STO WIERSZY POLSKICH (XXII)

W dwudziestolecie śmierci

10257554_827175860659561_1621631030810292823_o

Tadeusz Śliwiak (1928–1994) należał do grona tych poetów dwudziestego wieku, którzy zaświadczając swoją wielkość oryginalną twórczością, nie znaleźli należnego im miejsca w panteonie chwały liryki polskiej. Sławny za życia, zapraszany do wielu miast Polski i świata, stale podróżujący, wciąż biorący udział w festiwalach literackich, spektaklach i innych zdarzeniach artystycznych, powoli marniał i znikał, trawiony bezlitosną chorobą. W ostatniej sekwencji życia zawiodła go ona na krakowskie torowisko tramwajowe, gdzie drobne ciało zmasakrował przygodny pojazd elektryczny. Śliwiak potrafił tworzyć prawdziwe syntezy poetyckie i filozoficzne, w których pojawiało się tak charakterystyczne dla niego spojrzenie z góry i z boku, na przestrzał, od tyłu i dookolnie. Zauważała to krytyka literacka, chociaż więcej było recenzji ukazujących się książek, niż szerszych szkiców czy studiów filologicznych. Autor rekompensował to sobie żyjąc poezją, kierując działem liryki w „Życiu Literackim”, analizując nowe tomy i decydując, kto otrzyma zaszczytną Nagrodę im. Andrzeja Bursy, a wreszcie uczestnicząc jako główny juror w licznych konkursach poetyckich. Będąc silnie uwikłany w ceremoniały poprzedniego systemu społecznego, uciekał od niego ku elementarnym siłom przyrody i tworzył utwory, w których odzwierciedlił nieustającą ziemską walkę przeciwieństw i grozę istnienia w obliczu kosmicznej pustki i niewyobrażalnych ogromów. Odsuwając się od świata – na przykład na pokładzie statku handlowego, płynącego do Ameryki Południowej – zagłębiał się w rozmyślaniach nad strukturą i kształtem natury, nieustannie analizował cząstki i pisał, stale wydobywał z niebytu nowe wiersze, które od razu miały formę skończoną. Oczywiście przepracowywał je jeszcze i tworzył nowe wersje, ale to, co spływało z jego pióra samo w sobie było liryką, a szlify miały charakter korektorski i były jakby ostatnim, upiększającym dotknięciem wyobraźni.

Monolog ognia z tomu pt. Słownik wyrazów światłoczułych (1998) to wiersz, który należy lokować w głównym nurcie rozważań elementarnych Śliwiaka, ciągnących się od debiutanckiego Poematu o miejskiej rzeźni (1965). Już wtedy ustalone zostały ramy filozoficzne liryki, która nigdy nie przestała sublimować sensów w obrębie dynamiki materialnej i tego, co w starożytności powiedzieli o elementach Arystoteles, Heraklit, Platon, Ksenofanes, Tales z Miletu i Empedokles z Agrygentu. To było przekonanie, że cząstki materii, które nas współtworzą, są elementami całego wszechświata, a ich energia ożywia nasze organy i dodaje sił w sytuacjach ekstremalnych. Z czterech żywiołów, skodyfikowanych w starożytności przez Empedoklesa, Śliwiak przywołuje ogień i w specjalny sposób go antropomorfizując, pozwala mu „wypowiadać” prawdy o istnieniu i świecie. Przestrzega, by nie wchodzić z nim w zbytnią komitywę, bo skutki mogą być opłakane: Nie dotykaj mnie/ nie mam szacunku dla niczego co palne/ tym samym dla mnie jest łachman biedaka/ co i płótna bezcennych malowideł. To jest perspektywa skrajnie eschatologiczna, dla której wszystko, co ziemskie jest jednakie, a jakakolwiek gradacja wartości kończy się w ogniu i zostaje ostatecznie unicestwiona w nim. Nic mu się nie oprze, a jego gwałtowność i moc mają takie samo znaczenie dla biedaka, jak i dla najwspanialszego artysty. Łachman, w który odziewał się ubogi i bezdomny człowiek i płótno wiszące w galerii płoną tak samo i równie szybko stają się popiołem, gubią swój kształt i kolor, wymiar i treść: Spełniając moją powinność/ wiem, że olejna farba pali się dobrze/ a emalia starej miednicy topi się i spływa. Poeta odwołuje się do ludzkich doświadczeń dziecinnych, kiedy to mały chłopiec zbliża rękę do płomienia świecy, albo gdy dziewczynka patrzy w zachwycie na ognisko rozpalone przez dorosłych. Dopiero jednak wielkie pożary i katastrofy naturalne, dają wyobrażenie o sile ognia i jego bezlitosnym pochodzie przez dzieje. Obecnie gaszenie go opanowano do perfekcji, a i tak wracają wciąż często sceny jakby rodem ze średniowiecza, gdy płonęły całe miasta, pałace, wielkie warownie i wieże. Historia ludzkości pełna jest tragicznych relacji na temat pożarów i wykorzystywania ognia do celów wojennych, a szczytem wszystkiego stały się nowoczesne rodzaje broni, które w ułamku sekundy potrafią wykreować żar z wnętrza słońca i unicestwić wszystko w promieniu wielu kilometrów.

Choć wiersz Śliwiaka powstawał w czasach pokoju i upadku Związku Radzieckiego, to słychać w nim stale echa zimnej wojny i ogień „przypomina” o skali zagrożeń w czasach rakiet międzykontynentalnych: Mam wielu wyznawców/ którzy potrafią przenosić mnie przez oceany/ aby sięgnąć celu. Ale też formułuje przestrogę w stosunku do tych, którym się wydaje, że posiadanie nowoczesnej technologii daje przewagę nad wrogiem. Z drugiej strony oceanu ruszą przecież podobne pociski i przesłany ogień powróci natychmiast jak bumerang: Oni myślą, że jestem ich atutem/ w przetargu idei/ Ale kto zadaje się ze mną/ niech wie że nie uznaję wyboru/ i że wszystko co palne jest moją własnością. Panowanie ognia nad światem jest powszechne i nie ma krainy, w której nie odgrywałby on znaczącej roli – obecny w paleniskach i piecach chlebowych, nieodzowny przy produkcji garnców i żelaznych narzędzi, a nade wszystko utajniony w energii elektrycznej, ożywiający komunikację i przepływ informacji w urządzeniach elektronicznych, samochodach statkach i samolotach. Choć ludzkość uczyniła z niego element użyteczny i okiełznała go w stu procentach, to jednak nie przestał budzić grozy i wymykać się spod kontroli. To zapewne powoduje, że w monologu ognia pojawia się jakże ludzka przechwałka: Jestem z rodu żywiołów/ a takim będąc nie mam pana nad sobą. Ród żywiołów, to obok ziemi, woda i powietrze, ale tylko utlenianie ma tak zjawiskowy wymiar – choć takie wrażenie robią na ludziach wielkie fale oceaniczne, choć wybuchy wulkanów czy trujące, bagienne wyziewy przerażają, a huragany, burze i cyklony dają wiedzę o mocy powietrza, to prym w rodzie elementów naturalnych wiedzie ogień. Gdy spala ogromne połacie lasów, unicestwia w mig mocarne domostwa i fabryki, pojawia się przy eksplozjach cystern kolejowych i wypadkach lotniczych. A nade wszystko, gdy obserwuje się go w przybliżeniach magmy słonecznej, wiatru energetycznego, szybko docierającego do ziemi i ożywiającego wszelkie formy istnienia. Doprawdy może on z dumą mówić: Jestem ogniem/ żyję w niewielkiej prowincji – Ziemia/ a gniazdo moje/ dobrze ukryte w samym środku globu – może nawiązywać do rozgrzanego wnętrza Nife i lawy, która co jakiś czas przedostaje się na powierzchnię. Śliwiak wpatruje się w ogień z dziecinnym podnieceniem i elementarną fascynacją, ale też z ogromną wiedzą o nim, podbudowaną lekturami filozofów, czerpiącą wiele z licznych osobistych doświadczeń. To jest poetyckie formułowanie sentencji na temat najgroźniejszego z żywiołów i ambitna próba zrozumienia jego najgłębszej istoty.

 

GRUBODZIÓB

C_coccothraustes_naumann

Dzisiaj, w środku dnia, miałem nagłe spotkanie z grubodziobem (Coccothraustes coccothraustes), nazywanym czasami pestkojadem, lub grabołuskiem. To nasz największy łuszczak, pięknie ubarwiony, w odcieniach ochry, bieli, szarości i brązów. Ptaki te są dość płochliwe, ale w listopadzie migrują ku południowemu zachodowi Europy i można je zobaczyć w stadach liczących kilkanaście lub nawet kilkaset osobników. Zdarzają się też osobniki pojedyncze i z takim zapewne miałem do czynienia, rozpoznając go po głosie (przeciągłe eiij) i wyodrębniając charakterystyczne elementy „stroju”. Nazwa tego skrzydlatego podróżnika wzięła się od zmieniającego okresowo kolor, grubego dziobu, w którym znajdują się specjalne rowki, ułatwiające miażdżenie twardych nasion. Podobno potężne mięśnie szczęk są w stanie wywrzeć nacisk do siedemdziesięciu kilogramów i rozdrobnić nawet owoce tarniny czy czeremchy. Zobaczyłem grubodzioba w towarzystwie sikorek i mazurków i natychmiast zauważyłem jego potężną sylwetkę, przypominającą wielkością jemiołuszkę i szpaka. Towarzyszyłem mu kilka minut, gdy falistym lotem przemieszczał się z drzewa na drzewo, siadając najczęściej bardzo wysoko i sondując przestrzeń dookolną. Jest to bardzo charakterystyczny łuszczak, odżywiający się nasionami drzew liściastych (jawor, leszczyna) oraz pestkami dzikiej wiśni, czereśni, jabłek i gruszek, nie gardzi też grochem na polach, a prawdziwym przysmakiem są dla niego pozostawione na drzewach i skruszałe owoce orzecha włoskiego. Widywany na bukach i grabach odżywia się też nasionami tych drzew, a wiosną swoje menu uzupełnia kwiatami, pędami i pączkami, licznymi owadami, preferując pędraki , pająki i gąsienice. Choć sprawia wrażenie dość ociężałego, potrafi łowić owady w locie, a rozłupując pestki sprawnie nimi manewruje, by ułożyć je w odpowiedniej pozycji w dziobie. Ucieszyło mnie to spotkanie z pięknym, dość płochliwym i trudnym do zauważenia ptakiem, tym bardziej, że nie miałem ich dotąd zbyt wiele.

Grubodziób_Zwyczajny

PRAWDA I TAJEMNICA

Gestapo

Tematyka wojenna stale wraca w nowej polskiej prozie, szczególnie w twórczości autorów, którzy ten straszny czas przeżyli, byli świadkami tragicznych zdarzeń, okrucieństwa najeźdźców i zdrady naszych sojuszników. Najciekawsze są wszakże te realizacje pisarskie, w których pojawia się nieomal muzyczne przetworzenie zdarzeń i faktów, rodzaj etiudy narracyjnej, w której słowa mają swoją wagę i stają się cząstką szerszego systemu weryfikacji świata. To jakby wydobywanie elementarnych faktów, słów, znaczeń, które najpierw dekomponują rzeczywistość, a potem tworzą nowy kształt, artystyczną wizję, w której przeszłość i teraźniejszość egzystują na tym samym poziomie semantycznym, a potencjalną przyszłość otacza aura tajemniczości i magii. W nowej prozie Wandy Wasik, autorki ekscytującego Dzieciństwa w Kraju Warty, pojawia się właśnie taka strategia literacka i czytelnik szybko uczy się jak wnikać w kreowany świat, w którym to, co realne, przeplata się z imaginacją, a senna aura i górskie, zamglone krajobrazy przywołują ma myśl obrazy Caspara Davida Friedricha. Historia opowiedziana w tym rozbudowanym opowiadaniu początkowo wydaje się prosta i czytelnik skupia swoją uwagę przede wszystkim na sposobie narracji i jej tonie, niezwykle esencjonalnym, pełnym zadumy nad ludzkim losem. Dopiero później okaże się, że mowa tutaj o ludzkiej podłości i małości, o zdradzie i upokorzeniu, a wreszcie o mordzie i cynizmie bezwzględnego zbrodniarza. To historia Wandy i Kazimierza, która jest rodzajem zagadki, stopniowo rozszyfrowywanej przez narratorkę. On jest wielkim dziwakiem, ale intryguje swoim zachowaniem, zmianą nastrojów i nieustannymi niedopowiedzeniami. Pragnie tworzyć wokół siebie aurę tajemnicy, a jednocześnie stale napomyka o jakichś zbrodniach, zdradach, nie może poradzić sobie z jakąś przeszłością. Po rozstaniu i wyjeździe z uzdrowiska, Wanda zaczyna pisarskie dochodzenie i powoli dociera do niej straszna prawda – życie zetknęło ją z krwawym agentem Gestapo Józefem Jerzym Kesslerem – „K 22”. Poznała go w ostatnich latach jego życia i była świadkiem ostatecznego rozpadu osobowości, szarpanej przez wyrzuty sumienia, ale też butnej jak w czasach, gdy decydował o ludzkim życiu i śmierci.

Proza Wandy Wasik, początkowo beletrystyczna, zaczyna przeistaczać się w reportaż, w którym dociekanie prawdy o tajemniczym mężczyźnie odgrywa dominującą rolę. Pojawiają się nowe lektury i powroty do miejsc i ludzi, autorka ponownie ogląda filmy i rozmawia ze świadkami zdarzeń. Powoli dochodzi do przekonania, że miała do czynienia z osławionym „K22”, który po krótkim pobycie w więzieniu w czasach stalinowskich, zakamuflował się w różnych miejscach Polski, zmieniając nazwisko i udając stale kogoś innego. Zrozumiała też, że wybrał ją w sanatorium, odbywał wycieczki górskie i tyle opowiadał, bo zobaczył w niej „Grażynę”, dziewczynę z AK, którą zamordował kijem, bojąc się, że zostanie zdekonspirowany. Tak przypadkowo poznana kobieta stała się jego „konfesjonałem”, tak w Wandzie zobaczył tę, która potwornie skrzywdził i przez całe życie zmagał się z wyrzutami sumienia. Jego dziwactwa są tyleż wynikiem wieku, po minięciu granicy dziewiątego krzyżyka, co nieustannego powrotu do czasów wojennych i rozpatrywania tego, co czynił. Był w pewnym momencie podwójnym agentem, ale potem definitywnie przeszedł na stronę Niemców i miał na sumieniu wiele ludzkich istnień – nie wahał się nawet podrabiać podpisów na wyrokach śmierci dla niewygodnych osób. Narracja Wasik jest symultaniczna, często ograniczająca się tylko do dialogów, rozmywa się w górskich mirażach, ale konsekwentnie podąża do przodu i czytelnik czyta kolejne karty tej książki z wielkim zainteresowaniem. Nie dowiemy się do końca, czy autorka miała do czynienia z ludzką bestią, ale fakty i przytoczone relacje na to wskazują – po zerwaniu kontaktu z mężczyzną, od osób trzecich dowiedziała się, że prawdopodobnie zmarł on po trzecim zawale serca.

Książkę tę można wartościować na kilku poziomach – przede wszystkim jest to znakomita proza, śmiało zmieniająca swoje oblicze, przechodząca ze zwiewnej narracji ilustracyjnej do syntetyczności reportażu. Funkcjonalne dialogi powodują, że czytelnik natychmiast wnika w wykreowany świat, a aura tajemnicy i poszukiwania prawdy, nie pozwala oderwać oczu od kolejnych rozdziałów. Zamieszczone na końcu reprodukcje listów i kart pocztowych, przesłanych na ręce autorki przez Kesslera, uwiarygodniają narrację i powodują, że zyskujemy coś na kształt dowodów, choć przecież sama twórczyni nie ma pewności, czy spotkała „K 22”. W świecie ludzkim łatwo można pozować na kogoś innego, łatwo też można mylić tropy, wprowadzać oszukańcze informacje, albo wręcz kreować coś, co nigdy się nie zdarzyło. Tutaj – za sprawą pisarskiego dochodzenia – zyskujemy nieomal pewność, że mężczyzna spotkany w górach, to niechlubny agent Gestapo. I choć wielu widziało w nim demona, Wasik ukazała go jako istotę ludzką, wahającą się i nieustannie walczącą z omamami, fantomami przeszłych zdarzeń i własnych niekonsekwencji. Choć był tak podły, tutaj – po wielu latach – jest bezbronnym starcem, który w przypadkowo spotkanej kobiecie widzi tę, którą z zimna krwią zamordował. Czy to sumienie się w nim obudziło, czy tylko zjawy przeszłości wracały do niego na jawie i w snach, w rozmyślaniach i indywidualnych próbach oceniania? Autorka pozostawia tutaj szeroki margines czytelnikowi i namawia go do wydania własnego wyroku, zaciekawia i zachęca do ewentualnych dalszych studiów. Historia Polski ma wszakże jeszcze wiele białych plam, a szczególnie odnosi się to do okresu wojny i okupacji, a także kolejnych lat dwudziestego wieku. Tego rodzaju prace przyczyniają się do wzrostu świadomości historycznej, a zarazem stają się przyczółkiem dla szerszych badań, uwzględniających relacje naocznych świadków i prace historyków. Nawiązując do takich działań, Wanda Wasik przedkłada własną interpretację dziwnego spotkania, w który było coś tajemniczego i przerażającego, jak w ludowych opisach pojawienia się diabła, ale które też ją niezwykle zaciekawiło i sprawiło, że podjęła trud konstrukcji prozatorskiej. Tak powstało dzieło samo w sobie, cenne w dorobku pisarki, przykuwające uwagę, trzymające w napięciu i jakże wartościowe dla wielu kręgów odbiorców.

DIARYSTYKA ROZUMIEJĄCA

Banaszak Dziennniki

Pisanie dziennika jest jak przeglądanie się w lustrze i dokładne studiowanie zmian zachodzących w wyglądzie, sylwetce, układzie ust i włosów, przybywających zmarszczek i znamion, które są elementarnymi znakami przemijania, nieuchronności, związanej z istnieniem w określonej strukturze kosmicznej. To zarazem nieustanne czuwanie autobiograficzne i literackie, konieczność zapisywania tego, co się zdarzyło i komentowania spraw „na gorąco”, tworzenia kontekstu w różnych przestrzeniach bytowania. Ale dziennik musi też mieć określoną strukturę teoretycznoliteracką, a jego autor zawsze odwołuje się do jakiegoś modelu diarystycznego, utrwalonego w świadomości czytelniczej i zderzającego się dynamicznie z jego świadomością. W grę wchodzi tutaj przecież genologia i narratologia, teoria spójności i antropologia, a twórca musi też czerpać obficie z wiedzy historycznej, politycznej, psychologicznej, a także z licznych naukowych dziedzin szczegółowych. Jeśli takie dzieło ma być prawdziwe, musi też być zapisem intymnym, nie fałszującym niczego i nieustannie się sprawdzającym literacko, na każdym poziomie autorelacji i wartościowania. Ważna jest też pracowitość i nieustanne przekonanie, że to, co się zapisuje pozostanie na zawsze świadectwem dni i myśli, pojawiających się na horyzoncie osób i zdarzeń. To jakby zatrzymanie czasu w jego pędzie, przyglądanie się wszystkiemu z natężoną uwagą i oświetlanie wybranych miejsc, chwil, artefaktów, dokładna analiza zachowania najprzeróżniejszych osób. W poprzedniej epoce literackiej autor dziennika ograniczany był przez cenzurę, czasem sam od razu okrawał tekst, wiedząc, że nie ma on szansy na publikację w całości, a teraz pisanie takie ma walor prawdziwej niezależności, nie wolnej od określonych działań zabezpieczających. Wcześniej znani diaryści pisywali najczęściej do szuflady, pozostawiając wydanie swoich memuarów potomności, wierząc przy tym, że w nowym czasie ukażą się one bez cięć i retuszy. Historia edycji Dzienników Marii Dąbrowskiej zaświadcza jednak, że nie jest to takie proste i minąć musi wiele lat, zmienić musi się klimat historyczny i polityczny, zanim publikacja całościowa stanie się faktem. Literatura polska, w różnych epokach, w skrajnie odmiennych warunkach politycznych, stworzyła wiele zapisów intymnych, które dzisiaj wskazywane są jako wzorce gatunkowe – to dzienniki Stefana Żeromskiego, Zofii Nałkowskiej, Witolda Gombrowicza czy Jarosława Iwaszkiewicza. Mają swoją wagę w historii literatury także dzieła diarystyczne Jerzego Andrzejewskiego, Stefana Kisielewskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Tadeusza Konwickiego, Andrzeja Kijowskiego czy Edwarda Stachury. Jako bezdyskusyjne arcydzieło stale kreuje się diariusz Witolda Gombrowicza, choć wyraźnie stracił on swoje brzmienie w ostatnich latach, a to przede wszystkim za sprawą upadku komunizmu w Polsce – teraz już nie jest dziełem „zakazanym” i to, co wykreślała cenzura często jawi się jako błahe i wzbudzające zdumienie, że ktokolwiek mógł widzieć w jakieś dygresji czy analizie zagrożenie dla systemu państwowego. W dobie powszechności internetowych blogów, gdzie autorzy odsłaniają kulisy swego życia, mówią o swoim alkoholizmie, narkomani, przyznają się do odmiennych preferencji seksualnych, Dziennik Gombrowicza jakby mniej szokuje. Nie przestaje wszakże fascynować jego strona literacka, sposób narracji, pomysły związane z analizą literatury czy dzieł sztuki, no i odwaga w formułowaniu sądów na temat współczesnych, a także samego siebie.

Lektura pierwszego tomu dzienników Józefa Banaszaka pt. Wybrałem Bydgoszcz, obejmującego dwudziestolecie 1989–2009, przywołuje natychmiast na myśl, wydany dopiero w 2002 roku przez Wydawnictwo Literackie, Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu Bronisława Malinowskiego, w którym autor czyni siebie przedmiotem naukowego eksperymentu. Opisuje lata spędzone w Zakopanem, Anglii, Australii i na Nowej Gwinei a zarazem studiuje własną osobowość, zetknięcie z obcą cywilizacją, będące dla niego rodzajem próby charakteru. Banaszak – w sytuacji dokładnie opisanej na kolejnych stronach pierwszego tomu swojego dziennika – podobnie jak Malinowski udaje się na dobrowolną i równocześnie wymuszoną przez życie emigrację do innego miasta. Z nadzieją, że stworzy w nim nową placówkę badawczą, a zarazem rozpozna środowiska artystyczne, przenosi się do grodu na Brdą i Wisłą i kontynuuje zapiski w swoich zeszytach. Jak wskazany wyżej wielki polski antropolog, ale też z podobną dociekliwością, niczym najlepsi polscy diaryści literaccy, obserwuje ludzi i samego siebie, komentuje zdarzenia i dopełnia je treścią słowną. Niestety, bardzo szybko dominującym tonem staje się rozczarowanie, mnożą się relacje na temat kontaktów z ludźmi, którzy nie spełnili pokładanych w nich oczekiwań. To także zapis ogromnej pracy organicznej w obrębie bydgoskiej uczelni, przekształcanej przez Rektora Banaszaka w akademię i stale walczącego z oporną materią ludzką, nieustannie pojawiającymi się oponentami i malkontentami, osobami, które nie radzą sobie z własną osobowością i w interakcjach z otoczeniem odreagowują stresy. To wszakże tylko jeden nurt rozważań w dziennikach tego wybitnego profesora entomologii i ekologii, bo jest w nim taki ogrom informacji na temat ludzi i zdarzeń, tyle mądrych analiz i dopowiedzeń, tyle wiedzy naukowej, ściśle biologicznej i humanistycznej, tyle humoru i lekkości intelektualnej, że dzieło to uznać należy za jedno z najważniejszych literackich dokonań na Pomorzu i Kujawach w ostatnim pięćdziesięcioleciu, a i ustawić je trzeba na tej samej półce, co wskazane wyżej udane polskie realizacje autobiograficzne. Autor postanowił ukazać swój czas bez zafałszowań, począwszy od własnych kłopotów rodzinnych, poprzez czas budowania innej sytuacji życiowej z nową partnerką, a potem żoną, przez żmudne przystosowywanie leniwej natury pomorskiej do intensywnych działań i nieustannej aktywności. Pojawiły się też w Dziennikach liczne opinie o współpracownikach, naukowcach, artystach, pisarzach, aż po refleksje natury ogólnej, snute na kanwie badań ekologicznych i własnych obserwacji nowego środowiska. Odwaga profesora okupiona została wrogim pomrukiem i licznymi działaniami zakulisowymi, mającymi na celu dyskredytację jego dzieła. Tymczasem – podkreślmy to raz jeszcze – jest to znaczące osiągnięcie intelektualne, jakże ważny dla kultury bydgoskiej fragment dziejów, w którym – czy ktoś tego chce, czy nie – Józef Banaszak odegrał ogromną rolę. To ten człowiek, wraz z arcybiskupem Muszyńskim, Stefanem Pastuszewskim i kilkoma lewicowymi politykami, przyczynił się najbardziej do przekształcenia Akademii Bydgoskiej w Uniwersytet Kazimierza Wielkiego, a po wygaśnięciu własnej kadencji – będąc ojcem założycielem – nie wahał się ostro krytykować następców i wskazywać ich niedociągnięcia, wątpliwe decyzje i nieustannie prowadzone wojny na papierowe miecze. To jest lustro ukazujące wykrzywione twarze, ale też rodzaj narzędzia badawczego, przybliżającego wszystko jak mikroskop i ukazującego struktury, które niewidoczne były dla środowiska uniwersyteckiego i uczestników życia kulturalnego na przełomie dwóch ostatnich wieków. Trudno się dziwić, że znaleźli się ludzie, którzy odwagę i uczciwość obywatelską Banaszaka odczytali jako atak na własne imponderabilia – nie chcąc dostrzec szerszych horyzontów – skupili się na drobnych elementach personalistycznych i wyciągnęli zbyt daleko idące wnioski. Po latach, gdy jakikolwiek światły historyk kultury, będzie przygotowywał monografię Pomorza i Kujaw, nie będzie mógł pominąć dzieła pt. Wybrałem Bydgoszcz, bo znajdzie w nim bogactwo nieprzebrane i prawdę o czasie, która w środowiskach ludzi nadwrażliwych bywa często wypaczana i fałszowana.

Drugi tom Dzienników obejmuje lata 2009–2013, a choć zakres czasowy jest mniejszy, książka niewiele różni się objętościowo od pierwszej części. Wskazuje to na większą intensywność pisarską autora, częstsze sięganie po pióro i dogłębne analizowanie rzeczywistości. Metoda wypracowana w dwóch wcześniejszych publikacjach (bo był także tom poświęcony dzieciństwu i pierwszym latom pracy w Bydgoszczy: Czas nie przeszedł obok. Wspomnienia przyrodnika – 2008), zaowocowała w tomie kolejnym wspaniałymi kartami, przybliżającymi raz jeszcze podskórne życie bydgoskiej uczelni, domenę kultury i sztuki, a także liczne wydarzenia ze świata polityki i szeroko pojmowanej kultury materialnej. Autor jest tutaj bardziej powściągliwy, a przy kontrowersyjnych sprawach wprowadza jedynie pierwsze litery nazwisk, oczywiście łatwo rozpoznawalnych i lokujących się w określonym kontekście. To jest dokument równie cenny jak tom pt. Wybrałem Bydgoszcz, a skala przywołań i analiz musi budzić podziw, tym bardziej, że zapowiadany jest trzeci tom, który już powstaje, a po publikacji zamknie obszerny trójksiąg, doprawdy nie mający precedensu w literaturze Pomorza i Kujaw. Zwykle dopiero po latach dostrzega się wagę tego rodzaju publikacji, sięgając do nich często i czerpiąc z nich wiedzę o świecie i ludziach. Jakże uboższy byłby polski pozytywizm bez Kronik Bolesława Prusa, o ile mniej wiedzielibyśmy o dwudziestoleciu międzywojennym, gdybyśmy nie czytali Dzienników Żeromskiego, jakże też wzbogacały naszą wiedzę o Polsce i emigracji politycznej dziennik Gombrowicza czy Herlinga-Grudzińskiego. Podobnie będzie z monumentalnym dziełem znakomitego entomologa, urodzonego w Wielkopolsce, ale z wyboru bydgoszczanina. Autor zdaje sobie sprawę z wartości swych Dzienników i pisze je z ogromną pasją, notując kolejne wydarzenia, spotkania z ludźmi i sprawy związane z uniwersytetem. Często są to historie bardzo kontrowersyjne, budzące zdumienie, że pośród naukowców czy ludzi sztuki tak często dochodzi do konfliktów i podziałów, tyle przyjaźni zamienia się w opozycję, a uściski dłoni zastępuje mijanie się na ulicy bez słowa i niepotrzebne wojny podjazdowe. Banaszak jest naukowcem i człowiekiem wielkiego formatu, znacznie wyrastającym poza bydgoskie opłotki, posiada też ogromny dorobek naukowy i pisarski, co bywa nie do pojęcia dla przedstawicieli środowiska, w którym dwie lub trzy skromne książki świadczyć mają o rozwoju i stają się podstawą nadania tytułów naukowych. Tak aktywny twórca, tak dociekliwy i osiągający stale sukcesy uczony, staje się w małym mieście wrogiem publicznym numer jeden, tym bardziej, że w swoim dzienniku chwali życie rodzinne, relacjonuje spotkania ze swoimi dziećmi i z bliskimi żony, nie dostarcza pożywki różnorakim skandalistom, a jego największym „szaleństwem” jest spotkanie w wąskim gronie przyjaciół i rozkoszowanie się czerwonym winem. Jak on to zrobił, jak to się mu udało – pytają ci, którzy pół wieku męczą się z napisaniem znacznie skromniejszych książek, kto mu w tym pomógł, kto go wsparł w drodze do publikacji. Tymczasem odpowiedź jest tutaj bardzo prosta – to pracowitość autora dała takie efekty, jego chęć dokumentowania wyjątkowych chwil życia, uczestnictwa w kulturze regionu i spotkań z wieloma interesującymi ludźmi. Dopiero po śmierci wielu z nich, postaci utrwalonych w Dziennikach w całej ich dynamice, widać jak ważne były te zapisy, jaki archiwistyczny walor miały, jak wzbogaciły wiedzę o tych, których już nie ma. To jest diarystyka rozumiejąca i wychodząca naprzeciw człowieka, to próba uporządkowania jednego życia i wielu zdarzeń, które były w nim ważne i pozostawiły w pamięci wyrazisty ślad. Dzieło prof. Banaszaka może być wzorem dla twórców regionu i dla wielu polskich naukowców, którzy zechcieliby pozostawić potomnym zapis o dniach i doświadczeniach, o chwilach jaskrawych i matowych, a nade wszystko chcieliby dać świadectwo żywej myśli, pełnej pasji pracy nad sobą i w sobie, w określonej strukturze zawodowej i w obrębie jakiegoś środowiska. Lektura to fascynująca, odsłaniająca kolejne kulisy, będąca świadectwem nowych fascynacji i rozczarowań, ale za każdym razem prawdziwa, niczego nie fałszująca i nie koloryzująca, stająca się historią i zdecydowanie przeciwstawiająca się entropii. Publikując kolejny tom Dzienników prof. Banaszak wchodzi do elity pisarzy Pomorza i Kujaw i staje obok takich twórców jak Konrad Górski, Jerzy Sulima-Kamiński, Władysław Dunarowski czy Alfred Kowalkowski, znacznie też wzbogaca dokonania literackie regionu. Wybierając Bydgoszcz, skazał się na rodzaj banicji zawodowej i artystycznej, ale wierząc w moc swego pióra i prowadząc aktywne życie naukowe, osiągnął stan, który określić wypada tylko jednym słowem: szczęście. I choć wycierpiał wiele po drodze, zmagać się musiał z problemami natury etycznej, znalazł się w takim miejscu, gdzie nie docierają już barbarzyńcy kultury. Dając świadectwo swoim czasom, chwaląc codzienność, portretując ludzi i komentując zdarzenia, osiągnął balans z rzeczywistością, wypełnił misję pisarską, naukową i autobiograficzną, a nade wszystko stworzył wielkie dzieło, w którym na zawsze pozostaną myśli i słowa, obrazy i fotografie – dzieło, które jest najprawdziwszym dokumentem intelektualnej giętkości i żywiołowości, prawdziwego życia i mądrego, spokojnego dochodzenia do kresu.

ALMOST LIKE THE BLUES

640px-Leonard_Cohen_2187

Widziałem głodnych ludzi
To był mord, to był gwałt
Ich wioski płonęły
I próbowali zwiać.

Nie mogłem na to patrzeć
I gapiłem się w buty swe
To był kwas i tragedia
To prawie tak jak blues

I niemal chciałem umrzeć
Między każdą myślą złą
A gdy kończyłem dumać
To bardziej chciałem zejść

To była męka, to był mord
To były moje oceny złe
Wojna, gdy dzieci tracą Pana
To prawie tak jak blues

Musiałem serce zmrozić
Żeby przestało gnić
Ojciec rzekł tyś wybrany
A matka – to nie ty

I słuchałem ich opowieści
O Cyganach i Żydach
To było dobre, nie nudne
Prawie tak jak blues

Nie ma Boga w niebie
I piekła pod nami
Rzekł wielki profesor
I wszyscy o tym wiedzą

Ale ja miałem zaproszenie
Którego grzesznik nie odrzuci
I prawie jak zbawienie
Prawie tak jak blues

                    Z języka angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda

TAK JAK BLUES…

 Osiemdziesiąt lat Leonarda Cohena

Cohen1

Leonard Cohen pojawił się w moim życiu pod koniec lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, gdy jedna ze znajomych dziewcząt udostępniła mi kasetę magnetofonową z nagranymi balladami tego pieśniarza. Zauroczony głosem i treściami artykułowanymi przez niego, natychmiast dołączyłem go do mojego młodzieńczego panteonu muzycznego, obok Boba Dylana i Joan Baez, tuż przy Simonie i Garfunkelu, Gilbercie O’Sullivanie i Marku Grechucie. Słuchałem też wtedy wiele muzyki rockowej i przede wszystkim były to takie zespoły jak Led Zeppellin, Black Sabath, Budgie, UFO, a z innej półki Slade, Smokie, Abba. Była też ogromna fascynacja muzyką elektroniczną, kompozycjami zespołu Tangerine dream, Klausa Schulze, Mike’a Oldfielda, Vangelisa i Kitaro. Szybko ballady Cohena stały się najczęściej słuchanymi utworami w moim pokoju, a potem towarzyszyły mi podczas pracy, pisania książek literackich i naukowych, w trakcie lektury i przeglądania map, gdy rozstawiałem sztalugi i pochylałem się na kartami papieru, by coś nowego narysować. Pociągał mnie szlachetny smutek tych pieśni, jakże wyrazisty w głosie pieśniarza i w poszczególnych strofach, pisanych jak wiersze i mających często drugie dno, głębię, która nie pojawia się w zwykłej piosence. To były opowieści o starych prostytutkach, których nikt już nie chce wynająć, o partyzancie, który zostawił wszystko i rzucił się w wir walki, o lekko nienormalnej Zuzannie, która przypomina w swej biedzie Chrystusa, a nade wszystko o miłości żarliwej i niepowtarzalnej, o nieustannej pogoni za szczęściem i wolnością. Ballady Cohena otwierały moje wnętrze i uwrażliwiały mnie na ludzką krzywdę, uczyły też dystansu do świata i ludzi, krzepiły w trudnych życiowych momentach. I kazały czekać, więc zagryzałem zęby i wpatrywałem się w mrok: I dreamed about you, baby./ It was just the other night./ Most of you was naked/ Ah but some of you was light./ The sands of time were falling/ from your fingers and your thumb,/ and you were waiting/  for the miracle, for the miracle to come. Czekałem aż dziewczyna o długich, ciemnych włosach, tak podobna do Jane z pieśni Famous Blue Raincoat zrozumie czym jest uczucie i przestanie myśleć o innym mężczyźnie – czekałem aż zdarzy się cud, a gdy go nie było Cohen koił jak balsam i szeptał – jak do Janis Joplin – You told me again you preferred handsome men/ but for me you would make an exception./ And clenching your fist for the ones like us/ who are oppressed by the figures of beauty,/ you fixed yourself, you said, „Well never mind,/ we are ugly but we have the music.” Tak było, mijały lata, pojawiały się nowe piosenki pieśniarza z Kanady, a ja zmieniałem się jak wszyscy ludzie i wciąż był we mnie ten smutek, który on we mnie zaszczepił, robiąc też ze mnie poetę. To wielkie szczęście i ogromne nieszczęście, ale tak już zostanie… To jak blues…

286465-leonard-cohen-1970

Nowa płyta Cohena – Popular Problems – przyniosła znowu wspaniałe utwory, a zmatowiały głos barda stał się doprawdy tragiczny, jakby dobiegający z głębi dziejów i komentujący niecne uczynki ludzkości. Cohen, który zawsze celebrował swoją żydowskość, jawi się tutaj jako starotestamentowy prorok, choć w każdym utworze pojawia się też ironiczny kontrapunkt. Najlepiej widać to w pieśni pt. Almost Like The Blues, będącej relacją z tego, co ludzkość czyni na początku nowego stulecia i co zrobiła w wiekach wcześniejszych. To spojrzenie skanujące historię, a zarazem próba zdystansowania się do okrucieństw i wynaturzeń istot, które powołane zostały do wielkości, ale zmarnowały szansę, zgubiły ludzki etos, weszły na drogę zbrodni i gwałtu: Widziałem głodnych ludzi/ To był mord, to był gwałt/ Ich wioski płonęły/ I próbowali zwiać. Mordując niewinnych, odciskając piętno zbrodni na braciach i siostrach, stali się samą istotą zła, którego nie sposób wyrazić i opisać. Cohen sięga tutaj do tradycji Afroamerykanów z Południa, którzy śpiewali od dawien dawna o smutku i rozpaczy (ang. blues), o swojej trudnej sytuacji, o krzywdzie i nienawiści rasowej, o wierności i zdradzie, o podróżach i poszukiwaniu swego miejsca na ziemi, o nieustannym pragnieniu znalezienia miłości. To, co było protestem w pieśniach czarnych Amerykanów, co nawiązywało do muzyki folkowej, w twórczości Cohena przybrało formułę ironicznego krypto cytatu, bolesnego nawiązania, rozpaczy ukrytej w zwiewności tekstu i melodii. Melorecytacja, tak charakterystyczna dla tego artysty, staje się tutaj rodzajem kpiny ze świata, który morduje i gwałci; z ludzi, którzy palą wioski i skazują dzieci na głodówkę. Choć może się wydać, że jest to zbyt ulotna forma, przy głębokim wsłuchaniu się i uważnej analizie, okazuje się, że jest to prawdziwy krzyk rozpaczy, a także potwierdzenie ludzkiej niemocy, bólu nie do wyrażenia: Nie mogłem na to patrzeć/ I gapiłem się w buty swe/ To był kwas i tragedia/ To prawie tak jak blues. I nie mamy tutaj do czynienia z cynizmem, to tylko prawda o naszym świecie, który pędzi donikąd i stale generuje konflikty na wielu płaszczyznach egzystencji, od relacji międzyludzkich, do zatargów rasowych i wojen między sąsiadującymi krajami.

33Leonard-Cohen

Co spokojny człowiek może przeciwstawić zbrodni i cierpieniu niewinnych bytów, co może zrobić intelektualista taki jak Cohen? Niewiele, a zarazem bardzo dużo – może komentować i kierować uwagę milionów na to, co jest złe, co wypacza humanizm i wiarę w dobro człowieka. Rozpacz, taka sama jak w pieśniach Afroamerykanów, rozsadza tutaj formę zdystansowanej ballady, a zarazem potwierdza bezsilność: I niemal chciałem umrzeć/ Między każdą myślą złą/ A gdy kończyłem dumać/ To bardziej chciałem zejść. Tak byłoby najłatwiej, tak można by zamknąć każde życie, odsunąć się od świata i jak rzymski arbiter elegantiarum Petroniusz, otworzyć sobie żyły i patrzeć jak gaśnie światło i matowieją kolory, a barbarzyńcy bezsilnie opuszczają dłonie z okrwawionymi narzędziami zbrodni. Cohen widzi też swoje błędy, wszakże fascynował się kiedyś rewolucją kubańską, Fidelem Castro i Chè Guevarą i jak wielu lewicujących intelektualistów, wchodził na ślepe ścieżki poznania. Po latach przyzna się, że niewłaściwie oceniał wojnę i rewolucję: To była męka, to był mord/ To były moje oceny złe/ Wojna, gdy dzieci tracą Pana/ To prawie tak jak blues. Dopiero teraz pojawiają się rzetelne relacje o zbrodniach dwudziestowiecznych rewolucjonistów, dopiero w nowym czasie i innej rzeczywistości kolejnego stulecia wychodzi na jaw prawda o tych, którzy pojawiali się na sztandarach ruchów kontestacyjnych. O Chè Guevarze śpiewano piękne pieśni (Joan Baez), pisano żarliwe wiersze (sam się od tego nie uchroniłem), jego portret w berecie, z czerwoną gwiazdą, noszono na T-shirtach i na plakatach, a przecież okazał się bezlitosnym mordercą, wykonującym egzekucje i rozsiewając krwawy leninizm po świecie. To były te oceny złe artysty, prezentowane tutaj z ironicznym dystansem, ale przecież jak najbardziej realne, zapisane wcześniej w pieśni pt. Field Commander Cohen z płyty pt. New Skin for the Old Ceremony (1974). W takiej sytuacji, wskazując własne błędy, poeta z gitarą nawiązuje do żydowskiej tradycji, do przekonania, że nadejdzie człowiek wybrany i uczyni mir w świecie. Wspominając słowa ojca i matki, ironizuje z bluesowym zaśpiewem: Musiałem serce zmrozić/ Żeby przestało gnić/ Ojciec rzekł tyś wybrany/ A matka – to nie ty. Cierpienie jest jak rozkład, ból przypomina gnicie, wiec poeta symbolicznie mrozi swoje serce, by odgrodzić się od ogromu zbrodni i wraca na łono rodziny, komentując wcześniejsze komentarze i wypowiedzi swoich rodziców.

img_0733_2

Wsłuchuje się w ich mądre opowieści o Cyganach i Żydach i szuka takiej samej tolerancji w świecie, ocenia je jako dobre, nie nudne, przypominające bluesa i jego pierwotną „czarną” formę – pieśni kojącej i wspierającej cierpiących zbieraczy bawełny, zagubionych tropicieli sensu i właściwego wymiaru istnienia. Takie zasłuchanie się w siebie i w groźne pomruki świata prowadzi do bolesnej refleksji teologicznej i zakwestionowania wiedzy jako drogi poznania. Można być profesorem i niczego nie rozumieć ze świata, można osiągnąć ziemskie zaszczyty, tytuły, a i tak umiera się nagim i bosym, podlegając prawom entropii jak cesarz, nędzarz i żebrak. Ironia sięga tutaj zenitu: Nie ma Boga w niebie/ I piekła pod nami/ Rzekł wielki profesor/ I wszyscy o tym wiedzą. Czy człowiek jest w stanie zrozumieć istotę stworzenia, czy może sięgnąć myślą ogromów kosmicznych, pośród których się ono rozgrywa, a wreszcie czy jest partnerem dla Boga, czy może tylko nic nie znaczącym pyłkiem? Leonard Cohen jak mało kto poznał zakamarki naszego świata, szalejąc jako młody beatnik w Nowym Jorku, przemierzając Stany Zjednoczone i świat jako pieśniarz, widząc ogrom ubóstwa i zbrodni, nie bez powodu przeciwstawiając w tytule swojej słynnej płyty miłość nienawiści. To poeta najwrażliwszy z wrażliwych, dodatkowo wzmacniający swoje wiersze wspaniałą muzyką, często krytykowana przez profesjonalistów, ale akceptowaną i kochana przez jego wielbicieli. To nowoczesny komentator istnienia, szukający odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji w ramionach pięknych kobiet i w różnorakich ziemskich samotniach, śpiewający pośród mroku i w świetle słońca, nowy Federico Garcia Lorca i Osip Mandelsztam, brat Allena Ginsberga i Sylvii Plath, powinowaty Roya Orbisona, Johnnego Casha i Boba Dylana, a nade wszystko filozof i ironiczny egzegeta religijny. Jego żydowskie pochodzenie jest jak stygmat, z którego uczynił znak rozpoznawczy, to coś, co stanowi jego siłę i słabość, co jest dziedzictwem kulturowym, ale też genetyczną skłonnością do depresji. Artysta nieustannie eksperymentował z życiem, poddawał siebie próbom wytrzymałości, walczył o siebie w sytuacji przegrania i triumfu, przechodził liczne załamania, wstawał z kolan i szedł. Zawsze był blisko cierpiących i potrzebujących pomocy, a jego ufność w ludzi doprowadziła go nieomal na skraj bankructwa, gdy został perfidnie oszukany i okradziony przez agentkę. W końcu, mijając ze zdziwieniem dzień osiemdziesiątych urodzin, wrócił do punktu wyjścia, do religijnego pytania o sens wszystkiego. Choć był wielkim grzesznikiem (przede wszystkim obyczajowym), choć odrzucał Boga wiele razy, w końcu zrozumiał, że zaproszenie, które otrzymał na początku życia nigdy nie straciło swojej ważności: Ale ja miałem zaproszenie/ Którego grzesznik nie odrzuci/ I prawie jak zbawienie/ Prawie tak jak blues. Wymowa wiersza pt. Tak jak blues, pełnego subtelnej ironii, ale jakże bolesnego, ukazującego nasz świat takim jakim jest, jest doprawdy przejmująca. To memento wielkiego barda dla początku nowego stulecia, to jego podsumowanie tego, co zobaczył w przeciągu dziesięcioleci, to jego surowa ocena samego siebie i nas wszystkich. To prawie blues…

ARABIA DESERTA

LebiodaZoltyOleander-OKL-OK.indd

Dalekie podróże mają ogromną tradycję kulturową, a wiersze pisane pod ich wpływem weszły do skarbnicy dziedzictwa światowego. Tak wywołane hasło, natychmiast przywodzi na myśl wielu twórców, od średniowiecza do współczesności – od Marco Polo, Ibn Battutę, poprzez Goethego, Mickiewicza aż do Hemingwaya, Camusa i Le Clézio. To za każdym razem było to przyglądanie się sobie w odmiennej sytuacji egzystencjalnej, tworzenie mapy wyprawy i dopełnianie jej refleksjami natury ogólnej. Każdy twórca, pragnący pozostawić potomnym zapis swoich wędrówek, staje przed trudnym zadaniem. Musi przecież stworzyć strukturę, w której swoje miejsce mieć będą charakterystyczne elementy danej rzeczywistości, portrety ludzi i miejsc, ważnych zdarzeń i niezwykłych sytuacji. Zadanie jest trudniejsze, gdy mamy do czynienia z poezją, mającą określone ramy gatunkowe, z natury swojej esencjonalną, ogniskującą się na metaforze, symbolu i pięknie języka. W takim rozumieniu, stworzenie zbioru liryków, w których znalazłyby się różnorakie wyznaczniki świata arabskiego, było dla mnie nie lada wyzwaniem. Pojechałem do Iraku dwukrotnie, najpierw w 2011 roku do Kurdystanu, a potem w roku 2013 w okolice starożytnego Babilonu i rzeki Szatt al-Hilla. To były wyprawy bardzo niebezpieczne, ale też będące obietnicą wspaniałych doznań, egzotycznych widoków i spotkań z niezwykłymi ludźmi. Starożytni Rzymianie posługiwali się terminem Arabia Felix i określali nim kraje i ziemie Półwyspu Arabskiego, przede wszystkim dzisiejszego Jemenu i Omanu. Ta cywilizacja miała ogromny wpływ na życie w czasach rzymskich, kontrolując szlaki z Indii i Afryki nad Morze Śródziemne, do dalekiej Mezopotamii i Egiptu, wpływając na rozwój handlu, wymianę umiejętności i liczne kontakty kulturowe.

Znacznie niżej, na południu, rozciągała się Arabia Deserta, pełna piasków i skał, dopiero na ziemiach starożytnego dwurzecza zmieniająca się w żyzne tereny, nawadniane przez Tygrys i Eufrat. Niestety, moje irackie obserwacje kazały mi przesunąć granice Arabii pustynnej na cały kraj, a był to zabieg tyleż symboliczny, co metaforyczny. Ziemie coraz bardziej tam pustynnieją, realnie i w przenośni, a bezsensownie przelewana krew domaga się stale zadośćuczynienia. Ostatnim tego przejawem była tragiczna śmierć amerykańskiego dziennikarza, któremu islamiści ścięli głowę, a potem pokazali całemu światu okrutną egzekucję. Minie wiele lat zanim pustynie duchowe w tym pięknym zakątku ziemi zmienią się znowu w wiszące ogrody Semiramidy. Takie uporządkowanie widziałem w irackim Kurdystanie, gdzie spotkałem wspaniałych ludzi, niwelujących zniszczenia i budujących piękne miasta, takie jak Erbil (starożytna Arbella) i As-Sulajmanijja. O ile Kurdystan może zachwycać rozmachem i konstruktywnym rozwojem, o tyle centralny Irak – który przyszło mi oglądać dwa lata później – nie nastrajał do pozytywnych refleksji, a raczej generował stale pytania o sens postępowania dziedziców dawnego Babilonu, budowniczych zikkuratów i kanałów. Tutaj wszystko przypominać zaczyna wielki śmietnik, z kupami plastikowych butelek, foliowych toreb i szczątków jakichś urządzeń – tutaj jakby czas ruszył do tyłu, a posterunki żołnierzy, gniazda karabinów maszynowych i czołgi nie wróżą nic dobrego. Nie było tego jeszcze widać podczas moich pobytów w Iraku, ale powstanie państwa islamskiego i ciąg mordów na niewinnych ludziach, w imię Allacha i na rozkaz kolejnych kacyków religijnych, budzą przerażenie i każą budować ciąg scenariuszy budzących grozę. Lata rządów Saddama Husajna, wyniszczająca wojna z Iranem, system totalitarny, zabijający najcenniejszych obywateli, doprowadziły do strat niewyobrażalnych i sprowokowały konflikty na tle narodowościowym i wyznaniowym, szczególnie na linii opozycji pomiędzy szyitami i sunnitami.

Jakże odmienny był świat, który zobaczyłem nad rzeką Szatt al-Hilla, w zamkniętym ośrodku posaddamowskim, nad szeroką odnogą Eufratu. Tutaj, w silnie strzeżonej przestrzeni, z pałacami z poprzedniej epoki, ogrodami pełnymi żółtych oleandrów i hibiskusów, kuflików i akacji, poczułem się jakbym znalazł się w krainach Arabii Szczęśliwej. Nad mętnawymi toniami fruwały zielono-żółte żołny i zimorodki srokate, a w dali widać było ciągnące się gaje palmowe. To był świat jak z bajki, pełen tajemnych zakątków, malowniczych brzegów pradawnej rzeki, nieustannie toczącej swe nurty na południe. O niedalekiej przeszłości przypominał wielki pałac Saddama, wzniesiony na specjalnie usypanym wzgórzu, naśladujący swoją architekturą zikkurat i górujący nad ruinami starożytnego Babilonu. Jednego dnia zawieziono nas też ku zrekonstruowanej Bramie Isztar i weszliśmy przez nią do kompleksu murów i świątyń, dobrze znanych archeologom i badaczom starożytnych cywilizacji. Stanąłem zatem w miejscu, gdzie ludzkość zaczynała swą drogę ku współczesności, gdzie pojawiło się pismo klinowe i wzniesiono pierwsze tak skomplikowane budowle. I tutaj Husajn odcisnął swoje mroczne piętno, każąc bezceremonialnie zrekonstruować stare miasto, wznosząc mury na autentycznych ruinach. Wracając z Babilonu uważnie przyglądałem się miasteczkom i wsiom, ludziom pojawiającym się przy niewielkich domostwach, ale też kontemplowałem palmy i ukwiecone krzewy. Potem spędzałem wiele czasu na brzegu rzeki i wpatrywałem się w elementarne cząstki Orientu, tak dobrze mi znane z rysunków Juliusza Słowackiego i jego wspaniałych wierszy i poematów. To świat jakby lekko przechylający się ku melancholii i nostalgii, to rzeczywistość rodem z dziewiętnastowiecznych opisów podróżniczych, a zarazem zaledwie niewielka enklawa spokoju, pośród rozległych przestrzeni chaosu i zbrodni. Patrząc na śmigłe żołny, czarne rybitwy, słuchając jak śpiewają słowiki w akacjach, myślałem o swoich drogach i o szlaku całej ludzkości, zastanawiałem się nad sensem stale wybuchających konfliktów i odradzającej się wciąż – w nowych wiekach i pokoleniach – żądzy zabijania.

Tom pt. Żółty oleander powstał w sposób nietypowy dla mnie, bo złożyły się na niego wiersze pisane według wcześniej nakreślonego planu. Dotąd komponowałem zbiory poetyckie z utworów, które wcześniej wydobywałem z niebytu – tutaj stworzyłem najpierw katalog spraw, które powinny pojawić się zbiorze, zestaw wstępnych tytułów i haseł. Następnym etapem było dość szybkie i konsekwentne – jakże zdumiewające dla mnie – pisanie kolejnych tekstów, a potem redakcyjne ich opracowywanie. To była erupcja liryczna, dająca się porównać tylko z tym, co przeżywałem na początku mojej przygody z poezją. Wiersze dosłownie sypały się ze mnie, a w trakcie pisania pojawiały się też nowe „projekty”, tematy, bez których książka byłaby uboższa. To była odpowiedź mojego umysłu na doświadczenie arabskiego kraju, w którym – mimo wielkiego zagrożenia – byłem bardzo szczęśliwy i reagowałem spontanicznie na to, co zobaczyłem; na ludzi, których spotkałem i wiedzę, którą zdobyłem. W takim rozumieniu dwie wyprawy do Iraku były moim ważkim doświadczeniem życiowym i ułożyły się w ciąg innych wielkich podróży – do Stanów Zjednoczonych Ameryki, do Chin, na dawne kresy wielkiej Rzeczpospolitej czy do krajów basenu Morza Śródziemnego. Takie „poetyckie” poznawanie świata, obfitujące w niezwykłe zdarzenia, za każdym razem generowało aktywność wyobraźniową, a potem owocowało w twórczości. Tak powstało wiele liryków, które zamieściłem w tomach Bulwar Singera (2012) i Sprzedawca skowronków (2013). Żółty oleander jest zatem jakby zamknięciem trylogii i uporządkowaniem tego, co pisałem w ostatnich piętnastu latach. Wbrew pozorom nie są to wiersze „podróżnicze”, choć niewątpliwie pierwsza ich warstwa, opisowa i nasączona realiami Wschodu, tak się jawi – raczej jest to próba jak najszerszego opisu ludzi, świata, w którym żyją. Dodatkowo – jak w albumie fotograficznym – pojawiają się w tym zbiorze obrazy i zdarzenia z życia konkretnego człowieka, urodzonego kiedyś w biednej rodzinie, wspinającego się po szczeblach edukacji, a potem – w sposób zdumiewający – pojawiającego się w odległych miejscach naszego globu. To wielkie doświadczenie ludzkie i poetyckie traktuję jak dar od życia i losu, a zarazem jako cząstkę dziejów mojego pokolenia i generacji, które przyjdą po mnie. W takim rozumieniu moja Arabia Deserta była też Arabią Felix, a chwile oprawione w kształt wierszy dookreśliły w sposób najpełniejszy i najdoskonalszy dni mojego życia, dały mi siłę i kazały wierzyć, że nie zmarnowałem ani chwili z ofiarowanego mi świętego czasu.

BEZGŁOŚNA BŁYSKAWICA

Rembrandt, Wymarsz straży nocnych, 1642

Rembrandt, Wymarsz straży nocnych, 1642

Romantyczna ciemność różniła się znacząco od mroków współczesnych, miała inną „gęstość” i wywierała ogromne wrażenie na ludziach epoki. Od czasów zamierzchłych, do końca XIX wieku miasta były skromnie oświetlane przez proste latarnie, a w siołach i pośród wolnej przestrzeni panowała nieprzenikniona czerń, budząca grozę i rodząca najstraszniejsze myśli. Dzisiejsze skupiska ludzkie, wsie, a nawet obszary niezamieszkane, bywają lepiej lub gorzej oświetlone – „jasność” powszechnie dostępna jest w budynkach publicznych i pojazdach, w domach miejskich i wiejskich, a także w zagrodach zagubionych pośród pól i pagórków, umiejscowionych pod lasem czy na skrajach jezior. W XIX stuleciu zapadający zmrok bywał chwilą wyrazistego oddzielenia blasku od mroku – świece ledwie rozjaśniały wnętrza, a księżyc bardziej przerażał niż oświetlał, wsączał w naturę lunarny opar, który przydawał grozy kształtom i wymiarom. W takiej sytuacji, po zmroku, miało miejsce wzmocnienie elementów kosmogonicznych w postrzeganym świecie, gwiazdy zyskiwały wyrazistość, a galaktyki głębię. Przelatująca kometa stawała się autentycznym wydarzeniem na miarę kosmiczną, bo rozpraszała światło konstelacji, w których się znalazła i swoim lotem łączyła odległe przestrzenie astralne. Podobnie wyrazisty był Księżyc, który wyławiał z mroku ukryte kształty i zarazem je umartwiał bladością, przydawał zgaszonych barw, oblepiał jakąś zdumiewającą ostatecznością, lunarną marnością, bezgłośnym kosmotelurycznym pulsowaniem. Ludzie w takim mroku chronili się w domach i zasypiali bez jakichkolwiek lamp, kończyli dzień zdmuchnięciem ostatniej świecy i poddawali się obezwładniającej sile nieprzenikliwej czerni. Z ciemnej nocy – pisał Johann Joseph von Görres, analizując sztychy Rungego – wynikło wszystko, co widzialne, w ciemnych otchłaniach rozlewa się chaos bez gruntu, zaś duch duma nad wodami. Ten chaos nocny przytłaczał ludzi i powodował, że podnosząc głowy ku gwiazdom, szukali oni pośród nikłych ogników, w fantazyjnych konstrukcjach gwiazdozbiorów i okazjonalnie błyskających ciałach niebieskich, jakiegoś potwierdzenia, że ich byt jest mocno utwierdzony na Ziemi. Będąc częścią rzeczywistości planetarnej, zdając sobie sprawę z chybotliwości istnienia, ludzie czasu romantyzmu, pragnęli znaleźć na mrocznym niebie choćby iskierkę światłości boskiej, albo czynili z konkretnych gwiazd nośniki przedwiecznej świętości. Görres analizuje tutaj rysunek Philippa Ottona Rungego Die Nacht, ze słynnego cyklu miedziorytów Die Zeiten, uważanego za jego największe dokonanie twórcze. Rysunki te wywarły duży wpływ na sztukę ilustracji XIX wieku, a potem znalazły też licznych komentatorów w stuleciu następnym. Autor wskazanej analizy podąża od afirmacji i zachwytu do deformacji przestrzeni, w której stale obecny jest pogłos piekielnych przeobrażeń: Jak posąg odlany z metali i innych elementów – pisze Görres – stoi oto świat boskiego ładu, a czysty śpiew chórów przenika historię; cudowny widok, mówi nam filozofia, a boskość oddychająca w dźwiękach, rozlana w formie, cieszy się własną wspaniałością w tym pięknym porządku. Ale kiedy wielkie słowo przebrzmi, z głębi powraca wciąż tępy pomruk; formy, oglądane z bliska, wydają się zniszczone i zniekształcone, śpiew dzikim obłędnym dudnieniem. To jest jakby sama istota konfliktu, jaki od zarania dziejów rozgrywa się pomiędzy światłem a ciemnością, pomiędzy dniem i nocą, między harmonią a chaosem, a wreszcie między oświetlonym, jasnym kształtem, a pustką, bezdechem i brakiem wymiarów w ciemności.

Ważniejszym od Rungego malarzem ciemności i lunarnych przekształceń świata był bez wątpienia Caspar David Friedrich, który zasłynął jako twórca imaginowanych przestrzeni i postaci odwróconych tyłem do widza, a nade wszystko jako niezrównany wyraziciel nastrojowości wieczorów i nocy, a szczególnie tych chwil, gdy wschodzi księżyc. Z bogatego dorobku tego malarza i rysownika, dla przybliżenia pory dobowej prezentowanego tutaj dzieła Klingemanna, przywołajmy dwa, szczególnie iluzoryczne obrazy. Pierwszy z nich nosi tytuł Greifswald w świetle księżyca i obecnie znajduje się w Nasjonalgalleriet w Oslo. Przedstawia on wskazane w tytule miasto, ale też i jakąś fantasmagoryczną rzeczywistość, pośród której pojawiają się jakieś elementy skalistego wybrzeża, jakieś żagle tajemniczych łodzi, rozwieszone na palach sieci rybackie, a w dali wieże kościołów, katedr, jakichś znamienitych budynków miejskich. Autorzy pracy zbiorowej o Friedrichu tak charakteryzują ową wydobytą z mroku przestrzeń: Friedrich ukazywał w mglistej eteryczności miasta, dzwonnice, kościoły. Miasta duchy (…), fantasmagoryczne wieże (…) i katedry – otoczone nierealna poświatą, wynurzające się z niej jako wizje pełne sennych halucynacji. Rodzą się one z tajemniczego elementu, jaki je spowija, są jego kontynuacją i ucieleśnieniem, zaledwie materializując jego przejrzystą (a jednocześnie gęstą) substancję; stanowią obrazy bliskie owemu zamglonemu światłu, potęgując jego symbolikę. Miasta, konkretyzacje artystycznych widzeń, wyłaniają się w olśnieniu i ekstazie (niby niebiańskie Jeruzalem), niczym wyimaginowane siedziby tego, co nierzeczywiste i niewyobrażalne. Jest w tej wizji jakaś ponura ostateczność, której nie łagodzi prześwit otwierający się za sprawą światła księżycowego – jest groza i nieuchronność jakiejś śmiertelnej rzeczywistości. Niewielki statek, z powiewającymi martwo żaglami, przemyka między skałami podwodnymi i wystającymi z wody czarnymi konarami, jakby próbował wyrwać się z matni, jakby szukał bezpiecznego przejścia z mroku ku światłu. Ledwie widoczne, strzeliste wieże kościołów i zarysy innych budynków, zdają się dźwigać z ciemności, a zarazem jakby unosić się nad linią niewidocznego horyzontu. Bliższe refleksy światła, jakby lunarne poblaski na wodzie, przydają tajemniczości tej przestrzeni i stają się świetlistym ornamentem mroku. Czernie i szarości, rozmycia walorowe i laserunki przypominają dzieła flamandzkich mistrzów, są niczym odwzorowywane przez nich powierzchnie szklanych dzbanów, kielichów, albo gęstych teł, z których wypływają twarze i zarysy postaci.

Drugi obraz, namalowany w 1817 roku, a zatytułowany Miasto w księżycowej poświacie, jest przybliżeniem, podobnie odsłaniającej się przestrzeni, dziewiętnastowiecznego grodu, leżącego nad wodą i strzelistymi iglicami, sięgającego nieba. Tutaj także, na pierwszym planie, są jakieś stare słupy, leżące kawałki drewna i przytwierdzone do palików postrzępione sieci rybackie. Wszystko rozjaśnia się jednak za sprawą księżyca o ogromnych rozmiarach, wypływającego właśnie nad zakryty przez budynki horyzont i wnoszącego sporo światła do tej uśpionej rzeczywistości. Jak piszą autorzy przywoływanej pracy o twórczości Friedricha: Artysta potrafi znaleźć własne, oryginalne środki dla wyrażenia i uwiarygodnienia swej wizji, swego odczuwania i myślenia. Ograniczając tematykę, koncentrując się na wybranych wątkach i motywach, twórca redukował również środki wyrazu, co nie znaczy, że je zubażał. Siła obrazów niemieckiego malarza polega na tym, iż przy całej ich panoramicznej rozległości, odszedł zarówno od perspektywicznej ścisłości XVIII–wiecznych wedut, jak i od konwencjonalnej – opartej na trójplanowym układzie – równowagi klasycznej kompozycji pejzażu. Na jego płótnach horyzont nigdy nie jest geometrycznie prosty, plany zawsze zataczają hiperboliczne krzywizny, w podobny sposób formują się układy chmur i rozświetlonych obłoków na niebie. Obok hiperboli zamykającej w swym ognisku przewodni motyw obrazu, Friedrich stosował też parabolę, jaka na swej łagodnej krzywiźnie wynosiła ku górze motyw główny, a także prowadzące w głąb prześwity. To jest świat Księżyca triumfującego, niezwykle wyraziście odbijającego światło słoneczne – wschodzące dopiero nad horyzont i tworzącego swoją wielką tarczą eternalną perspektywę dla kształtów architektonicznych. Nie dostrzeżemy tutaj mgieł, ani rozmyć w przestrzeni ziemskiej, pojawiają się one tylko na obrzeżach mroku, przy krawędziach chmur i ich odbić w srebrzystej, czarno–granatowej i złotej wodzie.

Ta przywołana wyżej przestrzeń lunarnej poświaty może być ilustracją dla nocnego świata Straży nocnych, wykreowanego przez niemieckiego romantyka, znanego przez wiele lat tylko pod pseudonimem Bonawentura. Obecnie filolodzy uznają za autora tego dzieła Augusta Ernesta Fryderyka Klingemanna, a stało się tak za sprawą znaleziska Ruth Haag, bibliotekarki uniwersytetu w Amsterdamie, która jesienią 1987 roku znalazła szkic autobiografii Klingemanna, w którym własnoręcznie umieścił Straże nocne, jako swoje dzieło. Pisze o tym Steffen Dietzsch w syntetycznym szkicu, dołączonym do polskiego wydania tego dzieła, w którym znajdziemy też próbę opisu naukowego, licznych kontekstów i asocjacji literackich. W literaturze okresu Goethego – syntetyzuje Dietzsch – pojawiają się niekiedy osobliwe teksty i zagadkowi autorzy. Prócz do dziś nieznanego twórcy (albo nieznanych twórców) tak zwanego „Najstarszego programu systemu niemieckiego idealizmu” z 1796 roku, jest nim stale intrygujący badaczy autor, występujący pod pseudonimem Bonawentura. Jego najlepszy utwór „Straże nocne” był właściwie zawsze tekstem odpowiednim dla entuzjastów i miłośników imaginacji. Na co by nie spojrzeć – na formalną strukturę tekstu czy na treściowy sens, na nieszczęsną sprawę autorstwa czy na kwestie wydawnicze lub związane z historią druku, nigdzie nie było pewności – wszędzie tylko łatania i hipotezy. Może jednak dobrze się stało, że tak długo dzieło to przyoblekał nimb tajemnicy, a kolejni filolodzy starali się rozwikłać tę zagadkę, albo uznawali ów brak nazwiska twórcy utworu, za świadome działanie. To potęgowało tajemniczość dzieła i rodziło romantyczną legendę. Dopiero jednak w okresie niemieckiego modernizmu wzmogło się naukowe zainteresowanie Strażami nocnymi i uczyniło z nich rodzaj kryptogramu, w którym ukryte zostały tajne treści, albo które powstało dla wzmożenia zainteresowania i wzmocnienia wartości literackich. Postać głównego bohatera tak charakteryzuje Maria Żmigrodzka: Straże odprawia w mieście – niedużym, niemałym, rezydencjonalnym mieście niemieckiego państewka – Bonawentura, zwany w tekście Rozdrożnym, jako, że znaleziono go kiedyś nocą, na podmiejskich rozstajnych drogach. Krąży po opustoszałych ulicach, śpiewnie ogłasza upływające godziny, dmie w róg lub wymachuje piką w obronie spokoju i bezpieczeństwa zacnych obywateli, najchętniej jednak podpatruje ich sekretne sprawy i płata ryzykowne psie figle, boleśnie demaskujące tę rzekomą zacność. Bonawentura istotnie „widzi życie” i jako mizantrop–humorysta nieustannie na jego temat filozofuje, zapewniając – przede wszystkim samego siebie – że także „zna prawdę”. Bohater Klingemanna jest człowiekiem nocy i pośród niej czuje się najlepiej – odrzuca dzienne czuwanie, zakłóca swój biologiczny rytm życiowy, śpi za dnia, a najpełniej egzystuje w ciemności i pośród lunarnych, tak znakomicie namalowanych przez Friedricha, poświat i mglistych oparów. Ważną rolę odgrywa tutaj kreacja czasu i przestrzeni – utwór zaczyna się od pierwszego n o c n e g o   u d e r z e n i a   z e g a r a, które w dawnych czasach, z racji ograniczeń i form oświetlenia, bywało wcześniejsze niż dzisiaj, a jeszcze bardziej przybliżało porę snu w porze zimowej, kiedy to niewiele „jasnych” godzin mieli ludzie do dyspozycji. Kończy się natomiast ten utwór rozsypaniem prochów ojca i jakby samym „echem nicości”, wyciskającym swoje piętno na wszystkim, co w ciągu życia zrobi człowiek i co tak ważne dla niego, staje się pyłem w obliczu wieczności. To symboliczne, początkowe uderzenie zegarowego gongu jest jak przedwieczne zawołanie: stań się, jest inicjacją świata mroku i przerażenia, a nade wszystko nokturnowym określeniem realiów:

Wybiła nocna godzina. Otuliłem się w swoje dziwaczne przebranie, wziąłem w ręce pikę i róg, wyszedłem w ciemność i, zabezpieczywszy się znakiem krzyża przed złymi duchami, obwołałem godzinę.
Była to jedna z tych niesamowitych nocy, gdy światło i ciemność zmieniają się szybko a osobliwie. Po niebie przepływały pędzone wiatrem chmury jak przedziwne, olbrzymie postacie, a księżyc raz po raz pojawiał się i prędko znikał. W dole panowała na ulicach martwa cisza, a tylko w górze panoszył się wicher jak niewidzialny duch.
Czułem się dobrze, cieszył mnie odgłos moich samotnych kroków, gdyż wydawało mi się, że wśród tylu śpiących wyglądam jak baśniowy książę w zaczarowanym mieście, w którym zła moc przemieniła każdą żywą istotę w kamień, albo jako jedyny człowiek ocalały z powszechnej zarazy czy potopu.

Rozdrożny wchodzi w ciemność i zabezpieczywszy się znakiem krzyża przed złymi duchami, zaczyna swój obchód miasta. Jego zajęcie pozwala obserwować zmiany zachodzące w przyrodzie i tym razem relacjonuje on, że noc pierwszej straży jest niezwykła, pozwalająca zauważyć zdumiewające metamorfozy na niebie – jakieś szybkie wymiany chmur i pojawiającego się na moment księżyca, a nade wszystko wzmaganie się wichru, który przydaje dynamiki zdarzeniom w górze i pośród pustych ulic. Narrator dumny jest ze swojej profesji, czuje się wybrany z wielkich rzeszy ludzkich, a nawet postrzega siebie jak baśniowego księcia. Widzimy tutaj, że kreowany świat ma określone wymiary i wyrazistą oś wertykalną, można w nim dostrzec życie i wyczuć sfery duchowe, bliski jest marzeniu i tajemnej opowieści, powiązany z ludzkimi wyobrażeniami na temat zjaw zamieszkujących ciemności i pełen złowieszczego oparu lunarnego, pełen grozy, lęku, martwoty. Tylko taki człowiek, ma odwagę chodzić w ciemnościach, tylko on powołany został do tego, by chronić sny mieszkańców, a tym, którzy nie mogą zasnąć, obwieszczać godziny. Ten człowiek podlega działaniom wiatru w taki sam sposób jak elementy budowli – mówi: Nocny wiatr świstał mi we włosach i szarpał zmurszałe okiennice jak nadchodzący, niewidzialny duch śmierci. Obowiązują tutaj ścisłe rygory narracyjne, bo konstruując jakąkolwiek opowieść, każdy człowiek musi od nowa stworzyć świat. Szczególnie trudne jest to w przestrzeni powieściowej, ale Klingemann i jego bohater podejmują wyzwanie. Czynią to z ogromną swobodą, której pochodzenie tak objaśnia Maria Żmigrodzka: Narrację Straży nocnych traktowano jako uderzająco swobodny collage form podawczych i gatunkowych, zgodny z romantycznym postulatem łamania zasad klasycystycznej genologii i reguły odpowiedniości stylów. W kolejnych szesnastu nocnych obchodach Rozdrożny przeplata urywki wspomnień, refleksje, lekturę „księgi swego życia”, zapiski opiekuna ze zdarzeniami z czasu swoich straży – z przygodami, obserwacjami, spotkaniami i opowieściami wielu innych narratorów. Tak pojawia się też dobitne wskazanie, że nocna przestrzeń, wykreowana w utworze, zależna jest od upływającego czasu, że wchodzi z nim w asocjacje i wzajemnie się dookreśla. Wszystko, co robi Rozdrożny ma swoje odwzorowanie na tarczy zegara i pojawia się w ściśle określonym segmencie miasta. Ruch w przyrodzie i przemieszczanie się człowieka, są ze sobą ściśle powiązane, przy czym kroki tego ostatniego uzależnione są od rozwijającej się akcji i intensywności przemian atmosferycznych. Noc stale wyciska swoje piętno na przyrodzie i na opowieściach narratora – jak zauważa Żmigrodzka: Jest to nieodmiennie noc ciemna i burzliwa, zimowa czy letnia, zawsze oświecana blaskiem błyskawic. Noc niesie ze sobą rozpacz i grozę, ale – paradoksalnie – w świecie Bonawentury ujawniać ma właśnie ukrytą prawdę, którą tylko przesłania jaskrawe światło dnia. Prawda ta ujawnia się jednak z reguły w krótkotrwałym, przelotnym trwaniu błyskawicy, jest inna dla Bonawentury i dla jego oponentów. Nagłe, mylące, niepewne błyski poznania, kontrapunktowane nawrotem ciemności, ukazujące porwane i sprzeczne fragmenty życia, określają sytuację człowieka wobec tajemnicy istnienia. Tylko czyste niebo, z księżycem lub jego poświatą zza chmur, pozwalają na swobodne poruszanie się utartymi ścieżkami. Wicher jest już zagrożeniem, a wielka ulewa nakazuje schronić się w jakimś ustronnym miejscu. Niemiecki romantyk tak odtwarza i konstruuje przestrzeń, że czytelnik ma wrażenie, że uczestniczy w świecie tyleż realnym, co nierzeczywistym, tyleż twardo utwierdzonym, co podlegającym ciągłym zagrożeniom ze strony sił przyrody, duchów i personifikowanej śmierci, a nade wszystko kosmosu, otwierającego się nad głową, gdy znika lub pojawia się księżyc, gdy konstelacje gwiezdne powoli przesuwają się po niebie. Przestrzeń i czas są w Strażach nocnych wyraźnie określone, a nawet pojawia się jakby ich ogólna teoria, odwołująca się do myśli filozofa z Królewca:

Już nieboszczyk Kant wykładał wam, że czas i przestrzeń są tylko formami zmysłowego postrzegania; otóż wiecie, że jedno i drugie nie istnieje już w świecie ducha, teraz więc pytam was, żyjących i działających tylko w świecie zmysłów, w jaki sposób chcecie znaleźć przestrzeń tam, gdzie nie ma już żadnej przestrzeni? – No, a cóż chcecie począć, gdy skończy się czas? Nieśmiertelność, nawet w odniesieniu do waszych wielkich mędrców i poetów, pozostaje w końcu tylko wyrażeniem przenośnym, cóż więc mogłaby oznaczać dla was, biedacy, którzy nie znacie innego ruchu poza obrotem towarami i żadnego ducha poza spirytusem, którym wasi poeci wywołują w sobie coś na kształt uduchowienia.

Ironia Rozdrożnego, dla ludzi jego czasu, jest miażdżąca, bo ma głęboką podbudowę Kantowską i odwołuje się do jego dialektyki teleologicznej władzy sądzenia. Chodzi o przestrzenie, które nie gubią się poza światem zmysłów, o swobodne przejście z przestrzeni Euklidesowej, do wolnego przestworu romantycznego, gdzie egzystują duchy i ciała astralne, gdzie pojawia się prawdziwa nieśmiertelność, a stworzenie świata bliskie jest każdej metamorfozie przyrody; gdzie wreszcie przestrzeń i czas mogą występować rozdzielnie, a nawet stawać się pojęciami przeciwstawnymi. Nie jest to wcale oczywiste, bo jak przypomina Włodzimierz Próchnicki: Trudności w jednoznacznym uświadomieniu sobie, czym jest czas i przestrzeń, występują tam, gdzie nie można się posłużyć aparatem matematycznym, czyli w naukach humanistycznych. Intuicyjne „zrozumienie” tych kategorii (jak się wydaje, jest ono udziałem większości twórców, a może i badaczy) stanowi właściwie błędne koło: nie mogąc pojąć definicji sformułowanych na gruncie nauk ścisłych, przybliżamy się do pojęcia poprzez „definicje” metaforyczne. Rozdrożny jest człowiekiem czasu, ściśle uwarunkowanego przez okoliczności i strażnikiem ograniczonej przestrzeni – budzi się do życia, gdy zapada zmrok i patroluje kolejne przedziały miasta, prawie nie wychodząc poza jego granice. Poprzez przyjęcie swojej profesji, został jakby wytrącony z normalnej egzystencji, której poszczególne fazy wyznacza światło i sen, blask pojawiający się na przedmiotach i pośród krajobrazów oraz melatonina, wpływająca do mózgu i przynosząca błogosławiony spoczynek po trudach dnia. Rozdrożny musiał wytworzyć w sobie jakieś mechanizmy obronne, a zakłóciwszy raz cykl dobowy, musiał utrzymywać odmienną od normalnej sytuację – to zapewne spowodowało, że jego postrzeganie czasu i przestrzeni różniło się od wyobrażeń innych ludzi. Zmiana faz wydzielania melatoniny daje zdumiewające efekty, mogą pojawić się u człowieka wizje na jawie, chwilowe zaśnięcia, nie odnotowywane przez świadomość, a wreszcie może zrodzić się depresja, prowadząca do choroby umysłowej. Może się też pojawić zakłócenie odczucia ciągłości czasu i postrzegania przestrzeni. Człowiek nie widzi złożoności tych pojęć, dopóki nie zacznie ich badać naukowo albo póki nie pojawi się u niego odwrócenie faz snu i czuwania. Lektura Straży nocnych rodzi pytania o te jakże elementarne kategorie, więc raz jeszcze przywołajmy tutaj rzeczowe rozstrzygnięcie Próchnickiego: Zgodnie ze znanym określeniem, czas i przestrzeń są formą istnienia zmieniającej się materii. To, że mówimy o czasowym i przestrzennym istnieniu materii w formie rzeczowników „czas” i „przestrzeń”, sprzyja hipostazowaniu, usamodzielnianiu czy wręcz absolutyzacji ich bytu. „Przestrzeń” objawia się jako coś w rodzaju bezkresnego pojemnika na wszelkie „rzeczy”. Analogicznie z czasem. Ponieważ zaś, przy pewnych założeniach, nie mogą owe „rzeczy” istnieć jedynie w czasie, albo wyłącznie w przestrzeni, mówimy o czasoprzestrzeni czterowymiarowej. Nie ma układów materialnych, które nie ulegałyby zmianom. Aby je zmierzyć trzeba mieć dla porównania układ przynajmniej dwuelementowy. W praktyce od wieków tym elementem odniesienia jest zegar, ale w społeczeństwach pierwotnych wciąż jeszcze stosuje się odnośniki astronomiczne. Taki pierwotny charakter ma w Strażach nocnych błyskawica – zjawisko które pojawia się raz po raz pośród mroków i rozświetla na chwilę fragment przestrzeni.
W świecie tej powieści nagły rozbłysk na niebie pojawia się raz po raz i wnosi do rzeczywistości element grozy, przedwiecznego chaosu, rozgrywającej się nieustannie kosmogonii. Nocny strażnik przyzwyczaił się już do błyskawic, które są elementem tyleż ozdobnym, co chronometrycznym – łatwo przecież może on wyróżniać przedziały czasowe pomiędzy kolejnymi rozświetleniami nieba. Podczas drugiej straży wychodzi na powietrze i relacjonuje:

Wybiła godzina wzywająca mnie do moich nocnych zatrudnień. Rozciągały się przede mną ulice puste i nieprzeniknione, tylko od czasu do czasu przelatywała przez nie lekko i szybko bezgłośna błyskawica, a z najdalszej oddali dobiegały jakieś pomruki, jak niezrozumiałe zaklęcia.

Spośród licznych rodzajów błyskawic, rozgałęziających się na niebie, tworzących rodzaj chwilowej, energetycznej pajęczyny czy sieci, pojedynczej krzywej, „sznura świetlistych pereł”, tutaj mamy do czynienia z błyskawicą krótko pojawiającą się pośród mroku i zarazem bezgłośną, a zatem znacznie oddaloną od narratora. Tego rodzaju błyski pojawiają się wiosną i latem, a czasem też jesienią i zimą, wszystko zależy od cyrkulacji warstw powietrza i ich zderzeń. Jeśli taka błyskawica pojawia się często, rzeczywistość chwieje się w swoich posadach i mamy do czynienia z efektem migotania, pojawiania się kształtów w coraz to innych natężeniach światła. Owa bezgłośność ma tutaj też swoją wagę, bo jakby przywodzi na myśl zgaśnięcie przestrzeni, chwilową implozję kształtów i wymiarów. Człowiekowi bardzo trudno zawiesić na czymś wzrok podczas takiego migotania, ale udaje się mu coś zauważyć, coś wyodrębnić z mroku. Po zapaleniu się nieba na ułamek sekundy, ledwie na drgnienie źrenicy, napływa nieprzenikniona czerń przestrzeni, można nawet powiedzieć, że ciemność nocy zostaje wtedy błyskawicznie wzmocniona – przynajmniej do czasu nowego przyzwyczajenia się wzroku do ciemności. Są też jakieś pomruki, jak niezrozumiałe zaklęcia, dziwne odgłosy dalekich gromów, nawałnic przewalających się przez inne nieba. Wszystko razem tworzy klimat tajemnicy i romantycznej ostateczności, chwili pierwszej i zarazem ostatniej. Wszystko odsyła wyobraźnię do czasów pierwotnego formowania się Ziemi, kiedy to kosmiczny i kosmizujący żywioł ognia, w formie rozgrzanej do czerwoności magmy, uderzających stale piorunów i elementarna siła powietrza oraz ziemi, współtworzyły krajobraz z piekła rodem. Po bezgłośnej błyskawicy, w rzeczywistości Rozdrożnego przychodzi czas wzmagających się burzowych efektów dźwiękowych, a ich przywołanie ma zapewne przydać grozy przy opisie zmarłego buntownika:

Byłem w tym momencie oddalony tylko o parę kroków od mieszkania ekskomunikowanego wolnomyśliciela. Z otwartych drzwi padał w ciemność nocy słaby blask, często stapiając się osobliwie z błyskawicami, a od strony dalekich gór grzmiało już wyraźniej, jak gdyby świat duchów zapragnął poważnie wmieszać się do gry.

Klingemann udanie scala tutaj nikłe światło wydostające się z pomieszczenia, z błyskami piorunów i ich dalekim pomrukiem, dobiegającym od strony gór. Śmierć zawsze kojarzy się z brzydotą, rozkładem, zgnilizną, ale tutaj jakby jej wymowę łagodzą błyskawice, mające w sobie zawsze ów element pierwotnej świętości. Jest tu też jakby element komizmu, czy ośmieszenia prezentowanej postaci, której poglądy, w kontekście elementarnych sił natury nie mają znaczenia, są wręcz groteskowe, jak sytuacja człowieka, który nic nie osiągnął, a odchodząc ze świata żywych pozostawił po sobie tylko opinię wolnomyśliciela. Warto w tym miejscu przywołać Johanna Gottfrieda Herdera, który mówi: Tam, gdzie przedmiot stać się ma śmiesznym poprzez dodatek brzydoty, nigdy nie może być on zbyt brzydki, jeśli ma mieścić się w granicach prawdopodobieństwa i uwydatniać kontrast. W każdym jednak razie brzydota nazbyt spotęgowana w grozie i potraktowana jako główny składnik rzeczywiście może przeszkadzać wywoływaniu uczucia grozy. Odczucie, iż jest całkowicie brzydki, tak że niechęć, odraza przesłaniają wszystko inne, z pewnością nie jest jednoznaczne z odczuciem, że jest on całkowicie straszny. Uczucie grozy jest grozą wynikającą ze strachu: krew spływa do serca, twarz pokrywa się bladością, chłód przenika ciało. Wkrótce jednak organizm mobilizuje się do samoobrony: krew zaczyna ponownie silniej krążyć, policzki się rumienią, ciepło rozprzestrzenia się znowu, strach przemija, strach przemienia się w gniew. Tak powstawało, rodziło się i zamierało uczucie grozy. Tutaj brzydota została wpisana w to przedstawienie, bo choć wolnomyśliciel trwa do końca przy swoich poglądach, to nie przeciwstawi się entropii, której symbolem mogą być właśnie błyskawice, a echem – grzmoty, dobiegające z daleka. Ta śmierć budzi grozę, bo Rozdrożnym targają sprzeczne uczucia, z jednej strony jakby podziwia umierającego i pochwala jego postawę, ale ze strony drugiej ukazuje go w trupich rozbłyskach i budzących grozę trumiennych pozach, pośród księżycowej i błyskawicowej martwoty. Kontekstem dla tego umierania są przywołania nieśmiertelnego ducha i obrzędy kulturowe Indii:

W tej chwili byłem pewien, że trwał będzie wiecznie, gdyż tylko skończona istota nie może znieść myśli o unicestwieniu, ale nie drży przed nim nieśmiertelny duch, który jako wolny byt dobrowolnie się poświęca, podobnie jak kobiety indyjskie śmiało rzucają się w płomienie, ofiarowując się zagładzie.

Ale jest też umieszczenie umierania w kontekście śmierci prostego szewca i wielkiego mistyka, urodzonego w Starym Zawidowie: Tak zasnął Jakub Böhme, nadsłuchując dalekiej muzyki, której nie słyszał nikt poza. W rzeczywistości rozbłysków, bezgłośnych błyskawic i dudnienia gromów, pojawia się owa dramatyczna i mistyczna muzyka, jakby odgłos Beethovenowskich kotłów, jakby brzmienie najwyższych tonów Mozartowskiej symfonii Jowiszowej, jakby tężenie i zastyganie w przestrzeni odwiecznego Requiem. W pewnym momencie – wyraźnie stylizowanym lub parodiowanym przez Klingemanna na powieść grozy – rozbrzmiewa uderzenie dzwonu, a gromy wręcz ryczą jak morskie żywioły:

Trwało to, dopóki pojedyncze, ponure uderzenie dzwonu nie obwieściło północy; – wówczas porywisty wicher przywiał górą jak nocną zmorę chmurę burzową, która wkrótce całun swój rozpostarła na całe niebo. Świece przy trumnie zgasły, grom ryczał wściekle jak zbuntowana potęga, budząc najgłębiej śpiących, a chmura wciąż zionęła płomieniami, oświetlając jaskrawo co chwila skamieniałą twarz zmarłego.

Tak chwilowe rozświetlenia się kończą, a w przestrzeni pojawia się coraz szersza i coraz straszniejsza martwota. Rozdrożny wskazuje w taki sposób, że życie człowieka graniczy z ogromem śmierci, które były przed nim i z niezliczoną liczbą tych, które będą po jego zaistnieniu w przyrodzie, pośród innych ludzi, między liniami czasu i przestrzeni. To jest tragedia – w takim ujęciu, w jakim pisała Halina Krukowska: W prawdziwej tragedii nie ma niczego z literatury, bo nie ma w niej pierwiastka przypadkowego. Obojętna jest wobec historii i chronologii, zawsze bowiem dotyka istotowego, wyższego wymiaru. Wszystkie wielkie tragedie mają czystą formę, gdyż rzeczą najwyższej wagi jest, aby ich akcje pozbawione były literackiej samowolności, by ich wewnętrzna prawidłowość nie została zniekształcona przez podmiotowe ingerencje. Tragedia jest zwykle określana jako akcja pełna powagi, patosu i wzniosłości. Forma tragedii musi być formą czystą, czyli integralnością materii tragicznej, owej „mrocznej rudy” świata i słowa. Znajduje się tu słowo zawsze po stronie bytu, odnosi się bezpośrednio do niego, zakorzenione bowiem zostało w jego pierwotnych fundamentach. Prawda artystyczna musi się w tragedii koniecznie pokrywać z prawdą ontologiczną, być jej odblaskiem. Tak kończy się tragiczna chwilowość świata ekskomunikowanego, tak narrator zamyka opowieść przy błyskach świec i błyskawic, tak kończy się wątek wolnomyśliciela. Nie wystarcza mu to jednak i na koniec wprowadza mocny akcent świetlny i jakby – wraz z błyskawicą – zatrzymuje na chwilę w bezruchu cały przestwór ziemski:

W tej chwili potężna błyskawica, która ostatecznie zakończyła burzę, zabłysła i jak wbita w ziemię pochodnia trwała jakiś czas w powietrzu, nie gasnąc. Wtedy zobaczyłem, że żołnierz, spokojny i opanowany, stał znów przy trumnie, zaś zmarły uśmiechał się jak przedtem – ale, o dziwo! – tuż przy uśmiechniętej martwej twarzy wykrzywiała się diabelska maska, której brakowało kadłuba, a purpurowy strumień krwi zabarwił białą śmiertelną koszulę śpiącego wolnomyśliciela. –

Widzimy tutaj jak ważną rolę pełni światło w tym przedstawieniu i w tak upozowanym mistycznie świecie – wszystko w nim jest zagadką, wszystko ekspanduje wyobraźnię ku pierwotności i ku centralnemu światłu Boga, pradawnego rozbłysku, z którego wszystko się wzięło. Pisał o tym Krzysztof Korotkich w odniesieniu do światła mistycznego w Marii Malczewskiego i zwracał uwagę na ważną rolę światła, jaką pełni ono w przedstawianiu i wyrażaniu sytuacji mistycznych. Staje się światło centrum, które skupia uwagę bohaterów i czytelnika. W ogóle jakakolwiek uwaga, jakiekolwiek przybliżenie, możliwe są przy dużym natężeniu światła, a przy doświadczeniach mistycznych dochodzi jeszcze jego skupianie, pojawianie się niby nimb lub rozbłysk, albo rozpraszanie. W Strażach nocnych wyraźny jest rozdział światła i jego wartościowanie – pojawia się też klasyfikacja ludzi, w zależności od tego, pośród jakiego światła bytują i jak je rozumieją:

Uważam zresztą za rozumne zrządzenie opatrzności to, że niektórzy ludzie pozostają zamknięci w kręgu działania żałośnie ograniczonym do czterech ścian. Tam, w zatęchłym więziennym powietrzu ich światło może jarzyć się tylko tak blado i tak nieszkodliwie, że człowiek ledwie rozpoznaje swoje więzienne otoczenie, podczas gdy w sytuacji odmiennej, na wolności, wybuchłoby, jak wulkan, takim płomieniem, że wszystko by wokół zgorzało.

Mamy tutaj zatem do czynienia z konfliktem romantyzmu i oświecenia – światła i ciemności. Ma to zapewne związek z postacią wolnomyśliciela, który tyleż należy do epoki Woltera, co do czasu Goethego, a umierając przechyla się coraz bardziej ku mrokom i cieniom, ku ostatecznemu zniknięciu światła. Ale wyraźne rozgraniczenia świetlne mają w kosmogonii Straży nocnych charakter chwilowy, wydarzają się w ułamku sekundy, albo ledwie kilku mgnień. Dłużej trwają poblaski, mają szerszy zasięg i przypominają efekty zorzy polarnej:

Jakiś stojący w pobliżu astronom zauważył wreszcie, że ten wielki actus solennis ciagnie się jakoś nazbyt długo i że ognisty miecz na północy należałoby uznać nie tylko za miecz sądu, co za odblask zorzy polarnej.

Te rozświetlenia są równie efektowne jak błyskawice i przydają istnieniu jakiegoś tajemniczego kontekstu, jakiejś tenebrycznej magii. Są też wyzwaniem dla zranionego umysłu i dla jego możliwości odtwórczych. A jak mam opisać blask zorzy wieczornej czy porannej? – rozważa Johann Ludwig Tieck – Jak zagadkową poświatę księżyca i płomienne odbicia w rzece i potoku! Motyle i kwiaty osnuwa czysty purpurowy blask i pozostaje na nich, miękka zorza wieczorna dotyka winnego grona i wiśni i przegląda się w nich, a pośród zielonego listowia wiszą jaskrawo czerwone owoce. Podczas wznoszenia się i zniżania słońca, w blasku księżyca natura znajduje się w stanie chwilowej, mimowolnej euforii, kiedy jest jeszcze bardziej szczodra, jeszcze mniej oszczędna i kiedy przejęta radością jak paw rozpościera z szumem swoje ozdoby w całym ich dumnym przepychu. Człowiek bytuje pośród kosmicznych ogromów i ma do czynienia z elementami świata stworzonego i ukształtowanego w określonych warunkach kosmicznych. To one określają możliwości i skalę odbioru doznań i zarówno pojawiająca się na niebie zorza, jak i Księżyc, przeogromne Słońce, dalsze planety i gwiazdy, przydają ziemskiemu bytowaniu ostateczności pierwotnej. Romantyk postrzega piękno świata, ale też czuje pulsowanie natury, nieustanne napływanie impulsów z daleka i z przestrzeni globowych. Jest dobry i szuka harmonii w chybotliwym świecie, ale – paradoksalnie – chemiczny i fizyczny charakter egzystencji wyraźniejszy jest w życiorysach złych ludzi. Pragną oni zagarniać wszystko, chcą podporządkować sobie innych, nienasyceni budują wokół siebie imperia na glinianych nogach. Tak samo jednak jak ci najwrażliwsi i pokrzywdzeni, jak ci wyczuleni na chronometryczny rozdział życia, zmierzają ku rozpadowi, ku wyczerpaniu negatywnej energii. W komentarzu Klingemanna destrukcyjni przewodnicy ludzkości docierają do miejsca, które początkowo wydaje im się rodzajem tronu, szczytu góry, z którego będą mogli kontrolować losy innych ludzi, a tymczasem jest miejscem zesłania, które tak jak wszystkie przestrzenie w kosmosie podlega prawom entropii:

Ludzie tego pokroju, gdyby mogli się wybić, żywiliby złowrogie zamiary i pojawiali się wśród narodu jak zaraza, trzęsienie ziemi lub burza, zniszczyliby też niezły kawał planety i spalili na proch. Ci synowie Enaka są jednak na ogół dobrze usytuowani, usypano nad nimi góry jak nad Tytanami, mogą tylko trząść się ze złości. Tu zwęgla się stopniowo ich materiał palny, i tylko czasem udaje im się znaleźć ujście i swój ogień wyrzucić z wulkanu przeciw niebu.

Energia zawsze dąży do rozproszenia, siły witalne młodości stopniowo maleją, a „materiał palny” ulega wyczerpaniu. Śmierć odciska swoje znamię na każdym działaniu – może właśnie w nocy, gdy wszyscy śpią, Rozdrożny widzi to z większą wyrazistością. To jakby pora sprzyjająca filozofowaniu i roztrząsaniu dylematów istnienia, to czas, gdy formułuje się sądy ogólne i dociera do prawd najboleśniejszych:

Trupiej czaszki nigdy nie brakuje za zalotną maską, a życie jest tylko szatą z dzwonkami, którą Nic zawiesiło na sobie, aby nimi dzwonić, i którą na koniec rozedrze w złości i odrzuci. Wszystko jest nicością i dławi samo siebie, i żarłocznie siebie połyka, i to właśnie połykanie samego siebie jest podstępnym udawaniem, że istnieje coś, bo przecież gdyby to dławienie miało się zatrzymać, to na jaw wyszłaby nicość i byłoby to przerażające; przez to zatrzymanie głupcy rozumieją wieczność, jest to jednak właściwe nic i absolutna śmierć, życie bowiem, przeciwnie, powstaje tylko przez niepowstrzymane umieranie.

Noc bliższa jest śmierci od dnia i często symbolizuje ostateczne odejście, ale też jest czasem pojednania i powrotu do pierwiastkowej ciemności. Przed Stworzeniem ciemność okrywała ziemię i dopiero poszczególne działania Stwórcy wydobywały z mroku elementy świata. Bohater powieści Klingemanna ma bolesną świadomość ulotności istnienia i postrzega wszystko jako części przebiegającego szybko procesu – może tak szybko jak pojawiająca się bezgłośna błyskawica, a może tak, jak ów Księżyc, do którego, zwraca się bezpośrednio:

Łagodne masz oblicze, pełne dobroci i wzruszenia; musisz bowiem łączyć w sobie jedno i drugie, bo ty na niebie ust nie rozdziawiasz, ani by kląć, ani by ziewać, kiedy tysiące błaznów i zakochanych kieruje do ciebie westchnienia i życzenia, ciebie wybierając na powiernika; przez cały ten czas, kiedy okrążasz ziemię jako jej towarzysz i cicisbeo, uważałeś się stale za jej wiernego konfidenta, a w historii świata, cofając się aż do Adama, nie znajdzie się ani jednego przykładu na to, że okazywałeś niechęć, kręciłeś nosem lub stroiłeś złośliwe miny, chociaż słyszałeś już te westchnienia i to po wielokroć tysięcy razy powtarzane i powtarzane. Zawsze też słuchasz z jednakową uwagą, ba, można cię często zobaczyć z chusteczką chmurki, za którą chcesz ukryć łzę wzruszenia. Czyż poeta czytający swe dzieła mógłby znaleźć lepszego słuchacza od ciebie, jakiego lepszego powiernika mógłbym też znaleźć ja, który tutaj, w domu wariatów, usycham z miłości. Jakże jesteś blady, o Dobry, jak współczujący, a zarazem jak troskliwy, wobec wszystkich, co oprócz mnie w tej chwili też stoją i patrzą na ciebie! Twoją dobrotliwą minę można by z łatwością uznać za wyraz naiwności, szczególnie dziś, kiedy przytyłeś na twarzy i zdajesz się być taki okrąglutki i dobrze odżywiony; możesz jednak przybierać na wadze, ile chcesz, nie dam się tym wprowadzić w błąd co do twojego usposobienia; zawsze pozostaniesz taki sam, jak dawniej, a i znów schudniesz, i znów będziesz się trapił – ty nawet nie kryjesz wzruszenia, kiedy mu ulegasz, twoja twarz jest jak płaczący Agamemnon, niczego nie sposób dostrzec poza tyłem głowy, łysym ze zgryzoty! – Żegnaj, miły, żegnaj, dobry!

Ta nieco przerysowana antropomorfizacja Księżyca jest zarazem rodzajem hymnu pochwalnego, wygłaszanego w nocy ku jego czci. Jest on przeciwieństwem życiowej chwilowości i egzystencji, zamykającej się w ściśle określonej liczbie jego obrotów wokół Ziemi i liczbę obiegów naszej planety wokół Słońca. Ostateczność kosmiczna ziemskiego satelity i zapatrzenie się w niego, oddalają myśli o śmierci i są przypomnieniem zasad podstawowych, chwil pierwszych, kiedy to powstał Układ Słoneczny i poszczególne globy znalazły swoje orbity, utrwaliły swój ruch na nich i pojawiały się w świadomościach miliardów istnień, w coraz to innych okresach historii ludzkości i dziejów układu planetarno-gwiezdnego. Uwielbienie dla Księżyca, przywołanie melancholijnych chwil, oddanie się magii pełni i jej efektów, nie oddala ostatecznie śmierci i jakże romantycznej, a zarazem powiązanej z antropologią chrześcijańską pewności, że u końca każdej drogi pojawi się dramat. Jak wskazuje Erich Aurebach:

Swoistość tego radykalnie kreaturalnego obrazu człowieka, który znajduje się w szczególnie ostrym kontraście do wizji antyczno-humanistycznej, polega na tym, iż obraz ten, zachowując bardzo wiele respektu przed ziemską szatą stanową, dopóki ją człowiek nosi, nie ma jednocześnie ani odrobiny respektu dla samego człowieka, gdy ów szatę tę zdejmie; albowiem pod ową szatą nie ma nic oprócz ciała, które starość i choroba hańbią, a śmierć i rozkład – niszczą. jest to, jeżeli można tak powiedzieć, radykalna teoria równości wszystkich ludzi, jednakże nie w znaczeniu aktywno-politycznym, lecz w sensie powszechnego odwartościowania egzystencji, które bezpośrednio odnosi się do każdego człowieka. Marnością jest wszystko, co człowiek czyni i wokół czego się krząta; jego instynkty zmuszają go wprawdzie, aby działał i aby kurczowo trzymał się ziemskiego żywota, wszelako nie ma to żadnej wartości i znaczenia. Ludzie nie są bynajmniej równi w swych wzajemnych stosunkach bądź też „w obliczu prawa”; przeciwnie, Bóg tak urządził świat, iż w życiu ziemskim panuje pomiędzy ludźmi nierówność; równi stają się dopiero w spotkaniu ze śmiercią, w obliczu kreatuaralnego rozkładu, w obliczu Boga.

Bohater opowieści Klingemanna ma świadomość końca drogi ludzkiej, a jednocześnie prowadzi jakąś ironiczną grę mortualną z samym sobą, ze spotykanymi ludźmi i ze Stwórcą. Widać to najlepiej w Monologu obłąkanego stwórcy świata , który jest tyleż ironicznym nawiązaniem do licznych kosmogonii, co próbą polemiki autora z radykalnymi poglądami Kościoła. Ten komiczny stwórca kwestionuje sam sens stworzenia i próbuje polemizować z dziewiętnastowieczną nauką, z dogmatami religijnymi i systemami filozoficznymi. Mówi: Każdy potrafi teraz z nic nie znaczącej łupiny wyciągnąć, wedle upodobania, całe kosmogonie, filozofie, historie powszechne itp., włącznie z odpowiednimi obrazkami. Choć ostrze ironii skierowane jest na człowieka, to jednak adresatem jest też Bóg, który był właściwym Stwórcą i usankcjonował prawa obowiązujące w tym świecie. Ustalił proporcje i zatrzymał wielkie układy na „kosmiczne mgnienie” za sprawą magnetyzmu. W dziewiętnastym wieku fascynowano się nim (magnetyzmem), przywoływano słynne doświadczenie Newtona z jabłkiem i próbowano dociekać jaka jest jego prawdziwa istota. John F. W. Herschel pisał we Wstępie do badań przyrodniczych, studiowanym chętnie przez europejskich romantyków: Spostrzegamy, że księżyc krąży wokół ziemi, i ponieważ żywimy przekonanie, iż jest on ciałem stałym, a nie widzieliśmy nigdy, by jakieś ciało stałe, znajdujące się w zasięgu naszego działania i naszych możliwości badawczych, krążyło wokół innego ciała nie przytrzymywane przez jakąś siłę lub też nie połączone z nim jakąś więzią, przeto wnosimy, że między księżycem a ziemią istnieje jakaś siła i istnieje jakieś powiązanie. Mimo to nie mamy pojęcia, jakiego rodzaju jest to powiązanie, ani też nie umiemy wyobrazić sobie, jak owa siła może działać na odległość i poprzez przestrzeń pustą lub, najwyżej, wypełnioną jakimś niewidzialnym fluidem. W takich chwilach, gdy trudno znaleźć odpowiedź na podstawowe pytania, nawet poeci nie mają punktów oparcia dla wyobraźni i Klingemann ukazuje ich jako byty zawieszone między daleką przeszłością astralną, a chwilowością teraźniejszości:

Mierzone skalą ich ideału wszystko wypadnie zbyt małe, bo skala ta sięga wyżej chmur i sami nie mogą dostrzec, gdzie się kończy, muszą więc orientować się według gwiazd jako prowizorycznych punktów granicznych, z nich zaś jakże wiele, któż to może wiedzieć, pozostaje do dziś poza zasięgiem wzroku, a ich światło wciąż jeszcze biegnie ku nam.

To jest już wyższa wiedza o wszechświecie, która zarazem jest metaforą istnienia pośród mroku, tajemniczego połyskiwania i mgielnej poświaty; nagłego pojawiania się bezgłośnej błyskawicy i cienia Rozdrożnego na kolejnych mijanych domach.
Jakże kontrastuje kreacja głównego bohatera i innych postaci Klingemanna z najsłynniejszym w dziejach przedstawieniem straży nocnej. Powszechnie znany i wielokrotnie komentowany obraz Rembrandta pt. Wymarsz strzelców prezentuje grupę zamożnych ludzi, którzy idą pełnić obowiązki obywatelskie z werwą i rodzajem radosnego namaszczenia. Choć dookoła panują mroki, to grupa jest dobrze oświetlona, a złote stroje niektórych postaci wręcz lśnią jak latarnie. To właśnie mistrzowskie przedstawienie światła na twarzach, na elementach ubioru i trzymanej broni, ukazuje ludzi, którzy w nocy czują się nieomal jak za dnia. Ale w grupie tej znajdziemy też postaci zagadkowe, jak dziewczyna z przytwierdzonym do pasa kurczakiem, czy grupa szepczących mężczyzn z lewej strony obrazu. Także starzec, stojący za jasno oświetlonym dowódcą, zdaje się przygotowywać do jakiegoś tajemniczego przedsięwzięcia, a i dobosz ukazany został w dziwnej pozie. Choć wymowa obrazu jest pozytywna i przywodzi na myśl liczne malarskie przedstawienia grup myśliwych, ruszających na polowanie, to jednak mroki i cienie przydają tajemniczości tej chwili. Nie ma tutaj jednak jakiejś sztucznej pozy, powagi napuszonych bogaczy, raczej mamy do czynienia – tak jak u Klingemanna – z ceremoniałem, traktowanym z przymrużeniem oka, a nawet z ludycznym śmiechem. Widzimy przecież i biegającego pomiędzy ludźmi kundelka, po lewej stronie, na dole obrazu pojawia się chłopiec lub karzeł ubrany w paradne szaty, mający hełm na głowie, no i ten dziwaczny kurczak z za dużymi nogami. Niechaj ta wizja straży nocnej Rembrandta, będąca w tym artykule kontrapunktem i dopełnieniem kreacji Klingemanna, ale też i prezentowanych na początku panoram nocnych Friedricha, zamknie nasze rozważania o tym jakże znaczącym dziele romantyzmu niemieckiego.

CYKLAMEN PRAWDOSŁOWNY

IV 2

Zdjęcie ślubne Jerzego i Iwony Szatkowskich

Dzieje mojej przyjaźni z Jerzym Szatkowskim są bardzo długie i sięgają początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Po raz pierwszy zetknęliśmy się ze sobą w siedzibie Związku Literatów Polskich w starym, bydgoskim spichrzu. Aspirowałem wtedy do organizacji pisarskiej i przychodziłem na zebrania, które prowadził Jan Górec-Rosiński, a przy nim siadali Jerzy Sulima-Kamiński, Krzysztof Nowicki, Kazimierz Hoffman, Jerzy Grundkowski. Silna też była reprezentacja pisarzy toruńskich na czele ze Stefanem Melkowskim i Jerzym Lesławem Ordanem, przyjeżdżali twórcy z mniejszych miejscowości i osoby – jak ja – pragnące znaleźć się w tym szacownym gronie. Od samego początku poczułem sympatię do brodacza, który czasami pojawiał się z bratem, bardzo stonowanego, rzadko włączającego się do kłótliwych sporów, a jednocześnie wyraziście akcentującego swoje poglądy. Gdy dowiedziałem się, że jest to Jerzy, poczułem się raźniej, bo znałem kilka jego książek, a o tomiku pt. Ave napisałem krótką recenzję do bydgoskich „Faktów”. Potem spotykaliśmy się w różnych miejscach Polski, najczęściej na Kujawach i w Wielkopolsce, pisywałem też teksty krytycznoliterackie o twórczości tego niezwykłego autora, aż umieściłem obszerne studium w książce pt. Przedsionek wieczności. Pośród pisarzy Pomorza,. Kujaw i Wielkopolski. Kolejnym etapem była ożywiona współpraca z „Okolicą Poetów”, którą Szatkowski reaktywował i uczynił jednym z najlepszych pism literackich w Polsce. Periodyk ten lokuje się znakomicie w obrębie jego kontrkulturowej działalności, wielu lat spędzonych u boku takich legend polskiej literatury wyzwolonej, jak Edward Stachura, Ryszard Milczewski-Bruno, Wincenty Różański i Andrzej Babiński, a na jego łamach pojawiali się także twórcy najwięksi, będący fundamentami tej dziedziny twórczości w poprzednim stuleciu. Pośród nich wskazać należy Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza, Wisławę Szymborską, Adama Zagajewskiego, ale też poetów Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”, Nowej Prywatności, Nowych Roczników i znaczących twórców najmłodszych, urodzonych po stanie wojennym czy po uzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1989 roku. To było ogrodnictwo, które nie ma sobie równych w Polsce, ogromny wysiłek finansowy i nieustająca pasja, dostrzegana przez różne – częstokroć skonfliktowane – środowiska. I jakkolwiek by nie oceniać życia literackiego w Polsce w ostatnich dziesięcioleciach, jakkolwiek by nie komentować wyborów pisarskich, stała się „Okolica Poetów” platformą spotkań twórców, którzy przez wiele lat nie podawali sobie ręki. To jedno z ogromnych osiągnięć Szatkowskiego, który zawsze jednoczył, unikał środowiskowych konfliktów, promował autentyczne wartości, oceniał łagodnie, ale bez taryfy ulgowej, za każdym razem tworząc wolumen, który czytało się z wielkim zaciekawieniem. Jeśli do tego dodamy przewodnictwo dwóch kapituł literackich i ważny głos przy przyznawaniu Symbolicznych Nagród Ryszarda Milczewskiego-Bruna i dorocznych „Podków”, otrzymamy dorobek iście renesansowy, który mieć będzie swoje znaczące miejsce w historii literatury polskiej przełomu dwóch wieków.

III 1

Warto przez chwilę zatrzymać się nad ostatnim etapem w życiu Jerzego, w którym dane mi było odegrać pewną rolę, wspomóc przyjaciela i cieszyć się razem z nim efektami naszej pracy. Wiązało się to z decyzjami pisarza o uporządkowaniu bogatego archiwum literackiego, w którym od lat czekały na wydanie nowe dzieła, cyzelowane i dopełniane, przebudowywane i odnawiane w wyobraźni. I tak cztery ostatnie książki Szatkowskiego ukazały się w Bibliotece „Tematu”, flagowej serii Bydgosko-Toruńskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, a dociekliwość redakcyjna autora i jego smak artystyczny, pozwoliły wydobyć z nicości tomy niezwykłej urody i wagi. Były to książki prozatorskie: To tak nieprawdopodobne, że aż prawdziwe i Epistoły, nowa edycja słynnego trenu Stachurowego pt. Tryptyk, a także wydanie rysunków Wincentego Różańskiego (Jasna kreska). W trudnych czasach drapieżnego, polskiego kapitalizmu, udało się twórcy wydać dzieła będące jego przesłaniem dla potomności, zdobyć na nie środki finansowe i finalnie je opracować. Pisałem wtedy o jednym z tych tomów, akcentując wagę uniwersaliów: dynamika opowieści wysuwa się na plan pierwszy, wydobywając dzięki temu niezwykle wyraziste postaci, przydając znaczeniom głębi symbolicznej, tworząc rodzaj opowieści kulturowej, w której walka i uwięzienie stają się stereotypem poświęcenia i udręki. Narracja Szatkowskiego umiejscowiona jest konkretnie w polskiej rzeczywistości, ale siłą obrazowania wykracza daleko poza ustalenia topograficzne, stając się figuralną opowieścią o tajemnych wymiarach egzystencji, ludzkich żądzach i postępkach. Czytelnik sam musi rozkładać akcenty ważności i wydobywać obrazy pierwiastkowe, bo przecież tutaj stale coś się dzieje i jedno przedstawienie napiera na kolejne odsłony, nowa sekwencja – stając się naturalną konsekwencją tego, co już zostało powiedziane – natychmiast zyskuje swoją autonomiczność. Świat ludzki niewiele różni się od przestrzeni, w których bytują owady, płazy czy drapieżne ssaki, bo i w nim obowiązują krwawe rytuały przetrwania. Kłamstwo jest takim samym zachowaniem obronnym jak podstęp łowiecki, a zbrodnia staje się częścią walki o przeniesienie jaźni mordercy w czasie i osiągnięcie zaspokojenia. (…) Rekonstruując rzeczywistość autor nasącza ją „skazą” i darem własnej wyjątkowości, przydaje znaczeń, rozszerza obszary penetracji, tak że najmniejsze nawet zdarzenie, orbituje w stronę mitu. A tam – przy spotkaniu podświadomości i imaginacji – wszystko układa się w przekaz idealny, pozbawiony ludzkich uczuć i ułomności, bliski boskiej zasadzie uświęcania bytów w procesie świętego doskonalenia, w drodze ku sacrum ostatecznemu, ku Stwórcy gałązki brzozy i gniazda ptaka. Wielu twórców zakłada takie totalne uporządkowanie wszystkiego, wielu zapowiada wydanie tomów, które ustalą ich miejsce w ciągu zdarzeń literackich, ale tylko niewielu udaje się tego dokonać. Szatkowski zawsze podchodził do literatury z wielką pasją, czy to podczas interaktywnych przyjaźni z buntownikami swego czasu, czy podczas imprez literackich, czy wreszcie w zaciszu domowym w Antoniewie, gdzie otoczony przez zdumiewające zbiory artefaktów i rękopisów, wpatrywał się w ciemność nocy i oślepiające światło dnia. To porządkowanie i dopracowywanie książek niezwykłych znalazło swoje odzwierciedlenie w życiu artystycznym Bydgoszczy – jednym ze znaczących miast w biografii tego twórcy (wszakże urodził się na Kujawach, w pobliskim Solcu Kujawskim). To tutaj uhonorowano go Medalem Jerzego Sulimy-Kamińskiego i Nagrodą za książkę roku 2013 – „Strzałą Łuczniczki”. Te jakże zasłużone laury miały także walor podsumowujący i zapewne pomogły pisarzowi, poważnie niedomagającemu na zdrowiu, w podjęciu decyzji o jeszcze jednym zadaniu – jeszcze jednym uporządkowaniu, być może najważniejszym w życiu i całej działalności twórczej. Zadanie było tym bardziej poważne, że dotykało sfery najintymniejszych doznań ludzkich, konkretnych wyborów życiowych Szatkowskiego, a nade wszystko jego wielkiej fascynacji i rany, miłości do żony Iwony, która niestety zakończyła się rozstaniem.

III 2

Literatura polska bywa hermetyczna, odgrodzona od tego, co powstawało w świecie, ale też często – świadomie lub podświadomie – tworzy korespondencje do wielkich dzieł. Przy lekturze Triady dla Iwony natychmiast przychodzi na myśl słynny zbiór wierszy pt. Źdźbła trawy (Leaves of Grass 1855) Walta Whitmana, w którym znalazły się znamienne wskazania by stale dostrzegać różnorodność świata: Wierzę, iż źdźbło trawy nie mniej znaczy niż rzemiosło gwiazd, / A mrówka jest równie doskonała i ziarnko piasku i jajko strzyżyka, (…)/ A krowa, żująca z pochylonym łbem, przewyższa każdy pomnik,/ A mysz jest cudem wystarczającym, by wstrząsnąć sekstylionem niewiernych. Amerykański poeta kieruje uwagę czytelnika ku szczegółom, ku rzeczom zwykłym, wskazuje ile piękna naturalnego znaleźć można w tym, co często pomijane jest w interakcji człowieka z rzeczywistością. O ile zbiór Whitmana był wyzwaniem dla purytańskiej części krytyków wieku XIX, o tyle dzieło Szatkowskiego prowokuje przede wszystkim skalą odniesień naturalnych. Wiedza autora w tym względzie jest przeogromna i czytelnik musi specjalnie przygotować się do odczytania poematu. Będzie o tym jeszcze mowa dalej, ale na razie wróćmy do owej zasady porządkującej, która była motorem powstania nowej edycji poematu. Autor postanowił wzbogacić ją opiniami krytyków i poetów po ukazaniu się pierwszego wydania, a także rysunkami i prywatnymi fotografiami. Tak powstała nowa jakość, znaczące wzbogacenie, dzieło nie mające precedensu w polskiej literaturze miłosnej. To zarazem potwierdzenie jak ważna była ta miłość i jak niezbędne było ponowne potwierdzenie, że istoty, które się kiedyś spotkały i żarliwie pokochały, były jak cząstki tao: Yin i Yang. Nowa lektura poematu będzie odtąd wzbogacona za sprawą licznych glos, które czasem wzajemnie się wykluczając, tworzą ciąg kompleksowych objaśnień i dopowiedzeń, ustalają kontekst dzieła. Przywołanie opinii Juliana Przybosia i Edwarda Balcerzana, a potem kolejnych interpretatorów, wskazuje na głębokie zakorzenienie Triady… w literaturze polskiej, tej najwyższej i zarazem tej ludycznej (w takim rozumieniu jak u Bruna i Steda). Z racji podziałów w naszym życiu literackim, stale brakuje krytyki porządkującej i wartościującej, a arcydzieła, takie jak to, giną bezpowrotnie w magmie chwilowej produkcji. Tutaj, na każdej stronie widać dbałość Szatkowskiego o indywidualny charakter publikacji i jej wewnętrzne pulsowanie sensów naddanych, tutaj pojawia się wielostronne oświetlenie, dopełnienie i dopisanie nowych treści,  p r a w d o s ł o w n o ś ć nie do podważenia. Tak czynili polscy poeci epoki romantyzmu, ale z czasem metoda ta została zarzucona, zgubiona w analizach nowych programów i epok. Whitman miał odwagę mnożyć setki szczegółów w swoich wierszach, kontrastować znaczenia i treści, a poeta z Antoniewa skierował uwagę czytelników ku ziemi i fenomenom roślinnym. Źdźbło trawy ma w sobie informację o strukturze kosmicznej i więcej znaczy od rzemiosła gwiazd, a chlorofil, który zawiera, jest znakiem życia, bytu powstałego z energii solarnej i istniejącego dzięki wodzie, dwutlenkowi węgla i elementom konstrukcyjnym. Tak samo poemat dla ukochanej, który karmi się wspomnieniami i dookreśla chwile sakralne, przywołuje tajemne zdarzenia, a wszystko odnosi do botaniki uczuć najżarliwszych. Interpretatorzy wskazali stopień skomplikowania tego tekstu, ale przecież zakłada on rozległą barokowość, jakże bliską zagmatwaniu świata traw, ziół i kwiatów, krzewów i drzew. To są odrębne przestrzenie, w których wiele jest chwalebnych narodzin i wciąż rozgrywają się tragedie na skalę mikro. Warto tutaj wskazać wyraźnie, że podtytuł utworu jest zakodowaną informacją jak należy go odczytywać. To cyklamen, czyli kruchy pierwiosnek (Cyclamen europaeum), hodowany w przydomowych ogródkach i w korytkach na balkonach, który wszakże łatwo dziczeje. Mamy zatem do czynienia ze wskazaniem kruchości, leciutkiej, łatwo dającej się zranić struktury, a zarazem z symbolem miłości, równie ulotnej jak jego płatki. Jak każda prawdziwa, totalna miłość, która sama siebie potrafi zniszczyć, cyklamen jest rośliną trującą, zawierającą glikozyd. Czy to rodzaj „oczka” puszczonego do czytelnika, czy może świadomy wybór rośliny, która jest tyleż piękna, co niebezpieczna – raczej to drugie, tym bardziej, że w podtytule pojawia się znaczące rozszerzenie semantyczne. To jest kwiat odsyłający wyobraźnię czytelnika ku realnym kształtom, a zarazem poemat składający się ze słów prawdziwych (prawdosłowny), układających się w jakże subtelny kształt. Ważny jest też źródłosłów – to cykl wierszy i zarazem koniec końców (amen), co składa się w nazwę barwnego tworu natury. Cykliczność przywołań botanicznych, a zarazem zamknięcie czegoś, co zawsze było na granicy wyrażalności, czegoś, co niedotykalne, możliwe do dookreślenia tylko w tak oryginalnej liryce. Zasada wskazana w podtytule Triady dla Iwony, konsekwentnie organizuje słowotwórczy strumień świadomości, w którym migają zdarzenia z życia kochanka i kochanki, męża i żony, ojca i matki, ale stale prześwitują też konkretne kształty rozbudowanej, obrazowej fitocenozy, pojawiają się nazwy, które bliskie są tylko botanikowi i hobbyście, kolekcjonującemu rośliny w zielnikach. Tylko byty najpełniej zakorzenione w rzeczywistości dostrzegają taką różnorodność życia, tylko istnienia uważnie wpatrujące się w świat, zdobywają tak rozległą wiedzę o nim. Szatkowski, porządkując swoje dokonania pisarskie, z nową mocą akcentuje, że to co przeżył z Iwoną było tak czyste i pełne żywosłownego pulsowania, jak nieustanne przepływy płynów w roślinnych arteriach, jak krążenie krwi w ludzkich ciałach. Warto też zwrócić uwagę na ilustracyjną stronę nowej edycji Triady…, na fotografie ukazujące wspólne chwile, z akcentem na ceremonię ślubna, a także na zwiewne, charakterystyczne rysunki Szatkowskiego, znane z „Okolicy Poetów”. To mgławicowe przedstawienia wybranki, równie ulotne jak świat roślinny, spowity poranną mgłą, to czystość trudna do wyrażenia, będąca jeszcze jednym potwierdzeniem miłości. I to chyba jest najważniejsze w tym przedsięwzięciu edytorskim i pisarskim – jeszcze jedno potwierdzenie, jeszcze raz uświęcane uczucie, wypowiadane szeptem słowo pierwsze i ostatnie: MIŁOŚĆ.

DUMA

James Foley

James Foley

W Internecie znalazł się film z egzekucji amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya, którego po dwóch latach więzienia w Syrii i północnym Iraku, zdekapitował pochodzący z Londynu islamista. Zdradził go akcent i sposób posługiwania się językiem angielskim, jakże charakterystyczny dla brytyjskich Arabów. Patrzę na ten przerażający zapis i widzę dumnego człowieka, ubranego w pomarańczowe łachy, zmuszonego do wygłoszenia absurdalnych tekstów, ale zachowującego się godnie w obliczu swoich ostatnich chwil. Obok niego stoi zarozumialec, podrygujący i co chwilę lekko unoszący się na nogach, co wyraźnie wskazuje na użycie narkotyków. To dla niego rodzaj zabawy, a zarazem popis głupoty, religijnego otumanienia, walki o coś, co może tysiąc lat temu miało jakiś „sens”, ale teraz jest tylko archaicznym cytatem kulturowym, rodzajem pułapki, w którą stale wpadają nadpobudliwi młodzieńcy na Bliskim Wschodzie. Patrząc na te dwie postaci, bohatera zarzynanego z zimną krwią i rzeźnika, który chce zamanifestować siłę swego ugrupowania, a staje w jednym szeregu z najohydniejszymi ludzkimi bytami, jakie pojawiły się na ziemi, zauważam coś, co umknęło uwadze tych, którzy film rozpowszechnili w sieci. To zapatrzenie Jamesa w dal, to jego sztywne trzymanie się na kolanach i rodzaj dumy ze swojego życia, rysujący się na twarzy, to wreszcie sposób, w jaki wypowiada narzucony mu tekst. Ubrane na czarno kreatury, pragnące zastraszyć ludzi Zachodu, pokazały wspaniałego człowieka, który nie ugiął się do końca. Wcześniej uwolniony francuski więzień, za którego zapłacono ogromny okup, mówi, że Foley zachowywał się dumnie przez cały czas uwięzienia, dzielił się chlebem, oddawał koc w zimne noce, a nade wszystko bez skargi znosił obelgi i ciosy pilnujących go strażników. W świecie ludzkim, na początku nowego stulecia, w którym miało już nie być wojen i zbrodni, stale stajemy w obliczu zezwięrzęcenia i utraty cech ludzkich różnych szaleńców. Żaden z poziomów życia społecznego nie jest wolny od takich postaci, czy to będzie włóczęga w opuszczonym budynku, czy rozhisteryzowany kibic drużyny futbolowej, czy profesor uniwersytetu, potajemnie zatrudniający w swojej Katedrze młodą kochankę, wszędzie pojawi się ten sam błazeński profil, wykrzywienie rysów ludzkich i nienawiść w oczach, jak u wilka, rzucającego się na bezbronne jagnię. Tutaj, w północnym Iraku, w otoczeniu piachów i zwietrzałych wzgórz, rozegrał się dramat jednego człowieka i całej ludzkości, a jego uczestnicy, kaci w dziwacznym przebraniu, już są martwi, bo prędzej czy później zabiją ich kompani, lub wpadną w ręce amerykańskich lub kurdyjskich mścicieli.

Byłem w północnym Iraku jesienią 2011 roku i przemierzałem samochodami ziemie zamieszkiwane przez Jazydów i Kurdów. Wszędzie spotykałem wspaniałych ludzi i z wieloma się zaprzyjaźniłem. W As- Sulajmanijji, zetknąłem się z Malą Baktiarem, jakby duchowym przywódcą Kurdystanu, prezentującym się jak europejski polityk, zawsze chodzącym w nienagannie skrojonych garniturach. Teraz widzę jego zdjęcia w polowych szarawarach, podczas spotkań z bojownikami, z kałasznikowem w rękach. W Iraku rozmawialiśmy o aspiracjach narodu kurdyjskiego do wolności, o przemianach na Bliskim Wschodzie i szansach na zaprowadzenie nowego ładu. Minęły zaledwie trzy lata i wróg wewnętrzny, armie ubranych na czarno łotrów, stanęły przy umownych granicach ziem kurdyjskich. Jestem jednak spokojny o dalszy ciąg zdarzeń, bo ludzie, których spotkałem, z którymi piłem wino i jadłem arabski chleb, mieli w sobie ten sam rodzaj ludzkiej dumy, jaki pojawił się w postawie ginącego Jamesa Foleya. Oni nie pozwolą by islamskie hordy wdarły się do pięknie odbudowanego Erbilu, do kwitnącej As-Sulajmanijji, by rozbiły swoje obozy nad zjawiskowym jeziorem Dukan, opanowały ziemie, na których od wieków uprawiano pomarańcze i granaty. W roku 2013 pojechałem z kolei do Centralnego Iraku i dotarłem nieopodal ruin starożytnego Babilonu, gdzie mogłem obserwować innych ludzi, najczęściej spokojnych i mających dosyć nieustannych wojen. Ale pośród nich widywałem takich, którzy patrzyli na mnie zbyt uważnie, z dzikim błyskiem w oku, i może rozważali czy nadałbym się na zakładnika. Ochrona była na szczęście bardzo szczelna, a potem w Bagdadzie – jeżdżąc z jednym z posłów parlamentu – przemykałem specjalnymi, chronionymi przez żołnierzy alejami, przeznaczonymi tylko dla polityków i ich gości. Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę jak niebezpieczna była ta podróż i jak bardzo narażałem życie – szczególnie podczas samotnej eskapady samochodowej przez wsie nad rzeką Szatt al-Hilla. Wydawało mi się, że wszystko jest w porządku, a życie biegnie swoim torem w małych, najczęściej zamkniętych domostwach – dzisiaj wiem, że zło czaiło się wszędzie i żaden Europejczyk nie może tam czuć się bezpiecznie. Myślę, że śmierć bohaterskiego dziennikarza wyrządziła islamistom więcej szkód, niż zdolni to sobie byli wyobrazić i odpowiedź cywilizowanego świata będzie piorunująca. Krew Jamesa Foleya wsiąkła w piasek północnego Iraku, ale jego ofiara będzie jak rozkaz, wydany doborowym amerykańskim jednostkom i żadne kodeksy, żadne religijne nakazy nie staną im na przeszkodzie.

« Older entries Newer entries »