BON VIVANT

Dzisiaj jest piękny, słoneczny dzień i z przyjemnością wyszedłem z domu do sklepu. Celowo wybrałem długą trasę okrężną, tak by zrobić kilka kilometrów po chodnikach osiedlowych. To słońce przypomniało mi wakacje w Turcji – właśnie we wrześniu 2003 roku, byliśmy tam z rodziną, cieszyliśmy się słońcem, widokami i możliwością wylegiwania się na brzegu i kąpieli w ciepłym Morzu Śródziemnym. Choć promienie rozświetlają wszystko, czuje się już chłód ciągnący od ziemi i radykalnie zmieniły się draperie chmur. Mniej jest przestrzeni błękitu, a więcej cumulusów i innego rodzaju chmur, sporo granatu i rozmytych odcieni szarości. Szedłem i rozmyślałem o moim dzienniku internetowym, a to za sprawą jednego warszawskiego kapusia, o którym było ostatnio głośno w środowisku literackim. Manewrując faktami – jak w jego dawnych chwalebnych czasach – wyciągnął z mojej relacji o wędrówce do Koronowa napomknienie, że wszedłem do przydrożnego baru i uczynił z tego zasadę, którą się kieruję. Napisał tak: Czytam z perwersyjnym uwielbieniem pewien blog, którego autor jest w nim tak uduchowiony, subtelny, dobry, mądry, światowy, oczytany, że gdybym go nie znał, to też bym nie wierzył, że taki jest naprawdę. Ach, jaki on esteta, ach, jaki on wrażliwiec, ach, jaki bon vivant. On nawet nie wchodzi do restauracji, żeby zjeść obiad, tylko wkracza do przydrożnej oberży, by zaspokoić głód czymś prostym i lekkim. No, ładne? Znam doskonale te jego gadki, w których od wielu lat pojawiają się te same określenia, a szczególnie ulubione to: bon vivant. Cóż powiedzieć człowiekowi, który wybrał najgłupszą z możliwych drogę po ujawnieniu jego haniebnej przeszłości i po teatralnym (Jam był Jackiem Soplicą…) przyznaniu się do win. Zamiast się wyciszyć, odsunąć na bok, spróbować zrelatywizować to, co nawyrabiał, dalej korzysta z kolesiowego wylansowania, jeździ na jakieś imprezki, chce się jawić jako literacki… bon vivant. Po jednym z takich wyjazdów, gdy nasłuchał się o mnie kolejnych fanaberii, postanowił leciutko kopnąć mnie w zadek. Tak znienacka, ale też ostrożnie, no bo wiadomo jaki to ze mnie człowiek i wiadomo jaki jestem nieobliczalny. On mnie zna dobrze, co podkreśla i nie pasuje mu mój dziennik do mitu, który też w pewnym momencie żwawo współkreował. Czy jestem uduchowiony?  No, chyba nie specjalnie, raczej te sfery są u mnie w normie, choć bywało, że pisywałem różne teksty religijne, bywałem w orbicie działań Kościoła. W tej mierze wiele się zmieniło i nie mam zamiaru udowadniać komukolwiek, że jest inaczej. Czy jestem subtelny? W miarę tak, choć potrafię też być bardzo zdecydowany, walący prawdę prosto z mostu, występujący do sądów w przypadku pomówień i oszustw, bijący w dziób bandytę itd. Czy jestem dobry? Staram się być, bo to najpiękniejsze, co się może człowiekowi przydarzyć, ale przecież bywało różnie i mam w swojej przeszłości parę takich zdarzeń, o których wolałbym zapomnieć. Jak każdy chyba, na szczęście na nikogo nigdy nie donosiłem, nie bawiłem się w pisanie oszczerczych listów, jawnych lub pod pseudonimem, no i jeszcze paru rzeczy nie robiłem. Czy jestem światowy – na pewno bardziej od naszego kpiarza, bo wiele moich książek ukazało się za granicą, bywałem tu i tam, a chyba nie ma nic złego w relacjonowaniu kolejnych podróży. To w czasach PRL-u były one zarezerwowane dla kapusiów, którzy wysyłani byli na różne targi, zjazdy, zloty i w ten sposób zyskiwali otrzaskanie, obycie w świecie, a nawet mogli zaprzyjaźnić się z autorem ruskiego hymnu. Ja podróżuję dzięki twórczości literackiej i pracy naukowej i nie przestanę o tym pisać, bo jest to jeden z rodzajów utrwalenia tego, co się przeżyło. Czy jestem oczytany – o tutaj nasz bon vivant ma rację, pochłaniam lektury, czytam każdego dnia, a ostatnio to oczytanie wzmaga jeszcze znacznie Internet. Rozumiem, że naszą peerelowską instancję krytyczną drażni skala moich zainteresowań, wszak z upodobaniem, przez wiele lat lansował tezę, że byłem tym i owym. Czy jestem estetą? Tak, lubię porządek i mam go zarówno w moich papierach, jak i w życiu, choć różnie z tym bywało, zapewne osiągnąłem teraz w wielu aspektach życia stan „estetyczny”. Czy jestem wrażliwy? Tak, bywam i bywałem, ale czy jestem „wrażliwcem”, no chyba nie, raczej człowiekiem starającym się interaktywnie wchodzić  w naszą rzeczywistość. No i ostatnia sprawa, osławiony bon vivant, to prymitywne, mające sugerować znajomość francuszczyzny, określenie z repertuaru naszego napastnika, którego używa zawsze jak wytrycha w chwilach, gdy nie ma o czym gadać. Według słownika języka polskiego Edwarda Polańskiego, to człowiek beztrosko używający życia, umiejący i lubiący się bawić – tutaj częściowo tylko mogę się zgodzić, bo przecież ktoś, kto wierzy w beztroskie życie jest idiotą… Każdy z nas ma jakieś problemy egzystencjalne, każdy do czegoś dąży i najczęściej tego nie osiąga. Tak, umiem się bawić, przede wszystkim w przyjacielskim gronie, nasz kolega czasem uczestniczył w tych zabawach i nie przeszkadzało mu, że lądowaliśmy w przydrożnej oberży. Teraz mu przeszkadza, że w moim dzienniku piszę o tym, że podczas długiej, pieszej wędrówki zachodzę, tak jak kierowcy TIR-ów zajeżdżają, do pierwszego z brzegu punktu gastronomicznego. Pal sześć ten bełkot bon vivanta, jeśli podjąłem ten temat, to tylko dlatego, że jestem pełen podziwu dla jego „lewicowych” przekonań i podlizywania się kolejnym mediom, gdzie może dadzą mu pracę. Tym tłumaczy ogromny, haniebny okres w życiu, gdy biegał na różne spotkania, gdy wsadzany był do wielu środowisk, a potem płodził swoje „opinie”. I kasował… i kasował… bon vivant

Reklamy

3 Komentarze

  1. Cyt said,

    2009/09/27 @ 8:56

    Darku, niepotrzebnie robisz mu reklamę. Pan L.Ż. na to nie zasługuje… jako człowiek (nie piszę o jego literackich dokonaniach, gdyż te są niezaprzeczalne). Powtarzam i będę powtarzał, autor literatury nie musi być moralny. Ma pisać dobre książki. Ale ktoś kto kreuje się na mentora… raczej nie powinien mieć w życiorysie donosicielskiej karty.

  2. lebioda said,

    2009/09/27 @ 10:42

    Słusznie, ale musiałem zareagować na jego tchórzliwe kopnięcie. Nie możemy być jak ciemna masa i musimy wreszcie coś z tym zrobić. Bycie członkiem jakiegoś związku pisarskiego wiąże się z akceptacją osób zarządzających. W tym przypadku nie możemy się zgadzać na to, by
    ktoś taki był w Zarządzie organizacji. Starczy przeczytać jego odpowiedzi na mój komentarz… podobno z Tuwima i twórczości anonimowej. Najpierw z siarczystymi wulgaryzmami porównał mnie do psa: Próżnoś repliki się spodziewał/ Nie dam ci prztyczka ani klapsa./ Nie powiem nawet pies cię jebał,/ bo to mezalians byłby dla psa. Nie był w tym jednak konsekwentny i musiałem mu rzeczywiście dopiec, bo jeszcze dorzucił jeden wiersycek: Hej, ludziska, doceńta/ niedoszłego docenta,/ co się w literaturze/ jak smród po gaciach pęta. Lubię jak tacy ludzie, zrzucają maskę bon vivanta i pokazują swoją prawdziwą twarz. Nie przesadzajmy też z tym jego dorobkiem, felietoniki, recenzyjki, czasem dłuższa opinia…

  3. Kairos said,

    2011/04/27 @ 17:21

    Zaskakujaca jest kąśliwość niektórych gadów gdy im wytknąć skąd pochodzą i co robili. W Zduńskiej Woli go cenią, szanują i w „dupę całują”. I płacą nadal za wyświechtane na wielu rozstrzygnięciach konkursowych frazesy, w których od Pcimia do Zadzimia przez Wólkę Warszawską zawsze te same z jęzorem na wierzchu , pełne sapania i chrząkania jakoby takie ważne te pochwały dla lokalnych wierszokletów/ kletek/ zwanych – bon vivant’ami. Wszystko po to by się nie rozmyślili i nie cofnęli podpisanych umów, by kolejne pieniądze za TW-owskie laudacje do kieszeni lub na konto wpłynęły. W przyszłym roku ma się to jednak zmienić.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: