BŁĘKIT I SZAROŚĆ

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

2

3

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

6

7

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

GEMINIDY

Zdjęcie: NASA

Zdjęcie: NASA

Nie mogłem spać ostatniej nocy, jakby coś wołało mnie, jakby zapraszało do wzięcia udziału w ważnym wydarzeniu. I rzeczywiście, dane mi było uczestniczyć w spektaklu kosmicznym, powtarzającym się co roku. Otworzyłem okno i poczułem lodowaty chłód, powiew lekkiego, zimnego wiatru – na wschodniej stronie bezchmurnego nieba wyraziście rysował się Orion i wiele, wiele innych konstelacji. W pewnej chwili zobaczyłem jedną, dwie „spadające gwiazdy”, po jakimś czasie jeszcze jedną. Choć były to ułamki sekund, wiedziałem, że jestem świadkiem incydentów kosmicznych, a ściślej mówiąc wchodzenia w ziemską atmosferę roju geminidów, meteorów powstałych w wyniku sukcesywnego nagrzewania i rozpadu planetoidy Phaethon. To niewielkie ciało niebieskie, które okrąża Słońce i przecina orbity Merkurego, Wenus, Marsa i Ziemi, a przy tym rozpyla warkocz pyłowy i „gubi” materię skalną. To właśnie ona spala się w naszej atmosferze i daje takie zjawiskowe efekty, przypominające fajerwerki. Nie mogłem stać za długo w otwartym oknie, bo ziąb grudniowy był przenikliwy, a oczy zaczynały się kleić. Przecież była prawie czwarta nad ranem, zegar biologiczny dał o sobie znać i chwilowa przerwa we śnie kończyła się. Jeszcze usiadłem do komputera, odszukałem wiadomości na temat geminidów, niewielkiej planetoidy Phaethon i powoli ruszyłem do łóżka.

ORNITOLOGIA CMENTARNA (5)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

POEZJA PODRÓŻNA

Ormiańska tancerka1Czy istnieje poezja podróżna? Zadaję to pytanie i natychmiast w mojej świadomości ustawia się ciąg tekstów, począwszy od literatury starożytnej, przez wieki średnie i kolejne stulecia, aż do tak wyrazistych jej realizacji jak Sonety krymskie Adama Mickiewicza, wczesne poematy Juliusza Słowackiego, wiersze Zygmunta Krasińskiego inspirowane Italią (Rzym, Kampania rzymska, Varenna). Także dwudziesty wiek przyniósł sporo pięknych liryków włoskich Herberta i Miłosza, wiele wierszy światowych Różewicza, próby oswojenia nowej, zagranicznej rzeczywistości emigrantów młodszych pokoleń. Rozmyślam na ten temat w chwili ukazania się mojego ostatniego zbioru wierszy, zatytułowanego Ormiańska tancerka, który jak zwykle jest dla mnie wielkim zaskoczeniem i niewypowiedzianą radością. Tworząc tom pt. Bulwar Singera, zbierający wiersze z podróży do Stanów Zjednoczonych, nie zdawałem sobie sprawy, że otwiera się w mojej twórczości nowy etap, a następne wyprawy, do Chin, do Iraku i Armenii zaowocują kolejnymi książkami i staną się ważną cząstką  poetyckiego dorobku. Ale czy te wiersze można określać mianem „podróżnych”, jak to sugeruje zapis w bibliotekach i jak zaczynają je określać krytycy? Może dla rozwikłania tego dylematu wartościową będzie publikacja niewielkiego szkicu Krzysztofa Derdowskiego, który powstał na kanwie trzech moich ostatnich zbiorów wierszy.

* * *

 „Bulwar Singera”, „Sprzedawca skowronków” i „Żółty oleander” to trzy książki Dariusza Tomasza Lebiody, będące zwieńczeniem podróży poety do USA, Chin i Iraku. Zawierają wspomnienia spisane prozą i wiersze będące odzwierciedleniem stanu jego emocji i przemyśleń. Niewątpliwie są poważnym osiągnięciem, bo Lebiodzie udaje się pokazać w tych trzech książkach liczne fascynacje i stworzyć spójny obraz świata. W spotkaniu z innymi kulturami autor jest aktywnie poznającym, zaciekawionym tym, co go spotyka. To nie jest turysta przywiązany do hotelu, gdziekolwiek się znajduje, szuka spotkania, uważnie obserwuje, emocjonalnie reaguje na to co się mu przytrafia. Dobrze się chyba też stało, że Lebioda nie jest młodzieniaszkiem, to człowiek dojrzały, Liczący ponad pięćdziesiąt lat. A zatem dostrzegający już w świecie i w sobie samym procesy nieodwołalnego przemijania. Mający za sobą wiele przeżyć i lektur. Nie żywi młodzieńczych złudzeń. Nie bez znaczenia jest i to, że Lebioda jest autorem już trzydziestu zbiorów wierszy. Tworzy od lat osiemdziesiątych. Ma więc doświadczenie w pisaniu, a najkrócej mówiąc nie schodzi poniżej dość wysokiego poziomu poezjowania. Po trzydziestu latach pisania wierszy wie jak się to robi. A przecież przez pierwsze lata swej twórczej drogi był poetą swego pokolenia. W takich tomikach jak „Samobójcy spod wielkiego wozu”, „Najnowszy testament”, „Pole umierającej kraski” opowiadał o młodych ludziach szukających własnej tożsamości, gdzieś pośród ćpania, picia, „Solidarności”. A było to pokolenie wielu przedwczesnych śmierci i psychiatrycznych powikłań. Lebioda odnalazł swój głos osobny, między Nową Falą, a Nową Prywatnością. Nie był jak nowofalowcy polityczny. Nie był jak poeci Nowej Prywatności domowy i zaściankowy. Wykorzystywał swoje najbliższe doświadczenia z blokowiska, z lichej bydgoskiej dzielnicy. Nie eksponował przesadnie własnego losu i doznań. Chciał, jak powiedziałem, być kronikarzem własnego pokolenia. I był. Należę do tego pokolenia i mogę zaświadczyć, że wielu naszych wspólnych znajomych zaćpało się na śmierć, inni popędzili za forsą, gubiąc po drodze to co osobiste i niepowtarzalne. Wiersze podróżne Lebiody, o których chcę tu opowiadać nie zrywają z wyznaczoną przez autora „Płacz, moje pokolenie” poetyką wzmożonej socjologicznej obserwacji, uwrażliwienia na przeżycia innych ludzi.

 AMERYKA I PRZEMIJANIE

Bulwar Singera1Przy pobieżnej, wstępnej lekturze amerykańskiego tomiku Lebiody „Bulwar Singera” czytelnik może się czuć odrobinę zdezorientowany i skonsternowany. Poeta bowiem opisując swoje amerykańskie doznania i doświadczenia nieustannie mówi o przemijaniu i śmierci. Co jest zresztą leitmotivem pozostałych części trylogii podróżniczej. Dlaczego jednak pisząc o kraju chyba najbardziej cywilizacyjnie dynamicznym, kraju nieustannej zmiany i modernizacji, swobodnego rynku, poeta z uporem wraca do problemów przemijania i śmierci. W Ameryce tyle jest ruchu, autostrad, nieba pełnego samolotów. Co u licha nakazuje w tym kraju snuć poecie refleksje o ludzkich ostatecznościach. Dlaczego myśli tyle o przemijaniu i śmierci na ludnych ulicach amerykańskich miast? Poeta wyjaśnia to precyzyjnie w posłowiu do książki, które jest też diariuszem amerykańskiej jego podróży: „Wiele razy w moim życiu znalazłem się w miejscach i sytuacjach, które dawały mi szczęście, rozświetlały moją jaźń, ale też zaraz budziły smutną refleksję: Nie zatrzymasz chwili.” I tu jest ów poetycki pies pogrzebany. Otóż Lebioda tym intensywniej przeżywa przemijalność świata im większe robi on na nim wrażenie. Im świat jest piękniejszy, odwiedzane miejsca fantastyczne, tym boleśniejsze jest to, że człowiek w tym świecie jest śmiertelny i przeminie. Jak każdy rasowy artysta, malarz, poeta, muzyk, Lebioda stara się ocalić piękno chwili, jej egzystencjalną i metafizyczną konsystencję. Ale wie też, że chwili ocalić się nie da, że nieuchronnie przemija. Chwila, tak jak i człowiek – jest śmiertelna. Czas, czas wszystko zmienia, jak słusznie śpiewał Bob Dylan. Możemy wracać do ulubionych miejsc, jeśli będą nam sprzyjały okoliczności, ale przecież będziemy wówczas już choćby odrobinę inni. W międzyczasie umrze nam ktoś bliski, na świecie będą miały miejsce wojny i katastrofy. Dana nam chwila zachwytu nigdy precyzyjnie się nie powtórzy. W amerykańskich wierszach Lebiody dochodzi nieustannie do styku piękna ze śmiertelnością uczestników tegoż piękna. Kartkując na chybił trafił „Bulwar Singera” trafiamy na takie pointy wierszy: tylko tutaj odrodzisz się/ i umrzesz w jednej chwili [Jadąc autobusem z Port Authority]; głęboko tak/ samotnie/ tak/ (…)/ jak mewa wpatrzona/ w toń/ jak sama/ śmierć [Mewa]; życie i życie/ a później/ jednaka/ zawsze osobna/ śmierć [Canal Street] Tym przeczuciom śmierci i grozy przemijania towarzyszy – jak powiedziałem – zachwyt. A zachwyt jest wzmożonym sposobem poznawania świata. To typowe Heideggerowskie połączenie trwogi i zdziwienia. Trwoga Heideggera, jak wiadomo, jest dogłębnym przeżyciem własnej śmiertelności i pojawia się po uprzednim otwarciu się podmiotu na bycie. Trwoga ani otwartość na bycie nie pojawią się u kogoś, kto właśnie zastanawia się, czy wziąć kredyt lub co zjeść na kolację. Trwoga jest stanem poetyckiego poznania. I owo poetyckie poznanie prowadzi często do daleko idących wniosków metafizycznych, o których Lebioda we wspomnianym posłowiu powiada tak: „Patrzę na stada, zawoje, zwałowiska chmur. Myślę o sile, o Istocie, która to stworzyła. Czyż jakakolwiek religia zdoła oddać wielkość i ogrom stworzenia? Czy jakaś postać boska, mająca rodowód ludzki, obdarzona ludzkim ciałem i ludzkim wyglądem zdoła udźwignąć monumentalny charakter ziemskiej kosmogonii?” Odpowiedzmy: raczej nie, nie zdoła. Poeta też, w moim przekonaniu, udziela sobie takiej właśnie odpowiedzi i dlatego w swoich wierszach tropi raczej ową siłę stwórczą, dającą wszystkiemu trwanie i przemijanie, niż osobowego Boga czy bogów. I dlatego tak fascynują go wielkie przestrzenie i ekspansje ludzkich dążeń. Ta siła jest wszędzie. W przygodnie spotkanej w samolocie Murzynce, w starym Żydzie widzianym w Nowym Jorku, ale także w źdźble trawy wyrastającym na chodniku, no i w ptakach, które są prawdziwą obsesją poety. Będę o tej obsesji, fascynacji jeszcze pisał przy okazji chińskich wierszy Lebiody, tu jednak chcę odnotować to szczególne zauroczenie ptakami. W posłowiu nieustannie czytamy: „Podziwiam atlasy ptaków, leksykony i encyklopedie i inne książki o nich (…) Nigdy do tej pory nie widziałem tego ptaka na żywo i robi on na mnie kolosalne wrażenie (…) Tuż przy brzegu, pływają kaczki krzyżówki (…) Droga wiedzie przy rzece, więc w milczeniu podziwiam nowe widoki, zauważam sporo wodnych ptaków.” Dlaczego akurat ptaki tak fascynują poetę? Bowiem niepoznawalna jest tajemnica ich wędrowania. Z gruntu nieludzka zdolność przemieszczania się w powietrzu. Lebioda podejrzewa, że ptaki mają jakąś wiedzę o świecie niedostępną dla ludzi. Nie werbalną oczywiście, ale jest im dostępna oczywistość istnienia, która przed człowiekiem się skrywa. I poeta napisze na przykład tak: i oko ptaka uważnie sondujące/ obszar nieistnienia/ [Strumień. Kos. Nieistnienie] Przypuszczam, że Lebiodzie bliskie jest zawołanie Chrystusa, który zalecał ludziom by byli jako ptaki, co skrupulatnie zrelacjonował św. Mateusz w swej Ewangelii: „Przypatrzcie się ptakom w powietrzu (…) Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one. Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swojego życia” Autor wróci do tego Chrystusowego nauczania w opowieści o porcie Clearwater, w którym cumują jachty amerykańskich bogaczy, a obok przysiadają pelikany. I powie poeta o tej sytuacji bogatych ludzi i ptaków: biedne i dostojne/ suszą pióra/ spoglądają/ na ludzi/ bogactwo/ i ubóstwo/ Ludzie/ i pelikany [W Clearwater] Ludzie w tym zestawieniu stracili naturalność i wolność, mają jachty i konta w banku, ale wolności nie mają. To ptaki są w tym wierszu na miarę darowanego istnienia, a ludzie są grą rynku, kursów walut i mód.

 CHIŃCZYCY I PTAKI

Sprzedawca skowronkówNajbardziej egzotyczną wydaje się podróż poety do Chin. Jej pokłosiem jest książka ”Sprzedawca skowronków”. Lebioda był w Chinach dwa razy – w 2009 roku. Widział Wyżynę Tybetańską, Pekin, Chiński Mur i wiele innych zajmujących miejsc. Zastanawiające, że najbardziej fascynowały go podczas chińskich podróży spotkania z ludźmi. W ich twarzach, gestach wypatrywał oryginalności i niezwykłości. I znajdował. Ta optyka nastawiona na spotykanych ludzi jest zresztą silnie obecna w całej podróżnej trylogii Lebiody Poeta stworzył też znakomite portrety zbiorowe Chińczyków: W tym kraju żyją pokorni ludzie zapatrzeni/ w swoje myśli/ dalecy jak wzgórze niknące/ we mgle/ i bliscy jak śpiew ptaka w bambusowych/ zaroślach/ (…) jadą do pracy na rowerach siadają w parkach/ przystają i gimnastykują się patrząc/ na wschodzące słońce [Chińczycy]. Te socjologiczno-psychologiczne obserwacje autor wzmacnia portretami pojedynczych ludzi, których spotyka podczas swojej wędrówki. I powtórzę – jest tu wierny swojej poetyce stworzonej na początku lat osiemdziesiątych. Skrupulatnie odnotowuje dostrzeżone zachowania ludzi. Tropi cierpliwie ich odmienność i oryginalność. Czytając te wiersze ma się mocne przekonanie, że Lebioda zwyczajnie lubi spotykanych ludzi. Chce się od nich jak najwięcej dowiedzieć, chce się od nich uczyć, jest otwarty na ich przeżycia. I dzięki temu osiąga wysoki poziom przesłań humanistycznych. Ludzie dookoła, owi często anonimowi Chińczycy borykają się z samotnością i śmiercią. Są, ni mniej ni więcej, tylko towarzyszami wędrówki poety do wyznaczonego mu przez los kresu. Wierzą w innych bogów, mówią trudnym dla Europejczyka językiem, ale są zadziwiająco do nas podobni, bowiem ból, cierpienie są doświadczeniami uniwersalnymi, łączą ludzi wszystkich nacji i kontynentów. Szukanie tego braterstwa i wzajemnego zrozumienia jest niewątpliwie celem, który stawiał sobie Lebioda pisząc swoje książki podróżne. Idzie o przekazywanie sobie człowieczeństwa, wbrew i mimo różnic kulturowych. W dzisiejszym globalnym świecie żyjemy coraz bliżej siebie: ludzie, narody, nacje i kultury. Różnorodność nie musi prowadzić do konfliktu i braku zaufania. Przeciwnie, może wzbogacać i uzupełniać. Nie unikniemy spotkania z innymi kulturami. Inny jak widzieli go Levinas i Buber jest problemem i zadaniem pierwszoplanowym współczesnej kultury. Wiele tu żalów i pretensji. Europejczycy przez kilka stuleci byli okupantami w wielu afrykańskich i azjatyckich krajach. Dziś natomiast muzułmanie nie potrafią współżyć kulturowo z europejską odmiennością. Lebioda jest wyczulony na tę problematykę i chce Innego zobaczyć w całej krasie i odmienności. Stara się z tą odmiennością współżyć. We wszystkich trzech podróżnych książkach pokazuje Innych jako problem, ale też nadzieję wzbogacenia własnego świata. Spotkanie z odmiennymi, silnymi kulturami jest nie tylko zagrożeniem, ale też szansą rozwoju. Ot, Lebioda napisze na przykład przejmujący wiersz o żebraczce w świątyni Tao: Ta drobna kobieta z blaskiem urody na pomarszczonej/ twarzy żyła już tutaj wiele lat przed moim/ urodzeniem/ (…) teraz stoi na schodach wiodących/ do figury złotego słonia/ i prosi o święte juany/ (…) jeszcze chwila a odwieczne/ Chiny zgasną dla niej/ na zawsze [Żebraczka w świątyni Tao]. Chińczycy, jak może żaden inny naród, mają właściwości masy, o których tak przekonywająco pisał Elias Canetti w książce „Masa i władza”. Lebioda chętnie wydobywa z tej masy poszczególnych ludzi – a to młodziutkie prostytutki, a to dzieci, które obdarowuje drobnymi monetami, a to wysokiego boya hotelowego, sprzedawcę skowronków. Raz po raz jednak Chińczycy skupiają się mu w niepokojącą masę, jak w wierszu „Już dudnią kroki”: Słyszę jak dudnią kroki/ to armia pierwszego/ cesarza rusza/ na podbój/ wieczności (…) to armia pierwszego/ cesarza maszeruje/ przez tysiąclecia. Lebioda ma, jak powiedziałem już wyżej, ewidentnie obsesję ptaków. Pisze o nich bez przerwy: „Kruki nad Chińskim Murem”, „Wrona na platanie”, „Pekińskie sroki”, „Chiński wróbel”, „Dudki”. O co chodzi z tymi ptakami? Otóż dla Lebiody chińskie ptaki o których pisze równie chętnie jak o ptakach spotykanych w USA, są czymś pośrednim między ciężką, toporną materialnością człowieka, a duchową lekkością. Człowiek przywiązany do ziemi, nie potrafiący latać, uwikłany w historię, politykę, biznes i zbrodniczy jak może żadne inne zwierzę na świecie, nie ma lekkości i swobody ptaków. Ptasie loty są emanacją wolności i swobody. Ptaki są też świadkami naszego nieporadnego życia: W tym mieście fruwa wiele srok – całymi stadami/ i pojedynczo ale nikt nie zatrzymuje wzroku/ na czarno-białych szatach/ a one uważnie śledzą ludzkie ruchy – patrzą na/ przechodniów i na dalekie kształty zakazanego/ miasta [Pekińskie sroki] Dlatego poeta tak intensywnie przeżywa swoje podróże samolotem. Lot czyni sytuację człowieka podobną do tej w jakiej znajdują się ptaki. I wywołuje nieodmiennie w tej poezji silne doznania metafizyczne: Samolot wzniósł się do/ świata lotnych kształtów/ (…) mógłbym tak lecieć/ bez końca/ mógłbym tak istnieć/ bezcieleśnie/ mógłbym tak mknąć/ w sobie i poza sobą [Chmury nad Pekinem]. Oprócz ptaków, Chinek i Chińczyków, uwagę poety podczas jego dalekowschodniej wyprawy przykuwają rośliny i krajobrazy, które zawsze wywołują osobiste refleksje na temat losu i przemijania. Wielkie chińskie wyżyny i góry, widok z okna na milionowy Pekin wywołują nieuchronnie refleksje na temat przemijania i wartości życia. Czymże jest nasze życie wobec ogromu świata i kosmosu? Czymś nieważnym? Czymś o co jednak warto się troszczyć: Jestem cząstką planety/ pyłem kosmosu/ mój byt wypełnia pustkę/ w pradawnej materii [Poranny wiersz w hotelu Xiyuan]

 IRACKI ŚMIETNIK I KURDOWIE

LebiodaZoltyOleander-OKL-OK.indd1Trzecią książką z cyklu podróżnego jest „Żółty oleander”. To efekt podróży Lebiody do Iraku, Kurdystanu i Babilonu. W książce tej poeta zamieścił wiele wierszy odnoszących się do polityki i historii. Irak to kraj ciężko doświadczony przez wieloletnie rządy Saddama Husajna. I późniejszą wojnę z USA. W tym kraju poeta spotyka liczne dowody zbrodni reżimu Husajna. Zwraca w kilku wierszach uwagę na to, że zniszczenia moralne, które niesie ze sobą każda dyktatura są długotrwałe i trudno jej zlikwidować. Śmierć dyktatora jest zaledwie początkiem odnowy i powracania do życia całego narodu. I jest tak: Kraj jak śmietnik – trzeba go oczyścić/ zebrać brudy papiery puste butelki/ i plastikowe torby/ trzeba powybijać armie wielkich szczurów/ pewnych siebie jak Nabuchodonozor [Iracki śmietnik]. Kraj o wspaniałej historii pełnej wielkości i grozy nie może podnieść się po krwawej dyktaturze. Obecni są jeszcze ludzie Saddama z partii BASS. Na ulicach irackich miast wybuchają bomby. Ludzie z trudem organizują sobie życie po totalitarnej traumie. Chaos i dezorientacja. Lebioda z troską pisze o tym stanie arabskiego państwa: Powiedz mi przyjacielu co stało się/ z narodem arabskim?/ (…) Dlaczego twój kraj/ wygląda jak śmietnik cywilizacji?/ Powiedz mi przyjacielu gdzie/ podziała się duma szejków/ i emirów (…) Kto zabił światło w oczach/ dzieci Bagdadu Ramallah/ i Kirkuku? [* * * Powiedz mi przyjacielu…] Z dużą estymą pisze poeta o Kurdach i Kurdystanie. Górale kurdyjscy jawią się mu jako ludzie dzielni, instynktownie szukający wolności i prawa do samostanowienia. To ludzie odważni, bez reszty oddani świętej sprawie wolności. Lebioda chętnie opowiada o takich ludziach, a przypomnę, że Kurdowie stanowią mniejszość narodową w trzech krajach: w Turcji, Iraku i Iranie. I są tam prześladowani. W ostatnim czasie śmiertelnym niebezpieczeństwem dla Kurdów jest także Państwo Islamskie. Mimo tych niedogodności i trudności Kurdowie jawią się Lebiodzie jako ludzie niezłomni. I poeta tak napisze o pewnym starym Kurdzie: ból który czuję w piersiach nazywa się/ Kurdystan/ ból który rozrywa mojej serce/ nazywa się wolność [Stary Kurd] Myślę, że Lebioda, jest szczególnie predysponowany do pisania takich właśnie wierszy o dzielności i walce o niepodległość. Ta poezja wpisuje się w polską tradycję poezji patriotycznej i niepodległościowej. Zaletą wierszy Lebiody o aspiracjach narodowych i niepodległościowych Kurdów jest niewątpliwie pewna powściągliwość. Poeta nie histeryzuje, nie epatuje grozą, ani łatwymi wzruszeniami. Opowiada o Kurdach w sposób powściągliwy i męski. Powiada o ofiarach kurdyjskich tak: nikomu nie wolno zabijać/ a zamordowano cały naród/ nikt nie ma prawa/ odbierać oddechu/ a zdławiono wielki/ Kurdystan [* * * O płaczcie piaszczyste zbocza]. A warto chyba zwrócić też uwagę i na to, że poeta, pisząc wiersze o Kurdach, nie traci perspektywy indywidualnej, osobistej śmierci. Tu każda śmierć, każde cierpienie są osobistą sprawą ludzi o których autor pisze. Lebioda indywidualizuje śmierć – z masowych grobów, które pozostawił po sobie Saddam dobywa osobiste losy, tych którzy zginęli. Rolą poety zdaje się tu być chęć przywrócenia osobistego charakteru śmierci. Najkrócej mówiąc – każdy człowiek umiera w samotności. Wrzuconym do zbiorowych mogił poeta przywraca człowieczeństwo, nie godząc się na to, żeby ich śmierć opisywać w liczbie mnogiej i jako proces zbiorowy: widziałem chłopca/ o czarnych oczach/ i białych zębach/ jak przywiązali go do/ słupa i czarną opaską/ odgrodzili od świata/ w plutonie egzekucyjnym/ stali koledzy ze szkoły/ i boiska [Łoże tyrana]. Te zapiski to zaledwie rekonesans po trzech udanych książkach Lebiody o podróżowaniu. Mam nadzieję, że stanowić one mogą zachętę dla potencjalnych czytelników tej poezji. Odnotujmy też i to, że we wszystkich trzech książkach autor zamieścił pokaźną ilość zdjęć z podroży o których opowiada. Te zdjęcia często wprost odnoszą się do tego o czym pisze on w swoich wierszach.

 __________________

Dariusz Tomasz Lebioda, Bulwar Singera, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2012. Dariusz Tomasz Lebioda, Sprzedawca skowronków, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2013. Dariusz Tomasz Lebioda, Żółty oleander, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2014.

SYNOGARLICA TURECKA

Foto Wikipedia

Foto Wikipedia

Pohukiwanie synogarlic tureckich (Streptopelia decaocto) należy do pięknych, intymnych odgłosów mojego dzieciństwa. Jak to wielokrotnie podkreślałem, wychowałem się na skraju nowego osiedla, tuż przy dwóch cmentarzach, na których sporo było tego rodzaju ptaków. Często po całodziennym jeżdżeniu na rowerze, albo po meczach rozegranych na boisku szkolnym, siadywaliśmy w kilku chłopaków na skarpie przy bramce i komentowaliśmy ostatnie wydarzenia. Pomarańczowa kula słońca spływała wolno za wysokie topole, a w dali słychać było śpiew zięb, sikorek i tęskne hukanie synogarlic, inaczej nazywanych sierpówkami. Ptaki te, praktycznie bezbronne i bardzo łagodne w swej naturze, zawsze były łakomym kąskiem dla wszelkich drapieżników, dlatego najczęściej trzymały się wysokich gałęzi, przysiadały na słupach elektrycznych lub lampach. Na początku moich studiów polonistycznych, gdy pisałem zbiór wierszy pt. Pole umierającej kraski, niemal codziennie przemierzałem alejki cmentarne i przyglądałem się tym sinawym mieszkańcom pierwszego piętra powietrznego. Jak wiadomo ptaki te nie wznoszą się zbyt wysoko w górę, gdzie czyha jastrząb czy pustułka, a raczej trzymają się bliżej koron drzew, ze szczególnym uwzględnieniem akacji i wierzb, głogów i jesionów. Widuje się je jak trzepocząc gwałtownie skrzydłami przelatują z gałęzi na gałąź albo zmieniają sektory żerowania w parkach, miejskich zaroślach i na cmentarzach. Kiedyś było ich znacznie mniej, bo dopiero w dwudziestym wieku rozwijała się gwałtowna ekspansja tego ptaka, zamieszkującego pierwotnie południową Azję. Trudno uwierzyć, że po raz pierwszy w Europie zauważono go w 1835 roku w Bułgarii (Płowdiw), a na nasz kontynent przywieźli ją prawdopodobnie osmańscy najeźdźcy, kolonizujący kraje arabskie i zapuszczający się daleko na południe Azji. Można powiedzieć, że gołąb ten wziął przykład od Turków i zaczął zasiedlać coraz większe tereny w Europie, szybko docierając do krajów jej zachodniego skraju, leżących nad Atlantykiem i morzami łączącymi się z nim. Obecnie widywana jest też w Skandynawii, Iraku i Izraelu, a nawet wyspowo na Półwyspie Iberyjskim i w Maroku. Ptaki te znajdują wiele pożywienia przy siedzibach ludzkich, szczególnie w ogrodach i na podmiejskich polach, a przy tym rozmnażają się nawet kilka razy do roku i powiększają swoją mnogość w postępie geometrycznym. Prawdziwym spektaklem ornitologicznym jest gromadzenie się synogarlic na drzewach podczas wielkich mrozów – śpią wtedy wspólnie na wyniosłych dębach, platanach czy osikach i przypominają kupki przybrudzonego śniegu. Ptaki te mają na sino-różowym upierzeniu czarny pasek, nazywany sierpem, a ich oczy są wyraziście czerwone, z lekkim nalotem żółcieni. Za pohukiwanie, które towarzyszyło mojemu dorastaniu, odpowiedzialne są samce, które w ten sposób przywołują samice lub informują otoczenie o stanie zagrożenia ze strony intruzów. Choć w Polsce sierpówek jest tak wiele, otoczono je ścisłą ochroną gatunkową i nieomal codziennie możemy zaobserwować ich wspaniałe przeloty, gwałtowne wznoszenie się na gałęzie lub zawisanie na drutach trakcyjnych. Słyszymy też ich gruchanie i nieustanne pohukiwanie, a zdarza się, że pojedyncze osobniki zlatują na trawniki i nie zwracając większej uwagi na ludzi, żerują na nich. Niezwykła smukłość sylwetki i walorowe, delikatne umaszczenie piór powodują, że synogarlice należą do jednych z najurodziwszych polskich mieszkańców przestworzy.

1024px-Streptopelia_decaocto_zoom

POCZĄTEK ROKU

Błękitne niebo kusiło mnie dzisiaj i zapraszało by wyjść na spacer z aparatem fotograficznym… Było mroźnie, ale ubrałem się ciepło, pozwalając sobie tylko na nonszalanckie odsłonięcie głowy. Jak zwykle udało mi się zrobić kilka wspaniałych fotografii, o czym przekonałem się oglądając je na laptopie. Niestety styczniowa ornitologia jest dość uboga i na obrzeżu miasta natknąłem się tylko na gawrony, kilka dużych wron, mazurki, sikorki, do tego kilkanaście mew, szukających odpadków przy blokach, wszędobylskie sroki, synogarlice, kawki. Jedynym ciekawszym zdarzeniem było nagłe zerwanie się do krótkiego lotu dwóch znakomicie wyeksponowanych bażantów, które wzniosły się ponad pole i zniknęły pośród zeschłych wrotyczy, nawłoci i trzcin. Rozmyślałem o wszystkim, co zdarzyło się w ubiegłym roku, o moich decyzjach, o błędach i radościach, o chwilach jasnych i mrocznych. Czuję, że rok 2015 będzie bardzo ważny dla mojego życia, a to przede wszystkim za sprawą ekscytujących projektów, które mam zamiar zrealizować. Ważne też będą rozliczenia i wymierzenie sprawiedliwości tym, którym się wydawało, że bezkarnie będą mogli niszczyć mnie na przestrzeni lat. Czytałem ostatnio wywiad z Krzysztofem Pendereckim, który wskazuje „gnojenie” w Polsce tych, którzy się wybijają i coś konstruktywnego tworzą – najczęściej robią karierę za granicą, z dala od polskiego piekła. Zaznałem tego wiele razy, czego ślady są też we moim dzienniku, ale nie mam zamiaru poddać się, wiem też, że krzywda zawsze dopada tych, którzy ją sprowokowali. Tak rozmyślałem sobie chodząc w mroźne południe na skraju miasta, w północnej części Europy, na północnej półkuli planety Ziemia, ogrzewanej promieniami niewielkiego Słońca, w średniej wielkości galaktyce spiralnej Mleczna Droga.

      ??????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

??????????????????????

??????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

DIARYSTYKA ROZUMIEJĄCA

Banaszak Dziennniki

Pisanie dziennika jest jak przeglądanie się w lustrze i dokładne studiowanie zmian zachodzących w wyglądzie, sylwetce, układzie ust i włosów, przybywających zmarszczek i znamion, które są elementarnymi znakami przemijania, nieuchronności, związanej z istnieniem w określonej strukturze kosmicznej. To zarazem nieustanne czuwanie autobiograficzne i literackie, konieczność zapisywania tego, co się zdarzyło i komentowania spraw „na gorąco”, tworzenia kontekstu w różnych przestrzeniach bytowania. Ale dziennik musi też mieć określoną strukturę teoretycznoliteracką, a jego autor zawsze odwołuje się do jakiegoś modelu diarystycznego, utrwalonego w świadomości czytelniczej i zderzającego się dynamicznie z jego świadomością. W grę wchodzi tutaj przecież genologia i narratologia, teoria spójności i antropologia, a twórca musi też czerpać obficie z wiedzy historycznej, politycznej, psychologicznej, a także z licznych naukowych dziedzin szczegółowych. Jeśli takie dzieło ma być prawdziwe, musi też być zapisem intymnym, nie fałszującym niczego i nieustannie się sprawdzającym literacko, na każdym poziomie autorelacji i wartościowania. Ważna jest też pracowitość i nieustanne przekonanie, że to, co się zapisuje pozostanie na zawsze świadectwem dni i myśli, pojawiających się na horyzoncie osób i zdarzeń. To jakby zatrzymanie czasu w jego pędzie, przyglądanie się wszystkiemu z natężoną uwagą i oświetlanie wybranych miejsc, chwil, artefaktów, dokładna analiza zachowania najprzeróżniejszych osób. W poprzedniej epoce literackiej autor dziennika ograniczany był przez cenzurę, czasem sam od razu okrawał tekst, wiedząc, że nie ma on szansy na publikację w całości, a teraz pisanie takie ma walor prawdziwej niezależności, nie wolnej od określonych działań zabezpieczających. Wcześniej znani diaryści pisywali najczęściej do szuflady, pozostawiając wydanie swoich memuarów potomności, wierząc przy tym, że w nowym czasie ukażą się one bez cięć i retuszy. Historia edycji Dzienników Marii Dąbrowskiej zaświadcza jednak, że nie jest to takie proste i minąć musi wiele lat, zmienić musi się klimat historyczny i polityczny, zanim publikacja całościowa stanie się faktem. Literatura polska, w różnych epokach, w skrajnie odmiennych warunkach politycznych, stworzyła wiele zapisów intymnych, które dzisiaj wskazywane są jako wzorce gatunkowe – to dzienniki Stefana Żeromskiego, Zofii Nałkowskiej, Witolda Gombrowicza czy Jarosława Iwaszkiewicza. Mają swoją wagę w historii literatury także dzieła diarystyczne Jerzego Andrzejewskiego, Stefana Kisielewskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Tadeusza Konwickiego, Andrzeja Kijowskiego czy Edwarda Stachury. Jako bezdyskusyjne arcydzieło stale kreuje się diariusz Witolda Gombrowicza, choć wyraźnie stracił on swoje brzmienie w ostatnich latach, a to przede wszystkim za sprawą upadku komunizmu w Polsce – teraz już nie jest dziełem „zakazanym” i to, co wykreślała cenzura często jawi się jako błahe i wzbudzające zdumienie, że ktokolwiek mógł widzieć w jakieś dygresji czy analizie zagrożenie dla systemu państwowego. W dobie powszechności internetowych blogów, gdzie autorzy odsłaniają kulisy swego życia, mówią o swoim alkoholizmie, narkomani, przyznają się do odmiennych preferencji seksualnych, Dziennik Gombrowicza jakby mniej szokuje. Nie przestaje wszakże fascynować jego strona literacka, sposób narracji, pomysły związane z analizą literatury czy dzieł sztuki, no i odwaga w formułowaniu sądów na temat współczesnych, a także samego siebie.

Lektura pierwszego tomu dzienników Józefa Banaszaka pt. Wybrałem Bydgoszcz, obejmującego dwudziestolecie 1989–2009, przywołuje natychmiast na myśl, wydany dopiero w 2002 roku przez Wydawnictwo Literackie, Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu Bronisława Malinowskiego, w którym autor czyni siebie przedmiotem naukowego eksperymentu. Opisuje lata spędzone w Zakopanem, Anglii, Australii i na Nowej Gwinei a zarazem studiuje własną osobowość, zetknięcie z obcą cywilizacją, będące dla niego rodzajem próby charakteru. Banaszak – w sytuacji dokładnie opisanej na kolejnych stronach pierwszego tomu swojego dziennika – podobnie jak Malinowski udaje się na dobrowolną i równocześnie wymuszoną przez życie emigrację do innego miasta. Z nadzieją, że stworzy w nim nową placówkę badawczą, a zarazem rozpozna środowiska artystyczne, przenosi się do grodu na Brdą i Wisłą i kontynuuje zapiski w swoich zeszytach. Jak wskazany wyżej wielki polski antropolog, ale też z podobną dociekliwością, niczym najlepsi polscy diaryści literaccy, obserwuje ludzi i samego siebie, komentuje zdarzenia i dopełnia je treścią słowną. Niestety, bardzo szybko dominującym tonem staje się rozczarowanie, mnożą się relacje na temat kontaktów z ludźmi, którzy nie spełnili pokładanych w nich oczekiwań. To także zapis ogromnej pracy organicznej w obrębie bydgoskiej uczelni, przekształcanej przez Rektora Banaszaka w akademię i stale walczącego z oporną materią ludzką, nieustannie pojawiającymi się oponentami i malkontentami, osobami, które nie radzą sobie z własną osobowością i w interakcjach z otoczeniem odreagowują stresy. To wszakże tylko jeden nurt rozważań w dziennikach tego wybitnego profesora entomologii i ekologii, bo jest w nim taki ogrom informacji na temat ludzi i zdarzeń, tyle mądrych analiz i dopowiedzeń, tyle wiedzy naukowej, ściśle biologicznej i humanistycznej, tyle humoru i lekkości intelektualnej, że dzieło to uznać należy za jedno z najważniejszych literackich dokonań na Pomorzu i Kujawach w ostatnim pięćdziesięcioleciu, a i ustawić je trzeba na tej samej półce, co wskazane wyżej udane polskie realizacje autobiograficzne. Autor postanowił ukazać swój czas bez zafałszowań, począwszy od własnych kłopotów rodzinnych, poprzez czas budowania innej sytuacji życiowej z nową partnerką, a potem żoną, przez żmudne przystosowywanie leniwej natury pomorskiej do intensywnych działań i nieustannej aktywności. Pojawiły się też w Dziennikach liczne opinie o współpracownikach, naukowcach, artystach, pisarzach, aż po refleksje natury ogólnej, snute na kanwie badań ekologicznych i własnych obserwacji nowego środowiska. Odwaga profesora okupiona została wrogim pomrukiem i licznymi działaniami zakulisowymi, mającymi na celu dyskredytację jego dzieła. Tymczasem – podkreślmy to raz jeszcze – jest to znaczące osiągnięcie intelektualne, jakże ważny dla kultury bydgoskiej fragment dziejów, w którym – czy ktoś tego chce, czy nie – Józef Banaszak odegrał ogromną rolę. To ten człowiek, wraz z arcybiskupem Muszyńskim, Stefanem Pastuszewskim i kilkoma lewicowymi politykami, przyczynił się najbardziej do przekształcenia Akademii Bydgoskiej w Uniwersytet Kazimierza Wielkiego, a po wygaśnięciu własnej kadencji – będąc ojcem założycielem – nie wahał się ostro krytykować następców i wskazywać ich niedociągnięcia, wątpliwe decyzje i nieustannie prowadzone wojny na papierowe miecze. To jest lustro ukazujące wykrzywione twarze, ale też rodzaj narzędzia badawczego, przybliżającego wszystko jak mikroskop i ukazującego struktury, które niewidoczne były dla środowiska uniwersyteckiego i uczestników życia kulturalnego na przełomie dwóch ostatnich wieków. Trudno się dziwić, że znaleźli się ludzie, którzy odwagę i uczciwość obywatelską Banaszaka odczytali jako atak na własne imponderabilia – nie chcąc dostrzec szerszych horyzontów – skupili się na drobnych elementach personalistycznych i wyciągnęli zbyt daleko idące wnioski. Po latach, gdy jakikolwiek światły historyk kultury, będzie przygotowywał monografię Pomorza i Kujaw, nie będzie mógł pominąć dzieła pt. Wybrałem Bydgoszcz, bo znajdzie w nim bogactwo nieprzebrane i prawdę o czasie, która w środowiskach ludzi nadwrażliwych bywa często wypaczana i fałszowana.

Drugi tom Dzienników obejmuje lata 2009–2013, a choć zakres czasowy jest mniejszy, książka niewiele różni się objętościowo od pierwszej części. Wskazuje to na większą intensywność pisarską autora, częstsze sięganie po pióro i dogłębne analizowanie rzeczywistości. Metoda wypracowana w dwóch wcześniejszych publikacjach (bo był także tom poświęcony dzieciństwu i pierwszym latom pracy w Bydgoszczy: Czas nie przeszedł obok. Wspomnienia przyrodnika – 2008), zaowocowała w tomie kolejnym wspaniałymi kartami, przybliżającymi raz jeszcze podskórne życie bydgoskiej uczelni, domenę kultury i sztuki, a także liczne wydarzenia ze świata polityki i szeroko pojmowanej kultury materialnej. Autor jest tutaj bardziej powściągliwy, a przy kontrowersyjnych sprawach wprowadza jedynie pierwsze litery nazwisk, oczywiście łatwo rozpoznawalnych i lokujących się w określonym kontekście. To jest dokument równie cenny jak tom pt. Wybrałem Bydgoszcz, a skala przywołań i analiz musi budzić podziw, tym bardziej, że zapowiadany jest trzeci tom, który już powstaje, a po publikacji zamknie obszerny trójksiąg, doprawdy nie mający precedensu w literaturze Pomorza i Kujaw. Zwykle dopiero po latach dostrzega się wagę tego rodzaju publikacji, sięgając do nich często i czerpiąc z nich wiedzę o świecie i ludziach. Jakże uboższy byłby polski pozytywizm bez Kronik Bolesława Prusa, o ile mniej wiedzielibyśmy o dwudziestoleciu międzywojennym, gdybyśmy nie czytali Dzienników Żeromskiego, jakże też wzbogacały naszą wiedzę o Polsce i emigracji politycznej dziennik Gombrowicza czy Herlinga-Grudzińskiego. Podobnie będzie z monumentalnym dziełem znakomitego entomologa, urodzonego w Wielkopolsce, ale z wyboru bydgoszczanina. Autor zdaje sobie sprawę z wartości swych Dzienników i pisze je z ogromną pasją, notując kolejne wydarzenia, spotkania z ludźmi i sprawy związane z uniwersytetem. Często są to historie bardzo kontrowersyjne, budzące zdumienie, że pośród naukowców czy ludzi sztuki tak często dochodzi do konfliktów i podziałów, tyle przyjaźni zamienia się w opozycję, a uściski dłoni zastępuje mijanie się na ulicy bez słowa i niepotrzebne wojny podjazdowe. Banaszak jest naukowcem i człowiekiem wielkiego formatu, znacznie wyrastającym poza bydgoskie opłotki, posiada też ogromny dorobek naukowy i pisarski, co bywa nie do pojęcia dla przedstawicieli środowiska, w którym dwie lub trzy skromne książki świadczyć mają o rozwoju i stają się podstawą nadania tytułów naukowych. Tak aktywny twórca, tak dociekliwy i osiągający stale sukcesy uczony, staje się w małym mieście wrogiem publicznym numer jeden, tym bardziej, że w swoim dzienniku chwali życie rodzinne, relacjonuje spotkania ze swoimi dziećmi i z bliskimi żony, nie dostarcza pożywki różnorakim skandalistom, a jego największym „szaleństwem” jest spotkanie w wąskim gronie przyjaciół i rozkoszowanie się czerwonym winem. Jak on to zrobił, jak to się mu udało – pytają ci, którzy pół wieku męczą się z napisaniem znacznie skromniejszych książek, kto mu w tym pomógł, kto go wsparł w drodze do publikacji. Tymczasem odpowiedź jest tutaj bardzo prosta – to pracowitość autora dała takie efekty, jego chęć dokumentowania wyjątkowych chwil życia, uczestnictwa w kulturze regionu i spotkań z wieloma interesującymi ludźmi. Dopiero po śmierci wielu z nich, postaci utrwalonych w Dziennikach w całej ich dynamice, widać jak ważne były te zapisy, jaki archiwistyczny walor miały, jak wzbogaciły wiedzę o tych, których już nie ma. To jest diarystyka rozumiejąca i wychodząca naprzeciw człowieka, to próba uporządkowania jednego życia i wielu zdarzeń, które były w nim ważne i pozostawiły w pamięci wyrazisty ślad. Dzieło prof. Banaszaka może być wzorem dla twórców regionu i dla wielu polskich naukowców, którzy zechcieliby pozostawić potomnym zapis o dniach i doświadczeniach, o chwilach jaskrawych i matowych, a nade wszystko chcieliby dać świadectwo żywej myśli, pełnej pasji pracy nad sobą i w sobie, w określonej strukturze zawodowej i w obrębie jakiegoś środowiska. Lektura to fascynująca, odsłaniająca kolejne kulisy, będąca świadectwem nowych fascynacji i rozczarowań, ale za każdym razem prawdziwa, niczego nie fałszująca i nie koloryzująca, stająca się historią i zdecydowanie przeciwstawiająca się entropii. Publikując kolejny tom Dzienników prof. Banaszak wchodzi do elity pisarzy Pomorza i Kujaw i staje obok takich twórców jak Konrad Górski, Jerzy Sulima-Kamiński, Władysław Dunarowski czy Alfred Kowalkowski, znacznie też wzbogaca dokonania literackie regionu. Wybierając Bydgoszcz, skazał się na rodzaj banicji zawodowej i artystycznej, ale wierząc w moc swego pióra i prowadząc aktywne życie naukowe, osiągnął stan, który określić wypada tylko jednym słowem: szczęście. I choć wycierpiał wiele po drodze, zmagać się musiał z problemami natury etycznej, znalazł się w takim miejscu, gdzie nie docierają już barbarzyńcy kultury. Dając świadectwo swoim czasom, chwaląc codzienność, portretując ludzi i komentując zdarzenia, osiągnął balans z rzeczywistością, wypełnił misję pisarską, naukową i autobiograficzną, a nade wszystko stworzył wielkie dzieło, w którym na zawsze pozostaną myśli i słowa, obrazy i fotografie – dzieło, które jest najprawdziwszym dokumentem intelektualnej giętkości i żywiołowości, prawdziwego życia i mądrego, spokojnego dochodzenia do kresu.

TAK JAK BLUES…

 Osiemdziesiąt lat Leonarda Cohena

Cohen1

Leonard Cohen pojawił się w moim życiu pod koniec lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, gdy jedna ze znajomych dziewcząt udostępniła mi kasetę magnetofonową z nagranymi balladami tego pieśniarza. Zauroczony głosem i treściami artykułowanymi przez niego, natychmiast dołączyłem go do mojego młodzieńczego panteonu muzycznego, obok Boba Dylana i Joan Baez, tuż przy Simonie i Garfunkelu, Gilbercie O’Sullivanie i Marku Grechucie. Słuchałem też wtedy wiele muzyki rockowej i przede wszystkim były to takie zespoły jak Led Zeppellin, Black Sabath, Budgie, UFO, a z innej półki Slade, Smokie, Abba. Była też ogromna fascynacja muzyką elektroniczną, kompozycjami zespołu Tangerine dream, Klausa Schulze, Mike’a Oldfielda, Vangelisa i Kitaro. Szybko ballady Cohena stały się najczęściej słuchanymi utworami w moim pokoju, a potem towarzyszyły mi podczas pracy, pisania książek literackich i naukowych, w trakcie lektury i przeglądania map, gdy rozstawiałem sztalugi i pochylałem się na kartami papieru, by coś nowego narysować. Pociągał mnie szlachetny smutek tych pieśni, jakże wyrazisty w głosie pieśniarza i w poszczególnych strofach, pisanych jak wiersze i mających często drugie dno, głębię, która nie pojawia się w zwykłej piosence. To były opowieści o starych prostytutkach, których nikt już nie chce wynająć, o partyzancie, który zostawił wszystko i rzucił się w wir walki, o lekko nienormalnej Zuzannie, która przypomina w swej biedzie Chrystusa, a nade wszystko o miłości żarliwej i niepowtarzalnej, o nieustannej pogoni za szczęściem i wolnością. Ballady Cohena otwierały moje wnętrze i uwrażliwiały mnie na ludzką krzywdę, uczyły też dystansu do świata i ludzi, krzepiły w trudnych życiowych momentach. I kazały czekać, więc zagryzałem zęby i wpatrywałem się w mrok: I dreamed about you, baby./ It was just the other night./ Most of you was naked/ Ah but some of you was light./ The sands of time were falling/ from your fingers and your thumb,/ and you were waiting/  for the miracle, for the miracle to come. Czekałem aż dziewczyna o długich, ciemnych włosach, tak podobna do Jane z pieśni Famous Blue Raincoat zrozumie czym jest uczucie i przestanie myśleć o innym mężczyźnie – czekałem aż zdarzy się cud, a gdy go nie było Cohen koił jak balsam i szeptał – jak do Janis Joplin – You told me again you preferred handsome men/ but for me you would make an exception./ And clenching your fist for the ones like us/ who are oppressed by the figures of beauty,/ you fixed yourself, you said, „Well never mind,/ we are ugly but we have the music.” Tak było, mijały lata, pojawiały się nowe piosenki pieśniarza z Kanady, a ja zmieniałem się jak wszyscy ludzie i wciąż był we mnie ten smutek, który on we mnie zaszczepił, robiąc też ze mnie poetę. To wielkie szczęście i ogromne nieszczęście, ale tak już zostanie… To jak blues…

286465-leonard-cohen-1970

Nowa płyta Cohena – Popular Problems – przyniosła znowu wspaniałe utwory, a zmatowiały głos barda stał się doprawdy tragiczny, jakby dobiegający z głębi dziejów i komentujący niecne uczynki ludzkości. Cohen, który zawsze celebrował swoją żydowskość, jawi się tutaj jako starotestamentowy prorok, choć w każdym utworze pojawia się też ironiczny kontrapunkt. Najlepiej widać to w pieśni pt. Almost Like The Blues, będącej relacją z tego, co ludzkość czyni na początku nowego stulecia i co zrobiła w wiekach wcześniejszych. To spojrzenie skanujące historię, a zarazem próba zdystansowania się do okrucieństw i wynaturzeń istot, które powołane zostały do wielkości, ale zmarnowały szansę, zgubiły ludzki etos, weszły na drogę zbrodni i gwałtu: Widziałem głodnych ludzi/ To był mord, to był gwałt/ Ich wioski płonęły/ I próbowali zwiać. Mordując niewinnych, odciskając piętno zbrodni na braciach i siostrach, stali się samą istotą zła, którego nie sposób wyrazić i opisać. Cohen sięga tutaj do tradycji Afroamerykanów z Południa, którzy śpiewali od dawien dawna o smutku i rozpaczy (ang. blues), o swojej trudnej sytuacji, o krzywdzie i nienawiści rasowej, o wierności i zdradzie, o podróżach i poszukiwaniu swego miejsca na ziemi, o nieustannym pragnieniu znalezienia miłości. To, co było protestem w pieśniach czarnych Amerykanów, co nawiązywało do muzyki folkowej, w twórczości Cohena przybrało formułę ironicznego krypto cytatu, bolesnego nawiązania, rozpaczy ukrytej w zwiewności tekstu i melodii. Melorecytacja, tak charakterystyczna dla tego artysty, staje się tutaj rodzajem kpiny ze świata, który morduje i gwałci; z ludzi, którzy palą wioski i skazują dzieci na głodówkę. Choć może się wydać, że jest to zbyt ulotna forma, przy głębokim wsłuchaniu się i uważnej analizie, okazuje się, że jest to prawdziwy krzyk rozpaczy, a także potwierdzenie ludzkiej niemocy, bólu nie do wyrażenia: Nie mogłem na to patrzeć/ I gapiłem się w buty swe/ To był kwas i tragedia/ To prawie tak jak blues. I nie mamy tutaj do czynienia z cynizmem, to tylko prawda o naszym świecie, który pędzi donikąd i stale generuje konflikty na wielu płaszczyznach egzystencji, od relacji międzyludzkich, do zatargów rasowych i wojen między sąsiadującymi krajami.

33Leonard-Cohen

Co spokojny człowiek może przeciwstawić zbrodni i cierpieniu niewinnych bytów, co może zrobić intelektualista taki jak Cohen? Niewiele, a zarazem bardzo dużo – może komentować i kierować uwagę milionów na to, co jest złe, co wypacza humanizm i wiarę w dobro człowieka. Rozpacz, taka sama jak w pieśniach Afroamerykanów, rozsadza tutaj formę zdystansowanej ballady, a zarazem potwierdza bezsilność: I niemal chciałem umrzeć/ Między każdą myślą złą/ A gdy kończyłem dumać/ To bardziej chciałem zejść. Tak byłoby najłatwiej, tak można by zamknąć każde życie, odsunąć się od świata i jak rzymski arbiter elegantiarum Petroniusz, otworzyć sobie żyły i patrzeć jak gaśnie światło i matowieją kolory, a barbarzyńcy bezsilnie opuszczają dłonie z okrwawionymi narzędziami zbrodni. Cohen widzi też swoje błędy, wszakże fascynował się kiedyś rewolucją kubańską, Fidelem Castro i Chè Guevarą i jak wielu lewicujących intelektualistów, wchodził na ślepe ścieżki poznania. Po latach przyzna się, że niewłaściwie oceniał wojnę i rewolucję: To była męka, to był mord/ To były moje oceny złe/ Wojna, gdy dzieci tracą Pana/ To prawie tak jak blues. Dopiero teraz pojawiają się rzetelne relacje o zbrodniach dwudziestowiecznych rewolucjonistów, dopiero w nowym czasie i innej rzeczywistości kolejnego stulecia wychodzi na jaw prawda o tych, którzy pojawiali się na sztandarach ruchów kontestacyjnych. O Chè Guevarze śpiewano piękne pieśni (Joan Baez), pisano żarliwe wiersze (sam się od tego nie uchroniłem), jego portret w berecie, z czerwoną gwiazdą, noszono na T-shirtach i na plakatach, a przecież okazał się bezlitosnym mordercą, wykonującym egzekucje i rozsiewając krwawy leninizm po świecie. To były te oceny złe artysty, prezentowane tutaj z ironicznym dystansem, ale przecież jak najbardziej realne, zapisane wcześniej w pieśni pt. Field Commander Cohen z płyty pt. New Skin for the Old Ceremony (1974). W takiej sytuacji, wskazując własne błędy, poeta z gitarą nawiązuje do żydowskiej tradycji, do przekonania, że nadejdzie człowiek wybrany i uczyni mir w świecie. Wspominając słowa ojca i matki, ironizuje z bluesowym zaśpiewem: Musiałem serce zmrozić/ Żeby przestało gnić/ Ojciec rzekł tyś wybrany/ A matka – to nie ty. Cierpienie jest jak rozkład, ból przypomina gnicie, wiec poeta symbolicznie mrozi swoje serce, by odgrodzić się od ogromu zbrodni i wraca na łono rodziny, komentując wcześniejsze komentarze i wypowiedzi swoich rodziców.

img_0733_2

Wsłuchuje się w ich mądre opowieści o Cyganach i Żydach i szuka takiej samej tolerancji w świecie, ocenia je jako dobre, nie nudne, przypominające bluesa i jego pierwotną „czarną” formę – pieśni kojącej i wspierającej cierpiących zbieraczy bawełny, zagubionych tropicieli sensu i właściwego wymiaru istnienia. Takie zasłuchanie się w siebie i w groźne pomruki świata prowadzi do bolesnej refleksji teologicznej i zakwestionowania wiedzy jako drogi poznania. Można być profesorem i niczego nie rozumieć ze świata, można osiągnąć ziemskie zaszczyty, tytuły, a i tak umiera się nagim i bosym, podlegając prawom entropii jak cesarz, nędzarz i żebrak. Ironia sięga tutaj zenitu: Nie ma Boga w niebie/ I piekła pod nami/ Rzekł wielki profesor/ I wszyscy o tym wiedzą. Czy człowiek jest w stanie zrozumieć istotę stworzenia, czy może sięgnąć myślą ogromów kosmicznych, pośród których się ono rozgrywa, a wreszcie czy jest partnerem dla Boga, czy może tylko nic nie znaczącym pyłkiem? Leonard Cohen jak mało kto poznał zakamarki naszego świata, szalejąc jako młody beatnik w Nowym Jorku, przemierzając Stany Zjednoczone i świat jako pieśniarz, widząc ogrom ubóstwa i zbrodni, nie bez powodu przeciwstawiając w tytule swojej słynnej płyty miłość nienawiści. To poeta najwrażliwszy z wrażliwych, dodatkowo wzmacniający swoje wiersze wspaniałą muzyką, często krytykowana przez profesjonalistów, ale akceptowaną i kochana przez jego wielbicieli. To nowoczesny komentator istnienia, szukający odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji w ramionach pięknych kobiet i w różnorakich ziemskich samotniach, śpiewający pośród mroku i w świetle słońca, nowy Federico Garcia Lorca i Osip Mandelsztam, brat Allena Ginsberga i Sylvii Plath, powinowaty Roya Orbisona, Johnnego Casha i Boba Dylana, a nade wszystko filozof i ironiczny egzegeta religijny. Jego żydowskie pochodzenie jest jak stygmat, z którego uczynił znak rozpoznawczy, to coś, co stanowi jego siłę i słabość, co jest dziedzictwem kulturowym, ale też genetyczną skłonnością do depresji. Artysta nieustannie eksperymentował z życiem, poddawał siebie próbom wytrzymałości, walczył o siebie w sytuacji przegrania i triumfu, przechodził liczne załamania, wstawał z kolan i szedł. Zawsze był blisko cierpiących i potrzebujących pomocy, a jego ufność w ludzi doprowadziła go nieomal na skraj bankructwa, gdy został perfidnie oszukany i okradziony przez agentkę. W końcu, mijając ze zdziwieniem dzień osiemdziesiątych urodzin, wrócił do punktu wyjścia, do religijnego pytania o sens wszystkiego. Choć był wielkim grzesznikiem (przede wszystkim obyczajowym), choć odrzucał Boga wiele razy, w końcu zrozumiał, że zaproszenie, które otrzymał na początku życia nigdy nie straciło swojej ważności: Ale ja miałem zaproszenie/ Którego grzesznik nie odrzuci/ I prawie jak zbawienie/ Prawie tak jak blues. Wymowa wiersza pt. Tak jak blues, pełnego subtelnej ironii, ale jakże bolesnego, ukazującego nasz świat takim jakim jest, jest doprawdy przejmująca. To memento wielkiego barda dla początku nowego stulecia, to jego podsumowanie tego, co zobaczył w przeciągu dziesięcioleci, to jego surowa ocena samego siebie i nas wszystkich. To prawie blues…

CYKLAMEN PRAWDOSŁOWNY

IV 2

Zdjęcie ślubne Jerzego i Iwony Szatkowskich

Dzieje mojej przyjaźni z Jerzym Szatkowskim są bardzo długie i sięgają początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Po raz pierwszy zetknęliśmy się ze sobą w siedzibie Związku Literatów Polskich w starym, bydgoskim spichrzu. Aspirowałem wtedy do organizacji pisarskiej i przychodziłem na zebrania, które prowadził Jan Górec-Rosiński, a przy nim siadali Jerzy Sulima-Kamiński, Krzysztof Nowicki, Kazimierz Hoffman, Jerzy Grundkowski. Silna też była reprezentacja pisarzy toruńskich na czele ze Stefanem Melkowskim i Jerzym Lesławem Ordanem, przyjeżdżali twórcy z mniejszych miejscowości i osoby – jak ja – pragnące znaleźć się w tym szacownym gronie. Od samego początku poczułem sympatię do brodacza, który czasami pojawiał się z bratem, bardzo stonowanego, rzadko włączającego się do kłótliwych sporów, a jednocześnie wyraziście akcentującego swoje poglądy. Gdy dowiedziałem się, że jest to Jerzy, poczułem się raźniej, bo znałem kilka jego książek, a o tomiku pt. Ave napisałem krótką recenzję do bydgoskich „Faktów”. Potem spotykaliśmy się w różnych miejscach Polski, najczęściej na Kujawach i w Wielkopolsce, pisywałem też teksty krytycznoliterackie o twórczości tego niezwykłego autora, aż umieściłem obszerne studium w książce pt. Przedsionek wieczności. Pośród pisarzy Pomorza,. Kujaw i Wielkopolski. Kolejnym etapem była ożywiona współpraca z „Okolicą Poetów”, którą Szatkowski reaktywował i uczynił jednym z najlepszych pism literackich w Polsce. Periodyk ten lokuje się znakomicie w obrębie jego kontrkulturowej działalności, wielu lat spędzonych u boku takich legend polskiej literatury wyzwolonej, jak Edward Stachura, Ryszard Milczewski-Bruno, Wincenty Różański i Andrzej Babiński, a na jego łamach pojawiali się także twórcy najwięksi, będący fundamentami tej dziedziny twórczości w poprzednim stuleciu. Pośród nich wskazać należy Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza, Wisławę Szymborską, Adama Zagajewskiego, ale też poetów Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”, Nowej Prywatności, Nowych Roczników i znaczących twórców najmłodszych, urodzonych po stanie wojennym czy po uzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1989 roku. To było ogrodnictwo, które nie ma sobie równych w Polsce, ogromny wysiłek finansowy i nieustająca pasja, dostrzegana przez różne – częstokroć skonfliktowane – środowiska. I jakkolwiek by nie oceniać życia literackiego w Polsce w ostatnich dziesięcioleciach, jakkolwiek by nie komentować wyborów pisarskich, stała się „Okolica Poetów” platformą spotkań twórców, którzy przez wiele lat nie podawali sobie ręki. To jedno z ogromnych osiągnięć Szatkowskiego, który zawsze jednoczył, unikał środowiskowych konfliktów, promował autentyczne wartości, oceniał łagodnie, ale bez taryfy ulgowej, za każdym razem tworząc wolumen, który czytało się z wielkim zaciekawieniem. Jeśli do tego dodamy przewodnictwo dwóch kapituł literackich i ważny głos przy przyznawaniu Symbolicznych Nagród Ryszarda Milczewskiego-Bruna i dorocznych „Podków”, otrzymamy dorobek iście renesansowy, który mieć będzie swoje znaczące miejsce w historii literatury polskiej przełomu dwóch wieków.

III 1

Warto przez chwilę zatrzymać się nad ostatnim etapem w życiu Jerzego, w którym dane mi było odegrać pewną rolę, wspomóc przyjaciela i cieszyć się razem z nim efektami naszej pracy. Wiązało się to z decyzjami pisarza o uporządkowaniu bogatego archiwum literackiego, w którym od lat czekały na wydanie nowe dzieła, cyzelowane i dopełniane, przebudowywane i odnawiane w wyobraźni. I tak cztery ostatnie książki Szatkowskiego ukazały się w Bibliotece „Tematu”, flagowej serii Bydgosko-Toruńskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, a dociekliwość redakcyjna autora i jego smak artystyczny, pozwoliły wydobyć z nicości tomy niezwykłej urody i wagi. Były to książki prozatorskie: To tak nieprawdopodobne, że aż prawdziwe i Epistoły, nowa edycja słynnego trenu Stachurowego pt. Tryptyk, a także wydanie rysunków Wincentego Różańskiego (Jasna kreska). W trudnych czasach drapieżnego, polskiego kapitalizmu, udało się twórcy wydać dzieła będące jego przesłaniem dla potomności, zdobyć na nie środki finansowe i finalnie je opracować. Pisałem wtedy o jednym z tych tomów, akcentując wagę uniwersaliów: dynamika opowieści wysuwa się na plan pierwszy, wydobywając dzięki temu niezwykle wyraziste postaci, przydając znaczeniom głębi symbolicznej, tworząc rodzaj opowieści kulturowej, w której walka i uwięzienie stają się stereotypem poświęcenia i udręki. Narracja Szatkowskiego umiejscowiona jest konkretnie w polskiej rzeczywistości, ale siłą obrazowania wykracza daleko poza ustalenia topograficzne, stając się figuralną opowieścią o tajemnych wymiarach egzystencji, ludzkich żądzach i postępkach. Czytelnik sam musi rozkładać akcenty ważności i wydobywać obrazy pierwiastkowe, bo przecież tutaj stale coś się dzieje i jedno przedstawienie napiera na kolejne odsłony, nowa sekwencja – stając się naturalną konsekwencją tego, co już zostało powiedziane – natychmiast zyskuje swoją autonomiczność. Świat ludzki niewiele różni się od przestrzeni, w których bytują owady, płazy czy drapieżne ssaki, bo i w nim obowiązują krwawe rytuały przetrwania. Kłamstwo jest takim samym zachowaniem obronnym jak podstęp łowiecki, a zbrodnia staje się częścią walki o przeniesienie jaźni mordercy w czasie i osiągnięcie zaspokojenia. (…) Rekonstruując rzeczywistość autor nasącza ją „skazą” i darem własnej wyjątkowości, przydaje znaczeń, rozszerza obszary penetracji, tak że najmniejsze nawet zdarzenie, orbituje w stronę mitu. A tam – przy spotkaniu podświadomości i imaginacji – wszystko układa się w przekaz idealny, pozbawiony ludzkich uczuć i ułomności, bliski boskiej zasadzie uświęcania bytów w procesie świętego doskonalenia, w drodze ku sacrum ostatecznemu, ku Stwórcy gałązki brzozy i gniazda ptaka. Wielu twórców zakłada takie totalne uporządkowanie wszystkiego, wielu zapowiada wydanie tomów, które ustalą ich miejsce w ciągu zdarzeń literackich, ale tylko niewielu udaje się tego dokonać. Szatkowski zawsze podchodził do literatury z wielką pasją, czy to podczas interaktywnych przyjaźni z buntownikami swego czasu, czy podczas imprez literackich, czy wreszcie w zaciszu domowym w Antoniewie, gdzie otoczony przez zdumiewające zbiory artefaktów i rękopisów, wpatrywał się w ciemność nocy i oślepiające światło dnia. To porządkowanie i dopracowywanie książek niezwykłych znalazło swoje odzwierciedlenie w życiu artystycznym Bydgoszczy – jednym ze znaczących miast w biografii tego twórcy (wszakże urodził się na Kujawach, w pobliskim Solcu Kujawskim). To tutaj uhonorowano go Medalem Jerzego Sulimy-Kamińskiego i Nagrodą za książkę roku 2013 – „Strzałą Łuczniczki”. Te jakże zasłużone laury miały także walor podsumowujący i zapewne pomogły pisarzowi, poważnie niedomagającemu na zdrowiu, w podjęciu decyzji o jeszcze jednym zadaniu – jeszcze jednym uporządkowaniu, być może najważniejszym w życiu i całej działalności twórczej. Zadanie było tym bardziej poważne, że dotykało sfery najintymniejszych doznań ludzkich, konkretnych wyborów życiowych Szatkowskiego, a nade wszystko jego wielkiej fascynacji i rany, miłości do żony Iwony, która niestety zakończyła się rozstaniem.

III 2

Literatura polska bywa hermetyczna, odgrodzona od tego, co powstawało w świecie, ale też często – świadomie lub podświadomie – tworzy korespondencje do wielkich dzieł. Przy lekturze Triady dla Iwony natychmiast przychodzi na myśl słynny zbiór wierszy pt. Źdźbła trawy (Leaves of Grass 1855) Walta Whitmana, w którym znalazły się znamienne wskazania by stale dostrzegać różnorodność świata: Wierzę, iż źdźbło trawy nie mniej znaczy niż rzemiosło gwiazd, / A mrówka jest równie doskonała i ziarnko piasku i jajko strzyżyka, (…)/ A krowa, żująca z pochylonym łbem, przewyższa każdy pomnik,/ A mysz jest cudem wystarczającym, by wstrząsnąć sekstylionem niewiernych. Amerykański poeta kieruje uwagę czytelnika ku szczegółom, ku rzeczom zwykłym, wskazuje ile piękna naturalnego znaleźć można w tym, co często pomijane jest w interakcji człowieka z rzeczywistością. O ile zbiór Whitmana był wyzwaniem dla purytańskiej części krytyków wieku XIX, o tyle dzieło Szatkowskiego prowokuje przede wszystkim skalą odniesień naturalnych. Wiedza autora w tym względzie jest przeogromna i czytelnik musi specjalnie przygotować się do odczytania poematu. Będzie o tym jeszcze mowa dalej, ale na razie wróćmy do owej zasady porządkującej, która była motorem powstania nowej edycji poematu. Autor postanowił wzbogacić ją opiniami krytyków i poetów po ukazaniu się pierwszego wydania, a także rysunkami i prywatnymi fotografiami. Tak powstała nowa jakość, znaczące wzbogacenie, dzieło nie mające precedensu w polskiej literaturze miłosnej. To zarazem potwierdzenie jak ważna była ta miłość i jak niezbędne było ponowne potwierdzenie, że istoty, które się kiedyś spotkały i żarliwie pokochały, były jak cząstki tao: Yin i Yang. Nowa lektura poematu będzie odtąd wzbogacona za sprawą licznych glos, które czasem wzajemnie się wykluczając, tworzą ciąg kompleksowych objaśnień i dopowiedzeń, ustalają kontekst dzieła. Przywołanie opinii Juliana Przybosia i Edwarda Balcerzana, a potem kolejnych interpretatorów, wskazuje na głębokie zakorzenienie Triady… w literaturze polskiej, tej najwyższej i zarazem tej ludycznej (w takim rozumieniu jak u Bruna i Steda). Z racji podziałów w naszym życiu literackim, stale brakuje krytyki porządkującej i wartościującej, a arcydzieła, takie jak to, giną bezpowrotnie w magmie chwilowej produkcji. Tutaj, na każdej stronie widać dbałość Szatkowskiego o indywidualny charakter publikacji i jej wewnętrzne pulsowanie sensów naddanych, tutaj pojawia się wielostronne oświetlenie, dopełnienie i dopisanie nowych treści,  p r a w d o s ł o w n o ś ć nie do podważenia. Tak czynili polscy poeci epoki romantyzmu, ale z czasem metoda ta została zarzucona, zgubiona w analizach nowych programów i epok. Whitman miał odwagę mnożyć setki szczegółów w swoich wierszach, kontrastować znaczenia i treści, a poeta z Antoniewa skierował uwagę czytelników ku ziemi i fenomenom roślinnym. Źdźbło trawy ma w sobie informację o strukturze kosmicznej i więcej znaczy od rzemiosła gwiazd, a chlorofil, który zawiera, jest znakiem życia, bytu powstałego z energii solarnej i istniejącego dzięki wodzie, dwutlenkowi węgla i elementom konstrukcyjnym. Tak samo poemat dla ukochanej, który karmi się wspomnieniami i dookreśla chwile sakralne, przywołuje tajemne zdarzenia, a wszystko odnosi do botaniki uczuć najżarliwszych. Interpretatorzy wskazali stopień skomplikowania tego tekstu, ale przecież zakłada on rozległą barokowość, jakże bliską zagmatwaniu świata traw, ziół i kwiatów, krzewów i drzew. To są odrębne przestrzenie, w których wiele jest chwalebnych narodzin i wciąż rozgrywają się tragedie na skalę mikro. Warto tutaj wskazać wyraźnie, że podtytuł utworu jest zakodowaną informacją jak należy go odczytywać. To cyklamen, czyli kruchy pierwiosnek (Cyclamen europaeum), hodowany w przydomowych ogródkach i w korytkach na balkonach, który wszakże łatwo dziczeje. Mamy zatem do czynienia ze wskazaniem kruchości, leciutkiej, łatwo dającej się zranić struktury, a zarazem z symbolem miłości, równie ulotnej jak jego płatki. Jak każda prawdziwa, totalna miłość, która sama siebie potrafi zniszczyć, cyklamen jest rośliną trującą, zawierającą glikozyd. Czy to rodzaj „oczka” puszczonego do czytelnika, czy może świadomy wybór rośliny, która jest tyleż piękna, co niebezpieczna – raczej to drugie, tym bardziej, że w podtytule pojawia się znaczące rozszerzenie semantyczne. To jest kwiat odsyłający wyobraźnię czytelnika ku realnym kształtom, a zarazem poemat składający się ze słów prawdziwych (prawdosłowny), układających się w jakże subtelny kształt. Ważny jest też źródłosłów – to cykl wierszy i zarazem koniec końców (amen), co składa się w nazwę barwnego tworu natury. Cykliczność przywołań botanicznych, a zarazem zamknięcie czegoś, co zawsze było na granicy wyrażalności, czegoś, co niedotykalne, możliwe do dookreślenia tylko w tak oryginalnej liryce. Zasada wskazana w podtytule Triady dla Iwony, konsekwentnie organizuje słowotwórczy strumień świadomości, w którym migają zdarzenia z życia kochanka i kochanki, męża i żony, ojca i matki, ale stale prześwitują też konkretne kształty rozbudowanej, obrazowej fitocenozy, pojawiają się nazwy, które bliskie są tylko botanikowi i hobbyście, kolekcjonującemu rośliny w zielnikach. Tylko byty najpełniej zakorzenione w rzeczywistości dostrzegają taką różnorodność życia, tylko istnienia uważnie wpatrujące się w świat, zdobywają tak rozległą wiedzę o nim. Szatkowski, porządkując swoje dokonania pisarskie, z nową mocą akcentuje, że to co przeżył z Iwoną było tak czyste i pełne żywosłownego pulsowania, jak nieustanne przepływy płynów w roślinnych arteriach, jak krążenie krwi w ludzkich ciałach. Warto też zwrócić uwagę na ilustracyjną stronę nowej edycji Triady…, na fotografie ukazujące wspólne chwile, z akcentem na ceremonię ślubna, a także na zwiewne, charakterystyczne rysunki Szatkowskiego, znane z „Okolicy Poetów”. To mgławicowe przedstawienia wybranki, równie ulotne jak świat roślinny, spowity poranną mgłą, to czystość trudna do wyrażenia, będąca jeszcze jednym potwierdzeniem miłości. I to chyba jest najważniejsze w tym przedsięwzięciu edytorskim i pisarskim – jeszcze jedno potwierdzenie, jeszcze raz uświęcane uczucie, wypowiadane szeptem słowo pierwsze i ostatnie: MIŁOŚĆ.

RADOŚĆ FOTOGRAFOWANIA (VIII)

Dzisiaj nieco zdjęć kwiatów i kwitnących krzewów. Wiosna i lato zawsze wzbogacają moje archiwa o nowe ujęcia, a kolory są jaskrawe, może czasem „rozkrzyczane”, ale przecież nasz świat ma wiele wymiarów i odcieni, a obok malowniczości pojawia się szarość, promienie słońca przeplatają się z deszczem i monotonią granatowych chmur. Dzisiaj znowu zmienia się pogoda i warto pozostawić na blogu wspomnienie świetlistości i jasności niedawno przeżytych dni.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

1b

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: