PEŁZACZ OGRODOWY

Pierwszego pełzacza zobaczyłem na cmentarzu Świętej Trójcy w Bydgoszczy, w okolicach 1982 roku. Wiele się wtedy działo w Polsce, bo wprowadzono stan wojenny i na skrzyżowaniach stały Skoty, a na ulicach widziało się patrole zomowców i żołnierzy. Wtedy właśnie chodziłem często po dwóch cmentarzach, sąsiadujących z naszym osiedlem i przyglądałem się uważnie ich rzeczywistościom. Związane to było z pisanym zbiorem wierszy pt. Pole umierającej kraski, który w założeniu miał być hołdem dla moich kolegów i koleżanek, którzy nie wytrzymali naporu młodości i popełniali samobójstwa, albo ginęli w tragicznych okolicznościach w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Te wyprawy na nekropolie, gęsto zadrzewione, pełne krzewów przy wolnej przestrzeni, ukazały mi ich bogactwo ornitologiczne – od powszechnych gawronów, kawek, wron i srok, poprzez sikory, sójki, grzywacze, aż do gatunków rzadszych, jak gile, jery, kowaliki, jemiołuszki. Wtedy też na pniu topoli zauważyłem dziwnego ptaka, poruszającego się po nim ruchem okrężnym i łowiącego pająki, chrząszcze oraz skrzydlate bezkręgowce. Miałem wtedy w domu atlas ptaków Jana Sokołowskiego i po przyjściu do domu, wiedziałem już, że natknąłem się na pełzacza ogrodowego (Certhia brachydactyla). Początkowo myślałem, że zobaczyłem niewielką mysz, buszującą na pniu i szukającą pożywienia, ale podchodząc jak najostrożniej, wyodrębniłem poszczególne cechy niewielkiego ptaszka. Miał dość krępą budowę ciała i długi, zakrzywiony haczykowato, brązowy dziób, a przy tym niezwykły, jakby zaostrzony ogon. Sprawiał wrażenie brązowej plamy, ale nakrapianej jaśniejszymi, rudawymi i białawymi centkami, z wyraźnymi akcentami bieli na brzuchu, brązu na skrzydłach i beżu na kuprze. Oczywiste stało się dla mnie, że takie samo upierzenie samca i samicy ma przypominać rysunek kory drzewnej i maskować drapieżnika w konfrontacji z owadami. Ptak ten ma sztywne sterówki, którymi podpiera się, gdy porusza się po pionowych płaszczyznach pni drzewnych, czyniąc to co najmniej tak samo sprawnie jak dzięcioły i kowaliki. Jego subtelne popiskiwanie przypomina uderzanie o siebie kryształków lodu albo niewielkich kawałków szkła i należy do najsubtelniejszych głosów przyrody.

Pełzacze poruszają się ku górze i rzadko schodzą głową w dół, jak czynią to kowaliki, czasem też przeskakują na grubsze konary i oplatają je swoim dookolnym ruchem. Można je obserwować w prawie całej Europie, z wyjątkiem Wysp Brytyjskich i Skandynawii, gdzie jest dla nich za ostry klimat. Ich areał rozszerza się w dół planety, do Północnej Afryki, a na wschodzie do Azji Mniejszej i Środkowej. W Polsce występuje wyspowo i jest rzadszy do swojego bliskiego pobratymca – pełzacza leśnego, zamieszkującego dość licznie różne typy gęstych zadrzewień. Są to samotnicze ptaki całoroczne, a jedynie w zimie obserwuje się łączenie ich w stada z raniuszkami lub sikorami i spektakularne, inwazyjne przeloty z enklawy do enklawy. Ich ruchy, jak u większości małych ptaków, są nerwowe i cyklicznie powtarzalne, chyba że jakiś osobnik natknie się na większe skupisko owadów, które zatrzyma go dłużej w miejscu. Ale i wtedy, dla bezpieczeństwa co chwilę będzie odskakiwał na niewielką odległość, sondując przestrzeń wokół siebie. Chodząc potem jeszcze wiele razy po cmentarzach, uważniej już lustrowałem korę drzew i raz po raz zauważałem pełzacze. Stały się one dla mnie symbolem utajonej – jak to nazwałem we wspomnianym wyżej tomie – nadrzeczywistości. Iluż ludzi wędrując do grobów bliskich, przemierzając alejki cmentarne, nie zauważa takich, jakby utajnionych na co dzień, ale jakże żywych, elementów natury. Dopiero bliższa obserwacja pozwala nam zauważyć byty, które przez miliony lat przystosowały się do warunków, w których żyją i robiły wszystko, by być „niewidzialne”.  Ich specjalizacja i rozdzielenie z pełzaczem leśnym zaczęła się wraz z nastaniem epoki lodowcowej i trwa do dzisiaj. W tomie wierszy, który pisałem w stanie wojennym, a który potem ukazał się w Wydawnictwie Literackim i przyniósł mi Nagrodę młodych im. Stanisława Wyspiańskiego, pozostał ślad moich obserwacji cmentarnych i nawiązanie do sprytnego, pełzającego po korze ptaka: idę środkiem cmentarza – śnieg miękko siada na włosach/ i na ramionach figurek Jezusa zapatrzone w dal czarne ptaki/ siedzą na drewnianych krzyżach słychać skrzeczenie srok/ i niecierpliwy szelest oplatających topole pełzaczy. Trochę jednak żałuję, że nie napisałem wtedy osobnego wiersza o tym niewielkim, ale jakże interesującym bycie, egzystującym na granicy naszego świata.

KWARANTANNA

Kwarantanna domowa sprzyja pracy intelektualnej, lekturom książek, pracy z Internetem, a nade wszystko licznym refleksjom natury osobistej. W sytuacji zagrożenia wirusem wszyscy stają się równi, od miliarderów, przywódców wielkich krajów, po tłumy tzw. zwykłych ludzi, zmierzających do pracy, robiących zakupy w sklepach, aż do bezdomnych i uchodźców politycznych lub ekonomicznych. Jednak ludzie z pierwszych stron gazet są mniej narażeni, choćby z racji lepszej organizacji ich transportu, prywatnymi samolotami i samochodami, a także lepszej możliwości zorganizowania ochrony medycznej. Średniozamożni i biedni skazani są na przemieszczanie się środkami komunikacji miejskiej, częstsze wchodzenie do sklepów i ciągły kontakt z potencjalnymi nosicielami wirusów. Niestety, w tej drugiej grupie, wszechobecna jest brawura i naiwne przekonanie, że nie spotka ich najgorsze, a jeśli już, to szybko zostaną wyleczeni. A tymczasem sprawa przedstawia się tak, jak napisała mi moja przyjaciółka z Chin, przestrzegając by słowa te wziąć sobie do serca i głęboko je rozważyć:

1. Bardzo ważna jest izolacja, a nie gromadzenie się i spotykanie z innymi ludźmi. Ponieważ na koronawirusa można tak łatwo wpływać, może to mieć znaczenie przy spotkaniu z zarażonym pacjentem, nawet w okresie inkubacji. Trwa ona czternaście dni, ale zdarzały się przypadki, że choroba rozwijała się dopiero po dwudziestu czterech dniach.

2. Europejczycy nie lubią nosić masek na twarzach, ale to teraz jest najlepszy sposób samoobrony. W Chinach wiele osób nosi też dodatkowo okulary ochronne. Wirus może wejść przez wszystkie otwarte kanały organizmu, ale może przedostać się też wraz z płynami ustrojowymi, więc trzeba zawiesić na jakiś czas bliskość erotyczną.

3. Nie należy mówić o tym, że koronawirus ma niższą śmiertelność, niż inne tego typu choroby. Prawda jest taka, że jest on tak samo groźny, jak wirus zapalenia wątroby typu B, raz złapany, a nawet wyleczony, pozostanie na całe życie. W połączeniu z innymi chorobami, daje też ogromną śmiertelność. I te zejścia są straszne, bo płuca zapychają się flegmą i szybko włóknieją. We wczesnym okresie rozprzestrzeniania się chorób w Wuhan, wiele osób nie było leczonych i w rezultacie umierały całe rodziny, od dzieci do starców.

4. W Chinach ludzie mówią już powszechnie, że koronawirus jest rodzajem broni biochemicznej – został stworzony w wojskowym laboratorium i dlatego jego zakażalność jest tak silna. A zatem broń się jak możesz przed zakażeniem! I czekaj na wyprodukowanie szczepionki, której skuteczność będzie zapewne i tak niska, jak przy grypie, a więc 60-70%. To dziwne jak piękny jest świat, gdy widzi się go po długim okresie kwarantanny, więc chciejmy dla niego żyć…

Ten głos płynie z samego centrum epidemii i należy do osoby bardzo inteligentnej, jak najdalszej od popadania w panikę. Niestety w Polsce mamy do czynienia z wieloma ludźmi, którzy lekceważą sobie zagrożenie i nie rozumieją etiologii tej straszliwej choroby. Jakkolwiek  by się nie działo, trzeba być rozsądnym i próbować ograniczyć do minimum kontakty z innymi ludźmi. I warto zająć się swoim życiem, uporządkować papiery, posegregować to, co się dotąd zrobiło, wyrzucić to, co jest niepotrzebne. Powstrzymanie wirusa jest możliwe, ale działania systemowe poszczególnych państw, muszą przełożyć się na pracę całych rodzin i pojedynczych ludzi. Na razie nie ma informacji o tym, że koronawirus przenosi się wraz z prądami powietrza, więc kwarantannę można sobie umilać długimi spacerami i wdychaniem ogromnych ilości tlenu. I podziwianiem piękna naszego świata, danego nam tylko raz na całą wieczność…

CZARNY NEFRYT (7)

Zapadł czarny, groźny, nieodgadniony mrok. Jakiś nocny ptak pohukiwał na pobliskim drzewie i słychać było szczekanie psów na obrzeżu miasta. Księżyc w pełni, w całym swoim majestatycznym ogromie, połyskujący złociście, pojawił się nad górami. Gao i Liu siedzieli na ławce, przy otwartej studni i z ożywieniem rozmawiali.

– Co robić, ukochana, co robić? Jeśli pojedziemy z nim na dwór, zabije mnie i ciebie zniewoli… – powiedział zdesperowany Gao.

– Ale jak uciekniemy, to oskarży nas o zabicie Wanga i będą nas szukać we wszystkich prowincjach – odrzekła Liu.

Pochylili głowy i co chwilę oddychali głęboko, jakby chcieli zrzucić z siebie to brzemię. Chwycił jej palce lewą dłonią, a prawą otoczył drobne ramię. Zbliżył twarz do jej głowy i zaczął czule całować w usta, ocierać nos o jej niewielki kształtny nosek, zwilżać językiem delikatne brwi i ruchliwe rzęsy. Liu płakała i czuła tak wielką więź ze swoim młodszym o piętnaście lat kochankiem, tak wielką czułość miała dla niego, jakby był jej synem, potrzebującym opieki i tulącym się do niej z oddaniem.

– Co zrobimy? – powtórzyła bezwiednie, odsunęła się nieco i spojrzała na niego z wyrazem przerażenia na twarzy.

– Musimy być mądrzy… Nie mamy wyjścia… Możemy tylko pojechać z nimi na dwór… – artykułował oderwane od siebie zdania.

– Może tam nadarzy się jakaś okazja… – ożywiła się Liu – Cesarz nie zna litości dla zdrajców i kłamców…

– Myślisz, że uwierzyłby nam, gdybyśmy opowiedzieli mu o wszystkim? – zapytał.

– Nie wiem… Nie wiem co robić… – lamentowała Liu.

Minęło jeszcze sporo czasu zanim usłyszeli koński tętent, zbliżający się i coraz głośniejszy, aż w końcu jeźdźcy pojawili się na podwórzu. Zeskoczyli z siodeł, uwiązali uzdy do specjalnych drągów i podbiegli do wielkiej kadzi z wodą, z której nabierali płyn brązowymi naczyniami i pili łapczywie. Gao zauważył, że ich zbroje i koszule, spodnie i buty pochlapane były krwią i w mig zorientował się, co stało się we wsi. Zadrżał, bo zrozumiał, że ma przed sobą bezwzględnych morderców, zabijających bez drgnięcia powiek. Czen zbliżał się do nich, więc skoczyli z ławki i zgięli się w ukłonach przed nim.

– Powiecie cesarzowi… – zwrócił się do nich bezceremonialnie – Powiecie, co widzieliście… Wieśniacy napadli na dom Wanga i prawie wszystkich wymordowali. Rozkradli dobytek i dla zatarcia śladów  wszystko podpalili.

– Zrobimy jak każesz panie – wyszeptała Liu, a Gao kiwał cały czas głową potakująco.

– Opowiecie o waszej miłości i o tym, co widzieliście z ukrycia w ogrodzie – powiedział Czen i po chwili dorzucił, cedząc sykliwie każde słowo – Pamiętajcie jednak, że zabezpieczyłem się dobrze i w razie, gdybyście chcieli mnie zdradzić… moi ludzie złapią was, poddadzą strasznym torturom, a dopiero potem zabiją… Mam wielu przyjaciół…

Gao poruszał głową i chwiał się w ukłonach, potwierdzając swoje oddanie. Pomyślał jednak, że kto ma wielu przyjaciół, ma też wielu wrogów i to może być szansa dla niego i Liu. Trzej żołnierze z domu Wanga, którzy także pojechali do wsi, nie wrócili już z niej, na podwórzu byli teraz tylko jego ludzie i para zakochanych. Wysłannik cesarski podszedł do kobiety, nakazał jej wstać i z błyskiem w oku pogładził ją po delikatnej cerze, wsunął palce we włosy i przytrzymał przez chwilę, jakby chciał wyrwać ich trochę. W taki sposób przyciągnął jej głowę do siebie i spojrzał w oczy. Liu przeraziła się śmiertelnie, ale poczuła też zapach końskiego potu i mieszankę innych woni, będących istotą chińskiej męskości. Bała się strasznie i odczuwała ból, ale zalotnie spojrzała na Wanga i otworzyła lubieżnie usta. Ten, nie zwracając uwagi na Gao, wsunął do nich swój język, pocałował ją gwałtownie, a potem zaśmiał się szelmowsko i odepchnął ją od siebie. Skoczył do swoich żołnierzy i zaczął wydawać komendy. Cztery wielkie wozy zapełniono sprzętami i naczyniami, szerokimi misami, lampami i porcelanowymi wazami. Piękne materie zwinięto w rulony, zdemontowano misterne parawany i abażury, załadowano meble, ręcznie kute kielichy, amfory i dzbany z brązu. Pościągano ozdoby z trupów, żołnierze pozrywali też co lepsze buty i części ubiorów. Najcenniejsze kosztowności Czen zapakował do dwóch wielkich skórzanych worów, które przytwierdził do swojego zapasowego konia. Dom poborcy wyglądał teraz jak miejsce z jakiegoś strasznego snu, wszędzie walały się półnagie ciała pomordowanych, pokoje były złupione i zdemolowane, na podłogach leżały bambusowe deszczułki ksiąg i potłuczona porcelana. Wozy wyjeżdżały już ku pobliskim górom, gdzie Czen chciał wszystko ukryć, w jednej z jaskiń, a potem po trochu przewozić do swojego domu. Liu i Gao rzucono na dwa konie, a potem skrępowano im ręce i nogi, pod brzuchami zwierząt. Kilku żołnierzy chodziło z pochodniami i podpalało kolejne partie posiadłości. Ogień szybko zajmował łatwopalne budynki, przeskakiwał ku następnym dachom i szybko powstał tak wielki żar, że jeźdźcy musieli  w popłochu uciekać za bramę, którą też zaczynały lizać płomienie. Gęsty czarny dym bił w niebo i ginął pośród coraz gęstszych ciemności. Pożar rozświetlił mroki i wszystko stało się widoczne z dużej odległości. Czen zorientował się, że popełnił błąd i wrzasnął:

– Jazda… Uciekamy do lasu…

Wreszcie dopadli wolno jadące wozy i podążali dalej, ku drzewom, dziwacznie oświetlonym światłem księżycowym. Znaleźli się już w bezpiecznym miejscu, gdy na peryferiach miasta zauważono wielki pożar i natychmiast ruszyli ku niemu pierwsi jeźdźcy. Czen wiedział, że minie sporo czasu, zanim więcej ludzi tam się zgromadzi. Wydał więc ostatnie komendy woźnicom i trzem żołnierzom, kierując wypełnione wozy i jeńców ku pewnej przełęczy, a potem dalej, do tajemnej jaskini, w której wiele razy gromadził zrabowane dobra. Z pozostałymi żołnierzami zatrzymał się w lesie i dopiero gdy księżyc zaczął obniżać się nad najwyższą górę, ruszył zataczając krąg, z powrotem do tego, co zostało z domu Wanga. Wiedział, że cesarz ma wszędzie wielu szpiegów i chciał sprawić wrażenie, że przybył od strony miasta, już po masakrze i po podpaleniu domostwa przez ludzi ze wsi. Kawalkada jeźdźców zbliżyła się do dopalających się zgliszczy, wokół których był już spory tłum ludzi. Czen zeskoczył z konia i z wściekłością ruszył ku największej grupie.

– Kto to zrobił…? – ryknął przerażająco i wyszarpnął miecz z pochwy.

Ludzie upadli przed nim na kolana i pokrzykiwali w przerażeniu, potwierdzali swoją niewiedzę, prosili o litość. To był dobry znak dla wysłannika, ale żeby wzbudzić strach i uwiarygodnić swoje działania, podszedł do jednego z dobrze zbudowanych mężczyzn, szarpnął go do przodu i wciąż trzymając za białą koszulę, wrzasnął:

– Kto odważył się zszargać majestat cesarski… Może to byłeś ty…?!

Podniósł miecz i błyskawicznym ciosem ściął młodzieńcowi głowę. Rozległ się świst, ciało opadło bezwładnie na ziemię i z czerwonej wyrwy w szyi trysnęła jaskrawa krew.  Odezwały się krzyki, tłum zafalował. Wielu wstało z klęczek i zaczęło uciekać w kierunku miasta, inni pochylili głowy jeszcze niżej, prawie kładąc się na brzuchach. Czen tylko na to czekał, podskoczył ku następnemu mężczyźnie, szarpnął go ku sobie, przyciągnął jego głowę ku swoim ustom i jadowicie szepnął do ucha:

– Krzyknij, że to na pewno zrobili wieśniacy ze wsi, bo inaczej spotka cię to samo, co stało się przed chwilą…

Młodzieniec natychmiast zaczął krzyczeć, że widział kto to zrobił i trzeba zemścić się na zbrodniarzach. Odepchnięty z rozmachem, wpadł w tłum i zniknął w nim, ale ziarno zostało już zasiane.

– Kto jeszcze widział, że to zrobili wieśniacy…? – krzyknął Czen i z zadowoleniem zauważył, że liczne ręce zaczynają się podnosić ku górze.

Po kilku chwilach wielu krzyczało, że to zrobili wieśniacy i prawie wszyscy podnosili ręce ku niebu. Wang chodził w koło obok zabitego człowieka, wznosił miecz do góry, jakby potwierdzając te okrzyki, a potem głośno zawołał:

– Każdy kto podniesie rękę na cesarskiego urzędnika zostanie zabity, a jego dobra przejdą na własność Qin Shi Huangdi…

Schował miecz do pochwy, wskoczył z rozmachem na konia, pogalopował w kierunku końca tłumu, zawrócił i pojechał ku drugiej krawędzi zbiegowiska, a potem wrócił na środek i jeszcze raz głośno obwieścił:

– Wieśniacy muszą zapłacić za morderstwa i grabieże! Żołnierze, za mną, jedziemy do wsi ukarać winnych…

Oddział ruszył z kopyta w kierunku gór, a ludzie powoli zaczęli się rozchodzić i wracać do miasta. Czenowi chodziło o to, by sprawić wrażenie, że ruszył do wsi dopiero, gdy dowiedział się przy zgliszczach, kto to zrobił. Dumny z siebie i zadowolony z racji ogromnych łupów, które już pewnie dotarły do jaskini, wjeżdżał teraz do wielkiego lasu bambusowego. Wraz z żołnierzami podążał dość długo w mroku, aż wszyscy stanęli na rozległej polanie, gdzie krzyżowały się inne szlaki. Rozkazał wydać wódkę ryżową i niedługo poprawiły się humory żołnierskie. Szybko rozpalono ognisko, wyciągnięto wino i wodę, duże kawałki wędzonego mięsa i owoce. Czen był nad wyraz rozmowny, chodził od kompana do kompana, poklepywał po plecach i dolewał wódki do małych czarek. Jednocześnie zerkał na dwóch starszych żołnierzy, którzy wstrzymywali się od picia mocnych trunków i dla niepoznaki sączyli ze swoich naczyń trochę wina. Księżyc już całkowicie zaszedł za góry i teraz tylko światło ogniska rozjaśniało mroki, przydawało grozy osmolonym i ubrudzonym zakrzepłą krwią twarzom. Wódka, specjalnie wzmocniona proszkiem usypiającym, zrobiła swoje i żołnierze, jeden po drugim, osuwali się na ziemię, tracili świadomość w pół słowa, padali na twarz lub na plecy. Wang dał znak dwóm trzeźwym podwładnym i zaczął się cichy mord. Cała trójka podchodziła do leżących i podrzynała gardła, wbijała krótkie miecze w serca i w plecy. Krew tryskała na boki i wylewała się obok leżących bezwładnie ciał. Zebrano broń, godła i flagi oraz wszystko, co mogłoby wskazywać, że byli to żołnierze Czena.

– Zostawimy ich tutaj panie…? To niebezpieczne… Ktoś może znaleźć trupy i kogoś rozpoznać – powiedział jeden z zaufanych.

 – Masz rację Ma Xiao, wierny druhu… Myślałem, że sępy i wilki zrobią szybko z nimi porządek, ale to jednak zawsze trochę trwa… – Przytaknął Czen i szybko dodał – Odetnijcie im zatem głowy, zabierzemy je stąd i wrzucimy do górskiego jeziora.

Żołnierze chodzili teraz od trupa do trupa i jednym ciosem topora, odrąbywali głowę po głowie. Przeliczyli, że było ich piętnaście, zapakowali do worków i przytwierdzili do swobodnego konia, bez jeźdźca, który rżał jakby wyczuwał trupie szczątki. Połączono też pozostałe zwierzęta tak, by nie zgubiły się podczas jazdy, wygaszono ognisko i ruszono szybko w kierunku górskich jaskiń. Ogromne stado wilków, zwabione zapachem krwi, trzymające się dotąd z dala od ognia, teraz mogło wyjść z mroku i zacząć swoją ucztę. Na pobliskich gałęziach siedziały  też już sowy i jeden wielki puchacz, przekręcający głowę w prawo i w lewo, nasłuchujący zanikających odgłosów, oddalających się coraz bardziej jeźdźców. Zapadła złowroga cisza, przerywana tylko warczeniem i ujadaniem wilków, szarpiących mięso i kąsających się w walce o większe kęsy.

SZKATUŁKA Z LAKI (3)

Minęły setki lat i beng był już w umyśle Vano, dalekiego wnuka Busta, któremu aż do końca, mącił w myślach, podsuwał pomysły kolejnych oszustw, kradzieży i zbrodni. To on kazał też jego potomkowi porzucić tabor i nie bacząc na klątwy Cyganów, osiąść w niewielkiej chatce na skraju wsi. Za jego sprawą pojawiła się w nim myśl o kowalstwie i to on towarzyszył mu w wyprawach do starej, szczerbatej zielarki, mieszkającej w leśnym szałasie. Dostawał od niej gorzkie napary, które rozpłomieniały jego myśli i przydawały męskiej mocy, a często też przenosiły go do żyznych dolin i łąk na półwyspie przypominającym ząb rekina. Czuł, że stamtąd pochodzi, a kolorowo ubrane kobiety i mężczyźni w turbanach należą do jego wielkiej pradawnej rodziny. Nienawidził staruchy, gdy rozkraczała się przed nim i wrzeszczała, że ma ją wziąć na trawie albo na żółtym piachu, a potem rechotała bez końca. Czynił to z obrzydzeniem, ale wciąż pragnął migrować myślami do tajemniczych przestrzeni, w których połyskiwały złote posągi czarnej bogini z czterema parami rąk, zgrabnymi nogami i naszyjnikiem z czaszek na szyi. Im był okrutniejszy dla staruchy, tym bardziej ją zaspakajał, a na końcu poczuł też coś, jakby przedwieczne, zwierzęce spełnienie. Beng przyglądał się temu z wyrachowaniem i czekał aż pojawi się inna kobieta, opętana przez wesitkę albo panitkę, która omota go niewidzialną siecią. Dopiero, gdy z sąsiedniej wsi przybyła do rodziny urodziwa Bibi i zaczęła chodzić w zboże z coraz to z innym rosłym chłopem, a nawet wchodziła do dworskiego spichlerza i kładła się na sianie z chudym, chorym na gruźlicę paniczem, beng podszepnął Vano by zatłukł staruchę dębowym kijem, a trupa porzucił w płytkim dole i zepchnął do niego duże mrowisko. Na chwilę też opuścił ciało kowala i pomknął do wsi, by przeniknąć do myśli  Bibi, przegonić z niej pomniejsze demony i przywieść ją nieprzytomną do chaty za wsią. Słońce było już nisko horyzontu i barwiło łany zbóż odcieniami krwi i szkarłatu, przyoblekało drzewa i dachy chat w złoto i fiolet, wydobywało czerń z dalekich konturów lasów i zagajników. Na zachód leciały ogromne stada gawronów, przypominające grubą czarną flagę, łopoczącą żałobnie w powietrzu. Vano wrócił do domu, sięgnął po stojący na stole dzban wódki, stanął w rozkroku i wypił ją duszkiem, wstrząsnął się jakby przełknął rozżarzony ołów, po czym legł ciężko na łożu, zasypiając niemal natychmiast.

Bibi szła polną drogą i raz po raz wchodziła w rozpłomienione łany żyta, zrywała chabry i maki i wplatała je w grube, czarne warkocze. Czuła się dziwnie, jakby jakaś siła pchała ją w stronę samotnej kuźni i domu wielkiego Cygana, pojawiającego się czasem we wsi i pijącego okowitę w żydowskiej karczmie. Słońce spłynęło już całkowicie za widnokrąg, gdy przestąpiła próg chaty i stanęła przy łożu zbitym z wielkich bali, okrytym owczymi i krowimi skórami. Jej oczy płonęły niczym dwa znicze, serce łomotało jak szalone, a w myślach pojawiały się nagie męskie torsy, pośladki i nabrzmiałe, tryskające nasieniem członki. Kilka chwil stała w bezruchu, przyzwyczajając się do ciemności i wyławiając z niej kształt rosłego mężczyzny, leżącego na wznak i ciężko oddychającego. Przysiadła na brzegu łoża i zaczęła z niego ściągać szmaty, w które był poowijany, a na końcu rozsznurowała brudne, obuwie ze skóry jelenia i przysunęła się bliżej do niego. Beng w tym czasie wpatrywał się w jej przeszłość i widział małą cygańską dziewczynkę, bez litości topiącą w studni dopiero co urodzone kocięta, zabijającą żaby i robaki na ziemi; patrzył dalej i śledził jej dzikie orgie, szaleństwa z chłopcami, rosłymi mężczyznami i starcami. Zatrzymał się dłużej, gdy zobaczył Bibi kąpiącą się w jeziorze z piękną, jasnowłosą dziewczyną z odległej wsi, a potem tulącą się do niej w stogu siana i wreszcie – nie wiedzieć dlaczego – duszącą ją długo bez litości. To wtedy podjął decyzję o opuszczeniu Vano na zawsze i pozostaniu w rozdygotanym, pulsującym żądzami ciele jego przyrodniej siostry. Ona odwijała ostatnie taśmy z ciała kowala i czuła coraz mocniej jego ostry, męski zapach, najintensywniejszy w okolicach pośladków. Nagle wzięła do rąk jego męskość i zaczęła ją masować dłonią zgiętą w kabłąk, delikatnie przesuwać w górę i w dół, a gdy poczuła, że narzędzie zgrubiało i strzeliło w górę, przełożyła nogę przez jego silne uda i wskoczyła na nie, tak układając się, by członek od razu znalazł się w niej. Teraz zaczęła falować, wznosić się i opadać, a rozkosz rozlewała się w jej głowie coraz mocniej i gwałtowniej. Oczy rozpłomieniły się, usta rozchyliły lubieżnie i zaczęła dziko ziać jak wadera, którą wreszcie dopadł młody basior, prowadzący od niedawna stado wilków przez ciemność i chłód.

Gdy Vano zamknął oczy, natychmiast stanął twarzą w twarz z przepiękną boginią o czarnej skórze i czterech parach ramion. Jej źrenice, lśniące jak dwa węgle, wpatrywały się w niego z uwagą, a ręce wciąż poruszały się, falowały od ramion ku dłoniom, naśladując ruch kobry. Wreszcie jedna z rąk wysunęła się ku niemu, chwyciła wielkie palce i pociągnęła je ku sobie. Zaczęli tańczyć w rytm głośnej, egzotycznej muzyki, w której dominowały bębenki i tamburyny, a czasem odzywały się struny sitar i tanbur, szarpane jedną z jej wolnych dłoni.

– Jakie jest twoje imię? – zapytał bezgłośnie.

– Rozkosz… – odpowiedziała bez słów marszcząc dziwnie brwi.

– Kim była twoja matka…? – pytał dalej.

– Ona była samą śmiercią… śmiercią… śmiercią… odpowiedziała unosząc wskazujący palec jednej z dłoni ku górze.

Zbliżył się do tancerki i zobaczył, że jej ciało pulsuje z pożądania, a z ust wydobywa się zmysłowy, jaśminowy oddech. Nie czekał dłużej, przyciągnął ją ku sobie i wszedł w nią głęboko, czując, ze otwierają się przed nim kosmiczne ogromy. Chciał tego i bał się straszliwie, że naruszy jakieś odwieczne tabu – uczyni coś, czego nie wolno robić śmiertelnym bytom. Przymknął z rozkoszy oczy i przyspieszył, a gdy skończył i światło wdarło się do jego źrenic, zobaczył, że bogini trzyma w jednej dłoni kindżał, a w drugiej jego ściętą głowę. Spojrzał zalękniony na bok, jakby szukał możliwości ucieczki, ale przeraził się jeszcze bardziej, gdy ujrzał stojącą też przy nim dziwną męską postać, rozmywającą się we mgle z kurkumy i białego pieprzu.

– Kto to jest…? – zapytał tancerkę z wężami we włosach.

– To beng, mój odwieczny, parszywy pachoł…– odrzekła ze śmiechem i świsnęła w powietrzu połyskującym ostrzem długiego, zakrzywionego noża.

Bibi wciąż falowała na nim, uderzając raz po raz długimi warkoczami o belki ustawiane przy łożu i podtrzymujące strop strzechy. Szczytowała już kilka razy, ale wciąż było jej mało i zaczęła wpadać w dziki szał, miotać się jak w transie. Beng był w niej i czuł też w sobie tajemną moc czarnej bogini – coraz bardziej też podobała mu się ta nowa sytuacja, dająca nadzieję, że kobieta szybko stanie się jego bezwolnym narzędziem.

Gwałtowność Bibi spowodowała, że pijany Vano zaczął się budzić i wodzić niewidzącymi oczyma w ciemności, w której jakby powiewała jakaś biała flaga, szarpana przez niewidzialną wichurę. Wódka zrobiła swoje i nie mógł dojrzeć kto jest na nim, ale czuł nieziemską rozkosz i poddawał się ruchowi, narzucanemu przez nią. Gdy kobieta zaczęła charczeć i ryczeć jak wilczyca, Beng skierował jej wzrok ku siekierze, leżącej na stołku, tuż przy boku łoża i pchnął ku myślom obrazy Cyganów uderzających w ciało Janniego. Potrzebowała tego impulsu i gdy kolejny raz uniosła się nad nim, wychyliła się ku trzonkowi narzędzia, chwyciła je i z rozmachem uderzyła ostrzem w szyję Cygana. Poczuła jak natychmiast zesztywniał, a jego męskość zaczęła wysuwać się z niej, aż zmalała tak bardzo, że Bibi zeskoczyła z łoża i wściekła zaczęła walić z rozmachem w to samo miejsce, w które uderzyła po raz pierwszy. Krew tryskała na boki strumieniami, z półotwartych ust sączyła się biała piana, a ciało Vano drżało już w ostatnich konwulsjach. Zamachnęła się raz jeszcze i ostatecznie odcięła głowę od korpusu, po czym chwyciła ją za włosy i przesunęła się do wyjścia. Tylko beng wiedział, że była jego przyrodnią siostrą, spłodzoną przez ich ojca z wiotką Słowianką w wielkiej stodole, tuż przy wiejskiej gorzelni. Teraz spojrzał w jej przyszłość i zobaczył ogromniejący brzuch, ucieczkę ze wsi i ciężki poród w gęstych zaroślach.

Powrócił do chaty przy kuźni i zobaczył, że potargana, półnaga kobieta wyszła z chaty kowala i z jego głową w prawej dłoni zaczęła iść w stronę wsi.  Na skraju lasu cisnęła nią w ciemność i miała wrażenie, że od razu sfrunęły do niej ze szczytów drzew stada czarnych ptaków i nietoperzy. Powoli beng zaczął do niej dopuszczać świadomość i wreszcie spostrzegła, że jej odzienie jest całe we krwi. Zaczęła gorączkowo myśleć o tym co się stało i zaraz postanowiła skręcić w boczną drogę, prowadzącą do małego jeziora. Noc była ciepła i parna jak zwykle w chwili zrównania się z dniem, a światło księżyca w pełni pozwalało rozpoznawać najbliższe kształty, drogi i ścieżki. Szybko dotarła nad brzeg, zobaczyła srebrne błyski na wodzie i weszła do niej aż po szyję, stojąc tak długo i wpatrując się długo w wielkie srebrzyste ślepie na niebie. Potem cofnęła się o kilka kroków i zmyła krew z rąk, ramion i twarzy, zdjęła odzienie i zaczęła przepłukiwać je, wyciskać krew. W końcu rzuciła mokre szmaty na brzeg i naga zaczęła płynąć się ku środkowi jeziora. Beng patrzył na nią i rozglądał się w niej, próbując przeniknąć przyszłe wydarzenia, ale coś mu przeszkadzało i nie pozwalało dojrzeć finalnej tragedii.  Ona też to usłyszała i przeraziła się, gdy pieśń dziewczyny, którą udusiła w sianie,  spotężniała i zaczęła wirować w powietrzu jak pogłos odległego szeptu, wzmocnionego przez śmierć i ból. Beng natychmiast podążył za tym głosem i zobaczył żywe oczy anachoretki, próbującej go uwięzić w spróchniałym pniu trafionego przez piorun drzewa. Gdy umknął jej w ostatniej chwili, zobaczył młodą mniszkę w benedyktyńskim habicie, śpiewającą pieśń, którą usłyszała Bibi. Zorientował się, że znalazł się w rozległej dolinie w której płynęła szeroka rzeka, otoczona majestatycznymi wzgórzami.  Nigdy tam nie był, ale wiedział, że dźwięki poniosły go ku mieścinie nazywanej Bingen. W jego świadomości pojawiło się też drżące jak płatek róży i bolesne imię:

– Hildegarda… Hildegarda…

MISJA BEATY POŹNIAK

8 marca to święto kobiet, obchodzone od 1910 roku, najpierw w USA, a potem w Europie, gdzie zainicjowała je Międzynarodówka Socjalistyczna w Kopenhadze. Potem najbardziej celebrowano ten dzień w Związku Sowieckim, choć przez wiele lat był to – jak w innych krajach – zwykły dzień roboczy. Dopiero w 1965 roku specjalną uchwałą ustanowiono ten dzień wolnym od pracy, honorując tym samym wkład kobiet w zwycięstwo nad faszyzmem. Za oceanem powoli zapominano o tym święcie, aż sprawą zajęła się niezwykle rzutka polska aktorka, pracująca w Hollywood. Beatę Poźniak świat poznał przede wszystkim dzięki filmowi Olivera Stone’a pt. JFK, ale przecież występowała ona też w innych znanych produkcjach i serialach, a ostatnio święci triumfy w dziedzinie dubbingu i nagrań e-booków. Otrzymała za te działania sporo ważnych nagród i często pisała o tym amerykańska prasa. Ale mało kto wie w Polsce, że aktorka ta przyczyniła się do oficjalnego ustanowienia Międzynarodowego Dnia Kobiet w Stanach Zjednoczonych. Jej szeroko zakrojone działania doprowadziły w końcu do zatwierdzenia tego święta przez amerykański Senat i zyskiwać ono zaczęło coraz więcej zwolenników. Tak oto niezwykle utalentowana polska aktorka zapisała się w historii USA, przywróciła kobietom godność i spowodowała, że mężczyźni chociaż przez jeden dzień w roku, stali się bardziej wrażliwi na kobiecość, subtelność i delikatność płci pięknej.

 

BROMBERG (9)

z11365843X

Willi chciał jechać do Herthy żółtym tramwajem, ale zdarzenie z polskim Żydem i jego ucieczka tak go zdenerwowały, że postanowił, że pójdzie pieszo, by uspokoić się i przemyśleć jak ma się zachować, by nie stracić okazji spotykania się z piękną Niemką. Bromberg nudził go straszliwie i stale miał nadzieję, ze wróci do Berlina, albo dostanie przydział do jakiegoś innego wielkiego miasta niemieckiego, gdzie jego kariera nabrałaby impetu. Podszedł jeszcze raz do wartownika, który natychmiast służbiście mu zasalutował. Otter skrzywił się, jakby miał do czynienia z oślizłym gadem, pokiwał z dezaprobatą głową i powiedział cedząc każde słowo:

– Powiedz tym waszym ofermom z Wermachtu, że mają być czujni i przez cały czas muszą obserwować pobliskie ulice. Ten brudny Żyd będzie musiał wyjść z ukrycia i będzie chciał przedostać się do domu… Musicie go złapać, a potem zamknąć w ciemnicy rezydencji standartenführera Alvenslebena…

– Tak jest panie untersturmführer…!!! – potwierdził żołnierz prężąc się i czerwieniąc przed Willim.

Wydany rozkaz uspokoił go nieco i zaraz ruszył chodnikiem Adolf Hitler Strasse w stronę dawnej ulicy Chodkiewicza, którą ku jego radości przemianowano już na Albrecht Dürer Strasse. Od dawna uwielbiał malarstwo i ksylografy tego twórcy, tym bardziej, że w jego rodzinnym domu, w pokoju matki wisiała barwna reprodukcja obrazu Dziewica i Dzieciątko z gruszką. Szedł sprężyście, słysząc jak dumnie skrzypią jego oficerki i czuł, że jest coraz bardziej podniecony, a w jego myślach wciąż pojawiała się kusząca go piękna Hertha. Przystanął w okolicy skrzyżowania z Felix-Dahn-Strasse i popatrzył na stojących nieopodal dwóch żołnierzy Wermachtu, którzy natychmiast zasalutowali mu służbiście. Czekając aż przejadą samochody ciężarowe, ciągnące działa i trzy czarne, auta osobowe, usłyszał rozmowę żołnierzy.

– Wiesz Hans, tak się nudzę w tych koszarach, że nie mogę już wytrzymać… I jeszcze ta tęsknota za Annemarie… Dopiero teraz zrozumiałem jak bardzo ją kocham…

– Jeszcze się nią nasycisz Heinrich… – pocieszał go kolega.

– Jak tylko pojadę na urlop de Reichu, wezmę z nią ślub… – odparł ten, który pierwszy zagadał. A po chwili jeszcze dodał:

– Pisałem niedawno w liście do rodziny, że Bromberg jest uroczym miastem, w pewnych miejscach, szczególnie nad Brdą, z tą jego ulotną wschodnią melancholią. O Polakach wiadomo, że to obcy i nie mogą być naszymi przyjaciółmi. Tak, oni wszyscy sprawiają przygnębiające wrażenie, ale za melancholią ich oczu kryje się nienawiść i szaleńczy fanatyzm… Ani się nie spostrzeżesz jak wbiją ci nóż w serce…

Willi zamyślił się przez chwilę, jeszcze raz zlustrował wzrokiem żołnierzy, po czym ruszył dalej w stronę domu Herthy. Była go0dzina 19.40, ale po gorącym dniu wciąż czuło się ciepło w powietrzu. Energiczny marsz w pełnym umundurowaniu spowodował, że na jego czole pojawiły się kropelki potu. Wytarł je prawą dłonią i trochę się zaniepokoił, bo zawsze dbał o swój wygląd i czystość, stosował drogie wody kolońskie i nakładał brylantynę na włosy. Postanowił nieco zwolnić, tym bardziej, że jego kieszonkowy zegarek ze swastyką w czerwonym kółku, wskazywał, iż ma jeszcze piętnaście minut do schadzki. Nie lubił niepunktualności, zawsze przychodził na czas na spotkania i kolejne akcje planował niezwykle skrupulatnie. Tak jak pojawił się przy szwederowskim kościele w chwili, gdy Polacy wychodzili ze mszy, tak jak dotarł na czas na główny rynek miasta, by nadzorować rozstrzelanie zakładników, tak teraz podążał na Albrecht Dürer Strasse jak na nową, odpowiedzialną akcję. Niebawem znalazł się niedaleko skrzyżowania i przystanął na chwilę, by przyjrzeć się ludziom wysiadającym z tramwaju, który właśnie stanął na ulicy. Brudni Polacy wracali do domów z fabryk i warsztatów, z trudem wysiadała też niska kobieta w ciąży, która w pewnym momencie zachwiała się i niechybnie spadłaby ze stopnia, gdyby nie podtrzymał jej młody feldfebel, wysiadający tuż przy niej, przednimi drzwiami pojazdu. Willi skrzywił się, ale pot ściekający z włosów spowodował, że zdjął czapkę i zaczął wycierać czoło chusteczką, coraz bardziej martwiąc się, że jego zapach podczas spotkania z Herthą nie będzie najlepszy. Chciał zrugać żołnierza, że pomaga wrogom, ale i on i kobieta oddalili się szybko. Założył więc czapkę z powrotem na głowę i ruszył ku narożnemu domowi, po chwili odepchnął grube, dębowe drzwi i przestąpił próg. Szerokie schody wiodły na górę, wstąpił więc na nie i podpierając się o kunsztownie rzeźbioną poręcz, wspiął się szybko na pierwsze piętro. Na drzwiach nie było żadnej plakietki ani kartki, spostrzegł tylko dużą, mosiężną kołatkę w kształcie głowy lwa. Nie czekając więc dłużej, uderzył nią trzy razy w drzwi i czekał z niepokojem i szybko bijącym sercem, jakby miał stanąć oko w oko z uzbrojonym wrogiem. Z góry dał się słyszeć jakiś hałas i Willi spostrzegł, że z wyższego piętra gramoli się na dół jakiś stary, kulawy Polak, wspierający się na lasce. Spojrzał na niego groźnie, jakby był zły, że ktoś jest świadkiem jego schadzki z sekretarką przełożonego, co tak wystraszyło starca, że zaraz zawrócił i zaczął wspinać się z powrotem ku górze.

– Nasz führer ma rację – pomyślał – To są podludzie i trzeba ich jak najszybciej wytępić… Jak pluskwy… Jak karaluchy…

Ledwie zniknął w jego umyśle obraz czarnych, ohydnych karaczanów, gdy usłyszał chrobot klucza w zamku i drzwi otworzyły się ze sporym hałasem. Stała w nich Hertha w szkarłatnej podomce, spod której zalotnie wysunęła piękną, prawą nogę w czarnych, siatkowanych pończochach i różowym pantoflu z błękitnym pomponem. Przybysza widok ten prawdziwie zatkał i nie mógł w pierwszej chwili wydusić z siebie słowa. Szybko jednak się opanował, podniósł rękę w geście nazistowskiego powitania i powiedział może zbyt służbiście:

– Melduje się SS-untersturmführer Willhelm Otter…

Hertha uśmiechnęła się czarująco, podała mu rękę i podążyła ku drzwiom, by je zamknąć. Zauważył wtedy, że z tyłu podomki ma chińskiego smoka, wyhaftowanego pięknie złotą i białą nicią. Zauważył, że jej mieszkanie jest bardzo duże, a z przestronnego przedpokoju prowadzi kilka odgałęzień do bocznych pokoi. Kobieta wskazała mu drzwi do pomieszczenia po lewej stronie i podążyła tam, pukając pantoflami o lśniący, jesionowy parkiet. Otworzyła drzwi i wskazując mu wejście, odezwała się ze słodyczą w głosie:

– Zapraszam cię Willi, dobrze, że już jesteś… cały dzień nie mogłam się Ciebie doczekać…

Otter podążył do przodu, a gdy ją mijał, przyciągnął mocno do siebie, czując miękkość jej piersi i zapach francuskich perfum. Bez wahania pocałował ją w usta, okryte czerwoną pomadką i poczuł jak jego męskość eksploduje do ogromnych rozmiarów. Od dawna nie miał kobiety i teraz nagromadzona w nim energia erotyczna domagała się uwolnienia, a słodycz jej ust była tak subtelna, że wydało mu się, że obcuje z samą dziewicą z obrazu Dürera.

– Chodź mój lwie…twoja lwica jest gotowa… – szepnęła Hertha i pociągnęła go do swojego buduaru.

Podeszła do patefonu i uruchomiła go wprawnie umieszczając igłę na płycie, a z głośnika zaczęły dobiegać harmonijne tony jakiejś nieznanej mu muzyki.

– To Muzyka Ogni Sztucznych, napisana przez Händla na zamówienie angielskiego króla… Mam nadzieję, ze ci się spodoba…

SZKODNIK TABACZYŃSKI

W bezdyskusyjnym przekonaniu o swojej wyjątkowości, młodość zawsze była głupkowata, zarozumiała, pewna siebie, zacietrzewiona i absurdalna,. Ale po młodzianie, który osiągnął wiek czterdziestu czterech lat można by się było spodziewać, że trochę zmądrzał… Poznałem go w czasach, gdy trwał jeszcze nieustający atak na mnie jego wieloletniego mentora i promotora, autora wątpliwej wartości próz – Grzegorza Musiała. Od swojego mistrza przejął Michał Tabaczyński – bo o nim przecież mowa – przekonanie o swojej wyjątkowości i sile pióra, które wydobędzie na światło dzienne wszelkie tajemnice tego marnego świata. Z tego okresu zapamiętałem żenujące spotkanie dwóch bydgoskich organizacji pisarskich w WSG, kiedy to nie indagowany o preferencje seksualne zapewniał, że nie jest gejem, i dodawał – dla potwierdzenia – że po publikacji swojej antologii pt. Parada równości dostał popalić od tych kochających inaczej i od heteryków. Nigdy nie interesowało mnie jakie są preferencje seksualne tego ogolonego na łyso pana, a jego teksty „teoretyczne” o homoseksualizmie, publikowane w powołanych przez niego „Fabulariach”, odbierałem jako rodzaj osobistej fascynacji lub chęć przypodobania się środowiskom genderowym. Jakoś nie spotkałem się z artykułami tego typu na temat miłości heteroseksualnej, tak samo oczywistej we współczesnym świecie, jak te innego rodzaju. Co prawda ja nigdy nie interesowałem się panami w takim rozumieniu, bo spotkanie kobiety i mężczyzny było dla mnie rodzajem mistyki, nie dającej się powtórzyć w jakichkolwiek innych relacjach. Później było wiele spięć, absurdalnych opinii, kwestionowania werdyktów uznanych krytyków, nagradzających moje książki w konkursie o Strzałę Łuczniczki, no i oczywiście nieustającego plotkarstwa, kpiarstwa i prób pomniejszania mojego dorobku. Nie chce mi się o tym pisać, bo przedmiot refleksji po prostu na to nie zasługuje, a z opinii na jego temat wyciągam tylko dwie – Krzysztofa Derdowskiego, który określił go w „Tygodniku Bydgoskim” mianem „pisarzyny” i Marka Bieńczyka, który twierdzi, że „cudne strony Tabaczyńskiego są hołdem dla literatury”. Z racji moich doświadczeń życiowych z Bieńczykiem, a konkretnie z jego postawą na moim kolokwium habilitacyjnym w UG, gdzie nie potrafił stać murem przy swojej recenzji, oczywiste jest, że bliższe mi jest określenie Derdowskiego, który też bywał obiektem ataków naszego „zoila”. Tabaczyński, gdy zadekował się w MCK-u  i zapewnił sobie jako takie zabezpieczenie finansowe, założył, że w tymże BIK-u będzie uprawiał „wielką krytykę literacką”. A wyglądało to tak, że zaczął walić w wielu ludzi, obśmiewać książki i poglądy, podżegać do opluwania i ironizowania (Bartłomiej Siwiec super star…), a nade wszystko tworzyć koterie i kółka wzajemnych adoracji. Ewa Starosta opublikowała swego czasu tekst interwencyjny na portalu bydgoszcz24.pl, w którym pokazała hipokryzję Tabaczyńskiego i jego nieustanną chęć dezinformowania opinii publicznej na temat lokalnej kultury: Krzysztof Derdowski został opisany przez Tabaczyńskiego, oczywiście  w miejskim informatorze kulturalnym, jako „niedoszły kandydat na wojewodę o ambicjach literackich i dziennikarskich”. Redaktor naczelny BIK-u nie wie, że za debiutancki tomik poezji Krzysztof został nagrodzony Czerwoną Różą, a za powieści dwukrotnie Strzałą Łuczniczki? Zaś kandydatem na wojewodę nie był niedoszłym, tylko jak najbardziej rzeczywistym. Starosta kpiła z tandetnej zjadliwości naszego czterdziestoczterolatka i podkreślała to, że uczynił z informatora poletko uprawy własnych kompleksów.

Dawno już przestałem przykładać wagę do działalności dezinformacyjnej Tabaczyńskiego i jego wiekopomnych osiągnięć w zakresie prozy, eseju, przekładu, recenzji, tekstów publikowanych pod pseudonimem, no i oczywiście „działalności redaktorskiej”. I tak po jakimś czasie okres zawłaszczenia BIK-u zostanie opisany i podsumowany i nie ma wątpliwości, że będzie to ocena bardzo zła. Zresztą ów BIK jest tylko lokalnym pisemkiem, o którym nikt nic nie wie w Polsce (choć Tabaczyński myśli, ze dyskutowane stale jest w wielu krajach świata…) i przykładanie do niego jakiejkolwiek wagi, mija się z celem. Można tylko bawić się tym, co prezentuje na łamach tej trybunki jej redaktorek i momentami śmiać się do rozpuku. Tak było i tym momencie, gdy zapoznałem się z nowymi wypocinami Tabaczyńskiego pt. Wojna i nuda, mającymi na celu deprecjację całego środowiska literackiego Bydgoszczy. Rechotałem solidnie, wyobrażając sobie wielki posąg niezłomnego krytyka z BIK-u, przypominający kolosa z Rodos, a pod nim tych malutkich jak smerfy, garbatych, kulawych, najczęściej tandetnie heteroseksualnych pisarzy z grodu nad Brdą i Wisłą. Co takiego wymyślił tym razem nasz nieoceniony, genialny krytyk i literaturoznawca, kulturoznawca i sędzia pokoleń?  Ano zacytujmy najpierw jego histeryczny  zaśpiew z najnowszego BIK-u – nr 3/2020: Bydgoszcz w kilku aspektach nie ma szczęścia. Nie ma szczęścia to zresztą mało powiedziane; ma pecha. Brawurowego. Niespotykanego. Tragicznego czasem. W dwóch przynajmniej – bolesnego, choć w różnym zupełnie, nieporównywalnym stopniu, i tylko korzystając z literackiej formy, pozwalam sobie na brawurę ich zestawienia. A i to nie bez wahań. Po lekturze tego wstępu czytelnik oczekuje jakiejś wielkiej, brawurowej rewelacji, jakiegoś odsłonięcia skrzętnie skrywanej tajemnicy i rzeczywiście pojawia się konstatacja na miarę – co najmniej – nagrody im. Kazimierza Wyki: Ten pierwszy, zacznijmy od lekkiego tematu, to literatura. Nie miała Bydgoszcz żadnej literackiej mitologii, nie miała żadnego wielkiego pisarza, który by ją do literatury przeniósł na tyle skutecznie, by przekroczyć regionalne granice. (…) naszego miasta nikt, jak to się ładnie mówi, nie rozsławił piórem. Nasza przedziwna duma z Salingera, który tu przecież przejazdem bawił, jest znacząca. Cóż ładnie, to się mówi inaczej, a pisze przede wszystkim stylistycznie, ale gdzież tam by nasz geniusz dbał o stylistykę. Od dawna uprawia rąbaninę słowną, w której takie określenia jak „rozsławił piórem” są na porządku dziennym, a sensy mają tylko znaczenie użytkowe, w zależności od tego, kogo właśnie chce ugryźć lub opluć krytyk, tłumacz z języka czeskiego i antologista. Oj chyba też jest już na bakier ze swoim dawnym mistrzem, bo naigrywa się z fascynacji pobytem autora Buszującego w zbożu w Bydgoszczy, a to przecież Grzegorz Musiał pierwszy dął w tę absurdalną tubę i przyczynił się do umieszczenia informującej o tym tablicy, na murze dawnej rzeźni. (Por. https://culture.pl/pl/wydarzenie/jd-salinger) Pal sześć aktualne sojusze i wzajemne lansowanie się w kółkach Tabaczyńskiego, skupmy się raczej na manipulacji, jakiej dopuścił się po raz kolejny w periodyku, z założenia informacyjnym. Sam określa swoje potworki myślowe jako brawurowe, a przecież jest to paskudna próba zniszczenia dorobku kilku pokoleń pisarzy.

Nie sądzę, żeby nasz „krytyk” nie wiedział, że Bydgoszcz pojawiła się w wielu powieściach, opowiadaniach, esejach, wierszach, a co najmniej kilku autorów swoje teksty opublikowało w językach obcych, od Stanów Zjednoczonych, poprzez Niemcy, Włochy, Francję, a skończywszy na Rosji, krajach arabskich i Dalekim Wschodzie. Tutaj znowu Tabaczyński zaparł się swojego pierwszego promotora, bo jego liczne książki rozgrywają się przecież w Bydgoszczy, a choć tyle w nich mizoginizmu, to przyznać trzeba, że sporo też znajdziemy tam trafnych przybliżeń naszego miasta. No, ale pomińmy Musiała i przywołajmy tylko kilka książek, w których pojawia się Bydgoszcz, a które przekroczyły lokalne opłotki i odbiły się szerokim echem w kraju, tudzież poza jego granicami – Tabaczyński „brawurowo„ zapomniał o bydgostianach Adama Grzymały-Siedleckiego, o Obozie wszystkich Świętych i Urzeczeniu Tadeusza Nowakowskiego, o Moście królowej Jadwigi Jerzego Sulimy-Kamińskiego, o Klatce Kazimierza Kummera, o opowiadaniach Władysława Dunarowskiego i Stefana Pastuszewskiego, o powieściach Krzysztofa Derdowskiego, nie mówiąc już o zbiorach wierszy wielu bydgoskich poetów, diarystów i dramaturgów, zaznaczających nawet w tytułach bydgoskość tematyki (np. Plac Piastowski i inne wiersze, Góra szybowcowa, Wybrałem Bydgoszcz, Zmierzch w mieście B.). Przywołań mogłoby tutaj być więcej, ale na pewno nie znalazłyby się w nich żadne książki Tabaczyńskiego i autorów z jego środowiska. Może zatem owo niespełnienie każe mu deprecjonować dorobek wspaniałych pisarzy, a przy okazji, w oficjalnym periodyku bydgoskiego Ratusza, spychać Bydgoszcz do rangi zaścianka literackiego Polski. Ciekaw jestem czy widział on w rocznikach ogólnopolskich periodyków artykuły Krzysztofa Nowickiego i piszącego te słowa, czy wie, ze Alfred Kowalkowski – jakby nie było Prezes znienawidzonego przez niego Związku Literatów Polskich – był wspaniałym tłumaczem Franza Kafki, a książki Góreca-Rosińskiego, Bogusława Sujkowskiego, Tadeusza Nowakowskiego ukazały się w wielu krajach świata, od Nowej Zelandii, poprzez Niemcy, Jugosławię, Meksyk, Indie aż do Słowacji, Rosji i Białorusi.  No ale co to jest dla naszego dezinformatora? Nicość, nicość, nicość… Jego dezynwoltura i warczenie na nasze środowisko domagały się jakiegoś kontrapunktu i „pisarzyna” (przypominam określenie Derdowskiego) brawurowo go znalazł. A zrobił to tak: przypomniał powszechnie znane nawiązania do Bydgoszczy z listów niemieckiego laureata Literackiej Nagrody Nobla  Heinricha Bölla, przywołał też jego opowiadanie  pt. Dzieje pewnego chlebaka, w którym akcja zaczyna się w Bydgoszczy. To miała być przeciwwaga dla jego bzdurnej tezy o nijakości literatury bydgoskiej i nieobecności naszego miasta w kulturze Polski i świata.  Oczywiście te głupotki Tabaczyńskiego nie zasługują na jakąś szczególną uwagę, a opublikowane w jego organie dezinformacyjnym, zmanipulują niewielką grupę uczestników kultury. I tak same świadczą o sobie, klecone w prosty sposób, zawsze według tego samego schematu – oplucie kogoś lub czegoś, a potem popisywanie się swoją ponadnaturalną „wiedzą tajemną”, nie mieszczącą się w żadnych intelektualnych kanonach (!) – obliczone są na poklask jego niewielkiego środowiska i zaspakajają tylko egoistyczną potrzebę nieustannego prowokowania konfliktów. Z Derdowskim, Jakubowskim, Banachem, z autorami ZLP i kontestującymi członkami SPP, jak Częstochowski, byle tylko trwał bajzel, byle była zadyma. Ale przecież w ludzkim świecie wszystko przemija i Tabaczyński odejdzie w niepamięć razem z jego BIK-iem, jadem, głupkowatymi tezami i pseudointelektualnymi konstrukcjami. Na razie jednak jest solidnym szkodnikiem, który zamiast służyć lokalnej kulturze, niszczy co popadnie, strzela na oślep z korkowca i myśli, że zabija swoich wyimaginowanych wrogów. Wyimaginowanych, bo tak naprawdę wszyscy śmieją się tylko z jego nadętych „akcji”…

CZERWIEŃ I BLASK

st_20160305_afpblack_2114595

Anish Kapoor

Podczas ostatniego pobytu w Chinach, w listopadzie 2019 roku, brałem udział w imprezie poetyckiej w Centralnej Akademii Sztuk Pięknych w Pekinie. W tym samym czasie miała tam miejsce wystawa prac powszechnie znanego w świecie artysty brytyjskiego Anisha Kapoora. To ceniony rzeźbiarz pochodzenia hinduskiego, którego wielkoformatowe realizacje zachwycają rozmachem i jakimś ponadnaturalnym, uniwersalnym polotem. Urodził się w 1954 roku w Bombaju w mieszanym hindusko-żydowskim małżeństwie, które od samego początku kładło nacisk na dobre wykształcenie dzieci i poznawanie przez nich świata. Dlatego po ukończeniu szkoły średniej w indyjskim Dehradun, szesnastoletni Anish został wysłany na studia elektrotechniczne do Izraela. Nie szło mu najlepiej, ale ów pobyt okaże się centralny dla jego dalszej kariery, bo wykrystalizuje się tam w nim przekonanie, że zostanie artystą. Studia w Hornsey College of Art i Chelsea School of Art and Design dały mu solidną podbudowę teoretyczną, a wrodzony talent i żywiołowe działania artystyczne szybko uczyniły go twórcą rozpoznawalnym i cenionym przez krytyków i koneserów sztuki nowoczesnej. Przełomowe w jego karierze okazały się dwa ogromne triumfy, kiedy to wygrał Biennale w Wenecji (1990) i zdobył niezwykle cenioną Nagrodę Turnera (1991). Międzynarodowy rozgłos ugruntowała też retrospektywna wystawa  w londyńskiej Royal Academy of Arts (2009), którą odwiedziło 28o tysięcy gości, a potem nadanie mu przez królową Elżbietę II tytułu szlacheckiego (2013). Ogromne sukcesy przełożyły się na zamówienia, płynące z całego świata, a także na ceny jego dzieł i szybko brytyjski artysta uzyskał taki status, że mógł realizować w wielu krajach świata nawet najśmielsze instalacje i tworzyć zapierające dech w piersiach konstrukcje.

Biorąc udział w czytaniu poezji, w cenionym ośrodku sztuki w Pekinie, nie przypuszczałem, że organizatorzy zapewnią uczestnikom niezwykłą atrakcję i pozwolą zapoznać się z szokującą i jakże inspirującą instalacją Anisha Kapoora. I tak mogłem podziwiać – co prawda post factum – działanie artystyczne tego wizjonera, który umieścił w ogromnej sali centrum sztuki solidne budowlane transportery, na których umieszczał wielkie bloki czerwonego wosku, sunące powoli ku górze i spadające swobodnie na podłogę. Tak powstało niezwykłe zwałowisko czerwonej substancji, ikonicznej dla wieloletnich działań Kapoora i robiącej ogromne wrażenie na widzu. W licznych deklaracjach, w tym w katalogu do chińskiej wystawy, artysta podkreślał, że w sztuce interesuje go przede wszystkim proces powstawania dzieła, czyli performatywny charakter aktu kreacji. W jego pracach najważniejsza jest skala, gra światła i zmieniające się złudzenia optyczne oraz niezwykle ekspresyjny kolor, najczęściej karmin zmieszany ze szkarłatem. Kapoor prowadzi nieustający dialog z widzem, blokując dostęp do pewnych partii dzieł, tworząc tunele i abstrakcyjne sale z czerwoną poświatą, albo każąc mu przyglądać się odbiciom w idealnie gładkich powierzchniach, pokrytych metalem, wielkich i publicznie dostępnych, realizacji rzeźbiarskich. Krytycy dopatrują się też u tego twórcy licznych podtekstów erotycznych, przede wszystkim w owalnych instalacjach, takich jak Cloud Gate z Parku Tysiąclecia w Chicago. Przywołuje się tutaj okres studiów w Londynie, gdy artystę interesowały psychoanalityczne teorie Zygmunta Freuda, a jego prace wyraźnie orbitowały wokół zagadnienia płciowości, wzajemnych gier i interakcji erotycznych kochanków. Obecnie twórca jest właścicielem studia, w którym zatrudnia trzydzieści osób, a swoje działania rozszerza o projekty scenografii do sztuk teatralnych i dzieł operowych. Jego kalendarz wystaw jest wypełniony działaniami na kilka lat do przodu, a każda realizacja zapowiada niezwykłe doznania i układa się w ciąg zdarzeń artystycznych najwyższej próby.

Cloud Gate – Chicago

Przebywając ponad godzinę w sali CAFA i przyglądając się „czerwonej” realizacji Kapoora, próbowałem zrozumieć jego założenia i znaleźć się w orbicie jego myśli. Od razu też zaakceptowałem wyraziste zaproszenie do tego, by próbować zrozumieć czym jest substancja i barwa, tak powszechne w naszym świecie, a zarazem tak pobieżnie odbierane,  traktowane jako coś oczywistego i zwykłego. Dopiero zderzenie miękkiej, woskowej czy lakowej materii z twardością, a potem zastygnięcie celowo zdemolowanych struktur, odsyła twórczą wyobraźnię do substancjalnej pierwotności i kosmogonicznego kształtowania się struktur. Jeśli zaczniemy konsekwentnie podążać za tokiem myślenia artysty, dotrzemy do prapoczątku, kiedy to utrwalały się kształty naszej planety, abstrakcyjne kontury kontynentów, pasm górskich, dolin i pojedynczych ostańców, a dalej – w przemocy nieustannego, trwającego miliony lat, kształtowania się gatunków biologicznych, przyoblekania się ich struktur w barwy i doskonalenia użytecznych elementów poszczególnych organizmów. W takim podążaniu za tokiem myślenia artysty odkrywamy nową, filozoficzną treść w substancji – zdawać by się mogło – mającej swoje trwałe miejsce w przestrzeni i wielokrotnie wykorzystywanej przez twórców. Kapoorowi udało się też, szczególnie w ogromnych, stalowych lub niklowanych rzeźbach, zatrzymać proces kształtowania się dzieła, a to za sprawą coraz to innych twarzy, gestów i zdarzeń odbijających się na gładkiej powierzchni. Właśnie tak widz zaproszony został do współtworzenia rzeźby, stale mutującej i pulsującej nowymi znaczeniami. Widać to szczególnie przy takich realizacjach, jak wspomniana już wyżej Cloud Gate, rzeźba stworzona ze 168 płyt polerowanej stali, czy Turning the World Upside Down, podobnie wykonany, dwudzielny kształt, ustawiony przy Muzeum sztuki w Jerozolimie. Kapoor jak mało kto rozumie materię, ale też odsłania jej ukryty wymiar, zaklęty w kształcie i chwili jego powstawania.

Turning the World Upside Down, Jerozolima

Lewiatan

Lewiatan

Instalacja w Parku Olimpijskim w Londynie

 

As if to Celebrate, I Discovered a Mountain Blooming with Red Flowers 1981 by Anish Kapoor born 1954

Anish-Kapoor-Central-Academy-Beijing-14

CZARNY NEFRYT (6)

Nadszedł nowy dzień, a  Czao powoli zaczynała się budzić. Otworzyła oczy i przez chwilę miała wrażenie, że jest w swoim rodzinnym domu. Szybko jednak zorientowała się, że znajduje się gdzieś indziej, w chłodnym pomieszczeniu, którego wcześniej nigdy nie widziała. Uniosła się i usiadła na posłaniu, odwróciła się za siebie i zobaczyła Aia, śpiącego głęboko, tuż przy niej. Palenisko wygasło i poranny ziąb wdzierał się do jaskini, powoli jednak coraz więcej kształtów zaczynało wyłaniać się z mroku. W mgnieniu oka przypomniała sobie zdarzenia ostatnich dwóch dni i poczuła przejmujący ból w żołądku. Przykryła twarz otwartymi dłońmi, zamknęła oczy i cichuteńko zapłakała. Strużki łez pojawiły się na jej palcach i popłynęły dalej, po policzkach, aż ku brodzie, skąd zaczęły kapać na uda. Myślała o swoim życiu we wsi, o ojcu, którego tak kochała, o czułej matce i o cudownym rodzeństwie. Oczyma wyobraźni zobaczyła ojca siedzącego na ławeczce, grającego na èrhú i jakby przez chwilę słyszała jego piękne dźwięki. Jednakże w łagodną harmonię tego obrazu wkraczały wciąż barwy i tony mroczne, przelana krew i przebite ciała, zabici rodzice, bracia i siostry. Odjęła ręce z twarzy i ponownie spojrzała na ukochanego, który cicho majaczył przez sen. Powoli wstała i wyszła na łąkę i skierowała się ku domowi, gdzie znalazła wielką konchę z wodą. Nalała jej sporo do brązowej misy i umyła się, nie zważając na chłód i lodowate powiewy wiatru. Napiła się trochę z misternego kubka, nabrała też wody do żelaznego czajniczka i wróciła do chaty. Zajęła się rozpaleniem ognia i przyrządzeniem herbaty. Zobaczyła, że na stole leżą owoce i trochę suszonego mięsa, więc ułożyła je na głębokim talerzu, a obok niego postawiła dzbanek zsiadłego mleka. Gdy ciepło zaczęło wypełniać całe pomieszczenie, a aromat herbaty uniósł się nad paleniskiem, wróciła do Aia i usiadła przy nim. Patrzyła na jego ładną twarz i delikatnie muskała palcami policzki i zamknięte oczy, usta i nos, podbródek i czoło. Po chwili mężczyzna zaczął się budzić, aż nagle skoczył jak oparzony, rozejrzał się dookoła, gotowy bronić się przed nieznanym wrogiem. Szybko jednak zrozumiał gdzie jest, wszystko sobie przypomniał, uśmiechnął się promiennie do Czao, podszedł, przytulił ją do piersi i poczuł zapach czarnych włosów. Pocałował ją w usta i wyszedł z nią na łąkę, gdzie ukląkł i pochylił się ku wstającemu słońcu, a potem wykąpał się w strumieniu.

Po dłuższej nieobecności przyszedł do domu, gdzie i zjadł z dziewczyną śniadanie, a potem delektował się zieloną herbatą. Widział rozpacz na twarzy Czao, która dramatycznie wydobywała jej piękno i kruchość, rysy tak delikatne i regularne, że miało się wrażenie, iż należą do najpiękniejszej księżniczki. Przysunął się i przytulił do niej, znowu czując niezwykły powiew świeżości, przemieszany z wonią skóry i włosów. Rozpostarł palce prawej dłoni i splótł je z jej kształtnymi, malutkimi paluszkami. Po chwili uczynił to samo z drugą ręką i teraz czuł jej ciepło, pulsowanie krwi w skroniach i bicie serca. Zbliżył usta do jej ust, otarł leciutko wargi o policzek i całując go, podążał niżej. Ona zaczęła lekko drżeć z podniecenia, przesunęła się ku grubej stercie skór i pociągnęła go za sobą. Tak długo czekali na tę chwilę, że teraz wszystko przebiegało w błyskawicznym tempie. Całowali się i rozbierali nawzajem, aż wreszcie legli obok siebie nadzy, spleceni w uścisku, wpatrujący się w oczy i delikatnie głaszczący palcami swoje ciała.

 – Kocham cię Aiu – szepnęła, zamknęła oczy, spod których popłynęły łzy, i ze słodyczą całowała się z nim.

On czuł falowanie jej cudownego ciała i sam też leciutko przybliżał i oddalał się od niej. Gładził włosy, obiegał językiem nabrzmiałe piersi, zastygał na chwilę i otaczał ją ramieniem.

– Ale ja nigdy nie byłam z mężczyzną… – powiedziała i odwróciła od niego wzrok zawstydzona.

Uśmiechnął się czule, odetchnął głęboko, przyciągnął ją ku sobie, spojrzał w czarne oczy i po dłuższej chwili szepnął:

– Ja też nigdy nie byłem z kobietą… ale wiele razy marzyłem o takiej chwili z tobą…

Znowu zaczęli się całować, teraz gwałtowniej, coraz mocniej, jakby chcieli wypić z siebie całą słodycz miłości. Ai ośmielony tym, zaczął dotykać miejsca, gdzie kończyły się jej wiotkie uda i poczuł ciepłą wilgoć na palcach. Delikatnie, ale też zdecydowanie, wsunął się wreszcie tam, gdzie krzewiły się włosy i było tak bardzo mokro. Czao krzyknęła dość głośno i załkała, więc szybko się odsunął od niej. Ona jednak przyciągnęła go ku sobie i zaczęli falować jak dwa żurawie, ocierające się o siebie szyjami. Im dłużej ją kochał, tym większe ciepło rozlewało się w niej i jeszcze bardziej go pragnęła. Nie czuła już bólu, a tylko regularne powiewy żaru, jakby fale czystej miłości, uderzające w nią i osłaniające ją przed złem świata. Nagle zaczęła zapadać się w sobie i lecieć gdzieś wysoko, fruwać w powietrzu, płynąć i mknąć gdzieś w dal. Usłyszała jego łagodny krzyk i poczuła się zjednoczona z nim, jak in i jang, jak niebo i ziemia, jak błękit i turkus. Ai zsunął się z niej i położył obok, głośno oddychając i patrząc w sufit domku. Jej piersi falowały, a dłonie powędrowały ku jego męskości, ciągle nabrzmiałej i lekko przybrudzonej krwią. Sięgnęła po jakąś szmatkę i zaczęła wycierać go w tym miejscu, leciutko całować i dotykać ustami, a na końcu usunęła też plamy na swoim ciele. Wstała na chwilę i otoczyła swoje pośladki oraz łono pasem czarnego jedwabiu, wypiła filiżankę herbaty i podała mu naczynie z napojem. Usiadł na skórach i pił łapczywie, a potem znowu przyciągnął ją do siebie, pieścił, całował i kochał się z nią. Czuli się jakby byli w jakiejś magicznej krainie i wiele razy ponawiali akt miłosny, głośno oddychali i leżeli obok siebie po spełnieniu. Prawie nie rozmawiali, czasem tylko szepcząc sobie do uszu jakieś miłosne zaklęcie, jakąś ostateczną obietnicę. Kochali się z jakąś niezwykłą dystynkcją, z jakąś dbałością o to, by dać sobie tyle ciepła i zadowolenia, ile tylko ludzie mogą sobie dać. Dzień mijał, a oni stale byli siebie głodni i wciąż zaczynali nową batalię, oblewali się potem, który zastygał na ich ciałach i stawał się tajemnym aromatem tej chwili.

Tyle zdarzyło się w życiu Czao, w tak krótkim czasie. Straciła rodzinę, została uprowadzona i uciekła z domu Wanga, a teraz stała się prawdziwą kobietą i kochała się z wymarzonym Aiem, którego dawno temu wybrała i o którym stale rozmyślała, śniła, marzyła. Teraz ten silny mężczyzna leżał przy niej i łaknęła jego ciepła, zapachu – docierały do niej jego miłosne zapewnienia. Czuła, że wiele razy wlewały się w nią męskie cząstki i rozmyślała o tym, co się wydarzy, gdy w jej łonie pojawi się dziecko. On jakby wyczuł o czym myśli jego kobieta, bo powiedział:

– Nie martw się kochana Czao… odtąd zawsze już będziemy razem i nic nas nie rozdzieli… Nawet gdybyśmy mieli spędzić resztę życia na Łące Tajemnic…

– Więc to jest twoja Łąka tajemnic, ale ja kocham ludzi i chciałabym żyć pośród nich – odrzekła i pogłaskała go po włosach.

– Ja też, ale na razie będziemy musieli tutaj przeczekać nawałnice – powiedział – W nocy pójdę do wsi, przekradnę się do kuźni mojego ojca i dowiem się co się stało po znalezieniu Wanga…

– Musimy też przyprowadzić moje zwierzęta, bo same zginą w górach – powiedziała i po chwili jeszcze dodała – Trudno będzie sprowadzić tu mojego jaka…

– Nie martw się kochana – uspokoił ją – nawet jakbym miał spuścić go na linach ze skał, zrobię to…

Dzień zaczynał zbliżać się ku końcowi, Czao posprzątała w izbie i poza nią, a jednocześnie nie mogła się nadziwić ile funkcjonalnych rzeczy ojciec i dwaj bracia zgromadzili w tej samotni. Było tutaj wszystko, co człowiekowi potrzebne jest do życia. Były też prawdziwe skarby, cudownie wykute naczynia, wielkie misy i dzbany, czajniki do herbaty i talerze, wiele skór upolowanych zwierząt, w tym tak groźnych jak tygrys czy pantera. Widać, że mężczyźni byli bardzo zapobiegliwi i stworzyli tutaj kryjówkę, w której można by przebywać długie lata, a może nawet spędzić całe życie. Lubiła czasami odgradzać się od świata, chodzić w góry, modlić się i rozmyślać pośród ukwieconych łąk i na półkach skalnych. Teraz jednak wszystko się zmieniło, nie była już sama, miała przy sobie tego, którego pokochała. Zło i ludzka podłość, mordy i grabieże, pozostały za wodospadem, a tutaj było miejsce, gdzie nikt ich nie znajdzie. Ai przygotowywał się do wyprawy, ubrał czysty strój, zaplótł włosy w warkocz i przytwierdził dwa miecze do boku. Za pas włożył też dwa bardzo ostre noże, a trzeci umieścił pod koszulą, w specjalnej pochwie, przywiązanej do piersi. W końcu, gdy był już gotów, podszedł do ukochanej i powiedział:

– Świat ludzki jest pełen niebezpieczeństw… gdybym nie wrócił…

Nie zdążył dokończyć, bo dziewczyna położyła mu dłoń na ustach, drugą wsunęła w jego lśniące od słońca włosy i szepnęła:

– Wrócisz… bo ja ciebie kocham i będę cierpliwie czekała…

– Gdybym jednak nie wrócił – ciągnął dalej Ai – Pamiętaj, że byli tacy, którzy widzieli cię w domu Wanga…

– Pamiętam… – odrzekła –  Ale ty też musisz być ostrożny jak gazela i sprytny jak irbis… Poproszę Zhunti by nad tobą czuwała i użyczyła ci swoich rąk, gdy tego będziesz potrzebował.

Ai dobrze znał opowieści o dobrej bogini światła, znanej też jako Tianhou i Doumu, która była wyrocznią w sprawach niebiańskich i pomagała śmiertelnikom. Uczestniczyła w bitwie Dziesięciu Tysięcy Duchów na równinie Mu, mieszkała na Nefrytowej Górze, a jeździła powozem ciągniętym przez siedem wieprzy, odpowiadających odwiecznej konstelacji Chochli. Wyobraził sobie tę piękną kobietę, z kilkoma rękoma, w których dzierżyła broń i wszystko, co jest człowiekowi niezbędne. To dziwne, ale wiele razy wyobrażał ją sobie z twarzą Czao i teraz jej przywołanie uznał za dobry znak. Wierzył, że ludzie spotykają się na świecie nie bez powodu, a bogowie mają wielki wpływ na ich losy. Każdy ma swoją drogę, którą musi kroczyć i jeśli spotyka na niej jakąś istotę, to znaczy, że wszystkie ścieżki wiodły ją ku niemu. Linie wędrówki gwiazd na niebie i ziemskie ścieżki przecinają się. Wszystko zaczyna się w nicości, a byt jest matką wszelkiego stworzenia. Gdyby nie było nicości, nie można by zrozumieć żadnej zasady, nie dałoby się pojąć drogi, którą kroczy człowiek. Byt i nicość są na przeciwległych końcach narodzin, a przestrzeń między niebem i ziemią jest jak kowalski miech, pusta, a jednak niewyczerpana, za każdym podmuchem dająca siłę. Ai rozmyślał i przypominały mu się wykłady ojca, gdy razem wykuwali miecze i halabardy, gdy kształtowali koła do rydwanów i powozów. Stęsknił się za swoim mądrym ojcem, a na myśl o bracie, poczuł ciepło rozlewające się w całym ciele. Czao pocałowała go w usta i zawiesiła na jego szyi rzemyk, z przyczepionym do niego, niewielkim krążkiem z czarnego nefrytu.

– Niech dobre duchy towarzyszą tobie i nigdy cię nie opuszczają – powiedziała – Ten nefryt jest znakiem mojego oddania i wielkiej wiary w nas… Póki będzie z tobą, ja też będę z tobą…

– Do zobaczenia moja miłości – szepnął i zaczął powoli wspinać się po nierówności łąki ku jaskini i wodospadowi.

TRUMNA RASKOLNIKOWA

Nie ulega wątpliwości, że dwudziestotrzyletni Rodion Raskolnikow jest neurastenikiem, nie potrafiącym wydostać się z długich okresów skrajnej depresji. Może przyczyniła się do tego nadopiekuńczość jego matki Pulcherii Aleksandrowny i idealizowanie go przez siostrę – Awdotię Romanowną, a może okoliczności życia w Petersburgu. Gdyby te kobiety nie kochały go tak bardzo i nie pomagałyby mu finansowo, zapewne szybko popełniłby samobójstwo, popadł w alkoholizm albo znalazłby się w więzieniu za jakieś drobne przestępstwo. Niestety jego poglądy na społeczeństwo i „teoria” wszy, które je obsiadają, spowodowały, że uciekł się do popełnienia straszliwej zbrodni. Jego działanie w tym względzie charakteryzuje jednostki tchórzliwe, ale chorobliwie pragnące udowodnić sobie, że są wybitne i zdolne do działań ekstremalnych. Choć jego przygotowania i realizacja planu zamordowania z zimną krwią starej lichwiarki Alony Iwanowny, mają znamiona premedytacji, to wykonanie tylko cudem się udaje i Raskolnikow nie zostaje schwytany na miejscu zbrodni. Jego nieporadność i totalna nieumiejętność przewidywania możliwych konsekwencji, a nade wszystko rozchwianie emocjonalne, prowadzą do rozszerzenia morderstwa, kiedy to w mieszkaniu pojawia się nagle Lizawieta, nieco dziwaczna siostra lichwiarki. Skala tej makabry jest ogromna, a narzędzie typowe dla prymitywnych zabójców, wpadających w szał w chwili wykonywania egzekucji na niewinnych ofiarach. Szybko też dociera do bohatera powieści, że jego czyn był obrzydliwy, a konsekwencje będą daleko idące, wykraczające poza ramy jego dotychczasowego życia. Dlatego kradnie tylko trochę biżuterii i pieniędzy, a nie zauważa pudełka pełnego rubli i innych cennych przedmiotów. Równie szybko pojawia się w jego świadomości przerażenie, rozrastające się niemal do rozmiarów choroby umysłowej.  Postępuje nieracjonalnie, miewa napady gorączki i majaczy przez sen, często niebezpiecznie ujawniając okoliczności zbrodni. W obliczu tragicznej śmierci alkoholika Marmieładowa, którego poznał w szynku, przekazuje jego rodzinie pieniądze, które z ogromnym trudem zdobyła dla niego matka. Poznaje też jego córkę, prostytutkę Sonię, która po latach przebywania na katordze, stanie się jego jedyną nadzieją na powrót do normalnego życia.

 

Michaił Pietrowicz Klodt, Raskolnikow i Marmieładow w szynku

Powieści Dostojewskiego skonstruowane zostały na zasadzie licznych kontrapunktów osobowościowych i w Zbrodni i karze znajdziemy jedną z najwyrazistszych takich opozycji. Neurastenicznemu studentowi i mordercy przeciwstawił autor śledczego Porfirego Pietrowicza, który krok po kroku potwierdzi, że jego podejrzenie, co do osoby Raskolnikowa od samego początku było słuszne.  Raskolnikow od razu zauważy, że jego przeciwnik jest niezwykle inteligentny, kieruje się żelazną logiką, a nie brakuje mu też dociekliwości psychologicznej i umiejętności łączenia – zdawać by się mogło – odległych faktów, rozsypanych elementów wielu układanek. To starcie karła z olbrzymem musiało zakończyć się tak, jak zakładał Porfiry i nie miało tutaj znaczenia mylenie tropów przez byłego studenta i podejmowane próby oddalenia od niego kolejnych podejrzeń. Na przykładzie artykułu Raskolnikowa, opublikowanego w prasie, Dostojewski ukazuje jak pokrętna ideologia może opanować ludzki umysł i doprowadzić do straszliwych tragedii. Koniec końców, za sprawą podstępu Porfirego, przyczyni się ona do zdemaskowania mordercy i jego przyznania się do winy, a potem szczegółowego opisu zbrodni przed sądem. Ogromną rolę odegra tutaj też miłość Soni, która – tak doświadczona przez życie, gdy była sprzedajną dziewczyną – dostrzeże w Rodionie dobro, które dopiero po latach odbywania kary, objawi się w pełnym świetle i stanie się zaczątkiem ich nowego życia.

           

Mal. N. N. Karazin

Sonia Siemionowna Marmieładowa, piękna, szczupła blondynka o zjawiskowych niebieskich oczach jest w powieści Dostojewskiego kolejnym kontrapunktem dla szaleństw i zła Raskolnikowa. Pijaństwo ojca i bieda w rodzinie popchnęły ją do wyjścia na ulicę, gdzie zaczęła zarabiać jako prostytutka. Jej dzieciństwo zakończyło się szybko i gwałtownie, a śmierć ojca odmieniła wszystko w tym smutnym życiu, choć poznanie byłego studenta nie zwiastowało przecież wydarzeń chwalebnych. Ujął ją jednak darowizną na wydatki pogrzebowe, a szybko też zaczęła dostrzegać jego inną, ukrytą naturę, którą postanowiła ujawnić, bez względu na skalę poświęcenia. A choć miała do czynienia z okrutnym mordercą, zauważała, że tylko on traktuje ją z szacunkiem. Z czasem w obskurnym pokoiku studenta zaczynają razem czytać Nowy Testament, fascynując się sytuacjami ewangelicznego wybaczenia. Jej miłość do przyjaciela wybucha z pełną mocą, gdy ten przyznaje się do popełnionej zbrodni, a ofiarę dostrzega ona tylko w nim. To za jej sprawą Raskolnikow uda się na policję i przyzna do wszystkiego, a potem na sali sądowej nie zawaha się opisywać ze szczegółami wydarzeń z domu lichwiarki. Miłość Soni do niego jest bezwarunkowa i tak wielka, że postanawia udać się z mordercą na osiem lat katorgi, a potem towarzyszy mu w jego przemianie duchowej i akceptacji chrześcijańskiej filozofii wybaczenia i dźwignięcia się z martwoty. Jej dobre serce, tyle razy wykorzystywane i jej dobra natura, tylekroć wystawiana na próby, znajdują wsparcie w przywołaniach Chrystusa, niosącemu krzyż na Kalwarię. Nie bez powodu Dostojewski porównuje pokój Raskolnikowa do trumny, a upadek Sonii ma wszelkie cechy tragedii i śmierci za życia jawnogrzesznicy Marii Magdaleny. Nędza i brak perspektyw popychają ich do podjęcia tragicznych wyborów, ale szansa dana przez społeczeństwo powoduje, że kochający się partnerzy zaczynają widzieć dalekie, nikłe światełko w tunelu. Funkcja dydaktyczna powieści Dostojewskiego jawi się tutaj z całą mocą, a dwoje głównych bohaterów personifikuje jego wielką tęsknotę za czystością i pełnią spokojnego życia. Podobnie doświadczony, poprzez pracę i ogromną chęć życia, wzniósł się na wyżyny człowieczeństwa i stał się jednym z największych twórców w dziejach.

W. Świerdzewski, Śledczy, 2017

Wróćmy jeszcze na chwile do postaci śledczego policji petersburskiej, którego postępowanie staje się kontrapunktem dla zachowań i czynów Raskolnikowa. Dostojewski robi wszystko, żeby czytelnik zniechęcił się do niego, tworząc postać niemal odrażającą: Mógł mieć jakieś trzydzieści pięć lat, wzrostu mniej niż średniego, tłuściutki, z lekko zaokrąglonym brzuszkiem, gładko wygolony, bez wąsów i bez bokobrodów, o krótko ostrzyżonych włosach na ogromnej, kulistej głowie, z jakimś osobliwym, wypukłym zaokrągleniem na potylicy. W pulchnej, okrąglutkiej twarzy z nieco zadartym nosem, o chorobliwej żółtowoskowej cerze, było coś chwackiego, a nawet jakby szyderczego. Można by go uznać nawet za dobrodusznego, gdyby nie wyraz jego oczu, błyszczących jakimś wodnistym blaskiem i skrytych pod powiekami z niemal białymi rzęsami. Powiekami, którymi ustawicznie mrugał, jakby porozumiewawczo, jakby ciągle puszczał do kogoś oko. Wyraz owych oczu dziwnie nie pasował do jego nieco zniewieściałej postaci i sprawiał, że wyglądał znacznie stateczniej niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać. A jednak w miarę poznawania tego człowieka, zaczynamy rozumieć jego metody i rodzi się w nas coś na kształt podziwu dla tego młodego przecież człowieka. Nic nie wiemy o jego przeszłości, na kartach powieści nie pojawiają się też jakikolwiek fakty z jego życia, jakby wyłonił się z tajemniczej mgły i został powołany do tego, by wskazać mordercę dwóch samotnych kobiet. Niewątpliwie jest prawym człowiekiem, którego celem jest zdemaskowanie mordercy, ale też uwolnienie go od poczucia winy i skierowanie na inne tory życiowe. Jest świetnym psychologiem, zadającym punktowe pytania i tak kierującym rozmowami, by podejrzanemu wydało się bezsensowne dalsze ukrywanie prawdy. Pisząc swoją powieść Dostojewski korzystał z własnych doświadczeń, a jej nieco dewiacyjna aura brała się z przede wszystkim z cech osobowości autora. Zastanowiły mnie słowa Sándora Máraia z jego Dziennika 1943-1948: Dostojewski tak mnie męczy, jakbym się zamknął w pokoju z szaleńcem, ale takim szaleńcem, który może kiedyś ogłoszony zostanie świętym. Nie mogę się pogodzić z tym, że perspektywą człowieka jest ta ograniczona bezkresność, jestem Europejczykiem, ufam raczej miarom i danym kartograficznym. Opór, jaki czuję wobec jego stylu, topnieje w płomieniu temperatury dzieła niczym ołów w żarze kotła. Dostojewski zmiata wszelki opór: to jest coś więcej niż „literatura”, z tym nie sposób dyskutować. Albo trzeba się do niego przyłączyć, albo uciec. I właśnie nad tym zastanawia się teraz świat, oceniając rzeczywistość, która z dzieł Dostojewskiego powstała do życia; ale to już ostatnia rzecz, jaką człowiek Zachodu może w tej chwili jeszcze przeciwstawić rosyjskiemu mesjanizmowi.[1] I jeszcze jedna zdumiewająca konstatacja: Wydaje mi się najzupełniej możliwe – co może któregoś dnia udokumentuje policja – że Dostojewski zabił człowieka[2]. A jeśli tego nie uczynił – co wydaje się wątpliwe – to długie lata, spędzone na zesłaniu dały mu głęboką wiedzę o ludziach i ich zachowaniach, o metodach śledztw i psychologii najokropniejszych zabójstw.

_________________

[1] Sándor Márai, Dziennik 1943-1948, wyb. przeł. i oprac. Teresa Worowska, Warszawa 2016.

[2] Tamże, s. 15-16.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: