem, przy koszu na śmieci. Kucało tam dwóch pracowników ochrony i delikatnie, powoli uchylało wieczko, podejrzewając zapewne, że ktoś podrzucił tak bombę. Nie czekałem dłużej, podszedłem do nich i powiedziałem, że to moje śmieci, które postawiłem na ziemi, bo nie mieściły się w otworze pojemnika z napisem Trash. Zbieranie muszli na brzegu oceanu było fascynujące, ale trzeba by je było wygotować i wewnętrznie wytrawić specjalnymi kwasami, inaczej umiejscowione głęboko resztki zwierząt podmorskich nie pozwoliłyby ich przechowywać. Jakże ciekawe jest to wyłanianie się z mroków pamięci mojej dawnej kolekcji znaczków pocztowych, tym bardziej, że odkrywane na nowo walory, odsyłają mnie do kolejnych serii.
MODRASZKA
2015/03/23 @ 14:52 (Natura, Ptaki)
Modraszka zwyczajna (Cyanistes caeruleus), zwana też sikorą modrą jest niewielkim ptakiem osiadłym z rodziny Paridae. Można ją spotkać w świetlistych lasach mieszanych, na cmentarzach, w gajach i ogrodach w całej Europie, z wyjątkiem Skandynawii, a także w zachodniej części Azji. Lubi sąsiedztwo dzięciołów dużych, bo w wykuwanych przez nich dziuplach chętnie kryje się przed chłodem i drapieżnikami. Ostatnio obserwowałem sporo osobników w ogrodach, na drzewach w parkach i na obrzeżu miasta, rozpoznając je natychmiast po charakterystycznym, nerwowym poruszaniu się na gałęziach. To ptak bardzo urodziwy, żółto-niebiesko-czarny, wydający wysokie gwizdy, charakterystyczne także dla innych sikor. Po okresie lęgowym żyje w grupach, które przelatują z drzewa na drzewo w poszukiwaniu owadów, a w zimie tłustych nasion. Obserwując go można odnieść wrażenie, że lepiej przeskakuje z gałęzi na gałąź niż lata w powietrzu, a jego ruchliwość doprawdy jest imponująca. Zimą wiąże się w stada gatunkowe, a także mieszane, w których obserwowano pełzacze, szczygły, kowaliki, małe dzięcioły i mysikróliki. Grupa łatwiej zdobywa pożywienie i ostrzega poszczególne ptaki przed zagrożeniem ze strony ludzi i drapieżników. Ciekawe jest to, że tak barwne ptaki tracą swoje kolory we własnych oczach, samiec staje się jasnofioletowy, a pani modraszka pobłyskuje fioletem przede wszystkim na piórach. Obserwując te ruchliwe, piękne ptaki myślałem o różnorodności gatunków w przyrodzie i o ludziach, którzy nigdy tego nie zauważyli. Sam też niejednokrotnie zetknąłem się z osobami, które nie podzielały mojej euforii ornitologicznej i na moje wskazania reagowały chłodno. Ptak, to dla nich tylko ptak, a czy jest niebieski, żółty czy czerwony nie ma to dla nich większego znaczenia. W przypadku modraszek warto jednak zatrzymać się przez chwilę i popatrzeć jak zimą zwinnie przemierzają krzewy i drzewa w poszukiwaniu owadzich jaj i nasion oleistych, a latem jak uganiają się za żywymi owadami.
KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (XVII)
2015/03/23 @ 11:47 (Literatura, Ludzie, Milość)
William Sommerset Maugham (1894–1965) należy do grona najwybitniejszych pisarzy angielskich dwudziestego wieku. Jego bogata twórczość charakteryzuje się niezwykłą przenikliwością i różnorodnością, a także zmiennością oryginalnych przestrzeni, w których rozgrywa się akcja poszczególnych utworów. Autor szybko stracił rodziców i był wychowywany przez krewnych, podejmując naukę w King’s School w Canterbury oraz na uniwersytecie w Heidelbergu, gdzie studiował literaturę, filozofię i germanistykę. Ostatecznie zdobył dyplom lekarski, ale nigdy nie podjął pracy w zawodzie, poświęcając się w pełni literaturze. Osiadł we Francji, gdzie leczył powikłania po gruźlicy, biedując i borykając się z licznymi problemami egzystencjalnymi. Dopiero opublikowanie sztuk teatralnych, które przyniosły mu wielki sukces, radykalnie odmieniło jego życie i pozwoliło wejść do brytyjskiej elity intelektualnej. Te kontakty zaowocowały także w inny sposób, bo zatrudniono go jako agenta wywiadu i wysłano w 1917 roku z misją specjalną do Rosji. Jako wywiadowca i cichy destruktor polityki wewnętrznej Kraju Rad się nie sprawdził, ale sporo wtedy pisał. W tym samym czasie poznał Amerykanina F. G. Haxtona, który został jego homoseksualnym partnerem aż do 1944 roku, kiedy to zmarł. Maugham był biseksualistą i oprócz kontaktów z przyjacielem, utrzymywał związek z projektantką wnętrz Maud Gwendoline Syrie Wellcome, która najpierw tolerowała jego przygody z mężczyznami, wyszła za niego za mąż i spłodziła z nim córkę Elizabeth Mary, ale po jedenastu latach nie wytrzymała tej dwoistości i rozwiodła się z pisarzem. W 1928 roku Maugham kupił dom na Riwierze Francuskiej, skąd odbywał liczne podróże po świecie, najpierw liniowcami parowymi, a potem samolotami, przywożąc za każdym razem bogaty materiał literacki i wspomnieniowy, tym bardziej, że wybierał egzotyczne zakątki świata. Zmarł w wieku siedemdziesięciu jeden lat i zażyczył sobie, by jego ciało skremowano, a prochy rozrzucono w rosarium przy Katedrze Canterbury, w hrabstwie Kent. Do chwili śmierci, na podstawie jego powieści, opowiadań i dramatów, zrealizowano trzydzieści pięć filmów, w których zagrało wiele gwiazd hollywoodzkich, między innymi Rita Hayworth, Joan Crawford, Bette Davis, Gloria Swanson, Greta Garbo, John Gielgud, Edward Norton, Sean Penn. Osiągnąwszy tak wielki sukces komercjalny, mógł Maugham wieść spokojne życie, tworząc nowe utwory i publikując je w najlepszych oficynach wydawniczych.
Opowiadanie Maughama pt. Deszcz wymieniane jest pośród największych osiągnięć tego gatunku w literaturze światowej. Jego akcja rozgrywa się w Polinezji, a konkretnie, na spowitej w deszczu wyspie Tutuila, gdzie usytuowało się miasto Pago Pago. Wyspa i osada wchodzą w skład Samoa Amerykańskiego, archipelagu leżącego tuż przy linii zmiany daty, mającego przeszłość wulkaniczną. Bohaterowie opowiadania Maughama płyną statkiem do Appi, stolicy Samoa Zachodniego, ale z powodu epidemii cholery muszą zatrzymać się w Pago Pago, które na początku dwudziestego wieku jest jeszcze niewielką mieściną z kilkoma budynkami użyteczności publicznej i dość chaotyczną zabudową mieszkalną. Misjonarska para Davidsonów i małżeństwo MacPhailów zapoznaje się na statku i z konieczności musi ze sobą spędzać też wiele czasu na lądzie, z powodu przymusowego postoju. Alec MacPhail jest lekarzem, a Alfred Davidson należy do elity misjonarskiej świata, przepełniony poczuciem misji i głęboko wierzący, że Bóg kieruje każdym jego krokiem. Pomiędzy mężczyznami dochodzi do kontrowersji na tym punkcie, gdyż doktor jest liberałem, a duchowny chce radykalnie wpływać na obyczaje i wierzenia krajowców. Żony są tutaj tylko tłem dla rozgrywek pomiędzy mężczyznami i w opowiadaniu występują ledwie pod nazwiskami, bez imion, prezentują też najczęściej postawę bierną, a ożywiają się tylko w sytuacjach, gdy muszą opowiedzieć się po stronie swoich partnerów. Maugham wspaniale komponuje dialogi pomiędzy nimi, choć nie stroni od soczystych opisów wysp Oceanii: Wąski pas srebrzystego wybrzeża przechodził raptownie w wysokie zbocza, porosłe bujną roślinnością. Palmy kokosowe, tworzące zieloną gęstwinę, schodziły prawie nad wodę. Wśród nich widniały chaty samoańskie z trzciny. Tu i ówdzie bielał kościółek. (W. Somerset Maugham, Deszcz, Warszawa 1967, tłum. Janina Sujkowska, s. 5) Jak refren wracają opisu deszczu, który bywa w tej części świata bardzo gwałtowny, rzęsisty i może depresyjnie wpływać na usposobienie ludzi. Pora deszczowa zmusza bohaterów do przebywania w pokojach na piętrze, które im wynajmuje drobny kupiec Horn, ale ich spokój jest stale zakłócany przez Sadie Thompson, dziewczynę, która przypłynęła wraz z nimi i natychmiast zaczęła przyciągać do swojego pokoju żądnych uciech marynarzy i podróżnych.
Dla rozmodlonego misjonarza Davidsona i jego purytańskiej żony nie do przyjęcia są nieustające zabawy przy gramofonie, głośne krzyki, śpiewy i innego rodzaju odgłosy. Choć doktor MacPhail próbuje łagodzić sytuację, to jego żona i pani Davidson stają po stronie duchownego i swoimi komentarzami popychają go do rozwiązań radykalnych. W końcu zbiega on na dół, przewraca patefon i terroryzuje licznymi groźbami dziewczynę, która początkowo nic sobie z tego nie robi. Przenikliwość mężczyzny jest jednak ogromna, a repertuar jego chwytów, wyćwiczony w poprzednich miejscach pracy misjonarskiej, szybko zmienia sytuację. Davidson domyśla się, że dziewczyna uciekła z domu poprawczego w San Francisco i utrzymuje się z prostytucji, ani myśląc o zmianie sposobu życia. Maugham ukazuje ten konflikt jako konfrontację dwóch postaw i dwóch strategii działania, spośród których jedna okazuje się chybiona, a druga – choć wydawać by się mogło od samego początku skazana na porażkę – triumfuje. Dziewczyna, zastraszona przez misjonarza, udaje przed nim, że się ukorzyła i zgadza się wrócić do San Francisco, by odbyć tam karę więzienia. On, nie podejrzewając podstępu starego jak świat, chodzi do niej coraz częściej, modli się za nią i ewangelizuje ją coraz gwałtowniej. Może ten spektakularny sukces – w który wierzy bezdyskusyjnie – powoduje, że odrzuca dotychczasowe obostrzenia moralne i coraz bardziej zbliża się do dziewczyny. Choć Maugham prezentuje go jako człowieka konkretnego, rygorystycznie realizującego swoje założenia, a nade wszystko uduchowionego i owładniętego manią sprowadzania na dobrą drogę tych, którzy w życiu pobłądzili, to finał jest zaskakujący. Pewnego ranka przygodni Polinezyjczycy znajdują na plaży ojca Davidsona z gardłem podciętym od ucha do ucha i brzytwą w dłoni. Samobójstwo widać było jedynym wyjściem dla złowieka, który pragnął krzewić wiarę i postępować zgodnie z nakazani ewangelicznymi, a przegrał w konfrontacji z tanią dziwką, dziewczątkiem urodziwym, ale pustym jak łupina kokosowego orzecha. Jej komentarz na końcu opowiadania nie pozostawia wątpliwości do czego doszło w pokoju Sadie Thompson: Wy, chłopy! Wy, wstrętne świnie! Wszyscy jesteście jednakowi! Świnie! Świnie!
Maugham nie był jedynym pisarzem, który odwiedził wyspy Samoa, bo przecież ostatnie lata życia spędził tam Robert Louis Stevenson, który został tam też pochowany u stóp Mount Vaea. Podczas II wojny światowej, podczas walk na Pacyfiku, przebywał tam też wielki pisarz amerykański James A. Michener, który swoje wrażenia i refleksje wykorzystał w zbiorze pt. Opowieści południowego Pacyfiku (1947). Maugham popłynął na Samoa z Honolulu parowcem Sonoma, a w podróży tej towarzyszył mu jego homoseksualny partner Haxton. Był to rok 1920 i to właśnie im przydarzyła się kwarantanna w Pago Pago, wykorzystana potem jako oś opowiadania o triumfie prostytutki nad pruderyjnym misjonarzem. To miała być romantyczna podróż kochanków na Tahiti, ale zagrożenie cholerą spowodowało, że musieli zatrzymać się na spowitej w deszczu wyspie Tutuila. Opowiadanie angielskiego pisarza od samego początku zafascynowało czytelników i stało się szybko kanwą trzech filmów. Byli też tacy, którzy zarzucali autorowi naciąganie faktów i demonizowanie męskiego popędu, dla którego nie ma żadnych barier. Odbierano je też jako zjadliwą krytykę działalności misjonarskiej, która często przeradzała się w ciąg haniebnych podstępów i lokalnych wojen. Triumf Sadie nad Davidsonem został tak plastycznie i wiarygodnie opisany, że wywołał ogromną dyskusję natury religijnej. Pytano o sens ewangelizacji w kontekście pierwotnych instynktów ludzkich, a szczególnie zachowań seksualnych ludów pierwotnych, wspólnot plemiennych, żyjących przez tysiąclecia w krainach odciętych od świata. Wytworzyły one własne techniki erotyczne, jakże odmienne od tego, co proponowali misjonarze z Zachodu, nie stroniące od innowacji i zabaw pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Te zwyczaje opisał dogłębnie wspaniały polski antropolog Bronisław Malinowski w swoich źródłowych pracach, przede wszystkim w dziele Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji (1929). Choć prace te dotyczyły zachowań i zwyczajów mieszkańców Wysp Trobiarandzkich, to leżą one mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co wyspy Samoa i erotyka rdzennych mieszkańców tego archipelagu była podobna. Pastor Davidson krytykuje zawzięcie te zachowania, w czym wtóruje mu przekonana o jego świętości żona. Wszystko wszakże zostaje zburzone przez seksapil Sadie Thompson, a duchowny, nie mogąc znieść swego – jak to nazywa dziewczyna – ześwinienia, w drastyczny sposób odchodzi z tego świata, uznając, że wieczne potępienie będzie karą stosowną do jego przewiny.

















































