ADAMEK KONTRA GRANT

Gdzie dzisiaj są tacy bokserzy jak Cassius Clay?

Nie spałem prawie całą noc, oglądając galę boksu zawodowego i czekając na walkę Tomasza Adamka z Michaelem Grantem. Szkoda było mojego snu, bo ci bokserzy wagi ciężkiej zafundowali kibicom mierne widowisko. Ogromny Grant zachowywał się jakby nie potrafił myśleć, bezwolnie podążając za Polakiem, a ten z kolei prezentował boks gorszy od dawnej polskiej ligi pięściarskiej. Adamek zapowiada, że będzie dalej trenował i powalczy z Ukraińcem Kliczką o tytuł mistrza świata. Nawet gdyby mu się to udało, to po co Polakom taki wymęczony mistrz, reprezentujący tak marny poziom. Zero finezji i sprytu, nie mówiąc już o wściekłości, która powinna pojawiać się po takich ciosach, jak ów prawy, który prawie powalił naszego zawodnika na deski. Obaj panowie kąsali się lekko, łazili za sobą i czasem komicznie padali na siebie. Więcej ikry mieli moi młodzieńczy przeciwnicy, z którymi walczyłem na ringu Zawiszy, więcej myślenia strategicznego zobaczyć można, gdy biją się dwaj chuligani. Nie mogłem się pozbyć wrażenia, że ta walka – tak jak wcześniej pojedynek Adamka z Gołotą – to wielka ściema, jakiś wyższy układ, wszak panowie robili wszystko, by się nie znokautować. Jak może tak wielki, ciężki facet, solidnie zbudowany Murzyn, dać się pokonać mniejszemu, lżejszemu i wyraźnie przestraszonemu Polakowi? Starczyło raz się porządnie wkurzyć i rozniósłby tego Adamka w drobny pył. On jednak chodził, jakby był na treningu i walczył ze swoim  cieniem. Z kolei nasz pięściarz nie miał żadnego pomysłu jak rozegrać tę walkę, trafiał przypadkowo, z małą siłą, jakby osłabiło go coś przed pojedynkiem, albo jakby miał jakieś problemy żołądkowe. Dobrze, że pospałem jeszcze kilka godzin po tym komicznym i bezsensownym boksie. Przyśniło mi się, że stanąłem na ringu, naprzeciw jednego takiego paralityka, który od wielu lat skacze mi do oczu i wykorzystuje swoją pozycję w moim miejscu pracy. Ten cherlawy pająk naprzeciw mnie? Pomyślałem i nie zastanawiając się dłużej strzeliłem z prawej, poprawiłem lewą i koleś wyleciał przez liny jak z katapulty…

MUNDIAL – FINAŁ

Skończył się południowoafrykański Mundial. I dobrze… Widziałem większość meczy, a to ogromna strata czasu. Po brzydkiej kopaninie Hiszpania wymęczyła mistrzostwo świata. To było jedno z najmniej interesujących spotkań, z wieloma żółtymi kartkami i jedną czerwoną. Futbol bez finezji i myśli strategicznej, ale wszystko tłumaczą emocje i chęć sięgnięcia po złoty puchar. Dla mnie najlepszą drużyną tego turnieju była Ghana, najlepszym zawodnikiem w polu – Messi, a na bramce, Casillas. O dziwo najlepiej sędziował znienawidzony w Polsce Howard Webb. Wuwuzele ucichły, jabulani zatrzymała się, a ptak,który siedział na bramce lata gdzieś pośród przestrzeni najdalej wysuniętego na południe afrykańskiego kraju.  Kim będę i co będę robił za cztery lata, w roku 2014, podczas kolejnego Mundialu, który odbędzie się w Brazylii. To szmat czasu, ale też ledwie chwilka, która będzie bardzo ważna dla moich prac i przedsięwzięć literackich, dla całego życia. Teraz zaczyna się mój wielki mecz…

JABULANI I WUWUZELE

Z wielkim zapałem i prawdziwą przyjemnością oglądam kolejne mecze południowoafrykańskiego Mundialu. Skończyła się faza eliminacji i teraz zespoły grają w systemie pucharowym, co powoduje, że spotkania są ciekawsze i mają więcej piłkarskiej dramaturgii. Jak zwykle, interesuję się też otoczką kulturową i charakterystycznymi elementami, rzeczami, emblematami i znakami związanymi z tym globalnym wydarzeniem. Na żadnych, z dotychczas rozegranych mistrzostw, tyle zainteresowania nie wzbudzała sama piłka. Tutaj – za sprawą jabulani – mamy do czynienia z prawdziwą lawiną komentarzy, sądów, oświadczeń itp. Słowo to pochodzi z języka zulu i oznacza świętowanie, a przedmiot ten został zaprojektowany i wykonany przez firmę Adidas. Piłka składa się z ośmiu zszywek, profilowanych trójwymiarowo i pomalowanych w jedenaście barw, które mają symbolizować liczbę piłkarzy w drużynie oraz liczbę języków używanych w RPA. Według zapewnień producenta piłka ta jest idealnie okrągła i najdokładniej wykonana w całej historii futbolu. Niestety wielu piłkarzy i trenerów krytykuje właściwości jabulani, twierdząc, że jest za szybka, nieprzewidywalna, zrobiona na bardzo niskim poziomie. Szczególnie wiele krytycznych uwag formułują szkoleniowcy i zawodnicy przegranych drużyn, co jest zrozumiałe, choć przecież nieco niepoważne. Wszyscy wszakże grają tą samą piłką i wielu udaje się strzelić piękne gole, popisywać się robinsonadami, żonglować i „kiwać” przeciwnika na granicy ludzkich możliwości. Drugim przedmiotem (celowo nie wprowadzam tutaj nadużywanego słowa: gadżetem) jest afrykańska trąbka wuwuzela, w którą dmą w RPA tysiące gardeł. Ich dźwięk jest tak przenikliwy i głośny, że niektóre stacje telewizyjne wprowadziły specjalne filtry, nie dopuszczające go do odbiorników. Wielu kibiców macha tym produktem, manifestuje nim swoją radość lub niezadowolenie i z zapałem produkuje coraz to dziwniejsze dźwięki. A mają one swoja moc, bo sięgają stu trzydziestu decybeli, czyli są tak głośne jak piła tarczowa lub silnik małego motocykla. Wuwuzele stają się przebojem handlowym na całym świecie i zapewne po tym Mundialu staną się nieodzownym elementem na wielu trybunach boisk piłkarskich. Dla mnie wszakże najpiękniejszym i najbardziej egzotycznym emblematem tych mistrzostw świata będzie afrykański ptak, który usiadł na bramce podczas meczu Anglii z Algierią i spokojnie, przez jakiś czas, obserwował widowisko. Musiały oszołomić go wuwuzele, a spłoszyła go dopiero kopnięta z dużą mocą jabulani

MUNDIAL 2010

W Republice Południowej Afryki zaczął się kolejny Mundial i zauważam jak zmieniło się moje nastawienie do piłki nożnej. Kiedyś byłem zapalonym kibicem i przeżywałem wielkie emocje przed ekranem telewizora lub na koronach stadionów. Teraz podchodzę do meczy w inny sposób, szukam finezji, przyglądam się zachowaniom piłkarzy, fascynuję się strategią drużyn. O ile moje zainteresowanie footballem klubowym spadło niemal do zera, to z przyjemnością zasiadam do oglądania meczy międzypaństwowych. Przez wiele lat byłem czynnym piłkarzem, przede wszystkim na bramce, ale też i w polu – brałem udział w turniejach drużyn podwórkowych, a potem chodziłem na treningi do bydgoskiej „Polonii” i krótko do „Zawiszy”. Moimi trenerami byli Jan Góral i Marian Norkowski, który często krzyczał do mnie: „Lebioda, ty klarnecie!!!”. Nie wiem dlaczego upodobał sobie ten instrument, ale gdy puszczałem bramkę, potrafił się srogo rozedrzeć. Zapamiętałem go jako fajnego człowieka, skromnego i pragnącego przekazać swoje umiejętności trenerskie młodzieży. Teraz przypominam sobie też jego „wypalenie” i zapewne zawiedzenie z powodu tego, co przyszło mu robić. W bydgoskiej Gwardii grał razem z bratem Henrykiem i strzelił 91 bramek, co nie uszło uwadze polskich szkoleniowców. Sześciokrotnie był reprezentantem Polski i pojechał na Olimpiadę do Rzymu (1960) i w tym samym roku został też królem strzelców ekstraklasy. Nie trafił w swoje czasy, zakończył karierę, trochę działał w Bydgoskim Okręgowym Związku Piłki Nożnej, a potem przez kilka lat pracował w mojej uczelni jako portier. Zmarł cichutko w 2001 roku i jak wiele dawnych wielkich gwiazd piłkarskich powoli popada w zapomnienie. W naszych czasach, ze swoim talentem i umiejętnościami, byłby krezusem i znalazłby wiele życiowych zajęć na emeryturze. Dawnego trenera przypomina mi stale moja koleżanka z Wydziału Humanistycznego – doktor Ola – jego synowa, niegdyś moja studentka, a teraz pracowniczka naukowa, zajmująca się przede wszystkim literaturą Oświecenia. Sporo mojego potu wciekło w trawniki „Polonii” Bydgoszcz i wiele razy zdarłem łokcie i kolana na twardym gruncie bocznych boisk. Ale to był święty czas…

Lionel Messi

Przypominają mi się też wcześniejsze lata, gdy całe dnie spędzałem na boiskach szkolnych. Obecnie bramkarze mają wspaniałe, markowe rękawice, a ja zakładałem po prostu zimowe, skórzane, które szybko ulegały degradacji. Ale broniłem z wielką brawurą, rzucałem się do słupków, popisywałem się odważnymi wyjściami ku pędzącym na bramkę napastnikom. Wiele zdarzeń boiskowych pozostało w mojej pamięci, szczególnie tych groźnych: gruby Grzesiu paskudnie łamie nogę i kości pojawiają się na zewnątrz, Zenek z Jarów uderza brzuchem w słup z metalowym zaczepem do siatki, a Piotr z ulicy Waryńskiego traci nagle przytomność i zostaje odwieziony karetką do szpitala. Pamiętam też sporo akcji, strzałów i szczególnie dużo udanych robinsonad lub wybić piłki. Iluż tam grało wspaniałych napastników i obrońców, ruchliwych pomocników i bramkarzy. Krzysiu Balcer, Piotr Myszka, Jurek Kowalski, Marek Fojut, Marek Bajkowski, Marek Maślanka i wielu, wielu innych. Był też czas grania na małe bramki (ze „smoków” do zabaw dziecinnych) – przybiegał wtedy z Gałczyńskiego 4 taki Jacek (co się z nim dzieje?) i cięliśmy mecz za meczem. Czasem dochodził Stefek Brygman, który w przyszłości miał popełnić samobójstwo, innym razem koledzy, których życie, po latach, zakończyło się na torach kolejowych, na sznurze, w więzieniach. Szkoda, opłakuję ich dzisiaj, bo to byli naprawdę wartościowi gracze, którzy – gdyby ich właściwie poprowadzić – mogliby zawojować świat. No ale niestety, było im pisane wypić wiele kufli piwa, opróżnić wiele kieliszków z wódką, a w końcu znaleźć miejsce na cmentarzach, tuż przy boiskach, gdzie tyle razy biegaliśmy, krzyczeliśmy z radości po strzelonych golach i czuliśmy się wspaniale. Przypominam sobie, po całodziennych piłkarskich bojach te smakowite kolacje, jedzone wieczorem, po kąpieli, a potem lektury książek w małym pokoiku i sen najzdrowszy ze zdrowych. Ani się nie obejrzałem jak urosłem i trafiłem pod skrzydła trenerów profesjonalnych drużyn. Moim idolem był wtedy Jan Tomaszewski i podpatrywałem go podczas ważnych meczy naszej reprezentacji. Nie da się opisać tego, co przeżywałem oglądając spotkanie z Anglią na Wembley, a potem wiele pojedynków kadry Kazimierza Górskiego, Jacka Gmocha i Antoniego Piechniczka.

Teraz – jak już powiedziałem – mam inne podejście do piłki nożnej i śledzę przede wszystkim poczynania moich ulubionych piłkarzy. Uwielbiam patrzeć jak mieszają na boisku pochodzący z Polski, ale reprezentujący Niemcy, Mirosław Klose i Łukasz Podolski, mam też swoich ulubionych piłkarzy egzotycznych – Samuel Eto z Kamerunu, John Mensah z Ghany, czy Keisuke Honda z Japonii. Najbardziej jednak ekscytuję się grą Argentyńczyka włoskiego pochodzenia – Lionela Messiego. Od czasów Pelégo nie było piłkarza, który by grał z taką finezją, z takim wyczuciem piłki i boiska. I to jego kosmiczne przyspieszenie, inteligentne ustawianie się na pozycjach i kierowanie rozwojem akcji. Ten chłopak ma cudowną technikę i wnosi tyle ożywienia do gry, że z jednej strony przypomina Maradonę z najlepszych dni, a ze strony drugiej Platiniego czy Rossiego. Oby tylko kontuzje go omijały, to na pewno stanie się jedną z najjaśniejszych gwiazd w historii całego footballu. Już mówi się o nim, że jest najlepszym piłkarzem świata, a kolejne mecze tylko potwierdzają wspaniałą formę tego zawodnika. W czasach moich meczy szkolnych, czy podwórkowych też obserwowałem wiele błyskotliwych zagrań, czasem wręcz na miarę Messiego. Ale naszym idolem był wtedy król Footballu Edson Arantes do Nascimento Pelé, George Best, Gerd Müller, Włodzimierz Lubański, a  potem inni nasi kadrowicze: Kazimierz Deyna, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Robert Gadocha, Marek Kusto, Henryk Miłoszewicz czy Zbigniew Boniek (z Bydgoszczy). Ja przede wszystkim przyglądałem się grze bramkarzy i najwyżej ceniłem wspomnianego już Tomaszewskiego, ale fascynowałem się też grą Lwa Jaszyna, Seppa Maiera, , naszego Józefa Młynarczyka i Zygmunta Kukli. W czasach studenckich trenowałem przede wszystkim pod opieką Waldemara Koryckiego bieg na 400 metrów. To był zabójczy dystans, z głodem tlenowym już po pierwszych stu metrach. Może z tego powodu pod koniec studiów przeniosłem się do sekcji piłkarskiej i znowu stanąłem pomiędzy słupkami. Pojechałem z kadrą uczelni na mistrzostwa szkół wyższych do Częstochowy i miałem tam sporo udanych interwencji. Omal wszystko nie skończyło się tragicznie, bo przy jednym wyjściu na pole bramkowe, napastnik pomylił moją głowę z piłką i z ogromnym zamachem kopnął mnie w twarz. Na szczęście zrobił to podbiciem stopy i uderzenia jakoś zostało zamortyzowane, wszystko wszakże wyglądało makabrycznie i obie drużyny wbiegły na murawę. Z niedowierzaniem patrzyli jak wstałem, otrzepałem się, trochę poruszałem obolałą szczęką i grałem dalej. No dobra, idę oglądać następny mecz…

KUBICA – REAKTYWACJA

Zaczął się nowy sezon wyścigów Formuły 1 i Robert Kubica pokazał się w nowych barwach na torze w Bahrajnie. Będę oglądał wszystkie wyścigi, a może też uda mi się jeden, dwa zaliczyć na żywo. Wczoraj zasiadłem też przed telewizorem i śledziłem przebieg pierwszego starcia. Niestety – mimo zmiany barw – nic się nie zmienia… Polski kierowca jakby się nie rozwija, stale lokuje się gdzieś w środku, albo pod koniec stawki. Jestem wielkim fanem tego młodzieńca, ale boję się, że jego nastawienie do sportu jest niewłaściwe. On stale mówi, że wszystko przebiegło znakomicie, a on zrobił to, co się dało. Tymczasem inni młodzi kierowcy, z którymi udanie ścigał się w innej formule, zostali mistrzami świata, stają stale na podium. Hamilton jest już wielką indywidualnością, Vettel także, Alonso nie do doścignięcia… tylko Kubica stoi w miejscu… Niby dyrektorzy techniczni są z niego zadowoleni, niby go chwalą, ale wciąż coś stoi na przeszkodzie, a to jakieś awarie, a to ktoś w niego wjedzie, innym razem opony są złe, zawieszenie, dziury w torze itd. Może się mylę, ale nie widzę tej młodzieńczej pasji, jaką prezentował ten mężczyzna na początku swojej drogi. Potrafił na starcie wystrzelić jak strzała do przodu, świetnie wyprzedzał w walce i rozwijał ogromne szybkości. Teraz – szczególnie w wywiadach – prezentuje postawę najlepszego kierowcy, któremu wszyscy przeszkadzają. Nigdy nie denerwują go porażki, wszakże zrobił, co się dało… A w tym czasie Vettel ma pole position, Hamilton staje na podium, Rosberg jest w czołówce, nie mówiąc już o zaprzyjaźnionym z naszym kierowcą Alonso… Może się mylę… Może Kubica jeszcze się obudzi… Na razie prezentuje postawę zadowolenia z marnych wyników. No bo kogo zachwyci to, że wyprzedził Buemi’ego lub Pedro de la Rosę…? Zadaniem kierowcy wyścigowego, a szczególnie tak utalentowanego, są kolejne wygrane, dobrze punktowane miejsca w pierwszej trójce i na końcu sezonu wielka radość… Inna sprawa, że władze Fédération Internationale de l’Automobile (FIA) też mogłyby sobie odpuścić te ciągłe innowacje. Teraz zabroniono tankowania w czasie wyścigu, co spowodowało, że samochody na początku ruszają się jak ciężarne krowy. Zawsze coś ciekawego działo się  podczas tych tankowań, zawsze wzmagała się dramaturgia. Także zwężenie przednich opon w bolidach nie było dobrym pomysłem, skoro nawet taki mistrz jak Schumacher ma kłopoty z utrzymaniem samochodu w torze jazdy. Teraz jest tak, że po ustawieniu się samochodów w ciągu wyścigowym, praktycznie niewiele się dzieje…   Może się mylę, ale chciałbym oglądać zapierające dech w piersiach widowisko, a nie bolidy jadące jak po sznurku… Pewnie się mylę… Może jednak Kubica i jego koledzy zafundują nam w tym sezonie prawdziwe sportowe przeżycia…

GOŁOTA I ADAMEK

Pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia (jak to pompatycznie brzmi, ale niestety taka jest prawda – wiek dwudziesty zamknął się bezpowrotnie!) chodziłem do klubu Zawisza Bydgoszcz, na treningi bokserskie. Jaką wtedy miałem krzepę i jak intensywnie ćwiczyłem dobrą formę ze skakanką, obijałem worki treningowe i nadmuchiwane, skórzane gruszki. Staczałem też liczne pojedynki z różnymi osiłkami, lała się czasem krew i często wracałem do domu z opuchlizną wokół oczu, nosa i ust. Z tamtego czasu pochodzą różne fanaberie na temat moich „bandyckich” występów, ale wcale się nie dziwie różnym, a licznym, pierdołowatym plotkarzom. Ktokolwiek zobaczył mnie wtedy, tak zbudowanego i tak poobijanego, musiał mnie zaklasyfikować do półświatka. A to przecież była normalna rzecz w środowisku pięściarskim i jakby znak firmowy dobrych treningów. Owszem sporo poznałem kolegów, którzy po zajęciach w klubie, szli na ulice i wszczynali bójki, bo jak twierdzili, najlepszą szkołą boksu jest takie przygodne mordobicie. Wielu z nich, po krótkiej karierze, po spektakularnych sukcesach, stoczyło się życiowo i czasem spotykam ich w więzieniach, podczas warsztatów artystycznych lub literackich – innych widuję na mieście, często pijanych lub brudnych, proszących o parę groszy. Pamiętają mnie i wciąż nie mogą mi darować, że taki jestem „porządny”, ale niestety nie mogę im o sobie za wiele opowiadać i lepiej, żeby myśleli, iż tak się dobrze prowadzę. Zresztą, czym jest to ich „porządne życie”, przecież każdy z nas ma jakieś swoje mroczne korytarze, każdy coś ukrywa, a nade wszystko coś robi w tajemnicy. Umiejętności zdobyte na ringu, procentowały potem na kąpieliskach, gdzie bywałem przez wiele lat ratownikiem. Czasem jakiś chuligan, jakiś grubas przekonany o swoich talentach do bijatyki lub po prostu zapijaczony jegomość, wymagali szybkiej akcji i często potem nie potrafili sobie przypomnieć co się stało. Przypomniały mi się moje treningi bokserskie i potem dalsze zajęcia, w sekcji karate, gdy wczoraj oglądałem walkę Andrzeja Gołoty z Tomaszem Adamkiem. Kto tylko trochę otarł się o boks, od razu wiedział, że chodzi tutaj jedynie o wielkie pieniądze. Nie wolno dopuszczać do pojedynków tak różnych wagowo pięściarzy, a przy tym mających tak odmienne podejście do boksu. Nigdy nie przepadałem za tym Adamkiem i większość jego walk, wymęczonych, przekombinowanych, nie robiła na mnie wrażenia. Natomiast wielokrotnie fascynował mnie Gołota, który obił paru ciężkich Murzynów i parę razy zapisał się w historii występów komediowych (np. gdy uciekał przed Tysonem lub dostawał lanie w pierwszych sekundach walk). Nie zapomnę jednak jego wspaniałych pojedynków i zawsze będę do nich wracał z euforią, a także z myślami o moich występach między linami i niespełnionym marzeniu o bokserskim mistrzostwie. Wczoraj wieczorem zasiadłem do oglądania gali boksu zawodowego i odchodziłem od telewizora z niesmakiem. W amerykańskich czy niemieckich imprezach tego typu, też chodzi o pieniądze, ale ważne jest widowisko, danie widzom atrakcyjnego spektaklu, w zamian za  zapłatę za drogie bilety. Tutaj Gołota o numer większy, z solidnie już rysującym się brzuchem, nieprzygotowany do walki, wyraźnie źle czujący się podczas tego happeningu, został znokautowany przez Adamka. Wyglądało to wszystko dziwacznie, młodszy bokser jakoś nie chciał uderzyć kolegi, a gdy wreszcie trochę się rozbujał, było już po walce. Żenada i kompromitacja, marny show, daleki od prawdziwej szermierki na pięści. O wiele ciekawsze, pełne pasji i poświęcenia były pojedynki pięściarzy, którzy wcześniej pojawiali się w ringu. Ani Adamkowi to zwycięstwo nie przyniesie splendoru, ani Gołota niczego nowego nie wniósł do swego wizerunku – Żenada i kompromitacja, marny show…  

KUBICA DRUGI W BRAZYLII

800px-Robert_Kubica_2008_Canada

Wspaniały wyścig Roberta Kubicy. Tym razem młodzieńcy i nieco starsi panowie, ścigali się na torze Interlagos w Sao Paulo, w Brazylii. Wczorajsze kwalifikacje odbyły się w strugach deszczu, ale dzisiejsze zawody rozegrano przy pięknej, słonecznej pogodzie. Polski kierowca przez cały czas jechał równym, szybkim tempem i zameldował się na mecie na drugim miejscu. Wyścig obfitował w liczne kolizje i karambole, awarie i uszkodzenia bolidów. Strach się przyznać, ale najbardziej lubię w Formule I te momenty, gdy dochodzi do kraks, gdy ktoś wypada z toru, albo kończy jazdę przed czasem. Delektuję się strategią zespołów, cieszy mnie solidna jazda naszego rodaka, ale czuję adrenalinę, gdy zawodnicy się wyprzedzają, albo w chwilach dramatycznych, gdy sypią się na tor lub na jego obrzeża fragmenty pojazdów. Drżę wtedy o kierowców i stale w pamięci mam dramatyczny wypadek Kubicy w Montrealu, ale jakoś dziwnie fascynuję się zderzeniami i walnięciami w sterty starych opon. Co się może wydarzyć na torze, pokazał wyścig w Budapeszcie, gdy sprężyna z bolidu Barrichello uderzyła w kask Massy. Gdyby nie ta porządna ochrona, nie byłoby go już wśród żywych. Z radością patrzyłem dzisiaj, jak ten sympatyczny kierowca, pokazywał się w padoku swojego zespołu i potem, machał czarno-białą flagą przed oczyma zwycięzców. Dzisiaj poznaliśmy też mistrza świata, którym został w tym roku Janson Button. Może następny rok będzie lepszy dla Kubicy, który zmienił zespół i widać, że jest wyraźnie odprężony. Ma wielki talent i może w przyszłym sezonie powalczyć o tytuł mistrzowski – jeśli wszystko dobrze pójdzie, ten zaszczyt, wcześniej czy później go spotka.

TRYNIDAD I TOBAGO

Nasi piłkarscy emeryci wygrali z San Marino: dwa do zera. Na samym początku zespół przeciwników nie strzelił bramki z rzutu karnego. Mecz przypominał okolicznościowe spotkanie dziennikarzy z księżmi lub aktorów z piosenkarzami, może reprezentacji strażników z więźniami. Każdy biegał, gdzie mu się podobało, kopał piłkę gdzie popadło, a nasz dumny holenderski trener robił poważne miny i analizował poczynania swoich podopiecznych. Pytanie za pięć złotych: jaki kraj zatrudnia trenera, który niczego nie osiągnął z reprezentacją Trynidadu i Tobago? Jaki kraj nie zwalnia trenera, który niczego nie wywalczył na Mistrzostwach Europy?

WYCIECZKA

Pojechałem z Olą na wycieczkę rowerową do Ostromecka. Szybko dojechaliśmy do mostu fordońskiego i pomknęliśmy dalej. Przed nami rozpostarła się wspaniała panorama zakręcającej Wisły i pięknych chmur, rozbudowujących się nad brzegami. Ich dynamika i niezwykłe połączenia barw, od podświetlonej bieli do błękitu i dramatycznego granatu, wskazują że jesień nadchodzi już szybkimi krokami. Przez pola i lasy dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia i podziwialiśmy prace remontowe przy fasadzie pałacu Alvenslebenów. Muszę kiedyś napisać szerzej o tym miejscu, bo wiążą się z nim mrożące krew w żyłach historie. Ta rodzina wydała jednego z największych zbrodniarzy hitlerowskich,  Bubiego von Alvenslebena, generała SS – odpowiedzialnego między innymi za zbrodnie na Pomorzu, w Rosji i na Ukrainie. Po wojnie ukrywał się w Argentynie i tam spokojnie umarł w 1970 roku. Dzisiaj w pełnym blasku, po dokonanej odnowie, pałac tego starego niemieckiego rodu lśnił jak nowiutka bombonierka. Usiedliśmy na ławce i przyglądaliśmy się otoczeniu. Świeciło słońce, latały muchy, osy i szerszenie, a w pobliskich stawach kumkały żaby. Po jakimś czasie wsiedliśmy na rowery i z powrotem podążyliśmy do domu. W połowie drogi stanęliśmy w szczerym polu, gdzie była uprawa kukurydzy. Dla zabawy, weszliśmy pomiędzy wysokie rośliny i odłamaliśmy jedną dużą kolbę. Ja po drodze oczywiście zerkałem na ptaki i zauważyłem kilka ciekawych gatunków. Nad Wisłą było sporo dużych mew, rybitw i kaczek krzyżówek, zdaję się, że na piaszczystej łasze siedziały też jakieś siewki. W lesie i w parku ostromeckim słyszałem sporo znajomych głosów, a z bliska zobaczyłem sójkę i baraszkujące w zeschłych liściach kasztanowca sikory modre, nieco mniejsze od bogatek i mające na głowach niebieskie „czapeczki”, w białym otoczeniu. Przy polu kukurydzy latało sporo szpaków, jaskółek i pięknie lądował na wysokim krzaku trznadel. Wniosłem rowery na most i szybko pojechaliśmy do domu, bo Ola bardzo zgłodniała.

FINAŁ EURO

Myślałem, że Niemcy poradzą sobie z Hiszpanią w finale, bo to jest drużyna, która potrafi się mobilizować na wielkie wydarzenia.  No, ale tym razem byli stremowani, bezbarwni i popełniali sporo błędów. Kompletnie zwiedli Klose i Podolski, których nie było praktycznie widać, a wpuszczeni później inni napastnicy, także niczego nie wnieśli do gry. Ballack chyba rzeczywiście odczuwał skutki kontuzji, bo nie potrafił w swoim stylu dyrygować grą. W przekroju całego turnieju Niemcy nie zachwycili, a gdyby przeciwnicy byli lepsi, odpadliby szybciej z gry. Natomiast Hiszpania miała dynamiczna drużynę, która jednakże nie zaprezentowała futbolu finezyjnego, takiego jaki ogląda się na boiskach zespołów klubowych. Jeśli miałbym wskazać najlepszy zespół, to jednak byłbym za Holandią, która niestety potknęła się i nie przeszła dalej, ale prezentowała piłkę nożną na najwyższym światowym poziomie. Dobrze, że Euro sie skończyło, bo czeka sporo pracy, a zbliżające się mecze ogromnie mnie dekoncentrowały. Dzisiaj też zapowiada się mój ważny dzień, bo odbieram Złoty Krzyż Zasługi RP – takie chwile niezwykle mobilizują mnie do walki.

Newer entries »

%d blogerów lubi to: