ALEJA KLONÓW (7)

Paul Desire Trouillebert (ok. 1882)

Często wtedy śniła mi się piękna Żydówka Pola Rozenfeld, która mieszkała w sąsiedniej oficynie z Jakubem, jej zgarbionym, zarośniętym mężem, zajmującym się wyrobem srebrnej i złotej biżuterii. Nosiła wielkie kolczyki i była tak nieziemsko piękna, że jak na nią patrzyłem, czułem niewyobrażalną rozkosz i łzy same zaczynały mi płynąć z oczu. Czarne, gęste włosy upinała zwykle w kok, ale też czasem rozpuszczała je, gdy  wychodziła na podwórko zdjąć pranie, ubrana tylko w białą, kretonową koszulę nocną. Gdy unosiła stopy i sięgała wysoko po klamerki, odsłaniała posągowe łydki, piękne kolana i część szczupłych ud, a z obszernego dekoltu wysuwały się duże, kształtne piersi. Raz nawet ukazała się ciemna brodawka, otoczona brązowym kołem i serce na chwile mi stanęło. Zauważyłem też, że przy drugim oknie stoi mój ojciec i badawczo przygląda się Poli, a ona, jakby go zauważając, szczególnie szeroko rozstawia uda, nachyla się, opinając koszulę na pośladkach i niby niedbałym ruchem, przesuwa piersi z prawej strony do lewej. W moich oczach był ogień, ale miedzy źrenicami mojego taty pulsowała rozżarzona lawa. Jakub widocznie zauważył przez okno niedbały strój żony, bo ze złością zawołał:

– Pola, wracaj szybko do domu…

Kobieta zdjęła ostatnią koszulę z linki, nachyliła się do przodu i obie piersi raz jeszcze wylały się jej przez wycięcie w okryciu. Uniosła wiklinowy kosz, na którym składała wysuszone rzeczy, odwróciła się, jakby czegoś szukała za sobą, ukazując raz jeszcze opięte płótnem pośladki i wreszcie wyprostowała się, spojrzała w okno, za którym stał mój ojciec i uśmiechając się promiennie do niego, ruszyła do domu. W nocy, we śnie byłem w jej ramionach, rozsuwałem delikatnie piersi, gładziłem malutkimi rękoma uda, wczepiałem się we włosy. Pociłem się przy tym strasznie i krzyczałem przez sen, przerzucałem ciało z boku w bok, wierciłem się w miejscu. Byłem dzieckiem, a moje sny były lubieżne, jakbym już miał wielkie doświadczenie w miłości i kochał się z wieloma kobietami.

Rano mama wysłała mnie z pustą szklanką do mieszkania Jakuba i Poli, bym pożyczył od nich trochę mąki, bo zabrakło jej w naszej kuchni. Otworzył mi ten straszny brodacz i patrząc badawczo czarnymi oczyma, poprowadził mnie do kuchni. Usiadłem na krześle przy stole i patrzyłem na sprzęty oraz na pojemniki z niemieckimi określeniami tego, co się w nich znajduje. Moja uwagę przyciągały też białe, płócienne makatki, z hebrajskimi napisami, porozwieszane w kilku punktach tego pomieszczenia. Po chwili weszła Pola, z rozpuszczonymi włosami i w różowej, kaszmirowej, przejrzystej bluzce, na którą narzuciła czarną atłasową podomkę. Jej zapach, wzmocniony różanymi perfumami, momentalnie rozszedł się po całej kuchni. Stanęła przy mnie, wsunęła rękę w moje włosy i zaczęła je przeczesywać palcami raz za razem, a ja dosłownie straciłem oddech i poczułem, że serce wali mi w piersiach jak młotem. Zacząłem bezwiednie łkać, a ona myśląc, że się jej boję, przyciągnęła moją głowę do siebie i natychmiast poczułem subtelną miękkość jej biustu. Żar rozlał mi się w całym ciele i oddałem mu się, jakbym zasypiał, zapadał się w przepaść i ginął w niej bezpowrotnie. Pola puściła mnie po chwili, podeszła do kamionkowego naczynia z napisem Mehl, podstawiła szklankę i wsypała do niej sporo mąki. Uklepała delikatnie dłonią wystający poza krawędź stożek i podeszła do mnie, stawiając szklankę na stole. Sięgnęła też do metalowego, pięknie ozdobionego pudełka, wyciągnęła z niego czekoladową pralinę i wsunęła mi ją do ust. Stanęła teraz za mną, przycisnęła się do mnie brzuchem i znowu zaczęła rozczesywać palcami moje włosy. Choć miała trzydzieści lat, nie urodziła jeszcze żadnego dziecka i ludzie mieszkający przy Alei Klonów szeptali, że jej mąż jest bezpłodny, albo, że na ich małżeństwie ciąży straszliwa klątwa.

– Twój tata potrafi robić piękne dzieci… – nieoczekiwanie powiedziała i z przerażeniem zobaczyłem łzy w jej oczach.

Nie wiedziałem co powiedzieć, więc spojrzałem na makatkę z dziwnymi napisami i zapytałem, co one znaczą. Przez chwilę nie odpowiadała, jakbym wyrywał ją z jakichś pięknych, gdzieś daleko biegających myśli, aż wreszcie szepnęła, najpierw po hebrajsku, a potem po polsku:

– אשת חיל מי ימצא … kobietę dzielną któż znajdzie?

Wystraszyłem się jej łez i tego co powiedziała, bo przypomniałem sobie, że mój dziadek powiedział mi kiedyś, że na żydowskich grobach są różne napisy. Właśnie to zdanie zapamiętałem w jakiś szczególny sposób i nie rozumiałem, dlaczego było ono też na makatce w kuchni Poli. Moja mama czekała na mąkę i gdy ją wreszcie przyniosłem, popatrzyła na mnie badawczo i zapytała:

– Coś tam tak długo robił u tej latawicy…?

Nie odpowiedziałem i szybko pobiegłem do pokoju bawić się klockami, ustawiać plastykowe żołnierzyki w pozycji bojowej i przemieszczać drewniany samochód w tę i z powrotem po parapecie okna. Mama przygotowywała obiad na dwa dni, bo wieczorem musiała iść na nockę, do fabryki puszek, w której pracowała. Ojca nie było w domu, bo pojechał autobusem po ludzi kończących pracę w zakładach rowerowych i po ich dostarczeniu do centrum miasta, miał wrócić dopiero za jakiś czas. Zobaczyłem przez okno, że Jakub Rozenfeld wychodzi z domu z niewielką walizeczką, a Pola daje mu w drzwiach jakieś zawiniątko i ściska jego ręce na pożegnanie. Ucałował ją w czoło, coś powiedział i nagle pogroził jej palcem, wskazał na nasz dom, a ona spuściła wzrok, odwróciła się na pięcie i weszła z gracją z powrotem do domu.

Mama, szybciej niż zwykle,  położyła mnie do łóżka, ugrzała pierzynę przy kaflowym piecu i kończyła pracę w kuchni. Potem usiadła przy stole i zaczęła czesać swoje włosy, nakładała cienie na oczy i pomadkę na usta. Martwiło mnie to, że ojca jeszcze nie ma w domu, ale tyle było wrażeń tego dnia, że przycisnąłem tylko porcelankę do podbrzusza i szybko zasnąłem. Nie wiem ile czasu to trwało, ale nagle znalazłem się pośród jakichś spalonych ziem, gdzie w wielu miejscach połyskiwała rozżarzona lawa i sączył się dym. W powietrzu szybowały rozpalone kamienie, a ja chodziłem na boso po popiołach i łkałem, czułem się strasznie, jakby rozgrywała się właśnie wielka dziejowa tragedia. Nagle przeniosło mnie do naszego domu, gdzie stale śpiąc, stanąłem obok szafy i patrzyłem na wielkie łóżko mamy i taty. Obraz zaczął się klarować i spostrzegłem ojca w objęciach Poli, całującego ją i gładzącego obnażone piersi. Przerażenie ścisnęło mi gardło, poczułem nienawiść do ojca, ale nie mogłem nic zrobić i tylko patrzyłem jak zaczęli się wzajemnie rozbierać, cały czas się całując i lgnąc do siebie. Czarna, gęsta kępa włosów, u końca ud Poli, raz po raz pojawiała się i znikała, a w pewnym momencie ojciec przylgnął do niej i zaczął rytmicznie poruszać się i podskakiwać. Ona obejmowała go rękoma na plecach i przesuwała je ku szyi, raz po raz wciskając paznokcie w skórę. Tak kotłowali się, szepcząc coś i sapiąc, aż przewinęli się w jednej chwili dookoła osi i ona znalazła się na nim, przez cały czas rytmicznie podskakując, uderzając rozpuszczonymi włosami w powietrze. Nie rozumiałem o co chodzi i bałem się, że Żydówka zrobi krzywdę mojemu ojcu, ale nie mogłem się ruszyć, byłem jak zamurowany, jakby stale zatrzymywany przez niewidzialną taflę snu. W pewnym momencie Pola i mój ojciec zaczęli głośno krzyczeć, jakby ktoś ich ranił, albo jakby wsadzili dłonie do rozgrzanej magmy, aż równie nagle się rozłączyli, legli obok siebie bez ruchu, a jej dłoń natychmiast powędrowała ku zwieńczeniu ud taty. On znowu przysunął się do niej i zaczęli się całować, wciskając się w siebie, jakby chcieli być jednym ciałem. Usłyszałem jakby syk węża i znowu przeniosło mnie ku popieliskom, głębokim jarom i zobaczyłem, że wisi nade mną jakiś czarny twór, z wielkimi pazurami i z wielkimi skrzydłami, wyrastającymi z tułowia. Wyglądał jak wielki jaszczur z żółtymi ślepiami węża, ale miał dziób drapieżnego ptaka i ział z niego ogniem. Spostrzegł ruch w dole i rzucił się na mnie z wielkim pędem i potwornych rykiem. Zacząłem uciekać i krzyczeć wniebogłosy, a na plecach stale czułem żar podążającego za mną ognia. W tym momencie zacząłem się budzić, przecierać oczy i jak przez mgłę zobaczyłem nagiego ojca, podchodzącego do mojego łóżka. Nie wiem czy mi się zdawało, czy może był to jeszcze sen, ale jakiś przypominający Polę cień, przemknął za nim i po chwili drzwi naszego domu wydały dźwięk, tak jakby ktoś delikatnie je domknął. Ojciec był spocony i miał rozwichrzone włosy, ale czułem też w powietrzu obezwładniający zapach róż. Zauważył, że przyglądam się strużkom potu, spływających po jego owłosionych piersiach i powiedział:

– Ciężka ta noc synku… Mnie też śniły się jakieś koszmary… Połóż się wygodnie i śpij dalej…

Przytuliłem się do poduszki, zacisnąłem prawą dłoń na porcelance i ponownie zasnąłem, niczego nie czując i nie widząc w nowym śnie. Tylko nad ranem zdawało mi się znowu, że Pola jest w łóżku z ojcem, ale było to tak daleko i za tyloma obłokami mgły, że nie mogłem niczego uchwycić, na niczym się skupić. Rano otworzyłem oczy i zobaczyłem ojca śpiącego w objęciach mamy, która nie wiadomo kiedy wróciła z fabryki. Jego plecy były odsłonięte i widać na nich było wyraźnie długie, czerwone rysy, jakby potwór z mojego snu zranił go swoimi pazurami.

Reklamy

SEN XXV

Zamknęli go w wąskiej, czarnej skrzyni, a górną deskę przybili grubymi ćwiekami. Gryzł, drapał i szamotał się, a jak wpychali go do środka, ryczał z przerażenia. W środku jego wrzask przybrał barwę burą i przypominał wycie wilka albo kojota. W końcu zamilkł i oprawcy, ubrani w czarne togi, z czerwonymi stożkami na głowach, spojrzeli na siebie wymownie, przysunęli sporych rozmiarów dzwon i zaczęli nim kołysać. Dźwięk na nowo obudził skazanego i zaczął on krzyczeć jeszcze potworniej, ocierał się o ściany skrzyni i próbował się wyswobodzić. Nie mógł jednak niczego zrobić, bo przywiązano go do bocznych haków i prawie nie dano miejsca na jakikolwiek ruch. Przerażenie rozsadzało mu trzewia, a krzyk był potwierdzeniem, że żyje i jeszcze nie wszystko się skończyło. Wyczuł chybotanie i słyszał skrzypienie kół jakiegoś pojazdu, który czasami podskakiwał na kamieniach i wpadał w koleiny miękkiego piachu. Ustawili się w dwa szeregi i mrucząc pogrzebowe pieśni, podążali dostojnie na miejsce kaźni. Odarta ze skóry hiena ciągnęła wóz, raz to unosząc się nad ziemią, raz ledwie dotykając gruntu i śmiejąc się złowieszczo. W dali widać już było nagrobki w kształcie serc i kul, a tuż przy wielkiej piramidzie wykopano grób. Zdjęli ceremonialnie skrzynię, i kołysząc nią to w przód, to w tył, zanieśli na belki położone w poprzek dołu. On krzyczał i lamentował, a czasem cichł i łkał żałośnie, by znowu rozedrzeć się przeraźliwie. Nad kopce świeżej ziemi wzniósł się świetlisty opar, który mógł być duchem albo zjawą, czystą energią lub złą mocą, objawiającą się widzialnie. Zakapturzeni pochylili głowy i śpiewali starą gregoriańską pieśń o walce dobra ze złem, o wiecznej nocy i o nadchodzącym poranku. Twór  obracał się lekko wokół swojej osi i ostrym kolcem, który miał u dołu, dotykał nieheblowanych desek, kreślił na nich znak pięcioramiennej gwiazdy. Jego obrys stale się zmieniał, a na pulsującej powierzchni pojawiały się czarne i brunatne plamy i wyglądało to tak, jakby przechodził kolejne stadia dżumy, a przy tym, jakby też zdrowiał natychmiast. Gdy z ruchliwego kolca zaczęła kapać krew, zabójcy podłożyli liny pod skrzynię, odepchnęli na bok belki i zaczęli spuszczać ją na dno. Gdy już się tam znalazła, szepcząc słowa: damnatioinferno… objęli się za ramiona i pochylili się nad nim. U ich kapturów przystanął świetlisty kształt i sączył krew na deski, kalał czarnym cieniem niewielkie szczeliny między nimi. Skazany był już tylko bezgłośnym krzykiem, bólem w całym ciele i ledwie wyczuwalnym oddechem. Usłyszał jednak jeszcze bryły gliny uderzające o pokrywę i chciał się zerwać, wydostać, uderzyć nogami w deski, ale unieruchomili go sprawnie i nie dali mu najmniejszej szansy. Teraz zsypywali gołymi rękoma ziemię, popychali kamienie, które staczały się do dołu. W końcu zamknęli go całkowicie pod powierzchnią i zaczęli udeptywać ziemię. Nie miał już czym oddychać i powoli tracił świadomość, a pulsujący kształt zawirował w powietrzu, rozpłomienił się jak gwiazda i natychmiast wniknął do jego grobu. Zakapturzeni uformowali dwa szeregi i kołysząc się na boki, rozsypując ziarna siarki na drodze, zaczęli wracać do swoich jaskiń.

SEN XXIV

Coś mi się śniło, ale nie wiem dokładnie co… Coś przygniatało mnie i dręczyło, coś chciało mnie dopaść, uwięzić i mieć na zawsze. W świadomości zostały tylko skrawki mroku i złota, jaskrawej czerwieni i błękitu, niby strzępy szat jakiegoś potężnego władcy. Stał na pewno nade mną i wpatrywał się w moje oniryczne myśli i obrazy. Mógł je kształtować i wpływać na ich intensywność i jednym ruchem dłoni, choć wcale się nie ruszał, potrafił zmazać wszystko. Wtedy napływała biel i czerń, tak pulsujące, tak wyraziste, że aż kaleczące zmysły. Słychać było dźwięk trąb archanielskich i szczęk żelaza, w powietrzu fruwały anielskie skrzydła i kłębiła się gęsta sadza. Czułem, że jestem przykuty do łóżka, jak do stołu operacyjnego, a on dokonuje amputacji części moich wspomnień. Oddala obraz mnicha, w czarnym kapturze, idącego skrajem nadpalonego horyzontu, a przyciąga wizję krwi kapiącej z żywego, bijącego serca. Stale też przywołuje fantomy nagich kobiet, pulsujących pożądaniem piersi i ud, rozchylonych lubieżnie ust. Uciekam z mrocznych piwnic i wracam przez rozległe łąki do jakiejś niewielkiej chaty, położonej wysoko w górach. Naprzeciw wychodzi czarna dama, ubrana w amarantowe tiule i szepcze bezgłośnie słowa łacińskiej modlitwy. Zrywam się jak spłoszony gawron i unoszę się nad ziemią – wnikam  w kleistą maź, a potem strzelam w górę niczym gejzer, opadam na kwiaty milionem krwawych kropli. Jestem i nie ma mnie, idę i eksploduję, słyszę dalekie śpiewy kościelne, smutną pieśń odaliski i mruczenie czarnej pantery. Teraz dobrze widzę jego twarz, kamienną i tajemniczą jak greckie wyobrażenia Aresa, jak nieistniejąca twarz Nike z Samotraki. Zieje mroźnym oddechem i zatacza nade mną koła jak wielkie stada czarnych ptaków. Już cisnął we mnie ognistą włócznię, już wydął usta radośnie, już odniósł nade mną ostatnie zwycięstwo. I tak by było, gdyby krucha amfora snu nie zaczęła pękać a jego świat nie rozpadł się na kawałki.

SEN XXIII

Szedłem przez zielone wzgórza, wspinałem się na łagodne szczyty i patrzyłem dumnie przed siebie. Pokryte trawą przełęcze i hale ciągnęły się w dal, aż do miejsca, gdzie urywały się gwałtownie. Nie widziałem oceanu, ale czułem już jego ożywczy powiew, rozkoszowałem się każdym oddechem. Powietrze pełne było jodu i zdawało mi się, że jest też nasączone turkusem, amarantem i złotem. Każdy oddech dodawał mi sił i niemal czułem jak tlen dociera do najtajniejszych cieśni organizmu. Szedłem dość szybko, omijając omszałe głazy, wskakując na większe, bazaltowe kromlechy, ślizgając się po skalnych gładziach. Czasem złocisty bażant wychylał się z wrzosowisk i z furkotem skrzydeł odlatywał w dal, innym razem zauważyłem rysia skradającego się ku stadom pardw i kuropatw. Na szklanej tafli nieba połyskiwał też wyraziście jastrząb, zataczający wielkie koła i wypatrujący ofiary. Doszedłem na skraj skał i otworzyły się przede mną ogromne przestrzenie granatu, czerni i lazuru, ciemnej zieleni i błękitu, brązu i różu. Słońce lekko spływało za horyzont i okrwawiało jaskrawą czerwienią falującą przestrzeń, odbijało się w głębiach oceanu, przydawało majestatu całej naturze. Gdzieś daleko płynęła samotna rybacka łódź i jej ślad był wyraźny na srebrzystej tafli, jak cięcie mieczem, jak pęknięcie lodowej tafli. Mięli czekać na mnie, ale spóźniłem się i odbili od brzegu, nie mogli też teraz dostrzec mojej postaci, zlewającej się z poszarpanymi zwaliskami. Stałem zmartwiały jak głaz, jak posąg odwiecznej tęsknoty… Każdą cząstką duszy czułem, że ona tam jest, że stoi na rufie i wypatruje mnie ze łzami w oczach. Wszystko było pokryte wieczorną rosą, więc nie mogłem szybko rozpalić ognia, nie mogłam dać im znaku, by zawrócili i wzięli mnie na pokład. Wiedziałem, że rano nadejdą ci, którzy podążali moim śladem od wielu dni, odnajdą mnie szybko pośród skał i nie będą dla mnie mieli litości. Nagle zauważyłem, że łódź zaczęła zataczać koło i szybko zbliżać się z powrotem do brzegu. To ona… pomyślałem. Tylko ona mogła wyczuć moją obecność… myśli jak szalone przemykały przez moją głowę i zacząłem szukać jakiegoś zejścia, łagodniejszego żlebu, którym spuściłbym się na linie. Syreny śpiewały żałośnie jak na pogrzebie najpiękniejszej nimfy, a ja przymocowałem konopny sznur do karłowatej sosny i zacząłem spuszczać się ku kamiennej półce, wystającej nad wodę. W gasnącym świetle połyskiwałem teraz jak rzucona w niebo włócznia i wreszcie spostrzegłem ją na samym dziobie zbliżającej się barki. Jej rozwiane włosy szarpał na wszystkie strony wiatr, a nagie ciało lśniło jakby było z alabastru, z długo polerowanego onyksu. Uniosła lewą rękę w górę i machała do mnie, dawała mi znaki, że widzi mnie i przypływa, tak jak obiecała. Zanim zrzuciłem skórzane odzienie i skoczyłem do oceanu, zauważyłem jeszcze, że za sterem łodzi dumnie pręży się nicość, a na maszcie powiewa przejrzysta jak powietrze flaga ostateczności.

SEN XXII

Poruszyłem się niespokojnie w powietrznym zagłębieniu i z ogromnym zaciekawieniem słuchałem dobiegających skądś słów. Patrzyłem na obrazy, zmieniające się na ekranie. …oliyony  zaliczane są do gromady bezskrzydłych, nigdy nie miały skrzydeł, u niektórych zaś gatunków, zaliczanych do grupy uskrzydlonych, występuje wtórne zjawisko utraty lub uwstecznienia skrzydeł. Przyczyną tego były warunki archaicznego bytowania oliyonów, np. pasożytnictwo (wąchacze, skakacze, szarpacze) lub nieruchomy tryb życia, na przykład samic produkujących olbrzymie ilości jaj (np. timretów i szeptaczy, krótkoskrzydłych i himalaków). Górna strona skrzydeł prymitywniejszych oliyonów, jest tylko niekiedy pokryta pojedynczymi włoskami. Często bywa różnorodnie ubarwiona, a szczególnie piękne są  Himalai, które mają na niej naprzemiennie przecinające się czerwone i zielone parabole. Żywe, lśniące  ubarwienie ich  skrzydeł uwarunkowane jest załamywaniem się fal świetlnych na pokry­wającej te skrzydła warstwie łusek. Odwłok stanowi przednią część ciała oliyonów. Pier­wotnie, w zamierzchłych  czasach  dynastii Pre-oliyon składał się z dwunastu segmentów, lecz u form współczesnych na skutek redukcji, liczba ich zmniejszyła się do dziesięciu albo nawet sześciu. Odwłok zwykle jest pozbawiony nóg… oliyony oddychają za pomocą układu tchawek – rurkowatych przewodów, wypełnio­nych powietrzem i rozgałęzionych po całym ciele. Uchodzą one na zewnątrz powierz­chni w postaci otworów zwanych wibrolukami. Oliyony wyposażone są w specjalne urządzenia, tzw. sakwy powietrzne, które zarówno zmniejszają ciężar ciała, jak i polep­szają jego zdolność aerostatyczną. Sakwy te występują w układzie tchawkowym, bywają najróżniejszego kształtu. Wypełnione powietrzem, są szczególnie przydatne tym oliyonom, które stosują lot ślizgowy lub szybują, wykorzystując prądy powietrza, albo latając na dużych wysokościach. Układ krążenia ogranicza się do rurkowatego, pulsującego serca, umieszczonego na grzbietowej stronie ciała. Do serca dostaje się krew wprost z jamy brzusznej ciała, przez boczne  dysze, a jego skurcze powodują  przepływ życiodajnego płynu od tylnego końca do przodu, gdzie  wylewa się ona do jamy ciała… Marayony, to jedyny żyjący obecnie rodzaj miękkopławów z gromady jednotarczowców. Do niedawna uważano, że gromada ta wymarła pod koniec panowania dynastii Pre-oliyon. Dopiero w Roku Gwiazdy Pulsującej statek badaczy „Olithea” wydobył żywe marayony z głębokości 3570 essów na Oceanie Popiołów, niedaleko brzegów Oliniki. Dwa lata później opisano drugi gatunek. Są to marayony denne – złowione w Wielkim Rowie Popielatym, na głębokości 5720 essów, przez statek „Olipartha”. Marayony przypominają ślizgacza z czapeczkowatą pokrywą o długości około trzech mili­essów. Mają głowę opatrzoną parą płatków skórnych, tzw. żagielków i parą czułków oraz szeroką nogę o prawie kolistej podeszwie. W wyglądzie zewnętrznym uderza obecność pięciu lub sześciu  par skrzel. W budowie wewnętrznej stwierdza się metametryczne ułożenie sześciu par nerek, ośmiu par mięśni wciągaczy i dziesięciu par spoideł nerwowych. Ponadto niepewna jest obecność (hipotezy badaczy nie zostały należycie udokumentowane) dwu par gonad, a w sercu pary komór i dwóch par przedsionków. To zresztą cechy dla miękkopławów nietypowe. Pokrywa marayonów  ma  strukturę  chara­kte­rystyczną  dla  czepiaków… Włączyłem kolejny klawisz i na ekranie pojawiły się dobrze mu znane układy gwiezdne, wykresy i przybliżenia poszczególnych gwiazd. Bez trudu rozpoznawałem układy planetarne i konstelacje gwiezdne. Głos relacjonował teraz fakty i zdarzenia, z którymi miałem do czynienia na co dzień, jedynie jednostki  i układy odnie­sienia były inne od tych, które znałem: We wnętrzu zwykłych gwiazd, gdzie gęstość, chociaż duża, jednak jest wyraźnie mniej­sza o 10 e/ess˛, gaz nie jest zdegenerowany. Tym uzasadnia się zastosowanie zwykłych praw stanu gazowego. W białych karłach średnie, a tym bardziej  centralne gęstości są wyraźnie większe niż 10 e/ess˛. Dlatego zwykłe prawa stanu gazowego nie stosują się do nich. Dla zrozumienia natury białych karłów należy znać własności gazu zdegene­rowanego. Moc promieniowania tych obiektów określana jest przez ich temperaturę (np. tempo reakcji jądrowych zależy od ich temperatury) to możemy wyciągnąć wniosek, że budowa białych karłów nie zależy też od ich mocy promieniowania. W zasadzie biały karzeł może istnieć (czyli  znajdować się w zrównoważonej konfiguracji) tylko w tempe­raturze bliskiej zera absolutnego. Dla białych karłów, w odróżnieniu od zwykłych gwiazd, nie istnieje zależność masa – jasność. Jednak dla tych niezwykłych obiektów istnieje zależność masa – promień… Dużo wiedzą o wszechświecie – pomyślałem, jeśli we śnie można myśleć – mają dobre rozeznanie… Ale dlaczego tak wysoko rozwinięta cywilizacja ucieka się do tego rodzaju metod…? Spojrzałem raz jeszcze na ekran i wsłuchałem się w dobiegający głos: Zjawisko zmienności szczegółów jest unikatową własnością mgławicy Krab. Ani w mgła­wicach planetarnych, ani w rozproszonych niczego podobnego się nie obserwuje. Znając odległość mgławicy od Układu Oliyion i kątowe przemieszczenie detali w ciągu ośmiu lat gwiazdowych, można było wnioskować, że poszczególne części mgławicy poruszają się z prędkością jednej  cząstki ogólnej prędkości światła, czyli z fantastycznie wielką. Ze względu na – jak  się  zdawało – całkowitą absurdalność tego faktu oliyońscy astronomowie nie zajmowali się nim. Natura tych zmian została wyjaśniona gdy wreszcie zrozumiano mechanizm powstawania optycznego promieniowania mgławicy Korab. Jak się okazało znacznie wolniej zmienia się pozycja gazowych włókien mgławicy. Ob­ser­wacje wykonane w odstępie trzydziestu lat gwiazdowych pozwoliły stwierdzić, że cały system włókien rozszerza się i jakby rozpływa się po niebie z dużą prędkością… Niesamowite, skąd oni to wiedzą – pomyślałem – przecież dowiedzie­liśmy się o tym stosunkowo niedawno…? I co ja robię na tej planecie…? W jaki sposób znalazłem się w tym śnie…?

SEN XXI

Dobrze zapamiętałem serię snów z dzieciństwa, w których wspinałem się po drabinach do nieba. Coraz wyżej i wyżej, aż osiągałem jakieś pomosty, ruchome platformy, z których w przerażeniu patrzyłem w dół. Choć byłem coraz dalej od ziemi, widziałem ją dobrze i wyobrażałem sobie co by się stało, gdybym spadł. Strach ściskał mi gardło, ale chwytałem kolejne szczeble, raz to eleganckie, heblowane i polakierowane, innym razem ze zwykłych kawałków grubych gałęzi, powiązanych jutową liną. Pamiętam tamtą chybotliwość i zawieszenie nad przepaściami, a czasem wahadłowe rozbujanie drabin, raz to pojawiających się nad skałami, raz nad oceanem, innym razem nad jakimś monstrualnym miastem. Piąłem się coraz wyżej, bo coś podążało za mną, coś niewidzialnego, ale piekielnie groźnego, przed czym chciałem uciec, schronić się pośród chmur, gdzieś na łąkach niebieskich. Zdarzało się, że zło dopadało mnie u samego wejścia do bezpiecznej przestrzeni, szarpało mnie za nogi i spadałem długo, aż do przebudzenia. Innym razem byłem już na skraju jakieś wielkiej świetlistości, ale nie umiałem się tam utrzymać, ślizgałem się jak po tafli lodowego lustra, a w końcu z powrotem zjeżdżałem do otworu i z krzykiem leciałem w otchłań. Tylko raz stanąłem pewnie i zobaczyłem wielkie, ciepłe światło, zbliżające się do mnie, ale szybko przeniosło mnie we śnie do przestrzeni nad starymi cmentarzami, gdzie wylądowałem lekko, jak ważka na kwiecie ostu. Potem, w czasach młodzieńczych, gdy miałem moją piękną, ale nieobliczalną dziewczynę, śniło mi się, że wchodziłem razem z nią, albo próbowałem ją dogonić, gdy wspinała się przede mną i szybko znikała w dziurze w niebie. Zdarzało się też, że z przerażeniem zauważałem, że źle postawiła nogę na szczeblu i oderwała się od drabiny, a wtedy natychmiast skakałem za nią w dół, kołowałem w locie jak spadochroniarz, próbowałem łapać ją za ręce i chronić przed skutkami upadku. W tych snach był wyraźny podział na przestrzeń mroczną, czarną, pełną grozy i bólu, z której chciałem się wydobyć i tę drugą, świetlistą, piękną, mającą w sobie jakąś niebiańską łagodność. Dlatego spadanie było tak przerażające, generujące poczucie przegrania, bliskiej tragedii i bólu, a nade wszystko niemożności odbycia kolejnej wspinaczki. Coś z tych lęków znalazłem potem w opisach wspinaczy, którzy podążali stromymi ścianami ku najwyższym szczytom górskim. Tragiczne opisy odpadnięcia od grani lub nagłego poślizgnięcia się towarzyszy na stoku i upadku w przepaść, bliskie były temu, co czułem wiele razy we śnie.

SEN XX

Widziałem go dobrze w ciemności. Powiewał jak czerwona, połyskująca płachta i wpatrywał się we mnie uważnie. Jego rogi kreśliły koła w powietrzu i zatrzymywały się na chwilę. Przekłuwał mnie swoją świadomością i trzymał w oddaleniu, jakby za niewidzialną, czarna taflą. Gdzieś daleko, poza pustką, w której byłem, śpiewała tęsknie przepiękna dziewica. Nigdy nie będę twoją kochanką… Jej głos kogoś mi przypominał, a gdy osiągał najwyższe tony Dręczyciel w dali ożywiał się, szarpany jakby podmuchami porywistego wiatru. Sięgnąłem po rękojeść złotej katany i wyszarpnąłem ją z pochwy, ale natychmiast zaczęła topnieć i skapnęła na piach jak rozlane wino. Wyciągnąłem zza pasa wysadzany diamentami kindżał, ale zmienił się w sokoła i wniknął w ciemność. Przyzwyczajam się do samotności… śpiewała odaliska i czasem mi się zdawało, że istnieje w innym wszechświecie. Nagle wypłynęły z mroku tabuny czerwonych pegazów, gazel i saren i podążyły w stronę dziewczyny, która powoli zaczęła wyłaniać się za powiewającym lekko cieniem. Wpatrzyła się we mnie i powiedziała: Ja jestem inna… Zadrżałem, poczułem chłodny pot na plecach i chciałem umykać, ale trzymał mnie stale ten, który chciał mnie zniszczyć. Cóż było robić, wciągnąłem głęboko niebieskie powietrze i zacząłem rozmywać się w przestrzeni. Napłynął gwałtownie falujący ocean, dwa ciała splotły się w wodzie i w szaleńczym pędzie pomknęły ku samotnej gwieździe. Tylko echo żałosnego śpiewu drżało jeszcze pośród nicości i prawdziwa miłość pulsowała w przestworze jak młode, dobrze natlenione serce.

SEN XIX

Na zachodniej stronie strzeliste szczyty górskie przechodziły w wielkie miasta anielskie, jakby ulegały realnej metamorfozie i łagodnie zmieniały się w miliony budek i cel, pokoików budowanych na planie rombu albo trójkąta. Jakież wielkie rojowiska aniołów fruwały wokół nich, ileż barw mieniło się i mutowało w jednej chwili. Tysiące wież i wieżyczek, kolumn z otworami i jakby zwisających z różnych miejsc kawałków pszczelich plastrów, wszystko razem tworzyło wielki organizm, jakąś architektoniczną fantazję, której by nie wymyślili ani budowniczowie średniowiecznych katedr, ani Gaudi. Wieżyczki były białe albo złote, czasem żółte  a kiedy indziej zielone. Nie brakowało też barw pastelowych, różu, błękitu jakichś odcieni seledynu albo karminu, wszędzie wiele okrągłych okien, wszędzie balkoniki z kolumienkami, wszędzie amfilady, wiszące w powietrzu krużgankowe ścieżki z lampionami i różnokolorowymi światełkami. I te roje, jak ziemskiej szarańczy, te stada, niczym szpaków albo wróbli, te niewielkie grupki i wreszcie te punkty samotnych skrzydlatych tworów. Wszędzie z oddali dobiegający lekki szum, łopot skrzydeł, nieustający szmer lotek bijących o powietrze. Zarówno z jednej strony doliny, jak z drugiej piętrzyły się góry, łagodnie schodzące w dolinę wielkimi halami, ogromnymi przestrzeniami traw i ziół, różnokolorowych łąk i pastwisk niebieskich. A ze szczytów strzelające w górę zamki i zamczyska, stanice anielskie, miasta i wsie anielskie, wszystko razem stanowiło jakąś niewyobrażalnie malowniczą całość, wszystko zbiegało się pośród łąk i wszystko z nich podążało ku strzelistości, ku pięknu architektury anielskiej. Tylko Pan – myślałem – mógł stworzyć coś tak cudnego i odmiennego od tego czym żyją ludzie w swojej rzeczywistości. Spojrzałem ku trzem aniołom stojącym na łące, tuż nieopodal mego miejsca. Rozmawiali ze sobą bez słów, żywo gestykulowali i wymieniali bardzo szybko myśli. Przyciągnąłem ich przestrzeń ku sobie i usłyszałem coś, co wprawiło mnie w osłupienie…

SEN XVIII

Byłem mały chłopcem i z ogromnym zapałem zbierałem znaczki pocztowe. Spotykałem się z kolegami w ich domach i na klatkach schodowych naszych bloków i wymieniałem się seriami lub pojedynczymi walorami. Wiele było okazów, które wzbudzały zachwyt i powodowały, że skłonny byłem zastawić wszystko, by je tylko mieć. Nadejdzie taki czas, kiedy to wszystko opiszę, teraz jednak pragnę zatrzymać się przy serii prezentującej prehistoryczne gady. Był w niej jeden, który ma swoją historię w moim życiu i do dzisiaj wywołuje ekscytacje. To był dość duży, ząbkowany papierek, przedstawiający mezozaura, niewielkiego gada, żyjącego około 300 milionów lat temu, po obu stronach wielkiego megakontynentu. W czasach mojego dzieciństwa nie miałem wystarczającej wiedzy o tym zwierzęciu, nie wiedziałem, że najprawdopodobniej filtrował plankton i osiągał wielkość niespełna jednego metra. Wyobrażałem go sobie jako dziesięciokrotnie większego od najpotężniejszego afrykańskiego krokodyla i nosiłem w myślach jako coś niewyobrażalnie groźnego. Nie wiem czy to było po „handlu” znaczkami, czy może po jakimś traumatycznym doświadczeniu, ale pewnej nocy miałem sen, który pamiętam do dzisiaj. Przyśniło mi się, że mezozaur (ten wielki, z moich wyobrażeń) ściga mnie w jakichś głębinach i w końcu łapie, a potem szybko pożera. To było tak przerażające i taką burzę wywołało w moim mózgu, że do dzisiaj pozostał w nim wyrazisty ślad pamięciowy. Zostałem połknięty i znalazłem się w brzuchu tego potwora, gdzie – o dziwo – był już mój brat i inni koledzy. Wszyscy próbowaliśmy przebić się przez grubą tkankę żołądka i wydostać na zewnątrz. Choć był to środek jego ciała, były w nim jakby skalne jaskinie i stale zagrażało nam zalanie kwasem. Chowaliśmy się na jakichś kamiennych półkach i pomagaliśmy sobie wzajemnie przedostać się tam, gdzie bylibyśmy bezpieczni. Nie pamiętam w jaki sposób drążyliśmy tkankę mezozaura, ale wszystko ziało grozą i odbywało się pod groźbą… strawienia. Pamiętam, że byłem w tym śnie świadomy jakiegoś wszechogarniającego zła, jakichś potwornych mocy, które mnie pochwyciły i nigdy już nie puszczą. Bardzo się męczyłem i miałem wrażenie, że w realnym świecie jestem na granicy życia i śmierci, ale nie mogłem się obudzić. Gdy w końcu do tego doszło, byłem zlany potem i głośno krzyczałem, płosząc wszystkich domowników. Ten sen przypomniał mi się, gdy moja przyjaciółka z Pekinu opowiadała mi, że w dzieciństwie stale śniły jej się smoki i bardzo się ich bała. W tamtej kulturze, gdzie tyle jest legend o nich, jest to zrozumiałe. Ja miałem swojego smoka, który mnie pożarł i tak bardzo przeraził, że do dzisiaj pamiętam jego zwinne ruchy, wielkie granatowe ślepia i ostre zęby. Dzisiaj czytam w Internecie informacje o tym stworze i uśmiecham się do zdarzenia z przeszłości: Był jednym z pierwszych gadów, które wróciły do środowiska wodnego. Wzdłuż ogona występowała płetwa, o czym świadczą rozrośnięte wyrostki na kręgach ogonowych. Zwierzę miało płetwowate kończyny, przy czym tylna para była dłuższa i razem z ogonem stanowiła główne źródło lokomocji w wodzie. Ciało mezozaura miało opływowy kształt i było bardzo elastyczne. Taka budowa pozwalała na wykonywanie bocznych ruchów kręgosłupa. Jednakże mezozaur nie potrafił dokonywać nagłych zwrotów, z powodu pogrubienia żeber. Mała czaszka zaopatrzona była w długie szczęki. Otwory nosowe,  podobnie jak u krokodyli, umieszczone były w górnej części łba, co ułatwiało zwierzęciu oddychanie przy częściowym zanurzeniu. Bardzo liczne zęby, jego charakterystyczna cecha, były za słabe do chwytania zdobyczy i służyły najprawdopodobniej do filtrowania planktonu, jak fiszbiny współczesnych fiszbinowców. Być może, że w skład jego diety wchodziła jeszcze rybia ikra i larwy bezkręgowców. Mezozaur prawdopodobnie zapadał w sen zimowy, a zasiedlał wody słodkie i lekko zasolone, choć natkniemy się też na poglądy, że mógł żyć w typowych morzach. Przypuszcza się, że pływał słabo i nie był zdolny do przepływania wielkich dystansów bez odpoczynku. No tak, wypada teraz zapytać, czy taki niewielki gad mógłby mnie pożreć? Raczej nie, ale stał się w moim życiu symbolem bezlitosnego zła, które zaczaja się na człowieka, a schwytawszy go, nie puszcza już nigdy. No chyba, że ktoś obudzi się z mrocznego snu…

SEN XVII

Szedłem przez długi i mroczny korytarz. Ze wszystkich stron nachylały się ku mnie zdeformowane twarze. Cuchnęły przetrawioną wódką i czosnkiem. Patrzyłem na nie niewidzącym wzrokiem i powoli posuwałem się do przodu. Pod nogami szeleściły mi zetlałe kości i strzępy skruszałych całunów. Chitynowe pancerze karaluchów trzaskały raz po raz, czasem noga ślizgała się na czymś miękkim i galaretowatym. Twarze wykrzywiały się i naginały ku mnie coraz natarczywiej. Rysy ludzkie zmieniały się w zwierzęce, a te ewoluowały ku kształtom abstrakcyjnym. W wirze pojawiających się i znikających rysów, krzywizn i tonacji migały oczy, usta, włosy morderców i świętych, cnotliwych dziewic i rozpustnic, dumnych mężów i żebraków. W pewnym momencie wszystkie facjaty przybrały rysy mojej twarzy – młodej, dorosłej i postarzonej nienaturalnie. Przez chwilę miałem wrażenie, że czas przyspieszył i mam już za sobą prawie całe życie. Nisze w kamiennym murze otwierały się i z energetycznej mgły wychodzić zaczęły trupy dawno zmarłych zakonników. Czekały aż je wyminę, a potem ruszały za mną w somnambulicznym pochodzie. Czasem od strupieszałych ciał odpadł zżółkły piszczel,  czaszka potoczyła się w ciemność, albo krucyfiks upadł na posadzkę. Szedłem ku wielkiemu refektarzowi, a gdy się tam znalazłem usiadłem przy czarnym stole. Po chwili schodzić się zaczęli martwi alumni i zakonnicy. Na koniec przykuśtykał na pół zgniły przeor. Usiadł naprzeciwko mnie i zaczął gregoriańską pieśń …Salus et gloria et virtus Deo nostro est... przerwał na chwilę i spojrzał ku mnie. Poczułem się nieswojo ale szybko dokończyłem quia vera et iusta iudicia sunt eius… Zakonnicy złożyli kikuty jak do modlitwy i zaśpiewali metalicznym głosem …Alleluia, alleluia… – Tedy powiadasz bracie Gwalbercie, że przysłał cię Pan z dobrą nowiną. Tedy każesz nam wstać z grobu i ruszyć na niebieskie pastwiska…? – nieoczekiwanie odezwał się jakiś purpurat stojący po prawicy przeora. – Zaiste czcigodny bracie… Jako rzekłeś… – A skąd mamy wiedzieć czy nie przybywasz z czeluści piekielnych…? – Jeno sumienie wasze musi wam podpowiedzieć co należy czynić… – Ano, ano… – Dopełnił się cykl astralny, w tysiącach galaktyk wybuchły gwiazdy supernowe. Wszechświat osuwa się w metafizyczną czeluść… – Czeluść powiadasz, bracie Gwalbercie, czeluść… – Jako rzekłeś ojcze przeorze… Spojrzałem na zakonnika i spostrzegłem, że od twarzy odpadł mu sporych rozmiarów kawał ścierwa. Podniósł go i beznamiętnie rzucił za siebie. Po chwili rozległ się oślepiający błysk i wszystko zniknęło…

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: