DRAGON WYSTARTOWAŁ

Start rakiety kosmicznej Dragon, wyprodukowanej przez prywatną firmę Elona Muska SpaceX. Pierwsze podejście sprzed trzech dni nie udało się i kosmonauci musieli wyjść z kapsuły, a prezydent Donald Tramp i inni oficjele przybyli na przylądek Canaveral niepotrzebnie. Wszystko tutaj jest rewolucyjne – kształt kapsuły w formie ściętego stożka, nowe skafandry kosmiczne i powrót modułów nośnych na specjalną barkę, zakotwiczoną na oceanie. Do orbitalnej, międzynarodowej stacji kosmicznej polecieli dwaj kosmonauci – Robert Behnken (50) oraz Douglas Hurley (54) – mający ogromne doświadczenie w lotach kosmicznych. Wszak wcześniej uczestniczyli oni w lotach promów kosmicznych Endeavour i Atlantis, a ciekawostką jest to, że ich żony także są astronautkami, które spędziły wiele godzin w kosmosie. Media na całym świecie obwieściły początek nowej ery  w zakresie badania Układu Słonecznego i wszechświata, ale na to chyba jest jeszcze za wcześnie. Wiadomo jak labilne bywają prywatne środki finansowe, a kolejne katastrofy, powstrzymują rozwój kosmonautyki na wiele lat. Na razie mamy do czynienia z jednym udanym startem i miejmy nadzieję bezpiecznym powrotem na Ziemię. Choć firma Muska ma ogromne ambicje i zapowiada załogowe loty na Marsa, wszystko zweryfikują ewentualne sukcesy lub porażki kolejnych misji.

Kosmonauci misji Dragona – po lewej Douglas Hurley, po prawej – Robert Behnken

BROMBERG (12)

Hertha przybliżyła się do Williego i zauważyła, że na jego czoło wystąpiły lśniące kropelki potu, więc zaraz chwyciła go za rękę i powiedziała:

– Może chciałbyś się odświeżyć… dzisiaj jest tak gorąco… weź prysznic, a ja przygotuję coś zimnego do picia.

Willi otarł pot z czoła i zrobiło mu się nieswojo, tym bardziej, że poczuł jak lepkie strużki spływają mu po plecach i suną powoli w dół spod obu pach. Patrzył jak Hertha z gracją podąża małymi krokami do kuchni i zwrócił się ku łazience, gdzie szybko zdjął czarny mundur, jasną koszulę z wyraźnymi, mokrymi plamami i spodnie. Zrzucił resztę ubrania, odkręcił wodę i wskoczył pod prysznic, rozkoszując się chłodnym strumieniem. Namydlił całe ciało jakimś perfumowanym mydłem Herthy, a potem dwa razy spłukał je wodą, która już zdążyła się porządnie ogrzać. Zamyślił się też nad sytuacją, w której się znalazł i nagle wystraszył się konsekwencji, wszak tak szybko trafił do sekretarki słynącego z okrucieństwa przełożonego. Zrobiło mu się sucho w ustach, a jego męskość zmalała natychmiast, powodując, że lęk przerodził się w niemal przerażenie. Teraz wystraszył się jeszcze bardziej, bo wyobraził sobie, że nie sprawdzi się jako mężczyzna. Podążył do górnej części munduru, wiszącej na haku przymocowanym do glazury, odpiął guzik prawej kieszeni i wyjął małe podłużne, okrągłe, pudełeczko z blachy, na które przyklejono czerwoną etykietkę z napisem Pervitin. Wyciągnął z niego białą pastylkę, wsadził ją do ust i szybko rozgryzł, ale po chwili sięgnął po następną i także ją zjadł, popijając wodą z kranu. Sięgnął po duży amarantowy ręcznik, owinął nim się w pasie, zawiązał na gruby supeł, podszedł do zaparowanego lustra, przejechał po nim dłonią i widząc swoje zmierzwione włosy, uczesał je jakimś grzebieniem Herthy, leżącym na szklanej półeczce. Czując się odświeżony i gotowy, otworzył drzwi i wysunął się do sypialni, w której panował już półmrok, a w różnych miejscach płonęły białe świece. Zmieniła się też muzyka i łatwo rozpoznał w niej uwerturę do Tannhäusera Richarda Wagnera, graną często w Niemczech na koncertach dla esesmanów i ich rodzin. Hertha leżała na dużym łożu i miała na sobie tylko koronkową, kremową halkę, opiętą wokół obfitych piersi i podkreślającą rysunek zgrabnych ud i łydek.  Przez świadomość przemknęła mu jeszcze myśl o minnesingerze Wagnera, który spędził długi czas na górze Venusberg, zabawiając się z zaborczą boginią, która potem nie chciała go uwolnić. Powoli podszedł do łoża i przysiadł na jego brzegu, przysuwając usta do ust i jednocześnie gładząc prawą ręką aksamitną skórę jej ud. Przyciągnęła go do siebie, a jej dłoń powędrowała ku jego męskości, znowu ponadnaturalnie wielkiej. Poczuła też siłę jego ramion, twardość mięśni i nie czekając dłużej, sprawnie uniosła się nad niego, tak operując ciałem, by szybko się połączyli. Poczuła cudowne wypełnienie i zaczęła na nim falować, pogrążając się w coraz głębiej w rozkoszy, czując jakąś nieziemską jedność. On trzymał ręce na jej piersiach, przymykał oczy i także czuł się spełniony, w tajemniczy sposób nagle obdarowany jej ciałem i ciepłem. Nie przypuszczał, że ta drobna kobieta ma w sobie tyle energii i teraz pławił się w niej, prawie nic nie robiąc, lekko tylko drgając pośladkami i dociskając się do niej co chwila. Od samego początku rozkosz odebrała jej poczucie rzeczywistości i rozświetliła jaźń wielkimi plamami zmieniających się stale kolorów. Należała do kobiet, które traktowały seks jak kosmiczną komunię z mężczyzną i płonęły od początku do końca. W życiu codziennym sprawiała wrażenie zimnej jak żelazo, ale gdy kochała się z mężczyzną, żelazo rozpalało się do czerwoności, a potem bardzo wolno stygło.

Willi początkowo przeraził się jej zaborczości i sprawności erotycznej, wszak do tej pory miał zwykle do czynienia z dziewczętami, które pozbawiał dziewictwa, albo z zakompleksionymi mieszczankami, dopiero budzącymi się do życia miłosnego. Hertha szybko doprowadziła go do spełnienia, ale wcale nie miała zamiaru poprzestać na tym. Leciutko zsunęła się z niego i zaczęła ustami i językiem pieścić jego piersi, dotykać zębami sutków, podążać ku podbrzuszu i wciąż ogromnej męskości. Bawiła się jak dziewczynka lizakiem, całowała i brała do ust, obiegała językiem wszystkie krągłości, obdarzała ciepłym oddechem skórę wokół jąder i cudownie wadziła się z napletkiem, zsuwając go delikatnie wargami i nosem popychając go ku poprzedniemu ułożeniu. Muzyka stworzyła niepowtarzalny klimat, ale to światła świec spowodowały, że zaczęło mu się wydawać, iż pogrąża się w jakiejś mistycznej toni. Nagle zapragnął zaprezentować swoją przewagę i odsunął ją od siebie jakby gwałtownie popychał wroga. Odebrała to jako rodzaj zabawy i rozmachem uderzyła go otwartą dłonią w prawy pośladek, a potem ponowiła uderzenie w lewe udo, tuż przy podbrzuszu. Zabolało go to trochę, ale z jeszcze większym impetem naparł na nią, z łatwością rozkładając jej ramiona i uda i wnikając w nią z brawurowo. Teraz on chciał dominować i robił to z ogromną wprawą, poruszając się rytmicznie, z wielka dynamiką i powodując, ze prawdziwie straciła kontakt z rzeczywistością. Szybko pojawił się na ich ciałach pot – pościel i poduszki spadły na ziemię i zostali tylko na zmierzwionym, białym prześcieradle. Napierał na nią bez ustanku i czuł, ze wciąż rosną jego możliwości, jakby był biegaczem, który pokonał ogromny dystans i teraz kończył wyścig, dobywając z siebie tytaniczne siły. Jej twarz płonęła czerwienią, a włosy rozpadły się na wszystkie strony, tworząc rodzaj kompozycji, przypominającej stylizacje z rysunków reklamowych Alfonsa Muchy. Przez ułamek sekundy mignęła też w świadomości Williego, wykrzywiona komicznie, czarna twarz jakiejś hinduskiej bogini z kilkoma ramionami, ale zaraz rozmyła się we mgle. Na chwilę zatrzymał ruchy swoich ud i zaczął oplatać dłońmi jej piersi, brzuch, plecy i uda. Wysunął się z niej i zbliżył usta do jej łona, dmuchając leciutko w gęstą kępę czarnych włosów, a potem delikatnie pieszcząc językiem najczulsze miejsce. Ale nagle stało się z nim coś dziwnego, jakby jakaś mroczna siła wniknęła w jego ciało i przydała mu jeszcze większej energii. Gwałtownie przerzucił ją na brzuch i zaczął penetrować ją od tyłu, raz po raz wypadając z niej i z impetem wracając ku niej. Nie słyszał też jak szeptała:

– Willi, to boli… to boli… to bardzo boli…

Nie wiedział co się z nim działo, bo barwy zaczęły silniej pulsować, światła migały jak oszalałe, a jej ciało zaczęło mutować, przeistaczać się w skórę węża i brzydnąć nie wiadomo dlaczego? Napierał na nią, ale jednocześnie miał wrażenie, że obcuje z kimś innym, skarlałym i spotworniałym, ze stopą końsko-szpotawą. Znowu gwałtownie przerzucił ją na plecy i z przerażeniem zobaczył, że leży pod nim Josef Goebbels i śmieje się, odsłaniając końskie zęby. Przeraził się straszliwie i odruchowo chciał zasalutować, ale minister propagandy ubiegł go i odezwał się metalicznym głosem :

– Zdradziłeś swojego dowódcę… Jutro Alvensleben przeczyta mój raport…

Willi zobaczył oczyma wyobraźni jak staje przed plutonem egzekucyjnym na rynku w Brombergu, w tym samym miejscu, gdzie rozstrzeliwał Polaków. Tak pragnął na nowo ujrzeć Herthę, elegancką i pachnącą, tak ciał poczuć jej ciepło, ale miał wrażenie, że obcuje z zimnym trupem. Odezwały się w nim jakieś głosy, Hitler krzyczał: Vernichtung des jüdischen Bolschewismus… …rücksichtslose Germanisierung… a Goebbels wtórował mu: Vorsicht, Hunde… schrieb er, wenn der Teufel in mir ist, wirst du ihn nicht wieder einschränken…Były też jakieś złowieszcze szepty i szumy, a  przy łóżku stanął też kulawy Polak, którego Willi zobaczył na klatce schodowej, gdy szedł do Herthy. Wszystko w nim wirowało, wszystko zaczęło falować i jak tonący wyciągnął ręce przed siebie, schwytał coś i kurczowo zaczął uciskać. Po chwili znowu pojawił się pod nim Goebbels, którego  dusił bezlitośnie, przyciskał do łoża, a gdy poczuł, że osłabł, zaczął go okładać pięściami, drapać paznokciami i znowu bić bez opamiętania. Strach przed raportem ministra, który trafi na biurko Alvenslebena był tak porażający, że dla pewności uderzył jeszcze kilka razy, a potem zwymiotował na trupa i natychmiast stracił przytomność.

Willi obudził się wczesnym rankiem i w pierwszej chwili nie wiedział, gdzie jest, oślepiony światłem, czujący jakąś niewytłumaczalną niemoc i strach. Nagle obrazy zaczęły się jednak klarować, zatrzymał wzrok na dopalających się świecach i rzężącym patefonie, którego igła dotarła do końca płyty i chrobotała miarowo. Spojrzał w lewo i pierwszej chwili nie skojarzył co ma przed oczyma, ale zaraz serce podeszło mu do gardła i zaczęło bić jak oszalałe. Skoczył z łóżka na pełne nogi i z tej perspektywy zobaczył, że na łożu leży uwalane we krwi i straszliwie zmasakrowane ciało Herthy Kiebitz. Powoli zaczęły do niego wracać zdarzenia wczorajszego dnia, ale nie mógł sobie przypomnieć co właściwie się stało. Usiadł na krześle, schował twarz w dłoniach i zapłakał jak dziecko, trwając w bezruchu kilka minut. Jeszcze raz przyjrzał się ciału sekretarki swojego szefa i zimny pot wystąpił mu na czoło. Jego zimna świadomość wracała coraz intensywniej i odezwała się w niej perfidia, która zawsze pojawiała się, gdy zabijał ludzi. Poszedł do kuchni, znalazł jakąś szmacianą siatkę, do której zaczął wkładać kieliszki i szklanki, z których pili. Potem wszedł do łazienki i pod prysznicem zmył z siebie wszelkie ślady krwi, wytarł się w ten sam ręcznik, co wcześniej, a potem założył mundur i buty. Uczesał się dokładnie przed lustrem i końcem grzebienia wydobył spod paznokci naskórek kobiety. Wytarł chusteczką wszystkie miejsca, na których mogły pozostać jego odciski palców, a potem zgarnął pościele, poduszki, ręcznik i ubiory Herthy na środek pokoju. Polał je benzyną z zapalniczki i poszedł do kuchni, gdzie odkręcił wszystkie kurki gazowe. Wrócił do pokoju i stanął przy łóżku, jeszcze raz spojrzał na zmasakrowaną twarz Herthy, która teraz wydała mu się komiczna i bezsensowna, jak twarze rozstrzelanych Polaków i Żydów. Nie wahając się dłużej, zapalił stertę szmat, czując już wyraźnie napływający z kuchni odór gazu, odwrócił się na pięcie i myśląc o czekających go działaniach pozorujących, ruszył do wyjścia. Jego umysł pracował teraz na najwyższych obrotach i szukał ewentualnych zdarzeń, które mogłyby doprowadzić Gestapo do niego. Na szczęście nikomu nie powiedział o schadzce z sekretarką szefa, a nieobecność w domu krewnych, łatwo mógł usprawiedliwić jakimś wyjazdem. Wyszedł na klatkę schodową i natychmiast przypomniał sobie kulawego starca, który przestraszył się go, gdy zmierzał do Herthy. Zapamiętał dobrze za jakimi drzwiami zniknął i teraz, przeskakując po dwie schody, szybko znalazł się przy nich. Zapukał lekko, tak by nie robić zbędnego hałasu i po jakimś czasie usłyszał szuranie nogami, a potem chrobot w zamku. Drzwi uchyliły się i zobaczył tego samego mężczyznę, który wczoraj  tak się go przestraszył. Willi naparł na drzwi, które nie były zabezpieczone łańcuchem i znalazł się w środku, w małym korytarzyku, prowadzącym do innego pomieszczenia.

– Mamy doniesienie, że jesteś Żydem i ukrywasz się tutaj przed nami…– syknął Willi.

– Panie oficerze!!! Mój Boże, przecież mój ojciec był Niemcem z zagłębia Ruhry, a matka Ślązaczką… przyjechali tutaj w czasach, gdy Bromberg nazywany był Małym Berlinem i rozwijał się znakomicie…

– A my mamy informację, że nazywasz się Goldberg i donosiłeś Polakom na niemieckich braci, przygotowujących nasz powrót do Brombergu…

– Mój Boże, to kłamstwo panie oficerze, zawsze czułem się Niemcem… Czytałem Mein Kampf naszego führera i codziennie słucham w radiu przemówień ministra Goebelsa…

W świadomości Williego mignął obraz ministra Rzeszy, duszonego w łóżku Herthy. Pomyślał też, że ma mało czasu, bo za chwile nastąpi wybuch w mieszkaniu na pierwszym piętrze, a starzec mógłby potwierdzić, że to właśnie on był u niej. Nie zastanawiając się dłużej wyciągnął pistolet i skierował go w stronę przerażonego mężczyzny.

– Proszę nie strzelać… mam wnuka w pana wieku… nikomu nigdy nie zrobiłem nic złego…– lamentował starzec.

Willi w ułamku sekundy uświadomił sobie, że strzał będzie słyszalny na ulicy i spowoduje przybycie żandarmów. Podrzucił zatem pistolet lekko ku górze, zwinnie schwycił go za lufę, a potem z rozmachem uderzył rękojeścią w skroń starca. Ten natychmiast zalał się krwią i upadł na ziemię jak martwy, choć widać było, że wciąż oddycha. Dla pewności Otter jeszcze kilka razy uderzył go kolbą pistoletu, a gdy mężczyzna całkowicie znieruchomiał, poszedł do małej kuchni i w niej także odkręcił kurki z gazem. Nie oglądając się za siebie, zbiegł szybko po schodach i ostrożnie, krok po kroku, wysunął się na pusty chodnik. Nie chciał wchodzić na główną ulicę, więc skierował się w drugą stronę, wzdłuż Albrecht Dürer Strasse. Odszedł może dwieście metrów, gdy usłyszał za sobą potężną eksplozję, a szyby z pobliskich domów powylatywały na bruk. Nie oglądając się za siebie, przyspieszył kroku i z ulgą zaczął się oddalać, a gdy jeszcze usłyszał kolejny, mniejszy wybuch, skrzywił usta cynicznie, strzepnął jakieś pyłki z munduru i skręcił w Lessingstrasse, prowadzącą ku Johann Fichte Platz, tuż przy ogromnych budynkach Instytutu Rolniczego im. cesarza Wilhelma.

– Nie mogę brać dwóch pastylek Pervitinu… – pomyślał – Jak brałem jedną nie traciłem kontroli nad sobą…

NATURA

Człowiek późno poznaje naturę. Człowiek miejski dlatego, że żyje z dala od niej, wiejski – bo nazbyt blisko. Ale natura jest najważniejszą szkołą i człowiek zbyt późno zdaje sobie sprawę z tego, że to co ludzie nazywają „rozwojem”, nie jest w istocie niczym innym, jak tylko dokonującym się okrężną drogą naśladownictwem „wynalazków” urzeczywistnionych już przez inne istoty – owady, zwierzęta, ptaki, kwiaty – żyjące na ziemi od znacznie dawniej. Możliwe więc, że istnieje poezja kwiatów, podobnie jak istnieje muzyka ptaków, technika strukturalna roślin i zwierząt.

Sándor Márai, Dziennik 1967-1976, wyb. przeł. i oprac. Teresa Worowska, Warszawa 2019. s. 70.

FELIETONY Z KLUCZEM

Ryszard Milczewski-Bruno realizował w swoim życiu polski model egzystencji hipisowskiej, różniącej się znacznie od amerykańskiej czy zachodnioeuropejskiej. I choć także ważną rolę odgrywała tutaj przyjaźń w wąskim kręgu przyjacielskim (Szatkowski, Stachura, Różański), to nie było w niej twardych narkotyków, takich jak heroina, haszysz czy LSD. Jedyną i jakże destrukcyjną używką był tutaj alkohol, pity w formie wódki, piwa i wina, z czasem stający się sposobem na życie. To on zabijał poczucie beznadziejności i koił wewnętrzna ranę, stawał się nieodłącznym elementem twórczości i przyczyniał się do powstawania legendy Bruna. Niestety był też straszliwą siłą destrukcyjną, niszczącą życie i wywierającą piętno na psychice, redukującą szczytne plany literackie. Symbolem takiego losu może być brudna musztardówka, którą wydawca umieścił na zbiorze felietonów Bruna pt. Podróże bez klucza. O ile fotograficzna wizualizacja ma tutaj sens i jest głęboko zakorzeniona w pijackich dziejach tego człowieka, to tytuł zbioru odbiera mu autentyczność i niepotrzebnie przenosi te teksty w obręb tego, co autor prezentował w poezji i prozie. Tymczasem jest to książka dokumentująca wewnętrzną, intelektualną siłę pisarza, znającego swoje możliwości twórcze i śmiało realizującego model pisania z kontrapunktem i dystansem do samego siebie, do miejsc i do szeroko pojmowanej kultury. Prawdą jest, że Bruno realizował się w przestrzeniach ludycznych i stale szukał ludzi, którzy staliby się jego kompanami w podróży, przy stole biesiadnym i podczas imprez literackich, ale też – i to dokumentuje ten zbiór – był wrażliwym obserwatorem, a jego prowincja niewiele różniła się od tej, prezentowanej w książkach Kapuścińskiego, Kąkolewskiego czy Wańkowicza. Poza tym nie zamykał się tylko w Polsce, bo relacjonował też swoje podróże poza nią, ze szczególnym uwzględnieniem pobytu nad Wełtawą. Felietony publikował przede wszystkim w Bydgoskich „Faktach”, gdzie dzięki przychylności Jana Góreca-Rosińskiego otrzymywał skromne honoraria i ryczałt za tzw. stałą współpracę. Pozwalało mu to nieco stabilizować rozchybotane życie i przemieszczać się z imprezy na imprezę, z miasta do miasta, od redakcji czasopism do biur państwowych wydawnictw.

Zbiór felietonów Bruna ma ogromna wartość dokumentacyjną, ale też uświadamia czytelnikowi jak wielka tragedia rozgrywała się w życiu człowieka, który był intelektualistą, a z własnego wyboru bytował przede wszystkim pośród bylejakości i zwykłości, bratał się z alkoholikami i życiowymi wykolejeńcami. Jego teksty wskazują na to, iż posiadał ogromną kulturę literacką i potrafił tak je komponować, że nawet przy różnorakich udziwnieniach formalnych, stawały się one jasnym wykładem autora, świadomego słów, gestów i czynów. Przejmując od Edwarda Stachury umiłowanie ludzkiej prostoty, a od Jerzego Szatkowskiego umiejętność totalnego modyfikowania języka, wchodził Bruno w polską rzeczywistość lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku i odwzorowywał ją na najwyższym poziomie literackich interioryzacji. To było bystre spojrzenie intelektualisty, który zakładał często maskę cwaniaka, kompana z ferajny, ale w głębi duszy pozostał kimś, kim mógłby się stać, gdyby poszedł inną drogą. Jak wielkie były jego możliwości twórcze, dokumentuje tworzona przez niego poezja, w której modyfikacje językowe każą ustawiać go w jednym szeregu z Norwidem, Leśmianem i Białoszewskim i nie ma w tym dumnym przywołaniu wielkich nazwisk żadnej przesady – potrzebny jest tylko eseista, który połączy doświadczenia językowe tych twórców w inteligentnym i rozumiejącym studium. Zauważał to wieloletni Naczelny Redaktor „Faktów”, który dla dobra literatury nie wahał się narażać cenzurze i własnym przełożonym i przez dość długi czas lansował Bruna, udostępniając mu łamy ogólnopolskiego tygodnika. Oczywiście nie obywało się bez skreśleń i odrzucania niektórych tekstów, szczególnie tych zbyt drażliwie ukazujących socjalistyczną tandetę, ale – koniec końców – dochodzono do kompromisów i wciąż powstawały kolejne felietony. Widać wyraźnie, że Bruno przejął się rolą, zaakceptował swoje nowe zajęcie i tworzył teksty w swoim stylu, głęboko zakorzenione w proletariackim sposobie myślenia i analizowania przestrzeni, do których bezpardonowo wkraczał. To był rodzaj doświadczenia socjologicznego i próba zrozumienia ludzi w ich oryginalnych środowiskach, a przy tym spora doza humoru, mądrości życiowej i niespotykana labilność intelektualna, cechująca pisarzy najwyższej próby.

Widać w felietonach Milczewskiego-Bruna empatię do drugiego człowieka i choć bywa bardzo krytyczny dla wielu spotkanych osób, często też ujmuje czytelnika za serce. Tak bywa, gdy nawiązuje do konkretnych życiorysów ludzkich (Joanna Salamon, Edward Redliński, zapomniany grudziądzki pisarz Władysław Wągiel), gdy rozpamiętuje swoje zaniedbania rodzinne, albo gdy ocenia najbliższych przyjaciół. Wszystko tutaj wpisuje się w model życia w drodze, nieustannego przemieszczania się w przestrzeni i rozpamiętywania zdarzeń błahych i centralnych dla historii kraju, Europy, a nawet świata (Cendrars, Dworzak, Neruda). Musztardówka z okładki zbioru pt. Podróże bez klucza niebezpiecznie przenosi doświadczenia Bruna ku obszarom znanym tylko alkoholikom i chuliganom, a przecież w poszczególnych felietonach znajdziemy wnikliwe, intelektualne analizy, nawiązania do Leśmiana, Ionesco i Levi-Straussa, a także wielu autorów z pokolenia autora. Oczywiście nie można tutaj zapomnieć o pęknięciu egzystencjalnym, które było w tym człowieku, ale przecież nie on pierwszy eksperymentował ze sobą i danym mu czasem i nie on jedyny uczynił z używki narzędzie poznania świata i samego siebie. Pamiętajmy też w jakiej rzeczywistości rozgrywały się zdarzenia, w których uczestniczył – to była polska socjalistyczna z papieru mâché Gomułki i Gierka, dumnie podążająca do wyższej fazy socjalizmu, czyli nie wiadomo gdzie. W takiej absurdalnej, propagandowej przestrzeni Bruno znajdował nieustannie jakieś luki i wypełniał je treścią swojego hipisowskiego wędrowania, ciągłego zmieniania miejsca pobytu, wielu ucieczek i wielu powrotów. Wnikliwa lektura jego felietonów ukazuje twórcę nadwrażliwego, eksperymentującego w sferze języka i formy, często wykraczającego poza ramy gatunkowe i stale tęskniącego za bliżej nieokreśloną pełnią, przemycaną między słowami prawdą o Polsce i świecie. Gdyby Bruno wciąż żył, miałby teraz ponad osiemdziesiąt lat i może uznawany by był za klasyka literatury podróżnej, modyfikatora języka poetyckiego, tudzież najprawdziwszego reprezentanta utajnionych ruchów kontrkulturowych, często zredukowanych do wąskiego grona współbiesiadników i bliskich przyjaciół. Jego kontestacje miały charakter tyleż prywatny, co wpisywały się w szerszy trend socjologiczny, obserwowany od San Francisco do Paryża, od Ustki do Warszawy i od Bydgoszczy do Grudziądza. Wchodząc tak głęboko w polską prowincję, tworzył zarazem Bruno niepowtarzalne dokumenty pisarskie, świadczące o jego talencie i wrażliwości, możliwościach interpretacyjnych i wiedzy o człowieku.

___________

Ryszard Milczewski-Bruno, Podróże bez klucza, Wydawnictwo „Meander”, Więcbork 2016, s. 116.

O ROKU ÓW…! (3)

Chalkida – widok z okolic hotelu

8 kwietnia 2019 roku pojechałem na festiwal literacki do Grecji, który zorganizowała moja wieloletnia przyjaciółka Maria Mistrioti. Wraz z Hafifem Janabim przelecieliśmy samolotem Ryanaira z Warszawy do Aten i po niespełna trzech godzinach byliśmy już w kraju Homera i Platona. Ateny przywitały nas deszczem i mgłą, ale było dość ciepło, co zauważyłem wychodząc po schodach z samolotu i przyglądając się dalekim, granatowym wzgórzom w oddali. Maria poprosiła mnie, bym nominował kilku poetów do udziału w wydarzeniu i teraz cieszyłem się, że spotkam się z zaprzyjaźnioną gromadką, którą spotykałem najczęściej podczas chińskich festiwali literackich. Niezawodnie stawili się Hassanal Abdullach z Nowego Jorku, Germain Droogenbroodt z Belgii, Kornernelis Platelis z Litwy i Amir Or z Izraela, a grupę uzupełnił także tajwański nestor poezji Kuei-shien-Lee, nominowany przez Hatifa. Czekając na autobus, który przewiezie nas do Chalkidy, krążyliśmy trochę po ateńskim lotnisku i wyławialiśmy się wzajemnie. Potem wreszcie wsiedliśmy do wygodnego pojazdu i ruszyliśmy w kierunku wyspy Eubea, na której mieszka Maria Mistrioti i na której miał rozegrać się festiwal, dotowany przez władze i indywidualnych sponsorów. Choć padał deszcz i opary czasem zasłaniały widoki, pojawiły się przestrzenie charakterystyczne dla tego wyspiarskiego kraju, poprzeplatanego wodą, odsłaniającego dalekie szczyty górskie, w tej porze roku jeszcze pokryte śniegiem. W czasach, gdy przyjaźniłem się z Nikosem Chadzinikolau, kilkakrotnie planowałem wyjazd do Grecji, ale jakoś się to nie udało i teraz jego obecność w moim życiu symbolicznie podkreślali, biorący udział w festiwalu, jego syn i wnuczka. Patrzyłem szeroko otwartymi oczyma na mijane zatoki, okręty stojące przy brzegach i ruszające ku jakimś celom, a nade wszystko na ludzi, pojawiających się w miastach i miasteczkach.

Zatoka w Chalkidzie

Podróż nie trwała długo i niebawem znaleźliśmy się w wygodnym hotelu, położonym blisko zatoki i otoczonym tropikalną roślinnością. Szybko też okazało się, że posiłki przygotowywane dla nas były bardzo obfite i kilkuskładnikowe, co niestety zburzyło moje założenie, że trochę się odchudzę. Najlepiej mi to wychodzi podczas, festiwali w Kraju Środka, gdzie serwuje się mnóstwo warzyw i ryb, ale w Kolumbii, gdzie jadłem sporo ananasów i mango, także udało mi się zrzucić kilka kilogramów. Pierwsza kolacja była okazją do poznania wszystkich uczestników i do odnowienia dawnych znajomości, tudzież do wspaniałych rozmów i dyskusji. Świetne, greckie wino i piwo rozwiązały nam języki, więc wracałem do pokoju zadowolony, wziąłem gorący prysznic i poszedłem spać, słysząc dziwne pohukiwanie jakiegoś wodnego ptaka. Następnego dnia, od samego rana, z aparatem fotograficznym i w dobrym nastroju, ruszyłem z hotelu ku brzegowi morza, podziwiając daleki, ośnieżone szczyty, tonące w granatowej mgle i przywodzące na myśl Olimp i Zeusa. Schodząc niżej i zauważałem pojedyncze mewy, unoszące się nad tonią, zmierzające w stronę zjawiskowego cypla,  z lewej strony, albo ku dalekim domom miasta, rysującym się za zatoką. Fotografuję rośliny w ogrodzie i robię wiele zdjęć panoramicznych, a nade wszystko wsłuchuję się w siebie w chwili magicznej, z dawien dawna oczekiwanej i mającej się wydarzyć w roku 2019, jednym z najlepszych, które przeżyłem. Dochodzę do kamienistego brzegu i starym swoim zwyczajem podnoszę kilka kamieni, które zabiorę do domu, choć podobno nie wolno ich z Grecji wywozić. Wracam do hotelu i widzę, że nasza grupa zbiera się już na wyprawę do miasta, gdzie Maria pokaże nam niektóre zabytki i zabierze na obiad w typowej greckiej restauracji, serwującej owoce morza, ryby i sporo dań warzywnych. Wchodzimy do starego greckiego kościoła ortodoksyjnego, zwiedzamy muzeum, przyglądamy się domom i ulicom, a nade wszystko rozmawiamy i wymieniamy uwagi na temat tego, co zauważamy. Jak zwykle, odłączam się od grupy i fotografuję sporo ciekawych obiektów, zachwycam się kwiatami, pomarańczami, mandarynkami i cytrynami, dojrzewającymi na drzewach.

Niezwykła roślina z dziedzińca twierdzy Karababa

Jesteśmy na wyspie Eubea, którą Rzymianie nazywali Negroponte, a którego Chalkida jest dzisiaj głównym miastem. Maria proponuje nam przejazd do muzeum archeologicznego, usytuowanego wysoko na beockim wybrzeżu, w obrębie dawnej twierdzy Karababa, zbudowanej przez Turków w 1684 roku, by chroniła miasto przed agresją Republiki Weneckiej. To spora przestrzeń, pełna starych budowli i murów, z których znakomicie widać niemal całą Chalkidę i ośnieżone góry w dalszych planach. Przy tych kamiennych pamiątkach dawnych wieków rośnie wiele krzewów, niewielkich drzew, a pomiędzy kamiennymi duktami ścieli się dywan z kwiatów i ziół. Zrobiłem tam wiele zdjęć, ale dopiero po powrocie do Polski zauważyłem fotografię niezwykłej urody, dokumentującą kruchość naszego świata. Nie wiem co to są za kwiaty, rosnące na niewielkim krzewie, amarantową barwą wyraziście odcinające się od mętnej zieleni tła. Mogą należeć do rodziny storczyków, ale równie dobrze mogą być odmianą azalii, fiołków – trudno powiedzieć. Zatrzymane w kadrze świadczą o tym, że je zauważyłem, zrobiłem zdjęcie i pośród wielu ujęć to jedno okazało się najlepsze. Pierwszy plan jest tutaj dobrze oświetlony, wyrazisty, co pozwala wyodrębnić delikatne pręciki i płaszczyzny barwne poszczególnych płatków. Struktura tych kwiatów jest niezwykle delikatna, zdumiewająca w swojej oryginalności i lekkości, w chwilowym zawieszeniu nad ziemią. Może ilustrować kruchość wszelkiej egzystencji na naszej planecie i stać się symbolem roślinnej subtelności, pośród szarych krajobrazów. Zwiedzam też muzeum, w którym fotografuje wiele płaskorzeźb i monumentów, a nade wszystko czytam anglojęzyczne opisy poszczególnych artefaktów.  Wraz z przyjaciółmi wdrapuję się na mury i platformy i robimy sobie wiele fotografii, które pozostaną w naszych domowych albumach, na Instagramie, Facebooku i w dziennikach. Tutaj też przeżywam ogromne wzruszenia, gdy widzę grecka flagę nad starymi murami, albo gdy przyglądam się dalekim planom miasta, tak cudownie rozprzestrzeniającego się wokół ultramarynowych wód.

Na brzegu w Eretrii

Następnego dnia jedziemy najpierw do jednej ze szkół średnich Chalkidy, gdzie spotykamy się z młodzieżą i dyskutujemy z wieloma uczniami po angielsku o poezji i sztuce. Potem udajemy się do po bliskiej Eretrii i w siedzibie pani burmistrz znowu wypowiadamy się na różne tematy, związane z literaturą, Grecją i naszym festiwalem. Zostajemy zaproszeni na wystawny obiad w restauracji, położonej przy brzegu Południowej Zatoki Eubejskiej, gdzie – ku naszemu zdumieniu – wita nas po polsku właścicielka, która wyszła za mąż za Greka i od wielu lat prowadzi niewielki biznes w tym miejscu. Czekając na obiad, wychodzę na zewnątrz i fotografuję wielkie statki pasażerskie i handlowe, rośliny, domy, a nade wszystko przestwór morski, połyskujący w południowym słońcu. Na obiad jemy świeżą rybę, popijamy piwem lub doskonałym białym winem, a potem ruszamy do muzeum archeologicznego, gdzie fotografuję znowu wiele rzeźb. Dalej droga wiedzie ku starożytnemu amfiteatrowi, gdzie wciąż trwają prace archeologiczne, nie dające wszakże jeszcze wyobrażenia, jak obiekt ten wyglądał w starożytności. Rozmawiamy z sympatyczną panią archeolog, umorusaną w błocie i wskazującą nam najciekawsze miejsca, a potem prowadzącą nas ku dobrze zachowanym murom, na tle których robimy sobie wiele zdjęć. Odchodzę od grupy i fotografuję sporo roślin, a także zatrzymuję się w pewnym oddaleniu i kontempluję starożytne pozostałości po niegdyś potężnym państwie greckim. Rozmyślam o przemijaniu, które nie omija nikogo i niczego, cieszę się też, że moje wieloletnie zainteresowania starożytnością, znajdują tutaj swoją egzemplifikację. Archeolog mówi o dramatach i komediach, które wystawiane były w amfiteatrze eretryjskim, a ja wyobrażam sobie Antygonę mówiącą: O ukochana siostro ma, Ismeno,/ Czy ty nie widzisz, że z klęsk Edypowych/ Żadne za życia los nam nie oszczędza?/ Bo nie ma cierpień i nie ma ohydy,/ Nie ma niesławy i hańby, które by/ Nas pośród nieszczęść pasma nie dotknęły./ Cóż bo za rozkaz znów obwieścił miastu/ Ten, który teraz władzę w ręku dzierży?/ Czyś zasłyszała? Czy uszło twej wiedzy,/ Że znów wrogowie godzą w naszych miłych? Powoli wracam do grupy, żartuje z roześmianą poetką z Szanghaju, jeszcze raz rzucam okiem na ruiny starożytnego teatru i podążam do autobusu, który wiezie nas z powrotem do hotelu.

Chalkida – miejsce spotykania się prądów morskich

Wieczorem wychodzę na taras hotelowy i kontempluje dalekie światła Chalkidy, połyskujące w mroku, jak drogocenny diadem. Znowu odzywa się dziwny, tubalny, ptasi głos, który może należeć do nura, pojawiającego się czasem na wybrzeżu greckim. Czuje się spełniony i zaspokojony, a jednak jakiś dojmujący smutek pojawia się w moich myślach. Wracam do pokoju hotelowego, siadam przy biurku i piszę wiersz pt. Nostalgia: Twoje drogi wiodą cię/ ku dalekim krainom/ i nagle stajesz u wrót/ doliny otoczonej górami/ świetlista tafla morza zaczyna/ taniec snu pośród sinych/ mgieł i niebieskich oparów/ zdążałeś wytrwale do celu/ aż wstąpiłeś/ w nieskończoność/ przymrużone oko świtu/ zamknięta powieka zmroku/ odgrodziły cię od bólu/ i czarnej pamięci/ nostalgia jak zmurszała maska czasu/ krwawiła w zranionej/ świadomości. Noc mija szybko i po porannym prysznicu melduję się na śniadaniu, jak poprzednio, zbyt obfitym i jakże różnorodnym. Mam co najmniej godzinę do kolejnego wyjazdu, więc jeszcze raz idę nad brzeg morza i przyglądam się dalekim statkom, charakterystycznym łodziom rybackim, a nade wszystko fotografuję szerokie przestrzenie, roślinność, skały i kamienie na brzegu. Czas mija szybko, więc zbieram się i jako jeden z ostatnich wchodzę do autokaru, który wiezie nas na główną imprezę festiwalu, do siedziby burmistrza. Maria robi, co może, by wszyscy byli zadowoleni, a włodarz miasta chodzi od pisarza do pisarza i ściska dłonie, dziękuje za przyjazd do Chalkidy, zawsze otwartej dla twórców. Czytamy wiersze, wręczamy Europejskie Medale Poezji i Sztuki HOMER, Amirowi Orowi i Romainowi  Droogenbroodtowi, z przyjemnością oglądamy występy artystyczne Greków i Greczynek. Następnie udajemy się na nabrzeże Cieśniny Ewripos by zobaczyć słynne miejsce, w którym wody przepływają z południowej do północnej Zatoki Eubejskiej i kilka razy na dobę zmieniają kierunek przemieszczania się prądów. Wchodzimy do kolejnej restauracji i jemy wspaniały obiad, znowu kilkuskładnikowy, dodatkowo wzmocniony świetnym czerwonym winem i zamawianym indywidualnie piwami Mythos, Efes lub Levante, z browaru umiejscowionego na wyspie Zakynthos.

Ruiny świątyni Apollina w Delfach

Nowy dzień przynosi wyprawę do Delf, miejsca urodzenia Nikosa Chadzinikolau, którego członkowie szerokiej rodziny stale tam mieszkają. Eubeę opuszczamy długim mostem i podróżujemy przez spory kawałek Grecji Środkowej, aż do stóp Parnasu, trzynaście kilometrów od Zatoki Korynckiej. W czasach antycznych znajdowało się tam sanktuarium poświęcone Appolinowi, a nieco niżej zbudowano centrum Ateny Pronaji, czyli Strażniczki Świątyni. Najpierw przejeżdżamy przez współczesne Delfy, usadowione tarasowo na zboczach, pełne czarujących, wąskich uliczek i budowli typowych dla tej części Grecji, a potem kierujemy się do muzeum archeologicznego, słynącego z rzeźb i innych cennych zabytków starożytności. O miejscu tym mówi mit o dwóch orłach, wysłanych przez Zeusa z krańców kosmosu, by znalazły „pępek” świata. Natkniemy się też na opowieść o Gai – Matce Ziemi, której sanktuarium strzegł wąż Pyton, pokonany później przez Apollina. To ten grecki bóg ustanowił wyrocznię w tym miejscu, a jego przepowiednie miała przekazywać Pytia.  Początkowo czczono tu Posejdona i Dionizosa, uprawiano też kult kamieni (omfalos), ale od VII wieku przed naszą erą zainicjowano kult boga piękna, światła, życia i śmierci.  Wchodzimy do muzeum, w którym fotografuję wiele płaskorzeźb i rzeźb, przyglądam się wytworom greckiego geniuszu artystycznego, kamiennym wyobrażeniom bóstw, filozofów i władców. Delfy ugruntowały swoją sławę już w czasach archaicznych, a wyrocznia delficka uważana była za jedną z najbardziej wiarygodnych i miała przewidzieć, między innymi wyprawę Argonautów i wojnę trojańską, tudzież zakładanie kolonii przez Greków. Po bodaj dwugodzinnym zwiedzaniu muzeum, wychodzę na zewnątrz i podążam ku ruinom sanktuarium apollińskiego i antycznego cmentarza, pełnego kolumn i kamieni nagrobnych. Robię wiele zdjęć, które zapewne przydadzą mi się do przygotowywanej książki o czasach, sztuce i literaturze starożytnej. Spore wzniesienia wymagają dobrej kondycji, ale nie narze3kam na jej brak i dzielnie podążam ku kolejnym, interesującym miejscom. W zjawiskowych ruinach świątyni Apollina spotykam Hatifa i Amira i potem wraz z nimi wracam ku placowi, gdzie przewidziano zbiórkę całej grupy.

Sanktuarium Ateny Pronaia w Delfach

Wsiadamy do autobusu i jedziemy kilkaset metrów niżej, by zobaczyć sanktuarium Ateny, umiejscowione na jednym ze zboczy, specjalnie zniwelowanym do tego celu. W naszej grupie jest sporo starych ludzi, po sześćdziesiątce, po siedemdziesiątce, ale nawet nasz osiemdziesięcioletni kolega z Tajwanu rusza w dół, ku jakże zjawiskowemu miejscu. Droga wiedzie zakosami ku widniejącym w dali kolumnom i kamieniom, które kiedyś były częścią budowli dla kapłanek. Tutaj czuje się wyraźnie powiew starożytności, a zdruzgotana budowla przywołuje moje liczne lektury i młodzieńcze marzenia, związane z wyprawami do Grecji. Robimy sobie zbiorowe zdjęcia, a niektórzy uczestnicy festiwalu czekają aż grupa się oddali i wtedy proszą o indywidualne fotografie, dokumentujące ich pobyt w tym miejscu. Sanktuarium Ateny Pronaja zbudowano w pewnym oddaleniu od świątyni apollińskiej, by bóstwa ze sobą nie rywalizowały. Właściwie były tam trzy świątynie, poświęcone Atenie, dwie wzniesione z tufu i trzecia z wapienia, a także eolski skarbiec Massalczyków i obiekt dorycki. Z okresu klasycznego odkryto też temenos herosów, ołtarz Ateny Pronaja, ołtarz Higiel i Ejlejtyi. Odbudowano tylko częściowo tolos, a choć są tam teraz tylko trzy wielkie kolumny i część kręgu środkowego, dają one wyobrażeni e o urodzie tego miejsca i jego randze w dawnych wiekach. Jak zwykle w takich sytuacjach, żałuję, że nie jestem tu sam, ale czekam cierpliwie aż wszyscy ruszą z powrotem, do autobusu i choć przez kilka minut rozkoszuję się w samotności niezwykłością tego miejsca. Wędrując pod górę, przystaję co jakiś czas, bo jestem na wysokości ok. 500 metrów nad poziomem morza i wyraźnie to czuję. Te przerwy wykorzystuję na fotografowanie endemicznej, górskiej roślinności, wypatruje ptaków, a nade wszystko odwracam się za siebie i z wielu miejsc robię zdjęcia sanktuarium ateńskiego. Jako jeden z ostatnich wchodzę do pojazdu, który rusza ku miasteczku, gdzie zjemy obiad i zaczniemy się dzielić refleksjami na temat tego, co tego dnia zobaczyliśmy. Usadawiam się przy stole tuż przy Hatifie i Hassanalu, zostawiam kurtkę, a tylko w koszulce wymykam się ku uliczkom Delf. W sklepach z pamiątkami kupuję gustowne magnesy na lodówki dla mnie i dla moich dzieci, a także sporo innych przedmiotów, symbolizujących Grecję. Na obiad jemy pieczone ziemniaki, rybę, sporo warzyw, a wszystko popijamy sokiem pomarańczowym, winem i doskonałym piwem Zorbas.

 Rzeźba Antinosa z muzeum w Delfach

W naszym świecie wszystko ma swój początek i koniec, a piękne chwile jakże szybko mijają. Na szczęście został nam jeszcze ostatni dzień festiwalu, który przyniósł długo oczekiwaną wyprawę do Aten. Po dwóch godzinach jazdy autostradą docieramy do stolicy Grecji i od razu kierujemy się do Muzeum Akropolu, które od 2009 roku mieści się w nowoczesnym budynku, zaprojektowanym przez szwajcarskiego architekta Bernarda Tschumiego. Po latach niszczenia i rabowania zabytków przez Turków, Wenecjan, Anglików, władze greckie postanowiły stworzyć muzeum, w którym zostałyby zachowane dla potomnych wspaniałości architektury i sztuki rzeźbiarskiej Akropolu i jego okolic. W wieku XIX i XX kilkakrotnie przebudowywano i powiększano ten obiekt, rosła też stale liczba artefaktów eksponowanych w nim. Dopiero jednak u końca pierwszej dekady XXI stulecia oddano do użytku funkcjonalny budynek, ulokowany na autentycznych ruinach, w którym znaleźliśmy się wraz z setkami turystów. Nie lubię zatłoczonych muzeów i zbyt natrętnych przewodników, zatem szybko oddzieliłem się od grupy i zacząłem chodzić swoimi ścieżkami. Co jakiś czas obsługa zwracała mi uwagę, że nie wolno fotografować niektórych rzeźb, ale jakoś udawało mi się przechytrzyć niezwykle zasadnicze panie i zrobić nieco zdjęć bez flesza. Po obejściu wszystkich pięter, dowiedziałem się, że zbierzemy się przed muzeum dopiero za godzinę i ruszymy na obiad. Natychmiast też podjąłem decyzję, że ruszę piechotą ku Partenonowi, bo przecież od dawna chciałem się tam znaleźć. Droga ku głównemu wejściu, dość stroma i uciążliwa, zabrała mi zaledwie piętnaście minut, więc obliczyłem, że na zwiedzanie świątyni zostanie mi jakieś pół godziny. Na szczęście miałem przy sobie legitymację dziennikarską, która umożliwiła mi szybkie i bezpłatne wejście na teren wykopalisk i rekonstrukcji. Zrobiłem sporo zdjęć i zatrzymywałem się w miejscach szczególnych, rozmyślając i planując rozdziały mojej książki o czasach i sztuce starożytnej. Mój pobyt w tym miejscu potwierdził moje wieloletnie przeświadczenie, że kiedyś ją napiszę i zilustruję własnymi fotografiami, tym bardziej, że wiele tekstów składowych już powstało.

Odbudowywany Partenon

Przechodzę kolejne poziomy, mijam schody i kamienne platformy i już jestem przy Partenonie, czyli świątyni Ateny Dziewicy, wzniesionej z białego marmuru pentelickiego w V wieku przed naszą erą, według planów Iktinosa i Kallikratesa, a pod nadzorem samego Fidiasza. Jeszcze teraz wyraźnie rysuje się porządek dorycki budowli, choć wszystko psują rusztowania, betoniarki i dźwigi stojące na budowie. Staram się jednak tak kadrować zdjęcia, by nie znalazły się one na fotografiach i szybko obchodzę dookoła całe wzgórze świątynne. Roztacza się z niego wspaniały widok na Ateny, ogromne, czteromilionowe  miasto położone na równinie między Zatoką Sarońską, należącą do Morza Egejskiego, a czterema górami: Egaleo, Hymet, Pentelejkon i najwyższą z nich – Parnitą (1423 m n.p.m.). Stosunkowo niedawno pisałem w moim dzienniku o Atenie i jej świątyni, więc otwieram go w iphonie i czytam: Dzięki współczesnym rekonstrukcjom możemy zdać sobie sprawę jak wielkim szacunkiem darzono Atenę – rzeźba dłuta Fidiasza, znajdująca się w Partenonie, jest tego wyrazistym dowodem, a choć nie przetrwała do naszych czasów, nowoczesne techniki audiowizualne pozwoliły ją w całości zrekonstruować. Grecki rzeźbiarz wykonał ją w latach 447–438, stosując technikę chryzelefantową (nakładanie na drewnianą konstrukcję płyt złota i kości słoniowej) i przydał wiele dodatkowych elementów. Rzeźba miała dwanaście metrów wysokości wraz z bazą, oszałamiała bogactwem, dekoracyjnością i rozmachem artystycznym i przyczyniła się do nieśmiertelnej sławy jej autora. Posąg umieszczony we wnętrzu Partenonu wyobrażał majestatyczną boginię w złotym hełmie i długim, powiewnym peplosie. Atena wyposażona została także w złotą figurę Nike na prawej dłoni, o rozmiarach żywej kobiety (1,77 m) oraz kunsztownie przyozdobioną egidę i włócznię przy lewym boku. Na szczycie jej hełmu Fidiasz umieścił gryfa z dwoma sfinksami, na egidzie głowę Meduzy, na sandałach sceny z centauromachii, a na fryzie moment narodzin Pandory, której to przygląda się dwunastu bogów. Rzeźbę wielokrotnie uzupełniano, a jej kruszec, wagi ok. 1151 kilogramów stanowił skarb państwa ateńskiego. Losy tego przedstawienia dopełniły się w piątym wieku naszej ery, kiedy to miał miejsce ogromny, destrukcyjny pożar. Przypuszcza się też, że złoto i kość słoniowa zostały wywiezione przez Turków do Konstantynopola, gdzie zostały użyte do wykonania innych wytworów.

Widok ze wzgórza świątynnego na Ateny

Od dłuższego czasu trwają prace rekonstrukcyjne na wzgórzu akropolskim i planuje się odzyskać oryginalne, marmurowe rzeźby z muzeów europejskich, a także odtworzyć ze współczesnych materiałów ogromny posąg Ateny Dziewicy (gr. Partenos). Teraz byłem w tym ważnym dla kultury światowej miejscu i robiłem zdjęcie za zdjęciem, co jakiś czas zerkając na zegarek – okazało się, że pół godziny w zupełności wystarczyło by obejść wzgórze, zatrzymać się przed erechtejonem z kopiami słynnych kariatyd, a nade wszystko przystawać w najlepszych miejscach widokowych i patrzeć w zadumie na Ateny. Z ociąganiem zszedłem z Akropolu i powędrowałem z powrotem ku muzeum, przed którym zbierała się już nasza grupa. Wsiedliśmy do autokaru i przez zakorkowane ulice przejechaliśmy do wspaniałej restauracji, w której uraczono nas obfitym obiadem, wzbogaconym wspaniałymi winami. W znakomitych humorach wracaliśmy do hotelu w Chalkidzie, gdzie natychmiast położyłem się na krótką drzemkę. Po przebudzeniu, czując, że czas pobytu w Grecji kończy się, jeszcze raz poszedłem nad brzeg zatoki, a potem długo patrzyłem z góry na zachód słońca, rozlewające się barwy, na dalekie szczyty i chłonąłem rzeczywistość tego miejsca i czasu, który umykał bezpowrotnie. Następnego dnia ruszyliśmy autokarem na lotnisko w Atenach, a stamtąd – znowu z Hatifem – udaliśmy się samolotem do Modlina, skąd często latają statki powietrzne Ryanaira. Lecąc nad chmurami przeglądałem zdjęcia w moim Canonie i jeszcze raz przed oczyma pojawiły mi się wydarzenia tych kilku dni, sfotografowane rzeźby, budynki, rośliny i ludzie, przyjaźni i pełni empatii dla przyjezdnych gości. Maria zapowiadała powtórzenie festiwalu w następnym roku, ale nie mogła wiedzieć, że sytuacja na świecie tak diametralnie się zmieni, a drobinka zwana koronawirusem unieruchomi potężne odrzutowce, koleje, statki morskie i samochody i każde ludziom siedzieć w domach. Może jednak jesienią nie będzie drugiego ataku wirusa i wszystko zacznie wracać do normy i znowu poeci przylecą do gościnnej Chalkidy by czytać wiersze, zwiedzać piękny kraj i jego wspaniałe zabytki.

Północna Zatoka Eubejska

Ozdobny żyrandol w kościele w Chalkidzie

Mozaika

Dawny meczet

Dzwonnica

Od lewej: Dariusz Tomasz Lebioda, Hatif Janabi, Germain Droogenbroodt, Amir Or

Organizatorka festiwalu Maria Mistrioti i Hassanal Abdullah z Nowego Jorku

Eubea – Zatoka

Twierdza Karababa

Karababa

Widok z murów twierdzy Karababa

Germain Droogenbroodt, Amir Or, Hassanal Abdullah i Maria Mistrioti

Cieśnina pomiędzy Południową Zatoką Eubejską i Północną

Widok z brzegu w Eretrii

Brzeg w Eretrii

Statki w okolicach Eretrii

Grecka flaga

Amfiteatr w Eretrii – zachowane kamienie

Amfiteatr w Eretrii

Promenada w Eretrii

Grecja…

Okolice Delf

Germain Droogenbroodt i poeta z Tajwanu Kuei-shien Lee

Dalekie góry w okolicach Delf

Ruiny świątyni Apollina w Delfach

Ruiny starożytnego cmentarza w Delfach

Gdzieś tam jest Parnas…?

Delfy

Współcześni bogowie i boginie  w sklepie z pamiątkami w Delfach

Widok na Zatokę Koryncką

Sanktuarium Ateny Pronaia koło Delf

Akropol z zewnątrz

W drodze ku Partenonowi

Erechtejon

Panorama Aten

Ruiny wielkiej bramy

Brama

Pozostałości po starożytnych kolumnach

Rekonstruowany Partenon

Widok Aten z Akropolu

Erechtejon z kariatydami, w którym Turcy urządzili harem

Partenon

A tak wyglądał monument Ateny z Partenonu – rekonstrukcja z Nashville

 

Prace przy Partenonie

Jeszcze jedno spojrzenie na świątynię Ateny Dziewicy

I rzut oka z daleka

Akademia Ateńska

CHCIAŁBYM ZOSTAWIĆ PO SOBIE PORZĄDEK

Marlena Zynger – Redaktor Naczelna warszawskiego magazynu „Lirydram” zamieściła wywiad ze mną, który lokuję także na moim blogu. W taki sposób dotrze do większej liczby odbiorców. Polecam cały wolumin pisma, bardzo interesującego i dostępnego KMPiK-ach.

 Piszesz nie tylko wiersze, ale i powieści. Jesteś bardziej poetą czy pisarzem?

Staram się uprawiać wiele gatunków literackich, choć oczywiście wszystko zaczęło się od wierszy… pisanych dla pięknej Aliny… Potem była poezja generacyjna, powstająca w poczuciu misji ratunkowej i zachowania od zapomnienia moich kolegów i koleżanek, którzy w konflikcie ze światem, rodzicami i samymi sobą, odbierali sobie życie na jednym z bydgoskich osiedli. Ten sam temat drążyłem w opowiadaniach z tomu pt. Chłopcy z cmentarza Świętej Trójcy, ale w pierwszej powieści, zatytułowanej Ulica klonów, choć bohaterem jest dziecko, starałem się ukazać jego dochodzenie do samoświadomości i odbicie w niej świata, pojawianie się snów i tajemniczych wizji w młodym umyśle. Z racji tego, że uprawiam trójpolówkę literacką, gatunki u mnie stale się mieszają, a do tego jeszcze dochodzi działalność wydawnicza, malowanie obrazów i tworzenie rysunków, najczęściej surrealistycznych, odsłaniających jakieś nieuświadomione pokłady we mnie. Mijając barierę sześćdziesięciu lat zrozumiałem, że nie można stale biec do przodu i zmieniać radośnie kierunki, jak spuszczony z pęt źrebak. Zacząłem zatem prace porządkowe i mam zamiar wydać cały mój dorobek w nowych, poprawionych edycjach. I wtedy może dam sobie spokój z pisaniem literatury, czerpiąc radość z wnuków, podróży i spotkań z czytelnikami.

Jesteś nie tylko twórcą, ale i wieloletnim wykładowcą akademickim. W związku z tym posługujesz się językiem bardziej mierzalnym i naukowym dla określania i oceny twórczości innych. Czy mógłbyś zatem wskazać konkretne czynniki odróżniające dobrą poezję od grafomanii?

Grafomania to przypadłość ludzi, którzy nie potrafią zinterioryzować tego, co produkują w nadmiernych ilościach. Ich przekonanie o swojej wyjątkowości mogłoby dać wspaniałe efekty, ale nie mają warsztatu, nie widzą niestylistyczności swoich tekstów, nic nie wiedzą o strategiach pisarskich i odniesieniach do innych autorów. Zaczynają od złej poezji rymowanej i nie potrafią się wydostać z tej matni, zachwyceni, że wciąż udaje się im dobierać końcówki wyrazowe. Nigdy nie mieli w ręku Studiów z historii i teorii wersyfikacji polskiej Marii Dłuskiej, nie czytali największych potów wiersza białego, a swoje powierzchowne fascynacje dla mistrzów utworów rymowanych, zamieniają w wierszoklectwo. W czasach mojej młodości, gdy byłem recenzentem „Życia Literackiego”, „Nowych Książek” czy „Miesięcznika Literackiego” starałem się walczyć z grafomanią, ale szybko zrozumiałem, że prawdziwa krytyka literacka jest obcowaniem z arcydziełami i książkami nieco tylko mniejszego kalibru, ale mającymi w sobie jakiś interesujący element. Przestałem zatem pisać recenzje negatywne, a ewentualne interwencje publikując na moim blogu Dziennik ornitologa, który niebawem zacznie się też ukazywać tom, po tomie, w wersji papierowej.

Czy Twoim zdaniem istnieje coś takiego jak poezja kobieca?

Niewątpliwie tak, choćby z racji dwudzielności płciowej naszej populacji i czegoś takiego, co określa się jako płeć mózgu. Z drugiej strony znam wielu mężczyzn piszących wiersze „kobiece” i wiele kobiet, które pragną zanegować swoją płeć i publikują teksty z wyraźnym „hormonem” męskim. Oczywiście w przypadku krytyki literackiej nie powinniśmy stosować takich podziałów, bo podążałyby one w kierunku rasizmu, ksenofobii i nietolerancji. Kobieta jest tak cudownym obiektem obserwacji i może być tak znakomitym kompanem, niezwykłą kochanką, matką, siostrą i żoną, że wszystko co robi powinno być dla mężczyzn interesujące i przydające barw światu. Niestety codzienne konflikty damsko-męskie przekładają się na wiele sfer życia i bywają pretekstem do tego, by chełpić się szowinizmem męskim, albo stosować przemoc żeńską w stosunku do drugiej osoby. Spośród kobiet piszących fascynowałem się wieloma poetkami polskimi i światowymi, żeby przywołać tylko Marię Jasnorzewską-Pawlikowską, Halinę Poświatowską, Łucję Danielewską, Marinę Cwietajewą, Sylwię Plath, Anne Sexton, Ormiankę Sonę Van i Chinkę Zhao Si. Opublikowałem też wiele recenzji książek autorek polskich od Joanny Pollakówny i Lucyny Skompskiej, poprzez Annę Janko, Wisławę Szymborską, Alicję Patey-Grabowską, aż do Ariany Nagórskiej, Marioli Lewickiej i Agnieszki Mrowińskiej. Napisałem też wiele posłowi i wstępów do tomów poetek, między innymi Joanny Jędrzejewskiej-Bałdygi, Anny Cybulskiej, Danuty Muchy, Karoliny Kusek, a na łamach „Okolicy Poetów” publikowałem analizy najpiękniejszych wierszy pań, np. Szymborskiej czy Adriany Szymańskiej

Należysz do pokolenia „Nowych Roczników”. Co to oznacza?

W PRL-u tworzono te pokolenia poetyckie trochę na siłę, a specjalizowali się w tym Andrzej K. Waśkiewicz i Jerzy Leszin-Koperski. To oni stworzyli antologię pt. Nowe roczniki, w której zamieścili autorów dość przypadkowo dobranych, nie wartościując jakoś szczególnie ich tworów literackich, a jedynie stosując kategorię generacyjną. Dzisiaj widać, że ich zabiegi niewiele dały, bo obecność tego „pokolenia” w literaturze polskiej jest bardzo wątpliwa i poza tekstami kilku krytyków towarzyszących, nie powstała wykładnia grupy, nie mówiąc już o monografiach krytycznoliterackich czy naukowych. To było bardzo wygodne dla ówczesnych władz kulturalnych i politycznych – skoszarować młodych na wąskiej przestrzeni i nie pozwalać na kształtowanie się wybitnych osobowości. Niech pieski sobie warczą, ale tylko trzymane na krótkiej smyczy, tylko w obrębie wąskiej rzeczywistości młodoliterackiej. Doświadczenia wszystkich pokoleń, od czasów Skamandra, poetów II wojny światowej, poprzez grupę „Współczesności”, Orientację Poetycką „Hybrydy” czy Nową Falę, wskazują, że w literaturze pozostają przede wszystkim wybitne jednostki, a kategorie socjologiczne mogą być co najwyżej pomocą w ich zrozumieniu albo przy szerszym opisie.

W wielu wierszach poruszasz tematy związane z określonymi grupami społecznymi, przypominasz losy zdegradowanych środowisk końca XX wieku, ludzi słabych wewnętrznie, tragicznych wobec okoliczności. Snujesz opowieść o chłopcach o dziewczętach/ którzy polegli w drugiej połowie/ dwudziestego wieku. Pochylasz się nad subkulturą, w której liczą się wyłącznie narkotyki oraz nad środowiskiem więziennym tamtych czasów. Skąd Twoje zainteresowanie tym tematem?

Tutaj dotykasz mojej twórczości sprzed czterdziestu i trzydziestu lat, czyli z czasów nieomal młodzieńczych i tzw. dojrzałej młodości. Po opublikowaniu pierwszego tomu wierszy pt. Samobójcy spod wielkiego wozu stałem się szybko poetą rozpoznawalnym dla towarzyszącej krytyki literackiej i kimś, o kim zaczęto opowiadać niestworzone rzeczy. Oczywiście w pewnym sensie sam się do tego przyczyniłem, bo żyłem mocno, krążyłem po Polsce, nie wylewałem za kołnierz i potrafiłem wdać się w niejedną bójkę. Ale moją pozycję ugruntował tom pt. Najnowszy testament, za który otrzymałem Nagrodę Imienia Andrzeja Bursy. W rodzinnej Bydgoszczy to był szok, że taki młody, mało znany poeta, otrzymał nagrodę, którą wcześniej uhonorowano Barańczaka i Wojaczka, Kijonkę, Fabera i Kornhausera. Szybko też urosła armia wrogów i zawistników, którzy chcieli mnie jakoś przetestować, a że był to czas gdy miałem coś wspólnego z hipisami, gitowcami i pierwszymi w Polsce ćpunami, stawałem się tematem wielu bzdurnych bajań i przeinaczeń. Prawda była taka, że literatura powstrzymała mnie przed ostatecznym wejściem do subkultur młodzieżowych, zostałem studentem polonistyki i na wszystko patrzyłem dwudzielnie. Już w latach siedemdziesiątych, gdy obwołano mnie przywódcą grupy chuliganów, starałem się tonować zapędy moich kolegów i nie pozwalałem krzywdzić nikogo. Liczono się ze mną z powodu mojej tężyzny fizycznej, pamiętano, ze trenowałem kulturystykę, karate i boks, że miałem stopień ratownika wodnego i zdobyłem żółty czepek. Nie umiałem szybko odejść od dawnych przyjaciół i uczestniczyłem w ich grach i zabawach, ale coraz głębiej wnikałem też w poezję, zaczynałem pisać prozę i teksty krytycznoliterackie dla wielu periodyków. Pokoleniowi koledzy i koleżanki stali się dla mnie wdzięcznym tematem do obserwacji, a tworzone wiersze i opowiadania układały się w ciąg diagnoz socjologicznych. To były traumatyczne doświadczenia, gdy stawałem nad otwartą trumną kogoś, kogo znałem wiele lat, z kim bawiłem się na podwórku, a potem spotykałem się na boisku czy w sali klubu sportowego. Patrzyłem na martwe ciała przyjaciół i zauważałem jak zmieniali się pod wpływem stężenia pośmiertnego i jak szybko podążali w otchłań rozpadu. Moja aktywność literacka i artystyczna nie podobała się wielu urzędnikom kultury i w 1986 sprowokowali oni sytuację, po której znalazłem się w bydgoskim areszcie. Napisałem wtedy nieco wierszy, dokumentujących to, co wtedy czułem i co zobaczyłem, obcując z mordercami i złodziejami, dyskutując z więźniami politycznymi. To był trudny czas dla mnie, bo właśnie podjąłem pracę na polonistyce bydgoskiej i wszystko miało pójść innymi torami. Na szczęście miałem wtedy kochającą żonę i przyjaciół, którzy dopomogli mi wydostać się z tej matni i ustabilizować życie.  A decyzję o moim zwolnieniu, po wstawiennictwie Jana Dobraczyńskiego, podjął sam Wojciech Jaruzelski…

W wydanym w 2000 roku „Cmentarzu niebieskich aniołów. Wierszach generacyjnych 1975-2000” zapraszasz nas do świata istniejącego pośród upadłych wartości, często pozbawionego granicy pomiędzy dobrem i złem. Wprowadzasz nas w atmosferę niepokoju, smutku i zwątpienia, pustki i wyobcowania. Obok liryki pojawia się brutalny naturalizm. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że w pewnym sensie byłeś lub jesteś częścią tego świata?

Tak, ja wcale nie wypieram się, że miałem związki z różnymi subkulturami młodzieżowymi, chociaż – jak wskazałem wyżej – szedłem też inną drogą, miałem swoje rozległe zainteresowania geograficzne, malowałem i rysowałem, z wielką pasją fotografowałem, a potem wciągnęła mnie literatura i w pewnym momencie byłem bardzo płodnym krytykiem literackim. Wyszedłem jednak ze środowisk zdegradowanych, z grupy chłopaków i dziewcząt, którzy za swój ekstremizm życiowy często płacili cenę najwyższą. Kolejne śmierci, czasem bardzo drastyczne, tak mną wstrząsały, że zapragnąłem dać świadectwo naszym pokoleniowym eskapadom i wybrykom. Dzisiaj czasem nachodzą mnie takie myśli, że może warto byłoby zastosować w naszej rzeczywistości reguły rządzące tamtym światem… I dać co niektórym kanaliom po gębie.

„Aleja klonów” to Twoja powieść wspomnieniowa, w której odnaleźć możemy wiele mistycznych akcentów. Skąd ta mistyka i dlaczego? Czy wszystkie występujące w powieści postaci wzorowane były na prawdziwych ludziach? Czy to obraz Twojego dzieciństwa i młodości?

Aleja klonów była moją wielką przygodą literacką przez wiele lat, a nagrodzenie jej przez niebyle jakie Jury Bydgoską Nagrodą Literacką Strzała Łuczniczki, dało mi wiele satysfakcji. Cieszę się, że Janusz Drzewucki, Dariusz Nowacki i Arkadiusz Morawiec dostrzegli w niej to, co było moim założeniem od samego początku, czyli próbę uchwycenia świadomości dziecka, zaraz po urodzeniu i w latach następnych, a jednocześnie projekcję jej na świadomość dorosłego człowieka, żyjącego w świecie filozofii i kultury. Ważna jest też owa wskazana przez Ciebie mistyka, bo według klasycznej definicji mistycyzm, to ruch w kierunku tajemnicy, a dla mnie zawsze było wielkim sekretem to, że się urodziłem w 1958 roku w Bydgoszczy przy ulicy Szubińskiej 33, w parterowym domku z podwórkiem, a nade wszystko, że od samego początku pojawiały się w mojej głowie myśli analityczne. Jakbym porównywał to nowe życie z jakąś dziwną, ledwie przeczuwaną przeszłością prenatalną i uczestniczył w tajemnym misterium transmigracyjnym. Oczywiście nie napisałbym tej powieści, gdyby nie wcześniejsze lektury utworów takich mistrzów słowa jak William Golding, Isaac Bashevis Singer czy William Faulkner. To oni kazali mi interesować się złem w ludzkim świecie i wskazywali niezwykłe zależności pomiędzy różnymi rzeczywistościami naszego bytowania, uczyli też tricków narracyjnych. Pisałem dość długo Aleję klonów we fragmentach i publikowałem je na blogu, ale gdzieś od połowy książki, praca tak mnie wciągnęła, że szybko podążyłem ku końcowi, a właściwie ku ostatecznemu rozmyciu wszystkiego, w poczuciu cudowności istnienia. To jest opowieść o chłopcu, który pojawił się nie wiadomo skąd i doświadczył od razu złożoności ludzkiej rzeczywistości, obserwował barwne, autentyczne typy ludzkie, zdarzenia na tytułowej ulicy, czasem miewał wizje mediumiczne, a w jego snach aniołowie wciąż toczyli walkę z siłami zła, czasem wygrywając, a kiedy indziej ponosząc klęskę.

„Maria” to tytuł Twojego tomu z wierszami lirycznymi… miłosnymi. Czy pisane były dla jednej kobiety czy też inspirację stanowiły doświadczenia relacji z wieloma kobietami?

Tak, pisałem je dla mojej wielkiej młodzieńczej miłości, którą poznałem w V Liceum Ogólnokształcącym w Bydgoszczy, do którego razem chodziliśmy. Ona była jedną z najpiękniejszych dziewcząt w szkole i obiektem westchnień wielu chłopaków. Solidnie mnie wtedy doświadczyła i spowodowała, że pojawiło się we mnie przekonanie, że coś jest ze mną nie tak… Dopiero po latach przyznała, że byłem „ładnym chłopcem” i dziewczyny też zazdrościły jej tego związku, tym bardziej, że byłem w nią wpatrzony jak w ponadnaturalne zjawisko. To był czas słodyczy i piołunu, a w tle pojawiały się piosenki Beatlesów, mroczne tony Led Zeppelin i Black Sabath i ballady Boba Dylana, Leonarda Cohena i Joan Baez. Wiersze były odzwierciedleniem tego naszego ścierania się i wielkiej miłości, która niestety skończyła się, gdy poszliśmy na studia. Po latach wydałem te teksty jeszcze raz w tomie pt. Wiersze o miłości i śmierci, dodając do nich poematy ukazujące kim się stałem po tym młodzieńczym ukąszeniu i jak musiałem walczyć z myślami samobójczymi i poczuciem przegrania. Mieliśmy potem dość dobry kontakt z Aliną, aż do jej śmierci w roku 2017 i sekundowałem jej próbom literackim, bo i ona po ukończeniu anglistyki i podjęciu pracy lektorki w uniwersytecie, także zaczęła pisać wiersze. Te młodzieńcze przeżycia miłosne i filozofia życiowa mojej dawnej dziewczyny wróciły do mnie i przeżyłem prawdziwy szok, gdy na YouTubie znalazłem wspaniałą piosenkę Jowity Świtońskiej pt. Chwila z tekstem mojej Aliny. Tak oto nasza dawna miłość pojawiła się w wielkim spektrum kultury, a z racji tego, ze moje wiersze też genialnie interpretuje bard z Poznania Tomasz Bateńczuk, to może gdzieś tam spotykają się te energie. Wszystko przemija i przepada, ale chwil spędzonych z nią nigdy nie zapomnę – musieliśmy się rozstać, bo miały się urodzić inne dzieci i inne miłości czekały na swoja kolej, dobrze, że chociaż zostały wiersze…

Dużo podróżujesz, co oczywiście znajduje swoje odzwierciedlenie w publikacjach książkowych i nie tylko, np. „Bulwar Singera”, „Sprzedawca skowronków” czy „Żółty Oleander”. Czym są dla Ciebie nowe miejsca i nowe twarze? Czego od nich oczekujesz?

Od roku 2000 i mojego pierwszego pobytu w Stanach Zjednoczonych dzieje się coś niebywałego w moim życiu i koła się domykają, a dawne fascynacje geograficzno-podróżnice stają się faktem. Wszystko oczywiście za sprawą literatury i wchodzenia w coraz szersze kręgi międzynarodowe. To spełnienie jest wręcz kosmiczne dla chłopaka z małego podwórka w Bydgoszczy, bo skala tych podróży jest doprawdy niebywała: Chiny, Indie, Kenia, Republika Południowej Afryki, Kolumbia, Irak, Gruzja, Armenia, Turcja, dalekie przestrzenie Rosji, Stany Zjednoczone od Nowego Jorku, poprzez Florydę i Nowy Orlean aż do Kalifornii i prawie wszystkie kraje europejskie, a szykują się już wyjazdy do Japonii, Australii, Argentyny… Magia podróżowania, poznawania nowych ludzi, słuchania ich opowieści, a nade wszystko oglądanie miejsc, o których kiedyś mogłem tylko marzyć, tak mnie wciągnęły, ze zacząłem na nie odpowiadać tworzonymi na wyjazdach wierszami, esejami i relacjami na blogu. Teraz kolejne eskapady są dla mnie wyzwaniem i nadzieją na nowe teksty i potem, po przepracowaniu w Polsce, na nowe książki. Mój wielki przyjaciel Jerzy Szatkowski, po opublikowaniu drugiego zbioru w cyklu podróżnym – Sprzedawca skowronków – powiedział, że nie spocznę aż nie stworzę dziesięciu takich książek i wydało mi się to tak nieprawdopodobne, że śmiałem się w głos. A teraz powstaje już taka dziewiątka książka pt. Pocztówka z Puri. Wiersze Oceanu Indyjskiego

Pierwsza z Twoich podróżniczych książek poetyckich to „Bulwar Singera”. Wiersze, które składają się na ten tom są obrazem wspomnień z Twojej podróży do Ameryki. Widzimy w nich zderzenie historii z obrazem dzisiejszym, konfrontację marzeń z realiami oraz próbę umiejscowienia siebie w zmieniającej się rzeczywistości. Dlaczego w tytule tego tomu nawiązujesz do nazwiska polsko-żydowskiego noblisty Isaaca Bashevisa Singera?

Bo to jest konkretna ulica w Nowym Jorku, na której znalazłem się szukając śladów pisarza i przeżyłem tam niezwykłe olśnienie, czego ślad został w rozbudowanym, trzyczęściowym wierszu, który dał też tytuł tomowi. Teraz po pięciu pobytach w USA pojawiło się wiele nowych wierszy „amerykańskich” i tom domaga się drugiego, poszerzonego wydania. Szczególnie pobyty na Florydzie, w Nowym Orleanie i nad Oceanem Spokojnym zainspirowały mnie do napisania nowych tekstów. Mój pierwszy wyjazd był możliwy dzięki przyjaźni ze znakomitym tłumaczem i poetą Adamem Szyperem, z którym przyjaźniłem się wiele lat, a on przyjął mnie w swoim domu w Elizabeth i sfinansował mój pierwszy amerykański zbiór wierszy pt. Black Silk. Dzięki niemu poznałem też wspaniałego nowojorskiego wydawcę Stanleya H. Barkana i wielkich poetów amerykańskich: Stanleya Kunitza, Geralda Sterna, Henry’ego Taylora. To był rok dwutysięczny i nie dość, że byłem oszołomiony Ameryka, to jeszcze wraz z Józefem Baranem i Bogusławem Żurakowskim znalazłem się w siedzibie ONZ-etu, gdzie miała miejsce impreza pt. American Poets Meets Polish Poets. Ten pierwszy pobyt był zaledwie tygodniowy, ale to wtedy napisałem pierwsze wiersze, które zaczęły układać się w cykle i tworzyć coś na kształt poetyckich dzienników podróży. Oczywiście nie byłem w tym pierwszy, bo kto interesuje się polską poezją, wie doskonale, ze takie wiersze pisał Mickiewicz, Słowacki, Zbigniew Herbert i Czesław Miłosz, żeby wymienić tylko tych największych twórców. Szybko też stały się dla mnie ważne zdania Herberta: Dla mnie dużą rolę w sensie inspiracji, odegrały podróże. Podróże to znaczy próba zmierzenia się z obcym światem. Obcym językowo, obcym w sensie krajobrazu, obcym w sensie kultury. Czy ja potrafię ogarnąć swoją ograniczoną wrażliwością coś, co się urodziło, co powstało dalej niż jej klan, rodzina, przyjaciele, naród? I dla mnie podróże są tym odświeżeniem widzenia. I drzewo, którego nie widziałem, ptak, którego nie widziałem, katedra, której nie widziałem atakuje mnie i woła, czy ja potrafię przywołać takie słowa, którymi potrafię to wyrazić po prostu. Te zdania przywołuję czasem, gdy powierzchowni krytycy próbują mnie wtłoczyć w kolejny schemat i pomniejszyć wartość tych wierszy, ustawiając je w jednym szeregu z prozą przygodowo-podróżniczą. A przecież chodzi w nich – jak to zaznaczyłaś w pytaniu – o zderzenie historii z obrazem dzisiejszym, konfrontację marzeń z realiami i też próbę umiejscowienia siebie w zmieniającej się rzeczywistości.

„Sprzedawca skowronków” to wiersze oraz proza powstała pod wpływem podróży do Chin. Czy to bardziej obraz liryczny czy rozważania filozoficzne?

Chiny to wielka przygoda mojego życia i dzisiaj po dziesięciu pobytach w tym wielkim kraju mogę powiedzieć, że także ogromna inspiracja, odzwierciedlająca się w nowych napisanych wierszach i esejach, w przekładach i planowanych nowych książkach. Wszystko zaczęło się od obszernego zbioru pt. Sprzedawca skowronków, a potem poprzez przekłady wierszy Jidiego Majii i monografię o jego poezji pt. Odwieczny ogień, orbitowało ku pisanej właśnie książce eseistycznej. Byłem już w wielu słynnych miejscach Kraju Środka, od Xi’an z terakotową armią, poprzez Wyżynę Tybetańska i jezioro Qinghai, Chengdu, Xi Chang, aż do Pekinu z jego wieloma cudownościami, Nankinu tak doświadczonego przez Japończyków i zjawiskowego Szanghaju. Wszystko dokumentuję też fotograficznie i potem zdjęcia zamieszczam w kolejnych tomach mojego cyklu, tak że czytelnik może znaleźć się w obcych rzeczywistościach na kilku poziomach – metaforycznym, zdarzeniowym i wizualnym. Chiny były moim wielkim marzeniem, które spełniło się z nawiązką, a nowe wiersze tak wzbogacą Sprzedawcę skowronków, że przy drugim wydaniu będzie to praktycznie nowa książka. Dopełnieniem wszystkiego było opublikowanie mojego wyboru wierszy w Chinach pt. Odcień wieczności, w ogromnym nakładzie, ze wspaniałymi przekładami Zhao Si i z dużą recepcją krytycznoliteracką.

Wiem, że stworzyłeś monografie takich poetów jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki czy Zygmunt Krasiński („Mickiewicz. Wyobraźnia i żywioł”, „Słowacki. Kosmogonia”, „Krasiński. Gigantomachia”). Skąd pomysł na pisanie monografii? I dlaczego te, a nie inne sylwetki twórcze stały się obiektem Twoich literackich zainteresowań?

Pracując przez trzydzieści lat w uniwersytecie musiałem tworzyć takie książki na kolejne stopnie naukowe. Ale Mickiewiczem zająłem się już przy pisaniu pracy magisterskiej, w której połączyłem moje zainteresowania ornitologiczne i literackie. Powstało magisterium pt. Symbolika ornitologiczna w twórczości Adama Mickiewicza, a potem doktorat o czterech podstawowych żywiołach w twórczości tego twórcy. Podczas pracy nad nim pojawił się u mnie pomysł kulturowego opisu czterech polskich wieszczów, tym bardziej, że dotychczasowe opisy ich dzieł nie dotykały fenomenów, które ja spostrzegłem. To było ogromne zadanie, bo zakładało opis systemowy, a zatem potrzebne były monografie opisujące całość dokonań. Teraz wciąż pracuję nad tomem o Norwidzie, choć odłożyłem to zadanie na jakiś czas, gdyż znakomita edycja dzieł Czesława Miłosza zainspirowała mnie do stworzenia pracy o jego twórczości. Procentowo bardziej zaawansowany jest u mnie Miłosz i ta książka najpierw zostanie opublikowana, ale nie byłbym sobą, gdybym nie dokończył też monografii o Norwidzie. Teraz, po odejściu z uniwersytetu, pojawiała się też nowa sytuacja badawcza, pozwalająca mi pisać bez ograniczeń, bez lęku, że jakiś zawistnik z tytułem profesorskim zemści się za krytykę. Po znakomitej recenzji książki o Mickiewiczu, pióra Jana Błońskiego, także zaczęło się wokół mnie kumulować wiele zła w tym względzie, a szczytem wszystkiego były dwa oszustwa habilitacyjne. Niestety polska nauka o literaturze wciąż uzależniona jest od układów i wzajemnego lansowania się, a jakakolwiek konstruktywna krytyka niesie za sobą daleko idące konsekwencje zawodowe.

W jakim kierunku zmierzasz? Jakie są Twoje literackie plany na przyszłość?

Mam nadzieję, że ku chwalebnym zdarzeniom, ale któż to wie…? Mam w głowie wiele projektów, sporo materiału do opracowania, ale wszystko rozbija się o finanse i możliwości kreatywne człowieka, który dopiero co był tzw. „młodym poetą”, a już przekroczył granicę sześćdziesięciu lat i zaczął porządkować wszystko w przeczuciu zbliżającego się „końca świata”… Mam nadzieję, że uda mi się zostawić po sobie porządek, a stojące na półkach równe tomy wydań moich książek, zaświadczać będą, że nie zmarnowałem danego mi czasu…

EMPATIA

Czytam niezwykła książkę pt. Corvus – Życie wśród ptaków, szkockiej pisarki Esther Woolfson, której rodzina pochodziła z Europy Środkowej. Ta niezwykle interesująca kobieta, która studiowała sinologię na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i w Edynburgu, byłaby zapewne wymarzoną żoną dla każdego ornitologa, a to za sprawą jej miłości do ptaków i przyrody. Opiniotwórczy „The Obserwer” pisał, że Woolfson ma dwie najważniejsze cechy autora książek przyrodniczych: bystre oko i nienasyconą ciekawość. „Corvus” rozprawia się z powszechnym przekonaniem, że tylko rzadkie i egzotyczne zwierzęta zasługują na uwagę i ochronę. Autorka opowiada o swoich fascynacjach ptakami krukowatymi, ze szczególnym uwzględnieniem gawronicy imieniem „Kurczak”, którą przygarnęła, gdy była jeszcze pisklęciem. Są też liczne refleksje związane ze sroką „Pyskacz”, wroną „Ziki”, a w dopowiedzeniach znajdziemy też informacje o stosunku znanych i wielkich ludzi do ptaków. I tak w opowieści o zdolnościach językowych i muzycznych szpaków pojawia się Mozart: Na duchu podniósł mnie Pliniusz: „teraz, kiedy to piszę, mają młodzi Cezarowie szpaka oraz słowiki, dające się nauczyć po grecku i łacinie, poza tym codziennie ćwiczące i ciągle wymawiające nowe wyrazy, nawet dłuższe zdania.” Mozart także trzymał w Wiedniu szpaczka kupionego za trzydzieści cztery grajcary w 1784 roku. Dziwnym trafem jeszcze w sklepie zoologicznym ptaszek nauczył się gwizdać całe takty z koncertu fortepianowego G-dur KV 453. Ponieważ utwór dopiero co został skomponowany, nie jest jasne, w jaki sposób szpak poznał melodię, lecz przypuszcza się, że usłyszał pogwizdywanie Mozarta, podczas jego wcześniejszych odwiedzin (co dowodzi nadzwyczajnych umiejętności naśladowczych tych ptaków). Kompozytor zanotował pieśń szpaka i zrobił dopisek: Das war schön! Co ciekawe jednak, śpiewak samowolnie zmienił jedną nutę, g na gis, poprawiając (albo wręcz przeciwnie) dzieło wielkiego artysty. (Behawioryści badający zdolności szpaków twierdzą, że późniejsze dzieło Mozarta, divertimento KV 522, czyli „Żart muzyczny”, było inspirowane śpiewem ulubieńca i miało unieśmiertelnić jego geniusz).  Woolfson dokumentuje swoją wielką cierpliwość i empatię, jaką  miała dla ptaków, które ucząc się jej domu, dawały jej też wiedzę o swoich zachowaniach, częstokroć dziwnych i trudnych do zrozumienia. Znamienne tutaj są lęki, które można zrozumieć dopiero po długich obserwacjach: Lęki krukowatych bywają rozmaite: nabyte i wrodzone, zarówno racjonalne, jak i irracjonalne. Laureat Nagrody Nobla, przyrodnik Konrad Lorenz w swojej książce o zachowaniach zwierząt „Rozmawiał z bydlątkami, ptakami i rybami” opisał reakcje kawek na czarny powiewający przedmiot, który trzymał w ręku (były to kąpielówki). Natychmiast został otoczony przez chmarę wściekłych ptaków: wszystkie próbowały go dziobnąć, ponieważ wzięły skrawek materiału za jednego ze swoich, martwą kawkę. Książka szkockiej autorki skrzy się od takich wspaniałych dopowiedzeń i obserwacji, bo mieszkanie z ptakami zawsze związane było u niej z obserwacjami naszych „braci mniejszych”: Mimo wspólnie przeżytych lat Kurczak pod wieloma względami nadal jest dla nas zagadką. Na przykład zmysł wzroku gawrona bardzo różni się od ludzkiego. Ptaki mają najlepszy wzrok ze wszystkich kręgowców; umiejscowienie oczu w czaszce wpływa między innymi na zdolność do wypatrywania drapieżcy albo zdobyczy. Szponiaste i sowy, z oczami z przodu głowy, widzą stereoskopowo jak ludzie, podczas gdy choćby gołębie, z oczami po bokach głowy, często padające łupem drapieżników, widzą monokularnie: każde oko postrzega inny przedmiot. Monokularność zwykle rozszerza pole widzenia: niektóre ptaki, na przykład słonka (o oczach przesuniętych w stronę tyłu głowy), precyzyjniej postrzegają to, co przed nimi. („Mogłaby ci lepiej opowiedzieć, gdzie była, niż dokąd się wybiera” – napisał zasłużony politolog i autor książek przyrodniczych Louis J. Halle). Podczas gdy wzrok człowieka ograniczony jest trzema rodzajami barwników występujących w czopkach, ptaki mają cztery lub pięć rodzajów czopków, wrażliwych na szersze spektrum fal światła, w tym ultrafiolet, dzięki czemu widzą one dwa razy więcej kolorów niż ludzie. Potrafią także rozróżniać długość fal w widmie ultrafioletu, co pomaga im podczas żerowania, gdyż wychwytują całą paletę odcieni w swoim otoczeniu. Szponiaste, choć wyróżnia je najostrzejszy wzrok spośród wszystkich ptaków, prawdopodobnie odbierają mniej barw niż wróblowate. Książka Woolfson napisana została z zacięciem eseistycznym, a warto tez pamiętać o filologicznych zainteresowaniach autorki, która z taką samą oczywistością przywołuje opinie uznanych przyrodników, jak i opowiada o największym angielskim romantyku: Lord Byron, choć oczywiście zasłynął czymś zupełnie innym, miał najwyraźniej eklektyczny gust – zarówno, gdy chodziło o ludzi, jak i o zwierzęta. Z listu Shelleya, który odwiedził przyjaciela w Rawennie, wiemy, że lord dzielił dom z psami, małpkami, kotami, pawiami, perliczkami, orłem, sokołem, koronnikiem szarym i wroną. W swoim dzienniku pod datą 5 stycznia 1821 roku Byron opisuje karmienie sokoła i „potulnej (ale  n i e o s w o j o n e j) wrony”. Dzień później żali się, że jego ulubienica została skaleczona: „Wrona kuleje na jedną nogę – nie wiem, jak to się stało – jakiś dureń nastąpił jej na łapkę”. Codziennie przechodzę obok pomnika Byrona. Od 1794 roku przyszły pisarz, który mieszkał tutaj z matką, uczył się w Aberdeen Grammar School. Choć zabawił w tych murach niedługo, jego okazały pomnik z brązu wznosi się dumnie nad granitową fasadą szkoły. Kiedy mijam postać poety, zawsze go pozdrawiam. To, co o nim mówiła lady Caroline Lamb, jest mi obojętne. Troska o pazurek wrony nie najgorzej świadczy o człowieku. Jakże konkretna, a zarazem zabawna, jest końcowa konstatacja miłośniczki ptaków, pomijająca zdanie kochanki Byrona (która miała go za człowieka złego, szalonego i niebezpiecznego), a wskazująca na wagę empatii poety dla skrzywdzonej wrony. Książka Esther Woolfson jest przebogata i stanowi prawdziwą ucztę dla ornitologa – od dygresji i fachowych obserwacji, poprzez informacje niezbędne dla zrozumienia skrzydlatych mieszkańców przestworzy. Liczne są też porównania zachowań i budowy części anatomicznych człowieka i ptaków, jak choćby w przypadku najważniejszego naszego organu: Centralny układ nerwowy jest podobny u wszystkich kręgowców. Mózg ludzki i ptasi mają wspólną historię i wiele funkcji sprawia wrażenie analogicznych. A jednak organy wyglądają zupełnie inaczej. Powierzchnia ptasiego mózgu jest gładka, ludzkiego – pofałdowana, ze zwojami i bruzdami, gyri i sulci. Mózg ptaków ma to, co tym zwierzętom jest najpotrzebniejsze – czyli duże przodomózgowie, móżdżek zawiadujący mięśniami niezbędnymi do latania i dobrze rozwinięte płaty wzrokowe. Połączenia neuronów umożliwiające złożone zachowania działają prawdopodobnie na identycznych zasadach u nich i u nas, a pewne części ptasiego mózgu mają właściwości, których brakuje naszemu: zdolność do neurogenezy, czyli odnawiania się komórek, okresowe zmiany wielkości hipokampu (obszaru związanego z pamięcią), który pod wpływem intensywnego uwalniania melatoniny powiększa się jesienią (gdy od efektywnego zdobywania, a następnie ukrywania pokarmu zależy przetrwanie mrozów). Niektóre gatunki ptaków cechuje, podobnie jak człowieka, wysoki wskaźnik stosunku masy mózgu do masy ciała (encefalizacji), sugerujący proporcjonalny iloraz inteligencji. Świat pełen jest ptaków i trudno wskazać takie miejsca, gdzie ich nie znajdziemy – autorka nawiązuje jednak do przestrzeni, w których człowiek spowodował ich wyginięcie i ostateczne zamilknięcie: Milczenie ptaków jest jedną z rzeczy, których powinniśmy obawiać się najbardziej. Wróży katastrofę. Taka cisza zalega na jałowych, skażonych terenach – na morzu zanieczyszczonym ropą albo na ziemiach zatrutych pestycydami. Kojarzy się z wojną i zagrożeniem wojną, z klęskami żywiołowymi – suszą, powodzią, nadejściem kolejnego zlodowacenia. Milczenie ptaków to nieobecność ptaków. Książka szkockiej pisarki jest hymnem pochwalnym dla ptaków i dla ludzkiej empatii, będącej przejawem zainteresowania stworzeniem i kreatywnością procesów ewolucyjnych. To zarazem wskazanie, że nie jesteśmy jedynymi mieszkańcami naszej planety, a choć mieliśmy okres łowiecki w historii naszego gatunku, kiedy to zabijaliśmy dzikie zwierzęta w celu zaspokojenia głodu, to obecnie stały się one naszymi partnerami, a często też przyjaciółmi. Zakończmy te rozważania na temat mojej lektury wskazaniem pisarki, które wydawać się może oczywiste, ale po głębszym zastanowieniu, staje się rodzajem niezbędnego i stale aktualnego przypomnienia: W kilku zaledwie miejscach na Ziemi nie ma ptaków. Znajdziemy je nawet na tych obszarach, o których sądzimy, że są zbyt niedostępne, zbyt wysoko położone, zbyt zimne albo gorące. Nieubłagany klimat Arktyki nie odstrasza górniczka, kruka, śnieżycy dużej, sowy śnieżnej, rybitwy popielatej, pardwy górskiej czy poświerki. Antarktydę zamieszkują pingwiny, wydrzyk antarktyczny, rybitwa antarktyczna, albatros, pochwodziób żółtodzioby oraz czarnodzioby, petrel antarktyczny. W najwyższych górach, Himalajach i Ałtaju, żyją ułar tybetański, himalajski, kaukaski, kaspijski i ałtajski, orzeł przedni, orłosęp brodaty, sęp płowy i ibisodziób. Na pustyni występują lelkowate, sieweczka pustynna, brzegówka, stepówka, kruk, kukawka kalifornijska… Wszędzie niosą się głosy ptaków – w mroźnym i rozgrzanym powietrzu. Ptasia pieśń, nierozerwalnie związana z człowiekiem, jest niezbędna naszej synestetycznej pamięci. Podobnie jak zapach czy obraz, wywołuje nagły błysk wspomnienia: ogrodu, lasu, wrzosowiska, portu. Ta obecność ptasich głosów jest nam tak samo potrzebna jak inne elementy naszego świata, a ich zamilknięcie zawsze wróży coś niepokojącego – zbliżanie się drapieżnika, naruszenie systemowe, zachód słońca i nadejście nocy. Rację ma autorka, gdy przypomina i fascynuje się wielorakością głosów w naturze: Ptasia pieśń jest zjawiskiem, które imponuje pod każdym względem. To nieskończenie wiele odcieni i subtelności: dialogi, duety, mimikra poprzez naśladowanie cudzego śpiewu, ostrzeżenia, pozdrowienia, wiadomości, których nie potrafimy jeszcze zrozumieć. Ptaki używają głosu podobnie jak my: aby obwieścić swoją obecność, wyrazić radość, zaalarmować, uwieść, odstraszyć, okazać strach lub dać upust innym emocjom. Warianty melodii, liczba pieśni w repertuarze wprawiają w osłupienie – zięba zna sześć różnych pieśni, słowik dwieście, przedrzeźniacz rudy dwa tysiące. Na jedną linię melodyczną, którą uważamy za charakterystyczną dla określonego gatunku, składają się nawet setki nut. Na modyfikacje częstotliwości, tonacji wpływają kontekst sytuacyjny oraz geograficzny. Na przykład ptaki morskie, nawołujące się w stadzie, robią potworny hałas. Głos maskonura to coś pomiędzy wyciem potępieńca a jazgotem piły łańcuchowej. Rybitwy popielatej – wysoki, natarczywy pisk. Petrela – głośna czkawka. Kormoranów – krztuszenie się albo donośny dźwięk fagotu. Razem tworzą one orkiestrę z piekła rodem, grającą na instrumentach ze złomowiska. Faktycznie – nie wszystkie pieśni są pieśniami. Istnieją również klekoty, stukoty, warkoty i gwizdy, rozmaite komunikaty wydawane dziobami, skrzydłami, stopami… Odkładam książkę Woolfson z żalem, bo każda jej strona jest fascynującą przygodą czytelniczą, nie tylko dla ornitologa – dla każdego poszukiwacza źródeł i sensu, natury i kultury, początku i końca spraw tego świata.

______________

Esther Woolfson, CORVUS Życie wśród ptaków, przeł. A. Pluszka i J. Wajs, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 328.

LECHOŃ O MIŁOSZU…

Waszyngton 1948

Sylwetki czterech pisarzy w Zniewolonym umyśle – wspaniałe, określenie „europejski” świetnie przystaje do tego Miłosza, który jest tak bardzo niepolski. Jest to arcydzieło analizy psychologicznej, która nie jest psychoanalizą, przy czym styl, jakiego żaden inny z naszych pisarzy nie ma – tutaj oszczędność naprawdę robi wrażenie ukrywanego bogactwa. Ale przeczytawszy to wszystko, robi się zimno na sercu, podziwia się tego Miłosza, ale zarazem ma się dla niego prawie litość – albo strach przed nim. Ta inteligencja jest jak nóż ostra, ale też jak nóż zimna i okrutna. Myśli się sobie, czy on się kiedyś popłacze, rozryczy właśnie nad sobą, czy zrozumie, że jest właściwie nieszczęśliwy, tak chroniąc ten swój talent przed wszystkimi nieszczęściami, przed wszystkim, co by mogło właśnie zrobić z niego jego wymarzonego siebie, tego wielkiego Miłosza.

Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Warszawa 1993, s. 843.

* * *

Szary, monotonny dzień bez historii… Położyłem się spać po piętnastej i gdy budziłem się około 17.40, w mojej świadomości, wracającej powoli do rzeczywistości, pojawiła się taka myśl: tysiące, miliony i miliardy lat, gdy już miną są tym samym – niczym… Ludzie nieustannie ścierają się ze sobą, walczą o zaszczyty, honory, pieniądze, a nie pamiętają, że operują w obrębie przeogromnej nicości, która była przed nami i która będzie po nich. Jedynie próba ocalenia teraźniejszości ma sens, tylko skupienie się na malutkiej jednostce tej nicości, jaką jest nasze życie, daje chwilowe przekonanie, że istniejemy.

WILGA

Foto Tomasz Jóźwiak

Czasami krótkie wyjście z domu, dostarcza licznych wrażeń związanych z ornitologią. Tak było i dzisiaj, gdy wyszedłem na pocztę, wędrując jak zwykle ulicą Horodelską, a potem szerokim, pustym polem, pełnym krzewów i niskich drzew. Zwykle podczas takich wędrówek widzę jakieś przygodne ptaki, ale dzisiaj było ich znacznie więcej, co może potwierdzać obserwacje, iż w czasach zmniejszonego ruchu ludzkiego,  zwierzęta odważniej wchodzą (wlatują…) między domy. Od razu po wyjściu zauważam powszechne, szczególnie w okolicach domków jednorodzinnych, ptaki codzienne: sroki, kawki, całe stada mazurków, jakieś pary synogarlic i pojedyncze sikory. Na dachy pobliskich domów zalatują znad Brdy rybitwy i duże mewy, są też ogromne wrony i mrowie szpaków, przysiadających na kwitnących właśnie drzewach lub płotach. Moje zdziwienie budzą niepłochliwe, potężne gołębie grzywacze, które niegdyś zobaczyć można było tylko w lesie, a teraz siedzą sobie w przyblokowym ogródku i nie zwracają na mnie uwagi. Szybko załatwiłem sprawy na poczcie i wracałem głęboko oddychając, świeżym, chłodnym, majowym powietrzem, czując jakąś rozpierającą mnie witalność. Lubię tę porę roku, chociaż pyłki kwiatowe solidnie dają mi się we znaki i wieczorami muszę zażywać jakąś tabletkę antyalergiczną. Miałem dobry humor i byłem już blisko domu, gdy nagle stanąłem jak wryty i zacząłem nasłuchiwać śpiewnych pogwizdywań, najpierw kilku skrzekliwych tonów, a potem krystalicznie czystych zaśpiewów. Tak, nie mogłem się mylić, to odzywała się wilga, gdzieś stosunkowo niedaleko ode mnie. Zwolniłem kroku i zacząłem lustrować wysokie brzozy, na skraju ogródków działkowych, które wielokrotnie bywały obszarem moich obserwacji, gdyż widywałem na nich stada jemiołuszek, paszkotów, jakieś samotne grubodzioby albo rzadkie sikorki. Śpiew na chwilę ustał, bo pewnie ptak zauważył ruch na drodze, więc przystanąłem i zacząłem  uważnie wpatrywać się w korony brzóz, który przy większym powiewie wiatru odsłaniały swoje wnętrza. Nagle zlokalizowałem coś wyraziście żółtego i już nie miałem wątpliwości, że natknąłem się na wilgę, której pióra w tym czasie są jeszcze niezwykle jaskrawe. Ptak pozwolił mi poobserwować się dość długo, po czym odleciał nad ogródki swoim charakterystycznym chwiejnym lotem, raz w górę, raz w dół. W sumie niewiele wilg widziałem w swoim życiu, więc to zdarzenie uznałem za dobry znak i w znakomitym humorze wróciłem do domu.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: