RANIUSZEK

 

Foto David Friel

Pod koniec 2010 roku szedłem pośpiesznie przez park w centrum mojego miasta i stanąłem nagle jak oniemiały. Oto na starych drzewach, dębach i klonach, buszowało spore  stadko powabnych raniuszków (Aegithalos caudatus). Do tej pory rzadko widywałem te ptaki, bo są dość płochliwe, ukrywają się w gęstwinach liści i żyją w górnych partiach koron drzewnych. Tylko zimą owe niewielkie, urodziwe skrzydlate twory łączą się w grupy i można je zobaczyć w parkach, na cmentarzach i w alejach. Tym razem ptaszki były bardzo odważne i żałowałem, że nie miałem ze sobą aparatu fotograficznego – na pewno utrwaliłbym je ze stosunkowo niedużej odległości. Jest to nieliczny w Polsce mieszkaniec przestworzy, przypominający kulkę z waty, z charakterystycznym, bardzo długim ogonkiem, który pozwala mu zachować równowagę, gdy podwiesza się pod gałązkami albo przeskakuje z konaru na konar. Spotykamy go w całej Europie i w Azji, aż do Kamczatki i Japonii, gdzie występuje razem z sikorkami, mysikrólikami, pełzaczami i ziębami jerami. Mają biały brzuszek, z delikatnym różowym nalotem, przypominającym kolor nieba o świcie i stąd może wzięła się ich nazwa. Głowę mają białą lub przedzieloną czarną, szeroką pręgą nad okiem, łączącą się na karku. Oko jest bardzo wyraziste, z czerwoną obwódką i z czarno-brązową tęczówką, do tego czarny dzióbek, malutki, spiczasty i twardy oraz czarne nogi i chwytne pazurki. Gniazda najczęściej buduje na brzozach, ale występuje w lasach liściastych i mieszanych, poprzedzielanych bujną, niższą roślinnością, na przykład krzewami dzikiej róży, dzikiego bzu lub berberysu. Żywi się głównie owadami, ich jajeczkami i larwami, które wyciąga z pęknięć kory drzewnej, ale nie gardzi też miękkimi jagodami. Zdarza się, że zimą raniuszki głodują, choć nauczyły się już, że przy siedliskach ludzkich znaleźć można jakieś pożywienie – stąd zapewne pojawiło się ich tyle w parku, przez który szedłem. Są tam karmniki i ludzie stale wsypują do nich kaszę i inne ziarna, zawieszają na drzewach kawałki słoniny i skórek boczku wędzonego. Na terenie Polski raniuszki objęte są ścisłą ochroną gatunkową, ale sporo ginie ich, bo są łakomym kąskiem dla drapieżników. Stałem dość długo i delektowałem się widokiem tych kuleczek, z radośnie podskakującym i wyginającym się ogonkiem.

GAWRONY I KAWKI

W zimie przylatuje do nas wiele gawronów ze Wschodu, które łączą się w stada z naszymi rodzimymi kawkami i żerują blisko wysypisk śmieci, na osiedlach i na obrzeżach miasta. Wybrałem się do takiego miejsca by sfotografować ptaki o zachodzie słońca, gdy siadają gremialnie na drzewach i przygotowują się do snu. Kiedyś widziałem takie ogromne skupiska czarnych plam na Litwie, a teraz fotografowałem je na skraju Bydgoszczy. Myślałem, że podejdę je bliżej, ale gdy tylko przystawałem i kierowałem na nie aparat fotograficzny, zrywały się i umykały jak najdalej ode mnie. Zostały mi zatem dalekie plany, które też mają swój urok i przypominają aurą daleką Syberię.

BANKNOTY I ORNITOLOGIA

Na banknotach wielu krajów pojawiają się ciekawe, barwne i oryginalne przedstawienia ptaków. Kiedyś zacząłem je zbierać, katalogować i gromadzić w specjalnych albumach, a z czasem mój zestaw rozrósł się tak bardzo, że postanowiłem zwolnić tempo zbierania, kupowania ich u filatelisty i przywożenia z różnych krajów. Zacząłem wybrednie wybierać tylko najpiękniejsze odwzorowania i jakieś szczególne stylizacje. Zrozumiałem też, że jakiekolwiek kolekcjonerstwo ma sens, gdy oddaje mu się bez reszty, a nade wszystko opisuje się je, gromadzi wiadomości na temat motywów i postaci, elementów graficznych i znaków wodnych. Zacząłem zatem pisać, ale miałem na nie coraz mniej czasu i w końcu musiałem ograniczać się do oglądania, łączenia w grupy i przekładania w albumach. Jednak pozostał w moich szafach obszerny zbiór, nie rozrastający się już, który czasem pokazuję zaprzyjaźnionym osobom jako ciekawostkę. Prezentuję zatem nieco moich banknotów z motywami ornitologicznymi, które może zainteresują czytelników mojego dziennika.

POŁOWA GRUDNIA 2010

KRUKI NAD CHIŃSKIM MUREM

Chiński mur widziany z kosmosu

Pojawiły się nagle nade mną
jakby w czasach

pierwszego cesarza
ktoś cisnął w niebo
dwie czarne

chorągwie

stanąłem jak zaczarowany

i czas przestał płynąć
i myśl znieruchomiała

serce zadrżało
światło zgasło

te same śmiertelne
ostrza wznoszą się
od stuleci

i obniżają
lot

nad krawędzie
ciągnącej się
w dal

ciszy

Pekin – Bydgoszcz 2009–2010

ŁABĘDZIE

Na naszych oczach zmieniają się obyczaje wielu ptaków żyjących w Polsce i w Europie. Widać to przede wszystkim na przykładzie łabędzi niemych (Cygnus olor), które niegdyś odlatywały na południe, a teraz często zimują w miastach, gdzie znajdują dość pożywienia by przeżyć srogie zimy. Na Brdzie, w Bydgoszczy, spotkać można ogromne stada tych pięknych skrzydlatych stworów, a dodatkowo dołączyły do nich łyski i krzyżówki, a nawet kormorany i tracze nurogęsi. Oto obszerna część zapisu fotograficznego jednej z wypraw, na brzeg bydgoskiej  rzeki, którą odbyłem wraz z moim bratem.


DRZYM OBROŻNY

Szukając ilustracji do poprzedniego wpisu znalazłem przedstawienie talerza z muzeum porcelany w Sèvres. W pierwszej chwili pomyślałem, że ów ptak jest wytworem wyobraźni jakiegoś artysty, ale poszperałem w atlasach, poszukałem w Internecie i okazało się, że jest to nieco tylko upozowany drzym obrożny (Bucco capensis). Żuje w lasach Ameryki Południowej, szczególnie w Kolumbii, Wenezueli i w Gujanach. Należy do rodziny dzięciołowatych i odżywia się przede wszystkim owadami. Dość nieforemny, z za wielkim dziobem, na przedstawieniu porcelanowym został upiększony i nieco wydłużony. Tym niemniej fajnie byłoby jeść z takich talerzy…

KACZKI

Kaczki krzyżówki (Anas platyrhynchos) – wszędzie ich pełno… Nad rzekami i jeziorami, na rozlewiskach i stawach, a także na wybrzeżach Bałtyku i na plażach innych chłodnych mórz europejskich. Zielone głowy kaczorów, w okresie godowym, wzbudzają zachwyt u dzieci, które chętnie karmią zawsze głodne ptaki. Samice są – jak często to się zdarza u skrzydlatych zwierząt – skromniej ubarwione, brązowawe i daleko im do przepychu samców. Kaczki te pływają z wielką gracją po wodzie, żywią się rzęsą wodną i wszystkim, co da się zjeść, a wychodząc na ląd nie gardzą bukwią i różnorakimi resztkami. Obie płcie mają pomarańczowe nogi, a w szacie spoczynkowej samiec wyróżnia się jedynie żółtym dziobem i rudą piersią. Podobno dożywają trzydziestu lat i osiągają wielkość do sześćdziesięciu pięciu centymetrów. Kaczory bywają gwałcicielami i w wyniku ich działań powstają czasem hybrydy, także z ptactwem domowym. Są to ptaki bardzo rozpowszechnione na Półkuli Północnej, a w samej Ameryce jej populacja liczy około osiemnaście milionów osobników. Ciekawostką jest to, że niektóre pary budują gniazda na drzewach, gdzie czują się bezpieczniej, ale jednak większość tych kaczek tworzy swoje domostwa w trawie i trzcinach. Odkąd pamiętam podglądałem krzyżówki w różnych miejscach, a najczęściej nad kanałem bydgoskim, tuż przy jednej ze śluz. Gromadziło się ich wiele w dawnych latach, a i dzisiaj można je tam spotkać w ogromnych stawach. Sporo jest też tych kaczek na Brdzie właściwej, nad Wisłą i przy brzegach okalających Bydgoszcz jezior. Oto nieco zdjęć z Parku Wilsona w Poznaniu, gdzie kolorowe ptaki pozowały mi chętnie i prezentowały się pięknie w wodzie upstrzonej opadłymi liśćmi.


ŚWIAT STAROŻYTNY (XII)

To malowidło odkryto w grobowcu Nebamuna, pisarza i lekarza, żyjącego około trzy i pół tysiąca lat temu. Obecnie znajduje się w British Museum, dokąd zostało przeniesione po splądrowaniu i zniszczeniu miejsca pochówku tego egipskiego dygnitarza. To odkrycie na zachodnim brzegu Nilu, na wzgórzu Al Chocha, nieopodal Doliny Królów, bardzo przyczyniło się do poznania życia codziennego dawnych mieszkańców tych krain. Poszczególne sceny prezentowały pracę rolników i przeganianie bydła, ucztę podczas jednego ze świąt, a nade wszystko polowanie na wielkiej rzece lub jej rozlewiskach. Malarz, który stworzył te dzieła był bardzo uzdolnionym innowatorem, a choć stosował starą zasadę ukazywania postaci większych i mniejszych, bez głębi perspektywicznej, to wprowadził istotne novum, ukazując kobiety en face, co było w Egipcie rzadkością. Ilekroć patrzę na te przedstawienia, przypomina mi się lektura mojej ulubionej powieści historycznej – Egipcjanin Sinuhe, której autorem jest fiński pisarz Mika Waltari. To wielki fresk z czasów heretyka Amenhotepa IV (Echnatona), który na krótko wprowadził kult boga Atona, w miejsce Amona. Zastąpił zatem sakralnego byka słońcem i wybudował nową, wielką stolicę Achetaton, z której wszakże niewiele pozostało do naszych czasów. Ta powieść jest wspaniale nasączona realiami i ma żywą akcję, rodzącą niezwykłą ekscytację podczas czytania. Ów Sinhue mógł być kimś w rodzaju Nebamuna, bo był lekarzem i wykonywał różne prace o charakterze intelektualnym, a przy tym interaktywnie wkraczał do różnych środowisk egipskich. Waltari wspaniale odtworzył dawne życie w kraju faraonów, walki o władzę i prowadzone batalie wojskowe, a nade wszystko stworzył wyrazistą postać, która weszła do kanonu literatury światowej. U podłoża wielu archeologicznych karier naukowych leżała fascynacja tą książką i „wejście” w tamte światy za sprawa niezwykle wciągającej lektury. Dzisiaj ślady po grobowcu Nebamuna się zatarły, jest wiele kontrowersji związanych z jego datowaniem i roli jaką pełnił ów człowiek w starożytności, pozostały wszakże malowidła, które zachwycają i traktowane są jako jeden z cudów świata. Niektórzy porównują je nawet z dziełami Michała Anioła, ale to chyba jest gruba przesada, bo w sensie malarskim są rodzajem emblematu, wyraźnego skrótu myślowego, który służyć miał określonym celom funeralnym.

Życie codzienne w starożytnym Egipcie nie należało do łatwych z powodu monarchicznej i kastowej struktury społeczeństwa, a dodatkowo naszpikowane było innego rodzaju niebezpieczeństwami. To czas szalejących chorób, o nieznanej etiologii i piorunującym działaniu, to kłopoty związane z nieustanną, potężną operacją słońca i przebywaniem przez długi czas w miejscach napromieniowanych, a wreszcie groza dzikich zwierząt, które czyhały wszędzie by schwytać człowieka i go zjeść. Żywność zdobywano podczas polowań na Nilu, gdzie roiło się od krokodyli i jeszcze groźniejszych od nich hipopotamów, a także podczas wypraw na pustynie i żyzne niziny, gdzie także natknąć się można było na silnego drapieżnika – lwa, panterę, geparda lub hienę. Jeśli do tego dodamy obowiązek pracy i oddawania części plonów, pojawi się egzystencja trudna, pełna obwarowań, zakazów  i nakazów, prawdziwa walka o przetrwanie i utrzymanie rodzin. W grobowcu Nebamuna odkryto sporo malowideł przedstawiających takie trudne życie, a więc uprawę roli i hodowlę zwierząt, łowy i ceremoniały religijne, ale nie zabrakło też odwzorowania uczty, podczas której delektowano się w nadmiarze piwem. Charakterystyczne jest tutaj owo znamienne zatrzymanie w kadrze i przeniesienie do naszych czasów zachowań, gestów i ruchów ówczesnych mieszkańców Egiptu. Wiele z nich nie zmieniło się nawet do we współczesnych epokach i dopiero koniec dwudziestego wieku i bogacenie się krajów arabskich na wydobyciu ropy naftowej, a także na turystyce, przyniósł zmianę zachowań i stosunku zależności biednych od bogatych. Dawnym malarzom, lub tylko jednemu twórcy, udało się wspaniale odwzorować ruch, zatrzymany na zawsze, a jednocześnie jakby stale czekający na dalszy bieg czasu. To ludzka wyobraźnia naszego świata potrafi uruchomić te przedstawienia i ożywić martwotę, trwającą setki lat, przekazaną nam jako wiano starożytności. Z takich pobudek powstały sceny teatralne, nawiązujące do tych malowideł, powieści takie jak Faraon Prusa, Egipcjanin Sinuhe Waltariego, czy Złoty Faraon Brucknera, liczne filmy fabularne i popularnonaukowe i niezwykłe animacje komputerowe.

Niewątpliwie najpiękniejszym malowidłem z grobowca egipskiego pisarza i medyka jest przedstawienie polowania na dzikie ptactwo wodne. To jakby utrwalony na tysiąclecia dawny gwar i pisk spłoszonych i zrywających się do lotu skrzydlatych zwierząt. Nebamun przemieszczał się trzcinową łodzią, w której towarzyszyły mu żona i córka, a także – to jedno z najpiękniejszych malarskich przedstawień gatunku – dynamiczny, chwytający ptaka w locie, pręgowany kot. Główny bohater malowidła trzyma w lewej dłoni wygiętą pałkę, a w prawej wyrywające się gęsi lub czaple, jakby w ostatnich chwilach ich życia. Domyślać się możemy, że ów gwałtowny ruch, to uniesienie narzędzia do góry, zapowiada uderzenia w głowy ptaków, a potem położenie ich na łodzi, na kupce innych martwych stworzeń. Kot wyskoczył właśnie w górę i schwytał za skrzydło sporą berniklę, która w panice unosi głowę ku niebu i próbuje się jakoś wyswobodzić. Widzimy tu wiele gatunków ptaków, a więc ibisy i czaple, bączka, srokę i mewy, a nade wszystko wszechobecne gęsi egipskie. Pomiędzy ptakami fruwają wielkie motyle, a pod wodą kłębi się wiele różnego gatunku ryb. Ta łódź musiała się dopiero wynurzyć z zarośli papirusów i trzcin, bo jedna z gęsi, nieświadoma niebezpieczeństwa, przysiadła na niej i zaczęła się uważnie rozglądać. Niezwykła jest ta nadbrzeżna obfitość ptactwa, owadów i ryb, a dodać do tego trzeba jeszcze kwiaty wodne, które zrywa córka Nebamuna i te, które przechylają się nad łódź, poruszone lub nagięte przez jakąś spłoszoną istotę. Z jednej strony jest tutaj wystudiowane piękno, cudowny ubiór postaci, ozdobne pektorały, bransolety i misterne peruki, a ze strony drugiej jest paroksyzm mordowania i składowania zabitych ptaków w sunącej wolno łodzi. Wszystko wpisuje się w rytm życia przybrzeżnego, gdy jedni polują, inne stworzenia zastygają na chwilę przy kielichach kwiatów, a jeszcze inne odlatują z popłochem w bezpieczniejsze miejsca. Niezwykła jest też tutaj kolorystyka, przywodząca na myśl wczesną lub późną porę dnia, czas wschodu lub zachodu słońca, na co wskazuje przede wszystkim odcień połyskującego, opalonego ciała łowcy, jak i specyficznie niebieskie zabarwienie białych piór i skrzydeł ptaków. To połączenie błękitu z kolorem ochry, to wydobycie barw pośrednich, przytłumionych jeszcze przez wieki, stanowi niezwykłe osiągnięcie malarstwa egipskiego. Starożytny twórca pięknie odwzorował sierść kota i subtelne kształty ptasie, rysunek piór, lilii wodnych i kształty młodych ludzkich ciał. Tak zatrzymał chwilę na tysiąclecia, wierząc przy tym zapewne, że zostanie ona uruchomiona w odległych interpretacjach i w oczach tych, którzy wejdą kiedyś do grobowca. Historia nie obeszła się z tą konstrukcją delikatnie, ale przetrwało to, co z natury rzeczy powinno w pierwszej kolejności ulec rozpadowi. Przetrwała ta, rozciągnięta w czasie chwila, niekończące się polowanie na kruche istoty, które żyły kiedyś i może przepadły nagle, uderzone w głowy nieomylną, śmiercionośną  pałką antycznego łowcy.

GOŁĘBIE

Gołębie były pierwszymi ptakami, z którymi w dzieciństwie miałem bliższy kontakt i które zachwyciły mnie wtedy swoją urodą. Mój ojciec Zawsze je hodował, najpierw na tzw. starym mieszkaniu”, gdzie miał dość pokaźny gołębnik, a potem na kolejnych działkach. Często zabierał mnie do nich i pokazywał najpiękniejsze ptaki, ich wyraziste oczy, kształt sylwetki, dzioby, a wreszcie to, jak prezentują się w locie. Początkowo bałem się ich, ale potem zacząłem je głaskać delikatnie po główkach, rzucałem im zboże, zmieniałem wodę w specjalnych naczyniach. Z tamtych czasów wywodzi się pewnie moje szczególne zainteresowanie ptakami, nieustające obserwacje i bliższe zapoznanie się z wieloma gatunkami. Gołębie pocztowe mojego ojca miały subtelną urodę, ale nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak w następnych latach inni kolorowi mieszkańcy przestworzy. Zwracałem potem na nie uwagę, już w tym pospolitszym wydaniu, na różnych placach Europy, przede wszystkim we Włoszech, bo sporo ich było w Rzymie, w Padwie, a przede wszystkim w Wenecji, gdzie z gracją lądowały na Placu św. Marka lub nagle zrywały się do lotu i szybowały nad kanałami. W Ameryce widywałem przede wszystkim spokrewnione z nimi synogarlice i turkawki, a stosunkowo niewiele było gołębi właściwych. W krajach azjatyckich, gdzie ich mięso bywa przysmakiem, też nie widuje się takich stad jak na naszym kontynencie. Kiedyś bardzo zafascynowały mnie gołębie grzywacze, czyli ptaki dzikie, żyjące w lasach i na obrzeżach miast, czasami ukrywające się w śródmiejskich parkach, na cmentarzach i w ogrodach. To znacznie większe osobniki od „pocztowców” i od ptaków z rynków i ulic, latające charakterystycznym, ociężałym lotem. Przyglądałem się im przede wszystkim w lasach, ale ostatnio pojawiła się para w zaroślach, nieopodal miejsca, gdzie mieszkam. Na cmentarzach, przy osiedlu Błonie, wiele było płowych synogarlic, które zalatywały na balkony, siadały na dachach domów i pohukiwały od rana. Często budziłem się nad ranem, słysząc ich głosy, a potem towarzyszyły mi też one podczas wypraw na pobliskie nekropolie. Ostatnio jednak  zauważyłem coś bardzo ciekawego, co wprawiło mnie w prawdziwe zdumienie. Oto w samym centrum miasta, na Placu Wolności, gdzie rośnie trochę niewysokich jarzębin, spostrzegłem na nich kilka gołębi. Utrzymywały się z trudem na wiotkich gałązkach i z wielkim apetytem pochłaniały dojrzałe owoce. Myślałem, że żywią się nimi przede wszystkim mniejsze ptaki, że są w menu drozdów, kosów, szpaków, może kawek i gawronów, ale żeby gołębie żywiły się jarzębiną… A jednak, stałem jak urzeczony i prze dłuższą chwilę przyglądałem się temu spektaklowi. Zrobiłem też nieco zdjęć, dokumentujących go, bo było to równie zaskakujące jak dziecinne obserwacje wróbli, które rzucały się hurmem na brudnice mniszki, którym plaga nawiedziła Błonie na początku lat siedemdziesiątych. Teraz też, żyjące w mieście gołębie, pałaszowały dostępne w obfitości, owocowe pożywienie i niewiele sobie robiły z przechodzących blisko ludzi.

« Older entries Newer entries »

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 605 obserwujących.

%d bloggers like this: