RDZAWY PYŁ

24 sierpnia zmarł w Toruniu prof. Janusz Kryszak (1945–2019), polski literaturoznawca, profesor nauk humanistycznych, poeta. Absolwent toruńskiego UMK, gdzie kierował Zakładem Literatury Młodej Polski i Dwudziestolecia Międzywojennego oraz Pracownią Badań Emigracji w Instytucie Literatury Polskiej. Wieloletni redaktor naukowy rocznika „Archiwum Emigracji”, autor licznych artykułów naukowych poświęconych polskiej poezji współczesnej i szkiców literackich, redaktor prac naukowych. Interpretator twórczości m.in.: Mariana Czuchnowskiego, Wacława Iwaniuka, Tytusa Czyżewskiego. Jako poeta debiutował w roku 1970, a jego liryka była tłumaczona na język rosyjski, angielski i niemiecki. Laureat Nagrody im. Stanisława Piętaka i Nagrody Fundacji im. N. W. Turzańskich w Kanadzie. W 2007 roku, po ujawnieniu przez media jego długoletniej współpracy z SB, wycofał się z życia publicznego i wielokrotnie przeprosił za to, co robił. Przez jakiś czas szedłem z nim przez życie, bywałem w gremiach oceniających konkursy literackie, a nade wszystko spotykałem się z nim w Toruniu i Bydgoszczy. Choć nie akceptuję jego życiowych wyborów i w pewnym momencie byłem też ich ofiarą, myślę, że warto zamieścić w Internecie szkic, który opublikowałem w zbiorze krytycznoliterackim pt. Bryłka bursztynu (2001). Mój tekst miał podtytuł „O liryce i wrażliwości poetyckiej Janusza Kryszaka” i  to przede wszystkim po nim pozostanie, jako najwspanialsze osiągnięcie życia i kontrapunkt dla bytu niejawnego.

Janusz Kryszak urodził się 22 listopada 1945 roku w Bydgoszczy, na Szwederowie, w dzielnicy owianej w tym mieście chuligańską sławą. Ukończył studia humanistyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie następnie się doktoryzował i habilitował, a potem uzyskał tytuł profesora zwyczajnego. Jest Kierownikiem Zakładu Literatury Młodej Polski i Dwudziestolecia Międzywojennego, kieruje też pracami Pracowni Badań Emigracji w Instytucie Literatury Polskiej UMK, jest też redaktorem naczelnym rocznika naukowego „Archiwum Emigracji”. Jako poeta zadebiutował zbiorem pt. Widziadła gorejące (1970), a potem opublikował następujące zbiory wierszy: Poeta w niebieskim kombinezonie roboczym (1974), Inny głos (1977), Wersja próbna (1982), Życie wewnętrzne i inne wiersze (1991), Mały wybór (1992), Odosobnienie (1996), Czwarta dekada. Wiersze wybrane i nowe (2000). Jego utwory tłumaczono na język rosyjski, niemiecki i angielski, a także szeroko komentowano w prasie i periodykach literacko–artystycznych, znalazły się też w cenionych antologiach polskich i zagranicznych. Równie bogata jest twórczość eseistyczno–naukowa Kryszaka, poświęcona studiom nad literaturą polską XX wieku. Tutaj wymienić trzeba rozprawy i monografie: Katastrofizm ocalający (1978, 1985), Urojona perspektywa (1981), Poezja ziemi (1984), Literatura złej chwili dziejowej (1995), Rzeczywistość trzecia (1997). Za prace te otrzymał między innymi Nagrodę im. Stanisława Piętaka i Nagrodę Fundacji im. N. W. Turzańskich w Kanadzie, został też laureatem Złotej Karety „Nowości” i Nagrody Prezydenta Miasta Torunia.

Pudełko nicości

Poezja Janusza Kryszaka jest próbą opisu fenomenu wrażliwości – istnienia w nieustającym zdziwieniu, i bolesnej euforii. Kolejne wiersze są nowymi cząstkami szerokiej perspektywy człowieczeństwa – są odwzorowaniem bycia w zamykających się przedziałach czasu i w wielu przestrzeniach równocześnie. Ogląd świata jest tutaj uważny, skupiony, wystudiowany, pełen szczegółów i okruchów, elementów drobnych i rozlegle umocowanych konstrukcji. Wszystko tu mieści się w ramach refleksji epistemologicznej i jest ciągłym  p o z n a w a n i e m, odkrywaniem siebie w sobie i w świecie, poznawaniem osób i miejsc, dookreślaniem przestrzeni lirycznych, w których bytują dziwne twory – ludzie, którzy umarli; kobiety które odeszły, albo nie nadchodzą; przypadkowi przechodnie, zjawiskowe ptaki, nocne owady i świadomość poetycka, która każe stale układać elementy domina. Poeta wrażliwie i subtelnie opisuje w wierszach te chwile, kiedy poczuł, że naprawdę istnieje, wyodrębnia te momenty, kiedy doświadczył bolesnej, ponadnaturalnej harmonii świata i rzeczy. Rzeczywistość nie przestaje go zdumiewać i stale każe być czujnym, bo Im dalej/ na powierzchni życia/ tym większy zamęt i triumf/ rzeczy zawiłych, tym wyraziściej jawi się ułuda wszelkich – zdawać by się mogło – ostatecznych ustaleń. Wszystko umyka i domaga się uchwycenia w słowie, w geście, w zadumie lirycznej; wszystko pędzi w dal, wszystko rozprasza się pośród entropii, cokolwiek  j e s t,  przechyla się w kierunku  b y ł o,  cokolwiek rozpala wyobraźnię, zamienia się w gorycz popiołu – zostaje żal i twórczy smutek, który dyktuje słowa: nie zdążyłem na nic/ prócz miłości tak oczywistej/ że nie zajmuje ona naszej uwagi/ i nie domaga się niczego/ całe moje życie/ zamknięte teraz w pudełku nicości/ stuka jak kołatka/ w twarde wieko snu. To są chwile rozpaczy i bolesnych podsumowań – samotne lata/ poławiacza słów: dnem uciekają w ciemnych wodach/ pamięci. Nie do uchwycenia. Świat i konkretna chwila istnienia nie dają się zatrzymać, nie można im się przeciwstawić, bo życie jest strumieniem, jest mknięciem ku piętrzącym się wyzwaniom, jest nieustającą próbą wytrzymałości.

Poeta nie może uwolnić się od refleksji o swoim bycie, nie przestaje ani na chwilę segregować doznań, oddzielać ich od wyobrażeń i złudnych chwil szczęścia. Stoi w księgarni, przegląda Wielką księgę owadów, a wtedy z całą wyrazistością jawią mu się dziwaczne istnienia, ubrane w wymyślne barwy, przypisane zdumiewającym kształtom. I wtedy właśnie myśli o człowieku, myśli o sobie i swojej egzystencji, wplecionej w miliardy równie asymetrycznych krzywizn, płaszczyzn, wypukłości i barw – wtedy wypowiada słowa, które są mottem dla życia i zaklęciem dla drogi: nie odstępuj rozpaczy ona jedna wskaże ci miejsce/ w wielobarwnym katalogu istniejących stworzeń. Tak zdziwienie rodzi wiedzę, a studiowanie form daje poczucie istnienia w długim łańcuchu bytów, tak owad i poeta stają się cząstką tego samego  t e k s t u,  w którym brzmi dalekie echo prastworzenia. Kryszak stosuje w swojej poezji wielokrotnie metodę przybliżenia, uważnego strukturalnego oglądu cząstek, nieomal komórkowego rozdziału, a dzięki temu widzi rzeczy w ich najgłębszych tajniach, dociera refleksją poetycką tam, gdzie nie docierają inni twórcy. Takie przybliżanie jest zarazem filozofowaniem, bo jest wyodrębnieniem czegoś, co opisać można tylko poza całością, poza strukturą. Poeta pragnie dotrzeć do prawdy o sobie i o Mężczyźnie, którego widział dwa albo trzy razy, chce wiedzieć czy to, co robił, co widział, co dookreślił swoją pracą i swoimi buntami, miało głębszy sens. Jego wizja świata zmienia się stale, co chwilę ewoluuje i przechodzi od euforii do rozpaczy – od ciepła złączonych ramion i poczucia bezpieczeństwa, do refleksji eschatologicznej: Jeszcze tylko niewielki wysiłek i potem/ już zawsze jedynie jaspis i kryształ,/ poza dniem i nocą, bez słońca i księżyca,/ bez magicznych sztuczek zalotnej natury./ Ale w wiecznej chwale/ doskonałej samotności. Ironia w takich momentach zdaje się jedyną bronią, jedyną przeciwwagą, jakby próbą obłaskawienia nicości.

Tonacja poezji Kryszaka nie jest mroczna, bo nawet przy najgłębiej sięgających tonach schyłkowych, pojawia się w niej   i n t e l e k t,  jako odskocznia i obietnica dotarcia do i s t o t y,  pojawia się myśl żłobiąca wytrwale rzeczywistość i zostawiająca na niej swój ślad. To rodzaj poezji, w której metafizyka pojawia się nie pod powierzchnią słów, ale w samych kreowanych obrazach, w łączach metaforycznych, które spajają – wydawać by się mogło – nie dające się połączyć treści. Rzadko się zdarza by z wierszy, krótkich liryków i szerszych panoram poetyckich, wyłaniała się tak wyraziście ludzka świadomość. To tak, jakby przemierzała ona szlak egzystencji i na chwilę zatrzymała się w tych utworach i w tym człowieku, a potem i w nich, i w nim została uwięziona przez intelekt, poddana próbie bytu, próbie wytrzymałości na rozpacz i ból, orgazm i euforię; została przybliżona w chwilach odczuwania więzi z całą ludzkością i w obliczu samotności zimnego grobu. Tutaj zbiegają się epistemologia liryczna i poetycka ontologia, tutaj widać najwyraziściej, że poezja jest potężnym narzędziem poznania. Unieśmiertelnia w słowach ulotne stany, tkliwe zamyślenia nad sobą i otaczającą człowieka naturą; chroni przed niszczącym upływem czasu, charakterystyczne dla danych okresów życia stany samoświadomości, samopostrzegania i samokreacji. Poezja Kryszaka w dramatyczny sposób przypomina, że składamy się z różnych ludzi, że współtworzą nas różne portrety, różne stany wewnętrzne, a to co jest w nas jednością możliwe jest tylko dzięki plastycznym właściwościom intelektu. Do tego rodzaju prawd dochodzi się poprzez nieustanną czujność, poprzez wpatrywanie się w ciemność i uważne studiowanie form, poprzez poddawanie się różnorakim próbom i poprzez negację, oddalenie tego co się zrobiło, co inni – być może – uznać mogą za wielkie osiągnięcie i szczyt ludzkich możliwości. To jest próba zamknięcia życia w pudełku nicości, próba być może najniebezpieczniejsza i najdotkliwsza, ale przecież tylko ona może dać taką wiedzę, jak ta z wiersza pt. Wczesny ranek: Wczesny ranek. Co było ciemne, teraz rozjaśnione/ Odsłania oczom czysty kształt. Wszystko zamknięte/ W swojej zwięzłej formie. Drzewa osobne, każdy liść/ I źdźbło trawy wraca do pierwotnej postaci./ Jak każe czas, co rządzi obrotami krwi./ Byliśmy zaproszeni i dobiegła końca radość bogów./ Zamilkł śpiew. Rozwiał się zarys ramion,/ Profil twarzy. Będą czekać pod płytą snu/ Na ponowne wezwanie. Rześki powiewie ratuj mnie. Wiersz nie kończy się wołaniem o ratunek bez powodu, bo zawsze tego rodzaju wiedza budzi przerażenie, odsłania prawdziwy obraz ludzkiej nędzy w świecie ulotnych miraży, chwilowych zauroczeń, uczuć, które truchleją w obliczu ostateczności, które rozpływają się we śnie. Jednak owo wołanie o ratunek jest jeszcze jednym potwierdzeniem, że świadomość zawsze będzie próbowała ocalić, to czego ocalić nie zdołała miłość, co przepadło w świecie osobowych interakcji, ale boleśnie tkwi w myślach i wrażliwości poety.

Poeta w niebieskim kombinezonie roboczym

Kryszak należy do tego samego pokolenia poetyckiego co Wojaczek, Zagajewski, Krynicki, Korhauser czy Barańczak, niewiele starsi od niego byli Stachura, Milczewski–Bruno, Szatkowski. Wraz z tymi poetami wchodził zatem do literatury i wyraźnie zaznaczył swoją odrębność w czasach PRL–owskiego propagandziarstwa, wszechobecnej cenzury i kłamstwa. Jego poemat pt. Poeta w niebieskim kombinezonie roboczym (1974) był pojemniejszy myślowo i szerzej opisywał człowieka od nowofalowych imitacji języka potocznego czy prowokacji „poetów wyklętych”. To była próba pokazania rodzącej się wrażliwości, a wraz z nią niezgody na zastany świat i na z góry wyznaczone w nim miejsce. Jego bohater liryczny tak ustawiał się do rzeczywistości, że mógł uchodzić za trefnisia i niegroźnego uczestnika ciągnących się bachanalii, ale przecież tego rodzaju poza była kamuflażem, pozwalała spokojnie studiować rzeczywistość i wyodrębniać w niej wszelkie przejawy nadużyć. Zatem tego poetę w dżinsach widzimy jak: podsłuchuje rozmowy w barze milcząc zjada/ suchą bułkę z sałatą i serem wodzi oczami/ za pyłem wirującym w wąskiej stróżce światła/ wynosi skrzynki opróżnia pojemniki na śmieci/ podsłuchuje rozmowy zestawia stoły ustawia/ na nich krzesła zwija chodniki wykonuje tysiąc/ innych czynności krztusi się w tumanach kurzu/ podsłuchuje rozmowy sprząta wielkie sale/ wyłącza z sieci gigantyczny agregat i zamiera/ serce europy myje poplamione rdzą kontuary/ gasi gaz w palenisku ściemnia światła/ wychodzi. Opis realnego świata przeplata się tutaj z rzeczywistością jakby z mrocznego snu, z nadrealnych przedstawień malarskich, z wizji utopijnych miast. Poeta operuje tu takim ładunkiem ironii, że jego kreacja staje się rodzajem gigantycznego   p o d  t e k s t u,  czymś na kształt monologu, zakłócanego przez czynniki zewnętrzne. Dla cenzora mógł to być wiersz zaledwie relacjonujący młodzieńcze spotkania przy kieliszku czy kuflu piwa, ale przecież był on rozległą diagnozą stanu świadomości i skali ironicznego postrzegania ówczesnego świata.

Gdy poeci Nowej Fali pisali dławiące się w sobie wiersze, oddające język ówczesnej propagandy sukcesu – Kryszak stworzył poemat, w którym szeroka fraza, pardoks jakby rodem z Czechowicza i nośność poetycka połączone zostały z ironią i dowcipem. Wkalkulował weń zarazem rodzaj powierzchownego odbioru – niechaj  cenzura odbiera ten wiersz jako zapis kolejnych bachanalii, niechaj myśli, że młodzi zajmują się dziewczęcymi piersiami, zjadaniem suchej bułki z sałatą i serem, albo awanturowaniem się o kieliszek wódki. A przecież była to tylko zasłona dymna, było to odgrodzenie się od socjalistycznej bzdury i przerażającej pustki tamtego życia. To są przecież czasy, gdy do polski docierają echa kontrkulturowych rewolt w Zachodniej Europie i Stanach Zjednoczonych, czasy hipisowskich wędrówek i pogoni za prawdą, to są chwile kształtowania się świadomości ludzkiej i narodowej. Dążenie do wyzwolenia siebie i złamania wszelkich barier, zniesienia granic. I wszystko to odbija się w poemacie Kryszaka, i nie bez powodu jego bohater traktuje dżinsy jak kombinezon roboczy. Jego pracą jest nieustanne czuwanie na posterunku wrażliwości – przyglądanie się światu i wyciąganie wniosków, a potem opisywanie wynaturzeń, docieranie do prawdy. Jego bohater to: poeta w niebieskim kombinezonie roboczym/ palacz obsługujący sprawnie największe paleniska/ europy chwilowo bez zajęcia/ po raz nie wiadomo który wyrzucony na bruk/ bezsenny przebiega miasto do ostatniego tchu/ rozbieganych na niebie świateł/ liczy układające się we frazy poematu/ odciski ognia na dłoniach wciąż ukradkiem/ przemykający się przechodzień/ tyle spraw tyle rzeczy do wypowiedzenia/ on przemyka się zaułkami osaczony nieprzenikliwym/ kordonem syren sygnałów dzwonków alarmowych/ uskakując spod kół goni życzliwy chór/ wołających uciekaj uciekaj tylko uciekaj/ zapomnij imię i nazwisko zapomnij wszystko/ i tylko uciekaj jeśli ci życie/ miłe. Jego bohater to nadwrażliwiec, który nie mieści się w obrębie systemu, nie godzi się na jakiekolwiek wtłoczenie. Jest jakby chodzącym wyrzutem sumienia, nieustającym zagrożeniem dla różnorakich służb wyposażonych w syreny, sygnały, dzwonki alarmowe. Jego samoświadomość jest jego skarbem, ale też zapowiedzią kłopotów, potencjalnego zderzenia z funkcjonującą stale machiną dehumanizacji. Musi uciekać, by zachować swoją odrębność, musi błąkać się po zakamarkach miasta, by nie zgubić siebie w sobie. Musi – jak adresat dedykacji, Marian Czuchnowski – zamykać się w odosobnieniu, trafiać do coraz bardziej wynaturzonych przestrzeni, przeglądać się w zimnych szybach kolejnych piekieł. Oto świat połowy lat siedemdziesiątych w Polsce i zarazem każdy świat przygnieciony cieniem totalitaryzmu – oto gorzkie dary wyniesione na  światło dzienne/ dobijające się swych praw sponiewieranych/ wyrzuconych poza nawias serca które dusi się/ w strzelistym potoku krwi/ zwycięzcy z pola bitew wracający boso/ umierający w pogoni w klinikach dla psychicznie/ chorych w listach w listach oczekujący jeszcze/ wieści do ostatniego tchu uciekający pod osłonę/ wierszy. Zderzenie z utopią komunizmu było dla pokolenia Kryszaka przeżyciem traumatycznym i wielu spośród uczestników tego bezkrwawego buntu kończyło na marginesie ludzkim, wielu docierało do kresu ludzkiego doświadczenia, wielu zatracało się w wędrówce donikąd. Ale nawet wtedy ich bunt był aktem heroizmu, ostatecznego przeciwstawienia się złu. Pozostały wiersze, którymi nie można manipulować i legenda straconego pokolenia, które w swym maksymalizmie bliskie było odwagi i poświęcenia tych, którzy walczyli z karabinem w dłoni o nowy świat. Tutaj karabinem była świadomość, nie poddająca się manipulacji, a pociskami wiersze, odważnie głoszące wieść o trwającym już pożarze świata.

Każdy bunt ma swój moment początkowy, przesilenie i moment krytyczny, każda rewolucja – nawet ta bezkrwawa – obraca się w końcu przeciwko jej dzieciom. Tak też stało się z przedstawicielami pokolenia Nowej Fali, którzy zagadali się na śmierć, a potem, kiedy nadeszła wolność, zamilkli, nie mieli o czym mówić. W kontekście ich doświadczenia, poemat Kryszaka nie stracił na swojej wartości, bo mówił o świecie w kategoriach ostatecznych. Widział cele doraźne, widział wynaturzenia systemowe, ale przecież zawsze punktem dojścia był dla niego człowiek i rodząca się w nim, a potem wyciskająca piętno na jego umyśle samoświadomość. Tak – zaczynając od ironii i buntu w stylu hipisowskim, od munduru dżinsów i chlebaka na ramieniu – poeta ustrzegł się pułapek, jakich niestety nie zauważyli niektórzy przedstawiciele jego generacji. Poszedł raczej tropem Herberta i Miłosza, a kolejne, mieniące się kolorami tęczy fetysze, pozostawiał za sobą. Tak też doszedł do wiedzy bolesnej, ale i ocalającej najintymniejszą cząstkę, jaka jest w człowieku, tak odnalazł głębię języka i dykcję poetycką, odbijającą jego wrażliwość, tak mógł w wierszu napisanym u końca wieku powiedzieć: Szukajmy w rzeczach naszych cieni naszych./ Niech powiedzą, że czas nie panuje nad nami./ Światło poruszone miękko skrzydłem ptasim/ Rozbiega się tańczącymi w powietrzu obrazami./ Oto nasz świat. W nim jesteśmy młodzi./ Budzimy bezsenni ciągle jasność dnia. U końca stulecia, w ostatnim wierszu tomu Czwarta dekada, sumującego doświadczenia poetyckie i życiowe, autor znacznie poszerza perspektywę, wskazuje też inne motywy, które zawsze były obecne w jego liryce, szczególnie nawiązywanie do odkrywczych tropów Czechowiczowskich. Lata siedemdziesiąte były czasem buntu, a zarazem niezwykle skupionego szukania swojego miejsca, wyznaczania drogi, którą trzeba będzie iść, koniec stulecia dał możliwość spojrzenia za siebie.

Fotografia i popiół

Taką inną próbą znalezienia swojego  m i e j s c a  w świecie i wyznaczenia      c e l u    było dla poety szukanie rodzinnej genealogii, wracanie myślą do podwórka i domu na bydgoskim Szwederowie, przywracanie do życia w poezji członków rodu, którzy są już w innym wymiarze. Oto w wierszu pt. Album rodzinne: Wuj pochylony nad sztalugą/ maluje martwą naturę z czerwonymi jabłkami, a poeta wpatrzony w powstające dzieło i zasłuchany w opowieść o malarstwie Poussina, jakby jeszcze nie rozumie na czym polega wyjątkowość tej sytuacji, jakby buntuje się, broni czystej fikcji bezprzedmiotowego widzenia. Jakby nie umie jeszcze pogodzić ze sobą wszystkich szczegółów, nie stać go na taką refleksję, jaka pojawi się w liryku po latach. Ale wracanie do tamtych chwil jest ważne, bo jest poszukiwaniem dziecinnej i zarazem poetyckiej wrażliwości. Poeci przecież nie biorą się znikąd, zawsze ich świadomość rodzi się z bólu, z bolesnego pęknięcia, z nakładania się na siebie warstw egzystencji i doświadczenia, ze zderzenia niedojrzałości i budzącej się gwałtownie świadomości świata i samego siebie. Dopiero po latach zwykłe zdarzenia, banalne odgłosy i owo przebywanie w towarzystwie wuja, nabierze prawie sakralnego charakteru, dopiero wtedy pojawi się nieomal malarska perspektywa: Nad kanałem korony drzew jak chmury/ nisko wchłaniają smród płynących odpadków/ i z ulicy długiej o szyby uderza zgrzyt tramwaju/ a wuj szczęśliwy wyjmuje z duchówki/ dzbanek mocnej czarnej kawy. Upływ czasu jest rodzajem eutanazji, której nie można powstrzymać, której nie sposób się przeciwstawić. Dawne wydarzenia, fakty z życiorysu, gesty i głosy, pozostają za nami, coraz odleglejsze, coraz mniej wyraziste.

Poeta patrzy na fotografię bliskiej mu osoby i dokumentuje w wierszu szybkie oddalanie się dawnych wzruszeń, Uczuć i łez, charakterystycznych cech głosu, może to babcia, a może ktoś inny; w wierszu pt. Fotografia, nie znajdziemy bliższych wskazówek, ale przecież sytuacja jest modelowa i odnosić ją można do każdej rodziny, do wszelkich więzi międzyludzkich. Tak jak nieubłaganie znikają kolejne kształty na starej, blaknącej fotografii, tak w naszej pamięci coraz bledsze są przeszłe zdarzenia: To było. Ale teraz jest tylko światło,/ które powoli, sobie jedynie znanym sposobem,/ wchłania do wnętrza fałdy sukni, korale na szyi/ nieuchronnie zbliża się do twarzy./ W niej oczy jeszcze nie tracą nic z czerni/ retuszowanej przez małomiasteczkowego fotografa./ jakby wiedział, że gdy znikną wszystkie kształty,/ zarys postaci i meble, zostaną one, śledzące mnie/ z czułością, gdy wszystko w świetle wiekuistym/ ubywa. Jakież to bliskie sytuacji człowieka i stale zanikającego w jego losie śladu, nagłego wzruszenia. Pozostają w naszej pamięci zaledwie okruchy, jakieś drobne cząstki, elementy budowanych przez lata struktur. Bez refleksji, bez zadumy nad sobą znikły by bezpowrotnie, bez utrwalenia w wierszu straciłby swój wyraz, znalazły się w lamusie straconych lat.

Także wiersz pt. Życiorys (1979) przynosi podobną perspektywę i jest próbą zachowania, dla poety, i dla jego czytelnika, rzeczywistości, której już nie ma. Wraca obraz rodzinnego domu, przypomina się kilka wyrazistych elementów, które stanowiły o jego charakterze, wraca wspomnienie faktów pierwiastkowych dla życiorysu i dla kształtującej się wrażliwości dziecka: w moim domu rodzinnym jak tylko pamiętam/ nie było biblioteki ani też cennych obrazów/ na ścianie przy łóżku zielono lśniły wieże marienburg/ i ktoś uskrzydlony nie pozwalał dziecku wdrapać się/ na zarosły dzikim winem mur/ wszystkie książki ojciec spalił czterdzieści lat temu/ i odtąd uznanie miał jedynie dla sztuki/ upinania włosów i uprawiania ogrodu. Tutaj, w tym świecie logiki i ojcowskiego prymatu, wszystko miało sens i wszystko składało się w kształt enklawy, bezpiecznego zakątka pod bacznym okiem Anioła Stróża. Tutaj nie było jeszcze miejsca na bunt, a spalenie książek przez ojca było równie ekscytujące jak jego sztuka upinania włosów i uprawiania ogrodu. Tutaj szeroko otwarte oczy dziecka chłonęły świat, tu rodziła się wrażliwość poetycka i powoli kształtowało się przeznaczenie. Świat jawił się jako ciąg zdarzeń logicznych i skończonych, jako schron pełen matczynego ciepła i opowieści o chwalebnych czynach ojca. Tylko wspomnienie wojny wnosiło element chaosu, ale i wtedy zdarzenia wracały na skrzydłach mitu, oprawione w serdeczne słowa: och jaki ojciec był przystojny w nowym mundurze/ mówi matka i przymyka oczy/ czasami tylko ojciec sięgał po skrzypce/ i długo w milczeniu próbował dźwięku/ dawno rozstrojonych strun/ och jak ojciec twój pięknie maszerował w nowym mundurze/ a potem musieliśmy uciekać spać w polu przy drodze/ wróciliśmy późną jesienią dom stał nieporuszony/ u sąsiadów z naprzeciwka pocisk armatni/ wyrwał ścianę sypialni.

 Retrospekcja u Kryszaka odgrywa bardzo ważną rolę i jest elementem jego postrzegania człowieka. Opowiada zatem on swoje losy, przywołuje zdarzenia, tak jakby w jego dochodzeniu do poetyckiej dykcji, w jego kształtowaniu się lirycznej wrażliwości, była droga każdego, idącego ku samoświadomości bytu ludzkiego. To także immanentna cecha tej liryki – mówienie o próbach integralności, o uporczywym marszu ku chwilom spełnienia, poczucia zamykania się kolejnego etapu. Często też w wierszach tych pojawia się paralela – coś dalekiego przedstawiane jest w opozycji i zarazem łączności z czymś bliskim, coś obcego wyciska swoje piętno na czymś czułym. W liryku pt. Pamiętnik, chłopcu z podwórka przeciwstawiony został trzydziestoletni mężczyzna, świadomy swojego losu i wracający myślą do chwil dorastania, jak do czasu bezpowrotnie straconego i zarazem – na zawsze w wierszu odzyskanego: Mężczyzna trzydziestoletni myśli o sobie w czasie przeszłym./ Wsparty o ciepłą ścianę domu/ z głową ukrytą w złocistej mgle/ jest chłopcem zasypiającym w słoneczne południe/ utrudzony gonitwą/ skokami czujnym pochodem/ tropiciela przemieniającego ciasne podwórko/ w dno górskiego wąwozu na którego zboczach/ płoną nieprzyjacielskie ognie wybuchają odbite/ w szybach okiennych iskry/ podchwytuje ich bezgłośne sygnały/ śni. Przeszłość jest dla poety snem, który mówi o jawie językiem symboli i metafor, językiem dziecka przemienionego w magiczny sposób w mężczyznę. Czuje on, że tamten czas, tak szybko stracony, tak natychmiast oddalający się w dziecinnej nieświadomości, był czasem świętym, bliskim Bogu i eschatologii, którą pojmie dopiero człowiek dorosły: Wyciąga do nas szczupłą dłoń dojrzewającego mężczyzny/ z ukrytym w niej pamiętnikiem trzydziestoletniej podróży/ kruszą się jego białe rozsypujące się w złotym żarze kartki/ i tylko palce brudzi tłusty rdzawy pył. Ten pył, ten rdzawy popiół spalonych kartek dni, to metafora ludzkiego istnienia, to dotykalna rozpacz, dotykalny czas przeszły. Tylko to zostaje, tylko to daje się dotknąć, choć przecież wystarczy byle powiew wiatru by nawet popiół przepadł bezpowrotnie. Człowiek niczego nie utwierdzi, niczego nie doprowadzi do końca, może jedynie myśleć o wirze, w którym się znalazł i z którego nie ma ucieczki – może jedynie kontemplować swoje ulotne istnienie:  Porwał mnie bieg wydarzeń./ Teraz w każdym z nich szukam cząstki siebie./ Rozgrabiony przez czas./ Roztrwoniony przez bliskich i przyjaciół,/ a także przez tych którym nie umiałem odmówić/ swej obecności./ Zaczytany przez książki,/ Milczący przez zachwyt, gorycz i nadzieję./ Jestem./ Jestem/ suchym szelestem ruchliwego powietrza,/ które wciągam do zmęczonych płuc./ I nie wiem/ dokąd te drobiny pędzą. Człowiek musi poddać się wirowi, ale powinien pośród niego szukać drobin przeszłości i teraźniejszości, musi ocalać w nim siebie i wszystko, co w nim się skumulowało, musi przeciwstawić się nicości, musi szepnąć: ergo sum; poddający się pędowi, rzucany przez wir, ale integralny w sobie, będący pewnym swego cogito…

Słowik i szpak

W 1819 roku, angielski poeta romantyczny John Keats napisał swoją zdumiewającą Ode To a Nightingale[1], w której przekazał w śpiewie tego ptaka całą wiedzę o stworzeniu i kosmicznej egzystencji człowieka. Widzi on piękno świata, ale cierpi też niewymowne męki z powodu swojej wrażliwości – dlatego pragnie samounicestwienia. Patrząc w ciemność i wsłuchując się w śpiew słowika, mówi: Darkling I listen; and for many a time/ I have been half in love with easeful Death,/ Call’d him soft names in many a mused rhyme,/ To take into the air my quiet breath;/ Now more than ever seems it rich to die,/ To cease upon the midnight with no pain,/ While thou art pouring forth thy soul abroad/ In such an ecstasy!/ Still woulds thou sing, and I have ears in vain –/ To thy high requiem become a sod.[2] Wiersz Keats’a należy do najpiękniejszych liryków jakie człowiek kiedykolwiek stworzył, będąc wyrazem piękna najczystszego, jest też manifestem romantyzmu, istnienia wrażliwego i stale szukającego potwierdzeń wrażliwości. Cóż może łączyć poetę urodzonego tuż po II wojnie światowej, a potem badacza literatury dwudziestego wieku, z subtelnym angielskim romantykiem. Na pewno, łączy poetyka wyznania, konfesji poszukującej odpowiedzi na podstawowe pytania ludzkiej egzystencji, ale łączy też wiersz o takim samym tytule. W 1990 roku Janusz Kryszak napisał swoją Odę do słowika, co nie powinno dziwić, bo ptaki zawsze przyciągały jego uwagę i pojawiały się w innych jego utworach, były metaforami i cząstkami porównawczymi. Tutaj rdzawy ptak stał się powodem do przeprowadzenia paraleli pomiędzy jego losem, a losem poety. Ptak, ukryty w liściach i dający o sobie tylko znać pięknym głosem – poeta, na powierzchni/ widoczny cały/ i nic [go] nie chroni przed jutrzejszym ranem; dwa byty, które istnieją w różnych zakresach doświadczenia, ale które są taką samą tajemnicą. I choć minęły prawie dwa stulecia od czasu, gdy Keats napisał swą odę, nic nie zmieniło się w zakresie poznania człowieka, nic nie zmieniło się w zakresie tajemnicy                         i s t n i e n i a.   I słowik, i człowiek: Dzieje widzi/ a sam nie ma dziejów/ tylko wysiłek i nawyk natury/ powtarzającej mozolnie to samo wcielenie/ od niezliczonych pokoleń. Zapatrzenie w noc i zasłuchanie w pienie słowika, tak romantyczne i poetyckie, jest u Kryszaka zarazem potwierdzeniem, że poezja jest dla niego rewirem piękna absolutnego i eschatologicznego. To jakby jeszcze jedno ważkie dopowiedzenie do wierszy, które zostały wyżej wyodrębnione i wskazane jako przykład poetyckiego drążenia kresu, dochodzenia do ostatecznych prawd i rozwiązań. Poezja Kryszaka ma w sobie coś z ducha romantycznej poezji angielskiej, równie często ucieka się do poetyki wyznania, pokazuje człowieka na łonie natury i czyni z niego jej oś symetrii. W takim kontekście liryka ta bliska jest też nowoczesnej poezji amerykańskiej, która często do angielskiego romantyzmu się odwoływała, a nawet starała się go imitować.

Do angielskiego romantyka nawiąże jeszcze raz poeta, gdy napisze wiersz pt. Dom Johna Keatsa, w którym odnotuje w sposób zdumiewająco konkretny upływ czasu i nieustający ruch w świecie widzialnym i niewidzialnym. Pytanie retoryczne stanie się tutaj podstawą szerszej refleksji z zakresu ontologii: Co zostaje?/ Nad głową biel sufitu/ i łuska tynku odpadła od ściany./ Żadnego wołania/ Co zostaje?/ Łóżko sztywne wysoko zasłane/ i mucha która wolno idzie po martwej pościeli./ Żadnej litości dla zdumionych ludzi. Poeta wkracza do domu Keatsa niczym do świątyni nieistnienia, szuka drzewa za oknem, na którym siedział ów uwieczniony w odzie słowik. I choć drzewo wycięto przed wielu laty, stale słyszy jego szum, stale też słowik/ skryty w gęstym listowiu suchego powietrza/ woła, niestrudzenie woła,/ mijających ludzi. To jest szum spoza śmierci i śpiew odwiecznego przemijania, rozpływania się w wieczności, dochodzenia do kresu. Gdzież lepiej dałby się słyszeć ów szum i ów śpiew, jeśli nie w domu tego romantyka? Poeta odwiedza miejsce, gdzie z równą intensywnością inny człowiek odczuwał kiedyś nieprzystawalność bytu i ludzkiego doświadczenia, rozwarstwienie wewnętrznej wrażliwości i zakresu zmysłów. A wszystko za sprawą ptaka, który tak zauroczył śpiewem angielskiego romantyka; wszystko za sprawą ornitologicznej wrażliwości współczesnego romantyka, który – jak zostało już powiedziane – jest niezwykle wyczulony na te skrzydlate stwory. Przygląda się przybyciu Klucza dzikich gęsi do miasta; widzi  jak chłopcy schodzą z okolicznych wzgórz prowadzeni świergotem/ coraz niżej kołujących jaskółek; widzi ptaka wiosennego, który upada nagle/ z kroplą krwi przepełniającą rozwarte gardziołko; jest też w jego poezji Ptak znany […] tylko z przeczucia/ z – nie dającego się słyszeć – milczenia/ skrzydła prostuje w zachłyśniętych sobą ustach/ Nic wypełniające najmniejszą szczelinę/ wciśnięte między włókna powietrza/ nic które – zdaje się jednak – napinać/ mięśnie przestrzeni. Ten ptak–nic i ptak–nieistnienie spokrewniony jest zapewne z innymi skrzydlatymi tworami, o których mówi poeta w wierszu pt. Życie wewnętrzne: W połowie października słucham głosów niewidocznych ptaków;/ po dwa, po trzy stukają w zamknięte drzwi powietrza. One są bytami idealnymi i egzystują pośród myśli poety, one współtworzą krajobraz nieistnienia, one bolą równie mocno jak przedłużające się oczekiwanie na bliską osobę. W takich chwilach: światło przezroczyste otwiera niski horyzont, kawki i gaw–/ rony niosą na skrzydłach mokre powietrze strząśnięte z wierz–/ chołków drzew. Między doświadczeniem a zwodniczą prognozą/ pali się krótko, w szczelinie narodzin, dzień. Takie ptaki są bliskie metafizyki Keatsa i jego słowika, lokują się gdzieś na granicy percepcji i marzenia sennego, ale przecież równie blisko jest skrzydlaty gość z wiersza Do szpaka, napisanego dowcipnie, ale z tak charakterystyczną dla Kryszaka nutką goryczy: Twoja zapobiegliwość budzi zdumienie/ podobnie jak niezrozumiała wierność/ tajemnemu nakazowi, by każdego roku/ wracać w to samo miejsce wyznaczone/ pochyłością dachu, linią parapetu/ i futryny okna./ Jeszcze w powietrzu snują się srebrne nitki zimy,/ a ty już stukasz, niecierpliwy, pazurkami,/ okiem nieruchomym zaglądasz do mnie przez szybę./ Powrót oczekiwany przeze mnie znowu więc spełnia się/ i patrzę zdumiony z jaką pilnością przygotowujesz przylot ukochanej. Smutek przebija przez to przedstawienie, tak jak owe nitki zimy przetykają pierwsze dni wiosny, a szpak staje się wyrazicielem wielkiej tęsknoty za ciepłem, chęcią uwicia sobie gniazda i zamieszkania w nim z ukochaną. Ale, żeby do tego doszło musi minąć czas, pory roku muszą nadejść i wypełnić się, trzeba odbyć długą podróż ponad granicami i wrócić do tego jednego, najważniejszego miejsca na ziemi. Równie zdumiewające jest owo przywiązanie ptaka do miejsca i oswojenie z człowiekiem, powrót „do domu” i powtarzający się „dialog bez słów”, stukanie pazurkami, zaglądanie przez okno. Istnienie tego szpaka jest inne niż słowika Keatsa, bo jest w nim ciepło, myśl o powrocie do gniazda, o odnalezieniu punktu zaczepienia w obcej przestrzeni. To jakby streszczenie poetyckiej  filozofii  Kryszaka, w której podobne poszukiwania i podobna   p o t r z e b a    c i e p ł a   są zawsze na pierwszym miejscu, zawsze w kontekstach ludzkich. I niosą obietnicę ocalenia…

Drzewom podobny

Wyobraźnia Kryszaka funkcjonuje na zasadzie kontrastów i wyrazistych opozycji. Dynamice i przemieszczaniu się ptaka przeciwstawia się w niej symboliczny dom i mocno utwierdzone w przestrzeni drzewo. To ostatnie staje się jakby filarem całej konstrukcji imaginacyjnej, podtrzymuje strop świata i bywa równie tajemnicze jak inne atrybuty czy przestrzenie znaczące w tej liryce. W tym świecie: Drzewo ma łuskę szarą/ i korzenie nagie wystają/ z przykrytej mrokiem ścieżki, a rzeczywistość rzadko odsłania przed poetą swoje konstrukcje, częściej rozsnuwa woale, częściej jawi się w rozmazaniu, rozmyciu. Może dlatego nowy dzień jest dla poety niewiadomą – Rano/ drzewo za oknem/ zdaje się być jeszcze bardziej zmęczone/ obojętne i apatyczne/ trawi samotnie swój niezrozumiały los/ Jego popękana głęboko skóra/ prawie odsłania/ wyschnięte na wiór ciało/ nawet schwytane w światła dnia/ pozostaje w cieniu/ Mam je teraz na oku/ i nie pozwalam wymknąć się z pola widzenia/ gdy monotonny pochód sunących wolno drobin czasu/ wprawia jego i mnie/ w drżenie. Drzewo jest ważkim elementem w grze z mobilną świadomością, domaga się nieustannego utwierdzania w chybotliwej przestrzeni, łaknie twardości i wnikania w grunt, bo może istnieć tylko jako twór statyczny. Może dlatego poeta tak chętnie od niego zaczyna budowanie swoich krajobrazów lirycznych, może dlatego wczepia się w jego kształty – twarde i trudno poddające się erozji. Ono jest dla niego azylem i do niego buduje apostrofę: Lipo bezpłodna brzozo/ i ty wątły jak rąbek światła na jeziorze/ krzaku bzu/ czuwajcie/ nad mym krótkim snem; do niego zwraca się bezpośrednio, w nim widzi potwierdzenie istnienia pośród zmienności i nieustającej metamorfozy: Pilnuje mnie drzewo za oknem/ ono jedno jest wytrwałe/ niespiesznie i z wysoka chwyta w światła/ mój mijający czas. Drzewo dla poety jest przeciwieństwem ludzkiej ułomności, nietrwałości, śmierci na wyciągnięcie ręki. Przeciwstawia się wiatrom i deszczom, stoi dumnie na przekór zmieniającym się porom dób i lat, symbolizuje siłę i spokój, wytrwałość rzadko pojawiającą się w świecie ludzkim. Ale drzewo Kryszaka jest też tajemnicą i w tajemniczym rytuale trwania uczestniczy. Wtedy: Las się powtarza w jeziorze/ i jego cienie coraz bliżej/ zamykają widnokrąg, wtedy Światła bezładne lecą przez drzewa i nie milknie wokół las. Wtedy wszystko przeraża i onieśmiela, wszystko zdumiewa – Za oknem skrzypi drzewo/ w srebrzystoszarej korze bukowej. […] Drzewo wycięto przed wielu laty/ i odtąd stoi ono niewzruszone; wszystko każe patrzeć na naturę jak na rozgrywający się poza percepcją spektakl. Tutaj: Starodrzew chroni. W cieniach niezliczonych/ trzepot ptasi, tu jodły i świerki z brzegów zapomnianych rzek, tu  gałąź żywa odpada od drzewa, tu wreszcie Stoi gotowe. Drzewo Judaszowe. Zwykle tego rodzaju topiczne motywy mają jakieś odniesienia w świecie przeszłym, w dzieciństwie i  w czasach kształtującej się dopiero wyobraźni. W poezji Kryszaka znajdziemy takie drzewa, które mogą być archetypami jego naturalnego wzorca,  jego  wytęsknionego    d r z e w a   l i r y c z n e g o.  To tam lokował się cień drzewa drążący wyrwę pośrodku hałaśliwej ulicy; tam  Na ciemnych, drzewami ocienionych murach myszkują słońca i tam To drzewo rosnące na naszym oddaleniu; jego listki/ wędrowne, dochowujące wierności. Ów kształt z przeszłość, ów archetyp tkwi tak silnie w wyobraźni poety, że może przeciwstawić się nawet najwspanialszym tworom natury, najpiękniejszym drzewom świata. Wtedy powie on: Nie ekspresyjne cedry, sekwoje o miedzianobrązowych pniach,/ bananowce, papirusy i kolczaste bukszpany. Nie rododendrony/ i uzbrojone araukarie, ale grusze japońskie rozpięte na murze./ Ich ból, miesiącami nie ustępujący ból rozciąganych absurdalnie/ tkanek. Poetyckie drzewo uczestniczy zatem we wzrastaniu, w dojrzewaniu człowieka i kształtowaniu się jego świadomości. Jest wtedy punktem oparcia i utwierdzeniem, którego domaga się chybotliwy byt. Poeta przypatrując się gałęziom i pniom, zaczyna rozumieć, że jest  D r z e w o m    p o d o b n y.  Bezlotny, ginie i ciężkim piaskom/ przypisany. Wczepiony kurczowo w to, co mu dane, nie szuka/ miejsca obok, wydaje mu się ono niepodobieństwem. Jest kimś, kto myśli i kimś, kto przemija, ale też jest kształtem, tak jak drzewa zaznaczającym swoją obecność w świecie, walczącym o utrzymanie swojego statusu. To w nim i w jego świadomości na przemian rośnie i obumiera/ przezroczyste drzewo/ rzeczywistości, to w jego imaginacji kształt przyobleka się w treści doskonałe, staje się bytem archetypicznym, wypełnia bolesne luki. Bytując stale na skraju światów, drzewo tej poezji czasem jest cząstką senną, onirycznym dopełnieniem mknącego gdzieś obrazu. To wtedy z topoli na topolę/ niespokojny sen przegania wrony, i wtedy nisko przesuwający się za oknem cień/ spłoszonego światłem drzewa jest/ powiernikiem lęku przed idącym nieubłaganie/ dniem, może też wtedy wiatr, pasterz niecierpliwy,/ przegania z miejsca na miejsce/ suche liście klonów, może wtedy słychać Drewniane z pragnienia głosy ptasie. We śnie drzewo liryczne staje się kształtem symbolicznym i ma wpływ na jaźniowe metamorfozy. Deformuje i kształtuje, odkształca i dopełnia, a nade wszystko wchodzi w interakcję z oniryczną przestrzenią. Poeta czuje się wtedy dziwnie, ale nie oponuje, poddaje się tym drzewnym przekształceniom, współtworzy je swoją jaźnią i zarazem uczestniczy w nich najpełniej. Po przebudzeniu relacjonuje w wierszu to, czego był świadkiem i czego doświadczył. Jakaś siła unosiła go w górę i czuł, że jest poza czasem: Wierzchołki drzew, na które patrzę z wysokości/ mijających czasów odmieniły barwy i nie mogę zatrzymać mego/ spojrzenia. Tutaj jeszcze był jakby na zewnątrz, w świecie, który można oglądać, analizować, ale już niebawem został wstrzelony do jego wnętrza: I oto/ stoję we wnętrzu przezroczystego drzewa/ nade mną suchy obłok/ odmierza czas. Tutaj prawa fizyki nie obowiązują, a wręcz niezbędne jest ich zawieszenie, odrzucenie, może nawet ironiczny do nich stosunek. Z wnętrza przechodzi się do zewnętrzności i zaraz wpada się w kolejną przepaść jaźniowości, znowu relacjonuje się tajemne doświadczenia: Drzewo widziałem/ wyraźne/ jakby dopiero wyjęte/ z krystalicznie czystego powietrza/ jeszcze drżało/ z delikatnym rysunkiem pojedynczych liści/ i więcej nic, przypomina się gorzkie i sakralne fakty z życia: szedłem z córką/ przez wycięty las potykając się/ o porzucone na ścieżkach gałęzie; przywołuje się jakieś pierwiastkowe chwile: Było po burzy/ rozłupane na dwoje drzewo zastąpiło idącym drogę; opowiada się o onirycznych lękach: Nocą i we dnie wraca do mnie uporczywy sen:/ rozległy sad, niebo aż białe od kwitnących drzew. Sen jest u Kryszaka przestrzenią erotyczną i drzewo bywa wtedy symbolem fallicznym, rzeczywistość senna domaga się spełnienia, w wirze obrazów wytrwale szuka kobiety. Tak też jest w chwili, gdy – gałązkę  leszczyny nie w porę rozlistnioną/ ściga głos kobiecy nocną nagością nadal odmieniony/ i bezbronną,/ spod śniegu tak czule odkrytą,/ do ust podnosi. Ta kobieta skojarzona z drzewem jest wyzwaniem dla wyobraźni, a zarazem jej wytworem, jest jakby codą przestrzeni i natury, rymem dla piękna: Tylko dla niej ta ulica wysadzana topolami, drżących cieni wonny liść, tylko ona może rywalizować z ostatecznością ich kształtów, tylko ona zasługuje na takie wyznanie: Drzewom i jezioru na wieczne przemijanie/ powierzam czysty obraz kobiety i mężczyzny/ gdy brną przez wodę/ w siebie zapatrzeni. I o ile ptaki dynamizowały wyobraźnię poetycką Kryszaka, to drzewa są jakby jej lustrem magicznym, z natury rzeczy statycznym, ale też stymulującym ruch obrazów, generującym pojawianie się nowych metafor. Są żywym tworem, reagującym na dotyk, jakby przezywającym kontakt z człowiekiem, tak jak wrażliwa istota ludzka przeżywa zbliżenie z innym kochającym bytem: Kiedy dotyka drzewa drży ono i pod suchą korą każde włókno na/ moment zamiera. Tutaj łączy się wrażliwość poetycka i genetyczny ogląd świata, tutaj człowiek staje się immanentną cząstką natury, czasem rzucaną przez wiatr jak rdzawy pył, czasem jak zarys kształtów/ ukryty w zwiniętym wnętrzu łuski nasienia/ nie narodzonego jeszcze drzewa. Tutaj zbiega się wrażliwość i czysta liryka, tutaj rodzi się poezja…

 

 _______________

[1] J. Keats, Oda do słowika. Poeta ten żył w latach 1795–1821 i w swoim krótkim życiu stworzył wiersze, które dały mu miejsce pośród największych poetów europejskiego romantyzmu.

[2] Oda do słowika, cz. VI, przeł. J. Pietrkiewicz [w:] Antologia liryki angielskiej 1300–1950, Warszawa 1987: Słucham w ciemnościach. Często na pół zakochany/ Byłem w śmierci kojącej. Do niej słałem pienie,/ Przyzywając ją słodko przez rym zadumany,/ Iżby wzięła w przestworze ciche moje tchnienie./ Teraz – zda się – do śmierci czas najbardziej gotów,/ By o północy odejść – bez mąk – w pokój wieczny,/ Gdy ty duszę wylewasz swą, natchnieniem parną,/ Gdy drżysz w ekstazie śpiewnych wzlotów./ Lecz wiem: trel by nie ustał. Słuch bezużyteczny/ Twego Requiem nie czułby przez darń cmentarną.

CZARNY NEFRYT (3)

Deszcz na chwilę przestał padać i na niebie, pomiędzy szarymi chmurami, zaczęło nieśmiało prześwitywać słońce. Zielonkawe dudki, umykały spłoszone przed szybko podążającym do przodu Aiem. Przelatywały z gałęzi na gałąź i wzbijały się coraz wyżej, ku koronom drzew. Miały też nieco rdzawych piór, małych czarnych plamek i dzioby, ostro zakrzywione w dół. Młodzieniec szedł szybko i momentami podbiegał, co powodowało szczególne zaniepokojenie w ptasim świecie. Także trzy sroki odleciały w dal z wyniosłych topól, a tylko sikorki i zięby chwiały się na gałęziach, obracając głowy we wszystkich kierunkach i sondując czy zagrożenie jest realne. Właśnie skręcił w wąski zaułek i pokonawszy go, wszedł na główną drogę, prowadzącą przez wieś. Zwolnił trochę, bo zobaczył pojedynczych ludzi, kierujących się to tu, to tam. Najbliżej stał kulawy Dong, który, gdy zobaczył Aia, skinął na niego ręką i przywołał do siebie.

– Słyszałeś o tym, że poborca wymordował rodzinę Yao Minga? – spytał patrząc w oczy mężczyzny.

– Ich też..? Jego ludzie zabili również rodzinę Tanga, a jego najstarszą córkę, Czao, uprowadzili…

Dong złapał się za głowę, zaszlochał dramatycznie i zaraz pobiegł, kuśtykając, powłócząc lewą nogą, w kierunku niewielkiej grupki wieśniaków. Młodzieniec ruszył żwawym truchtem w kierunku, stojącej nieco na uboczu kuźni i znowu spłoszył trzy dudki, zawieszone na gałęziach pobliskiej wierzby. Odprowadzał je wzrokiem, ale myślami wciąż był przy ukochanej Czao. Martwił się, bo wiedział, że każda chwila w domostwie Wanga jest dla niej wielkim zagrożeniem.

Wszedł do domu i nie zastał w nim starego ojca, więc skierował się do kuźni, gdzie natknął się na niego. Właśnie, wraz z młodszym bratem Aia, uderzał młotem w rozpalony do czerwoności sierp. Jedno spojrzenie starca i nieznaczny ruch głową przybysza starczyły, by kowal odłożył narzędzia, szepnął coś do ucha pracującemu z nim synowi i podszedł do Aia. Ich świat pełen był tajemnic, dziwnych spotkań i skrywanych wypraw w góry i rozumieli się prawie bez słów. Słuchał w skupieniu, a jego czoło zmarszczyło się groźnie. Raz po raz wciągał głęboko powietrze. Z oczu, mimowolnie, popłynęły mu łzy i oparł drżącą rękę na ramieniu syna. Przyjaźnił się z obiema rodzinami i bywał częstym gościem w ich domach, słuchał relacji i przed oczyma miał malutkie dzieci, teraz już martwe, tak bezlitośnie zamordowane dla niewielkiego zysku.

– Ojcze proszę o pozwolenie wstąpienia na moją drogę…! – powiedział rozpalony Ai i ukląkł przed rodzicem.

– Synu, dobrze wiesz, że każdy z nas ma swoją najważniejszą drogę… Pamiętaj co powiedział nasz Mistrz: Aż do śmierci żyj zgodnie z wolą niebios. Kiedy wszystko pod słońcem dzieje się zgodnie z wolą niebios, bądź widoczny. Kiedy niezgodnie, bądź ukryty…

– Przygotowywałeś mnie tyle lat, a ja nie rozumiałem o co ci chodzi… Teraz wiem, że świat jest zły i okrutny, a ty chciałeś mnie przed nim ocalić. Nie mogę jednak być dalej przy tobie, bo muszę ratować tę, którą kocham…

– Wiem synu i daję ci moje ojcowskie przyzwolenie – powiedział starzec i położył otwarte dłonie na głowie Aia.

Mężczyzna objął chude nogi rodzica i zamknął oczy. Zobaczył w ciemnościach łkającą Czao i okrutną zbrodnię na jej podwórku. Krew wrzała w nim i całe ciało zdawało się płonąć. Wstał i spojrzał w czarne oczy ojca. Ten pokiwał przyzwalająco głową i powiedział:

– Mędrzec też mówi: Gdy zostaniesz wysłany z misją, działaj z poczuciem przyzwoitości… Wiem jednak, że będziesz musiał przelać chińską krew… Uczyń to, bo te zbrodnie domagają się sprawiedliwości… uczyń to jednak bez nienawiści i tak, jakby twój cień nie istniał…

Ai skinął głową, podszedł do brata, uściskał go serdecznie i powiedział co się stało. Chłopak zaczął szlochać i chwiać się na nogach, aż w końcu usiadł na drewnianej ławie.

– Ćwicz się bracie w sztuce walki i w roztropności, bądź posłuszny naszemu ojcu, bo płynie w jego żyłach święta krew Szanownego i Doskonałego Nauczyciela… Może za jakiś czas będziesz musiał ruszyć moim szlakiem… Do widzenia ukochany Nanie, teraz nadszedł czas naszego pożegnania i może nie zobaczymy się nigdy więcej… Zawsze jednak będę cię nosić w sercu i pamiętać nasze piękne braterstwo…

Ai, z ojcem i bratem, poszedł do domu, zjadł miseczkę ryżu z warzywami i nieco zimnej żabiej zupy, a potem ukłonił się, raz jeszcze, objął ojca i brata i ruszył szybko w góry. Wspinał się sprawnie tymi samymi ścieżkami, którymi niedawno wracała Czao, ale w pewnym miejscu skręcił ku niewielkiemu wodospadowi. Deszcz znowu padał rzęsiście i robiło się coraz ciemniej, groźniej i coraz bardziej ponuro. W sercu młodzieńca nie było jednak lęku, bo chodził tą drogą tysiące razy i znał na niej każdy kamień. W końcu stanął naprzeciw wodospadu i rozejrzał się dookoła, czy ktoś go nie widzi. Upewniwszy się, że nie ma żadnego zagrożenia, wskoczył wprost w główny nurt wody i minąwszy go znalazł się na niewielkiej półce skalnej. Następnie, przesuwając się bokiem, wszedł do przedsionka ogromnej jaskini, w której panowały nieprzeniknione ciemności. Po omacku dotarł do miejsca, gdzie na płaskim głazie leżały przybory, służące do rozpalenia ognia. Był przemoknięty do suchej nitki, więc wymacał w ciemności sporą szmatę, wytarł dokładnie ręce i zaczął rozpalać ogień. Trwało to bardzo długo, ale w końcu płomień pojawił się na stercie chrustu. Ai skoczył w bok, sięgnął po wielkie polana, dołożył dużą wiązkę siana, słomy i liści, a potem usiadł w bezpośredniej bliskości ognia. Wiedział, że musi się osuszyć, bo w górach było bardzo zimno i nawet tak zahartowany młodzieniec mógł łatwo się przeziębić. Powoli ciepło napływało ku niemu, tak, że po jakimś czasie mógł ściągnąć ubranie i zawiesić je na wierzbowych witkach, tuż nad paleniskiem. Gdy wszystko wyschło, ubrał się ponownie, wsunął skórzane sandały i rozejrzał się po jaskini. Ogień buchał już tak duży, że wszystko stawało się widoczne, sięgnął zatem po nadpaloną gałąź i podszedł z nią po kolei do czterech pochodni, przymocowanych do ścian i zapalił je. Nie było chwili do stracenia, więc wydobył ze skrzyń wspaniałe miecze i noże, wyjął też czarne ubranie, jedwabne mokasyny w tym samym kolorze, worek prochu, lont, hubkę, siano i suche kawałki drewna, służące do rozpalania ognia. Dobył też mieszek z dziurawymi monetami, które zapobiegliwy ojciec składał tutaj od wielu, wielu lat. Znowu przed oczyma stanęła mu cierpiąca i łkająca w ciemności Czao, więc szybko skoczył do przodu, do drugiego tajemnego wyjścia z jaskini. Prowadziło ono na niewielką łączkę, ze wszystkich stron otoczoną wysokimi ścianami skalnymi. Stary kowal znał ją dzięki naukom swojego ojca, a ten dowiedział się o niej od swego rodzica. Chodzili tutaj też wcześniej żyjący członkowie rodzin, tak że tajemnica ciągnęła się od dwóch stuleci. To było ich niezależne państwo, gdzie nie docierali wrogowie i gdzie mogli poczuć się bezpieczni, ukryć zbiegów, ściganych przez poborców i urzędników, a nade wszystko ćwiczyć się w tajemnych sztukach walki. Ai przychodził tutaj wiele, wiele razy, z ojcem i z bratem, często też docierał na utajnioną łąkę samotnie.

Zbudowali na niej niewielką chatynkę, gdzie były proste łoża, skrzynie na broń, stół i ławy, palenisko i kociołek na wodę. Teraz, w nocy, nad budowlą z kamieni górował księżyc w pełni i oświetlał nieco przestrzeni dookoła. Jakiś samotny nietoperz krążył w powietrzu, to nadlatywał nad głowę młodzieńca, to oddalał się szybko i znikał w mroku. Gdzieś daleko, we wsi, żałośnie wył jakiś pies i odpowiadały mu czasem inne zwierzęta. Ai miał w ręku jedną z pochodni i gdy wszedł do środka domku, natychmiast zapalił siano, zostawione na palenisku, po ostatniej wizycie. Płomień szybko zaczął lizać grubsze kawałki drewna i w izbie zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło. Pod jedną ze ścian, w specjalnym odgrodzeniu, stały włócznie qiang, kije gun, złowieszcze halabardy guan dao, widły macha, partyzany san jian liang ren i siejące grozę łopaty chanzhang, na ławie leżało kilka łuków, dziesiątki strzał oraz trzy lśniące jaskrawo szable dao. Ai brał do ręki różne narzędzia walki i przypominał sobie pracę w kuźni nad nimi, kiedy to wykonując zamówienia wielkich panów, poborców i żołnierzy, zawsze coś zostawiali sobie i zanosili na Łąkę Tajemnic. Teraz wiedział, że może zabrać tylko broń krótką i łuk, ale wierzył, że przyjdzie taki czas, kiedy ich arsenał bardzo się przyda. Sięgnął zatem po krótki miecz w pochwie i przytwierdził go do pasa. Odszukał też w jednej ze skrzyń torbę ze skóry łani i schował do niej kilka noży. Wyszedł na zewnątrz domu, popatrzył na placyk, udeptany podczas ćwiczeń i symulowanych walk z bratem i ojcem. Podążył raz jeszcze do jaskini, gdzie wsadził do worka linę, trochę suszonego mięsa i mały mieszek z monetami. Wygasił dokładnie ogień, założył łuk na grzbiet, a kołczan z zatrutymi strzałami przytwierdził do pasa. Wrócił na łąkę, gdzie poczuł, że deszcz znowu się wzmaga. Zmartwiło go to, bo chciał wydostać się z tego miejsca po stopniach, wydrążonych w skale. Przodkowie kowala i Aia, element po elemencie, wydrążyli w twardym bazalcie coś na kształt kamiennej drabiny. Można było nią wejść na skraj ostrej skały, po zboczu której zwinny człowiek mógł przedostać się do miejsca, gdzie zwisały grube liany, sięgające aż do gęstego lasu bambusowego, u podnóża gór. Choć niewidzialna siła pchała go do przodu, przypomniał sobie nauki ojca o roztropności i wszedł do chaty, by przeczekać nawałnicę. Usiadł naprzeciw ognia w pozycji kwiatu lotosu i zamyślił się nad swoim życiem. Zawsze czuł, że będzie ono miało ponadnaturalny wymiar, zawsze wierzył w to, że ćwiczenia i nauki nie pójdą na marne, czasem nawet w przebłyskach świadomości lub w snach, widział przyszłe zdarzenia. Niestety nie układały się one w żaden logiczny ciąg, pojawiały się tylko, jak refleksy na wodzie, jakieś galopady konne, jakieś przemykanie nocą pustymi zaułkami miasta, jakieś pojedynki toczone z zamaskowanymi wrogami. Nagle w jego myślach pojawiła się Czao i aż drgnął gwałtownie z podniecenia, tak wyrazisty był ten obraz i tak pulsujący znaczeniami. Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie w górach, gdy przypadkiem natknęli się na siebie na ścieżce, a potem poszli razem na kwiecisty stok, gdzie dziewczyna pasła i oporządzała kozy, owce i jaka. Od razu przypadli sobie do gustu i jeszcze kilka razy razem chodzili w góry, siadali na pachnącej ziołami łące, opowiadali sobie różne historie z życia swoich rodzin i z baśni. Tylko raz się pocałowali, ale wspomnienie tej chwili spowodowało, że rzęsisty pot natychmiast pojawił się na czole Aia. Jej usta były takie słodkie, a w piersiach, przyciśniętych do jego torsu, biło tak wyraźnie, mocno, pięknie, kochające go serce. Powiedział wtedy, że pragnie z nią spędzić resztę życia, a ona kiwnęła głową potakująco i uciekła od niego zarumieniona. Teraz słyszał poprzez ciemność gór, płynące z daleka i zwielokrotnione przez echo żałosne wołanie jej serca, brzmiące jak kroki armii zbliżającej się do wroga. Rozmyślał o tym, co go czeka, ale wciąż słyszał uderzanie kropel o kamienie i skały, stale wyczuwał ich złowrogie dudnienie na dachu.

Siedział tak bardzo długo, aż zapadł w rodzaj odrętwienia, na granicy snu i jawy i znowu była przy nim Czao, znowu jej czarne włosy rozwiewał wiatr, coraz silniejszy i silniejszy. Nagle ocknął się i zorientował się, że podmuchy były realne, a deszcz ustał całkowicie. Poczekał jeszcze trochę, aż wiatry osuszą kamienną drabinę, zgasił ogień i poszedł w kierunku skały, na której wyraźnie widniały pierwsze stopnie. Zaczął wspinać się powoli, mozolnie i choć robił to setki razy, teraz czuł dziwny niepokój. Kamienie były jeszcze śliskie i każdy nieostrożny ruch mógł spowodować upadek. Gdy był już prawie u góry, jakieś pięćdziesiąt metrów nad łąką, poczuł, że jeden ze stopni rusza się niebezpiecznie. Podjął decyzję natychmiast i jak górski kozioł, czujący śmiertelne zagrożenie, skoczył w bok, chwycił się występu w ścianie i równie szybko odbił się ponownie i znalazł się na wyższych szczeblach drabiny. Jeszcze tylko kilka kroków i już był na samej górze, tuż nad przepaścią i nad ostro schodzącym w dół zboczem. Przykucnął i zwinny jak kot zaczął przemykać w kierunku brzegu urwiska, właściwie prawie spadał, a jednocześnie nie tracił kontaktu z podłożem, wprawnymi uderzeniami stóp korygując kierunek pędu. Wreszcie dotarł do miejsca, gdzie należało się odbić i po krótkim locie nad otchłanią, schwycić się rosnących równolegle do skał zdrewniałych lian. Ai skoczył bez wahania i na chwilę zamarło mu serce, szybko jednak się uspokoił, bo poczuł, że jego dłonie zamknęły się na silnych pnączach. Wszystko robił odruchowo, bo za zboczem panowała nieprzenikniona ciemność. Zsuwał się powoli, raz po raz zwalniając uchwyt dłoni, to znów zaciskając je na roślinie. W połowie drogi przystanął i zaczerpnął powietrza, wiedział, że ma do pokonania jeszcze jakieś sto metrów, ale niżej liany były już tak gęste, że schodzenie nie nastręczało tylu trudności. Nagle usłyszał głośne syknięcie tuż przy swoim policzku, w ułamku sekundy chwycił prawą dłonią rękojeść krótkiego miecza i świsnął nim w powietrzu. Kącikiem oka zauważył odcięty łeb wielkiej kobry królewskiej, z otwartą paszczą i zębami jadowymi na wierzchu, oddzielony od reszty ciała i lecący bezwładnie w dół. Schodząc nieco niżej, dostrzegł w mroku wiszącego pomiędzy lianami i drgającego jeszcze, kilkumetrowego węża bez głowy. Z różowej wyrwy wylewała się krew i kapała w dół, ogon wciąż trzymał się silnie lian, a żółtawy rysunek na ciemnym ciele lśnił jaskrawo, oświetlany światłem księżycowym. Ai wiedział, że ukoszenie tego gada może zabić słonia i uznał jego zabicie za dobrą wróżbę, a zarazem pomyślał o tym, że nauki jego ojca bardzo się przydały – wyraźnie usłyszał jego słowa, wypowiedziane kiedyś na Łące Tajemnic:

– Gdy usłyszysz świst musisz już mieć w dłoni miecz i uderzyć tam, skąd do ciebie dobiegł…

Powoli schodził coraz niżej i niebawem stał już na ziemi, pośród gęstwiny bambusowej dżungli. Na niewielkiej, złamanej łodydze, tkwiła wbita głowa kobry, a z ostrych, zakrzywionych zębów, kropla po kropli, sączył się jad. Ai wysmarował nim ubranie, czym chciał odstraszyć drapieżniki, a potem szybko odszukał ścieżkę, z której korzystały pandy, tygrysy, sarny i jelenie milu. Powędrował nią w kierunku szerszej przesieki, gdzie nie groziło mu już tyle niebezpieczeństw. Słyszał wokół siebie jakieś groźne pomruki, dalekie piski i dziwne chrząknięcia, ale szedł szybko i nie oglądał się za siebie. Wiedział, że las bambusowy dociera nieomal do miasta, na obrzeżu którego był wielki dom poborcy Wanga. Szedł jednak po grząskim gruncie, rozmiękczonym przez deszcze i szybko poczuł zmęczenie. Zwolnił zatem i przemykał etapami, odpoczywając i przyglądając się bliższym i dalszym drzewom. Wiedział, że wszędzie jest pełno węży, a jego zapach, nawet osłabiony przez jad, może przywabić tygrysy, wilki lub panterę. Dopiero, gdy zobaczył w dali ciepłe światła licznych domów i górujących nad nimi wież pałacowych, stanął na czarnym głazie, wziął szeroki oddech i utkwił swój wzrok w domostwie zarządcy. Tylko w jednym pokoju płonęły ognie, a resztę spowijał gęsty, nieodgadniony mrok. Ai zacisnął rękę na rękojeści miecza i ruszył powoli przed siebie.

ODWIECZNY OGIEŃ (2)

Jidi Majia – jeden z najwybitniejszych, współczesnych poetów chińskich – tworzy poezję kulturową, głęboko zakorzenioną w tradycji narodu Nuosu,[1] w pradawnej świadomości magicznej, moderowanej przez kapłanów bimo i duchy przodków. To oni tworzą niewidzialną przestrzeń spirytualną, z którą ludzie gór pozostają w nieustającej interakcji, która ich dookreśla i staje się wielką ludzką tęsknotą za czystością i pełnią. Żyjąc w obliczu ogromów i piękna naturalnego, dążą oni nieustannie do odzwierciedlenia w swoich losach głębi żywiołów, nad którymi się pochylają, a które łączą się z wielkimi systemami kosmogonicznymi i elementarnymi mechanizmami trwania. To jest przeczuwanie bytu eternalnego i żywiołowego, a zarazem dopełnianie dni i nocy, trwanie przy ludzkim ciele, z jego chorowitością i bólem, to jest czuwanie w kształcie ludzkim, narażonym na działanie czynników atmosferycznych, poddawanym destrukcyjnej sile czasu. Rzadko się zdarza by w poezji pojawiała się tak wyraziście świadomość człowieka, migotliwa i przybierająca kształt jasnego promienia, przenikająca ogromne przedziały czasu, skanująca przestrzeń we wszelkich jej kształtach i metamorfozach. Majia potrafi napisać wiersz delikatny jak ruch skrzydeł ważki, a zarazem tworzyć szerokie panoramy, w których odzwierciedla się duch całej epoki, etos wolnej egzystencji pośród gór i jezior, w harmonii ze zwierzętami, ptakami i wszelkimi istotami żywymi. Niezwykłą wagę ma też dla poety podskórna energia czterech podstawowych żywiołów – wyodrębnionych przez Empedoklesa – wchodzących w interakcje z elementami chińskimi i stanowiących też odrębny system filozoficzny.

Przegląd wodnych motywów żywiołowych Majii zacząć tutaj wypada od wspaniałego poematu, poświęconemu rzece Huang Ho[2]– stanowiącego wielkie osiągnięcie autora i całej współczesnej poezji chińskiej. Ta próba zmierzenia się z ogromami i maksymalistyczna odwaga interpretacyjna, charakterystyczne są dla poematów autora Śnieżnej pantery, syntetyzującego na wielu poziomach doznania zmysłowe i elementarne energie natury. Do ujęć filozoficznych – w przypadku Majii – dochodzą jeszcze sakralizacje, mające swoje korzenie w mitologii i sferze podaniowej jego ludu, od dawien dawna przekazującego kolejnym generacjom opowieści. Te podania są praktycznie nieznane w Europie, a tylko sinolodzy orientują się w ich częściach składowych i wadze dla twórców wywodzących się ze społeczności Yi. Małgorzata Religa przybliża polskiemu czytelnikowi wiadomości na temat Księgi Początku tego starożytnego ludu:

Hnewo tepyy to wielki epos opisujący początki nieba i ziemi, różne etapy pojawiania się roślin, zwierząt i ludzi, a także legendy o wyłonieniu się i najstarszych wędrówkach różnych ludów i klanów. Epos ten nie ma wersji standardowej, istnieje w wielu wersjach, różniących się długością i szczegółami; funkcjonuje zarówno w przekazie ustnym, jak i w tekstach, kopiowanych i przekazywanych z pokolenia na pokolenie przez bimo, którzy deklamują jego odpowiednie fragmenty w rytuałach. Jedną z najważniejszych i najpopularniejszych postaci, wymienionych w eposie jest Zhyge Alu – bohater wszystkich ludów Yi. Zhyge Alu narodził się po tym, jak jego matkę zapłodniły krople krwi spadłe z frunących nad nią orłów. Dzieciństwo spędził wśród smoków i został przez nie wychowany, a po osiągnięciu wieku męskiego dokonał wielu bohaterskich czynów: zestrzelił jedenaście słońc i księżyców, które wypalały gorącem życie na ziemi; zmniejszył wielkie gady oraz płazy i zmusił je do życia w miejscach, w których żyją dzisiaj; a kiedy ostatnie słońce i księżyc ukryły się, przerażone jego strzałami, przywołał je ponownie i wyznaczył pory, w których miały pojawiać się na niebie, ustalając ostatecznie granice nocy i dnia. Kolejnym z najbardziej znanych wątków eposu jest pojawienie się dwunastu plemion śniegu: po niszczących upałach z nieba spadł czerwony śnieg, który następnie przekształcił się w sześć „plemion bez krwi” – czyli rośliny i sześć „plemion z krwią” – czyli zwierzęta, ptaki i człowieka.

   W eposie Hnewo Tepy wszelkie życie na ziemi wywodzi się z nieba, a rośliny i zwierzęta zostały udoskonalone lub oswojone przez ludzi, którzy obdarzeni zostali największą inteligencją ze wszystkich istot. Ludzie także pochodzą od „plemion śniegu” i postrzegani są jako organiczna część złożonego świata, którego wszystkie elementy przenikają się wzajemnie.

   Ta wrażliwość i wyczulenie na liczne, nie zawsze możliwe do wyrażenia więzi łączące wszelkie formy życia na ziemi jest jedną z najbardziej charakterystycznych cech poezji Jidiego Majii.[3]

Do tych wzniosłych sakralizacji nawiązuje Majia, zaczynając swój poemat i kierując uwagę czytelnika ku przeogromnej rzece, będącej od wieków rodzajem aorty chińskiego organizmu państwowego:

Tam na górze, gdzie światło, odbijając się od śniegu
Osiadało w głębiach czasu, jest tabernakulum
Bogów, tam brzmi podniosły, harmonijny chór
Tam dźwięki w przestworze są wyraziste jak złota ruda
Dotąd nienazwane, nie pomieszane
Tam samotna śmierć jest jak narodziny
Tam niezliczone narodzenia są jak śmierć[4]

Żółta rzeka staje się tutaj punktem odniesienia dla ustaleń kosmogonicznych i umiejscowienia nad nią bogów stworzenia – z kolei dla rozumiejącego bytu jest to przestrzeń metamorficzna w której swobodnie zamieniają się desygnaty znaczeniowe, a życie tyle samo waży co śmierć. Ta rzeczywistość przypomina stan Układu Słonecznego w czasach kształtowania się planet, kiedy to dochodziło do kosmicznych kolizji wielkich skał, a śmierć struktur stawała się początkiem nowych przestrzeni, w których w przyszłości miało zakiełkować życie:

A tymczasem, wysłane światło pojawia się pośrodku ziemi
Z czystym wejrzeniem, które nie może stać się zarzewiem wiatru
Po nadaniu imion, karnawał wszystkich istot, na równinie bogów
Pogwizduje melodię, ożywiającą nieustannie wzrastające twory
Jak woal brzasku żegnający pastwisko bezgranicznej ochry

Jak światło połyskujące na skrzydłach orła, rzucających cień na ziemię
I już wszyscy prorocy pochylają się u wejścia do źródeł
Czekając na koronację, inicjowaną przez promienie i płomienie
A w białym korycie rzeki, jak w przepastnej tafli
Wznosi się ołtarz nieba, pojawia się mleczna droga bogów[5]

Tak tafla wielkiej rzeki zaczyna odbijać światło i staje się ołtarzem nieba, Mleczną Drogą bogów, ustalających – aż do końca świata – ziemskie kształty i wymiary. Niezwykłe ludzkie ożywienie, które nastąpiło potem, było możliwe dzięki mocy sprawczej starożytnych herosów, takich jak Zhyge Alu i dzięki specyficznie sformatowanej świadomości poety, idącego jego śladem i niosącego w sobie genetyczną wiadomość od przeszłych pokoleń. Poeta podążą myślą do prapoczątków[6], kiedy Huang Ho zaczynała dopiero kształtować się ze strumienia, a przyjmując wody innych strug, nabierała mocy i powiększała się z każdą chwilą. Ten hipotetyczny moment – mający jednak swoje odwzorowanie w dziejach planety – staje się powodem pojawienia się bogów u źródeł, generujących energię rzeki, ale oczekujących też na koronację przez naturalny żywioł i uwznioślenie w pieśni, podaniu i wierszu. Ich gniewny pomruk – niczym w szamanistycznym zaklęciu – staje zaczątkiem stworzenia legendarnych plemion, które żyć będą w krainach nad wielką rzeką.

A tymczasem dźwięk krąży w mętnej niemocie
Budzi wielkie morze, śmiertelne, a jednak żywe
Nie musisz kucać, by wrażliwe ucho rozpoznało
Niestrudzony zgiełk, oddalony od źródła, lecz nie odsunięty
Od świętego teatru bogów, przed stworzeniem
Dwunastu legendarnych Plemion Śniegu, rodzący
Ich spójnego ducha i ciało, nigdy się sobie
Nie sprzeciwiające i nigdy ze sobą nie walczące[7]

Ta ogromna apostrofa do rzeki, zaczynająca się od ulokowania światła w tabernakulum nieba, podąża ku dźwiękom krążącym w głuchej, eterycznej przestrzeni, w której wszakże poeta słyszy już niestrudzony zgiełk kształtujących się struktur plemiennych, spajających się w jeden organizm:

Błogosławieństwo życia zaczęło się daleko stąd
Gdy głowy osłaniały cienie ośnieżonych szczytów
O Wielka Rzeko, zanim się pojawiłaś, wszystko było puste
A tylko Słowo było jedyną prawdą, tylko ono
Mogło wprasować wykwity tęsknoty,
Usidlone w nas i w naszych przodkach
Zamienione w równe girlandy następnych pokoleń
W lodowatą pustkę, sen w bieli, otchłań zwieńczoną
Kamiennym ptakiem, inna twarzą, wiecznie niespokojnym
Światłem dnia.[8]

Tak rzeka przejmuje od pierwotnych bóstw funkcję sakralizującą i ożywczą – tak dzięki niej lodowata pustka zamienia się w żyzne krainy, pośród których pojawiają się wciąż nowe girlandy następnych pokoleń, a martwa ciemność zostaje zastąpiona niespokojnym światłem dnia. Ożywcze tchnienie żywiołu wody rozprzestrzenia się wraz z nurtem podążającym w stronę Morza Żółtego, ale rzeka transportuje też ożywczy less i staje się szlakiem wodnym dla łodzi i statków. Majia próbuje przeniknąć przepuszczalne błony czasu i ogarnąć refleksją poetycką chwile pierwsze i geograficzne kształtowanie się Huang Ho, zmianę koryt i nieustanne szukanie nowych możliwości przedostawania się przez górskie wąwozy. Sięga do swoistego bezkrólewia – zamiany tego co martwe w żywy kształt:     

Ten czas nie miał władców, a tylko porywający wiatr i ulotny ogień
Towarzyszyły Bytowi – rozległemu i nieograniczonemu,
Opuszczonemu i przeogromnemu
I kto tam był prawdziwym suwerenem? Twór, który wszystko stworzył
O Światło, wszechobecne światło, jedyne, będące najwyższym władcą,
Jedyne dzięki któremu eteryczne powietrze mogło rozpaść się w pył
Światło będące kręgosłupem nieba, lancą kosmosu
O Światło … Światło będące rytmem serca, głazem tak nośnym jak pióra
Wlewające w przestrzeń skarb nieba… jak katarakta swobodnego spadania
Po pojawieniu się światła, słońce i gwiazdy, niczym czyste byty
Stały się świadkami wielkiej ceremonii, O Światło, to w tobie,
W abstrakcyjnym, acz świetlistym wzmocnieniu
Po raz pierwszy zobaczyłem wodę[9]

Pojawienie się światła – niczym w dawnych kosmogoniach – owo przekuwanie niczego w coś, to – jak chce Frazer – odwieczna formuła magiczna, zaklęta w kształt wizualny.[10] Tak rozumiane przekształcenia mają też charakter kosmogoniczny – wszak:

Kosmogonia jest wydarzeniem najważniejszym, ponieważ przedstawia ”jedyną rzeczywistą zmianę: wyłonienie się świata. Odtąd ważne są jedynie zmiany związane z rytmami życia kosmicznego. W naszym przypadku chodzi o kolejne, następujące po sobie momenty, które powiązane w różne cykle zapewniają im periodyczność: ruchy gwiazd, następstwo pór roku, fazy księżyca, rytm roślinności, przypływy i odpływy Nilu itp. Właśnie ta periodyczność kosmicznych rytmów decyduje o doskonałości ustanowionej w czasach „Pierwszego razu”.[11]

Rzeka, tak jak ludzie podlegała przemianom i przez tysiąclecia kształtowała swoje oblicze, a w takim rozumieniu stała się też symbolem nieustannej zmienności i szukania rozwiązań w skomplikowanej chińskiej rzeczywistości:

Stamtąd wyruszyłaś. Stworzyła cię Bayankela
To starczyło by wyobrazić sobie kroplę wody, lustro w cyklicznym obiegu
Blask cętkowany jak agat, wnikający w istoty, które nikną pośród chwil
Lub w odległych lodowych zwałowiskach, czyste niczym panny
Wystarczy wyobrazić sobie kroplę, która to zapowiedziała
I wpierw zastukała do wrót niebieskiego królestwa wody?
To dojrzewanie w odosobnieniu, soki wzrostu, ciepło płodności
Gniazdo orła i brama legendy rozświetlają totemiczne emblematy
Łożysko ziemi ssie, drży i spaja Wodę Zhaqu, wodę Koji, wodę Yueguzonglie
I wszystkich tych filigranowych jezior porozrzucanych jak turkusy[12]

Bayankela, to górzysta przestrzeń u źródeł Żółtej Rzeki, oznaczająca w języku żyjących tam ludzi otwierające się żyzne góry. To zarazem magiczne miejsce, gdzie poeta wraca myślą do samej istoty żywiołu – do pojedynczej kropli, w której, niczym w kodzie DNA, zapisane zostały wszelkie metamorfozy i możliwe przekształcenia nowej przestrzeni numinotycznej.[13] Nie bez powodu zatem pojawiają się tutaj także trzy źródlane nurty Żółtej Rzeki: Zhaqu, Koji, Yueguzonglie, które musiały asystować na początku wszechrzeczy i przyczyniły się do powstania właściwego nurtu wielkiej rzeki. Przenikliwość Majii łaczy się tutaj z rytuałem wnikania wody w materię i wzajemnego przenikania się struktur wizualnych, a jego obrazowanie sięga wyżyn poetyckiego piękna, blasku centkowanego jak agat i jezior porozrzucanych w przestrzeni jak turkusy.[14] Tak przestrzeń górska – przynależna do żywiołu ziemi – inicjuje bieg rzeki, przydaje mu dynamiki i dookreśla ją pośród energii pierwotnego elementu i umożliwia zaistnienie w świecie antylopy, śnieżnego lamparta i dalekiego odgłosu myśliwskiego rogu.[15] Zachwyt nad rzeką staje się w poemacie Majii zachwytem nad tym, co stworzyła, co wykreowała pośród niegdyś martwej przestrzeni. Pięć następujących po sobie apostrof, nie pozostawia wątpliwości, że poeta wzrusza się, gdy o tym myśli i jest dumny z tego, co rzeka wciąż czyni:

O Wielka Rzeko, nikt nie musi cię nazywać

Bo twój kolor ma przecież swoją wymowę
W twoich ramionach rosną pola złotej pszenicy
Gwiazdy lśniące wysoko mielą wiatry
W powietrzu pachnącym ziołami
Żółte błoto formuje lśniące ciała
Tańczący mężczyzna i kobieta znikają o północy
Ale zyskują trwały żywot w wirach malowanej ceramiki
Woda pozwalała ich dłoniom wyczuć dotyk snów
Umożliwia twórcom tac uchwycenie ognia w lodzie
Pierwszym światłem świtu, gdy dzieci, dobytek i dym
Otworzą oczy, ujrzą maskę boga[16]

Żółta Rzeka i niesione przez nią błoto, dosłownie i w przenośni, formuje lśniące ciała, umożliwia bytowanie pośród przestrzeni, a także zaistnienie na glinianej ceramice i pośród innych artystycznych artefaktów. Tak ludzie stają się cząstkami łączącymi żywioł wody i ognia, a za sprawą magii porannego światła widzą maskę boga, czyli dziewiczą, przeczysta naturę. To w niej płynie Huang Ho, antropomorfizowana poetycko, a zarazem porównywana do pierworodnej matki:

O Wielka Rzeko, zanim twoje słowa stały się słowami
Nigdy nie opowiedziałaś nam o poprzednich wcieleniach
A gdy twoje słowa stały się słowami
Nigdy nie ujawniłaś drugiej strony swego lustra
Twoje skryte pomruki ożywiały obdarzone duchem istoty
A twe wzdychające usta spowiły jodły i paprocie
Teraz jesteś pierworodną matką;[17]

Nad mityczną[18] rolą matki w tej poezji warto zatrzymać się nieco dłużej, bo  matriarchat ludu Yi poeta wiąże także z żywiołem wody. Tym bardziej, że dwadzieścia sonetów Jidiego Majii, dedykowanych mamie, to wielkie osiągnięcie[19] współczesnej poezji chińskiej, ale też i nawiązanie do tradycyjnej, ulotnej i nostalgicznej liryki odległych wieków. Ten jakże wysublimowany lament to hołd oddany tej, która urodziła poetę i jej czasom w górach i w wielkim mieście, gdzie dała się porwać przez nurt rewolucji. Syn dorastał przy niej i uczył się od niej pierwszych i ostatecznych zasad istnienia w świecie, zdobywania kolejnych szczytów i kontemplacji natury. Ogromna czułość i wzruszenie pojawiają się w sercu autora, gdy wspomina proste dni w górach Liangshan, godziny spędzone w niewielkim domku, który był jak schron pośród mrozów i wiatrów. Tam przy skwierczącym palenisku słuchał jak matka śpiewała pieśni i opowiadała o dawnych herosach ludu Yi, tam wzrastał pijąc mleko jaków i jedząc mięso upolowanych jeleni, tam, odziany w futro pantery i kuny, uczył się od matki języka, którego z czasem stał się prawdziwym mistrzem. Odgrodzony od świata i ochraniany nieustannie przez swoją rodzicielkę, osiągnął taki wiek, w którym zaczął kontemplować cuda natury i odczuwać przemożny wpływ kosmosu na ludzkie życie. Pomagały mu w tym dawne epickie opowieści, monologi czarowników bimo, a nade wszystko kulturowe rewelacje matki, stającej się z czasem, kimś w rodzaju szamanki. Warto w tym miejscu zapoznać się z syntetycznymi wiadomościami na temat religijności ludu Majii:

Religia Nuosu, nazywana bywa „religią bimo”, od nazwy najważniejszych i najbardziej poważanych kapłanów. Kapłani bimo, rozpoznawalni po charakterystycznych czarnych kapeluszach o szerokich rondach, są depozytariuszami tradycji i wiedzy, biegłymi w rodzimym piśmie i księgach. Ich zadaniem jest odprawianie najważniejszych rytuałów, przede wszystkim rozbudowanych rytuałów pogrzebowych oraz najbardziej złożonych i uważanych za najczcigodniejsze, rytuałów przeprowadzania ducha zmarłego do zaświatów i udzielenia mu pomocy w osiągnięciu statusu przodka. Kult przodków stanowi centrum wierzeń Nuosu, a związek z klanem i znajomość jego genealogii na wiele pokoleń wstecz, jest do dziś jednym z najważniejszych czynników kształtujących zbiorową i indywidualną tożsamość Nuosu. Z kultem przodków związana jest także, częsta wśród różnych ludów na południu Chin, wiara w posiadanie przez każdego człowieka trzech dusz, które po śmierci przebywają w różnych miejscach – jedna z nich pozostaje w miejscu przechowywania prochów po skremowaniu ciała, druga przebywa w krainie zmarłych jako przodek, trzecia pozostaje w domu rodziny zmarłego.[20] 

Poeta, czując pokrewieństwo krwi, z ogromnym bólem przyjmował rozdzielenie duchów matki i okrutne wyroki śmierci. Czerpiąc soki swojej poezji z tradycji ludu Nuosu, rozumiał jaką funkcję pełniła w jego losie matka, łącząca jego świat z naturą i kosmosem, stająca się zwornikiem pomiędzy tradycją kulturową a współczesnością, rzeką, wąwozem i górska turnią. Wspominając najważniejszą kobietę w swoim życiu, Majia rekonstruuje dawny świat i dociera do takich jego zakamarków, które miały bezpowrotnie przepaść w ciągu nieustającej przemiany pokoleń. To przywracanie życiu dawnych chwil, niezwykłych zdarzeń i zauroczeń staje się istotą rozbudowanego cyklu sonetowego, jakże zwiewnego i jakże zarazem konkretnego w obrazowaniu i metaforyzacji świata. Poetycka opowieść o przeszłości ma liczne odniesienia do teraźniejszości, swobodnie wkracza też w rewiry mitu i ludowego podania, staje się pointą jednego życia i egzystencji wielu pokoleń ludzi z klanu Yi. Sonety mają tu swoją integralność, ale też łączą się w koherentną całość, stając się kolejnymi partiami wielkiego poematu. Zachowana jednak została zasada wersyfikacyjna, charakterystyczna dla sonetu – cztery, cztery wersy w dwóch pierwszych strofach i trzy, trzy, w dwóch kolejnych – nie brakuje też nawiązań do osiągnięć w tym zakresie wielkich poetów z całego świata, z którymi Majia stale ma kontakt i których często gości w Chinach.

Wiersze Majii podkreślają nierozerwalność więzi rodzinnych i rodowych, dokumentują trwanie w obrębie niewielkiej, zamkniętej społeczności, ale też otwierają się na cały świat. Tak stają się czymś na kształt lirycznego obwieszczenia i potwierdzenia, że w dalekich wschodnich krainach żyją wspaniali ludzie, od dawien dawna praktykujący kulturowe obrzędy przejścia, tworzący mity kalendarzowe i agrarne, a nade wszystko przyoblekający kształt istnienia w świętość i chwałę wieczności. Obok kapłanów bimo najważniejsi tutaj są rodzice i najbliżsi członkowie rodzinnego klanu poety, choć na plan pierwszy wysuwa się ta, która go urodziła. Dostrzega on jej starość i jej wizualne elementy, ale jednocześnie nie waha się porównywać jej do gór i rzek, przydając mocy nieomal magicznej. Jakże to różne od tradycyjnego rozumienia roli matki w Chinach, zbudowanego na podłożu myśli konfucjańskiej:

Kobieta w kulturze azjatyckiej nigdy nie odgrywała pierwszoplanowej roli w rodzinie i społeczeństwie. Różnice w etyce rodzin chińskiej i zachodniej ukształtowały się pod wpływem myśli Konfucjusza (551–479 p.n.e.), który stworzył kult dużej, niepodzielonej rodziny, podporządkowanej ojcu-patriarsze, gdzie ten sprawował w niej funkcję władcy. Wielka rodzina i wpływowy klan zaczęły stanowić dla Chińczyków ideał. Wynikiem konfucjańskiej tradycji była niższa pozycja kobiety w rodzinie i społeczeństwie. Mimo że konfucjanizm podkreślał znaczenie szacunku i posłuszeństwa jako koniecznych do osiągnięcia harmonijnego życia między członkami rodziny chińskiej, jednakże to kobieta nade wszystko miała być posłuszna wobec mężczyzny. Kobiety nie traktowano jako pełnowartościowej i samodzielnej jednostki. Nie mogły one swobodnie zawierać znajomości oraz komunikować się z ludźmi, a w szczególności z płcią przeciwną. Dziewczynki, jako płeć żeńska, były niechcianymi dziećmi w rodzinie i już od najmłodszych lat były przekonywane o swojej niskiej wartości. Od wczesnych lat były też przygotowywane do zamążpójścia – uczono je posłuszeństwa wobec starszych, przyszłego męża i jego rodziny (zamążpójście, a więc rola żony i matki, było głównym celem życia Chinek). Żona zajmowała w domu swojego męża pozycję osoby stojącej z boku. Często jej rola sprowadzała się do służenia mężowi oraz jego rodzinie. Sytuacja jej mogła nieznacznie się polepszyć, kiedy urodziła syna. Budziło się w niej wtedy poczucie, że wypełniła zadanie i jest w tej rodzinie nie bez przyczyny. Jeśli kobieta nie urodziła mężowi męskiego potomka, miał on prawo wziąć sobie kochankę lub nową żonę, które to mogłyby dać mu upragnionego następcę.[21]

Majia podkreśla jednak, że to ona nosiła go przez dziewięć miesięcy w swoim ciele i ona pielęgnowała go w dzieciństwie, bacznie przyglądając się mu w latach dorastania i wchodzenia w męskość – to ona wreszcie stała się w jego świadomości poetyckiej multiplikacją wszystkich matek i zyskała wymiar przeogromny Matki Gór, stworzycielki wszystkiego, kreatorki bytu i poezji, siły i energii miłości, ran pierwszych i ostatnich. Łatwo możemy sobie wyobrazić jak ważną istotą była matka dla poety, gdy w niewielkim domostwie, zagubionym pośród przeogromnych gór, otaczała go czułością, jak ważne dla niego było mleko z jej piersi, uśmiech na twarzy i ciepło tulących go ramion, jak głęboko wryła się w pamięć słodycz ust całujących go nieustanie i jej czułe czuwanie u kołyski. To ona stała się fundamentem przyszłych dni, to ona pierwsza pokazała mu błękit nieba, zieleń drzew i dalekie mgły nad górskimi jeziorami, to ona nauczyła go mówić i stała się rękojmią poetyckiego języka, wskazując lecącego łabędzia, czarne głazy osuwające się ze zboczy, śnieżną panterę podążającą w dal i górskiego kozła chroniącego się na wysokiej półce skalnej. To ona była w nim od początku i on od początku był w niej, potwierdzając odwieczność trwania, w cieniu szczytów, w rozwidleniu wielkich rzek i w obliczu groźnych żywiołów – to ona go stworzyła, tak jak niewidzialny kreator stworzył cały wszechświat i uruchomił bieg rzeczy[22], nadał impetu narodzinom i umieraniu. Bez wątpienia wiersze o matce, stworzone przez Jidiego Majię, weszły do światowej skarbnicy motywów macierzyńskich w liryce, stały się potwierdzeniem miłości i synowskiego oddania, wdzięczności za przekazane życie i za to, co miało się przydarzyć po cudzie narodzin. Nikt tak jak matka nie rozumiał tęsknot i pragnień przyszłego poety, nikt nie dał mu tego, co ona mu dała, pozwalając kształtować się w swoim ciele, a potem w bólach wydając go na świat i natychmiast obdarzając kosmiczna miłością – nikt nie otoczył go taką opieką i nie zapewnił mu bezpieczeństwa pośród groźnych sił natury, nikt – wreszcie – nie odprowadzał go pełnym łez okiem, gdy odchodził ku dalekim miastom. To dlatego wiersze o matce Majii stają się wspaniałym hymnem tęsknoty i oddania, miłości czystej jak woda w strumieniu, uczucia klarownego jak widok dalekich, ośnieżonych szczytów, rysujących się w dali, pośród błękitnego nieba. To w ciele matki zainicjowana została harmonia, która wracała jak echo w kolejnych lirykach, w wierszach o rzekach i łańcuchach górskich, o starym byku na arenie, o jeleniach i podążających w głuszy mundżakach, o tropiących ich śnieżnych panterach i rysiach, to w niej zabrzmiał po raz pierwszy ton, który pojawiać miał się w pieśniach Nuosu i w jego późniejszych poematach.

W cyklu sonetowym dwa motywy pojawiają się z niezwykłą wyrazistością – śmierć jako strażniczka wymiany pokoleniowej i ogień, jako przeznaczenie wszystkiego – w sensie kosmicznym, gdzie wszelkie twory astronomiczne kończą w nim swój byt – a także w sensie organicznym, gdy trawi ciała podczas rytualnych kremacji. Bez śmierci nie byłoby przemiany świata i matka także musiała uczestniczyć w tym bolesnym procesie, godząc się na to by ci, których najbardziej kochała towarzyszyli jej ciału w procesie naturalnej kosmizacji. Zadaniem poety jest scalać to, co zostało rozerwane, odnawiać to, co poddało się entropii, a nawet rozpadło się w pył. Poeta przecież posługuje się magicznym instrumentem języka i może wyczarować w nim każdą przestrzeń, każdy przedział czasowy, każdą łzę w gasnącym oku i każdy dotyk dłoni. Heraklitejski motyw upływu czasu, obrazowanego przez nurt zmiennej rzeki, do której nie sposób wejść dwa razy, spleciony tutaj został z ludowymi wyobrażeniami ludzi zmieniających się po śmierci w swobodne ryby i ptaki. Zyskał też pulsowanie wszechświata, który odsłaniał swoją ogromną czaszę w bezchmurne noce i generował wielkości nie do wyobrażenia. Matka poety uczestniczyła w odwiecznym rytuale przemiany i u końca ziemskiego bytowania stała jego podmiotem, wypełniając odważnie to, co zostało jej przeznaczone. Jej śmierć – tak błaha dla kosmosu – stała się katastroficznym wydarzeniem w przestrzeniach myślowych syna, zachwiała nim, ale też wzmocniła go, ukazując kontekst uniwersalny. Śmierć – ukazywana w cyklu sonetowym jako kostucha z kosą, łomocząca do drzwi domostw[23] – zyskuje też w wierszach chińskiego arcypoety wymiar ludzki, staje się towarzyszką w drodze ku rozpadowi, strażniczką obszarów tajemnicy i kapłanką pradawnych rytuałów kulturowych. Jej emblematem jest tutaj czaszka i piszczele, ciało rozpadające się w pył w płomieniach kreacji, ale też ogromny baldachim wszechświata, na którym połyskuje od wieków Wielka Niedźwiedzica, pojawiają się komety i asteroidy, a każdego ranka – za sprawą naszej rodzimej gwiazdy – ma miejsce cud nowego dnia i pojawiania się krystalicznie czystego światła. Majia, opowiadając o życiu i dokonaniach matki, snuje narrację na temat kondycji ludzkiej, tak doświadczanej przez eternalne prawa przemiany i tak kruchej w obliczu bezlitosnej materii. Wiedza przeplata się tutaj z ludową, animistyczną i totemiczną mądrością, a jednostkowe doświadczenia zyskują walor humanistycznej uniwersalizacji. Matka była jego talizmanem, który stracił w świecie cielesnym, ale nie przestała nim być w sferach duchowych, ku którym poeta i cała ludzkość nieustannie orbitują.

Trudno się dziwić, że w poezji Majii tak rzadko pojawia się jego ojciec, bo przecież społeczność Yi jest matriarchalna i kobiety takie, jak jego matka, odgrywają w nim najważniejszą rolę. Wszakże od dawien dawna obowiązywała w społecznościach chińskich osobność dokonań męża i żony – zauważa to też Marcel Granet:

   W organizacji społeczeństwa chińskiego dominowała zawsze pewna zasada, a mianowicie zasada rozdziału płci. Pojmowano ją jak najściślej. Zawarto w niej nie tylko surowe zakazy, dotyczące rozdziału dziewcząt i chłopców przed ślubem. Również małżonkowie musza zachować między sobą dystans, a wszelkie stosunki między nimi wymagają niezwykłej ostrożności. U chłopów rozdział płci opierał się na podziale pracy: mężczyźni i kobiety przeciwstawiali się sobie jak dwie rywalizujące ze sobą korporacje. Między oraczami a tkaczkami wznosiła się bariera zakazów płciowych i technicznych. Jeden z mitów chińskich, który z największą łatwością dotarł do nas przez wieki (a daje on świadectwo najstarszej przeszłości), związany jest z dwoma bóstwami gwiazd: Tkaczką i Wolarzem. Między nimi rozciąga się święta bariera, którą jest Droga Mleczna, zwana Niebiańską Rzeką. Rzekę Niebiańską przekroczyć można tylko raz jeden w roku. Wtedy właśnie Tkaczka i Wolarz świętują swe nocne zaślubiny.[24]

Jego matka, przekraczając Niebiańską Rzekę, była też przewodniczką plemienia, prawodawczynią obyczajów i strażniczką rytuałów, a przy tym nie przestała być najczulszą matką, traktującą syna jak owoc najpiękniejszej miłości (spotkania Tkaczki i Wolarza). Poeta czuje to każdego dnia i nocy każdej, łącząc się z nią duchowo i nosząc okrywę cielesną, powstałą w jej łonie. Jakże interesujące w poezji chińskiej, a szczególnie w wierszach jej przedstawiciela pochodzącego z zagubionego w górach zakątka, zwanego Liangshan, jest dążność do rozległej uniwersalizacji doświadczeń, charakterystyczną dla ujęć kulturowych i religijnych. W takim ujęciu matka staje się istotą wyższą, do której poeta będzie zanosił modły. To przejście od ogniska rodzinnego do ujęć sakralnych charakteryzuje James George Frazer:

Jeśli uwzględnimy z jednej strony zasadnicze podobieństwo głównych potrzeb człowieka wszędzie i we wszystkich czasach, a z drugiej rozległe różnice dzielące sposoby, którymi starał się je zaspokoić w różnych epokach, być może, skłonni będziemy wówczas do wyciągnięcia wniosku, że rozwój wyższej myśli, o tyle, o ile możemy to prześledzić, przebiegał zazwyczaj od magii przez religię do nauki. W magii człowiek zdaje się na własne siły, gdy chce pokonać trudności i niebezpieczeństwa osaczające go ze wszystkich stron. Wierzy w pewien ustalony, niezawodny ład przyrody, którym może pokierować dla swoich własnych celów. Gdy odkrywa swój błąd, gdy ze smutkiem zdaje sobie sprawę, że wymyślony porządek rzeczy i uzurpowana władza nad nim są jedynie wykwitem wyobraźni, przestaje polegać na własnym rozumie i nie wspieranych przez nikogo siłach i pokornie zdaje się na łaskę pewnych wielkich istot, niewidzialnych za zasłoną natury, i im z kolei przypisuje te wszystkie dalekosiężne siły, do których niegdyś rościł sobie prawo. Tak oto w bystrzejszych umysłach magia stopniowo ustępuje miejsca religii, wyjaśniającej następstwo zjawisk przyrody wolą, namiętnościami i kaprysami istot duchowych podobnych do człowieka, znacznie jednak od niego potężniejszych.[25]

Matka niewątpliwie wkracza po śmierci do krainy istot wyjątkowych, a takie ujęcie powoduje, że poezja tego autora staje się zrozumiała pod każdą szerokością geograficzną i pojawia się stale w nowych przestrzeniach językowych. To są dzieje konkretnych ludzi, ale też jest to opowieść o trudnym człowieczeństwie, od narodzin, poprzez kolejne lata życia, aż do bezdusznej śmierci. Kruchy ludzki byt może przeciwstawić się jej tylko aktywnością i witalnością kolejnych dni, choć i tak na końcu wszystko zostanie przenicowane przez ucho igielne nieistnienia. Sonet za sonetem, Majia przywołuje proste czynności domowe i artefakty życia w enklawie, w oddaleniu od dróg cywilizacji, a potem projektuje to wszystko na świadomość przekształconą diametralnie w procesie asymilacji nowego chińskiego społeczeństwa. Stając się przedstawicielem najlepiej sytuowanej klasy – wszakże był nawet gubernatorem prowincji Qinghai – nie zapomniał o tkliwości i serdeczności, zaszczepionej mu prze rodzicielkę, nie przestał martwić się nieszczęściami każdego ludzkiego bytu. Przeszedł daleką drogę z Liangshanu do Pekinu, a potem do wielu światowych stolic kulturalnych, ale w głębi serca pozostał członkiem klanu Yi, którego ważną osobistością była jego matka – Ninzy Guowzoshy. Jej wielkość potwierdziła się w sile i giętkości języka, który w nim zaszczepiła i który stał się jego nową ojczyzną, środkiem której płynie poetycka Wielka Rzeka.

Matka i poeta żyli pośród gór poprzecinanych rzekami i to nad ich brzegami – a szczególnie nad Huang Ho – oddawano ziemi prochy bohaterów ich dumnego ludu. W takim ujęciu rzeka stawała się łącznikiem pomiędzy dawnymi i nowymi laty, a umożliwiając bytowanie ludziom, antropomorfizowana przez poetę, podążała wciąż do przodu, niczym odwieczna karawana. Pamiętajmy też i o tym, że – jak wskazuje Mircea Eliade:

Wody symbolizują wszelką potencjalność. Są one (…) rezerwuarem wszystkich możliwych postaci istnienia, poprzedzają każdą formę i stanowią podwalinę jakiegokolwiek procesu stwarzania świata. (…) Zanurzenie w wodzie oznacza regres do pierwotnego stanu bezforemności (…). Wynurzenie [zaś] powtarza kosmogoniczny akt wyłaniania się form. (…) Stąd symbolizm wód wiąże się zarówno ze śmiercią, jak i odrodzeniem.[26] I poeta wie o tym doskonale, a przywołując w swoim poemacie dawne czasu, maluje w słowach plastyczny obraz harmonii i szczęścia rodowego:

O Wielka Rzeka, głęboko w żółtej ziemi, wzdłuż twoich brzegów
Pochowano wielu bohaterów i mędrców, ich ciche kości
Kiedyś dźwigały sztandar sprawiedliwości, wzniecały burze gniewu
I gdyby tego nie było, śmiertelne przysięgi nie zostałyby rzucone
W tajemny ogień tonów odważnych, smutnych, żałosnych pieśni
Tam burzono gliniane ściany o jednolitym kolorze i nowe ściany
Wznosiły inne ręce wzmocnione przez duchy przodków
Zapanowałaś nad tysiącletnią karawaną, ciągnącą się wraz ze zwierzętami
Świadek pradawnej śmierci i nowych narodzin,
Które, za prawdę, nie były niczym wyjątkowym
Na tym skrawku lądu mieszkali ludzie cisi i bezgłośni
A kiedy nadchodziła burza, ciosy niesłychanego okrucieństwa
Uderzały w ciało ukochanej ziemi, testując każdy okruch odwagi
I udawało się im powstrzymać drapieżnego wroga
W ich opowieściach, przekazanych z żywej pamięci, narratorzy
Są jak ci, co opowiadają o pamiątkach rodowych
i ich ciepłych aurach[27]

Tak mętnawa rzeka przybiera w wyobraźni poety kształt połyskliwego lustra, w którym jak na filmie pojawiają się stale obrazy z dzieciństwa, czasu dorastania i powrotów do domy z wielkich miast i dalekiego świata. Rzeka posługuje się językiem szumów i gromkich odgłosów kaskad, szepcze cicho o zmierzchu i świcie[28], nasącza wyobraźnię, generuje byty między substancjami. Rzeka staje się w poezji Majii analogonem czasu i cierpienia, periodycznego dorastania do śmierci, a także szczęścia kolejnych narodzin – podążając do Morza Żółtego niesie w sobie zakodowane pytanie o sens i znaczenie końca wszechrzeczy. Poeta podejmuje jej wyzwanie i tworząc olśniewającą apostrofę do Morza – pyta:

O Wielka Rzeko! Czy słyszałeś wołanie oceanu?
Albo może, Wielkiego Morza! Po twoim bezgranicznym biegu
Wolność stała się elementem twojej dumnej duszy
Ucieleśniającej sprawiedliwość, broniącej życia i ludzkich praw
Dlatego też poeci różnych języków ojczystych
Zrobią wszystko, by wychwalać cię w swoich wierszach
Ale, O Wielkie Morze, muszę też zapytać, czy w tym czasie
Poród nieustannie potężniejących fal, gdy promienie ciemnej materii
Wiążą cię z czarnymi dziurami kosmosu
Gdy znużenie podąża za twoimi pływami i ogromny, mroczny bezruch
Ogarnia mnogość wymiarów czasu i przestrzeni
Gdy biel powiewa jak chorągiew na masztach, przypominając
Dookolny taniec tysiąca mew w porze południa
O Wielkie Morze! W takim momencie ważne jest, by wiedzieć
Czy połączyłaś się ze źródlaną, pojedynczą kroplą?
Czy usłyszałaś pierwszą nutę muzyki sfer?
Czy poznałaś pierwsze słowo wypowiedziane przez twórcę?[29]

Koniec nurtu i połączenie się z oceanem otwiera ogromy kosmiczne i poeta wpatrując się w ciemność nad falami, wskazuje eschatologię głębi i pustki, martwoty i ożywczej pulsacji niewyobrażalnych dali. Nie bez powodu Gaston Bachelard wskazuje, że dla niektórych marzycieli woda, to kosmos śmierci,[30] a jej zakorzenienie to tajemnica tak samo niezgłębiona jak ruch krwi w ludzkim organizmie, jak szaleńcza pogoń myśli w mózgu człowieka, jelenia i śnieżnej pantery. Majia w swojej poezji skanuje naturę i zaludniające ja byty, ale też przenika kosmos, docierając do istoty wszechrzeczy. Tak – w poemacie o wielkiej rzece i w wielu innych wierszach – odsłania wielką tajemnicę istnienia:

To wszystko jest możliwe, bo nurt wody
Opowiedział nam już całą tajemną historię
To wszystko jest prawdziwe jak ziemia
Nawilżana i pielęgnowana przez ciebie
Na twoich brzegach pracujemy i śpiewamy, a życie rodzi życie
Od pokoleń, witając narodziny, umierając spokojnie
Ty dajesz nam dar życia, spokojne dni, radość i tolerancję
Która są nad bólem i nędzą, to niesiesz nam bezinteresownie
Rzeko, z wytrwałością i ziemską dobrocią
Przekazując niezwykłym, przez wieki cierpiącym ludziom Orientu
Osobliwą mądrość, a także moralną godność cząstki ludzkości
Jesteś z ducha, bo wieki nie powstrzymały
Twego pojawiania się w naszych snach; a choć spieszą się godziny
Wnikasz w naszą świadomość; a choć mijają minuty
Stajesz się częścią naszego oddechu, bicia serca i samego życia
O Wielka Rzeka! Pozwól, z wielką czcią i głębokim wzruszeniem,
raz jeszcze powiedzieć światu Twoje imię
nieprzemijające w sławie: ŻÓŁTA RZEKA![31]

Żółta Rzeka stała się przez wieki analogonem ludzkiego cierpienia, a odprowadzana w dal wzrokiem, wniknęła do wyobraźni eschatologicznej, nasączyła sny swoją pierwotnością i stała się materią elementarną każdego bytu. Będąc żywiołem samoistnym, zawsze była też cząstką żywiołu ziemi, z jej grobami i prochami przodków, z dynamicznymi przemianami w obrębie wulkanu, lawy, bagna i lodowatej skały.[32] Choć Wielka rzeka jest podsumowaniem wszystkiego, co Majia powiedział o rzekach, to w jego twórczości pojawiają się także inne liczne strugi i strumienie, a także mniejsze rzeki. Charakterystyczny jest tutaj wiersz o górnym odcinku rzeki Jangcy, który pojawia się w poezji tego autora jako pogłos pradawnego eposu:

Ah-he-nuo-yi[33]
Czarna, głęboka rzeko
Tak cię nazwano w pradawnym języku
Mojego ludu
Od samego początku byłaś
Inna od rzek świata
Płynąc przez nasze odwieczne ziemie
O migotliwych falach
W szlachetnym kolorze
Toczysz się
Na kartach recytowanego eposu
Przez tysiąclecia historii
I będzie tak w wiekach
Które nadejdą
Na twych brzegach nasi przodkowie
Odpoczywali i gasili pragnienie
Twoje słodkie mleko
Pozwalało zapomnieć o znużeniu
O trudach długiej wędrówki
Zawsze nam towarzyszących
Twoja głębinna dusza
Rozświetlała nasze oblicza
Mkniesz na oślep przez otchłanie
Mijasz niezmierzone góry
Twój łagodny, wyrazisty szept
Jest jak ludowa piosnka
Radująca nasze smutne serca
Zasypiając przy gasnących paleniskach
Wnikamy w bezgraniczna ciemność
A wtedy pojawiasz się w naszych snach
I twe nurty przenikają przez czerń
Zmywając błyskawicznie
Wspomnienia trudów
i goryczy
Ah-he-nuo-yi, zapewniam cię
Że wszędzie gdzie żyją Nuosu
Twa nazwa jest jak imię ojca
Tak, wychwalaliśmy stale
Niezliczone rzeki
Ale najwięcej hymnów
Było dla ciebie!

Swój zachwyt nad rzekami Chin i całego świata poeta zrekapitulował w rozbudowanym wierszu-apostrofie, w którym podkreślił raz jeszcze macierzyńskie cechy wody sunącej w dal[34] i jej odwieczne właściwości mitotwórcze:

Wyznaję
Śpiewałem hymny o was
Jak śpiewałem o życiu i ziemi
Nie wiem ilu poetów i mędrców
Tego świata
Was wychwalało w swych tekstach
Nie wiem ile wierszy o was
Weszło do kanonu ludzkości
I zaprawdę nie ja pierwszy
Porównałem was do matki
Choć wasze mleko wciąż
Karmiło rozległe ziemie
I ludzi żyjących na niej
Od tysięcy lat
Wyznaję
To wy stworzyłyście najstarsze mity
I wy swymi niewidzialnymi dłońmi
Zaczynałyście uprawiać glebę na złocistych brzegach
Zaprawdę wszystkie ziemskie cywilizacje
Czerpały nieograniczenie życiodajne siły
Z waszych głębokich nurtów
Wychwalajmy rzeki, bo są symbolem
A ich imiona są eposami
Wiernym zapisem postępu i nieszczęść
Gdy pochylamy się nad cywilizacją
Składamy hołd wielkim rzekom
Nasza mądrość z nich się bierze
One zaszczepiły języki i kulturę innym nacjom
Tak jak dały nam różnorakie wierzenia
I sposoby na życie
Wyznaję, o rzeki, że wasze piękno jest wyjątkowe
Jak uśpione panny
A gdy płyniecie przez senne pola
Prawdziwie stajecie się poezją i miłością
Uwierzcie, że w naszych sercach
Uosabiacie wolność i sprawiedliwość
Jesteście sumieniem i łzami ludzkości
Pomagacie słabym, współczujecie uciśnionym
Każdy dzban waszej uświęconej wody obmywa nasze dusze
Wielu cierpiących obdarowałyście
Wiarą i odwagą życia
A ludzkość, przyznaję, bardzo was krzywdziła
Stojąc na brzegu wyschniętych rzek
Widząc skażone brudem koryta
Nasze strapione serca pełne są smutku
Ale uwierzcie, o rzeki! By ocalić
Waszą pieśń i chwałę
Poświęcimy życie
Och, rzeki, odwieczne matki ludzkości
Pozwólcie znowu znaleźć się w waszych objęciach
Pozwólcie przyzywać wasze chwalebne imiona[35]

 

[1] M. R e l i g a  tak określa miejsce poety w chińskiej poezji, a zarazem wskazuje, że stale otwiera się on na literaturę świata: Jidi majia uważany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych chińskich poetów wywodzących się z mniejszości narodowych. Pisze po chińsku (tzn. w urzędowym języku ogólnonarodowym, putonghua), ale jego wiersze przesiąknięte są odwołaniami do rodzimej kultury Nuosu, nie tylko przez bezpośrednie nawiązania do obyczajów, miejsc i postaci. Por. tejże, Wstęp [w:] J. Majia, Słowa i płomienie, Warszawa 2015, s. 9.

[2] Żółta Rzeka, Huang Ho lub Huang He – druga największa chińska rzeka i piąta co do wielkości rzeka świata, mająca swoje źródła na wyżynie Tybetańskiej, w prowincji Qinghai. Jej łączna długość to 5464 kilometrów – wpada do oceanu w granicach miasta Dongying, w prowincji Shandong.

[3] M. R e l i g a, dz. cyt., s. 7–8.

[4] J.  M a j i a,  Wielka rzeka, w. 1–7, cyt. wg wskazanego wyżej polskiego wydania wierszy zebranych pt. Czerń i cisza.

[5] Tamże, w. 8–17.

[6] Por.  M.  R e y n o l d s, Earth, Air, Fire, Water, „Humanistic Studies of the Environment” 2002, nr

8 (2), s. 226–228.

[7] Wielka rzeka, w. 18–25.

[8] Tamże, w. 26–35.

[9] Tamże, w. 36–48.

[10] D.  F r a z e r,  Sztuka prymitywna, przeł. M. Żułkoś–Rozmaryn, Warszawa 1976, s. 21.

[11] M.  E l i a d e,  Historia wierzeń i idei religijnych, t. I, Od epoki kamiennej do misteriów eleuzyjskich, przeł. S. Tokarski, Warszawa 1988, s. 61.

[12] Wielka rzeka, w. 49–58.

[13] Por. R.  O t t o,  Świętość, tłum. B. Kupis, Warszawa 1968, s. 146–147. Por. też.  S.  M i l l e r,   The Elements As An Archetype of Transformation: En Exploration of Earth, Water, Air, and Fire, Pleasant Hill 2008, s. 42.

[14] Majia poświęcił też sporo wierszy jeziorom, z których wymienić trzeba Lugu, Qinghai, Jezioro Zachodnie, Lamatuso. Por.  M.  W o j t a s i k, Jezioro Lugu jest góralską panną, „Akant 2016, nr 11. Przedruk w: Jidi Majia Poetry and the World, dz. cyt. t. I, s. 686–690.

[15] Wielka rzeka, w. 67.

[16] Tamże, w. 69–80.

[17] Tamże, w. 81–87.

[18] Mit matki we współczesnej poezji znakomicie lokuje  M. A. P a c k a l é n  P a r k m a n, por tejże, Macierzyństwo bez lukru i retuszu, „Postscriptum Polonistyczne” 2017, nr 2 (20).

[19] Dziwi zatem to, że wiersze te nie znalazły się w ostatnio wydanej w Polsce antologii literatury chińskiej. Por. Kamień w lustrze Antologia literatury chińskie XX i XXI wieku, prac. zbior., Warszawa 2019.  W przywołanej tu antologii znalazły się utwory następujących autorów: Shen Congwen, Qian Zhongshu, Mu Shiying, Shi Tiesheng, Wang Xiaobo, Yu Hua, Su Tong, Yan Ge, Han Shaogong, Can Xue, Zhang Chengzhi, Oser, Xu Zhimo, Wen Yiduo, Gu Cheng, Zhou Lunyou, Xi Chuan, Yi Sha, Sun Wenbo, Ge Mai, Meng Jinghui.

[20] M. R e l i g a, Wstęp, dz. cyt., s. 6.

[21] A.  J ó z e f o w i c z,  Obraz kobiety-matki w wybranej współczesnej prozie chińskiej, „Ars Inter Culturas” 2015, vol. 4, s. 264–265. Por też  L. W a s i l i e w,  Kulty, religie i tradycje Chin, Warszawa 1974.

[22] Por.: Pierwsze próby ujęcia kosmogonii w całość, stanowiły dla pierwotnych ludzi nie lada wyzwanie. Były próbą połączenia w jedno, zunifikowania, ujęcia w ramy systemu, tego co rozgrywa się w widzialnym wszechświecie i na ziemi, co jest niewyobrażalne, monumentalne w swoim wyrazie i domagające się ogarnięcia przez narzędzie tak niedoskonałe jak pierwotny umysł. Jedynie wyobraźnia i naturalna dla człowieka skłonność do kojarzenia faktów i wyciągania wniosków z przebiegu zdarzeń, dawała jakąś ulotną szansę w konfrontacji dwóch gigantycznych przestrzeni – przestworu kosmicznego i milionów połączeń dendrytowo–neuronowych, przestrzeni równie tajemniczych, nie znanych, a nawet w okresie pierwotnym nieuświadamianych. [D.  T.  L e b i o d a,  Słowacki Kosmogonia, Bydgoszcz 2004, s. 24.]

[23] Por.  P.  A r i è s,  Człowiek i śmierć, przeł. E. Bąkowska, Warszawa 1989, s. 601.

[24] M.  G r a n e t,  Cywilizacja chińska, przeł. i oprac. M. J. Künstler, Warszawa 1995, s. 158–159.

[25] J.  G.  F r a z e r,  Złota gałąź, przeł. H. Krzeczkowski, Warszawa 1978, s. 508.

[26] M.  E l i a d e,  Obrazy i symbole. Szkice o symbolizmie magiczno-religijnym, przeł. M. i P. Rodakowie, Warszawa 1998, s. 177–178.

[27] Wielka rzeka, w. 116–132.

[28] Por. tutaj interesujące rozważania J.  B a r t m i ń s k i e g o  o mowie morza [w:] Słownik stereotypów i symboli ludowych. Kosmos. Ziemia, woda, podziemie, red. tenże, Lublin, 1999, t.1, cz. II, s. 388.

[29] Wielka Rzeka, w. 183–199.

[30] G.  B a c h e l a r d,  Wyobraźnia poetycka, przeł. H. Chudak, A. Tatarkiewicz, Warszawa 1975, s. 164.

[31] Wielka Rzeka, w. 200 – 217.

[32] Por. S. M i l l e r, dz. cyt, s. 45.

[33] Por, J.  M a j i a,  Rzeka;  Ahenuoyi – w języku Nuosu to „czarny, głęboki”, górny odcinek Jangcy w prowincjach Qinghai, Syczuan i Yunnan.

[34] Nawiązuje tutaj świadomie do znanej formuły Heraklita z Efezu, którą Majia mógł wprowadzić do swojej poezji za Czesławem Miłoszem, którego bardzo ceni. Por. mój artykuł o heraklitejskich źródłach poezji Miłosza: Miłosz zatem wierzy wraz z greckim filozofem, że wszystkie zjawiska są odbiciem niewidzialnego prawzoru, są efektem jakichś wyższych mechanizmów, jakichś zjawisk rozgrywających się poza percepcją. Rozumny byt jest formą zauroczenia efektami tych metamorfoz, tych gwałtownych energii przepływających gdzieś poza istnieniem. To jest rodzaj zauroczenia, a zarazem szukania ekwiwalentów, ciągłego nawiązywania i porównywania: „Nie umiem jakoś odejść od brzegu heraklitejskiej rzeki – mówi poeta – jestem zafascynowany, urzeczony, i nie potrafię zdobyć się na rozmyślanie samo w sobie, bez słów i obrazów. Może dzieje się tak dlatego, że jednym z naszych ludzkich przywilejów jest nie dająca się wyplenić wiara w inny wymiar minionego czasu, tak że cokolwiek raz minęło, zostaje przeniesione w ten inny wymiar i trwa tam na zawsze.” Tak odsłania się wielka obsesja poety – owo podążanie tropem zdarzeń dawnych i pierwiastkowych, które miały wielki wpływ na jego życie, na losy pokoleń, na kształt stulecia. One przemknęły niezauważalnie i teraz dopiero refleksja poetycka zdoła je wyłowić z mroków – a może lepiej powiedzieć głębin – przeszłości. Żeby tego dokonać trzeba stać nad rzeką Heraklita, trzeba wędrować ścieżką nieistnienia przy jej brzegu, trzeba wpatrywać się w nią zmatowiałym od łez wzrokiem. Dopiero wtedy zaczną odsłaniać się ukryte wymiary życia i dzieła, dopiero wtedy elementy zaczną układać się w kalejdoskopowy obraz całości. [D.  T.  L e b i o d a, Miłosz i rzeka Heraklita, czyli o przemijaniu ludzi i rzeczy, w: Polscy nobliści literaccy pod red. tegoż, Bydgoszcz, 2003, s. 122–123.]

[35] J.  M a j i a,  Dedykowane rzekom świata.

KRASKA

© Foto Cezary Karkosz

Jako nastolatek sporo chodziłem po podbydgoskich lasach, zapoznając się z siecią dróg i ścieżek, odkrywając w ostępach ukryte jeziora, małe i rozległe łąki. To wędrowanie miało związek z moimi zainteresowaniami geograficznymi i pragnieniem podróżowania po całym świecie. Wtedy też rodziły się moje fascynacje zwierzętami, a szczególnie ptakami, które podglądałem również w parkach, na cmentarzach, nad starym pruskim kanałem i nad dziewiczą Brdą. Właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłem najpiękniejsze polskie  skrzydlate stworzenia: zięby, wilgi, kowaliki, gile i jery, dudki, zimorodki, dzięcioły zielonosiwe, szczygły, krzyżodzioby,  pleszki, sójki, rudziki. Podczas jednej z wypraw do lasu zobaczyłem też po raz pierwszy kraskę, siedzącą na drucie telegraficznym i w jasnym świetle lipcowego dnia prezentującą swoje zjawiskowe upierzenie. Tak byłem zaskoczony tymi barwami, tak rozbłysły one w mojej wyobraźni, że po latach, gdy pisałem zbiór wierszy eschatologicznych, przetransplantowałem tego ptaka w obręb osiedlowych cmentarzy, a tomik zatytułowałem Pole umierającej kraski. Nie znamy swoich przeznaczeń, a gdy zaczynają się odsłaniać, często generują wielkie zdziwienie, zaskakują nas efektami życiowymi i – jak to uczenie się nazywa – ekspandacją wyobraźniową. Ta kraska, zauważona na drucie, rozwieszonym nad wielką leśną polaną, ten ptak przeniesiony do mojej poezji, stał się zaczątkiem zdumiewającego literackiego sukcesu. Moja mała książeczka, opublikowana przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie, a potem kolportowana w całym kraju, wywalczyła Nagrodę Artystyczną Młodych Imienia Stanisława Wyspiańskiego, którą wręczono mi w Warszawie, w dzisiejszym Pałacu Prezydenckim. Długo stałem u wrót polany i przyglądałem się niebieskiemu ptakowi, nie mogąc sobie uzmysłowić jak tak barwny ptak, jakby żywcem przeniesiony z tropikalnej egzotyki, mógł pojawić się w podbydgoskim kompleksie leśnym. Po kilku minutach kraska zatrzepotała obwiedzionymi czernią skrzydłami – tymi samymi, które tak udanie w 1512 roku odwzorował na swoim rysunku Albrecht Dürer – poprawiła się na drucie, po czym zerwała się do lotu i pomknęła w dal.  Odprowadzałem ją wzrokiem, póki nie zlała się z ogromnymi sosnami w oddali i nie zniknęła całkowicie, szybując już tylko pośród mgieł mojej pamięci.

Mal. Albrecht Dürer, 1512

Kraska zwyczajna lub pospolita (Coracias garrulus), to gatunek średniej wielkości ptaka wędrownego z rodziny krasek (Coraciidae). Niegdyś bardzo liczna w niemal całej Europie, środkowej i południowej Azji oraz północno-zachodniej Afryce. Niestety ostatnio coraz mniej liczna, a w niektórych krajach już w ogóle nie obserwowana, nawet podczas przelotów. Zimuje pośród sawann południowo-wschodniej Afryki, nad Zatoką Gwinejską a nawet na samym południu tego kontynentu, gdzie konkuruje swoją urodą z wieloma jaskrawo upierzonymi ptakami.  Ornitolodzy podają, że w Polsce jest obecnie tylko 60-70 par i to tylko we wschodniej części kraju, na Lubelszczyźnie, w puszczach Mazur, Podlasia oraz w Kotlinie Sandomierskiej. W całej Europie liczebność krasek szacuje się na 530-960 par lęgowych, ale liczba ta spada, bo wiele samców i samic ginie podczas przelotów i zimowania w Afryce, gdzie staje się łupem agresywnych drapieżców i ludzi, których nie unika. Ten niebiesko-rdzawy ptak nie charakteryzuje się dymorfizmem płciowym, choć pióra poszczególnych osobników zmieniają swoją barwę w różnych porach roku.  Ma on dość krępą budowę i wyraźnie zaokrąglone skrzydła. Głowa i kark są niebieskie, z domieszką seledynu, spód niebieskoszary, grzbiet (płaszcz) i barkówki rdzawe lub brązowo-czerwonawe, pokrywy skrzydłowe i podskrzydłowe niebieskie, lotki od góry czarne, od spodu szafirowe, sterówki od góry seledynowe, od spodu szafirowe. Skrajna para sterówek kilka milimetrów dłuższa – wystaje z obrysu końca ogona. Dodajmy do tego silny, lekko zakrzywiony czarny dziób i żółtawe, chwytne nogi. Dojrzały ptak jest rozmiarów kawki lub sójki (długość ciała 32 cm, rozpiętość skrzydeł ponad 70 cm), a w locie przypomina wronę lub gawrona.

© Foto Cezary Karkosz

Trudno się dziwić, że swoją pierwszą kraskę zauważyłem przy lesie, na brzegu wielkiej polany, bo ptaki te upodobały sobie skraje zadrzewień typu parkowego, w pobliżu pól i sporych trawiastych przestrzeni, dobrze ogrzanych przez słońce. Gnieździ się w dużych dziuplach, opuszczonych przez dzięcioły albo sowy, najczęściej na schnących wierzbach, topolach, sosnach, olchach lub osikach. Ptak posiada znakomitą echolokację, gdyż po zimie wraca zwykle do starych dziupli lub – na południu kraju – do nor wygrzebywanych w wielkich urwiskach lub  nawet do obszernych dziur w murach. Kraski są monogamiczne, przez całe życie nie zmieniają partnerów, chyba, że jakieś tragiczne wydarzenie je do tego zmusi. Pożywienie tych mieszkańców przestworzy składa się z owadów prostoskrzydłych (pasikoników), chrząszczy, dżdżownic i pająków a także drobnych kręgowców – gadów, płazów i ssaków (myszy i norników), jesienią nie gardzą też skruszałymi owocami krzewów i drzew. Ptak zagrożony jest całkowitym wyginięciem i już czas najwyższy by ornitolodzy zaczęli go sztucznie namnażać, tym bardziej, ze wiele piskląt ginie zaraz po wykluciu się z jaj, albo podczas pierwszych dni po opuszczeniu gniazda, gdy niedojrzałe osobniki instynktownie pozostają przy nim, wałęsając się po ziemi lub przeskakując z gałęzi na gałąź. Trudno powiedzieć czy kraski przetrwają w Polsce, a szczególny niepokój budzi likwidowanie łąk i zamienianie ich na pola uprawne, ścinanie starych dziuplastych drzew i powszechne stosowanie herbicydów. Na razie cieszymy się obecnością tych ptaków w naszej rodzimej przyrodzie, a fotograficy ornitolodzy raz po raz zaskakują nas portretami tych kolorowych istot. Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie reprodukowane tutaj dwie fotografie autorstwa znakomitego fotografika Cezarego Karkosza, niezwykle udane i dokumentujące piękno tych ptaków. Warto zaglądać na stronę autorską tego twórcy (http://www.cezarykorkosz.pl), gdyż są na niej prawdziwe arcydzieła sztuki mimetycznej i naturalistycznej.

© Foto Szabó Gábor

 

POWIEŚĆ ABSURDALNA

 Autentyczny krytyk literacki zawsze z zainteresowaniem czeka na autorów nowych, wstępujących pokoleń. W pamięci ma liczne „odkrycia” w tym względzie, bezdyskusyjne werdykty, potwierdzone po latach w naukowych podsumowaniach, w wielkich syntezach krytycznoliterackich, a na koniec w encyklopediach, leksykonach i słownikach tematycznych. Niestety często się zdarza, że na horyzoncie pojawia się krytyk układowy, spowinowacony z jakąś koterią, należący do jakiegoś lobby, który miast forować sprawiedliwe sądy, kieruje się dobrem „układu”, chwilowego rozdania kart, lansu konkretnego wydawnictwa, związku twórczego lub grupy nacisku. Przypomina się w tym momencie powieść Honoriusza Balzaka pt. Stracone złudzenia, w której bohater (Lucjan) wchodzi do świata recenzentów i dziennikarzy i z przerażeniem odkrywa, że jest on przeżarty przez korupcję, fałsz, kłamstwo, a na porządku dziennym jest wzajemne wyświadczanie sobie mniejszych lub większych przysług. Nagrody bywają wciąż takie same – dobre pieniądze, obecność na łamach, zasiadanie w gremiach i radach, urodziwa aktoreczka, albo „ładny chłopiec”. W polskiej krytyce powojennej mamy przede wszystkim do czynienia z krytykami podlizującymi się władzy komunistycznej, często będącymi agentami policji politycznej albo członkami PZPR-u. Nowy wynalazek, po 1989 roku, to krytyk medialny, odwalający pańszczyznę za pieniądze, wychwalający określony układ i będący klakierem określonych nagród, wchodzący w skład jury tychże „zaszczytów”. Mamy już też dowody – w formie publikacji książkowych – jak ogromne były nadużycia tego rodzaju krytyków i jak wiele klęsk ponieśli. Ich analizy i syntezy pełne są histerycznych sądów, patetycznych kreacji nowych Faulknerów i Bułhakowów, którzy bezpowrotnie utonęli w smole czasu. Nikt i nic ich już z niej nie wydobędzie, no chyba że inny krytyk, uniwersytecki filolog, który wyszpera sądy poprzedników i dla korzyści własnej poprze je w jakimś przewodzie doktorskim, habilitacyjnym czy profesorskim. Polska kultura, ponad siedemdziesiąt lat po drugiej wojnie światowej, nie wytworzyła magazynów branżowych, tygodników i dzienników, które by w sposób kompetentny oceniały naszą literaturę i sztukę. Próżno szukać też teraz krytyków na miarę Kazimierza Wyki czy Jana Błońskiego, próżno szukać ich następców. Dominuje strategia recenzencka, a pojawienie się zoila, reprezentującego określoną szkołę krytycznoliteracką bywa prawdziwym ewenementem.

Łukasz Orbitowski w powieści pt. Inna dusza, zapragnął odzwierciedlić miałkość i absurdalność zachowań dorastających chłopaków z Bydgoszczy. A przy tym poczuł się jak Dostojewski – poklepywany po plecach przez krytyków i kumpli – i zamarzył sobie by ukazać wnętrze młodocianego mordercy. Mnożąc monologi wewnętrzne bohatera, doprowadził swoją powieść do absurdu i zaplątał się w niej bezsensownie. Pisarz musi panować nad materiałem literackim, który generuje, a tutaj mamy sieć bełkotliwych dopowiedzi, nieustającą ewokację pustki myślowej, momentami tak przerażającej, że aż nieprawdopodobnej. Jakież to mało interesujące – ów infantylizm myślowy narratora, syna alkoholika, toczącego wciąż walki z własną psychiką i otoczeniem. Opis takiego dewianta sam w sobie byłby może interesujący, gdyby wykonanie było należyte, na dobrym poziomie literackim. Tutaj niestety mamy do czynienia z ogromną nieudolnością narracyjną, która w końcu rozmywa się w wielkiej nudzie i rozdrobnieniu celów pośrednich, nie mówiąc już o owym szczytnym marzeniu, by pokazać psychikę i mechanizm postępowania mordercy. Tak jak Jędrek jest niedojrzały emocjonalnie, tandetny w swoich zachowaniach, tak samo nieudolny jest autor powieści, mnożący marne opisy rodziny bohatera (tatka i mamusi), dorzucający ze strony na stronę opisy zachowań, w których nie ma niczego wartościowego. Przy tym najbardziej rażą tutaj doraźności, ciągłe nawiązywanie do tandetnych elementów kultury masowej (nie wiadomo jaką funkcję ma pełnić pomysł z tytułami rozdziałów wziętymi z utworów polskich zespołów rozrywkowych i piosenkarzy od Sasa do Lasa). Dobra powieść musi mieć swój rytm, wewnętrzną dynamikę, zachęcającą do dalszej lektury – musi wciągać w sposób magiczny, albo choćby denerwować na tyle, by chciało się ją dokończyć i posiąść określoną wiedzę o niej. Tutaj mamy do czynienia z przerażającym rozmamłaniem narracyjnym, jakby autor nie mógł się zdecydować, czy chce tworzyć portret psychologiczny narratora czy mordercy, czy tworzy studium psychoanalityczne czy tylko dokleja kolejne „kawałki” rozbitego lustra. Tak jego postaci – nawet jeśli ma to być odbiciem niedojrzałości – stają się niewiarygodne, równie sztuczne jak umieszczenie akcji w Bydgoszczy.

Wszystko w tej powieści zostało spłaszczone, zmarginalizowane i ciąg zdarzeń nie układa się w logiczną całość – to raczej cząstki, notatki, z których dopiero należałoby wysnuć narrację. Trudno się dziwić, że czytelnicy tego „dzieła” nie potrafią powiedzieć nic sensownego na jego temat, tak jak choćby Sylwia Chutnik, której opinię wydrukowano na okładce: Opowieść pełna szczegółów, które oddają klimat lat dziewięćdziesiątych w kraju Polska i klimat wieku dojrzewania: gdy chciało się po prostu szybko jeździć na rowerze, strzelać z procy, znaleźć sposób na samego siebie. Ojciec to był tatko, meblościanka gnieździła skarby z całego dzieciństwa. Przyszłość to decyzja o wyborze szkoły, nie myślało się o śmierci. Tylko robiło rzeczy zakazane. I dlatego powieść Łukasza ściska za gardło. Bo tu nie ma typowo złych bohaterów. Jest to ich zły koniec. Można by powiedzieć: jaki pisarz, tacy krytycy, ale przecież trudno wyartykułować coś sensownego o tej pisaninie, sztucznie dostosowanej do realiów lat dziewięćdziesiątych. Mogłaby jednak Chutnik wystrzegać się błędów stylistycznych, choć – nolens volens – oddają one to, co w powieści Orbitowskiego się nie udało. Dążąc do stworzenia specyficznej aury, pragnąc wypracować własną stylistykę nowoczesnej powieści, przedłożył autor czytelnikom mieszaninę nudy z powieści obyczajowych Kraszewskiego, z wydumanymi konceptami ostatnio nagłaśnianych autorów jego pokolenia. Niedookreśloność bohatera może być wartością powieści, ale w tym przypadku przełożyła się też ona na nieokreśloność narracyjną, pustkę myślową kolejnych stronic, a nade wszystko absurdalne fajerwerki zdarzeniowe, mające wzbogacić utwór; a to wyjazd na wybrzeże, gdzie Jędrek prawie zabija dziewczynę, a to jego pobyt w Legii Cudzoziemskiej. Wydawnictwo Od deski doi deski reklamuje tę powieść jako opartą na faktach, a tu przecież mamy do czynienia z rozmamłaniem faktów i absurdalnym ich rozdęciem. Może dlatego na końcu dzieła pojawiła się taka asekuracyjna dopowiedź: Zarys fabuły książki „Inna dusza” jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy go traktować jako dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach. Szczytne założenie, próba ukazania psychiki i motywów postępowania młodocianego mordercy, zrodziło dzieło zaświadczające, iż jego autor nie zrozumiał podstawowej zasady wszelkiej wartościowej prozy: jeśli nawet bohater jest prymitywny, jeśli jego świat rozpada się jak domek z kart, narrator musi nad nim panować, strategicznie wprowadzać kolejne wątki, tak by na końcu wyłonił się kształt dający się obronić w każdej rzeczywistości i w każdym języku. Jako powieść w rozsypce, powieść bez reguł i bez wewnętrznej dynamiki, jest ona nieprzydatna przy opisie polskiej rzeczywistości, a tym bardziej nieprzekładalna na wielkie języki europejskie, gdyż glosy i przypisy zajęłyby w takich edycjach kolejne sto albo dwieście stron. Pracując w latach osiemdziesiątych w uniwersytecie i mając nieustannie do czynienia z młodymi ludźmi, mogę zaświadczyć, że miałem często do czynienia ze wspaniałymi osobowościami, które potem wyraziście zaznaczyły swoją obecność w społeczeństwie. Tutaj sugeruje się całkowite zepsucie młodzieży tego pokolenia, degrengoladę moralną, tandetę myślenia i konsumpcyjny model życia.

Założenie Orbitowskiego, że Bydgoszcz jest miastem mordu i przegrania to ogromne nadużycie, w taki tandetny sposób argumentowane przez Tomasza Sekielskiego: Wychowywałem się w Bydgoszczy, znam ją i pamiętam jej klimat. W „Innej duszy” Orbitowski odmalowuje niepokojący obraz miasta i jego mieszkańców z lat dziewięćdziesiątych., Chaos początków transformacji i społeczeństwo próbujące odnaleźć się w pierwszych latach przemian. Mord, który wtedy wstrząsnął bydgoszczanami, był symbolicznym znakiem tamtego czasu. Niepojęty, niezrozumiały, a przez to jeszcze bardziej przerażający. Ciekawe, bo ja też wychowałem się w Bydgoszczy i niczego takiego nie pamiętam, jak w każdym mieście zdarzały się tutaj patologie, ale tak daleko idące uogólnienie jest sporym nadużyciem. Opisy Bydgoszczy to nieustający ciąg przegięć, wypaczeń i przerysowań – ot tak jak w przypadku opisu wschodniej dzielnicy miasta: Fordon ciemnieje wcześnie. Latarnie znajdują się tylko przy głównych ulicach, niektórym utrącono głowy, pozostałe nie palą się jeszcze z innego powodu. Droga łącząca dzielnicę z resztą Bydgoszczy również bywa nieoświetlona. Jest jeszcze ciepło, więc wina wciąż pija się pod chmurką. Nie ma tutaj knajp. Nie ma tutaj bibliotek, kin, pubów z bilardem, nie ma klubów tanecznych ani ogniska kulturystycznego, nie ma placów zabaw ani kwiaciarni, nie ma kręgielni, pływalni czy hali do koszykówki. Salonów z flipperami również nie ma, podobnie jak działek. Są tylko niewielkie ogródki, po których schodzi się po brązowych schodach z pierwszych pięter bloków. Bloki te ciągną się w nieskończoność czy jeszcze dalej, do morza, osadzone na zielonych wzgórzach i wrosłe w kotliny, czteropiętrowe i dziesięciopiętrowe, przedzielone przez parkingi, przedszkola, podstawówki tysiąclatki i dyskonty spożywcze o dachach pokrytych blacha falistą. W chaszczach Fordonu chrumkają dziki. Kuny skaczą po gałęziach. Lis myszkuje w śmietniku. Jakaż psychika widzi jedynie negatywy i przerysowuje co i rusz opisy rzeczywistości – jakaż próbuje przekonywać, że w takiej przestrzeni muszą pojawiać się patologiczne typy ludzkie – ot takie jak Malwina: U nas po Fordonie włóczy się taka Malwina. Weźmie do ręki za dziesięć, do buzi za dwadzieścia, a za trzydzieści pięć całą resztę, czy jakoś tak, w każdym razie taniej niż Aneta Gorące Usta, co jest w gazecie, albo babeczki w hotelu Brda. To też ma być znak firmowy miasta, jakby w innych aglomeracjach nie pojawiały się prostytutki albo zdegenerowane, bezdomne kobiety. Dalej opisy orbitują ku granicom absurdu: Bydgoszcz rozwadnia się za oknem autobusu. Kamienice, pościskane w centrum jak gołębie podczas ulewy, rozluźniają się z każdym kolejnym przystankiem. Ich okna robią się mniejsze, bramy zieją czernią i pyłem. Między nimi wyrastają czteropiętrowe bloki, plomby, mokre ogródki i place zabaw z rdzewiejącymi zjeżdżalniami. Błyska stalowa tafla Brdy. Pojawiają się zaniedbane wille ze sztucznymi kwiatami na parapetach i wiejski domki, pobielane, o czerwonych dachówkach. Są też szare kloce, bliźniaki, gdzie każde okno i drzwi są inne, obsypane przez anteny satelitarne, z gałęziami i liśćmi na dachach. Autor szczególnie upodobał sobie Fordon, dzielnicę pięknie położoną, pełną szerokich ulic i wysokościowców. W jego opisach wygląda ona tak: Fordon o poranku jest szary jak gołąb. Dalekie bloki zlewają się z zachmurzonym niebem, w bliższych rozpalają się światła, które z trudem przebijają się przez mgłę. Pod budką fryzjerską przycupnęła jakaś sylwetka w kożuchu i wełnianej czapie. Przypomina pogańskie bóstwo zagubione w betonowej pustyni. Kobiety z pustymi siatkami, pijaczkowie w dresowych bluzach i zmęczeni bezrobotni oczekują na otwarcie spożywczaka.

Jakże absurdalna jest metoda twórcza Orbitowskiego, który pragnąc wzmocnić opisy psychiki mordercy, opluwa miasto, w którym on nieszczęśliwie zaistniał. Kontrapunktem czyni Warszawę, idealizując ją, choć i ona nie znajduje u niego pełnej akceptacji: Ale Warszawa to nie prawdziwe miasto, choć może kiedyś nim będzie. Na pewno jest lepsza niż Bydgoszcz. W prawdziwych miastach nie znajdziesz cuchnącej bramy, tylko sklepy, kawiarnie i restauracje. Ludzie noszą tylko nowe ubrania i piją wino do obiadu. Nie ma miast bez cuchnącej bramy, znajdziemy je w Nowym Jorku, Pekinie i Buenos Aires, nie ma też przestrzeni idealnych, o których opowiada autor. Dla niego: Bydgoszcz jest nierzeczywista jak malunek na szkle – byle jakie domy, ludzie byle jacy i słońce nasmarowane na niebie. W jego promieniach tańczy świetlisty kurz. W spożywczaku zaduch i mrok, mydło przygniata powidło. Do tego jeszcze: Na dachach kręcą się gołębie i leżą butelki. W trawie tkwią klapy studzienek kanalizacyjnych, a w chaszczach obok bloków zalegają hałdy śmieci. Te znaczące przerysowania sąsiadują z błędami topograficznymi i onomastycznymi (Wypaleniska to u autora Wykopaliska), a Bydgoszcz zyskuje w końcu miano miasta przeklętego. I tak jak trudno znaleźć jakieś pozytywy w tej powieści, tak trudno przypisać jej określone wartości pisarskie lub artystyczne. To ciąg napastliwych relacji, opisów, rozmów, nie przystających do wagi problemu, jakim jest niewytłumaczalna zbrodnia, której dopuścił się człowiek daleki od profilów osobowościowych innych morderców. Tak oto coś, co miało aspirować do pokrewieństwa z prozą Dostojewskiego, stało się rodzajem śmietnika pisarskiego, worka, do którego autor wpakował co się dało, przyozdabiając wszystko wulgaryzmami, uproszczeniami i opluwaniem dużego polskiego miasta, o którym tak naprawdę niczego nie wie, a tym bardziej nie jest w stanie zrozumieć jego etosu. Starczy spojrzeć na pocztówki z okresu międzywojennego, starczy przejść się ulicą Gdańską, Dworcową lub Cieszkowskiego, by zauważyć, że obraz Bydgoszczy, wykreowany na kartach prozy Orbitowskiego jest z gruntu fałszywy i szkodliwy. Tym bardziej zaskakuje to, że książkę uhonorowano największym bydgoskim wyróżnieniem literackim – Strzałą Łuczniczki.

_____________

Łukasz Orbitowski, Inna dusza, Od deski do deski, Warszawa 2015, s. 430.

CZARNY NEFRYT (2)

Czao wracała z gór, gdzie wydoiła kozy i dokładnie oczyściła niewielką zagrodę dla zwierząt. Nie lubiła siąpiącego deszczu, ale musiała wykonać swoją codzienną pracę, bo każdy w jej rodzinie miał jakieś obowiązki. Wczesnym rankiem pięła się ścieżką po stromych zboczach i docierała do niewielkiej polany, gdzie pasły się dwie owce, trzy kozy i biały jak. To było ogromne bogactwo, ale Tang, jej ojciec był jednym z najzamożniejszych ludzi we wsi, dobrze żyjącym z sąsiadami, z bezwzględnymi poborcami podatków, groźnymi żołnierzami i cesarskimi urzędnikami. Nigdy niczego nie zatajał, dawał więcej, niż musiał, nigdy nie zalegał z opłatami, a na stole dziesięcioosobowej rodziny nie brakowało ryżu, koziego i owczego sera, mleka i owoców, a zdarzały się też obfitsze posiłki, z mięsem i gotowaną rybą. Czao bardzo kochała swojego ojca, który był dość wysoki, miał równe białe zęby, kruczoczarne, dziwnie puszyste włosy. Największym uczuciem darzyła jednak matkę i dziewięcioro rodzeństwa, cztery siostry i trzech braci, spośród których najwięcej czasu spędzała z najmniejszym i najzabawniejszym, zaledwie trzyletnim Luo. Śmiech często gościł w dużym domu Tanga, a gdy gospodarz siadał na ławce, na ogrodzonym glinianym murem podwórku i zaczynał grać na èrhú, zbiegało się wiele dzieci ze wsi i wielu dorosłych zatrzymywało się, by wysłuchać nowych utworów, skomponowanych ostatnio przez niego. Szesnastoletnia Czao często wtedy podśpiewywała, a że miała krystalicznie czysty głos, pieśń niosła się daleko, obijała się o wzgórza, docierała do pól ryżowych na tarasach, a nawet biegła ku odległej rzece, gdzie w łodziach siedzieli rybacy. Iluż młodzieńców prostowało się wtedy na polach, iluż odsłaniało w uśmiechu lśniące zęby? Ale któż nie chciałby takiej żony, któż nie śnił o pięknych ustach i dłoniach tej młodej kobiety, któż nie marzył o nocach spędzonych z nią, o cudownej gładkości skóry, o włosach czarnych jak węgiel i oczach tajemniczych, zawsze przysłoniętych mgiełką długich rzęs. Wszystkie dzieci Tanga były bardzo urodziwe, bo połączyła się w nich uroda gospodarza i jego żony Li, niegdyś także bardzo pożądanej przez młodzieńców i często pojawiającej się w opowieściach przy ogniskach, na targach i podczas niewielkich męskich zgromadzeń, jako synonim piękna i delikatności. Czao cieszyła się, że wraca do ukochanego domu ze świeżym kozim mlekiem, miała też nadzieję, że przechodząc koło lepianki starego kowala, zobaczy jego najmłodszego syna Aia, w którym była nieszczęśliwie zakochana. Bała się powiedzieć ojcu o nim, bo był bardzo ubogi, a jedynym jego bogactwem była młodzieńcza uroda i piękna budowa ciała, wyćwiczonego podczas ciężkich prac kowalskich, zahartowanego podczas mrozu i w skwarnym upale.

Czao dochodziła już do rodzinnego podwórka i nagle dreszcz przerażenia przeszył jej świadomość. Usłyszała coś jakby rozpaczliwy krzyk najmniejszego brata i zaraz po nim spotęgowane przez echo rżenie koni. Zdziwiło ją też, że ptaki nie śpiewają, nie słychać głosów ludzkich w osadzie i nawet hałaśliwe psy umilkły – wszędzie panowała martwa, spowijająca wszystko cisza. Deszcz zacinał coraz mocniej, na niebie krążyły sępy i wielki bielik, co nie wróżyło niczego dobrego. Nie wiedziała dlaczego, ale czuła drętwienie skóry, ściśnięcie gardła w przełyku i jakieś groźne, nieznane dotąd irracjonalne przerażenie. Weszła z impetem na podwórze i natychmiast się zatrzymała, bo zobaczyła cztery konie, spośród których jednego zaprzężono do rodzinnego wozu. Krzątało się przy nim trzech żołnierzy, pakując worki z ryżem, suszone mięso oraz dzbany z miodem i mlekiem. Czao skręciła w bok i zobaczyła coś, co było najstraszniejszym obrazem w jej życiu. Na drewnianych żerdziach, okalających niewielki ogródek warzywny, zatknięte były zmasakrowane głowy jej ojca i matki, a na ziemi leżały ich martwe korpusy oraz ciała wszystkich sióstr i braci. Ogromna kałuża krwi wezbrała przed nimi i był to ostatni widok, jaki dotarł do umysłu Czao, zanim padła zemdlona. Jeszcze tylko gdzieś z dali, jakby z innego świata dotarły do niej wynaturzone, jakby wypowiadane w zwolnionym tempie słowa:

– Jeszcze jedna… Co z nią zrobić, panie Wang? Zobacz jaka ładna…

Poborca i jego banda, egzekwując karę za niezapłacony podatek Yao Minga, skorzystali z okazji i napadli na domostwo bogatego Tanga. Szybko i sprawnie zabili rodzinę, a głowy matki i ojca, zatknęli na ogrodowych drągach. Każdy z nich zabił dwie, trzy osoby, więc morderstwa trwały ledwie chwilę, a najwięcej kłopotu było z maluchem, który sprytnie uciekał i próbował omijać oprawców. W końcu go jednak złapali, przebili mieczem brzuch i chłopiec wrzasnął z przerażenia. Zabójca rzucił jego drgające konwulsyjnie ciało na resztę zwłok i poszedł rabować domowe mienie. Wang nie wiedział, że gliniany mur miał sporej wielkości dziurę, przez którą wlatywały czasami szczygły i sikorki, a teraz lśniły w niej czarne oczy starszego syna kowala, który chciał popatrzeć na wracającą Czao, a stał się mimowolnym świadkiem zbrodni. Zobaczył też, że po grabieży i spakowaniu łupów, Wang podszedł z dwoma żołnierzami do leżącej dziewczyny i wyciągnął z pochwy miecz. Już miał uderzyć z ogromną siła w jej szyję, gdy zatrzymał ostrze w połowie ruchu. Serce Aia stanęło na chwilę i poczuł, że włosy unoszą mu się na głowie, a zimny pot zlał całe jego ciało. Poborca przyklęknął przy dziewczynie, odgarnął jej długie włosy z czoła i cmoknął z zadowolenia. Dawno nie widział tak pięknej istoty i natychmiast zapragnął ją posiąść, ale inna myśl przemknęła mu też przez głowę. Kazał położyć Czao na wozie i szybko wskoczył na konia. Nie wiedział, że w ten sposób ocalił życie, bo Ai wspiął się już na mur i zza wysokiej morwy celował strzałą z łuku w jego szyję. Gdy jeźdźcy oddalali się, powoli zwolnił cięciwę i patrzył przez łzy na coraz mniejszy i mniejszy wóz. Wiedział, co musi zrobić, więc zeskoczył z mokrej gałęzi na grząską ziemię i pobiegł szybko do ojca. Na ciało dziewczyny spadały krople deszczu, ale nie cuciły jej, leżała jak martwa w potokach potężniejącej stale ulewy.

Czao widziała we śnie wielka wodę zbliżającą się do niej. Wskoczyła szybko na skałę i spostrzegła, że potężne fale uderzają o wzgórza, ale to już nie była woda, tylko rzadka, jaskrawa krew. Na innym głazie stał cesarz, wielki jak topola i krzyczał do niej:

– Jeśli będziesz pokorna i posłuszna, pozwolę ci opanować potop!

Czao uniosła się w górę jak ptak i skoczyła na coś, co wydawało jej się wielkim kamieniem, śmiało przeciwstawiającym się odmętom. Stanęła na nim lekko, jak lądują ptaki i poczuła od razu ruch głazu. Okazało się, że był to wielki żółw, który wysunął głowę z pancerza, odezwał się do niej ludzkim głosem i zapewnił, że jej pomoże. Nagle pojawiła się nad nimi sowa i huknęła głośno:

– Musisz sięgnąć po cudowną grudkę ziemi i zbudować wielka tamę, która zatrzyma napierające wody.

Żółw kiwnął potakująco głową i skierował się na zachód. Czao usiadła na jego skorupie i patrzyła jak pomarańczowa kula słońca opada za horyzont. W końcu dopłynęli do wielkiej wyspy, na której siedziały stada żurawi i kormoranów, a na samym szczycie wzniesienia stał kozioł górski. Czao nabrała ziemi w niewielką dłoń i z powrotem weszła na skorupę. Ruszyli przez gęstniejąca ciemność na północ, skąd napływały potoki krwawej wody i dziewczyna zasnęła raz jeszcze, tym razem we śnie. Wszystko trwało jak jedno mgnienie powiek, bo zaraz się obudziła i spostrzegła słońce tronujące wysoko na niebie. Dopływali do półwyspu, z którego widać było inny półwysep, po drugiej stronie wielkiej wody. Stanęła na gruncie, podeszła do najdalej wysuniętego punktu ziemi i zanurzyła cudowną grudkę w cieczy. Ta natychmiast zaczęła się rozrastać, ogromnieć i już po paru chwilach stała się potężna jak dom, a potem jeszcze większa i większa. Wody napierały, ale ona tamowała przepływ i w końcu całkowicie zamknęła dostęp na południe. Rosła jednak dalej i stawała się wielką górą, z której wypiętrzały się szybko kolejne szczyty, łąki, zbocza. Sowa pokiwała głową i odleciała w dal, żółw zsunął się do wody i odpłynął, a Czao czuła się zdruzgotana, przybita, jakby z jej ciała wypłynęła cała energia, którą cudowna grudka spożytkowała na zatrzymanie potopu. Gdzieś z daleka dochodził do niej jakiś głos i powoli zaczynała się budzić z omdlenia. Zobaczyła nad sobą niewyraźne kształty starej kobiety, która obmywała jej twarz i nagie ciało. Chciała zerwać się i biec, ale kobieta delikatnie ją przytrzymała i dalej wycierała skórę mokrą szmatą. Czao rozejrzała się dookoła i stwierdziła, że jest w jakimś bogatym domu, a obok niej siedzi służąca, myjąca ją, a potem namaszczająca ciało wonnymi olejkami. W tej samej chwili przypomniała się jej zbrodnia na domowym podwórku i straszny ból głowy spowodował, że raz jeszcze straciła świadomość.

ODWIECZNY OGIEŃ (1)

 

  1. Ogromne oddalenie

Ogromne oddalenie Polski od Chin spowodowało, że wzajemna wymiana treści literackich i intelektualnych była przez wieki na bardzo niskim poziomie, daleka od autentycznych inspiracji kulturowych i artystycznych. Do naszego kraju docierały informacje spaczone i często zdawkowe, wszechobecne były też przeinaczenia interpretacyjne, lingwistyczne i intuicyjne rozstrzygnięcia. Symbolem takich niepogłębionych korespondencji może być zagubione dzieło największego polskiego poety Adama Mickiewicza pt. Historia przyszłości, w której autor czynił z Chińczyków agresorów najeżdżających Europę. Ta wizja katastroficzna zapożyczona została przez twórcę przede wszystkim z kultury rosyjskiej i daleko wyprzedzała koncepcje Herberta George’a Wellsa, ale nie miała żadnej podbudowy politycznej, bo Chiny w tym czasie nie odgrywały ważnej roli w świecie. O dziele wiemy z książki wspomnieniowej Antoniego Edwarda Odyńca[1], z listów innych przyjaciół i samego Mickiewicza, a także z opisów jego okresu mesjanistycznego, w którym lansował wizję Polski, jako Chrystusa narodów[2], ratującej Europę przed wschodnią nawałą (czy to rosyjską, czy mongolską, czy właśnie chińską).[3] Naiwność tych wizji, krytykowana przez przyjaciół i naukowych recenzentów, przyczyniła się ostatecznie do zniszczenia obszernych rękopisów przez polskiego poetę, ale ich promieniowanie, po częstym rozpowszechnianiu w Paryżu, dało się odczuć w następnych epokach literackich i przede wszystkim w potocznym rozumieniu związków polsko-chińskich. Do dziś pojawia się przekonanie spoza sfer intelektualnych, że Europa może się spodziewać jakiegoś wielkiego, absurdalnego najazdu chińskiego – w czasach Mao Tse-tunga żartowało się np., że Chińczycy zdobędą Plac Czerwony, a potem ruszą na Polskę i zakryją ją charakterystycznymi wojskowymi czapkami z czerwoną gwiazdą. Wybitny polski sinolog  Mieczysław Jerzy Künstler, pisząc wstęp do wspaniałej monografii Marcela Graneta, tak precyzował w 1995 roku nasze wzajemne interakcje:

Zainteresowanie Wschodem nie jest w naszym kraju niczym nowym. Wprawdzie główny nurt skierowany był przez całe stulecia ku Bliskiemu Wschodowi, jednakże nasze tradycje kontaktów z dalekim Wschodem sięgają w przeszłość głębiej, niżby  to się mogło zdawać na pierwszy rzut oka. Co więcej, są one starsze niż bezpośrednie nasze związki z krajami Bliskiego Wschodu. Są bowiem podstawy, by przypuszczać, że najazdy mongolskie – zwane u nas tatarskimi – przyniosły nie tylko zniszczenia kraju, lecz przyczyniły się także do znajomości pewnych elementów cywilizacji Dalekiego Wschodu. Jednakże mimo tak dawnych tradycji bezpośrednich kontaktów z krajami Dalekiego Wschodu w społeczeństwie naszym zdaje się przeważać dość mgliste o nich pojęcie, ograniczone często do znajomości pewnego zespołu ciekawostek, lecz nie podbudowane solidniejszą wiedzą z zakresu historii i kultury. Toteż  wydaje się, że dziś – gdy Chiny, największy z krajów Dalekiego Wschodu, odgrywać poczynają coraz znaczniejsza rolę już    nie tylko w Azji, lecz i w polityce światowej – dostarczenie czytelnikowi polskiemu przynajmniej pewnych elementów wiedzy winno stanowić właściwą reakcję na wzrastające bez wątpienia zapotrzebowanie na informacje o tym kraju.[4]

Künstler przyczynił się do zacieśnienia związków intelektualnych z Dalekim Wschodem, zgromadził też ogromny dorobek naukowy, przede wszystkim zorientowany na lingwistykę, kulturę i religię Chin.[5] Choć w Polsce funkcjonuje pięć uniwersyteckich wydziałów sinologicznych, to wciąż brakuje syntetycznych studiów na temat współczesnej literatury chińskiej, a sytuacji nie zmieniają wstępy i posłowia publikowane w książkach najsłynniejszych ostatnio prozaików chińskich, takich jak Gao Xingjian, Mo Yan i Tie Ning. Dwaj pierwsi otrzymali Literackie nagrody Nobla, w 2000 i 2012 roku, a trzecia z wymienionych, to pisarka nurtu psychologicznego, którą japoński noblista Kenzaburo Ōe nie wahał się zaliczyć do najwybitniejszych autorek światowych.

  1. Patologie interpretacyjne

Niestety wciąż brakuje w Polsce wielkiej monografii, poświęconej literaturze chińskiej od czasów najdawniejszych do współczesności – nie dysponujemy też obszernymi antologiami, wartościującymi i ustalającymi miejsce poszczególnych pisarzy w różnych epokach i w dziejach kultury narodu.[6] Starczy powiedzieć, że jedyną historię literatury chińskiej (łącznie z japońską) opublikowano w Polsce w roku 1901 i trudno dzisiaj nazwać ją nowoczesną monografią.[7] Jej autor był mistrzem w komponowaniu prac sugerujących komplementarność naukową, a w gruncie rzeczy będących kompilacją wszelkich dostępnych wiadomości na temat kraju, języka i kultury. Czytamy zatem u Święcickiego o Wielkim Murze chińskim i Wielkim Kanale, o instrumentach muzycznych i pieśniach, a analizy literackie przesuwają się w kierunku filozoficznych dzieł  Konfucjusza i Lao-tsy’ego[8].  Wiele też w tej pracy zbyt daleko idących uogólnień typu nienaukowego, jak choćby tych na temat charakteru Chińczyków i posiadania 400 milionów dzieci przez ich cesarza:

Chińczycy są narodem par exelence zachowawczym. Tak wytrwale trzymać się zwykli formy pierwotnej zasad życiowych, że wszelki postęp tylko w łonie tych zasad dokonywać się może, nie przekraczając granic odwiecznych. Chińczycy nie starają się wcale o rozwój wszechstronny sił duchowych i ich harmonię, lecz o zupełną ich jedność. Owa potęga jedności, panująca tutaj nad wielością, tamuje swobodny przepływ ducha, który nie mogąc sięgnąć do wyżyn, na poziomie bezbarwnej mierności trzymać się musi. Podstawą państwa chińskiego jest rodzina, której wytworzenie stanowi najświętszy obowiązek mężczyzny, spełniającego w małżeństwie swe przeznaczenie na ziemi. Największym szczęściem rodziny – syn: głową jej – ojciec, tak jak głową państwa – cesarz, który jest ojcem 400 milionów dzieci.[9]

Nawet jeśli przyjmiemy, że informacja o dzieciach cesarza jest rodzajem metafory, to i tak drażniące są daleko idące uogólnienia  i przerost informacji geograficznych oraz religijnych nad analizami literackimi. Także założenie, że filozoficzne pisma Konfucjusza i interpretacje jego pism dokonane przez Mencjusza, zaliczyć należy do literatury pięknej, jest zbyt daleko idące i stanowi rodzaj wybiegu, pozwalającego Święcickiemu uchodzić za historyka literatury. Od jego czasów sinologia światowa bardzo się rozwinęła i nie przypisuje się już autorstwa Księgi przemian Konfucjuszowi, raczej wskazuje się, że wraz z księgą Pieśni  i Księgą rytuałów, powstała znacznie wcześniej i została zaanektowana przez konfucjanizm.  Autor Historii literatury chińskiej i japońskiej szeroko analizuje kolejne księgi, głównie skupiając się na odtworzeniu ich treści, ale prawie nic nie mówi na temat wartości literackich. Jakże kontrowersyjna metoda przeciągania treści filozoficznych i religijnych ku nauce o literaturze, nie sprawdza się też w przypadku Mencjusza, Lao-tsy’ego i taoizmu. Po szeregu długich cytatów następują tutaj skromne „analizy”, wspierające się uogólnieniami z prac zachodnich sinologów. Dopiero w XIV rozdziale pracy, na stronie 217 pojawiają się zdania na temat chińskiej poezji, chociaż ich wartość jest praktycznie żadna, a zastosowane spłaszczenia są niesprawiedliwe i często wręcz komiczne. Oto próbka umiejętności dawnego polskiego interpretatora poezji chińskiej:

Ze wszystkich sztuk pięknych poezja jest w Chinach najbardziej umiłowana i najwięcej rozpowszechniona. Ale pomimo tego, że wszyscy robią tu wiersze, a raczej dlatego właśnie – poezja prawdziwa jeszcze się w Chinach nie narodziła, a ta, jaka jest, ma dla nas, powiedzmy szczerze, tę samą wartość artystyczną, co muzyka chińska, którą tamta przewyższa tylko ważnością dziejowo-obyczajową. Wspominaliśmy wyżej, że Chińczyk, składający egzamin, musi między innymi, napisać wiersz. Fakt ten świadczy najwymowniej jakie pojęcie mają Chińczycy o twórczości poetyckiej, skoro poczytują każdego osobnika za powołanego do pisania wierszy. […]   Wszystkie dzieła najpoważniejsze, wszystkie dramaty, powieści itp., bywają przeplatane wierszami, które naturalnie są tylko prozą rymowaną. Do poezji trzeba przede wszystkim fantazji, której Chińczycy nie posiadają, a następnie zaś tych czynników potężnych, które są w stanie zapładniać ową fantazję, a na tych także Chińczykom zbywa zupełnie. Chińczyk, z charakteru swego na wskroś praktyczny i oddany całą duszą sprawom powszednim życia, jest uosobieniem prozy. Fantazja jego musi być zimna, jałowa i wyższej twórczości pozbawiona, gdyż jej nie rozpala żadne z tych ognisk, które innym narodom dają natchnienie. Widzieliśmy, że religia nie dostarcza Chińczykom wątku żadnego do poetycznej ekstazy, życie rodzinne w którym kobieta jest sprzętem bardzo podrzędnym, nie przedstawia również pierwiastków ożywczych dla uniesienia poetycznego. W życiu społecznym i państwowym Chińczyk jest tylko maszyną, działającą wedle formułek odwiecznych, które mu nie dają żadnej podniety do energii twórczej, do odkrywania nowych światów w dziedzinie wiedzy, do sięgania po laur sławy. W dodatku Chińczycy, będąc narodem miłującym pokój nade wszystko, nie czcili nigdy bohaterów wojennych, którzy gdzie indziej zapładniali czynami swymi fantazję poetów narodowych.[10]

Czytając te słowa zastanawiamy się czy ich autor w ogóle rozumiał czym jest literatura i zapoznał się z jakimiś arcydziełami poetów chińskich wielu wieków? Ciekawe też jak reagował na informacje o tym, że Mickiewicz także otrzymywał w szkole dominikańskiej w Nowogródku zadania napisania wiersza? Absurdalne ustalenia Święcickiego nijak się mają do rzeczywistości i fantazji poezji Kraju Środka, od dawien dawna stawianej za wzór lekkości i delikatności, a nade wszystko umiłowania kosmosu i przyrody. W przypadku natury autor nieco łagodzi swoje pompatyczne sądy, ale jego wnioski są znowu zaskakujące:

Jedna tylko natura, mająca dla Chińczyka urok wyjątkowy, panuje wszechwładnie w jego utworach poetyckich, jakkolwiek i to poczucie natury jest także bardzo powierzchowne, gdyż poeci chińscy, obserwując bacznie różne zjawiska w przyrodzie, nie przepuszczają ich nigdy przez pryzmat fantazji twórczej, która by spostrzeżenia rzeczywiste pogłębiła, nadając im barwę poetycką. W wierszu chińskim wszystko jest jasne i prawidłowe, ale pospolite i bezbarwne.[11]

Nie ma większego sensu przywoływać opinii Święcickiego na temat kilku dowolnie dobranych poetów chińskich, bo za każdym razem górę bierze malkontenctwo i zarozumialstwo, jakaś trudna do pojęcia pycha europejskiego autora, który stawia od razu zachodnią literaturę wyżej od dzieł twórców z Kraju Środka.

III. Nowe badania

Na szczęście współcześni polscy sinolodzy autentycznie kochają literaturę chińską i przybliżają ją sukcesywnie naszemu czytelnikowi. Może zatem świadomie polemicznie, w stosunku do Święcickiego, fantastyczną stronę literatury chińskiej opisuje Ewa Paśnik z Uniwersytetu Warszawskiego, biorąc na warsztat cenne arcydzieło pt. Zebrane zapiski o zjawiskach nadprzyrodzonych[12], stworzone w wersji oryginalnej przez Gan Bao, w czwartym wieku naszej ery, a potem odtworzone przez Hu Yinglina (1551–1602). Święcicki twierdził, że Chińczykom i ich dziełom brakowało fantazji, a polska sinolog młodszego pokolenia zdecydowanie stoi na stanowisku przeciwnym:  

Celem tej książki jest nie tylko przedstawienie polskiemu czytelnikowi treści poszczególnych powiastek zawartych w owym chińskim zbiorze, lecz przede wszystkim przybliżenie okoliczności powstania Zebranych zapisków o zjawiskach nadprzyrodzonych, ich skomplikowanych losów i wreszcie ich bogatej zawartości, dzięki której można zapoznać się zarówno z wysoko cenioną w dawnym piśmiennictwie chińskim tradycją historiograficzną, jak i przepełnionym duchami, demonami i bóstwami folklorem Chin. Wynika to z wyjątkowego statusu Zapisków w historii piśmiennictwa, albowiem w literaturze przedmiotu zarówno chińskiej, jak i zachodniej Zapiski były i do chwili obecnej są traktowane jako zbiór powiastek najbardziej reprezentatywnych dla zjawiska określanego terminem zhiguai xiaoshuo i uznawanego za początek chińskiej prozy fikcjonalnej. Jednocześnie należy zauważyć, że dodatkowym elementem tej wyjątkowości był fakt, że oryginalne dzieło zaginęło i nie sposób stwierdzić jednoznacznie, w jakim stopniu zostało ono zrekompilowane z zachowanych fragmentów.[13]

Książka warszawskiej badaczki ukazuje prawdziwe bogactwo literatury chińskiej, uwzględniając przy tym trzy podstawowe konteksty Zapisków… – historyczno-kulturowy, literaturoznawczy i ludowy. Właściwie wyodrębnia też intencje dawnego autora w zakresie informacji, moralistyki, chęci wzbudzenia strachu lub śmiechu. Ważna tutaj jest też intencja kompensacyjna, a największą wartość w tym opracowaniu mają rozdziały traktujące soushenji jako transteksualny palimpsest literacki i kulturowy, z uwzględnieniem odniesień mitologicznych, kultów i pierwotnych obrzędów przejścia. Ta nowoczesna praca sinologiczna wskazuje, że kolejne lata będą owocne dla polskiej nauki zajmującej się Chinami, a wybrana przecież tutaj tylko przykładowo, nie jest jedyną o takim zakresie penetracji naukowej.  Autorka tak tłumaczy zastosowanie pojęcia palimpsestu do fantastycznych zapisków Gana Bao:

Fakt, że każdy tekst zarówno literacki, jak i (w szerszym ujęciu) kulturowy, występuje w relacji z innymi tekstami i niesie w sobie wcześniejsze treści, co czyni go wielopoziomowym, nie budzi żadnych wątpliwości od czasów rozważań Michaiła Bachtina o dialogiczności czy Julii Kristevy o intertekstualności. Nie inaczej jest w przypadku Zapisków. Jednakże to, co czyni Zapiski utworem wyjątkowym i szczególnie podatnym na badania poprzez analizę jego wielowarstwowości to fakt, że kompilowany był dwukrotnie. Dzięki temu miał dwukrotnie możliwość przyjęcia kolejnych literackich oraz kulturowych naleciałości i właśnie z tego powodu Zebrane zapiski o zjawiskach nadprzyrodzonych zasługują na miano palimpsestu zarówno literackiego, w rozumieniu Gérarda Genette’a, jak i kulturowego, jak przedstawia to Piotr Kowalski. [14]

Cieszy tego rodzaju pionierska monografia, tym bardziej, że autorka zapoznała się z rozległą literaturą przedmiotu, zarówno anglojęzyczną jak i chińską. W zakresie obszernych prac literaturoznawczych – jak dotąd – nie mieliśmy się czym pochwalić przed chińskimi naukowcami, ale sytuacja dynamicznie się zmienia, tym bardziej, że polskie uniwersyteckie sinologie są ostatnio prawdziwie oblegane przez absolwentów szkół średnich. Może w przyszłości zajmą się oni też współczesną poezją chińską, która wcale nie jest gorsza od takich autorów jak Tao Yuanming, Wang Wei, Li Bai czy Du Fu. Prezentowana tutaj monografia wskazuje, że obok tak sławnych na zachodzie poetów jak Bei Dao, obok prozaików zdobywających Nagrody Nobla, są w Chinach autorzy nawiązujący do tradycji kulturowych, znakomicie lokujący się w obrębie poezji nowoczesnej. Jednym z nich jest Jidi Majia, sławny już dzisiaj poeta, wywodzący się z ludu Yi (Nuosu), organizator wielu międzynarodowych festiwali literackich w Chinach i autor tłumaczony na kilkadziesiąt języków świata.

  1. Wielkie otwarcie

Poezja chińska jest niezwykle różnorodna, co jest wynikiem rozczłonkowania państwa w różnych okresach historycznych, a także unii ponad pięćdziesięciu narodów, posługujących się różnymi językami i wywodzącymi się z wielu tradycji kulturowych. Ważna też była długa, twórcza izolacja – jak wskazuje Tomas Venclova:

Przez stulecia i nawet tysiąclecia literatura chińska rozwijała się w bardzo swoisty sposób, była prawie szczelnie odgrodzona od tradycji zachodnich, czemu sprzyjałа izolacja przestrzenna (symbolem której stał się Wielki Mur), szczególna struktura społeczna, a również – i chyba przede wszystkim – specyfika piśmiennictwa hieroglificznego. Z innej strony, kultura chińska wywierała wpływ, i to często decydujący, na inne kultury dalekowschodnie.  Pięknym płodem tego rozwoju była dawna liryka Chin, zaczynająca się od ksiąg kanonicznych. Przedmiotem słusznej dumy narodu chińskiego są tacy poeci jak Qu Yuan, Tao Yuanming, Li Bai oraz Du Fu, którzy zajmują w kulturze światowej miejsce porównywalne z Homerem, Horacym, Petrarką. Na Zachodzie, aż do XVII wieku, klasyka chińska pozostawała zupełnie nieznana.[15]

Izolacja miała swoje wielkie plusy w Chinach i wielkie minusy w badaniach europejskich (głównie niemieckich, angielskich i rosyjskich), a potem amerykańskich, bo uczeni – jak polski dziwaczny sinolog Święcicki – sami sobie wytyczali drogi, którymi podążali we wszystkich kierunkach na raz. Zamknięcie granic i brak syntetycznych opracowań powodowały, że powstawały książki dziwaczne, pełne przeinaczeń i naciągania treści filozoficzno-religijnych w studiach literaturoznawczych. Wszystko tutaj miało swoje źródła w niezrozumieniu mentalności i świadomości orientalnej:

Na tej drodze wschodni badacze świadomości doszli do rozumienia zależności i subtelności w rozróżnianiu czynników, które świat i naszą świadomość „wewnętrznie spajają”, a które Zachodowi są jeszcze w znacznym stopniu nie znane, toteż na ich określenie nie ma tu żadnych pojęć. Wobec braku, zdobytej własnym doświadczeniem, wiedzy o znaczeniu terminów używanych we wschodnich źródłach mądrości, uczeni zachodni szeroko posługiwali się spekulacją, interpretacją i projekcją, skutkiem czego nie ma dwu dzieł różnych autorów, w których omawiane tu terminy byłyby rozumiane w ten sam sposób. A nawet i tam, gdzie u podstaw leży rzeczywiście wiedza doświadczalna, różni się nieraz znacznie jej wyraz językowy. Należy też zauważyć, że przez długi czas prawie każdy z uczonych zachodnich stosował swą własną transkrypcję języków azjatyckich, co doprowadziło do tego, że poszczególne terminy pojawiają się w znacznie różniących się notacjach.[16]

W stuleciach następnych sytuacja zaczęła się powoli zmieniać, klarować i nastąpiło – jak nazywa to Venclova – wielkie otwarcie:

W wieku XIX, a zwłaszcza XX, nastąpiło jednak wielkie otwarcie obustronne: Europa i Ameryka zainteresowali się Chinami, a Chiny Europą i Ameryką. Poetyka dalekowschodnia zaczęła wpływać na światową literaturę modernistyczną, a nowe kierunki zachodnioeuropejskie,  amerykańskie, rosyjskie czy polskie, przenikać do kultury chińskiej, chociaż jedno i drugie odbywało się z pewnym, czasem niemałym opóźnieniem. Zakłócała ten proces nie tylko krańcowa odrębność kultur, ale i  bardzo złożona, trudna droga, którą przeszły i wciąż przechodzą Chiny w nowych czasach. [17]

Wszelkie badania sinologiczne muszą uwzględniać różnice pomiędzy kulturami europejskimi i orientalnymi, a nade wszystko, za każdym razem wkomponować powinny w studia, nasze i chińskie poczucie odległości. Niezwykle użyteczne dla naszego wywodu będą w tym względzie syntetyczne ustalenia Mieczysława J. Künstlera, sięgające aż ku europejskim i chińskim podświadomościom:

Żyjąc w kraju o niezbyt wielkiej powierzchni, w kręgu kulturowym obejmującym bądź kraje od naszego mniejsze, bądź też niewiele od niego większe, mamy w podświadomości wyryte niezbyt wielkie miary, posługujemy się podświadomie narzuconą nam przez okoliczności i ukształtowaną przez dzieje skalą. Te nasze przyzwyczajenia uczą nas na przykład, iż większe ośrodki miejskie, owe przez całe wieki promieniujące centra kultury, nie są od siebie zbyt oddalone, że odległości między nimi rzadko tylko przekraczają trzysta kilometrów, co z pewnością jest prawdą, gdy chodzi o Europę Środkową. Spójrzmy na mapę w kierunku, w którym ze stołecznego Krakowa młodzież podróżowała w dobie renesansu do uniwersytetów włoskich. Główne miasta na trakcie wiodącym do Wenecji: Bratysława – Brno  –Wiedeń – Graz – Klagenfurt (Celowiec) – leżą niezbyt daleko. To samo można powiedzieć o odległościach dzielących miasta także i w innych kierunkach, jak na przykład Kraków – Opole – Wrocław – Praga – Ratyzbona – Monachium itd. W północnych Włoszech są to odległości na miarę piechura, gdyż nieraz nie przekraczają nawet pięćdziesięciu kilometrów. Z Wenecji do Padwy, z jej słynnym uniwersytetem, jest ledwie 20 km; stamtąd do najbliższego uniwersytetu w esteńskiej Ferrarze jest tylko 67 kilometrów. Z kolei zaś z Ferrary do papieskiej Bolonii i jej uniwersytetu już tylko 46 kilometrów. Dalsze etapy szlaku to medycejska Florencja i jej uniwersytet odległy od Bolonii tylko o 100 km i pobliska Siena, do której z Florencji jest 76 km. Można więc było wiedzę czerpać odbywając między tymi uniwersytetami niezbyt długie wędrówki, które zresztą dla poruszającego się zwykle konno szlachcica były doprawdy nie bardzo męczące. A przy tym na tak niewielkiej przestrzeni jakże często przechodziło się z jednego państwa na ziemie innego, całkowicie niezależnego. Z potężnej  republiki weneckiej do ferrareńskiego księstwa d’Estów, następnie na ziemie państwa papieskiego, a potem znów do władztwa książąt Medici. I takie właśnie doświadczenia kształtowały naszą skalę, nasze podświadome poczucie odległości.[18]

Te przypomnienia zdawać się mogą oczywiste, ale często zanikają podczas badań polonistyczno-sinologicznych. A to przecież bardzo ważne, szczególnie jeśli snujemy rozważania na temat literatury chińskiej, różnorodnej w odmiennych okresach historycznych i zmieniającej się w przeogromnych przestrzeniach geograficznych. Warto zatem przywołać dalszy ciąg rozważań jednego z największych polskich sinologów:

Dzisiejsze Chiny to kraj o powierzchni ponad 31 razy większej od obszaru Polski, kraj bez mała dwa razy większy od Europy (bez obszaru ZSRR), kraj większy od Australii, a więc stanowiący niemal odrębny kontynent i mający silne poczucie tego właśnie faktu. Nic też dziwnego, że główne ośrodki miejskie są w tym rozległym kraju znacznie od siebie oddalone. Z Pekinu do Szanghaju odległość koleją wynosi 1490 km, do Kantonu zaś aż 2332 km, a i do położonego na zachodzie Chin Właściwych miasta Lanczou w prowincji Kansu jest ze stolicy 1872 km. Pekin, który jest miastem położonym na północy Chin Właściwych, jest od przejścia granicznego w Manzhouli, na granicy z Rosją, oddalony także o 2334 km. Jest więc z Pekinu do granicy północnej dalej niż z Kantonu, a to już niełatwo sobie uświadomić. Wyliczankę tego typu można bez trudu kontynuować. Aby jednak nie stała się ona zbyt nużąca, powiedzmy tylko jeszcze, że ze wspomnianego już miasta Lanczou do położonego w Turkiestanie Chińskim miasta Urumczi jest 2009 km (to jest z Pekinu bez mała 4000 km), A z Chengdu, stolicy zachodniej prowincji Syczuan, do Lhasy, stolicy Tybetu, jest aż 2414 km. Zarówno zaś Urumczi, jak Lhasa są przecież bardzo oddalone od zachodniej granicy państwa. Ale i w samych Chinach Właściwych odległości bywają spore, albowiem obszar terenów rdzennie chińskich równy jest dziś powierzchni Europy bez Rosji. Tak więc można po rzece Jangcy odbyć podróż z miejscowości Iping w prowincji Syczuan do samego Szanghaju. Podróż taka wyniesie 2867 km, a jest to o 7 km więcej, niż wynosi długość Dunaju od jego źródeł do ujścia! Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o te setki czy wręcz tysiące kilometrów dzielące od siebie główne miasta, lecz o sam ogrom skali. Można co prawda argumentować, że przecież Chiny starożytne – czyli Chiny epoki Konfucjusza – były o wiele mniejsze od dzisiejszych, więc całe te rozważania nie są tu potrzebne, gdyż była to kraina o znacznie mniejszej skali. A jednak…[19]

Zrozumiałe jest owo końcowe wahanie znakomitego polskiego badacza kultury chińskiej, obejmującego swoją penetracją różne epoki historyczne i zmieniające się kształty państw, ale jego „a jednak” nie odnosi się do literatury współczesnej i w tym studium obrazuje chociażby ogromy, które przemierzają współcześni Chińczycy. Uzmysławia wciąż od nowa rozległość państwa[20] i trudności, jakie musieli pokonać współcześni intelektualiści w drodze ku wiedzy i centralnym ośrodkom naukowym oraz literacko-artystycznym. A choć odległości i godziny podróży skróciły się dzięki samolotom i kolejom dużych prędkości[21], to podróżowanie stało się częścią życia współczesnych Chińczyków i nauczyło ich, że zmienność jest elementem rozwoju, a ekspansywność przynosi owoce, o których nie śniło się dawnym woźnicom cesarskich rydwanów, nawigatorom barek pływających po Jangcy, Huang-he czy Wielkim Kanale, podróżnikom z wielbłądzich karawan, zmierzających ku Tybetowi albo kulisom z ulic Szanghaju. Dzisiejsze Chiny otwarte są na wszelkie kontakty międzynarodowe, a literatura tego kraju zdobywa wciąż nowe przestrzenie, do czego przyczyniają się znakomicie finansowane programy kulturalne, organizowane festiwale i konferencje naukowe, sponsoring przekładów książek i nieustanna wymiana kulturowa. Ważną rolę w tym względzie odgrywa bohater tej książki, potrafiący wykorzystać wiele możliwości, jakie dają mu sprawowane funkcje, a także nieustająca współpraca z intelektualistami chińskimi i światowymi, ze wszystkich kontynentów i nawet najodleglejszych państw.

  1. Wzajemne przenikanie

Wspaniałe wieloletnie programy, finansujące kontakty twórców chińskich ze światem, przyczyniają się do coraz lepszego poznania kultury i literatury chińskiej w Europie, Stanach Zjednoczonych, w obu Amerykach i w Australii, a prym wiodą tutaj sławni ambasadorzy, którzy – jak Mo Yan, czy Tie Ning – przeniknęli do świadomości zbiorowej. Klan czerwonego sorga Mo Yana w wersji filmowej, czy Kobiety w kąpieli pekińskiej pisarki są powszechnie komentowane i rodzą dyskusje od Nowego Jorku, poprzez Paryż, od Buenos Aires do Limy, aż do Sydney i Wellington. Takie oddziaływanie ma na myśli Tomas Venclova, gdy nie waha się wskazać kolejnego twórcy, kandydującego do nagrody Nobla i przyczyniającego się do wielkiego otwarcia kulturowego między Chinami a resztą planety:

Dziś także płyniemy w tym nurcie wzajemnego przenikania, o czym świadczy twórczość Jidiego Majii. Jest on jednym z najbardziej znanych współczesnych poetów chińskich i jedną z najlepiej rozpoznawalnych postaci nie tylko chińskiej kultury. Poezja Jidiego Majii jest niezwykłym, chociaż jednocześnie charakterystycznym faktem kultury światowej nowych czasów. Pisze po chińsku, ale należy do narodowości Yi albo Nuosu, liczącej ponad osiem milionów ludzi, zamieszkującej górską krainę niezbyt daleko od Wietnamu i Tajlandii. Tym samym jest, powiedziałbym, oddalony o dodatkowy stopień od naszej kultury – a przecież od razu zrozumiały dla czytelnika europejskiego.[22]

W Polsce twórczość tego autora jest dobrze znana, a to przede wszystkim za sprawą pięciu zbiorów wierszy, które ukazały się w naszym kraju po polsku. Twórca ten, sławny już dziś, współczesny poeta chiński, kaligraf, rysownik i eseista urodził się w 1961 roku w górach Liangshan, w autonomicznym okręgu zamieszkałym przez  lud Yi  (Nuosu), wchodzącym w skład prowincji Syczuan.  Jak podaje Małgorzata Religa – w wieku siedemnastu lat został przyjęty na Wydział Języka i Literatury Południowo-Zachodniego Uniwersytetu Narodowości Xinan Minzu Daxue w Chengdu, stolicy Syczuanu. Tam zetknął się z wielką poezją chińska i światową i wkrótce po ukończeniu studiów opublikował kilka swoich wierszy w ważnym piśmie literackim „Xingxing” (Gwiazdy).[23] Dojrzewanie i młodość Majii przypadła na bardzo burzliwe czasy, kiedy to za rządów Mao Tsetunga dochodziło do licznych nadużyć władzy, a ludzi starano się zająć absurdalnymi akcjami.  Jego rodzice przeżyli tak zwany Wielki Skok, rewolucję kulturalną czy ogólnonarodowe polowanie na cztery plagi – komarów, much, wróbli i szczurów. Dzisiaj to wydaje się nieprawdopodobne, ale takie zdarzenia rzeczywiście miały miejsce i są szeroko opisywane przez historyków i sinologów – jako ilustrację tych trudnych czasów warto tutaj przywołać relację norweskiego badacza – Torbjørna Færøvika:

W Pekinie 27 kwietnia 1958 roku zaczęła się kampania przeciwko wróblom. Żeby podnieść bojowe morale, Radio Pekin zaczęło swoją poranną audycję dobrze dobraną piosenką: „Wstańcie, wstańcie miliony ludzi połączone jednym sercem, maszerujcie śmiało przez ogień wroga!” Nagle trzy miliony mieszkańców wyległy na ulice z gongami i garnkami. Strategia polegała na tym, by straszyć wróble tak długo, żeby padły wycieńczone lataniem. „Żaden wojownik nie może się wycofać, zanim bitwa nie zostanie wygrana, napominał „Dziennik Ludowy”. Kiedy bój dobiegł końca, na ziemi – według gazety – leżało 310 tysięcy wróbli. Na terenie całego kraju padło ich cztery miliony. Dzieci wyposażone w proce też się świetnie spisały. Według gazety wiele z nich narażało życie, wspinając się na drzewa, żeby dusić całe rodziny wróbli. „To się nazywa rewolucyjna, bohaterska odwaga!” Szesnastoletni chłopak, który zdołał zabić dwadzieścia tysięcy wróbli, był przedstawiany jako wzór dla całego narodu. Następnego dnia mieszkańcy świętowali zwycięstwo pieśniami i tańcami, a wyróżniający się wojownicy nosili czerwone rozetki. Gazety przywoływały jednak wszystkich do rzeczywistości. Mao nie pokonał Japończyków i chińskich nacjonalistów w jednej bitwie. Bitew było wiele. Takiej samej wytrwałości wymaga walka z „czterema plagami”. W kolejnych miesiącach kampania rozwijała się z nie mniejszą siłą. Zmobilizowano wszystkich ludzi zdolnych do pracy, także administrację państwową.[24]

Jidi Majia znał te wydarzenia z relacji starszych osób ze swego plemienia, a także z rodzinnych rozmów, ale zamknięcie w górskiej enklawie przez wiele lat chroniło go przed propagandowymi działaniami różnorakich komisarzy i modyfikatorów. Inteligentnie podążał do przodu, kończył szkoły, kształcił się w uniwersytecie, w którym uzyskał tytuł magistra w 1982 roku. W tym samym też czasie rozpoczął pracę w Syczuańskim Oddziale Związku Pisarzy[25], a w 1986 roku zdobył za swoja poezję nagrodę Chińskiego Związku Pisarzy i zwrócił na siebie uwagę wielkiego poety Ai Qinga (1910–1996), który został jego wiernym mentorem. Po latach syn tego wielkiego poety stworzy projekt stadionu olimpijskiego, nazywanego „ptasim gniazdem”, a także narysuje jeden z najbardziej udanych portretów Majii,  reprodukowany tutaj na początku książki. Rysunek ten, stworzony specjalnie do polskiego wydania wierszy zebranych, zachwyca swoją prostotą i udanym odwzorowaniem powagi oraz mądrości chińskiego twórcy. Małgorzata Religa podaje, że od połowy lat osiemdziesiątych Majia pełnił liczne funkcje w Chińskim Stowarzyszeniu Pisarzy, by w roku 2015 stać się jednym z jego wiceprzewodniczących.[26] Warto też wskazać, że pełnił inne ważne role, między innymi był wicegubernatorem prowincji Qinghai, a od 2010 do 2014 roku wicedyrektorem Departamentu Propagandy we władzach tego regionu.[27] Przyczyniając się do rozwoju prowincji, nie zapominał o kulturze, a szczególnie o literaturze i organizował wielkie festiwale literackie w mieście stołecznym Xining, przyznając też tam cenioną w świecie Nagrodę Złotej Antylopy. Pisarze przyjeżdżający z wielu krajów świata byli zszokowani dziewiczą, zjawiskową przyrodą, ale też ogromnym rozwojem, jaki dokonał się przede wszystkim w czasach, gdy poeta był tam we władzach.  Qinghai to śródlądowa prowincja w północno-zachodnich Chinach, czwarta co do wielkości powierzchni w kraju, ale trzecia pod względem najmniejszej populacji.  Na północnym wschodzie graniczy z prowincją Gansu, z Xinjiang na północnym zachodzie, z kolei z Syczuanem na południowym wschodzie i Tybetańskim Regionem Autonomicznym na południowym zachodzie.  Jej nazwa pochodzi od przepięknego jeziora Qinghai (mong. Kuku-nor), największego zbiornika wodnego tego rodzaju w Chinach i największego słonego jeziora w Azji.[28] Jezioro położone jest w tektonicznym zagłębieniu Wyżyny Tybetańskiej i zasilane w wodę przez dwadzieścia trzy rzeki i strumienie – przez pięć miesięcy w roku zostaje zamarznięte. Stanowi jeden z cudów świata, o czym w 1872 roku jako pierwszy informował świat naukowy Mikołaj Przewalski. Prowincja jest tyglem wielu grup etnicznych, w tym Han, Tybetańczyków, Hui, Tu, Mongołów i Salars, a pośród nich jest też naród Yi, określany też mianem Nuosu. Jego historię i zwyczaje przybliża we wstępie do wyboru wierszy Majii Małgorzata Religa:

Wśród 56 grup etnicznych oficjalnie uznawanych w CHRL jako „narodowości” (minzu) znajduje się narodowość Yi (uprzednio znana głównie jako Lolo), stanowiąca konglomerat blisko spokrewnionych ze sobą grup etniczno-językowych. Ludy zaliczane obecnie do narodowości Yi liczą razem prawie 8 milionów i zamieszkują południowo-zachodnie prowincje Chin: Yunnan (4,5 mln), Syczuan (2 mln), Gizhou (1 mln) i Gungxi (kilkadziesiąt tysięcy). Posługują się blisko spokrewnionymi (ale na tyle różnymi, że nie są wzajemnie zrozumiałe) językami z rodziny tybeto-birmańskiej i wykształciły własne, także spokrewnione ze sobą pisma, odrębne zarówno od pisma chińskiego, jak i tybetańskiego. Najliczniejszym i najlepiej opisanym z tych ludów, charakteryzującym się szczególnie silnym poczuciem własnej tożsamości są Nuosu – co dosłownie znaczy „Czarni ludzie”. Z tej właśnie grupy wywodzi się Jidi Majia. [29]

Każde spotkanie Europejczyka z tymi ludźmi jest nacechowane zdumieniem, a to przede wszystkim z racji zwyczajów, w których ważną role odgrywa ogień i wieczność, a także strojów ludowych, w których dominują czerń, czerwień i kolor niebieski. Warto wspomnieć też o niezwykłej biżuterii ze srebra, czasami ogromnych rozmiarów, z jakże oryginalną ornamentyką. Religa podaje, że mamy tutaj do czynienia z ogromną społecznością, porównywalną z populacją np. Armenii lub Mongolii i znacznie większą od wielu małych krajów świata:

Nuosu liczą 2,5 miliona osób i zamieszkują górzyste terytorium na granicy południowego Syczuanu i północnego Yunnanu, znane jako Wielki i Mniejszy Liangshan w Autonomicznej prefekturze Narodowości Yi w Liangshanie (Liangshan Yizu zizhi zhou). Tradycyjnie życie ludu Nuosu opierało się na myślistwie, pasterstwie i rolnictwie, a jedną z podstawowych tutejszych upraw była gryka. Społeczeństwo Nuosu zorganizowane było w patrylinearne, ściśle egzogamiczne klany, dzielące się na „czarne”, czyli arystokratyczne, i „białe”, czyli wolnych chłopów. Historycznie istniała także grupa niewolnej służby, która z reguły wywodziła się spoza Nuosu – z jeńców zdobytych na wrogach lub porwanych z terenów zamieszkałych przez obcych, głownie Chińczyków Han. Charakterystyczne stroje Nuosu to haftowane kaftany o zbliżonym kroju dla obu płci, dla kobiet długa, plisowana spódnica i zdobne, skomplikowane nakrycia głowy (różne w zależności od wieku) oraz wielka ilość srebrnej biżuterii: kolczyków, naszyjników, ozdób przy kołnierzu i bransolet. Jedną z ważniejszych ceremonii w życiu kobiety jest ceremonia „zmiany spódnicy”, która ma miejsce w wieku kilkunastu lat i oznacza wejście w dorosłość i gotowość do zamęścia. Męskie nakrycie głowy to rodzaj turbanu, czasami ozdobiony na czole długim, mocno splecionym z materiału „węzłem bohatera” przypominającym nieco róg. Mężczyźni noszą też pojedyncze kolczyki ze srebra, zawsze w lewym uchu. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety okrywają się długimi czarnymi lub białymi pelerynami i opończami bez rękawów, wykonanymi z wełny – uprzędzionej i utkanej zawsze przez kobiety – lub filcu, którego wykonaniem zawsze zajmują się mężczyźni.[30]

Dzieciństwo i dojrzewanie Jidiego Majii przepełnione było rytuałami i zajęciami charakterystycznymi dla jego społeczności.  Wykształciło to w nim ogromne poczucie więzi z rodową wspólnotą, ale też dało podstawy ludowej mądrości, którą potem dodatkowo sformatowały studia uniwersyteckie. Zdobywając kolejne stopnie kariery zawodowej, chłopak z gór Liangshan wnikał coraz mocniej w chińskie środowiska literackie. Zaczęła się też rozwijać kariera międzynarodowa, liczne edycje książek za granicą, przekłady na podstawowe języki świata i ich odmiany egzotyczne, w ponad pięćdziesięciu krajach. W roku 2006 Rosyjskie Stowarzyszenie Pisarzy uhonorowało go pamiątkowym Medalem imienia Michaiła Szołochowa, posypały się też nagrody w Bułgarii, Rumunii, w republice Południowej Afryki, a zwieńczeniem tego okresu w życiu i twórczości Majii było uhonorowanie go Europejskim Medalem Poezji i Sztuki Homer (Bruksela 2015).  Chiński Poeta był pierwszym laureatem tego Medalu, a po nim otrzymali go tak ekscytujący twórcy jak Ataol Behramoğlu (Turcja), Tomas Venclova (Litwa-USA), Stanley H. Barkan (USA), Simon J. Ortiz (USA), Juan Carlos Mestre (Hiszpania), Patrick Lane (Kanada), Tim Lilburn (Kanada), Amir Or (Izrael), Germain Droogenbroodt (Belgia), Fernando Rendón (Kolumbia) i reżyser Krzysztof Zanussi (Polska). Przyznając to zaszczytne wyróżnienie współczesnemu poecie chińskiemu, wywodzącemu się ze społeczności Yi, jurorzy z kilkunastu krajów świata tak określali jego powinowactwo z antycznym twórcą i pięknem:

Homer jest ojcem kultury europejskiej i światowej, a dwa jego wielkie eposy – Iliada i Odyseja – są fundamentem literatury, odwieczną inspiracją dla sztuki i kultury. Niewidomy śpiewak pozostawił po sobie przekaz uniwersalny i zbudował pomnik, którego nie starły wieki. Wizje tego wspaniałego twórcy miały siłę płomieni i rozpalały wyobraźnię od starożytności do współczesności. Nawiązując do tego wielkiego dziedzictwa grupa artystów świata powołała do istnienia we wrześniu 2015 roku, w Brukseli, Kapitułę Europejskiego Medalu Poezji i Sztuki. Depozytariuszami Medalu zostali twórcy z USA,  Belgii, Niemiec, Peru, Bułgarii, Brazylii, Maroka i Chin, a jego Prezydentem Dariusz T. Lebioda z Polski. Europejski Medal Poezji i Sztuki – HOMER, będzie przyznawany wybitnym światowym twórcom literatury, sztuk plastycznych i filmu. Kapituła nagradzać będzie artystów, w których dziełach pojawi się uniwersalne przesłanie do świata, prostota i piękno bliskie wzorcom starożytnym. Najważniejszą kategorią wartościującą jest poziom artystyczny i siła przekazu, tak by kolejni laureaci wzbogacali swoimi osobowościami panteon ich ojca duchowego – Homera. Pierwszym laureatem zostaje dzisiaj chiński poeta Jidi Maji, przedstawiciel ludu Yi,. Ale też uniwersalny mieszkaniec świata, nieustannie moderujący własną twórczość i poezję światową.[31]

Podczas wspaniałej uroczystości, z udziałem ogromnej orkiestry symfonicznej, wybitni aktorzy recytowali z pasją poemat Maji pt. Ja, śnieżna pantera,  a widzowie uświadomili sobie jak daleką drogę przeszedł ten twórca, będący łącznikiem pomiędzy odwieczną naturą, a kulturą współczesną. Ceremonia miała miejsce w październiku 2016 roku w mieście Xi Chang i poeta, odziany w ludowy strój męski Nuosu, odpowiedział w następujący sposób na przyznanie mu Medalu HOMER:

Zacni jurorzy Europejskiego Medalu Poezji i Sztuki HOMER 2016, Zacni przyjaciele i moi rodacy Yi. Los obchodzi się ze mną dobrze i powinienem być mu wdzięczny, że nadszedł kolejny świt, który, przyniósł  tak niezwykły zaszczyt, jak  Europejski Medal Poezji i Sztuki HOMER 2016. To tak dobra nowina, w mojej czułej i dalekiej ziemskiej podróży, jak pojawienie się ognia pośród członków mojego plemienia. Nagroda ta ucieszyła mnie i moich pobratymców, ponieważ wskazuje ona z europejskiej perspektywy, że szlachetna literatura wciąż budzi zainteresowanie, a nawet uznanie dla jej głębokich korzeni narodowych Yi, etosu etnicznego ludu Nuosu, i jako taka, ma głęboką wartość społeczną i estetyczną. A dzieje się tak przecież za sprawą mojego uporczywego trwania przy temacie tożsamości Yi, przeciwstawiającej się nowoczesności – bez względu na czasem pojawiające się opinie o hermetyczności mojej literatury. Ów werdykt jurorów jest tak ważny, gdyż jest kolejnym potwierdzeniem wagi duchowości Yi, tak dziwnej i cudownej, tak chwalebnej i mogącej konkurować z innymi jej przejawami. Wasza nagroda jest również wspaniałym darem dla tej krainy, pełnej wrażliwych istot, pieśni i cnót, wysokich szczytów, dziewiczych potoków, wiecznie zielonych lasów, zawsze krystalicznie czystego nieba nad trawiastymi zboczami, pachnącymi bezimiennymi ziołami. W tej chwili muszę brzmieć nie jak Nuosu, i jakże kłopotliwe jest owo wyrażenie mojej wdzięczności w tak prosty sposób, biorąc pod uwagę, że podróżowaliście z całego świata do moich progów, by wręczyć to wielkie wyróżnienie. Dlaczego właśnie mnie? Cóż, protokoły przyjaźni Yi nakazują, by posłańców dobrych wieści, takich jak wy, zaskoczyć nieobecnością w chwili przybycia i jak każe kult hojności Yi, nie stać tutaj i mówić jakieś uprzejme frazesy, ale pośpieszyć z pomocą na dziedziniec, by ubić kozła, byka lub świnię, i jako gościnny  gospodarz, autentyczny przedstawiciel ludu Nuosu, obdarzyć gości kolejnym toastem podczas uczty.

   Drodzy przyjaciele, Medal którym mnie obdarowano nosi imię Homera, największego poety starożytnego świata zachodniego. Wraz z Homerem, dwie wielkie epopeje Iliada i Odyseja, najstarsze z zachowanych dzieł Zachodu, stały się istotną częścią literatury Zachodu i Orientu, prawdziwym dziedzictwem pozostawionym potomkom przez ślepego poetę, niczym bliźniacze fontanny kultury i tradycji. Waham się porównywać Homera, proroka i bramina poezji z wcieleniem prawdy, ale on z pewnością nią jest. A nawet kimś więcej. Dlatego pragnę podkreślić, z pokorną szczerością, z niezachwianym przekonaniem, mój rosnący wciąż podziw dla jego zasług. Prostota, nieskalany język i wierność życiu, to tylko niektóre z uznanych wartości Homera. W jego prostych i bezpośrednich wersach jest szlachetność i godność,  a w Iliadzie Achilles mówi, że jego wiersze przetrwają wieki i nigdy nie spalą się na popiół. W pełni akceptuję to proroctwo i wciąż widzę, jak literackie niebo płonie pieśniami i hymnami Homera. Pewne jest to, że bez tego ślepego pieśniarza z VIII wieku przed naszą erą, historia literatury byłaby uboższa. Choć powoływał do życia bohaterów hałaśliwych i frywolnych, takich jak Achilles i Agamemnon, zawsze czynił to dostojnie i dawał im wieczne życie, gdy nawet brąz rdzewieje, a głazy się rozpadają. Pamiętajcie, moi przyjaciele, mówię o tej nagrodzie z dumą, związaną z wielkim Homerem. To jakiś rodzaj telepatii, to tajemnicza wiadomość lub proroctwo Homera, za sprawą której  kieruję wzrok ku wszelkim intencjom i celom, ku dwóm wielkim epopejom ludu Yi, Leer Meige i Aji Xianji, będącym wspaniałą pochwałą wszystkiego co istnieje w górach Liangshan. Zauroczony, zdaje mi się, że znów wstepuję na majestatyczne wyżyny Natury i Duchowości mojej ukochanej ziemi Yi, gotowej przyjąć chrzest Słonecznego Złota. Realnie i dosłownie wracam do miejsca, z którego ruszyłem trzydzieści lat temu w dziewiczą podróż do świata. Wybaczcie mi to skupienie na sobie, poety dziedziczącego jakże znakomitą genealogię pradawnych bohaterów. Jak Homer śpiewał hymny, tak cieszę się w tej chwili, wraz z moimi drogimi członkami plemienia, z tego powodu, że jestem bardem Nuosu, przywiązanym proroctw, a moje wiersze będą trwać i nadal połyskiwać w świecie, dzięki mojemu ludowi i z jego powodu. Dziękuję za uwagę.[32]

Dzisiaj, gdy czytamy na nowo te słowa, uświadamiamy sobie wielką skromność poety, która kazała mu czynić liczne zastrzeżenia i jakby przyjmować europejski honor z lekkim zażenowaniem. Pamiętajmy jednak, że Majia wywodzi się z dumnego ludu, mającego swoją historię i genealogię, starającego się żyć skromnie, w zgodzie z naturą i prawami kosmosu. Jego ogromna wiedza, zaprezentowana w cytowanym wyżej podziękowaniu, każe mu wszystko widzieć w sieci względności, a owo zatrzymanie na chwilę w Xi Chang napawa go tyleż dumą, co mobilizuje do dalszej pracy. Zakończmy te wstępne rozważania i przybliżenia przywołaniem zdań polskiego krytyka, wskazującego czytelnikom wyjątkowość i autentyczny humanizm twórczości chińskiego poety:

W centrum świata poetyckiego Jidiego Maji stoi człowiek, związany nierozerwalnymi nićmi z przyrodą, z ziemią ojczystą – związany przede wszystkim miłością i dziedzictwem kulturowym: Niech obie bose stopy osiądą/ Głęboko w ziemi/  Niech krew w naszych ciałach/ Spokojnie wraca/ Do miejsca, które nas zrodziło (Tylko dlatego). Podobnie jak nasi klasycy – Adam Mickiewicz, Maria Konopnicka, Jan Kasprowicz, Majia prowadzi żywy dialog z przyrodą, w dodatku  czyni to w tonacji ekstremalnej,  aż po w pełni zobrazowany animizm i liczne personifikacje zwierząt (byka, jelenia, kozła górskiego, orła, pantery etc.). Znamienna tu jest inwokacja do gryki (przywoływanej  też w innych wierszach, np. Inna droga: Widzę jak moje drugie ja przechodzi przez/ Koronę ciemności i trwania/ Pielęgnowane przez chłód gryki): Gryko, przepełniona duchem natury/ Wyznaczasz kierunek naszego losu/ Jesteś starożytnym językiem (…) Pragniemy twej pieszczoty i opiewamy cię/ Tak jak śpiewamy o naszych matkach (Gorzka gryka). Pełne narracyjnego napięcia są też apostrofy poety skierowane do wyspy, a zwłaszcza do rzek, np. w wierszu pt. Dedykowane rzekom świata: To wy stworzyłyście najstarsze/ mity/ I wy swymi niewidzialnymi dłońmi/ Zaczynałyście uprawiać glebę na złocistych brzegach/ Zaprawdę wszystkie ziemskie cywilizacje/ Czerpały nieograniczone życiodajne siły/ Z waszych głębokich nurtów. Wszechmoc rzek na sposób ludzki wcielają w życie przodkowie poety, a zwłaszcza matka: Moja matka która się nie starzeje / (…) Jest głęboką i rwącą rzeką / (…) Na końcu tysiąca rytów żałobnych/ Jestem drżącymi sylabami matki/ Wciąż mnie obejmującej (Autoportret). Nie ma takich zdarzeń w klepsydrze przemijania, którymi nie władałaby matka. Ona jest strażniczką życia w chwili pierwszej i ostatniej; Pewnego dnia nadejdzie czas mojej  śmierci/ I przekroczę długie cienie/ Kładące się na wysokich górach/ Ach matko, gdzie wtedy będziesz? Dalej – w tymże wierszu pt. Moje życzenie – autor odpowiada sobie: Na ziemi twojej kremacji. Motyw kremacji jest kilka razy podejmowany w tej poezji. To bodaj najważniejszy rytuał potwierdzający koniec egzystencji ciała, a zarazem wyznaczający horyzont istnienia ducha, jego mocy i energii przenikania w głąb pokoleń. Każda cząstka prochu uczestniczy w tworzeniu nowych form życia, a ogień pozostaje znakiem wieczności, na chwilę objawionej w ludzkim ciele. Stanowi ogniwo nie kończącego się łańcucha przemian.[33]

Odwieczny ogień fascynuje poetów od dawien dawna, ale w poezji Jidiego Majii zyskuje szczególny wymiar – jakby eternalne prawa natury wsączyły się do słów i zyskały moc porównywalną z gwałtownością procesu spalania. Jakby otwierały przed jaźnią kosmos i przyciągały ją ku centrum galaktyki, w której byliśmy na początku, jesteśmy teraz i będziemy na końcu wszechrzeczy.

__________________

[1] E.  A.  O d y n i e c,  Listy z podróży t. 1–2, oprac. M. Toporowski, Warszawa 1961.

[2] Por. S. S k w a r c z y ń s k a:  Kształt artystyczny drugiej wersji Mickiewiczowskiej „Historii przyszłości”, “Pamiętnik Literacki” 1962, nr 53/1, s. 71 – stosując określenia gatunkowe “proroctwo” I “wizja” badaczka tak lokuje ich miejsce w obrębie romantycznych polskich mesjanizmów: Otóż dość powszechne zaliczenie „Historii przyszłości” do tej sfery gatunków nic jeszcze nie wyjaśnia. Przede wszystkim dlatego, że zaciera ono rożność ich typów historycznych; jedna nazwa służy zjawiskom bardzo sobie dalekim. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko te dwie kultury, które zaważyły w sposób podstawowy na kulturze literackiej naszej ery, a więc kulturę antyczną grecką i rzymską, oraz kulturę starohebrajską, to stwierdzić nam wypadnie, że spotykając tu i tam proroctwo, wizję przyszłości, sen wróżebny — mamy do czynienia z dwoma rożnymi ich typami, które zresztą jeszcze w obrębie tych kultur podlegają przekształceniom i swoistym precyzacjom. Nowym ujęciom i przekształceniom ulegają te typy na gruncie naszej ery, w której w poszczególnych okresach ciążył na literaturze silniej raz typ jeden, raz typ drugi. (Tamże)

[3] Por.  tejże szersza praca: Mickiewicza „Historia przyszłości” i jej realizacje literackie : wraz z podobizną autografu, Łódź 1964. Por też: S. Pi g o ń , Metamorfozy „Historii przyszłości”. w: Zawsze o Nim, Kraków 1960.

[4] M.  J.  K ü n s t l e r,  Od tłumacza, w: M. Granet, Cywilizacja chińska, wyd. II, przeł. tenże, Warszawa 1995, s. 9.

[5] Jego prace to:  Rozmówki polsko-chińskie: ze słownikiem, 1966;   Ma Jong. Vie et oeuvre, 1969;  Pismo chińskie, 1970; Pierwsze wieki cesarstwa chińskiego, 1972, 2007; Aforyzmy chińskie, 1977; Sprawa Konfucjusza, 1983; Mitologia chińska, 1985, 2001; Tradycje architektury chińskiej, 1986;  po chińsku – 1991; Sztuka Chin, 1991; Dzieje kultury chińskiej, 1994; Mały słownik sztuki chińskiej, 1996; Języki chińskie, 2000.

[6] Ostatnia skromna praca tego typu to: Antologia literatury chińskiej pod red.  W.  J a b ł o ń s k i e g o, Warszawa 1959.

[7] J.  A.  Ś w i ę c i c k i,  Historia literatury chińskiej i japońskiej, Warszawa 1901.

[8] Stosuje tutaj odmianę nazwiska zaproponowaną przez  J a r o s ł a w a   Z a w a d z k i e g o. Por. tegoż: Przedmowa tłumacza, w: Lao Tse, Wielka księga Tao, przeł. tenże, Warszawa 2009, s. 7.

[9] Tamże, s. 66.

[10] Tamże, s. 219–220. Oczywistą nieprawdę, wyartykułowaną na końcu cytatu, warto skonfrontować z tym, o czym Jidi Majia mówi podczas uroczystości przyznania mu Medalu HOMER. Por przyp.32.

[11] Tamże, s. 220-221.

[12] E. P a ś n i k, Duchy i czary chińskie, czyli palimpsestowy charakter „Zebranych zapisków o zjawiskach nadprzyrodzonych (Soushenji), Warszawa 2013.

[13] Tamże, s. 9–10.

[14] Tamże, s. 30.

[15] T.  V e n c l o v a, Wprowadzenie, w: J i d i  M a j i a, Czerń i cisza Wiersze zebrane, zebr. i z jęz. ang. przeł.  D.  T.  L e b i o d a, Bydgoszcz 2018,  s. 5.

[16] Encyklopedia Mądrości Wschodu pod red.  S.  S c h u h m a c h e r a  i  G.  W o e r n e r a,  przeł.  z jęz. niemieckiego M.  J.  K ü n s t l e r, Warszawa 1997, s. VI.

[17] T.  V e n c l o v a, Wprowadzenie, w: J i d i  M a j i a, Czerń i cisza, dz. cyt. S. 5–6.

[18] M.  J.  K ü n s t l e r, Sprawa Konfucjusza, Warszawa 1983, s. 11–12.

[19] Tamże, s. 12–13.

[20] Por.  Chiny  w:  Azja  Encyklopedia  geografii świata, oprac.  red.  J.  K w i a t e k,  J. M a j – S z a t- k o w s k a,  E. O l s z e w s k a, L. P a ł a s z, T. S ł a b c z y ń s k i, Warszawa 1995, s. 108–114.

[21] Oprócz sieci torów łączących miasta, warto też pamiętać o magnetycznym pociągu z Szanghaju i jego symbolicznych konotacjach – pisze o nim refleksyjnie  J.  Ż d ż a r s k i: 431 km/h to maksymalna prędkość, jaką osiąga Maglev, kolej łącząca biznesowe centrum Szanghaju z miejscowym lotniskiem. Ten ultra nowoczesny, mega szybki pociąg jest kwintesencją Chin dwudziestego pierwszego wieku. Prędkość – tu wszystko pędzi w zawrotnym tempie. Chińczycy często gnają tak szybko, że nie mają czasu zastanowić się czemu służy ten ogromny pęd… Pociąg nie ma kontaktu z torami – porusza się ponad nimi, w polu magnetycznym. Lewituje, podobnie jak większość Chińczyków, zawieszona gdzieś pomiędzy przeszłością a przyszłością. Ciężko odnaleźć jest teraźniejszość, bo to co jest, zaraz znika. Tegoż, Wstęp w: Chiny 431 km/h, Warszawa 2008, s. 3.

[22] T. V e n c l o v a, dz. cyt. s. 6.

[23] Por.  M. R e l i g a,  Wstęp, w: J i d i  M a j i a, Słowa i płomienie Wybór wierszy, z chińskiego przeł. M. Religa, Warszawa 2015, s. 8–9.

[24] Torbjørn Færøvik, Mao Cesarstwo cierpienia, przeł. Ewa Partyga, Warszawa 2018, s. 155–156.

[25] Por.  M.  R e l i g a,  dz. cyt. s. 8–9.

[26] Tamże.

[27] Tamże, s. 9.

[28] Por.  G r a h a m   H u t c h i n g s,  Modern China: a Guide to a Century of Change, Cambridge 2001.

[29] M.  R e l i g a,  dz. cyt. s. 5.

[30] Tamże, s. 5–6.

[31] Mottem każdej ceremonii jest fragment wiersza z 1942 roku Alfreda Tennysona pt Ulysses: To strive, to seek, to find, and not to yield… (Walczyć, szukać, znajdować i nie poddawać się…), znakomicie oddający charakter poezji Jidiego Majii. Por dalszą część ang. wersji laudacji z Xi Chang: Jidi Majia is one of the greatest contemporary Chinese poets. His poetry is culturally bounded, which is in fact deeply rooted to the tradition of the nation, Nuosu. He also wrote poetry to enhance the ancient magical consciousness that is moderated by priests Bimo unholding the spirits of his ancestors. Form of his art is an invisible space of spirituality, from which mountain people remain in constant interaction, that clarifies to bestow the age of great human longing for purity and fullfilment. Living in the face of vastness and natural beauty, his work constantly strives to reflect the depth of human fate, over which it slopes, and connects to the large cosmogonic systems and the elementary mechanisms of duration. It has sensed eternity through completion of day and night; sticking to the human body, with its illness and pain, it vigils in the shape of a human, exposes to weather conditions, that is subjected to be the destructive power of time. It is rare and appeares to be so clear to human consciousness, shimmering to ever shape a bright beam, penetrating to the large time intervals, and scanning space in all its shapes and metamorphoses. Majia can write a poem similar to the gentle movement of the wings of dragonflies, and create wide panoramas, which reflects the spirit of a whole epoch, the ethos of free existence in the midst of mountains and lakes, in harmony with animals, birds and all living beings. Every scene of his poem becomes the continuation of the story of the tribe, as if it is specially appointed to proclaim its glory. The poet is aware that his work has been selected from the many in order to fulfill his desired destiny. He understood that he could not live permanently in the mountains of Liangshan, where he could go out with a shotgun for hunting and lead a peaceful life only with his family clan. He could dance around campfires and look into the distance from the top of the mountain, but his virtue is set to be among the poets of the world, and proclaim the glory of his land and people in the farthest corners of the globe. He could sing in small huts, separated from the cold, cosmic distance, he could listen to the stories of elders and shamans, but his work interpretes the elementary truth of existence: I am a Nuosu! This is his great task, and at the same time a kind of prayer that is repeated for generations, in a series of reminders and sublimations, a distant echo of history that reflects the past and the glorious future.

[32] J.  M a j i a, Noble Literature Is Still of Interest and Moment. Acceptance Speech at the Awarding Ceremony of The European Medal of Poetry and Art Homer 2016, w:  Jidi Majia Poetry and the World t. II, Chengdu 2017, s. 737–739.

[33] M.  W o j t a s i k, Jezioro Lugu jest góralską panną, „Akant 2016, nr 11. Przedruk w:  Jidi Majia Poetry and the World, dz. cyt. t. I, s. 686–690.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (III)

Yasmen Stał u wrót wielkiej doliny, nad którą latały liczne roje aniołów. Niektóre z nich krążyły jakby w kominach powietrza, inne zlatywały z góry ku wybranym punktom, a jeszcze inne wzbijały się jak ptaki ku majaczącym w dali budowlom. Wielkie granatowe góry z ośnieżonymi szczytami otaczały dolinę ze wszystkich stron, a na ich zboczach ułożyły się, niczym wielkie gniazda, zamki i zameczki ze strzelistymi wieżami, jakieś wielkie koszary niebieskie, w oknach których widać było wiele anielskich konturów. Jeden z ogromnych szczytów wieńczyło białe zamczysko, przypominające tysiące zlepionych ze sobą minaretów. Niektóre budowle jakby wrastały w niebo i łączyły się z całymi systemami mniejszych domów i domków w chmurach, na białych czapach cumulusów. I tam tętniło życie, aniołowie, jak roje meszek, ciągnęli całymi chmarami do tych chmurnych osad. Tuż przy nim latało kilku młodzieńców, krążyło nad nim, zataczało kręgi i zawisało, trzepocąc skrzydłami jak kolibry. Dwoje z nich rozmawiało ze sobą i Yasmen domyślił się, że wymieniają uwagi na jego temat. Ciekawskich przybywało i już po kilku chwilach kłębiło się nad nim rojowisko, a szum skrzydeł był tak głośny, że aż lekko pochylił się ze strachu. Każdy anioł miał piękną twarz, długie blond włosy, gęste brody, albo odkryte, delikatne, jakby pokryte niemowlęcą skórą twarze. Wszystkich spowijały szaty w różnych kolorach i odcieniach, a na nogach mieli jakby skórzane ciżemki, także różnokolorowe, także we wszystkich możliwych barwach. Tuż nad jego głową zawisł anioł w błękitnej komży i złotym obuwiu, a nieco dalej kołysał się w przestrzeni skrzydlaty byt w szacie o kolorze kardynalskim i ciżmach zielonych jak ziemska trawa. Yasmen stał w osłupieniu i patrzył to na lewo, to na prawo, to wyżej, to niżej. Czuł się odprężony i onieśmielony, a nade wszystko zdziwiony, zaskoczony różnorodnością przestrzeni, która się przed nim odsłoniła.

Ta dolina, niczym głęboka niecka w pięknym ciele, ciągnęła się od krańca do krańca Nieba. Yasmen stał na jakimś podwyższeniu i patrzył szeroko otwartymi oczyma na to, co rozgrywało się przed nim. Wszędzie latały nieprzebrane chmary aniołów, pojedynczych wojowników i całych grup, a gdzieś daleko, ze wschodu na zachód leciał przeogromny oddział. Przypominał włócznię ciśniętą z rozmachem, a jednocześnie bliski był kształtom śmigającego jeżyka. Aniołowie trzymali się swoich miejsc i ani na moment nie pozostawali w tyle. Jakaś tęskna pieśń snuła się za nimi jakby gregoriański chorał albo smutna wokaliza syreny pochylającej się nad taflą wody i lamentującej nad swoim odbiciem. Chybki oddział anielski mienił się i opalizował, przy nagłych zwrotach, tracił na chwilę część ze swego kształtu, to wnikał w Wielkie Światło, to znowu wyłaniał się niczym mroczna, purpurowa albo granatowa materia jakiegoś monstrualnego sztandaru. Pojedynczy aniołowie latali we wszystkich możliwych kierunkach i na wszystkich wysokościach, czasem na chwilę znikali w chmurach, wlatywali do domów przypominających wielkie gołębniki albo domki dla ptaków. Czasem śmigał jakiś Archanioł w poprzek doliny albo błękitny młodzieniec przylatywał ku Yasmenowi, zawisał na chwilę w powietrzu, po czym odlatywał majestatycznie w dal. Była jakaś tajemna harmonia w tym świecie, jakieś zdumiewające tchnienie dobroci i tajemnicy, coś jakby czuły szept, stale ponawiane słowo miłość, miłość, miłość… Do tego jeszcze to pulsowanie, nieomal wyczuwalne w przestrzeni, rytmiczne skurcze i rozkurcze całej rzeczywistości, odsłanianie się i zakrywanie, mruganie światła, nieustające, prawie niewidzialne zmiany w kształtach i barwach, pulsowanie świadomego siebie i cieszącego się sobą życia. W wielkich miastach chmurnych, w samotnych anielskich gołębnikach, w jaskiniach pełnych skrzydlatych postaci – wszędzie, gdzie tylko okiem sięgnąć, pulsowało istnienie, egzystencja świadoma i piękna pięknem niewyobrażalnym. To była rzeczywistość inna ziemskich rewirów, które gdzieś tam jeszcze pozostały w pamięci Yasmena, cudowna i dramatyczna, nieustannie zmieniająca się i trwała w swym majestacie, we wciąż ponawianych, niesłyszalnych uświęcających wszystko szeptach. Wsłuchiwał się zauroczony w te śpiewy bez muzyki i w tę muzykę bez słów, próbował wyłowić jakieś słowa, jakieś zdania, ale przy natężeniu słuchu zawsze wracało tylko jedno zwielokrotnione i chóralnie wzmocnione słowo  m i ł o ś ć…  Zawiesił wzrok na parze czerwonych aniołów siedzących na niewielkiej chmurze i przyciągnął ku sobie przestrzeń w której byli. jeden z nich miał czerwono–złote skrzydła i krwistoczerwoną togę a drugi miał skrzydła różowe a togę czerwono–błękitną. Obaj mieli złote ciżemki i rudziejące brody. Ich włosy, złocisto–rude z odcieniami czerwieni, przypominały syntetyczne włosy ziemskich lalek. Patrzyli na siebie z miejsc, gdzie przysiedli i rozmawiali bez słów, myśląc, że nikt ich nie słyszy.

– Zdecydowałeś się kochany przyjacielu ruszyć na tę wyprawę wraz ze mną? – pytał czerwony.

– Przecież wiesz bracie, że dla ciebie zrobiłbym wszystko… – odpowiadał łagodnie czerwono–błękitny.

– Ale to może być niebezpieczne, Pan może nas strącić w czeluść i skazać na wieczne potępienie – wątpił pierwszy z nich.

– Tajemnica wymaga poświęcenia, cokolwiek się nie wydarzy będziemy dążyć ku tajemnicy, a to nie może się nie podobać Panu – odrzekł drugi.

– Kiedy byłem jeszcze na tamtym świecie myślałem, że trafię przed złoty tron i wszystko zostanie powiedziane, wszystko odsłoni się bezszelestnie, a ja pełen wiary i wiedzy stanę w gronie tych, którzy dostąpili bycia w Nim i z Nim… Myślałem, że tutaj wszystko jest proste… – mówił czerwony.

– A ja chciałem spojrzeć Panu w oczy, chciałem oprzeć głowę na jego kolanach… byłem tak naiwny, że myślałem, że zacznę rozmowę z Nim… – rzekł z kolei czerwono–błękitny.

– On musi być tajemnicą, bo tylko w tajemnicy możliwa jest świętość… Dlatego chcę chociaż zbliżyć się do niej… chcę zapukać do jej drzwi, nawet jeśli nie usłyszę żadnego odzewu…. – ciągnął pierwszy

– A ja chcę się przekonać czy On tam jest i… czy w ogóle jest…. – dramatycznie powiedział  drugi.

– Psttt, co ty mówisz, to bluźnierstwo… – przeraził się czerwony – Pan jest bo jest, jeśli by go nie było, to by znaczyło, że i nas nie ma… albo, co gorsza, że nas ktoś stale zwodzi…

– A jeśli nam się tylko wydaje, że widzimy to, co widzimy, a jeśli to wszystko ułuda…

– Milcz bracie, zagłusz w sobie ten głos, bo to nie ty mówisz – dalej drżał czerwony – Twoja dusza jest blisko Boga i to jest pewnik. Czego jeszcze chcesz?

– Chcę wiedzieć wszystko…

– Jak możesz tak bluźnić….?! Nikt nigdy nie dowie się wszystkiego… Bóg na tamtym świecie i na tym musi być tajemnicą… Bóg musi być nią we wszystkich światach… Zamiast Bóg mów  t a j e m n i c a …

– To dlaczego chcesz lecieć ze mną do Najwyższej Stanicy?

– Bo chcę być blisko Pana, chcę poczuć jego tchnienie… Chcę się przekonać czy on w niej jest…

– Teraz ty bluźnisz, bo on jest przecież wszędzie, w każdej lotce Twojego pióra i w każdej złotej nici włosa… On przenika nas na przestrzał i widzi wszystko w każdej chwili…. On jest świadomością przestrzeni, w której jesteśmy zanurzeni….

– I słyszy nasze myśli? Słyszy naszą rozmowę?

– Tak i to on chce byśmy ruszyli w drogę…

BROMBERG (5)

Jedenastego września Józia ledwie zdawkowo opowiedziała matce o tym, co stało się przy szwederowskim kościele, bo długo spała, a jak budziła się, czuła tak dojmujący smutek, że aż nie mogła oddychać. Nie mogła pogodzić się z tym, że jej ukochany leży teraz martwy pod ziemią a to, co się miało zdarzyć w ich wspólnym życiu, nigdy już się nie stanie, nie poczuje jego ciepła, nie urodzą się dzieci, nie będzie do niego czule szeptać pośród dni i nocy. Matka, by ją zająć i jakoś odciągnąć od złych myśli, poprosiła by zaniosła jej koleżance, mieszkającej przy Rynku Marszałka Piłsudskiego, zrobiony na drutach, gruby sweter z czerwonej wełny. Dziewczyna przyjęła polecenie bez komentarza, zarzuciła na siebie czarną kurtkę, sięgnęła po siatkę z zawiniątkiem, pocałowała matkę w policzek i skierowała się ku drzwiom.

– Tylko bardzo uważaj na siebie, bo wszędzie teraz czyha zło… Spuszczaj oczy, gdy będziesz mijać niemieckich żołnierzy i nie przystawaj nigdzie…– Przestrzegła ją strapiona matka.

– Dobrze mamusiu… Nie martw się o mnie… – odpowiedziała dziewczyna i lekko domknęła za sobą drzwi.

Minęła swój dom przy ulicy Strzeleckiej i ruszyła Piękną w stronę ulicy Szubińskiej, która łagodnie schodziła w stronę Placu Poznańskiego. Szła chodnikiem, tuż przy lewej stronie jezdni,  a w jej myślach wciąż pojawiały się sceny z poprzedniego dnia. Powoli zbliżała się do skrzyżowania i chciała już przejść na drugą stronę, gdy nagle stanęła jak wryta. Przy nieotynkowanym domu z czerwonej cegły stało to samo auto, które minęło ją wczoraj, przed rozstrzelaniem mieszkańców dzielnicy. Znała dobrze ten dom, bo czasami odwiedzała w nim, z matką lub ojcem, zaprzyjaźnioną niemiecką rodzinę Eleonory i Johanna Spatzów. Lubiła ich, a oni, z racji tego, że nie mieli dzieci, traktowali ją niemal jak córkę, za co odwdzięczała się zanosząc pranie do magla, biegając po zakupy, a nawet opatrując schorowane nogi pani domu. Teraz z przerażeniem zobaczyła, że nagle otworzyła się brama domu, stanęła w niej pani Eleonora, a za nią postępował mężczyzna w czarnym mundurze i oficerskiej czapce z trupią główką. Nogi natychmiast ugięły się pod nią, bo był to ten sam oficer, który kierował akcją przy kościele, choć teraz wydał się jej nieco wyższy i smuklejszy. Niemka przytuliła go na chwilę i pocałowała w policzek, a potem jeszcze pomachała mu ręką, gdy wsiadł do samochodu i odjechał ku Szubińskiej. Józia przemogła strach i ruszyła przed siebie, ale pani Spatz zauważyła ją w ostatniej chwili, uśmiechnęła się szeroko jakby zobaczyła kogoś bardzo bliskiego i zawołała po niemiecku:

 – Józka, Józka… – chodź no  tylko tutaj…

Dziewczyna zdziwiła się, bo Spatzowie nigdy nie rozmawiali z nią w swoim rodzimym języku, a nawet często traktowali polski jako bardziej komunikatywny. Dziewczyna miała w gimnazjum lekcje języka niemieckiego i znakomicie się nim posługiwała, toteż bez trudu zrozumiała zachętę i przeszła ulicę.

– Dzień dobry Józka, dzień dobry kochana dziewczyno…– kobieta ciągnęła po niemiecku. Widziałaś jaki przystojny oficer teraz u nas mieszka…? To jest mój daleki krewniak Willy… Zajmie się praworządnością w naszym mieście, bo czas już najwyższy uporządkować ten chaos… Niebawem wszystko wróci do normy, tylko władza się zmieni. Tyle lat mieszkaliśmy tu, gdy rządzili Polacy, to teraz wy będziecie pod naszymi rządami… I tylko tyle…

Józia uśmiechnęła się nieznacznie, choć od wczoraj już była pewna, jak będą wyglądały rządy Niemców. Strzepnęła kilka długich włosów ze swojej kurtki i nie wiedziała, co ma powiedzieć. Na szczęście pani Spatz szybko zadała jej  kolejne pytanie:

– A gdzie to moje szczęście tak wędruje…? Młode dziewczyny powinny teraz siedzieć w domu, bo pojawiają się jakieś bandy w naszej dzielnicy, które dopiero Willi zlikwiduje…

– Idę na Rynek Piłsudskiego, zanieść sweter koleżance mojej mamusi…

– Willi powiedział, że to teraz będzie znowu plac generała von Kluge… musisz nauczyć się niemieckich nazw… Poznam cię z nim, to wspaniały młody mężczyzna…może znajdzie dla ciebie jakąś pracę w biurze… przecież ty mówisz dobrze po niemiecku.

Dziewczyna pożegnała się z panią Eleonorą i podążyła dalej w tym samym kierunku, w którym pojechał czarny samochód jej kuzyna. Szybko zeszła do Placu Poznańskiego, a mijając pomnik Jezusa z sercem na piersi, nieopodal szpitala gruźliczego, przeżegnała się i bezgłośnie odmówiła modlitwę maryjną. Dalej powędrowała ulicą Poznańską, minęła Wełniany Rynek, gdzie trzech żołnierzy niemieckich obrzuciło ją ciekawym spojrzeniem i zaczęło sprośnie żartować. Pamiętając o przestrodze matki, szybko spuściła oczy i przemknęła w kierunku ulicy Długiej i Batorego, którą dostała się na rynek. Prawie nie było na nim ludzi, a tylko u wlotu na Mostową i przy wejściu na ulicę Magdzińskiego stały jakieś samochody i kręcili się granatowi policjanci. Weszła na klatkę schodową wysokiego domu i po schodach dostała się na drugie piętro, gdzie mieszkała pani Jadzia, którą jej mama znała jeszcze ze szkoły podstawowej, mieszczącej się przy ulicy Leszczyńskiego.

– Dzień dobry pani – powiedziała z uśmiechem – mamusia kazała mi przynieść pani ten nowy, zamówiony sweter…

– Dzień dobry drogie dziecko – odpowiedziała tęga kobieta, wprowadzając ją do przedpokoju i pytając – Ale dlaczego Franciszka wysłała cię w taki straszny czas…? Przecież ty powinnaś siedzieć w domu…

 – Idą chłody i mamusia chciała, żeby pani miała co na siebie włożyć… – odrzekła Józia.

– Tak… tak… idą straszliwe chłody moje dziecko… – odpowiedziała w zamyśleniu pani Jadzia, a potem dodała – Jestem ci bardzo wdzięczna, bo rzeczywiście stary sweter podarł się dawno.  Akurat upiekłam ciasto drożdżowe z kruszonką, to dam ci kawałek, ale najpierw zrobię herbatę.

Józia zdjęła kurtkę i przewiesiła ją przez oparcie krzesła, a widząc, że kobieta wyszła do kuchni, zaczęła rozglądać się po jadalni. Był tam duży, dębowy stół, a przy nim sześć krzeseł obitych grubą, pasiastą, zielono-białą satyną. Na jednej ścianie była stara gdańska szafa z serwisem obiadowym, a na drugiej komoda z piękną, abażurową lampą. Dwa wielkie okna, z firanami i ciężkimi, aksamitnymi storami, wychodziły na rynek i znakomicie rozświetlały cały pokój. Na podłodze leżał wielki czerwony dywan w stylu tureckim, a tam gdzie go nie było, lśniły pomalowane na wiśniowy kolor deski. Przy drzwiach wejściowych było jeszcze sporo miejsca na dużą kanapę i dwa ogromne fotele, przy których stały wzorzyste podnóżki. Widać że gospodarze lubili na nich siadać, a czytając gazety lub dyskutując, nogi opierali na tych mniejszych, tapicerowanych meblach. Józia zatrzymała wzrok na wielkim ozdobnym żyrandolu, sporządzonym z dziesiątków kryształowych sopli, ale z głębokiej zadumy wyrwała ją koleżanka mamy, która weszła do pokoju z tacą, na której były talerze z ciastem, filiżanki i biały dzbaneczek. Położyła tacę na rogu pięknego obrusa i zaczęła wszystko rozkładać po obu stronach stołu.

– Tacy byliśmy szczęśliwi w tej odrodzonej Polsce, a już czarne chmury zebrały się nad nią i pioruny biją jak oszalałe – powiedziała – Jakich straszliwych zdarzeń doczekaliśmy się w naszym pięknym mieście…

– Tak… – potwierdziła Józia i zalała się łzami – Wczoraj Niemcy rozstrzelali wielu Polaków przy kościele na Ugorach…

– Tam też…? Moje dziecko…!!! Co z nami będzie? Co będzie z Polską? Zjedz tę drożdżówkę i jak najszybciej wracaj do domu… to miejsce jest przeklęte.

Józia napiła się gorącej herbaty i zaczęła jeść ciasto, gdy nagle na rynku odezwały się głośne głosy po niemiecku, dał się słyszeć warkot silników ciężarówek i huk wystrzałów. Pani Jadzia podbiegła szybko do okien i zasłoniła je szczelnie storami, jakby bała się, że zło przeniknie do jej mieszkania i skazi je na zawsze.

– Znowu to samo… – powiedziała łkając boleśnie – Stań dziecko przy drugim oknie i patrz przez szparę. Młodzi muszą to zapamiętać i po wojnie opowiedzieć o wszystkim światu…

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXXI)

Jakież iście piorunujące wrażenie musiała wywierać na starożytnych Grekach Atena, bogini chmur i błyskawic, znakomicie posługująca się dzidą, opiekunka wojowników, podczas świętych wojen zawsze krocząca w pierwszym szeregu. Urodziła się z głowy Zeusa, gdy ta nabrzmiała od bólu i została przecięta toporem przez Hefajstosa. Od razu miała kopię i tarczę, a jej narodziny miały wymiar atmosferyczny i grozę najpotężniejszych sił natury. Nie bała się walczyć z gigantami, a u Homera była boginią wojny, ścierającą w pył wrogów i prowadzącą do zwycięstwa takich herosów jak Odyseusz. Ludzkość zawdzięcza jej ujeżdżenie dzikich koni, instrument muzyczny aulos (jedna lub dwie niezależne, cylindryczne piszczałki, wyposażone w podwójny stroik), który przekazała Marsjaszowi, a także podstawowe narzędzie rolnicze – pług. Żadna kobieta nie mogła jej dorównać w przędzeniu i tkaniu, a z czasem bogini ta stała się też synonimem mądrości i roztropności i zsyłała ludziom dobre rady. Modlono się zatem do niej często i gorliwie, szczególnie w miastach, których była opiekunką, a atrybutami jej była sowa, kogut, wrzeciono, tarcza, dzida i hełm. (Por. Mała encyklopedia kultury antycznej pod red. Z. Piszczka, Warszawa 1983, s. 95) Choć była symbolicznym bóstwem mitologii greckiej, to jej narodziny miały miejsce nad rzeką Tritonia, w Libii, o czym niewielu pamięta i od razu lokuje ją pośród wysp i wysepek Hellady. Interesującą sprawą jest też seksualność Ateny, która będąc kobietą, zachowywała się i postępowała jak umięśniony mężczyzna, śmiało kroczący do boju i nie lękający się najtrudniejszych wyzwań. Ten archetyp przetrwał do naszych czasów i bywa wykorzystywany przy opisach zachowań erotycznych współczesnych kobiet. Szczególnie tych zimnych i wyrachowanych, dokładnie planujących swoje związki, najczęściej też aseksualnych, używających mężczyzn jako reproduktorów, albo głoszących tylko pochwałę miłości lesbijskiej.

Dzięki współczesnym rekonstrukcjom możemy zdać sobie sprawę jak wielkim szacunkiem darzono Atenę – rzeźba dłuta Fidiasza, znajdująca się w Partenonie, jest tego wyrazistym dowodem, a choć nie przetrwała do naszych czasów, nowoczesne techniki audiowizualne pozwoliły ją w całości zrekonstruować. Grecki rzeźbiarz wykonał ją w latach 447–438, stosując technikę chryzelefantową (nakładanie na drewnianą konstrukcję płyt złota i kości słoniowej) i przydał wiele dodatkowych elementów. Rzeźba miała 12 metrów wysokości wraz z bazą, oszałamiała bogactwem, dekoracyjnością i rozmachem artystycznym i przyczyniła się do nieśmiertelnej sławy jej autora. Posąg umieszczony we wnętrzu Partenonu wyobrażał majestatyczną boginię w złotym hełmie i długim, powiewnym peplosie. Atena wyposażona została także w złotą figurę Nike na prawej dłoni, o rozmiarach żywej kobiety (1,77 m) oraz kunsztownie przyozdobioną egidę i włócznię przy lewym boku. Na szczycie jej hełmu Fidiasz umieścił gryfa z dwoma sfinksami, na egidzie głowę Meduzy, na sandałach sceny z centauromachii, a na fryzie moment narodzin Pandory, której to przygląda się dwunastu bogów. Rzeźbę wielokrotnie uzupełniano, a jej kruszec, wagi ok. 1151 kilogramów stanowił skarb państwa ateńskiego. Losy tego przedstawienia dopełniły się w piątym wieku naszej ery, kiedy to miał miejsce ogromny, destrukcyjny pożar. Przypuszcza się też, że złoto i kość słoniowa zostały wywiezione przez Turków do Konstantynopola, gdzie zostały użyte do wykonania innych artefaktów. Od dłuższego czasu trwają prace rekonstrukcyjne na wzgórzu akropolskim i planuje się odzyskać oryginalne, marmurowe rzeźby z muzeów europejskich, a także odtworzyć ze współczesnych materiałów ogromny posąg Ateny Dziewicy (gr. Partenos)

Rekonstrukcja z Nashville

Zapewne pomocne w tym względzie będą rzymskie marmurowe kopie – Atena z Warwakionu, z Lenormantu, Pergamonu i Palmyry a także intaglio Aspazjosa i ateńska tetradrachma z drugiego wieku naszej ery, wiernie przedstawiająca głowę bogini. Wyobrażenie o monumentalizmie rzeźby Fidiasza daje też niezwykłe jej odtworzenie w naturalnych wymiarach, które miało miejsce w Nashville, stolicy amerykańskiego stanu Tennessee. Możemy tam podziwiać kopię Ateny Partenos, wykonaną w 1990 roku przez  Alana LeQuire, z nowoczesnych materiałów, a przede wszystkim z aluminium, stali, plastiku i kompozytów gipsu oraz włókien szklanych. Artysta zadbał by jego dzieło było wiernym odwzorowaniem greckiego oryginału i teraz zdumiewa ono  swoim rozmachem i wielkością, przyciągając ogromne rzesze turystów. Archeolodzy i historycy zajmujący się światem antycznym dzielą się na tych, którzy są przeciwni jakimkolwiek rekonstrukcjom i na tych, którzy są gorącymi zwolennikami wszelkich oryginalnych odtworzeń. Po jednej stronie stawia się marne odnowienie ruin Babilonu, dokonane przez Saddama Husseina, a po stronie drugiej moderowaną przez naukowców odbudowę Partenonu, zniszczonego przez ogromną eksplozję w czasach okupacji tureckiej (1687). Od czasów najdawniejszych wszelkie  naturalne wzgórza, rozległe przestrzenie wyniesione przez procesy geologiczne, takie jak wapienny akropol ateński, wykorzystywano do kultów religijnych. Archaiczne świątynie, które wznoszono w tym miejscu od czasów neolitu, zostały zniszczone podczas wojen perskich i dopiero decyzje Peryklesa spowodowały, że rozpoczęto budowę nowego kompleksu świątynnego, poświęconego przede wszystkim Atenie. To ona przyciągała tam  rzesze Greków, którzy wierzyli, że jej przychylność pomoże im w życiu i tak pokieruje ich losami, że wejdą w wiek starczy spełnieni i szczęśliwi. Od dawna mówi się o tym, że gdyby ludzkość przeznaczała ogromne środki, ze zbrojeń i prac badawczych nad udoskonalaniem bomb, czołgów i okrętów, na odbudowę wielkich budowli starożytności, już dawno Partenon lśniłby w centrum Aten, mielibyśmy odnowione egipskie i azteckie piramidy, mezopotamskie zigguraty, grobowce chińskich cesarzy, świątynie indyjskie czy pożerany przez dżunglę Angkor. I szybko wróciłaby na swoje miejsce rzeźba Ateny Dziewicy, zachwycająca ogromem i dająca wyobrażenie o wspaniałościach starożytnego świata, na zawsze odgrodzonego od nas nieprzepuszczalną taflą czasu.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: