CHINY (VII)

1

Wracając znad jeziora Qinghai, docieramy do starochińskiego miasteczka Huangyuan (chiń. Dan ger), które nazywają też Odonkor, co w transliteracji mongolskiej znaczy Biała muszla. Zostało zbudowane w czasach dynastii Ming, czyli około 600 lat temu i szybko stało się ważnym ośrodkiem handlowym i kulturalnym zachodnich Chin. Składają się na nie świątynie i budynki mieszkalne z zamkniętymi podwórkami, przestronne ulice z wieloma ozdobnymi bramami. Tutaj dopiero mam do czynienia z Chinami, na które czekałem i z wielkim zainteresowaniem chodzę od miejsca do miejsca, odwiedzam sklepiki z pamiątkami, przystaję przed budynkami sakralnymi, wchodzę w boczne odgałęzienia ulic. Wszędzie piękne malowidła, zdobienia i złocenia, a do tego jeszcze spore tłumy Chińczyków, którzy z zaciekawieniem patrzą na naszą grupę i komentują to, co widzą. Robię mnóstwo zdjęć, bo gdzie nie spojrzeć, pojawia się coś ciekawego, niezwykłego, jakże odmiennego od naszej kultury. Przeważają barwy niebieskie, ale połączono je z taką paletą innych kolorów, że wszystko razem tworzy niezwykłą dalekowschodnią harmonię. W tym miejscu zbiegały się trakty handlowe, wojskowe, kulturowe, wszakże Huangyuan było ważną fortecą Jedwabnego Szlaku.  Choć od momentu zaistnienia dynastii Ming, zaczął się powolny upadek, to samo wystąpienie przeciwko mongolskim rodom Yuan, spowodowało rozwój trwający do połowy XV wieku. Prowadzone były wielkie prace nawadniające, zalesienia, rozwinięto uprawy, produkcję tkanin jedwabnych i bawełnianych, szkła, porcelany, rydwanów i statków morskich. Nastąpiło też w tym okresie wielkie odrodzenie rodzimej kultury chińskiej oraz buddyzmu i taoizmu. Do tego miasta podążały karawany ze wschodu i z południa, tutaj zatrzymywano się, kupowano nowe konie i wielbłądy, wydawano sporo pieniędzy, które niezwykle ożywiały lokalny rozwój. Widać to jeszcze dzisiaj, gdy spaceruje się od domu do domu, przechodzi z podwórka na podwórko, odwiedza się wystawy i teatr przedstawiający dziej Chin od czasów najdawniejszych do dzisiaj. Z czasem Dan Ger stał się największym ośrodkiem handlowym w północno-zachodniej części wielkiego państwa i zaczęto go nazywać Małym Pekinem.

3

Staję przy wielkiej kamiennej bramie i podziwiam umiejętności rzeźbiarskie dawnych chińskich artystów. Kontempluję sceny z życia Konfucjusza, a wokół nich wiele ornamentyki roślinnej i zoologicznej, jakieś magiczne znaki, złożone sinologiczne symbole. A wszystko wydobyte z twardego kamienia, z taką lekkością i z taką finezją, że aż trudno uwierzyć, że ręka ludzka tego dokonała. Przecież wystarczyłoby fałszywe uderzenie narzędzia, a cały trud poszedłby na marne, starczyłoby osunięcie się dłoni, a rysa zniekształciłaby przedstawienie. Ile godzin, ile chwil trzeba było poświęcić, by osiągnąć taki efekt, a nade wszystko jak trzeba było być utalentowanym, jaką posiadać wyobraźnię i jak wprawnie odrzucać zbędne cząstki materii. Ludzie Zachodu zachwycają się rzeźbami Michała Anioła, Berniniego, Donatella, a częstokroć nie zdają sobie sprawy z tego, że mniej więcej w tym samym czasie w odległej Azji żyli i tworzyli równie zdolni artyści. Ich nazwiska i imiona najczęściej przepadły w mrokach przeszłości, ale dzieła pozostały i przetrwały próbę czasu. Stoję jak zaczarowany i nie mogę oderwać oczy od tych płaskorzeźb, podchodzę i dotykam ich delikatnie, wyczuwam gładkość kwiatów i sylwetek ludzkich, smukłość ornamentów florystycznych i dendrologicznych. I znowu myślę o tych, którzy przez tę bramę przez wieki przechodzili lub zatrzymywali się przy niej i podziwiali kunszt chińskich snycerzy. Ach jakimż wspaniałym przedsięwzięciem byłoby napisanie powieści o takim chińskim rzeźbiarzu sprzed setek lat, a przy okazji ukazanie zaistnienia, rozkwitu i upadku dynastii Ming. Ta brama musiała być świadkiem wielu ważnych wydarzeń, walk, egzekucji i ceremonii z udziałem władców, a nade wszystko trwała w tym miejscu, gdy pojawiali się i znikali prości ludzie. Czytam w wyobraźni pierwsze strony takiej nieistniejącej powieści, zaczynającej się od opisu płaskorzeźb i kamiennej bramy, a potem meandrycznie, jak wielkie chińskie rzeki, podążającej od miejsca do miejsca, od wątku do wątku i od zdarzenia do zdarzenia. Ludzie siedzą tutaj całymi grupami i ani im w głowie podziwianie płaskorzeźb, o ileż ciekawsi są dla nich ci dziwaczni przybysze z Europy.

2

Chodzę po Dan ger i przyglądam się orientalnej rzeczywistości, w której wszystko ma swoją wartość i stanowi ogromny przekaz na temat przeszłości i wielkości Państwa Środka. To było dogodne miejsce do obrony, a także ośrodek, z którego kierowano pracami nad wznoszeniem Wielkiego Muru, skąd kierowano oddziały do walki ze stale pojawiającymi się Mongołami, a wreszcie punkt, gdzie zbiegały się drogi artystów i pisarzy, muzyków i wojskowych. Także religia rozwijała się tutaj żywiołowo i szybko miejsce to stało się ważne dla buddyzmu tybetańskiego, ale też, pojawiły się liczne świątynie konfucjańskie, taoistyczne, a nawet islamskie. Staję przed monumentalnym pomnikiem Konfucjusza i jest to chyba najpiękniejsze przedstawienie tego człowieka, jakie kiedykolwiek widziałem. Trochę jestem zaskoczony mnogością religii i hołdów składanych tutaj różnym figurkom i wyobrażeniom i widzę, że ludzie ci traktują bardzo poważnie zapalanie kadzideł, składanie ofiar pieniężnych, modlenie się, obracanie młynków i powolne wypowiadanie mantr. Tak było od wieków i tak jest teraz, chociaż może zmieniło się trochę nastawienie Chińczyków do dawnych bóstw. Dopuszczają oni teraz swobodną wymianę, przechodzenie z jednej świątyni do innej, z jednego kręgu religijnego do drugiego. W cieniu licznych pagód stale powstawały warsztaty rzemieślnicze i szybko Huangyuan zasłynęło z produkcji lamp, fajerwerków, regionalnych haftów, tybetańskich wysokich butów, miniaturowych drzewek, biżuterii i różnorakich ozdób. W jednym z teatrów jestem świadkiem specjalnego przedstawienia dla turystów – kilku aktorów odtwarza stosunki panujące na dworze cesarza i moment wydania wyroku na jakiegoś nieuczciwego urzędnika. Wyobrażam sobie ile istnień ludzkich przewinęło się tutaj, ilu Chińczyków i Chinek urodziło się pośród tych przestrzeni, dorastało, a potem popadało w starość i w końcu umierało. Zaświadczają o tym nagrobki na pobliskich górach – to charakterystyczny sposób pochówku w tej części ogromnego kraju. Idę wraz z moją grupą do stylowo urządzonej restauracji, gdzie czeka na nas posiłek, tym razem mający wiele elementów dobrze mi znanych, a więc ziemniaków, fasoli, licznych warzyw, są też dziwnie wyglądające mięsa, jak zwykle wiele pierożków, przyrządzanych na parze, jakieś lokalne wina, sporo wódki ryżowej i soków owocowych.

4

Po sutym objedzie, na jednym z większych podwórek, otoczonym ze wszystkich stron malowniczymi budynkami, ze szpiczastymi dachami i tysiącami ozdób, zaczyna się wieczorne czytanie poezji. Z boku rozlokowała się niewielka orkiestra, grająca na tradycyjnych instrumentach chińskich, jest też młodzieńcza para, prowadząca spotkanie i wielka rzesza publiczności. Wywołany na scenę, wychodzę i czytam kilka wierszy po angielsku. Muzycy wyczuwają rytm moich prezentacji i pobrzękują na pippach i èrhú, uderzają leciutko w membrany bębenków. Po prezentacji staję na boku i myślę o moim pobycie w tym miejscu. Czy kiedykolwiek mogłem o tym marzyć, czy miałem zapisane w mojej księdze życia, że kiedyś stanę pośrodku starożytnego miasta Dan Ger i będę czytał tam moje wiersze. Nie wiadomo dlaczego przypomniał mi się w tym momencie mój ulubiony fragment z Dialogów Konfucjusza:  Szaty człowieka szlachetnego nie są przyozdobione purpurą i czerwienią, podobnie jak szaty codzienne. W czasie upałów nosi on lnianą szatę bez podszewki, zakładając inną szatę, gdy wychodzi z domu. Pod czarną szatę zakłada czarną skórę jagnięcą, pod nie barwioną szatę – skórę młodego jelenia, pod żółtą szatę skórę lisią. Czyżby chiński myśliciel, którego duch stale żyje w tym miejscu, chciał mi coś przekazać, na coś zwrócić uwagę? Rzeczywiście, myślę o wielu moich drogach i o różnych moich skórach, o jakże odmiennych obliczach i wreszcie o punktach dojścia, o tym miejscu i o ludziach, których tutaj spotkałem. Moje wiersze o kamieniach z Central Parku, o Matce Teresie z Kalkuty i o zmienności, przemijalności kultur, wywarły duże wrażenie na wielu poetach i po chwili podchodzili by coś skomentować, zadać jakieś pytanie. Oczywiście było też kilka innych prezentacji autorskich i z przyjemnością słuchałem wierszy poety z Belgii, z Meksyku, z Dahomeju i Kanady. Gdy zapadł wieczór Chińczycy i goście wymieszali się, pojawiło się też sporo dzieci, które podchodziły małymi grupkami i przyglądały się ludziom z daleka. Każdy z tych ludzi ma swoją historię, każdy gdzieś się urodził, miał jakichś rodziców i dorastał pośród odmiennych przestrzeni – każdy wreszcie przejdzie szlak swojej egzystencji i odejdzie na zawsze. Patrzę na to mrowie twarzy, przyglądam się najbliższym osobom i uczę się życia, by zrozumieć przemijanie i śmierć. Konfucjusz mówi: Nie wiedząc nic o życiu, jak można wiedzieć coś o śmierci? Takie myśli nachodzą mnie nie bez powodu, właśnie poeta z Maroka przeczytał niezwykły wiersz o umieraniu i zaległa grobowa cisza. A potem pojawiły się gromkie oklaski… Prawie go nie dostrzegałem w tłumie poetów, nie zamieniłem z nim ani jednego słowa i nagle – wiersz na miarę największej poezji światowej. Znowu brzmią we mnie słowa chińskiego świętego: Ten człowiek rzadko się odzywa, ale zawsze mówi słusznie. Tak, muszę nawiązać bliższy kontakt z tym człowiekiem, wszak myśliciel też powiedział: Działaj wedle tego, co usłyszysz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: