BROMBERG (5)

Jedenastego września Józia ledwie zdawkowo opowiedziała matce o tym, co stało się przy szwederowskim kościele, bo długo spała, a jak budziła się, czuła tak dojmujący smutek, że aż nie mogła oddychać. Nie mogła pogodzić się z tym, że jej ukochany leży teraz martwy pod ziemią a to, co się miało zdarzyć w ich wspólnym życiu, nigdy już się nie stanie, nie poczuje jego ciepła, nie urodzą się dzieci, nie będzie do niego czule szeptać pośród dni i nocy. Matka, by ją zająć i jakoś odciągnąć od złych myśli, poprosiła by zaniosła jej koleżance, mieszkającej przy Rynku Marszałka Piłsudskiego, zrobiony na drutach, gruby sweter z czerwonej wełny. Dziewczyna przyjęła polecenie bez komentarza, zarzuciła na siebie czarną kurtkę, sięgnęła po siatkę z zawiniątkiem, pocałowała matkę w policzek i skierowała się ku drzwiom.

– Tylko bardzo uważaj na siebie, bo wszędzie teraz czyha zło… Spuszczaj oczy, gdy będziesz mijać niemieckich żołnierzy i nie przystawaj nigdzie…– Przestrzegła ją strapiona matka.

– Dobrze mamusiu… Nie martw się o mnie… – odpowiedziała dziewczyna i lekko domknęła za sobą drzwi.

Minęła swój dom przy ulicy Strzeleckiej i ruszyła Piękną w stronę ulicy Szubińskiej, która łagodnie schodziła w stronę Placu Poznańskiego. Szła chodnikiem, tuż przy lewej stronie jezdni,  a w jej myślach wciąż pojawiały się sceny z poprzedniego dnia. Powoli zbliżała się do skrzyżowania i chciała już przejść na drugą stronę, gdy nagle stanęła jak wryta. Przy nieotynkowanym domu z czerwonej cegły stało to samo auto, które minęło ją wczoraj, przed rozstrzelaniem mieszkańców dzielnicy. Znała dobrze ten dom, bo czasami odwiedzała w nim, z matką lub ojcem, zaprzyjaźnioną niemiecką rodzinę Eleonory i Johanna Spatzów. Lubiła ich, a oni, z racji tego, że nie mieli dzieci, traktowali ją niemal jak córkę, za co odwdzięczała się zanosząc pranie do magla, biegając po zakupy, a nawet opatrując schorowane nogi pani domu. Teraz z przerażeniem zobaczyła, że nagle otworzyła się brama domu, stanęła w niej pani Eleonora, a za nią postępował mężczyzna w czarnym mundurze i oficerskiej czapce z trupią główką. Nogi natychmiast ugięły się pod nią, bo był to ten sam oficer, który kierował akcją przy kościele, choć teraz wydał się jej nieco wyższy i smuklejszy. Niemka przytuliła go na chwilę i pocałowała w policzek, a potem jeszcze pomachała mu ręką, gdy wsiadł do samochodu i odjechał ku Szubińskiej. Józia przemogła strach i ruszyła przed siebie, ale pani Spatz zauważyła ją w ostatniej chwili, uśmiechnęła się szeroko jakby zobaczyła kogoś bardzo bliskiego i zawołała po niemiecku:

 – Józka, Józka… – chodź no  tylko tutaj…

Dziewczyna zdziwiła się, bo Spatzowie nigdy nie rozmawiali z nią w swoim rodzimym języku, a nawet często traktowali polski jako bardziej komunikatywny. Dziewczyna miała w gimnazjum lekcje języka niemieckiego i znakomicie się nim posługiwała, toteż bez trudu zrozumiała zachętę i przeszła ulicę.

– Dzień dobry Józka, dzień dobry kochana dziewczyno…– kobieta ciągnęła po niemiecku. Widziałaś jaki przystojny oficer teraz u nas mieszka…? To jest mój daleki krewniak Willy… Zajmie się praworządnością w naszym mieście, bo czas już najwyższy uporządkować ten chaos… Niebawem wszystko wróci do normy, tylko władza się zmieni. Tyle lat mieszkaliśmy tu, gdy rządzili Polacy, to teraz wy będziecie pod naszymi rządami… I tylko tyle…

Józia uśmiechnęła się nieznacznie, choć od wczoraj już była pewna, jak będą wyglądały rządy Niemców. Strzepnęła kilka długich włosów ze swojej kurtki i nie wiedziała, co ma powiedzieć. Na szczęście pani Spatz szybko zadała jej  kolejne pytanie:

– A gdzie to moje szczęście tak wędruje…? Młode dziewczyny powinny teraz siedzieć w domu, bo pojawiają się jakieś bandy w naszej dzielnicy, które dopiero Willi zlikwiduje…

– Idę na Rynek Piłsudskiego, zanieść sweter koleżance mojej mamusi…

– Willi powiedział, że to teraz będzie znowu plac generała von Kluge… musisz nauczyć się niemieckich nazw… Poznam cię z nim, to wspaniały młody mężczyzna…może znajdzie dla ciebie jakąś pracę w biurze… przecież ty mówisz dobrze po niemiecku.

Dziewczyna pożegnała się z panią Eleonorą i podążyła dalej w tym samym kierunku, w którym pojechał czarny samochód jej kuzyna. Szybko zeszła do Placu Poznańskiego, a mijając pomnik Jezusa z sercem na piersi, nieopodal szpitala gruźliczego, przeżegnała się i bezgłośnie odmówiła modlitwę maryjną. Dalej powędrowała ulicą Poznańską, minęła Wełniany Rynek, gdzie trzech żołnierzy niemieckich obrzuciło ją ciekawym spojrzeniem i zaczęło sprośnie żartować. Pamiętając o przestrodze matki, szybko spuściła oczy i przemknęła w kierunku ulicy Długiej i Batorego, którą dostała się na rynek. Prawie nie było na nim ludzi, a tylko u wlotu na Mostową i przy wejściu na ulicę Magdzińskiego stały jakieś samochody i kręcili się granatowi policjanci. Weszła na klatkę schodową wysokiego domu i po schodach dostała się na drugie piętro, gdzie mieszkała pani Jadzia, którą jej mama znała jeszcze ze szkoły podstawowej, mieszczącej się przy ulicy Leszczyńskiego.

– Dzień dobry pani – powiedziała z uśmiechem – mamusia kazała mi przynieść pani ten nowy, zamówiony sweter…

– Dzień dobry drogie dziecko – odpowiedziała tęga kobieta, wprowadzając ją do przedpokoju i pytając – Ale dlaczego Franciszka wysłała cię w taki straszny czas…? Przecież ty powinnaś siedzieć w domu…

 – Idą chłody i mamusia chciała, żeby pani miała co na siebie włożyć… – odrzekła Józia.

– Tak… tak… idą straszliwe chłody moje dziecko… – odpowiedziała w zamyśleniu pani Jadzia, a potem dodała – Jestem ci bardzo wdzięczna, bo rzeczywiście stary sweter podarł się dawno.  Akurat upiekłam ciasto drożdżowe z kruszonką, to dam ci kawałek, ale najpierw zrobię herbatę.

Józia zdjęła kurtkę i przewiesiła ją przez oparcie krzesła, a widząc, że kobieta wyszła do kuchni, zaczęła rozglądać się po jadalni. Był tam duży, dębowy stół, a przy nim sześć krzeseł obitych grubą, pasiastą, zielono-białą satyną. Na jednej ścianie była stara gdańska szafa z serwisem obiadowym, a na drugiej komoda z piękną, abażurową lampą. Dwa wielkie okna, z firanami i ciężkimi, aksamitnymi storami, wychodziły na rynek i znakomicie rozświetlały cały pokój. Na podłodze leżał wielki czerwony dywan w stylu tureckim, a tam gdzie go nie było, lśniły pomalowane na wiśniowy kolor deski. Przy drzwiach wejściowych było jeszcze sporo miejsca na dużą kanapę i dwa ogromne fotele, przy których stały wzorzyste podnóżki. Widać że gospodarze lubili na nich siadać, a czytając gazety lub dyskutując, nogi opierali na tych mniejszych, tapicerowanych meblach. Józia zatrzymała wzrok na wielkim ozdobnym żyrandolu, sporządzonym z dziesiątków kryształowych sopli, ale z głębokiej zadumy wyrwała ją koleżanka mamy, która weszła do pokoju z tacą, na której były talerze z ciastem, filiżanki i biały dzbaneczek. Położyła tacę na rogu pięknego obrusa i zaczęła wszystko rozkładać po obu stronach stołu.

– Tacy byliśmy szczęśliwi w tej odrodzonej Polsce, a już czarne chmury zebrały się nad nią i pioruny biją jak oszalałe – powiedziała – Jakich straszliwych zdarzeń doczekaliśmy się w naszym pięknym mieście…

– Tak… – potwierdziła Józia i zalała się łzami – Wczoraj Niemcy rozstrzelali wielu Polaków przy kościele na Ugorach…

– Tam też…? Moje dziecko…!!! Co z nami będzie? Co będzie z Polską? Zjedz tę drożdżówkę i jak najszybciej wracaj do domu… to miejsce jest przeklęte.

Józia napiła się gorącej herbaty i zaczęła jeść ciasto, gdy nagle na rynku odezwały się głośne głosy po niemiecku, dał się słyszeć warkot silników ciężarówek i huk wystrzałów. Pani Jadzia podbiegła szybko do okien i zasłoniła je szczelnie storami, jakby bała się, że zło przeniknie do jej mieszkania i skazi je na zawsze.

– Znowu to samo… – powiedziała łkając boleśnie – Stań dziecko przy drugim oknie i patrz przez szparę. Młodzi muszą to zapamiętać i po wojnie opowiedzieć o wszystkim światu…

Reklamy

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXXI)

Jakież iście piorunujące wrażenie musiała wywierać na starożytnych Grekach Atena, bogini chmur i błyskawic, znakomicie posługująca się dzidą, opiekunka wojowników, podczas świętych wojen zawsze krocząca w pierwszym szeregu. Urodziła się z głowy Zeusa, gdy ta nabrzmiała od bólu i została przecięta toporem przez Hefajstosa. Od razu miała kopię i tarczę, a jej narodziny miały wymiar atmosferyczny i grozę najpotężniejszych sił natury. Nie bała się walczyć z gigantami, a u Homera była boginią wojny, ścierającą w pył wrogów i prowadzącą do zwycięstwa takich herosów jak Odyseusz. Ludzkość zawdzięcza jej ujeżdżenie dzikich koni, instrument muzyczny aulos (jedna lub dwie niezależne, cylindryczne piszczałki, wyposażone w podwójny stroik), który przekazała Marsjaszowi, a także podstawowe narzędzie rolnicze – pług. Żadna kobieta nie mogła jej dorównać w przędzeniu i tkaniu, a z czasem bogini ta stała się też synonimem mądrości i roztropności i zsyłała ludziom dobre rady. Modlono się zatem do niej często i gorliwie, szczególnie w miastach, których była opiekunką, a atrybutami jej była sowa, kogut, wrzeciono, tarcza, dzida i hełm. (Por. Mała encyklopedia kultury antycznej pod red. Z. Piszczka, Warszawa 1983, s. 95) Choć była symbolicznym bóstwem mitologii greckiej, to jej narodziny miały miejsce nad rzeką Tritonia, w Libii, o czym niewielu pamięta i od razu lokuje ją pośród wysp i wysepek Hellady. Interesującą sprawą jest też seksualność Ateny, która będąc kobietą, zachowywała się i postępowała jak umięśniony mężczyzna, śmiało kroczący do boju i nie lękający się najtrudniejszych wyzwań. Ten archetyp przetrwał do naszych czasów i bywa wykorzystywany przy opisach zachowań erotycznych współczesnych kobiet. Szczególnie tych zimnych i wyrachowanych, dokładnie planujących swoje związki, najczęściej też aseksualnych, używających mężczyzn jako reproduktorów, albo głoszących tylko pochwałę miłości lesbijskiej.

Dzięki współczesnym rekonstrukcjom możemy zdać sobie sprawę jak wielkim szacunkiem darzono Atenę – rzeźba dłuta Fidiasza, znajdująca się w Partenonie, jest tego wyrazistym dowodem, a choć nie przetrwała do naszych czasów, nowoczesne techniki audiowizualne pozwoliły ją w całości zrekonstruować. Grecki rzeźbiarz wykonał ją w latach 447–438, stosując technikę chryzelefantową (nakładanie na drewnianą konstrukcję płyt złota i kości słoniowej) i przydał wiele dodatkowych elementów. Rzeźba miała 12 metrów wysokości wraz z bazą, oszałamiała bogactwem, dekoracyjnością i rozmachem artystycznym i przyczyniła się do nieśmiertelnej sławy jej autora. Posąg umieszczony we wnętrzu Partenonu wyobrażał majestatyczną boginię w złotym hełmie i długim, powiewnym peplosie. Atena wyposażona została także w złotą figurę Nike na prawej dłoni, o rozmiarach żywej kobiety (1,77 m) oraz kunsztownie przyozdobioną egidę i włócznię przy lewym boku. Na szczycie jej hełmu Fidiasz umieścił gryfa z dwoma sfinksami, na egidzie głowę Meduzy, na sandałach sceny z centauromachii, a na fryzie moment narodzin Pandory, której to przygląda się dwunastu bogów. Rzeźbę wielokrotnie uzupełniano, a jej kruszec, wagi ok. 1151 kilogramów stanowił skarb państwa ateńskiego. Losy tego przedstawienia dopełniły się w piątym wieku naszej ery, kiedy to miał miejsce ogromny, destrukcyjny pożar. Przypuszcza się też, że złoto i kość słoniowa zostały wywiezione przez Turków do Konstantynopola, gdzie zostały użyte do wykonania innych artefaktów. Od dłuższego czasu trwają prace rekonstrukcyjne na wzgórzu akropolskim i planuje się odzyskać oryginalne, marmurowe rzeźby z muzeów europejskich, a także odtworzyć ze współczesnych materiałów ogromny posąg Ateny Dziewicy (gr. Partenos)

Rekonstrukcja z Nashville

Zapewne pomocne w tym względzie będą rzymskie marmurowe kopie – Atena z Warwakionu, z Lenormantu, Pergamonu i Palmyry a także intaglio Aspazjosa i ateńska tetradrachma z drugiego wieku naszej ery, wiernie przedstawiająca głowę bogini. Wyobrażenie o monumentalizmie rzeźby Fidiasza daje też niezwykłe jej odtworzenie w naturalnych wymiarach, które miało miejsce w Nashville, stolicy amerykańskiego stanu Tennessee. Możemy tam podziwiać kopię Ateny Partenos, wykonaną w 1990 roku przez  Alana LeQuire, z nowoczesnych materiałów, a przede wszystkim z aluminium, stali, plastiku i kompozytów gipsu oraz włókien szklanych. Artysta zadbał by jego dzieło było wiernym odwzorowaniem greckiego oryginału i teraz zdumiewa ono  swoim rozmachem i wielkością, przyciągając ogromne rzesze turystów. Archeolodzy i historycy zajmujący się światem antycznym dzielą się na tych, którzy są przeciwni jakimkolwiek rekonstrukcjom i na tych, którzy są gorącymi zwolennikami wszelkich oryginalnych odtworzeń. Po jednej stronie stawia się marne odnowienie ruin Babilonu, dokonane przez Saddama Husseina, a po stronie drugiej moderowaną przez naukowców odbudowę Partenonu, zniszczonego przez ogromną eksplozję w czasach okupacji tureckiej (1687). Od czasów najdawniejszych wszelkie  naturalne wzgórza, rozległe przestrzenie wyniesione przez procesy geologiczne, takie jak wapienny akropol ateński, wykorzystywano do kultów religijnych. Archaiczne świątynie, które wznoszono w tym miejscu od czasów neolitu, zostały zniszczone podczas wojen perskich i dopiero decyzje Peryklesa spowodowały, że rozpoczęto budowę nowego kompleksu świątynnego, poświęconego przede wszystkim Atenie. To ona przyciągała tam  rzesze Greków, którzy wierzyli, że jej przychylność pomoże im w życiu i tak pokieruje ich losami, że wejdą w wiek starczy spełnieni i szczęśliwi. Od dawna mówi się o tym, że gdyby ludzkość przeznaczała ogromne środki, ze zbrojeń i prac badawczych nad udoskonalaniem bomb, czołgów i okrętów, na odbudowę wielkich budowli starożytności, już dawno Partenon lśniłby w centrum Aten, mielibyśmy odnowione egipskie i azteckie piramidy, mezopotamskie zigguraty, grobowce chińskich cesarzy, świątynie indyjskie czy pożerany przez dżunglę Angkor. I szybko wróciłaby na swoje miejsce rzeźba Ateny Dziewicy, zachwycająca ogromem i dająca wyobrażenie o wspaniałościach starożytnego świata, na zawsze odgrodzonego od nas nieprzepuszczalną taflą czasu.

SOWA USZATA

Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku spędzałem wakacje nad jeziorem Ostrowickim, w okolicach Jadownik Rycerskich. Byłem tam dzięki uprzejmości mojego najlepszego kolegi – Marka Maślanki – i zapamiętałem te chwile bardzo dobrze, tym bardziej, że wciąż kąpaliśmy się w jeziorze, pływaliśmy na łodziach, kajakach i rowerach wodnych, a nade wszystko wędrowaliśmy wokół jakże cudownego akwenu. Tam zapewne należy szukać korzeni moich fascynacji ornitologicznych, gdy zatrzymując się łodzią przy brzegu, przyglądałem się zjawiskowym zimorodkom i przelatującym majestatycznie nad tonią bączkom, mewom i rybitwom. Podczas jednej samotnej wędrówki na drugi brzeg jeziora znalazłem w trawie kilka pięknych piór jakiegoś ptasiego drapieżnika. To one doprowadziły mnie do kilku skarlałych sosen, na których swoje gniazda miały uszatki, albo inaczej sowy uszate (Asio otus), ptaki z charakterystycznymi piórkami na głowie, przypominającymi małe uszy. Pamiętam jakie wrażenie na mnie zrobiły, pozwalając mi na długą obserwację, czasem tylko przefruwając z drzewa na drzewo. Długo w moich zbiorach leżały te pióra, aż w końcu jakiś powiew czasu cisnął je gdzieś, nie wiadomo gdzie, ale na szczęście nie przepadły zainteresowania ornitologiczne. Studiując atlasy, albumy fotograficzne i fachowe poradniki, zatrzymywałem się nieraz przy sowach, fascynując się puchaczami, puszczykami i pójdźkami, a ilustracje związane z uszatkami nieodparcie przywoływały pierwsze spotkanie z nimi w okolicach Żnina. Dopiero perspektywa wielu lat, pozwala zobaczyć ważne momenty naszego życia w długich ciągach zdarzeń i wyodrębnić je z natłoku innych chwil. Jakże wciąż wyrazisty jest w mojej pamięci ten moment, gdy schylałem się ku trawie, podnosiłem pióra sów i podążałem w kierunku niewielkich sosen, na których siedziała ich duża rodzina.

Pióra sowy uszatej

Uszatki są ptakami dość licznymi w naszej strefie geograficznej, a ich zasięg jest przeogromny i obejmuje Eurazję, północno-zachodnią Afrykę i Amerykę Północną. Występowanie i lawinowy rozród uwarunkowany jest od ilości pożywienia, a przede wszystkim od niepohamowanych rozmnożeń myszy, ryjówek, norników i mniejszych szczurów. Wtedy rodzicom udaje się wychować więcej piskląt (dwa lęgi), które szybko rosną, opuszczają gniazdo, łączą się w pary i znajdują własny areał łowiecki. Uszatki podobne są do puchaczy, ale ich ciała nie są tak duże – samica jest większa od samca, który z kolei ma jaśniejszy spód skrzydeł. Upierzenie – jak u wielu sów – jest rdzawo-brązowe, a znakomity efekt maskujący dają setki ciemnych plamek i kresek, zlewających się z gęstwiną krzewów, skąd ptaki wypatrują swych ofiar. Na zbliżeniach filmowych ogromne wrażenie robią pomarańczowe tęczówki tych drapiezników, a także kępki nastroszonych piórek na ruchliwej głowie, mylnie określanych jako uszy. Poszczególne osobniki osiągają długość 35-37 cm, a rozpiętość skrzydeł samic dochodzi do jednego metra, co daje ogromną siłę nośną i bardzo dynamizuje lot, szczególnie w sytuacji pogoni za ofiarami. Przy ogromnej aktywności łowieckiej uszatki mają znakomitą przemianę materii i osiągają wagę zaledwie 260-280 gramów. Zbliżając się do gniazdujących ptaków, nie słyszałem ich głosów, bo charakterystyczne pohukiwanie wydają one z siebie tylko w nocy. To jest czas ich przygotowania do krwawych łowów, bo najbardziej aktywne są o zmierzchu i świcie, kiedy to można je zobaczyć, jak lotem ślizgowym przemykają pomiędzy krzewami i niskimi drzewami. Najważniejszą rolę odgrywa ich słuch, pozwalający polować nawet w całkowitych ciemnościach i dający ogromną przewagę nad ofiarami. Od marca do sierpnia można zaobserwować akrobacje samców, które w ten sposób przyciągają uwagę samic i zaznaczają swoje panowanie nad sporym areałem łowieckim. Pary łączą się ze sobą tylko podczas jednego sezonu i w następnym roku szukają już innych partnerów, a żyją jedynie około dwudziestu kilku lat. Od dawien dawna sowy są symbolem mądrości, czujności i inteligencji, a także mają wstęp do świata duchów. Jako ptak chtoniczny łączą niebo z ziemią i wraz z sępami, krukami, wronami i kawkami uczestniczą w ucztach nad martwymi ciałami zwierząt i ludzi.

PRZED ZAŚNIĘCIEM…

Już szedłem położyć się do łóżka, gdy nagle zobaczyłem, że za oknem dramatycznie zmienia się oświetlenie nieba. Zamiast szarości popadającej w burość i czerń, pojawiła się na nim tajemnicza ultramaryna, z której białe chmury wyłaniały się jak ośnieżone górskie szczyty. Ku zachodowi zsuwały się też bladoniebieskie formacje, przypominające lekkie odciski lnianego płótna, używanego do czyszczenia pędzli, a czasem do pieczętowania płaszczyzny obrazu. Otworzyłem okno balkonowe i wyszedłem na taras, rozkoszując się tym spektaklem barwy i światła, wzmocnionym światłem księżyca, który nagle wyłonił się spoza oparów, a po chwili zniknął bezpowrotnie. Stałem jak urzeczony i myślałem o tym, ile takich niezwykłych chwil tracimy w życiu, ile obrazów nigdy nie zobaczymy, ile pozostanie w niepamięci, w przeszłości, która prasuje dni i noce, ściska je w jeden bezbarwny płatek nicości. Wróciłem do domu po aparat i zrobiłem zdjęcie, ale niestety nie udawało się utrwalić obrazu kończącego się dnia. Dopiero założenie specjalnego obiektywu do zdjęć nocnych, w czarodziejski sposób przywróciło fotografii barwy, tony i półtony. Niestety nie udało się odwzorować połyskliwości bieli, ale i tak na zdjęciu zostało coś z tego, co widziałem i nad czym się zamyśliłem. Kładąc się spać, miałem cały czas w pamięci obraz chmur i ultramarynę tła, które zanikły dopiero, gdy włączyłem płytę z kanonem D-dur Pachelbela i lekko, leciutko osunąłem się w sen…

TONI MORRISON 1931–2019

Gdy 18 lutego 1931 roku Chloe Ardelia Wofford przychodziła na świat w afroamerykańskiej rodzinie robotniczej w Lorain, nieopodal Cleveland, daleko jeszcze było do pełnego równouprawnienia czarnej i białej ludności w Ohio i w całych Stanach Zjednoczonych. W roku 1915 wznowiły swoją działalność lokalne odłamy Ku Klux Klanu i dochodziło do licznych aktów przemocy, a we władzach i na kierowniczych stanowiskach, w różnorakich instytucjach, wciąż zasiadli biali konserwatyści, nienawidzący czarnoskórych. Trudno było wtedy kształcić się i awansować dzieciom z biednych, wielodzietnych rodzin, ale z biegiem lat sytuacja się zmieniała i coraz więcej młodych ludzi, mających swoje korzenie w Afryce, wkraczało odważnie do życia społeczeństwa amerykańskiego. Chloe przeszła na katolicyzm i zmieniła swoje imię na Antonina, a przyjaciele zaczęli nazywać ją Toni, do którego to imienia dołączyło jeszcze nazwisko Morrison, po zawarciu związku małżeńskiego z pochodzącym z Jamajki architektem. Dalej droga życiowa prowadziła Toni do wydawnictwa Random House i do kolejnych uniwersytetów, gdzie wykładała, w tym do tak prestiżowych jak w Albany i w Princeton. Jej debiut z 1970 roku – powieść pt. Blue Eye o samotności czarnego dziecka pośród rasistów  – został zauważony przez krytykę i czytelników, ale dopiero kolejne dzieła ugruntowały jej pozycję. Saga o ubogiej czarnoskórej rodzinie pt. Pieśń Salomonowa (1977) uznana została za książkę roku w Stanach Zjednoczonych, a obszerną powieść pt. Umiłowana (1987) uhonorowano nagrodą Pulitzera. Gdy Toni Morrison umierała 5 sierpnia 2019 roku na zapalenie płuc, była już laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1993), sławną na całym świecie pisarką i feministką, autorką kolejnych powieści, opowiadań, faktografii, libretta do opery, książek dla dzieci i wyjątkowego zbioru esejów pt. Grając w ciemnościach (1992), a Uniwersytet w Princeton przemianował budynek West College na Morrison  Hall. W Polsce autorka jest dobrze znana, a to szczególnie dzięki wydawnictwu Świat Książki, które opublikowało kilka jej najważniejszych powieści, a także za sprawą ekranizacji Umiłowanej z 1998 roku, którą wyprodukowała i główną rolę zagrała Oprah Winfrey.

Warto pamiętać o tym że Toni Morrison uważnie studiowała powieści i opowiadania Williama Faulknera i Wirginii Woolf, którym w młodości poświęciła swoją pracę magisterską. Znalazło to swoje odbicie w jej prozie, mającej w sobie wiele z innowacji narracyjnych autora Wściekłości i wrzasku, a także z lekkości opowieści i magii, charakterystycznej dla autorki A Haunted House and Other Stories. Jej największe dzieło – Umiłowana – to wielowątkowa powieść, inspirowana autentycznymi losami zbiegłej niewolnicy, która zamordowała swoją córkę, by uchronić ją przed łowcami niewolników. Powieść szybko znalazła się na liście najważniejszych utworów literackich ostatnich lat, stworzonej przez „New York Times”, a także stała się podstawą skandalu, który wybuchł po tym jak w finale National Book Award, nie przyznano jej głównej premii. Dzieło zadedykowane zostało ponad sześćdziesięciu milionom Afroamerykanów, którzy cierpieli nieopisane męki i stracili życie w wyniku handlu niewolnikami, a jego tytuł ma też związek z Listem do Rzymian (9,25), napisanym przez św. Pawła w latach pięćdziesiątych pierwszego wieku naszej ery, najprawdopodobniej w Koryncie. Powieść jest historią boleśnie doświadczonej przez białych Sethe i jej najmłodszej córki Denver, a ważną rolę w konstrukcji utworu odgrywa też ich dom w Cincinatti, nawiedzany przez ducha najstarszej córki czarnej kobiety. Jej synowie, Howard i Buglar, nie wytrzymali metafizycznego napięcia oraz komentarzy społeczności  i uciekli z domostwa w wieku trzynastu lat, a jej stara matka otępiała i zmarła obojętna na to, co przydarzyło się w przeszłości. Sytuacja zmienia się, gdy w nawiedzonym domu pojawia się Paul D i nawiązuje gorący romans z Sethe, powoli odkrywając jej straszną tajemnicę – zabicie najstarszej córki piłą do drewna i próbę pozbawienia życia pozostałych dzieci. Był to akt krańcowej rozpaczy, ale Paul D nie potrafi zmierzyć się z duchem dziecka  i prawdą o kochance i w końcu ją opuszcza. Morrison tak prowadzi narrację, że czytelnik nie wie co w niej jest snem, a co jawą, co konfabulacją, a co realnym faktem, co zdarzyło się kiedyś, a co dopiero nadejdzie. Zawsze wszakże górę bierze główny temat utworu – pragnienie wskazania wielkiej wrażliwości czarnoskórych mieszkańców Ameryki, ich cierpień, pragnień, żądz i marzeń. Wielką zasługo tej pisarki było wskazanie, że ludzie wszelkich ras tak samo myślą i przeżywają, mają swoje wewnętrzne rozterki i tajemnice, a nade wszystko tak samo szukają szczęścia i żarliwej miłości.

Amerykańscy krytycy powieści głównie skupiali się na wątkach fabularnych, znakomicie pozszywanych i rozmieszczonych w kolejnych rozdziałach i częściach. Wskazując jak wiele dzieje się tu w przestrzeniach międzyludzkich, próbowali rozszyfrować tajemnicę postaci tytułowej i dociekali co kierowało Sethe, gdy zabijała swoją córkę. Tymczasem prawdziwa głębia tego utworu odsłania się, gdy czytelnik zaakceptuje pomysłowość narracyjną pisarki i zacznie podążać ruchem konika szachowego w głąb labiryntu kolejnych opowieści, powrotów do przeszłości i projekcji przyszłości. Zrozumie wtedy monumentalny zamysł pisarski, będący próbą odzwierciedlenia zranionych jaźni dawnych niewolników, starających się na nowo konstruować swoje światy i wnikać w nowe amerykańskie społeczeństwo. W takim rozumieniu Sethe staje się symbolem odwiecznej matki, chcącej ocalić swoje dzieci od cierpienia, nawet jeśli spróbuje je zabić i ostatecznie pozbawi życia najstarszą córkę. Wszakże jej akt rozpaczy ma swoje uwarunkowaniu w doświadczeniach niewolniczej udręki, która jest dla niej większym złem od podcięcia gardła dziecku piłą. W jej patologicznym czynie zbiegają się miliony ścieżek, wydeptanych przez czarnych niewolników, codziennie karnie podążających na pola i pracujących dla białych panów, znoszących poniżenie, kary chłosty, lincze, a także umieszczanie w ich ustach żelaznych wędzideł. Taki los spotkał też męża Sethe, który ostatecznie prawdopodobnie zwariował, a owo określenie „prawdopodobnie” ma tutaj swoją wartość, bo raz jeszcze wskazuje, że wszelkie zdarzenia w powieści zostały ukazane jakby poprzez mgłę lub łzy zrozpaczonych ludzi. Tak jak u Faulknera, narracja jest tutaj rozkołysana, pulsująca i nieustannie ogniskująca się na czynach i psychikach najważniejszych postaci, wciąż zaskakujących czytelnika. Rozmycie wyobraźniowe zderza się tu z ogromną dynamika narracyjną, co powoduje, że powieść, nieomal od pierwszych kart, staje się monumentalnym zapisem tego, co miało na zawsze przepaść, stłamszone i zakłamane przez białych. Tak historia konkretnych ludzi staje się zarazem opowieścią o wrażliwości bytów, bez względu na kolor skóry, pochodzenie społeczne, wiarę i wiedzę o świecie. Morrison wskazuje, że wszyscy jesteśmy równi w obliczu czasu, który został nam przeznaczony i śmierci, nieuchronnie, ostatecznie pointującej każdy los.

Wielu interpretatorów próbowało dociec kim jest tajemnicza Ukochana, pojawiająca się nagle w domu numer 124, przy  Bluestone Rd.,  w  Cincinnati, a interpretacje zwykle podążały ku zabitej córce, odradzającej się w młodej dziewczynie, jak Feniks z popiołów. Tymczasem jest to postać wielowymiarowa, transgeniczna, przenikająca swobodnie błony czasu kilku dziesięcioleci drugiej połowy dziewiętnastego wieku, tuż po zniesieniu niewolnictwa. To jakby żywe memento, nieustające przypomnienie, że cierpienia i udręka milionów Afroamerykanów ukształtowały specyficzne jaźni, przepełnione dumą, mądrością życiową i wiarą w nadejście lepszych czasów. Tłumaczka powieści – Renata Gorczyńska – wskazuje, że Umiłowana jest personifikacją świadomości (i podświadomości) zbiorowej afroamerykańskich niewolników, a jej kluczowy monolog wewnętrzny można zrozumieć tylko wtedy, gdy odczyta się go jako metaforyczną przypowieść o tragicznej przeprawie milionów Afrykanów przez ocean, przeprawie zakończonej jej masową śmiercią w męczarniach na statkach-więzieniach. Ostatecznie czarna ludność Ameryki Północnej zasymilowała się z białymi, a jej przedstawiciel został nawet Prezydentem USA, wielu braci i mnóstwo sióstr sięgnęło też po najwyższe urzędy w Kongresie, Sądzie Najwyższym, armii, Hollywood i wielu organach administracji publicznej. Nagroda Pulitzera dla Umiłowanej i Nagroda Nobla dla jej autorki, symbolicznie wieńczyły okres upokorzenia i walki i przydawały mocy kolejnym generacjom czarnoskórych mieszkańców planety. Ważne w tym względzie są doświadczenia i decyzje Denver, najmłodszej córki Sethe, urodzonej na łodzi z pomocą białej altruistki, przyczyniającej się do przetrwania matki i dziecka. Jej ostateczne przeniknięcie ku czarnej społeczności i zaakceptowanie swojej wybujałej wrażliwości, da też uspokojenie Sethe i przyczyni się do powrotu Paula D, który zrozumie, że tylko przy swojej kobiecie będzie szczęśliwy i spełniony. Jak wskazuje Gorczyńska – Powieść jest zbudowana z okruchów pamięci, czy też raczej przypomnień. Ta mozaika dopełnia się stopniowo i na ogół jakieś wydarzenie, opisane w części pierwszej, staje się w pełni zrozumiałe dzięki dopowiedzeniu, dorzuconemu w części trzeciej. Początek powieści, jak przyznają krytycy, jest prawie niezrozumiały w trakcie pierwszej lektury: czytelnik zostaje wciągnięty w sam środek akcji, a wszelkie zawęźlenia są rozsupływane powoli, aż do ostatniej stronicy. Dlatego zapewne powieść Toni Morrison jest wielkim wyzwaniem dla myślących interpretatorów i domaga się przez cały czas żywej interakcji, ciągłego weryfikowania poszczególnych wątków i sprawdzania ich na różnych poziomach procesu czytania.

Przyznajmy też, że powieść Umiłowana i całe pisarstwo Morrison ma swoich zapiekłych krytyków, którzy przede wszystkim zarzucają jej epatowanie okrucieństwem, sentymentalizm opisów i zbyt daleko idące uogólnienia w kwestii natury ludzkiej.  Nie można pominąć tych głosów, ale warto też przywołać opinię Margaret Atwood, zamykającej usta malkontentom: Rzeczywiście, wszechstronność pani Morrison oraz jej zakres techniczny i emocjonalny wydają się nie mieć granic. Jeśli pojawiają się jakiekolwiek wątpliwości co do jej rangi jako wybitnego amerykańskiego pisarza, jej lub innego pokolenia, Umiłowana”  natychmiast studzi te zapały. A co do okrucieństwa, to pamiętajmy, że powieść ta jest głosem sumienia czarnej Ameryki i nieustającym przypominaniem straszliwych krzywd: Choć był już rok 1874, biali byli ciągle opętani żądzą krwi. Całe miasta wybijały swoich Murzynów. W jednym tylko roku w Kentucky dokonano osiemdziesiąt siedem linczów, cztery szkoły dla kolorowych spalono do cna, mężczyzn bito jak dzieci, dzieci bito jak dorosłych, czarne kobiety gwałcono, łamano ludziom karki, rodzinom odbierano wszystko, co miały. (s. 240). Nie ulega wątpliwości, że dzieło Morrison jest wielkim triumfem artystycznym, dokumentującym niezwykłe talenty Afroamerykanów, spychanych przez dziesięciolecia do roli niewolników, robotników w fabrykach, podludzi przeznaczanych do najbrudniejszych i najgorszych prac. Podążając z nizin społecznych, zdobywając kolejne stopnie kariery naukowej i pełniąc coraz ważniejsze role w wydawnictwie Random House, pisarka znalazła się na samym szczycie społeczeństwa amerykańskiego, uhonorowana najważniejszymi światowymi nagrodami literackimi i tytułem profesora w Uniwersytecie w Princeton. To jest symboliczny szlak, wiodący z dżungli nad Zatoką Gwinejską, poprzez Atlantyk, a potem pola bawełny w Luizjanie, mroczne zakątki wielkiego kraju, gdzie zamęczano niewinnych ludzi, aż do magicznych i tajemniczych przestrzeni z powieści pt. Umiłowana. To zarazem wielkie dźwignięcie świadomości ludzkiej ku wręcz niewyobrażalnym wyżynom, a zarazem pokorne schylenie głowy przed śmiercią, weryfikującą i zamazującą wszystko…

CZARNY NEFRYT (1)

Powieść z czasów Pierwszego Cesarza

1. Ulewny, rzęsisty deszcz padał już od miesiąca i zamieniał brunatne wzgórza prowincji Qin w grzęzawisko lepkiego błota, trawy i chwastów. Odsłaniał korzenie krzewów dzikiego bzu i żurawiny, wypłukiwał mniejsze kamienie i kawałki skał, a wielkie głazy podmywał, aż zaczynały wolno osuwać się i toczyć w dół. Porywisty wiatr poruszał miarowo łodygami i rzadkimi liśćmi bambusów, naginał topole, brzozy i dzikie grusze, powodował nieustanne falowanie rozrosłych ponad miarę traw i dzikiego ryżu. Świat przyoblekł się w kontrastowe tonacje szarości, brązu i czerni, a lecące wciąż z nieba strugi powodowały, że wszystko zdawało się rozmywać, roztapiać w smutku i beznadziei, ledwie na chwilę przyoblekać się w jaśniejsze światło i znowu popadać w burość, siność, brudny błękit i ultramarynę, gdzieniegdzie tylko złamaną srebrem lub bielą. Gdzieś daleko słychać było krzyk sępów, kołujących nad górami i wypatrujących przeczuwanej zdobyczy. Ulewa raz wzmagała się, raz cichła, ale wciąż rosiła się na gałęziach drzew morwowych i pośród gęstwin kolczastych krzewów. Górskie ścieżki szybko zanikły, koleiny w glinianych drogach rozpłynęły się i nawet świeże ślady końskich kopyt gwardii egzekutora cesarskiego traciły swoje kształty i wypełniały się czarną i żółtawą wodą. W taką pogodę ludzie siedzieli w niewielkich chatach, grzali się przy ogniskach, jedli ceremonialnie ostatnie miseczki ryżu i pili gorącą, zieloną herbatę. Wilgoć przenikała do środka domostw, a z nią wlatywał dotkliwy chłód i wiatr, jakby nad wsiami i samotnymi chatynkami, ogrodzonymi glinianym murem podwórkami, stał ogromny, czarny smok i ział dookoła zamrażającym wszystko oddechem.

Sześcioosobowa rodzina Yao Minga klęczała przed domem, w grząskim, brązowo-żółtym błocie, tuż przy starej gruszy, na której w tym roku nie pojawiły się owoce. Ojciec uznał to za zły znak, ale jego żona śmiała się z tych przepowiedni i chodziła z córkami na pobliskie wzgórza, by patrzeć jak na brzegach jeziora defilują dostojnie żurawie i czaple. Teraz wszyscy płakali, ojciec wznosił błagalnie ręce ku górze, matka pochylała się nad kałużą, w której widać było jej czarne odbicie, dwie pięcioletnie bliźniaczki trzymały się za ręce, drżały wstrząsane dreszczami i chlipały leciutko, a dziesięcioletni i dwunastoletni synowie, zrezygnowani i przybici, jęczeli żałośnie i kątem oczu przyglądali się cesarskiemu poborcy i żołnierzom, którzy rozmawiali o czymś przy koniach i żywo gestykulowali, wskazując na wieśniaków. Zza muru wyglądało wielu ciekawskich, chłopcy wspinali się na drzewa, a dziewczynki wchodziły na sterty chrustu i dachy komórek, w bramie stało też wielu sąsiadów i gapiów z wioski. Jeden z żołnierzy, o nazwisku Lou Lin, odłączył się od pozostałych i podszedł do klęczących. Wyciągnął zakrzywiony miecz, chwycił za czarne włosy żonę, a wprawnym cięciem przeciął ciała dziewczynek na wysokości ramion. Cztery części drgającego mięsa spadły na ziemię, ręce powyginały się i rozłożyły na wszystkie strony, uwolniona krew poleciała do przodu jakby nią ktoś chlusnął z wiadra. Krzyki na zewnątrz domostwa i lament zrozpaczonej matki wybuchły z taką siłą, że nie można było ich słuchać. Lou Lin nie czekał więc dłużej i równie szybko ściął głowy chłopcom, a te spadły i potoczyły się z niewielkiego pagórka na środek placyku. W zagłębieniach w glinie i w dołkach po ludzkich śladach pojawiało się coraz więcej jaskrawo czerwonej krwi. Teraz żołnierz stanął przy ojcu rodziny, krzyczał i gestykulował, a w końcu znienacka śmignął mieczem i ściął głowę klęczącej przy nim kobiecie. Krew ochlapała Yao Minga, który poczuł jej smak i zapach, wzmocniony przez wilgoć i wiatr. Przymknął powieki i z rezygnacją czekał na koniec swojego życia. Ale żołnierz uderzył go tylko silnie rękojeścią w nos, wybił kilka zębów, a potem flegmatycznie otarł zakrwawione ostrze o ciało kobiety i korpus jednego z synów. Następnie, patrząc dumnie w jeden punkt, gdzieś daleko, nad wzgórzami, wolnym krokiem podszedł do konia, wskoczył na ozdobne siodło, i już po paru chwilach pędził wraz ze swoim dowódcą, poborcą Wangiem, w kierunku innego, dalekiego domostwa.

Yao Ming czuł smak krwi w ustach, stale klęczał zdrętwiały i osowiały z przerażenia, ale nie miał siły się ruszyć. W końcu uniósł się na sztywnych nogach, spojrzał na zamordowane dzieci i żonę, skierował wzrok ku rozchodzącym się ludziom i powlókł się do domu. Wyciągnął gruby sznur z odrapanej, drewnianej skrzyni, zrobił pętlę, po czym przerzucił linę przez wystającą z muru belkę. Tak, z trudem i niezgrabnie, manipulował nią, by zaczepiła się mocno, a potem z niemałym trudem, chwiejąc się i kaszląc, wszedł na trzeszczącą skrzynię, założył pętlę na szyję, zacisnął ją i bez wahania odepchnął nogami podporę. Chwilę drżał w powietrzu, machał rękoma i nogami, ale szybko oznaki życia ustały. Deszcz bębnił o dach, wlewał się żółto-czerwonym strumieniem przez uchylone drzwi, niesiony przez wiatr, zacinał ostro, a wodne kaskady to wznosiły się, to opadały, jak wielkie stado szpaków, które gwałtownie zmienia kierunki lotu. Na pustym podwórku nie było już nikogo i sępy ośmielone zaczęły krążyć coraz niżej i niżej, aż wreszcie spadły z wrzaskiem na części ludzkich ciał i zaczęły swoją ucztę. Największe ptaki chwyciły głowy i części ramion dziewczynek i uniosły się z nimi w powietrze. Szerokie zamachy skrzydeł i latające na wszystkie strony niewielkie rączki, powodowały, że ścierwojady wyglądały teraz jak czarne flagi, bez drzewców, powiewające pośród szarych i granatowych przestrzeni. Inne, mniejsze ptaki zaczęły rozrywać ciała chłopców i kobiety, a zauważywszy leżące niedaleko głowy, także je porwały i poleciały w dal. Pożeranie ciał trwałaby dalej, gdyby nagle, na podwórze, nie wsunął się powoli cień mężczyzny w słomkowym, szpiczastym kapeluszu. Ptaki natychmiast to zauważyły i z wrzaskiem wzbiły się w powietrze. Sąsiad Yao Minga, myśląc, że się przyda, dopomoże w trudnych chwilach, przyszedł oddać ostatnią posługę jego rodzinie. Wolniutko, ostrożnie przesuwał się przy murze, aż znalazł się naprzeciwko otwartych drzwi. Wszedł do środka, rozejrzał się, a kiedy oczy przyzwyczaiły mu się do półmroku, krzyknął z przestrachem, gdy zauważył ciało zawieszone na linie. Natychmiast podbiegł do sąsiada, chwycił go wpół, ale zaraz zorientował się, że nic już nie da się zrobić. Opuścił zatem trupa, który gwałtownie zakołysał się w powietrzu. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła i zaczął zbierać, do uniesionej koszuli, drewniane talerzyki i czajniczek do parzenia herbaty, pałeczki do ryżu i kamienne zabawki, przedstawiające zwierzęta. Zgarnął co się dało, a potem obładowany, szybko wyskoczył na deszcz i uciekł poza bramę. W chacie Yao Minga zaległa grobowa cisza, przerywana tylko okrzykami sępów, które znowu zaczęły lądować przed domem i popiskiwaniem szczurów, ośmielonych ciszą, wychodzących z zakamarków, stających na tylnych łapach i próbujących dosięgnąć trupa, bujającego się lekko w mroku i połyskującego złowieszczo przekrwionymi białkami oczu.

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XXIII)

Przeżył zaledwie sześćdziesiąt trzy lata w siedemnastym stuleciu, ale to starczyło by wyraziście zamanifestować swoją obecność i znaleźć się w panteonie największych malarzy w dziejach świata. Jego droga jest świadectwem tego, że nie ma znaczenia w jakim środowisku rodzi się późniejszy geniusz, a wszystko zależy od jego siły przebicia i niezwykłej wewnętrznej energii, która popychać go będzie ku wielkim dziełom. Zanim zaczął sygnować swoje obrazy jedynie imieniem Rembrandt, urodził się w rodzinie młynarza i córki piekarza, co w żywiołowo rozwijającej się Holandii nie dawało wielkich szans na znalezienie się w gronie wielkich ludzi epoki. Rodzicom starczyło jednak pieniędzy na posłanie go do szkoły łacińskiej i na naukę w uniwersytecie w Lejdzie, gdzie wszakże spędził tylko kilka miesięcy, coraz bardziej przekonując się do tego, że będzie malarzem. A mógł przecież – jak bracia – zostać rzemieślnikiem, dekarzem, młynarzem, piekarzem lub szewcem, on  jednak odkrywając swoje talenty, rozpoczął naukę malarstwa w pracowni Jacoba van Swanenburgha, a po trzech latach – w 1624 roku – udał się do Amsterdamu i doskonalił swój warsztat u Pietera Lastmana, uznanego twórcy realistycznych i dramatycznych obrazów historycznych. Przejął od niego wiele i gdy wraz z przyjacielem otwierał własną pracownię w Lejdzie, wiedział już jak stosować światłocień, jak wyposażać swoje postaci w głębię psychologiczną, a nade wszystko jak operować kolorem i chropowatą fakturą. Szczęśliwym wydarzeniem w jego życiu było spotkanie z Constantijnem Huygensem, wpływową osobistością ówczesnej Holandii, który szybko stał się kimś w rodzaju agenta artysty, generującego zamówienia i utrwalającego jego sławę w całej Europie.

Rozumiejąc wagę malarstwa mimetycznego, przez całe niemal życie malował też swoje autoportrety. To były próby przekazania potomności swojego wizerunku, ale też udane odwzorowania twarzy zmieniającej się dynamicznie w czasie. Ta anatomia starzenia się i nieuchronnego brzydnięcia, była uczciwą grą z czasem, w której mógł być tylko jeden zwycięzca. Zanim jednak artysta zbankrutował i umarł w biedzie w roku 1669, stworzył około stu autoportretów, spośród których wiele wskazywanych jest jako arcydzieła. Przyjrzyjmy się niektórym z nich, na początek wyodrębniając portret z 1628 roku, gdy twórca miał zaledwie dwadzieścia dwa lata. Z obrazu spogląda na nas młodzieniec z bujną burzą włosów, namalowanych i wyrysowanych dla lepszego efektu graficznego ostrą końcówką pędzla. Pozwoliło to malarzowi odwzorować gęstą czuprynę, ocieniającą połowę twarzy i powodującą, że staje się ona tajemnicza i pełna młodzieńczej melancholii. Już na tym przedstawieniu widzimy, że najważniejsze dla Rembrandta jest wierne odzwierciedlenie rysów, bez ukrywania mankamentów urody, takich jak nieco kartoflowaty nos czy dość szeroka twarz. Zwracają też uwagę elementy oliwkowo-burego stroju, z wyrazistymi partiami kołnierza białej koszuli, wykonanej z nicianej koronki. Zarówno tło, jak i faktura odzienia potraktowane zostały jako rodzaj malarskiego wypełnienia płaszczyzny, a na plan pierwszy wysuwa się gładki policzek, z wyrazistym rumieńcem. Z racji zastosowania techniki światłocieniowej tylko jedno oko jest dobrze widoczne, stające się na płótnie czarna plamą. Usta z kolei są dość wyraźne, pulsujące krwią i jakby domagają się damskich pieszczot, co u kochliwego młodzieńca było częstym zajęciem. Ocieniona czupryną głowa, osadzona jest na dość grubej szyi, z rysującym się fałdami skóry, a całość dopełnia miękkie ucho, wystające spod włosów. Dzieło często było reprodukowane i uchodzi do dzisiaj za emblemat wczesnego, oryginalnego technicznie, malarstwa mistrza, wywodzącego się z lejdejskiego młyna nad Renem.

Kolejny autoportret pochodzi z 1640 roku i widać na nim jak znacznie poprawił się status społeczny artysty. Wskazuje na to przede wszystkim bogaty strój i pyszne nakrycie głowy z drogocenną broszą. Poszczególne elementy jasno oświetlonej twarzy są tutaj wyrazistsze, a dodatkowy elementem jest rudawy zarost nad górną wargą i na brodzie. Rembrandt ma na sobie kunsztowny aksamitny kontusz (płaszcz lub kamizelkę), obwiedziony sobolim lub kunim futrem, z rękawami dodatkowo ozdobionymi pasiastymi wstawkami z jedwabiu i satyny. Pod nim znajduje się bogato haftowana koszula z dobrego materiału, od której obraz bierze swą nazwę. Szczególną rolę odgrywa tutaj kunsztowny, aksamitny beret, który wszakże nie znalazł się na obrazie bez powodu. Nabywcą tego autoportretu był Alfonso Lopez i to prawdopodobnie on zasugerował artyście namalowanie dzieła wzorowanego na Portrecie Baldassare Castiglione, namalowanym przez włoskiego mistrza między rokiem 1514 a 1515. Co prawda model Rafaela zwrócony był w lewo, ale pewne elementy wskazują tutaj na powinowactwo stylistyczne, znamy też relacje z czasów, gdy Rembrandt tworzył to dzieło i jego rysunkowy szkic obrazu Rafaela z 1639 roku. I tutaj świetnie zachowane zostały proporcje anatomiczne, ze szczególnym uwzględnieniem niderlandzkiego nosa, ciemnych oczu, żywych ust i prawego ucha, tym razem prawie całkowicie odsłoniętego.  Jakże zachwyca tutaj delikatna chromatyka barw i światła, powodująca, że obraz staje się rodzajem fotografii w sepii, z ledwie zaznaczanymi czerwieniami i żółcieniami. Twórca zastosował tu trick, który wielokrotnie stosował, a mianowicie oparcie się modela o ramę obrazu i jakby wysuwanie się poza nią, w kierunku widza. To jeszcze jedno podkreślenie głębi, w której pojawiają się jego postaci, to zaznaczenia trójwymiarowości świata, w którym przyszło mu żyć i tworzyć. Historycy sztuki dopatrują się także inspiracji włoskim portretem, przy powstawaniu Autoportretu w berecie z roku 1659, który umieściliśmy na początku tego wpisu.

Zapewne późniejszy jest Autoportret z dwoma kołami, namalowany w latach 1665–1668, gdy artysta był już w podeszłym wieku. Znacznie zubożał i czuł się samotny, gdyż poumierali jego bliscy i pozostała mu tylko córka Cornelia. Szczególnie nagła śmierć syna – Tytusa – pogrążyła malarza w czarnej rozpaczy i przyczyniła się do jego powolnego osuwania się w nicość. Pozostało mu już tylko malarstwo i poświęcił się jemu bez reszty, tworząc wiele swoich znakomitych dzieł. Autoportrety z tego okresu cechuje niezwykły realizm i rezygnacja ze środków malarskich, charakterystycznych dla poprzednich okresów twórczości. To te obrazy studiowali z upodobaniem późniejsi impresjoniści, ucząc się od starego mistrza nakładania farb i nowego zastosowania techniki olejnej. Doskonale na nich widać, że Rembrandt zrezygnował z dopracowywania poszczególnych partii dzieła i stosował szybkie „razy” pędzla, nakładając wyraziste plamy kolorów. Wskazywane tutaj dzieło prezentuje artystę w jego pracowni, co można wywnioskować z tła, którym są wielkie płachty papieru z naszkicowanymi kołami, a także z tego, że artysta trzyma w lewej ręce paletę, pędzle i laskę służącą do opierania ręki, przy malowaniu szczegółów. Jego strój to bez wątpienia ubiór roboczy, na który narzucił ciemnobrązowy tabard. Spod tych elementów wystaje biała, skromna koszula, a całość dopełnia takaż sama lniana czapka, chroniąca włosy przed chlapnięciami farby. Krytycy wskazują, że ręka i paleta stanowią jednię, co miałoby być zamierzonym efektem, wskazującym na poświęcenie malarstwu całego życia. Dość to ryzykowna teza, zważywszy, że Rembrant w ostatnich latach skupiał się przede wszystkim na wiernym odwzorowaniu swojej postarzałej twarzy. Niczego przy tym nie retuszował, ukazując zmarszczki i matowość skóry, co paradoksalnie podkreśliło żywość czarnych oczu i jakby chwilowe zatrzymanie w drodze ku dniom ostatnim. W warstwie geometrycznej mamy tutaj do czynienia z ukrytymi kołami, trójkątami i prostokątami, a wystudiowane linie pojawiają się tylko na rysunku okręgów.

Gdyby pokusić się o wskazanie najlepszego autoportretu Rembrandta, zapewne wielu wskazałoby obraz namalowany w 1657 roku, a znajdujący się obecnie w National Gallery of Scotland, w Edynburgu. Zarówno nakrycie głowy artysty , jak i strój wierzchni przypominają nieco togę profesorką i sugerują wielka powagę. Trudno powiedzieć, czy był to świadomy zamysł, ale z twarzy i postawy malarza promieniuje głęboka wiedza o życiu i świecie. Swoim straszliwym kłopotom finansowym przeciwstawia on doskonałość swojej sztuki mimetycznej, tak genialnie odwzorowującej każdy element jego czerstwej twarzy. Widzimy, że pojawiły się na niej liczne bruzdy, włosy przerzedziły się, a usta straciły swój dawny wyraz. Tylko duży nos wciąż dookreśla tę twarz, tylko czarne oczy nie straciły swojej dawnej mocy. Nie widać wszakże buty na obliczu malarza, nie rozkoszuje się on sławą jednego z największych artystów w dziejach, raczej spokojnie kontempluje rzeczywistość. I zostawia potomnym swój wizerunek z tamtych lat, jakże plastyczny i nieomal dotykalny – tak właśnie wyglądał w 1657 roku, a więc zaledwie kilkanaście miesięcy po minięciu magicznej granicy pięćdziesięciu lat. Sporo w nim jeszcze dawnej dumy, ale widoczny też jest smutek i pamięć o poniesionych klęskach, nagłych życiowych zwrotach i nieszczęśliwych zrządzeniach losu. W tym dziele artysta wkracza w obręb ludzkości myślącej i podążającej nieustannie do przodu, ale też staje się przedstawicielem tych, którzy nie zdołali pokonać przeciwności i odeszli w ciszy razem z prostym robotnikiem, woźnicą, tragarzem. Dwanaście lat przed śmiercią artysta patrzy w czarną przepaść czasu przed nim – może ma świadomość tego, że dawno minął smugę cienia i zaczął wolno schodzić ze zbocza w dół. Zachowując na wieki swój wizerunek, utrwalił też w genialny sposób chwilę, ledwie cząstkę swojego bogatego życia i zadecydował o tym jak ma być postrzegany w przyszłości. Zdumiewający jest też dystans, jaki malarz miał do samego siebie, powodujący, że mamy wrażenie, iż ktoś inny go namalował. Tworzenie takich dzieł nie było łatwe, bo lustro zawsze przekłamuje, zmienia proporcje barw, a czasem wręcz zniekształca odbicie, ale Rembrandt miał w tym względzie ogromne doświadczenie, poparte latami prób i modyfikacji. Oddanie na płótnach upływu czasu było jego wielką twórczą obsesją i nie znalazło tak konsekwentnych naśladowców w całej historii malarstwa światowego. A nawet jeśli pojawiali się twórcy idący jego śladem, to nigdy nie osiągnęli oni w swoich dziełach  tak niezwykłej głębi psychologicznej i nie zdołali ukazać żywego człowieka w przestrzeni pełnej światła i cienia, cudownie kontrastujących barw i pulsujących energii.

 

Autoportret z roku 1661 ukazuje artystę w czymś na kształt orientalnego turbanu i z wielką, sfatygowaną księgą w dłoniach. Charakterystyczne jest tutaj oddane z mistrzostwem ironiczne spojrzenie, jakby artysta chciał zasugerować, że wszelka zapisana wiedza świata nie ma znaczenia w konfrontacji z upływem czasu. Jeszcze na płótnie z 1657 roku nie było tak drastycznie tego widać, ale tutaj mamy do czynienia ze starcem, przynajmniej jak na warunki siedemnastego wieku, kiedy to mężczyźni często umierali młodo, a pięćdziesięciopięciolatków uważano za matuzalemów. Ta poza i ironia na twarzy zdają się wskazywać, że artysta zaakceptował swoje lata, jeszcze szuka ich wytłumaczenia w księgach, jeszcze próbuje coś zrozumieć, ale przecież wie, że niewiele lat mu zostało. Były takie dni, gdy ubierał się drogo, jadał znakomicie i otaczał go spory krąg uczniów, a teraz wystarczy mu skromna ryba, chleb i nieco sera, a w latach sześćdziesiątych siedemnastego wieku za ubiór starczyć mu muszą stare szaty, które odziewa do pracy. Włosy mu znacznie posiwiały, na całej twarzy pojawiło się wiele zmarszczek i tylko oczy wciąż są żywe, szeroko otwarte przy ironicznym zmarszczeniu czoła. To już nie jest ten młodzieńczy Rembrandt, który zachwycał swoją fryzura i rumieńcem na nieco pucułowatych policzkach – to wierne oddanie procesu starzenia, który postępował nieubłagalnie, generując nieodwracalne zmiany. Ten człowiek został dotkliwie doświadczony przez życie, a wielkim talentom zostaną przeciwstawione śmierci kolejnych dzieci i niemoc w obliczu chorób. Doskonale pamięta chwile szczęścia z Saskią i uniesienia z kochankami, ale ranią go wciąż te momenty, gdy zgłaszali się do niego wierzyciele i musiał za bezcen oddawać swoje arcydzieła. Zachwyt nad jego pracami został  przygaszony przez gorycz bankructwa i ułomności wieku starczego,  nie pozwalające już na snucie rozległych planów. Tak chciałby dać jeszcze coś cudownego Cornelii i swojej wnuczce Titii, ale kłopoty piętrzyć się będą do samego końca, jakby śmierć drwiła sobie z niego i cynicznie czekała na dzień, w którym zatriumfuje nad ludzkim geniuszem. Może właśnie dlatego malarz stworzył autoportret, w którym ironia splata się z wiedzą, a zmiany na twarzy świadczą o tym, że upływ czasu jest nieubłagany dla grabarza i żeglarza, murarza i cieśli, dla prostego rzemieślnika i genialnego malarza.

Na koniec tego niewielkiego rekonesansu krytycznego przywołajmy dwa autoportrety namalowane w  roku 1669, a więc krótko przed śmiercią twórcy. Pierwszy z nich raz jeszcze dokumentuje postępujące zmiany starcze na twarzy artysty, ale ukazuje też jego odmienioną sylwetkę. To jest już znacznie grubszy mężczyzna, który wszakże nie zatracił swoich charakterystycznych cech osobowościowych. Wciąż ma bystry wzrok i znać w nim ogromną inteligencję, wiedzę o świecie i jego pułapkach. Doświadczył wielu upokorzeń, ale jest w nim duma i spokój, pogodzenie z tym co było i z tym, co nadejdzie. Tym razem na białą czapkę, używaną przy tworzeniu obrazów, malarz nałożył jeszcze czerwony beret, a jego strój znamionuje godność artysty największego. Ręce są złożone, a owalna twarz, wydobyta z mroku i poorana zmarszczkami wyraźnie wskazuje, że jest to człowiek sterany wiekiem i cierpiący z powodu jakichś chorób. Drugi obraz z tego samego roku ma wymiar symboliczny, bo obok uśmiechniętego Rembrandta pojawia się na nim jakiś tajemniczy mężczyzna o diabolicznych rysach. Artysta jest rozbawiony, jakby brał udział w jakiejś zabawie, albo jakby odpowiadał uśmiechem na jakąś sekretną propozycję. W lewym górnym roku zaznaczył szybkimi ruchami pędzla kogoś, w kim doszukiwano się diabła albo nawet samego Szatana, choć byli też i tacy krytycy, którzy nie przykładali wagi do tej postaci. Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad tym osobnikiem, bo artysta zawsze mądrze komponował swoje obrazy i umieszczał na nich tylko funkcjonalne elementy. Najwięcej uwagi przyciąga jednak postać samego malarza, namalowana energicznie, z zastosowaniem wyrazistej faktury i jakby wytyczająca kierunki przyszłym naśladowcom. To jakby zespolenie w jednym dziele dwóch późniejszych kierunków malarskich – impresjonizmu i ekspresjonizmu, ulotnej chwili i szybko zanikającej energii życiowej. Oświetlenie górnej części postaci, tak charakterystyczne dla starego mistrza, daje tutaj niezwykły efekt rzeźbiarski, jakby została ona wykuta ze złota albo odlana z brązu i potem już nie cyzelowana. Ta chropowatość i lekkie przebijanie się czerwieni na twarzy, to zamierzone efekty, mające wskazywać, że czas się kończy i trzeba się śpieszyć. Trzeba ruszać w ostatnią drogę…

POEZJA W PILE

Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Pantaleona Szumana w Pile

Almanachy i antologie są świadectwem aktywności ludzi i środowisk, w których działają i spotykają się podczas imprez kulturotwórczych oraz pojedynczych prezentacji autorskich. Do historii literatury przeszły dwudziestowieczne antologie Andrzeja Lama, Krzysztofa Karaska, Karla Dedeciusa, ale sporo powstało też zbiorów eklektycznych, kleconych na zasadzie przyjacielskich koligacji i wzajemnych wymian użytecznościowych. Samo pojęcie antologii ma rodowód antyczny i wywodzi się ze starożytnej Grecji – słowo anthos oznacza kwiat, a określenie lego, to zbieranie. W takim rozumieniu antologia jest rodzajem bukietu, ułożonego z zebranych kwiatów, w szczególny sposób. Grecy odnosili to przede wszystkim do zbiorów epigramatów, ale z czasem zaczęły powstawać antologie wierszy, opowiadań, esejów i pośród nich wskazuje się grecką Antologię palatyńską, łacińskie Carmina burana, angielską Miscellany Richarda Tottela, a z literatur egzotycznych chińską Księgę pieśni i japońską Księgę dziesięciu tysięcy liści. Od dawna antologiści dążyli do tego, by ich książki były jednorodne – prezentujące odmienne ujęcia literackie, ale układające się w sensowny i koherentny ciąg, w rozległą prezentację bogactwa i wrażliwości wybranych autorów. Na tym tle antologia, którą czytelnik ma w ręku, jest znakomitym przykładem zarówno jednej, jak i drugiej dążności, a dodatkowo zaświadcza, że środowisko pilskie nieustannie się rozwija i może pochwalić się licznymi sukcesami. Ważną rolę odgrywają tutaj instytucje kulturalne tego miasta, ze szczególnym uwzględnieniem Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Pantaleona Szumana, gdzie zbiegają się liczne szlaki autorów, wydawców i krytyków. Nie można tutaj oczywiście pominąć też inicjatyw prywatnych i autorskiej energii twórczej, która generuje wciąż nowe utwory i kolejne publikacje prasowe oraz książkowe. Starczy poczytać biogramy, zamieszczone na końcu tego tomu, by przekonać się jak liczne są działania tych twórców, z jak wielu środowisk się wywodzą i jak mnogie są ich artystyczne strategie.

Nie będzie przesadą, jeśli powiemy, że mamy tutaj do czynienia z ogromnym bogactwem, w zakresie warsztatów literackich, metaforyki, form literackich i tematyki poszczególnych wierszy. Od tonów społecznych i patriotycznych, poprzez konfesyjne wiersze miłosne, aż do ujęć teoretyczno-literackich i filozoficznych. Doskonale tu widać, że praca moderatorów środowiskowych, podkreślana też w niektórych biogramach, dała znakomite efekty, skropliła się w wierszach, które równie dobrze prezentowałyby się w antologiach ogólnopolskich, a nawet i zagranicznych. Zdanie z wiersza Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego, które stało się tytułem tego tomu, zostało przemyślane przez uczestników antologii i zastosowane w ich pracy twórczej. Nie biegnij tak prędko – podziwiaj, to prośba o zatrzymanie się w pędzie, będąca podstawą każdej dobrej literatury, każdego namysłu nad rzeczywistością i każdego poetyckiego komentarza. Istotą liryki jest przecież refleksja i próba syntezy, stworzenia doskonałego tekstu, w którym znajdziemy liczne głębie i możliwości interpretacyjne. To są też próby ustalenia własnego miejsca w świecie i określenia jak świat lokuje się w nas, ile daje nam szans i ile ich odbiera. W takim ujęciu prezentowana tutaj antologia jest rodzajem raportu z doświadczeń jednostkowych, ale też staje się cząstką wielkiej panoramy ludzkiej i dotyka spraw najistotniejszych dla kilku pokoleń – od autorów najstarszych, do najmłodszych. Trudno przykładać do wierszy kategorię wiekową czy generacyjną, ale ze zdumieniem musimy stwierdzić, że zarówno poeci starszego pokolenia, jak ci dopiero wchodzący do literatury prezentują tę sama wrażliwość i sprawność warsztatową. Jakby czas nie istniał, a w przestrzeni pojawiały się wciąż te same ważkie słowa, stale nacechowane troską o rzeczywistość, w którą zostaliśmy wstrzeli i która stała się jednorodną przestrzenią temporalnego bytowania. Prośba o zachwyt, namawianie do podziwiania, a nade wszystko odzwierciedlania własnej obecności w świecie stały się tkanką łączną tego zestawu wierszy.

Jak w wielu antologiach, znajdziemy tutaj wiersze afirmatywne i ukazujące negatywną stronę egzystencji, przepełnione goryczą i smutkiem. To są wskazania naszej odwiecznej ludzkiej samotności i wypowiadane wprost prośby o bliskość. W takich ujęciach poezja zbliża się do samej swojej istoty, do pochwalnej lub żałobnej pieśni, która pojawiała się już w kulturach antycznych, a potem przez wieki poddawana była modyfikacjom, aż znalazła swój kształt we współczesnym metrum wiersza białego. Zdumiewająca jest ta jednorodność doświadczeń i zapisów autorów pojawiających się w tym tomie, ale wynika ona przede wszystkim z prywatnych osiągnięć lirycznych, z ich lektur i pracy z moderatorami. Na całym świecie stawia się poezję polską jako wzór nowoczesnej i pulsującej odcieniami liryki, przywołując naszych największych twórców i ucząc się od nich pisania. Ta dążność widoczna jest też u autorów polskich, którzy czytają wiersze Miłosza, Herberta, Poświatowskiej czy Baczyńskiego i wyciągają z nich wnioski dla swojej twórczości, starają się dorównać najlepszym wzorcom. Tego rodzaju antologijne publikacje mają ogromną wartość, bo utrwalają dokonania środowiska w określonym czasie i przestrzeni, stają się rodzajem bursztynu, w którym na długo pozostaną określone kształty i elementy, które staną się podstawą do badań literaturoznawczych i kulturoznawczych, dadzą możliwość systemowego opisu zjawisk zachodzących w literaturze regionu. Przedkładając czytelnikowi do rąk tę antologię, podkreślamy, że jest to wybór, dający wszakże wyobrażenie o całości dokonań i zachęcający do szerszych lektur oraz poszukiwań lirycznych pereł i samorodków. Zatem – przypomnijmy raz jeszcze tytuł tomu i prośbę poety: Nie biegnij tak prędko – podziwiaj. A jest przecież co podziwiać…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (II)

Yasmen westchnął głęboko, wyprostował się w śmiertelnym skurczu i z uczuciem ulgi zamknął oczy. Wydało mu się, że spada w bezdenną otchłań. Gęsta czerń oblepiała go ze wszystkich stron. Tak długo czekał na moment, gdy zgaśnie świadomość, a teraz jego myśli wciąż podążały za nim, były w nim, choć świata już przy nim nie było. Stale opadał, wirował jak oderwany od drzewa liść. Czuł się lekki, choć nie opuszczało go napięcie, ciekawość, kiedy skończy się to wszystko, w jaki sposób rozwieją się myśli. Leciał w dół, a może pchało go w górę, spadał albo mknął gdzieś wysoko, gdzieś daleko. Było mu niedobrze i nie rozumiał co się z nim dzieje, poza tym niczego nie czuł, nie docierały do niego wrażenia zmysłowe. Czerń bardziej czuł wokół siebie niż widział, lot bardziej wyczuwał niż przeżywał. Trwało to może chwilę, może bardzo długo, nie potrafił tego określić, bo stracił poczucie czasu. Równie dobrze mógł zatem wisieć w jakiejś przestrzeni bez wymiarów, w jakiejś odwiecznej poczekalni, albo ledwie unosić się nad stygnącym ciałem. Nagle gdzieś w nim, gdzieś w samym centrum dziwnie zaczepionej świadomości pojawiły się obrazy z jego z życia.

 Tak dalekie, tak obce, jak film wyświetlany nie wiedzieć gdzie i nie wiedzieć przez kogo. Dobrze znał to wszystko, dobrze wiedział co się wydarzyło, ale dopiero teraz zobaczył ogrom zła jakie było jego udziałem. Czekał na dobre wydarzenia, na obrazy miłości i ślubu z Egideą, na narodziny córki i syna, a widział stale sceny nacechowane złem, okrucieństwem, kłamstwem i grzechem. Pojawiały się, wyrastając nie wiadomo skąd, niczym liście ogromnego drzewa, a potem zwijały się, więdły i opadały gdzieś w dół. Na ich miejscu zaraz wyrastały nowe, które także poddawały się temu procesowi. Teraz już liści spadało tak dużo, że przypominały deszcz, narastającą stale ulewę. Te, które były bliżej jego świadomości śledził od momentu ich wykwitnięcia i rozrostu, a potem szybkiego zwiędnięcia. Na najbliższym zobaczył siebie w łóżku ze starą kobietą, dalej zabijał motyla, tuż obok bił syna, kradł spodnie z jakiegoś ogrodu, pił alkohol, kłamał i oszukiwał jakichś niewyraźnych w ich kształtach ludzi. Wciąż nie widział dobrych uczynków, stale wyrastały z mroku złe chwile.

Nagle jego świadomość uchwyciła coś, jakby delikatną mgiełkę, przemykającą między obrazami. Potem drugą, potem następną, coraz większą, coraz rozleglejszą. Powoli łączyły się w gromady i coraz bardziej przypominały obłoki. Teraz Yasmen wyraźnie czuł, że spada, mija zwałowiska chmur, jakby utkanych z łabędziego pierza, delikatnych i lekkich. Jego lot zamienił się w stan nieważkości, delikatnego osiadania, aż nagle znalazł jakby grunt pod nogami. Powoli wracało poczucie jedności miejsca i czasu, wracało wrażenie ciała i cała harmonia zmysłów. Najpierw dotknął stopami ziemi, albo czegoś przypominającego ziemię. Potem jakby lekkie wdmuchnięcie w coś jakby ciało, choć stale czuł jeszcze wokół siebie ciemność. Czyżbym miał znowu oczy… taka myśl niczym błysk przemknęła przez świadomość i zburzyła jego wewnętrzną harmonię.

Wrócił strach, wróciło podejrzenie, że coś jest nie tak, że to miraż, sen w żywym ciele, straszna ułuda. Powoli jednak otworzył oczy albo coś, co wydawało mu się oczyma. Stał w jakiejś gęstej mgle i niewiele widział, opary snuły się wokół niego, pędziły w różnych kierunkach, okrywały szczelnie całą przestrzeń. Spojrzał do góry i zobaczył, że przez smugi i dymy prześwituje jakieś dobre, złociste światło. Wpatrywał się w nie i bardzo chciał się do niego zbliżyć, ale stale pozostawał w tym samym miejscu, stale tkwił w tej samej przestrzeni. Im bardziej się wpatrywał, tym blask stawał się żywszy, tym światło bardziej pulsowało i rozsuwało opary, oddalało chmury. Powoli rzeczywistość, w jakiej się znalazł nabrała konturów i barw, jakby to światło roztopiło jakieś niewidzialne lody, jakby ogrzało i rozproszyło mgły. Najpierw spojrzał na siebie i zdumiał się niepomiernie. Ubrany był w błękitną, jakby jedwabną szatę, którą w świecie, który opuścił nazywano suknią, sutanną, ale też, w górnej partii, jakby ocieplaną, pikowaną kurtką. Miał długie, jasne włosy, nagle poczuł się młody i piękny. Jego stopy okrywała cienka skórka, w poprzednim świecie zwana irchą, ale tutaj dodatkowo okryta delikatnymi łuskami. Obejrzał się za siebie i zobaczył, że z mgły wyłania się ścieżka, na której stał, wydeptana w trawie i ziołach, wijąca się pomiędzy niewielkimi głazami. Wychodziła z barwnych oparów za nim i znikała we mgle przed nim, bo na razie widział niewielki krąg wokół siebie. W pewnej chwili usłyszał jakby delikatne uderzanie stóp o podłoże, a potem usłyszał pięknie brzmiące słowa:

– Pan z tobą Yasmenie…

Po chwili z mgły wyłoniła się postać wysokiego młodzieńca ubranego w zieloną szatę, z wielkimi białymi skrzydłami, wyrastającymi z pleców. W jednym ręku trzymał krwistoczerwony kamień, a w drugim pastorał, powyginany u góry niczym korzeń. Szedł wolno i uśmiechał się serdecznie.

– Skąd wiesz jak mam na imię..? – spytał zalękniony Yasmen

– Wszyscy ciebie tutaj znają… wszyscy znają wszystkich… uważaj na swoje myśli, bo rządzą tutaj inne prawa – odpowiedział  młodzieniec.

– Wyglądasz  jak anioł, czy nim jesteś?

– Jestem sługą Boga i byłem twoim sługą….

– Byłeś moim aniołem… aniołem stróżem…?

– Służyłem ci wiernie przez długi czas i wiem więcej o tobie niż ty sam o sobie wiesz. Znam każdą twoją myśl, każdy twój uczynek, każde twoje pragnienie…, każdy sen i każdy koszmar… Nazywam się Yasmen…

– Tak samo jak ja?

– Tak samo, bo Bóg powołał mnie w chwili twojego poczęcia w łonie twojej świętej matki…

PORZĄDKOWANIE

1319556077-249

Nadszedł czas porządkowania… Na szczęście w porę zauważyłem moment przejścia smugi cienia i sukcesywnie przygotowuję się do tej pracy. Trzeba poukładać i zdygitalizować papiery, szczególnie tradycyjne listy, których niegdyś przychodziło do mnie wiele, ale zabiły je ulotne i kasowane po jakimś czasie e-maile. To będzie wielkie przedsięwzięcie, bo przecież jestem maksymalistą i niczego nie robię na pół gwizdka… Kartonów uzbierało się chyba ze sto, a w nich gazety i magazyny, w których publikowałem swoje teksty, a do tego  książki i almanachy, katalogi wystaw, w których pełno moich omówień. Wszystko trzeba poukładać chronologicznie i tematycznie, umieścić w spisach i wykazach – trzeba stworzyć komentowaną bibliografię z indeksami i odnośnikami.  Na pewno komuś to się przyda w przyszłości, a jeśli nie, to przyda się mnie i pozwoli zobaczyć wszystko, co zrobiłem przez czterdzieści lat aktywności naukowej, literackiej, dziennikarskiej i artystycznej. Do tej pory parłem do przodu i tworzyłem nowe publikacje, rysunki, obrazy, fotografie – teraz świadomie zwalniam i zaczynam zbierać owoce dni, miesięcy i lat. Muszę w tym celu kupić nową, laserową drukarkę kolorową, porządny, szeroko gabarytowy skaner, przydadzą się nowe dyski zewnętrzne i pendrive’y, liczę też na pomoc zaprzyjaźnionego introligatora. Osobną sprawą powinno być wydanie od nowa, w takiej samej szacie graficznej całego przepracowanego dorobku naukowo-literackiego i uzupełnienie go o książki rozpoczęte, planowane, naszkicowane. Nigdy nie przejmowałem się negatywnymi opiniami, których pojawiło się nieco przez te czterdzieści lat i szedłem swoją drogą. Ważniejsze dla mnie były podsumowania pozytywne, których autorami byli tak ważni dla kultury polskiej humaniści, jak Czesław Miłosz, Jan Błoński, Mieczysław Inglot, Halina Krukowska, Józef Banaszak, Andrzej Fabianowski, Jarosław Ławski i wielu innych. Takie podsumowanie nie miałoby sensu, gdybym szeroko nie opisał i nie udokumentował tego, co wyprawiali ze mną przez lata wrogowie, a przede wszystkim Musiał i Tomasik. Trzeba też upublicznić dokumenty związane z moimi dwoma przewodami habilitacyjnymi i wskazać jaką rolę odegrali w nich najbardziej zaciekli nihiliści. Oczywiście dziewięćdziesiąt procent tej dokumentacji, to będą pozytywy, a negatywne elementy staną się dopełnieniem i wskazaniem, że działałem w wielu przestrzeniach ludzkich, często zdegenerowanych i patologicznie hałaśliwych, plotkarskich, małostkowych i często po prostu debilnych.

Lubię porządek i chciałbym po sobie pozostawić materiał poukładany, gotowy do dalszych opracowań. Do mojej decyzji o rozpoczęciu prac segregacyjnych przyczyniła się też ostatnia lektura Bydgoskiego Leksykonu Plastycznego, w którym ani słowem nie wspomniano o moich szkicach i artykułach na temat bydgoskich malarzy i rzeźbiarzy, publikowanych w „Sztuce” i „Sztuce Polskiej”. Zdzisław Pruss, który dobrał sobie tym razem jako współautorkę problematyczną krytyczkę, stworzył kolejny plotkarski „leksykon”, w którym wiele jest żenujących haseł, brakuje sporo postaci, reprodukcji dzieł, a nade wszystko – jak w każdej publikacji tego typu roi się od błędów i pominięć. Pruss jest interesującym poetą, co podkreślałem wielokrotnie, ale przez długie lata tworzył też w konwencji pure nonsensu, generując lepsze lub gorsze teksty kabaretowe i prześmiewcze. Jego próba połączenia naukowości („leksykony”) z plotkarstwem i konwencją zabawową dała doprawdy kabareciarski efekt. Brakuje w tych pracach ujęć syntetycznych, analiz, podsumowań, reprodukcji, a pojawiają się liczne informacje o dupie Maryni… No cóż, taka konwencja naszego lokalnego Stańczyka, ale może warto byłoby to napisać w inny sposób, bez sugerowania naukowości  i układania materiału w hasła słownikowe? Jedyna pociecha w tym, że książkę opublikowało eklektyczne wydawnictwo z wielkimi „ambicjami literackimi”, specjalizujące się także w albumach religijnych i komercyjnych panoramach miast, a przy tym takich książkach jak Problematyka przyłącza kanalizacyjnego w orzecznictwie Sądu Najwyższego, Gęsinowe smakołyki, Wytyczne dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy w przedsiębiorstwach wodociągowo-kanalizacyjnych, 20 lat Izby Gospodarczej… itd. „Leksykony” Prussa znakomicie wpisują się w profil wydawniczy tej oficyny, a ich pseudonaukowość współgra z ogólną bydgoską tendencją do pomniejszania i obśmiewania poszczególnych dorobków twórczych.      

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: