BROMBERG (25)

Było ciepłe, wrześniowe popołudnie i SS-Sturmbannführer Franz Neumann szedł sprężystym krokiem chodnikiem Adolf Hitler Strasse. Ubrany w czarny, galowy mundur, uważnie przyglądał się wysokim kamienicom, przyozdobionym secesyjnymi elementami i ludziom, których mijał. Miał wrażenie, że byli to przede wszystkim Niemcy, na co wskazywały ich aryjskie rysy i eleganckie stroje. Mężczyźni podążali w dal w dobrze skrojonych garniturach, a kobiety w gustownych pelisach, z dopiętymi kołnierzami ze srebrnych lub rudych lisów. Rzadko tylko zauważał Polaków ubranych w robocze stroje, sprzedawców i robotników, odzianych  w brudne, szare fartuchy. Co jakiś czas salutował przechodzącym patrolom, a przy dawnej willi Blumwego zatrzymał się na chwilę, podszedł do wartownika i upewnił się, że jej nowy gospodarz wyjechał już z budynku. Gdy uzyskał potwierdzenie, ruszył dalej szybszym krokiem i po kilku minutach był przy kamienicy oznaczonej numerem 84. Szybko zorientował się, że wejście do niej znajduje się od strony Stein Strasse, a wkraczając na nią spostrzegł, że dwoje robotników przykręca do ogrodzenia tabliczkę z niemieckim patronem, a na ziemi leży zdjęty element na którym z trudem odczytał polskie nazwisko: Zamoyskiego. Uśmiechnął się do siebie i żwawym krokiem skierował do malowniczego budynku, który od razu go zaciekawił, przywołując w pamięci podobne domy w Niemczech. Wszedł do środka i zameldował się wartownikowi, siedzącemu przy biurku, a ten wskazał mu drogę do dużej sali balowej, zaadaptowanej na kantynę wojskową. Zanim gość ruszył do przodu, rozejrzał się po przestronnej klatce schodowej, zajmującej przestrzeń dwóch kondygnacji. Masywna, bogato zdobiona dębowa balustrada chroniła przed upadkiem osoby wspinające się na piętra, a przy każdych drzwiach zamontowano eklektyczną boazerię i szerokie futryny. Najciekawsze były jednak witraże w oknach, powodujące, że we wnętrzu pojawiały się różne barwy, szczególnie dobrze widoczne na sztukateriach sufitowych i ściennych. Na jednym z witraży widać było kobietą i mężczyznę, a na pozostałych umieszczono elementy geometryczne, układające się w modernistyczne wzory. Neumann wkroczył do wskazanej sali i od razu zauważył przy dwóch połączonych stolikach Williego i jego szefa. Wszystko tutaj było jeszcze w trakcie modernizacji i gościa nie zdziwiły brudne ściany i zaniedbana podłoga, choć prawdę powiedziawszy, po zapoznaniu się z wnętrzami Danzinger Hof, spodziewał się zobaczyć coś innego. Stając przy połączonych stolikach obu oficerów, stuknął oficerkami i wyciągnął prawą rękę ku górze, w geście rzymskiego salutu członków Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników.

– Heil Hitler, melduje się SS-Sturmbannführer Franz Neumann, witam pana SS-Standartenführera i pana adiutanta, którego poznałem już wczoraj na lotnisku…

Willi wstał służbiście i pozdrowił gościa wysunięciem ramienia ku górze, ale łysy jak kolano Ludolf Alvensleben siedział wciąż rozparty na swoim miejscu i tylko lekko machnął dłonią jakby od razu chciał zaznaczyć niewielką rangę przybyłego oficera, po czym powiedział:

– Witamy SS-Sturmbannführera w Brombergu i postaramy się umilić panu tutaj pobyt… Na początek proponuję po sznapsie mojego ulubionego alkoholu, a na kolację zaordynowałem przygotowanie golonki w piwie, ma się rozumieć niemieckim…Proszę siadać i powiedzieć czego pan od nas oczekuje…?

Neumann zajął wolne krzesło, rozejrzał się jeszcze raz po sali, a gdy kelner przyniósł tacę z kieliszkami i z półlitrową butelką Jagermeistra, bez pośpiechu wyjął z bocznej kieszeni munduru papierośnicę, a z drugiej wydobył szklaną cygarniczkę. Dopiero, gdy umieścił w niej papierosa i zapalił go, korzystając z zapalniczki podsuniętej przez Williego, odezwał się przymilnie z dziwnym uśmiechem:

–  Jak to dobrze być w starym pruskim mieście, wracającym do Rzeszy dzięki cudownym talentom strategicznym naszego führera… A jeszcze do tego nasze spotkanie w takim ciekawym miejscu… Moje oczekiwania są bardzo skromne…

Alvensleben skinął na Williego i gdy ten napełnił kieliszki ziołowym likierem, uniósł jeden z nich, uśmiechnął się lekko, wypił i powiedział:

– Za naszego gościa i za sprawę, w imię której tutaj jesteśmy…

– Za zwycięstwo i nową przestrzeń życiową naszego wspaniałego narodu, którego korzenie sięgają tak głęboko w przeszłość – wzniośle potwierdził  przybyły oficer i także pochłonął w mig zawartość kieliszka.

– Miejsce rzeczywiście jest ciekawe i gdy tylko zapoznałem się z jego historią, zarządziłem stworzenie tutaj naszego domu żołnierskiego – odrzekł   standartenführer.

– Rozumiem, że jesteśmy w niemieckim budynku, spotykałem podobną architekturę w okolicach Drezna i Norymbergii…– ciągnął dialog Neumann.

– Tak, ma pan rację – potwierdził dowódca Selbstschutzu i wyraźnie się ożywiając zaczął referować dzieje domu – Ta otoczona ogrodem willa została zbudowana w ciągu dwóch lat według projektu Karla Bergnera dla właściciela Ostdeutsche Kork-Fabrik Carla Grosse. Budowę ukończono w 1899 roku i różne były jej dzieje, o czym dowiedziałem się od nowych właścicieli, goszcząc u moich krewnych, w ich posiadłości w Ostromecku. Te mury przesiąkły niemieckim duchem, bo posiadłość znalazła się w rękach kupca Alfreda Kolwitza i przedsiębiorcy budowlanego Eugena Krügera. Latem 1918 roku dom kupił hurtownik drewna Otto Schmitt i gruntownie go przebudował, sprowadzając z Berlina witraże zaprojektowane przez Augusta  Ungera. To dzięki temu właścicielowi willa otrzymała bogate sztukaterie i stolarkę drzwiową z supraportami, szafami, półkolumnami i boazeriami. Schmitt długo nie cieszył się posiadłością, bo już w 1920 roku stała się ona własnością kupca Erwina Wodtke, który nie wyczuł jakie mogą być skutki zawirowań po haniebnym traktacie wersalskim i po wejściu polskiej hordy do Brombergu. Dom sprzedał ze sporą stratą jakiemuś Polaczkowi, bodaj producentowi pudeł i papieru toaletowego. Tutejsi podludzie zaczęli niszczyć malowidła i rozkradać elementy wystroju, aż doprowadzili dom do takiej ruiny, w jakiej jest teraz.

– To straszne… odezwał się Neumann – na szczęście wróciliśmy tutaj i doprowadzimy tę posiadłość do dawnej świetności… Inne także…

– Zadbamy o to… wiedziałem to już wtedy, gdy z Willim organizowaliśmy naszą dywersję na Pomorzu… Często wtedy bywaliśmy w Brombergu i stworzyliśmy katalog posiadłości, które mogłyby nam się przydać po odbiciu miasta z rąk tych ohydnych podludzi… Sobie przeznaczyłem dom przy skwerku Bismarcka i tam teraz stacjonuję.

Willi pokiwał głową, potwierdzając słowa przełożonego i poczuł zapach smakowitej golonki, którą kelner właśnie wniósł na owalnych talerzach, stawiając przy niej salaterki z musztardą i koszyki z pieczywem.

–  Nasz wódz jest genialnym strategiem, ale jego najbliżsi współpracownicy to także ludzie wielkich horyzontów… powiedział standartenführer.

– Wspiera go przede wszystkim reichsmarschall Göring i reichsführer Himmler… – odezwał się Willi.

– Pan standartenführer wie o tym najlepiej, bo przecież jako adiutant reichsführera… – zwrócił się do dowódcy z uśmiechem Neumann – … mógł pan obserwować ich zażyłość.

Niech pan nie przesadza – obruszył się Alvensleben – Tak wielcy ludzie jak Adolf Hitler nie pozwalają sobie na poufałość. Może ze dwa razy słyszałem jak zwrócił się po imieniu do mojego szefa, ale nigdy nie zagadnął tak do Göringa…

Ostatnie słowa łysy oficer wypowiedział niemal syczącym tonem, w którym znać było cynizm i pewność siebie. Po ich wybrzmieniu zapadła znacząca cisza i mężczyźni wzięli się za pałaszowanie golonek. Willi wybierał tylko chude mięso, a jego towarzysze przy stoliku odcinali skórę z tłuszczem, zanurzali ją w musztardzie i szybko połykali. Dopiero, gdy uporali się z wierzchnią warstwą, zaczęli jeść chude wnętrze, uważnie oddzielając je od kości. W pewnym momencie Willi poczuł, że kolano Neumanna lekko dotknęło jego uda, ale nie odsunęło się natychmiast. Postanowił to wytrzymać i ze zdumieniem stwierdził, że pozostało ono w takiej pozycji.

– Może wydałem się panom zbyt oficjalny, ale to nawyk zawodowy, przyleciałem wszak tutaj z ramienia reichsführera, by przeprowadzić śledztwo…

– Śledztwo zostało już zakończone – raz jeszcze cynicznie syknął dowódca – Raczej zlecono panu sprawdzenie, czy przebiegło właściwie…

– To właśnie miałem na myśli… – proszę mi wybaczyć tę niezręczność w wypowiedzi… Wiem, że tylko pan standartenführer może mi w tym pomóc…

Słowa te rozluźniły nieco sytuację, co Neumann natychmiast wyczuł i postanowił skierować rozmowę na inne tory. Poruszył się na krześle i odsunął kolano od uda Williego, a potem powiedział:

– Jako doświadczeni członkowie NSDAP musieliśmy wiele razy ocierać się o siebie w Berlinie… Wczoraj ustaliliśmy z panem untersturmführerem, że spotkaliśmy się na obronie doktoratu Wernhera von Brauna… mam też wrażenie, że spotkałem gdzieś pana standartenführera… o tak, już wiem… to było podczas mszy za Piłsudskiego, w której uczestniczył nasz führer…kiedy to było…?

– 18 maja 1935 roku w katedrze św. Jadwigi w Berlinie – pośpieszył z pomocą Willi – Zapamiętałem dobrze tę datę, bo też tam byłem z moim ojcem…

– A ja redagowałem telegram führera do rządu polskiego i żony Piłsudskiego… – wreszcie odezwał się sympatyczniej Alvensleben – Nasz wódz cenił ich marszałka i gdyby on dalej żył, pewnie nie doszłoby do wojny. Zamiast układu z Rosją zawarlibyśmy pakt z Polską i razem poszlibyśmy na wschód… Niestety takie błazny jak Mościcki, Rydz-Śmigły i Beck popsuli wszystko i geniusz najwybitniejszego Niemca naszych czasów wybrał inne rozwiązanie…

– Przed wylotem z Berlina słyszałem od jednego z oficerów Abwehry, że po zdobyciu Krakowa generał Werner Kienitz udał się na Wawel i złożył wieniec u grobu tego ich  marszałka, zaś przed kryptą wystawiono naszą wartę honorową.

– Tak, nie ulega wątpliwości, że nas wódz go cenił… – powiedział szef Selbschutzu – zawieszając na chwilę widelec z kęsem mięsa przy ustach – Ale nie będziemy przecież wychwalać polskiego marszałka, który nie wiadomo jak by się zachował w obliczu naszego powrotu do ojczyzny… Byliśmy tutaj od wielu, wielu lat, o czym świadczą choćby nagrobki na pobliskim cmentarzu ewangelickim przy Hermann-Göring Strasse… a wcześniej Wilhelm Strasse…

– Słyszałem, że pochowano na nim znamienite postaci naszego życia naukowego, artystycznego i politycznego… – podchwycił temat Neumann – Jako protestanta szczególnie ciekawi mnie postać  Theodora Gottlieba von Hippela…

– A zatem jutro mój adiutant zabierze pana na ten cmentarz, pokaże groby, a potem zapraszam do mnie do domu, to ledwie dwie ulice dalej.

– Niestety panie standartenführer, jutro mam wizję lokalną w mieszkaniu pani Herthy Kiebitz, ale może pan Willi będzie tak miły i zawiezie mnie na tę nekropolię pojutrze. Będę mógł też zdać panom relację z oględzin domu tej nieszczęsnej sekretarki.

– Pojutrze ja mam inne plany, jednak po południu będę na raucie u moich krewnych w Ostromecku. Zapraszam zatem tam i pana, po tym jak untersturmführer pokaże panu cmentarz, Ostromecko jest tuż za mostem na Wiśle, doprawdy niedaleko…

– Dziękuję za zaproszenie, skorzystam z niego z radością… – powiedział z uśmiechem Neumann wydobywając niedopałek z cygarniczki  i kładąc ją przy pustym talerzu.

– Zatem ustalone… – tonem nie znoszącym sprzeciwu powiedział Alvensleben, a gestem prawej dłoni nakazał dopicie ostatnich kieliszków Jagermeistra. Gdy cała trójka to zrobiła, energicznie wstał od stołu i skierował się do wyjścia. Za nim ruszył Willi i gość z Berlina, który po uściśnięciu dłoni dowódcy i jego adiutanta, powiedział, że ruszy do hotelu piechotą. Nagle też żachnął się i powiedział:

– Ale ze mnie osioł… zapomniałem wziąć ze stołu cygarniczkę… Cofnę się po nią, bo nie mogę inaczej palić papierosów. Do zobaczenia niebawem…

Ledwie Neumann zniknął za framugą drzwi, gdy dowódca nachylił się do ucha Williego i szepnął:

– Nie jest on takim kretynem za jakiego chciałby uchodzić…Uważaj na niego chłopcze… i nie wchodź w zbyt bliską komitywę, bo moi szpiedzy z Berlina donieśli mi, że to kamuflujący się schwuchtel…

– To dlatego jego kolano dwa razy zbliżyło się pod stołem do mojego uda… – szepnął ze śmiechem adiutant i obaj panowie w dobrym humorze opuścili kantynę.

Franz Neumann dotarł do stolika, przy którym już krzątał się kelner i skrzywił się na widok trzech kieliszków znajdujących się na jego tacy. Natychmiast jednak wpadł na pomysł co ma zrobić.

– Cofnąłem się po moją cygarniczkę… – wytłumaczył się przed zdziwionym pracownikiem –  A może też użyczy mi pan tych kieliszków, bo dzisiaj jeszcze mam spotkać się z kimś w hotelu, a nie mam szkła…Oddam je jak kupię sobie jutro nowe…

– O nie musi pan sturmbannführer oddawać… zaraz przyniosę czyste…i jakiś papier do zabezpieczenia – odparł kelner.

– Nie przesadzajmy przyjacielu… rzekł Neumann, wyciągnął z kieszeni chusteczkę i sięgnął po kieliszki na tacy… Chusteczka je zabezpieczy… A tak w ogóle to jak masz na imię…? Ładny z ciebie chłopak…Masz takie klasyczne aryjskie rysy… Kelner spojrzał z przestrachem na oficera, burknął coś pod nosem i natychmiast oddalił się ku zapleczu dużej sali. Franz założył czapkę na głowę, odczekał jeszcze chwilę przy wyjściu, a gdy upewnił się, że samochód dowódcy Selbschutzu odjeżdża, wyszedł na ulicę, rozkoszując się czystym powietrzem, w którym tylko lekko czuć było dym z kominów pobliskich kamienic.  

GRAFIKA

Początek marca… Idę przez jeden z większych parków w Bydgoszczy i przyglądam się koronom drzew. Jest dość zimno i błękit nieba w dali wyostrza grafikę czarnych gałęzi i konarów. To dobry czas dla obserwacji drobnych ptaków, śmigających z drzewa na drzewo, zatrzymujących się na dogodnych platformach startowych, rozglądających się na boki i już dalej podążających w poszukiwaniu pożywienia lub dobrego miejsca na nowe gniazdo. Przysiadam na ławce i długo wpatruję się w plątaninę gałęzi, grubych i cieniutkich czarnych linii. Był taki czas, gdy zajmowałem się częściej rysowaniem tuszem i zdarzało się tworzyć coś na kształt tych dendrologicznych komplikacji. Robi mi się na sercu cieplej, gdy zauważam pierwsze szpaki, które wróciły z Afryki lub krajów arabskich, obwieszczając nadejście wiosny, nawet jeśli wybuch roślin powstrzymają marcowe przymrozki. Im człowiek starszy, tym bardziej cieszą symptomy ocieplenia i klarowność błękitu na niebie, ptaki wracające z kontynentalnych wojaży i czystość powietrza. I ten spokój tak cenny w obliczu tragedii ludzi na Ukrainie i ich heroicznej walki z tyranem z poprzedniej epoki. Mam nadzieję, że ludzkość wymierzy mu karę stosowną do przewin i odejdzie w niebyt jak jego haniebni poprzednicy.     

                       

CZARNE ŚLEPIA

Fiodor Dostojewski – 1876

Czytam Sobowtóra Fiodora Dostojewskiego, choć tytuł w języku rosyjskim (Двойник) wskazuje też na złożoną dwojakość ludzkich doświadczeń. A to może generować interpretacje zmierzające ku stanom schizofrenicznym lub innym chorobom jaźni, co jest właściwym kierunkiem, choć może nieco zubożającym przesłanie utworu. Bohaterem tej rozbudowanej noweli jest Jakub Pietrowicz Goladkin, który jest radcą tytularnym, czyli urzędnikiem niższego stopnia walczącym o sukces i zawodowe przemianowanie, a co za tym idzie lepsze uposażenie. Jest człowiekiem kruchym i znerwicowanym, a praca w ważnej kancelarii generuje ciągłe zagrożenia, które w jego świadomości wciąż ogromnieją i powodują coraz groźniejszy lęk. Czarę goryczy przepełnia próba wproszenia się na raut do kierownika biura i chęć spotkania z jego piękną córką, Klarą Ołsufiewną. Wyproszony jak zwykły natręt, wychodzi wprost na listopadową zadymkę i czuje się jak śmieć: Gdyby teraz jakiś obojętny postronny obserwator spojrzał tak sobie, z boku na martkotny bieg pana Goladkina, to i on od razu przejąłby się całą niesamowitością pana Goladkina i niewątpliwie powiedziałby, że pan Goladkin wygląda teraz tak, jakby chciał się ukryć sam przed sobą, jak gdyby sam od siebie chciał uciec. Tak! Tak było rzeczywiście. Powiemy więcej: pan Goladkin nie tylko nie chciał teraz uciec sam od siebie, lecz całkiem się unicestwić, obrócić się w proch. W tej chwili nie widział nic dokoła, nie rozumiał nic, co się wokół niego dzieje, i wyglądał tak, jak gdyby rzeczywiście nie istniały dla niego ani przykrości słotnej nocy, ani długa droga, ani deszcz, ani śnieg, ani wiatr, ani cała ta okrutna aura.[1] Pogoda miewa przemożny wpływ na nasze życie i komfort psychiczny i domyślać się możemy, że stała się ona dodatkowym elementem, powodującym nagłą zapaść myślową bohatera. W pewnej chwili natknął się on na człowieka idącego w jego stronę, a gdy przyjrzał się dokładnie jego fizjonomii, sposobowi chodzenia, podrygiwania i ubiorowi, przeraził się nie na żarty, bo przecież to był on sam. Choroby psychiczne miewają łagodny przebieg, ale czasem przybierają skrajną formę. Nieustannie poniżany w miejscu pracy, bagatelizowany przez lokaja Pietrka, mający o sobie jak najgorsze zdanie, bohater Dostojewskiego dotarł do takiego punktu, że pojawił się przed nim jego własny omam. Nauczywszy się w biurze trzymać język za zębami i komentować wszystko tylko w myślach, sprawił, że jego sobowtór zaczął istnieć integralnie i sprawiać mu coraz większe kłopoty. Ten fantom miał wszelkie pozytywne cechy, których nie doszukamy się u Goladkina właściwego – potrafił zjednywać sobie ludzi, a lubiany przez kolegów i przełożonych, miał świetne pomysły i szybko alienował się od tego, który go stworzył. Czy to jest schizofrenia? Zapewne tak, chociaż przybiera ona skrajną formę i generuje nieomal realne obrazy. Przynajmniej tak się wydaje Goladkinowi, który przecież widzi wszystko w myślach lub snach i w nich też przemieszcza się po Sankt Petersburgu.   

Newski Prospekt w Petersburgu – Litografia 1823

Sobowtór jest arcydziełem narracyjnym Dostojewskiego, oddającym w kongenialny sposób dezynwolturę życiową głównego bohatera i jego neurasteniczny sposób prowadzenia dysput z samym sobą. Także w kontaktach z innymi ludźmi Goladkin wypowiada się tak, jakby ciągle miał do siebie pretensje, że coś wyszło nie tak, a słowa nie odzwierciedliły jego prawdziwych intencji. Charakterystyczna jest tutaj scena u doktora medycyny Krystiana Iwanowicza Rutenszpica, który szybko orientuje się, że ma do czynienia z chorobą umysłową niezapowiedzianego pacjenta – niby słucha go z uwagą, potakuje, ale wie już jaki będzie finał tej choroby. Goladkin stara się zaprezentować mu z jak najlepszej strony, ale tylko pogrąża się coraz bardziej: Ja, Kristianie Iwanowiczu – ciągnął wciąż dawnym tonem Goladkin, nieco podrażniony i zaskoczony skrajnym uporem Kristiana Iwanowicza – ja, Kristianie Iwanowiczu, lubię spokój, a nie światowy gwar. Tam u nich, powiadam, w wielkim świecie, powiadam, Kristianie Iwanowiczu, trzeba umieć butami szlifować parkiety… (tu pan Goladkin szurnął lekko nóżką po podłodze), tam tego żądają, kalamburów też żądają… wonne komplementy trzeba umieć układać… o, tego właśnie tam żądają. A ja się tego nie uczyłem, Kristianie Iwanowiczu – nie uczyłem się tych wszystkich wymyślności, nie miałem czasu. Jestem człowiekiem prostym, nieskomplikowanym, nie mam zewnętrznego poloru. Pod tym względem, Kristianie Iwanowiczu, składam broń, składam ją mówiąc w tym sensie. – Wszystko to pan Goladkin oczywiście wypowiedział z taką miną, która wyraźnie dawała do poznania, że nasz bohater nie żałuje tego, iż pod tym względem składa broń i że nie uczył się tych wymyślności, lecz że wprost przeciwnie.[2] Dostojewski znakomicie imituje sposób mówienia urzędnika, płaszczącego się przed interlokutorami, a jednocześnie stale nerwowo powtarzającego te same frazy, tytuły, imiona i nazwiska. To jakby swoiste odwzorowanie chorego strumienia świadomości, wydostającego się z trzewi bohatera i wywierającego jak najgorsze wrażenie na jego rozmówcach. Szczególnie wrogowie Goladkina mają uciechę, bo jego zachowanie, sposób bycia i nieustannego multiplikowania tych samych kwestii, wskazuje nieodwołalnie, że jest on wariatem. W środowiskach biurokratycznych dawnej Rosji nie bawiono się w rozbudowane analizy i diagnozy lekarskie, jeśli ktoś zachowywał się dziwnie i nie potrafił skupić się na powierzanych mu obowiązkach, szybko stawał się osobą niepożądaną, obiektem coraz złośliwszych plotek i – koniec końców – wylatywał z hukiem z pracy. Zanim jednak Goladkin trafi do szpitala psychiatrycznego, przejdzie prawdziwe piekło samooskarżeń i lęków, błędnych analiz i dyskusji ze swoim wyimaginowanym sobowtórem. Jego choroba rozwinie się szybko i spowoduje ciąg nieuchronnych zdarzeń, a wewnętrzna alienacja doprowadzi go do izolacji ze społeczeństwa.

Goladkin i sobowtór – mal. Borys Swesznikow

Dostojewski z konsekwencją ukazuje degradację ludzkiego umysłu i upadek człowieka, który nie poradził sobie w drapieżnych środowiskach petersburskich. Chciał zdobywać uznanie, łagodnie mijać kolejne szczeble kariery urzędniczej, a tymczasem coraz bardziej pogrążał się w upadku i generował negatywne sytuacje. Szybko zaczęto widzieć w nim neurastenika, a stąd już tylko krok ku złośliwym, niesprawiedliwym i nieuczciwym komentarzom, ku wariactwu i opętaniu. Bo przecież taka jest wymowa końcowych zdań utworu: Głucho ściskało się serce w piersi pana Goladkina, krew uderzała mu do głowy gorącym strumieniem, było mu duszno, miał ochotę się rozpiąć, obnażyć pierś, obsypać ją śniegiem i oblać zimną wodą. Wreszcie stracił przytomność… Kiedy się ocknął, ujrzał, że konie niosą go jakąś nieznaną drogą. Na prawo i na lewo czerniały lasy, było głucho i pusto. Wtem zdrętwiał: dwoje ognistych oczu patrzało na niego w ciemności i oczy te błyszczały złowieszczą, piekielną radością. To nie Kristian Iwanowicz! Któż to? A może to on! To Kristian Iwanowicz, ale nie ten poprzedni, to inny Kristian Iwanowicz![3] Domyślać się możemy, że lekarz transportuje go do domu wariatów, a diaboliczne omamy są skutkiem wcześniejszych dewiacji. Wielu kościelnych egzorcystów i świeckich psychologów wskazuje, że opętanie bezpośrednio graniczy z obłędem i utratą władz umysłowych. Piekielne oczy wpatrujące się w bohatera są znakiem, że dotarł on na skraj człowieczeństwa i zatracił poczucie integralności. Odtąd przedziwne siły będą go popychały do absurdalnych zachowań i nie możemy wykluczyć, że oddali się od niego sobowtór, a środki psychotropowe złagodzą stany patologiczne. Z narracji Dostojewskiego wynika raczej, że zamknięcie pogłębi neurastenię Goladkina i będzie koniecznością w perspektywie zagrożeń dla społeczeństwa i jego samego. Chora głowa nie przestanie generować dziwnych obrazów, a umysł zacznie wyświetlać w nim coraz to inne dekoracje. Choć bohater zostanie odizolowany w specjalnym pomieszczeniu, zdawać mu się dalej będzie, że wędruje Newskim Prospektem, spotyka przyjaciół i wrogów, a jego przewodnikiem będzie zapewne wcześniej wygenerowany bliźniaczy omam. W prawosławiu straszenie piekłem było równie silne jak w katolicyzmie, trudno się zatem dziwić, że Goladkin wychowany w przestrzeni grozy i drastycznych obrazów infernalnych mąk, zaczyna widzieć w ludziach demony i oskarżać ich o swój upadek. Paradoksalnie najwyrazistszym z nich staje się ten, który niesie mu pomoc, czyli lekarz Rutenszpic, znający wiele takich przypadków i bezbłędnie diagnozujący schizofrenię urzędnika. Decyzja o zamknięciu Goladkina w zakładzie dla umysłowo chorych ma obronić pacjenta przed nim samym, ale jednocześnie jest straszliwym wyrokiem i w jego zranionej wyobraźni urasta do rangi zstąpienia do piekieł. Lekarz staje się w takim kontekście diabłem, który transportuje go ze świata żywych do piekła, z którego nie będzie wyjścia. Tak wysłannik rozumnej ludzkości przybiera rysy diaboliczne, a jego oczy stają się ślepiami, w których połyskuje satanistyczna radość. Goladkinowi w takiej sytuacji zostaje tylko przerażenie, nerwowe ruchy, poczucie ostatecznego przegrania i gdyby nie znalazł się w izolacji, mógłby odebrać sobie życie. Historia ludzkości uczy, że wielu jemu podobnych osobników nie wytrzymywało naporu zdarzeń i decydowało się na gest ostateczny…    

Demony Goladkina – mal. Wiktor Vilner

 [1] F. Dostojewski, Sobowtór [w:] Dzieła wybrane, t. III, przeł. S. Pollak, Warszawa 1984, s. 823.

[2] Tamże, s. 794.

[3] Tamże, s. 938.

* * *

Idąc moją ulicą do sklepu zauważam na niebie lśniącą smugę oparów silnikowych wielkiego samolotu. W perspektywie czarnych gałęzi i gasnącego dnia, przypomina mi ona liczne loty interkontynentalne. Nauczyłem się organizować sobie czas podczas mozolnego podążania do jakiegoś odległego celu i szczególnie przydane w tym względzie były częste wyprawy do Chin. Zwykle czytam jakąś książkę, przeglądam gazety, wzięte ze stolika przy wejściu do aeroplanu, zdarza się, że coś piszę, oglądam jakieś filmy i stale kontroluję na mapie postęp lotu. Pode mną pojawiają się wielkie i mniejsze miasta, górskie osady, największe rzeki świata, ruchliwe autostrady, a jeśli azymut maszyny wyznaczony został nad morzami lub oceanami, próbuje dostrzec jakieś statki, wyspy, zarysy linii brzegowej. Zapamiętałem wiele takich niepowtarzalnych chwil – nad Indiami, gdy błyskawice co chwilę rozświetlały niebo, nad Stanami Zjednoczonymi, gdy wyraźnie widać było pustynne ostańce Arizony i przełom rzeki Colorado. Albo ta obserwacja lodołamaczy, torujących drogę statkom w Zatoce Świętego Wawrzyńca, momenty przy oknie, gdy samoloty znalazły się nad pustynią Gobi i Saharą, nad dżunglami Konga i Angoli. To tylko przykładowe zauroczenia tego typu, bo przecież było ich wiele, tak jak spotkałem mnóstwo ludzi, pojawiających się obok mnie i siedzących w innych częściach kabin. To zastanawiające, że czas zaciera kontury i zapamiętałem tylko najwyrazistsze osobowości: piękną czarną dziewczynę mknącą obok mnie z Amsterdamu na Newark, subtelną Chinkę dzielącą ze mną lot z Moskwy do Pekinu, Afroamerykanina o wadze ze dwieście kilogramów, który przygniótł mnie swoim ciałem, a choć lecieliśmy tylko dwie godziny, z Tampy do Nowego Jorku, to było to doświadczenie ekstremalne. Ciekawe w ilu umysłach zapisałem się dłużej… Może pamięta mnie Holender, który zamawiał u uczynnej stewardesy linii KLM, dla siebie i dla mnie, kolejne buteleczki whisky, choć wcale go o to nie prosiłem. A może stoję w pamięci Nigeryjczyka, z którym rozmawiałem podczas lotu z Warszawy do Stambułu i obaj rozpływaliśmy się nad pięknem kobiet z jego kraju. Czy czasem wspomina mnie ta ekspresyjna pięćdziesięcioletnia blondyna lecąca z Nairobi do Berlina, która już po pół godzinie rozmowy i popijania krwawej Mary, gotowa była brać ze mną ślub. A może pałętam się gdzieś w zakamarkach pamięci ogromnych rzesz stewardes i stewardów, a szczególnie jednej z nich, o urodzie Jennifer Lopez, uśmiechającej się do mnie jakoś tak ponad programowo podczas lotu z Medellín do Panama City? Tak, idąc ulicą w mojej dzielnicy i patrząc na rozognioną strzałę dalekiego samolotu, interaktywnie tęsknię za nowymi lotami…                              

MROŹNA KRAINA

Xiao Hong (1911–1942)

Xiao Hong urodziła się 1 czerwca 1911 roku, w dniu Święta Smoczych Łodzi, w małym miasteczku Hulan, leżącym nad rzeką o tej samej nazwie. To był także dzień w którym ojciec poezji chińskiej Qu Yuan rzucił się do rzeki, protestując przeciwko zepsuciu politycznemu okresu Trzech Królestw. Dzisiaj Hulan jest dzielnicą Harbinu, wspaniałego miasta w Mandżurii, jakże dotkliwie doświadczonego na przełomie XIX i XX wieku. Dziewczynka przyszła na świat w rodzinie bogatych właścicieli ziemskich jako Zhang Naiying, a jej niezwykła wrażliwość kształtowała się w rodzinnym hutongu i w zjawiskowym, wielkim ogrodzie. Podpatrywała tam ptaki, ważki i koniki polne, wraz z ukochanym dziadkiem wykonywała drobne prace, nieustannie dyskutując z nim o ludziach, świecie i gwiazdach na niebie. Inną płaszczyzną obserwacji dziewczynki, wywodzącej się z ludu Han, byli sąsiedzi i niezwykła mozaika narodowościowa w Harbinie, gdzie uczyła się w szkole podstawowej i średniej. Jej matka zmarła, gdy dziewczynka miała dziewięć lat, ale nie przeżyła tego dramatycznie, bo ich więź była problematyczna. Także ojciec nie zapisał się dobrze w biografii przyszłej pisarki, która musiała uciekać z domu przed jego tyranią, by ostatecznie zostać wykreśloną z rejestrów rodzinnych. Żyjąc pośród Mandżurów, Koreańczyków, Mongołów, Ewenków, Rosjan, a nawet Polaków, zesłanych na Sybir, Xiao uczyła się tolerancji i patrzyła na świat szeroko otwartymi oczyma. Jej losy stały się podstawą do scenariusza chińskiego filmu pt. Spadające płatki kwiatów i obecnie jest prawdziwą gwiazdą w świecie chińskiej literatury – ikoną wrażliwości i kobiecej delikatności. Życie doświadczyło tę drobną, urodziwą dziewczynkę w okrutny sposób na wielu poziomach egzystencji i praktycznie nic się jej nie udawało, ani miłość, ani przyjaźnie, ani wydarzenia historyczne, jakże boleśnie nacechowane japońską agresją i utworzeniem marionetkowej republiki Mandżukuo. U sterów jej władzy postawiono Puyi, ostatniego chińskiego cesarza z dynastii Qing, sportretowanego tak udanie przez Bernardo Bertolucciego. Jego film może też obrazować przemiany zachodząc e w Chinach w czasach krótkiego życia Xiao Hong, tak obfitującego w nagłe zwroty akcji i zakończonego przedwcześnie w roku 1942 z powodu gruźlicy, w szpitalu w Hongkongu. Tam też została skremowana, a jej prochy podzielono i pogrzebano na cmentarzu Repulse Bay i w Kantonie.

Najbardziej znaną i cenioną powieścią Xiao Hong są Opowieści znad rzeki Hulan (呼蘭河傳), opublikowane u końca życia pisarki. Są to czarujące narracje nadwrażliwego dziecka, próbującego zrozumieć świat i ukazującego go takim jakim naprawdę jest. Nie znajdziemy tutaj kategorycznych ocen, ale sposób przedstawienia odzwierciedla uczucia autorki i staje się rodzajem wyrzutu. W lodowatej rzeczywistości północnych Chin, nieopodal wielkiej rzeki syberyjskiej Amur i miasta Harbin, określanego jako Paryż północy, rozgrywają się małe i wielkie dramaty, takie jak oderwanie nogi konika polnego i zamęczenie młodej synowej przez teściową, odprawianie prymitywnego rytuału szamańskiego i potajemne schadzki miłosne dziwacznego młynarza, zapadnięcie się konia w błotnistą maź i nagły przylot stad wron. Dziewczynka widzi wszystko ze zdwojoną mocą, analizuje i wymądrza się przed dziadkiem, a ten z przymrużeniem oka znosi wszelkie jej fanaberie. Autorka snuje swoją opowieść spokojnie, jakby chciała odwzorować leniwe nurty pobliskiej rzeki Hulan, a jednocześnie nasącza swoją prozę tak wielką zmysłowością, że staje się ona rodzajem plastycznych obrazów. Ważną rolę odgrywają tutaj też dokładnie odwzorowywane elementy świata i szczegóły najbliższej przestrzeni. Tak powstaje niezwykły hymn istnienia wrażliwego bytu, przeciwstawiającego się mrozom krainy i bezduszności ludzi – opowieść o rzeczach błahych i o samej istocie istnienia. Jakże chińska jest ta proza, przepojona miłością do ludzi i żalem z powodu ich przemijania, a przy tym jakże uniwersalna i sprawiedliwa przy przedstawianiu kolejnych postaci: aptekarzy, młynarza Fenga Krzywa Gęba, starego kucharza, sprzedawców bułeczek z nadzieniem i tofu, a nade wszystko członków rodziny, takich jak Drugi Wuj You. Spojrzenie dziecka zwykle idealizuje rzeczywistość, ale perspektywa dojrzałości kobiecej każe przedstawiać wszystko prawdziwie, bez przerysowań i uwzniośleń. Otrzymujemy zatem niemal malarski szkic miasteczka, w którym życie płynie leniwie, lato trwa krótko, a zimy i mrozy ciągną się w nieskończoność. Trudno się dziwić, że doroczny chiński festiwal rzeźb i budowli lodowych odbywa się w Harbinie, gdzie lód jeziora osiąga grubość jednego metra.

Rzeka Hulan w zimie

Powiernikiem i najczulszym przyjacielem dziewczynki jest jej dziadek ze strony ojca narratorki, jakże różniący się charakterem od niego. Mała bohaterka tej prozy instynktownie wyczuwa w nim wielkie pokłady dobroci i uwielbia przebywać w pobliżu niego, a także odbywać wyprawy do domów innych ludzi. Ma to często miejsce, bo jest on kimś w rodzaju sołtysa lub burmistrza mieściny i często decyduje o sprawach mieszkaniowych i społecznych. Tylko z nim dziewczynka może dyskutować bez lęku, że zostanie skarcona i tylko on udziela jej życzliwych rad, uczy życia w delikatny sposób, przygotowując ją do dalszej drogi. Niestety tak rodzi się też w niej niezwykła wrażliwość i delikatność, która zostanie bezwzględnie wykorzystana przez jej kochanków i partnerów. Na szczęście zrodzi ona też twórczość literacką i plastyczną – wszakże bohaterka powieści jest tylko lekko podkolorowana i w zamyśle autorskim ma odzwierciedlać losy pisarki. Zwykle wnuki zaprzyjaźniają się z rodzicami matki lub ojca, ale w tym przypadku dziadek stał się kimś na kształt strażnika tajemnego edenu dzieciństwa: Dziadek spędzał w ogrodzie całe dnie, a ja mu towarzyszyłam. On nosił duży słomkowy kapelusz, ja miałam mały. Naśladowałam go, gdy sadził kwiaty. Gdy wyrywał chwasty – wyrywałam i ja. Kiedy sadził kapustę, szłam za nim i nogą zasypywałam zagłębienia, w których umieszczał ziarenka. Nie żeby mi to równo wychodziło, ot tak, tu kopnęłam prawą nogą, tam lewą – dziecięce igraszki. Czasem nie tylko ich nie przesypywałam, ale wręcz wykopywałam w powietrze. Ten element zabawowy jest bardzo ważny w narracjach Xiao Hong i często wraca jak przypomnienie, że u podłoża ludzkiej wrażliwości leżą przeżycia dziecinne, doświadczenia pierwszych lat i wskazania naszych przewodników i opiekunów. Dziadek dziewczynki, choć jest dumnym patriarchą rodu, nie celebruje swoich urzędów i do wszystkiego podchodzi na luzie, czym zjednuje sobie nowych przyjaciół. Dziewczynka akceptuje go w chwilach wymuszonej powagi, ale najlepiej czuje się z nim, gdy żartuje, albo opowiada wymyślone historie z morałem lub dydaktycznym podtekstem. Pomiędzy niewinnością dziecka a infantylizmem starca często zawiązuje się rodzaj żartobliwej unii: Oczy dziadka promieniały radością, a jego śmiech brzmiał perliście jak śmiech dziecka. Dziadek był bardzo wysoki, cieszył się dobrym zdrowiem, chodząc, w ręku trzymał często laskę, a w kąciku ust miał swoją nieodłączną fajkę. Spotkawszy któreś z okolicznych dzieci, lubił z nimi pożartować. Tak jego dobra natura i znajomość prawideł życia promieniują na dziewczynkę i najpełniej przygotowują ją do życia.

Plakat chińskiego filmu Spadające płatki kwiatów nakręconego na podstawie powieści Xiao Hong

Choć pisarka nie ocenia ludzi, to jej realistyczne opisy poszczególnych zachowań stają się ostrą krytyką społeczeństwa chińskiego w pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego wieku. Najlepiej widać to w rozdziale piątym powieści, będącym opisem dziejów młodziutkiej żony, kupionej przez rodzinę Hu. To co miało być dla niej wielką przygodą i startem w nowe życie, stało się pasmem nieszczęść, płaczu i ciągłej udręki. Wszystko za sprawą złej teściowej, która uznała, że nastolatkę należy często katować, by utemperować jej „hardość” i wybić jej z głowy chęć powrotu do rodzinnego domu. Dziewczyna była maltretowana psychicznie, batożona, a nawet przypalana rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem, co spowoduje u niej najpierw autystyczne zamknięcie, a potem rodzaj choroby umysłowej. Nie wytrzymując ciągłych szykan i spektakli dla sąsiadów, urządzanych przez teściową, nieszczęsna, ubezwłasnowolniona żona umiera bez słowa skargi. Okrucieństwo teściowej idzie tutaj w parze z głupotą społeczności miasteczka Hulan, kibicującej takim przedstawieniom jak odzieranie dziewczyny z odzienia i podtapianie jej w balii z gorącą wodą: Wrzucona do wrzątku dziewczynka wrzeszczała jak opętana i rzucała się, jakby walczyła o życie. Trzy, może cztery osoby stały obok i polewały jej głowę. Po chwili jej twarz zrobiła się purpurowa, a ona sama przestała się wyrywać i stała spokojnie, jakby dała za wygraną. Kadź byłą na tyle ogromna i głęboka, że na zewnątrz wystawała praktycznie tylko głowa dziewczynki. Przyglądałam się jej długo, długo. Po jakimś czasie praktycznie przestała się ruszać, nie płakała już ani się nie śmiała, a jej twarz przybrała taki odcień jak czerwony papier wróżbity. Spływały po niej krople potu. Choć przybywa gapiów, nikt nie potrafił powstrzymać absurdalnych dyspozycji szamanki i członków przybranej rodziny, nakazujących trzykrotną kąpiel we wrzątku i podtapianie w celu wygnania złego ducha. Tak spowodują kilkakrotną utratę przytomności tego prawie dziecka, a w konsekwencji jakże smutną śmierć. Dla społeczności miasteczka ważniejszy jest spektakl, niż życie młodziutkiej żony, przybyłej z daleka i nie godzącej się na wybryki teściowej. Jej odejście traktują tak samo jak zdechnięcie konia lub osła, jak rytualne odcięcie głowy koguta lub kaczki, wreszcie jak ścięcie łanu zboża. Tak musiało się stać, bo takie były prawa współistnienia w mroźnej krainie, a kto się przeciwko nim buntował, płacił cenę najwyższą.

Song Jia jako Xiao Hong w filmie Spadające płatki kwiatów

Powieść Xiao Hong wpisuje się w szeroki nurt chińskiej współczesnej prozy realistycznej, choć sposób opowieści przypomina tutaj też nieco magię dzieł Marqueza i Mo Yana. Opowieści znad rzeki Hulan są też zdumiewającym dokumentem historycznym, opartym na jednej biografii, ale też interioryzującym doświadczenia kilku pokoleń Chińczyków. Podejmowali oni wyprawy ku północnej krainie w poszukiwaniu lepszych warunków życia, ale często nie wytrzymywali skrajnych mrozów i zamknięcia się ludzi w hermetycznych kręgach rodzinnych lub narodowościowych. Dziewczynka z tej powieści i pisarka są przedstawicielami najbardziej ekspansywnego ludu Han, ale przecież zachowania sąsiadów i jej rodziny noszą także znamiona prymitywizmu i automatyzmu przypisywanego społecznościom szamanistycznym. Mandżuria z czasów dorastania dziewczynki, to tygiel kulturowy, w którym mieszały się wpływy i zwyczaje wielu nacji. Zamknięcie się rodzin w hutongach, czyli kwadratach niskich domach z podwórkiem po środku, było koniecznością warunkowaną przez zapobiegliwość i chęć zaznaczenia własnej inności. Pamiętajmy też i o tym – co wskazuje w Posłowiu tłumaczka Małgorzata Stoszek-Deng – że obfitująca w rozmaite surowce rozległa terytorialnie Mandżuria była terenem ścierania się potęg i mocarstw. Początkowo zamknięta na osadnictwo etnicznych Chińczyków Han, pod koniec XIX wieku stała się ich ziemią obiecaną i celem masowej migracji, zwłaszcza z regionów biednych, nawiedzanych przez klęski żywiołowe – z Shandongu i dzisiejszej Hebei. Kusiła przestrzeniami, żyznym czarnoziemem, możliwością zdobycia fortuny przez poszukiwaczy złota. Z podobnych przyczyn była również łakomym kąskiem dla sąsiednich państw. Przybysze z innych części Państwa Środka, tacy jak dziadek dziewczynki, stosowali liczne zabiegi by przetrwać pośród nowej społeczności, od żartobliwego komentowania tragedii i dramatów, po sentencjonalne traktowanie kolejnych zawiłości życiowych. Na tym tle dzieje rezolutnej i mądrej Chinki z miasteczka Hulan stają się opowieścią o wielkiej ludzkiej tęsknocie za czułością, bliskością i pełnią egzystencji – zyskują też wymiar uniwersalistyczny i pod każdą szerokością geograficzną odczytywane będą jako pełne prawdy dopełnienie mitu kalendarzowego, w który od tysiącleci wpisują się ludzkie losy.   

___________

Xiao Hong, Opowieści znad rzeki Hulan, przeł. Małgorzata Stoszek-Deng, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, s. 254.

DALEKIE ROZMYCIA

Wstałem około siódmej rano i stanąłem przy oknie, za którym jest weranda i mój niewielki ogród. Jak zwykle, stado wróbli czekało aż im coś rzucę, tym bardziej, że śnieg wciąż okrywa trawniki i drogi, dachy i gałęzie drzew. Wiatr strącił go tylko z górnych partii pobliskich olch i drzew owocowych i siedzą na nich cierpliwe wrony, gawrony, czasem zatrzymają się kłótliwe sroki. One też wiedzą, że na moim podwórku można rano znaleźć coś do zjedzenia, a choć za tarasem czai się wyjątkowo morderczy kot sąsiada, starają się go przechytrzyć. Patrzę dalej, w kierunku lotniska i widzę rozpłomienione niebo, jak z czasów mojej młodości, gdy tak przykuwało moją uwagę i generowało marzenia o dalekim świecie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będzie mi dano zobaczyć wiele wspaniałych miejsc na półkuli północnej i południowej, wschodniej i zachodniej. Ale doskonale pamiętam tamte zachwycenia, długie kontemplowanie nadpalonego nieba o wschodzie i zachodzie słońca, takiego jak to dzisiejsze. Tak rodziła się moja wrażliwość, dodatkowo doświadczana przez kolejne odejścia moich przyjaciół i ich jakże smutne pogrzeby. A dzisiaj, zaczyna się dzień i siadam do pracy przy komputerze, spełniony, mający wiele planów literackich, artystycznych i wydawniczych, zakorzeniony w przestrzeniach globu, wielkiego układu planetarnego, galaktyki i niewyobrażalnie rozległego wszechświata. Poranne barwy wschodniej strony nieba zwiastują coś wspaniałego we mnie i poza mną, trudnego do wyrażenia, ulotnego jak dalekie rozmycia…

RAMZES XIII

Edwin Long – Stracone zachody miłosne, 1885

Zakończyłem odnawiającą lekturę Faraona Bolesława Prusa, tym razem szybką i niezwykle efektywną poznawczo. Wcześniej próbowałem przeczytać tę słynną powieść w młodości, ale moja rozwichrzona natura nie pozwoliła mi przebrnąć przez ponad sześćset stron drobnego druku. Teraz wyposażony w odpowiednią wiedzę historycznoliteracką i teoretycznoliteracką, ciekawie pochłaniałem kolejne księgi i rozdziały. Przedsięwzięcie naszego pozytywisty było ogromne, tym bardziej, że nigdy nie był w Egipcie, korzystał tylko z opracowań i rycin, a u końca dziewiętnastego wieku (1895) fotografia nie była jeszcze tak rozpowszechniona jak dzisiaj. Pisarz postanowił stworzyć na papierze postać literackiego faraona z dwudziestej dynastii, któremu nadał imię Ramzes XIII, a do tego nakreślić panoramę krainy nad Nilem sprzed około trzech tysięcy lat. Uczynił to głównie za sprawą niezwykle rozbudowanych dialogów, zaniedbując nieco partie opisowe. Jak każda wielka powieść, dzieło to ma swoje plusy i minusy, wielu miłośników i zaprzysięgłych wrogów. Z perspektywy wiedzy egiptologicznej trzeciego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku, możemy wskazać liczne błędy Prusa, które w literaturoznawstwie zwykło się nazywać „niekonsekwencjami autorskimi”. Także przeniesienie postaci Herhora z czasów Ramzesa XI i uczynienie go na końcu powieści faraonem uznać należy za zabieg wątpliwy. Warto jednak rozgraniczać to, co było kreacją pisarską od wiedzy naukowej, tak jak w przypadku skrajnego antagonizmu pomiędzy kapłanami i faraonem. Wątpliwy dzisiaj wydaje się też pomysł stworzenia fikcyjnego labiryntu i status społeczny chłopów, ukazywanych jak murzyńscy niewolnicy w Ameryce. W opisywanych czasach nie było w Egipcie machin oblężniczych i miotających, amfiteatrów i budowli teatralnych, nie znano spowiedzi, nie wygłaszano kazań, a ksenofobia w stosunku do Żydów i Fenicjan była znacznie mniejsza. Nie znajdziemy tam też konwalii, figowców indyjskich, drzewek pomarańczowych, róż, kur domowych, a polowano głównie z psami, nie z panterami, a konie wykorzystywano raczej do rydwanów i nie jeżdżono na nich wierzchem. Jest już spora literatura przedmiotu, analizująca niekonsekwencje Prusa, ale przecież ważniejsza jest tutaj jego siła wyobraźniowa i umiejętność stworzenia w powieści świata z zamierzchłych czasów. Ta rekonstrukcja jest prawdopodobna i na poziomie tzw. zwykłego czytelnika może być fascynująca, dająca wyobrażenie o Egipcie w konkretnej przestrzeni czasowej. To zapewne spowodowało, że powieścią zainteresował się Jerzy Kawalerowicz i stworzył dzieło filmowe, wielokrotnie nagradzane i chwalone przez znanych reżyserów (Martin Scorsese). Podczas mojej nowej lektury najwartościowsze były właśnie owe elementy imaginacyjne i techniki narracyjne, zastosowane przez pisarza. Także postać Ramzesa XIII jest prawdopodobna, żywa, znacznie lepiej nakreślona niż kostyczny ojciec i główny antagonista Herhor. W dziele tym brakuje rozbudowanych wątków miłosnych i sensacyjnych, choćby takich jak w powieści Miki Waltariego o trepanatorze królewskim pt. Egipcjanin Sinuhe i książce Karla Brucknera Złoty faraon. Jako wielbiciel ptaków, zwierząt i roślin odczułem też liczne braki w zakresie ich odwzorowania w dawnym Egipcie, gdyż przywołane gatunki są bardzo skromne.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (13)

Ryszard Danecki urodził się w Poznaniu 23 sierpnia 1931 roku a zmarł w stolicy Wielkopolski 30 listopada 2013 roku. Jako czternastoletni chłopak brał udział w walkach o wyzwolenie Poznania, a potem – w roku 1950 – podjął studia w Moskiewskim Instytucie Literackim im. Gorkiego i należał do elitarnej grupy kilku zaledwie poetów polskich, którzy legitymowali się dyplomem akademii kształtującej mistrzów słowa. Od momentu ukończenia studiów, pracował w poznańskiej prasie, gdzie był znanym publicystą kulturalnym. Jego debiut literacki miał miejsce w 1952 roku, kiedy to opublikował poemat pt. Wyzwolenie Poznania,  a pierwszy zbiór wierszy – Witryna – ujrzał światło dzienne w roku 1958. W tym samym też roku czytelnicy otrzymali kolejny tomik – Czarny sześcian ciszy, a potem ukazało się kilkadziesiąt książek, spośród których warto wymienić zbiory wierszy: Twarzy odwracanie (1961), Afrasiabe (1964), Na opalenie skrzydeł (1969), Dedykacje (1972), Patrol poetycki (1977), Poemat piastowski (1978), Tobie Poznaniu, ten srebrny liść (1980), Mężczyźni półwieczni (199), Gontyna (2004), Witaj jasności (2008); powieść quasi-biograficzną pt. Kropla oceanu, powieść dla młodzieży pt. Szaraneria i powieść teatralną – Listy do Lili Brik. Był Danecki laureatem licznych konkursów, nagród i wyróżnień, z których wymienić koniecznie trzeba „Czerwoną Różę” i Grand Prix Księżnej Ago Khan we Francji, Złoty Hiopolit, Gloria Artis. Zajmował się też poznański twórca działalnością przekładową z języka niemieckiego, angielskiego i rosyjskiego, był redaktorem licznych publikacji zbiorowych, mecenasem młodych poetów i pisarzy, a jego utwory przetłumaczone już zostały na ponad trzydzieści języków obcych.

Początki działalności literackiej Daneckiego nierozerwalnie związane były z poczynaniami młodoliterackiej grupy „Wierzbak”, która po raz pierwszy określiła się publicznie w połowie 1956 roku. Oprócz Daneckiego należeli do niej Gerard Górnicki, Józef Ratajczak, Marian Grześczak, Maciej Marian Kozłowski, Konrad Sutarski, Eugeniusz Wachowiak. Znacznie później dołączył jeszcze Bohdan Adamczak. W swoistym manifeście grupy, opublikowanym w książce pt. Rzecz poetycka – młodzi (Łódź 1958) tak określał Danecki ramy tej formacji: Powstał jednolity zespół młodych twórców, których prócz węzłów osobistej przyjaźni połączyło nowatorskie spojrzenie na sztukę i zdecydowanie materialistyczny światopogląd. (…) Grupa „Wierzbak „ w swoich założeniach zdąża do sztuki współczesnej, tj. wyrażającej wszystkie węzłowe konflikty społeczne i moralne naszego czasu za pomocą środków artystycznych, zrozumiałych dla współczesnego odbiorcy – poprzez odwołanie się do doświadczeń jego codziennego życia i unikanie zastygłych schematów tradycyjnej sztuki. Obraz poetycki to najkrótszy i najdoskonalszy środek przekazywania myśli i uczuć – musi pomagać, a nie utrudniać zrozumienie zamierzeń autorskich… (…). Twórczość Daneckiego, jak klamra, spinają dwie książki, które ukazały się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Wybór wierszy Zawsze jest czas teraźniejszy (1985) i wybór opowiadań pt. 112 godzin szczęścia (1988). W książkach tych najwyraźniej dały o sobie znać  centralne problemy i właściwości tej literatury. Te tomy to jakby katalog miejsc szczególnego uwrażliwienia, a zarazem mapa z zaznaczeniem drogowskazów i kamieni milowych egzystencji, jej wzniesień i depresji. Działalność literacka Daneckiego spotykała się z żywym odbiorem czytelników i krytyków, którzy obdarzali go różnorakimi etykietkami – posądzali o konstruktywizm (w złym tego pojęcia znaczeniu), surrealizm i staromodny liryzm. Niewiele tylko odezwało się głosów, aż przykro o tym mówić z perspektywy wieloletniego życia poetyckiego autora, które w sposób mądry i konstruktywny starałyby się określić wyznaczniki tej niełatwej w odbiorze liryki. Ale znalazło się kilku prawdziwych smakoszy słowa, którzy dostrzegli w Daneckim i w jego poezji niezbywalne wartości. Mieczysław Jastrun pisał, iż najciekawsza w tej poezji jest właśnie wrażliwość zmysłowa, odczucie barw, zapachów, zamiłowanie do egzotycznych obrazów i dźwięków, a Julian Przyboś dodawał, iż podobało mu się w poezji Daneckiego to, że utwory te są sprawdzalne, osadzone w konkretnej sytuacji. Nie ulega wątpliwości, że obaj wielcy twórcy mieli rację, była bowiem poezja autora Czarnego sześcianu ciszy niezwykle ekscytującym przykładem umiejętnego poetyckiego przetworzenia wszystkich życiowych przeżyć i zmysłowych doznań, porażek i zauroczeń. Dlatego częstokroć dochodziło w tych utworach do oryginalnych zestawień wyrazowych, gdzie ornamentyka arabska sąsiadowała z lądującym odrzutowcem, a dymy i druty poznańskiej ulicy z bazarem Czikirsarai.

Danecki znakomicie opanował poetyckie rzemiosło – pisał wierszem białym, ale też potrafił posługiwać się klasycznymi formami wersyfikacyjnymi, by nagle zniżyć się do ulotności i zwiewności błahej piosenki czy zastosować ciekawe słowne stylizacje i archaizacje. Właśnie słowo było podstawą swoistej filozofii poetyckiej Daneckiego: Żeby/ świat od nowa powstał / konieczna jest mowa / ta podległa czasom, przypadkom i trybom,/ a nie ta podobna wrzaskowi i piskom… Słowo to przecież istota i miąższ rzeczywistości, rozumiejący to poeta starał się tak dobierać słowa, aby tworzyć swoiste „koronki metaforyczne”, próbujące chociaż w części zrekonstruować złożoność i zawiłość, urok i piękno świata. Są wiersze Daneckiego niezwykłymi dowodami na to, jak chłonna i niezwykła potrafi być ludzka wrażliwość zmysłowa. Nie darmo pojawiają się w poszczególnych utworach przywołania Rubensa czy Hume’a – Danecki zdaje się pisać wszystkimi zmysłami; jest wrażliwy na ciepło i chłód, na delikatność i szorstkość, na barwę i ciemność, wreszcie na zapach i dźwięk: Żywiczny czas w sosnowym sęku/ wybucha nagle ognistym bożkiem / kląskają suche płomienie sekund,/ iskrami tryska igliwie gorzkie. Do tego wszystkiego dodać trzeba tak podobającą się Jastrunowi egzotykę; obok pędów figowych i brązowych Uzbeków, w warstwach metaforycznych i znaczeniowych znajdziemy kindżały, kilimy, Koran i gliniane ossarium, tygrysie skóry i bydło zebu. Wszystkie elementy zestrzelone w obszar wiersza tworzą niebywały poetycki fotoplastykon. W każdym utworze mamy do czynienia z inną konfiguracją znaczeniową, bo Danecki nigdy się nie powtarzał, co najwyżej transponował ten sam motyw w coraz to inne warianty. Częstokroć możemy doszukać się w utworach poznańskiego twórcy obrazów niezwykle ekscytujących oraz wskazań niebywałych możliwości kontaminacyjnych ludzkiej wrażliwości. Ale przecież –  jak pisał Danecki w manifeście „Wierzbaka” – W y o b r a ź n i a  nie decyduje jeszcze o wszystkim, liczy się o tyle, o ile stwarzane przez nią wizje wzbogacają doświadczenie odbiorców sztuki. Jeżeli jest to wyobraźnia nie wykraczająca poza granice doświadczeń dziecka – może stwarzać miłe obrazki, ale ich wartość poznawcza może mieć znaczenie najwyżej w odniesieniu do czytelnika lub widza dziecięcego. Każdy najbardziej zaskakujący obraz jest mniej lub więcej nieoczekiwanym zestawieniem elementów już znanych. Zatem najbogatsza nawet wyobraźnia nie jest w stanie stworzyć obrazu, którego każdy poszczególny element nie dałby się sprowadzić do faktów znanych z doświadczenia. Takie obrazy i metafory jak choćby tlenione krwi gorejące znicze czy posąg drewniany z zachwytu zdają się tę zasadę potwierdzać. O wyobraźni Daneckiego pisał ciekawie w Posłowiu do wierszy wybranych Piotr Kuncewicz: Danecki ma osobliwie konkretną wyobraźnię przestrzenną, może i nie bałbym się określenia „geometryzującą”. Bardzo często jest tak, że jakiś element obrazu ma się do innych przestrzennie właśnie. Coś jest w środku, coś jest okrążone, coś otacza coś jest w kierunku „tam”, coś innego „z powrotem”, coś pomiędzy, wysoko etc. I faktem jest, że obraz Daneckiego wyobrażamy sobie przestrzennie…. Zwróćmy też uwagę na swoistą walkę żywiołów, toczącą się nieustannie w tej liryce. To walka pomiędzy światłem i mrokiem, między barwami jaskrawymi i tonacjami barw złamanych, pomiędzy ogniem i lodem, krwią, ciałem i śmiercią. I choć w jednym z wierszy mówi autor, iż śmierci nie ma (…) tylko formy giną, to jednak w aforyzmie tym odnajdziemy pogłosy pesymizmu. Danecki nasącza też swoją poezję sokami miłości – te wiersze, pisane najczęściej z dystansem, zbliżają się do łagodnej powiewności ludowej piosenki, są czasem prześmiewcze i samokrytyczne. Poeta przecież niesie w sobie widoki Buchary i Leningradu, drążą jego  wyobraźnię   „przestrzenne  iluzje”,  wracają spotkane  niegdyś  egzotyczne postaci – nie tak łatwo daje się więc zaskoczyć przez kobietę. Danecki w perspektywie swoich wierszy jest poetą niesłychanej zachłanności wizualno-semantycznej, twórcą wrażliwym, często nadwrażliwym… Jest też konstruktorem, tym który zawsze budował z rozbitych elementów kształty wyobraźni. Przy czym owo budowanie wcale nie ograniczało jego możliwości percepcyjnych i artystycznych – jak powiedział on na łamach „Nurtu”, w rozmowie z Markiem Obarskim: Konstruktywizm nie ogranicza wizji poetyckiej – narzuca  tylko  logiczny  rygor  w  b u d o w a n i u  wiersza, zrodzonego z tej wizji, z inicjującego go przeżycia emocjonalnego, czy intelektualnego. Słowo musi być po prostu znaczeniowo sprawdzalne. Inaczej wiersz staje się niewiarygodny, niezrozumiały.

Tak jak poezja jest u Daneckiego przede wszystkim domeną iluzji – tak nowelistyka pozostaje w orbicie przestrzeni. Opowiadania autora Kropli oceanu to jakby rozległy katalog ludzkich postaw, w obrębie różnorakich przestrzeni wewnętrznych i zewnętrznych. Autor przez cały czas śledził osobowe interakcje, ukazywał swoich bohaterów w sytuacji wyboru, w momencie zawahania, w najtrudniejszej godzinie życia. Dwa obsesyjne tematy tych krótkich utworów prozatorskich – miłość i śmierć – splatały się nierozerwalnie w ciąg tragedii i chwilowych wzlotów. Miłość z tych opowiadań zdeterminowana została przez instynkt śmierci. Ku niej prowadzi, przed nią ucieka i jej nieustannie się boi; autor w tych utworach – odwrotnie jak to miało miejsce w poezji – opisuje związki pomiędzy kobietą i mężczyzną, przywołując tonacje barw rozmytych walorowo. Mężczyźni pojawiający się w opowiadaniach Daneckiego są pęknięci wewnętrznie, zwykle uwikłani w różnorakie damsko-męskie perypetie (rodzina, młodsza kochanka), nie potrafią zaangażować się bez reszty w proponowane im związki. Zwykle uciekają od kobiet, bądź pozostawiają je swojemu losowi. Konsekwencje tego są często opłakane i przywodzą nawet opuszczone kobiety do samobójczych śmierci (kolejny ważki motyw tej nowelistyki).

Autor ze szczególną wrażliwością odnotowuje te momenty w życiu, które są śmierci przedsionkiem. Często główny bohater może jeszcze w ostatniej chwili odwrócić koło fortuny, ale przygląda się rzeczywistości jakby  pozostawał nad nią w zawieszeniu, jakby świadomość śmierci oddalała go od bólu i krwi, od poczucia winy i wyrządzonej krzywdy. Przy czym stan taki daleki jest od cynizmu, przywodzi raczej na myśl poczucie totalnego osamotnienia i rezygnacji, poczucie bezsensu i absurdu ludzkiej egzystencji. Owa absurdalna strona człowieczego żywota silnie oddziałuje na wyobraźnię autora, ukazuje wszak on sytuacje, które – gdyby nie wieńcząca je śmierć – wydać by się mogły śmieszne, zabawne. Człowiek podążający kanałami do rzeźni, by zabrać schowany kawał świńskiego mięsa zostaje zjedzony przez szczury; jeden z powstańców narażając własne życie czołga się w ogródku by zerwać dla kobiety dojrzałego pomidora; szanowany obywatel małego miasteczka, w zastępstwie pijanego kata, prosi sędziego o pozwolenie wykonania wyroku śmierci na złoczyńcy, a młody chłopak zgarnięty z ulicy przez Niemców i wykorzystany do kopania dołów dla rozstrzelanych – zostaje następnego dnia wezwany do Stadtverwaltung, gdzie wypłaca mu się czterdzieści siedem fenygów za prace ziemne. Ironia Daneckiego tylko pozornie jest efektowna i zdaje się być wytworem literatury, literackiej kultury; w gruncie rzeczy jest ona jednak mocno przywiązana do realnych zdarzeń i dramatów konkretnych ludzi. Jak powiedział Danecki we wspomnianej już rozmowie z Obarskim: Opowiadania te, bez względu na to, gdzie osadzona jest akcja, w kraju czy poza Polską, łączyło jedno: autentyzm. Starałem się jak najwierniej, bez stylistycznych efektów, opowiedzieć o wydarzeniach, w których uczestniczyłem, lub z którymi zetknąłem się i – które mną wstrząsnęły! Mając nadzieję, że podobny wstrząs przeżyją czytelnicy… I rzeczywiście bywali oni zaskoczeni, zaszokowani, szczególnie, gdy leniwa ale konkretna narracja Daneckiego przybierała formę reportażu, sprawiała, że czytało się opowiadania, czując się bezpiecznym, oddalonym. Realia zdarzeń i sprawność warsztatowa urzeczywistniały opisy i prezentacje, ale zwykle na końcu opowiadania czekała na czytelnika jakaś niespodzianka – silny okazuje się słabym, słaby przelewa krew i przemienia się w zwierzę. Danecki nie szuka wymyślonych fabuł, nie uwodzi czytelnika, raczej stara się rzetelnie relacjonować. I choć jego opowiadania rozgrywają się od Poznania i okolic, poprzez Warszawę, aż  do Moskwy i krain polarnych,  łączy je ten sam  obraz ludzi – ukazywanych między miłością i śmiercią, między wahaniem, a podjętą  decyzją. Człowiek tego prozaika jest dobry i pragnie także innym wyświadczać dobro. Nie z własnej winy, a raczej z racji uczuciowej bezradności został wtłoczony w sytuacje, z których nie ma ucieczki, bez sprawienia komuś przykrości, bez zranienia czyjejś duszy. Dlatego cierpi, miota się wewnętrznie, szuka bezskutecznie dróg wyjścia – wreszcie bezradny, zgnębiony, ucieka i dopiero po latach dowiaduje się jakie były jego decyzji konsekwencje.

Forma tych opowiadań jest wynikiem wystudiowanej metody twórczej – oto ich niewielkie rozmiary wymuszają maksymalne skupienie uwagi na opisywanych zdarzeniach. Autor jakby kondensuje na kilku stronicach fakty, gesty i wypowiadane kwestie, które mogłyby stać się fabułą obszernej powieści. Decyduje się jednak na skrótowość i paraboliczność opisu; wybiera raczej to, co ogólne i uniwersalne, co odnieść można do każdej sytuacji ludzkiej i do każdego człowieka. Tak powstaje – składający się z małych punkcików, ledwie impulsów – wyrazisty, holograficzny obraz człowieka. Gdyby się chciało pokusić o jego szczególny opis, należałoby powiedzieć, że jest on dobry, a nawet szlachetny, ale życie uwikłało go w cudze i własne dramaty. Nie chce jednak wyrządzić nikomu krzywdy i podejmuje desperackie próby rozwiązania różnorakich problemów. Jego bezkompromisowość i głęboka wewnętrzna uczciwość powodują, iż brnie on bez końca i ucieczka staje się dla niego jedyną alternatywą, jedynym wyjściem z sytuacji bez wyjścia. Twórczość Ryszarda Daneckiego ma głębokie walory humanistyczne – zarówno wiersze, jak i opowiadania tworzą obraz człowieka nieustannie pętanego przez los. Tym kimś bywa sam autor, bywa przyjaciel poety, ukochana kobieta, przypadkowy bohater nieopacznie zauważonego dramatu. Poznański twórca zawsze pragnął wypełniać swoją pisarską powinność, niosąc czytelnikowi obok piękna i wyczucia materii pisarskiej, także wartości ponadczasowe – pragnął wskazywać graniczne punkty ludzkiej wrażliwości. Doświadczenie było dla niego najważniejszym narzędziem warsztatu pisarskiego. W cytowanej wyżej rozmowie określał jego rolę w swojej sztuce: Chciałem być dyrygentem. Śpiewałem w chórach Kurczewskiego i Stuligrosza, prowadziłem, i to z sukcesami, chór harcerski na Śródce, założyłem w Poznaniu chór Związku Walki Młodych. Kiedy rozpoczynałem naukę w Konserwatorium, zaczęło mi to przeszkadzać w odczuwaniu piękna muzyki: słuchając symfonii zauważyłem tylko nawroty poszczególnych tematów, ich transformację, instrumentację. Później dopiero osiągnąłem trzeci – ten najwyższy stopień: ś w i a d o m e g o przeżywania piękna. Podobnie jest z doświadczeniem w pisaniu wierszy. Ale nie tylko wierszy – te prawa ważne też są utworach prozatorskich Daneckiego, a jego wirtuozeria narracyjna bierze się z dobrej szkoły reportażu, żywej relacji, z którymi autor miał do czynienia przez dziesięciolecia w pracy dziennikarskiej. Skrótowość i esencjonalność dały w tej twórczości zaskakujące efekty – oto otrzymał czytelnik jakby obraz rzeczywistości z kilkoma głębiami; pierwsza z nich, to wiarygodna realistyczna narracja – opis świata z uwzględnieniem wszystkich zakamarków, wszystkich skrywanych przestrzeni. Druga, to przepaść ludzkich charakterów, osobowości – ludzkich przestrzeni wewnętrznych; trzecia – odnosi się do symboliki zdarzeń, wyposaża opisywanie postaci i sytuacje w kontekst kulturowy, naddaje informację wpisaną w ciąg ucieczek i powrotów ludzkości; z kolei głębia czwarta to rzeczywistość metaforyczna – objawiająca się ze szczególną siłą w poezji i prozie: człowiek zjadany przez szczury i szanowany obywatel, który przemienia się w zwierzę; te zdarzenia mają swoją moc, oddziałują poprzez treść, ale też i poprzez warstwę szerszą, rozciągającą się od każdej człowieczej tragedii jednostkowej, od pojedynczej śmierci, do śmierci niejako wpisanej w ludzkie życie extremis malis ex trema remedia. Głębia piąta – to naturalistyczne zwrócenie uwagi czytelnika na zwierzęce i podświadomościowe źródła ludzkich zachowań. Ta głębia najpełniej koresponduje z głębią psychologiczną opisywanych postaci. Wszystkie te zakresy czy przestrzenie nakładają się na siebie wzajemnie, przenikają się i wspierają – a wszystkie razem mówią najpełniej o przepaściach ludzkiego bytu. Nie ulega wątpliwości, że Ryszard Danecki był jednym z najciekawszych w naszej literaturze egzystencjalistów, a jego widzenie człowieka i losu zbliżało go do Alberta Camusa, miało pewne rysy filozofii Martina Heideggera, a przy tym było (i jest) oryginalną próbą stworzenia własnej literacko-filozoficznej aksjologii, własnego świata, w którym pisarz może bytować, z którego musi uciekać i do którego w zawsze wraca.

KONSTELACJA ORIONA

Od kilku lat prowadzę spotkania literackie i artystyczne w klubie Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej „Orion”. Jest to miejsce szczególne dla mnie, związane z moimi początkami poetyckimi i dawnym, wieloletnim miejscem zamieszkania – na osiedlu Błonie. To tam chodziłem do dwóch szkół podstawowych, uczestniczyłem w życiu wspólnot generacyjnych, tam rozgrywałem pierwsze mecze piłkarskie i hokejowe. Tam też pierwszy raz się zakochałem w dziewczynie z tej samej klasy, choć uczucie to było infantylne i dalekie od moich późniejszych uniesień miłosnych. W „Orionie” miała też miejsce moja inicjacja literacka, gdy z innym kolesiem – znanym potem pieśniarzem – Janem Jakubem Należytym, poszedłem na spotkanie warsztatowe, które gościnnie poprowadził Ernest Bryl. Wysłuchaliśmy kilku opowieści warszawskiego literata, przeczytaliśmy jakieś wiersze i świadomi swoich błędów, przyjęliśmy dobre rady poety. Teraz krąg moich działań związanych z Orionem domyka się symbolicznie, bo ukazała się antologia twórców, których spotkania prowadziłem. Publikując tutaj moje posłowie do tej książki, mam nadzieję, że Kawiarnia Literacka Oriona będzie dalej funkcjonować i po jakimś czasie ukaże się tom drugi tej panoramy twórczej.

Wszelkie antologie mają sens, gdy dokumentują cykliczne wydarzenia kulturalne lub są odzwierciedleniem jednej imprezy, w której brało udział wielu twórców. Prezentują wtedy różne postawy artystyczne i stają się wykładnią jakiejś strategii kulturotwórczej. Są też zachętą do zgłębiania dorobków zaprezentowanych twórców, uczestniczenia w kolejnych spotkaniach, a nade wszystko stają się dokumentacją, ocalającą konkretne osiągnięcia i niepowtarzalne sytuacje. Czytelnicy i konsumenci kultury są jak łowcy, którzy przeczesują jej ogromne przestrzenie w poszukiwaniu wyjątkowych istnień i tego rodzaju publikacje stają się im niezwykle pomocne. To przewodniki i sprawozdania, a zarazem swoiste książki „reklamowe”, cenne dla organizatorów i dla tych, którzy korzystają z przychylności zacnych sponsorów. Wszakże nie można tworzyć kultury bez konkretnych funduszy, przyznawanych każdorazowo i umieszczanych w preliminarzach działalności instytucjonalnej – nie można planować jakiejkolwiek aktywności bez opieki osób rozumiejących potrzebę krzewienia wiedzy na różnych poziomach. W przypadku kultury i zdarzeń w jej obrębie, bywa to szeroka informacja o ludziach i ich pasjach, o nastawieniu do życia i zamierzeniach twórczych. W takim rozumieniu nie do przecenienia jest mecenat Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, której Rada Nadzorcza desygnuje konkretne środki finansowe na działalność klubów „Orion” i „Arka”. Ważne tutaj jest i to, że Prezes tejże Rady i jej Przewodniczący są twórcami, z określonych dorobkiem literackim, udokumentowanym także w tej publikacji. Tacy ludzie rozumieją, że poniesione wydatki zwracają się wielokrotnie, a rosnąca sława miejsc szczególnych, w których realizuje się szczytne misje, przyciąga kolejnych odbiorców, przyczynia się też do ogólnego, jakże pozytywnego odbioru całości działań spółdzielczych. Ważne w nich są dochody i zapobiegliwość Rady Nadzorczej, ważne są umiejętności menedżerskie Prezesa, ale po drugiej stronie stawiać trzeba działalność utylitarną, realizowaną na wielu poziomach. Jednym z nich jest wspomaganie działalności twórców kultury, organizacja spotkań literackich, koncertów muzycznych, występów estradowych i innych tego typu zdarzeń.

Historia Kawiarni Literackiej klubu BSM „Orion” zaczyna się w okolicach roku 2015, kiedy to z inicjatywy Oddziału Bydgosko-Toruńskiego Związku literatów Polskich i Prezesa Rady Nadzorczej tej instytucji Tadeusza Stańczaka, rozpoczęto cykliczne spotkania literackie i artystyczne. Zapraszano najważniejszych twórców bydgoskich, tworząc swoistą gradację ważności, przyciągano artystów krajowych, czasem tak ważnych jak reżyser Krzysztof Zanussi, ale też rozszerzono działalność o niezwykłe spotkania z twórcami zagranicznymi. Tak zawitała do „Oriona” ormiańska poetka i kandydatka do Nagrody Nobla Sona Van, tak pojawiła się słynna Polka, działająca w Hollywood Beata Poźniak, tak zawitał ormiański poeta Szota Jataszwili i ukraińscy śpiewacy. Ilustrację muzyczną tworzyli tak znani i cenieni twórcy jak Marek Czekała, Bogdan Ciesielski, Jerzy Paterski, a nie zabrakło też bardów – Tomasza Bateńczuka, Rosjanina Włodzimierza Sztokmana czy Wiesława Marcysiaka. Wszystko razem złożyło się na ofertę kulturalną ze znakiem BSM i ZLP, wyrazistą w grodzie nad Brdą i Wisłą, odbijającą się też szerokim echem w Polsce, a nawet, za sprawą gości specjalnych – za granicą. Tylko pechowe zdarzenia, związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa, zastopowały dalszy rozwój kawiarni, a zaproszeni goście z Bydgoszczy, Polski, ale też Chin i Afryki, musieli pozostać w domach. Miejmy nadzieję, że epidemia szybko wygaśnie, a wtedy „Orion”, jako niezwykłe miejsce kulturotwórcze, zalśni znowu pełnym blaskiem i wypełni się, z radością przyjmowanymi gośćmi. Prezentowana tutaj antologia, wyraźnie wskazuje iż profil działalności Kawiarni Literackiej jest otwarty, a przy tym nacechowany starannością w doborze artystów i pisarzy. Wiele z tych spotkań zostało nagranych przez Jana Skonieczkę i znalazło się na platformie internetowej YouTube, co znacznie rozszerzyło skalę oddziaływania, liczoną już nie w setkach, ale w tysiącach odbiorców, zapoznających się w taki sposób z tym, co dzieje się w klubie i wciąż podnosi jego rangę. Wydarzenia w „Orionie” nie umknęły też uwadze Telewizji Polskiej, telewizjom internetowym, jak i Polskiego Radia. Z racji rozpowszechnienia się archiwizacji internetowej, poszczególne zdarzenia są ciągle dostępne w sieci i na stronach mediów publicznych. Wagę tych działań doceniły też władze państwowe i lokalne, a także instytucje kultury, takie jak Towarzystwo Hipolita Cegielskiego z Poznania, przyznając spółdzielcom i literatom w 2020 roku, stosowne ordery, odznaczenia i medale.

Antologia, którą czytelnik ma ręku, dokumentując ogromne bogactwo  Kawiarni Literackiej „Oriona”, wskazuje zarazem jaki poziom reprezentują zapraszani do niej twórcy. W przypadku poezji mamy do czynienia z prawdziwą eksplozją wrażliwości i innowacyjności językowej, a prozaicy z kolei prezentując nienaganny warsztat, proponują ogląd świata komplementarnego, mieszczącego się w ściśle określonych ramach, a zarazem odważnie wykraczającego poza nie. To jest opowieść o czasie i ludziach, o ich pragnieniach i potrzebie uzewnętrzniania własnych przestrzeni wewnętrznych, ze szczególnym uwzględnieniem pierwiastkowych uczuć. Wartość tego rodzaju podsumowań widać szczególnie w przypadku twórców, którzy odeszli już poza barierę nieistnienia, a jednak pozostali z żywymi i stale do nich przemawiają, jak Krzysztof Derdowski czy Jerzy Grundkowski. Kulturalna funkcja ocalająca możliwa jest tylko w określonej przestrzeni instytucjonalnej, którą w tym przypadku jest Bydgoska Spółdzielnia Mieszkaniowa, wielki twór, mający swoje oddziały i jednostki we wszystkich niemal częściach miasta. W sytuacji zaniku odgórnego mecenatu państwowego, instytucje takie jak BSM wzięły na siebie ciężar wspomagania kultury, utrzymując jakże kosztowne kluby i umożliwiając w nich pojawianie się poszczególnych twórców. Podziękowań tutaj nigdy nie będzie za mało, tym bardziej, że we współczesnym świecie widoczna jest tendencja do rugowania kultury z życia społecznego i ciągłego obniżania środków finansowych, niezbędnych do zachowania cykliczności i określonego poziomu. Ciesząc się zatem, że mamy w Bydgoszczy tak cennego mecenasa, przedkładamy czytelnikom i konsumentom kultury, wyrazisty manifest naszej działalności – antologię bogatą w osobowości i treści literackie, dodatkowo wzmocnione poszczególnymi biografiami naszych gości. Warto tutaj na koniec przywołać wypowiedzi Krzysztofa Zanussiego, naszego gościa specjalnego w roku 2019, który opowiadając o swojej drodze twórczej, o filmach, wielkich podróżach i wydarzeniach zagranicznych, wskazywał też wagę małych ojczyzn i spotkań takich, jak w Klubie BSM „Orion”.

BROMBERG (24)

W budzącym się do życia Brombergu był rześki, chłodny ranek i słońce ledwie przebijało się przez sine mgły i błękitne opary, kłębiące się pośród nieba. Dwa czarne, osobowe samochody zajechały z piskiem przed dom przy ulicy Strzeleckiej 4. Z pierwszego z nich, dużego citroena z przednim napędem, określanego w latach trzydziestych jako tracktion avant, wyskoczyło dwóch feldfeblów i zaczęło wypakowywać jakieś rzeczy w kartonach i ubiory na wieszakach. Grubszy z nich otworzył też kufer i wydobył z niego średniej wielkości brązową, skórzaną walizkę. Z mniejszego citroena wysiadł Willi i jego kierowca, który zawiesił sobie na ramieniu karabin, i odpiął kaburę pistoletu, przymocowaną do pasa ze swastyką na metalowym zapięciu. Grupa skierowała się do drzwi wejściowych, narobiła sporo hałasu na drewnianych schodach, po czym stanęła przy drzwiach na pierwszym piętrze, waląc w nie pięściami i kolbami karabinów. Najbardziej aktywny feldfebel komenderował też krzykliwie:

– Otwierać!!! Otwierać!!! Jazda parszywe polskie świnie, otwierać…!!!

W drzwiach zachrobotał klucz i po odsunięciu ich, pojawił się we framudze wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce. Żołnierze odepchnęli go i zaczęli wnosić sprzęty do obszernego przedpokoju, a za nimi wszedł Willi w czapce z trupią główką i czarnych rękawiczkach na dłoniach. Obszedł całe mieszkanie, zajrzał do dwóch łazienek, z przodu lokalu i z tyłu, tuż przy dużym, wolnym pokoju. W mig zorientował się, że ciocia Eli mówiła o tym pomieszczeniu, stanął przy oknie i rzucił okiem na podwórze z dużą, drewnianą szopą. Po zlustrowaniu wszystkiego, wyszedł do mężczyzny, przy którym stała już kobieta, wyjął z kieszonki w mundurze jakąś kartkę i przekazując ją gospodarzom, oświadczył:

– Otrzymałem przydział pokoju w waszym mieszkaniu i od dzisiaj będę tutaj mieszkał. Mam nadzieję, że nie będziemy sobie przeszkadzać… – powiedział z wymuszonym uśmiechem, a potem jeszcze dodał – Moje wujostwo powiedziało mi, że jesteście czystymi Polakami, szanującymi nasze niemieckie dziedzictwo, ale jak będziecie niemili, bez mrugnięcia okiem wywalę was stąd…

– Wszystko rozumiemy panie oficerze – odezwał się Wincenty Rossa i po chwili patrząc na żonę potwierdził – Zawsze mieliśmy dobre stosunki z Niemcami, a z pana wujem spotykaliśmy się na szachach i długich dysputach…

– To dobrze, bo nie znoszę sprzeciwu… Dysput też nie lubię… Czy tutaj jeszcze ktoś mieszka oprócz was…?

Franciszka spojrzała z przestrachem w kierunku pokoju Józi i już chciała zaprzeczyć, gdy ubiegł ją mąż:

– Jest jeszcze nasz córka Józia, ale teraz nie ma jej w domu, bo poszła do koleżanki na ulicę Szubińską… to znaczy Schubiner Chaussee…

– Panie untersturmführer po co się z nimi patyczkować, dwie kulki w łeb i całe mieszkanie będzie do dyspozycji… – odezwał się dziwnym, piskliwym głosem jeden z żołnierzy…

Willi zmarszczył brwi, przez chwilę coś rozważał, po czym zakomenderował tonem nie znoszącym sprzeciwu:

– Zostawić wszystko w ostatnim pokoju i jazda na dół… Swoje rady zostawcie dla kolesiów w koszarach…

Żołnierze zrobili jak kazał i solidnie przerażeni, biegiem wynieśli się z mieszkania, stając przy samochodach i natychmiast wyciągając z mundurów papierosy. Obłoki niebieskawego dymu pojawiły się nad nimi, przyciągając uwagę Izaaka Abrahama, obserwującego ich przez dziurkę w czarnej blasze, wstawionej w okno szopy, w której miał warsztat szewski. Tymczasem Willi raz jeszcze obszedł całe mieszkanie, po czym zwrócił się do Rossów:

– Widzę, że macie dwie łazienki, więc tę przy moim pokoju rekwiruję i odtąd tylko ja jej będę używał…

– Dobrze panie oficerze… – powiedział Wincenty.

– My nie chcemy żadnych kłopotów… – dodała Franciszka – Może pan potrzebuje też drugiego pokoju, to córkę przeniesiemy do nas i będziemy zamykać drzwi. Mieszkania staną się całkowicie niezależne i tylko korytarz będzie wspólny…

– Zadecyduję o tym, jak zorientuję się we wszystkim… – odrzekł Willi – Na razie muszę się rozpakować, poustawiać moje graty w pokoju i chyba zmieszczę się w nim, tym bardziej, że jest tam kanapa i szafy po poprzednich lokatorach…

Willi poznał już wielu Polaków i często czuł do nich odrazę, ale ci spokojni ludzie jakoś dziwnie przypominali mu członków jego rodziny i wydawali się być z innej gliny, a znakomita znajomość języka niemieckiego tylko potęgowała to wrażenie. Zasalutował, uderzył oficerkami o siebie, skierował się ku wyjściu i już po chwili Rossowie usłyszeli rytmiczne uderzanie butów o schody. Odczekali jeszcze trzy minuty i Wincenty pociągnął żonę do głównego pokoju, gdzie odezwał się szeptem, jakby ktoś ich mógł podsłuchać:

– Musimy postanowić, co zrobić z Józią…? Czuję, że ten oficer jest niebezpieczny jak jadowity wąż…Zresztą nazywa się Wilhelm von Otter…

– Może wyposażmy ją w nieco pieniędzy i wyślijmy do mojej rodziny do Liszkowa, wciąż mam tam ciocię i dwóch wujków…– powiedziała Franciszka.

– Nie wiadomo, jak ona to potraktuje, tutaj jest cały jej świat, kościół na Szwederowie, do którego chodzi, jej najbliższa koleżanka Marta, no i uwielbiany przez nią pan Abraham, któremu nosi jedzenie i picie…– odrzekł mąż.

– Teraz on będzie największym zagrożeniem dla niej… i dla nas. Okno z pokoju tego gestapowca wychodzi przecież na podwórze i szopę Izaaka – lamentowała kobieta – Mówiłam ci, że ta twoja bliska znajomość z tym Niemcem z Ogrodowej sprowadzi na nas jakieś nieszczęście…

– Za Johanna ręczę własnym słowem, a nawet życiem – powiedział mąż –poznałem go dobrze… wiesz o tym. To szlachetny idealista, rozkochany w filozofii Schopenhauera i muzyce Bacha… Stawiałbym tu raczej na Spatzową, której nie podobały się nasze spotkania szachowe, a jak jeszcze przychodził Izaak, kipiała wręcz ze złości i zamykała się w kuchni… Johann objechał ją kiedyś przy nas i zobaczyłem wtedy w jej oczach taką samą nienawiść jak w ślepiach Hitlera. Na pewno tego nie zapomniała i tylko czekała na dogodną sposobność, by odwdzięczyć się nam sowicie…

– Może masz rację – zgodziła się – podobno zafascynowała się książką Mein Kampf i ten jej Willi wbijał ją w dumę… Jej sąsiadka powiedziała mi, że zmieniła się i zhardziała, gdy pojawił się w ich domu ten chłystek…

– Ci…cho… uważaj kochanie, co teraz mówisz, w okupowanych krajach ściany mają uszy…– syknął Wincenty, po czym położył jej delikatnie prawą dłoń na ustach, starł łzy z obu policzków i przytulił, mocno przyciskając do siebie.

Po chwili usłyszeli trzask drzwi na dole kamienicy i charakterystyczne szuranie butów na schodach. Od razu domyślili się, że to Józia wraca do domu, więc Franciszka pomknęła do przedpokoju, by jej otworzyć. Wincenty stanął przy skręcie do dużego pokoju i ręce oparł na biodrach, by nie było widać, że lekko mu drżą. Matka zrelacjonowała w skrócie to, co się wydarzyło i odwracając się do męża, zakończyła niespodziewaną dla dziewczyny pointą:

– Postanowiliśmy z tatą, że jeszcze dzisiaj spakujesz się i nasz kolega odwiezie cię do Liszkowa, do cioci Poli. Tam przeczekasz ten straszny czas i pomożesz trochę w gospodarstwie jej i wujka Jana … Tyle razy prosili mnie byś ich odwiedziła, to ucieszą się z twojego przyjazdu…

Łzy jak grochy pociekły po policzkach Józi i rzuciła się w ramiona matki, która przycisnęła jej głowę do swoich piersi. Poczekała aż spazm córki ustanie i dopiero wtedy odsunęła ją lekko od siebie i powiedziała:

– Robimy to dla twojego dobra… bo bardzo boimy się o ciebie. Musisz to zrozumieć…

Józia wyjęła chusteczkę z kieszeni w sukni i otarła nią łzy, po czym wyprostowała się, zaczerpnęła głęboko powietrze i powiedziała zdecydowanie:

– Nigdzie nie pojadę… jak mogliście przypuszczać, że w takiej sytuacji zostawię was samych…? Muszę też pomagać kochanemu panu Izaakowi, by nie umarł z zimna i głodu. Nie boję się niczego, bo czuję opiekę Pana Boga…

– Dziecko, zło jest bezlitosne w tych strasznych czasach… – próbował przekonać ją Wincenty.

Dziewczyna zdjęła płaszczyk, powiesiła go na haku przy drzwiach, po czym podeszła do ojca i patrząc mu w oczy szepnęła:            

– Wciąż noszę w sobie słowa, które nie raz przywoływałeś… Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę…

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: