ŚWIAT STAROŻYTNY (XII)

To malowidło odkryto w grobowcu Nebamuna, pisarza i lekarza, żyjącego około trzy i pół tysiąca lat temu. Obecnie znajduje się w British Museum, dokąd zostało przeniesione po splądrowaniu i zniszczeniu miejsca pochówku tego egipskiego dygnitarza. To odkrycie na zachodnim brzegu Nilu, na wzgórzu Al Chocha, nieopodal Doliny Królów, bardzo przyczyniło się do poznania życia codziennego dawnych mieszkańców tych krain. Poszczególne sceny prezentowały pracę rolników i przeganianie bydła, ucztę podczas jednego ze świąt, a nade wszystko polowanie na wielkiej rzece lub jej rozlewiskach. Malarz, który stworzył te dzieła był bardzo uzdolnionym innowatorem, a choć stosował starą zasadę ukazywania postaci większych i mniejszych, bez głębi perspektywicznej, to wprowadził istotne novum, ukazując kobiety en face, co było w Egipcie rzadkością. Ilekroć patrzę na te przedstawienia, przypomina mi się lektura mojej ulubionej powieści historycznej – Egipcjanin Sinuhe, której autorem jest fiński pisarz Mika Waltari. To wielki fresk z czasów heretyka Amenhotepa IV (Echnatona), który na krótko wprowadził kult boga Atona, w miejsce Amona. Zastąpił zatem sakralnego byka słońcem i wybudował nową, wielką stolicę Achetaton, z której wszakże niewiele pozostało do naszych czasów. Ta powieść jest wspaniale nasączona realiami i ma żywą akcję, rodzącą niezwykłą ekscytację podczas czytania. Ów Sinhue mógł być kimś w rodzaju Nebamuna, bo był lekarzem i wykonywał różne prace o charakterze intelektualnym, a przy tym interaktywnie wkraczał do różnych środowisk egipskich. Waltari wspaniale odtworzył dawne życie w kraju faraonów, walki o władzę i prowadzone batalie wojskowe, a nade wszystko stworzył wyrazistą postać, która weszła do kanonu literatury światowej. U podłoża wielu archeologicznych karier naukowych leżała fascynacja tą książką i „wejście” w tamte światy za sprawa niezwykle wciągającej lektury. Dzisiaj ślady po grobowcu Nebamuna się zatarły, jest wiele kontrowersji związanych z jego datowaniem i roli jaką pełnił ów człowiek w starożytności, pozostały wszakże malowidła, które zachwycają i traktowane są jako jeden z cudów świata. Niektórzy porównują je nawet z dziełami Michała Anioła, ale to chyba jest gruba przesada, bo w sensie malarskim są rodzajem emblematu, wyraźnego skrótu myślowego, który służyć miał określonym celom funeralnym.

Życie codzienne w starożytnym Egipcie nie należało do łatwych z powodu monarchicznej i kastowej struktury społeczeństwa, a dodatkowo naszpikowane było innego rodzaju niebezpieczeństwami. To czas szalejących chorób, o nieznanej etiologii i piorunującym działaniu, to kłopoty związane z nieustanną, potężną operacją słońca i przebywaniem przez długi czas w miejscach napromieniowanych, a wreszcie groza dzikich zwierząt, które czyhały wszędzie by schwytać człowieka i go zjeść. Żywność zdobywano podczas polowań na Nilu, gdzie roiło się od krokodyli i jeszcze groźniejszych od nich hipopotamów, a także podczas wypraw na pustynie i żyzne niziny, gdzie także natknąć się można było na silnego drapieżnika – lwa, panterę, geparda lub hienę. Jeśli do tego dodamy obowiązek pracy i oddawania części plonów, pojawi się egzystencja trudna, pełna obwarowań, zakazów  i nakazów, prawdziwa walka o przetrwanie i utrzymanie rodzin. W grobowcu Nebamuna odkryto sporo malowideł przedstawiających takie trudne życie, a więc uprawę roli i hodowlę zwierząt, łowy i ceremoniały religijne, ale nie zabrakło też odwzorowania uczty, podczas której delektowano się w nadmiarze piwem. Charakterystyczne jest tutaj owo znamienne zatrzymanie w kadrze i przeniesienie do naszych czasów zachowań, gestów i ruchów ówczesnych mieszkańców Egiptu. Wiele z nich nie zmieniło się nawet do we współczesnych epokach i dopiero koniec dwudziestego wieku i bogacenie się krajów arabskich na wydobyciu ropy naftowej, a także na turystyce, przyniósł zmianę zachowań i stosunku zależności biednych od bogatych. Dawnym malarzom, lub tylko jednemu twórcy, udało się wspaniale odwzorować ruch, zatrzymany na zawsze, a jednocześnie jakby stale czekający na dalszy bieg czasu. To ludzka wyobraźnia naszego świata potrafi uruchomić te przedstawienia i ożywić martwotę, trwającą setki lat, przekazaną nam jako wiano starożytności. Z takich pobudek powstały sceny teatralne, nawiązujące do tych malowideł, powieści takie jak Faraon Prusa, Egipcjanin Sinuhe Waltariego, czy Złoty Faraon Brucknera, liczne filmy fabularne i popularnonaukowe i niezwykłe animacje komputerowe.

Niewątpliwie najpiękniejszym malowidłem z grobowca egipskiego pisarza i medyka jest przedstawienie polowania na dzikie ptactwo wodne. To jakby utrwalony na tysiąclecia dawny gwar i pisk spłoszonych i zrywających się do lotu skrzydlatych zwierząt. Nebamun przemieszczał się trzcinową łodzią, w której towarzyszyły mu żona i córka, a także – to jedno z najpiękniejszych malarskich przedstawień gatunku – dynamiczny, chwytający ptaka w locie, pręgowany kot. Główny bohater malowidła trzyma w lewej dłoni wygiętą pałkę, a w prawej wyrywające się gęsi lub czaple, jakby w ostatnich chwilach ich życia. Domyślać się możemy, że ów gwałtowny ruch, to uniesienie narzędzia do góry, zapowiada uderzenia w głowy ptaków, a potem położenie ich na łodzi, na kupce innych martwych stworzeń. Kot wyskoczył właśnie w górę i schwytał za skrzydło sporą berniklę, która w panice unosi głowę ku niebu i próbuje się jakoś wyswobodzić. Widzimy tu wiele gatunków ptaków, a więc ibisy i czaple, bączka, srokę i mewy, a nade wszystko wszechobecne gęsi egipskie. Pomiędzy ptakami fruwają wielkie motyle, a pod wodą kłębi się wiele różnego gatunku ryb. Ta łódź musiała się dopiero wynurzyć z zarośli papirusów i trzcin, bo jedna z gęsi, nieświadoma niebezpieczeństwa, przysiadła na niej i zaczęła się uważnie rozglądać. Niezwykła jest ta nadbrzeżna obfitość ptactwa, owadów i ryb, a dodać do tego trzeba jeszcze kwiaty wodne, które zrywa córka Nebamuna i te, które przechylają się nad łódź, poruszone lub nagięte przez jakąś spłoszoną istotę. Z jednej strony jest tutaj wystudiowane piękno, cudowny ubiór postaci, ozdobne pektorały, bransolety i misterne peruki, a ze strony drugiej jest paroksyzm mordowania i składowania zabitych ptaków w sunącej wolno łodzi. Wszystko wpisuje się w rytm życia przybrzeżnego, gdy jedni polują, inne stworzenia zastygają na chwilę przy kielichach kwiatów, a jeszcze inne odlatują z popłochem w bezpieczniejsze miejsca. Niezwykła jest też tutaj kolorystyka, przywodząca na myśl wczesną lub późną porę dnia, czas wschodu lub zachodu słońca, na co wskazuje przede wszystkim odcień połyskującego, opalonego ciała łowcy, jak i specyficznie niebieskie zabarwienie białych piór i skrzydeł ptaków. To połączenie błękitu z kolorem ochry, to wydobycie barw pośrednich, przytłumionych jeszcze przez wieki, stanowi niezwykłe osiągnięcie malarstwa egipskiego. Starożytny twórca pięknie odwzorował sierść kota i subtelne kształty ptasie, rysunek piór, lilii wodnych i kształty młodych ludzkich ciał. Tak zatrzymał chwilę na tysiąclecia, wierząc przy tym zapewne, że zostanie ona uruchomiona w odległych interpretacjach i w oczach tych, którzy wejdą kiedyś do grobowca. Historia nie obeszła się z tą konstrukcją delikatnie, ale przetrwało to, co z natury rzeczy powinno w pierwszej kolejności ulec rozpadowi. Przetrwała ta, rozciągnięta w czasie chwila, niekończące się polowanie na kruche istoty, które żyły kiedyś i może przepadły nagle, uderzone w głowy nieomylną, śmiercionośną  pałką antycznego łowcy.

GOŁĘBIE

Gołębie były pierwszymi ptakami, z którymi w dzieciństwie miałem bliższy kontakt i które zachwyciły mnie wtedy swoją urodą. Mój ojciec Zawsze je hodował, najpierw na tzw. starym mieszkaniu”, gdzie miał dość pokaźny gołębnik, a potem na kolejnych działkach. Często zabierał mnie do nich i pokazywał najpiękniejsze ptaki, ich wyraziste oczy, kształt sylwetki, dzioby, a wreszcie to, jak prezentują się w locie. Początkowo bałem się ich, ale potem zacząłem je głaskać delikatnie po główkach, rzucałem im zboże, zmieniałem wodę w specjalnych naczyniach. Z tamtych czasów wywodzi się pewnie moje szczególne zainteresowanie ptakami, nieustające obserwacje i bliższe zapoznanie się z wieloma gatunkami. Gołębie pocztowe mojego ojca miały subtelną urodę, ale nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak w następnych latach inni kolorowi mieszkańcy przestworzy. Zwracałem potem na nie uwagę, już w tym pospolitszym wydaniu, na różnych placach Europy, przede wszystkim we Włoszech, bo sporo ich było w Rzymie, w Padwie, a przede wszystkim w Wenecji, gdzie z gracją lądowały na Placu św. Marka lub nagle zrywały się do lotu i szybowały nad kanałami. W Ameryce widywałem przede wszystkim spokrewnione z nimi synogarlice i turkawki, a stosunkowo niewiele było gołębi właściwych. W krajach azjatyckich, gdzie ich mięso bywa przysmakiem, też nie widuje się takich stad jak na naszym kontynencie. Kiedyś bardzo zafascynowały mnie gołębie grzywacze, czyli ptaki dzikie, żyjące w lasach i na obrzeżach miast, czasami ukrywające się w śródmiejskich parkach, na cmentarzach i w ogrodach. To znacznie większe osobniki od „pocztowców” i od ptaków z rynków i ulic, latające charakterystycznym, ociężałym lotem. Przyglądałem się im przede wszystkim w lasach, ale ostatnio pojawiła się para w zaroślach, nieopodal miejsca, gdzie mieszkam. Na cmentarzach, przy osiedlu Błonie, wiele było płowych synogarlic, które zalatywały na balkony, siadały na dachach domów i pohukiwały od rana. Często budziłem się nad ranem, słysząc ich głosy, a potem towarzyszyły mi też one podczas wypraw na pobliskie nekropolie. Ostatnio jednak  zauważyłem coś bardzo ciekawego, co wprawiło mnie w prawdziwe zdumienie. Oto w samym centrum miasta, na Placu Wolności, gdzie rośnie trochę niewysokich jarzębin, spostrzegłem na nich kilka gołębi. Utrzymywały się z trudem na wiotkich gałązkach i z wielkim apetytem pochłaniały dojrzałe owoce. Myślałem, że żywią się nimi przede wszystkim mniejsze ptaki, że są w menu drozdów, kosów, szpaków, może kawek i gawronów, ale żeby gołębie żywiły się jarzębiną… A jednak, stałem jak urzeczony i prze dłuższą chwilę przyglądałem się temu spektaklowi. Zrobiłem też nieco zdjęć, dokumentujących go, bo było to równie zaskakujące jak dziecinne obserwacje wróbli, które rzucały się hurmem na brudnice mniszki, którym plaga nawiedziła Błonie na początku lat siedemdziesiątych. Teraz też, żyjące w mieście gołębie, pałaszowały dostępne w obfitości, owocowe pożywienie i niewiele sobie robiły z przechodzących blisko ludzi.

AMERYKAŃSKIE PTAKI

Podczas moich trzech pobytów w Stanach Zjednoczonych udało mi się sfotografować trochę ptaków. Coraz bardziej przyzwyczajam się do tego, że moje zapiski internetowe ukazują się w sieci jako Dziennik Ornitologa. Na pewno taki też tytuł będzie nosiła książka, która na tej bazie powstanie, a która stale się rozrasta. Dla podkreślenia charakteru wpisów, zamieszczam nieco fotografii ptaków, które zrobiłem w latach 2000 – 2008.

Brown Pelican - Pelikan Brązowy (Pelecanus occidentalis)

Great Egret - Czapla biała (Ardea Alba)

Red Bellied Woodpecker - Dzięciur czerwonobrzuchy (Melanerpes carolinus)

Common Snipe - Kszyk zwyczajny (Gallinago gallinago)

Loggerhead Shrike - Dzierzba siwa (Lanius ludovicianus)

Red Winged Blackbird - Epoletnik krasnoskrzydły (Agelaius phoeniceus)

Monk Parakeet - Mnicha długo-ogoniasta (Myiopsitta monachus)

Green Heron - Czapla zielona (Butorides virescens)

 

American Robin - Drozd wędrowny (Turdus migratorius)

Czaple i ibisy na Florydzie

Common Moorhen - Kokoszka zwyczajna (Gallinula chloropus)

American Oystercatcher - Ostrygojad amerykański ( Haematopus palliatus)

Little Blue Heron - Mała czapla szara (Egretta careulea)

Red-Tailed Hawk - Jastrząb czerwono-ogoniasty (Buteo jamaicensis)

Laughing Gull - Mewa śmieszka (Larus atricilla)

Snowy Egret - Czapla śnieżna (Egretta Thula)

White Ibis - Ibis biały (Eudocimus albus)

Brown-Headed Cowbird - Starzyk brunatnogłowy (Molothrus ater)

Belted Kingfisher - Rybaczek popielaty (Ceryle alcyon)

A to symbol amerykańskiej potęgi z dolnego Manhattanu

CZAPLE

Pióro czapli białej znalezione przy drodze

Miałem w sierpniu kilka udanych wypraw do pobliskiego Ostromecka, gdzie obserwowałem ptaki, płazy, rośliny i rozległe widoki wzgórz po drugiej stronie pradoliny Wisły. Raz nawet zapuściłem się znacznie dalej, na rozlewiska naszej największej rzeki, w okolicach Czarży, gdzie widziałem zimorodki, sporo czapli siwych, łysek, krzyżówek, a także wiele ptasiej drobnicy. Zrobiłem mnóstwo fotografii, ustawiając aparat na dużą rozdzielczość i zachowując w swoim archiwum kolorowe klisze tamtych chwil. W Ostromecku jest duży zespół pałacowo-parkowy, należący niegdyś do niemieckiej familii Schönborn, a od 1890 do 1945 roku do rodziny von Alvensleben, do której należał jeden z hitlerowskich zbrodniarzy. Z kolei barokowy pałac zbudowano około 1730 roku i należał on do wojewody pomorskiego, Pawła Michała Mostowskiego. Drugi z dworów, neoklasycystyczny z przydatkami eklektycznymi, zbudowano w 1849 roku, według projektu Karla Friedricha Schinkela. Wokół tych okazałych budynków jest odtwarzany stale park krajobrazowy, w stylu angielskim, oraz mauzoleum grobowe właścicieli z 1878 roku, stale popadające w ruinę. W Ostromecku znajduje się źródło wód alkalicznych, noszące nazwę „Maria”. Ma ono wody nisko-sodowe, słabo zmineralizowane wodorowęglanowo-wapniowe, z dużą zawartością jonu siarczanowego, które mogą być wykorzystywane w schorzeniach jelit, dróg moczowych oraz przez diabetyków. Sporo w tym miejscu starych drzew, a przede wszystkim dębów, olch i klonów, niewielkie stawy z ciekawą roślinnością, duże prześwietlone słońcem trawniki, dróżki do spacerowania i samotne ławki. Odkąd pamiętam, zawsze trwały tu jakieś remonty, wciąż coś modernizowano, ale efekty zaczęły być widoczne dopiero niedawno. Kilkakrotnie prowadziłem we wnętrzach pałacowych różne spotkania, a to przy okazji wręczania Medalu Jerzego Sulimy-Kamińskiego, a to Portu Poetyckiego, bywałem też gościem na innych imprezach, słuchałem muzyki poważnej, oglądałem wystawy malarstwa i grafiki. Były też spotkania z pisarzami z innych krajów świata, w tym z Chińczykami i twórcami z miast zaprzyjaźnionych z Bydgoszczą.

Czapla siwa w zimie

Zrobiłem w Ostromecku i okolicach wiele moich udanych zdjęć, szczególnie owadów, płazów, kory drzew, a nawet bardzo płochliwych ptaków. To niezbyt męcząca wyprawa piesza przez most fordoński, albo szybka wycieczka rowerowa i błyskawiczne znalezienie się w innym świecie. Tegoroczne ekskursje zdominowało fotografowanie i obserwacje natury, ale sporo było też chwil odpoczynku, refleksji na ławeczce lub na jakimś większym kamieniu. Podczas jednego z powrotów zobaczyłem coś, co mnie bardzo zaskoczyło, żeby nie powiedzieć, że wprawiło w osłupienie. Znam dobrze czaple siwe (Ardea cinerea), których wiele w życiu widziałem w Chmielnikach i Borównie, nad jeziorami mazurskimi, na Kaszubach i nad Bałtykiem, a także na Kontynencie amerykańskim, na Litwie, na Białorusi, na Ukrainie, a nawet w Chinach. Są to ptaki dość powszechnie występujące w trzcinowiskach i sitowiach, przy wielkich zbiornikach wodnych, ale też wokół stawów i starorzeczy. W okolicach Szczecina, w rezerwacie Kurowskie Błota, zobaczyć można blisko tysiąc par tych dużych ptaków, które najchętniej gnieżdżą się w koronach wysokich drzew iglastych i liściastych, często grupowo, w tzw. czaplińcach. Mają szare upierzenie, z białawą szyją oraz z ciemnym pasem nad okiem, kończący się czarnym czubem z tyłu głowy. Można też dostrzec, na szyi tego gatunku, podłużne, ciemne pasy, a także żółty dziób, żółtobrązowe nogi oraz żółtą tęczówkę oka. Wiele razy widziałem z daleka te majestatycznie fruwające ptaki, gdy zrywały się do lotu z szuwarów, albo gdy pojawiały się na polach i bagnach. Raz nawet spostrzegłem jednego osobnika przelatującego nad bydgoskim śródmieściem i kierującego się ku najczystszym partiom Brdy, tuż za miastem. Ale najwięcej moich obserwacji związanych było z pobytami nad jeziorami lub w przestrzeniach podmokłych. Szczególnie zapamiętałem młodzieńcze zapatrzenie nad Bełdanami, gdy siedziałem na brzegu, malowałem akwarelę i nagle spostrzegłem czaplę siwą, wolno odlatującą ku drugiemu brzegowi i czerniejącą w świetle zachodzącego słońca. Było w tym obrazie coś tęsknego i szlachetnego i już wtedy wiedziałem, że zapowiada on wiele takich wydarzeń w moim życiu, wiele chwil uświęconych myślą o urodzie i tajemnicy czystej natury. Niegdyś polowano zawzięcie na czaple siwe, by zdobyć ich piórka z czuba, które umieszczano na konfederatkach i innych okryciach głowy. Pisałem niegdyś, w książce pt. Ptaki Mickiewicza i inne artykuły romantyczne, o czaplach, które Mickiewicz przywołuje w Panu Tadeuszu i o problemach związanych z jego oznaczeniami gatunkowymi.

Czapla biała w locie Foto Don DeBold

Prawdziwie wspaniałe obserwacje różnych gatunków czapli miałem podczas pobytu na Florydzie, gdzie udawało mi się podejść je bardzo blisko i wielokrotnie fotografować. Tam też natknąłem się na amerykańską odmianę czapli białej (Ardea alba egrettus), która spokojnie spacerowała w parku Calanesi Island i dosłownie pozowała mi do zdjęć. To było zdarzenie z tych nieprawdopodobnych, bo przecież w Polsce i w Europie przez wiele lat był to bardzo rzadki ptak. Do naszego kraju czapla biała (Ardea alba alba) ledwie zalatywała i jej obserwacja bywała wielkim triumfem ornitologicznym. Pamiętam, jak byłem podekscytowany, gdy podczas kolejowej podróży do Kijowa, zobaczyłem śnieżnobiałego ptaka, czyhającego na ryby, przy jakimś mijanym zbiorniku wodnym. Teraz ornitolodzy twierdzą, że następuje ekspansja tego gatunku na północ i przesunięcie się pasów występowania populacji południowych. Ptak znacznie różni się od czapli siwej, przede wszystkim owym białym upierzeniem, a także, w czasie godów, czarnym dziobem i wyraziście żółtymi nogami. Mickiewicz podawał w Panu Tadeuszu, że czaple białe mają czuby, tymczasem ma je tylko, podobna do białej, czapla nadobna, będąca gatunkiem afrykańskim i azjatyckim, czasem zalatująca do Polski i na Litwę. Jakież było moje zdumienie, gdy podczas jednego z powrotów z Ostromecka, zobaczyłem na polu kilkanaście czapli, spokojnie stojących i charakterystycznym ruchem obrotowym głów, sondujących przestrzeń dookolną. Już idąc w kierunku zespołu pałacowego, znalazłem przy drodze piękne białe pióro, które początkowo wziąłem za mewie, choć wydawało mi się za szerokie i zbyt białe. Idąc w stronę przeciwną nagle zobaczyłem coś, co mną doprawdy wstrząsnęło. Niedawna powódź spowodowała spore zalewy wiślane na polach, czasem wręcz prawdziwe jeziora kilkuhektarowe. Ryby chętnie wpływały na te płycizny i w momencie wysychania, cofania się wód, znalazły się w pułapce. W taki sposób dochodziło do niezwykłej kumulacji narybku i większych sztuk w małych oczkach wodnych. Właśnie przy jednym z nich zobaczyłem kilkanaście czapli, w tym trzy siwe i resztę białych. Nie chciałem wierzyć własnym oczom, ale udało mi się zrobić zdjęcie odlatujących ptaków, które gdy tylko spostrzegły, że są przeze mnie obserwowane, zerwały się z zasobnego w ryby miejsca i pofrunęły nad pobliskie lasy. To widomy dowód, że rzeczywiście coś dzieje się z klimatem, jest w Polsce coraz cieplej i rzadkie ptaki zaczynają migrować wyżej, na północ planety. Na tych pozalewowych polach widywałem wcześniej wiele siewek, obserwowałem bekasa kszyka, widziałem kołujące nad błotami czaple, bociany, żurawie, ale nie spodziewałem się, że moja pierwsza polska obserwacja czapli białej będzie taka niezwykła. Patrzyłem na odlatujące ptaki i uśmiechałem się do siebie, wiedząc, że niebawem w moim dzienniku przybędzie nowy wpis, tym razem związany z białym myśliwym, dotąd tak rzadko pojawiającym się w Polsce.

Zdjęcie marne, ale dokumentujące odlatujące czaple białe i siwe

DZIĘCIOŁ CZARNY

Foto Alastair Rae

Pierwsze dzięcioły czarne (Dryocopus martius) obserwowałem w dzieciństwie i w czasach młodzieńczych, gdy odbywałem liczne wyprawy do wielkich połaci leśnych, leżących za moim osiedlem. To był rzeczywisty koniec miasta i dalej, aż do Białych Błot, ciągnęły się tylko mniejsze lub większe zbiorowiska sosen, świerków, brzóz, dębów i akacji, żeby wymienić tylko te, najliczniej występujące drzewa. Najczęściej widywałem mniejsze dzięcioły, regularnie uderzające w pnie drzew i szukające pod korą owadów, ale zdarzało się też, że nagle na mojej drodze pojawiał się dziwny ptak, z czerwoną „czapeczką” na głowie. Gdy zamieszkałem na nowym osiedlu, w innej części miasta, także kilka razy widziałem te ptaki, a w prawdziwe zdumienie wprawiła mnie niedawna sytuacja. Szedłem do marketu, na skróty, niewielkim laskiem, blisko hałaśliwych dróg, a tu nagle wprost na mnie wylatują dwa czarne ptaszyska, które w pierwszej chwili wziąłem za gawrony. Przystanąłem, a one usiadły na dwóch małych sosnach i zaczęły lekko je ostukiwać. Pozwoliły mi podejść bliżej i dość długo uważnie je obserwować. Choć jest to ptak zamieszkujący cały pas lasów i tajg Eurazji, to w Polsce nie należy do licznych i znacznie trudniej natknąć się na niego, niż na mniejszych reprezentantów gatunku dzięciołowatych. Granicą są dla niego zachodnie wybrzeża Europy i nie zobaczymy go już na wyspach brytyjskich, w Irlandii czy na Islandii. Niektóre z tych ptaków nie lubią zimy i przenoszą się podczas ostrych mrozów ku południowym częściom połączonych kontynentów. Dzięcioły te są całe czarne, z charakterystycznym czerwonym ubarwieniem od czoła do karku, przy czym niewielki jest u nich dymorfizm płciowy, ograniczający się praktycznie do ich wielkości. Wyraźny jest też kontrast pomiędzy połyskiem na grzbiecie, a matową czernią pod spodem, najwyraźniejsza wszakże jest owa jaskrawa czerwień. Przy bliskich obserwacjach widać też dobrze żółtą tęczówkę oka, jasnoszare palce i ciemniejsze pazury, którymi znakomicie chwytają się kory i zawisają w pozycji pionowej nad ziemią. Biały dziób, z czarną końcówką ( u starszych ptaków), jest narzędziem okrutnym dla owadów i bardzo przydatnym w ich wykuwaniu ze zmurszałych i zdrowych pni. Stworzenie to pozostawia czasami rozległe dziury w drewnie i łatwo po nich możemy poznać, że występuje w danym areale. Choć większość dzięciołów lata lotem chybotliwym, największy ich przedstawiciel mknie prosto do celu, raz po raz tylko uderzając piórami o powietrze. Polując na chrząszcze i mrówki, zjadając larwy i zlizując sok drzewny, sam staje się ofiarą drapieżnych ptaków, szczególnie puchaczy, jastrzębi i sokołów. Ostry dziób pomaga parze, takiej jak ta, którą widziałem, wykuć kilka dziupli i ostatecznie wybrać jedną z nich do złożenia jaj i wylęgu młodych. Pozostałe chętnie wykorzystują inne ptaki, a także nietoperze, kuny i wiewiórki. Za każdym razem, gdy widzę dzięcioła czarnego, jest to dla mnie wielkie święto i próbuję podążać za nim przez jakiś czas. Niestety, najczęściej kończy się to umknięciem ptaków w gęstwinę lub ku górnym partiom drzew, bo przecież są one bardzo płochliwe. Tym większe było moje zdziwienie, że napotkana para tak długo pozwoliła na siebie patrzeć, wyraźnie zajęta sobą, nie zważała na niebezpieczeństwa i hałasy drogowe. W końcu odleciała, ukryła się w innej partii lasu, a ja podążyłem dalej, widząc w tym samym lesie sójki i sroki, gawrony i kawki, samotną wronę na wysokim dębie i sporo małych, rozśpiewanych mieszkańców tego miejsca.

KOWALIK

Foto Sławomir Staszczak

Moje pierwsze spotkania z kowalikami (Sitta europaea) miały miejsce na cmentarzach, leżących przy osiedlu, na  którym się wychowałem.  Założono je w 1932 roku, wydzielając część tzw. Pola Ułańskiego, czyli poligonu 16 Pułku Ułanów. Z czasem cały teren ćwiczebny pokryły bloki, a ja zamieszkałem blisko bocznej bramy cmentarnej. W 1959 roku spoczął na tym cmentarzu mój brat Piotr, którego życie trwało ledwie kilkadziesiąt dni, a potem dziadek i wielu przyjaciół oraz osób, z którymi zetknąłem się w Bydgoszczy. Miedzy innymi miejsce ostatecznego spoczynku znalazł na tych cmentarzach literat Alfred Kowalkowski, malarz Teofil Ociepka, wielu proboszczów i księży z parafii Świętej Trójcy, malarz Jerzy Rupniewski i rzeźbiarz Piotr Triebler. Nikomu dzisiaj nic nie powiedzą takie imiona i nazwiska jak: Andrzej Cywiński, Wanda Wójcik, Wojciech Łokietek, Leszek Klimko, a to byli żywi ludzie, z którymi wiele mnie łączyło w czasach dzieciństwa i dorastania. Pisząc tom wierszy pt. Pole umierającej kraski, wiele chodziłem po tych cmentarzach i widziałem sporo ptaków. Pod koniec lat siedemdziesiątych zeszłego wieku rosło tam już sporo wysokich akacji, świerków i topól. Szczególnie na tych ostatnich, wyniosłych drzewach widywałem pojedyncze okazy kowalików i pełzaczy. Czasem stałem długo w cieniu innego drzewa i przyglądałem się jak suną z głową w dół, zawisają na pniach i łowią niewielkie owady. Dość dobrze przyjrzałem się wtedy tym ptakom, ich zachowaniom, rytuałom łowieckim i utrwaliłem je sobie w pamięci na zawsze. Bargiel – bo to inna nazwa tego skrzydlatego zwierzątka – zamieszkuje Europę i ogromne połacie Azji, poza częścią centralną. W Polsce jest bardzo rozpowszechniony, ale oczywiście dużo rzadszy od najczęściej widywanych ptaków – wróbli, sikorek, szpaków czy bardzo ostatnio licznych kawek. Jego sylwetka jest dość krępa, choć zachowuje niezwykłą harmonię i symetrię, od dzioba do ogona. Charakterystyczny jest silny, jak u dzięciołów, dziób, który służy do wydobywania owadów z kory i po schwytaniu, do rozdrabniania ich na mniejsze kawałki. Górna część upierzenia ma szaroniebieską, policzki oi podbródek biały, z czarnym paskiem, przechodzącym przez pasmo oka. Kolorystyka spodu upierzenia jest bardzo zróżnicowana u podgatunków – u ptaków ze środkowej i południowej Europy oraz Wysp Brytyjskich jest on mniej lub bardziej intensywnie pomarańczowy, natomiast u ptaków z północy Europy – biały. Żyje przede wszystkim w liściastych i mieszanych starodrzewach, przy czym preferuje drzewostany, w których znacząca jest obecność dębów i buków. W sezonie letnim żywi się przede wszystkim motylami i pająkami oraz pluskwiakami, a zimą przechodzi na dietę nasienną i zjada owoce dębu, buka, grabu i leszczyny. Zdarza się, że zimą przylatuje do karmników na obrzeżu miasta i jest wtedy niezwykłym barwnym zjawiskiem pośród gili, zimowych zięb i sikorek. Po tych spotkaniach cmentarnych widywałem potem kowaliki jeszcze wiele razy w różnych miejscach Polski, gdzie ptak ten jest pod całkowitą ochroną. Zapamiętałem szczególnie jedna obserwację, w lesie niedaleko Fordonu, gdy podążałem za kowalikiem dość długo i prawie zabłądziłem w gęstwinach.

JOHN JAMES AUDUBON

John James Audubon (1785–1851)

Zawsze podkreślał i mitologizował to, że w jego żyłach płynęła krew europejskich kolonizatorów i rdzennych mieszkańców Ameryki. Ojciec – Jean Audubon – był francuskim agentem handlowym, a potem kapitanem statku i zarządcą plantacji cukru na San Domingo. Przeżył tam gorący romans z Kreolką Jeanne Rabin i właśnie z tego mieszanego związku urodził się w 1785 roku John James, przyszły wielki malarz, ornitolog i przyrodnik amerykański. Niestety, w rok po przyjściu na świat, jego matka zmarła i młody plantator, który w międzyczasie spłodził córkę z inną kochanką, zabrał dzieci do Francji, gdzie zaakceptowała i wychowywała je jego prawowita żona. Już tam, na obrzeżach Nantes, podglądał ptaki, łowił je, preparował, wypychał i kolekcjonował. Szybko też zaczął wykorzystywać swój wielki talent rysowniczy i malarski,  tworząc niezwykłe wizerunki mieszkańców przestworzy. Gdy interesy karaibskie ojca załamały się, podjęto decyzję o wysłaniu młodzieńca do Ameryki, gdzie dopłynął jako osiemnastolatek w 1803 roku. Miał tam zająć się handlem i zdobyć nowy majątek, ale on wolał włóczyć się ze strzelbą i psem po lasach i przyglądać się florze i faunie wielkiego kontynentu. Wkrótce poznał wybrankę serca – Lucy – i ożenił się z nią w 1808 roku, pragnąc rozwijać interesy i bogacić się na handlu. Niestety życie szybko zweryfikowało jego plany, w klasyczny sposób zbankrutował i musiał wraz z żoną przenieść się, najpierw do Cincinnati, gdzie pracował jako malarz w muzeum, a potem do Nowego Orleanu, gdzie, Lucy była guwernantką, o on uczył tańca i szermierki. Mieli już dwóch synów i przeżyli wielki dramat, gdy jakże oczekiwana córka zmarła zaraz po porodzie. Przez cały czas rysował i malował obserwowane ptaki i szybko uzbierała się ogromna kolekcja tych przedstawień. W 1824 roku powrócił do Filadelfii, z zamiarem opublikowania swoich zbiorów, ale napotkał na liczne trudności, przede wszystkim ze strony konserwatywnego środowiska naukowego, nie szanującego ornitologa bez tytułów naukowych. Na szczęście spotkał tam bratanka Napoleona – Charlesa Luciena Bonaparte – który szybko zorientował się, że ma do czynienia z geniuszem i uruchomił szereg działań, które doprowadziły do zamorskiej wyprawy Audubona. W 1826 roku zapakował do kufra czterysta swoich przedstawień i popłynął z Nowego Orleanu do Liverpoolu, gdzie miał zamiar najpierw skontaktować się ze szwagrem swojej żony, znanym angielskim historykiem, botanikiem i kolekcjonerem. W oparciu o jego kontakty doprowadził do wystawy w Royal Institution i w innych ważnych miejscach. Tak zaczął się czas rosnącej sławy amerykańskiego malarza i znawcy ptaków, między innymi wystawiał w Edynburgu, gdzie został członkiem towarzystw naukowych i spotykał tak znane osobistości jak Sir Walter Scott. Jego egzotyczny wygląd i pochodzenie, a także interesujące opowieści o ptakach i zwierzętach Ameryki, zjednywały mu rzesze słuchaczy i stawiały w rzędzie najciekawszych osobowości dziewiętnastowiecznej Anglii i Europy.

Grób na Manhattanie

Pomiędzy 1827, a 1838 rokiem Audubon wracał do Ameryki trzykrotnie by rozwiązywać problemy związane z publikacją jego przedstawień ptaków, przede wszystkim generowane przez starsze pokolenie naukowców. W końcu spotkał Roberta Havella, który zajął się wydaniem dzieła jego życia – The Birds of America. Jego obrazy powstawały przy pomocy ołówka i pasteli, a po 1806 roku zaczął stosować akwarele dla wyrazistszego przedstawiania oczu i piór. W tym czasie wypracował też swoistą metodę odwzorowywania schwytanych i uśmierconych ptaków, w ich naturalnych pozach. Zdawał sobie sprawę z tego, że po śmierci ubarwienie skrzydlatych stworzeń szybko się zmienia, pióra tracą połysk i świetlistą intensywność. Dlatego wiele czasu poświęcał na obserwacje ptaków, w ich naturalnych biotopach i czynił szkice, które potem wykorzystywał przy tworzeniu kolejnych tablic poglądowych. Najwięksi krytycy Audubona twierdzili, że jego obrazy są zbyt udramatyzowane i są wynikiem przeniesienia na zwierzęta ludzkiej ekspresji oraz emocji. Od 1822 roku twórca korzystał jedynie z techniki akwarelowej, a okazjonalnie tylko wykorzystywał pastele, by zaznaczyć puszystość piór. Biografowie uważają, że najpiękniejsze przedstawienia powstały w latach 1824 – 1826 i spośród nich wskazują na portrety takich ptaków jak  Mocking Bird, Wood Duck i Carolina Parrot.  Następne lata wypełnione były ożywioną pracą, w czym malarzowi pomagała cała rodzina oraz liczni współpracownicy, przygotowujący wstępnie materiały ilustracyjne. Po kolejnym powrocie do Ameryki, w 1829 roku, Audubon wykonał dziewięćdziesiąt pięć rysunków, brał udział w licznych przedsięwzięciach naukowych, pisał i dzielił się swoja wiedzą podczas odczytów. W końcu, w latach 1845–1848, jego wielkie dzieło, w ostatecznej formie, w siedmiu tomach, z pięciuset litografiami i licznymi opisami, ujrzało światło dzienne. Dzisiaj dokonanie to traktuje się jako jeden z przejawów młodego amerykańskiego ducha i możliwości kreatywnych nowych obywateli, napływających ze wszystkich stron świata, wtapiających się w tamtejszą społeczność i szybko przekształcających świat. Pod koniec życia John James Audubon osiadł w Nowym Jorku, gdzie wraz z żoną wybudował dom. Zmarł w 1851 roku i został pochowany na Cmentarzu Świętej Trójcy na Górnym Manhattanie, gdzie po latach, staraniem towarzystw ornitologicznych zastąpiono prostą tablicę dużym nagrobkiem, z górującym nad nim krzyżem i licznymi elementami nawiązującymi do pracy i pasji najsłynniejszego amerykańskiego ornitologa.

Spośród setek przedstawień ptaków, sporządzonych przez tego wszechstronnie utalentowanego człowieka, wiele charakteryzuje się niezwykłym skomplikowaniem i dbałością o szczegóły. Widać to znakomicie w bystrym odwzorowaniu papug z Karoliny (Conuropsis carolinensis), gatunku wytrzebionego bez reszty, a niegdyś występującego od Florydy do Nowego Jorku. Szczególną rolę odegrały tutaj zmiany w środowisku naturalnym, a także polowania i moda na posiadanie barwnych, wypchanych ptaków w domu oraz przyozdabianie kapeluszy dam jaskrawymi dodatkami. Audubon przedstawił te piękne zielono-żółte papugi w przybliżeniu, z zachowaniem tonacji barwnych na piórach, czerwono-brązowego ubarwienia głowy i błysków w czarnych oczach. Jest to niezwykle dynamiczna grupa siedmiu samic i samców, ukazana pośród gałązek i orzechów leszczyny. Plemię Seminolów, które chętnie wieńczyło włosy piórami tych ptaków, nazywało je pot pot chee. Ostatni okaz, żyjący na wolności, został zabity na Florydzie w 1904, a ostatni okaz, przetrzymywany w niewoli, nazywany Incas, zdechł w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati w 1918 roku. Około siedemset dwadzieścia skórek tych zwierząt przechowywanych jest w muzeach na całym świecie, znajdziemy w nich też szesnaście szkieletów i około dwadzieścia jaj. Przyrodnikowi i malarzowi udało się stworzyć niezwykle żywą grupkę, w charakterystycznych dla papug pozach. Ich pazurki oplatają gałązki, ciała są powyginane w różne strony, widać też niezwykłą inteligencję i spryt w ich oczach. Wszystko tutaj jest wiotkie, pełne ekspresji, w sumie, mieszczące się we wnętrzu niewidzialnego okręgu. To świat gęstwin nadrzecznych, w których te papugi lubiły przebywać, całymi stadami przemieszczać się z drzewa na drzewo, przelatywać większe odległości i nagle spadać w wybranym miejscu. W Ameryce występuje kilka rodzajów papug, których ubarwienie jest przede wszystkim zielone, ale żadna nie może równać się z urodą wyniszczonego gatunku. Audubon, gdy tworzył swoje przedstawienie, zapewne nie przypuszczał, że będzie ono miało niebawem taki wyjątkowy charakter. To jedno z niewielu tak dokładnych i ekspresyjnych przedstawień tego gatunku. Uwiecznione przez artystę zdają się nie przejmować zbliżającą się zagładą, wydobywają orzechy z okrywy, przeskakują z gałęzi na gałąź, suszą rozpostarte pióra w słońcu i gotowe są w jednej chwili umknąć przed zagrożeniem. Świat, który odszedł na zawsze i nigdy się już nie powtórzy, zatrzymany w rozhuśtanym kadrze i przekazany następnym pokoleniom jako subtelny obraz i gorzka przestroga.

Interesujące jest też przedstawienie zimorodka, określanego w języku angielskim: belted, czyli pasiastego. W naszej literaturze ornitologicznej znany on jest jako rybaczek popielaty (Megaceryle alcyon), a występuje nieomal w całej Ameryce, od północnych granic, do Florydy i od Kalifornii, po wschodnie wybrzeża. Żywi się głownie rybami, czatując na nie na wystających z wody gałęziach lub pniach drzew. Ma długi, ostry jak brzytwa dziób i charakterystyczne srebrzysto-białe upierzenie z niebiesko-szarą przepaską na piersiach. Poniżej występują wyraziste rdzawe boki.  Podczas lotu odsłaniają się białe plamy na czarnych lotkach ogona i skrzydeł. Żyje wzdłuż głębokich, nieuregulowanych strumieni, jezior i morskich wybrzeży, a zimę spędza w południowej części kontynentu, na Bermudach, Bahamach i na wyspach Morza Karaibskiego. Ciekawostką jest to, że gniazda buduje w norach, na wyniosłych brzegach, w piasku lub w rozpadlinach skalnych. Audubon namalował trzy ptaki w charakterystycznych dla nich pozach: czatowania na zdobycz, szybkiego lotu nad zbiornikami wodnymi i połykania złowionej ryby. Krajobraz został tutaj ledwie zaznaczony i może odpowiadać wielu regionom Ameryki, ale wyrazisty jest jego charakter brzegowy, nad jakimś starorzeczem lub innym akwenem. Ornitolog wyraźnie zaznaczył charakterystyczny, postrzępiony czub na głowie ptaka i niezwykłą strzelistość jego lotu. To jakby ciśnięty w przestrzeń dziryt, który z ogromną siłą uderza w taflę wodną. Jeśli dobrze celuje, ryba praktycznie nie ma szans na przeżycie, zostaje błyskawicznie przekłuta kolcem dzioba i ginie w jednej chwili. Wydobywszy taką przebitą zdobycz, zimorodek podrzuca ją w górę i połyka w całości, ustawiając głowę pionowo do góry. Udało się też twórcy przedstawienia ukazać śmigłość mknących w powietrzu rybaczków i skupienie uwagi na szukanej w toniach rybie. Wspaniale zastosował też kontrast pomiędzy niebieskawym ubarwieniem ptaków, daleką sinością wzgórz, spłowiałą zielenią zarośli i brązowo-rdzawymi elementami planu pierwszego. Trochę przypomina to tradycyjną sztukę japońską lub chińskie przedstawienia ptaków na różnobarwnym jedwabiu, a ze strony drugiej nie traci niczego z poglądowości i daje dobre wyobrażenie o ich wyglądzie i zachowaniu.

Tablica prezentująca pięć dzięciołów amerykańskich wykorzystuje, szeroko stosowany przez malarzy natury, schemat kilkupoziomowy. Widzimy tutaj zarówno dzięcioły występujące w całej Ameryce, a więc: Hairy Woodpecker (Dryobates villosus), Red-bellied Woodpecker (Centurus carolinus) czy Red-shafted Flicker (Colaptes cafer), jak i gatunki pojawiające się tylko w ścisle określonych miejscach kontynentu, a więc Lewis Woodpecker (Asyndesmus lewisi) i Red-breasted Sapsucker (Sphyrapicus varius). Ptaki te ukazane zostały w charakterystycznych pozach i ekwilibrystycznych wygięciach, na fragmencie starego konaru. W ich środowisku naturalnym widuje się je także na kaktusach, agawach i palmach, gdzie poszukują nadających się do zjedzenia owoców, piją sok i zjadają owady. Audubon tak ustawił te ptaki, żeby widoczne się stały barwy skrzydeł i podbrzuszy, a także obracające się we wszystkie strony głowy i mocne dzioby. Takie skupienie dziesięciu różnych dzięciołów nie zdarza się w naturze, ale artysta chciał dać widzowi wyobrażenie o ich wielkości i zróżnicowaniu. Uczepione mocnymi pazurami omszałego konaru, zdają się wisieć w przestrzeni jakby grawitacja nic dla nich nie znaczyła. Ptaki amerykańskie są liczniejsze od europejskich i spotkanie z jednym z tych dzięciołów jest bardzo prawdopodobne, szczególnie, że większość zabudowy amerykańskich miast, to domy z podwórkami i dostępem do lasów, zarośli lub zbiorników wodnych. Słyszy się przy nich wiele uskrzydlonych zwierząt, a niektóre są wręcz tak głośne, że stają się nieproszonymi gośćmi. Dzięcioły robią sporo hałasu, gdy uderzają dziobem w pień drzewa, ale poza tym są raczej płochliwymi ptakami, z rzadka się nawołującymi i bezszelestnie przelatującymi, charakterystycznym bujanym lotem, z drzewa na drzewo, z jednej gęstwiny do innej. Zaprezentowane przez Audubona gatunki różnią się wielkością i kolorystyką ubarwienia, kształtem głowy i dzioba, a także smukłością sylwetki. Jako stworzenia łączące niebo i ziemię, lot i wbijanie się w twardość drzewa, występowały często w mitologiach indiańskich i odzwierciedlane bywały na rytualnych totemach. Zastanawiające jest to, czy przyrodnik przypadkowo, czy też świadomie zastosował w swoim przedstawieniu znaną z wielu przekazów kulturowych formułę drzewa świata, na którym, na różnych poziomach, bytują przedstawiciele różnych form życia. W tym przypadku byłoby to drzewo amerykańskich dzięciołów, przedstawianych przez niego jeszcze kilkakrotnie, tak by odzwierciedlić całą ich niepowtarzalność i różnorodność gatunkową.

Fascynujące jest też przedstawienie wilg baltimorskich (Icerus galbula), niezwykle barwnych stworzeń, występujących w centralnej i wschodniej części kontynentu północnoamerykańskiego. Audubon namalował trzy ptaki, w charakterystycznym dla nich otoczeniu żółtych kwiatów hibiskusa. Młoda wilga uczepiła się workowatego gniazda, budowanego długo, z ogromną finezją i cierpliwością. Te pomarańczowo-czarne latające zwierzęta (samica jest bardziej żółta) są ozdobą amerykańskich farm, parków i przydomowych zarośli. Utrwalił się tam zwyczaj zawieszania przy werandach i na drzewach pojemników z sokiem, do którego chętnie stworzenia te przylatują. Przyczynia się to do lepszego poznania urodziwych gatunków przez dzieci i młodzież oraz pobudza zainteresowania ornitologią. Zimę wilgi te spędzają na Florydzie i w innych ciepłych stanach, dolatując nawet do Nikaragui, żywiąc się słodkimi owocami, nektarem kwiatów i owadami, które potrafią też chwytać w powietrzu. Uwielbiają przebywać w gajach pomarańczowych i w winnicach, gdzie dają o sobie znać pięknym, przeciągłym i przypominającym flet, śpiewem. Audubon skomponował swoje przedstawienie, wykorzystując plany trójkąta i gwiazdy – ptaki ukazał tak ustawione, że zachował niezwykłą dynamikę lotu i przeskoków z miejsca, na miejsce, a całość uzupełnił gwiaździście rozprzestrzeniającymi się hibiskusami. Daje to wyobrażenie o subtelnych przestrzeniach, w których bytują te ptaki i o ich zjawiskowych barwach, jaskrawego pomarańczu i żółcienia. Gatunek wilg jest szeroko reprezentowany w Ameryce Północnej, a jedna z nich, zamieszkująca Teksas i Meksyk, określana jest nazwiskiem Audubona. Ileż trzeba było mieć cierpliwości i wiedzy ornitologicznej, by stworzyć tak piękne odwzorowania skrzydlatych zwierząt, a zarazem ileż potrzebnych było umiejętności rysowniczych i malarskich. Spośród wielu stworzonych przez niego tablic poglądowych, każda ma oryginalną aranżację i swoisty schemat geometryczny. W taki sposób odwołuje się do zmysłu wzroku i równowagi, wprowadzając element niezwykłej dynamiki i lotności. Zarzuty niektórych dziewiętnastowiecznych zoologów nie wytrzymały próby czasu i były najczęściej motywowane zazdrością oraz chęcią podważenia ogromnego dorobku twórcy.

*   *   *

Pod koniec marca 2008 roku siedziałem na ławce, przy nabrzeżu dolnego Manhattanu i przyglądałem się stateczkom pływającym ku Liberty Island i Ellis Island, przewożącym turystów do Statuy Wolności oraz do budynków, służących w czasach wielkich migracji ludzkich jako miejsce kwarantanny. Jedna z tych jednostek nosiła imię wielkiego amerykańskiego ornitologa. Stając się u końca życia obywatelem Nowego Jorku, John James Audubon znalazł się pośród najznamienitszych jego mieszkańców, choć nie został pochowany na prestiżowym cmentarzu przy Trinity Church, razem z budowniczym statków parowych Fultonem, pierwszym sekretarzem skarbu Alexandrem Hamiltonem oraz z licznymi kongresmenami i innymi wielkimi osobistościami. Dopiero co przyjechałem z Florydy, gdzie przez wiele dni podglądałem piękne gatunki ptaków. Widziałem ibisy i czaple, pelikany i ślepowrony, wiele dzięciołów, epoletników, blue jayów i wszelakiej skrzydlatej drobnicy. Czułem się tam jak w ptasim raju i zapewne przeżywałem cząstkę z owego zauroczenia jakie było udziałem malarza i ornitologa, który jako pierwszy skompletował większość przedstawień amerykańskich ptaków. Ten statek, noszący jego imię i odbijający od brzegu, symbolicznie zamknął moje amerykańskie birdwatching.

BĄCZEK

Samica bączka

 

Pomiędzy siódmą i ósmą klasą szkoły podstawowej byłem z kolegą nad Jeziorem Ostrowieckim, niedaleko Żnina. Z tamtego czasu zapamiętałem liczne kąpiele, wyprawy łodzią po tym sporym akwenie, a także moje studia rysownicze, gdy przystawałem łodzią przy brzegu i miękkim ołówkiem odwzorowywałem rośliny, pnie drzew i kształty odbijające się w wodzie. Zbudowaliśmy wtedy z Markiem tratwę z sitowia i pływaliśmy na niej przy brzegu, skakaliśmy z niej do wody „na główkę” i cieszyliśmy się swobodą wolnych podróżników… Z tamtego czasu zapamiętałem też moje pierwsze „naukowe” podglądanie ptaków, z których największe wrażenie robiły na mnie zimorodki, perkozy i bączek (Ixobrychus minutus). Parę dni temu odwiedziłem nieopodal Żnina mojego przyjaciela, który postawił dom na wzgórzu, z którego rozpościera się widok na to pięknie ukształtowane jezioro, leżące pośród wzgórz morenowych. Tak się złożyło, że nie byłem tam od ponad trzydziestu lat i teraz rozkoszowałem się widokami, przyglądałem się faunie i florze i znowu pływałem nad głębiami. Przemierzając przestrzeń wodną i oddalając się od brzegu zobaczyłem lecącego przy trzcinach bączka i pomyślałem, że w mojej prywatnej historii dokumentuje on nieubłagany upływ czasu. Jeszcze mam w świadomości to zauroczenie, gdy po raz pierwszy zobaczyłem tego ptaka – miałem wtedy czternaście lat, płynąłem łodzią wzdłuż trzcin i nagle minął mnie majestatycznie jakiś brązowo-żółto-biały twór z dziwnie wygiętym podgardlem. Jego piękno i gracja lotu dosłownie poraziły mnie i może było to jedno z podstawowych zauroczeń, które potem wpłynęły na moje zainteresowania ornitologiczne. Oczywiście dopiero po powrocie do Bydgoszczy odnalazłem, w atlasie Ptaki Polski Jana Sokołowskiego, tego mieszkańca trzcin i sitowia i dowiedziałem się ciekawych rzeczy o nim. Ptak ten jest najmniejszą czaplą europejską i jest w sumie trudny do dostrzeżenia, szczególnie z brzegu. Wykorzystując swoje ochronne barwy, w razie niebezpieczeństwa potrafi unieść ostry dziób ku górze i zlać się z trzcinami. Najczęściej widuje się go – tak jak mnie się to przytrafiło kiedyś i teraz – jak przelatuje z jednych trzcin do innych. Okazuje się, że w określonych miejscach jest to ptak dość pospolity, szukający jednakże spokoju i wielkich przestrzeni. Żywi się wszelką drobnicą, jaką chwyta nad wodą, a więc owadami, żabami, ślimakami, kijankami oraz małymi rybkami. Niezwykłym spektaklem są jego migracje, gdy łączy się w klucze, jak inne czaple i między sierpniem a październikiem odlatuje do Afryki. Dla tego gatunku charakterystyczny jest dymorfizm płciowy – samiec i samica mają różne ubarwienie, co doskonale widać, gdy udaje się zaobserwować przelatującą nad tonią parę. Stałem na wzgórzu, przy domu przyjaciela i patrzyłem na Jezioro Ostrowieckie – gdzieś tam nad trzcinami unosiły się trzciniaki, łozówki, zimorodki i bączki. I czas zatoczył wielkie koło…

ORZECHÓWKA

Foto: Murray B. Henson

Przyglądałem się pięknym i ruchliwym orzechówkom (Nucifraga caryocatactes) w górach, podczas moich różnych pobytów na południu Polski. Podczas obozów sportowych, imprez literackich, wyjazdów indywidualnych i rodzinnych. To średniej wielkości ptak z rodziny krukowatych, najczęściej osiadły i przemieszczający się tylko wyjątkowo ze swoich rozległych biotopów. Zamieszkuje północno-wschodnią Europę, południową część Półwyspu Skandynawskiego, Syberię aż do wschodniej Azji oraz góry środkowej i południowej Europy. U nas można ją zaobserwować na Mazurach, na Podlasiu i na Pomorzu, a przede wszystkim w górach. Jest wielkości sójki i ma bardzo ciekawe upierzenie – cały brązowy, ma też liczne białe plamki. Skrzydła lekko zaokrąglone, dość szerokie, czarno brązowe, jak u wielu krukowatych, z zielonkawym metalicznym połyskiem. Wierzch dużej głowy jednolicie brązowy, a tył ciała i pokrywy podogonowe – białe. Ogon czarny z zielonkawym lub niebieskawym połyskiem, końcówki sterówek białe. Żyje przede wszystkim w wielkich drzewostanach świerkowych, gdzie przy pniu wysokiego drzewa buduje dobrze zamaskowane gniazdo. Ptak ten żywi się orzechami laskowymi, bukwią, nasionami szyszek, owadami i ich larwami ale nie gardzi też jajami i pisklętami, jaszczurkami, myszami i innymi drobnymi zwierzętami. W Polsce objęty całkowitą ochrona gatunkową, bo oprócz lat, gdy namnaża się obficie, zdarzają się też okresy, gdy jest nieliczny. Przypominam sobie, jak w oknie pensjonatu w Bierutowicach, skąd miałem widok na rozległe lasy Sudetów, przyglądałem się orzechówkom wzbijającym się nad kompleksy drzewne. Ich głosy budziły mnie rano i rozlegały się podczas zachodów słońca. Najpiękniejsze spotkanie z tym dość płochliwym ptakiem miałem jednak w Tatrach, tuż przy Morskim Oku. Tam właśnie orzechówki zalatywały do śmietników i nie bały się ludzi. Jedna z nich usiadła na metalowym koszu na odpadki i spokojnie przyglądała się rzeszom przechodzących turystów. Usiadłem na ławce i długo przyglądałem się temu urodziwemu stworzeniu, próbowałem zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Zauważyłem niezwykłą inteligencję i spryt, umiejętność wyprowadzania ludzi w pole. Niby to odlatywania, a zaraz potem wracania na dawne miejsce i przeszukiwania śmieci. To jeden z tych polskich ptaków, które mogą barwą i sposobem zachowania konkurować z najpiękniejszymi światowymi przedstawicielami awifauny.

SZCZYGŁY

Foto Cezary Pióro

Nadeszły niespotykane mrozy, sięgające trzydziestu stopni poniżej zera. Chodzę z aparatem fotograficznym w lesie i na jego obrzeżu i przyglądam się przyrodzie. Wszystko otulił śnieżny całun, ale przecież można się natknąć na wiewiórkę, pięknie ubarwionego lisa czy na zająca. Najlepiej widać jednak ptaki, które wyraźnie odbijają się pośród wdzierającej się wszędzie bieli. Tym razem natknąłem się na duże stado szczygłów (Carduelis carduelis), które przelatywało z drzewa na drzewo, zatrzymywało się na wyschłych chwastach, a potem leciało gdzieś dalej, by znowu zawrócić. Nie udawało mi się podejść bliżej, by zrobić dobre zdjęcia, bo ptaszki te są bardzo płochliwe, szybko zrywają się do lotu i umykają. W Internecie znalazłem jednak wspaniałe fotografie ornitologiczne Cezarego Pióro i za jego zgodą zamieszczam tutaj dwa portrety szczygłów. Polecam wszystkim zainteresowanym ptakami stronę tego młodego fotografa, bo znaleźć tam można prawdziwe perełki. Podglądając szczygły przypomniałem sobie zdarzenie z czasów mojej młodości, kiedy to z kolegami z osiedla pojechaliśmy dorobić sobie trochę podczas wakacji. W okolicach Pruszcza Pomorskiego pilnowaliśmy drzew czereśniowych, płosząc z nich szpaki i innych skrzydlatych amatorów słodkości. Podczas jednej z wypraw ku szosie gdańskiej, znalazłem wtedy martwego szczygła, który prawdopodobnie zderzył się z pędzącym samochodem. Było to moje pierwsze zetknięcie się z tym tak urokliwie ubarwionym stworzeniem i pamiętam, że długo ten okaz oglądałem, gładziłem palcem czerwone piórka na głowie, rozkładałem kolorowe skrzydełka, z wyraźnymi akcentami żółcienia i czerwieni. Szczygieł to mniejszy od wróbla ptak, należący do rodziny łuszczaków, zamieszkujący Europę i prawie całą Azję. Przebywa w zadrzewieniach typu parkowego, na obrzeżach lasów liściastych i mieszanych, często pojawia się też w sadach i w ogrodach. Żywi się przede wszystkim nasionami chwastów, ale zjada też małe owady i pozostawione przez ludzi okruchy. Podczas srogich zim ptaki te łączą się w duże stada i wspólnie starają się przeżyć do wiosny. Podczas mojej styczniowej wyprawy do lasu, śledziłem długo te barwne zwierzęta, rozmyślałem o ich wolności i nieustających zagrożeniach, czających się między gałęziami i na ziemi. Ich przeloty i przysiadanie na krzewach miały w sobie jednak coś krzepiącego, tak jakby te wyraziste barwy były emblematem przetrwania delikatnych istnień pośród ekstremalnych, ziemskich warunków. Ludzie niewiele różnią się w tym względzie od szczygłów, a nawet – jako byty stałocieplne – stoją na znacznie gorszej pozycji.

Foto Cezary Pióro

« Older entries Newer entries »

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 601 obserwujących.

%d bloggers like this: