ŚWIAT STAROŻYTNY (XXIII)

Neron i Seneka

Neron i Seneka – rzeźba Eduardo Barróna z 1904 roku – Prado, Madryt

Lucius Annaeus Seneca Minor (ok. 4 p.n.e–65 r. n.e) w pamięci potomnych pozostał jako nauczyciel Nerona i autor licznych prac literackich, spośród których najwyżej ceni się dialogi filozoficzne i listy moralne. Znacznie niżej wartościuje się dramaty i inne prace, choć opracowania zagadnień przyrodniczych w wielu partiach nie straciły na aktualności. Jeden z najbardziej znanych rzymskich filozofów i retorów, w młodości miał problemy zdrowotne i z tego powodu podróżował do ciepłego Egiptu i licznych uzdrowisk. Szybko też dał się poznać jako nieustępliwy dyskutant i krytyk władzy, za co został nawet zesłany przez cesarza Klaudiusza na Korsykę. Jako stoik wywarł ogromny wpływ na chrześcijaństwo, ale niestety nie udało mu się pohamować temperamentu Nerona, który ostatecznie oskarżył go o udział w spisku Pizona i w 65 roku naszej ery zmusił do popełnienia samobójstwa. Wraz z nim życie odebrali sobie tak znaczący politycy i pisarze rzymscy jak jego bratanek Marcus Annaeus Lucanus (Lukan) i Gajusz Petroniusz, zwany Arbitrem. Jako człowiek wielkiego umysłu, potrafił wytworzyć w sobie dystans do burzliwych wydarzeń, w których uczestniczył, coraz bardziej buntując się przeciwko zbrodni i przemocy. Może właśnie to, wydobyte z zakamarków przeszłości przez wychowanka i mordercę, stało się powodem ostatecznego nakazu. Powszechnie mówiło się w Rzymie o tym, że Seneka buntował się przeciwko krwawym rozrywkom, a szczególnie nie cierpiał walk gladiatorów, rozszarpywania chrześcijan przez dzikie zwierzęta w Koloseum czy zabijania w najokrutniejszy sposób pojmanych wrogów. Artyści różnych epok starali się oddać moment jego śmierci, próbowano też tworzyć wizualizacje postaci, która w antycznych i współczesnych przedstawieniach rzeźbiarskich czy malarskich znacznie się od siebie różni. A mierzyli się z tym zadaniem tacy sławni malarze jak Rubens, Vignon, David, Perrin czy Giordano, za każdym razem ukazując człowieka steranego wiekiem i śmiało patrzącego w dal nieuchronnego przeznaczenia – wiemy wszakże, że w chwili odejścia ze świata miał sześćdziesiąt dziewięć lat. Jakkolwiek byśmy sobie nie wyobrażali tego człowieka – czy to jako otyłego, łysego, czy może obdarzonego przez naturę bujnymi włosami i szczupłego, dzisiaj już nie rozstrzygniemy jak wyglądał, a poszczególne propozycje mają tylko walor artystyczny i pozwalają jedynie snuć domysły.

Jak wyglądał filozof

Jak wyglądał filozof po lewej popiersie Jeana Paula Grandmonta, po prawej szkic Paula Rubensa

Spośród listów dydaktycznych Seneki uwagę zwraca już pierwszy tekst zbioru, w którym przestrzega on by młodszy przyjaciel szanował dany mu czas: Tak czyń, mój Lucyliuszu: ochraniaj siebie dla siebie i skupiaj, a oszczędzaj czas, który Ci dotąd albo zabierano, albo podkradano, albo który przepadał. Bądź przekonany, że tak jest, jak piszę: jedne chwile są nam wydzierane, inne podkradane, a inne się wymykają, i jeżeli chcesz się nad tym zastanowić, to się przekonasz, że największa część życia mija w ten sposób, że źle robimy, wielka część – że nic nie robimy, a całe życie upływa na tym, że co innego robimy. (List antyczny, oprac. i przeł. Jerzy Schnayder, Wrocław 2006, s. 172–173) Choć listy te są wyimaginowane i mają charakter filozoficzny, dotykają najistotniejszych kategorii naszego życia i wskazują na liczne wypaczenia w jego obrębie. Trudno się dziwić, że w pierwszym tekście pojawia się sprawa tak fundamentalna jak upływ czasu – utraty czegoś czego nie ma, a zarazem czegoś, co jest istotą wszystkiego. Ludzie zapominają, że w chwili urodzin uruchomiony został zegar osobowy, który przestanie odmierzać czas w chwili śmierci – zajmując się tysiącami, milionami spraw życiowych nie przeliczają ich na konkretne jednostki czasowe. Wschód i zachód słońca jest dla nich zdarzeniem atmosferycznym, w najlepszym przypadku astronomicznym, a jakże rzadko pojawia się uściślenie temporalne. Co prawda stale posługujemy się kalendarzem, podzielonym na okresy lunarne (miesiące) i solarne (lata), ale jakże chętnie zapominamy o samym czasie, który symbolizują. Seneka zauważa, że ogrom naszych dni i nocy wypełniony jest lenistwem, a tylko niewielki wycinek przyporządkować możemy jakiejś konkretnej i twórczej aktywności. Może dlatego w pisarskich biografiach wielkich ludzi znajdziemy tyle stron mówiących o przezwyciężaniu bezsiły, o walce z poczuciem przegrania i niemożności, z depresją i chęcią ulżenia sobie w najprostszy z możliwych sposobów. Giganci ludzkości zwykle miewali najwięcej problemów z marnotrawionym czasem, może też dlatego tworzyli w zapamiętaniu i natchnieniu, czując, że ich dni są policzone. Tak było z Mozartem, który trwonił godziny na gry hazardowe, miotał się między knajpą a łożem rozpusty, a potem w niezwykłym tempie tworzył arcydzieła takie jak Zaczarowany flet, Don Giovanni, Wesele Figara, Uprowadzenie z seraju, dziesiątki symfonii i koncertów czy wreszcie monumentalne Requiem. Dzisiaj można tylko domniemywać, że gdyby jego życie nie skończyło się 5 grudnia 1791 roku, oprócz siedmiuset utworów, które stworzył, jeszcze wiele znakomitych kompozycji wydobyłby z nicości, obdarzając nimi ludzkość i ciesząc się zasłużoną sławą. Ale jednak bezsensownie trwonił święty czas, nie wiedząc, że żyć będzie tylko trzydzieści pięć lat i umrze w bólach, opuchnięty, może otruty, a może zarażony przez jakąś kobietę nieznaną chorobą lub po prostu wycieńczony licznymi hulankami.

Fragment obrazu Paula Rubensa przedstawiający śmierć Seneki

Fragment obrazu Paula Rubensa przedstawiający śmierć Seneki

Starożytny filozof pyta Lucylisza: Czy wskażesz mi takiego, kto by przypisywał czasowi jakąś wartość, kto by dzień cenił, kto by rozumiał, że codziennie umiera? W tym bowiem się mylimy, że śmierć widzimy przed sobą: wielka jej część już przeminęła. Ile tylko czasu mamy za sobą śmierć to posiada. (s. 173) Tak, ludzie zapominają o rozciągliwości śmierci, która przydarza się każdego dnia i co chwilę coś nam zabiera, z czegoś nas ograbia. Ciało ludzkie jest piecem chemicznym i rozbudowanym systemem kanalizacyjnym, ale ogień gaśnie, a rurki powoli się zapychają i jak na razie nie wymyślono skutecznego systemu ich oczyszczania. Każdy organizm ma zakodowaną w genach wytrzymalność, jakby mapę tego, co się będzie wydarzać i do czego doprowadzi nadmierne eksploatowanie sił w młodości, w wieku średnim i w latach późniejszych. Nie bez powodu natura ulokowała mechanizmy prokreacyjne w momencie naszej eksplodującej witalności – paradoksalnie jest to też czas największej nieświadomości, kierowania się intuicją i wybierania rozwiązań przypadkowych. Sportowiec biegający wokół stadionu, piłkarz na boisku czy atleta dźwigający ciężary, nie biorą pod uwagę konsekwencji eksploatacji organizmu dla przyszłości. Nie bez powodu pojawia się u takich ludzi tyle zwyrodnień stawów, chorób kości czy żył – delikatne ciało można przystosować do wysiłku ponad jego siły, ale kiedyś trzeba będzie za to zapłacić. W takim rozumieniu – przypomina Seneka – śmierć zabiera nam codziennie cząstkę nas, a żywa świadomość zakłamuje owo powolne i nieuchronne umieranie. Oddajemy pole bez walki, godzimy się na kolejną stratę czasu, gubimy to, co najcenniejsze i zamykamy dzień jak nieprzeczytaną księgę. Filozof czyni ze śmierci kolekcjonera, który wolno, ale sukcesywnie zbiera nasze chwile, gromadzi je, by nizać na niewidzialną nić. Tak czyni krajowiec z Wysp Towarzystwa, szukający pięknych muszli przy brzegu oceanu i nadziewający je na sznur, by stworzyć naszyjnik dla ukochanej kobiety. Tak postępuje malarz, który miesza na palecie wiele kolorów by uzyskać lazur, turkus lub amarant, a potem przenieść barwy na płótno i tak robi kolekcjoner znaczków pocztowych, monet, lśniących kamieni – to jest kompletowanie zbioru, niepowtarzalnego i przyciągającego uwagę osób postronnych. Tak samo czyni śmierć z ludzkimi chwilami, cierpliwie gromadząc sekundę po sekundzie, minutę po minucie i dzień po dniu – tak postępuje ostateczność z bytami zakorzenionymi w czasie i mającymi do przeżycia określoną ilość lat (obiegów malutkiej Ziemi wokół potężnego Słońca). Ostateczne zatrzymanie czasu dla konkretnej osoby, nieodwracalność śmierci i natychmiastowy rozkład, są rodzajem potwierdzenia, że nic nie jest bezkarne, a każda szczęśliwa i twórcza chwila ma swoją cenę w wykazie tej, która zawsze wygrywa i nigdy nie daje szans w konfrontacji ze sobą. Czy o tym myślał twórca listu, gdy otwierał swoje żyły i czekał aż napłynie gęsta ciemność, a barwy i kształty znikną, tak jak wcześniej znikały w głębinach zmarnowanych chwil? Czy miał tyle czasu by to sobie jeszcze raz uświadomić, uczynić jakiś teatralny gest bez znaczenia albo uśmiechnąć się do osiągnięć życia, do zamykającej się przeszłości, która miała swoje wzloty i upadki.

Inna propozycja obrazu ostatnich chwil filozofa

Inna propozycja obrazu ostatnich chwil filozofa – Luca Giordano, 1648

Jeśli młody aktor, wzbudzający zachwyt tłumów, pojawiający się na okładkach kolorowych magazynów i w telewizyjnych programach, traci życie w wypadku samochodowym, wszyscy żałują tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby żył dłużej. Gdy piękna kobieta, wzgardzona przez kochanka, zakłada sobie sznur na szyję i żegna się przedwcześnie ze światem, rozlega się powszechne „ach…” – bo tyle jeszcze było przed nią, bo nie urodzi dzieci i nie pojawi się więcej pośród innych urodziwych ludzi. Przykłady można by tutaj mnożyć – James Dean, Elvis Presley, Marylin Monroe, Natalie Wood… ale to są przywołania fałszywe, bo odnoszące się do przesady medialnej, zbytniego celebrowania jakichś chwilowych sukcesów. A przecież takie straty zdarzają się codziennie, gdzieś w zagubionej pośród gór wiosce, w jakimś zakamarku wielkiego miasta, w kraju na tropikalnych wyspach i pośród mroźnego klimatu północy. Wszędzie leje się krew, mają miejsce groźne wypadki, starcy zakładają pętlę na szyję, a młodzieńcy stają przy torach kolejowych i czekają na pociąg – wszędzie i w każdej chwili kończy się czyjś czas i nawet ten wielki, kosmiczny przedział egzystencji, przypisywany słońcu, wielkim planetom i ziemi, kiedyś się zamknie dramatycznie pośród eksplozji i rozszerzającego się żaru, a potem stygnącego popiołu, astralnego pyłu. Seneka przestrzega zatem przyjaciela: Czyń więc, Lucyliuszu, to, co jak piszesz – czynisz: ogarniaj wszystkie godziny. Tak to się stanie, że mniej będziesz zależny od jutra, jeżeli na dzień dzisiejszy przyłożysz rękę. Gdy się sprawy życiowe odracza, życie szybko przemija. Wszystko, Lucyliuszu, jest nie nasze, tylko czas do nas należy. Tylko tę jedną rzecz, szybko mijającą i ruchliwą, natura dała nam w posiadanie. I taka jest też głupota ludzi, że kiedy osiągnęli to, co jest drobnostką, i to marną, co na pewno można zastąpić czym innym, pozwalają, by tym obciążono ich rachunek życiowy, ale nikt nie uważa, że cośkolwiek jest winien, kto zabrał nam czas, gdy tymczasem to jest jedyne, czego nawet wdzięczny człowiek nie może nam zwrócić. (s. 173) Dostrzeżenie życiowej drobnostki, która wydaje się nie wiadomo czym, nie jest łatwe, bo ludzie szukają ich i dążą do zaspokojenia swojego popytu na nie. Budowa domu, kupno pojazdu, zdobycie drogiej biżuterii czy ubioru, stają się celem życia, choć przecież nikt nie zabrał bogactw poza granicę śmierci. Kpi ona tak samo z miliardera, jak z biedaka, odbiera oddech temu, który żył pośród drogich sprzętów i temu, który miał tylko stół, krzesło i jedną szafę. Dlatego tacy niebezpieczni są – wskazuje Seneka – ludzie, którzy okradają nas ze skarbu najcenniejszego, z dobra podstawowego – z naznaczonego nam czasu. To są owe zbyt wydłużone lata edukacji, to są dążenia do uzyskania jakiegoś tytułu, to wreszcie mozolne budowanie jakiejś bezpiecznej enklawy. Ale upływający czas anihiluje wiedzę, tytuły nie mają znaczenia dla prawdziwych poszukiwaczy mądrości, a domy, zagrody, stylizowane ogrody, zmiecie pierwszy większy huragan, zdemoluje pożar lub wojna, zniszczy złodziej i zbieracz złomu. Istnienie szybko przemija i liczą się w nim tylko dobrze przeżyte chwile, jakieś zapatrzenia i wewnętrzne euforie, spotkania z naturą i kosmosem, a nade wszystko dobro wyrządzane innym ludziom.

Po lewej rzeźba z epoki, po prawej śmierć Seneki według norymberskiej Liber cronicarum z 1493 roku

Po lewej rzeźba z epoki, po prawej śmierć Seneki według norymberskiej Liber cronicarum z 1493 roku

Łatwo udziela się rad i wskazuje jakieś rozwiązania, ale ważna jest też praktyka i doświadczenie, Seneka poddaje zatem ocenie także własne uczynki: Zapytasz może, co ja sam robię, który Ci takich nauk udzielam? Wyznam Ci otwarcie: to, co trafia się u człowieka zamożnego, ale przy tym dokładnego, spotyka się i u mnie: zgadza się rachunek moich wydatków. Nie mogę powiedzieć, że wcale czasu nie roztrwoniłem, ale powiem co tracę, dlaczego i w jaki sposób; podam przyczyny mojego ubóstwa. Dzieje się ze mną to, co z większością ludzi, którzy nie z własnej woli zeszli na biedaków: wszyscy im przebaczają, ale nikt nie pomaga. Więc jakże to? Nie uważam za biedaka tego, któremu wystarcza jakakolwiek ilość: Ty jednak, życzę sobie tego, ratuj, co Twoje, i zacznij, póki czas. Bo jak to dostrzegli nasi przodkowie, „spóźniona to oszczędność na dnie skrzyni”. Bo na dnie nie tylko malutko zostaje, ale także to, co najgorsze. Żegnaj. (s. 173–174) Powszechnie wiadomo, że starsi ludzie pragną udzielać rad młodym ludziom i równie oczywiste jest to, że ci ostatni lekceważą wszelkie napomknienia i wskazania. Młodość jest dzika, rzadko analizuje samą siebie, jest impulsywna i nie licząca się z konsekwencjami – gdzie tam jej przyjdzie do głowy liczyć chwile i planować jakieś ruchy w czasie, przecież ona nieustannie łaknie ekscytujących doznań. Seneka przyznaje, że też popełnił błędy, ale sytuacja, w której się znalazł pozwala mu pouczać Lucyliusza i wskazywać niebezpieczeństwa. Metafora pustej skrzyni, przejęta przez Senekę z Prac i dni Hezjoda, jest niezwykle wymowna, ale może trafić tylko do wyobraźni kogoś, kto czerpał bez umiaru ze zgromadzonych w niej dóbr, aż znalazł się w sytuacji, która nakazała mu czynić daleko idące oszczędności. Młodzieniec może dopiero kupił pierwszą swoją skrzynię i pragnie gromadzić w niej skarby, trudno mu zatem zrozumieć rady doświadczonego retora. Oszczędność, to zachowywanie umiaru w wydatkach i dbanie o równowagę tego, co dostajemy i tego, co wydajemy – młodzieńcy i dziewczęta uwielbiają wydawać pieniądze, stale też mają ich za mało, a jeśli trafi się pośród nich ktoś rozsądniejszy, kto pragnie zachować dłużej w kieszeni jakieś środki, uznany zostaje za sknerę. Prawdę powiedziawszy nikt nie uczy ich gromadzenia kapitału, tak by pracował na siebie i był nienaruszalny dla przyszłych lat. Z góry zakładają, że będzie się im wiodło, a jako taka stabilizacja nigdy się nie skończy, dzień będzie podobny do dnia, a przygody stanowić będą sens nieskończonej egzystencji. Seneka już wie, że kiedyś sięgną do skrzyni i nie znajdą w niej środków by kontynuować hulanki i oddawać się uciechom. Szybko odejdą od nich towarzysze uczt, a ich kobiety znajdą sobie zamożniejszych donatorów, będą się wylegiwać na marmurowych ławach i z rozkoszą jeść słodkie owoce winogrona i pić wino białe i czerwone.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXII)

Pompeii_the_last_day_1

Rys. Buongiorno Napoli

Pompeje są symbolem najbardziej chyba przejmującej tragedii starożytności, pełnej przecież zabijania, okrucieństwa, dramatów osobistych, śmierci całych armii i narodów. To miasto w Kampanii zostało zniszczone 24 sierpnia 79 roku przez ogromną erupcję Wezuwiusza. Chmury popiołów i pyłów, które opadły na to miejsce, utrwaliły na wieki budowle, przedmioty i ludzkie ciała, stając się rodzajem wielkiego muzeum, ofiarowanego przyszłym wiekom przez cesarstwo rzymskie. Ten sam los spotkał inne miasta średniej wielkości – Herkulanum i Stabie, choć w Pompejach zachowało się najwięcej interesujących obiektów i artefaktów. Po odsłonięciu i częściowej rekonstrukcji, możemy współcześnie wyobrazić sobie jak wyglądała ta aglomeracja, z jej charakterystycznymi budowlami – pałacami, świątyniami, zbiornikami na wodę, sklepami i warsztatami rzemieślniczymi. Nisze po ciałach, wypełnione przez archeologów gipsem lub silikonem, pozwoliły też na rekonstrukcję ubiorów i rysów twarzy, a także innych cech anatomicznych dawnych mieszkańców. Ich pozy, przytulanie dzieci, splecenie dłoni, wskazują, że umierali w pełnej świadomości i ogromnych męczarniach. Przed tragedią miasto rozwijało się prężnie, w czym pomagał dobry port morski, a także polityka wspierania w walkach mocarnych sąsiadów i gromadzenia bogactw. Opis wybuchu znajdziemy w listach Pliniusza Młodszego do Tacyta – autor wskazał, że z wulkanu najpierw wydobywały się słupy ognia, a potem pojawiła się czarna chmura, która przesłoniła słońce i była zapowiedzią „deszczu” rozżarzonych kamieni i palącego pyłu. Wraz z mieszkańcami Pompejów zginął były prokurator Pliniusz Starszy, którego śmierć na okręcie, płynącym ku miastu, opisał jego adoptowany bratanek, zwany Pliniuszem Młodszym. Rozmiary tragedii były przerażające, bo na Pompeje spadły tony materii wulkanicznej, burząc budowle, wzniecając pożary i przysypując próbujących uciekać ludzi. Wielu zginęło też od wyziewów i trujących gazów, które pojawiły się po erupcji, byli też i tacy, którzy po jakimś czasie zmarli z powodu pylicy, poparzeń i wycieńczenia. Tylko osoby, które szybko zaczęły uciekać, weszły na statki i łodzie i oddaliły się od miasta, przeżyły, choć ich los był nie do pozazdroszczenia – straciwszy cały dobytek, dzieci, rodziny i przyjaciół, musieli życie zaczynać od nowa.

Pompeje  Rycina Friedricha Federera

Pompeje Rycina Friedricha Federera

Dopiero w drugiej połowie dziewiętnastego wieku zaczyna się zaplanowana praca archeologów i stopniowe odsłanianie ulic, domów, a także rekonstrukcja najbardziej reprezentatywnych budowli. W Museo Nazionale w Neapolu zgromadzono liczne pompejańskie rzeźby z marmuru, kamienia, tufu wulkanicznego, brązu i drewna, a także przedmioty codziennego użytku. Z kolei w rezydencjach bogatych pompejańczyków zachowały się wspaniałe freski i mozaiki, pozwalające na odtworzenie linii rozwojowych malarstwa rzymskiego. To było niezwykle żywe miasto, z termami do kąpieli ciepłych (wykorzystywano właściwości geotermiczne terenu) i zimnych, z krytą halą targową, jadłodajniami i świątyniami wielu kultów. Kto przybywał tutaj mógł się czuć oszołomiony przepychem i bogactwem pałaców, a także mądrym rozplanowaniem placów, kolumnad, bram, amfiteatrów i przestronnych traktów. Przy jednej z takich ulic zatrzymał się w 1830 roku Adam Mickiewicz, przybysz z dalekiej Litwy, największy polski poeta i romantyczny wizjoner. Alina Witkowska pisze o tym zdarzeniu: „Pompeje wywarły na Mickiewiczu wstrząsające wrażenie. W liście do Franciszka Malewskiego z 27 czerwca 1830 roku wyjawił, co i dlaczego w tym mieście szczególnie go poruszyło, czuł się nawet usposobiony do napisania książki o piękności fresków pompejańskich. Ale nie ujawnił nigdy o czym myślał, gdy wpatrywał się w koleiny wyżłobione w kamieniu uliczek Pompejów przez nieskończoną ilość wózków zapisujących tu ślad swojej chwilowej obecności. Może właśnie o czasie odnalezionym, który wbrew prawu przemijania zatrzymała i utrwaliła zamknięta przestrzeń geograficzna tego miasta, zgładzonego przez naturę jakby po to, by wykupione zostało spod władzy czasu?” Zdarzenie to, niezwykle barwnie odtwarzane przez badaczy biografii i twórczości poety, raz jeszcze poświadcza jego materialne fascynacje; gdzież lepiej mogłoby być jego wyobraźni – wszakże wszystko pośród ruin miało charakter symboliczny, wszystko odsyłało ku elementarnym żywiołom, które występowały tam w zagęszczeniu i wymieszaniu. Ogień (wybuch Wezuwiusza, gorąca lawa, płonące domy, popioły, wypalone gliniane naczynia, wypalone przez lawę miejsca zgromadzeń), powietrze (wspomnienie trujących wyziewów wulkanicznych, śmierć przez uduszenie, zaczadzenie), ziemia (popioły, miasto, drogi, koleiny) – brakowało może tylko żywiołu wody, ale był to brak pozorny, bo Mickiewicz zapewne wiedział, że Pompeje starożytne znajdowały się bliżej morza, niż odkopane spod pyłu wulkanicznego i zastygłej lawy ruiny dzisiejsze. Poza tym starczyło tylko wejść na szczyt Wezuwiusza, żeby przy dobrej pogodzie zobaczyć panoramę wspaniałego błękitu Morza Tyrreńskiego, którego „oddech”, wilgotne powietrze śródziemnomorskie, znakomicie wyczuwalny jest w obrębie Pompejów. W pochyleniu Mickiewicza nad koleinami wyżłobionymi w ziemi przez wozy, dawno zaginione w niepamięci wieków, odsłania się kompleks materialny poety – jego zauroczenie wszelkimi przejawami śmierci „utrwalonej przez historię”, nicości zastygłej od wieków. Znajdzie ów kompleks odbicie w dziełach pisanych w Dreźnie, podczas podróży do Francji i w całym systemie fascynacji tanatalnych. Pompeje są dla Mickiewicza jeszcze jednym rodzajem grobu – grobu, w którym leży ziarno poznania – ziemskiej retorty, w której żywioły tętnią i jakby pozostają w uśpieniu.

Wezuwiusz widziany z Pompejów

Wezuwiusz widziany z Pompejów

Każdego roku tysiące turystów przemierzają ulice odkopane z pyłu, wchodzą do zrekonstruowanych domostw i podziwiają rozmach starożytnych budowniczych. Przystają na koronie wielkiego amfiteatru, kontemplują bramy i kolumny, szukając odpowiedzi na dręczące pytanie o sens tego, co się stało przed blisko dwu tysiącami lat. Obecność tylu ludzi w starożytnych ruinach przynosi ogromny dochód, który można spożytkować na kolejne odsłony i rekonstrukcje, ale nie brakuje też aktów wandalizmu, dewastacji i kradzieży. Dopiero o zmierzchu, gdy odjeżdżają ostatnie autokary, Pompeje wracają w obręb przerażającej ciszy śmierci, ciągnącej się w dal, aż ku rozpaczliwym głosom ginących mieszkańców. Nic w kosmosie nie jest utrwalone na zawsze, wszystko ma strukturę czasową i przestrzenną, a nawet najstabilniejsze systemy ulegają destrukcji, czarne dziury pożerają gwiazdy i asteroidy, komety i planety. Także na naszym globie nie brakuje zagrożeń i niebezpieczeństw czyhających na kruchą ludzkość, mogących potencjalnie stać się nową dziejową tragedią. Wszystko wszakże wydaje się dalekie, nie dotyczące ludzi żyjących w konkretnych przedziałach czasowych – widać to wokół Wezuwiusza, gdzie Neapol i pobliskie miejscowości coraz dalej wspinają się na zbocza niebezpiecznej góry. Ma ona wysokość 1281 metrów n.p.m. i krater o średnicy ponad sześćset metrów, głęboki na 230 metrów – stożek utworzony został w pamiętnym 79 roku. Ostatni wybuch efuzywny miał miejsce 13 marca 1944 roku i też wyrządził sporo szkód, choć oczywiście nie mógł równać się z eksplozją z pierwszego stulecia epoki nowożytnej. Mickiewicz wspiął się na sam szczyt wulkanu i podziwiał jego przeogromną moc, rozmyślał o lawie i żarze, które potem znalazły się w jego utworach (Nasz naród jak lawa/ Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa? Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi…) Choć takie kojarzenie faktów i tekstów bywa literaturoznawczo niebezpieczne, wiemy z listów poety, że ogień i rozgrzana magma Wezuwiusza zrobiły na nim ogromne wrażenie. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby dzisiaj wulkan wybuchł  z taką mocą jak w 79 roku – liczba ofiar byłaby ogromna, tym bardziej, że sam Neapol liczy blisko milion mieszkańców. Na razie życie toczy się dalej, a wokół wulkanu, w lasach i parkach żyje wiele zwierząt i ptaków, nie brakuje też śmiałków, którzy – jak Mickiewicz – idą ku kraterowi, by zajrzeć mu w paszczę. Taka sama ciekawość popychała Pliniusza Starszego, każąc mu płynąć w stronę wielkich chmur piroklastycznych, co skończyło się jego śmiercią, gdy wielkie bomby wulkaniczne, kamienie i rozżarzony pył spadły na kruchy rzymski okręt.

Erupcja Wezuwiusza z 1944 roku utrwalona na filmie.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/transcoded/4/42/A_Vez%C3%BAv_kit%C3%B6r%C3%A9se_1944-ben.ogv/A_Vez%C3%BAv_kit%C3%B6r%C3%A9se_1944-ben.ogv.360p.webm

DAWNA KOLEKCJA (3)

san0507-old3warships

Odtwarzając w pamięci moją dawną kolekcję znaczków pocztowych, sięgam myślą ku niezwykłym „papierkom” z niewielkiej republiki San Marino. Ich wyjątkowość polegała na tym, że pokryte były jakimś tajemniczym, ciemnym klejem, a do tego miały dziwne, koncentryczne znaki wodne, które można było dostrzec, gdy patrzyło się na poszczególne walory pod światło. Wielu kolegów miało w swoich zbiorach pomarańczowy znaczek, przedstawiający starożytną, egipską łódź, ale czasem zdarzało się, że ktoś od kogoś „zhandlował” także przedstawienie dawnej łodzi greckiej, o wartości dwóch lirów – wyjątkowo rzadki był ząbkowany skarb za trzy liry, na którym ukazano się łódź rzymską. Nie bardzo interesowaliśmy się wtedy tymi przedstawieniami i nikt nie znał określeń: monera, diera, birema, czy liburna, nie wiedzieliśmy o sukcesach żeglarskich mieszkańców kraju faraonów, Kartagińczyków i Fenicjan, ale znaczki prezentujące jednostki pływające starożytności miały swoją wysoką cenę. Myślę, że największe wrażenie robiły tu owe znaki wodne San Marino i niejednokrotnie pokazywaliśmy je sobie, czy to przysiadając na klatkach schodowych, czy spotykając się w domach. Młodość to czas zbieractwa i gromadzenia różnych rzeczy, w czym przejawia się otwarcie na świat i chęć poznania go w najprzeróżniejszych odsłonach. Ach, czego ja nie zbierałem – zaczynając od plastikowych żołnierzyków, kolorowych samochodzików z serii Matchbox, poprzez monety i banknoty, aż do kolejnych wydań pisma „Płomyczek”, „Poznaj Świat” i „Kontynenty”, a dalej kolejnych numerów „Poezji” czy „Twórczości”. Był też moment szczególnego zainteresowania etykietami zapałczanymi i widokówkami z dalekich krajów. Jeden z kolegów miał brata marynarza, który przywoził wiele barwnych kart pocztowych, a ja dostawałem je za napisane wypracowania i pomoc w odrabianiu lekcji z geografii, biologii czy historii. Zbierałem też książkowe serie wydawnicze, ale najważniejsze były kolekcje znaczków, które rozrastały się czasem do kilku klaserów, by i tak skończyć u filatelisty, gdy chciało się kupić rower albo wyjechać z kolegami pod namiot. Tak też było i ze mną, wielki zbiór znaczków afrykańskich, liczne serie ze zwierzętami i ptakami, sprzedałem za bezcen i teraz mogę tylko odtwarzać w pamięci poszczególne cząstki, wracać myślą do takich znaczków, jak te z San Marino.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXI)

big_yellow_hot_sunset_on_sea-other

Wyobraziłem sobie dojrzałego mężczyznę, w moim wieku, stojącego na stromym brzegu greckiej wyspy Karpatos, wpatrzonego w słońce, spływające powoli do Morza Kreteńskiego. Dawno zakończyła się ekspansja Dorów na Helladę achajską i jest może rok tysięczny przed naszą erą. W dzieciństwie nasłuchał się mitycznych opowieści o tym, że jego lud, zaborczy potomkowie Dorosa, połączyli się na emigracji z pogrobowcami Heraklesa – mężnymi Heraklidami. Jego życie przeleciało jak jedna chwilka i teraz w myślach pojawiają się pierwiastkowe obrazy, gdy stawał do zbrojnej walki o nowe tereny, gdy wsiadał do łodzi i wyruszał na połów, gdy tulił się do pięknej Kalliroe i płodził z nią synów i córki. Przypominają mu się dłuższe wyprawy na Rodos, Kretę i Samos, a potem szczęśliwe powroty do domu, picie wina w gronie przyjaciół i jedzenie fety z oliwkami i kozim mięsem. Słońce powoli spływa do morskiej toni, ozłaca dalekie skalne wysepki, przydaje naturze aury ostateczności i pełni. On oddycha pełną piersią i wspomina drogi, którymi chodził, szczyty na których stanął i błękitne zatoki, w których pływał. Rany wojenne dawno się zabliźniły, a czerwone wino, wypite rano, rozgrzewa jego żyły, pulsuje w skroniach i przydaje ciepła. Gdzieś daleko widać spłowiały żagiel rybackiej łodzi, wracającej z połowu, gdzieś za górami słychać tęskny śpiew młodej dziewczyny. Nad połyskującą głębią unosi się srebrzysty rybołów i wypatruje ostatniej ofiary, w końcu spada z impetem do wody i wyszarpuje z niej rybę, którą zaniesie do gniazda. Mężczyzna czeka aż słońce całkowicie zniknie w morzu i powoli odwraca się by wąską ścieżką wrócić do wioski, położonej w dolinie, jakby chronionej przez skały masywu górskiego, sięgającego ponad tysiąc metrów. Rozważał swoją przeszłość, ale też wybiegał myślą ku temu, co nadejdzie, co nieuchronnie przeznaczyli mu bogowie. Zawsze prosił Posejdona o opiekę i pomoc, ale ostatnio śnił mu się Zeus i pytał go o kierunek wiatru, wiejącego nad oliwnymi gajami, a potem wskazywał skaliste piramidy, wznoszące się ponad fale. Mężczyzna pomyślał, że to mógł być znak i zaczął prosić najważniejszego z greckich bogów o wskazanie celu, zaczął przyglądać się horyzontowi i niemal codziennie kontemplować zachodzące słońce. Od jakiegoś czasu czuł ból w klatce piersiowej i bał się, że w jego ciele znalazło swój przylądek zło i śmierć zarzuciła już na niego niewidzialną sieć.

Patrząc oczyma wyobraźni na tego mężczyznę i rozważając własne losy, przypomniałem sobie wiersz Konstandinosa Kawafisa pt. Monotonia. Ten aleksandryjski poeta był wielkim nieszczęśnikiem; uwięziony w dziwacznym ciele, schorowany i cierpiący, nieustannie marzył o najczystszym pięknie. Obdarzył świat wieloma wierszami, które uznać należy za najważniejsze w historii, będące sublimacją głosu ludzkiej świadomości, wydobywającego się dumnie z ciemności. To ciągłe drążenie materii istnienia i rozważanie bytu w czasie, w przestrzeni, to pytania zadawane samemu sobie i szukanie odpowiedzi pośród losów zaprzepaszczonych, to namysł nad życiorysami bez chwil wyraźnych, wyjątkowych, dających się ułożyć w jakiś znaczący ciąg. Kawafis syntetyzuje i sumuje doświadczenia, patrzy na ludzi wielu wieków i mówi: Za jednym dniem drugi dzień – koleją jednostajną –/ nadchodzi i przemija, tej samej treści, barwy/ I zdarzą się, i znów się zdarzą te same sprawy,/ chwile te same znajdują nas i porzucają. Byt jest w poezji Kawafisa zaledwie miseczką znicza, w którym na chwilę pojawia się płomień – jest tak wątły, że nie może dźwignąć się z przemijalności, nie zna sposobu na powstrzymanie destrukcji, bezwolnie poddaje się zmienności i nie kontempluje sam siebie. Dzień przychodzi po dniu, nakładają się na siebie te same treści i barwy, powracają te same sprawy i chwile, organizm się zmienia, myśl się starzeje, a świadomość nie może się wyrwać z zaklętego kręgu nicości: Tydzień przemija, a za nim – nowy tydzień./ To, co się stanie, przewidzieć łatwo: cienie,/ światła te same, zawsze to samo brzemię./ Jutro, które już wcale nie jest jutrem, znowu przyjdzie. Ludzie rodzą się i umierają, ale świat trwa nadal, nic sobie nie robi z triumfów i dramatów istot cielesnych – wszystko regulują cykle kosmiczne i naturalne, wszystko wpisane zostało w ciąg obrotów planet, promieniowania słońca, wzrostu i więdnięcia roślin, początku i końca kolejnych pór roku. Ziemia wciąż krąży wokół swojej gwiazdy, wykonuje też obroty wokół własnej osi, ciągnąc za sobą księżyc, mijając asteroidy i komety. W tym zawieszeniu, w tym wpisaniu w prawa wszechświata, byt ludzki może ledwie zamanifestować swoje istnienie, może tylko zapłonąć na chwilę, by poddać się wiatrom dziejowym, które prędzej czy później go zdmuchną.

Oświetlone zachodzącym słońcem krajobrazy Grecji, widoki skalistych wysp i bezkresne tafle morskiego błękitu, od dawien dawna były tłem dramatów o niezwykłej sile wyrazu. Ich istotą było monotonne życie, walka z wrogami, miłość i śmierć. Nadając hipotetyczne imię kobiecie, opisanego wyżej Greka z wyspy Karpatos, pamiętałem o historii Kapłana Korezosa, który pokochał nienawidzącą go piękność o imieniu Kalliroe. Opisał to Pauzaniasz w siódmej księdze swoich Wędrówek po Helladzie, a choć zmyślał i koloryzował na potęgę, mieszając mity z historią, możemy uznać, że w jego relacji jest ziarno prawdy – wszak dramaty tego typu stale rozgrywają się w świecie. Korezos błagał Dionizosa, by spowodował zmianę postanowień niechętnej mu dziewczyny, ale ten rozgniewał się tylko i zesłał na mieszkańców dalekiego Kalidonu potworne nieszczęścia. Pijąc za dużo wina, tracili świadomość i umierali, a coraz większe przerażenie pojawiało się w pośród krain greckich. Dopiero wyrocznia dodońska wskazała rozwiązanie – wielki gniew Dionizosa uśmierzyć mogła tylko ofiara, złożona nienawistnemu bóstwu, którą miała być sama Kalliroe lub osoba, która zdecydowałaby się ją zastąpić. Jakże okrutne to było rozstrzygnięcie, ale zaprowadzono dziewczynę przed oblicze kochającego ją kapłana, by ten złożył z niej ofiarę, niczym ze zwierzęcia. Tak napięcie sięgnęło zenitu i nieszczęśnik, widząc urodę i subtelność ukochanej, odebrał sobie życie, potwierdzając w ten sposób, że kochał ją najprawdziwiej i nie był w stanie pogodzić się z wyrokiem wieszczki z dębowego gaju w Dodonie. Miłość czyni cuda, więc i niewiasta w jednej chwili zmieniła swoje nastawienie; widząc oddanie i determinację Korezosa, ogarnęła ją litość dla niego i zrozumiała jak bardzo jej pragnął. Chcąc okazać skruchę i zmyć z siebie winę, poczuła jak trawi ją ogień, a świat rozmywa się dziwnie i sięgnęła po nóż, by gwałtownym ruchem poderżnąć sobie gardło. O takiej miłości najżarliwszej, rozgrywającej się w antycznych dekoracjach lub pośród dawnych ruin, pisze też wielokrotnie Kawafis. Przypomina mi się tutaj wiersz pt. Tak się wpatrywałem: W piękność tak się wpatrywałem,/ że cała moja wizja jest nią przepełniona./ Linie ciała. Czerwone wargi. Ponętne członki./ Włosy jakby posągom greckim ukradzione,/ zawsze piękne – i wtedy, gdy są nieuczesane/ i nieco opadają na białe czoła./ Oblicza miłości, jak zapragnęła ich/ moja poezja… w nocach młodości mojej,/ w moich nocach, skrycie spotykane… Czy tak zobaczył Kalliroe kapłan Korezos, gdy przyprowadzili ją by złożyć w ofierze, czy tak zachwycał się swoją wybranką pasterz z wyspy Karpatos, który ze skalistych zboczy patrzył na zachodzące słońce? Pewnie w każdym z tych zauroczeń było coś z tej żarliwości i jakiś odcień czarnej powagi antycznego dramatu. I to samo, majestatyczne słońce, odwieczny świadek dziejów, mniejszych i większych dramatów, ludzkich chwil pierwszych i ostatnich.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XX)

Ruiny pałacu w Knossos

Ruiny pałacu w Knossos

Kultura kreteńska, nazywana inaczej minojską, należy do najstarszych cywilizacji epoki brązu, a jej nagły upadek do dzisiaj pozostaje wielką tajemnica archeologiczną. Za sprawą sir Arthura Johna Evansa wspaniale rozwinęła się nauka badająca dzieje i niezwykłe artefakty jednej z najpiękniejszych wysp Morza Śródziemnego. Nie wiemy skąd przybyli ludzie, którzy stworzyli tak oryginalną cywilizację, choć badacze skłaniają się ku teorii, że pochodzili z Bliskiego Wschodu i wpływ na nich miała kultura egipska. Według mitologii greckiej, która jest też dobrym źródłem wiedzy kulturowej, na wyspie osiadł sam Zeus, który uprowadził na nią Europę – córkę fenickiego króla Agenora i spłodził z nią trzech synów. Jednym z nich był pierwszy legendarny król Krety Minos. To jego dotknął gniew Posejdona, który nie otrzymał ofiary z wołu i zemścił się, powodując, że niewierna królowa Pazyfae, poczęła z bykiem syna potwora – Minotaura. Miał on ciało najpiękniejszego, muskularnego młodzieńca i głowę zwierzęcia z rogami. Król tak się przeraził tym wydarzeniem i tak wstydził się czynu żony, że nakazał architektowi Dedalowi zbudowanie specjalnego labiryntu i zamknięcie w nim Minotaura. Potwór łaknął ludzkiego mięsa i obdarowywano go nim, co też w końcu spowodowało jego upadek – w jednej grupie ofiarnej skrył się dumny i zwinny Tezeusz, który pokonał zawiłości labiryntu i zabił bestię. Mitologia tłumaczyła wszystko obrazowo, ale Evans musiał mozolnie składać poszczególne elementy układanki i prowadzić na szeroką skale wykopaliska archeologiczne. Jego największym odkryciem były ruiny pałacu w Knossos, zajmującego blisko dwa hektary powierzchni i składającego się z około 1400 komnat, korytarzy i aneksów. Największy rozwój kultury minojskiej i ekspansja na sąsiednie wyspy miały miejsce około 2100 roku p.n.e., wtedy też rozwinęła się ogromna flota, a zyski dawały przede wszystkim wymiany i zakładane w różnych miejscach handlowe ośrodki. Dzięki dobrze zachowanym freskom i odkopanym figurom udało się odtworzyć wygląd i sposób ubierania się Kreteńczyków. Sporo tutaj było oryginalności, a do dzisiaj inspiracją dla świata mody są dziwne gorsety eksponujące nagie piersi kobiet, bufiaste suknie z szerokimi falbanami i wielkie kapelusze. Specjalnością tego ludu były też misterne, architektonicznie kształtowane fryzury, a w zdumienie wprawiało badaczy zaawansowanie w zakresie konstrukcji łazienek i wodociągów, co wskazywało na umiłowanie czystości i dużą wiedzę o skutkach życia w brudzie. Niestety nie uchroniło to Minojczyków od upadku – badacze spierają się czy był on wynikiem braków w zakresie budowy fortyfikacji, czy też rozwiniętą cywilizację zniszczyło tsunami po wielkim wybuchu wulkanu na wyspie Thirze (Santorini), a potem najazd Achajów z Myken i morderczych Dorów.

Akrotiri_dolphins

Od dawna fascynuje mnie ten świat i przeczytałem sporo książek na temat mitologii, historii rozwoju, życia codziennego na tej dużej wyspie. Szczególnie zainteresowałem się sztuką tej krainy, a na pierwszym miejscu zawsze były freski odkryte w pałacu w Knossos i w cykladzkiej wsi Akrotiri. To z wielkiego pałacu królewskiego pochodzi wielokrotnie reprodukowane malowidło, przedstawiające delfiny pływające w morzu. Dzięki zabiegom konserwatorskim udało się odtworzyć rzeczywiste kolory i uszkodzone elementy i tak do skarbnicy sztuki światowej weszło jakże wyraziste i piękne przedstawienie morskich ssaków w otoczeniu ryb, na które one zwykle polują. Niezwykle udanie odwzorowano kształty waleni, z charakterystycznymi garbami i zgrubieniami, nieco wyjaskrawiając barwę ich ciał. To dynamiczny fresk, wprowadzający do komnaty królowej świeżość i ożywienie, przywodzący na myśl chwile spędzone na pogodnym morzu i obserwacje baraszkujących w nim ssaków. Te delfiny mają swoją „osobowość”, ukazane zostały jako istoty myślące, podążające ku wyraźnie określonym celom i zadaniom, jakby popychane przeogromną siłą instynktu. Starożytny malarz wytyczył sobie trudne cele, chciał oddać ruch tych pływaków, ich zwinność, ale też i spory ciężar, a nade wszystko zapragnął wpisać je w określoną manierę sztuki minojskiej. W tym celu zastosował rdzawy ornament, biegnący przez całe ciała delfinie, a w okolicach oczu tworzący owalną obwódkę. Normalnie butlonosy (Tursiops truncatus), bo to zapewne te najczęściej występujące walenie sportretował artysta, nie mają takiego pasa. Raczej są ciemnoniebieskie, a u dołu jaśniejsze, choć osobniki żyjące w przejrzystych i cieplejszych wodach są nieomal czarne. Musimy wszakże brać pod uwagę operację świetlną i wygląd tych zwierząt w toni, który może być bardziej niebieski, a na ciele mogą się tworzyć pasy od cieni fal. To skupienie delfinów, które tak udanie oddał twórca fresku, związane jest z echolokacją, którą posługują się dla namierzania mniejszych ryb, a mnogość ma też tutaj swoją motywację, bo delfiny najczęściej polują w stadach. Czasem wręcz wykorzystują obecność budzących grozę rekinów, które napędzają ryby wprost do ich uzębionych dziobów. Malarz zaznaczył też zróżnicowanie ofiar i moglibyśmy tutaj wskazać konkretne gatunki, na czele z sardynkami, które wchodzą w składu menu tych ssaków pospołu z drobnymi tworami morskimi żyjącymi na dnie. W tle zaznaczono także obecność jeżowców i glonów, które stały się też czymś w rodzaju dodatkowego ornamentu, zamykającego przestrzeń od góry i od dołu. Po setkach lat od powstania tego arcydzieła, na murze pojawiły się charakterystyczne spękania, które przydały dziełu dodatkowego odniesienia do sieci refleksów wodnych i cieni pojawiających się przy dnie. Choć mamy tutaj elementy charakterystyczne dla sztuki minojskiej, fresk ten zaklasyfikować można jako realistyczny, utrwalający w czasie realne życie w Morzu Śródziemnym dwa tysiące lat przed naszą erą, jego różnorodność i koloryt, a nade wszystko odwieczną witalność i dynamikę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Inne ciekawe freski naturalistyczne powstały na wulkanicznej wyspie Santorini, skolonizowanej przez Minojczyków i będącej areną jednej z największych erupcji wulkanicznych w historii basenu Morza Śródziemnego, a konkretnie tej jego części, gdzie Morze Egejskie graniczy z Morzem Kreteńskim. To tutaj w miejscowości Akrotiri odkryto malowidła, które niezmiennie zachwycają zwiedzających i mogą konkurować z delfinami z pałacu w Knossos. Prace archeologiczne zaczęły się w 1967 roku, ale do dzisiaj odkopano zaledwie kilkanaście domów, wykonanych z dużych kamieni, czasem trzykondygnacyjnych. Jeden z najciekawszych fresków przedstawia dwie witalne i jakby „rozkapryszone” antylopy, zwrócone do siebie rogami. Artysta musiał je zobaczyć w Afryce, a może też stamtąd pochodził, choć nie możemy wykluczyć, że dwa tysiące lat przed naszą erą przewożono w klatkach takie zwierzęta do ogrodów królewskich lub zabijano je i opiekano na rożnach by podać podczas wykwintnych uczt. Jak by nie było namalowane antylopy – prawdopodobnie gazele dorkas (Egipcjanie mieli je hodować w zagrodach) przedstawione zostały z ogromnym znawstwem anatomii i uwzględnieniem wielu szczegółów, jak choćby owe charakterystycznie podniesione ogony czy otwarte pyski. Zwierzęta pozostają ze sobą w bliskim kontakcie, ale też jakby rozglądają się, sondują okolicę czy nic im nie grozi. W prawdziwe zdumienie wprawia tutaj harmonia linearna i specjalne operowanie czernią i bielą. Twórca tego dzieła – jak Chińczycy lub Japończycy – jakby malował zwierzęta długimi pociągnięciami pędzla, a potem cyzelował całość, dodając cieńsze linie, dopełniające grubsze pasy. Oczywiście mamy tutaj też do czynienia ze stylizacją, szczególnie jeśli chodzi o przerysowane łuki podbrzuszy, ale całość jest bardzo prawdopodobna i zachwycająca w swym subtelnym pięknie. Obie gazele mają czarne rogi, których kształt zgadza się co do joty z wyglądem dzisiaj żyjących przedstawicieli twego gatunku. Można by zaryzykować tezę, że przedstawienie to jest jednym z najbardziej harmonijnych rysunków starożytności i żałować tylko należy, że tak mało fresków zachowało się na Krecie i pobliskich wyspach. Oczywiście prace archeologiczne jeszcze trwają i możemy się spodziewać, że naukowcy odkryją sporo nowych wspaniałości, tym bardziej, że to, co już mamy, wskazuje na wielką różnorodność i inwencję twórczą w zakresie ozdabiania domów i pałaców. Dodajmy jeszcze, że artyście udało się przenieść do naszych czasów taki układ pyska jednej z antylop, że mamy wrażenie, że zwierzę beczy, przywołując towarzyszkę lub ostrzegając ją przed zbliżającym się zagrożeniem.

Akrotiri_blue_monkeys

Mieszkańcy Akrotiri lubowali się w przyozdabianiu swoich domostw elementami naturalnymi, stąd na ścianach obok wskazanych wyżej antylop, znajdziemy też zaskakujące wyobrażenie, ptaków, latających ryb i błękitnych małp. Te ostatnie zostały ukazane w momencie skoku lub odbicia się od jakiegoś podłoża, przy czym i tutaj artysta oddał znakomicie zachowanie się wystraszonych zwierząt, umykających w popłochu, ale też często odwracających głowę i analizujących realność zagrożenia. Mamy tu do czynienia z małpami ogoniastymi, najprawdopodobniej z jakimś rodzajem makaków – może z magotami (Macaca sylvanus), które występują w północnej Afryce i mogły być sprzedawane do ogrodów na wyspach cykladzkich. Dokładne określenie gatunku byłoby bardzo trudne, bo jest to też stylizacja i dodanie plam, które w naturze nie pojawiają się na sierści tych zwierząt. Zarówno ułożenie łap, jak i wygięcie ciał, a wreszcie kompozycja ogonów, wskazują na niezwykłe ożywienie, najprawdopodobniej na szybką ucieczkę. Małpy te określa się jako błękitne, ale przecież w naturze są one najczęściej szare lub srebrzyste, a rzeczywiście niebieskawe makaki żyją tylko w południowej części Afryki, mają dłuższą sierść i nieco inaczej wyglądają. Górny osobnik zdaje się być spokojniejszy, a ten który jest na dole dosłownie eksploduje energią i umyka bardzo szybko. Dzięki współczesnym technikom komputerowym łatwo możemy odtworzyć pierwotny wygląd tego fresku, choć mozaika plam i zabrudzeń przydaje mu majestatu i podkreśla upływ czasu, ogrom lat, które minęły od momentu nałożenia farb na mokry tynk. Ciekawe jest to, że przedstawienia te przetrwały wybuch ogromnego wulkanu i niewiele straciły ze swego pierwotnego piękna. A może właśnie pyły wulkaniczne stały się rodzajem utrwalacza, który przeniósł we czasie zjawiskowe freski i pozwolił na odkrycie ich w dwudziestym wieku naszej ery. Wyraźna jest tutaj oś wertykalna, na której umieszczone zostały obie małpie głowy, a tuż obok pośladki i podobnie zgięte nogi. Oś horyzontalną i podążanie do przodu akcentują wyciągnięte łapy i otwarte dłonie, wyraźnie przygotowane do tego, by chwycić się gałęzi lub jakiegoś innego elementu, na przykład skały. A więc malarz, zapewne mistrz miedzy mistrzami, ukazał na tym przedstawieniu panikę i dynamizm uciekających zwierząt, harmonię ciał i chwytność dłoni, stóp i bujających w powietrzu ogonów. Udało mu się też przekazać, zapisać w czasie, inteligencję rysująca się na obliczach małp  i spokojne podejście do zbliżającego się niebezpieczeństwa. Przypomina mi się obraz Pietera Bruegela, jakże inaczej prezentujący dwie małpy w oknie i wiersz Szymborskiej, powstały na jego kanwie, choć trudno byłoby tutaj wskazać jakiekolwiek konteksty ironiczne.

Akrotiri-fisherman-tile

Bardzo ciekawe są też freski z wyspy Santorini prezentujące postaci ludzkie, jakieś ich zajęcia lub pozy, charakterystyczne gesty lub zawody. Warto na koniec tego niewielkiego przybliżenia malarstwa minojskiego przywołać dwa przedstawienia – chłopca niosącego złowione ryby i dwóch młodzieńców ćwiczących walkę na pięści w specjalnych rękawicach. Widzimy tutaj jakie typy ludzkie pojawiły się na wyspach greckich przed tysiącami lat, a choć i tutaj charakterystyczne dla stylu wygięcie, trochę zaciemnia obraz, łatwo możemy sobie wyobrazić wiotkich młodzików, bez rozbudowanej muskulatury, z włosami krótko przystrzyżonymi lub uplecionymi w długie, wijące się warkocze. Na jednym fresku mamy chłopca niosącego ryby i choć minęły tysiące lat łatwo możemy wskazać, że są to labraksy (Dicentrarchus labrax), żyjące w ławicach drapieżne ryby, nazywane też barem, morenem lub okoniem morskim. Osiągają  jeden metr długości i dwanaście kilogramów wagi, mają charakterystyczne jasne podbrzusze, a grzbiet z kolei ciemnoszary ze srebrnym połyskiem. Od dawien dawna ryby te miały ogromne znaczenie gospodarcze, a ich zwyczaj pojawiania się przy ujściach rzek, dopomagał w odłowach . Przedstawienie chłopca ma charakter symboliczny, nie uwzględniający ziemskiego magnetyzmu, bo trzyma on po dziesięć ryb w każdej dłoni jakby nie miały określonej wagi. Tymczasem takie związane sznurem „naręcza” dużych okazów musiałyby ważyć ponad dwadzieścia kilogramów i tylko Herkules mógłby je nieść z taką lekkością i wdziękiem. Rybak jest tutaj nagi i bosy, a tylko jego skronie przyozdabiają liście laurowe, uwagę zwraca też nieproporcjonalna sylwetka – krótkie nogi i ponad miarę wydłużony tułów. Podobnie ukształtowani są chłopcy ćwiczący lub bijący się podczas jakichś zawodów, pięknie ufryzowani, ze wspomnianymi już wyżej warkoczami i finezyjnymi lokami nad czołem. Co charakterystyczne, mają oni rękawicę tylko na jednej ręce – młodzieniec po lewej stronie ma ją na lewej dłoni, a ten drugi – na prawej. Być może zatem mamy tutaj do czynienia z połączeniem boksu z zapasami, czyli ze starożytnym starciem typu full contact. Zauważamy też wyraźne skupienie przeciwników, wpatrywanie się sobie w oczy i rozważanie najlepszej strategii, choć właśnie jeden z nich trafił w głowę kompana, a drugi jakby próbował go uchwycić wolną od rękawicy ręką. Zawodnicy mają tylko wąskie opaski na biodrach – jedną niebieską, a drugą czarną, a we włosach połyskuje popiel lub błękit, co mogło być próbą ukazania połysku na kruczoczarnych fryzach. Choć freski te nie dorównują rozmachem przedstawieniem delfinów, małp i antylop, to stanowią cenne źródło do badań nad życiem ludzi w obrębie kultury minojskiej.

ISKRY ASTRALNE

z11981894V,Mglawica-Tarantula--czesc-widocznej-golym-okiem-z

Na przełomie lutego i marca, podczas wieczornych powrotów do domu, często obserwowałem dobrze wyeksponowane gwiazdozbiory. Jak zwykle szczególnie długo przyglądałem się Orionowi, jakimś pojedynczym gwiazdom, ale też Wielki Wóz, zwrócony dyszlem ku dołowi, przykuwał moją uwagę. Któregoś dnia przypomniałem sobie podobne zapatrzenia z dzieciństwa i młodości, szczególnie z wypraw na Mazury i z wieczorów na obrzeżu bydgoskiego lasu i na osiedlu Błonie. Doskonale pamiętam ten moment, gdy spojrzałem na Wielką Niedźwiedzicę, która jaśniała pomiędzy dwoma blokami, jakby w bramie prowadzącej do głębin wszechświata. To wtedy rodziła się moja poezja i przekonanie, że nasze ziemskie sprawy mają związek z tym, co rozgrywa się na niebie. To był rodzaj nagłego skrótu myślowego, to była filozofia istnienia pod gwiazdami i wielka fascynacja astronomią, wiedzą o galaktykach i gwiazdozbiorach. Później, gdy pisałem coraz więcej wierszy generacyjnych, często zatrzymywałem się na osiedlu i patrzyłem na nikłe światełka nad moją głową. Samobójstwa i tragiczne śmierci moich kolegów i koleżanek już wtedy były dla mnie ciągiem zdarzeń wpisanych w wielkie wydarzenia kosmiczne. Teraz, gdy mam znacznie większą wiedzę na ten temat, patrzę na Oriona i zastanawiam się jak Słowacki mógł dostrzec w nim kształt skrzypek, rozważam dlaczego Chińczycy widzieli rondel w Wielkim Wozie? Od dawien dawna ludzkość wpatrywała się w czarną otchłań wszechświata i zawieszała swój wzrok na rozświetlających ją punktach – układających się w konstelacje i określanych różnie, w zależności od strony świata i lokalnych mitologii. Tak na przykład nazwa okołobiegunowego gwiazdozbioru nieba północnego Wielka Niedźwiedzica (Ursa Maior), ma swój związek z greckim mitem o uwiedzeniu nimfy Kallisto przez Zeusa. Ta piękna postać została po śmierci przemieniona przez Artemidę w niedźwiedzicę, natomiast zazdrosna Hera uprosiła bogów by nie mogła się ona kąpać w oceanie i przez cały czas wędrowała po niebie. Tak wygląda europejski kontekst kulturowy tej konstelacji, ale w niektórych krajach nazywana ona jest Wielki Rondel, a w wierzeniach chińskich siedem gwiazd Wielkiej Niedźwiedzicy (Północnej Chochli) to dom Cesarza Bogów – Shangdi. Znajdziemy też w tej kulturze opowieść o niebiańskich wieprzach, które ciągną powóz Bogini Świtu – Zhunti. Według Słowian jest to wóz, rzadziej wół, wilk lub niedźwiedź – w wierzeniach dawnych mieszkańców Syberii cały ten gwiazdozbiór ma przedstawiać konia lub łosia, chodzącego w chomącie wokół osi świata (Axis mundi). Cztery iskry astralne to koła wozu, trzy to jego dyszel, który jest złamany i skierowany w stronę wschodnią, natomiast tylne koła wozu wskazują zachód. Wracając wieczorami, przystając pod otwartym niebem, zastanawiałem się jak to wszystko jest możliwe, kto stworzył takie niewyobrażalne ogromy i jaka tajemnica tkwi w tych pierwiastkowych obrazach. Nasze istnienie, w zawieszeniu i magnetyzmie planety, nasza myśl i wszystko, co zdarzyło się i co się jeszcze wydarzy, ma astralny, intergalaktyczny kontekst, jest czymś tak wspaniałym jak dźwięk trąbki, jęk harfy, śpiew ptaka i nostalgiczne brzmienie ciszy.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XIX)

Marcus_Aurelius_Glyptothek_Munich

Marcus Annius Catilius

Czytam Rozmyślania Marka Aureliusza, cesarza rzymskiego, ojca trzynaściorga dzieci, filozofa i pisarza, prowadzącego nieustanne wojny z plemionami germańskimi i Partami z wielkiego państwa w Azji (dzisiejszy Irak, Iran, część Syrii i Afganistanu). Dowodząc wojskami, przebywał wiele dni w obozach i na przygodnych postojach, gdzie łatwo można było zarazić się różnymi chorobami. Tak też się stało i w 180 roku, podczas konfliktu z Markomanami, zmarł na dżumę w Vindobonie, czyli dzisiejszym Wiedniu. Był stoikiem, ale wierząc w swoje boskie posłannictwo i służbę dla dobra kraju – głęboko przekonany, że dobrze czyni – prześladował chrześcijan, mordując ich z całą bezwzględnością. Jego myśl zaczęła wywierać wpływ na potomnych dopiero pod koniec szesnastego wieku, a dopiero w stuleciach następnych uznano go za jednego z największych filozofów rzymskich. Czytelników uwiodła jego pokora i jasność wykładu, a nade wszystko mądrość i zrozumienie spraw ziemskich. Dzisiaj jego słowa brzmią równie donośnie jak przed wiekami i skłaniają do przemyśleń. Oto w Księdze drugiej czytamy: Jak wszystko znika szybko: w świecie sami ludzie, w czasie i wspomnienie o nich! Takie są wszystkie rzeczy pod zmysły podpadające, a przede wszystkim to, co wabi przyjemnością lub przejmuje obawą bólu lub co z powodu pozornej swej wielkości jest na ustach wszystkich. Jak to jest drobne i mało ważne, i nędzne, i znikome, i trupie, to ma pojąć nasza władza myślenia. Czymże są ci, których zdania i mowy rozdają sławę…, czym jest śmierć? Gdy się kto jej samej przyjrzy i przez rozbiór jej wyobrażenia oddzieli to, co z nią łączy wyobraźnia, to za nic innego się jej nie będzie uważało, jak za dzieło natury. Kto zaś boi się dzieła natury, jest dzieckiem. A śmierć nie tylko jest dziełem natury, ale i dziełem dla niej pożytecznym. (Ks. II, 12, wszystkie cytowane tutaj fragmenty w przekładzie Mariana Reitera) Przemijalność rzeczy tego świata, nieustanne znikanie kształtów i całych systemów, zgony ludzi i zwierząt, triumfalny pochód śmierci, która tutaj uznana została za immanentny element natury. To ona w swej mądrości powołuje do istnienia nowe byty, pozwala rozwijać się organizmom ludzkim i zwierzęcym, daje impuls roślinom, by budowały swoją strukturę. Ale przecież wszystko chce żyć, drzewa przeciwstawiają się wichrom i huraganom, kwiaty łagodnie pochylają się przy podmuchach i wracają do punktu wyjścia, wszystko opiera się rozkładowi, wszystko tętni energią i szuka takich zaczepień, które pozwolą długo  i s t n i e ć. Na tym polega właśnie genialność myśli Marka Aureliusza, że poprzez wskazanie negatywów, kieruje on refleksję czytelnika ku pozytywom, mówiąc o śmierci użytecznej w naturze, generuje pierwiastkową myśl o tym, że życie jest procesem, oporem i chwilą pomiędzy narodzinami a ostatnim tchnieniem.

Pomnik konny cesarza Marka Aureliusza

Pomnik konny cesarza Marka Aureliusza

Musimy nieustannie przeciwstawiać się destrukcji, musimy walczyć o samych siebie i mieć świadomość finalnych celów. A mogą w tym pomóc takie napomknienia rzymskiego stoika: Podobny bądź do skały o którą się ciągle fale rozbijają. A ona stoi, a koło niej usypiają bałwany wody, „O ja nieszczęśliwy, że chociaż mnie to spotkało, żyję bez smutku, nie gnębi mnie teraźniejszość ani nie boję się przyszłości”. To bowiem każdemu przydarzyć się mogło, a nie każdy potrafiłby żyć z tym bez smutku. Dlaczegóż więc owo jest bardziej nieszczęściem, jak to szczęściem? Czyż w ogóle nazwiesz to nieszczęściem człowieka, co nie jest odstąpieniem od natury człowieka? Czy odstąpieniem od natury ludzkiej zdaje ci się być to, co nie jest niezgodne z wolą jego natury? Jakżesz więc? Wolę znasz. Czyż więc to, co ci się zdarzyło, wzbrania ci być sprawiedliwym, wielkodusznym, roztropnym, rozumnym, ostrożnym, szczerym, obyczajnym, wolnym i inne mieć cechy, przy których natura ludzka swą właściwość zachowuje? Pamiętaj zresztą przy każdym zdarzeniu, które cię do smutku przywodzi, o zasadzie: To nie jest nieszczęściem, owszem, szczęściem jest znosić to wzniośle. (Ks. IV, 49) Oto prawdziwa esencja myśli tego filozofa, odwracająca elementarny porządek rzeczy i nakazująca być twardym w obliczu dramatów życiowych. Nie one są istotą zdarzeń, tylko postawa człowieka wobec nich, nie one mają znaczenie, tylko ludzka umiejętność godnego ich przeżywania. Nikogo nie omijają klęski, a po dniach rozkwitu, przychodzi schyłek i upadek, nikt nie został powołany na świat, by tylko rozkoszować się jego pięknem. Będąc cieleśni, z natury rzeczy jesteśmy ułomni, smrodliwi, zaprogramowani na nieustanne odnawianie komórek i konstrukcji całego ciała. Musimy się myć, czyścić zęby, ale nasze myśli mogą wznieść się ponad organiczność naszych bytów i widzieć wszystko w wielkiej naturalnej rozległości, pośród miliardów innych, przemijających tworów, w ciągu zdarzeń mających jakiś głębszy sens. Nawet najszczęśliwszy człowiek może nagle poczuć przejmujący ból w ciele, nawet największy siłacz może upaść w jednej chwili, powalony przez chorobę, krwotok albo wynikającą z infekcji słabość. Ale wtedy powinniśmy być jak skała, jeśli nie cielesna, to duchowa, jeśli nie życiowa, to filozoficzna, pozostająca jako wspomnienie niezwykłej mądrości i samoświadomości.

Złota moneta z wizerunkiem Marka Aureliusza

Złota moneta z wizerunkiem Marka Aureliusza

Rozpad jest częścią istnienia, tak jak śmierć jest elementem życia, pointą, która wieńczy wszystko i powoduje, że coś, co zostało zainicjowane, znalazło też swój finał. To jest formuła obowiązująca w całym wszechświecie i człowiek żyje w nim na zasadzie ułudy – widzi gwiazdy, które dawno przestały istnieć, a tylko ich światło jeszcze mknie w przestrzeni, zdaje mu się, że może uchwycić teraźniejszość, a istnieje tylko w przeszłości i w marzeniu o przyszłości. Marek Aureliusz przypomina: Wnet będziesz pyłem lub szkieletem, tylko imieniem, a nawet już i imienia nie będzie. A cóż zresztą jest imię – dźwięk i echo tylko. A to, co się w życiu szacunkiem otacza wielkim, marne i zgniłe, i drobne, podobne do psiaków gryzących się ze sobą lub do dzieci sprzeczających się, skłonnych do śmiechu, a nawet potem do płaczu. (Ks. V, 33) Jakże charakterystyczne dla tego filozofa są te porównania, a zarazem jakże bolesne w perspektywie ludzkiej zarozumiałości i przekonania o wielkości. Pamiętajmy, że wypowiada je cesarz, który jest na samym szczycie drabiny społecznej i mógłby cieszyć się z bogactw i wszelkich możliwych przyjemności. Tymczasem człowiek ten wskazuje na ziemską marność i nieświadomie podążą w tym samym kierunku co starotestamentowy Kohelet: Vanitas vanitatum et omnia vanitas – Marność nad marnościami i wszystko marność (Koh 1,2). Ludzie widzą się w glorii tronów i pałaców, przedstawiani w marmurze i mosiądzu, wieńczeni boskim nimbem, a dla autora Rozmyślań są jak bezrozumne, młode szczenięta, bawiące się ze sobą, hulające nawet w obliczu niebezpieczeństw. Albo jak dzieci wchodzące na kruchy lód i uśmiechające się do siebie, będące ledwie sekundy od katastrofy i wpadnięcia w lodowatą toń – jak dzieci przekomarzające się ze sobą, raz to śmiejące się, raz płaczące, nie rozumiejące niczego, co się wokół nich dzieje. Uświadomienie sobie, że synonimem ludzkiego życia jest vanitas, to warunek wstępny szczęścia chwilowego, a więc takiego, które widzi swoją wyjątkowość i stara się wydobyć z niego jak najwięcej treści. Cóż cię więc jeszcze – pyta filozof – tu wstrzymuje jeżeli to, coś postrzegalne, jest zmienne i nietrwałe, a zmysły ciemne i złudne? Jeżeli nawet sama duszyczka – to opar krwi? Jeżeli sława wśród takich ludzi – to marność? (Ks. V, 33) Widząc tyle zbrodni i mordów, odbierając życie wrogom, skazując na śmierć chrześcijan, cesarz ten lekceważy też swoją wielkość i ustawia się w jednym szeregu z tymi, których od dawna już nie ma. Wątpi w prawdziwość doznań zmysłowych, w sławę i nieśmiertelność duszy, a wszystko ustawia w perspektywie vanitas, wszystko ukazuje jako względne i potrzebujące ludzkiego wysiłku, by ogień życia palił się jakiś czas, a potem w naturalny sposób zgasł.

Pieter Claesz, Vanitas

Pieter Claesz, Vanitas

Tylko myślenie, tylko filozofowanie da człowiekowi satysfakcję, tylko działanie i nie oglądanie się za siebie, pozwoli dojść do etapowych celów. Egzystencja ludzka zamyka się w kilku, kilkunastu, albo kilkudziesięciu obiegach planety wokół słońca, nazywanych latami, a potem pamięć po niej może przetrwać tak długo jak farba na nagrobku oprze się ekstremalnym warunkom atmosferycznym. Czasem pomnik zniszczą wrogowie, innym razem skradną go kamieniarze i przerobią na inny, z nowym imieniem i nazwiskiem, albo wyrodna córka pochowa w grobie ojca swojego kochanka i skaże rodzica na wieczne zapomnienie. To jest okrucieństwo ludzkie, które Marek Aureliusz wpisuje w kosmiczną zasadę entropii, powolnego rozmywania się materii i energii pośród lodowatej pustki: Wszechświata przyczyna – to potok rwący; wszystko unosi. Jak marne są te istotki ludzkie, te, które zajmują się sprawami społecznymi i – jak sądzą – postępują filozoficznie! Jak bez znaczenia! A więc, człowiecze: czyń to, czego w tej chwili wymaga natura. Gdy ci to dane, dąż naprzód, a nie oglądaj się na to, czy ktoś o tym będzie wiedział. Nie spodziewaj się nadejścia Rzeczypospolitej Platońskiej. Lecz bądź zadowolony, jeżeli choć krok robisz najmniejszy. I tego bądź przekonania, że w tym wypadku nic nie jest małe. Któż może zmienić zasady ludzkie? A bez zmian zasad czegóż innego można się spodziewać, jak nie służalczej niewoli ludzi, którzy jęczą, a z pozoru cię słuchają? (Ks. IX, 29) Głęboka mądrość, jaka pojawia się w Rozmyślaniach, ma swoje źródło w filozofii greckiej, ale też jest samoistna, wynikająca z doświadczeń autora, jego pozycji w społeczeństwie rzymskim i określonej hierarchii wartości. Sam czując się małym „człowieczkiem”, choć może na chwilę wyniesionym na sam szczyt, filozof przygotowuje się do wielkiej kosmicznej podróży w nieistnienie, biegu ku zatarciu śladów po nim, ale przecież – paradoksalnie – w słowach i refleksjach, w czystej filozofii i stoicyzmie, buduje sobie pomnik najtrwalszy, który przetrwa tysiąclecia. Zdumiewające są tutaj potwierdzenia współczesnej nauki, w obrębie których mieści się funkcjonalnie ów potok rwący i nasza znikomość. Galaktyki stale od siebie uciekają, a czas jest ruchem, nieustannym podążaniem do jakiegoś celu finalnego, do jakiegoś, z góry założonego, zwieńczenia i zarazem rozsypania się w proch. Dobry dzień dzisiaj mi się przydarzył – zgodnie z tym co mówi Marek Aureliusz – spędziłem go w orbicie jego myśli, wiele przemyślałem, choć vanitas cały czas wdzierała się mojego świata. Z jej perspektywy nie miałem już mózgu i serca, a tylko zimna, lodowata czaszka świeciła pośród mroku i rozsypane kości leżały w bezładzie przy niej. Vanitas vanitatum et omnia vanitas…

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XII)

Lord_Frederick_Leighton_FLL016

Sir Frederic Leighton – autoportret

Sir Frederic Leighton (1830–1896) należy do tych fascynujących postaci dziewiętnastowiecznego malarstwa i rzeźby, które wywarły ogromny wpływ na sztukę realistyczną epoki wiktoriańskiej i mimetyzm następnego stulecia. Przyjaźniący się z Ingresem, Delacroix, Corotem i Milletem, stał się też wzorem dla takich twórców jak Alma-Tadema, Rudolf Ernst, Albert Joseph Moore, Edward Poynter, dla niektórych prerafaelitów i dwudziestowiecznych hiperrealistów. Na jego płótnach – jak u malarzy wskazanych wyżej – znajdziemy sceny rodzajowe, historyczne, mitologiczne, a także zdumiewające kompozycje symboliczne. Urodzony w bogatej londyńskiej rodzinie miał doskonałe warunki do tego, by się kształcić, a gdy tylko ujawnił swoje niezwykłe uzdolnienia, został wysłany do Włoch i Niemiec, gdzie studiował malarstwo i rzeźbę, a potem jeszcze ugruntował swoje metody i nastawienie realistyczne w Paryżu, obcując z największymi malarzami epoki.Prowadząc przykładne życie, nie wzbudzał niezdrowych emocji, a raczej piął się coraz bardziej w hierarchii angielskiego społeczeństwa, zostając w końcu prezydentem Royal Academy i zyskując tytuł baroneta. Zmarł co prawda w dzień po nadaniu tej godności, w wieku zaledwie sześćdziesięciu sześciu lat, ale i tak pozostawił ogromny dorobek, który stawał się niejednokrotnie podstawą obszernych studiów i był prezentowany w wielu muzeach, upowszechniany w formie albumów i osobnych reprodukcji. Tak Leighton pojawił się w świadomości kilku pokoleń, a stając się ilustracją dla opracowań krytycznoliterackich i historycznych z czasów starożytnych, znakomicie wpłynął na rozumienie odległych wydarzeń. Jego malarstwo i rzeźba przyczyniły się do fascynacji antykiem w epoce modernizmu i lat pomiędzy światowymi wojnami. W swoim barwnym życiu robił też karierę w wojsku i obdarzony został stopniem pułkownika specjalnej grupy twórców, angażujących się ochotniczo w walki. Podczas pogrzebu, 3 lutego 1896 roku, jego ciało zostało odprowadzone z honorami wojskowymi do słynnego memoriału londyńskiego – katedry pod wezwaniem św. Pawła, gdzie spoczęło obok polityków, artystów i poetów, postaci zasłużonych dla wysp brytyjskich i całego świata.

111

Jednym z najsłynniejszych obrazów Leightona jest Jaskrawy czerwiec (Flaming June), w którym artysta w symboliczny sposób ukazał sen tajemniczej nimfy, pośród nostalgicznych krajobrazów śródziemnomorskich, w tle charakterystycznej roślinności i refleksów świetlnych na spokojnej toni. Mamy tutaj do czynienia z motywem znanym z obrazów Giorgione’a i Tycjana, a modelką była prawdopodobnie słynna aktorka angielska Dorothy Dene, w której malarz podobno był zakochany, ale ogromna różnica wieku wykluczała w tamtych czasach związek małżeński. Nie brakuje wszakże głosów, które optują za tym, że na obrazie malarz uwiecznił słynna divę operetkową – Mary Lloyd, choć podobieństwo jest dyskusyjne. Mówiono o Dene, że pod koniec dziewiętnastego wieku była najpiękniejszą kobietą Anglii, komentowano też żywo jej udane tourne po Ameryce, gdzie występowała na scenach Nowego Jorku i była obiektem westchnień wielu mężczyzn. Miała włosy o złocistym odcieniu, wspaniałą sylwetkę z dość długimi rękoma, ciekawy rysunek twarzy i fiołkowe oczy. Trudno się dziwić, że malarze zabiegali o nią, jako modelkę, uwieczniając ją na wielu płótnach, przyoblekając przy tym w nimb tajemniczości i tęsknoty za pięknem najczystszym. Dama ta niewiele przeżyła Leightona, bo zmarła na zapalenie otrzewnej, zaledwie trzy lata po jego śmierci, będąc kobietą czterdziestoletnią, przed którą było jeszcze wiele życiowych ról do wypełnienia. Kimkolwiek by nie była owa istota, sportretowana przez malarza, stworzył on czytelny symbol sennej egzystencji i obezwładniającej mocy śmierci. Niemoc powoduje, że ciało jego nereidy leży bezwolnie na szkarłatnej materii, a tylko usztywniona stopa zapobiega zsunięciu się na ziemię. Włosy ułożyły się swobodnie na boku, ręce są powyginane i leżą bez czucia, a całość sylwetki okrywa pomarańczowa, muślinowa materia, przez którą wyraźnie prześwitują kształtne uda, pośladek i jędrna skóra. Gdzieś tam, w dalekim tle, jest oświetlone słońcem morze, po bokach turkusowe, a w środku złote, dalej jakieś skaliste wyspy i różowiejący przestwór nieba. Kobieta opiera się o białą, marmurową ławę – charakterystyczny element obrazów akademickich, ukazujących zdarzenia z czasów starożytnych – a z prawej strony wyraźnie rysują się, wystające zza kamiennych elementów czerwone kwiaty i liście oleandra. To wskazanie, że sen bywa jak trucizna (roślina ta jest trująca) i pogrąża ludzi w takiej samej niemocy, jak zażycie narkotyku. W głębszej warstwie symbolicznej chodzi o śmierć, którą unaocznia też jaskrawość pomarańczowego okrycia, będąca rodzajem muzycznego kontrapunktu. Choć kolor pomarańczowy kojarzy się nam z opadającymi liśćmi i dojrzewającymi owocami, to jego symbolika jest szersza, przypisana ziemi i słońcu, a w systemie religii hinduistycznych i buddyzmu łączy się z ogniem, który wywołuje głęboką, wewnętrzną przemianę, oraz pozbycie się ziemskich pragnień. Śpiąca nimfa, leżąc bez czucia, obezwładniona przez sen, tę chwilową śmierć i przypomina rzymską boginię Junonę, od imienia której wziął swoją nazwę szósty miesiąc gregoriańskiego kalendarza.

Lord_Frederick_Leighton_FLL010

Pośród ogromnej spuścizny malarskiej Leightona i wielu bardzo skomplikowanych, wielkoformatowych obrazów, znajdziemy nieco klasycznych, mniejszych portretów, które warte są refleksji. Oto przedstawienie bliżej nieokreślonej blondynki z włoskim tytułem – Biondyna – z 1879 roku. Zachwyca ono swoją prostotą i dbałością o oddanie na płótnie delikatności, subtelności i zwiewności dziewczęcej urody. Dziewczynka ma trzynaście, a może piętnaście lat, włosy nosi starannie upięte do tyłu, z zadziornie uwolnionymi kosmykami, tuż nad czołem i lewą skronią. Wszystkie elementy jej sylwetki i twarzy tchną młodością; a więc delikatna, gładka skóra, łabędzia szyja, wyraziste brwi i rzęsy, subtelny nosek i pełne, różowe usta, nad cudownie ukształtowaną bródką. Ale najwyrazistsze są ogromne, piękne oczy, w których odbija się światło i znać w nich rodzaj zrozumienia, statycznej powagi, niezbędnej dla właściwego jej sportretowania. Jest prawdopodobnie wieśniaczką, na co wskazuje charakterystyczny strój, który spotkać można było w dziewiętnastym stuleciu od Anglii, przez Francję i Hiszpanię, aż do Włoch. To biała suknia, na którą dziewczę narzuciło kubraczek, przytrzymywany na miejscu dzięki finezyjnie zawiązanym tasiemkom. Piersi się jeszcze u niej nie wykształciły, co powoduje, że jest aseksualna, choć jakże cudowna w swojej skromności i kruchym pięknie. Nie jest to uroda zjawiskowa, wampiryczna i oszałamiająca, raczej harmonijna, składająca się z fascynujących elementów, które natura połączyła w jednię. Z  niej dopiero może wyrosnąć piękność szokująca mężczyzn, ona dopiero może przekształcić się w wampa, choć jest już bardzo blisko tego momentu, utrzymuje jakże wymowną powagę. Łatwo sobie ją wyobrazimy, gdy nabierze krągłości, ufarbuje włosy, założy złocistą lub amarantową suknię, a oprawę oczu umaluje barwnymi cieniami i czarnym tuszem. Na razie znajduje się w dziwnym punkcie, pomiędzy dzieciństwem a dorosłością, między zabawą lalką, a tuleniem do piersi żywego dziecka. Malarzowi udało się ukazać jej lekkość i krasę, świeżość i odwagę w trudnej sytuacji, gdy dorosły mężczyzna odwzorowuje ją na płótnie. Urodziła się w jakimś miejscu Europy, zapewne w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, przeżyła swoje pierwsze lata, weszła w wiek młodzieńczy i wtedy spotkał ją ten, który miał zatrzymać w czasie proces starzenia się i utraty piękna, ten, który miał ocalić dla następnych pokoleń jej wyjątkowość – chwilę, która miała się nie skończyć. Jakże to wspaniałe, że rodziły się i stale przychodzą na świat tak wykwintnie ukształtowane istoty, jakie to przerażające, że takie byty musiały potem stawać do konfrontacji z okrucieństwem ludzkim, z gwałtami i zbrodniami, wojnami i z wielkimi zawirowaniami dziejowymi. Będąc sama istotą kruchości i zwiewności, musiały przeistaczać się w twarde matki i żony, ale jakże też często stawały się ofiarami swoich czasów. Na obrazie Frederica Leightona dziewczynka o jasnych włosach będzie bezpieczna aż po kres czasu, a nawet jak skruszeje płótno i zabiegi konserwatorskie okażą się płonne, na zawsze pozostanie, multiplikowana w elektronicznej sieci, której w swoim realnym życiu nie mogła nawet sobie wyobrazić.

Leighton_Lord_Frederick_Girl-horz

Angielski realista namalował też dwa razy młodszą dziewczynkę o nieco innym charakterze urody, jakby bardziej kruchą, w wieku dziesięciu lat, a może ośmiu, trudno to jednoznacznie określić, bo dziecko uczesane jest jak dorosła kobieta. Jej cienkie włosy zawiązane zostały w rodzaj koka, a na czoło spada długa, zawadiacka grzywka. Mamy tutaj dwa ujęcia – od tyłu, z twarzą ukazaną z lewego profilu i z przodu, z tą samą częścią głowy. Pierwszy obraz nosi tytuł najprostszy z możliwych – Girl – a drugi sugeruje, że mamy do czynienia z dziewczynką o germańskim imieniu Gulnihal. Obrazy powstały około 1886 roku, a ta sama modelka pojawia się jeszcze na kilku płótnach, specjalnie upozowana i ubrana, na przykład jako Letty. Jedno z teł jest czarne, a drugie brązowe, z elementami światła po lewej stronie, co w obu przypadkach powoduje, że namalowana postać wysuwa się na plan pierwszy, jakby została oświetlona reflektorem punktowym. Raz ma na sobie białą bluzkę (lub sukienkę) z koronkowym kołnierzykiem, a za drugim razem ukazana została w powiewnej, może jedwabnej, a może atłasowej narzutce w kolorze łososiowym. Do tego ma na sobie ciemną suknię, a w okolicach piersi widać fragment czerwonej bielizny, z białą koronką. Wszystko tutaj zdaje się być oczywiste, czyste, wypielęgnowane, elementy stroju i kształt sylwetki nie wzbudzają większego zainteresowania, natomiast całą uwagę przykuwa twarz dziecka, jakże kształtna i subtelna, wskazująca na to, że jest to istota, z której wyrośnie kiedyś piękna kobieta. Oba portrety wpisują się w ciąg przedstawień różnych typów żeńskiego piękna, które powstawały w różnych okresach życia lorda Leightona, a potem przyozdabiane były w specjalnie ramy, ze smakiem dobierane i zamawiane u zaufanych stolarzy. W ostatnich latach na całym świecie powstało wiele firm oferujących niezwykle dokładnie wykonane reprodukcje, oddające nawet fakturę obrazów, które można zamawiać do ozdobienia różnorakich wnętrz. Kobiece portrety tego malarza mają ogromne wzięcie i często wykorzystywane są przy aranżacjach wykwintnych salonów, żeńskich sypialni i gabinetów do pracy. Ludzi nieodmiennie zachwyca lekkość i delikatność tych przedstawień, jakby wydobycie najpiękniejszych cech ludzkich z modeli i wskazanie, że należymy do gatunku, który oprócz morderców i tyranów, wydawał też takie prawdziwe cuda. Krytycy sztuki akademickiej twierdzą, że obrazy takich twórców jak Leighton są zbyt wyidealizowane, upozowane i sztuczne, choć za każdym razem muszą przyznać, że artyście udało się oddać nastrój chwili i jej pulsowanie prawdziwym życiem. Trudno się dziwić, że tyle odznaczeń i honorów spłynęło u końca życia na tego realistę, wszak jego sztuka to artyzm niepowtarzalny, wielkość objawiająca się w obrębie umiejętności manualnych i wiedzy o odległych czasach, to prawdziwie natchnione dzieło ludzkiego geniuszu.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XVIII)

Czytam o szmaragdach w Historii naturalnej Pliniusza Starszego i przy okazji zbieram informacje z dostępnych mi encyklopedii, leksykonów i książek mineralogicznych. To jeden z rodzajów berylu, minerału z grupy krzemianów, którego nazwa w języku greckim (smaragdos) i łacińskim (smaragdus) znaczy po prostu zielony. Jeśli kamień zawiera inkluzje gazowe, ciekłe lub mineralne (kalcyt, piryt, biotyt, talk, dolomit, fuksyt, apatyt, aktynolit) albo jakieś inne nieregularne struktury, zyskuje wyższą cenę, a najdroższe są ponoć kolumbijskie odmiany trapiche. W przekroju tego południowoamerykańskiego krzemianu wyodrębnimy sześcioramienną gwiazdę, co w połączeniu ze złotem, srebrem lub platyną daje niezwykłe efekty jubilerskie. Występuje praktycznie na całym świecie, pojawiający się w metamorficznych łupkach mikowych i przeobrażonych wapieniach, a także w żyłach granitów oraz w piaskach i żwirach. Od dawien dawna kamień ten ceniony był jako element ozdobny w różnego rodzaju biżuteriach, a szczególną rangę zyskał w Egipcie i w Persji, w krajach arabskich, a także u Majów, Azteków i Inków. Iluż to wspaniałych wojowników, rycerzy, poszukiwaczy skarbów, wyruszało w niebezpieczną podróż by przywieźć najpiękniejszy szmaragd swojej królowej, żonie, ukochanej? Ile krwi przelano by zdobyć cenną biżuterię, ukraść odwieczny skarb albo ukryć go gdzieś w tajemnym miejscu. To nie przypadek, że jeden z piękniejszych i najbardziej niebezpiecznych węży amazońskiej dżungli ma taki właśnie kolor i nieprzypadkowo zjawiskową barwę wód przy tropikalnych wyspach określa się tworząc przymiotnik od nazwy szmaragdu. Jest w tych kamieniach coś łagodnego, a zarazem coś najprawdziwszego i najgłębszego w swoim wyrazie, jakby młoda zieleń wiosenna została utrwalona na zawsze w niezwykłym berylu. W dawnych czasach nie posiadano tak rozległej wiedzy mineralogicznej jak dzisiaj, a jednak zdawano sobie sprawę z niezwykłości tego tworu natury, wyznaczając mu miejsce pośród tak drogocennych kamieni jak diament, rubin, szafir i kojarząc z najcenniejszymi metalami. Teraz, kiedy wiemy już jak powstają te kamienie, na nawet potrafimy je „naprawiać” w gorącym oleju i tworzyć syntetycznie ogromne bryły, niczego nie stracił ze swej wartości i piękna.

Pliniusz miał ogromną wiedzę na temat natury, mechanizmów groźnych zjawisk w przyrodzie, a także powstawania metali, skał i minerałów. Szeroko rozwodził się na temat budowli i monumentów, powstałych z określonych materiałów, przywożonych często z dalekich krajów, albo wydobywanych z poświęceniem życia. Po szkle i bursztynie, przyznawał zielonym kamieniom kolejne miejsce w hierarchii piękna i użyteczności: Trzecie miejsce przyznaje się powszechnie szmaragdom, i to z wielu powodów, przede wszystkim jednak ze względu na kolor, bo sprawia tyle przyjemności, co żaden inny. Przecież na zieloną trawę, na gałęzie patrzymy bardzo chętnie, na szmaragdy zaś z lubością tym większą, że w porównaniu z nimi nie istnieje nic w ogóle bardziej zielonego. Poza tym one jedne spośród drogich kamieni napełniają sobą oczy nie sprawiając przy tym uczucia przesytu. Nawet jeżeli wzrok wysilony w jakikolwiek inny sposób ulegnie zmęczeniu, widok szmaragdu przynosi mu odprężenie; dla grawerów kamieni szmaragdy właśnie stanowią najmilszą ulgę dla oczu, tak przez swą łagodną zieloność działają orzeźwiająco w znużeniu. Prócz tego z pewnej odległości lepiej się uwydatniają dzięki temu, że rzucają dookoła siebie barwny odblask. Starożytny autor zwraca uwagę przede wszystkim na właściwości dekoracyjne i wizualne zielonych kamieni, dając im trochę naiwnie więcej wagi, niż rzeczywiście mają. Ta wielka euforia jest wszakże zrozumiała i wiąże się przede wszystkim z wartością wyrobów ze szmaragdów, trudno wszakże określić co jest najbardziej zielone na świecie. Trzeba by najpierw stworzyć określoną gamę zieleni, umieszczając na niej różne odcienie i walory, od bladej, prawie żółtej barwy, do najintensywniejszej, jaka na przykład pojawia się na liściach fikusów czy na skórze owoców avocado. Rację ma jednak myśliciel gdy mówi o kojącym charakterze barwy szmaragdowej, choć może to wynikać także z określonej energii, jaka związana jest z tym minerałem. O ile krwawy rubin może pojawić się w pierścieniu lub diademie noszonym przez znamienitego mężczyznę, o tyle szmaragd jest raczej przypisany kobietom i podkreśla ich urodę. Przez wiele lat wiązano wizerunek pięknej Elizabeth Taylor z jej słynnym naszyjnikiem wykonanym przez firmę Bulgari, tak że z czasem ów kamień zaczął aktorkę symbolizować i dookreślać, a wiązany dodatkowo z kolorem jej oczu stawał się rodzajem najwartościowszego talizmanu.

Pliniusz zachwyca się szmaragdami, wskazuje ich właściwości, ale też podaje nieco informacji, które można dzisiaj poddać w wątpliwość, szczególnie jeśli chodzi o twardość, bo znacznie twardsze, według specjalnej skali niemieckiego mineraloga Friedricha Mohsa, są topaz, korund i diament. Nie ulegają zmianom – pisze o szmaragdach – ani pod wpływem słońca, ani cienia, ani sztucznego światła – zawsze promieniują łagodnie i pozwalają na siebie patrzeć. W całej swej grubości łatwo dają się przejrzeć na wylot, a taka przezroczystość, nawet wody, sprawia oczom przyjemność. Często nadaje się szmaragdom kształt wklęsły, żeby skupiały promienie. Dlatego też ludzie zgodnie oszczędzają szmaragdy i nie pozwalają ich grawerować. Choć jeśli chodzi o gatunki scytyjskie i egipskie, to twardość ich jest tak wielka, że nawet nie dadzą się zadrasnąć. Te zaś kamienie, które mają większe rozmiary, odbijają przedmioty zupełnie tak jak zwierciadło. Cesarz Nero oglądał w szmaragdzie walki gladiatorów. Widać jak wielką rangę miały te kamienie już w czasach starożytnych, jak ceremonialnie obchodzono się z nimi, jak przydawano im dodatkowej wartości i mocy. Ten Neron, nie przykładający wagi do życia i śmierci gladiatorów i oglądający ich walki w lustrze wykonanym ze szmaragdu, mieści się w obrębie tego, co przekazali nam rzymscy historycy o jednym z największych morderców i ekscentryków w dziejach ludzkości. Zapewne największą wartość miał zielony minerał w krainach nizinnych, gdzie nie występował w naturze  – przywożony z górzystych krain Persji, z Egiptu, Indii i Chin, stawał się monetą przetargową przy wielkich transakcjach, a oprawiony w złoto lub srebro stawał się ozdobą lennych darów i hołdów składanych największym tego świata. Jego zieleń symbolizowała odwieczne odradzanie się życia, podkreślała powtarzalność pór roku i kosmiczny wymiar istnienia na planecie. Kto miał władzę, podkreślał ją obnosząc się ze swoim bogactwem, prezentując złote korony, diademy, bransolety i brosze, dzierżąc w dłoniach berła bogato nabijane barwnymi kamieniami. Dlatego szmaragdy pojawiały się w tylu światowych insygniach, zdobiły czoła królów i cesarzy, pojawiały się na piersiach królowych i dam dworu, stawały się czytelnym znakiem mocy i wielkości, określonego miejsca w strukturze społecznej i ważnej rangi w historii. I choć stroili się w nie najczęściej starcy i wiekowe matrony, to najpiękniej komponowały się z młodością i urodą kobiet i dziewcząt ze znaczących rodów – istot tak samo jak one kruchych i delikatnych, znaczących tyle ile wyrażały swym wizerunkiem, powabem i barwą.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XVII)

Wezuwiusz widziany z Pompejów

Czytam Historię naturalną Gajusza Pliniusza Secundusa, zwanego Starszym i wyławiam z niej wiele interesujących opisów, przypuszczeń, hipotez z czasów rzymskich. Urodził się u zarania dziejów, w dwudziestym trzecim roku po Chrystusie, co przez wiele lat określano jako początek naszej ery. Był jednym z pierwszych prawdziwych naukowców i swoją ciekawość świata przypłacił śmiercią w miejscowości Stabie, gdy w siedemdziesiątym dziewiątym roku popłynął ratować ludzi po wybuchu Wezuwiusza. Wieloletni prokurator cesarza Wespazjana w prowincjach europejskich i zamorskich – w Hiszpanii, Germanii, Galii i w Afryce. Spiesząc z pomocą ofiarom erupcji wulkanu, jako dowódca eskadry rzymskich okrętów i jako naukowiec badający pierwotne zjawiska, znalazł śmierć w chmurach pyłów piroklastycznych, a jej okoliczności znamy z listów kierowanych do Tacyta przez jego adoptowanego bratanka – Pliniusza Młodszego. Dwa ważne dzieła historyczne jego znamienitego wuja przepadły w mrokach czasu, ale dowiadujemy się o nich z opracowań innych autorów – na szczęście pozostał monument pracowitości, pierwsze studium o zakroju encyklopedycznym – Historia naturalna w trzydziestu siedmiu księgach. Znajdziemy w nich ogrom wiedzy na temat botaniki, fizjologii, medycyny i magii, mineralogii i kosmologii, a także sporo przywołań ludzi, opisy wydarzeń i niewyjaśnionych faktów. Choć Pliniusz obficie korzystał z dostępnych mu źródeł, jego największe dzieło jest integralnym osiągnięciem pisarskim, kompendium wiedzy, która wywarła ogromny wpływ na badania dziejów rzymskich i na poglądy nowożytnych historyków. Pociągający imaginacyjnie jest ów obraz byłego prokuratora płynącego na dziobie okrętu i wpatrującego się w ogromne obłoki wulkaniczne, rozbudowujące się nad Wezuwiuszem, a potem umykającego na otwarte morze i znajdującego okrutną śmierć na łonie natury, która tak go interesowała i stale inspirowała.

Studiując dział Historii naturalnej dotyczący mineralogii, zatrzymuję się przy części dziewiętnastej, poświęconej bursztynowi. Powszechnie wiadomo jak wielką wagę przykładali Rzymianie do tego żółtego kamienia, sprowadzanego znad Morza Północnego i Bałtyku (sukcynit), a potem wprawianego w najpiękniejsze diademy, brosze, pierścienie i kolczyki. Wierzono, że zatrzymała się w nim energia słońca i najbardziej ceniono żółtą odmianę, poszukując takich egzemplarzy, w których utrwalone zostały na wieki inkluzje owadów, roślin i niewielkich jaszczurek. Dla Pliniusza zimne wody na północy Europy były Oceanem Północnym, owianym aurą tajemniczości i grozy z powodu okrucieństwa mieszkujących nad jego brzegami ludów germańskich. Wartość bursztynu rosła też z powodu trudności i ryzyka, z jakimi mieli do czynienia podróżni na tych ziemiach. Wielu nie wracało, a zdarzało się często, że chęć posiadania jantaru i szybkiego wzbogacenia się w Rzymie, opłacana była wielkimi ranami, trwałymi okaleczeniami i urazem psychicznym do końca życia. Pliniusz poprawnie ustala pochodzenie i sposób powstawania tego kamienia: Tworzy go sok wyciekający z drzew z gatunku sosny, podobnie jak guma wycieka z wiśni, a żywica z sosny. Wytryska stamtąd w wyniku nadmiaru płynu, gęstnieje pod wpływem zimna albo czasu, albo też wody morskiej, kiedy na wiosnę wzburzone fale zmywają je z wysp. W każdym razie wyrzucony przez fale na brzeg okazuje się niesłychanie lotny, tak że zdaje się w wodzie wisieć, a na dnie nie osiada. Już nasi przodkowie byli przekonani, że to sok [sucus] drzewa, dlatego nazwali go bursztynem [supinum]. Że to produkt drzewa z gatunku sosny, wskazuje na to zarówno zapach odczuwany przy roztarciu, jak i to, że zapalony płonie jak smolna pochodnia, jasnym płomieniem. (Historia naturalna, przeł. I. i T. Zawadzcy, Warszawa 2004, t. II, Rozdz. IX, 19) Pliniusz przytacza też ludowe przekonanie, że bursztyn ma właściwości lecznicze, a szczególnie chroni przed chorobami gardła i migdałków. Z tego powodu wiele osób w czasach rzymskich nosiło go przy sobie, czy to jako uzdrawiający talizman, czy jako niezwykle wykwintną ozdobę. Podobno jeden z ekwitów czasów Nerona, odbył udana wyprawę do odległej Germanii, zawarł liczne transakcje handlowe i przywiózł do Rzymu ogromne ilości cennego minerału. Największy z nich ważył trzynaście rzymskich funtów (libra albo pondus), co w przeliczeniu na nasze miary daje około cztery kilogramy i dwieście gramów. Zważywszy, iż największy kiedykolwiek znaleziony bursztyn waży ponad piętnaście kilogramów, to nie była to wcale duża bryła.

Jantar występuje na wszystkich kontynentach, co Pliniusz odnotowuje, podając nieco wiadomości o indyjskich żółtych kamieniach. Trochę przy tym puszcza wodze fantazji, bo twierdzi, że do Kapadocji przywożą bursztyny w skamieniałej korze sosnowej, a potem obrabiają je, gotując je w tłuszczu karmiącej świni. Nie wiadomo czym różni się smalec wieprzowy tego zwierzęcia przed poczęciem potomstwa od tłuszczu z samicy po urodzeniu prosiaków, ale przekonanie takie musiało być żywe w pierwszym stuleciu po Chrystusie, skoro Pliniusz tak poważnie mówi o nim. Rzymianie chętnie tworzyli tego rodzaju opowieści, a jedna z nich insynuuje, że bursztyn powstaje z moczu rysia (lyncurium) – nie dowiemy się jednak w jaki sposób ów mocz kamienieje i zamienia się w piękny minerał, ale tego rodzaju famy często pojawiały się w dziełach – nawet największych – filozofów i historyków. Tutaj, w pracy wieloletniego prokuratora znajdziemy też sporo wiadomości wiarygodnych i nawet dzisiaj użytecznych: Gatunków bursztynów jest wiele. Z tych białe odznaczają się wspaniałym zapachem. Ale ani te, ani woskowe nie są specjalnie cenne. Więcej wzięcia mają żółte. Z tych znów bardziej cenione są przezroczyste, chyba, że zanadto błyszczą: podoba się w nich podobieństwo do ognia, nie sam ogień. Najwięcej wychwala się falerneńskie, nazwane tak od barw wina, przezroczyste, ale w miarę. Są i takie, które przyjemnego, spokojnego koloru nabierają przez wygotowanie w miodzie. A i to także należy podać do wiadomości, że choć dają się farbować na każdy sposób, najłatwiej udaje się to za pomocą łoju koziego i korzenia mioduszki farbierskiej, a nawet purpurą ślimaków można je zabarwić. Poza tym potarte palcami, nabierają przez to ożywczego ciepła i przyciągają do siebie skrawki słomy, suche liście oraz włókna, tak jak magnes przyciąga żelazo. Opiłki bursztynu, z dodatkiem oliwy, palą się jaśniej i dłużej niż olej lniany. (Historia naturalna, tamże.) Te właściwości fizyczne bursztynu spowodowały, że Grecy nazwali go elektronem, choć nie potrafili sensownie uzasadnić przyciągania kawałków celulozy. Był to dla nich rodzaj magii, niewidzialnego działania bogów, ale jednak ich ciekawa onomastyka przetrwała i w czasach nowożytnych weszła do nazwy elektryczności. Jaką wartość miał dla starożytnych Rzymian jantar z Północnego Oceanu świadczy ostatnie zdanie w części mineralogicznego wykładu Pliniusza, choć trochę wieje od niego grozą: Cena jego jako przedmiotu zbytku jest tak wysoka, że nawet niewielka statuetka ludzka droższa jest niż człowiek żywy i zdrowy. Domyślać się możemy, że tak niska cena życia człowieka, przynajmniej w kategoriach naszej współczesności, nie była wynalazkiem tego historyka, a raczej wiązała się z brakiem poszanowania istoty ludzkiej w tym czasie. Za parę sestercji wynająć można było wtedy płatnego zabójcę, za jednego denara każdy legionista szedł dziarsko wykonać egzekucję, za niewielką bryłkę bursztynu bestialsko odbierano życie niewinnym ludziom, wierzącym w jego uzdrawiającą moc.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: