OKAWANGO

delta_okawango_widok_z_samolotu

Obejrzałem w telewizji znakomity film przyrodniczy o rzece i delcie Okawango. Jej bieg zaczyna się w górzystych partiach Angoli, a potem płynie przez Namibię, by dotrzeć do Botswany i rozlać się majestatycznie pośród bagien Kotliny Kalahari. Niegdyś bardzo interesowałem się geografią Afryki i siedząc nad atlasami geograficznymi, często zatrzymywałem się w południowej części kontynentu i starałem się wyobrazić sobie przestrzenie największej na świecie delty śródlądowej. Niegdyś było tam jezioro Makgadikgadi, ale wyschło przed dziesięcioma tysiącami lat, zostawiając po sobie kotlinę i zwalniającą bieg rzekę, tworzącą fantastyczne rozlewiska. Parowanie tam jest ogromne, tak że w dalszej części bagniska stają się coraz mniej grząskie i przechodzą w stepy i pustynie Kalahari. To jest prawdziwy raj dla przyrodników i botaników – zoologów, ornitologów, ichtiologów, entomologów, badaczy roślin i wód. W tej wielkiej delcie żyją miliony zwierząt kopytnych, ptaków, gadów, płazów i ryb, a pod połyskującymi taflami rosną prawdziwe podwodne lasy. Film odsłania egzotyczne obrazy, ukazuje głębie, w których polują krokodyle, wielkie tawady, tysiące ryb sumowatych i przypominających piranie, żarłocznych ryb tygrysich (Hydrocynus). Pod powłoką wielkich grzybieni krzewi i kotłuje się życie, wciąż rozgrywają się mniejsze i większe tragedie, a śmierć i zabijanie stają się warunkiem przetrwania. Oglądając film przypomniałem sobie też o artykule prezentującym deltę Okawango, opublikowanym w „National Geographic” w grudniu 2004 roku. Teraz odszukałem odpowiedni wolumin i moją uwagę przykuła opowieść o mitologicznej interpretacji dorocznych wylewów południowoafrykańskiej rzeki: Gdy David Livingstone zapytał ludzi z plemienia Bayei, jak wyjaśniają zjawiska wylewów Okawango, odpowiedzieli mu, ze co roku niejaki Mazzekiva, wódz ludu żyjącego na północy, zabija w ofierze człowieka, a jego ciało wrzuca do rzeki, która wskutek tego wylewa. Autor artykułu – Kennedy Warne – zamyślił się na współczesnym, tragicznym kontekstem tej opowieści, kiedy to podczas wieloletnich wojen w Angoli wrzucano do rzeki tysiące ludzkich ciał i w taki sposób pozbywano się ich bezpowrotnie. Tam błyskawicznie pochłaniały je krokodyle, mnożąc swoje populacje, a czego nie zrobiły gady, dokonywali inni padlinożercy. Wraz z napływającą wodą pojawiają się ziemscy drapieżcy, lwy hieny, lamparty, gepardy, w powietrzu kołują ogromne stada sępów i orłów, rybołowów – wszystkie ślepia sondują przestrzeń w poszukiwaniu potencjalnych ofiar. Wraz z końcem pory suchej rzeka wraca do głównych kanałów i strug, ale w górach Angoli już zaczynają się gromadzić nowe wody, które po kilku miesiącach znowu zaczną rozlewać się po delcie.

663_800_800

1024px-buffalo_herd

1024px-okavango_swamp_botswana

635244240008568331

Cheetah (Acinonyx juvatus) A very atmospheric shot: a Cheetah searching for prey from a termite mound, silhouetted against the orange sky, at sunset. Okavango Delta, Botswana

Fotografie; Wikipedia

Reklamy

PIĘKNO (3)

Pora letnia i rozgwar w ogrodzie nastrajają do przypominania, że na tym świecie żyją wraz z nami piękne ptaki. Ich barwy może są rozkrzyczane, może zbyt jaskrawe, ale przecież pośród ludzi też zdarzają się istoty nieziemsko urodziwe – starczy tylko rozejrzeć się dookoła…

 13174186_497543160437340_8446105195883355723_n

13094241_1593089877671173_3166909324963750232_n

13165898_497543243770665_7354007504957456880_n

13103484_497544163770573_7742885941419570987_n

13094264_502072403317749_8929244096826374977_n

13237876_502791189912537_6441788565110911778_n

13237824_502072629984393_8678422015618107580_n

13240518_502072623317727_3483227906361881076_n

13256288_502789003246089_3842665144476575795_n

13254464_502788873246102_2309794423161701053_n

2adb7e561f9749033b244d438d9d8c70

13102717_497543167104006_4862739089974874389_n

12994363_1589772254669602_5821314713376161474_n

13227208_500540063470983_7730033828225112381_n

PIĘKNO

Przy powszechnym zalewie zła, nienawiści, bólu i oszustwa warto spojrzeć na ornitologiczne cuda natury. To także nasz świat, w którym wciąż mamy do czynienia z negatywami i próbami manipulacji naszą świadomością. Czy możliwy jest powrót do takich barw i takiej klarownej czystości, czy możliwe jest uczestnictwo w takim świecie? Jeśli nie w sytuacji ucieczki, jeśli nie w zamknięciu na wyspie, w jakiejś tajni lub samotni, to przynajmniej wirtualnie…

1933848_10154113885398115_9012805583494455018_n 

1917525_477591055765884_7277950250597183282_n

251061_472214532798674_1071156795_n

12795351_473564086168581_636905999819866556_n

12805691_472420039616319_6229211479629567264_n

549516_452124538141007_981748820_n

Gil (Pyrrhula pyrrhula)

nadeslane_103

07sb4091scarlet tanager a11x14

Male Painted Bunting (Passerina ciris)

Beautiful-Birds-beautiful-nature-23812608-774-616

423730_341918085851235_1961021973_n

Birds-image-birds-36098663-900-711

Oriole

10307382_852820431413923_2606241505124287006_n

196310_416728301739666_1337215176_n

African Golden Oriole

The Green-headed Tanager (Tangara seledon)

The Frilled Coquette (Lophornis magnificus)

184432_486648628044846_1807273649_n

551304_562403000457720_300661648_n

Asian Paradise Flycatcher

The Velvet-fronted Nuthatch (Sitta frontalis)

The Black-throated Tit (Aegithalos concinnus)

16134_185125140784_6843054_n

SKARBY ŚWIATA

DSC_0084-001

Dzieci są największym skarbem i wspaniałą, bezcenną przyszłością świata… W cudowny sposób rodzą się i szybko uczą wymiarów, kształtów, barw, dźwięków, smaków i zapachów. Wchodzą w kolejne dni, miesiące i lata z szeroko otwartymi oczyma i chłoną wszystko dookoła, starają się obdarzyć dobrą energią członków rodzin i przygodnie spotkanych ludzi, obdarzyć uśmiechem zwierzęta, lalki, plastykowe albo drewniane zabawki. Ich małe serca biją żywo, równomiernie, a gdy rytm staje się szybszy, przeistaczają się w barometry świata, wskazujące nadużycia w obrębie istnienia. Dlatego tak je kochamy, tulimy i pragniemy by było im zawsze dobrze, otaczamy je opieką i pieścimy, a nade wszystko chronimy w budowanych domach i zawiązywanych rodzinach. Spośród krzywd ludzkich największą jest rana dziecka, jego łzy na policzkach, smutek w oczach i żałosna skarga. A przecież tyle jest miejsc na świecie, gdzie małe istoty cierpią i żyją w strachu, tyle łez przelewają na darmo, tyle drżeń małych rączek wyczuwają matki i ojcowie. Dzieciństwo powinno być czasem miłości i radości, a częstokroć przeistacza się w ponury spektakl, rozgrywający się na oczach świata. Cóż z tego, że krzywda dziecka we wszystkich kulturach traktowana jest jako przewina wobec całego świata, cóż z tego, że nieustannie słychać głosy sprzeciwu i niezgody, gdy stale pojawiają się ludzie nie liczący się z tym, wciąż rodzą się konflikty, w których giną niewinne istoty. Pierwsze lata kształtują osobowość człowieka, stają się fundamentem jego późniejszych losów i dokonań, twórczych zamierzeń i spełnień, wielkości i humanistycznej pełni. To stamtąd wiodą ścieżki na szczyty gór i ku rozległym równinom, to tam zaczyna się droga ku sławie, mądrości i podziwianym osiągnięciom. Każdy wielki pisarz, filozof, każdy astronauta i konstruktor, wszyscy politycy i artyści, kompozytorzy i podróżnicy mieli swoje dzieciństwo. Nie bez powodu autorzy biografii, studiów i kronik zaczynają opowieści od lat najmłodszych, od pierwszych chwil kształtowania się przyszłego znaczącego człowieka. To są próby wskazania tego, co stało się początkiem eksplozji w latach przyszłych i ukształtowało wyjątkowy byt, kogoś kto wyraziście zaznaczy swój ślad w historii i wywarł wpływ na ludzi jego czasu i na następne pokolenia. Nie każde dziecko staje się takim przewodnikiem duchowym, nie każdy chłopczyk i dziewczynka sięgają po laury, ale każde z nich nosi w swoim małym sercu energię początku, potencjalności dokonań wieku dorosłego, chwil jasnych i jaskrawych, oklasków i radości ze spełnienia się snów o wielkości.

Jolanta Królikowska skomponowała wspaniałą panoramę kruchości i delikatności światów dzieci, chwil pierwszych i kolejnych, utrwalonych w kadrze aparatu fotograficznego i zatrzymanych na zawsze w ich wyjątkowości i symbolicznym wymiarze. Niezwykła uroda zdjęć komponuje się tutaj wspaniale z pięknem wewnętrznym i zewnętrznym dzieci z różnych stron świata, istot ciekawie zerkających w obiektyw i uchwyconych niespodziewanie w chwili zamyślenia, w smutnej lub pełnej wigoru pozie. To są subtelne portrety, układające się w wielki fresk ludzkości, nieustannie podążającej przed siebie i napotykającej na swej drodze trudności – to panorama naszego gatunku, ukazana z poczuciem misji, zapisania na zawsze tego, co miało przepaść i bezpowrotnie utonąć w głębiach stulecia i tysiąclecia. A teraz utrwalone i umieszczone w ciągu geograficznym, w cyklu odsłon elementarnych, stało się wartością nie do przecenienia, dokonaniem artystycznym jednej osoby i sukcesem całego globu. To jakby druga strona straszliwych doniesień z dzienników telewizyjnych, to wskazanie, że człowiek jest dobry i może ze swojego dzieciństwa wysnuć przyszłość chwalebną, pełną ekscytujących zdarzeń. Potwierdza to też sama autorka tego niezwykłego albumu i przedsięwzięcia artystycznego najwyższej klasy, która też miała swoje dzieciństwo i potrafiła tak kształtować życie, że dotarła do tego artystycznego spełnienia. Wcześniej były inne doznania, nieustanne podróże i obcowanie z tysiącami ludzi, przyglądanie się z uwagą małym istotom i dokumentowanie ich wyjątkowości, smutku i radości, zamyślenia i blasku na twarzach. Rzadko udaje się dostrzec tyle piękna i dobra w jednej publikacji, tyle różnokolorowych oczu, odcieni skóry i finezji włosów, rzadko też zdarza się by autorka fotografii zawarła w nich tak wyraziste, egzystencjalne przesłanie, etos człowieczeństwa podążającego przez swoje czasy i przeistaczającego się nieustannie w kolejnych fazach rozwojowych. Kimkolwiek nie będą te dzieci w przyszłości, zostały tutaj ukazane jako istoty kruche, ulotne, zapatrzone w przyszłość i odwieczność istnienia. Zdumiewająco mądre bywa spojrzenie dwulatka, trzylatka, pięciolatka, jakby istoty te żyły jeszcze w tajemniczym świecie przed narodzinami, jakby niosły w sobie zanikającą szybko wiedzę o metempsychicznej podróży. Stąd zapewne biorą się opowieści o poprzednich bytach, licznych wcieleniach, reinkarnacjach i tak rodzi się przekonanie o nadnaturalnym charakterze naszej egzystencji. Dziecko ma dobrą naturę, patrzy jasnymi oczyma na kolorowe klocki i białe chmury, tonące w błękicie nieba, ogląda świat przez różowe szkiełko i obdarza czułością strzeliste kształty drzew za oknem swojego domu. Te fotografie to odkrywanie zakamarków jego myśli i nieustanne wpatrywanie się w lśniące źrenice, odbijające świat i będące zagadką samą w sobie – to analiza ruchów i gestów rosnącego ciała, dopiero, co wychodzącego z niemowlęctwa, a już wyraźnie podążającego ku chwilom następnym i zaczynającego decydować o samym sobie.

Jakże trudno jest zatrzymać w kadrze cząstkę zwykłości i jakże trudno uczynić z niej element wielkiej panoramy. A jednak w tym albumie znajdziemy zdjęcia, w których odcisnęły się chwile niezwykłe – proste jak podanie ręki i uśmiech na twarzy malca, a zarazem bolesne, jak smutek w szeroko otwartych oczach i łza lśniąca w oku. Dzieci w naturalny sposób łakną ciepła i dobroci, pragną mieć blisko siebie przyjaciela, niepozorna pacynkę, lalkę zrobioną z tego, co było po ręką. To bywa klucz do szyfru ich serc, to bywa powiernik ich dziecinnych trosk i tajemnic. Na całym świecie powtarza się ten sam rytuał, owo otrzymywanie od dorosłych misiów, kukiełek, laleczek, a potem czynienie z nich centrum intymności, punktu środkowego, od którego energie podążą w wielu kierunkach. Dziecko potrzebuje przyjaciela przy zasypianiu i podczas zabawy, w podróży i w drodze do szkoły, a czas spędzony razem staje się częścią tej samej opowieści o czystości i pełni, o przychodzeniu na świat i dorastaniu do zadań wieku dorosłego. Prezentowane tutaj lalki z całego świata mają swoje dusze, jakby żyły wraz z małymi istotami, a choć są też tworami, artefaktami, to czyste uczucia przydają im tajemnej witalności. To jest ta sama ulotność i kruchość, to samo chwilowe pojawienie się w jakimś kraju, w dalekiej lub bliższej przestrzeni, w czasie nieustannie pędzącym do przodu. Tak jak fotografie dzieci Jolanty Królikowskiej mają ogromny walor artystyczny, tak prezentowane tutaj lalki i pacynki stają się elementem sztuki danego regionu, państwa, miasta albo wsi i tworzą kontekst kulturowy. Widać w nich ogromną dbałość o właściwe odwzorowanie realiów, koloru skóry, kształtu fryzury i ubioru, a nawet uczuciowości, przenoszonej z ognisk rodzinnych. Elementy rustykalne mieszają się tutaj z wzornictwem przemysłowym, ale za każdym razem mamy do czynienia z charakterystycznymi modyfikacjami. Zarówno dorośli, jak i dzieci pragną nadać im indywidualny wyraz i przygotować do roli, jaką mają pełnić w czasie dorastania i kształtowania się osobowości małego człowieka. Nasza obecność w świecie jest chwilowa, nasze bycie pośród żywych ma swój początek i koniec, dlatego budujemy enklawy ciszy i spokoju, szukamy przyjaźni i prawdy, piękna i dobra. Dzieci znajdują to wszystko w chwilach zabawy z lalkami i kukiełkami, plastikowymi samochodami i klockami. Ale tylko twory imitujące żywe istoty mogą stać się niemymi przyjaciółmi, wspólnikami w chwilach kształtowania się człowieka i osiągania przez niego określonego stanu wrażliwości. I jakże ważne tutaj są barwy i miękkość, materiały, z których zostały wykonane, a nawet ich zapach – najważniejsza jednak jest bliskość, która ma imitować przywiązanie matki i ojca do dzieci i utwierdzać je w przekonaniu, że współistnienie jest harmonijnym stanem rzeczywistości, w której żyją.

BŁĘKIT I SZAROŚĆ

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

2

3

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

6

7

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

GEMINIDY

Zdjęcie: NASA

Zdjęcie: NASA

Nie mogłem spać ostatniej nocy, jakby coś wołało mnie, jakby zapraszało do wzięcia udziału w ważnym wydarzeniu. I rzeczywiście, dane mi było uczestniczyć w spektaklu kosmicznym, powtarzającym się co roku. Otworzyłem okno i poczułem lodowaty chłód, powiew lekkiego, zimnego wiatru – na wschodniej stronie bezchmurnego nieba wyraziście rysował się Orion i wiele, wiele innych konstelacji. W pewnej chwili zobaczyłem jedną, dwie „spadające gwiazdy”, po jakimś czasie jeszcze jedną. Choć były to ułamki sekund, wiedziałem, że jestem świadkiem incydentów kosmicznych, a ściślej mówiąc wchodzenia w ziemską atmosferę roju geminidów, meteorów powstałych w wyniku sukcesywnego nagrzewania i rozpadu planetoidy Phaethon. To niewielkie ciało niebieskie, które okrąża Słońce i przecina orbity Merkurego, Wenus, Marsa i Ziemi, a przy tym rozpyla warkocz pyłowy i „gubi” materię skalną. To właśnie ona spala się w naszej atmosferze i daje takie zjawiskowe efekty, przypominające fajerwerki. Nie mogłem stać za długo w otwartym oknie, bo ziąb grudniowy był przenikliwy, a oczy zaczynały się kleić. Przecież była prawie czwarta nad ranem, zegar biologiczny dał o sobie znać i chwilowa przerwa we śnie kończyła się. Jeszcze usiadłem do komputera, odszukałem wiadomości na temat geminidów, niewielkiej planetoidy Phaethon i powoli ruszyłem do łóżka.

BIBLIOTEKA (6)

National-Geographic-Magazine-1977-03-March

Jakież to były przeżycia, gdy interesując się żarliwie geografią, wertowałem w tę i z powrotem numery dwóch miesięczników – „Poznaj Świat” i „Kontynentów”. Co miesiąc czekałem w napięciu na pojawienie się nowych woluminów, wypytywałem panie w kioskach, czy już je dostarczono, a gdy to miało miejsce, natychmiast je kupowałem i pędziłem do domu, by przeczytać od deski do deski. Szybko uzbierało się w moim pokoju bardzo dużo tych periodyków i często wracałem do starych numerów, czytałem artykuły i przyglądałem się mapom. Jakaż była moja radość, gdy mój nieco starszy kolega zaczął pracować w składzie makulatury i dostarczać mi egzemplarze archiwalne. Pewnego dnia zawołał mnie na klatkę schodową, gdzie zwykle handlowaliśmy znaczkami i innymi numizmatami i pokazał mi prawdziwy skarb, chyba ze sto starych numerów pisma „Poznaj świat” i kilkanaście „Kontynentów”. Niektóre były trochę sfatygowane, ale większość wyglądała jakby dopiero została wydrukowana. Widocznie ktoś właściwie je przechowywał, w jakieś szczelnej szafie i nie spłowiały, nie zżółkły, aż w końcu trafiły do składu makulatury, gdzie miały być przemielone i wysłane do papierni. Tadziu, bo tak miał na imię mój kolega, zaproponował mi oddanie tego znaleziska za mój album znaczków pocztowych z różnych krajów. Bardzo to było bolesne, ale od jakiegoś czasu zbierałem przede wszystkim znaczki z Afryki, które gromadziłem w dwóch innych klaserach, więc z ciężkim sercem oddałem walory, które towarzyszyły mi od lat i zostałem właścicielem ogromnego zbioru pism geograficznych. Odtąd były już stałym elementem wystroju mojego malutkiego pokoju (charakterystycznej dla budownictwa peerelowskiego wnęki), który dodatkowo dzieliłem z moim bratem. Jakoś jednak wychowaliśmy się razem w tej klitce i wywodząc się ze zwykłej, standardowej rodziny umieliśmy wytworzyć w sobie ogromne pasje – u mnie związaną z literaturą, geografią i przyrodą, a u brata z fotografią, ornitologią i szybownictwem.

1

Myślałem poważnie o studiowaniu geografii i jeśli chodzi o ten przedmiot, byłem najlepszym uczniem w klasie. Miało to swoje dobre strony, ale też generowało zagrożenia, bo zawalałem inne lekcje, czekając z utęsknieniem na moje ulubione godziny. W „Poznaj świecie” było sporo artykułów opisujących dalekie wyprawy, zagubione gdzieś zakątki ziemi, gdzie docierali reporterzy i podróżnicy. Dzięki tym lekturom dobrze poznałem oblicza świata, od amazońskiej i afrykańskiej dżungli, poprzez lodowate pustki półkuli południowej, syberyjskiej tajgi i tundry – czytywałem o pustyniach Australii, Atakamie i Saharze, wznosiłem się ku najwyższym szczytom Himalajów i Andów, albo podejmowałem wyprawy na McKinley, Górę Kościuszki lub znacznie niższe, ale jakże ciekawe szczyty alpejskie. „Kontynenty” były większym pismem, wydawanym na lepszym papierze i miały także interesujący, lekko kulturowy profil. Pojawiały się w nim artykuły o rzeźbach i maskach, o dziwnych totemach i pięknej biżuterii, a przy tym nie brakowało też opisów ekstremalnych krain, zdumiewających narodów, elementów dalekiej rzeczywistości, pełnej zagrożeń, ale będącej też wspaniałym wyzwaniem. Oczyma wyobraźni widziałem siebie w tamtych przestrzeniach i w czasach szkolnych zadawalałem się uczestnictwem czytelniczym. Gdy dzisiaj przyglądam się w Internecie okładkom starych numerów tych pism, przypominają mi się one wizualnie, ale też wraca aura tamtego zauroczenia, pasji, która potem powtórzyła się, gdy zacząłem wchodzić do świata literatury i sztuki. Nie wiem co stało się z tymi periodykami, ale jeszcze dość długo po moim wyjściu z domu leżały w piwnicy i chyba po jakimś czasie mój ojciec wyrzucił je do śmietnika albo oddał do składnicy makulatury. Teraz czasami kupuję nowe numery i staram się porównywać je z tymi, które kiedyś wertowałem, a choć wydawane są na znakomitym, kredowym papierze, lepsza jest jakość fotografii i opracowania typograficznego, to z łezką w oku wracam do wcześniejszych doświadczeń lekturowych. Niby niczego nie mogę zarzuć współczesnym odmianom tych pism, niby kontynuują one wypracowane kształty, ale czegoś mi w nich brakuje. No i wiem czego – tamtej pasji, tamtego zauroczenia, krótko mówiąc młodości i chęci zdobywania świata, może nieco naiwnego przekonania, że stoi on przed nami otworem i starczy tylko wejść w jakąś koleinę, by doprowadziła nas ona ku bezdrożom okolic Uluru Rock, Wodospadów Wiktorii albo ciągu uliczek Hongkongu, Szanghaju, Marakeszu.

169507121_1_1000x700_kontynenty-miesiecznik-czasopismo-lodz

Gdy byłem już studentem polonistyki nie rezygnowałem z moich pasji geograficznych, odbywając pierwsze podróże zagraniczne, a nade wszystko studiując po angielsku periodyk, który był moją wielką tęsknotą, choć dość długo był niedostępny. Dopiero, gdy zauważyłem, że „National Geographic” pojawia się w bydgoskim antykwariacie naukowym, zacząłem go kupować za dość duże pieniądze. To były prawdziwe uczty geograficzne, a wertowanie stron i czytanie artykułów miało w sobie coś z wchodzenia do zakazanej rzeczywistości kultury zachodniej. Wspaniały, kredowy papier i najlepsze na świecie fotografie, a przy tym świadomość, że ma się w ręku coś, co przez długie lata znane mi było tylko z opowieści i prezentacji telewizyjnych. Szybko zaczęły rosnąć u mnie sterty pism, w charakterystycznej żółtej ramce i wracałem do nich w każdej wolnej chwili, stale znajdując coś nowego, wciąż docierając do informacji, które mnie zdumiewały. Wielką wartością były tutaj bogato ilustrowane, specjalne bloki tematyczne i do dzisiaj pamiętam lekturę numerów poświęconą gorylom z masywu wulkanicznego Wirunga, na pograniczu Konga, Ugandy i Rwandy, wielkim postaciom historycznym, takim jak Czyngis-chan, Tutenchamon czy Timur, piramidom w Gizie, miastu Inków w Peru albo Wielkiemu Murowi Chińskiemu. Oprócz wartości poznawczych, szlifowałem także język angielski, planowałem nowe wyprawy, a podziwiając zdjęcia Niagary, gór Kurdystanu, wielkiej rzeki Jangcy i Huang Ho, stając wirtualnie na brzegu Morza Północnego, wędrując ulicami Barcelony, Fryburga, Gandawy, Nankinu, Nowego Jorku, nie mogłem nawet przypuszczać, że kiedyś wejdę w tę rzeczywistość. Zawsze wierzyłem w siłę marzeń i moje wielkie monografie, poświęcone poetom romantycznym, powstały dzięki takiemu zachwytowi i dążeniu do zrealizowania ambitnych planów. „National Geographic”, tak jak „Poznaj Świat”, „Kontynenty”, a także „Poznaj Swój Kraj”, odegrały wielką rolę w kształtowaniu się mojej świadomości i wywarły znaczący wpływ na osobowość. Teraz wciąż jeszcze mam na półce sporo starych numerów pisma Narodowego Towarzystwa Geograficznego i czasami przed snem, przed ostatecznym zamknięciem dnia, biorę je do ręki, wertuję i poczytuję. Dzięki tym periodykom uwierzyłem, że życie może być wielką przygodą, a chociaż jesteśmy śmiertelnymi bytami, stale podlegającymi prawom licznych zagrożeń, czających się chorób i ludzkich bestii, to możemy osiągać cele, które zdawać by się mogło są niedosiężne, dalekie i nierealne. A jednak…

featured-animals

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XVIII)

W Internecie pojawił się ciąg fotografii prezentujących ludzi z różnych krain geograficznych, w ich charakterystycznych pozach, strojach, makijażach. To wzruszające przedstawienie różnorodności naszego gatunku, tak zbrodniczego i tak morderczego, a zarazem tak pięknego, niepowtarzalnego, stanowiącego cząstkę wszechświata. Nie potrafimy sobie nawet wyobrazić jaka jest różnorodność żywych tworów w kosmosie, ale te zdjęcia ukazują – na przykładzie naszej planety – jak niezwykłym fenomenem jest istnienie. Kopiuję te przedstawienia dla celów edukacyjnych, nie podając autorów, bo są one ważnym wkładem w nasze ludzkie dziedzictwo, a nazwiska twórców łatwe są do znalezienia w sieci, na stronie arteide.org. To migawki ukazujące ludzkość na początku dwudziestego pierwszego wieku, zapis chwilowy tego, co stanowi o naszej sile, mądrości i oryginalności.    

1558579_740889979265830_9201187277236518754_n

1546152_730705056950989_5234823594993015185_n

3-weeks-old-newborn-with-albinism-happily-sleeping-with-his-cousin-in-Kinshasa-Congo-photo-Patricia-Willocq

292261_432107150144116_902816538_n

11227381_948218468532979_6873369575809907260_n

“I’m-fed-up-to-the-ears-with-old-men-dreaming-up-wars-for-young-men-to-die-in.”

10421516_947982501889909_693922052020781157_n

522482_431693893518775_30364941_n

11232893_945803348774491_1387246591134615119_n

1512685_948218488532977_3716681077743263699_n

Blind-albino-boys-in-their-boarding-room-at-a-mission-school-for-the-blind-in-West-Bengal-India-2013

399368_442088095812688_1706395497_n

10463933_945803085441184_5255658514836819854_n

10959761_896075073747319_1908810119013839530_n

Mother-and-Daughter

11227883_945803962107763_8494775462914158097_n

Rice-Farmer-in-Small-Village-Vietnam

Ethiopian-girl-from-the-Hamer-tribe

TOSHIMANA-AN-APPRENTICE-GEISHA-IN-KYOTO

11102742_945803288774497_3599020656993540688_n

A-girl-from-the-minority-Yazidi-sect-rests-at-the-Iraqi-Syrian-border-crossing-in-Fishkhabour-Dohuk-province-after-fleeing-Isla

An-18-year-old-IDF-soldier-pauses-after-a-long-run-in-full-gear-and-battle-paint.-By-Asher-Svidensky

10923605_885609381460555_8168550221346788869_n

MGŁY

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ostatnia w tym roku wyprawa rowerem przez wertepy, pola i lasy… Zrobiłem chyba ze sto kilometrów, rozkoszując się mglistą aurą, co chwile pojawiającą się mżawką i ciepłymi powiewami powietrza. Taka pogoda w Polsce ma też swój urok, ale tylko pośród szerokich krajobrazów, kiedy rozmywające się w dali zarośla, toną w sinych oparach i mgłach, a drzewa, dalekie pagórki i budynki wyrastają z nicości jak dziwne twory nie z tego świata. Jakże pieknie wychylają się z tych szarug wielkie osiki, kasztanowce, jesiony, albo obsypane czerwonymi owocami głogi. Jadę wolno i zauważam stada mniejszych ptaków, powoli szykujące się do odlotu, sporo kruków i gawronów, a co jakiś czas zrywa się z gałęzi drzewa drapieżny ptak i zatacza ciężkim lotem niewielkie koła. Z kłębowisk jemioły na wielkiej topoli oderwał się spory myszołów, chyba najbardziej charakterystyczny drapieżca, wyglądający mocarnie, jakby był napakowany mięśniami i energią. W pierwszej chwili myslałem, że to krótkoszpon, ale wielkość ptaka utwierdziła mnie w przekonaniu, że przeleciał nade mną łowca myszy i innych niewielkich gryzoni. Zauważam też sporo sikorek, osobne sójki i sroki, a nawet jedną dzierzbę na drucie między słupami, ale dopiero barwne stado szczygłów, ustawione w locie równolegle do toru mojej jazdy, spowodowało, że przystanąłem by zapamiętać ten szczególny moment wycieczki. Woda ścieka z gałęzi i liści i raz jestem solidnie przemoczony, a po jakimś czasie moje ubranie schnie całkowicie i jadę bardzo szybko przed siebie. Wyławiam też głosy ptaków, spośród których na plan pierwszy wysuwa się tzw. “korkowanie” wielkich kruków, siedzących na polach, albo wzlatujących na chwilę w powietrze. Ich wyrazista czerń jest kontrapunktem dla wszechobecnej siności, rozległych rozmyć i walorowo rozciągniętych gam kolorów. Przystaję i zastanawiam się jaką muzykę włączyć z telefonu, chwilę przeglądam moje archiwum i po chwil decyduję się na Peer Gynt Edvarda Griega, z nieśmiertelną pieśnią Solveigi i Finlandię Jeana Sybeliusa. Muzyka wzmacnia doznania wzrokowe i staje się komentarzem do przesuwających się obrazów i moich myśli, sunących wraz ze mna do przodu. Jeszcze kontempluję kaczki, łyski i łabędzie na dalekiej, srebrzystej tafli jeziora, jeszcze odprowadzam wzrokiem błotniaki, kawki i synogarlice, ale powoli wracam w obręb miasta, gdzie mżawka i szarość nie mają już takiego uroku jak pośród październikowych pól, łąk i pełnych kałuż dróg. Następna wyprawa rowerowa dopiero wiosną…

RADOŚĆ FOTOGRAFOWANIA (XI)

Jesiennie…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

3

4

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

6

SONY DSC

SONY DSC

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

14

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

16

17

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: