BIBLIOTEKA

1

Biblioteka towarzyszy nam przez całe życie, a szczególną wagę ma dla humanistów i ludzi kochających książki, gromadzących je na półkach z potrzeby serca i zamiłowania. To jest chęć posiadania cząstki dziedzictwa wielkich pisarzy, to pragnienie otaczania się tymi, którzy nas zafascynowali i swoim artyzmem wiele razy przenosili do światów własnej imaginacji. Książka pełni funkcję poznawczą, a lektura staje się rodzajem zakazanej przyjemności, która pojawia się, gdy mamy na nią czas i rozluźniamy się, czynnie wypoczywamy, chłonąc to, co zostało zapisane na papierze, wyobrażając sobie zdarzenia, typy ludzkie i przestrzenie, w których bytują. Ważny jest też walor estetyczny, gdy pięknie wydane książki, poustawiane na półkach, najlepiej za szybkami, stanowią o charakterze mieszkania, tworzą aurę bogactwa intelektualnego, z którego można korzystać do woli i wybierać z mnogości, z wielkiej obfitości, przenikając wieki i dziesięciolecia. Moja pierwsza biblioteka składała się z trzech, może czterech półek i pojawiła się w jednym z zakamarków mieszkania rodziców, a wypełniły ją książki przywiezione od dziadków, wydarte ogniowi, bo leżały już przygotowane do spalenia w piecu. Trudno mi dzisiaj wskazać jakieś konkretne tytuły, ale na pewno była tam cieniutka książeczka Leonarda Życkiego pt. Bajki matki Sirabili, w której znalazły się proste opowieści z Afryki. Pamiętam jakie wrażenie zrobiły na mnie, gdy czytała mi je mama, a potem, gdy wielokrotnie wertowałem stronice i przyglądałem się stylizowanym zwierzętom i wyobrażeniom czarnych postaci. Dawno zapomniałem o tej książeczce, wydanej w 1964 roku, miałem tylko jakieś jej mgliste wyobrażenie, ale potęga Internetu jest ogromna i wpisując określone hasło, łatwo ją znalazłem, pamiętając, że na okładce było wyobrażenie afrykańskiej maski z rogami. Zdaję się, że ta egzotyczna inicjacja dziecięcej wyobraźni wpłynęła potem na moje szczególne zainteresowania Czarnym Lądem, studiowanie map, czytanie wielu dzieł podróżniczych, gromadzenie widokówek i znaczków pocztowych. W tej mojej pierwszej biblioteczce była na pewno książka Wernera Legère’a Zaginiony wśród korsarzy i Cuszima Aleksego Nowikowa-Priboja, były też Baśnie Hansa Christiana Andersena. Książki te przeglądałem i poczytywałem, ale były one jeszcze dla mnie za trudne, miałem przecież ledwie siedem lat. Wielokrotnie je przestawiałem i układałem według wielkości na półkach, co sprawiało mi już wtedy ogromną przyjemność i było wstępem do późniejszych nieustannych zmian w zakresie ustawień tomów, całych serii edytorskich, a nawet prawdziwych białych kruków.

3

W okolicach czwartej klasy szkoły podstawowej zacząłem czytać książki Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego i jego łowach na dzikiego zwierza. Przypadkiem w bibliotece był tylko tom o podróży do Afryki i od niego wszystko się zaczęło, spowodowało lawinę wyobraźniową i prawdziwe wejście do świata książki. Szybko pochłaniałem kolejne tomy z tej serii i otwierałem się na przebogate informacje geograficzne i zoologiczne, które w nich się znajdują. Akurat otwarto osiedlową bibliotekę, w piwnicy jednego z pobliskich wieżowców, a potem we wspaniałym, nowym lokalu, więc zapisałem się i przynosiłem do domu coraz więcej różnorakich woluminów. Czytałem przede wszystkim książki przygodowe i szybko wyodrębniłem serie, w których je publikowano, ale też zacząłem sięgać po poważniejsze tytuły, rzucając się wybory wierszy, powieści i opracowania popularnonaukowe. Pamiętam jak przyniosłem duże, pięknie ilustrowane wydanie Boskiej komedii Dantego i niewiele z niej rozumiejąc, czytałem mechanicznie, większą uwagę skupiając na niezwykłych obrazach. Z większym samozaparciem brnąłem przez Don Juana Byrona i wiersze Juliusza Słowackiego, choć i tutaj miałem problemy z przyswojeniem sobie treści, gubiłem wątki i miewałem momenty zniechęceń albo wręcz buntu. Patrząc na te zmagania z perspektywy minionego czasu, widzę ze zdumieniem, że prowadziły mnie one ku głównym nurtom moich zainteresowań literackich i późniejszych samodzielnych prób pisarskich. Wraz z ożywieniem czytelniczym, wejściem w okres licealny, a potem studencki, rosły moje domowe biblioteki, choć zawsze ograniczone one były warunkami lokalowymi rodziców. Na szczęście w tamtych czasach można było łatwo sprzedać książki w antykwariatach, więc wymieniałem je często, a za uzyskane pieniądze kupowałem stale sporo nowych tomów. To był już czas pierwszego pisania wierszy i szczególnego zainteresowania światową poezją – na półkach pojawiły się tomy z serii celofanowej, wiśniowe i beżowe, skóropodobne okładki serii klasyki polskiej i obcej, a także pierwsze zestawy dzieł zebranych różnych pisarzy, np. Słowackiego, Conrada i Gałczyńskiego. To był jeszcze groch z kapustą, ale powoli serie wydawnicze kształtowały profil mojej późniejszej biblioteki, którą rozwinąłem po ślubie i zamieszkaniu we własnym lokalu. Warto w tym miejscu powiedzieć o tym, że wtedy książki łowiło się jak cenne okazy, bo był na nie wielki popyt, a niskie ceny sprzyjały zakupom. Akurat Marek Czuba, mój kolega z liceum, podjął pracę jako szef księgarni przy ulicy Koronowskiej i zostawiał mi tam wiele tytułów, które regularnie wykupywałem i znosiłem w wielkich ilościach do domu.

2

Richard Lydekker i jego dzieło – Zwierzyna łowna Afryki (wyd. II, 1926)

Jeszcze pod koniec liceum wpadła mi ręce książka niezwykła, która odegrała ogromną rolę w zakresie kształtowania się moich zainteresowań podróżniczych, a także nauki języka angielskiego. Będąc raz w Antykwariacie Naukowym, na Starym Rynku w Bydgoszczy, znalazłem na półce gruby tom, oprawiony w płótno i skórę pt. The Game Animals of Africa. Dzieło zostało wydane w 1926 roku w Londynie, a jego autorem był Richard Lydekker (1849–1915), wielki angielski naturalista i geolog, autor wielu wspaniałych, bogato ilustrowanych prac. Nie wiem skąd miałem wtedy tak duże pieniądze, ale za sporą sumę zakupiłem ten tom i zacząłem go regularnie studiować. Na początku miałem spore trudności, ale licealne lekcje języka angielskiego i intensywne uczenie się słówek, spowodowały, że kolejne rozdziały odsłaniały się przede mną z coraz większą wyrazistością. Już we wstępie autor wskazuje złożoność spraw, które opracował, a choć nie przepadałem za łowiectwem, czerpałem z tej różnorodności ujęć i uczyłem się zoologii i geografii: Two points in connection with the African continent demand brief mention: firstly, its enormous area, about four times that of India; and, secondly, the marked distinction of the fauna of Africa north of the Sahara, or north of the tropic of Cancer, from the of all the vast region to the southward of the same. Northern Africa is, in fact, so far as its animals are concerned, a part of Europe. We have, for instance, in this area such groups as deer, sheep, goats, and bears, which are conspicuous by their absence from the rest of the continent, exept so far as sheep and goats have penetrated some distance into the highlands of the north-eastern corner. On the other hand, what may be called the characteristic African animals are to a great extend wanting from the tract north of the Sahara. Rzeczywiście niedźwiedzie nie występują w Afryce, a fauna na północ od zwrotnika Raka różni się znacznie od Afryki na południe od Sahary, nazywanej niegdyś Etiopią. To porównanie do Indii nie jest dowolne, bo Lydekker odbył wielką podróż na ten azjatycki subkontynent, a także zgromadził tam wielkie zbiory fauny, skamielin i minerałów, które przekazał Muzeum Historii Naturalnej w Cambridge. Owocem wyprawy było też dzieło z 1900 roku pt. The Wild Animals of India, Burma, Malaya, and Tibet, a także współpraca z encyklopedią Britannica. Książka wielkiego Anglika odtąd stała się cenną częścią mojej biblioteki i wielokrotnie ją pokazywałem zaprzyjaźnionym osobom, a także kolejnym moim dziewczynom, które najczęściej nie wykazywały w tym względzie zbyt wielkiego zainteresowania i nie podzielały mojego entuzjazmu. Jedna z nich powiedział wprost: Co ty mi tu kozy będziesz pokazywał…? Mamy chatę wolną, to skaczemy do łóżka… Co było robić, na chwilę odłożyłem pracę Lydekkera i zacząłem studiować inną anatomię…        

4

Okapi

Książka angielskiego zoologa szczególnie przydała mi się, gdy czytałem o łowieckich przygodach Wilmowskiego w Afryce. Akcja oparta została tam na poszukiwaniach i odkryciu legendarnego zwierzęcia, żyjącego w dżunglach Kongo (Ituri), dobrze znanego Pigmejom, ale do roku 1901 będącego wielką zagadką dla cywilizowanej ludzkości. Odkrył ją Sir Henry „Harry” Johnston (1858–1927), organizator ekspedycji, która dostarczyła pierwszy okaz do Europy i wywołała tym wielkie poruszenie. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to zwierzę powstałe w wyniku naturalnej krzyżówki – zaliczono je do żyrafowatych, ale kształt ciała i ubarwienie pasiaste na kończynach wskazywać może, że gatunek ten powstał z połączenia żyrafy i zebry, choć jeszcze zagadką pozostaje uzębienie, tak charakterystyczne dla rogatych przedstawicieli afrykańskiej fauny. Bardzo płochliwe zwierzę żyje na terenach bagnistych i na porośniętych dżunglą wzgórzach, czasem po kilka rozdzielonych osobników w jednym rejonie. Żywi się głównie roślinnością i grzybami, a swoje terytorium znakuje moczem i specjalnie wydzielanymi hormonami. Znane było dość dobrze starożytnym Egipcjanom dwunastej dynastii jako afrykański jednorożec, a Pigmeje od dawien dawna używali jego skóry do wykonywania ozdobnych okryć ciała. Tak jak żyrafa, okapi ma długi fioletowy język, który służy mu do zrywania wyżej położonych liści i gałązek, a także jest na tyle giętki, że może obmyć powieki i wyczyścić dość duże uszy. Zwierzę jest bardzo płochliwe, a stale zagrożone przez polujące na nie lamparty, dobrze się maskuje, w czym bardzo pomaga jego rdzawe ubarwienie i pasiaste desenie na szyi i nogach. Z racji tego, że podejrzewa się iż wizerunek egipskiego boga Seta ma w sobie elementy fizjonomii okapi, formułuje się tezę, że zwierzę to występowało niegdyś w rozlewiskach doliny Nilu Błękitnego, szczególnie w okolicach wodospadów Tissisat. U Szklarskiego, w powieści dla młodzieży, znalazłem tylko podstawowe informacje o tym ssaku, ale u Lydekkera było ich prawdziwe bogactwo i tłumaczyłem poszczególne strony z ogromną frajdą. Jakież to musiało być interesujące także dla czytelników w Europie, na początku dwudziestego wieku, tym bardziej, że zdobycie tych wiadomości okupione zostało wielu trudami, a kolejne wyprawy dotrzeć musiały do samego centrum Afryki, przedzierając się przez gęstą, bagnistą dżunglę. Liczni myśliwi udawali się wtedy na Czarny Ląd by upolować najciekawsze okazy, powszechnie mordowano słonie i nosorożce, żyrafy i zebry, antylopy i dzikie koty, ale prawdziwym łupem tego rodzaju zbójników było okapi. Na szczęście od 1932 roku zwierzę to jest pod całkowitą ochroną, a liczne okazy zobaczyć można w ogrodach zoologicznych, które znacznie przyczyniły się do zachowania tego gatunku. Na przykład w Antwerpii urodziło się już w niewoli czterdzieści siedem osobników, w San Diego trzydzieści osiem, a w angielskim Bristolu trzydzieści siedem.

5

Jakże piękny był to czas, gdy zamknięty w moim małym pokoiku na osiedlu Błonie, ze ścianami obwieszonymi mapami i fotografiami podróżników oraz dalekich lądów, studiowałem kolejne rozdziały dzieła Richarda Lydekkera. Oczarowany też magią powieści podróżniczych i książek opisujących dalekie wyprawy, najczęściej do Afryki i Ameryki Południowej, nie przykładałem wagi do etycznego aspektu zabijania dzikich zwierząt. Dopiero z upływem lat zacząłem się buntować przeciwko temu, stając się zwolennikiem szeroko rozumianej ekologii i pozostawiania poszczególnych gatunków w ich ekosystemach. Teraz owa spora księga, prezentująca zwierzynę łowną Afryki, służy mi jako atlas zwierząt, który wydobywam z biblioteki gdy oglądam filmy przyrodnicze albo czytam książki. I choć najczęściej są to utwory literackie – na przykład afrykańskie powieści Le Clezio, Smutek tropików Levi-Straussa, Zielone piekło Maufraisa – to czasami trzeba zerknąć do tej pracy, coś porównać, coś sobie przypomnieć. Zaletą tej książki są dobrze przygotowane tablice poglądowe, a choć nie mogą się one równać ze współczesnymi, barwnymi atlasami, to delikatna sepia, jaką zostały wydrukowane też ma swoją wartość. Telewizja prezentowała w tamtych latach czasami jakieś filmy przyrodnicze, ale była ona jeszcze wtedy czarno-biała i nie mogła konkurować ze źródłowymi opisami i wielkimi książkami podróżniczymi. Sporą rolę odegrała też tutaj moja wyobraźnia i marzenia o wyprawach  do Afryki, Australii i obu Ameryk, co w jakiś sposób się ziściło i mam nadzieję, że jeszcze nie raz ruszę ku dalekim celom. Nie byłem jeszcze w Afryce, ale nie chciałbym pojechać na reżyserowane safari, jeśli już, to pragnąłbym przemierzać jakieś ostępy, zagubione miejsca, szlaki, którymi nie wędrują zwykli turyści. Dzisiaj, gdy mamy wiedzę o licznych zagrożeniach , czyhających dzikich zwierzętach, wężach i owadach roznoszących bakterie, tym bardziej musimy podziwiać pionierów, którzy dla dobra nauki szli często w nieznane, płacąc niejednokrotnie życiem za swoje marzenia i naukową pasję. Łatwo się teraz ogląda kolejne tablice, prezentujące różnorodne antylopy, nosorożce, żyrafy i zebry, głowy drapieżników, zgromadzone obok siebie, na jednej stronie, ale przecież ktoś musiał je wcześniej upolować, zdobyć okazy, wypchać je, zakonserwować i przywieźć do Europy, gdzie rysownicy mogli je spokojnie i wiernie odwzorować. To osobna strona książek tego typu, która przyczyniła się bardzo do poznania świata zwierząt i roślin, dalekich krain i ich mieszkańców. Obok gazet z końca dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku tego rodzaju publikacje stawały się kamieniami milowymi w procesie naukowego opisu nieznanego.

6

Każda książka w bibliotece ma swoją historię, która trudna jest do odtworzenia, choć czasem udaje się coś wywnioskować z zachowanych w niej zapisów, pieczątek, odręcznych adnotacji. The Game Animals of Africa została wydrukowana w Edynburgu w drukarni R. & R. Clarków i tam zapewne została kunsztownie oprawiona. Jest to drugie wydanie, z krótkim wstępem J. G. Dollmana, a wydawcą była londyńska firma wydawnicza Rowland Ward. Zastanawiam się ilu ludzi musiało ją mieć w swoich rękach i ilu było przede mną jej właścicielem? Trafiłem na tak specjalistyczną książkę w bydgoskim Antykwariacie Naukowym, więc musiała trafić do mojego miasta w jakiś bardzo pokrętny sposób. A może ktoś przywiózł ją prosto z wysp brytyjskich lub trafiła od razu do którejś z księgarń niemieckich i szlakami zaborczymi dotarła do Brombergu. Dość dobrze się z nią obchodzono, nie spadła nikomu z wysokości na ziemię, bo byłyby tego ślady na tak misternej, płócienno-skórzanej okładce. Znalazłem w niej tylko ołówkiem zapisaną cenę z antykwariatu, a na poszczególnych stronach nie ma ani jednej adnotacji, żadnego podkreślenia. Zawsze szanowałem książki, więc nie ma w niej także moich podkreśleń i zaznaczeń, a w procesie tłumaczenia kolejnych rozdziałów żmudnie przepisywałem fragmenty. Przypomina mi się w tym miejscu mój pobyt w Stanach Zjednoczonych w 2002 roku, kiedy to przyjaciółka zabrała mnie do jednego z domów na tzw. garage sale lub yard sale, gdzie sprzedawano rzeczy po zmarłej osobie. Moją szczególną uwagę przyciągnęły książki – bogato ilustrowane atlasy, albumy malarstwa, całe zestawy dzieł wielkich pisarzy i poetów. Jakże żałowałem, że nie mogę wziąć wielu spośród tych książek do Polski, a przesyłka, z racji wysokich kosztów, też raczej nie wchodziła w grę. Książka Lydekkera też mogła trafić na jakąś europejską aukcje, mogła też podróżować po wielkim Imperium Brytyjskim, zahaczając o Australię, Nową Zelandię, Kanadę czy jakieś wyspy na oceanach, ale najpewniej trafiła do polski prostą drogą z Anglii. Zastanawiające jest tylko lekkie sfalowanie kartek, które może wskazywać na to, że przez jakiś czas dzieło znajdowało się w klimacie wilgotnym, co przy jego specjalistycznej tematyce mogłoby wskazywać na Afrykę. Stałem się jego właścicielem i na jakiś czas przechowałem w mojej bibliotece, skąd ruszy dalej po jakimś czasie. Może trafi wraz z wszystkimi moimi książkami do jakiejś większej instytucji, albo zostanie sprzedana przez moich spadkobierców nowemu właścicielowi. Gdziekolwiek by nie trafiła, stała się pierwszym elementem mojego cyklu wspomnień o książkach, kolejnych przywołań tomów, które wywarły wielki wpływ na moje życie i spowodowały, że jestem tym, kim jestem. Odkładając gruby wolumin Lydekkera z powrotem na półkę, czuję jego wagę i wartość dla moich losów, a choć nie wiem kto miał ją przede mną w swoich zbiorach, cieszę się, że dobrze ją traktował i ostatecznie zaniósł do bydgoskiego antykwariatu naukowego, gdzie czekała na chłopaka, który potem czytał ją z wypiekami na twarzy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: