DRAPERIE PRZESTRZENI (VIII)

Obejrzałem wspaniały film pt. Deserts z serii Planeth Earth, do którego scenariusz napisał znany przyrodnik David Attenborough, reżyserował Alastair Fothergill, a autorem zdjęć był Andrew Shillabeer. Natychmiast też skojarzyłem go, z pisanym przeze mnie ciągiem tekstów o draperiach przestrzeni. Piaszczystość odgrywa wszakże w naszym życiu ważną rolę i bywa doznaniem cudownym (na plaży, w tropikach), dramatycznym (podczas burz piaskowych) albo pierwotnym i materialnym (w dzieciństwie). Tutaj twórcy przemieszczali się od pustyni do pustyni i ukazywali fenomeny naszej planety, których nie zobaczymy nigdzie indziej. Oto na Pustyni Nubijskiej walczą ze sobą zażarcie potężne kozły górskie i kruszą porowate skały, przemieszczają się z góry na dół, a potem z wielką siłą uderzają w siebie rogami. Na Atacamie, w Chile, najgorętszym miejscu na ziemi, wchodzimy z kolei w dziwną przestrzeń, gdzie rosną wielkie kaktusy. Pomiędzy nimi przechadzają się dzikie guanako, zjadając kaktusowe kwiaty, zlizując krople rosy. Skąd bierze się wilgoć w takim miejscu, w którym przy pełnej operacji słońca temperatury sięgają siedemdziesięciu stopni Celsjusza? Odpowiedź jest prosta – to skutek działania wielkiego oceanicznego dryfu Humboldta, zwanego też Prądem Peruwiańskim. Przynosi on wczesnym rankiem mgły znad oceanu, które osiadają na gruncie i roślinach i zmieniają się w smakowitą rosę. Dzięki temu, w tym pasie Atacamy, bujnie rozwija się życie, jest sporo owadów, ptaków, mniejszych i większych ssaków. W sumie prąd ten jest powodem pustynnienia lądu, ale na chwilę obdarza go zbawienną wilgocią, która wyparowuje po dwóch, trzech godzinach, Pozostaje jednak wystarczająco długo na kaktusach i porostach, by pustynne zwierzęta mogły się napoić. Zasadą tego filmu, w którym narratorem jest Attenborough, są nagłe przeskoki z miejsca na miejsce, z kontynentu na kontynent. Twórcy przenoszą nas zatem do Australii, która jest najsuchszym lądem na naszej planecie. Obserwujemy tam kangury, które szukają miejsc ocienionych, a także liżą swoje odnóża, by w ten sposób je ochłodzić. Bardzo się przy tym odwadniają i muszą uzupełniać braki płynów, szukając jakichkolwiek zbiorników. I tutaj piach jest tak gorący, że nie udaje się ustać długo w jednym miejscu, zwierzęta wykształciły jednak różne sposoby przetrwania. Kolejny przeskok akcji ukazuje owe techniki na Saharze, gdzie prawdziwe życie zaczyna się o zmroku. To wtedy wychodzą ze swych nor fenki i lisy, pojawiają się owady, gryzonie i nocne ptasie drapieżniki – to co jest martwe w pełnym słońcu, ożywa w nocy. Ale działanie erozyjne piasku chyba najlepiej odzwierciedlono na przykładzie Pustyni Białej, w Egipcie, gdzie pojawiło się sporo ostańców skalnych, od tysięcy lat uderzanych niewielkimi drobinkami. Przybierają one formę fantastycznych „grzybów”, a w końcu podcięte od dołu, z hukiem zapadają się w piach. Podobne formy znajdziemy w amerykańskiej Dolinie Śmierci, gdzie aż roi się od grzechotników, a piach wciska się do oczu, ust, pozostaje we wszelkich zagłębieniach skóry. Lubię ten serial, bo wiąże się on bezpośrednio z moim zamysłem opisania przestrzeni życiowych i faktur, które są częścią naszej zdumiewającej egzystencji.

Sięgając pamięcią w przeszłość, widzę siebie pośród rówieśniczego grona, bawiącego się na powstającym osiedlu Błonie. Jakiż to był raj dla dzieciaków – wszędzie wielkie kopce ziemi, ogromne wykopy i rowy, a nade wszystko miejsca na długo porzucone przez robotników, gdzie można było zawiązać jakąś nową „cywilizację”. Zdarzało się, że w wielkiej grupie, zaczynaliśmy kopać jakiś dół, tworzyć w ziemi „schron”, zawzięcie wgłębiać się w kolejne warstwy. Najpierw przebijaliśmy się przez struktury czarnoziemu, a po jakimś czasie, z okrzykami radości, docieraliśmy do „żółtego piasku” Jakże on nas wtedy fascynował, chłodny, czysty, mający świeży zapach, skrajnie różny od czarnej ziemi, w której pełno było larw, pędraków, butwiejących i gnijących cząstek roślin i wszelakiego śmiecia. Kopaliśmy czym się dało, a najwyżej w hierarchii takich kopaczy byli ci, którzy mieli „saperki”, niżej lokowali się odkrywcy z plastikowymi łopatkami, a najniżej byli ci, którzy posługiwali się łyżkami lub kawałkami deseczek lub szkła. Czasem powstawała kilkumetrowa wyrwa w ziemi, na dnie której zaczynała pojawiać się woda gruntowa, a innym razem był to długi rów, w którym można było wspaniale bawić się w wojnę. Równie ekscytującym przeżyciem było zasypywanie wykopanych dołów, szybkie zsuwanie ziemi rękoma lub zgarnianie jej wskazanymi wyżej narzędziami. Zdarzało się wtedy, że do dziur wpychani byli słabsi chłopcy, jakieś dziwaczne dziewczęta, straszone całkowitym zakopaniem w ziemi. Z takich „nieludzkich” zabaw zapamiętałem smak żółtego piasku, który wpadał do ust, chrzęścił między zębami i w takiej formie budził odrazę. Ale najlepsze było dotykanie odsłoniętych, chłodnych miejsc i przyglądanie się poszczególnym warstwom ziemi – czarnej smudze, potem przejściowej, pomiędzy czernią a ciemnożółtym piaskiem i wreszcie tej najpiękniejszej, złożonej z kwarcowego i bielutkiego piaseczku, w najniższych miejscach. To na osiedlu poznawaliśmy też strukturę żwiru rzecznego, który przywożono w ogromnych ilościach i składowano na hałdach, wykorzystując go potem przy produkcji betonu. Zdarzało się, że siadaliśmy na skraju takiej sztucznej góry, wydobywaliśmy z niej muszelki, gładkie kamyki i kawałki dziwnych, skalistych tworów. Gdy robotnicy szli do domów, wykorzystywaliśmy ich sita i przesypywaliśmy przez nie sporo żwiru, wyszukując najpiękniejsze okazy mineralogiczne. To był czas rajskiego dzieciństwa, pod błękitnym niebem, w promieniach słońca i w obliczu pierwotności kosmicznej, zamkniętej w drobinach piasku.

Ale do tego raju wkradała się też wiele razy śmierć, kojarząca się z wykopanymi dołami, na pobliskich cmentarzach, i z różnymi bolesnymi przeżyciami. W czasach przejścia od dzieciństwa do młodzieńczości, dawni koledzy i koleżanki, z którymi bawiłem się w piasku, odbierali sobie życie. Czasem im się to udawało, innym razem wracali do żywych, mieli jakieś swoje dalsze życiorysy, często jednak nie potrafili znaleźć swojego miejsca na ziemi. Jeśli samobójstwo się udawało, szliśmy na pogrzeby i stawaliśmy oko w oko z wykopanym dołem, gdzie składano trumnę, a potem z przerażającym dudnieniem, zrzucano na nią żółty i czarny piasek. Do dzisiaj pamiętam odgłos uderzania grud o wieko i noszę w sobie wiele takich zdarzeń, pamiętam też, że zawsze ściskało mnie wtedy w gardle, a zrzucany piach stawał się elementem jakiejś tragicznej nieuchronności, jakiegoś ostatecznego zaprzepaszczenia wszelkich szans. A wcześniej różnie bywało i ci, którzy na zawsze połączyli się z ziemią cmentarzy podmiejskich, miewali swoje wzniosłe i „nikczemne” chwile w tamtych przestrzeniach. Bandy dzieciaków, dla których te cmentarze, częściowo tylko wypełnione grobami, bywały pierwszym placem zabaw, miewały dziwne pomysły. Jednym z nich było zakopywanie w przygotowanym do pochówku grobie jakiejś „tajemnicy”. Wskakiwało się do takiego dołu i na jego dnie zakopywało się zdechłego psa, przejechanego przez samochód kota, czasem martwego ptaka lub jeszcze „coś” innego. Jeden z kolegów zabawiał się w taki sposób z upodobaniem, póki nie został przyłapany przez grabarzy i zamknięty za karę w kostnicy, z kilkoma trumnami i leżącymi w nich nieboszczykami. Gdy go wreszcie wypuścili, rwał przez cmentarz, na osiedle, z ogromną szybkością i zdaję się, że więcej nie robił takich pochówkowych happeningów. Jeden wszakże stał się sławny, gdy ów kolega zakopał na dnie grobu, w niewielkim kartonie, stary budzik, nastawiony dokładnie na godzinę ósmą rano. Następnego dnia zaprowadził nas na cmentarz i usłyszeliśmy ciche dzwonienie, dobiegające ze świeżej mogiły. Łatwo można się domyślić, jakie wrażenie taki dźwięk zrobiłby na kimś z rodziny zmarłego, nie mówiąc o nim samym… To doświadczenie cmentarnego żółtego piachu, wydobytego z wnętrza ziemi, a potem spychanego łopatami na trumny, było dla mnie bardzo ważne i w jakiś sposób ukształtowało moją wrażliwość poetycką. Nie zapomnę też głupiego dowcipu jednego z kolegów, który wepchnął mnie do jednego z takich wykopanych dołów i uciekł. Miałem sporo problemów z wydostaniem się na zewnątrz, ale w końcu jakoś sobie poradziłem, a potem dałem kolesiowi niezły wycisk na podwórku i kilka kropel krwi wpadło w piach.

Inne „piaszczyste” doświadczenia wiążą się z moimi podróżami i pobytami nad jeziorami, rzekami, nad morzem i nad oceanami. To były przede wszystkim „zwykłe” nadmorskie zabawy, kopanie w mokrym piachu w Chmielnikach, budowanie zamków na brzegu Brdy, ale też niezwykłe chwile nad Morzem Śródziemnym, na brzegu Jeziora Qinghai w Chinach, na plażach Wschodniego Wybrzeża USA i na Florydzie. Pamiętam, jak brodziłem długo w oceanie, na brzegach w Atlantic City, a potem wygrzewałem się na piachu, wydobywałem z niego czarne kamienie i muszle, patrzyłem na daleki horyzont. Ten piach atlantycki nie był zbyt urodziwy, pełen ciemnych drobinek, szary i zbity. O wiele ciekawszy i bielszy był piasek z Zatoki Meksykańskiej, po którym chodziłem godzinami i przyglądałem się rzeczywistości wokół mnie. Morze wyrzucało tam sporo muszli i wodorostów, czasem jakieś martwe ryby i skorupiaki. W niektórych miejscach piasek mieszał się ze szczątkami muszli i kamykami i bardzo trudno było po nim chodzić. Zbierałem muszle, które potem zabrałem do Polski, ale też czasami siadałem na jakiejś górce, nabierałem piach w dłonie i powoli rozsypywałem. Myślałem wtedy o tym, że nasze życie składa się tylko z ulotnych chwil, które przesypują się jak te ziarenka, ledwie przez moment są żywe (w ruchu), a po chwili już stają się wspomnieniem. Choć to był luty, piasek był gorący, rozgrzany przez silnie operujące słońce, wspaniale zatem nadawał się do tego, by na nim odpoczywać. Wolałem jednak codzienne marsze, szczególnie w kierunku Calanesi Island, a potem powroty brzegiem, tuż przy wlewających się falach. Szło się i szło i nie czuło się zmęczenia, stale do przodu, aż do cypla, który był na końcu tej części amerykańskiego wybrzeża. Dalej musiałbym czymś popłynąć lub przelecieć, w jakiś sposób, nad tymi turkusowymi toniami oceanu. Dopiero po powrocie do Polski zobaczyłem na zdjęciach satelitarnych jak daleko chodziłem i jaką przestrzeń przemierzałem. Nie czułem tego, a zapewne każdego dnia robiłem, w tę i z powrotem, ze dwadzieścia kilometrów – może tylko zmieniająca się pora dnia i wysokość słońca wskazywały na to, że mijało sporo czasu. Przywiozłem z tych moich wypraw trochę piachu, który leży teraz w szklanych wazach, razem z kamieniami i muszlami i stale pachnie tak, jak wtedy, gdy zabierałem go na pamiątkę. Piach i piaszczystość i nasze dreptanie po nim, chwile, gdy uświadamiamy sobie jego wyjątkowość i wieloletnie zapominanie o tym, że jest pod naszymi nogami.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: