ŚWIERGOTEK ŁĄKOWY

Foto Wikipedia

Podczas niedawnego pobytu na Pojezierzu Kaszubskim zauważyłem na skraju jednej z łąk brązowawego ptaszka podobnego do wróbla. Początkowo byłem zdezorientowany, ale po sprawdzeniu w atlasie ptaków doszedłem do wniosku, że mam do czynienia ze świergotkiem łąkowym (Anthus pratensis). Rysunek na skrzydłach i lekko oliwkowy kolor piór nie pasował do wróbla, choć na pierwszy rzut oka można by zaklasyfikować tego malca jako młodego mazurka. Dziwne jednak było to jego zastyganie w locie nad ostami, wrotyczami i nawłociami lub bujanie się na łodygach, w czym pomagał mu długi tylny pazur. Z opisów w fachowych atlasach dowiedziałem się, że jest to ptak licznie występujący w Eurazji, pojawiający się na Grenlandii i Islandii, na Kaukazie i w zachodniej Syberii. Wraz ze zmianą pory roku podejmuje w wielkich stadach wyprawy do ciepłych krain, szczególnie do północnej Afryki, na Bliski Wschód i do południowej Azji. W Polsce ornitolodzy szacują liczebność świergotków łąkowych na ponad czterysta tysięcy osobników, a choć można go spotkać w całym kraju, to najliczniejszy jest na podmokłych łąkach i bagnach wschodniej Polski. Często myli się go ze świergotkiem drzewnym i rdzawogardłym, ale zielonkawy odcień upierzenia i wyraźniejsze kreskowanie są ważnymi tutaj wskazówkami porównawczymi. Doświadczony tropiciel ptaków wyodrębni go, kierując się sposobem życia, analizując głos, gniazdo w trawie, kształt i kolor jaj. Nie obserwujemy u tych ptaków dymorfizmu płciowego, nie zauważono też różnic w wielkości samca i samicy, jednako szybko chodzących po ziemi, jak skowronki lub pliszki siwe. Świergotek łąkowy lot ma chwiejny, mocno uderza skrzydłami o powietrze i zrywa się nieregularnie z obszaru opanowanego przez większe stado. Jakże wspaniale pasował ten ptak do sielskiego krajobrazu pagórkowatych Kaszub, z granatowym oczkiem stawu i pasącymi się przy nim owcami. I był jak kropka na końcu wspaniałego hymnu dziewiczej natury.

ZŁY DUCH (7)

Gabriel nadał chłopcu imię Jan i pozwolił mu zostać w leśnym domostwie, póki ten nie podrósł i nie zapragnął iść do pracy w gorzelni. Pierwsze lata były bardzo trudne i stale widział w jego zachowaniu ślady wilczego wychowania. Dzieciak był jednak niezwykle bystry i szybko nauczył się mówić, zaprzyjaźnił się też z niektórymi zwierzętami trzymanymi w zagrodach przy gajówce, a szczególnie upodobał sobie rudego kundla Reksa, z którym chodził do wsi. Ludzie nie od razu go zaakceptowali, kpili, że rozmawia z psem, ale po jakimś czasie przestali się naigrywać, a nawet zaczęli z podziwem patrzeć na jego urodę. Nie był zbyt wysoki i nie rozrósł się jak większość ciężko pracujących wiejskich osiłków, ale miał kruczoczarne włosy, śniadą cerę i ciekawe spojrzenie. Szybko też zainteresowały się nim dziewczyny, a jedna z nich zaczęła za nim chodzić, przysiadać przy nim i Reksie, aż w końcu zaciągnęła go na pole i przy wielkim stogu siana spowodowała, że po raz pierwszy poczuł się mężczyzną. Nazywała się Ratka, ale nikt nie kojarzył jej ze świńską racicą, raczej widziano w niej wiejską piękność, a jej imię Lubomira skracano do formuły Luba i wychwalano jej pracowitość, zaradność i świeżość urody. Szybko zakochała się w Janku i od któregoś lipcowego dnia zaczęli chodzić niemal codziennie za stogi i kochać się żarliwie, intensywnie, czasem nawet z jakąś trudną do pojęcia dzikością. Tylko ona poznała jego wstydliwą tajemnicę, gdy spostrzegła, że miał u dołu brzucha i pod pachami sporo czarnych brodawek, a kilka z nich usadowiło się też na głowie, pod gęstymi włosami. Postanowiła mu w tym dopomóc i na kolejne schadzki przynosiła jaskółcze ziele, przerywała łodygi, a zielonym sokiem nasączała brodawki, które szybko zaczęły zasychać i odpadać od ciała młodzieńca. Janek podjął pracę w wiejskiej gorzelni, a choć na początku nie cierpiał odoru spirytusu, po jakimś czasie zaczął pić jak inni pracownicy. Nie podobało to się Lubie i próbowała odwieść go od tego, ale na nic to się zdało, tym bardziej, że w niewielkim zakładzie pracowało kilku jego rówieśników, którzy codziennie zapraszali go na wspólną ucztę.

Któregoś wrześniowego dnia jeden z kompanów obraził straszliwie Lubę, więc Janek rzucił się na niego i zaczął go okładać pięściami, drapać i gryźć. Doskoczyli do nich pozostali koledzy, szybko też pojawił się kierownik, który nakazał rozdzielić przeciwników. Beng uśpiony w ciele chłopaka wykarmionego przez wilki, obudził się, gdy poczuł zapach krwi kompana pokąsanego przez Janka. Natychmiast też zrozumiał, że za chwilę wydarzy się coś takiego, co zagrozi jego utajonej egzystencji w tym chłopaku.

– Wynocha mi z zakładu – krzyknął kierownik – I żebym więcej was tu nie widział…

– Panie kierowniku on rzucił się na niego, by bronić dobrego imienia Luby – bronił Janka jeden z chłopaków.

– Zyga nazwał ją kurwą…– dorzucił inny mężczyzna.

– Bo ciągle łazi z nim za stogi…– próbował bronić się napastnik.

– Wynocha… od jutra już was tu nie będzie – powiedział kierownik, wziął głębszy oddech i dorzucił – chętnych do pracy nie brakuje w Konarach, a właściciel gorzelni nie znosi warcholstwa…

Janek nie wiedział, że mężczyzna dozorujący prace w gorzelni, ledwie kilka lat starszy od niego,  też kochał się w Lubie, ale nie mógł się z nią związać, bo był jej dalekim kuzynem. Teraz zabolały go wieści o bliskości młodych ludzi, nie mógł też darować temu drugiemu parszywego określenia dziewczyny, którą od lat idealizował. Kiedyś nawet przyśniła mu się jako Matka Boska przyobleczona w aureolę złocistych promieni, unosząca się nad ziemią na półksiężycu. Wyrzucając obu mężczyzn zobaczył w tym jakąś szansę na siebie i rozmarzył się, gdy w myślach ujrzał ją przy sobie.

W tym samym czasie Luba poczuła się dziwnie w swoim ciele, jakby coś ją wypełniło, jakby pojawiła się w niej jakaś tajemnica, coś radosnego, a zarazem pełnego grozy. Ale dopiero, gdy zatrzymała się jej krew i lniana opaska nie przybrała czerwonej barwy, zrozumiała, że zaszła w ciążę. Rozczuliło ją to ogromnie i natychmiast podążyła ku gorzelni, by znaleźć Janka i przekazać mu cudowną nowinę. Natknęła się na niego na skraju drogi, tuż przy polach i pociągnęła go ku wielkim stogom, tak jak to czyniła nie raz. Chłopak był zawsze skory do miłości i pomyślał, że i tym razem zbliży się do niej, ale srodze się rozczarował, gdy Luba odepchnęła go ze śmiechem i powiedziała tajemniczo:

– Nie mój ptaszku… – teraz najpierw musimy uwić sobie gniazdko…by nasze pisklę było bezpieczne…

Czujny jak drapieżnik beng spojrzał w głąb jej świadomości i natychmiast zrozumiał, że dziewczyna jest w ciąży, a losy jej dziecka zainteresują jego nowego pana. Naparł zatem na psychikę Janka, zasiał w niej wątpliwość i nakazał zerwać się z ziemi i pomknąć w głąb lasu. Chłopak biegł jak oszalały, zataczając się z boku na bok i nie słyszał wołania Luby, która prawdziwie przeraziła się tej dzikości.

– Będziemy mieli dziecko – zawołała za nim rozpaczliwie, ale on był już pośród zielonych chaszczy, raniąc skórę o krzewy jeżyn i malin.

Zatrzymał się dopiero na dziwnie znajomej polanie, wyciągnął zza pazuchy skórzany bukłak i wypił chciwie całą, ognistą zawartość. Natychmiast też zachwiał się na nogach, świat gwałtownie zawirował, a w zaroślach pojawiły się liczne wilcze ślepia. Przerażony wskoczył na pobliską sosnę, zaparł się nogami w rozwidleniu gałęzi i odwiązał powróz, który przytrzymywał jego lniane spodnie. Beng ryczał w nim jak stary basior i generował w jego mózgu obrazy ukochanej, rozkładającej się na ziemi przed kierownikiem gorzelni. W końcu wszystko ucichło, a w świadomości Janka pojawił się tylko przeciągły pisk, rozsadzający jego trzewia. Nie czekał dłużej, zawiązał pętlę na szyi, przymocował powróz do górnej gałęzi i skoczył w dół, a błękit nieba szybko stężał w białkach jego oczu. Beng patrzył na to już spoza jego jaźni, oczyma wielkiego puchacza, usadowionego na sąsiednim drzewie i zrozumiał, że musi szybko podążyć ku innej świadomości. Gdy odlatywał zobaczył jeszcze, że spodnie zsunęły się z nóg chłopaka i odsłoniły jego męskość, obsypaną czarnymi strupami i brodawkami. Śpieszył się by ulokować się w umyśle dziewczyny, a gdy nie znalazł jej przy stogu, wzniósł się w górę, zakołował i dopiero wtedy zauważył ją jak podąża do chałupy starej zielarki. W mig zrozumiał, że musi zapobiec temu spotkaniu i wniknął w głowę Luby, od razu siejąc w niej potężne wątpliwości. Janek zranił ją tak bardzo nagłą ucieczką, że zapragnęła wypić specjalnie przyrządzone zioła i pozbyć się dziecka. Teraz jednak, gdy była coraz bliżej starej chałupy z powybijanymi deskami, zaczęła zastanawiać się nad swoim postanowieniem. Przezywała to tak intensywnie, że nagle zemdlała i nie zdawała sobie sprawy z tego, że przeleżała na trawie kilka godzin. Gdy się ocknęła, wstała z ziemi, jakby ledwie na chwilę przymknęła oczy, odwróciła się na pięcie i poszła w stronę swojego domostwa, gdzie czekała na nią matka, cała we łzach. Żyły obie samotnie, choć często przychodził do nich gajowy Gabriel. Tym razem też była z nim i płakała, przeczuwając co się stanie, gdy córka dowie się, co się stało w lesie. Leśnik przypadkiem natknął się na ciało Janka, szybko ściął małą piłką drzewo, na którym wisiał i odwiązał go od gałęzi. Potem zarzucił ciało na plecy i zaniósł do leśniczówki. Odmówił nad nim modlitwę i pobiegł co sił w nogach do domu Luby, by wraz z matką przygotować dziewczynę na tę straszliwą wiadomość.

Hildegarda znowu miała migrenę i nie widziała niczego w dali, nie mogła przemieszczać się w czasie i przestrzeni, a dopiero głęboki sen dał jej ukojenie. Zły duch widział to i dawał bengowi nieme przyzwolenie na działanie. Pachoł dawno już pojął, że jego decyzje były w istocie ruchami tego, który uwolnił go od czarno-złotej bogini, a jednocześnie spętał go jak rzymskiego niewolnika, podążającego w kajdanach przy wielkim wozie. Zobaczył też, że jego zakusy zmierzają ku temu by pozbyć się go w dogodnej chwili. Nieuchronnie nadchodził czas wielkiej wojny i panowania jego suwerena, krwi chlupoczącej każdego dnia jak woda w strumieniu – czas jego wielkiego zaspokojenia, czas zwycięstwa z dawien dawna zapowiadanego. Szatan raz jeszcze rzucił okiem na uśpioną mniszkę i chuchnął w jej stronę czarnym ziewem, który natychmiast zmienił się w lodowaty szpikulec, mknący ku skroniom kobiety. Odwrócił się, pewny, że unicestwił potężnego wroga, ale nie zauważył, że do pokoju wleciał ogromny puchacz, który złapał w locie szpikulec i zaniósł go w haczykowatym dziobie ku wsi Konary.

– Nie ufam ci dowódco… – pomyślał beng, a gdy wylądował na strzesze chaty Luby przeraził się  tym co zobaczył, gdy kolec wbity w słomę otworzył przed nim tajnie przeznaczenia.

Obraz był lekko zamglony, ale beng rozpoznał swojego pana i siebie pod postacią wielkiej ropuchy. Władca unieruchomił go myślą na glinianej drodze i zdeptał z rozmachem, tak, że krew chlusnęła na boki.

– A więc to tak… – podsumował w myślach swoją służbę i z poczuciem triumfu szybko wniknął w czarny kolec – spróbuj mnie teraz znaleźć podły hultaju… Minęło kilka następnych miesięcy i Luba urodziła piękną dziewczynkę, której nadała imię Franciszka. Świat bez Janka przestał jednak jej smakować, smutniała i gasła coraz bardziej, aż którejś nocy usnęła i nigdy się już nie obudziła. Pochowano ją na małym cmentarzu, tuż przy drewnianym kościele, a jej córkę wychował Gabriel razem z babcią dziewczyny. Mijały lata, stada gawronów i kawek gromadziły się na olchach i bukach przy kościele, słońce wstawało w majestacie złota i gasło w żałobie czerwieni i tylko narodziny i śmierć, wzrastanie chabrów i maków w zbożach i tylko więdnięcie liści drzew, były niezmienne jak dni w kalendarzu.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (8)

Język odzwierciedla ogrom doświadczeń poety i poziom jego edukacji lingwistycznej – skalę obrazowania i egzemplifikacji fenomenów przyrody, małych i wielkich spraw, które umiejscowiły się w pamięci, a potem – w iluminacyjnym przeżyciu lirycznym, pojawiły się w całej różnorodności i giętkości językowej. W przypadku Miłosza mamy do czynienia z połączeniem piękna języka polskiego, ukształtowanego przez Adama Mickiewicza i innych romantyków, z oryginalnymi litewskimi naleciałościami gwarowymi, a potem z manierami słownymi centralnej Polski i z wielorakimi odniesieniami do języka angielskiego, rosyjskiego, czasem francuskiego lub włoskiego. Biografia Miłosza rozgrywała się na ogromnym obszarze, od dalekiej Syberii, poprzez wschodnią, południową i zachodnią Europę, aż do Kalifornii. Nie brakowało też ekscytujących podróży po Ameryce, do Azji południowo-wschodniej czy na Hawaje. Warto to przypomnieć, bo mamy przecież do czynienia z poetą, który był niezwykle wrażliwy na wszelkie pięknie i egzotycznie brzmiące słowa – w młodości znał łacińskie nazwy ptaków litewskich, a w wieku podeszłym podjął ogromny wysiłek i nauczył się języka hebrajskiego. Zresztą posługiwał się w życiu kilkoma językami, z których najlepiej opanował rzecz jasna polski, ale dobrze mówił też po francusku i rosyjsku, rozumiał litewski i białoruski, a potem w Stanach Zjednoczonych wykładał w języku angielskim. Jako tłumacz Biblii udowodnił, że także jej starożytny język opanował w takim stopniu, że poważył się na publikację nowych przekładów. Te powinowactwa i konteksty języków obcych w umyśle Miłosza, to tylko jedna warstwa, stosunkowo najłatwiej dająca się wyodrębnić. O wiele ciekawsza jest jednak onomastyczna i metaforyczna giętkość językowa poety, jego niezwykła wprost umiejętność ewokowania słów, układających się w długie kadencje, opisujących przyrodę i krajobraz wewnętrzny człowieka, tworzących nastrój wiersza i przywołujących atmosferę miejsc, w których autor się pojawiał – celnie nazywających stany świadomości i kreujących przestrzenie symboliczne.

Te doświadczenia można podsumować pierwszym wersem wiersza pt. Podróż, z tomu Ocalenie (1945): Daleka była droga i przeciwne czasy.[1]  Już w nim znajdziemy znamienne dla Miłosza przeciwstawienie struktury przestrzennej chronologii, opis doświadczeń życiowych i manifestację trudności, jakie pojawiały się podczas długiej życiowej wędrówki. Jest to zarazem rodzaj smutnego truizmu, bo przecież każda droga ludzka jest długa – zakładając, że egzystencja trwa tyle ile średnio trwać powinna – i na każdej takiej drodze pojawia się opór. Osiągnięcie czegokolwiek w życiu jest bardzo trudne i związane z wieloma kłopotami. Społeczność ludzka nie lubi ludzi sukcesu, mnoży ograniczenia, uważnie przygląda się tym, którzy czegoś dokonują, ustawia przeszkody. Dalej – sam człowiek pragnący coś osiągnąć, jest sam dla siebie zagrożeniem, jesteśmy wszakże ulotnymi bytami, a nasze trwanie w czasie i przestrzeni jest relatywne. Pokonanie ludzkich uwarunkowań, lenistwa, sybarytyzmu, zmęczenia, przejście długiej życiowej drogi, obwarowane jest wieloma warunkami i stałym poczuciem, że czasy są przeciwne i wszystko sprzysięgło się przeciw wędrowcy, że małe są szanse na dojście do wytyczonego celu. W czasach, gdy Miłosz dorastał i dojrzewał, poczucie „przeciwności” czasów było szczególnie silne, bo początek i pierwsze dekady dwudziestego wieku przyniosły ogrom ludzkiego cierpienia; tyle niewinnie przelanej krwi, tyle złości i nienawiści – to wtedy następujące po sobie krwawe rewolucje i dwie wojny światowe rozpaliły płomień mordu na wszystkich nieomal kontynentach i pozostawiły świeże mogiły przy szlakach migracyjnych. Miłosz znalazł się w środku historycznego wiru i był wnikliwym obserwatorem tego, co się działo, notował w pamięci zdarzenia i obrazy, a jednocześnie godził się na to by w jego świadomości zadomowiły się, centralne dla jego twórczości manichejskie mechanizmy rozumienia walki dobra ze złem.

Istota języka poetyckiego polega na zamianie desygnatów znaczeniowych i na takim nimi żonglowaniu, że powstają niespotykane, zdumiewające połączenia semantyczne. Widać to w kolejnych wersach przywoływanego wyżej wiersza: Tak iść przez tego miasta rozdarte ulice, / W serce zbierając chmury albo błyskawice, gdy autor tworzy takie zawirowanie językowe i symboliczne, że relacja staje się poetycką narracją, a rzeczywistość świata zmienia się w symboliczną nadprzestrzeń, w której sensy wirują i drżą, a to co niemożliwe w świecie realnym, tutaj się uprawdopodobnia i potwierdza, że esse est percipi[2]. Ulice zyskują tutaj walor papieru, co może przywodzić na myśl mapy, plany miast, łamliwe powierzchnie i płachty. Poprzez taki zabieg podkreślona zostaje kruchość zabudowy, szczególnie dostrzegalna w Warszawie, w czasie drugiej wojny światowej, gdy utwór powstał. Poeta zamienił sensy związane z ulicami, które można zburzyć, zrównać z ziemią, zdemolować, podpalić, ale przecież nie rozedrzeć. W takim jednak zestawieniu, w wersie wiersza, upozowanym poetycko, pojawia się nowa wartość semantyczna i nowe rozumienie słowa rozdarte. Z jednej strony są odwołania do papieru, gazety, książki, a ze strony drugiej słowo to może pojawić się przy określeniu ran ciała ludzkiego – np. rozdarta skóra, rozdarte ramię, rozdarte serce. Szczególnie to ostatnie określenie często pojawiało się w poezji i miało wiele zastosowań, zwłaszcza w liryce miłosnej, od romantyzmu do współczesności. Następny wers jakby kierunkuje ów trop interpretacyjny, ale jednocześnie przynosi rozszerzenie znaczeniowe. Poeta chciałby iść przez rozdarte ulice miasta i w serce zbierać chmury albo błyskawice, co może oznaczać metaforyczne zbieranie lirycznych emocji, ładowanie poetyckich „akumulatorów”. Jak powszechnie wiadomo serce jest elementem anatomicznym większości organizmów żywych, ale od czasów najdawniejszych uznawane też było za miejsce, gdzie gromadzą się uczucia, gdzie człowiek rozstrzyga co ma robić, jak postępować i gdzie się udać. Taki anachroniczny pogląd został oczywiście zweryfikowany przez medycynę i naukę o anatomii, ale w języku potocznym i w literaturze pozostało serce organem, w którym lokować należy emocje,  który steruje naszymi odruchami i posunięciami. Tutaj jest serce rodzajem przestrzeni, w której gromadzi się energia chmur i błyskawic, to jakby liryczny kondensator, a zarazem odgromnik. Giętkość językowa Miłosza powoduje, że mamy do czynienia w tym wierszu z klarownym obrazem poetyckim wielkiej przestrzeni zburzonego miasta, ponad którym przepływają chmury, z których uderzają błyskawice, rozświetlające ponurą rzeczywistość okupacyjnej Warszawy. Dodajmy do tego owo przywołanie drogi i topografii losów, a otrzymamy metaforę wędrowca, który pragnie wyrazić skomplikowanie struktur świata i ludzkiego ciała i przenosi elementy znaczeniowe z jednych na drugie, swobodnie miesza pojęcia oraz tradycyjne rozumienie różnych cząstek postrzeganej rzeczywistości i przydaje im nowych odcieni rozumienia, nowych sensów. Zamiana myśli w mowę i znaczące dźwięki są przedmiotem rozważań filozofów od najdawniejszych czasów i znalazły swoje dookreślenia u badaczy metafizyki – przywołajmy tu znamienne podsumowanie Kazimierza Ajdukiewicza: Niektórzy ponadto przyjmują też, że zachodzi niekiedy stosunek odwrotny, że zjawiska psychiczne mogą wywoływać zjawiska fizjologiczne. Pogląd przyjmujący takie wzajemne oddziaływanie zjawisk psychicznych i fizjologicznych nazywa się i n t e r a k c j o n i z m e m. Pogląd głoszący, że tylko fizjologiczne zjawiska oddziałują na zjawiska psychiczne, ale nie na odwrót, a nadto, że zjawisk psychicznych między sobą nie łączą bezpośrednie związki przyczynowe, nazywa się e p i f e n o m e n a l i z m e m: wedle tego bowiem poglądu zjawiska psychiczne są tylko jak gdyby ubocznym produktem, bezsilnym odblaskiem zjawisk fizjologicznych. Niektórzy wyznają hipotezę tzw. p a r a l e l i z m u, wedle której ani zjawiska fizjologiczne, nie  oddziałują na zjawiska psychiczne, ani też nie ma związku odwrotnego, lecz szeregi obu tych zjawisk przebiegają obok siebie równolegle w taki sposób, że równym zjawiskom w jednym szeregu odpowiadają równe w drugim, i na odwrót, choć nie są one połączone związkami przyczynowymi.[3] U Miłosza wyodrębnimy przede wszystkim interakcjonizm i epifenomenalizm, bo rozszerzają one i rozciągają percepcję świata na dale nie do wyrażenia, na odległości liryczne, na bliskość i rozległość poetyckiej hiperboli. Język poetycki jest dla Miłosza rodzajem plastycznej masy, z której „ugniata” nowe twory – konstruuje przestrzenie i kreśli widoki na skraju podświadomości i wyobraźni. Jego umiejętność rekonstruowania rzeczywistości i dopełniania jej własnymi substratami lirycznymi powoduje, że czytanie tej poezji jest odkrywaniem nowych światów i wędrówką szlakiem katastrofy, rozgrywającej się stale i wszędzie, w obrębie świadomości zranionej i w świecie fikcji prawdopodobnej, będącej wariantem świata realnego, doświadczonego przez immanentne zło i działalność człowieka – budowniczego akweduktów i pałaców i burzyciela wszystkiego, co może stać się fundamentem wielkiego imperium. W ludzkiej rzeczywistości rozumowanie i nazywanie zdarzeń ma określone ramy, które tak określa Ajdukiewicz: Fakt czy też prawo, za pomocą którego wyjaśniamy jakieś zdarzenie, może nam być skądinąd wiadome, a może też być tylko przedmiotem domysłu, przyjętego ad hoc, aby ów fakt wytłumaczyć. Na przykład: tłumaczę fakt, że pękła szklanka, w której zamarzła woda, znaną mi już dawniej prawidłowością, że woda zamarzając zwiększa swoją objętość. Tłumaczę sobie fakt, iż pewnej książki nie ma na półce w mojej bibliotece, przypominając sobie, że książkę tę pożyczyłem koledze. W obu tych przypadkach to, czym wyjaśniany fakt, tłumaczę, jest mi skądinąd wiadome. Zdarza się jednak, że jakiegoś faktu nie mogę wyjaśnić odwołaniem się do jakiegoś faktu lub jakiejś prawidłowości już dawniej mi znanej, lecz sięgam do domysłu, tzn. domyślam się jakiegoś czynnika, którego fakt ten mógłby być następstwem albo skutkiem. Domysł ten wyinferowuję niekiedy jako (redukcyjny) wniosek ze zdania stwierdzającego fakt wyjaśniany. Gdy np. po nocy, która nastąpiła po łagodnym dniu, spostrzegam na drodze kałużę i pytam sam siebie, skąd się one wzięły, wyjaśniam sobie ich obecność hipotezą, że w nocy padał deszcz. Równocześnie też wnioskuję, że skoro są kałuże, to musiał w nocy być deszcz, czyli wywnioskowuję tłumaczącą hipotezę ze zdania stwierdzającego fakt wyjaśniany.[4]  W poezji Miłosza idziemy o krok dalej i zarazem cofamy się o krok wstecz, bo wyjaśnianie zdarzeń mieści się w ramach wskazanych wyżej przez Ajdukiewicza, a jednocześnie ma charakter nadinterpretacji i komentarza, transformacji znaczeniowej i sensu naddanego. Dodatkowo metaforyka wiersza przydaje kreacji jakiegoś ponadnaturalnego wymiaru. Rzeczywistość warszawska 1942 roku zaczyna dynamicznie podążać – obrazy i światy Miłosza nigdy nie są statyczne – w stronę nadrealności, jakiejś tajemniczej bajkowości i fantastyki.[5] Oto za sprawą zachodzącego słońca i wilgotnej mgły:

Stanęły pod Warszawą roziskrzone morza,

Ciepły ocean piaski mazowieckie perlił

I w chmur winogradowych otwartej draperii

Słońca powstającego prześwitywał pożar.[6]

Poeta odsuwa tragiczną, wojenną przestrzeń stolicy i siłą wyobraźni przyciąga krajobrazy egzotyczne, prześwietlone światłem i pełne ciepła, jakby rodem z wysp Oceanii. Morza są roziskrzone, a imaginatywny ocean ogrzewa mazowieckie piaski i dodatkowo perli je wodą. Zanim poeta ustalił ostateczne proporcje, w przyrodzie miał miejsce ruch, jakieś tajemnicze ożywienie i dopiero poetycki błysk spowodował zatrzymanie mórz i łagodne oddziaływanie oceanu na piaski. Dwa słowa mają tutaj szczególne znaczenie:  i s k r a   i   p e r ł a,   które to są nośnikiem światła, a w nagromadzeniu metaforycznym przydają przestrzeni niezwykłego waloru poetyckiego. Ta zgodność semantyczna zostanie zburzona w kolejnych dwu wersach, gdzie pojawią się chmury winogradowe i pożar słońca. Mamy tutaj zatem do czynienia z zatrzymaniem praw natury, i zgodą na chwilowe pojawienie się egzotyki, ale nad tą rzeczywistością nadal wiszą draperie chmur. Zostały one określone jako winogradowe, co jest połączeniem dwóch dość odległych słów  w i n a   i   g r a d u.  Jest jednak też jakieś pokrewieństwo z miarą kropel czy drobin, zarówno iskry jak i perły, grad i wino mogą pojawiać się w świecie w formie kulistej czy trudnych do wyodrębnienia punktowych refleksów. Wino – szczególnie czerwone – mieni się w naczyniach gamami barw od karminu, poprzez odcienie amarantu, aż do fioletu i nawet czerni, może zatem być materią porównawczą dla groźnie wyglądających chmur.[7] Takie obłoki rodzą często grad, czyli owa barwa winna może być zapowiedzią nadchodzącej burzy i lodowatego opadu, ale w połączeniu – winograd – stanowi nową jakość i konweniuje z aurą tajemniczości, jakiegoś cudownego pojawienia się rzeczywistości łagodnej, dalekiej od zagrożeń wojny, rodem z dziecinnych wyobrażeń o raju. Chmury burzowe zostały przez naturę udrapowane na niebie, ale też pojawił się w nich prześwit, poprzez który widać wschodzące słońce. Poeta porównuje je z pożarem, co jest mało oryginalne w poezji, ale w tym przypadku ma odniesienia do sytuacji podmiotu, do przebywania w spalonym mieście i do łun wojennych. Wszystko zatem ma swoje miejsce w tej kreacji i w przynależnej jej warstwie słownej, tak subtelnie i giętko zastosowanej w miejscach przecięcia się rzeczywistości świata i metaforyki poetyckiego stworzenia. To, co wydarzy się po tej odsłonie jest dalszym ciągiem narracji i dopowiedzeniem nowych sensów, a zarazem reinterpretacją tego, co powstało w wyobraźni. Poeta jest tutaj bohaterem tego zdarzenia, a zarazem centrum tworzonej przestrzeni, jest stwórcą i komentatorem, tym, który wypowiada nazywające słowa i tym, który słucha brzmień, dochodzących z nowego świata. Tedy mówi:

Szedłem w blasku łagodnym. Słychać, jak kołyszą

Wierzchołkami ogrody, jak w brzasku się mienią,

I wszystko było echem, wszystko było ciszą,

Nowy, czysty poranek wschodził ponad ziemią.[8]

Odsunięcie rzeczywistości wojennej spowodowało uspokojenie, a może należałoby powiedzieć, jak w tytule tomu, z którego pochodzi wiersz – ocalenie. Gdzieś w dal odeszła kruchość rozdartych ulic, łuny pożarów i ruiny, a w ich miejsce pojawiła się lekkość i łagodność sielskiego krajobrazu. Wszystko zalał łagodny blask, który jakby otworzył eter i wzmocnił efekty dźwiękowe w rzeczywistości. Poeta „usłyszał” nagle kołyszące się wierzchołki drzew w ogrodach i „usłyszał” jak w brzasku się mienią, czyli dokonał zamiany właściwości zmysłowych. To, co zwykle postrzegane jest przez oczy, tutaj – za sprawą poezji i metaforyki – zyskuje walor słyszalności. Przestrzeń ogrodów mieni się w brzasku i to mienienie się wydaje jakieś bliżej nieokreślone dźwięki, które docierają do poety. Oczywiście ma to swoje konotacje w przyrodzie, gdzie wraz z porannym brzaskiem odzywają się prawdziwe ptasie symfonie, dają o sobie znać  hałasujące, dzienne zwierzęta, zaczynające polowanie, czasem słychać powiewy wiatru czy ocieranie się gałęzi o konar, kory o korę. Słońce z taką intensywnością rozświetla kreowaną krainę, że naturalna staje się zamienność wrażeń zmysłowych i ich interferencja. Pojawia się też tak charakterystyczna dla Miłosza przeciwstawność znaczeń i doznań – e c h o  dookreśla świat, a zarazem jest  c i s z ą. Brzmi i nie brzmi w jednej chwili, jest i go nie ma, pojawia się i zanika jak blask o poranku. Wszystko płynie,[9] wszystko się mieni, wszystko jest giętkie jak język, opisujący świat i wszystko istnieje w nieistnieniu i… nie istnieje, będąc. W takiej przestrzeni wschodzi słońce, ale też i budzi się poranek oraz wszystko, co widać dookoła i co słychać na „zewnątrz i wewnątrz” świadomości. Poeta podąża przed siebie i widzi więcej od innych ludzi, więcej też słyszy i więcej znajduje słów nazywający stan, w jakim się znalazł. Wszystko tutaj – jak u Heideggera – jest prześwitem, wszystko – jak u Heraklita – płynie, przesuwa się w dal. Odchodzi brudna, skalana mordem rzeczywistość dni i lat wcześniejszych, a w ich miejsce napływa nowy, czysty poranek, w którym jest moc słońca i który generuje nową przestrzeń wyobraźniową. Tutaj możliwe są zamiany znaczeń i derywatów znaczeniowych, tutaj desygnaty zostają uruchomione i pojawiają się w kombinatorycznych zestawieniach. Miłosz relacjonuje dalej jak czuł się i co przeżywał: Szedłem w blasku łagodnym. Białe były place,/ Różowe od płynnego promieni marmuru.[10] Kolor wina i czerń spalenizny zastąpiona została blaskiem łagodnym i bielą, która jak perły, szkli się różowo. Przemiany są tak rozległe, że twarda materia traci swoje właściwości i także rusza w dal, staje się płynna, bo przecież w tym spektrum lirycznym – panta rhei. Tylko świadomość poetycka może w tak spekulatywny i plastyczny sposób przekształcać świat, tylko niezwykle giętki poetycki język może opisać za pomocą metaforyki to, co rozgrywa się w świadomości przeżywającej uniesienie, zachwyt, iluminację. Poezja Miłosza jest odzwierciedleniem takich stanów i stanowi rzadki w języku polskim przykład tak twórczego traktowania języka. Miłosz w swoich wierszach sięga do głębi struktur lingwistycznych, jakby do jego prasłowiańskiego pnia, a zarazem dokonuje nieustannych innowacji, stale przetwarza struktury słowne i opisywane krainy, potrafi wyrazić ich antytetyczność, jak i wprowadzić ukrytą manichejską symbolikę zła: W skwarne, białe południe wśród rumowisk wąż/ Niech grzeje się na liściach podbiału i w ciszy/ Lśniącym kręgiem owija niepotrzebne złoto.[11] To jest próba pełnego opisu świata z udziałem życiowego sprytu, bystrości umysłu i giętkości języka, a nade wszytko przekonania, że istnieje wielka łączność wszechrzeczy.  

            Poezja Miłosza jest nieustającym odkrywaniem tego, co w życiu tajemnicze i zdumiewające, co rodzi się na styku myśli i pamięci, co bywa ledwie przebłyskiem z przeszłości, a najczęściej staje się performatywem, wyrażeniem czynności, która ma miejsce, ale jako taka się nie wydarza.[12] Miłosz jest uważnym analitykiem języka i potrafi nawet wprowadzać do wiersza inne znane w przyrodzie jego odmiany. Bo czymże innym, jeśli nie zastosowaniem języka-tańca pszczół, jest fragment poematu Po ziemi naszej:     

A słowo z ciemności wyjawione było gruszka.

Krążyłem dookoła niego podskakując to próbując skrzydełek.

Ale kiedy już-już piłem z niego słodycz, oddalało się.

Więc ja do cukrówki – wtedy kąt ogrodu,

złuszczona biała farba drewnianych okiennic,

krzak dereniu i szelest przeminionych ludzi.

Więc ja do sapieżanki – wtedy zaraz pole

za tym, nie innym płotem, ruczaj, okolica.

Więc ja do ulęgałki, do bery i do bergamoty.

Na nic. Między mną i gruszką ekwipaże, kraje.

I tak już będę żyć, zaczarowany.[13]

Ale ten taniec ma dwojaki sens, po pierwsze opisuje rzeczywistość postrzeganą i za pomocą trafnie dobranych słów, tworzy wizję świata niezwykłej urody, prześwietlonego słońcem i pełnego tajemnych zakamarków. Zauważmy w jaki sposób Miłosz buduje tutaj obraz – najpierw wyławia z mroku słowo  g r u s z k a   i natychmiast zamienia ludzką świadomość w instynkt pszczoły, osy a może szerszenia. Dalsze dopowiedzenie:  s k r z y d e ł k a, skłania jednak do uznania, że mamy do czynienia z owadem sympatycznym, którym w naszym rozumieniu jest raczej miododajna pszczoła. Znalezienie słowa i zbliżenie się do niego, do jego rozumienia, owo picie słodyczy znaczeń, nie zostaje jednakże utwierdzone, bo poeta tylko na chwilę „przemienił” się w pszczołę i nie porzucił do końca ludzkiej świadomości. Tak jak złociste owady informują się za pomocą tańca, ruchu w przestrzeni, tak migotliwa świadomość Miłosza podąża ku nowym znaczeniom i pokrewnym sensom. Poeta tworzy ciąg znaczeniowy wykazujący znajomość pomologii, czyli odmianoznawstwa roślin sadowniczych:

Oto ten ciąg:

gruszka – słodki owoc.

cukrówka –  gruszka lub odmiana jabłoni, także grzyb gołąbek cukrówka.

sapieżanka – odmiana gruszy.

ulęgałka – odmiana gruszy.

BeraHardy – owoce duże, ok. 200 gramów,  kształt jajowaty. Skórka zielonkawożółta, szorstka, pokryta złotobrązowym ordzawieniem. Dojrzałość zbiorcza – druga połowa września. Dojrzałość konsumpcyjna – koniec września, pierwsza połowa października.

Z kolei   d e r e ń   to mylny trop w poetyckiej podróży pomologicznej. Zanim o tym powiemy, zatrzymajmy się przy warstwie znaczeniowej:  Dereń kousa, to małe drzewko do osiągające siedem metrów wysokości. Liście ciemnozielone, długości 5–8 cm, szerokoeliptyczne lub koliste, na wierzchołkach krótko zaostrzone. Jesienią liście przybierają barwę jaskrawoczerwoną. Piękne kwiaty osadzone na długich szypułkach posiadają cztery białe płatkowate podsadki. Okres kwitnienia – czerwiec. Czerwone, niejadalne owoce bardzo przypominają maliny i osadzone są na długich zielonych ogonkach. Dość wytrzymały na mrozy ale wrażliwy na suszę. Rośnie w Japonii, w Korei, w Chinach, zapewne też i w Kalifornii.

Miłosz – jak czynił to wielokrotnie – miesza tutaj rzeczywistość dawnej Litwy i wspomnień z nią związanych – gdy jako dziecko uczył się nazw i smaków różnych gruszek – z wyglądem i rozkładem roślin własnego ogrodu w Beverly Hills. To jest także odzwierciedlenie jego ziemskich podróży, gdy niby pszczoła przemieszczał się z miejsca na miejsce, „przysiadał” na chwilę i zaraz „odlatywał”. Skłonność do manichejskich odniesień miałaby tutaj znakomite nawiązanie w wypowiedzi innego noblisty Williama Goldinga, który powiedział, że obserwacja wojny skłania go do uznania, że człowiek, tak jak pszczoła zbiera miód, gromadzi i generuje zło[14]. Ta imaginacyjna pszczoła Miłosza trafia na krzak derenia i jakby gubiąc trop, odzwierciedla ziemską entropię, symbolizowaną przez łuszczącą się farbę. Na koniecpoeta przywołuje dziwny owoc z basenu Morza Śródziemnego.Bergamota, to gatunek lub podgatunek niewielkiego drzewa lub krzewu. Pochodzi prawdopodobnie z okolic Morza Śródziemnego – znana jest tu już od XVI wieku. Owoce gruszkokształtne, małe o gorzkim smaku, barwy żółtej lub pomarańczowej. Roślina uprawna: Ten rodzaj cytrusa wywodzi się z Azji, a w Europie pomarańczę bergamota obserwowano tylko we Włoszech i we Francji, natomiast produkcyjnie uprawiana jest tylko we Włoszech. Skórka owoców, kwiaty i liście są źródłem eterycznych olejków – bergamotowego, stosowanego w produkcji herbaty Earl Grey oraz olejku nerolowego, stosowanego w perfumerii czy aromaterapii (słynie ze swych właściwości antydepresyjnych i gastrologicznych).

Poeta podjął w tym wierszu ambitną próbę ukazania zmienności ludzkiego życia, z wykorzystaniem jego wiedzy na temat entomologii i pomologii, ale jednocześnie i wiedzy lingwistycznej – owego tak chętnie przywoływanego przez językoznawców tańca pszczół. Ten miodny owad Miłosza, rzeczywiście krąży od owocu do owocu i jednocześnie „wyraża” w wierszu sporo prawd natury ontologicznej – mówi o tym, że byt jest ulotny, że nie sposób zatrzymać się w jednym miejscu, że wszystko się zmienia i wiruje. Stanisław Barańczak wskazuje, że spór o uniwersalia”, który wciąż od nowa toczy się w tej poezji, polega na kolejnych próbach wydobywania ze słowa maksimum konkretności i niepowtarzalności, schodzenia jak najniżej po szczeblach semantycznej drabiny abstrakcji. Może to polegać na prostych operacjach w dziedzinie słownictwa (…) Jednak i tu wynikiem jest bezradność, gdyż operacja jest zawodna: po pierwsze, „cukrówka” czy „sapieżanka”, konkretniejsze od „gruszki”, są też tylko nazwą gatunku, klasy, nie pojedynczego przedmiotu; po drugie, im słowo konkretniejsze, tym bardziej zarazem związane z „tym, nie innym” kontekstem, ze wszystkim, co oddziela podmiot od przedmiotu samego w sobie.[15] To jest też opis ziemskiej wędrówki Miłosza, jego narodzin i dojrzewania w dolinie Niewiaży, tak pełnej owadów z racji bagiennego położenia i bujnej roślinności, a potem podróży do krain śródziemnomorskich i w końcu długiego pobytu w Kalifornii, gdzie z racji ciepłego klimatu rośnie wiele roślin z innych kręgów geograficznych, jak choćby ów dereń z Dalekiego Wschodu. Pretekst językowy, jakim była wyłaniająca się z mroku gruszka, dał w wierszu zdumiewające efekty, a w końcu doprowadził do ostatecznego wniosku, że i słowo, choć giętkie i „kowalne” jest ulotne i traci swoje znaczenie w kontekście licznych podróży, przygotowań do nich i wiedzy, jaką niesie ze sobą odwiedzanie egzotycznych krain. Warto tutaj przywołać zdania Emmanuela Levinasa, który twierdzi, że Nieufność wobec werbalizmu prowadzi do uznania niekwestionowanego prymatu rozumnego myślenia nad wszystkimi operacjami wyrażania, które wprowadzają myślenie w język jako system znaków, czyli wiążą je z językiem, decydując o wyborze tych znaków. Nowsze badania z dziedziny filozofii języka oswoiły nas z ideą głębokiego związku między myśleniem i mówieniem.[16] Poezja jest manifestacją tego związku i zarazem rodzajem mowy uszlachetnionej, wzmocnionej, dającej więcej możliwości kombinatorycznych zastosowań oryginalnych słów. Miłosz wybrał język polski, choć skazany on jest na porażkę artystyczną w konfrontacji z wielkimi językami światowymi, szczególnie angielskim, niemieckim i francuskim – wybrał polszczyznę, bo w niej znalazł giętkość i głębię, adekwatność i siłę wyrażania tego, co przeżywał. Zdawał sobie jednak sprawę z ograniczeń i dlatego też wskazywał: Język literatury dwudziestego wieku był językiem niewiary. Posługując się nim, mogłem pokazać tylko trochę mego wierzącego temperamentu. Bo przekroczyliśmy granicę oddzielającą nas od innej literatury, nieco staroświeckiej, godnej sympatii, ale artystycznie podrzędnej.[17]Krytycyzm poety znalazł swoje apogeum w jego historii literatury, którą opublikował przede wszystkim dla obcego czytelnika i wprowadził własną skalę wartościowania – pominął wiele dzieł, ale też i wysunął do przodu te, które jego zdaniem mogą przetrwać konfrontację z inną świadomością narodową i nie zatracą swego piękna w przekładach. Wybierając język polski i będąc wiele lat poza Polską, musiał Miłosz wzbogacać swoje słownictwo, wracać do wcześniejszych matryc językowych, dbać o stylistykę. Powszechnie wiadomo, że posługiwanie się językiem obcym powoduje stopniową utratę leksyki języka narodowego, ale z drugiej strony przydaje głębi, pozwala odszukać w sobie jakieś nie uświadamiane tajnie lingwistyczne. To o takich ćwiczeniach językowych i o takim nieustającym wsłuchiwaniu się w słowa mówi jeden z bardziej znanych wierszy poety:

Moja wierna mowo,

służyłem tobie.

Co noc stawiałem przed tobą miseczki z kolorami,

żebyś miała i brzozę, i konika polnego, i gila,

zachowanych w mojej pamięci.[18]

Miłosz mówi tutaj o pracy nad językiem i dbałości o to, by w jego poezji pojawiały się różnorodne tony, liczne barwy, by była ona zróżnicowana pod względem słownictwa dendrologicznego, entomologicznego czy ornitologicznego. A wszystko za sprawą pamięci, która przechowuje wrażenia i obrazy, ale która też jest nośnikiem wzorca językowego. Ta czynność odpamiętania w słowie i ta dbałość językowa, rozłożone były w czasie:

Trwało to dużo lat.

Byłaś moją ojczyzną, bo zabrakło innej.

Myślałem, że będziesz także pośredniczką

pomiędzy mną i dobrymi ludźmi.[19]

Niestety, tak jak wszelkie próby budowania całości i pełni w świecie ludzkim, tak i ta próba ocalenia piękna i giętkości języka okazała się ułudą – wszakże to, co zostało zapisane, co znalazło swój kształt w ramach wiersza może być różnie interpretowane i dla samego poety stało się wieloznaczne – zaczęło się wymykać jego percepcji. Poznanie jest możliwe tylko do pewnego stopnia i zrozumienie świata też ma swoje bariery, czas jest nieubłagany i w pewnym momencie analiza staje się interpretacją, słowo milknie we wrzawie innych słów a wieloznaczne milczenie więcej wyraża od przywołanych znaczeń. Jak zauważa Martin Heidegger: Tylko w rzeczywistym mówieniu możliwe jest właściwe milczenie. Aby móc milczeć, jestestwo musi mieć coś do powiedzenia, tzn. musi dysponować właściwą i bogatą otwartością samego siebie.[20] To milczenie poety i zwątpienie w moc słowa, w siłę wiernej mowy, potęguje rozpacz, która każe poecie przypominać:

Teraz przyznaję się do zwątpienia.

Są chwile, kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie.

Bo ty jesteś mową upodlonych,

mową nierozumnych i nienawidzących

siebie bardziej może niż innych narodów

mową konfidentów,

mową pomieszanych,

chorych na własną niewinność.[21]

Tego rodzaju zwątpienie pojawia się i u innych narodów, bywa artykułowane w wielu językach, w tym – w tych najważniejszych, najszerzej rozprzestrzeniających się na świecie. Tutaj jednak jest ono kontrapunktem – wszakże wszystko w poezji Miłosza zyskuje przeciwwagę – dla wypowiedzi afirmatywnych. Jakkolwiek by podchodzić do języka naszego noblisty, zauważyć trzeba i podkreślić raz jeszcze jego niespotykaną giętkość, plastyczność i wynalazczość. Tak jak Mickiewicz kształtował przez lata polska mowę, a jego wiersze stawały się paradygmatem wewnętrznego piękna językowego, tak Miłosz i jego polszczyzna mogą stać się wzorcem dla nadchodzących pokoleń. W połączeniu z retoryką i głębią sentencji Zbigniewa Herberta, w opozycji do minimalizmu semantycznego Tadeusza Różewicza i z towarzyszeniem paradoksu lingwistycznego Wisławy Szymborskiej, słowa, zdania, strofy Miłosza brzmieć będą wyraziście i dobitnie, a nade wszystko staną się podłożem dla zmian, zobligują wyobraźnie do nowych mutacji i daleko idących przekształceń słowotwórczych oraz składniowych. Staną się trampoliną nowego, nowoczesnego języka polskiego – co paradoksalne – będą też stale, silnie utwierdzonym jego cokołem.   

_____________________

[1] C z.  M i ł o s z,  Podróż, wiersz cytuję za tegoż, Wiersze, t. 1, Kraków 2001, s. 172–177, a inne utwory z tomów kolejnych, wchodzących w skład Dzieł zebranych tego autora.

[2] Por. przybliżenie, ważne dla rozumienia przywoływanej tutaj filozofii nowożytnej: J.  L e g o w i c z,  Racjonalizm idealistyczno-subiektywny Berkeleya [w:] tegoż, Zarys historii filozofii. Elementy doksografii, Warszawa 1983, s. 324–327.  

[3] K.  A j d u k i e w i c z,  Stosunek zjawisk fizycznych do psychicznych [w:] Zagadnienia i kierunki filozofii,

  Warszawa    1983, s. 155-156.

[4] K.  A j d u k i e w i c z,  Klasyfikacja rozumowań [w:] Język i poznanie. Wybór pism z lat 1945-1963,

  Warszawa 1985, s. 211.

[5] Najpełniej owa fantastyka wyrażona została w poetyckiej prozie Miłosza. Zob. np. ów fragment o diabłach

  w powieści Dolina Issy, Kraków 2000, s. 12–14.

[6] Podróż, w. 29–32.

[7] Grozę chmur ukazuje też Miłosz w szeroko komentowanym, katastroficznym wierszu pt. Obłoki, z tomu

 Trzy zimy (1936).

[8] Podróż, w. 33–36.

[9] Ważne są tutaj odniesienia do myśli Heraklita z Efezu, który zajmuje szczególne miejsce w twórczości Miłosza. Pisałem o tym w pracy. pt. Miłosz i rzeka Heraklita, czyli o przemijaniu ludzi i rzeczy [w:] Polscy nobliści literaccy, Bydgoszcz 2003, s. 121–137. W tekście tym czytelnik znajdzie odniesienia do tekstów innych badaczy, którzy także zajęli się tym problemem, m. in. do artykułów i książek Aleksandra Fiuta oraz Jana Błońskiego.

[10] Podróż, w. 37–38.

[11] C z.  M i ł o s z,  Pożegnanie, z tomu Ocalenie [w:] Cz. Miłosz, Wiersze, t. 1, op. cit., s. 227.

[12] Por. J.  L.  A u s t i n,  Performatywy i wypowiedzi konstatujące [w:] tegoż, Mówienie i poznawanie. Rozprawy i wykłady filozoficzne, Warszawa 1993, s. 553–556.

[13] C z.  M i ł o s z,  Po ziemi naszej cz.6, [w:] Dzieła zebrane, Wiersze t. 2, s. 317. 

[14] Por. D. T.  L e b i o d a,  Piekło Williama Goldinga, „Miesięcznik Literacki” 1989, nr 2–3 (268–269).

[15] S.  B a r a ń c z a k, Język poetycki Czesława Miłosza, „Teksty” 1981, nr 4–5.

[16] E.  L é v i n a s,  Twarz i etyka [w:] Całość i nieskończoność. Esej o zewnętrzności, przeł. M. Kowalska, Warszawa 1998, s. 242. 

[17] C z.  M i ł o s z, Język literatury… z tomu  Nieobjęta ziemia [w:] Dzieła zebrane, Wiersze t. 4, s. 39.

[18] Zapisane wczesnym rankiem mową niewiązaną, Moja wierna mowo, z tomu Miasto bez imienia

 [w:] Dzieła zebrane, Wiersze t. 3, s. 85.

[19] Tamże.

[20] M. Heidegger, Bycie-tu-oto i mowa. Język [w:] Bycie i czas, przeł. i przedmową opatrzył B. Baran,

 Warszawa 1994,  s. 234.

[21] Zapisane wczesnym rankiem… dz. cyt.

BROMBERG (21)

Wili nie krył złości, gdy wsiadł do samochodu, a potem burkliwym tonem wydawał polecenia kierowcy. Szybko znaleźli się na podmiejskim lotnisku, gdzie na rozkaz Alvenslebena miał przywitać gościa z Berlina, przylatującego by przeprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa sekretarki szefa. Nakazał kierowcy zgasić silnik i pozostać w aucie, a sam wyszedł na powietrze, gdzie poczuł powiew chłodnej wrześniowej nocy. Po upalnych dniach, kiedy trudno było wytrzymać w mundurze i oficerkach, wraz z gęstą ciemnością pojawiał się chłodny wiatr i temperatura spadała do kilku stopni w skali Celsjusza. Teraz to powietrze otrzeźwiło go i zaczął rozmyślać o zdarzeniach ostatniego dnia, nie mogąc uwolnić się od obrazu Herthy, zmasakrowanej przez niego w nieświadomym ataku furii. Była już prawie dziewiąta wieczorem i ciemność szczelnie oplotła przestrzeń lotniska, a tylko przy ogromnym hangarze i placyku jasno świeciły lampy na wysokich słupach i wartownicy z karabinami na ramionach raz po raz przechodzili przy płocie z kolczastego drutu. Minęło może dziesięć minut i  w oddali dał się słyszeć warkot silnika samolotu, który szybko spotężniał. Jednocześnie na placyk przyjechał spory furgon z czarnymi krzyżami na bokach, ale nikt z niego nie wysiadł. Willi zauważył w górze czerwone światła pozycyjne i już po chwili wielki trzysilnikowy Ju-52 wylądował na pasie startowym i zaczął kierować się na plac, gdzie stanęły samochody. Wielkość samolotu i moc jego silników ocenić można było dopiero, gdy przybliżył się na odległość pięćdziesięciu metrów. Dopiero wtedy piloci wyłączyli napęd, a steward w czarnej oficerce ze znakiem Luftwaffe otworzył drzwi i spuścił na dół blaszane schodki. Przez chwilę nic się nie działo, aż wreszcie w drzwiach pojawił się mężczyzna średniego wzrostu, w tyrolskim kapeluszu otoczonym zielonym sznurem, z filuternie dopiętą wiązką piórek bażanta i przepiórki. Ubrany był w długi czarny płaszcz z błyszczącej skóry, a na nogach miał wyglancowane oficerki. Energicznie zbiegł po schodkach, nie trzymając się nawet barierki i skierował się w stronę Williego. Stając przy nim stuknął lekko butami, uniósł prawą dłoń w górę w geście nazistowskiego powitania i powiedział:

– Hajtla…! Witam panie SS-untersturmführer… Jestem SS-Sturmbannführer Franz Neumann…

Willi spojrzał na dygnitarza i od razu wydało mu się, że już gdzieś go widział, inaczej ubranego i młodszego, w jakiejś sytuacji w Berlinie. Jeszcze przez mgnienie zastanawiał się, ale obrazy oddaliły się od niego, gdy usłyszał meldunek i pospieszył z odpowiedzią:

– Jestem Willi von Otter… Witamy pana SS-Sturmbannführera w Brombergu, znowu niemieckim…         

– Lot mieliśmy trudny i trochę nas trzęsło, ale przecież to jest samolot, którym lata führer, Reichsführer SS, nasi generałowie i marszałkowie… To najbezpieczniejszy samolot świata, sprawdzony jeszcze w wojnie w Hiszpanii…

– Szczerze powiem, że zdziwiłem się, że tak wspaniałą maszyną pan przyleciał – powiedział Willi z lekkim przekąsem, a potem dodał – słyszałem, że ten Junkers ma zapadnię pod fotelem, który w razie katastrofy może być zwolniony i swobodnie opaść na spadochronie… Tylko nie wiem, czy to nie jest jakaś fantazja…

– O nie panie untersturmführer, ten wynalazek ma chronić najważniejsze osoby w naszym państwie, to szczera prawda…Udostępniono mi ten samolot ledwo na trzy godziny i za specjalnym wstawiennictwem frau Himmler…

– To interesujące… – powiedział Willi czując, że zimna strużka potu spływa mu po plecach – Pańska misja musi mieć wielkie znaczenie dla Rzeszy…

– No nie przesadzajmy… – zaperzył się gość – jestem przekonany, że raport SS-standartenführera Alvenslebena jest rzetelny i wyjaśnia sprawę… To ta żydowska łajza ją zamordowała…Przyleciałem jednak sprawdzić wszystko, bo sprawą zainteresował się Reichsführer SS i jego żona…której serdeczną przyjaciółką jest matka pani Kiebitz… Dostałem też zadanie dodatkowe, ale o tym porozmawiamy kiedy indziej… Teraz zajmijmy się transportem zwłok tej nieszczęsnej kobiety… Przywiózł je pan zapewne tą ciężarówką…

Willi zdrętwiał z przerażenia i znowu poczuł zimny pot na plecach, ale opanował się szybko i powiedział:

– Mój przełożony nic mi o tym nie powiedział i prawdę powiedziawszy myślałem, że ciężarówka należy do obsługi lotniska… Ale teraz rozumiem dlaczego przyjechała po moim pojawieniu się tutaj.

– Proszę wydać rozkaz natychmiastowego przeniesienia trumny do samolotu, bo maszyna musi wracać do Berlina…– zadecydował Neumann przyglądając się uważnie twarzy młodszego rangą oficera.

Willi zauważył to zainteresowanie i znowu wydało mu się, że widział gdzieś tego mężczyznę. Wydał stosowne rozkazy i z zimna krwią przyglądał się jak żołnierze przenoszą metalową trumnę z furgonu do samolotu. Nie było w nim żadnych uczuć, jakby kobieta, z którą się kochał była ledwie jednym z cieni przeszłości. Jakby nie istniała, a to, co się zdarzyło było opowieścią z innych czasów i miało związek z innymi ludźmi. To samo czuł, kiedy dowodził rozstrzeleniami Polaków, a nawet, gdy strzelił w główkę małej dziewczynce przy katolickim kościele. Jego życie w armii składało się z rozkazów, które gorliwie wykonywał, wspomagając się Pervitinem, a wszystko inne było jak sen. Teraz miałby już problem z przypomnieniem sobie jaką twarz miała Hertha, bo w matowej pamięci pozostał tylko obraz zmasakrowanych zwłok.  Jego psychika funkcjonowała w dziwny sposób, wypierając to, co było jej niepotrzebne i anektując fantomy. Dlatego nosił teraz w myślach starego Żyda, który podstępnie wszedł do domu Herthy i ją zamordował.

– Myślałem, że będę mógł choćby spojrzeć na zwłoki, ale widzę, że trumna została zalutowana…– wyraził swoje niezadowolenie Neumann.

– To nie była moja decyzja… – usprawiedliwiał się Willi – gdybym wiedział, że pan zechce dokonać autopsji, wydałbym właściwe rozkazy.

– Nic nie szkodzi, ciało poczeka na mnie w chłodni berlińskiego szpitala wojskowego, a przecież nie zabawię długo w Brombergu.

Nie czekając aż samolot odleci mężczyźni wsiedli do samochodu Williego i zajęli dwa miejsca z tyłu. Jadąc ku centrum miasta podjęli znowu rozmowę.

– Pan wybaczy untersturmführer, ale mam wrażenie, że już się kiedyś spotkaliśmy…- powiedział przybysz zdejmując kapelusz i kładąc go na kolanach.    

To samo uczynił willi ze swoją czapką, jakby chciał odsłonić całą głowę i pomóc współpasażerowi w rozwikłaniu zagadki. Sam też wysilił pamięć i nagle przyszło olśnienie. Uśmiechnął się i powiedział:

– Jak tylko pana zobaczyłem, też miałem takie myśli, a teraz wreszcie sobie przypomniałem. Siedzieliśmy obok siebie w Berlinie, podczas obrony doktoratu mojego przyjaciela z dzieciństwa Wernhera von Brauna…Nawet wtedy wymienialiśmy jakieś uwagi…

– O!!! Tak!!! Zgadza się… – pan musi mieć lepszy umysł ode mnie, bo ja miałbym kłopot, by to sobie przypomnieć…– wykrzyknął podniecony Neumann i dodał – to mamy tego samego przyjaciela.

– Niestety moje więzi z nim zerwały się, chociaż ostatnio z sentymentu pojechałem do Wirsitz by odświeżyć w pamięci miejsca szczególne dla nas. Wspinaliśmy się tam na wysokie skarpy, biegaliśmy po ulicach i placach, a najbardziej lubiliśmy włóczyć się po cmentarzu i ruinach dawnej fabryki… – wyjaśniał Willi.

– No, Wernher jest teraz bardzo ważną osobą w Rzeszy, spotyka się często z führerem – ciągnął wątek rozmowy SS-Sturmbannführer – stale gdzieś lata samolotem. Wiem nieco więcej, ale to tajemnica wojskowa…

– Rozumiem i nie mam zamiaru się dopytywać… – powiedział służbiście Willi, choć bardzo zainteresował go ten specjalny sekret.

–  Liczę na pana pomoc w sprawie zabójstwa Herthy Kiebitz – zmienił temat rozmowy przybyły dygnitarz – Muszę przesłuchać wszystkie osoby, które miały z nią kontakt. Pańskie nazwisko też figuruje na liście, którą przesłał nam pana przełożony…

– To były tylko okazjonalne kontakty służbowe, gdy przybywałem do siedziby SS-Standartenführera Alvenslebena i meldowałem się u tej sekretarki… – przyznał Willi i odwrócił głowę w druga stronę, jakby przyglądał się, gdzie już się znaleźli.

– Gdzie zostanę zakwaterowany? – zapytał gość.

– Na razie w pięknym hotelu Danzinger Hof, przy głównej ulicy miasta, ale szef już szuka dla pana jakiegoś mieszkania, blisko jego biura. Bardzo zależy mu na wyjaśnieniu sprawy – informował untersturmführer.

– Właśnie dlatego tutaj jestem…– powiedział z tajemniczą miną Neumann – a potem dodał – Ja doktorat zrobiłem z daktyloskopii i jestem głównym konsultantem naszej armii w tym zakresie…

– Nigdy nie słyszałem o takiej dziedzinie nauki… – zdziwił się Willi.

– No tak, bo to nawa gałąź zajmująca się badaniem linii papilarnych, zainicjowana przez Francisa Galtona, wielkiego uczonego i kuzyna Karola Darwina – wyjaśnił wyższy rangą oficer

– Przepraszam, ale nic nie wiem na ten temat – ciągnął rozmowę Willi.

– Chodzi o badanie odcisków palców, które przestępcy pozostawiają na przedmiotach w miejscach zbrodni lub rabunków – dopowiedział Neumann i z uśmiechem dodał – mógłbym panu zrobić wykład pożytkując się moim doktoratem. Niebawem zostanie on wydany w formie książki i będzie pan mógł zapoznać się z tą dziedziną. Na razie powiem panu tylko, że pierwsze odciski palców znaleziono przy malowidłach naskalnych z neolitu i tak przenikliwi uczeni jak  Henry Faulds, Williama Herschel i wymieniony wcześniej Galton opracowali techniki śledcze polegające na porównywaniu tych śladów. To jakby podpisy pozostawione przez przestępców.

– To niezwykle interesujące… i chętnie zapoznam się z pana książką… – powiedział Willi czując jak włosy stają mu dęba na głowie.

Jego myśli pobiegły gorączkowo ku mieszkaniu Herthy i zaczęły krążyć wokół sprzętów, na których mógłby zostawić jakieś ślady. Uspokoił się trochę, gdy przypomniał sobie, że wybuch gazu zdemolował tam wszystko. Jeszcze raz rzucił okiem za okno i spostrzegł, że samochód dojeżdżał już do hotelu, stając niemal przy wielkim wejściu. Mężczyźni wysiedli sprawnie i skierowali się ku wykwintnemu budynkowi z wielką rzeźbą orła na szczycie dachu.

– Nie przypuszczałem, że w Brombergu są takie wspaniałe budynki i eleganckie hotele…teraz rozumiem dlaczego niektórzy mówią o tym mieście mały Berlin  – powiedział Neumann.

– To jednak prowincja, której daleko do naszej stolicy… – zaoponował Willi i dodał z melancholią w głosie – Mam nadzieję, że za długo tutaj nie zabawię… wszystko wszakże w rękach dowódców…

– Nie tylko… – powiedział z dziwnym wyrazem twarzy ekspert – Wszystko zaczęło się w Lesie Teutoburskim… wszędzie pełno jest duchów naszych przodków…i to one decydują o naszej przyszłości…     

KASZUBY – KASZËBË

Widok na Pojezierze Kartuskie z wieży widokowej na Wieżycy

Kilka ostatnich dni spędziłem na Pojezierzu Kartuskim, zamieszkanym głównie przez Kaszubów. Powszechniejsza jest inna nazwa tego regionu: Pojezierze Kaszubskie, ale z racji tego, że Kaszubi zamieszkują także sąsiednie mezoregiony, poprawniejsza jest ta pierwsza. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, z tego, że jest to kraina najwyżej położona ze wszystkich pojezierzy pomorskich, a urokliwe akweny natura rozmieściła na wysokości od 149 do 216 metrów nad poziomem morza. Łatwo zatem możemy sobie wyobrazić, że gdyby nie istniały zapory morenowe, zalesienia i wysoko położone łąki, wody jezior szybko spłynęłyby do morza. Na szczęście tak się nie stało i możemy cieszyć się wspaniałymi widokami rynnowych akwenów, poprzetykanych wzgórzami, z których spływają niewielkie rzeki: Radunia, Reda, Łeba, Motława, Wierzyca, Słupia i Łupawa. W okolicach Miastka zaczyna także swój bieg Brda, która po drodze rozrasta się do sporych rozmiarów i dopiero w Bydgoszczy (konkretnie w dzielnicy Łęgnowo) wpada do Wisły. Nie trzeba chyba przekonywać, że tereny Kaszub są rajem dla wędkarzy i rybaków, którzy od wieków ciągnęli sieci z jezior, czasem wykorzystując do tego mocarne konie holenderskie. Niezwykle interesujący jest też świat pojezierskiej przyrody, zarówno w zakresie ichtiologii, jak i ornitologii i szerszej zoologii, a zajęcie znajdzie tutaj i rozpromieni się też botanik, biolog i badacz środowiska naturalnego. Stając na wyniosłych wzgórzach i mając przed sobą granatowe soczewki jezior, czułem się znakomicie i przypominała mi się moja młodzieńcza piesza wyprawa wzdłuż jezior mazurskich, z Rucianego-Nidy, poprzez Mikołajki i Ryn, aż do Giżycka i Węgorzewa. Planowane obejście jeziora Śniardwy okazało się wtedy niemożliwe, ale i tak przedsięwzięcie było wielkim sukcesem i przyczyniło się do rozszerzenia moich zainteresowań naturalistycznych. Teraz, będąc na Pojezierzu Kartuskim z uwagą przyglądałem się ptakom i zwierzętom leśnym, a podczas wędrówki na najwyższy szczyt tych ziem, zauważyłem, że w liściastych lasach dominują buki, dęby, graby pospolite, lipy drobnolistne, olchy, czasem jesiony wyniosłe i jawory, a z drzew iglastych – sosny zwyczajne i nasadzane przez ludzi świerki pospolite. Droga na Wieżycę (328 metrów n.p.m.) była wspaniałym zwieńczeniem wyprawy kaszubskiej, a wejście na wyniosłą wieżę widokową, lekko chwiejącą się na wietrze, otworzyło przede mną magiczną przestrzeń krajobrazową. Trudno się dziwić, że przez wieki tyle armii próbowało skolonizować te ziemie i wykorzenić rdzenny lud, który oparł się wszystkim nawałom. Widać to na każdym kroku, w miastach, miasteczkach i wsiach, a nade wszystko słychać, za sprawą integralnego i jakże interesującego języka kaszubskiego, pojawiającego się także na drogowych tablicach informacyjnych i w miejscach użyteczności publicznej.

Nie obyło się też bez wyprawy nad morze
Jeziora – naturalne bogactwo Kaszub
Sielskość kaszubskiego krajobrazu
Drzewa porastające wzgórza
I jeszcze jedno spojrzenie z Kaszubskiej Wieży Widokowej

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XIII)

Ilekroć Yasmen przybywał w okolice Pośledniej Wieży czuł niepokój i próbował sondować wzrokiem gęstość ciemnej otchłani u jej podstawy, która jak magiczne wrota strzegła dostępu do wnętrza. Nigdy nie usłyszał w sobie zgody na wniknięcie w nią, więc trzymał się z daleka lub krążył w okolicy z nadzieją, że nagle, nie wiadomo skąd, pojawi się jakiś szept w jego myślach albo rozświetli się kształt archanioła, wskazującego rozognioną piką kierunek lotu. Myślał, że jest ważny dla przestrzeni niebieskich i czuł się sfrustrowany, gdy po raz kolejny podążał ku dalszym przestrzeniom. Tym razem jednak było jakoś inaczej, wnętrze wieży przyzywało go ku sobie i dawało także przyzwolenie, na lot członkom jego oddziału. Nakazał braciom zatrzymać się w bezpiecznej odległości  i odezwał się bezgłośnie:

– Tyle razy tutaj byłem i tyle stuleci czekałem na tę chwilę… ale teraz czuję, że spełni się nasze pragnienie i przekroczymy niewidzialną bramę… Przypominam wam, że jesteśmy tutaj by zbliżyć się do Tego, który stworzył wszystko i pozwolił nam istnieć w nowych kształtach i wymiarach…

Nikt nie śmiał komentować słów dowódcy, choć kilka aniołów wierciło się w miejscu niespokojnie, a Okinages jakby zastygł w przestrachu i drapał się po lewym skrzydle. Wszyscy wiedzieli, że kiedyś miał pstro w głowie,  uwielbiał latać od stanicy do stanicy i robić psikusy innym skrzydlatym duchom, wiązać niepostrzeżenie skrzydła osnową niebieską, a potem patrzeć jak bezradne kadłuby spadają w granatową przepaść. Zawsze im potem pomagał, ale najpierw sycił się całą sytuacją, przynajmniej do chwili, gdy któregoś dnia nie usłyszał w sobie straszliwych słów, spotęgowanych echem ziemskiego gromu: Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się okaleczeńców…[1] Od tamtej chwili zaprzestał żartów, zaczął częściej się modlić i rozważać boskie tajemnice, a raz nawet ujrzał we śnie łagodną twarz archanioła, zdającego się dawać mu wzrokiem znak, że jest zadowolony z przemiany niesfornego anioła. Teraz wątpliwości wróciły i Okinages zaczął powoli przesuwać się ku tyłowi oddziału, przekonany, że dla niego brama pozostanie zamknięta. Jego lęk jednak ustąpił, gdy zobaczył, że Yasmen wpatruje się ku górze i daje głową znaki, jakby potwierdzał zrozumienie jakiegoś polecenia.

 Zaiste Yasmen wyczuł, a potem zobaczył nad sobą archanioła, wskazującego mu drogę ku wielkim mistycznym wrotom. Tylko Okinages to zobaczył, a reszta oddziału uznała, że decyzja przywódcy była samoistna, powodowana energią chwili.  Jego wyciągnięta dłoń i środkowy palec wyraźnie wskazywały głuchą otchłań, ku której wolno ruszyli, dziwiąc się, że tak łatwo im to przyszło. Już po chwili znaleźli się pośród doskonałej czerni mającej dziwne właściwości, otaczania ich i przenikania na wskroś, a przy  tym wzmacniania barw ich piór i strojów. Świetlista czerń jakby przydała im urody i obwiodła nicią konturów wszystkie elementy, całe postaci i najdrobniejsze ich cząstki. Lecieli tak dość długo, choć wydawało się im, że szybko wypłynęli z mroku i tylko Yasmen poczuł, że minęło sto ziemskich lat zanim otworzyła się przed nimi nowa przestrzeń. Był to wielki sad, pełen drzew wiśniowych i czereśniowych, zielonych gęstwin sercowatych liści, pośród których widać było mnóstwo czerwonych, pomarańczowych i żółtawych owoców. W jednej chwili zrozumieli, że jakaś przedwieczna moc chciała by zmienili się w wilgi, tanagry i kardynały i lekko przysiedli na gałęziach. Yasmen był teraz żółtą wilgą i zaczął jeść owoce wiśni, dając do zrozumienia reszcie stada, że powinni uczynić to samo. Tuż przy nim ulokowała się szkarłatna tanagra Olinopasa, z wielkim smakiem pochłaniająca czereśnie, raz po raz muskająca lekko pióra przywódcy. Dopiero teraz poczuli jak bardzo byli głodni i jak łaknęli posiłku, dopiero tutaj zaczęli sycić głód i ucieszyli się obfitością owoców. Posiłek był przedni, ale też przestrzeń w której się znaleźli dała im wiele radości – nagle jakże lekkie ciała anielskie zdały im się ciężkie, a przeistoczenie w kształty ptasie uwolniło ich od niebieskiej grawitacji. Właściwie dopiero tutaj zdali sobie sprawę z tego, że podlegali jej prawom i musieli codziennie ją pokonywać. Teraz wszystko stało się lekkie jak piórko, a przefruwanie z gałęzi na gałąź i pochłanianie owoców, generowało uczucie rozkoszy. Jedno tylko ich zajmowało i bezgłośnie przekazywali sobie tę wątpliwość:

– Bracia, czy to jest realne…? Czy można być tak szczęśliwym…? W jaki sposób przestrzeń w wieży rozdęła się do tak ogromnych rozmiarów…?

Yasmen słyszał ich wewnętrzne szepty i też rozkoszował się nową rzeczywistością, czując jednocześnie, że został dopuszczony wraz z oddziałem do jakiejś tajemnicy. Coś mu majaczyło w głowie z czasów ziemskiej egzystencji i przez ułamek sekundy zobaczył dziwnie powykręcanego, schorowanego człowieka na wózku, który bezgłośnie, ruchem źrenic mówił o ekstremalnej gęstości we wnętrzu czarnej dziury. Przez mgnienie zobaczył też długowłosego siwego starca o imieniu Albert, mówiącego o względności wszechrzeczy i innego mężczyznę, Rogera, komentującego jego prace, formułującego teorię odwiecznych eonów, kolejnych wielkich wybuchów, rozprężania się przestrzeni i powrotu do niewyobrażalnej wprost, pierwotnej gęstości materii.

– Bracia… – odezwał się w nich pewnym głosem – Nie znaleźliśmy się tutaj bez powodu… Ktoś chciał byśmy pożywili się przed dalszą drogą i odczuli jak piękne jest istnienie w bliskości Boga… Tak musieli czuć się pierwsi ludzie w raju…

– To cudowne doświadczenie Yasmenie – odważył się odezwać Olinopas – i jakże wspaniale teraz wyglądasz, przyobleczony w żółte pióra…

– Ty też wyglądasz pięknie bracie w szacie ziemskiej tanagry i szkarłatnego kardynała… – potwierdził Yasmen i dopiero po chwili przypomniał sobie, że nie powinien jawnie uzewnętrzniać swych odczuć…

Inne ptaki, przyobleczone w niebieskie, zielone, pomarańczowe i fioletowe pióra poruszyły się niespokojnie, jakby na chwilę przestraszone dialogiem przywódcy stada i siedzącego przy nim krwiście czerwonego ptaka. Wciąż głodni nowych owoców, przelatywali z drzewa na drzewo i z gałęzi na gałąź, aż znaleźli się na skraju sadu, za którym połyskiwała świetliście niebieskawa, galaretowata mgła. Yasmen pierwszy odważnie podążył ku niej, natychmiast przeobrażając się z powrotem w anioła. Inni widząc to też wzlecieli nad drzewa i pomknęli ku zapraszającej ich niebieskości. Tylko nieco grubawy Keleken, obleczony piórami szpaka, ociągał się trochę jakby bał się czegoś. Nagle w świadomości wszystkich pojawił się przeciągły świst i nie wiadomo skąd nadleciał wielki krogulec, wbijając szpony w pierś Kelekena, który w jednej chwili zamienił się w czarną salamandrę i skruszał, zamienił się w sadzę zniknął bez śladu.

– Pan pośle swoich aniołów z trąbą o głosie potężnym, i zgromadzi wybranych z czterech stron świata, od jednego krańca nieba aż do drugiego[2] – metaliczny głos zabrzmiał we wszystkich umysłach jednocześnie.

Yasmen ponownie wskazał kierunek lotu i wszyscy, jak na komendę szepnęli: Amen…

[1] Św. Paweł, List do Filipian 3, 2.

[2] Ewangelia wg św. Mateusza 24, 31.

* * *

Kilka dni temu ocaliłem życie sporej ćmie, która wpadła do kuchni… Początkowo chciałem trzasnąć ją łapką na muchy, ale zauważyłem piękny wzór na skrzydłach nocnego lotnika i pomyślałem, że jej życie jest tak samo kruche jak moje. Sięgnąłem po szklankę i przezroczysty podstawek i najpierw nakryłem owada, a potem delikatnie wsunąłem talerzyk pod spód. Z tak uwięzioną ćmą poszedłem na taras i wypuściłem ją na wolność. Widok tego istnienia, które zatrzepotało w powietrzu i szybko zniknęło w mroku dodał mi otuchy, ale też przypomniał czasy dzieciństwa, kiedy to zabijanie owadów było tak oczywiste dla chłopców i dziewcząt, jak strzepywanie pyłków z ubrań. Myślę, że tak samo jest z naszymi bytami, które wciąż ocierają się o śmierć, nie zdając sobie z tego sprawy. Wspaniały, zjawiskowy kosmos zdaje się być naszym sprzymierzeńcem, ale w jednej chwili może zamienić się w straszliwego destruktora nieostrożnych i jakże pewnych siebie ludzkich ciem…  

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (7)

Leszek Czuchajowski

Książki poetyckie zawierające wiersze ułożone w cykle stają się rozległymi poematami. Rodzajem takiego utworu jest zatem też książka Leszka Czuchajowskiego wypełniona lirykami o aniołach. Autor podjął odważną próbę powiedzenia czegoś nowego o postaciach symbolicznych, które mają tak wielką literaturę w teologii chrześcijańskiej, w egzegezach, w tekstach źródłowych, a także w licznych książkach na temat malarstwa, sztuki rzeźbiarskiej czy obszaru twórczości ludowej. Od dziecka obcujemy z tymi duchami i tworami wyobraźni ludów Bliskiego Wschodu i wielu innych kultur, bo przecież jeszcze naszą dziewiczą wyobraźnią rządzi opowieść rodziców o aniele stróżu, dziecinnym językiem wypowiadamy kierowaną ku niemu modlitwę. Potem tych aniołów przybywa, bo pojawiają się w niewielkiej książeczce do nabożeństw, na obrazach w kościele, w licznych przedstawieniach rzeźbiarskich na cmentarzu czy w muzeum. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wielki jest wpływ symboliki anielskiej na nasze życie, na nasze wyobrażenia o raju i Bogu, a nawet – na zasadzie kontrapunktu – o szatanie i piekle. Pomysł napisania tego cyklu wierszy ma swoje korzenie podczas pewnej krakowskiej kolacji, w której uczestniczył autor  – jak pisze Józef Baran: Przypominam sobie, że podczas owej kolacji , w ogródku–wypuście  krakowskiej knajpki, siedział obok malarki i wypytywał ją z ożywieniem o wystawę, której tematem były anioły. Malarka Barbara sama brała udział w pewnej wystawie jako autorka jednego z kilkudziesięciu ogromnych aniołów, które powstawały na przełomie lat 1996 i 1997. Podczas wernisaży nowo powstałe anioły każdorazowo dostępowały zaszczytu uroczystego rozwinięcia na ścianach krakowskich kamienic… Odbyło się też parę zbiorowych ekspozycji. Dopiero w jakiś czas potem zrozumiałem, jak istotna była ta rozmowa dla Leszka i jego angelologii. Józek zwraca też uwagę na to, że symbolika anielska musiała już wcześniej drążyć wyobraźnię autora, a owo zdarzenie w ogródku było zaledwie impulsem, jakby przeskokiem iskry, która spowodowała ów liryczny wybuch.

Aniołowie i anielice Czuchajowskiego są niespotykaną strukturą wyobraźniową, jakby swoistą mieszanką kulturową. Ich świat to liczne pogranicza – kultury masowej i wysokiej, sztuki ludowej i wielkiego malarstwa, wreszcie mitu i wierzenia prostych ludzi, od dawien dawna uprawiających rolę i widzących skrzydlate twory we śnie, albo nad horyzontem kończącego się dnia. Ale przecież wiersze te są wywarzonymi konstrukcjami lirycznymi, które więcej mówią o autorze, niż o kreowanym świecie. Widać z nich jak obolała i wrażliwa jest wyobraźnia tego profesora chemii, tego profesora liryki. Jakże wiele można wyczytać z nich o nim samym i o jego genealogii rodzinnej, kulturowej, imaginacyjnej. To jest książka o bolesnej tęsknocie za pięknem tak czystym jak anioł, tak czystym jak powietrze, bo przecież – jak podpowiada Bachelard – aniołowie są jakby złożeni z powietrza, czyli z czystości, czyli są niematerialni, jak nasze myśli, jak uczucia, jak tęsknoty. To doskonale widać w utworach składających się na ten poemat. To jakby wielka, ciągnąca się od kresu świata, po kres nieba, połonina niebieska, gdzie twory anielskie bytują, „pasą” się, odgrywają nieustający spektakl, a nade wszystko wciąż śledzą zachowania ludzi, stale gotowi są pomagać, wspierać, a kiedy trzeba i łajać ludzi. Ta poezja, z racji narracyjnego charakteru zbliża się nieco do klimatu Spoon River Anthology Egara Lee Mastersa, ale też wiele ma z ludowej piosenki, wiele z poezji polskiej o korzeniach ludycznych, wiele wreszcie z mądrości człowieka, który poznał różne kultury i umiał z nich wysyntetyzować to, co najistotniejsze, to co ma wartość uniwersalną. Jakże rozległa jest tutaj gama środków i poetyckich „chwytów” – od subtelnej ironii do nieomal farsy, od symboliki chrześcijańskiej do nieomal herezji, od lekkości piosenki, do nieomal przepaści metafizycznej, wreszcie od subtelnego dźwięku pasterskiego fletu, do nieomal surrealistycznej kakofonii. Tego rodzaju określniki można by mnożyć, ale przecież istota tej poezji jest w gruncie rzeczy poza opisem i poza słowem – żyje w wyobraźni i najpełniej w niej funkcjonuje. Poemat anielski Leszka Czuchajowskiego jest ważkim osiągnięciem w jego dorobku i we współczesnej poezji polskiej. Osiągnięciem tym cenniejszym, że prezentującym wizję świata uśmiechniętego i z uśmiechem otwierającego się dla człowieka. Rację zatem ma Baran gdy pisze: Pod koniec stulecia, gdy w sztuce współczesnej szaleją postmodernizmy, a bohaterem artystów wydaje się raczej diabeł – powstały niepoprawnie słoneczne wiersze Leszka Czuchajowskiego. Dodajmy, wiersze słoneczne i aniołowie we wszystkich zakresach rozszczepiającego się w poezji światła…

________

Leszek Czuchajowski, Wszyscy moi aniołowie, wyb. i wstęp Józef Baran, Wydawnictwo Baran i Suszczyński, Kraków 1998, s. 124.       

    

* * *

Wiersze Leszka Czuchajowskiego dla jego zmarłej tragicznie żony czyta się z bólem i smutkiem. Mówią one o kobiecie, która bezpowrotnie odeszła, ale też i o przemijaniu chwały tego świata. Przypominają, że jesteśmy chwilowi i nie możemy przywiązywać się do miejsc i rzeczy, a to co zsyła Bóg powinniśmy przyjmować jako dar. Ludzie często żyją jakby ich egzystencja miała trwać setki, tysiące lat, a kiedy przydarza się tragedia, nie potrafią sobie z nią poradzić, nie umieją sprostać nieodwracalności śmierci. Idą do przodu nie oglądając się za siebie, nie sumują dokonań, zostawiają to na nie wiadomo kiedy,  zostawiają dla nie wiadomo jakiej przyszłości. Czuchajowski opowiadając Zuzannie świat po jej śmierci, przywraca go każdemu czytelnikowi. Te treny są bolesnym wołaniem o opamiętanie, o znalezienie siebie w gmatwaninie życiowych dróg, wreszcie o zrozumienie logiki przemijania. Jak zły sen wraca w tych wierszach chwila nieszczęśliwego wypadku, a poeta analizuje swoje zachowania, szuka odpowiedzi na pytanie o sens tego zdarzenia. Nie potrafi pogodzić się z nieodwracalnością i niemożliwą do zaakceptowania śmiercią kogoś, kto był miłością i miłość dawał, kogoś, kto był synonimem pulsowania żywej krwi i niewyrażalnej czułości. Jakże pięknie poeta odtwarza w kolejnych cząstkach lirycznych portret ukochanej, to jest opowieść o delikatności, która była wyrzutem w świecie bez uczuć i bez ciepła. To jest przybliżanie czytelnikowi kobiety kochającej i dającej szczęście w miłości. Świat nie lubi szczęścia i wstydzi się czystych uczuć, a dopiero tragiczna śmierć nadaje im wymiar ostateczny. Tutaj nic już się jednak nie zmieni, a ta czysta miłość pozostanie taką miłością na zawsze i chociaż to jest pokrzepiające.

Jakże wiele można z tych lamentacyjnych wierszy wyczytać o życiu i szacunku tych dwojga ludzi. Ile w nich sakralnych odtworzeń chwil, które odeszły na zawsze. Tylko mężczyzna kochający i adorujący kobietę potrafi tak o niej mówić, tylko prawdziwe uczucie rodzi taką lirykę. Smutną, ale przecież wychyloną ku życiu i stale przenoszącą eschatologię na przejawy realnego trwania. Przy całym tragizmie tej sytuacji Czuchajowski ma świadomość tego, że pozostał, żeby dawać świadectwo i stale przypominać, że Zuzanna istniała… i istnieje, w innym wymiarze, w innych przestrzeniach, ale… istnieje. I nie jest to tworzenie prywatnego mitu, który po latach wypierają inne mity, raczej gorąca wiara, że tak naprawdę nie umieramy, nie znikamy bezpowrotnie, a jedynie zmieniamy powłokę. To jest opowieść o miłości idealnej, która była taką wtedy i jest taką teraz. Jak mówi Józef Baran, przyjaciel i wydawca poety, te wiersze są hymnem na cześć Miłości, która – trawestując Biblię – jest najważniejszą ze wszystkich rzeczy. Czuchajowski wpisuje się swoją książką w tradycję polskich wierszy żałobnych, ale nie są to przecież treny w takim znaczeniu, w jakim znamy je z tradycji utrwalonej w dziele Kochanowskiego. To są treny nowoczesne, w których odnajdziemy i charakterystyczną dla poezji amerykańskiej narrację, i błyskotliwy skrót, i wreszcie elementy epitalamium. Bo poeta tęskni, ale nie przestaje wielbić, płacze, ale nie przestaje się modlić, boli go ta strata, ale nieomal czuje fizyczną obecność żony. Jakże rzadko czytamy tego rodzaju wiersze, będące odbiciem miłości do wybranej towarzyszki życia. Poetów fascynują kochanki, przygodnie poznane dziewczyny, wspominają oni chętniej to co wykracza poza ramy konwencji, poza obręb szczęścia rodzinnego. Tutaj epikurejski ton jest czymś oczywistym, a miłość do żony wyrazem uczciwości i oddania. Dlatego wiersze Czuchajowskiego są jednak krzepiące, są pełne pozytywnych treści – dowodzą bowiem, że możliwe jest spotkanie ludzi kiedyś obcych, a potem tak sobie bliskich, że nieomal czujących jeden rytm serca, jedno pulsowanie krwi i jeden oddech.

Poeta daje żonie wspaniałą opowieść o świecie bez niej i jednocześnie uświęca ją w wierszu niczym   t r e ś ć    d u c h o w ą, od zawsze będącą w świecie i od zawsze istniejącą w ludzkich wymiarach. Dlatego często – jak na treny – uśmiecha się i roni łzę radości. I choć są to Uśmiechy milczenia, to niosą one pokrzepienie, dają wiarę w nieustający  b y t.  I choć pojawiają się też w tych wierszach negacje, pytania o sens życia i powód tak gwałtownego odchodzenia, to jednak wpisane one są w ciąg narracji ocalającej i nieustannie odtwarzającej przeszłość zapadłą w niebyt. W tych wierszach poeta stale żyć będzie ze swoją żoną, stale będzie ją kochać i stale mówić do niej czule, bo stworzył jej pomnik i pomnik ich uczucia. To jednak, co najcenniejsze, to ów wymiar ludzki, jaki pojawił się w tej poezji. Uczucie autora i Zuzanny stało się podstawą do wypowiedzenia prawdy o człowieku i jego kruchym bycie, stało się wykładnią prawdziwej miłości i autentycznej egzystencji. Dzięki temu Zuzanna nigdy nie odejdzie, nigdy nie umrze, bo przecież… nie umarła…

___________

Leszek Czuchajowski, Uśmiechy milczenia (Treny dla Zuzanny), wyb. i  posł. J. Baran, Miniatura, Kraków 1999, s. 176. 

BROMBERG (20)

Był wczesny wrześniowy ranek i słońce pojawiło się po wschodniej stronie miasta w całym swoim majestacie. Niebo już było błękitne, choć jeszcze lekko zaróżowione, miejscami granatowe i ptaki zaczęły hałasować w krzewach przy przejściu w głąb podwórka ulicy Strzeleckiej 4. Światło wdarło się do sypialni Józi, usytuowanej w połowie bocznego korytarza obszernego mieszkania. Dalej był pokój lokatorski, teraz pusty, po wyprowadzeniu się  rodziny Gołębiewskich, a na samym końcu znajdował się mały aneks, przerobiony na kuchnię i naprzeciwko niego dość spora łazienka z wanną, umywalką i klozetem. Mogła teraz do woli z niej korzystać, nie budząc rodziców, którzy używali urządzeń sanitarnych w drugiej części domu, na końcu bliźniaczego korytarza, biegnącego w przeciwnym kierunku. Światło przemocą wdarło się do pokoju Józi i spowodowało, że rozbudziła się z głębokiego snu, zaczęła przecierać oczy i przewróciła się na drugi bok. Pomyślała, że jeszcze trochę pośpi, ale poczuła się jakoś dziwnie, jakby nie w swoim ciele i natychmiast napłynęły do niej obrazy ze snu. Znowu była z wozakiem, w którym się podkochiwała, zamordowanym kilkanaście dni temu przed kościołem szwederowskim. Delikatnie zdejmował z niej jedwabną bluzkę i gładził gładkie piersi, a potem całował ją tak namiętnie, tak słodko. Obrazy zmieniały się i już leżeli nago w jej łóżku, tulili się do siebie i falowali wzajemnie, a rozkosz była tak wielka, że zdawało się jej, iż stają się jednością, przenikają się wzajemnie i dopełniają się w magiczny sposób. Dziewczyna na chwilę wróciła do rzeczywistości, sprawdziła na budziku, która jest godzina i z lękiem zauważyła, że jest dopiero siódma trzydzieści.  Poruszyła się niespokojnie, położyła na plecach i poczuła, że jej ogromne piersi nabrzmiały, stercząc w górę jak dwie polodowcowe moreny. To w takiej przestrzeni spacerowała ze swoim ukochanym, wchodząc też do liściastego lasu i zbierając żółte i czerwone liście. On otaczał ją ramieniem i co jakiś czas całował w usta, powodując, ze nogi zaczynały jej drżeć. Znowu zatopiła się w błogości tych obrazów i coraz głębiej wnikała w przestrzenie dopiero co zakończonego snu.  

Lekko musnęła prawą pierś, wysuwającą się z dekoltu białej, bawełnianej koszulki nocnej i poczuła, że zwykle miękka brodawka zmieniła się w twardą grudkę. Przestraszyła się trochę tego i powędrowała dłonią ku drugiej piersi, która też tak samo nienaturalnie nabrzmiała. I ta brodawka też powiększyła się znacznie, a dotknięcie jej spowodowało, że znowu przypomniała sobie fragment snu. Jej ukochany przyciskał ją mocno do siebie i czuła całe jego mocarne, twarde ciało, które też obejmowała i pragnęła w nie wniknąć, zlać się z nim w ogniu czułego pragnienia. I jeszcze ta dziwna obfitość u końca jego ud, wsuwająca się w nią i powodująca przerażenie, zmieniające się w stan dziwnego upojenia, odpływania w barwną dal świata. Niestety po chwili napłynęły straszliwe obrazy mordu, któremu przyglądała się przy kościele i łzy jak grochy zaczęły jej płynąć po policzkach. Na chwilę straciła oddech i poczuła ból w okolicy serca, a w jej świadomości błysnął złowrogo jasnowłosy oficer, strzelający w głowę małej dziewczynce. Przewróciła się na prawy bok i nagle poczuła, że coś dziwnego stało się w miejscu, gdzie zbiegały się jej zgrabne nogi i wąski tułów. Ostrożnie powędrowała tam dłonią, zsunęła ją z brzucha ku łonu, czując, że dotyka gęstej kępki czarnych, miękkich włosów. Przymknęła oczy i wyobraziła sobie, że robi to ten, którego chciała kochać przez całe życie. Dotykanie kępki było dziwnie przyjemne i po chwili podążyła jeszcze dalej, czując z przerażeniem, że jest tam wilgoć. W pierwszej chwili chciała wyskoczyć z łóżka, bo pomyślała, że nadszedł czas krwawienia i pobrudziła bieliznę oraz pościel. Ale jednak to nie było to, bo czuła lekki poślizg i wskazujący palec lekko zsunął się ku nabrzmiałej szczelince. Najdelikatniej jak potrafiła, poruszyła nim i już po chwili napłynęła do niej rozkosz, której nigdy jeszcze nie zaznała. Świat teraz odsunął się od niej i znalazła się w jakiejś magicznej krainie, gdzie wszystko falowało i lekko wnikało w nią. Jej oddech przyspieszył, zacisnęła usta i zamknęła oczy, poczuła dreszcz w łonie i coś nagle trysnęło z niej obficie. Natychmiast też napłynęła ciemność, jakby słońce nagle zgasło i wydarzyła się jakaś kosmiczna tragedia.

Wystraszyła się, ale powoli zaczęła się uspokajać, znowu położyła się na plecach i jeszcze raz pozwoliła by napłynęły do niej obrazy ze snu. Wspinała się z ukochanym na jakieś wyniosłe wzgórze. Prawie u góry ktoś wykopał długie doły i podążały do nich tłumy mężczyzn z rękoma ułożonymi z tyłu szyi. Jej mężczyzna stanął na brzegu wykopu i po chwili podszedł do niego gestapowiec z jasnymi włosami. Wysunął do przodu pistolet, przyłożył mu lufę do skroni i nacisnął cyngiel. Rozległ się w przerażający huk i Józia z bezgłośnym krzykiem zaczęła zbiegać z moreny, czując, że po drodze złapał ją za rękę Niemiec, który zabił jej ukochanego. Wszystko rozmywało się i  falowało, wirowało w oszalałym pędzie i odbierało jej oddech. To był ten sam młody gestapowiec, który kierował rozstrzelaniami przy kościele i na rynku. Stała przy nim teraz tak blisko, że zauważyła, iż jest niezwykle piękny, ma niebieskie oczy, a czarna czapka z trupią główką tworzy całość z jego twarzą.  Popatrzył chwilę na nią, po czym bez słów dał jej znać, żeby zaczęła uciekać. Na wzgórzach rozległy się strzały karabinowe, sójki i grzywacze z hałasem zerwały się z drzew i poleciały ku pobliskim lasom.  Ruszyła gwałtownie z miejsca nie oglądając się za siebie, mijając polne drogi i leśne polany. Coś kierowało ją w stronę miasta, ale las ciągnął się na wielkich obszarach i minęło sporo czasu zanim zobaczyła kilka budowli z czerwonej cegły i jakieś wielkie rury przy nich. Znała to miejsce, bo kiedyś ojciec zabrał ją tu na przechadzkę i powiedział, że są to budynki przepompowni wody pozyskiwanej z ujęć podziemnych. Teraz neogotyckie budynki wydały się jej podobne do niewielkiego kościoła, a iglica na szczycie mniejszej dobudówki była taka sama jak na cmentarnych kaplicach. Przyczaiła się w zaroślach wrotyczy, nawłoci i łopianów obsypanych kolczastymi kulkami i zauważyła, że Szosą Gdańską jadą nieprzebrane, niemieckie transportery wojskowe i trzykołowe motocykle. Wycofała się i podążyła nieco w dal przy torach kolejowych. Tutaj wspomnienie obrazów sennych znowu jej umknęło. Wstała energicznie z łóżka i powędrowała do łazienki, słysząc jakiś hałas przed domem, przypominający odgłos samochodu, hamującego z piskiem opon.

KORONY DRZEW

Szybki wyjazd autem za miasto, kilkanaście kilometrów z dala od gwaru i hałasu. I wejście w majestatyczny, prześwietlony promieniami słońca las. Bliskość roślin, umykających w gęstwinę saren i ptaków, manifestujących swoją obecność głosami, które dzięki płycie dołączonej do dwóch pięknych tomów A. G. Kruszewicza Ptaki Polski, doskonale rozróżniam. Czasem włączam ją, gdy pracuję przy komputerze, piszę jakiś artykuł, recenzję, esej, albo ciągnę do przodu moje nowe powieści. Zauważam młodego kosa przeskakującego leśny dukt, widzę sikory, sójki i sierpówki, a w koronach drzew słyszę krakanie wron i polskich gawronów, charakterystyczne szczękanie kawek. Długo stoję przy młodym dębie i studiuję geometrię jego wielokrotnie zaokrąglonych liści, cieszą mnie zawiązki nowych żołędzi. Głęboko wdycham czyste powietrze, rozkoszuję się kolejnymi dozami tlenu. Ileż było w moim pięknym życiu takich spotkań z lasami i jakże mnie one cieszyły – od młodzieńczych wędrówek po podbydgoskich zadrzewieniach, poprzez studiowanie majestatycznych sosen na Mazurach, aż do przeciskania się przez zarośla górskie. To zawsze była przygoda, tym bardziej, że miewałem szczęście i spotykałem czasem jakże fascynujące zwierzęta (jelenie, łosie, borsuki, lisy, kuny, wydry), jakieś ekscytujące ptaki (kraski, kowaliki, dzięcioły różnej maści, grzywacze). Najczęściej działo się to na obrzeżach dużych rewirów leśnych, na brzegu wielkich polan, gdzie też udawało mi się zaobserwować zające i sarny, bażanty i kuropatwy, a przy tym sporo różnej drobnicy. Idę przez wysokopienny las i rozmyślam o kolejach mojego życia, które przypominało tę piętrową przestrzeń, od dziecinnych mchów, poprzez młodzieńcze krzewy, średniej wielkości drzewa wieku męskiego i rozświetlone korony lat obecnych…za którymi już widać wyrazisty błękit…         

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: