SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (VIII)

Niebieskawe mgły napłynęły z daleka i Dararan wpatrzył się w nie z natężoną uwagą, jakby chciał tam znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania. Wyobraźnia raz jeszcze przeniosła go do małego opactwa, zagubionego w ziemskiej przestrzeni i zobaczył brata Marka i Piotra, po  cichu przesuwających się ku celi Pawła. Drzwi było otwarte, więc odsunęli je lekko i już po chwili znaleźli się w środku, widząc Pawła pochylonego nad wielkimi księgami.

– Twoje oszustwa wyszły na jaw – syknął dramatycznym szeptem Marek.

Zakonnik drgnął w przestrachu i skoczył na proste nogi, stając twarzą w twarz z przybyłymi. Zlustrował ich uważnie i od razu zrozumiał w jakim celu pojawili się w jego celi. Miał dar widzenia przyszłych zdarzeń i w jego świadomości mignęło ciało wiszące na sznurze od habitu, chociaż nie dostrzegł jeszcze twarzy nieszczęśnika.

– Nic złego nie zrobiłem… – odezwał się dumnie i pokazując na ścienny krucyfiks, dodał – Oto mój sędzia i prawodawca… On zważy moje uczynki na szali dobra i zła…

– Dlatego zdejmowałeś jego koronę cierniową i zadawałeś nią sobie rany…? – cynicznie odezwał się Piotr.

W tym momencie, w świadomości Dararana pojawił się inny obraz, na początku nieco zamazany, ale potem coraz wyraźniejszy. Ojciec przeor wchodził do jego celi z bratem Miguelem z Lizbony i przymykał cicho drzwi. Obaj zdjęli ze ściany krucyfiks dość pokaźnych rozmiarów i zaczęli manipulować przy koronie cierniowej. Przeor wyjął zza habitu malutką buteleczkę ze świńską krwią i ubrudził nią najdłuższe ciernie, a potem jeszcze dwa razy zrobił to samo. Dopiero, gdy upewnił się, że krew przywarła do ostrzy, pokiwał znacząco głową i Miguel natychmiast powiesił krzyż na ścianie. Teraz obaj uklękli na ziemi i zaczęli cicho odmawiać modlitwę do św. Michała Archanioła. Obraz rozmył się i wyobraźnia Dararana wróciła do celi Pawła w innej chwili, gdy stał przed Piotrem i Markiem.

– Brat Miguel i nasz przeor odkryli twoje oszustwo i teraz zapłacisz za to, że naraziłeś nasze zgromadzenie na szyderstwa innych zakonów – odezwał się Piotr.

– Myślałeś, że bezkarnie będziesz udawał świętego… – dodał Marek.

Paweł bezradnie rozejrzał się po celi, zlustrował też potężne sylwetki współbraci, po czym z rezygnacją spuścił głowę. Nagle wszystko zawirowało i znalazł się w gęstej, czarnej matni, w której słychać było jęki potępionych i umierających w bólach. Przed nim stały dwa czarne demony, z przekrwionymi ślepiami i nietoperzymi skrzydłami na plecach. Jeden z nich podszedł do niego i wprawnie odwinął mu gruby, biały sznur, który nosił wokół talii. Drugi doskoczył dziko i z wielką siłą uniósł go w górę, czekając aż towarzysz zahaczy linę na kratach i poda mu dużą pętlę. Teraz razem unieśli Pawła w górę i potem pociągnęli w dół, aż kości zachrzęściły złowrogo pod sznurem. Zrobili to jeszcze raz i zaśmiali się szyderczo, a potem przeniknęli przez ściany i zniknęli w mroku. Ostatnie spojrzenie nieszczęśnika powędrowało ku koronie cierniowej Chrystusa, a ostatnia myśl przyniosła zwielokrotnione słowo gloria… gloria… gloria…

Pochód pogrzebowy powoli dochodził do wiejskiego cmentarza, gdzie wyraźnie było widać wykopany dół, obwiedziony stertami żółtego piachu. Na jednym z drzew głośno skrzeczała sroka, jakby chciał obwieścić światu zbliżające się niebezpieczeństwo. Wóz przejechał przez bramę, otwartą na oścież i stanął niedaleko grobu, na którym ułożono skrzyżowane deski. Czterej bracia wprawnie zdjęli z niego skrzynię i ustawili ją na prowizorycznym rusztowaniu, a potem stanęli po prawej stronie, naprzeciw wieśniaków i grabarzy.

– Żegnamy dzisiaj naszego brata Pawła, który uczył nas jak naśladować naszego pana w drodze ku świętości… – odezwał się Piotr i złożył ręce do modlitwy.

– Módlmy się za niego… – śpiewem zaintonował Marek i dał znać grabarzom by zaczęli opuszczać trumnę do dołu.

– Niech Pan wybaczy mu to, co zrobił u końca swojego ziemskiego bytowania… – śpiewnie deklamował Piotr.

Grabarze podłożyli grube liny pod trumnę, wprawnie usunęli deski i zaczęli ją wpuszczać do grobu. Znowu odezwała się sroka, jeszcze głośniej skrzecząca i bijąca skrzydłami o liście wysokiego jesionu. Jeden z braci rzucił na nią okiem i przez moment wydało mu się, że tuż przy niej lśni jakaś uskrzydlona, błękitna postać. Szybko przeżegnał się i spuścił oczy ku żółtym grudom. Bracia sięgali po piach u rzucali go na trumnę, a ponure dudnienie rozchodziło się wszędzie i  płoszyło małe ptaki, ukryte w cyprysach. Nagle do przodu postąpił stary wieśniak i odezwał się do Piotra:

– To był święty człowiek… naznaczony ranami Pana za życia… Nigdy nie uwierzymy, że targnął się na własne życie…

– Nigdy…!!! Nigdy nie uwierzymy – powtórzyli jak echo pozostali wieśniacy…

– W waszym klasztorze zalęgły się demony…!!! – ciągnął stary – Ale Pan wszystko widzi i wymierzy karę tym, którzy to zrobili…

Piotr i Marek zerknęli na siebie niepewnie, a pozostali bracia spuścili głowy i zapłakali. Wieśniacy skupili się wokół starca i patrzyli nienawistnie na zakonników. Dararan znowu zobaczył dwa czarne demony, stojące u grobu i szyderczo wpatrujące się w grupę żałobników. Skupił na nich całą swoją moc i  robił wszystko, by stali się widzialni, ale obraz powoli zaczął się zamazywać, tracił wyrazistość, aż rozmył się w niebieskiej mgle.

– Tak to było… – Dararan zamyślił się przez chwilę, po czym rozprostował skrzydła i uniósł się w górę, zawisając nad skałą. Jakiś głos nakazał mu lecieć w stronę wielkiej grupy anielskiej i przyłączyć się do niej. Przez chwilę miał wrażenie, że towarzyszy mu ogromny szkarłatny archanioł, ale gdy próbował go dostrzec, opary rozwiewały się, a w przestrzeni niebieskiej pulsowało ledwie słyszalne brzmienie:

– Któż jak Bóg…

Lecąc w dal, wracał myślą do ziemskich wydarzeń i pytał sam siebie, kto przywróci chwałę Pawłowi, kto zważy uczynki morderców. Wiedział, że w świecie ludzkim nic już nie da się zrobić, ale to ulotne echo, wciąż wibrujące w przestrzeni dodawało mu otuchy. Dolatując do dużego oddziału i lądując na wielkiej bryle krzemienia i złota, szepnął w myślach sam do siebie:

– Któż jak Bóg…

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (13)

Suzie Quatro

Zanim Norman zaczął kupować płyty winylowe takich zespołów jak Black Sabath, Led Zeppelin, Uriah Heep, fascynował się głosem i występami wrzaskliwej Suzie Quatro. Prawdziwie też kochał się w niej i wszystkie jego młodzieńcze spazmy jej były poświęcone, nie mówiąc już o samotnych samogwałtach, w trakcie których tulił się do niej, całował ją i pieścił bez ustanku. Miał już wtedy pierwszą dziewczynę, taką łatwą kurewkę Tereskę, starszą od niego o kilka lat, zawsze gotową iść z nim w krzaki za blok albo do domu, gdy starzy wychodzili do pracy. Dziewczyna była dziwaczna, ale kochała go szczerze i miała nadzieję, że jak trochę dorośnie, zostanie jej jedynym facetem. Na razie zdradzała go czasami z innymi chłopakami, szczególnie, gdy ją zadręczał opowieściami o Suzie i wymuszał na niej tandetne stylizacje a la Quatro, takie same jak na kolorowych fotografiach w niemieckim piśmie „Bravo”. Tereska musiała tapirować sobie długie włosy i przerzedzać grzywkę, malować usta czerwoną pomadką, a nawet ubierała się w srebrzyste, połyskujące spodnie, skóropodobne kostiumy, sweterki z cekinami i krótkie kurtki w jaskrawych kolorach. Wtedy Norman był zachwycony i przewalał się z nią w łóżku, a z kasetowego magnetofonu dobiegały wciąż krzyki dzikiej Suzi. Podczas jednego takiego spotkania dziewczyna wpadła w szał, podrapała go i pogryzła, a potem z wrzaskiem wyskoczyła z łóżka i pobiegła nie wiedzieć gdzie. Stało się tak, bo Norman kochając się z nią, wciąż wpatrywał się w rozkładówkę „Brava”, na której Suzie ubrana była w czarny skórzany kostium, a na szyi miała coś na kształt obroży, nabijanej ćwiekami. Norman miał wtedy kundla, którego nazwał z knajacką fantazją „Spierdlaj” i teraz, gdy skończył pierwszą „akcję” z Tereską, spojrzał na leżącą przy łóżku smycz  „Spierdalaja”, sięgnął po nią i udając, że przygarnia kochankę do siebie, zaczął zakładać jej to paskudztwo, śmierdzące straszliwie i oblepione psią śliną. Dziewczyna w pierwszej chwili uśmiechnęła się do niego, ale jak wyczuła zapach psa, skoczyła w górę jak oparzona i zostawiła mu bolesne pamiątki na wiele dni.

Norman wściekły i przybity, poszedł do piwnicy i spił się tam z rudym Faszystą, którego najbardziej lubił z wszystkich chłopaków w bloku, tym bardziej, że zawsze w jego komórce stał wielki gąsior z winem domowej roboty.

– Kurwa, tylko chciałem zobaczyć jak by wyglądała…? – powiedział i zapalił następnego Sporta.

– Nie przejmuj się bracie… ona ciebie kocha… Tylko musisz uważać na Pepegę… bo już dwa razy ich razem widziałem… – odezwał się Faszysta.

– Co ty pierdolisz…? Ona jest tylko moja… Tak jak Suzie… – Obruszył się Norman – Codziennie ją bzykam, a czasem nawet trzy razy pod rząd…

Suzie Quatro i Len Tuckey na scenie

Chłopaki pociągnęli jeszcze sporo wina, po czym wyszli z piwnicy na podwórko i usiedli na ławce, przy klatce schodowej Normana. Alkohol zrobił swoje i nieomal od razu przysnęli oparci o siebie. Mijający ich dorośli kiwali z dezaprobatą głowami, a kulawy blokowy chciał nawet ruszyć na milicję, ale akurat zawołała go jedna z sąsiadek, więc chcąc, nie chcąc, wszedł do pierwszej klatki i wspiął się na trzecie piętro. W głowie Normana zaczął się właśnie koncert, tak realistyczny, jakby rzeczywiście miał miejsce tuż przy naszym bloku. Wszędzie migały kolorowe światła, a na nieco oddalonej scenie, Suzi podskakiwała rytmicznie i śpiewała ochrypłym głosem: I’m a red-hot fox. I can take the knocks/ I’m a hammer from hell. Honey, can’t you tell?/ I’m the wild one. Yes, I’m the wild one/ I’m a touched-up freak on a winning streak. Patrzył na nią w uniesieniu, ale po chwili przeraził się, gdy senne obrazy zafalowały, a twarz piosenkarki wydłużyła się i przybrała lisi kształt. Jakiś wielki, czarny młot uderzał we fioletowe skały, tryskały snopy iskier i pojawiało się przy nich wiele demonów z lisimi, wilczymi twarzami i wielkimi rogami. Suzi zmieniła się w Tereskę z psią smyczą na szyi, straszliwie fałszującą: I’m a blue-eyed bitch and I wanna get rich/ Get out of my way ’cause I’m here to stay/ I’m the wild one. Yes, I’m the wild one/ Well it ain’t no use. Turn me loose… W tym momencie zza jej pleców wysunął się potężny mężczyzna z wilczą twarzą i powtórzył jak echo: More…more…I can’t keep score…Yeah!/ Well it ain’t no use. Turn me loose/ More…more…I can’t keep score. Przez chwilę Norman stracił orientację, ale zaraz wróciła senna świadomość i zrozumiał, że to Len Tuckey, basista Suzie, którego nienawidził od samego początku, podejrzewając go o romans ze swoją idolką. Wizja była tak realna i przerażająca, że Norman przebudził się gwałtownie,  skoczył na równe nogi i zaczął okładać powietrze, bełkocząc coś bez sensu. Nie było już przy nim Faszysty, ale przy ostatniej klatce drugiego bloku zobaczył Pepegę, rozczesującego zapamiętale długie włosy wielkim, żółtym grzebieniem.

Pepega był jednym z najsłabszych chłopaków na podwórku i często dostawał od nas niezasłużony łomot, a ulubionym zajęciem najsilniejszych członków wspólnoty było kopanie go w dupę. Dopiero po szesnastych urodzinach zaczął się stawiać, zapuścił długie włosy, zaczął też handlować winylami znanych zespołów i szybko znalazł kilku silnych obrońców. Teraz stanął przed klatką i patrzył zdumiony na Normana, biegnącego do niego chwiejnym krokiem i wykrzykującego coś niezrozumiale. Dopiero, gdy znalazł się jakieś dwadzieścia kroków od niego, usłyszał wyraźnie:

– Tuckey…!!! Ty bucu… odczep się od Suzie, bo cię zabiję…– wrzeszczał bez opamiętania zbliżający się chłopak.

Nagle z klatki wyszła Tereska, położyła rękę na ramieniu kolegi i dramatycznym głosem ostrzegła go:

– Pepe…!!! Uciekaj, bo on jest pijany…!!!

Ślub Suzie i Lena

Norman spostrzegł, że przy znienawidzonym basiście stanęła Suzie Quatro, więc z jeszcze większa furią natarł na chłopaka. Nagle też, nie wiadomo skąd, pojawił się „Spierdalaj” i chrapliwym głosem zaczął obszczekiwać przeciwnika Normana. Ten zamachnął się szeroko i myślał, ze trafi w głowę Tuckeya, ale Pepega przytomnie postąpił do przodu dwa kroki, więc napastnik stracił równowagę i padł na ziemię. „Spierdalaj” zawył boleśnie i natarł na przeciwnika, ale jeden zdecydowany ruch nogi odsunął go na bok.

– Tuckey, ty gnoju…!!! Mówię ci, odwal się od Suzi…! – charczał i sapał Norman – Odwal się od niej, bo dostaniesz kosą pod serce…

Ledwie to z siebie wydusił, sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów i wydobył z niej sporych rozmiarów nóż. Nacisnął owalny, niklowany guziczek i ostrze wyskoczyło natychmiast, połyskując jaskrawo w słońcu.

– Pepe… zwiewamy…! – krzyknęła Tereska i popchnęła kolegę przed siebie – on chyba zwariował…!!!

– Uchlał się i nie wie, co gada… – powiedział Pepega, kopiąc ostatni raz „Spierdalaja” w tyłek.

Norman upadł na ziemię i przekrwionymi oczyma patrzył jak umyka jego marzenie – Suzie i Len szybkimi krokami oddalali się od niego, kierując się za sąsiedni blok. Z drugiej strony, kulejąc i sapiąc, zmierzał w jego stronę blokowy, prowadzący dwóch barczystych milicjantów. Dalszy ciąg tej historii był dość smutny, bo Norman po raz pierwszy znalazł się w Izbie Wytrzeźwień, a jego dziewczyna ostatecznie zostawiła go i związała się z Pepegą. Niebawem też gruchnęła pośród wspólnoty wieść, ze Suzi Quatro wyszła za mąż za basistę ze swojego zespołu. Norman nie chciał w to wierzyć, ale jak zobaczył w nowym numerze „Brava” zdjęcia ze ślubu, podarł je, wyrzucił wszystkie płyty i kasety krzykliwej piosenkarki i zaczął interesować się tylko męskimi grupami rockowymi.

 

 

SZKATUŁKA Z LAKI (4)

Piękna mniszka, ubrana w gruby, ciemnoszary habit, siedziała przy oknie swojej celi i wpatrywała się w dal. Na zamglonym Renie powoli przesuwała się samotna łódź rybacka i widać było białe ptaki, unoszące się nad mroczną tonią. Widziała tę przestrzeń, a zarazem przenikała ją i podążała ku niewielkiej wsi Liszkowo, w państwie Polan, gdzie zły duch, przybyły z Indii, wyczyniał złowrogie harce. Gdy wszedł w ciało i myśli młodej wieśniaczki, a potem popchnął ją ku straszliwej zbrodni, Hildegarda chciała uwięzić go w pniu spróchniałej osiki, ale zorientował się w ostatniej chwili i umknął nie wiedzieć gdzie. Teraz szukała go, sondując wielkie przestrzenie, zaglądając w umysły ludzi, przyglądając się rzeczywistości wioski, gdzie ostatni raz go znalazła. Był tam drewniany kościół pod wezwaniem św. Anny i mały cmentarz parafialny, na którym wiele było skromnych grobów z nazwiskiem Ratke, nabazgranym na deskach lub krzyżach. Wąska, gliniana droga wiodła stamtąd do gorzelni i dalej do lasu, w którym nocą połyskiwały ślepia wilków i zalęknione oczy saren. Hildegarda szukała go w wytwórni alkoholu, między kadziami z dojrzewającym zacierem, w beczkach i wydrążonych pniach, a nawet w rozgrzanych do czerwoności piecach. Nigdzie nie mogła go znaleźć, więc podążyła ku nieszczęsnej dziewczynie, która zabiła swojego przyrodniego brata, nie wiedząc, że poczęła z nim dziecię. Zobaczyła ją jak siedzi samotna w chacie i kręci kołowrotkiem, z którego wychodzi powoli szara przędza. Nagle dziewczyna drgnęła jak oparzona, szybko wstała, chwyciwszy się pod boki, krzywiąc twarz w wielkim bólu. Wolno, z trudem, podeszła do glinianego dzbana i napiła się z niego zsiadłego mleka, a potem podążyła ku drzwiom chaty. Narzucając na siebie czerwoną chustę, otworzyła grube drzwi z polan i wystawiła nogę za próg.

– Czy już nadszedł czas…?  – spytała w myślach samą siebie i nie potrzebowała odpowiedzi, bo ból był już tak przenikliwy, że traciła zmysły.

Słońce skryło się już za horyzont i ponura ciemność zaczęła napływać wielkimi płatami ze wschodu i północy. Nie wiedziała dlaczego, ale podążyła w stronę czarnego lasu, a gdy minęła pierwsze zeschłe jodły, znalazła się na niewielkiej polanie, ze wszystkich stron otoczonej zaroślami nawłoci,  wrotyczy i kolczastych łopianów. Poczuła się dziwnie, bo nigdy tam nie zachodziła, a miała wrażenie jakby znała to miejsce i w jakiś sposób była z nim związana. Przez kilka chwil w jej rozpalonej świadomości pojawiła się jej piękna matka, otoczona przez Cyganki i krzycząca z bólu.

– To niemożliwe… – przemknęło jej przez myśl.

Hildegarda usłyszała w sobie rajskie tony i już wiedziała, że za chwilę zobaczy coś, czego nigdy nie doświadczały inne mniszki. Żałowała, że nie może zapisać nut, ale była pewna, że dźwięki, tak harmonijnie w niej brzmiące, zostaną w jej pamięci, niczym obraz i kiedyś zdoła je odtworzyć. Nie przestała też szukać benga, bo przecież czuła, że jest gdzieś blisko, jakby na wyciągnięcie ręki. Przeniknęła wzrokiem ciemność i zaczęła się modlić do Jezusa Chrystusa, przybijanego do krzyża przez rzymskich żołnierzy, zerkających z lękiem na groźnego centuriona. Pan wił się z bólu i wyprężał na krzyżu, jakby chciał się od niego oderwać, ale ćwieki w nadgarstkach i w stopach trzymały mocno i potęgowały tępe cierpienie. Mniszka niewidzialnie przywarła do ciała skazańca i tchnęła w nie całą moc swojej świętości.

– Panie, dziękuję ci, że czynisz to za nasze grzechy… Ból wkrótce umilknie i staniesz twarzą w twarz ze swoim Ojcem… Przyjmij moją energię, którą wzięłam z mocy czterech żywiołów… – szeptała jak czuła kochanka.

Jezus pojął wszystko w jednej chwili, spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem, a na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny grymas wdzięczności. Ona usłyszała w sobie żałobny płacz tysiącleci i z jeszcze większą siłą pchnęła w jego stronę moce ziemi, wody, powietrza i ognia. Twarz Jezusa zdawała się już przeistaczać w granit i marmur, ale łzy i krwawe krople poty były prawdziwe. Wiedziała, że Pan za chwilę umrze, więc jej modlitwa przybrała kształt płomienia, gorejącego pośród ciemności i podążającego ku jego ciału. Wiedziała, że to cierpienie było nie do wyrażenia, ale czekała na choćby jedno jego słowo. Tajemna, fioletowa zasłona opadła na świat i nagle potężna błyskawica rozświetliła przestwór i uderzyła w ziemię, tuż przy stojących na uboczu żołnierzach. Wtedy muskularny centurion, z wielką blizną na policzku, dał im znak, wskazując na włócznie leżące na ziemi. Najstarszy z nich skinął głową, podniósł ciężką włócznię i podążył z ostrzem w stronę Jezusa. Mijając dowódcę, jeszcze raz spojrzał mu w twarz, a gdy nie znalazł w jego oczach nawet iskry litości, silnym ruchem wbił dzidę w serce skazańca. Natychmiast też odskoczył, bo na wszystkie strony trysnęła krew i woda, a ukrzyżowany zawisł bez ruchu, jakby był ledwie strzępem starej szaty zakonnej. Hildegarda przybliżyła się ku jego twarzy i szeptała akty strzeliste, śpiewała psalmy, zapewniała Pana, że zaślubiona w tej chwili, będzie mu towarzyszyć w drodze poza śmierć. Zobaczyła też jak wielki znicz, gorejący pośród nagich skał, przygasa, zalewany przez strugi deszczu, a jasne powietrze wypełnia się gęstą materią ciemności i osuwa w wielkich grudach na ostre zbocza gór.

Hildegarda spojrzała ostatni raz na Golgotę i w czasie krótkim jak jedno mgnienie powiek, wróciła na leśną polanę. Wtedy pojawiła się jeszcze jedna wizja i spostrzegła, że przez pustą przestrzeń między drzewami, przechodzi pośpiesznie nagi, poraniony i straszliwie pobity Jezus Chrystus. Zanim otarł się o kłębowisko wrotyczy i ostów, nim zniknął w czarnej czeluści lasu, kilka krwawych kropel spadło z jego czoła w trawę. Właśnie ułożyła się na niej Bibi i szeroko rozłożyła nogi, jęcząc i ziejąc jak zdychające zwierzę, szamoczące się samo z sobą, jakby chciało kogoś z siebie wyrzucić. Beng opierał się jak mógł, przybierając znikome wymiary i chowając się w najgłębszych tajniach jej świadomości. Ale to wystarczyło, by Hildegarda zauważyła go i pomknęła ku niemu niczym zimny powiew wiatru.

– Czego chcesz ode mnie…!!! – ryknął bezgłośnie i posłał ku niej niewidzialny cierń.

Mniszka poczuła straszliwie ukłucie w skroniach i napływająca migrena oddaliła ją od tego miejsca i od tej chwili. On tylko na to czekał i skoczywszy poza świadomość dziewczyny pomknął ku czeluściom lasu, gdzie gotowała się do snu wataha wilków. Przewodząca im młoda, wielka wadera natychmiast wyczuła obecność złego ducha i zaczęła warczeć przeraźliwie. Dołączyły do niej inne samice, basiory i wilczęta, przestępując z łapy na łapę, podążając do przodu i cofając się o krok. Nagle przewodniczka wskoczyła na niewielki pagórek, zawyła do srebrzystej tarczy księżyca i jak wściekła pomknęła w mrok. Natychmiast ruszył za nią beng, ciągnąc za sobą całą watahę i jednocześnie sondując przestrzeń wokół nich. Rozpierała go duma i czuł, że jego pani z daleka widzi to wszystko, potrząsa naszyjnikiem z czaszek i śle mu dodatkowe, mroczne moce. Nie mógł wiedzieć, że Kali przegrała wielką batalię w przestworzach i oddała go innym mocom, potężniejszym nawet od niej.

O ROKU ÓW…! (2)

Spotkanie z Miss Africa 2019

W marcu poleciałem z kolei na festiwal literacki do Republiki Południowe Afryki i byłem bardzo ciekaw tego kraju i jego mieszkańców. Na lotnisku w Johannesburgu czekał na mnie dyrektor imprezy Zolani Mkiva, a także kilkunastu jej uczestników, z Chin, Maroka, USA, Ekwadoru i Indii, pojawiła się też – niczym egzotyczny ptak – poetka i Miss Africa 2019. Najpierw zakwaterowano nas w eleganckim hotelu w Johannesburgu i już pobieżna obserwacja, podczas dojazdu do niego, dała mi wyobrażenie o tym kraju, bliższym stolicom światowym, niż afrykańskim. Moją uwagę przyciągnęły znakomite drogi, piękne budynki, sporo zadbanych parków i wielkich trawników, a także mrowie świetnych samochodów. Jakże to wszystko różniło się od Nairobi, w której byłem w październiku roku 2018 i wywiozłem z tego miasta obrazy slumsów, brudnych wysypisk śmieci, byle jak skleconych budynków, ciągnących się przy drogach bud handlowych i usługowych. Tutaj czuło się powiew wielkiego świata, w czym utwierdziły mnie wyprawy do pobliskich miasteczek i dalekich dzielnic Johannesburga. Nawet osławione Soweto zmieniło swój charakter i składa się teraz przede wszystkim z niewielkich, ale funkcjonalnych domów, otoczonych murem. Na dachach tych budynków zauważyłem wiele anten satelitarnych, nie brakowało też wykwintnych rezydencji, wzniesionych przez czarnych ludzi, którzy zrobili karierę w biznesie, usługach lub w innych dziedzinach życia. Odwiedziliśmy dom Nelsona Mandeli, będącego teraz wielką chlubą narodową RPA, o czym świadczą też jego ogromne, realistyczne pomniki, wzniesione w wielkich miastach i miejscach z nim związanych. Człowiek ten wiele wycierpiał w kilku ciężkich więzieniach, a po wyjściu na wolność szybko został obwołany prezydentem kraju. Jeździliśmy do różnych miejsc wokół Johannesburga, gdzie czytaliśmy wiersze na imprezach gromadzących intelektualistów i zwykłych ludzi, zarówno białych, jak i czarnych.

Johannesburg – dawny dworzec kolejowy

Bodaj trzeciego dnia ruszyliśmy w drogę, odwiedzając między innymi stolicę kraju – Pretorię, a także zatrzymując się w ciekawych miejscach, gdzie widać było nosorożce, antylopy i zebry. Wspaniały był też przystanek w górach, gdzie zobaczyłem krajobrazy jakby żywcem przeniesione z moich dziecinnych wyobrażeń południowej Afryki. Potem pojechaliśmy na wschód kraju, do miejscowości Nelspruit, leżącej blisko Suazi i Mozambiku, gdzie zapewniono nam noclegi w jakże funkcjonalnych, osobnych rezydencjach, a imprezy odbywały się w dużej sali konferencyjno-widowiskowej. Pobyt w tym hotelu pozwolił mi na obcowanie z naturą południowej Afryki, bo za oknem miałem sporo krzewów, w których buszowały barwne ptaki, a z drugiej strony otwierała się przede mną wielka dolina, ze wzgórzami fioletowiejącymi na horyzoncie. Koleżanka z Chin, która miała domek blisko mnie, rozkładała przed nim niewielki kocyk, siadała w pozycji kwiatu lotosu i długo kontemplowała rzeczywistość, w której się znaleźliśmy. Przeżyłem tam wielkie wzruszenie, gdy patrząc na zachód słońca, zrozumiałem, że jest to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Nie mogłem o tym nie napisać wiersza, który tak oto się kończy: świetlisty pył mienił się/ jak ocean/ opalizował/ na krawędziach/ czarnych skał/ słychać było szelest/ cykad jęk wiatru/ i pohukiwanie/ zielonych gołębi/ gdybym miał już umierać/ wybrałbym taką chwilę/ i takie miejsce. Jeździliśmy tam też nad strumienie i wzgórza, czytaliśmy wiersze w uczelni i w klubach, a nade wszystko spotykaliśmy się z czarnymi ludźmi, którzy byli bardzo życzliwi i koleżeńscy, jakby już dawno zapomnieli, że biali kolonizatorzy wyrządzili im tyle krzywdy.

Zabudowa Johannesburga jak w europejskich stolicach

Nie zapomnę też pobytu w wysokich górach, gdzie mieliśmy czas, by podziwiać pradawne formacje skalne i ciągnące się w dal zielone zbocza. Wielkim wydarzeniem była też wyprawa na safari do Parku Krugera, jakże różniąca się od podobnej eskapady w Kenii, gdzie poruszałem się po piaszczystych drogach płaskowyżu Masai Mara. Tutaj wszystkie szlaki były wyasfaltowane, a pojawiające się zwierzęta ostrożnie podchodziły do nich lub umykały ku krzewiastym przestrzeniom. Sporo było żyraf, antylop, bawołów, hipopotamów, a nawet pojawiły się tak rzadkie zwierzęta jak nosorożec, kudu czy pantera. W jednym miejscu nasz duży jeep przystanął wraz z innymi samochodami, bo na drodze rozsiadło się duże stado lwów. Dzień był słoneczny, temperatura bliska trzydziestu stopniom Celsjusza, tak że zwierzęta były nieco rozleniwione i pozwalały obserwować się dość długo. Wracaliśmy do Nelspruit pod wieczór i mogłem podziwiać zachody słońca, jakże charakterystyczne dla Afryki, kiedy to ogromna, czerwona tarcza słońca zsuwała się szybko za horyzont, barwiąc wszystko odcieniami złota i fioletu, błękitu i oranżu.  Czarne drzewa akacjowe, gdzieniegdzie większe baobaby, kigelie z charakterystycznymi chlebowymi owocami, obsypane fioletowym kwieciem jakarandy i wyraziście czerwone drzewa koralowe, znakomicie kontrastowały z ostatecznym roztrzaskiem słońca. Potem był jeszcze powrót samolotem z mniejszego lotniska Krugera do Johannesburga, podziwianie warstw dziwnie oświetlonych chmur, kolejny dwudniowy pobyt w wielkim mieście, nowe spotkania z ludźmi i końcowe, jak uderzenie w talerz perkusyjny, poetry reading. A wszystko niczym sen, zdarzenie, które wcześniej mogło lokować się tylko w obrębie marzeń i pragnień. Lecąc samolotem linii South African nad czarnym kontynentem, z Johannesburga do Frankfurtu, nie mogłem uwierzyć, że to wszystko naprawdę się zdarzyło…

Meczet w Johannesburgu

Pomnik Nelsona Mandeli w Johannesburgu

Soweto

Dom Nelsona Mandeli w Soweto

Pretoria

Parlament w Pretorii

Pomnik Nelsona Mandeli w Pretorii

Nosorożce w drodze do Nelspruit

Charakterystyczny krajobraz wschodniej części RPA

Formacje skalne pośród gór

RPA z moich młodzieńczych wyobrażeń

Nelspruit

Bungalowy uczestników festiwalu literackiego w RPA

Park w Nelspruit

Nelspruit

Wypad w południowoafrykański interior

RPA

RPA

Wszędzie porządne drogi, nawet w górach

Przekaz sprzed milionów lat

Przy wjeździe do Parku Krugera

Antylopy w Parku Krugera

Wszędzie wiele zwierząt

Słonie na wyciągnięcie ręki

Oswojone z widokiem ludzi Żyrafy

Antylopa w Parku Krugera

Park Krugera

Kudu

Pomnik antylop na dziedzińcu recepcji Parku Krugera

Zachód słońca nad Parkiem Krugera

Powrót do Johannesburga z niewielkiego Lotniska im. Krugera

I już tylko dziesięciogodzinny lot z Johannesburga do Frankfurtu

BROMBERG (11)

Długo po zachodzie słońca Izaak Abraham słyszał na ulicy, a nawet na dachu sąsiedniego domu, nerwowe pokrzykiwania niemieckich żołnierzy. Sparaliżowany przez strach, przesiedział przy ciepłym kominie całą noc, a dopiero, gdy zaczęło robić się szaro, a potem pojawiła się czerwona pręga na niebie, wyjął gwóźdź ze skobla, powoli otworzył pokrywę, a zorientowawszy się, że nic nie dzieje się na klatce schodowej, opuścił drabinę i zamontował ją na specjalnych hakach, wmurowanych w ścianę. Odczekał jeszcze kilka minut, po czym zaczął schodzić nogami w dół, czyniąc to tak, by niczego nie było słychać. Gdy stanął na ostatnim piętrze, poczynił zwyczajowe trzy kroki do przodu, skierował się twarzą ku Jerozolimie i zaczął odmawiać kolejne części Amidy. Modlitwy nieco dodały mu sił, ale poruszał się w dół niczym cień, przez cały czas nasłuchując, czy nie odezwą się niemieccy żołnierze. Nagle zastygł w przerażeniu, bo na pierwszym piętrze drzwi otworzyły się z hukiem i usłyszał jak jakaś starsza kobieta zwraca się do kogoś czule:

– Dziękuje ci synku za chlebek, bułki i mąkę… Ale teraz nie przyjeżdżaj tutaj za często, bo wszędzie pełno Niemców… W willi Blumwego stacjonuje chyba jakiś ważny dowódca, bo wciąż zajeżdżają tam samochody i biegają do niego oficerowie i zwykli żołnierze…

– Mam pozwolenie na poruszanie się po mieście… Dostarczamy pieczywo do wielu miejsc… wiesz przecież, że wożę chleb do sklepu na twojej ulicy…– odrzekł młodzieniec.

– Tak, tak… ale bądź ostrożny… wczoraj żandarmi biegali po klatce i kogoś szukali…

Serce Izaaka znowu załomotało jak oszalałe, ale gdy głosy ucichły, szybko podążył w dół, bo wydało mu się, że zna głos tego mężczyzny. Gdy znalazł się przy bramie zobaczył furgon piekarski, a przy nim krzątającego się młodzieńca, w czarnej czapce z daszkiem. Teraz już był pewien, że to Franek Zieliński, pracujący przy piekarni na ulicy Szubińskiej i kilka razy dziennie rozwożący pieczywo po mieście. Widząc, że wozak zamyka drzwiczki z tyłu brązowej budy i kieruje się ku lejcom, owiniętym wokół przedniego drąga, syknął w jego stronę:

– Panie Franuś… Panie Franuś… podejdź no pan tutaj…

Zaskoczony młodzieniec, w pierwszej chwili przeraził się, ale widząc w bramie znanego mu Żyda, odwiesił jeszcze raz lejce i podszedł do niego, rozglądając się na boki.

– Panie Franuś, pomóż mi pan i zabierz mnie na Szubińską… Stamtąd łatwo przeskoczę do domu… – powiedział błagalnie Abraham i utkwił wzrok w mężczyźnie.

– A to pan Izaak… – odezwał się Zieliński i jeszcze raz rozejrzał się płochliwie dookoła.

– Niemcy mnie wczoraj gonili i schowałem się na dachu… – szepnął konspiracyjnie Żyd, a potem jeszcze raz powtórzył prośbę –  Panie Franek, Jahwe zesłał mi pana tutaj… pan mnie pamiętasz…? Tyle razy u was kupowałem bajgle i razowy chlebek…

– Pamiętam… pewnie, że pamiętam… nasz szef czasem grał z panem w szachy… – odpowiedział wozak.

–  Tak, tak złociutki… – potwierdził z ożywieniem Izaak – Ty mi teraz pomożesz…? Prawda…?

Młodzieniec znowu rozejrzał się dookoła, a potem patrząc ze wstydem w ziemię, powiedział:

– Chciałbym panu pomóc, ale jak Niemcy mnie złapią, zabiją moja mamę, żonę i córeczkę…

Żyd zatrwożył się strasznie, bo w mig zrozumiał, że naraża młodego człowieka na wielkie niebezpieczeństwo. Postanowił jednak jeszcze raz spróbować i wyciągnął zza pazuchy sporych rozmiarów portfel.

– Pan masz rodzinę, panie Franek i wciąż potrzebujesz grosza… to może spróbujesz mnie przewieźć, gdy dam ci dwieście złotych… nu… wam się to teraz bardzo przyda – odezwał się Żyd, wyciągając banknoty – Dużo pieniędzy… dla pana i dla mnie… Musiałbym zrobić dziesięć par lakierowanych czółenek na niskich obcasach… Ale życie jest bezcenne…

Mężczyzna podrapał się po głowie, a w jego oczach pojawiły się żywe błyski, zobaczył też w wyobraźni jak w sklepie, na Placu Teatralnym, kupuje piękną, różową sukienkę ukochanej żonie. Raz jeszcze rzucił okiem na portfel Izaaka, a widząc w nim więcej banknotów, powiedział:

– Właściwie to mógłbym pana ukryć za workami z mąką… ale to wielkie ryzyko, tym bardziej, że muszę jeszcze zajechać do fabryki Lukullus, na Poznańskiej i odebrać tam cukier i czekoladę. Jak pan dorzucisz jeszcze stówkę i czerwone czółenka dla mojej Kasi… zapakuję pana do wozu…

Abraham ucieszył się, ale natura podszepnęła mu, by spróbował utargować pięćdziesiąt złotych. Szybko jednak oddalił tę myśl, wyjął szybko trzysta złotych z portfela i wręczył je wozakowi.

Ten schował pieniądze i natychmiast wziął się za przygotowanie wolnego miejsca z tyłu wozu. Potem kazał wskoczyć tam starszemu mężczyźnie i tak ustawił worki z mąką, makiem, otrębami i szerokie deski od chlebów, że całkowicie zamaskował Żyda.

– Ino niech się pan Izaak nie rusza i nie wychyla, jak będę ładował cukier i czekoladę w Lukullusie…– powiedział na odchodne i szybko wskoczył na kozła.

Abraham spocił się ze strachu, ale poczuł się bezpieczny w lewym rogu furgonu, dokładnie zakryty trzema warstwami worków i desek. Zauważył też, że na wysokości jego głowy jest prostokątny odpowietrznik, przez który mógł zobaczyć niewielki fragment mijanej przestrzeni. Para silnych koni ruszyła z miejsca i Żyd zorientował się, że po chwili znaleźli się na głównej ulicy miasta, naprzeciw willi Blumwego. Nagle serce stanęło mu i podeszło do gardła, bo usłyszał okrzyk niemieckiego żołnierza:

– Stać!!! Stać!!! Dokumenty…

Wóz zatrzymał się, a młody woźnica podał swoje upoważnienie kontrolującemu go żandarmowi. Ten wziął papiery, uważnie je przestudiował, po czym kazał zejść z kozła i pokazać, co znajduje się w budzie. Zieliński energicznie zeskoczył na ulicę, podszedł do tyłu pojazdu, z uśmiechem otworzył drzwiczki i powiedział po niemiecku:

– Rozwiozłem pieczywo, a teraz transportuję mąkę, mak i otręby do naszej piekarni…

Niemiec popatrzył do środka, a nie widząc niczego podejrzanego, oddał papiery i zakomenderował:

– Dobrze, dobrze… można jechać…

Furgon potoczył się hałaśliwie po bruku, raz po raz podskakując na nierównościach i torach tramwajowych, tym bardziej, ze woźnica popędzał konie i chciał jak najszybciej znaleźć się poza śródmieściem. Abraham widział przede wszystkim górne piętra i dachy mijanych domów, a że znał miasto bardzo dobrze, znakomicie orientował się, gdzie aktualnie byli. Wóz szybko znalazł się przy Placu Wolności i Żyd rozpoznał zdobiony szczyt i wieżę narożnej kamienicy, zaprojektowanej przez Józefa Święcickiego. Kiedyś jego kolega Josełe Stern, mieszkający nieopodal na Gdańskiej, opowiadał mu, że w czasach niemieckich mieszkali w niej znani handlowcy, przemysłowcy, urzędnicy i oficerowie, między innymi dyrektorzy Bydgoskiego Towarzystwa Żeglugowego Friedrich Wilhelm Bumke i Ernst Müller, właściciel parowej cegielni w Fordonie – Heinrich Englemann, pułkownik i komendant 34 Pomorskiego Pułku Fizylierów – Alexander von Kluck.  Każdy chciał podkreślić swoją wagę, mieszkając w kamienicy, która jako pierwsza w mieście wyposażona została w windę, sprowadzoną z Berlina.

– Ach… Izaak, gdybym był tak bogaty… – rozmarzał się Josełe, patrząc na tę kamienicę – gdybym był tak bogaty…miałbym najpiękniejszą żonę na świecie…

Wóz mijał wielki budynek, a ukryty za workami Żyd przypomniał sobie, że był w nim kilka razy w siedzibie Warszawskiego Banku Handlowego i raz spotkał się z przyjacielem w kawiarni Cristal, oferującej wspaniałe ciastka i kawę o najlepszym smaku. Z ogródka przy lokalu przyglądał się ludziom wchodzącym do salonu samochodowego i pojazdom podjeżdżającym do stacji benzynowej, ustawionej przed budynkiem. Kilka lat temu, gdy wędrował Gdańską, wstąpił tam też do sklepu Wedla i kupił czekoladowe cukierki dla żon swoich przyjaciół, Niemca Spatza i Polaka Rossy. Z rozmyślań wyrwały go odgłosy tramwaju, który dzwoniąc i łomocząc kołami w szyny, mijał właśnie furgon piekarniczy. Abraham zobaczył tylko pantograf przesuwający się po sieci trakcyjnej i po chwili hałasy zaczęły cichnąć, a dzwonki zaczęły odzywać w coraz większym oddaleniu. Izaak zauważył teraz szczyt hotelu Pod Orłem z majestatycznym ptakiem z brązu, jakby rozpościerającym skrzydła nad budynkiem. Był tu w 1921 roku, gdy miasto odwiedził marszałek Józef Piłsudzki, bo chciał go zobaczyć i wysłuchać wystąpienia, ale naczelnik państwa czuł się wtedy nie najlepiej i nie wyszedł na balkon hotelu. Abraham stał długo w tłumie licznie zgromadzonych mieszkańców, ale nie doczekał się i poczłapał w kierunku ulicy Focha, a potem skierował się na plac Poznański i ku klonowej alei na Szubińskiej. Teraz miał do pokonania podobną drogę, z dodatkową pętlą, z Długiej na Poznańską, gdzie miał mieć miejsce kolejny postój.  Na razie konie przyspieszyły nieco i furgon wtoczył się na ostatni odcinek ulicy Gdańskiej, a ukryty pasażer czekał aż zobaczy charakterystyczną wieżę kościoła klarysek. Po kilku minutach zobaczył ją i poczuł, że pojazd skręca najpierw w prawo, a potem w lewo, tocząc się w stronę głównego rynku miasta. Szczyty i dachy  wielkich kamienic, które dobrze znał, utwierdziły go w przekonaniu, że minęli teatr miejski i przemieszczali się w kierunku mostu na Brdzie. Co jakiś czas słyszał woźnicę pokrzykującego na konie i strzelającego z bicza, kilka razy odezwały się też inne, mijające ich tramwaje. Przy wjeździe na rynek patrol niemiecki znowu zatrzymał wóz, ale po zerknięciu na  dokumenty, przepuścił go bez sprawdzenia, co znajduje się w środku. Niewiele brakowało, by konspiracja Abrahama została odkryta, bo pył mączny uniósł się w górę i zaczął wiercić nos uciekiniera, ale na szczęście kichnął on cicho dopiero, gdy wjeżdżali już na Długą. Szybko znaleźli się na ulicy Poznańskiej i zatrzymali się przy bramie wjazdowej do budynku oznaczonego numerem 16, gdzie mieściła się Fabryka Cukrów, Czekolady i Kakao Lukullus, należąca do Franza Lehmanna. Wartownik podszedł do Zielińskiego i nakazał mu otworzyć drzwiczki z tyłu pojazdu, a widząc, że są tam worki i deski, przepuścił pojazd, który potoczył się do niewielkiej rampy. Bezruch i niespokojne rżenie koni, podenerwowały na nowo Abrahama, ale załadunek przebiegł sprawnie i po zamknięciu drzwi we wnętrzu rozniósł się aromat świeżej czekolady. Poczuł też, że znowu jadą, a gdy drzwiczki otworzyły się jeszcze raz na wartowni, pewien był, że zaraz ruszą dalej. Tak też się stało, a konie pociągnęły pojazd ku Placowi Poznańskiemu i minęły go, o czym świadczyło pojawienie się w odpowietrzniku furgonu elementów zwieńczenia dachu okazałej willi Luizy Gisse-Rafalskiej, służącej jako lokum dla samotnych, zamożnych panien. Teraz konie zaczęły ciężko człapać i mocno uderzać podkowami o bruk i Izaak zorientował się, że wspinają się ku piekarni Stefana Stefańskiego.  Sprytny woźnica nie zajechał na podwórze, lecz zatrzymał się przy starej kuźni, oddalonej nieco od zakładu, w którym był zatrudniony. Podszedł do drzwi, rozejrzał się wokół, otworzył na oścież drzwiczki i powiedział:

– Chyba wasz Jahwe miał nas w swojej opiece, bo dotarliśmy tutaj bezpiecznie…

– Tak, na pewno Pan nam dopomógł… – potwierdził Żyd i nieco odrętwiały wysunął się z furgonu.

– Dziękuję panu serdecznie… – powiedział i ruszył ku ulicy Pięknej, by nią przemknąć na Strzelecką, gdzie mieszkał i pracował w swoim niewielkim warsztacie.

– A kiedy będę mógł odebrać czółenka dla mojej Kaśki…? – zawołał za nim Zieliński.

– Musi mi pan podać wymiar jej stopy… a najlepiej, żeby sama do mnie przyszła, to wezmę miarę… – odrzekł Żyd i odwrócił się na pięcie.

Skręcając w ulicę Piękną, z lękiem patrzył na niemieckich żołnierzy stojących na warcie dawnych koszarów ułańskich, ale żaden z nich nie zareagował na jego pojawienie się, więc podążył dalej i po dziesięciu minutach był już przed swoim domem. Otworzył drzwi, wszedł do środka, zaryglował wejście i niemal bezwładnie osunął się na łóżko, zasypiając w jednej chwili.

PTAKI WONGA SIFU

Mieszka w Hongkongu i niewiele o nim wiemy. Tylko tyle, że uprawia karate, jest z zawodu policjantem i zapalonym ornitologiem-fotografem. Osiąga niezwykłe wyniki w zakresie fotografii przyrodniczej, ze szczególnym uwzględnieniem najbarwniejszych ptaków azjatyckich.  Oto próbka jego wspaniałych możliwości… Choć wydaje się, że ptaki zostały podkolorowane, to są to barwy rzeczywiste.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

NA KATORDZE

Nikołaj Karazin, Ilustracja do Wspomnień z domu umarłych

Sięgnąłem raz jeszcze po Wspomnienia z domu umarłych, które Fiodor Dostojewski pisał w latach 1860–1861. Książka czekała na mnie czterdzieści lat, bo w młodości ledwie przerzuciłem kilkadziesiąt kartek i szybko odłożyłem ją na półkę. Tak mi się to wszystko wydawało odległe od mojego życia, tak odstręczało powolnością fabuły, szczegółowymi opisami i zagmatwaniem poszczególnych wątków. Nie miałem wtedy cierpliwości do takich lektur, bo czytałem przede wszystkim powieści przygodowe, relacje wielkich podróżników i eksploratorów, a Syberia bardziej interesowała mnie jako przestrzeń geograficzna, pełna tajemniczych zwierząt i ludów, niż jako miejsce zesłania katorżników. Zapiski Dostojewskiego, ubrane tylko dla niepoznaki w kostium literacki, to w gruncie rzeczy wspomnienia z katorgi, na którą pisarz został skazany 22 grudnia 1849 roku. Za udział w konspiracji i przynależność do rewolucyjnego kółka Michała Pietraszewskiego początkowo skazano go na śmierć, ale potem wyrok zamieniono na cztery lata katorgi w Omsku. Moja nowa lektura tego utworu miała już inny charakter i po przestudiowaniu Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna, Opowiadań kołymskich Warłama Szałamowa i Innego świata Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, była uważna i nastawiona na dogłębne poznanie dzieła. W porównaniu z okropieństwami, jakich doświadczali inni skazańcy na Syberii, czteroletnia katorga Dostojewskiego nie należała do najcięższych, tym bardziej, że pisarz dysponował niewielkimi środkami finansowymi, które pozwoliły mu przetrwać.

Nikołaj Karazin, Ilustracja do Wspomnień z domu umarłych

Głównym bohaterem wspomnień i zarazem alter ego autora jest Aleksander Pietrowicz Gorianczykow, katorżnik drugiej kategorii, zesłany na Syberię za zabicie żony. To on jest autorem dziennika, odnalezionego w papierach pośmiertnych, który staje się kanwą opowieści narratora. Trafiając do tzw. twierdzy i wykonując ciężkie roboty drugiej kategorii, morderca zapoznaje się z życiem obozowym, poznaje najprzeróżniejsze typy ludzkie i z czasem dochodzi do przekonania, które tak oto artykułuje: Tak, człowiek jest wytrzymały! Człowiek – to istota, która się do wszystkiego przyzwyczaja, i sądzę, że to najtrafniejsze określenie człowieka. (F. Dostojewski, Wspomnienia z domu umarłych, przeł. Cz. Jastrzębiec-Kozłowski, Warszawa, 1984, s. 578) Aleksandrowi trudno jest jednak przyzwyczaić się do rygorów, a najgorsze są pierwsze miesiące, kiedy to zaczyna poznawać współwięźniów, ich historie, zachowania, charaktery i strategie przetrwania. Tutaj też jest życie, chociaż jego wyznaczniki są inne, a ciężkie roboty przeplatane są pobytami w szpitalu, handlem wódką, karami chłosty i dziwactwami dowódców, takich jak placmajorzy lub placadiutanci, którzy dla zabawy potrafią nawet zabić niewinnego człowieka. Ale są na katordze też ludzie dobrzy, którym przypadkiem powinęła się w życiu noga, a ich jedynym marzeniem jest przetrwać i wrócić do domu. Do tej kategorii Dostojewski zalicza też Polaków, którzy nie umieli dostosować się do społeczności obozowej, co rodziło ogromną niechęć: Katorżnicy strasznie nie lubili Polaków, więcej nawet niż zesłańców spośród szlachty rosyjskiej. Polacy (mówię wyłącznie o przestępcach politycznych) traktowali ich z wyrafinowaną, obraźliwą grzecznością, byli nader powściągliwi i w żaden sposób nie mogli ukryć wstrętu, jaki żywili dla więźniów, ci zaś rozumieli to doskonale i płacili pięknym za nadobne. (Tamże, s. 597) Polacy prawie nie komunikują się z resztą więźniów i starają się tworzyć coś na kształt ekskluzywnej rodziny, z którą chętnie brata się Gorianczykow.

Nikołaj Karazin, Ilustracja do Wspomnień z domu umarłych

Oczywiste jest, że wszystkie postaci, pojawiające się we Wspomnieniach z domu umarłych, miały swoje żywe pierwowzory – podobnie jak we wskazaniu Sołżenicyna, inicjującym pierwszy tom Archipelagu Gułag, możemy zatem powiedzieć: W tej książce nie ma zmyślonych osób, ani zmyślonych wydarzeń. (…) wszystko zaś właśnie tak było.  (A. Sołżenicyn, Archipelag Gułag, t. 1, przeł. J. Pomianowski, Warszawa 1990, s. 11. ) Utwór Dostojewskiego ukazuje prawdziwych ludzi w sytuacjach ekstremalnych, dowodząc, że nawet najsilniejsi z nich nie wytrzymywali naporu agresji i zimna, nieustannej indoktrynacji, braku leków i głodu: Czasami zwierzchnicy się dziwią, ze ten czy ów więzień żył sobie kilka lat tak potulnie, przykładnie, ba, został dziesiętnikiem za wzorowe sprawowanie, aż tu raptem, ni stąd, ni zowąd, jakby mu diabeł wlazł za skórę: zaczyna szaleć, hulać, wyprawiać brewerie, czasami nawet dopuszcza się czynu kryminalnego – jawnie naubliżał wyższym władzom, albo zabił kogoś, albo zgwałcił i tym podobne. Patrzą na niego i dziwią się. A tymczasem może przyczyną wybuchu w tym człowieku, po którym najmniej można się było tego spodziewać, jest smutny, spazmatyczny przejaw osobowości, instynktowna litość nad samym sobą, chęć obnażenia siebie, swej poniżonej osobowości, chęć, która się pojawiła znienacka, i dochodzi aż do zawziętości, do furii, do zamroczenia rozsądku, do ataku, do konwulsji. Może tak właśnie człowiek żywcem pogrzebany i budzący się w grobie wali pięściami w wieko trumny i usiłuje je zrzucić, choć oczywiście rozsądek mógłby go przekonać, że wszystkie jego wysiłki pozostaną płonne. Ale w tym sęk, że tu do głosu dochodzi już nie rozsądek, lecz konwulsje. Uwzględnijmy jeszcze i to, że prawie każdy samowolny przejaw osobowości w więźniu uchodzi za przestępstwo, a zatem już mu wszystko jedno, czy to przejaw wielki, czy mały. Jak hulać, to hulać, jak ryzykować, to ryzykować wszystko, choćby nawet zabójstwo. Przecież wystarczy tylko zacząć: później ogarnie już człowieka taki szał, że nic go nie powstrzyma. (Wspomnienia…, tamże, s. 648) Gorianczykow jest byłym „panem”, którego dawni poddani traktują z pogardą, a często i z nienawiścią, nie mogąc zapomnieć patologii i podziałów w społeczeństwie rosyjskim dziewiętnastego wieku. Pamiętać też trzeba, że jednak większość zesłańców stanowili ludzie źli, skomplikowani psychicznie, nie wahający się kraść i zabijać dla niewielkich korzyści. W twierdzy ciągle wybuchają spory i karczemne awantury, kończące się krwawymi bójkami, a dodatkowo Gorianczykowowi zaczyna doskwierać wielka samotność i poczucie przegrania życiowych szans. Wszystko ustąpi dopiero ostatniego dnia, gdy więzień stawi się u bramy, a po rozkuciu kajdan, powie: Wolność, nowe życie, zmartwychwstanie… Jaka wspaniała chwila!

SZANGHAJ NOCĄ

Choć wszystko wokół przygasa, trzeba przypominać momenty świetliste… Pod koniec maja 2018 roku byłem w Szanghaju, gdzie przeżyłem wiele takich chwil. Przez kilka godzin – od zachodu słońca do zmroku – chodziłem nabrzeżem rzeki Huangpu Jiang i rozkoszowałem się magią zjawisk, które rozgrywały się przede mną. Wysokie wieżowce dzielnicy Pudong były jak pomniki ludzkości podążającej do przodu i nieustannie się rozwijającej. Ale powolne przesuwanie się statków i barek, zapalanie się i gaśnięcie wielkich neonów, miało też w sobie coś z kosmicznego tańca swobodnych bytów i potwierdzało nieuchronność odwiecznej metamorfozy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PRZECIW ROZPADOWI…

Wieści docierające do nas z Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych są zatrważające, ale jednak staram się pisać. Zapewne tak samo czuli się twórcy podczas II wojny światowej – wszystko wokół waliło się, rozsypywało w pył od wybuchów bomb i pocisków, a oni mimo wszystko pracowali w swoich samotniach. Koronawirus uświadamia ludziom ich śmiertelność i to, że szybko mogą odejść z tego świata, zostawiwszy po sobie bałagan, wiele niedokończonych projektów, pogniecionych papierów i zapomnianych fotografii. Ale przecież atak chińskich drobinek niczego nie zmienia w ludzkiej sytuacji, zawsze na granicy światów, wciąż w obliczu zapadnięcia się w nicość. Naszą świadomość utrzymuje równomierny rytm krwi, krążącej w żyłach, a myśli możliwe są tylko, gdy nieustannie wdychamy i wydychamy powietrze. A jeszcze pożywienie, którego nie może brakować, a jeszcze uczucia, które każą nam wierzyć, że życie ma sens. Ludzie rodzili się i umierali, zawsze tak było i zawsze tak będzie, ale dopiero sytuacje krańcowe przypominały im, że wszystko może się skończyć bardzo szybko. Świadomość – tak krucha i subtelna – zaniknie w ułamku sekundy, otwierając nieodwołalnie czarną czeluść wieczności, nie dając szansy na wypowiedzenie słów pożegnalnych. W obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi, a przetrwać możemy tylko w świecie żywych bytów, chwilowych jak wszystko, ale w procesie wzrastania i zdobywania świadomości, mogących natknąć się na przejawy naszej aktywności. Dzisiaj zmarł Krzysztof Penderecki, a choć pozostawił po sobie przeogromny dorobek muzyczny, choć zasadził wiele drzew, stworzył wspaniały dwór i wielką enklawę parkową, musiał zostawić wszystko i poddać się prawom entropii. W ciągu trzystu sześćdziesięciu pięciu dni jest ten jeden, który będzie jak postawienie finalnej kropki, jak przewrócenie ostatniej karty księgi życia, jak gasnący oddech i światło zamierające w źrenicach. Myślę o śmierci, ale staram się pisać w trudnej, ogólnoludzkiej sytuacji, mimo wszystko próbuję podążać dalej, tworzyć własną historię, bo tylko tak można istnieć i przeciwstawiać się rozpadowi…

CZARNY NEFRYT (8)

Słońce powoli zachodziło, tworząc na niebie różnokolorowe pasy, plamy i zakrzywione ostrza. Ai wędrował przez góry, kierując się do rodzinnej wsi. Piął się stromymi ścieżkami na zbocza i szybko schodził w doliny. Czasem zatrzymywał się na jakiejś przełęczy i patrzył w dal, na wspaniały kraj Qin, ciągnący się daleko za horyzont, sięgający szczytami nieba, pełen cudownych dolin, jezior i rzek, kolorowych ptaków i rdzawych antylop, koziorożców na turniach i tygrysów w lasach, niedźwiedzi panda w bambusowych zaroślach i wzorzystych węży pośród traw. Panem tego wszystkiego był król, który przybrał tytuł Pierwszego Cesarza. Wstąpił na tron po swoim ojcu Czuang Siangu, w wieku trzynastu lat i godził się, by królestwem długo władał Liu Pu-wei, potężny konkubent jego matki. Potem jednak wygnał go ze stolicy, a spłodzone dzieci, swoich przybranych braci, kazał wymordować. Ai przystanął na wielkiej półce skalnej, wysuniętej nad przepaść, popatrzył na żółtą brzoskwinię słońca i zamyślił się nad światem, który nie wiadomo kiedy powstał. Nie bardzo wierzył w opowieści o Hun-tunie, mitycznym ni to zwierzęciu, ni bukłaku na wodę, utożsamianym z pierwotnym chaosem. Stwór ten wyglądał dziwacznie, jak skrzyżowanie kilku zwierząt, nie lubił ludzi dobrych, a łasił się do złych. Jedni mówili, że mieszkał na Niebiańskiej Górze, gdzie tańczył, grał na instrumentach i śpiewał, a inni przedstawiali go jako beztalencie, takie samo jak inne demony. Świat powstał w ciągu siedmiu dni i może rzeczywiście wyłonił się z chaosu, z którego powstały też bóstwa Yin i Yang. To pierwsze utworzyło ziemię, a drugie – uformowało niebo i tak powstał pierwszy porządek. Ai pamiętał opowieść ojca o pierwotnych oceanach i ich władcach. Hun-tun rządził Oceanem Środkowym, gwałtowny Szu władał Oceanem Południowym, a porywczy Hu decydował o Oceanie Północnym. To oni sprawili, że nieokrzesany stwór umarł i chaos się zakończył. Patrzył na malownicze krawędzie górskie i na niebieskie zbocza w dali, coraz szczelniej pokryte śniegami na szczytach. Kochał te miejsca i znał je dobrze od dzieciństwa, kiedy to po raz pierwszy poszedł z ojcem i bratem w góry i zobaczył krystalicznie czyste dale, o których wcześniej nie miał pojęcia. Odtąd były one w nim wielką tęsknotą i ilekroć wspinał się na szczyty i patrzył przed siebie, czuł jakby skrzydła rosły mu u ramion. Wznosił się w wyobraźni jak orzeł i bujał pośród obłoków, nad wioskami i cesarskim miastem, kołował nad rzeką Wei He i odprowadzał ją aż do ujścia i połączenia się z Huang He, matką wszystkich płynących wód. Był już blisko wielkiego rumowiska skalnego, za którym prosta droga prowadziła w dół, do rodzinnej wsi. Nagle coś przykuło jego uwagę i zadrżał z lęku, przystanął i osłonił oczy dłonią, by lepiej przyjrzeć się niebu. Krążyły na nim dziesiątki sępów i pojawiła się też między białymi czapami chmur jakaś czarna mgiełka, jakby złowieszczy opar, może dym, a może zapowiedź zbliżającej się burzy.

 Wyszedł zza załomu i jedno spojrzenie w dal prawie przyprawiło go o utratę świadomości. Zachwiał się na nogach, przytrzymał gałęzi dzikiego drzewa brzoskwiniowego i szybko pobiegł na dół. Coraz bardziej przybliżały się do niego ognie pożarów, dopalających się w miejscach, gdzie kiedyś stały domy sąsiadów i dobrze znanych mu ludzi. Tuż przy wejściu na główną ulicę wsi zatrzymał się i przyczaił za dużą stertą drewna. Uważnie sondował przestrzeń przed nim, ale nie zauważył niczego, co wskazywałoby na obecność wojska czy jakiejś bandy złoczyńców. Wyszedł ze swojego ukrycia i ruszył środkiem głównego traktu, co jakiś czas przystając i przyglądając się pozabijanym ludziom i kłębiącym się nad nimi sępom, wronom i krukom. Serce podeszło mu do gardła i cały drżał, kierował się jednak ku placowi na środku wioski, gdzie przepychało się wiele sępów. Chwycił dużego kija i podbiegł z nim do ptaków, które niechętnie odskoczyły, nawet nie wznosząc się w powietrze. To, co zobaczył powaliło go z nóg i zaraz upadł na kolana. Przed nim leżała piramida utworzona z ludzkich głów, a obok wbito w ziemię deskę z napisem: Kara za śmierć poborcy. Choć głowy były zmasakrowane, Ai rozpoznawał przez łzy wiele twarzy, szczególnie dzieci, które często przychodziły do kuźni i przypatrywały się jego pracy. Nagle jego uwagę przykuła posiwiała głowa, leżąca do niego bokiem. Zamarł z przerażenia, podszedł ostrożnie do niej i raz jeszcze upadł na kolana, krzycząc z bezsilnej rozpaczy i rwąc włosy z głowy. To była część ciała jego ojca, choć martwa, pełna powagi i dostojności, jakby bez użycia siły oddzielona od tułowia. Sięgnął ją z nabożną czcią i ucałował w czoło, usiadł na ziemi i patrzył na to, co pozostało z tego, który dał mu życie i wychowywał go przez lata. Zdjął gruby futrzany kubrak, który nosił na koszuli i owinął nim głowę ojca. Podszedł do piramidy i z bólem, z wielką rozpaczą w sercu, zawieszał wzrok na każdej twarzy, bojąc się, że za chwilę zobaczy też głowę swojego brata. Jego myśli biegały jak oszalałe, a w wyobraźni pojawiały się wykrzywione twarze Wanga i Shi Huangdi, jego ojca i brata, przepięknej Czao i dzieci wieśniaków. Myślał o tym, jak bezmyślne było zabicie poborcy i jakich wielkich krzywd przysporzył wsi tym czynem. Ruszył z miejsca, jakby był pijany i słaniając się na nogach, skierował się ku odległej kuźni. Wszędzie pełno było plam rozlanej krwi, na drodze i w bramach podwórek walały się ciała bez głów, odcięte ręce i nogi. Wielkie sępy biły się o łupy, przysiadały na niskich drzewach morwowych, przepychały się i robiły wiele hałasu. W końcu dotarł do swojego domu i zaczął przeszukiwać izby. Niczego nie znalazł, więc poszedł do kuźni, gdzie na środku podłogi, w wielkiej kałuży krwi, leżało ciało ojca. Odwinął głowę z zawiniątka i przyłożył ją do szyi. W tym samym momencie usłyszał głośny płacz, a potem krzyk, dobiegający z tajemnego schowka w dachu, w którym czasem ukrywali wykonane miecze i widły, topory i noże.

– Ai…!  Ai…! Kochany Aiu…

Jego brat, Nan, zeskoczył na ziemię i natychmiast objęli się w czułym uścisku. Drżeli jakby stali długo na mrozie i płakali. W końcu jednak zaczęli się opanowywać i Ai zapytał młodszego brata:

– Kto to zrobił…?

– To Czen i jego żołnierze… Pamiętasz tego złoczyńcę…? Czasami zamawiał u nas broń albo dzbany z brązu… – odpowiedział Nan.

– To on? Skąd się tutaj wziął? – dziwił się Ai.

– Przyjechał pomścić Wanga, ale to wściekły pies i na pewno chodziło mu o coś innego – powiedział młodszy mężczyzna, a potem jeszcze dodał – Nasz ojciec powiedział mi przed śmiercią, zanim przyszli do nas, że cokolwiek zrobiłeś, nie ty jesteś winny, tylko cesarz, który od lat morduje i uczy mordować swoich zauszników… To w jego imieniu przyjechał do naszej wsi Wang, a potem Czen…

– Nie mogłeś obronić staruszka…? – pytał zdesperowany Ai.

– Nakazał mi schronić się w skrytce i stamtąd widziałem jak go dopadli… – powiedział Nan drżącym głosem i zapłakał jak dziecko.

– Ilu ich było…? – pytał Ai.

– Wielu, chyba dwudziestu… Biegali od domu do domu i zabijali wszystkich… Na końcu przyszli do nas i Czen pytał ojca o ciebie i o mnie. Ojciec powiedział mu, że pojechaliśmy do sąsiedniej prowincji handlować wyrobami z żelaza i brązu. Nie wiem czy mu uwierzył czy nie, ale ledwo powstrzymałem się od wyskoczenia z ukrycia, gdy ściął głowę naszemu tacie… – opowiadał Nan i gorzko płakał.

Ai długo tulił go czule, klepał po plecach, w końcu poprawił jego rozczochrane włosy, tak jak czyniła to kiedyś ich matka i powiedział:

– Nie mamy chwili do stracenia… Musimy umykać w góry, do naszej chaty… Jest tam już Czao… – powiedział.

– Ona ocalała…? – zdziwił się Nan.

– Tak i czeka tam na nas…  Zbierajmy się, bo mogą tutaj przyjechać następni wysłannicy cesarscy i z miasta pewnie niedługo nadciągną rabusie.

Wyszli z domu i zobaczyli jakiś ruch za płotem. Ai sięgnął po łuk i oparł strzałę o cięciwę, jednocześnie zaczął zbliżać się do ogrodzenia. Gdy podszedł do niego opuścił jednak broń, bo zobaczył dziesięcioletnią Yin, która często przychodziła do kuźni. Wziął ją drżącą na ręce i wrócił do brata. Dziewczynka ocalała, bo wybrała się do Nana i przez cały czas kryła się za ogrodzeniem ich domostwa. Teraz zabrali ją ze sobą i szybkim krokiem ruszyli przez dopalającą się wieś ku drodze prowadzącej w góry. Gdy byli dość wysoko, odwrócili się za siebie i w ostatnich promieniach słońca zobaczyli, że z przeciwnej strony, traktem wiodącym od cesarskiego pałacu zbliżali się jacyś ludzie. Szli dalej i raz jeden, raz drugi, nieśli na plecach zmartwiałą z przerażenia Yin. Tak przemknęli, najpierw ku łące Czao, skąd popędzili w dół jej zwierzęta, a potem do jaskini, ukrytej za wodospadem. Najwięcej kłopotów mieli z białym jakiem, który często przystawał i nie chciał ruszać dalej. Dopiero uderzany lekko kijem bambusowym, szedł dalej, by po jakimś czasie znowu się zatrzymać. W końcu dotarli jednak do wodospadu, położyli śpiącą dziewczynkę na poszyciu z mchu, a sami zajęli się przeprowadzeniem przez strumień i po wąskiej ścieżce kóz, owiec i jaka. Tym razem zwierzęta przesunęły się szybko i dopiero przed lejącą się z góry wodą, zastygały wystraszone. Jakoś jednak udało się je przepchać i niebawem wszystkie znalazły się w jaskini. Ai wyszedł przed wodospad, obudził delikatnie Yin, okrył ją swoim kubrakiem i przeprowadził przez ukryte przejście. Dopiero w jaskini mogli odetchnąć i zdjąć przemoczone odzienie. Sięgnęli do skrzyni i wyjęli z niej suche koszule i spodnie, jakoś dopasowali też coś dziewczynce, która drżała z zimna i cichutko płakała. Teraz mogli już wypchnąć zwierzęta na łąkę i ruszyć w kierunku domku, z komina którego, cienką smużką wznosił się biały dym. Czao usłyszała beczenie owiec i wybiegła przed drzwi, a gdy zobaczyła Aia i Nana, a potem swojego jaka, kozy i owieczki, puściła się pędem przez łąkę.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: