OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (14)

Był już wieczór… Zdjąłem jej delikatny, czerwony sweterek z kaszmirowej wełny, a potem rozpiąłem zamek obcisłych dżinsów Rifle i zobaczyłem czarne, lśniące figi z koronką po bokach. Ona też była niecierpliwa i rozbierała mnie tak energicznie, że bałem się, że podrze mi spodnie i koszulę. Przeniosłem ją na łóżko, zsunąłem lekko czarny staniczek typu Bardotka, ona sama zdjęła majtki i przywarłem do niej, czując oszałamiające ciepło i zapach jej rozpuszczonych włosów. Sięgnęła lewą ręką ku niewielkiemu stoliczkowi, na którym stał magnetofon szpulowy i przełączyła pokrętło. Natychmiast rozpoznałem Schody do nieba zespołu Led Zeppelin i zrozumiałem, że nasze spotkanie ma być jak ta ballada, na początku spokojna, rozpędzająca się powoli, a potem, szybka, jakby  śpiewana przez Roberta Planta zza grobu. Ach, byłem już w niej i falowaliśmy namiętnie, całując się w usta, pieszcząc skórę ud i pleców, obiegając językiem zagłębienia i krzywizny naszych ciał. Nie mógłbym wymarzyć sobie piękniejszej dziewczyny i żadna inna nie dałaby mi tyle ciepła, żadna nie zlałaby się ze mną tak doskonale. Przyspieszałem i zwalniałem, a czasem prawie wysuwałem się z niej, czując, że mnie przyciąga i oczekuje nowego ataku. To najbardziej ją podniecało i zarazem drażniło, gdy zastygałem w bezruchu. Potem dawało jej ognistą rozkosz, gdy znowu rytmicznie poruszałem się do przodu i do tyłu. Szybko poczuliśmy pot na naszych ciałach i pościel też stała się wilgotna. Z magnetofonu dolatywały dźwięki następnych piosenek Led Zeppelin i metaliczny głos wokalisty stawał się dziwnym komentarzem do tego, co rozgrywało się między nami.

            – Powiem ci, gdy zabrzmi moja ulubiona pieśń – wyszeptała wciąż mnie całując i pieszcząc leciutko moją szyję.          

            – Myślałem, że najbardziej lubisz Schody do nieba… – powiedziałem między szybkimi oddechami.

            – Nie… – zaprzeczyła i dalej całowała mnie, jakby robiła to pierwszy raz.

Właśnie zaczęła się Pieśń imigranta i dostroiłem do niej swoje ruchy, na co ona zareagowała, przyciskając mnie jeszcze mocniej do siebie. Nic nie mówiła, więc nie chodziło o utwór, którego tyle razy słuchałem w swoim pokoju. Uwielbiałem zakładać słuchawki i robiąc maksymalną głośność, czekałem na słynny okrzyk Roberta  Aaaaa… na początku utworu, powtarzany potem równie energicznie kilka razy. I na te jakże tajemnicze słowa: We come from the land of the ice and snow/ From the midnight sun where the hot springs flow/ The hammer of the gods/ Will drive our ships to new lands/ To fight the horde, sing and cry/ Valhalla, I am coming.  Słuchałem pieśni i wyobrażałem sobie nieznanego wikinga, migrującego ku obcym ziemiom, walczącego z hordami przeciwników, ginącego od ciosu miecza, a potem zabranego z pola bitwy przez walkirie i bytującego w szczęśliwej Valhalli.  Teraz tą mityczną krainą było jej rozpalone ciało, w które wnikałem raz po raz i które lokowałem pośród dziwnej transcendencji muzyki, głosu Planta i cichych jęków rozkoszy.

            Przestaliśmy na chwilę i położyliśmy się obok siebie, ciężko oddychając, jakbyśmy przebiegli sprintem sto metrów. Uśmiechała się do mnie i głaskała moje piersi prawą ręką, a ja odpowiadałem tym samym, wodząc dłonią po jej kształtnym udzie i kolanie oplatającej mnie nogi. Z głośnika dobiegały dźwięki kolejnych utworów – Whole Lotta Love, Black dog, Dazed and Confused,  Kashmir, The Ocean, ale ona nie odzywała się, wystawiając moją ciekawość na solidna próbę. Wreszcie, gdy zaczął kończyć się Heartbreaker, spojrzała na mnie i szepnęła.

               – Teraz… Marzyłam wiele razy, że będę kochać się z tobą, a w tle rozbrzmiewać będzie ten wspaniały hymn wolności i walki, hymn niezgody na zło… Proszę Cię kochanie, wejdź jeszcze raz we mnie i postaraj się zrozumieć o czym śpiewa Plant…

Lekko rozchyliłem jej uda i wsunąłem się w nią delikatnie, omdlały z rozkoszy, jakbym sam wkraczał do Valhalli. Z głośnika dobiegły wyraziste riffy gitarowe Jimmie’ego Page’a i Robert zaintonował opowieść o mistycznym kwietniowym poranku:  It was an April morning when they told us we should go/ As I turn to you, you smiled at me/ How could we say no? Zauważyłem, że poczuła omdlewającą błogość i kochała się ze mną czule, jakby cicho szepcząc słowa ballady: Oh, the fun to have/ To live the dreams we always had/ Oh, the songs to sing/ When we at last return again. Tak, przeznaczeniem tej muzyki było ilustrować dynamiczną miłość młodych ludzi, splecionych w uścisku i doskonale do siebie pasujących. Wyczułem to znakomicie i raz jeszcze dostosowałem ruchy do uderzeń perkusji i riffów Page’a. Głos Planta przenikał nas na wskroś, a tajemnicze słowa otwierały jaźń i wytrącały z bytu: Slipping off a glancing kiss/ To those who claim they know/ Below the streets that steam and hiss/ The devil’s in his hole/ Oh, to sail away/ To sandy lands and other days/ Oh, to touch the dream. Tak snuła się w nas opowieść o Achillesie i jego ostatniej walce w obronie dobra i miłości, tak wybrzmiewała zapowiedź buntu przeciwko diabłu i jego niecnym podstępom. W mojej świadomości mieszały się krainy mityczne, smaki i zapachy, a jej ciało działało jak narkotyk, wciąż generując nowe obrazy, pozostające w korespondencji z pieśnią Led Zeppelin i eksplozją dźwięków, trafiającą do samych trzewi: Oh, to ride the wind/ To tread the air above the din/ Oh, to laugh aloud/ Dancing as we fought the crowds, yeah/ To seek the man whose pointing hand/ The giant step unfolds/ With guidance from the curving path/ That churns…  I kręciło się… jakże kręciło się… wirowało w nas i nad nami, jakbyśmy byli pijani albo naćpani, a przecież byliśmy trzeźwi, celowo niczego nie wzięliśmy, by czuć wszystko dokładnie. 

Plant śpiewał, gitary jęczały żałośnie, ona oddychała pełną piersią, a dzwony rozdzwoniły się nie tylko dla króla Wszechświata, one biły dla naszych serc, które odnalazły się podczas gorącego lata, biły dla naszego dziecka, które rosło gdzieś, jeszcze nie istniejąc: If one bell should ring/ In celebration for a king/ So fast the heart should beat/ As proud the head with heavy feet, yeah/ Days went by when you and I/ Bathed in eternal summer’s glow/ As far away and distant/ Our mutual child did grow. Znowu przyspieszyłem mój rytm i byłem Achillesem walczącym  z Albionem, synem Posejdona i krainą z białymi skałami, która wypływała z mgły przed starożytnymi żeglarzami. Byłem mocarny jak Atlas utrzymujący balans pomiędzy niebem i ziemią, wciąż dźwigający strop niebieski i oddalający dziejową katastrofę: Oh Albion remains/ Sleeping now to rise again/ Wandering and wandering/ What place to rest the search?/ The mighty arms of Atlas/ Hold the heavens from the earth/ For the mighty arms of Atlas/ Hold the heavens from the earth/ From the earth. Utwór zbliżał się do końca i nagle, jak na komendę odsunęliśmy się od siebie, dopiero teraz widząc, że zapadła ciemna noc. Jeszcze usłyszeliśmy ostatnie deliryczne słowa wokalisty: I know the way… I know the way… I know the way… i zasnęliśmy twardo, śniąc o Valhalli, dziwnej, tajemnej, niewidzialnej Valhalli… I tylko pieśń nie chciała się skończyć i nie przestawała wirować ponad nami powtarzanymi wciąż frazami :

Oh, oh, oh, oh, oh, oh oh

Oh, oh, oh, oh, oh, oh oh

Ah, ah, ah, ah

Ah, ah, ah, ah

Ah, ah, ah, ah

Ah, ah, ah, ah

Ah, ah, ah, ah

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

<span>%d</span> blogerów lubi to: