MAKI

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

???????????????????????????????

??????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

Reklamy

RADOŚĆ FOTOGRAFOWANIA (IV)

STRUKTURA

Obcując z naturą, wchodząc w jej rewiry, przyglądając się jej uważnie, zauważamy niezwykłą, rozbudowaną i złożoną strukturalność. Sięga ona najmniejszych cząstek, a potem rozbudowuje się ku wielkościom planetarnym, astralnym i wszechświatowym, manifestuje swoją obecność w próbkach meteorytów i w łodygach roślin, w skrzydłach pszczoły, w sierści sarny, w kryształach lodu i w konfiguracjach chmur. To znak wewnętrznego skomplikowania rzeczywistości w której pojawiliśmy się jako byt żywy, równie rozbudowany i mający w sobie wiele zagadek, miejsc, których nigdy nie poznamy i nigdy nie zobaczymy. To te powiązania czuwają nad naszym snem i pracą wszystkich narządów, to one umożliwiają trwanie w przestrzeni i czasie, realizowanie tego, co nazywamy życiem, a co – w gruncie rzeczy – jest zawieszeniem w sieci ściśle określonych wymiarów. W naturze obserwujemy strukturalność w kształtach i formach, w barwach i zapachach, w geometrii linii i plam, świateł i rys, pulsujących energii i ledwie wyczuwalnych drgnień. Bez naszych zmysłów i skomplikowania naszych układów wewnętrznych nie bylibyśmy w stanie tego zauważyć, a potem analizować. Refleksja i myśl, rodzące się w mózgu, są wynikiem wielu współpracujących ze sobą elementów – w cudownym worku ciała stale krąży niezwykły płyn, nośnik żelaza i tlenu, czerwona substancja, która ożywia w każdej chwili nieustannie martwiejące komórki. Potrzebujemy dobrej pompy, która przez dziesięciolecia tłoczy krew do żył i tętnic, niezbędne nam są filtry, które oczyszczają ją ze zużytych cząstek, nie moglibyśmy żyć bez wątroby, trzustki, jelit, skóry, no i naszego komputera pokładowego – najbardziej skomplikowanej substancji na naszej planecie. Przyglądałem się wczoraj roślinom i owadom, przystawałem przed korą drzew, unosiłem głowę ku górze i analizowałem kształty chmur i byłem zauroczony strukturą świata. Mógłbym spędzić resztę życia na wpatrywaniu się w kształty i obszary wygenerowane w przestrzeniach, w których jesteśmy takimi samymi wędrowcami jak barwny chrząszcz i róża, jak ptak i płynący na wodzie zerwany liść.

KWIECIEŃ 2011

Jest taki moment w roku, gdy polska szarość zmienia się kwiecistość raju… Chodziłem dzisiaj po ogrodzie botanicznym mojego uniwersytetu i fotografowałem migdałki i magnolie – to chyba najefektowniejsze zakwitnięcia u końca kwietnia. Powoli też ruszają kwiatostany bzów i mam nadzieję, że w tym roku także uda mi się wiele z nich udanie utrwalić.  Szkoda tylko, że czas barw i nowych kształtów trwa tak krótko… Pocieszam się tym, że w naturze jednak wciąż coś się dzieje i stale warto się jej przyglądać.

DROGA

Kilka szybkich wyjazdów poza miasto i wiele chwil w zamyśleniu, w zapatrzeniu, w spokojnej kontemplacji przestrzeni. Znowu jest zimniej, więc  rano i wieczorem świat wyostrza się, zyskuje głębię, otwiera się rozlegle. Stoję gdzieś na uboczu i patrzę na dalekie drzewa, na drogi ginące pośród pól, na skupiska krzewów, samotne głazy i połamane konary. Na obrzeżu miasteczka kilka grobów i dwa stare grobowce kapliczne cmentarza ewangelickiego, w innym miejscu ledwie trzy strzaskane macewy i pusta przestrzeń po nekropolii żydowskiej. Nade mną wyniosłe topole i klony, jesiony i dęby, a pośród nich gniazda i rojowiska rodzimych gawronów. Niżej widzę dziwonie i sikorki, pierwsze zięby i szpaki, przyroda budzi się powoli do życia, a zimne powietrze powoduje, że kształty i wymiary nabierają plastyczności. Nad moją głową przelatują też wielkie klucze dzikich gęsi, wracających do miejsc godowych, jeleń i sarny wyszły na brzeg lasu, a na zachodzie lotne mgły unoszą się znad stawów, jezior i strumieni. Ledwie widać dalekie ostrze horyzontu, powoli przygasa wszystko, matowieje i pogrąża się w czerni… Pomarańczowe światła wykwitają z mroku, ostatnie jasne smugi zanikają na niebie…

DZIKA RÓŻA

Krzaki dzikiej róży (Rosa canina) są nieodzownym składnikiem wszelkich gęstwin i zarośli, pojawiają się na zboczach gór i w parowach, przy ogrodzeniach i pośród drzew. Przyczyniają się do tego przede wszystkim ptaki (endochoria), które chętnie zjadają czerwone owoce, nie do końca trawią nasiona i rozsiewają je potem wraz ze swoimi odchodami. Są prawdziwymi mistrzami przemykania pośród kolczastych łodyg i gałązek, a czasem – jak dzierzby – wykorzystują je, by nadziać na kolce owady i zgromadzić spiżarnie na gorsze czasy. Krzew ten, w medycynie ludowej określany jako psia róża (z powodu podawania jej przy wściekliźnie) lub szypszyna, od dawien dawna wykorzystywany była jako surowiec do wyrobu leków. Pozyskiwany w formie płatków kwiatowych lub owoców, zawiera ogromne ilości witaminy C, garbniki, karotenoidy, kwasy organiczne, olejki eteryczne, cukry i pektyny. Podczas moich wypraw z aparatem fotograficznym robię wiele zdjęć tej rośliny, bo w różnych porach roku wygląda ona inaczej i zachwyca barwami i morfologicznymi odmianami. Przyciąga kosy i drozdy, całą ptasią drobnicę, a wiosną pozostałe owoce, chętnie zjadają gatunki przybywające z dalekich krajów. Szczególnie zimą krzewy dzikiej róży wyglądają zjawiskowo, obsypane gęsto czerwonymi owocami. W perspektywie wszechobecnej bieli, stają się wtedy one wyrazistym znakiem nieustannego wzrastania i dojrzewania, a przy tym przeciwstawiania się rozpadowi. Zrywając te błyszczące kuleczki wielokrotnie się raniłem, ale te urazy wpisane są w pozyskiwanie tego, co w tej roślinie najcenniejsze. Pozyskane owoce trzeba przemielić lub zetrzeć, a potem zagotować z wodą mineralną i przecedzić przez sito. Uzyskana konfitura będzie pozbawiona enzymów rozkładających witaminę C i pomoże nam uchronić się przed infekcjami, mając też zbawienny wpływ na pracę naszych najważniejszych narządów wewnętrznych.

POŁOWA GRUDNIA 2010

GITTA RUTLEDGE

Poezja rymowana ma piękne karty w historii literatury polskiej i dopiero w dwudziestym wieku zaczyna się „panowanie” wiersza białego. Nie znaczy to, że rymotwórcy całkowicie złożyli broń i przestali zaznaczać swoją obecność we współczesnej liryce polskiej. W każdej formacji pokoleniowej, nawet tej najbardziej odchodzącej od reguł wersyfikacyjnych, pojawiali się poeci, którzy na przekór modom i zwyczajom – z głębokim przekonaniem o wartości tego co robią – rymowali i tworzyli klasyczne miary wiersza. Starczy przywołać Wojciecha Łęckiego, Krystynę Konecką czy Karolinę Kusek. Ale przecież nawet najwięksi poeci – tacy jak Miłosz, Bryll czy Szymborska – nie stronili od rymów. Często była to też poezja tworzona jako rodzaj piosenki czy piosnki i szybko pojawiali się wykonawcy, którzy umieszczali ją w swoim repertuarze. Mamy też do dyspozycji ogromną literaturę na temat tego jak należy rymować i jak kształtowała się polska poezja rymowana, od wieków dawnych, poprzez renesansowe realizacje Kochanowskiego, barokowy wykwint Sarbiewskiego, oświeceniowy polot Krasickiego, aż do naszych wyżyn lirycznych: wierszy Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, a potem dalej ku Asnykowi, Konopnickiej, sonetom Kasprowicza i wierszom Tetmajera, Staffa i Tuwima, ku ulotnym lirykom Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Kazimierza Wierzyńskiego. Kimkolwiek by nie był poeta i gdziekolwiek by nie tworzył, ma w swoim życiorysie etap rymotwórczy. To czas poszukiwań własnego rytmu i specjalnego wyrazu artystycznego, ale też próba zmierzenia się z klasyczną regułą, chęć zamknięcia słowa w wyraziście obwiedzione ramy.

Wiersz jest ludzkim mikrokosmosem i makrokosmosem zarazem – cząstką nicości i rozszerzeniem penetracji do ponadnaturalnych wymiarów. Poezja dotyka elementów rzeczywistości, które ekspandują egzystencję w obręb licznych, częstokroć nieuświadamianych, głębi. Tworzy kontekst dla wyborów i ustaleń nadwrażliwej jednostki, staje się integralnym kształtem intelektualnym. W takich realizacjach tytuł jest formą tekstu naddanego, umieszczonego ponad sensem głównym utworu. Pomiędzy nim a treścią wiersza ma się wytworzyć napięcie, rodzaj nieodzownej zależności semantycznej – w taki sposób wspiera on treść, ale też ją wzmacnia. Jest zwieńczeniem konstrukcji utworu, jakby iglicą na wieży kościoła lub flagą powiewającą nad ważnym budynkiem. Te zależności mogą być różnorakie, a obok wsparcia i wzmocnienia może pojawić się rola kontrastowa czy kontrapunktowa. W tym drugim przypadku – tak jak w tym tomie – chodzi o uwyraźnienie opozycji pomiędzy wnętrzem wiersza, a tym czego on dotyczy, pomiędzy treścią a tytułem. Owa opozycja staje się wtedy elementem konstrukcji i integralną częścią całości, to jakby dwa płatki kwiatu, wychylone w inne strony, mające inny obrys, ale ten sam kolor, zapach, będące częścią tego samego kształtu. Bardzo często tytuł wiersza stanowi opozycję symboliczną między kreacją treściową, a tym co w utworze jest ukryte, co ma wymiar liryczny, co – u największych poetów – bywa tajemnicą, istotą, głębią. Szczególną rolę pełni w wierszu brak tytułu, zaznaczany trzema gwiazdkami, czasem jakimś jednym znakiem graficznym, a często wręcz – jak u Słowackiego czy Norwida – pozostawieniem tekstu bez zwieńczenia. Wtedy nowy utwór staje się jakby cząstką jakiegoś metatekstu, pisanego przez autora przez całe życie, jakąś wyrazistą realizacją właściwego mu tematu. Z kolei motto pełni rolę drugiego tytułu lub podtytułu – czasem jest łącznikiem pomiędzy tym co jest wnętrzem wiersza, a co jego zewnętrzem, pomiędzy tytułem a treścią. Często też – tak jak tutaj, w nawiązaniu do Simone Convelle – jest manifestacją korespondencji treściowej, semantycznej, filozoficznej, powoduje, że wiersz staje się synkretyczny, wieloznaczny, pełen ulotnej energii. Czasem, już na początku utworu – jak w Bema pamięci żałobnym rapsodzie, motto jest określeniem stosunku autora do prezentowanej postaci i jej wyborów. Czasem bywa totalnym rozszerzeniem przestrzeni, jak w Romantyczności Mickiewicza (postawy hamletyczne, przestrzeń szekspirowska), a czasem zawężeniem, jak w Po drugiej stronie Miłosza. Przywołanie jakichś treści, najczęściej z innego wiersza lub dzieła, jest próbą wskazania kierunku interpretacyjnego. Autor tak głęboko odczuwa więź z czytelnikiem, że pragnie go poinstruować, chce zainicjować proces odczytywania już w samym wierszu. W taki też sposób powoduje, że motto staje się pierwszą glosą, pierwsza próbą obiektywizacji.

Gitta Rutledge wchodzi w przeznaczony jej czas z przekonaniem, że poezja ma ogromną wartość jako instrument poznania. Ale też próbuje w wierszach sumować doświadczenia i w magiczny sposób przenosić się w przeszłość. To jest rodzaj sondy puszczanej w dawne dni i lata, ale też sondy odkrywającej, dotąd nieuświadamiane, pokłady wyobraźni, obrazy pierwiastkowe, znaki i znaczenia, które gdzieś się zgubiły lub zostały pominięte. Teraz, dzięki poezji i pasji twórczej, autorka wraca do wielu ważkich doświadczeń egzystencjalnych, a spośród nich na plan pierwszy wysuwają się przeżycia związane z emigracją i miłością. Ciekawe jest owo podążanie za autorką, ulicami Manhattanu i poznawanie ważnych dla niej zakątków, placów, miejsc znaczących. Ale równie interesujące jest odkrywanie świata uczuć tej niezwykłej kobiety, która wszystko postawiła na miłość i czasem wygrywała, czasem przegrywała, ale zawsze – żyła i kochała, czuła, że ma coś do ofiarowania kochankowi i oczekiwała, że on obdarzy ją też czymś równie cennym. To jest częstokroć poezja rymowana, ale też widać, że w tych utworach rymy przełamują się i pojawia się zapis, który można określić jako intelektualny komentarz do zdarzeń. Każdy wiersz jest też rodzajem syntezy, podsumowania tego, co się zdarzyło, co było ważne, cenne, wyjątkowe, a nade wszystko, co zapisało się wyraziście w pamięci. W takim ujęciu tom ten jest dziennikiem intymnym i zapisem uczestnictwa w świecie, na przestrzeni lat, w różnych miejscach w Europie i w Ameryce, a nade wszystko tego, co działo się i co zdarza się we wnętrzu, w sercu, w myślach niezwykłej istoty. Człowiek ma bardzo mało czasu, by uzewnętrznić to, co jest jego tajemnicą i co komponuje jego wyjątkowość. Poezja przyspiesza proces poznania wnętrza, a jednocześnie przyobleka byt w mgiełkę wieloznaczności, przydaje barw, dociera do głębi uczuć i uczy pokory wobec słowa i języka. Warto czytać te wiersze, bo jest w nich prawda i uniesienie, które nie zdarza się często – prawda miłości i natchnienia, uczucia czyste i poparte długim doświadczeniem emigracyjnym. Nade wszystko jednak jest to, zajmująca i pełna nagłych zwrotów, opowieść o pięknym życiu, tętniącym odcieniami i składającym się z chwil, które autorka stara się oprawić w formę wiersza.

Gitta przysyła mi sporo zdjęć z USA, spośród których reprodukuję tutaj kilka, ukazujących piękno jesiennej natury po drugiej stronie Atlantyku choć to bardzo daleko, to przecież są to te same, co u nas, barwy i to samo słońce…


PAŹDZIERNIK



DZIEWANNA

Dziewanny (Verbascum densiflorum) to jedne z najbardziej charakterystycznych ziół naszych pól i łąk, nieużytków, obrzeży rowów  i poboczy dróg. Lubią wszakże miejsca dobrze nasłonecznione, odsłonięte, pozwalające na niczym niezagrożoną wegetację. Roślina ta należy do rodziny trędownikowatych, a jej ponad trzysta sześćdziesiąt gatunków rozprzestrzeniło się szeroko w Eurazji, w północnej Afryce oraz w obu Amerykach. Łatwo ja rozpoznać i wyodrębnić spośród innych ziół i chwastów, bo rośnie nawet do trzech metrów wysokości, obsypana charakterystycznym żółtym kwieciem. W pierwszym roku rozrostu formuje się gęsta, przyziemna rozeta liściowa, a dopiero w następnym sezonie wyrasta wyniosły pęd. Gdy przyjrzymy się roślinie bliżej, zauważymy, że jej liście są gęsto owłosione, a w niewielkich torebkach gromadzą się owoce, które potem, po pęknięciu osłon, wiatr roznosi na wielkie odległości. Od dawien dawna dziewanna wykorzystywana była w medycynie ludowej, gdzie przybierała też inne nazwy: gorzyknot, knotnica leśna lub polna, dziwizna, szabla lub kędzierzawica leśna. Surowcem leczniczym są bardzo nietrwałe kwiaty, które trzeba suszyć w ciemności i przechowywać w szczelnie zamkniętych pojemnikach. Zawierają one saponiny, związki flawonoidowe, śluzowe, żółte barwniki, olejek lotny, węglowodany, związki tłuszczowe i kwas jabłkowy. Podawane z miodem rozpuszczają śluz w oskrzelach i działają wykrztuśnie, przeciwskurczowo i osłaniająco. Stosowane zewnętrznie, ułatwiają gojenie się ran i niwelują skutki stanów ropnych na skórze. Kojarzy się dziewannę z ubogą wsią, ziemią leżącą odłogiem i panną bez posagu, ale przecież bywa ozdobą krajobrazu wielu krajów. Podczas moich wypraw i penetracji natury, często napotykam wielkie skupiska dziewann, szczególnie tych najpospolitszych (Verbascum nigrum L.). Jako rośliny wydzielające przyjemny, słodki zapach, przyciągają one wiele owadów, które czasem udaje mi się ciekawie sfotografować. Ostatnio prawdziwie wzruszyli mnie moi przyjaciele, mieszkający niedaleko wielkich jezior amerykańskich, którzy przysłali mi zdjęcie tamtejszej dziewanny, rosnącej przy drodze, prowadzącej do ich domu. Bliskość trasy przejazdowej spowodowała, że umieścili specjalne światełko odblaskowe, odbijające światło samochodów w nocy i chroniące tę kruchą strukturę przed zniszczeniem. Dobrze, że są gdzieś tacy ludzie, których obchodzi los rosnącej na poboczu dziewanny. Może jeszcze, w naszym zimnym, bezdusznym świecie, nie wszystko zostało zaprzepaszczone…

Dziewanna chroniona przez światełko odblaskowe

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: