DZIENNIK ORNITOLOGA 2008–2014

DziennikOrnitologa2

Nadszedł czas ogromnej aktywizacji i pracy nad ważnymi dla mnie książkami. To z jednej strony przygotowanie obszernego tomu wierszy zebranych, a ze strony drugiej praca nad monografią o życiu i twórczości Cypriana Norwida i jakby domknięcie kwartetu książek o wielkich romantykach polskich. Do tych zajęć dochodzi jeszcze stworzenie papierowej edycji mojego dziennika, który jak dotąd dostępny był tylko w wersji elektronicznej. Oto wstęp do tej ostatniej książki, w którym starałem się nakreślić okoliczności powstania i to, co miało wpływ na powstawanie kolejnych cząstek.

Przez wiele lat broniłem się przed pisaniem dziennika, aż w końcu, w kwietniu 2008 roku, założyłem blog i wprowadziłem pierwszy wpis. Nie wiedziałem, że spowoduje to tak wielką aktywizację, a umieszczanie kolejnych tekstów stanie się dla mnie tak ważne i ekscytujące, nieomal rytualne. Początkowo pisałem „o wszystkim”, ale z czasem zacząłem wprowadzać cykle, które zaczęły się układać w integralne całości. W takim rozumieniu Dziennik ornitologa stał się rodzajem notatnika, w którym kształtowały się pierwsze wersje esejów, wspomnień, ale też stale pojawiały się typowe dla diarystyki cząstki, noty, dotknięcia konkretnych zdarzeń i tego, co działo się w moim życiu. Myślę, że wielką rolę odegrała tutaj też niezwykle inspirująca podróż na Florydę, gdzie spędziłem kilkanaście dni, podglądając amerykańskie ptaki, wędrując pomiędzy zatokami i rozkoszując się sytuacją, w której się znalazłem. To były święte chwile i moje zapatrzenie w Zatokę Meksykańską, kontemplowanie rzeczywistości tropikalnej przestrzeni zaowocowało notatkami, które stały się zaczątkiem tego dziennika. Choć od tamtego czasu minęło już sześć lat, stale mam przed oczyma barwne baseny jachtowe, ogromne przestrzenie błękitu, skrzydlate stworzenia na brzegach i w koronach palm, a nade wszystko pamiętam myśli, zapisywane wiersze i fragmenty wspomnień. Po powrocie do Polski znalazłem stronę WordPressu, na której zainicjowałem bloga, wyrabiając miesięczną normę zapisanych stron, czasem wykazując ogromną aktywność, innym razem milcząc dość długo. Ale taki jest charakter dziennika i czytując książki tego typu innych autorów, często bardzo znanych i cenionych, także zauważam dłuższe okresy posuchy pisarskiej. W momencie, gdy zacząłem zamieszczać cykle poświęcone starożytności, malarstwu, dawnym zbiorom czy elementom naszego świata, pojawiła się dynamika, która czasami bardzo mnie zaskakiwała.

Starałem się nie wchodzić za bardzo w polemiki z barbarzyńcami kultury, którzy zawsze pojawiali się przy mnie – doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli ktoś ma „napęd” do pisania, staje się automatycznie przeciwnikiem tych, którzy męczą się nad kartką papieru lub mają problemy z własną osobowością. Często persony te zrozumiały, że ich życie nie miało sensu, albo było pasmem porażek, nieustannych potknięć, wokół których budowali ogromne mitologie. Ale w pewnym momencie zacząłem też zamieszczać teksty polemiczne, albo wręcz „bojowe”, które zawsze powstawały, choć niewiele dawałem ich w wersji internetowej. Tutaj publikuję całość materiału, który powstawał w ostatnich latach, nie cenzurując już niczego, a szczególnie tekstów związanych z ludźmi z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego i innych przestrzeni, w których działałem. Zawsze starałem się być obiektywny i porządny, w tym co robiłem, ale pechowo moje pierwsze lata w środowisku artystycznym Bydgoszczy związane były ze znajomością z Grzegorzem Musiałem. Myślałem, że chciał pomagać młodszemu koledze, torować mu drogę przez rozmaite chaszcze i wiatrołomy literackie, ale szybko okazało się, że chłopaczek, jakim byłem, interesował go z innego powodu. Tworzone przez niego powieści były pochwałą określonej orientacji seksualnej i dość nachalną, krzykliwą próbą stworzenia własnej legendy. Szybko zatem zerwałem tę znajomość, nie wiedząc, że dawny kolega, srodze zwiedziony w swoich zapędach, zacznie mi zrzucać na głowę różnorakich ważnych, życiowo świetnie usadowionych przyjaciół i rozpęta się prawdziwe piekło nienawiści i pomówień, zafałszowanych ocen i deprecjacji. Teraz, po latach, gdy czytam prozę tego człowieka strasznie mi go żal, bo z jego marzeń o sławie pisarskiej nawet nikłe koła na wodzie nie zostały i kto tam pamięta o tych jego „sklejankach” prozatorskich i pochwałach kolejnych przyjaciół. Myślę, że Bydgoszcz wcale nie jest miastem trudniejszym od innych dużych aglomeracji, choć może zarozumialstwo tutaj jest większe niż gdzie indziej, a profil lokalnych Napoleonów znacznie wydłużony, żywo przypominający odbicia postaci w krzywych zwierciadłach.

Pisanie dziennika jest ocalaniem świata, który się wydarzył, ale – przynajmniej w moim przypadku – jest też próbą tworzenia nowych przestrzeni istnienia. Zainteresowania, które odzwierciedlają się w kolejnych tekstach tego tomu są częścią mojej osobowości, którą zawsze starałem się oryginalnie kształtować i wzbogacać. Tworzony przeze mnie dziennik był zatem poligonem doświadczalnym i elementem codzienności, która domagała się nowych ujęć i dopełnień. Pomocne w tym względzie były też młodzieńcze rozczarowania lekturami polskiej diarystyki, szczególnie Żeromskim, Gombrowiczem i Tyrmandem, ale też Helingiem-Grudzińskim, Dąbrowską czy Zawiejskim, których uważa się za mistrzów tej formy. Polska literatura pełna jest zarozumialstwa i przekonania o romantycznej wyjątkowości, ale kolejne porażki wynoszonych na szczyty pisarzy, ich nieobecność w świecie, pomijanie przy przyznawaniu wielkich nagród literackich, małe nakłady wydawanych książek, wskazują na ogromne zachwianie równowagi. Egocentryzm naszych autorów nie ma sobie równych, a publikacje podręcznych notatek, nie przeznaczonych do upowszechniania, są może ostatnią próbą tworzenia aury wyjątkowości, która bywa bardzo problematyczna. Uczestniczyłem w smutnych pogrzebach wielu twórców, którzy za życia zapewniali mnie, że tworzą arcydzieło i za chwilę wydobędą z niebytu coś, co oszołomi cały świat, rzuci na kolana Paryż, Nowy Jork, Delhi, Phenian i Wyspy Salomona. Niestety, dni chwały nie nadchodziły, lata mijały, a nowe nagrobki ustalały ostatecznie lokalną hierarchię ważności. Tak twórcy ci wracali w obręb regionalnych statystyk i zdawkowych opisów, tak zyskiwali jedyną rangę pośmiertną w swoich małych ojczyznach, a dawni koledzy i uczestnicy bachanaliów, szybko zapominali o ich wielkości. Ta lekcja bydgoskiego i polskiego zarozumialstwa kazała mi uciekać od mnożenia własnych psychoanaliz i skupiania się na niezwykłości świata, na pięknie natury, na różnorodności literackiej i artystycznej. Przeważała tutaj postawa afirmatywna i próby wzbogacania słowem tego, co inni tworzyli, z czym wychodzili do świata. Pomiędzy ptakami na gałęziach drzew, roślinami fotografowanymi na łące czy w lesie, a zwłokami małej dziewczynki z sycylijskich katakumb, portretami ludzi z olejnych obrazów, a żywym światem, w którym uczestniczyłem była energia, którą starałem się uchwycić i materializować w słowach. Raz mi to się udawało lepiej, raz gorzej, ale zawsze były to próby uczciwe i pełne twórczej pasji – nie zapominałem o tym, że zdarzamy się tylko raz na całą wieczność i życie, pamięć rodziców i bliskich, zobowiązuje nas do tego, by dobrze wykorzystać darowane, bezcenne chwile.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: