ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (1)

Przez czterdzieści lat mojej pracy pisarskiej nazbierało się sporo recenzji, które publikowałem w wielu periodykach literackich, pismach społeczno-kulturalnych i magazynach artystycznych. Postanowiłem stopniowo wprowadzać te teksty do mojego dziennika internetowego. Niechaj zaistnieją też w rzeczywistości cyfrowej, w której podobno nic nie ginie, nic nie przepada, a określone instytucje chomikują takie materiały. Zaczynam od zaprzyjaźnionej ze mną Łucji Danielewskiej, wielkiej damy poezji wielkopolskiej, a czas teraźniejszy w tekstach ma związek z datą ich publikacji.

Łucja Danielewska jest poetką, prozaiczką, cenioną tłumaczką z chorwackiego oraz z kilku jeszcze innych języków. Wydała kilkadziesiąt książek, w tym znaczące tomy poetyckie, trzy książki prozatorskie, kilka tomów przekładów, do tego jeszcze publikowała setki razy utwory oryginalne i tłumaczenia w wielu periodykach, magazynach literackich i antologiach. Była dostrzegana i nagradzana, między innymi przez Jury Warszawskiej Jesieni Poezji i Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. To ją obdarzyła swoim zaufaniem w ostatnich latach życia Kazimiera Iłłakowiczówna i ona przyjaźni się z jedną z największych poetek chorwackich Vesną Parun. Słowem, jest to autorka o znaczącym dorobku, wyraziście rysującym się na mapie Wielkopolski i całego kraju – kobieta renesansowa, obdarzona przez życie wieloma talentami i potrafiąca w mądry sposób z nich korzystać. Do tego obfitego plonu literackiego dorzuciła jeszcze autorka na początku 2002 roku mikropowieść pt. Człowiek, który ubrał choinkę. Jest to proza psychologiczna, prezentująca postawy głównych bohaterów, przede wszystkim matki i jej studiującego syna, a także jego dziewczyny, ojca lekkoducha i jeszcze kilku innych postaci. Autorka znakomicie, z lekkością i wyczuciem prowadzi narrację, której zwieńczeniem jest dzień Bożego Narodzenia. Nie znajdziemy tutaj dłużyzn ani dysonansów narracyjnych, a lekkość słowa jest doprawdy zdumiewająca. Niczym w Opowieściach wigilijnych Dickensa, narrator prowadzi zgrabnie czytelnika od człowieka do człowieka, od jego historii, do jego marzeń, od lęków do frustracji.

Znajdziemy w tym utworze młodzieńczy język studencki, z którym Danielewska – nauczyciel akademicki – ma stale kontakt w Uniwersytecie Adama Mickiewicza; znajdziemy tutaj też jakby próbę naszkicowania portretu psychologicznego Adama, syna głównej bohaterki. Jak wielu ludzi w tym wieku jest on trochę roztrzepany, trochę pogubiony, nie radzi sobie z burzą hormonów i z wchodzeniem w dorosłość. Na szczęście na jego drodze pojawia się Jowita, która – równie jak on rozchwiana – wyraźnie lgnie ku niemu. Danielewska opisała ze znawstwem i wyczuciem punktów dramatycznych jeden z najtrudniejszych momentów w życiu młodego człowieka. To jakby czas wykluwania się mężczyzny z młodzieńca, a zarazem niebezpieczny moment podejmowania wyborów, które będą miały wpływ na całe jego życie. Matka Adama, jak to matka, buntuje się, że inna kobieta pojawia się obok jej syna, ale potrafi w takim momencie taktownie usunąć się w tło, zniknąć na kilka dni. To jest dla niej rodzaj szoku, ale wie, że i ona, i on, muszą sobie z tym poradzić. Wszystkie wątki opowieści zmierzają od samego początku do rozwiązania podczas wigilii, gdy nawet bezdomni znajdują trochę ciepła w domu, a kłopoty codzienności maleją w perspektywie   s p o t k a n i a   i w tle odwiecznego mitu szczęśliwości, czasu złotych godów.

Książkę Danielewskiej mogą czytać ludzie młodzi i ci, którzy zaliczyli kolejny krzyżyk po czterdziestce. Wszak jest to proza napisana z młodzieńczą witalnością, jakby uśmiechająca się stale do czytelnika i szanująca go. Czytając odczuwamy sympatię zarówno do syna, jak i do matki, a i sylwetki pozostałych bohaterów nakreślone zostały tak, że ich losy stają się rodzajem modelowych interakcji międzyludzkich. Wyraźnie widać, że pod powierzchnią zgrabnie układanych w rozdziały słów, jest głębsze przesłanie autorki. Mówi ona poprzez swoją opowieść, że życie jest krótkie i szkoda czasu na wzajemne nienawiści, na podsycanie zimnego żaru i nieustającą lawinę zarzutów. Każdy ma tylko jedno życie i każdy sam przed sobą i przed innymi ludźmi za nie odpowiada – dlatego warto szukać więzi z człowiekiem, dlatego trzeba takie związki podtrzymywać. Tylko tego rodzaju szukanie nadaje sens egzystencji, tylko nieustające kultywowanie ognia domowego, paleniska uczuć, dodaje chęci do życia. Matka Adama posiadła wiedzę o świecie i o ludzkich zachowaniach, jest świetnym psychologiem i tak prowadzi swego syna, że omija on mielizny swego wieku. Oczywiście zdarzają mu się – jak w życiu – potknięcia i chwile gorsze, zasmucające, ale przecież nikt na tym świecie nie był szczęśliwy w każdym momencie życia i zapewne nikt takiej permanentnej szczęśliwości by nie chciał. Szczęście jest chwilą, która przydarza się i która potem rozświetla pamięć. Trzeba do niej dążyć, a później trzeba ją pielęgnować, jak ulotny płomień, który i tak gasi zimny wiatr, który i tak kruszeje pośród mrozu. Opowieść Danielewskiej napisana została przeciw nienawiści, przeciw tym, którzy w innych ludziach widzą tylko przeciwników. To jest opowieść o dobru, które jest w człowieku i przebija się do świata bez względu na to, jakie przeszkody znajdzie na swojej drodze. Opowieść dobra, bo dobry jest świat… choć człowiek gubi się w nim i wchodzi stale w konflikt z innymi ludźmi, choć giną więzi i nikną uczucia, są chwile szczęścia i trzeba o nie dbać, tak jak dba się o zdrowie. Matka Adama wierzy w człowieka i niesie swoje humanistyczne przesłanie światu. Kolacja wigilijna jest zwieńczeniem jej zabiegów, ale też symbolem tego dobra, które pragnie ona z najbliższych wydobyć.

_________

Łucja  Danielewska, Człowiek, który ubrał choinkę, Wydawnictwo Kontekst, Poznań 2002, s. 68.                 

ADAM ZAGAJEWSKI 1945–2021

W związku z nieoczekiwaną śmiercią Adama Zagajewskiego przypominam jeden z jego najbardziej znanych wierszy i moją analizę, która została opublikowana w „Okolicy Poetów”.

JECHAĆ DO LWOWA

        Rodzicom

Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać
do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,
gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się
ekspresy i torpedy. Nagle wyjechać do
Lwowa, w środku nocy, w dzień, we wrześniu
lub w marcu. Jeżeli Lwów istnieje, pod
pokrowcami granic i nie tylko w moim
nowym paszporcie, jeżeli proporce drzew
jesiony i topole wciąż oddychają głośno
jak Indianie a strumienie bełkocą w swoim
ciemnym esperanto a zaskrońce jak miękki
znak w języku rosyjskim znikają wśród
traw. Spakować się i wyjechać, zupełnie
bez pożegnania, w południe, zniknąć
tak jak mdlały panny. I łopiany, zielona
armia łopianów, a pod nimi, pod parasolami
weneckiej kawiarni, ślimaki rozmawiają
o wieczności. Lecz katedra wznosi się,
pamiętasz, tak pionowo, tak pionowo
jak niedziela i serwetki białe i wiadro
pełne malin stojące na podłodze i moje
pragnienie, którego jeszcze nie było,
tylko ogrody chwasty i bursztyn
czereśni i Fredro nieprzyzwoity.
Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał
zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć
szeptu każdego kamienia, spalonego przez
słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie
inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili
rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,
rosły bez pamięci, a radość kryła się
wszędzie, w korytarzach i młynkach do
kawy, które obracały się same, w niebieskich
imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym
formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach
róż. Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje.
Dzwony biły i drżało powietrze, kornety
zakonnic jak szkunery płynęły pod
teatrem, świata było tak wiele, że musiał
bisować nieskończoną ilość razy,
publiczność szalała i nie chciała
opuszczać sali. Moje ciotki jeszcze
nie wiedziały, że je kiedyś wskrzeszę
i żyły tak ufnie i tak pojedynczo,
służące biegły po świeżą śmietanę,
czyste i wyprasowane, w domach trochę
złości i wielka nadzieja. Brzozowski
przyjechał na wykłady jeden z moich
wujów pisał poemat pod tytułem Czemu,
ofiarowany wszechmogącemu i było za dużo
Lwowa, nie mieścił się w naczyniu,
rozsadzał szklanki, wylewał się ze
stawów, jezior, dymił ze wszystkich
kominów, zamieniał się w ogień i w burzę,
śmiał się błyskawicami, pokorniał,
wracał do domu, czytał Nowy Testament,
spał na tapczanie pod huculskim kilimem,
było za dużo Lwowa a teraz nie ma
go wcale, rósł niepowstrzymanie a nożyce
cięły, zimni ogrodnicy jak zawsze
w maju bez litości bez miłości
ach poczekajcie aż przyjdzie ciepły
czerwiec i miękkie paprocie, bezkresne
pole lata czyli rzeczywistości.
Lecz nożyce cięły, wzdłuż linii i poprzez
włókna, krawcy, ogrodnicy i cenzorzy
cięli ciało i wieńce, sekatory niezmordowanie
pracowały, jak w dziecinnej wycinance
gdzie trzeba wystrzyc łabędzia lub sarnę.
Nożyczki, scyzoryki i żyletki drapały
cięły i skracały pulchne sukienki
prałatów i placów i kamienic, drzewa
padały bezgłośnie jak w dżungli
i katedra drżała i żegnano się o poranku
bez chustek i bez łez, takie suche
wargi, nigdy cię nie zobaczę, tyle śmierci
czeka na ciebie, dlaczego każde miasto
musi stać się Jerozolimą i każdy
człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu
pakować się, zawsze, codziennie
i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież
istnieje, spokojny i czysty jak
brzoskwinia. Lwów jest wszędzie.

Adam Zagajewski urodził się we Lwowie w 1945 roku i przed repatriacją na ziemie poniemieckie, do Gliwic, nie mógł zapamiętać czegokolwiek z tamtych czasów. Jego powroty do tego miasta miały zatem wymiar archeologii rodzinnej i konfrontowane ze wspomnieniami rodziców i zdobywaną wiedzą, musiały być rodzajem konstrukcji intelektualnej. Ta niedookreśloność sytuacji geograficznej, ta imaginowana bliskość miasta ważnego dla kultury kresów wschodnich, generuje swoiste liryczne roztargnienie i na początku wiersza poeta pyta: Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać/ do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,/ gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się/ ekspresy i torpedy. Tak zaczyna się ten szamański pomruk, inkantacja rzeczywistości, która kiedyś była ważna dla drobnego ciała, a z czasem stała się mitem świata odeszłego i krzewiącego się bujnie we wspomnieniach klanu rodzinnego. Bliskość snu i pora dobowa wskazują, że mamy tutaj do czynienia z próbą obłaskawiania ulotności, mgiełki, chwili zaklętej w słowa i mutującej swobodnie we śnie. Zresztą wszelkie wyraziste ustalenia natychmiast stracą rację bytu, rozpłyną się we mgle przeszłości, a wyjazd może się zacząć o każdej godzinie, rano, w południe lub wieczorem, w marcu lub we wrześniu i równie dobrze może w ogóle nie dojść do skutku. Nasza realność, a zatem i istnienie Lwowa stale poddawane są ludzkiej próbie bytu, wciąż rodzą się od nowa w mózgu, stale podtrzymywane są nowymi strumieniami natlenionej i niosącej cukier krwi – zasadne zatem jest pytanie o autentyczność tego, co postrzegamy: Jeżeli Lwów istnieje, pod/ pokrowcami granic i nie tylko w moim/ nowym paszporcie, jeżeli proporce drzew/ jesiony i topole wciąż oddychają głośno/ jak Indianie a strumienie bełkocą w swoim/ ciemnym esperanto a zaskrońce jak miękki/ znak w języku rosyjskim znikają wśród traw. Spakować się i wyjechać, zupełnie/ bez pożegnania, w południe, zniknąć/ tak jak mdlały panny. Znaki istnienia, potwierdzenia realności miasta, gdzieś za granicami, jako zapis w paszporcie, łączą się z elementami charakterystycznymi dla przestrzeni europejskiej, jesionami i topolami, zaskrońcami w trawie, ale są też ornamentowane w szczególny sposób przez – zdawać by się mogło – odległe semantycznie określniki. W takim ustawieniu odbioru, drzewa mają w sobie coś z proporców pogrzebowych, są żywymi organizmami, oddychającymi jak człowiek lub zwierzę, z kolei antropomorfizowane strumienie wydają dźwięki bliskie bełkotowi w ciemnym języku esperanto, a zaskrońce umykają w trawach i kojarzą się poecie ze znakiem miękkości w języku rosyjskim. To może być wyjazd bez wyjazdu, bez pożegnania, ale zupełny, to może być chwila równie niedookreślona jak nagłe zgaśnięcie świata w chwili znamiennego omdlenia panien.

Powrót do Lwowa, jak ponowne pojawienie się w każdym miejscu, dziwnie ulokowanym w ludzkiej biografii, ma wydobyć elementy najistotniejsze w topografii miasta, ale też ma odsłonić wewnętrzną strukturę liryczną przestrzeni i czasu. Dlatego ważne staje się to, co zwykle umyka percepcji: I łopiany, zielona/ armia łopianów, a pod nimi, pod parasolami/ weneckiej kawiarni, ślimaki rozmawiają/ o wieczności. Charakterystyczne dla poezji Zagajewskiego jest ciągłe odbieganie myślą ku innym miejscom, ciągłe wplatanie elementów odległej, ale równie energetycznej i absolutnej epifanii. Tak łopiany stają się światem samym w sobie, orbitującym ku wspomnieniom parasoli weneckich, ale też są draperią przestrzeni, w której istnieją inne byty, reprezentowane tutaj przez ślimaki, rozmyślające o wieczności i bytujące w płaszczyźnie horyzontalnej, kryjące się w cieniu zieleni rozrosłych roślin.Myśl poety nigdy nie zastyga w jednym kształcie, nie przywiązuje się do żadnej formy, nieustannie skanuje rzeczywistość i przebiega ją niczym impuls elektryczny. Przeskok iskry bywa gwałtowny i z płaskiego świata pod łopianami wzrok pada, a przypomnienie jest tutaj wyraźnie ukierunkowane, na wertykalną oś lwowskiej świątyni: Lecz katedra wznosi się,/ pamiętasz, tak pionowo, tak pionowo/ jak niedziela i serwetki białe i wiadro/ pełne malin stojące na podłodze i moje/ pragnienie, którego jeszcze nie było,/ tylko ogrody chwasty i bursztyn/ czereśni i Fredro nieprzyzwoity. Ta pionowość jest realna i zarazem umowna, natychmiast przywołująca inne cząstki świata, w których pion wcale nie jest konstytutywny – no bo jak zauważyć wertykalność niedzieli, jak wyodrębnić ją z białych serwetek i z białego wiadra wypełnionego malinami, jak wreszcie połączyć pragnienie, którego nie było z chwastami, bursztynową barwą czereśni i bezeceństwami Aleksandra Fredry? Tylko poetyka mgnień i prześwitów, tylko rzucanie światła na coraz to inne elementy świata mogą być tutaj pomocne. Z mroku przeszłości wydobywa ją iskra lub błyskawica, nagłe rozświetlenie i równie nagłe przygaśnięcie, istnienie w nieistnieniu, byt w niebycie, egzystencja bez kolejnych potwierdzeń. Poeta dorastał już w innym mieście i stale słuchał opowieści o Lwowie, wciąż sycił zmysły aurą, której dotknął realnie jako niemowlę, a to znaczy, że właściwie nigdy jej nie zaznał. W pewnym momencie pojawiło się uczucie przesytu, które skojarzone zostało z kolejnymi cząstkami imaginatywnymi, z drobinami i wielkimi elementami miejskiej zabudowy: Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał/ zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć/ szeptu każdego kamienia, spalonego przez/ słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie/ inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili/ rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,/ rosły bez pamięci, a radość kryła się/ wszędzie, w korytarzach i młynkach do/ kawy, które obracały się same, w niebieskich/ imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym/ formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach róż. Ta mnogość odsłon, to nieustanne, lamentacyjne przywoływanie miasta, powiązane było z sytuacją rodzinną, z wygnaniem i pasją odkrywczą, choć tak naprawdę nikt nigdy nie wniknął w  c a ł o ś ć  tej struktury, nikt nie przedostał się do tajni wewnętrznej kamieni, nikt nie usłyszał bezgłośnej mowy świątyń katolickich i prawosławnych, nikt nie rozmyślał tak intensywnie o Jezuitach i roślinach, o młynkach do kawy i krochmalu, o imbrykach, kroplach deszczu i kolcach róż. W innym świecie i w innych przestrzeniach musiał dorosnąć poeta, musiał w doświadczeniach dni i nocy odnaleźć swoją epifaniczna wyobraźnię i zacząć mnożyć ekwiwalenty słowne w kolejnych wierszach. To jakby zagęszczanie przestrzeni, to nieustanne ewokowanie treści, które łączą się ze sobą i natychmiast zderzają się z innymi elementami lirycznego przedstawienia.

Z opisów, z rozmów i przywołań, ze studiowania sztychów i fotografii, a nade wszystko z czytania książek wspomnieniowych powstał w wyobraźni twórcy obraz wyrazisty i zamglony, pełen drobnych szczegółów i nieustannie orbitujący ku uniwersum wszechrzeczy i ku prawdzie absolutu: Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje./ Dzwony biły i drżało powietrze, kornety/ zakonnic jak szkunery płynęły pod/ teatrem, świata było tak wiele, że musiał/ bisować nieskończoną ilość razy,/ publiczność szalała i nie chciała/ opuszczać sali. Nic nie jest tutaj utrwalone, nic nie zastyga, wszystko podąża od realności zapisanej w czasie do wyobraźniowych ewokacji, od obrazu podążających zakonnic do migających w myślach szkunerów, od żółknących na mrozie forsycji do bicia dzwonów i stale multiplikującego się świata, przypominającego też aktora, nieustannie odgrywającego tę samą rolę i bisującego przed publicznością całej ludzkości. To wszystko przepadłoby bezpowrotnie gdyby nie pojawił się poeta, gdyby nie ukształtował tak swojego umysłu, że zaczął on konstruować wiersze, w których odradzały się sytuacje i byty, wracały ulotne fakty, lśniła na nowo rzeczywistość zgubiona pośród wirów czasu. Ludzie rodzili się i umierali, a członkinie rodzin uczestniczyły w ślepym rytuale istnienia rodzinnego, wypełniania przypisanych im ról i do głowy im nie przychodziło, że kiedyś pojawią się w wierszu chłopca urodzonego u końca wielkiej wojny: Moje ciotki jeszcze/ nie wiedziały, że je kiedyś wskrzeszę/ i żyły tak ufnie i tak pojedynczo,/ służące biegły po świeżą śmietanę,/ czyste i wyprasowane, w domach trochę/ złości i wielka nadzieja. Zagajewski ukazuje byty osobne na tle innych bytów osobnych, ludzi w grupach, ale jednak nieopisanie samotnych, dążących do jakiegoś celu, a zarazem poruszających się po omacku pośród głuchych, przepastnych ciemni. Często pośród tych światów pojawia się gość z zewnątrz i jego wizyta staje się pretekstem do uruchomienia lawiny wyobraźniowej. Wielki krytyk przyjeżdża do Lwowa i staje się wyzwaniem dla wyobraźni, chwilą, którą trzeba wyodrębnić, a potem ustawić ją w obrębie innych, zdawać by się mogło, nieistotnych chwil:  Brzozowski/ przyjechał na wykłady jeden z moich/ wujów pisał poemat pod tytułem Czemu,/ ofiarowany wszechmogącemu i było za dużo/ Lwowa, nie mieścił się w naczyniu,/ rozsadzał szklanki, wylewał się ze/ stawów, jezior, dymił ze wszystkich/ kominów, zamieniał się w ogień i w burzę,/ śmiał się błyskawicami, pokorniał,/ wracał do domu, czytał Nowy Testament,/ spał na tapczanie pod huculskim kilimem,/ było za dużo Lwowa a teraz nie ma/ go wcale, rósł niepowstrzymanie a nożyce/ cięły, zimni ogrodnicy jak zawsze/ w maju bez litości bez miłości/ ach poczekajcie aż przyjdzie ciepły/ czerwiec i miękkie paprocie, bezkresne/ pole lata czyli rzeczywistości. Zewsząd płyną obrazy i wzmacnia się przekonanie w poecie, że miasto zdominowało jego wyobraźnię, dokonało na nim aktu agresji, której nie równoważy nawet wykład Brzozowskiego. Lwowskość rzeczywistości w każdej inkantacji i w powracających lamentach była wręcz nie do zniesienia, przybierała formę materialną, przelewała się przez naczynia, eksplodowała w szklankach, przepełniała sobą stawy, jeziora, a nawet dymiła z kominów, stawała się samą istotą żywiołów. Ale właśnie pośród tej ekspansywnej lwowskości pojawiają się pierwsze zapowiedzi przyszłości, oprawianej w kształt wiersza i wracającej w wyobraźni poetyckiej jako ciąg znaków, emblematów i symbolicznych dopełnień. Wujek pisze poemat pt. Czemu, ofiarowany Bogu, a poszczególni ludzie wypełniają swoje role, wpisują się w lwowski model egzystencji, szaleńczej i nudnej, pełnej znaczeń i zarazem jakże bezsensownej. Mieści się w niej lektura Nowego Testamentu i wylegiwanie się pod huculskim kilimem, zimno maja i upały czerwca, nożyce ścinające rośliny i miękkość paproci, a wszystko razem jest epifanią, uświęceniem prostoty, dopowiedzeniem treści do tego co na zawsze miało zostać bez komentarza.      

 Nożyce są użytecznym narzędziem w praktyce ogrodniczej czy krawieckiej, ale mogą też symbolizować śmierć, nieustannie zrywającą łączność między komórkami i inicjującą bezpowrotny rozpad. To także symbol bezduszności ludzkiej, obecnej także w przestrzeniach Lwowa i nieustannie generującej cierpienia, kojarzącej się z uważną pracą dziecka przy wycinance. Urzędnicy i cenzorzy cięli ludzkie marzenia i nieudolne próby stworzenia enklaw, bezpiecznych miejsc w czasie i pośród kresowej przestrzeni, a dzieci mozoliły się by jak najlepiej odwzorować łabędzia lub sarnę. Jedno pozostawało wszakże niezmienne, szczęk metalu i odgłos strzyżenia, ucięcia, przerwania więzi – śmierć, bezduszna i groteskowa jak wyabstrahowane z rzeczywistości nożyce, zbierała swoje żniwo: Nożyczki, scyzoryki i żyletki drapały/ cięły i skracały pulchne sukienki/ prałatów i placów i kamienic, drzewa/ padały bezgłośnie jak w dżungli/ i katedra drżała i żegnano się o poranku/ bez chustek i bez łez. Szczęk nożyc, cięcie scyzoryków i noży, drapanie żyletek pojawiało się w każdym życiu, światy padały jak drzewa w dżungli i traciły swoją wartość ludzkie godności i wielkie budowle – wszystko zmierzało ku ostatecznym pożegnaniom, wszystko poddawało się nieuchronnej, bezlitosnej władzy czasu. Dopiero poeta, odwieczny tułacz wyobraźni, połączy wszystko w wielką, stale rozrastającą się i pulsującą żywymi głosami jednię, dopiero epifaniczna wyobraźnia wydobędzie z mroku to, co miało na zawsze w nim przepaść. Zapłaci za to lękiem, suchością warg nad ranem i poczuciem nieustannej podróży, ciągłego pakowania się i przemieszczania się z miejsca na miejsce: takie suche/ wargi, nigdy cię nie zobaczę, tyle śmierci/ czeka na ciebie, dlaczego każde miasto/ musi stać się Jerozolimą i każdy/ człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu/ pakować się, zawsze, codziennie/ i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież/ istnieje, spokojny i czysty jak/ brzoskwinia. Lwów jest wszędzie. Wyprawa do Lwowa jest podróżą w głąb siebie, przyjęciem roli nigdy nie zatrzymującego się podróżnego i ustawianiem miasta urodzenia w ciągu symbolicznym miejsc na ziemi, poczynając od uświęconej i umęczonej po wielokroć Jerozolimy. Śmierć i bieg czasu niszczą utrwalane przez ludzi kształty, degradują budowle z kamienia i cegieł, ścierają na pył bramy i ogrody, zamieniają w proch kruche ciała, ale słowo może wskrzesić struktury i elementy, może spowodować, że nagle objawi się świeżość jak we wnętrzu brzoskwini, a  prywatna wizja miasta rozprzestrzeni się do wymiarów gigantycznych i wypełni sobą wszystko. Zagajewski tworzy wiersze, w których pulsuje prawdziwe życie, a zarazem rozmywa wszystko niczym subtelny akwarelista, swobodnie porusza się pośród przestrzeni mitu, a zarazem stale dociera do elementarnych cząstek rzeczywistości. Jego gigantyzm mieści się w obrębie jednej komórki, a to co mikroskopijne i niewidoczne dla oka, eksploduje nieoczekiwanie i rozszerza się do wymiarów kosmicznych.   

POEZJA I ŚWIAT

Mistrioti gdzieś w Wielkopolsce

Zaprzyjaźniona ze mną od wielu lat grecka poetka Maria Mistrioti zainicjowała rozmowę na temat poezji, festiwali literackich i przyszłości ludzkości. Zamieszczam ją na moim blogu, bo kilka myśli, które wyartykułowałem mają określoną wartość.

Czym dla ciebie jest poezja?

To z pozoru proste pytanie, ma też swoje drugie dno. Z jednej strony przecież jest to rodzaj sztuki, uprawianej przeze mnie od ponad czterdziestu lat, a ze strony drugiej – to dar dany mi przez życie i rodzaj wewnętrznego olśnienia. Pisząc wiersze szukam sytuacji modelowych i próbuję odzwierciedlić coś z mojego wnętrza, coś z moich myśli i prób powiązania tego, co nierealne z rytmem krwi w ciele i doświadczeniami wielu lat. Patrząc na moje pisanie wierszy, zauważam kilka głównych nurtów moich zainteresowań: zaczynałem od nurtu generacyjnego, od tekstów które miały być świadectwem istnienia moich kolegów i koleżanek, którzy przepadli w przepaściach dwudziestego wieku. Jedni popełnili samobójstwa, inni zginęli w wypadkach komunikacyjnych, a jeszcze inni zmarnowali swoje szanse i trafili do więzień. Spotykałem się z nimi w szkołach, na podwórkach i boiskach, jeździłem wraz z nimi rowerem nad jeziora i rzeki, pływałem w chłodnych nurtach, podróżowałem pociągami i autobusami, a potem własnym samochodem. Nie wiem jak to się stało, że przetrwałem, wybrałem inną drogę i zacząłem nią kroczyć ku kolejnym stopniom edukacji, napisanym książkom, surrealistycznym rysunkom i namalowanym obrazom? Miałem przecież sporo zatargów z komunistycznym państwem i jak oni trafiłem do Izby Dziecka, a potem do jakże prawdziwego i ponurego więzienia. Myślę, że uratowały mnie lektury, pochłaniane w ogromnych ilościach, orbitujące wokół moich zainteresowań geograficznych i podróżniczych, a potem literackich i artystycznych. Do tego dodać należy moją ogromną energię fizyczną, materializującą się podczas treningów szermierczych, piłkarskich, sportów walki, a na końcu biegowych. Ważne też były umiejętności pływackie i praca ratownicza na wielu basenach, nad jeziorami i nad morzem.

Jakie są twoje główne inspiracje poetyckie?

Moją pierwszą i podstawową inspiracją poetycką była miłość i spotkanie z przepiękną dziewczyną, dla której zacząłem tworzyć erotyki. To uczucie spowodowało, że porzuciłem młodzieńczą grafomanię i zacząłem pisać wiersze białe, bez rymów. Próba odzwierciedlenia jej piękna i fenomenu oryginalnej urody, kazała mi szukać tak misternych ekwiwalentów słownych, że powstawały wiersze zwiewne, delikatnie lekko tylko metaforyzowane. Miała zielone oczy, długie gęste włosy i ciało bogini, wywierające piorunujące wrażenie na wielu mężczyznach. Z tego powodu musiałem czasami odsuwać na bok moją liryczną naturę i toczyć jak najrealniejsze boje z pojawiającymi się zalotnikami. Jak zwykle bywa w takich razach, młodzieńcza miłość nie przetrwała próby czasu, ale zostały wiersze, które opublikowałem w 1982 roku w małym tomiku pt. Maria. Ziarno raz zasiane zaczęło kiełkować i poezja stała się czymś bardzo ważnym w moim życiu, a nurcie generacyjnym pojawiły się próby analizy metaforyki kultury, ciąg wierszy mistycznych, a potem podróżniczych, w których daleka wyprawa stawała się pretekstem do opowieści o miejscach, ludziach i o moim wnętrzu. W różnych wydawnictwach zaczęły się ukazywać moje nowe tomy, sporo było też publikacji prasowych i szybko zostałem dostrzeżony przez krytykę literacką. Pojawiły się też znaczące nagrody literackie i pierwsze zbiory wierszy opublikowane poza granicami Polski, czasem w tak egzotycznych krajach jak Gwatemala, Indie, Chiny. Obecnie, gdy minąłem już barierę sześćdziesięciu lat, przygotowuję się do publikacji trzech tomów wierszy zebranych, w których zamieszczę też najcelniejsze recenzje i fragmenty szkiców krytycznoliterackich. Nowe inspiracje pojawiły się u mnie, gdy podjąłem pracę w uniwersytecie i zacząłem pisywać teksty naukowe o polskich, amerykańskich i europejskich romantykach. Warto wspomnieć też Nikosa Chadzinikolau, który zainspirował mnie do studiów kultury antycznej i do lektur współczesnej poezji greckiej. Grek Zorba Nikosa Kazantzakisa, w przekładzie wskazanego wyżej tłumacza i edytora, pozostanie do końca jedną z najważniejszych lektur mojej młodości.

Czy międzynarodowe festiwale są propozycją właściwą dla cywilizacji?

Od ponad dwudziestu lat uczestniczę w wielu międzynarodowych festiwalach i konferencjach literackich. Stały się one dla mnie ważnym doświadczeniem życiowym i umożliwiły mi spotkania z tak wielkimi współczesnymi poetami i prozaikami jak Gerald Stern, Stanley Kunitz, Juan Gelman, Adonis, Mo Yan, Tomas Venclova, Stanley H. Barkan, Sona Van. Dzięki zaproszeniom na tego typu imprezy zwiedziłem wiele krajów świata, żeby wymienić tylko USA, Chiny, Indie, Kenię, Republikę Południowej Afryki, Kolumbię, Gruzję, Armenię, Litwę. Wszędzie czytałem wiersze, wygłaszałem referaty i prowadziłem ożywione dyskusje, a nade wszystko pisałem wiersze i wspomnienia. To wyprawy na festiwale literackie zainspirowały mnie do publikacji kolejnych tomów wierszy z podróży i obecnie powstaje już dziesiąta taka książka. Tak, to było też wielkie doświadczenie cywilizacyjne i ogólnoludzkie, rodzaj rozprzestrzenienia mojej świadomości w świecie i weryfikacji moich wyobrażeń o nim. Nikt nie zabierze mi już tych niezwykłych chwil nad brzegami trzech wielkich oceanów, pośród ulic Szanghaju i Pekinu, Nowego Jorku i Los Angeles, Medellin, Tbilisi i Erywania, nikt i nic nie wymaże z mojej pamięci zamyśleń nad jeziorem Qinghai i Żółtą Rzeką, na skraju Kordyliery Zachodniej, pośród budynków świątynnych w Indiach i w wiosce Masajów, na wieży kościoła św. Janów w Wilnie, nad Morzem Śródziemnym w Chalkidzie i na nabrzeżu Huangpu Jiang w Szanghaju. Pobyty na światowych festiwalach literackich przyczyniły się do rozszerzenia moich kontaktów twórczych, powstania nowych wydań zagranicznych moich książek, a nade wszystko pozwoliły mi poznać wiele nowych strategii literackich.           

Jak twoim zdaniem będzie wyglądała przyszłość ludzkości?

Wszystko zależy od nas… Od wysiłków, które podejmiemy, by ocalić planetę i przygotować się do ewentualnych kataklizmów kosmicznych. Zagrożenia są realne, zanieczyszczenia środowiska naturalnego ogromne, a dodatkowo grożą nam wybuchy wielkich, uśpionych wulkanów, trzęsienia ziemi i tsunami. Każdy intelektualista chciałby, by ludzkość rozwijała się harmonijnie i osiągała w kolejnych latach niewyobrażalny poziom technologiczny. Będąc wielokrotnie w Chinach i w Stanach Zjednoczonych Ameryki, dostrzegłem niezwykłe przeobrażenia naszego świata. Koleje wielkich szybkości, szerokie autostrady i mosty, coraz wyższe wieżowce i przebogate apartamentowce, a do tego jeszcze elektryczne samochody, coraz doskonalsze statki i sondy kosmiczne. Niestety cieniem na postępie ludzkości kładą się zbrojenia i nieustanne zagrożenia ze strony niestabilnych państw i ich przywódców. Jakkolwiek by jednak nie było jestem optymistą i wierzę, że ludzkość będzie szła do przodu przez następne stulecia, a może nawet tysiąclecia. Nie potrafimy sobie wyobrazić postępu, który się dokona, wszak wiek dwudziesty zaczynał się od drewnianego samolotu i pojazdów parowych, a kończył się powszechnym dostępem do komputerów, lotami promów kosmicznych i stałym pobytem ludzi na międzynarodowej stacji kosmicznej.

PRZESTRZEŃ IDEALNA

Coraz mniej pojawia się autorów, którzy analizują proces tworzenia i zastanawiają się skąd biorą się wiersze, co wpływa na to, że poezja istnieje w przestrzeni społecznej i indywidualnej. Wojciech Kloska należy do poetów, którzy uważnie przyglądają się temu, co zostało zapisane, wszak biała kartka daje nadzieję/ że wszystko jest możliwe. Twórca ma też świadomość licznych zagrożeń, czyhających na potencjalnych poetów, bo tylko w teorii/ wszystko jest/ czarno na białym, tylko zamierzenia i wyobrażenia lokują się w świecie idealnym. Takie analizowanie poezji jako fenomenu, możliwe jest tylko w ciszy, po odrzuceniu wszelkich zakłócających odgłosów, owej jakże brzemiennej w skutki kakofonii codzienności. Poeta pragnie znaleźć się w przestrzeni idealnej, z której wyłowi wiersze, będące komunikatami i zarazem znakami tego, co zakryte, tajemne, głęboko sięgające do istoty naszej egzystencji. Jego poszukiwania obwarowane są wieloma niepowodzeniami, ale jest na to gotowy, bo wie, jakie są realia istnienia w naszym świecie: cisza/ atakowana z każdej strony/ przez słowa mądre i głupie/ puste lub pełne obietnic/ (w większości bez pokrycia) – zdaje sobie sprawę z intensywności ataków, z natarcia nieustającego strumienia informacji. Szczególnie to widać w dobie telefonów komórkowych, natłoku stacji telewizyjnych i radiowych, a nade wszystko komputerów i Internetu. Chcąc nie chcąc musimy egzystować w takim świecie, a ci, którzy uciekają ku naturze i budują chaty w górach lub na pustkowiach, po jakimś czasie wracają do cywilizacji z poczuciem przegrania, utraty wielu cennych lat. Może zatem warto – jak czyni poeta – bytować w przestrzeni idealnej, w której wszystko jest ruchome i chwilowe, czekające na nazwanie i oferujące pociągającą potencjalność, wariantowość i kombinatoryczność. Tam cząstki i podłoża językowe (substrakty), fonemy i morfemy, a także całe systemy wypowiedzeń (syntaksy) swobodnie mieszają się, niczym kolorowe cząstki konfetti, wirujące w powietrzu. Dopiero, gdy wkracza do tych przestrzeni swoiście sformatowana inteligencja i poetycka samoświadomość, zaczyna się porządkowanie i wyodrębnianie wartościowych, jednolitych treści.

W takim rozumieniu wiersz staje się cudem samym w sobie, jak każde osobne istnienie, jak narodziny dziecka, wzrastanie kwiatów i drzew. Od początku zaistnienia świadomości uczymy się świata, stającego się wielkim magicznym lustrem, wzmacniającym wszelkie naruszenia systemowe. Tak – suma lęków/ tworzy portret/ człowieka rozumnego/ duszącego się/ w ciasnych ramach ciała – tak jednostka zyskuje wiedzę o głębiach i przepaściach egzystencji, tak uczy się omijać rafy i ukryte zapadnie. Poezja staje się kontrapunktem, chwilą kontrolowanej ekstazy, pozwalającej żyć i planować następne sekwencje godzin, dni i lat. Autor wierszy musi jednak znaleźć balans pomiędzy cielesnością, a rozkoszą poczynania słów z nicości – musi rozumieć, że łatwo można popaść w śmieszność i zanegować ulotność, kruchość, pierwotną delikatność znaczeń. Wojciech Kloska dawno minął już linię suchego zapisu i znalazł się po stronie pulsacji sensów, nieustającej metamorfozy znaczeń i treści. Jego pytanie o poezję, jest formą zastanawiania się nad kondycją ludzką, często nie rozumiejącą samej siebie, pytaniem o czas i przestrzeń i wchodzeniem we wskazaną wyżej idealność. Świat ludzki ma swoje prawa obwarowane biologią i materialnością, ale też przepełniony jest nadużyciami znaczeniowymi, pośród których króluje: Kłamstwo/ wyssane z palca/ lecz całkiem namacalne. Jego moc rażenia bywa straszliwa, obwarowana konsekwencjami nie do wyrażenia, gdy rozpadają się związki międzyludzkie, zaprzepaszcza się kariery, a różne kanalie zyskują poklask tłumów i siadają okrakiem na tronach, próbują narzucić społecznościom swoje kłamliwe teorie. W takim rozumieniu poeta staje się sędzią nadużyć i potrafi z chirurgiczną precyzją wskazywać: Kłamstwo/ często stworzone/ na potrzebę chwili/ by komuś ugasić/ grunt pod nogami/ lub utorować drogę/ kłamstwo/ moralnie naganne/ choć nierzadko wypowiedziane/ w imieniu wyższego dobra. Zakłamanie możliwe w świecie ludzkim, nie ma wstępu do prawdziwej poezji, wyszarpywanej z żył i odnalezionej pośród przestrzeni idealnych.

Autor tomu oparł swój poetycki świat na rozumie, inteligencji i wierze w samego siebie, ale przecież zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko przemija, wszystko podlega prawom bezdusznej eschatologii. Czym innym jednak jest cielesność naszego bytu, a czym innym jego istota: bezduszny ząb czasu/ choć kruszy największe mury/ nigdy się nie wgryzie/ w istotę człowieczeństwa/ nie sięgnie samego mięsa/ bycia homo sapiens/ (pomimo rozkładu na czynniki pierwsze). Oto sens poezji Wojciecha Kloski, poszukującej formuł ostatecznych i wskazującej dychotomię naszego świata. Będąc cieleśni, nie podlegamy prawom rozkładu istotowego, nie przestajemy być homo sapiens, nie poddajemy się entropii w obrębie naszego człowieczeństwa, pojmowanego jako stała wartość. Pamiętajmy przy tym, że mamy tutaj do czynienia z poetą totalnym, stale poddającym próbie to, co zostało w wierszu utrwalone, wciąż poszukującym i modyfikującym słowo. Dzieje się tak, ponieważ: łamanie reguł/ powinno się mieścić/ w określonych ramach/ bez których kawałek płótna/ w oczach wielu/ uchodziłby za kawałek/ pobrudzonej szmaty/ a tak jest obrazem/ godnym ścianki/ tworzącym historię/ w zupełnie nowym stylu. Wszystko zależy od punktu widzenia, ale też od możliwości intelektualnych podmiotu, śmiało stającego do konfrontacji z tandetą i nieustannie wskazującego nadużycia systemowe. Jego wiedza o świecie jest rozległa, ale też bytowanie pośród przestrzeni idealnych wzmacnia możliwości percepcyjne i kreacyjne, przydaje autorowi nimbu prawdopodobieństwa. Czytając kolejne wiersze Kloski utrwalamy w sobie przekonanie, że mamy do czynienia z twórcą rozumiejącym to, co wydarza się w obrębie tekstu, a nade wszystko panującym nad nim i potrafiącym tak go przekształcać, że zyskuje drugie i trzecie dno, mieni się pośród wielorakich odbić i refleksów znaczeniowych. Ten twórca jest wciąż czujny i nie daje się podejść światu, wciąż dokumentuje to, że z człowiekiem jest zgoła inaczej/ gołym okiem można dostrzec/ jedynie powierzchowne zmiany/ takie jak krój ubrania/ środek transportu/ czy plan zagospodarowania przestrzeni/ lecz podskórnie/ od tysiącleci/ ten sam schemat budowy/ na którym najłatwiej zagrać/ poprzez układ nerwowy. Układ nerwowy to istota naszego bytu pośród kosmosu, gdyby go nie było, nie moglibyśmy postrzegać ogromów galaktyk i gwiezdnych konstelacji, nie doszlibyśmy, jako ludzkość, do teorii względności Einsteina, równań różniczkowych, stałej Maxa Plancka i fizyki kwantowej. Poezja Wojciecha Kloski pobudza do myślenia i zaprasza czytelnika do wkroczenia w przestrzenie idealne, a choć wymaga to nieco wysiłku intelektualnego, warto spróbować…

_____________

Wojciech Kloska, Kadr skromnego Filozofa, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2021, s. 100.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (14)

Był już wieczór… Zdjąłem jej delikatny, czerwony sweterek z kaszmirowej wełny, a potem rozpiąłem zamek obcisłych dżinsów Rifle i zobaczyłem czarne, lśniące figi z koronką po bokach. Ona też była niecierpliwa i rozbierała mnie tak energicznie, że bałem się, że podrze mi spodnie i koszulę. Przeniosłem ją na łóżko, zsunąłem lekko czarny staniczek typu Bardotka, ona sama zdjęła majtki i przywarłem do niej, czując oszałamiające ciepło i zapach jej rozpuszczonych włosów. Sięgnęła lewą ręką ku niewielkiemu stoliczkowi, na którym stał magnetofon szpulowy i przełączyła pokrętło. Natychmiast rozpoznałem Schody do nieba zespołu Led Zeppelin i zrozumiałem, że nasze spotkanie ma być jak ta ballada, na początku spokojna, rozpędzająca się powoli, a potem, szybka, jakby  śpiewana przez Roberta Planta zza grobu. Ach, byłem już w niej i falowaliśmy namiętnie, całując się w usta, pieszcząc skórę ud i pleców, obiegając językiem zagłębienia i krzywizny naszych ciał. Nie mógłbym wymarzyć sobie piękniejszej dziewczyny i żadna inna nie dałaby mi tyle ciepła, żadna nie zlałaby się ze mną tak doskonale. Przyspieszałem i zwalniałem, a czasem prawie wysuwałem się z niej, czując, że mnie przyciąga i oczekuje nowego ataku. To najbardziej ją podniecało i zarazem drażniło, gdy zastygałem w bezruchu. Potem dawało jej ognistą rozkosz, gdy znowu rytmicznie poruszałem się do przodu i do tyłu. Szybko poczuliśmy pot na naszych ciałach i pościel też stała się wilgotna. Z magnetofonu dolatywały dźwięki następnych piosenek Led Zeppelin i metaliczny głos wokalisty stawał się dziwnym komentarzem do tego, co rozgrywało się między nami.

            – Powiem ci, gdy zabrzmi moja ulubiona pieśń – wyszeptała wciąż mnie całując i pieszcząc leciutko moją szyję.          

            – Myślałem, że najbardziej lubisz Schody do nieba… – powiedziałem między szybkimi oddechami.

            – Nie… – zaprzeczyła i dalej całowała mnie, jakby robiła to pierwszy raz.

Właśnie zaczęła się Pieśń imigranta i dostroiłem do niej swoje ruchy, na co ona zareagowała, przyciskając mnie jeszcze mocniej do siebie. Nic nie mówiła, więc nie chodziło o utwór, którego tyle razy słuchałem w swoim pokoju. Uwielbiałem zakładać słuchawki i robiąc maksymalną głośność, czekałem na słynny okrzyk Roberta  Aaaaa… na początku utworu, powtarzany potem równie energicznie kilka razy. I na te jakże tajemnicze słowa: We come from the land of the ice and snow/ From the midnight sun where the hot springs flow/ The hammer of the gods/ Will drive our ships to new lands/ To fight the horde, sing and cry/ Valhalla, I am coming.  Słuchałem pieśni i wyobrażałem sobie nieznanego wikinga, migrującego ku obcym ziemiom, walczącego z hordami przeciwników, ginącego od ciosu miecza, a potem zabranego z pola bitwy przez walkirie i bytującego w szczęśliwej Valhalli.  Teraz tą mityczną krainą było jej rozpalone ciało, w które wnikałem raz po raz i które lokowałem pośród dziwnej transcendencji muzyki, głosu Planta i cichych jęków rozkoszy.

            Przestaliśmy na chwilę i położyliśmy się obok siebie, ciężko oddychając, jakbyśmy przebiegli sprintem sto metrów. Uśmiechała się do mnie i głaskała moje piersi prawą ręką, a ja odpowiadałem tym samym, wodząc dłonią po jej kształtnym udzie i kolanie oplatającej mnie nogi. Z głośnika dobiegały dźwięki kolejnych utworów – Whole Lotta Love, Black dog, Dazed and Confused,  Kashmir, The Ocean, ale ona nie odzywała się, wystawiając moją ciekawość na solidna próbę. Wreszcie, gdy zaczął kończyć się Heartbreaker, spojrzała na mnie i szepnęła.

               – Teraz… Marzyłam wiele razy, że będę kochać się z tobą, a w tle rozbrzmiewać będzie ten wspaniały hymn wolności i walki, hymn niezgody na zło… Proszę Cię kochanie, wejdź jeszcze raz we mnie i postaraj się zrozumieć o czym śpiewa Plant…

Lekko rozchyliłem jej uda i wsunąłem się w nią delikatnie, omdlały z rozkoszy, jakbym sam wkraczał do Valhalli. Z głośnika dobiegły wyraziste riffy gitarowe Jimmie’ego Page’a i Robert zaintonował opowieść o mistycznym kwietniowym poranku:  It was an April morning when they told us we should go/ As I turn to you, you smiled at me/ How could we say no? Zauważyłem, że poczuła omdlewającą błogość i kochała się ze mną czule, jakby cicho szepcząc słowa ballady: Oh, the fun to have/ To live the dreams we always had/ Oh, the songs to sing/ When we at last return again. Tak, przeznaczeniem tej muzyki było ilustrować dynamiczną miłość młodych ludzi, splecionych w uścisku i doskonale do siebie pasujących. Wyczułem to znakomicie i raz jeszcze dostosowałem ruchy do uderzeń perkusji i riffów Page’a. Głos Planta przenikał nas na wskroś, a tajemnicze słowa otwierały jaźń i wytrącały z bytu: Slipping off a glancing kiss/ To those who claim they know/ Below the streets that steam and hiss/ The devil’s in his hole/ Oh, to sail away/ To sandy lands and other days/ Oh, to touch the dream. Tak snuła się w nas opowieść o Achillesie i jego ostatniej walce w obronie dobra i miłości, tak wybrzmiewała zapowiedź buntu przeciwko diabłu i jego niecnym podstępom. W mojej świadomości mieszały się krainy mityczne, smaki i zapachy, a jej ciało działało jak narkotyk, wciąż generując nowe obrazy, pozostające w korespondencji z pieśnią Led Zeppelin i eksplozją dźwięków, trafiającą do samych trzewi: Oh, to ride the wind/ To tread the air above the din/ Oh, to laugh aloud/ Dancing as we fought the crowds, yeah/ To seek the man whose pointing hand/ The giant step unfolds/ With guidance from the curving path/ That churns…  I kręciło się… jakże kręciło się… wirowało w nas i nad nami, jakbyśmy byli pijani albo naćpani, a przecież byliśmy trzeźwi, celowo niczego nie wzięliśmy, by czuć wszystko dokładnie. 

Plant śpiewał, gitary jęczały żałośnie, ona oddychała pełną piersią, a dzwony rozdzwoniły się nie tylko dla króla Wszechświata, one biły dla naszych serc, które odnalazły się podczas gorącego lata, biły dla naszego dziecka, które rosło gdzieś, jeszcze nie istniejąc: If one bell should ring/ In celebration for a king/ So fast the heart should beat/ As proud the head with heavy feet, yeah/ Days went by when you and I/ Bathed in eternal summer’s glow/ As far away and distant/ Our mutual child did grow. Znowu przyspieszyłem mój rytm i byłem Achillesem walczącym  z Albionem, synem Posejdona i krainą z białymi skałami, która wypływała z mgły przed starożytnymi żeglarzami. Byłem mocarny jak Atlas utrzymujący balans pomiędzy niebem i ziemią, wciąż dźwigający strop niebieski i oddalający dziejową katastrofę: Oh Albion remains/ Sleeping now to rise again/ Wandering and wandering/ What place to rest the search?/ The mighty arms of Atlas/ Hold the heavens from the earth/ For the mighty arms of Atlas/ Hold the heavens from the earth/ From the earth. Utwór zbliżał się do końca i nagle, jak na komendę odsunęliśmy się od siebie, dopiero teraz widząc, że zapadła ciemna noc. Jeszcze usłyszeliśmy ostatnie deliryczne słowa wokalisty: I know the way… I know the way… I know the way… i zasnęliśmy twardo, śniąc o Valhalli, dziwnej, tajemnej, niewidzialnej Valhalli… I tylko pieśń nie chciała się skończyć i nie przestawała wirować ponad nami powtarzanymi wciąż frazami :

Oh, oh, oh, oh, oh, oh oh

Oh, oh, oh, oh, oh, oh oh

Ah, ah, ah, ah

Ah, ah, ah, ah

Ah, ah, ah, ah

Ah, ah, ah, ah

Ah, ah, ah, ah

NOWE PTAKI WONGA SIFU

Co jakiś czas wspaniały fotograf i ornitolog z Hong Kongu udostępnia w Internecie wspaniałe przybliżenia chińskich ptaków. Oto następna partia, z tak oryginalnymi i charakterystycznymi dla tego kraju, srokami błękitnymi.

BROMBERG (15)

Noc była ciężka, przytłaczająca i Józia znowu miała senne koszmary. Wstała wcześnie rano i przygotowała rodzicom na śniadanie kawę zbożową z mlekiem, jajecznicę i nieco chleba z dżemem truskawkowym. Matka wstała pierwsza i podeszła do córki, by ją czule objąć.

            – Kochanie, mam do ciebie prośbę… – zagadnęła – Zejdź do pana Abrahama i poproś go, żeby wymienił obcasy w tych moich brązowych butach. Całkiem się starły… Aha… i niech przybije blaszki z przodu podeszwy…   

Dziewczyna poszła do swojej sypialni, a po drodze postanowiła spojrzeć na dwa duże pokoje, ulokowane na końcu długiego korytarz, odchodzącego od ich partii mieszkania. Kiedyś mieli w nich lokatorów, ale jak wojna wybuchła, najemcy ruszyli do rodziny, gdzieś na wieś, pod Inowrocław. Miała zamiar posprzątać całe mieszkanie i teraz chciała się przekonać, czy w wolnych pokojach jest porządek. Szybko zlustrowała pierwszy z nich, a potem weszła do drugiego i przysunęła się do okna, z którego jak na dłoni miała warsztat żydowskiego szewca. Przekonawszy się, że oba pokoje zostały posprzątane przez mamę, wróciła do kuchni i przywitała się z ojcem, który też już wstał.

            – Jak się czuje mój największy skarb…? – zapytał z szerokim uśmiechem.

           – Dobrze…jak jutrzenka na porannym niebie… – odpowiedziała czarująco, a potem poszła do łazienki by umyć się i rozczesać długie, gęste włosy.

Zrobiło się już jasno i raz po raz słychać było głośny skrzek sroki, siedzącej na pobliskim drzewie jarzębinowym. Te biało-czarne ptaki w taki sposób ostrzegały inne skrzydlate stwory, że w pobliżu jest kot. Józia znała wszystkie dachowce, pojawiające się w okolicy jej domu i czasem nalewała im nieco mleka do talerzyków, stojących tuż za kamienicą. Mieszkali na drugim piętrze dwupiętrowego domu przy Strzeleckiej 4, za którym były szopy, warsztat szewski i duży gołębnik jej ojca. Rodzice nie wiedzieli, że dziewczyna miała swój sekret, którego strzegła jak oka w głowie. Czasem nocą, gdy już spali, przez uchylny otwór w suficie klatki schodowej, wchodziła na dach budynku i długo patrzyła na konstelacje gwiezdne. Z czasem nauczyła się wyodrębniać charakterystyczne układy: Wielką Niedźwiedzicę, Plejady i Oriona, który ekscytował ją najbardziej. Pociągała ją wielka tajemnica wszechświata i kiedyś przyniosła do domu książkę o astronomii, którą przeczytała w mig od początku do końca.

            Teraz  zeszła już przed dom z butami mamy w ręku i okrążając go z lewej strony, przeszła na podwórze po drugiej stronie. Podeszła do warsztatu pana Abrahama i lekko zapukała do drzwi, czekając cierpliwie aż szewc jej otworzy. Minęła minuta, potem dwie następne i nic się działo, więc dziewczyna zastukała raz jeszcze. Teraz miała wrażenie, że przybrudzona firanka poruszyła się z lewej strony okna, a potem usłyszała jakieś głuche hałasy i drzwi wreszcie otworzyły się z chrzęstem. Stał w nich Żyd z długą brodą, odziany w spodnie i białą koszulę, z czarna mycką na głowie.

            – A… a… to pani Józia… Proszę wejść… Bałem się otworzyć… – powiedział i zrobił jej miejsce w otwartych drzwiach.

            – Mama prosiła mnie, bym dała panu te buty do naprawy – powiedziała – Mają zdarte obcasy i potrzebne też są blaszki z przodu.

            – No tak, no tak… – potwierdził zlecenie mężczyzna, rozglądając się niewidzącym wzrokiem po swoim warsztacie.

Józia znała dobrze to miejsce, bo uwielbiała przychodzić do starego rzemieślnika, gdy była mała. Sadzał ją wtedy obok siebie, szewcował spokojnie i opowiadał jej wspaniałe historie ze swego życia i chwalebnych dziejów ludzkości. Miał ogromną wiedzę, a jego kantorek, graniczący z warsztatem wypełniony był książkami, obrazkami i mapami. To od niego dowiedziała się sporo o wszechświecie, planetach, asteroidach i kometach i to on opowiedział jej o wyjściu Mojżesza z ziemi egipskiej, domu niewoli. Wyobraziła sobie jak prowadzi wielki lud, wsparty tylko na drewnianym kosturze i jak prosi Boga, by rozstąpiły się wody Morza Czerwonego.

            Weszła do środka i od razu zauważyła liczne zmiany w wystroju pomieszczenia. Narzędzia były na swoim miejscu, ale znikły sterty butów, które ludzie przynosili do naprawy. Okno było zasłonięte czarną szmatą i tylko z boku, przy framudze pojawił się niewielki prześwit światła.

            – Zrobię je na jutro… albo nie, może lepiej szybko… dzisiaj na wieczór…- powiedział Żyd, lękliwie rozglądając się na boki.

            – To nie jest takie pilne… może pan je zrobić na jutro – z promiennym uśmiechem odparła Józia i już chciała podziękować i wyjść, ale mężczyzna powstrzymał ją ruchem ręki i poprowadził ku krzesłu.

            – Muszę naprawić je szybko, bo nie wiem co będzie jutro… Drogie dziecko nastały trudne czasy… Mój przyjaciel Szmul… wiesz ten granatowy policjant, co mieszka na Jaskółczej, dzisiaj rusza z innym Żydem, który ma ciężarówkę… rusza na wschód, do rodziny… Namawiają też mnie bym z nimi się zabrał, ale wciąż się waham… nie wiem, czy tam ocalę życie…

            – Widziałam straszne rzeczy… – odezwała się Józia – zabijanie ludzi przy kościele na Szwederowie… i te rozstrzelania na Rynku Piłsudzkiego…

            – Tak, dziecko… tak, nastały straszne czasy… Nie wiem co robić… Na razie naprawiłem wszystkie buty i zamknąłem warsztat, ale nie wiem, z czego będę żyć…

            – Niech pan się nie martwi… moja mama wczoraj mówiła, że będziemy panu pomagać… Znajdzie się trochę chleba i owoców, a ja codziennie przyniosę panu trochę mleka…- Powiedziała z czułością.

Abraham poczuł ciepło w okolicach serca i usadowił się naprzeciwko niej, delektując się jej świeżością i prawdziwie zjawiskowym pięknem. Już dawno zauważył, że była tak urodziwa jak Sara, żona patriarchy Izraela, noszącego takie samo imię jak jego nazwisko – Abraham. Ilekroć wyobrażał sobie pramatkę, jak towarzyszy mężowi w drodze z Mezopotamii do Kanaanu, albo, gdy czytał w księgach o tym, że pożądał ją faraon i Abimelek, król Geraru, miał przed oczami postać tej zjawiskowej dziewczyny z sąsiedztwa. Często też mówił do niej „Księżniczko”, co po hebrajsku brzmi Sara, choć ona o tym nie wiedziała. 

            – Najważniejsze, żeby miał pan czym w piecu napalić, bo idzie zima… – powiedziała czując chłód w warsztacie.

            – Dla oszczędności ogrzewam tylko mój kantorek – przytaknął i zniżając głos dodał – Ja już jestem stary, sporo widziałem, chodziłem do teatru miejskiego na przedstawienia i koncerty, jadłem chleb z masłem i comber barani… ale teraz najważniejsi są młodzi. Czuję, że mój świat niedługo się skończy…

            – Wszyscy ludzie są ważni… – próbowała oponować Józia.

            – Tak, wszyscy… ale młodzi najbardziej – potwierdził i ciągnął dalej – To wy zbudujecie nowy świat, musicie jednak przeżyć. Ty szczególnie jesteś narażona, bo podczas wojny bestie w ludzkich skórach polują na piękne kobiety… Ty może tego nie rozumiesz, ale twoja uroda teraz jest dla ciebie największym zagrożeniem… Musisz ściąć włosy, zrezygnować z pomadki i henny, musisz stać się bezbarwna, jak większość naszych kobiet…

Józia wiedziała, że jest urodziwa, widziała też jakie piorunujące wrażenie robiła na niektórych mężczyznach, szczególnie na tym biednym wozaku węglowym, którego śmierć widziała przy szwederowskim kościele. Dotarło do niej też ostrzeżenie pana Abrahama, ale przecież tak kochała swoje włosy i tak lubiła je czesać rano i wieczorem. Jakże mogłaby je ściąć i co na to powiedziałaby jej mama, która tylekroć zaplatała jej warkocze.

            –  Mama mówi, żebym jak najwięcej siedziała w domu…– powiedziała – A mój tata twierdzi, że jak nie wychodzi się naprzeciw zła, to ono nas nie widzi…

           – Wiesz jak lubię i cenię twojego ojca, wiesz jak go kocham jako ludzkiego sąsiada i kompana do szachów, ale tym razem nie ma racji. Zło jest jak straszliwy drapieżnik, ukryty w zaroślach. Stale czeka i stale jest gotowe by zaatakować… Tak samo wilk zaczaja się na sarnę… A ty jesteś jak ona, bezbronna i piękna…Musisz księżniczko bardzo na siebie uważać i stale pamiętać moje słowa…

Józia zamyśliła się przez chwilę, po czym pożegnała się z szewcem i wyszła z jego warsztatu na podwórko. Sroka wciąż głośno skrzeczała w czarnych konarach jarzębiny, a szary kot patrzył na nią łakomie z plątaniny krzewów porzeczkowych, zasadzonych przy płocie sąsiedniej posesji. Wyczuła, że zerwał się lekki wiatr i żółte liście zaczęły snuć się po chodniku jak nocne mary z jej snu. Nagle większy podmuch rozwiał włosy dziewczyny i całkowicie zakrył jej twarz. Poruszyła głową, opuściła ja na dół, by wszystkie opadły, o potem nagłym ruchem odrzuciła je do tyłu.            

– Nie mogę ich obciąć – pomyślała – może starczy jak będę je upinać w kok… albo zaplatać w grube warkocze…?

JACEK ŁUKASIEWICZ 1934-2021

Smutna wiadomość dotarła do mnie dzisiaj z Wrocławia. Zmarł znakomity krytyk i profesor tamtejszego uniwersytetu Jacek Łukasiewicz. Zawsze bardzo ceniłem i cytowałem wielokrotnie Jego prace z zakresu historii literatury, pisywałem też o Jego niezwykłej poezji i po publikacji tekstów otrzymywałem specjalne podziękowania. W jednym z tych listów pisał, że rzucam się na największe głębie i tak rzeczywiście było i wciąż jest. Myślę, że warto w takim momencie przypomnieć moją recenzję z 1998 roku, gdyż zawarłem w niej to, co było istotą błyskotliwego umysłu tego niezwykłego człowieka.

Jacka Łukasiewicza nie trzeba bliżej przedstawić czytelnikom. Stał się przez lata człowiekiem instytucją – poetą, krytykiem, publicystą, cenionym profesorem wrocławskiej polonistyki. Przypomnijmy wszakże, iż jest autorem dziewięciu tomów wierszy, a także licznych publikacji krytycznoliterackich i naukowych, żeby wymienić tylko tak znaczące książki jak Szmaciarze i bohaterowie(1963), Republika mieszańców (1974), Mieczysława Jastruna spotkania w czasie (1982), Oko poematu (1991), Mickiewicz (1996), Herbert (1996). Ostatni tom poetycki Łukasiewicza jest poematem, zdumiewającym w swojej warstwie konstrukcyjnej i treściowej. Zastosował w nim poeta znaną od czasów najdawniejszych metodę stopniowego odsłaniania coraz szerszych kręgów rzeczywistości, wspomnień, komentarzy, nawiązań. Zdawać by się mogło błahe wspomnienie z przeszłości – jakieś masło bulgoczące w kijowskich kotletach, jakiś plusk żaby skaczącej do wody, jakieś ciepło, jakiś chłód – stają się zaczynem i eksplodują w świadomości poety coraz to innymi mutacjami znaczeń, coraz to rozleglejszymi panoramami. Świadomość narratora poematu jest bliska świadomości poety, ale też stanowić może modelową nadświadomość człowieka, który swym życiem objął prawie całe stulecie. Dlatego w poezji tej migają twarze znane i dawno zapomniane, powracają wydarzenia centralne dla epoki i zgubione w indywidualnych bytach. Poeta łowi słowem, wyobraźnią, odsłania w pamięci incydenty, dopełnia treści i wszystko razem oświetla liryczną mgiełką. Autor posiadł umiejętność łączenia w wierszu tego co odległe znaczeniowo i tego, co zdawać by się mogło niepoetyckie, nie dopełnione liryczną treścią.

Refleksja poety jest jednakże owym dopełnianiem treści, jest pointowaniem i jednocześnie gorzkim memento. Tony eschatologiczne i funeralne pojawiają się tu raz po raz w całej ich ostrości i brutalności. Poeta nie waha się mówić o śmierci bez zafałszowań, nie chce koloryzować, ubierać ją w kwefy symboli i alegorii – raczej przygląda się przemijaniu z uwagą obserwatora pochylającego się nad pulsującym mrowiskiem, w które wpadł nieostrożny motyl. Ale też jego wiedza o świecie i ludziach nie pozwala mu patrzeć na rzeczywistość bez cienia ironii, bez otoczki intelektualnej – wie, że mówi o tym co jest największą tajemnicą; wie, że wpatruje się w ślepe ślepia; ale minimalizuje nieuchronność śmierci malując przed czytelnikiem sensualne pejzaże; oddala grozę rozkładu konstruując chwilowe byty z tego co pod ręką – glinianej figurki, wazonu, trzepotu skrzydeł ptaka.

Wraca stale myślą do miejsc i przestrzeni inicjacji, mówi – Tam zaczynam poemat, który nie może się udać,/ rytm łowiąc z woni tamtego wieczoru,/ przy tamtym biurku pisząc tamtym piórem,/ z tamtą niewiedzą, z nieopisaniem świata. Jest to pisanie atramentem sympatycznym nicości i zarazem odsłanianie głębi przez lata ukrytych, może tylko przeczuwanych, czasem ewokowanych we śnie lub w chwilach ekstazy. Ten poemat nie może się udać, ale jednak udaje się – jego siłą jest wibrujący stale w przestrzeni wiersza szczegół, fakt zapamiętany w odległej przeszłości i powracający po latach, dziesiątkach lat. W takim kontekście poemat Łukasiewicza mówi o ocalającej sile pamięci, o tym, że żyją w nas stale zdarzenia i głosy, młodzieńcze wzruszenia, kolejne akordy zmysłów. Mówi też o beznadziejności oporu, o tajemnej logice przemijania – o chwilach sakralnych, ostatecznie mogących tylko zastygać w strofach poematu: Czas przeszły dokonany wstępując w poemat/ wciąż jest niedokonany./ Ten, który umarł – wciąż jeszcze umiera./ Kto się urodził – wciąż jeszcze się rodzi./ Noc się wypełnia narastającym ruchem./ Milczenie zamieniono w chaotyczne tony. Nie jest to poezja łatwa, bo poemat prof. Łukasiewicza domaga się dużej kultury czytelniczej. Zrozumieją go przede wszystkim ci, którzy niosą bagaż podobnych doświadczeń dziejowych, jak i ci, którzy stale szukają w słowie potwierdzenia nieuchronności istnienia w czasie nie dopełnionym. Przemówi on do czytelników wrażliwych i nadwrażliwych – będąc formą jaźniowości i jaźnią odartą z ram – będzie świadectwem migotliwego ruchu myśli i czasu, który przepadł na zawsze, a jednak nie zginął nigdy…

___________

Jacek Łukasiewicz,  Czas nie dopełniony, Ośrodek Kultury i Sztuki, Wrocław 1998, s. 64.     

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XI)

Olinopas przybliżył się do Yasmena i utkwił wzrok w jego twarzy. Czekał cierpliwie aż dowódca odezwie się do niego, ale mijały chwile i nic się nie działo, żadne słowo nie pojawiało się na jego ustach. Po długim śnie czuł w sobie dziwną energię i był gotowy czerpać z niej długimi haustami. Yasmen zdawał się o czymś rozmyślać,  albo wpatrywać się w coś niewidocznego, coś głęboko skrytego, oddzielonego od nich wielkimi przestrzeniami niebieskimi. Przymknął oczy i pozostawał w czujnym letargu, ale gdy dowódca wreszcie odezwał się, drgnął lekko przestraszony.

            – O czym medytujesz bracie…?

Pytanie Yasmena przydało mu znowu energii i zapragnął wystawić go na nową próbę.  Nie ociągając się zatem powiedział.

            – Nie wiem dlaczego, ale znalazłem się znowu w przeszłym życiu i zacząłem obserwować piękną rzymską niewolnicę. Zajmowała się włosami jakiejś ważnej pani, obmywała jej ciało w oślim mleku, a potem długo namaszczała je aromatycznymi olejkami. Miała na sobie białą szatę i wyraźnie rysowały się pod nią piękne kształty, przypominające antyczną rzeźbę. Po jakimś czasie pani odesłała ją i niewolnica poszła do komnaty jej męża, mocarnie zbudowanego legionisty, który natychmiast wciągnął ją do łoża…

            – To zapewne był sen… – Powiedział Yasmen.

            – Tak, to mógł być sen… – przytaknął Olinopas, ale zaraz dodał – Tylko dlaczego czułem, że jestem w ciele tej niewolnicy?

Dowódca zapatrzył się w dal i też przez chwilę wniknął do tamtej przestrzeni. Znalazł się przy kobiecie, właśnie wychodzącej z pokoju centuriona i odprowadził ją aż do pobliskiej łaźni, gdzie zrzuciła szatę i zaczęła obmywać swoje ciało. Zdało mu się, że niewolnica zaczęła popłakiwać i przybliżył się nieco, by to potwierdzić.

            – Dawno już miałem zapytać cię panie, dlaczego w niebie nie ma uskrzydlonych kobiet…? – zapytał Olinopas.

Yasmen wyrwany z rzeczywistości rzymskiej, spojrzał na ulubionego anioła i dopiero po chwili dotarł do niego sens jego wątpliwości.

            – Zadajesz tak naiwne pytania bracie, że zaczynam wątpić, czy cokolwiek rozumiesz ze swojej nowej sytuacji…  

            – Nie rozumiem wszystkiego panie, ale kto pyta, nie błądzi…– ciągnął urodziwy towarzysz.

             – Myślałem, że te dylematy został daleko, za bramną śmierci… i nikt tutaj nie będzie kwestionował boskich rozstrzygnięć – dziwił się Yasmen – Widzę jednak, że muszę przypomnieć to, co powinno dla ciebie być oczywistością. W niebie nie ma żeńskich aniołów, ale my też nie jesteśmy mężczyznami… Bóg pozbawił nas tych dylematów i chociaż w naszych myślach i rozmowach pojawia się rodzaj męski, to ma to tylko charakter użytkowy. Chyba Ewangelia według św. Mateusza całkowicie zatarła się w twojej pamięci, bo inaczej pamiętałbyś, co powiedział Pan o ludziach po zmartwychwstaniu: ani żenić się nie będą, ani za mąż wychodzić, lecz będą jak aniołowie w niebie… Dlatego tutaj nie rozmnażamy się i nie odczuwamy ziemskich pokus…

            – To dlaczego dowódco tak drżę, gdy jestem blisko ciebie…– odważnie zapytał Olinopas.

            – To normalne napięcie… na linii służbowej… – powiedział Yasmen, czując, że zaczęły się w niego wpatrywać jakieś potężne byty – Nie jesteśmy już ludźmi i nie zajmujemy się ich sprawami. Myśl tylko o Bogu i staraj się przeniknąć jego tajemnicę, a będziesz szczęśliwy i spełniony…

Olinopas zamyślił się głęboko, zastanawiając się, czy ciągnąć ten wątek rozmowy i zdradzić dowódcy swoją tajemnicę. Wszak czuł wyraźnie, że w jego bliskości dzieje się z nim coś dziwnego, a napływające do świadomości obrazy nagich ciał, przerażają go. Pamiętał też o tym, co poczuł, gdy Yasmen położył mu rękę na ramieniu i inne momenty, gdy coś kazało mu podfruwać jak najbliżej do dowódcy. Zaczął się rozmarzać, ale oschły głos towarzysza w jednej chwili przywrócił go do rzeczywistości niebieskiej.

            –  Jesteśmy bytami bezcielesnymi, a nasz obraz jest tyleż ludzki, co boski… mówił – Bóg też jawi się nam jako mężczyzna, choć, tak jak my, jest też bezcielesnym duchem…Tylko to pozwala mu być ojcem i istnieć w trzech osobach… Tak jest i tak nie jest, bo przecież i tam i tu Bóg jest przede wszystkim tajemnicą… Zyskujemy świętość, zbliżając się ku niej…  

            – Będąc na tamtym świecie, myślałem, że aniołowie są cieleśni, chociażby dla widzialności i wzajemnej komunikacji – powiedział urodziwy.

            – I poniekąd tak jest, ale przecież mamy tutaj do czynienia z wieloma formami wizualności… Pomyśl tylko o archaniołach… i o najważniejszym z nich…

Ledwie Yasmen wypowiedział te słowa, w jego myślach pojawiła się grupa nagich mężczyzn i kobiet, kotłujących się i lubieżnie dotykających miejsc intymnych. Mężczyźni kopulowali z mężczyznami i kobietami, kobiety pieściły piersi i waginy innych kobiet. A przy tym wszyscy byli jakby przylepieni do czarnego, oślizłego twora, ni to hipopotama, ni krokodyla, leżącego na wielkich złożonych skrzydłach nietoperza albo sowy. Cała grupa pulsowała i rozpryskiwała się w jednej chwili, jak muchy unoszące się nad padliną, a potem scalające się na nowo w jeden kształt. Yasmen przeraził się tej wizji i podążył myślą ku głębinom niebieskim, zawodząc z przerażenia i jakby wzywając na pomoc potężnego ducha. Zaraz też usłyszał w sobie przeciągły świst, przez ułamek sekundy zobaczył archanioła Gabriela, dmącego w długą trąbę, a potem wszystko zniknęło i tylko echo powtarzało monotonnie po aramejsku słowa: Bóg jest moją siłą…Yasmen zawstydził się straszliwie i zerknął na towarzysza, próbując przeniknąć jego myśli i zrozumieć to, co się stało. Dlaczego pojawiła się w nim ta ohydna wizja i kto za nią stał, Olinopas, Satanael czy sam Bóg? Odczuł jakiś dziwny lęk i by go zwalczyć, odsunął się od towarzyszącego mu anioła i zarządził przygotowanie do odlotu. Dawno przebudzeni towarzysze przyglądali mu się z uwagą, jakby też byli świadkami ingerencji archanielskiej. Uznał to za złudzenie i wskazał prawą ręką kierunek, w którym mieli podążyć, a potem wydał krótką komendę:

            – W imię Boga… Ruszamy…!!!   

Odział wzniósł się powoli ku górze, uformował w szyk bojowy i coraz szybciej pomknął ku wielkiej wieży, granatowiejącej przy jasnych zboczach, tuż przy linii horyzontu. Rozpędzili się szybko i teraz, każdy, kto na nich patrzył z oddali, brał ich za wielką, lśniącą strzałę, lecącą ku dalekiemu celowi. Mijali inne oddziały i samotnych wędrowców, pozostawiali za sobą puste przestrzenie, jakby pulsujące tęsknym wołaniem, dalekim jękiem generowanym przez ból lub rozkosz. Yasmen nie mógł przyjść do siebie, wciąż niosąc w pamięci ohydne obrazy i pojawienie się archanioła, tak łagodnego i tak gwałtownie niszczącego to, co podstępnie wniknęło w jego świadomość. Kącikiem oczu zauważył Olinopasa, wyprężonego i dynamicznie mknącego we wskazanym kierunku. Chciał skupić uwagę na jego prawej dłoni, torującej drogę pośród przestrzeni niebieskiej, ale jego wzrok powędrował ku zielonej-złotej szacie, unoszącej się lekko i odsłaniającej kształtne uda. Choć bardzo pragnął odwrócić głowę, jeszcze kilka razy spojrzał na Olinopasa i dopiero, gdy urodziwy anioł zniknął na chwilę w białej chmurze, wpatrzył się w daleki cel. Znowu usłyszał w sobie słowa: Bóg jest moją siłą… i przekazał je wszystkim  członkom oddziału, a oni zaczęli przekazywać je wszystkim mijanym, uskrzydlonym duchom. Jeśli na ich drodze pojawiłby się choćby okruch zła,  zmietliby go natychmiast, odrzucili daleko za siebie. Nie mogli jednak wiedzieć, że bystre, czarne ślepia wpatrzyły się w nich i uważnie śledziły pokonywaną drogę.

LUDZIE (2)

Nauczyciele V LO w Bydgoszczy
Stoi prof. dr Wiesław Szalla, pierwszy z lewej dyrektor dr Marian Szczerba

Wracam myślą do moich nauczycieli z V Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy. Naturalnym łącznikiem pomiędzy Szkołą Podstawową nr 60, mieszczącą się na osiedlu Błonie, tuż przy moim bloku, był wuefista, profesor Wiesław Szalla. Niestety, któregoś roku nagle zniknął z mojej podstawówki i dopiero, gdy zacząłem naukę w szkole średniej, zrozumiałem, że awansował i zaczął pracować na Kapuściskach. Jakaż to była barwna postać i jak go kochaliśmy, nawet wtedy, gdy ordynował niektórym z nas tzw. „poranki”, czyli dodatkowe ćwiczenia wczesną porą, niwelujące złe oceny i wszelkie sportowe zaległości. Myślę, że mnie lubił i dostrzegał moją rozbudowaną muskulaturę, co przejawiało się tym, że powierzał mi prowadzenie rozgrzewek podczas planowych lekcji. To było dziesięć minut szczególnie uciążliwych skoków, przewrotów, rozgwiazd itp., a chłopak prowadzący to i narzucający innym kolejne zadania, zyskiwał sporą renomę w wielu klasach. Profesor Szalla słynął ze zgryźliwych i komicznych powiedzonek, którymi komentował przede wszystkim nieudolność łamagowatych kolegów, choć potrafił też zrugać tych najlepszych. Jego sposobem na zrównoważony rozwój była siatkówka, za którą nie przepadałem, choć znalazłem miejsce w klasowej drużynie i udanie wystawiałem piłki najlepszemu pośród nas – Wiechowi Jabłońskiemu. O wiele lepiej szło mi podczas meczów piłki ręcznej i moja postawa na bramce przyczyniła się do zdobycia mistrzostwa szkoły przez naszą klasę. Tutaj Jabcol też był najlepszy, choć dopomagał mu udanie Wojtek Łoś, Lechu Kocoń, Sławek Dąbrowski, Irek Urbańczyk i rezerwowy Krzychu Kołaczyk. W decydującym meczu obroniłem karnego i potem profesor Szalla nachwalić się nie mógł jak mu to się spodobało. Zawsze z utęsknieniem czekałem na lekcje wuefu, na których wykonywałem najtrudniejsze ewolucje gimnastyczne, popisywałem się robieniem pompek, wspinałem się na grubych linach aż pod dach sali gimnastycznej, a nade wszystko grałem w siatkówkę i koszykówkę. W szkole podstawowej poznałem też ojca naszego wuefisty, który kiedyś przyszedł na lekcję wychowania obywatelskiego i opowiadał nam o swojej działalności konspiracyjnej, w trakcie okupacji niemieckiej. Jego syn pozostał w pamięci wielu chłopaków, którzy uczyli się w V LO i niejedna oferma batalionowa zawdzięcza mu wyjście na człowieka i zainteresowanie się sportem na poważnie.

Klasowa drużyna siatkarska Stoją od lewej: Wojtek Łoś, Wiesiek Pokora, Irek Urbańczyk, Dariusz T. Lebioda, klęczą od lewej: Sławek Dąbrowski, Leszek Kocoń

Innym nauczycielem, który utkwił mi w pamięci jest Dyrektor liceum – dr Marian Szczerba, pieszczotliwie przez wszystkich określany jako „Maniuś”. Nie miałem z nim zajęć z chemii, ale kilkakrotnie uczestniczyłem w akademiach, które organizował, wykorzystując uzdolnionych recytatorów. Raz też trafiłem na dywanik dyrektorski, gdy z ułańską fantazją chciałem otworzyć drzwi wejściowe do szkoły nogą i zbiłem szybę. Uciekłem przerażony, ale widziała to jedna z nauczycielek i natychmiast doniosła szefowi. Ten zjawił się podczas wuefu i kazał mi wyjść z sali gimnastycznej, a potem, bez awantury i reprymendy, rzeczowo ustalił ze mną, że mam dogadać się z pedlem i zapłacić mu za wstawienie nowej szyby.  „Maniuś” budził lęk w uczniach, gdy rano stał u wejścia do liceum i sprawdzał czy wszyscy mają tarcze lub błyszczące znaczki z wizerunkiem Leona Kruczkowskiego, ówczesnego patrona szkoły. Potrafił zawracać uczniów lub kierować ich do sekretariatu, by zakupili tarczę lub znaczek. Do legendy przeszła też jego dbałość o strój chłopców i dziewcząt, prezentujących się okazale w mundurkach, białych bluzkach i granatowych spódnicach. Nie wolno było też zapuszczać zbyt długich włosów, co powodowało wielkie awantury klasowe, bo przecież chcieliśmy wyglądać jak członkowie zespołów Led Zeppelin, Black Sabath lub Slade. Dyrektor stale kursował po holach, a szczególnie aktywny był podczas przerw, gdy chodziliśmy karnie parami przy ścianach. Stawał wtedy na środku korytarza, w najlepszym punkcie obserwacyjnym i wyławiał tych, którzy nie stosowali się do jego zaleceń. Nie wiem dlaczego wtedy nie kwestionował mojego wyglądu, a przecież nosiłem błękitne sztruksy i granatowo-biały sweterek, spod którego wyciągałem kołnierzyki koszuli w biało-niebieskie kwadraty. „Maniuś” był bardzo dobrym człowiekiem, dbającym o nauczycieli i uczniów, którzy wciąż próbowali go „na niby” swatać z jakimiś rusycystkami, lektorkami języków lub chemiczkami. Dyrektor był też czułym, przykładnym synem, mieszkającym z matką w przyszkolnym mieszkaniu i często wychodzącym z nią pod rękę na spacer po osiedlu. Do legendy przeszła jego fryzura z długą grzywką, co chwilę odgarnianą z czoła i nieco za duże garnitury, tudzież znoszone buty, średnio pasujące do całości stroju. Jakkolwiek jednak nie oceniałoby się tego pedagoga, należał on do najzacniejszych i najbarwniejszych postaci grona pedagogicznego.

Profesor Alina Michałowska

Z kolei jedną z najurodziwszych nauczycielek, była moja matematyczka, profesor Alina Michałowska, na którą czekałem zawsze przy sali lekcyjnej z drżeniem serca. Przede wszystkim dlatego, że zachwycałem się jej figurą i bardzo kobiecym, zalotnym wręcz, sposobem chodzenia, a po drugie – dlatego, ze byłem wtedy osłem matematycznym i tylko tej pedagog zawdzięczam dojście do matury i zdanie jej na dobrym poziomie. Nie lubiłem przedmiotów ścisłych i często obrywałem z nich dwóje, ale pani profesor za każdym razem wyciągała mnie z tarapatów, dostawiając trzy z dwoma minusami, niwelujące wcześniejsze pały. Raz tylko, gdy zakochałem się nieszczęśliwie w pięknej uczennicy i zawaliłem wszystko, co możliwe, musiałem przystąpić do egzaminu poprawkowego. Czekałem wtedy na korytarzu z Wojtkiem Łosiem i z drżącym sercem odprowadzałem wzrokiem profesor Michałowską, wchodzącą do sali. Na szczęście wszystko poszło gładko i mogłem dalej kontynuować naukę w czwartej klasie, w której znowu ratowały mnie tak wspaniałe oceny jak trzy z dwoma… W mojej pamięci pozostało też specjalne zadanie, które otrzymałem od matematyczki, związane z moimi zdolnościami plastycznymi. Miałem wykonać gazetkę ścienną, prezentującą wielkich matematyków i zrobiłem to z ochotą, tudzież ekscytacją, że tyle razy będę rozmawiał na osobności z piękną panią profesor. Zadanie zostało wykonane i spodobało się na tyle, że podobną gazetkę pt. Wielcy fizycy zamówiła u mnie pani profesor Barbara Lamęcka-Behring, wychowawczyni mojej klasy i znakomita fizyczka. Niestety za sprawą złośliwych kolegów, zaczęła się rozpowszechniać w szkole plotka, że zadrwiłem z nauczycielek i wykonałem karykatury wielkich matematyków i fizyków, co mijało się z prawdą. Niektórzy koledzy byli tak leniwi, że nie zadali sobie trudu by sprawdzić jak naprawdę wyglądały odwzorowane przeze mnie osoby i ich defekty urody przypisali mojej rzekomej złośliwości. Po jakimś czasie przystąpiono do remontu szkoły i gazetki w naturalny sposób zastąpione zostały innymi ozdobami. Wspominając profesor Alinę Michałowską wciąż mam w pamięci jej eleganckie ubiory, nienaganną sylwetkę, starannie zaczesane włosy i piękne oczy, a zarazem przypominają mi się tortury oczekiwania, kto zostanie wywołany do odpowiedzi przy tablicy. Gdy trafiało na mnie, serce podchodziło mi do gardła i szedłem na środek klasy jak na stracenie, tym bardziej, że wiedziałem, iż znowu zawiodę piękną panią profesor.

Alina – moja piękna dziewczyna z czasów licealnych

Moją dość dobrą znajomość języka angielskiego zawdzięczam przede wszystkim pani Profesor Annie Dutce, która znakomicie uczyła tego języka. Była bardzo wymagająca, ale potrafiła zachęcić nas do wkuwania słówek i zapoznawania się z gramatyką, sprawiedliwie oceniając postępy i karząc tych, którzy lekceważyli jej zalecenia. Niewiele brakowało, a wybrałbym język angielski jako przedmiot egzaminacyjny na ustnej maturze, ale w końcu zdecydowałem się na ukochaną geografię, wykładaną przez profesora Romana Golla, jako żywo przypominającego Alfreda Szklarskiego, autora mojego ulubionego cyklu podróżniczego o przygodach Tomka Wilmowskiego. Gdy uczyłem się angielskiego, prof. Dutka była już starszą kobietą, ale zawsze nienagannie ubraną i jak angielska królowa Elizabeth, noszącą eleganckie torebki. Zapamiętałem zabawne zdarzenie z jednej z lekcji, kiedy to jeden z naszych kolegów przyniósł do szkoły jakiś płyn, śmierdzący jak zgniłe jaja. Przed lekcją angielskiego nakapał kilka kropli na stół nauczyciela i po jakimś czasie pani profesor zaczęła czuć ten zapach i podejrzliwie patrzeć na dwie koleżanki, siedzące w pierwszej ławce. Te siedziały spokojnie, a po którymś spojrzeniu zaczęły się ukradkiem śmiać do siebie, co wywołało prawdziwą lawinę zdarzeń. Nauczycielka nie wytrzymała i wprost zapytała jedną z nich: To ty tak tutaj dzisiaj smrodzisz? Obie dziewczyny wybuchły histerycznym śmiechem i zostały za to natychmiast wyrzucone za drzwi. Niestety zapach się nie ulatniał, nawet przy otwartym oknie i dochodzenie trwało dalej, aż doprowadziło do tajemniczych żółtawych plam na stole i donosu najbardziej znienawidzonej skarżypyty z naszej klasy. Innym razem pani profesor musiała wyjść z klasy, krztusząc się ze śmiechu, gdy jeden z naszych kolegów zamiast powiedzieć po angielsku, że ma dobry ołówek (pencil), palnął: I have good penis… Nie muszę chyba mówić jaki przydomek przylgnął od tamtego zdarzenia do tego kolegi, który nomen omen na imię miał Ryszard, co po angielsku skraca się do formuły Dick. Bardzo lubiłem lekcje języka angielskiego i łasy byłem na pochwały profesor Dutki, tym bardziej, że nigdy potem nie spotkałem tak dobrej anglistki. Latając do wielu krain i posługując się uniwersalnym językiem światowym, wdzięczny byłem tej skromnej pani, za jej pasję pedagogiczną i za to, że potrafiła mnie zachęcić do nieustannego ulepszania tego narzędzia komunikacji. Mógłbym tutaj przywołać jeszcze wielu nauczycieli z grona pedagogicznego V Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy, z którymi dane mi było się zetknąć. Kilku z nich bardzo lubiłem, jak na przykład rusycystkę Czesławę Obuchowską, polonistkę Ewę Poleską-Kosowską, biologiczkę Marię Pastuszewską, a innych zachowałem w życzliwej pamięci. Żałuję też, że dałem się bardzo we znaki pani profesor Irenie Kuchczyńskiej, osobie o anielskim charakterze, którą denerwowaliśmy podczas zajęć z wychowania technicznego, gadając jak najęci, a nawet przekrzykując się bezczelnie. Z własnej praktyki pedagogicznej wiem jak przeszkadzają takie osoby i jak wpływają destrukcyjnie na innych. Muszę zatem gorąco przeprosić tę panią za siebie i za innych hałaśliwych zarozumialców z naszej klasy. Czas nauki w V LO pozostanie w mojej pamięci jako okres bardzo ważny w moim życiu, gdy coraz bardziej zaczynałem interesować się literaturą. Prowadziłem wtedy sporo dyskusji z profesor Ewą Poleską, uważnie przy tym zerkając na jej urodziwą siostrę. Niestety były to też lata pierwszych zawodów miłosnych, najpierw z powodu pięknej Aleksandry, a potem Aliny, z którą spotykałem się przez pięć lat, ostatecznie zrywając znajomość, gdy podjęliśmy studia – ona anglistyczne, a ja polonistyczne. Ta istota, tak upragniona i tak wrażliwa, przyczyniła się do tego, że zacząłem pisać wiersze i opowiadania. Po latach opublikowałem też tomik pt. Maria, w którym zamieściłem część liryków napisanych dla niej i będących relacją z tego, co wtedy przeżywaliśmy. Dzisiaj, ilekroć przemykam w okolicach mojej dawnej szkoły, wracam myślą do wielu nauczycieli i do zdarzeń z nimi związanych, przypominam sobie koleżanki i kolegów, przystaję i zastanawiam się nad ścieżkami ludzkich przeznaczeń. Z wielką wdzięcznością i sporym  zażenowaniem czytam na stronie szkoły, że należę do jej znanych absolwentów, obok tak naprawdę cenionych wychowanków jak: socjolog prof. Andrzej Zyberowicz, reżyser Jarosław Żamojda, dyplomata Aleksander Fedorowicz, kurator oświaty Marek Gralik, czy prawniczka Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz. Czytam to z zażenowaniem, bo przecież stale jestem jeszcze w drodze ku wytyczonym celom i pamiętam o moich szkolnych potknięciach, z których udało mi się dźwignąć dzięki mądrym, wspaniałym i jakże ludzkim pedagogom mojego już na zawsze, V Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy, które nosi teraz jakże zobowiązujące imię Ignacego Paderewskiego.

V LO w Bydgoszczy z lotu ptaka

« Older entries Newer entries »

<span>%d</span> blogerów lubi to: