NAD EUFRATEM

?????????????????????? 

Przysiadłem nad brzegiem wielkiej
rzeki i zamyśliłem się
nad światem –

nikomu niepotrzebna refleksja
nikogo nie zajmująca troska

w kraju wojny i przelewanej krwi
ptak zatrzymuje się nad tonią

palmy połyskują pośród
deseni blasku –

odwieczny krąg czerwonego słońca
wolno spływa za horyzont

i cykady zaczynają
godowy taniec

świat gaśnie w świadomości
świadomość wybucha

pośród świata –

człowiek jest pustym
bukłakiem istnienia

tylko ostatnia

kropla czeka w nim
na wyschnięcie

                Nad Eufratem 2013

RADOŚĆ FOTOGRAFOWANIA (VIII)

Dzisiaj nieco zdjęć kwiatów i kwitnących krzewów. Wiosna i lato zawsze wzbogacają moje archiwa o nowe ujęcia, a kolory są jaskrawe, może czasem „rozkrzyczane”, ale przecież nasz świat ma wiele wymiarów i odcieni, a obok malowniczości pojawia się szarość, promienie słońca przeplatają się z deszczem i monotonią granatowych chmur. Dzisiaj znowu zmienia się pogoda i warto pozostawić na blogu wspomnienie świetlistości i jasności niedawno przeżytych dni.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

1b

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

„LOKALNY GRAJDOŁ”

Po otrzymaniu przeze mnie nagrody Strzała Łuczniczki, w kategorii eseistycznej za książkę pt. „Axis mundii”, Jarosław Jakubowski opublikował na portalu bydgoszcz24.pl zjadliwy atak na jurorów i na mnie. Napisałem odpowiedź i przekazałem ją Prezesowi spółki Express Media panu doktorowi Tomaszowi Wojciekiewiczowi. Mój tekst znalazł się też na portalu, na którym Jakubowski zakwestionował nagrodę. Haniebne jest to traktowanie mnie jako debiutanta, który znikąd pojawił się w przestrzeni kulturalnej Bydgoszczy. Artykuł ma z całą pewnością charakter szczeniackiego wybryku, a określenie książki jako „mierna” wskazuje na absurdalne rozumienie literatury przez tego pana. Myślę, że jeden esej z tego tomu jest więcej wart od całej kontrowersyjnej twórczości mojego adwersarza. Publikując odpowiedź, ilustruję ją ostatnimi potwierdzeniami, że czas poświęcany literaturze w Bydgoszczy nie został zmarnowany. Dziękując Prezydentowi mojego miasta za indywidualną nagrodę, za Strzałę Łuczniczki i stypendium na kolejny zbiór wierszy, wyrażam nadzieję, że Jarosław Jakubowski też znajdzie swoje miejsce w tej przestrzeni („lokalnym grajdole”?), a gdy będzie w moim wieku, zrozumie, że ataki tzw. „młodych wilków” zawsze miały miejsce w literaturze i tyleż przynosiły zysków, co szkód.

 Axis mundi

Pragnę wyrazić zdecydowany protest w związku z oświadczeniem, jakie opublikował na portalu bydgoszcz24.pl dziennikarz „Expressu Bydgoskiego” Jarosław Jakubowski. Skrytykował w nim sposób przyznawania Nagrody o Strzałę Łuczniczki, wypracowany przez środowiska twórcze i zaakceptowany przez Radę Miasta Bydgoszczy. W pracach tych uczestniczyło dwóch przedstawicieli Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, do którego należy red. Jakubowski, a osiągnięte porozumienie zostało zaakceptowane przez wszystkie strony. Podczas obrad ostatniego Jury obecny był też pan Radosław Chmara, przedstawiciel Biura Kultury Bydgoskiej, który czuwał nad prawną poprawnością tego posiedzenia. Pan Jakubowski prezentuje na wskazanym wyżej portalu niezwykłą butę i hipokryzję, sam będąc dwukrotnie beneficjentem poprzedniego układu, zarzuca mnie i Stefanowi Pastuszewskiemu osiągnięcie korzyści z obecnego sposobu przyznawania nagród. Prezentując wszem i wobec swoje prawicowe poglądy, atakując Związek Literatów Polskich, pragnie zatuszować to, co rozgrywało się przez dziesięć lat. Jedynymi laureatami byli wtedy autorzy Stowarzyszenia Pisarzy Polskich lub ich koledzy, a naprawdę znakomite książki (np. ostatni tom wierszy Andrzeja Baszkowskiego), nie miały szans na nagrodę, bo obowiązywał układ związkowy. Stale przyjeżdżał do Bydgoszczy ten sam krytyk z SPP i przyznawał nagrody twórcom z tego ugrupowania lub zaprzyjaźnionym z nimi. Byłem jedną z osób postulujących te zmiany, bo moi koledzy byli niemal co roku krzywdzeni, zdobywając znaczące nagrody ogólnopolskie, publikując książki w kraju i za granicą, reprezentując nasze miasto na licznych forach, nie mieli szans na zdobycie lauru w Bydgoszczy.

skanowanie0003

Po dziesięciu latach po raz pierwszy otrzymali nagrodę pisarze niezrzeszeni (S. Pastuszewski, J. Szatkowski) a potem wreszcie autor ze Związku Literatów Polskich. Nie rozumiem hipokryzji red. Jakubowskiego, należącego do lokalnego oddziału SPP, który wyznaczył na tegorocznego jurora Artura Nowaczewskiego z kręgu autorów pisma „Topos”. Wszem i wobec wiadomo, że Jakubowski i Tabaczyński, który też aspirował w tym roku do Nagrody, przyjaźnią się z Nowaczewskim, publikują w tych samych mediach i wzajemnie się komplementują. Powinien zatem ów krytyk i poeta walczyć podczas Jury o laury dla pisarzy z SPP, a nie po porażce, dystansować się do pozostałych członków gremium oceniającego. Jakubowski (podpisując się jar) opublikował w „Expressie Bydgoskim” z dnia 7 czerwca krótką notkę o przyznanych nagrodach i zaakcentował to, że w kategorii eseistycznej nie było jednoznaczności. Porażkę swojego bliskiego kolegi Michała Tabaczyńskiego i Krzysztofa Derdowskiego ukazał w taki sposób, jakby to Tabaczyński był zwycięzcą. Każdy z Jurorów konkursu miał własne wizje laureatów, a Związek Literatów Polskich miał tylko jednego przedstawiciela. Dla mnie samego nagroda w kategorii poetyckiej przyznana Krzysztofowi Gruse była ogromnym zaskoczeniem, choć jej nie kwestionuję i prawdę powiedziawszy bardzo liczyłem na to, że mój tom wierszy pt. Sprzedawca skowronków okaże się dla Jurorów najciekawszy. Nowaczewski, jako krytyk wyznaczony przez oddział SPP, nie wywalczył podczas obrad Jury Strzały Łuczniczki dla Wojciecha Banacha, a w kategorii eseistycznej nie zdołał przeforsować książki Tabaczyńskiego. Uczestniczę w wielu gremiach oceniających, w wielu konkursach literackich i artystycznych w Polsce i wiem, że wszelkie posiedzenia końcowe są rodzajem boju i ostatecznego konsensusu pomiędzy członkami kapituł. Jakubowski nie widzi oczywistej nieskuteczności Jurora wyznaczonego przez SPP, a wszystko zrzuca na karb „kolesiowych” układów.

StypendiumMoją nagrodzoną książkę określa jako „mierną”, wykazując w ten sposób ogromną dezynwolturę. Nie chcę tutaj podnosić własnych zasług, ale starczy przypomnieć, że moje eseje i książki naukowe recenzowali pozytywnie uczeni z pierwszych szeregów humanistyki polskiej, żeby wspomnieć tylko Jana Błońskiego (UJ), Mieczysława Inglota (UWr), Zbigniewa Sudolskiego (UW), Józefa Bachórza (UG), Andrzeja Fabianowskiego (UW), Marka Bieńczyka (IBL) itd., a mógłbym tutaj znacznie pomnożyć te nazwiska. Nagrodzona książka składa się z esejów poświęconych największym polskim romantykom (Mickiewiczowi, Słowackiemu, Krasińskiemu, Norwidowi), poetom dwudziestego wieku (Miłosz, Szymborska, Wojtyła), a także twórcom nowego czasu i chyba dobrze, że jest w Bydgoszczy autor, który potrafi coś konstruktywnego o tym powiedzieć?. Wielcy profesorowie wielokrotnie oceniali je jako kompetentne i dobrze napisane, a nie zajmujący się tymi przestrzeniami literackimi Jakubowski, bezceremonialnie określa je jako „mierne”. Niechby tam został przy swoich ocenach, niechby przyjaźnił się z kim chce, ale dlaczego publicznie zarzuca nieuczciwość znakomitym pisarzom, którzy zostali wyznaczeni do Jury, zresztą mającym znacznie większy dorobek od niego i nie publikującym tak kontrowersyjnych i niesprawiedliwych tekstów, jak np. Generał. Kłopot z takimi twórcami jak Jakubowski czy Tabaczyński polega na tym, że chcieliby w przyspieszonym tempie przeskoczyć próg sławy, wielkości czy jak to nazwać? Ich twory mają lokalne znaczenie, czasem tylko dzięki kumpelskim układom pojawiają się w innych miejscach kraju, ale ani nie przekroczyły granic Polski, ani nie zdobyły znaczących ogólnopolskich nagród, ani wreszcie nie weszły do największych antologii literatury polskiej.

StrzałaOd blisko trzydziestu lat zajmuję się kulturą naszego regionu i z sympatią wspominam przyjęcie młodszego pokolenia przez Krzysztofa Nowickiego, Jana Góreca-Rosińskiego, Kazimierza Hoffmana czy Andrzeja Baszkowskiego, to był ciąg znaczących wspomożeń, publikacji i ocen, które bardzo nam pomagały na arenie ogólnopolskiej. Dochodząc do określonej pozycji krytyka literackiego, żywo reagującego na literaturę, publikując książki o autorach naszego kręgu kulturowego bez względu na przynależność związkową, podobnie podchodziłem do Jarosława Jakubowskiego, wskazując publicznie jego talent i oczekując dalszego rozwoju. Niestety autor ten zbytnio upolitycznił swoje pisanie i zaczął płodzić komercyjne teksty, które miały mu przynieść dochód i sławę w tempie błyskawicznym. Nic z tego nie wyszło, skonfliktował się z wieloma ludźmi, sztuka pt. Generał została schłostana za brak obiektywizmu, a tylko przyjaciele dostrzegli w niej arcydzieło literatury polskiej. Reasumując, raz jeszcze dziękuję Kapitule Nagrody za wyróżnienie mojej książki, nie czuję się pisarzem „miernym” i cieszę się, że został przełamany monopol nagradzanych, bo już niedobrze się robiło od stale tych samych nazwisk. Jakubowski otrzymał to wyróżnienie dwa razy, ale jego poczucie ważności kazało mu wystawić swoją książkę (Święta woda) po raz trzeci – przegrał z kretesem i to zapewne tak go zabolało. Ja nigdy więcej nie będę desygnował swojej książki do konkursu, bo wymaga tego przyzwoitość pisarska, ale zawsze walczyć będę o obiektywizm Jurorów, bez względu na przynależność związkową i układy towarzyskie. Wyrazem tej walki było oficjalne pismo, które jako Prezes Oddziału Bydgosko-Toruńskiego ZLP skierowałem niedawno na ręce Prezydenta Bydgoszczy. Postulowałem w nim rozważenie dymisji Michała Tabaczyńskiego jako redaktora BIK-u i Kierownika Pracowni Literatury MCK, z powodu jego braku tolerancji dla innych niż kumpelskie środowisk. Jakubowski określa moje oficjalne pismo związkowe jako „donos”, co zrzucić trzeba na brak doświadczenia i niezrozumienie lokalnych uwarunkowań kulturalnych. Ja nie reprezentuję tylko siebie, ale ujmuję się za pisarzami ZLP, których młodzian Tabaczyński nieustannie kąsał w swoich tekstach.

Jakże też dziwi mnie, że dziennikarz „Expressu Bydgoskiego”, kierując pismo do Prezydenta Bydgoszczy określa nasze miasto jako „lokalny grajdoł”, a do tego manipuluje faktami, bo jurorzy w tym roku byli spoza Bydgoszczy i nikt ze strony ZLP nie wywierał na nich nacisku. Ja jestem dumny z Bydgoszczy, cieszę się, że tak wspaniale się rozwija, chciałbym też by kwitła w niej literatura i sztuka, w całej jej różnorodności. Takie nieprzemyślane, impulsywne wystąpienia jak to, opublikowane na portalu bydgoszcz24.pl przez red. Jakubowskiego, tylko zaciemniają obraz ciekawych zjawisk, które mają miejsce w obrębie literatury w Bydgoszczy i niczego konstruktywnego do niej nie wnoszą.

PAMIĘTNY DZIEŃ

168px-Wojciech_Jaruzelski-tile

Dzisiaj jest dzień szczególny, bo 25 maja 1948 roku wykonano wyrok śmierci na rotmistrzu Witoldzie Pileckim, jednym z największych polskich patriotów i bohaterów. To świetlana postać, człowiek najlepszy z najlepszych, niesprawiedliwie osądzony i bezdusznie zabity za to, że był prawdziwym Polakiem i nie zgadzał się na sowiecką dominację w naszym kraju. Czyż nie jest wielkim chichotem historii dzisiejsza śmierć Wojciecha Jaruzelskiego, który właśnie w tym chwalebnym dniu wyzionął ducha. Generał to postać niejednoznaczna, trudna do kategorycznej oceny, robiąca karierę w obrębie struktur komunistycznego wojska, a zarazem mająca jakże ludzkie odruchy. Pamiętam z jakim drżeniem przemawiał przed Janem Pawłem II, jak wiele razy sprawiedliwie oceniał swoje postępki, biorąc na siebie całe zło stanu wojennego. A jednocześnie nie mogę mu zapomnieć ofiar na wybrzeżu w 1970 roku, kopalni „Wujek” i zomowców na ulicach, nie mogę nie pamiętać o czułych uściskach z czerwonymi kreaturami w Moskwie. Przyjdzie czas na sprawiedliwą ocenę tego jakże skomplikowanego człowieka, który także i w moim życiu pojawił się w dość zaskakujący sposób. Gdy znalazłem się w więzieniu w 1986 roku, obecny celebryta SLD-owski nawoływał by mi dowalić, a wierchuszka bydgoskich pisarzy napisała pismo, w którym wyrażała nadzieję, że wyciągnę wnioski z zaistniałej sytuacji, moją sprawę przejął Jan Dobraczyński i korzystając z pomocy Jaruzelskiego, doprowadził do wypuszczenia mnie z aresztu. Jakby jednak nie patrzeć na działalność generała, to jest on jednym z symboli poprzedniego systemu i jego śmierć w rocznicę egzekucji rotmistrza Pileckiego ma jakiś wewnętrzny, głębszy sens. W tym dniu sięgam też po jedną z najbardziej głupkowatych książek, jakie powstały w naszym środowisku – Dziennik wojny jaruzelskiej Grzegorza Musiała z 2006 roku. Wszystkie dzieła tego doktora okulistyki naznaczone są piętnem histerii i autoreklamy, ale tutaj przeholował na wielu poziomach. To jakby imitacja samego siebie z powieści (jeśli tak ją można nazwać) pt. Stan płynny, a zarazem ciąg tandetnych ocen, fałszywych analiz, gdzie kontrapunktem dla jego sądów są artykuły w bydgoskim „Ilustrowanym Kurierze Polskim”. Piszę obszerne studium na temat tej prozy i pokazuję w nim liczne błędy, jakie autor popełniał, ale prawdziwym hitem jest ten oto fragment wskazanego wyżej dziennika: Stąd aż trzykrotna wizyta J., na którego mama spoziera w końcu nieprzyjaznym wzrokiem. Puszczanie starych płyt: akustycznie nagrane shimmy i black bottomy, których rytm J. wystukuje palcami na oparciu bujanego fotela, strojąc miny i przewracając oczami, jak w „Kabarecie”. – Och tromboniści popierdują – krytykuje proste aranżacje tych antycznych orkiestr. Stąd chwila sprzeczki, w którym dramacie Słowackiego pojawia się „trombonista”. Ustalamy, że w „Helsztyńskim”. Ale jaja…, ale celnie ustalili… Dla badacza twórczości Juliusza to prawdziwa gratka, cymesik bzdury i popisówka imitowanej erudycji. Stanisław Helsztyński, to słynny badacz twórczości Williama Szekspira, a dramat Słowackiego z 1835 roku nosi tytuł Horsztyński. Powie ktoś, ot lapsusik wybitnego prozaika, ot pomyłeczka niewielka… Tak, niewątpliwie, ale też i wskazanie jak chaotyczne są ewokacje Musiała w tym dzienniku, jak powierzchowne w warstwie interpretacyjnej i faktograficznej. We wszystkich jego powieściach znalazłem sporo takich kwiatków, ale żaden z nich nie przebije histerii i chaosu Dziennika wojny jaruzelskiej, książki kompletnie bez ładu, składu i sensu… W dniu śmierci generała musiałem to powiedzieć, choćby w formie zarysu, ale niebawem przyjdzie czas na szersze omówienia i wskazania dziwnych fragmentów dzieł naszego lokalnego trombonisty literackiego.

PALMIARNIA 2014

Byłem kilka dni w Poznaniu i odwiedziłem wiele wspaniałych miejsc. Był to czas dwóch wieczorów literackich w PoemaCafe i klubie Krąg, gdzie promowałem mój ostatni zbiór wierszy pt. „Sprzedawca skowronków” (2013). Ważne też były spotkania z przyjaciółmi, których cenię i podziwiam, rozmowy o poezji i sztuce, chwile w gronie osób mających swoje miejsce w moim życiu, a także tych, które dopiero poznałem. Jedno wolne przedpołudnie poświęciłem na przyglądanie się egzotycznym roślinom w słynnej poznańskiej palmiarni. Oto niektóre ze zdjęć tam zrobionych – jakże wspaniale ilustrują one fenomen życia i świata, którego także jesteśmy cząstką.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????  

DZIENNIK ORNITOLOGA 2008–2014

DziennikOrnitologa2

Nadszedł czas ogromnej aktywizacji i pracy nad ważnymi dla mnie książkami. To z jednej strony przygotowanie obszernego tomu wierszy zebranych, a ze strony drugiej praca nad monografią o życiu i twórczości Cypriana Norwida i jakby domknięcie kwartetu książek o wielkich romantykach polskich. Do tych zajęć dochodzi jeszcze stworzenie papierowej edycji mojego dziennika, który jak dotąd dostępny był tylko w wersji elektronicznej. Oto wstęp do tej ostatniej książki, w którym starałem się nakreślić okoliczności powstania i to, co miało wpływ na powstawanie kolejnych cząstek.

Przez wiele lat broniłem się przed pisaniem dziennika, aż w końcu, w kwietniu 2008 roku, założyłem blog i wprowadziłem pierwszy wpis. Nie wiedziałem, że spowoduje to tak wielką aktywizację, a umieszczanie kolejnych tekstów stanie się dla mnie tak ważne i ekscytujące, nieomal rytualne. Początkowo pisałem „o wszystkim”, ale z czasem zacząłem wprowadzać cykle, które zaczęły się układać w integralne całości. W takim rozumieniu Dziennik ornitologa stał się rodzajem notatnika, w którym kształtowały się pierwsze wersje esejów, wspomnień, ale też stale pojawiały się typowe dla diarystyki cząstki, noty, dotknięcia konkretnych zdarzeń i tego, co działo się w moim życiu. Myślę, że wielką rolę odegrała tutaj też niezwykle inspirująca podróż na Florydę, gdzie spędziłem kilkanaście dni, podglądając amerykańskie ptaki, wędrując pomiędzy zatokami i rozkoszując się sytuacją, w której się znalazłem. To były święte chwile i moje zapatrzenie w Zatokę Meksykańską, kontemplowanie rzeczywistości tropikalnej przestrzeni zaowocowało notatkami, które stały się zaczątkiem tego dziennika. Choć od tamtego czasu minęło już sześć lat, stale mam przed oczyma barwne baseny jachtowe, ogromne przestrzenie błękitu, skrzydlate stworzenia na brzegach i w koronach palm, a nade wszystko pamiętam myśli, zapisywane wiersze i fragmenty wspomnień. Po powrocie do Polski znalazłem stronę WordPressu, na której zainicjowałem bloga, wyrabiając miesięczną normę zapisanych stron, czasem wykazując ogromną aktywność, innym razem milcząc dość długo. Ale taki jest charakter dziennika i czytując książki tego typu innych autorów, często bardzo znanych i cenionych, także zauważam dłuższe okresy posuchy pisarskiej. W momencie, gdy zacząłem zamieszczać cykle poświęcone starożytności, malarstwu, dawnym zbiorom czy elementom naszego świata, pojawiła się dynamika, która czasami bardzo mnie zaskakiwała.

Starałem się nie wchodzić za bardzo w polemiki z barbarzyńcami kultury, którzy zawsze pojawiali się przy mnie – doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli ktoś ma „napęd” do pisania, staje się automatycznie przeciwnikiem tych, którzy męczą się nad kartką papieru lub mają problemy z własną osobowością. Często persony te zrozumiały, że ich życie nie miało sensu, albo było pasmem porażek, nieustannych potknięć, wokół których budowali ogromne mitologie. Ale w pewnym momencie zacząłem też zamieszczać teksty polemiczne, albo wręcz „bojowe”, które zawsze powstawały, choć niewiele dawałem ich w wersji internetowej. Tutaj publikuję całość materiału, który powstawał w ostatnich latach, nie cenzurując już niczego, a szczególnie tekstów związanych z ludźmi z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego i innych przestrzeni, w których działałem. Zawsze starałem się być obiektywny i porządny, w tym co robiłem, ale pechowo moje pierwsze lata w środowisku artystycznym Bydgoszczy związane były ze znajomością z Grzegorzem Musiałem. Myślałem, że chciał pomagać młodszemu koledze, torować mu drogę przez rozmaite chaszcze i wiatrołomy literackie, ale szybko okazało się, że chłopaczek, jakim byłem, interesował go z innego powodu. Tworzone przez niego powieści były pochwałą określonej orientacji seksualnej i dość nachalną, krzykliwą próbą stworzenia własnej legendy. Szybko zatem zerwałem tę znajomość, nie wiedząc, że dawny kolega, srodze zwiedziony w swoich zapędach, zacznie mi zrzucać na głowę różnorakich ważnych, życiowo świetnie usadowionych przyjaciół i rozpęta się prawdziwe piekło nienawiści i pomówień, zafałszowanych ocen i deprecjacji. Teraz, po latach, gdy czytam prozę tego człowieka strasznie mi go żal, bo z jego marzeń o sławie pisarskiej nawet nikłe koła na wodzie nie zostały i kto tam pamięta o tych jego „sklejankach” prozatorskich i pochwałach kolejnych przyjaciół. Myślę, że Bydgoszcz wcale nie jest miastem trudniejszym od innych dużych aglomeracji, choć może zarozumialstwo tutaj jest większe niż gdzie indziej, a profil lokalnych Napoleonów znacznie wydłużony, żywo przypominający odbicia postaci w krzywych zwierciadłach.

Pisanie dziennika jest ocalaniem świata, który się wydarzył, ale – przynajmniej w moim przypadku – jest też próbą tworzenia nowych przestrzeni istnienia. Zainteresowania, które odzwierciedlają się w kolejnych tekstach tego tomu są częścią mojej osobowości, którą zawsze starałem się oryginalnie kształtować i wzbogacać. Tworzony przeze mnie dziennik był zatem poligonem doświadczalnym i elementem codzienności, która domagała się nowych ujęć i dopełnień. Pomocne w tym względzie były też młodzieńcze rozczarowania lekturami polskiej diarystyki, szczególnie Żeromskim, Gombrowiczem i Tyrmandem, ale też Helingiem-Grudzińskim, Dąbrowską czy Zawiejskim, których uważa się za mistrzów tej formy. Polska literatura pełna jest zarozumialstwa i przekonania o romantycznej wyjątkowości, ale kolejne porażki wynoszonych na szczyty pisarzy, ich nieobecność w świecie, pomijanie przy przyznawaniu wielkich nagród literackich, małe nakłady wydawanych książek, wskazują na ogromne zachwianie równowagi. Egocentryzm naszych autorów nie ma sobie równych, a publikacje podręcznych notatek, nie przeznaczonych do upowszechniania, są może ostatnią próbą tworzenia aury wyjątkowości, która bywa bardzo problematyczna. Uczestniczyłem w smutnych pogrzebach wielu twórców, którzy za życia zapewniali mnie, że tworzą arcydzieło i za chwilę wydobędą z niebytu coś, co oszołomi cały świat, rzuci na kolana Paryż, Nowy Jork, Delhi, Phenian i Wyspy Salomona. Niestety, dni chwały nie nadchodziły, lata mijały, a nowe nagrobki ustalały ostatecznie lokalną hierarchię ważności. Tak twórcy ci wracali w obręb regionalnych statystyk i zdawkowych opisów, tak zyskiwali jedyną rangę pośmiertną w swoich małych ojczyznach, a dawni koledzy i uczestnicy bachanaliów, szybko zapominali o ich wielkości. Ta lekcja bydgoskiego i polskiego zarozumialstwa kazała mi uciekać od mnożenia własnych psychoanaliz i skupiania się na niezwykłości świata, na pięknie natury, na różnorodności literackiej i artystycznej. Przeważała tutaj postawa afirmatywna i próby wzbogacania słowem tego, co inni tworzyli, z czym wychodzili do świata. Pomiędzy ptakami na gałęziach drzew, roślinami fotografowanymi na łące czy w lesie, a zwłokami małej dziewczynki z sycylijskich katakumb, portretami ludzi z olejnych obrazów, a żywym światem, w którym uczestniczyłem była energia, którą starałem się uchwycić i materializować w słowach. Raz mi to się udawało lepiej, raz gorzej, ale zawsze były to próby uczciwe i pełne twórczej pasji – nie zapominałem o tym, że zdarzamy się tylko raz na całą wieczność i życie, pamięć rodziców i bliskich, zobowiązuje nas do tego, by dobrze wykorzystać darowane, bezcenne chwile.

CZARNY WERSET

Twierdza w Erbilu

Twierdza w Erbilu

Gdzie byś nie był i czego nie zrobił
nie zapominaj o czułych nocach
pod gwiazdami

jesteś mężem walki i pragnienia
i nie dostałeś talentów za darmo
dawaj świadectwo i uwierz
w przeznaczenie –

na szczycie zikkuratu w mroku
babilońskiej świątyni ofiaruj
swoje ciało i krew
wieczności

pozwól by chamsin śmierci
szybko rozwiał twój pył

bo tak zostaniesz wrzucony do
jądra galaktyki mknącej ku
Andromedzie

tak staniesz się cząstką
nowego porządku –

znikniesz najdoskonalej
w wersecie blasku
i mroku

Erbil 2011

STWORZENIE

Kolejna wyprawa z aparatem w ręku przyniosła sporo ciekawych zdjęć roślin i ptaków, ale najważniejsze były te długie godziny na powietrzu i rozmyślanie podczas fotografowania. Ile to razy dostrzegłem tajemną strukturę świata przyrody, ile razy jakiś kwiat, krzew, drzewo, odesłały moje myśli ku głębinom wszechświata i pierwotnej energii, z której wzięło się to wszystko. W układzie płatków i pręcików, w rysunku deseni, w barwach i kształtach zapisano siłę i niezwykłość stworzenia, stale generującego nowe byty.

???????????????????????????????

Magnolia

Magnolia

Stokrotki

Stokrotki

Fortergilla gardena

Fortergilla gardena

???????????????????????????????

Żarnowiec miotlasty

Żarnowiec miotlasty

Kalina hordowina

Kalina hordowina

Floks szydlasty

Floks szydlasty

Złotlin japoński

Złotlin japoński

???????????????????????????????

Migdałek trójklapowy

Migdałek trójklapowy

Powojnik alpejski

Powojnik alpejski

TADEUSZ RÓŻEWICZ (1921–2014)

rozewicz tadeusz_5961823

I jeszcze jedna śmierć – wielkiego polskiego poety i dramaturga Tadeusza Różewicza. Myślę, że jego wielkość w jakiś sposób odzwierciedla mój niewielki esej, napisany na kanwie poematu pt. „Złowiony”. Nie przyznano mu Nagrody Nobla, ale to on wyznaczał kierunek polskiej poezji współczesnej i jemu zawdzięcza ona najwięcej.

1. Ryba

Jesteśmy niczym ryba w głębinach wody, niczym światło w przepaściach powietrza. Złowieni, szarpiemy się i szamoczemy, próbujemy wyrwać się śmierci. Ale łowca trzyma silną ręką wędzisko, a linka jest ze ścięgien i żył, z najsilniejszych włókien pręgowanych mięśni. Przed oczyma przepływają obrazy, pojawiają się miejsca i smaki, pierwsze świadome gesty i ostatnie słowa. Opór nie ma sensu i egzystencja nie ma sensu. Nie ma sensu czas i przestrzeń, nie ma sensu n i c. Jest moment ostateczny i chwila pierwsza, jest czas odejścia w wir i szybkiego gaśnięcia świadomości. Ten wir, to miarowy obrót planety, to bieg materii wokół gwiazdy, to monstrualna spirala galaktyki – to ponawiane pulsowanie krwi w skroniach, drżenie obrazów, to walka bezsensowna i bezużyteczna, to ból rozszarpanych ust, to zmasakrowane słowa. Strumień świadomości, strumień nieświadomości – woda bez smaku i bez wymiarów, przezroczysta jak chwile, których nie można już dotknąć, których nie da się pozbierać i nanizać na żyłkę. Woda zapomnienia, powoli oddalającego się świata, myśli zamierającej w ostatnich sekundach. To jest śmierć w zaśnięciu i zaśnięcie śmiertelne, to jest moment zlania się myśli z kosmosem. Opór nie ma sensu, trzeba pogodzić się z przegraną, położyć na grzbiecie i czekać, aż wielkie wędzisko ekspanduje ciało w inny wymiar. Wtedy może wróci spokój, może ożyje ciekawość małego chłopca, może wróci intensywność barw dzieciństwa. Obrazy niczym płyn znieczulający w żyłach, zaczynają krążyć, wirować, otaczać. Pojawia się delikatne kołysanie, pojawia się ukojenie. Nie ma już bólu i nie ma wymiarów, wszystko przenika się i dopełnia, wszystko wzajemnie się wchłania. Mały chłopczyk bystro wpatruje się w rwącą toń. Coś mówi w nim skocz, coś niedotykalnie popycha go w otchłań.

Wpatruje się w siebie i widzi źródło, głębokie i krystalicznie czyste, ale też czarne, przepastne. Próbuje dostrzec w głębi jakiś obraz, jakiś kształt, ale widzi tylko fantomy, dostrzega coś, co zaraz ginie w lepkiej mazi. Patrzy jednak czystym wzrokiem, jego powieki równomiernie mrugają i osłaniają na ułamek sekundy jasne źrenice. Takie same jak rozety w gotyckich kościołach, takie jak koła mknącego pociągu, jak koła młyńskie, jak kształt słońca, jak okrąg księżyca, jak przekroje żył, jak przekroje łodyg, jak przekrój wielkiego wędziska. Jak oczodół źródła. Wpatruje się w nie i staje się nim. Jest w sobie i poza sobą, jest materią wody i wodą uwięzioną w materii, poddaje się ruchom wody i stara się im przeciwstawić, ale stale coś wybija go ku górze, stale moc z głębin wynosi go ku nieistnieniu. Czuje hak, który przebił język i czuje swoje zawieszenie, wie, że odpływa tylko na chwilę, gdy łowca zwolnił hamulec, ale zaraz szarpnie, zaraz pociągnie bezlitośnie. Godzi się na swój los, choć go nie rozumie, poddaje się i chce cierpieć, choć nie wie dlaczego, płynie ku śmierci, choć wszystko jeszcze w nim żyje, wszystko wyrywa się ku głębinom. Już chyba rozumie, że jest źródło i go nie ma, już rozumie, że sam jest źródłem w sobie i poza sobą. Pulsuje i tętni, ogarnia przestrzeń swoją świadomością i przestrzeń wypełnia go bez reszty. Przenika i jest przenikany, łowi świat, bo został złowiony – poddaje się, bo chyba zrozumiał na czym polega jego nieistnienie, chyba zrozumiał czym jest śmierć. Zgodził się przyjąć narzuconą mu logikę snu, który trwa i w którym nie istnieje. Nauczył się we śnie, co to znaczy umierać, nauczył się, choć niczego nie pojął. Pozostał rybą zahaczoną i ciągniętą ku niewiadomej, ciągniętą przez nie wiadomo kogo, ku nie wiadomo czemu. Wie, że to jest podstęp, ale jakby oddala od siebie myśl o nim. Poddaje się sile, poddaje się uwięzieniu, bo one są istotą jego bytu. Tak uczestniczy w zmowie, godzi się na oszustwo, bo tylko tak może istnieć, może kontemplować swoje zawieszenie. Tak przez moment odchodzi w glorii. Ale wie też, że jest w tym coś z błazeństwa, coś z samobójczego śmiechu, jakby diabelskiego skrzeku, jakby histerycznego pisku, jakby opętańczego ryku wreszcie. Ów podstęp obnaża jego zwierzęcość, jego rybią naturę, jego ledwie próbę myślenia o sobie. Godzi się i na to, bo godzić się musi na wszystko. Linka jest coraz krótsza, światło coraz intensywniejsze, bezdenne, duszące powietrze coraz realniejsze. Ale chce go zaznać, chce go doświadczyć, tak jak doświadczył uwięzienia i zawieszenia, jak doświadczył śmierci we śnie i zaśnięcia w śmierci, snu oddalającego realia i zacierającego ślady, snu przerażającego i kojącego, snu ostatniego i pierwszego zarazem, snu w łonie świata i snu, który jest tylko zjawą snu, zjawą istnienia. Chłopczyk wpatruje się czarne źródło, a jego sącząca się woda staje się krwią płynącą z rany na ustach. Z oczu ciekną my łzy, ale on tego nie czuje, on tego nie doświadcza. Istnieje już w innym wymiarze, choć nie wie czy łowca szarpnął wędziskiem, czy to tylko sen przelał się przez brzegi jego trwania. Chciałby jeszcze doświadczyć siebie w sobie, chciałby doświadczyć siebie w źródle i źródła w sobie. Chyba doświadczył dziejącej się śmierci, wpatrzony w źródło doświadczył też snu, I teraz, jak ten chiński poeta, nie wie, czy śniło mu się, że żył, czy może żył we śnie.

2. Poeta

Bóg był w nim i on był w Bogu, płynął przez jakiś czas w jego żyłach, poddawał się dynamice ruchu dookolnego, poddawał się nurtowi. Aż zatracił poczucie samego siebie, zatracił wiarę i przestał od siebie żądać potwierdzenia, że istnieje, że stanowi integralną jakość. Kontemplował otoczenie, które było idealnie przezroczyste i tworzyło coś na kształt schronu. Czuł się bezpieczny w Bogu i niczego nie chciał od świata, niczego nie potrzebował, niczego sobie nie wyobrażał. Sam nie wie kiedy dotarła do niego myśl o kłamstwie i poczuł krew na ustach, zaczął szarpać się, zaczął rozpaczliwie szukać możliwości ucieczki. Nie było już bezpiecznej enklawy, nie było bytu wyższego, był tylko słony smak, był tylko ból. Nie było przeszłości, nie było przyszłości, była tylko zjawiskowa teraźniejszość. Tutaj postanowił się zatrzymać, ale przecież stale krążył w żyłach Boga, stale krążył w żyłach świata, a cóż może paproch rzucany przez nurt. Myślący paproch, kawałek trzciny, myślący okruch świadomości. Może uzmysłowić sobie swoją niemoc, może próbować dotrzeć do początku, może odtworzyć bieg zdarzeń. Ale by tego dokonać musi stać się p o e t ą, musi odnaleźć w sobie ból ryby wyrywanej przez monstrualne wędzisko, musi odnaleźć ból pierwszych chwil poczęcia i ostatnich chwil świadomości, musi odejść, żeby powrócić skonstruowany na nowo, stworzony dla świata i dla samego siebie. Musi poczuć się poetą, intrygującą propozycją dla nowej rzeczywistości i propozycją w opozycji do niej. Wtedy może zatrzyma ruch, wtedy może dotknie niedotykalnego.

Zaczyna od swojego ciała, od przerażającej ciszy ludzkiego ciała. Próbuje uświadomić sobie samego siebie. Chce być w sobie by kontemplować poprzez siebie świat, chce odkryć prawdę o sobie. Napływają pierwsze obrazy i przenikają się jak we śnie – leży na plaży z jakąś kobietą. Ciepły piasek, zakopywanie nóg, przesypywanie drobinek, dotykanie słońca. A teraz wysiada z pociągu w mieście, gdzie się urodził. Wychodzi na ulicę i mija ludzi z obcymi twarzami. Te same domy, te same szyldy, te same kształty i obce twarze. Mija ulicę za ulicą i dochodzi do parku, obrazy nadlatują z nową wyrazistością. Lata szkolne, pierwsze zauroczenia i jakiś mężczyzna chodzący od drzewa do krzewu, od ławki do ławki. Nagle stający przed dziewczętami i odsłaniający pod płaszczem swoją nagość. Wszystko przelewa się, wszystko przenika myśli, wracają piękne dziewczęta i burza hormonów, wracają tamte śmiechy i tamte zauroczenia, ale ze wszystkiego zionie przerażająca cisza. jakby świat znalazł się za dźwiękoszczelną szybą, jakby istniał już tylko dla siebie. Patrzy na dawne miejsca i nie znajduje nic, pochyla się nad wspomnieniami i nie znajduje swojego odbicia, szuka punktu zaczepienia i nie znajduje go w sobie, ani poza sobą. Nagła myśl o nagości przenosi go na ułamek sekundy na Pola Elizejskie, gdzie na plakacie Brigitte Bardot odsłania swoją nagość. Idzie dalej przez ulice wypełnione światłem i myśli o innych ulicach, myśli o śmierci błyskawicznej i gwałtownej, jak tamto odejście młodości, jak tamto zamykanie się nagości, jak nieubłagana chwila przeszła. Jest teraz w Pompejach, ogląda nieistniejące ciała ludzi sprzed dwóch tysięcy lat. Zostały po nich tylko plastyczne odlewy, bo mięso, kości i krew wyżarła lawa. On czuje się podobnie, może jak wydrążony człowiek Eliota, może jak ci ludzie zastygli w swoich kształtach, w swoim przerażeniu. Obrazy przelewają się w nim, znaczenia generują nowe znaczenia, śmierć transponuje się w śmierć. Jest w małym lokalu w olbrzymim mieście, siada przy nim kobieta w zielonej sukni, dotyka go ciepłą ręką. Ma długie nogi, jest młoda i chce by jej postawił kieliszek wódki. Patrzy na nią i pożąda jej, ale myśl o miłości rzuca go do jakiegoś klubu, do innej kobiety, siedzi przy stoliku, pali papierosy i pije piwo.

3. Niebyt

Świat tyle razy rozdwaja się w człowieku, tyle razy zwielokrotnia się i redukuje doznania do zaledwie błysku, do mgnienia świadomości. Jedzie pociągiem do miasta P. i wraca pociągiem z miasta P. Myśli o życiu, a to znaczy, że wpatruje się w śmierć. Rozważa każdy gest i każdy ruch i dochodzi do wniosku, że nic nie dadzą gwałtowne szarpnięcia, nic nie da rozpacz, trzeba się poddać, trzeba zrozumieć, że życie jest tą chwilą od szarpnięcia wędziskiem do wyciągnięcia na brzeg. Życie jest bytem w wodzie niebytu, w przejrzystości i przezroczystości chwil, jest nieustającym pływaniem w nie-macicy. To jest umieranie w       nie-ucieczce, która jest ruchem pozornym, jest martwotą, porażającą ciszą nieistnienia. Wiele razy uciekał, wiele razy próbował przeciwstawić się sile, której nie rozumiał. Myślał o samobójstwie i dochodził do prawd oczywistych, nikomu nie potrzebnych. Ile razy jeden człowiek odbiera sobie życie – myślał – tyle razy cała ludzkość odbiera sobie życie. Widział wyraziście absurdalność istnienia i absurdalność śmierci, ale chciał dotknąć jednego i drugiego. Myślał, że wtedy przeskoczy iskra, a mięso, którym był, stanie się   d u c h e m, przeniknie na wyższy poziom, odgrodzi się od bólu rodzenia i wydalania, odgrodzi się od zwierzęcości i gnicia. Wie, że jest ciągnięty, wie, że kiedyś znajdzie się w innej przestrzeni i dziwi się, że inni ludzie udają, że nie zmierzają ku kresowi. Jego śmierć dokonuje się stale i stale w nim zanika, stale jest potencjalna i stale nie jest bytem. On składa się z chwil, tak jak linia jest sumą punktów i nie ma w nim ciągłości, nie ma jednej rozciągniętej chwili. Pozwala się ciągnąć, ale przecież wszystko w nim rozpacza, wszystko wyrywa się ku innej możliwości, wszystko jej poszukuje. Potwierdza w sobie śmierć i myśli, że w ten sposób ją obłaskawi. Jakby była idiotką z folies-bergére, jakby była płatną dziwką na godziny. Udaje przed sobą, że jego fałsz nie jest fałszem. Udaje, że jest sprytem i przeraża się, gdy dociera do jego świadomości jak daleko zaszedł w oszukiwaniu samego siebie, w oszukiwaniu Boga, w oszukiwaniu świata.

Teraz, w całym swym komizmie, w całej swojej grotesce, siedzi w muzeum Barberini w Rzymie. W niewygodnym, różowym fotelu. Patrzy na ludzi. Jakiś mężczyzna, jakaś kobieta o obfitych kształtach, obraz przedstawiający pieski. Bez znaczenia, bez sensu, bez potrzeby. Kontempluje swoją bezwartościowość, swoją zbyteczność w tej przestrzeni. Wtedy, niczym cios nożem w serce, pojawia się we nagłym śnie obraz matki. Umarłej, drżącej ze strachu w ziemi. Nieszczęśliwej, sennej i skrzywdzonej, matki trupiej i jak on bezwartościowej. I to ona zaczyna mu perswadować jego śmiertelność, jego zaczepienie. Znowu napływają niepotrzebne obrazy, nierealne przestrzenie – jakieś pole, jakiś pastuch, zapach gnoju i śpiew ptaków, wybuch wulkanu Conception, słupy ognia i dymu. Patrzy na to i nie patrzy, dostrzega szczegóły i gubi ostrość przedstawień, coś gdzieś się wydarza, coś gdzieś znaczy, ktoś umiera, wszyscy umierają, wszystko zanika. Umarły syn Gabrielli, cmentarz na którym leży, światłocień, kolory, kwiaty, drewniane krzyże. Wszystko wiruje, wszystko leci donikąd, wszystko wypiera wszystko. Idzie w Ostii po białych kamieniach i myśli o prochach, które rozwiał wiatr. Rzymskie dziewczęta, już dawno umarłe, biegały po nich, rzymskie oddziały, już dawno przepadłe, zmierzały tędy. Decumano Maximo. Czy w takich chwilach jest poetą? Został złowiony, a stale łowi obrazy w swojej świadomości, podąża od miejsca do miejsca, wiruje w nieistnieniu, przemierza wielkie przestrzenie, których nie ma, przenosi się bezszelestnie i bezwiednie, jest n i e b y t e m, straszliwym podwójnym zaprzeczeniem, zwielokrotnionym przekleństwem.

Chciał opowiedzieć o śmierci. Zaczął od bólu ryby złowionej na hak i ciągniętej ku temu, czego nie potrafi sobie wyobrazić. Mówił i zapisywał, chciał pokazać świat w chwili gaśnięcia świadomości, w każdej chwili. Pragnął zrozumieć samego siebie i chciał wyłowić siebie w strumieniu świadomości. Niczego nie osiągnął, niczego nie zobaczył niczego nie dotknął. Był omamem, fantomem bez znaczenia, bez powodu, był nieistnieniem istnienia albo istnieniem nieistnienia, nie było go. Ta próba samobójcza okazała się afirmacją życia, ta pochwała chwil okazała się potwierdzeniem nieustającego umierania, nieustannie lejącej się krwi, nieustającego bólu rozrywanej paszczy, rozrywanych ust. Wydobywany z otchłani wydobywał sam siebie, wydobywany z głębin wydobywał sam siebie, ale nie wydobył niczego, nie wyciągnął niczego, nie zobaczył niczego. Obrazy i kształty migały, wirowały, tak jak w pamięci, tak jak w kinie, tak jak w wodzie migają refleksy światła, tak jak na łące układają się desenie słonecznych promieni, tak jak sieć zmarszczek okrywa twarz pięknej niegdyś kobiety. Chciał opowiedzieć o śmierci, a powiedział o chwili gaśnięcia myśli, chciał złapać Boga na gorącym uczynku, a złapał sam siebie na swoim nieistnieniu. Chciał, choć i to jest wątpliwe czy chciał… Może ledwie pomyślał… Może ledwie uzmysłowił sobie to wszystko w błysku krótszym niż przeskok iskry elektrycznej… Może tak gasła jego świadomość… Może właśnie tak umierał… Może właśnie tak nie umarł…

GABRIEL GARCIA MARQUEZ (1927–2014)

Gabriel Garcia Marquez po bójce z Mario Vargasem Llosą

Zmarł Gabriel Garcia Marquez, kolumbijski pisarz, którego powieści czytywałem w różnych latach, zaczynając od sagi rodzinnej rodu Buendia – Sto lat samotności (1967). Była to zawsze studiowanie trudne, bo twórca ten wprowadzał wiele alternatywnych wątków i postaci, stale odwołując się do tego, co zostało wcześniej powiedziane. Niemożliwa zatem była lektura na raty i za każdym razem zaczynała się i kończyła w ciągu jednego dnia, bezsennej nocy lub jakiegoś chwilowego hotelowego odosobnienia. W moich myślach Macondo urastało do rangi całej Ameryki Południowej, a pułkownik Aureliano Buendia stawał się modelowym przywódcą latynoskim, wszczynającym rewolucje, politykującym dość bezsensownie i będącym wciąż bardzo nieszczęśliwym, co nieomal nie doprowadziło go do samobójczej śmierci. Jesień patriarchy zabrałem kiedyś do Wilna i tam w dość ponurym hoteliku studiowałem dzieje karaibskiego dyktatora, zagłębiając się też w surrealistyczne wizje. Jakoś dziwnie stale w moich myślach pojawiał się wtedy Stalin, którego cień przez wiele lat kalał wileńskie zaułki i place, okrwawiał domy i samotne chaty. Z kolei Miłość w czasach zarazy, o mądrym spotkaniu kochanków sprzed lat i ich małżeństwie przydającym godności, czytałem by napisać esej o tej książce i o dziele Morze, morze… Iris Murdoch i Wieku żelaza J. M. Coetzee’go. To dzieła bliskie tematycznie i mówiące o głupocie młodości, która czasem zostaje naprawiona w późnej starości, ale niestety bohaterowie niewiele już mają czasu – stoją na skraju przepaści, a choć marzy im się młodzieńczy lot nad nią, w pewnym momencie osuwają się w ciemność. Może dlatego cieszą się każdym dniem i rozumieją więcej od innych, a poprzez mediację Marqueza, dzielą się tą wiedzą z wieloma czytelnikami. Mniej ekscytacji wzbudziła we mnie sensacyjna Kronika zapowiedzianej śmierci, chociaż jej echa odnalazłem potem w prozie Goldinga i w powieści Paolo Coelho pt. Demon i panna Prym. To opowieść o ludzkiej niemocy i bezsilności, momentami przerażająca, ale koniec końców zbyt oczywista i zbyt silnie narzucająca autorski dydaktyzm. Ostatnia moja lektura Marqueza, to krótka powiastka pt. Rzecz o mych smutnych dziwkach, w której znowu pojawił się problem destrukcyjnej starości – tym razem zgrzybiały dziewięćdziesięciolatek pragnie spełnić swoją fantazję erotyczną i spędzić gorącą noc z nastoletnią dziewicą. Bardzo mi się ta książka nie podobała, szczególnie sam pomysł narracyjny, ale uznałem ją za przejaw starczego buntu przeciwko przemijaniu i nieuchronności zdarzeń w obrębie jednej biografii. Kolumbijski pisarz wielokrotnie szedł pod prąd, a to manifestując przyjaźń z krwawym Fidelem Castro, a to odbierając Nagrodę Nobla w tradycyjnym, swobodnym latynoskim białym stroju (naigrywano się wtedy, że wyglądał pośród smokingów innych noblistów jakby był w piżamie), a to z kolei upierając się przy tytule swojej ostatniej książki, bo przecież w hiszpańskim oryginale brzmi on: Rzecz o moich smutnych kurwach (Memoria de mis putas tristes). W polskiej wersji złagodzono znacznie określenie tytułowe, chociaż kłóci się to z treścią i sposobem narracji dawnego dziennikarza i dostarczyciela depesz. Głośna też była jego bójka z Mario Vargasem Llosą o honor żony Peruwiańczyka, po której zostało podbite oko i fotografia, upubliczniona po latach w prasie całego świata. W planowanej dużej książce na temat moich lektur największych pisarzy świata, nie zabraknie Gabriela Garcii Marqueza, który mówił o sobie skromnie, że nigdy nie przestał być jednym z szesnaściorga dzieci telegrafisty z Aracataki w północnej Kolumbii, a przecież osiągnął w literaturze wszystko, o czym tylko mógłby zamarzyć, łącznie z uznaniem Stu lat samotności za dzieło równie wielkie jak Don Kochot Cervantesa, choć to przecież związana z szumem medialnym przesada, którą szybko zweryfikuje ostateczne odejście pisarza, nowe biografie i monografie jego twórczości.

« Older entries Newer entries »