LEONARD COHEN 1934-2016

mtiwnja4njmznzc1mji4ndi4

Smutek od samego rana… Wczoraj poinformowano, że 7 listopada zmarł w Stanach Zjednoczonych Leonard Cohen, jeden z moich przewodników życiowych, osoba bliska mi jak członek rodziny. Kochałem jego ballady od pierwszych chwil, gdy je wysłuchałem, wczytywałem się w teksty, bo była w nich mądrość i filozofia życia, prawda o czasie i ludziach. Sięgając myślą do wielu etapów mojego życia, zawsze słyszę jego wspaniałe pieśni, czy to w małym pokoiku na bydgoskim osiedlu Błonie, czy na szlakach Ameryki, Chin, wielu krajów Europy i Azji, w przygodnych mansardach artystów i w pokojach luksusowych hoteli, zawsze on – z taśmy, z płyty, a potem z ipodów i smartfonów. Wiele razy stylizowałem szczególne momenty mojego życia i wplatałem w nie jego muzykę, głos, poezję – stojąc na Liberty Island, wspinając się na chiński mur, zbliżając się do Araratu, albo płynąc statkiem po Bosforze, zamyślając się nad Niemnem, wpatrując w fale Atlantyku i Morza Śródziemnego. Tak łączyłem magię tych chwil z głębią jego przesłania – dla ludzkości, która odeszła, odchodzi i dla tej, która nadejdzie. Mógłbym tu przywołać wiele szczególnych pieśni, wiele clipów, ale przecież w takiej chwili trzeba przede wszystkim podkreślić żal i ból z powodu jego odejścia. Wczoraj świat zubożał w jednej chwili, a ja – od momentu gdy zobaczyłem ostatnie publiczne wystąpienie Leonarda – wiedziałem, że jego życie nieubłaganie zbliża się do końca. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy wysłuchałem niezwykłych songów z ostatniej płyty, dopiero co opublikowanej w październiku tego roku, w której pojawiły się tony eschatologiczne i poeta wprost mówił: I am ready my Lord… Ta śmierć pokazuje jak mało mamy czasu, nawet jeśli osiągamy szczyty sławy, tworzymy wielkie dzieła, nie starcza chwil, by ogarnąć wszystko wzrokiem i spojrzeć na nasze dzieje ze szczytu pięknej góry. Ona przychodzi nieodwołalnie i burzy wszystko, a szczególnie te ludzkie konstrukcje, które wydawały się wieczne, nienaruszalne. Głos w ostatnich pieśniach jest przytłumiony, brunatny, czarny, przechodzący w melorecytację, ale to jest najpełniejsze podsumowanie i potwierdzenie, że wszystko przemija i każdy płomień gaśnie… Jeszcze jedno mądre, bolesne wskazanie, których tyle w utworach barda z Kanady, jeszcze jedno arcydzieło w ciągu wielu niezwykłych realizacji. Dzisiaj stając nad otwierającym się grobem Leonarda Cohena, wpatruję się w ciemność, szukam potwierdzenia, że liczy się tylko życie, aktywność i twórczość – liczy się indywidualny wymiar egzystencji, który zaczyna promieniować na coraz szersze kręgi, a potem staje się legendą. Żegnaj przyjacielu, żegnaj bracie – żyliśmy w tym samym czasie na Ziemi i wspierałeś mnie wiele razy… Dziękuję Ci za poezję i każdą pieśń z osobna, dziękuję za twoją obecność w moim losie. Odchodzisz w ciemność, ale za tobą snuje się najczystsze, żywe światło – odchodzisz do wieczności, ale zostajesz w sercach ludzkich, w pieśniach i w chwilach, w ulotnej energii i bólu…

Reklamy

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (3)

images

20 grudnia 1981

Przeczytałem cykl artykułów Stanisława Łukasiewicza pt. Byłem sekretarzem Bieruta. Ciekawe informacje o latach powojennych w Polsce, ale autor za bardzo chce siebie eksponować i niechcący wychodzi mu panegiryk na cześć własnej osoby. Wiadomości zasłyszane: Papież zaapelował do wszystkich ludzi dobrej woli o modlitwy w intencji Polski. Podkreślił prawo Polaków do życia w pokoju i poszanowania praw człowieka. Zaapelował o solidarność z Polską i jej narodem, bo to, co jest ważne teraz dla Polski, ważne jest dla całej Europy. Wspomniał też o zabitych i rannych, mówiąc, że są oni powodem jego szczególnej troski.

Nadal trwają strajki w Województwie Katowickim i Gdańskim – według Amerykańskiego Departamentu Stanu na Śląsku zabito ponad pięćdziesięciu górników. Wysłannik Jana Pawła II arcybiskup Poggi przybył do Warszawy, gdzie przywitał go biskup Dąbrowski. Dostojnik przywiózł list papieża do prymasa Polski arcybiskupa Józefa Glempa.

W Zurychu odbyły się obrady działaczy Solidarności przebywających w dziesięciu krajach zachodnich. Będą oni organizować międzynarodową pomoc dla Polski. W Monachium odbędzie się natomiast modlitewna procesja pokutna, którą poprowadzi kardynał Ratzinger. Procesja będzie miała charakter religijny i zorganizowana zostanie w intencji naszego kraju.

Ambasador Polski przy ONZ-ecie Romuald Spasowski poprosił wraz z rodziną, o azyl polityczny w USA. Oznajmił o tym Aleksander Haig, a jest to, od trzydziestu lat, najwyższy rangą polityk polski, który poprosił o azyl na Zachodzie. Spasowski, syn znanego filozofa marksistowskiego, stwierdził, że jest to protest przeciwko uwięzieniu Lecha Wałęsy.

Wczoraj odbył się wiec w Stoczni Remontowej Parnica w Szczecinie, a w mieście tym trwają stale próby zorganizowania strajków. Z kolei na południu Polski żołnierze mieli przyłączyć się do strajkującego zakładu.

Rzecznik Departamentu Stanu USA wyraził zaniepokojenie stosowaniem w Polsce siły wobec ludności cywilnej. Parlament brukselski uczcił minutą ciszy śmierć górników. Premier Belgii Leo Tindemans wezwał do uwolnienia uwięzionych i poszanowania uchwał KBWE. Zbigniew Brzeziński stwierdził, że w Polsce ma miejsce pośrednia interwencja ZSRR.

„Washington Post”: To, co stało się w Polsce okryło hańbą Jaruzelskiego. „New York Times”: Terrorem junta stłumi opór, ale nikt nie będzie za nią pracował. Prywatne niemieckie banki uzależniły dalsze kredyty dla Polski od tego, czy rząd niemiecki udzieli stuprocentowych gwarancji.

W Londynie tysiące osób wzięły udział w wiecu w Hyde Parku. Demonstranci przeszli przed budynek polskiej ambasady i usiłowali wręczyć petycję domagającą się zakończenia stanu wojennego, ale urzędnicy reżimowi odmówili jej przyjęcia. We Wiedniu tysiące polskich uchodźców wzięło udział w mszy w intencji Polski. Jutro w Zurychu zbiorą się przedstawiciele ośmiu banków, które rozpatrzą petycję rządu polskiego o kredyt w wysokości 350 milionów dolarów, z przeznaczeniem na spłatę odsetek zadłużenia zagranicznego.

W Paryżu wybuchła bomba w Polskim Biurze ds. Transportu Międzynarodowego. Podłożyło ją jakieś ugrupowanie komunistyczne, na znak protestu przeciwko terrorowi marksistów w Polsce i innych krajach świata.

Próbowałem się skontaktować z Pastuszewskim, ale mi się nie udało. Miał wcześniej być na nielegalnym zebraniu u Oszubskiego, ale się nie pojawił. Jakoś nie pasuje mi na trybuna ludowego, chociaż ostro się stawia władzy.

Tytuły prasy angielskiej: „Jak zamordowano Solidarność”, „Krwawe urodziny Breżniewa”, „Mężczyzna zginał przeciwstawiając się samotnie czołgom”, „Orzeł w klatce”. „Sunday Times” twierdzi, że Jaruzelski chciał się spotkać z prymasem Glempem, ale ten odmówił, uzależniając to od udziału Wałęsy w tym spotkaniu. Podobno Wałęsa znajduje się Konstancinie pod Warszawą, gdzie udał się do niego jeden z członków rady wojennej i próbował nakłonić do wystąpienia w telewizji, ale spotkał się ze zdecydowana odmową.

0

Jak wynika z relacji jednego z zatrzymanych, a następnie uwolnionych, w obozach dla internowanych panują nieludzkie warunki. Ludzie trzymani są w nieogrzewanych barakach, w których są wybite szyby, nie ma toalet ani wody. Przesłuchujący, dla zastraszenia, bawią się nabojami podczas przesłuchań.

„Sunnday Times”: Nieobecność Jaruzelskiego na Kremlu podczas urodzin Breżniewa, to tak jakby „Hamleta” pozbawić sceny z grabarzami. Ten starzec ze stymulatorem serca może być jednak lepszy od jakiegoś młodszego towarzysza, który serca może nie mieć wcale.

Już dwadzieścia dwa dni nie widziałem Aliny i nie wiem co się z nią dzieje. Ostatniej nocy śniła mi się bardzo wyraziście, całowałem ją i przytulałem się do niej, a potem nagle wszystko rozwiał jakiś senny wiatr, pojawili się zomowcy z karabinami i pałkami, ulicami jeździły czołgi, a nad nimi wznosiły się wielkie helikoptery.

21 grudnia 1981

Dzisiaj byłem w centrum miasta i nie widziałem zbyt wielu zomowców. Nie było też patroli wojskowych. Żadnego uśmiechu na twarzach ludzi, wszyscy gdzieś podążają w skupieniu, zerkając nieufnie na boki. Po powrocie skończyłem czytać Zdobycie władzy Czesława Miłosza, które kupiłem jeszcze w budynku bydgoskiego MKZ-etu. Powieść sztuczna, sztampowa, napisana jakby na modłę socrealistyczną, nie zachwyciła mnie. Większe wrażenie zrobił na mnie tom wierszy Ryszarda Krynickiego pt. Nasze życie rośnie.

Wiadomości: Telewizja i Polskie Radio podały, że w kopalni „Ziemowit” strajkuje pod ziemią ponad tysiąc górników. Obok w kopalni „Piast” strajkuje tysiąc siedmiuset pracowników. Łączność nawiązywana jest przez telefon. Rodziny przynoszą górnikom jedzenie, które dostarcza się pod ziemię.

Romuald Spasowki złożył oświadczenie przed kamerami amerykańskiej telewizji. Potwierdził między innymi, że jego decyzja była aktem protestu przeciwko uwięzieniu Wałęsy.

Pojawiają się informacje co do dalszych uwięzionych: Wojciech Ostrowski (działacz katolicki), Maciej Iłowiecki, Tomasz Łubieński, Maria Wasiek (historyk), Stefan Pastuszewski, Włodzimierz Michalak. Ten Michalak to działacz naszego uczelnianego NZS-u, ale na wydziale krążą plotki, że był też członkiem PZPR-u. Ile w tym prawdy, nie wiem, chociaż facet jest dziwaczny trochę, taki zbyt poważny.

W Niemczech nasilają się protesty z powodu uwięzienia Władysława Bartoszewskiego. Zamknęli też Andrzeja Drawicza, Romana Zimanda, Tadeusza Kantora, Andrzeja Wajdę i rektora Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Gierka, Jaroszewicza i innych dawnych członków Biura Politycznego internowano w ich willach. Protesty i demonstracje w Hamburgu, Karlsruhe i licznych mniejszych miastach niemieckich. Z protestem wystąpił Heinrich Böll i inni znani pisarze niemieccy. Polonia polska złożyła protest w polskiej ambasadzie w Canberze, a w Adelajdzie odbył się wiec i pochód. Niesiono portrety Wałęsy i Jana Pawła II, a także transparenty z napisami: Ręce precz od Polski.

uid_f7ebe4bdfee557193d6cc00b28f0a2c61323933047936_width_633_play_0_pos_0_gs_0_height_355

Jan Paweł II potępił dominację pewnych grup, nadużywających władzy nad narodami, powiedział między innymi, że ludzie mają prawo stosować odpowiednie środki w obronie swej godności. Według rzecznika Białego Domu na Śląsku strajkuje dwadzieścia kopalni, a opór w Polsce zakrojony jest na dużo szerszą skalę, niż dotąd sądzono. Strajkujące zakłady, to: Huta Nowotki w Ostrowcu Świętokrzyskim, Rafineria Płock, Huta Katowice, gdzie zgromadziło się około osiem tysięcy robotników i zespawano bramę wjazdową – rozlokowano też na terenie huty butle z acetylenem i zagrożono wysadzeniem huty w powietrze. Strajkują Świdnickie Zakłady Sprzętu Lotniczego, kopalnia soli w Bochni, a praca w stoczniach została zawieszona na okres świąt.

Carington powiedział, że życzyłby sobie by Zachód rozważył wstrzymanie pomocy żywnościowej dla Polski, ale prezydent Mitterrand stwierdził, że Francja będzie na razie wysyłać żywność, ponieważ – jak powiedział: Ci, co głodują nie są członkami polskiego rządu. We Francji odbędzie się jutro jednogodzinny strajk na znak protestu przeciw sytuacji w Polsce. Czterech marynarzy ze statku Zambrów poprosiło o azyl polityczny w Holandii. Międzynarodowy Czerwony Krzyż wystąpił z apelem o pomoc dla Polski i o zebranie dwudziestu milionów dolarów. W poniedziałek apelował już tylko o sześć milionów.

Dokerzy amerykańscy postanowili zbojkotować wszystkie statki przybywające do USA z Polski i wypływające do naszego kraju, a w proteście uczestniczy sto tysięcy pracowników portowych.

W Londynie kardynał Basil Hume odprawił mszę św. w intencji Polski – zaapelowano o modlitwę wszystkich katolików na świecie. Jutro w Norwegii odbędzie się pięciominutowy strajk protestacyjny. Podobno dwa tysiące górników zabarykadowało się w przejściu z jednej kopalni do drugiej. Milicja wdarła się na teren Politechniki Wrocławskiej i biła kogo popadnie – mówi się o tym, że jeden ze strajkujących uczonych zmarł na atak serca.

Byłem u Grzegorza Musiała, który patetycznie, ale ze wzruszeniem czytał swoje Pieśni wojny. Przybył jego brat, skrajnie różny jeśli chodzi o budowę ciała – raczej solidny byczek. Nie mogę już znieść tych spojrzeń matki i rodzeństwa Grzegorza, którzy niby są dla mnie mili, ale obserwują mnie jak jakiegoś gada w terrarium. Oni myślą, że Grzesiu ma kontakty tylko z homoseksualistami, a tymczasem ja wciąż jestem zakochany w Alinie i nigdy, nawet przez chwilę, nie przyszło mi do głowy zainteresowanie seksualne jakimś mężczyzną. Poznałem sporo kolesiów Musiała i wszyscy są zmanierowani, zniewieściali, a jak już pozują na siłaczy, to i tak jest to podszyte jakąś strategią, która ma doprowadzić do znalezienia się w łóżku z jakimś chłopaczkiem. Na przykład z takim jak ja… Był też Krzysztof Soliński, poeta lingwistyczny i pracownik wydawnictw bydgoskich i straszliwy zarozumialec, starający się pozować na cynika. Po wypiciu dwóch kielichów wina zaczął przysypiać na krześle. Nie ufam mu i u Musiała też miałem wrażenie, że tylko markuje sen i uważnie słucha o czym mówimy.

            22 grudnia 1981 roku

Cały dzień przesiedziałem w domu, łudząc się, że listonosz przyniesie list od Aliny, albo ona sama stanie w drzwiach mieszkania moich rodziców. Patrząc na nią z oddali widzę jej dziwność – taka piękna dziewczyna, taka podniecająca, a stale uwikłana w jakieś bzdurne wspomnienia. Ten jej Józik z Wałdowa, wspomnienia wiejskich zabaw i nocnych wyznań miłości, smętne wracanie do piosenki Angie Rolling Stones i jego „pięknej” twarzy. W końcu pokazała mi jego zdjęcie i byłem w szoku, bo wyglądał jak Tolek Banan ze słynnego serialu telewizyjnego, tylko z większym, kartoflowatym nosem. I ta tandetna dedykacja na odwrocie – Alince zawsze kochający Józik. Na to ją wziął i dlatego ona tak mnie traktuje, jest słaba i nie umie ze mną zerwać do końca, ale wciąż od nowa rozmyśla o nim. Muszę być silny i skończyć to wszystko w jednej chwili – dotąd byłem jej wierny, ale koniec z tym fatalnym zauroczeniem. Sporo dziewcząt się mną interesuje i nie rozumie dlaczego nie odpowiadam na wyraziste sygnały, a jeden z kolegów – widując mnie czasem z Musiałem – rozpuszcza w środowisku literackim wieści, że też jestem pederastą.

Wiadomości z Wolnej Europy: Trwa nadal strajk w kopalniach „Ziemowit”, „Piast” i „Anna”. Solidarność w Szwajcarii wystosowała już drugi apel do żołnierzy polskich, oto on: Żołnierze polscy! Posłużono się wami niegodnie, hańbiąc sławę munduru polskiego, bądźcie świadomi odpowiedzialności jaka na was ciąży. Nie wolno wam rozstrzelać Polski. Głęboko wierzymy w to, że Sierpień 1980 roku przeżyje w sercach Polaków i pozwoli odrodzić się wolności.

Radio Wolna Europa podaje, że do tej pory śmierć w Polsce poniosło dwieście osób. Siły wojskowe liczą obecnie 400 tys. żołnierzy, ale tyle samo liczą oddziały milicji. Przeciwko ogłoszeniu stanu wojennego, wystąpił w Radzie Państwa, Przewodniczący Stowarzyszenia PAX Ryszard Reiff. Episkopat Polski nawiązał kontakt z rządem i może dlatego zniesiono godzinę milicyjną w nocy z 24 na 25 grudnia, żeby Polacy mogli wziąć udział w tradycyjnych pasterkach.

Jan Paweł II wezwał do rozwiązania kryzysu w Polsce na drodze pokojowej, wspomniał też swoje spotkanie z Lechem Wałęsą, a także zapewnił, że modli się stale do Matki Boskiej Częstochowskiej.

Wczoraj odbył się marsz 50 tys. studentów paryskich, którzy przeszli pod ambasadę PRL-u. Grupa prawników paryskich utworzyła Komitet Pomocy Polsce. W Holandii liczba uchodźców wzrosła do 40.

Radom został otoczony kordonami milicji i wojska i jest jednym z głównych punktów oporu. Ludzie czują, że coś się wydarzy w tym mieście, ale wzajemnie się informują o posunięciach władzy, by nie dopuścić do prowokacji. We Wrocławiu spędzono w jedno miejsce dwustu ludzi i kazano im stać bez butów na mrozie.

Romuald Spassowski spotkał się z Reaganem, 39 polskich marynarzy poprosiło o azyl w RPA. Wczoraj wieczorem przybył do Rzymu biskup Dąbrowski, a dzisiaj odprawił z Janem Pawłem II mszę św. W prywatnej kaplicy papieża. Odbył potem godzinną rozmowę z Wojtyłą. Podobno nie żyje Tadeusz Mazowiecki. Biskup Dąbrowski oświadczył, że Wałęsa jest pod Warszawą, ma u boku rodzinę – biskup wielokrotnie z nim rozmawiał.

Zmieniło się na lepsze nastawienie Austriaków do uchodźców polskich, chociaż docierają do urzędników państwowych donosy, informujące, że pośród nich jest sporo zakamuflowanych agentów peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa. Jakiś zachodni dyplomata widział walki ZOMO z młodzieżą w Gdańsku i czołg strzelający pod stocznią. W kopalni „Thorez” w Wałbrzychu zomowcy pobili wielu górników i prawdopodobnie byli zabici. Lekarze są wstrząśnięci stanem rannych. W Warszawie pojawiły się ulotki: „Solidarność była, jest i będzie”.

Zomo2

Spotkałem w mieście Krzysztofa Solińskiego i zaproponowałem mu wydanie mojego zbioru erotyków pisanych dla Aliny w Kujawsko-Pomorskim Towarzystwie Kulturalnym, gdzie jest redaktorem. Spytał kogo bym widział jako recenzenta i odparłem, że cenię Andrzeja K. Waśkiewicza, co przyjął z uznaniem. Wygłosił te swoje malkontenckie uwagi, że poezja nie ma sensu, liczy się tylko język, słowo i dłubanie w nich bez końca. Od samego początku ten człowiek mnie odrzucał, szczególnie podczas spotkań literackich – wszystko w jego interpretacji jest do kitu. Spodobało mi się, gdy Siwiec powiedział mu, że zamiast pierwszej literze w alfabecie, lepiej byłoby zadedykować tom jakiejś pięknej dziewczynie. Po Solińskim to spłynęło, gładził swoją rudą brodę i patrzył niewidzącym wzrokiem w dal. Zapewne przenikał głębie istnienia i miał gdzieś nasz światek, wszak przyjaźni się z wielkim krytykiem Krzysztofem Nowickim, który też ma podobne podejście do świata. Kiedyś rozmawiałem z nim na ulicy Pomorskiej i podczas krótkiej wymiany zdań, zdążył powiedzieć mi, że pisanie właściwie nie ma sensu i on świadomie odstawia pióro. Soliński jednak pisze i wydaje swoje kolejne tomiki, a potem dedykuje je literom w alfabecie. Patrząc na niego i widząc jak stale skubie tę swoją brodę, miałem chęć doskoczyć do niego i wyrwać mu ją kłak po kłaku.

23 grudnia 1981 roku

Poszedłem dzisiaj z Błonia do Oszubskiego, starą drogą, którą przemierzałem wielokrotnie chodząc na basen przy ul. Nakielskiej. Dzielnica domków jednorodzinnych spokojna, żadnych milicjantów, zomowców, tylko prywatne samochody na podwórkach. Był straszliwy mróz i poczułem jak skóra na policzkach nabrała jędrności i ściągnęła się. Przy kanale zatrzymałem się na chwilę przy drzewach jarzębinowych, gdzie pożywiało się owocami stado pięknych gili. Tylko ze trzy razy w życiu mogłem obserwować te ptaki, więc teraz wykorzystałem okazję i stojąc nieruchomo, cieszyłem się ze spotkania z czerwonymi skrzydlatymi stworzeniami, które zapewne przyleciały do nas z Syberii albo Skandynawii. U Oszubskiego rozmawialiśmy o wszystkim i niczym, a na końcu pojawiły się analizy obrazów Albrechta Dürera, ze szczególnym uwzględnieniem jego autoportretów. Alicja, żona Oszubskiego, która pracuje w szpitalu, powiedziała, że przywieziono im już pięciu zomowców i żołnierzy samobójców. Widać oni też nie wytrzymują – skomentowałem te informacje. Cholera, podoba mi się ta jego żona i ona też zerka na mnie ciekawie, staram się jednak utrzymywać dystans. Po powrocie do domu słuchałem Wolnej Europy i takie oto wieści wyłowiłem z szumów i rządowych zakłóceń:

Jaruzelski spotkał się z 69 naukowcami polskimi i tłumaczył im dlaczego wprowadził stan wojenny. Episkopat Polski jest w ciągłym kontakcie z Lechem Wałęsą. Podobno Kościół uzyskał obietnicę poprawy warunków w miejscach internowania Polaków. Utworzono komitet Koordynacji Kontaktów Rządu z Lechem Wałęsą. Na jego czele stoi Jerzy Turowicz. Dziesięciu zatrzymanych księży zostało uwolnionych z aresztów. Biskup Dąbrowski zdementował pogłoskę o śmierci Mazowieckiego. Solidarności udało się przesłać na Zachód raport o sytuacji w Polsce. Mówi się w nim o tym, że w środę czołgi wdarły się na teren stoczni gdańskiej, a użyto ich też do stłumienia strajku we Wrocławiu, gdzie miało zginąć wielu studentów.

Portugalia zarządziła przerwanie połączeń dalekopisowych z ambasadą polską. Dziesięć państw zachodnich wyraziło protest wobec dławienia praw człowieka i praw obywatelskich narodu polskiego. Podczas mszy św. w Krakowie, w intencji ofiar Grudnia’70 i w jedenastą rocznicę tamtych wydarzeń, na tłumy wychodzące z kościoła kierowano strumienie wody z armatek zainstalowanych na budach ZOMO. Przy siarczystym, siedemnastostopniowym mrozie, na ubraniach natychmiast tworzyły się sople lodu. Robotnicy informują zachodnich dziennikarzy, że nakłania się pracowników Nowej Huty by wyrzekali się członkostwa w Solidarności. Alternatywą jest zwolnienie z pracy.

BIBLIOTEKA (8)

okl1-horz

Obszerną, dwutomową powieść Juliusza Verne’a pt. Tajemnicza wyspa czytałem w młodości dwukrotnie i za każdym razem czułem jakiś niedosyt, coś nie pozwalało mi spokojnie dokończyć lektury. Pierwsze spotkanie było zdecydowanie przedwczesne i spowodowane podszeptem szkolnej bibliotekarki, której się wydawało, że w piątej klasie szkoły podstawowej, będę w stanie przełknąć ją bez trudu. Tak się jednak nie stało, bo po lżejszych powieściach przygodowych, nie mogłem zaakceptować rozwlekłych opisów francuskiego fantasty. Zdaje się, że oddałem oba tomy do biblioteki po przeczytaniu jednej trzeciej całości i dopiero w ósmej klasie wróciłem do tego utworu. Byłem wtedy już po lekturze Dzieci kapitana Granta i Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi, więc zapragnąłem raz jeszcze zmierzyć się z trzecim tomem tzw. dużej trylogii Verne’a, wchodzącej w obręb dzieła życia, czyli wielotomowych Niezwykłych podróży. Ta druga lektura też obfitowała w momenty zwątpienia i wiele razy miałem chęć zamknąć książkę i nigdy do niej nie wracać, a to przede wszystkim za sprawą ciągłych spowolnień akcji przez wskazane wyżej opisy zaradności wyspiarzy. To, co zapowiadało się znakomicie na początku i mocno przykuwało uwagę, zostało w dalszej części monstrualnie rozciągnięte, zagmatwane i naciągnięte zarazem. To jest historia z czasów wojny secesyjnej w Ameryce Północnej (1861–1865), kiedy to grupka uciekinierów z miasta Richmond, obleganego przez generała Ulissesa Granta, uprowadziła balon i znalazła się siedem tysięcy kilometrów od Wirginii, głównej twierdzy separatystów. Gdy huragan uszkodził poszycie i powłokę balonu, a aeronauci wyrzucili już wszystko, co mogli usunąć z kosza, gdy wreszcie pozostali tylko na linach i spadł do wody jeden z nich, dotarli do nieznanej wyspy na Pacyfiku, którą potem ochrzcili imieniem Abrahama Lincolna. Ucieczkę podjęli: inżynier Cyrus Smith, dziennikarz Gedeon Spilett, marynarz Bonawentura Pencroff, chłopiec Harbert Brown oraz służący Nab (Nabuchodonozor), a potem do tego grona dołączył jeszcze, znany z powieści Dzieci kapitana Granta Tom Ayrton – złoczyńca, który przeszedł przemianę na bezludnej wyspie Tabor. Koloniści mają też psa Topa i oswajają orangutana, którego nazwą Jup i uczynią z niego przydatnego kelnera oraz tragarza. Trzeba przyznać, że pisarstwo Verne’a kreuje typ szlachetnego bohatera, kochającego wolność i walczącego o sprawiedliwość. W tym względzie może on jeszcze wiele lat być cenną pomocą w edukacji młodych pokoleń, a jego postacie mogą stawać się wzorami postaw obywatelskich i działań dla dobra ogółu.

1

To, co zapowiadało się sensacyjnie i przykuwało moją uwagę na początku, niestety zaczęło się rozmywać przez naciągane opisy niezwykłych umiejętności Cyrusa Smitha, cudownie ocalonego podczas upadku do oceanu i potem odnalezionego na plaży przez służącego Naba. Koloniści zaczynają zaprowadzać swoje porządki na wyspie i jakoś dziwnie łatwo im to idzie, a problemu nie stanowi nawet wyprodukowanie kwasu azotowego czy siarkowego, bez trudu tworzą dymarki i wytapiają żelazo, a potem kształtują z niego niezbędne narzędzia i instrumenty. Odbywając wędrówki po wyspie, nazywają jej kolejne partie, tworzą też powoli mapę, na której pojawiają się określenia związane z historią Stanów Zjednoczonych, jak i charakterystycznymi cechami danych miejsc. Ich determinacja jest ogromna, a w skrajnych momentach pomaga im jakiś nieznajomy dobroczyńca, który urasta w ich wyobrażeniach niemal do wymiarów boskich. Po zbudowaniu łodzi, kilku kolonistów udaje się do pobliskiej wyspy Tabor, skąd przywozi nieomal zdziczałego mężczyznę. Okazuje się on skazanym na zesłanie dawnym złoczyńcą i piratem Tomem Ayrtonem, który po przyjeździe na wyspę Lincolna, powoli wraca do społeczności i zostaje całkowicie zresocjalizowany, a potem oddaje nieocenione usługi całej grupie. Najbardziej spektakularną interwencją nieznajomego pomocnika jest wysadzenie miną statku piratów, którzy pewnego dnia pojawiają się na wyspie i chcą ją zagarnąć. Gdy sytuacja była już tragiczna, ogromny wybuch wstrząsnął ich jednostką i wyleciała ona w powietrze, natychmiast osiadając na dnie wraz z załogą. Na wyspie pozostało zaledwie kilku złoczyńców, z którymi koloniści prowadzili walkę, póki nie znaleźli ich na brzegu strumienia martwych, jakby porażonych prądem. I tym razem dopomógł im ktoś, kogo nie znali, a kto ujawnił się na końcu powieści. Okazało się, że był to znany z wcześniejszych utworów Verne’a Kapitan Nemo, którego Nautilus zaklinował się w wielkiej grocie i nie mógł wypłynąć w morze. Koloniści docierają do niego w momencie, gdy gaśnie już w nim życie i stają się mimowolnymi świadkami jego umierania. Okazuje się, że to on pomagał im przez cały czas i on podrzucił im butelkę z informacją, że na pobliskiej wyspie Tabor znajduje się człowiek potrzebujący pomocy. Niestety, bogate w wydarzenia życie kapitana Nemo dobiega końca i koloniści stają się wykonawcami jego ostatniej woli, czyli zatopienia go w odmętach oceanu, razem ze statkiem podwodnym, który stworzył. To istotne dopowiedzenie do powieści pt. Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, która nie wyjaśnia czy Nemo poniósł śmierć w odmętach Atlantyku, czy uszedł z życiem z sytuacji nieomal bez wyjścia.

2

Przed śmiercią kapitan Nemo powierzył Cyrusowi Smithowi smutną tajemnicę, związaną ze zbliżającą się wielką katastrofą wulkaniczną. Według niego, wyspa miała zapaść się pod wodę podczas wielkiego wybuchu, spowodowanego wtargnięciem oceanu do głównej niecki lawy. Przerażeni koloniści próbują jak najszybciej ukończyć budowę nowego statku, ale widzą, że katastrofa zbliża się wielkimi krokami, a strumienie lawy niszczą całą roślinność i zabijają przerażone zwierzęta. W końcu następuje przewidywany wybuch i z wielkiej wyspy zostaje tylko niewielka skała, ledwo wystająca ponad poziom wody. Mężczyźni chronią się na niej, ale z powodu braku żywności i słodkiej wody, siły ich coraz bardziej słabną i nie widzą już żadnych szans na ratunek. Ten jednak nadchodzi niespodzianie, gdy na wyspę Tabor przypływa po skazańca statek parowy, a nie znalazłszy go tam – po przeczytaniu wiadomości umieszczonej na wyspie przez kapitana Nemo – kieruje się wprost ku samotnej skale i ratuje skazanych na szybką śmierć kolonistów. Opisy wybuchu wulkanu i jego skutków należą do najlepszych w powieści i warto tutaj zacytować choćby niewielki fragment: W pierwszym tygodniu marca Góra Franklina nabrała znów groźnego wyglądu. Tysiące szklanych niteczek zastygłej w powietrzu lawy spadały jak deszcz na ziemię. Krater znów wypełnił się po brzegi. Lawa przelewała się przez wszystkie zbocza wulkanu. Jej strumienie popełzły po skamieniałych tufach i do reszty zniszczyły nędzne kikuty drzew, które oparły się pierwszemu wybuchowi. Tym razem posunęła się ona południowo-zachodnim brzegiem Jeziora Granta poza Glicerynowy Potok i ogarnęła Płaskowzgórze Rozległego Widoku. Ten ostatni cios, zadany dziełu kolonistów, był zaiste straszliwy. Z młyna, zabudowań ptaszarni i stajen nie pozostało ani śladu. Przerażone ptaki rozleciały się na wszystkie strony. Top i Jup okazywały najwyższe przerażenie, gdyż instynkt ostrzegał je przed bliską katastrofą. Dużo zwierząt zginęło w czasie pierwszego wybuchu wulkanu. Z tych, co ocalały, część znalazła schronienie na Bagnie Podgorzałek, niektóre zaś uciekły na Płaskowzgórze Rozległego Widoku. Jednakże to ostatnie schronienie zostało niebawem odcięte i strumienie lawy, wylewając się poza występ granitowej ściany, runęły na wybrzeże jak ogniste wodospady. Żadne słowa nie potrafią opisać niesłychanej grozy tego widoku. W nocy wyglądało to jak Niagara płynnej surówki hutniczej z unoszącymi się nad nią kłębami rozżarzonych gazów i wrzącymi wirami u dołu. (Przeł. Jadwiga Kaczmarewicz-Fedorowska) Po wielu stronach leniwej narracji, po rozdziałach opisujących wdrażanie skomplikowanych technologii na wyspie, nagle wszystko przyspiesza i staje się prawdziwą literaturą przygodową.

4

Moja trzecia i zapewne ostatnia lektura Tajemniczej wyspy, miała już inny charakter, bo przede wszystkim przyglądałem się warsztatowi pisarskiemu Juliusza Verne’a i łapałem go na niekonsekwencjach autorskich. Nie zgadzają się przede wszystkim daty, jakby trzy tomy trylogii były całkowicie od siebie niezależne, a zazębiające się dzieje nie miały ze sobą wiele wspólnego. Jako chłopak nie zwracałem uwagi na rozdęte opisy wdrażania nowych wynalazków na wyspie, choć wiele z nich pojawiało się w życiu kolonistów zbyt łatwo. To tak, jakby Cyrus Smith był cudownym czarodziejem i dostarczał przyjaciołom wszystkiego, co niezbędne – ot „pstryk” i już jest żelazo, „pstryk” i są odczynniki chemiczne, niezbędne do produkcji środków wybuchowych, a potem „pstryk” i tworzy już wyciągarkę do drutu i rozwiesza na wyspie sieć telegraficzną. Zastanawia też mała inwencja grupy w zakresie wydostania się z wyspy i budowanie łodzi, potem statku i wiązanie przyszłych losów z podróżą oceaniczną, gdy w posiadaniu grupy znalazła się powłoka balonu i wystarczyło ją załatać, skonstruować urządzenie do ogrzewania powietrza, a potem przelecieć niewielką odległość, dzieląca ich od Nowej Zelandii. Skoro umieli wytapiać żelazo i budować różnorakie sprzęty, niezrozumiałe jest to, że nie odtworzyli balonu i nie polecieli na północny-zachód. Trochę raził mnie też ten równy podział dawek narracyjnych, jakby Verne codziennie tworzył jeden lub dwa rozdziały, a potem umieszczał je w ciągu opowieści. Aż prosiło się, by po drodze pojawił się jakiś specjalny wstrząs, a prace kolonistów zostały zakłócone. Dopiero pojawienie się piratów wprowadziło do powieści nieco wigoru i akcja przyspieszyła, chociaż po tym wydarzeniu znowu wiele stron miało charakter usypiający i tworzyło wrażenie, że powieść na końcu rozmyje się w nijakości. Oczywiście wybuch wulkanu wszystko zmienił, ale pojawiły się tez nowe dziwności, jak opisy linii telegraficznej kapitana Nemo, który musiałby chyba być nadczłowiekiem by na tak długiej trasie rozwiesić na drzewach swą sieć. Elementem komediowym w powieści jest postać orangutana Jupa, który zostaje niemal myślącym członkiem całego towarzystwa i bierze nawet udział w walkach ze złoczyńcami. Choć małpy te są bardzo inteligentne, trudno byłoby znaleźć taką, która wykonywałaby czynności opisane przez Verne’a. Podczas dwóch pierwszych lektur nie zadawałem sobie pytań o sens tej powieści, a teraz przez cały czas poddawałem w wątpliwość strategię pisarską autora. Miała to być przecież powieść przygodowa, a zmieniła się w opis pobytu na wyspie i ciągów wdrażania kolejnych udogodnień. W tym względzie przypominała opisy działań Robinsona Cruzoe ze ze słynnego dzieła Daniela Defoe’a i nie wnosiła nic nowego do wykreowanej przez tego pisarza postaci rozbitka. Papierową postacią jest też kapitan Nemo, który potrafi taszczyć na brzeg oceanu wielka skrzynię, odbywa samotną wyprawę łodzią na wyspę Tabor i dokonuje wielu innych cudów, spośród których najbardziej wątpliwy jest stały monitoring tego, co robią koloniści. Jakby dysponował kamerami i z pokładu Nautilusa obserwował kolejne kroki Smitha i jego kolegów. Trzecia lektura niewątpliwie była najbardziej efektywna i nie męczyłem się już tak, jak podczas wcześniejszych spotkań z przestrzenią i bohaterami wyspy Lincolna. A choć wiedziałem jaki będzie rozwój wypadków, narracja i opisy zaciekawiały mnie lub budziły sprzeciw, co – koniec końców – też miało swoją wartość intelektualną.

7

AROMAT POMARAŃCZY

okladkaDzieciństwo najpełniej kształtuje naszą osobowość, programując to, co będzie się działo w przyszłości, wpływając na decyzje i wybory ścieżek życiowych. To jest czas narodzin wrażliwości, w którym nic nie idzie na marne, wszystko ma jakiś elementarny sens i skutkuje rozwojem. Dziecko płaczące po rozbiciu kolana, uczy się czym jest ból i czego nie należy robić, zauważa też, że nic nie jest bezkarne w naszym świecie. Tutaj, w niewielkiej powieści Anny Cybulskiej mamy do czynienia z odtwarzaniem tropów dzieciństwa – głębokim zamyśleniem nad tym co się zdarzyło i miało znaczenie dla ukształtowania się świadomości artystycznej, ale przecież jest w tej książce jeszcze jedno ważne założenie. Ma ona być dialogiem z synami, a potem wnukami, z którymi autorka straciła kontakt w trudnych okolicznościach życiowych. To ma być opowieść o dzieciństwie dla dzieci, ale też odsłanianie przed nimi, tego co ukształtowało wnętrze osoby, która przekazała im istnienie. Bez jej życia i pierwiastkowych doświadczeń nigdy nie pojawiliby się na świecie, nie zaczerpnęliby pierwszego oddechu. Założenie jest szczytne – ma to być dziennik tego, co się przydarzyło, ale też próba wskazania jak kruche jest wszystko, jak trzeba w życiu uważać i jak należy siebie kształtować od samego początku. Autorka sięga pamięcią głęboko, do pierwszych zauroczeń i porażek, stara się w subtelny sposób odtworzyć drogę, którą przeszła, próbuje raz jeszcze spojrzeć w oczy osobom ważnym dla jej losów, a przy tym nie gubi samej siebie, raz to stając się małą dziewczynką odkrywającą na strychu tajemniczą żółtą walizeczkę, innym razem, dojrzałą kobietą, oceniającą sprawiedliwie swoje utracone kontakty z wnukami. Wszystko razem układa się w ciąg zdarzeń i analiz, które stają się rodzajem strumienia świadomości, połyskującego odcieniami, niosącego zapachy i odgłosy dawnych chwil.

Ważną rolę odgrywa tutaj magia, która pojawia się w obrębie prostych sytuacji, takich jak choćby siedzenie w poczekalni do lekarza. Oto nagle po hallu zaczynają się toczyć pomarańcze, których aromat czuć wszędzie. Nie są to zwykłe owoce, to jakby wspomnienie cudowności, którą symbolizowały w czasach dzieciństwa, pojawiając się nagle na stołach w czasie świątecznym. W takim rozumieniu stawały się nośnikami sacrum, chwil oprawionych w konteksty uczuciowe, przywoływanych w pamięci jako czas szczęścia i pełni emocjonalnej, jakiegoś nagłego obłaskawienia świata. Autorka chciałaby zaszczepić wnukom wrażliwość, która stała się jej udziałem, ale doskonale wie, że nie jest to takie łatwe i ma związek z licznymi potknięciami, bólem stłuczonego kolana i nagle przeciętego nożem palca. Wierzy, że swoją książką ocali je i spowoduje, że złych doświadczeń będzie mniej, choć też doskonale zdaje sobie sprawę, że to one współtworzą osobowość każdego człowieka. Ta książka została tak napisana, że przeczyta ją z zaciekawieniem dziecko i osoba dorosła, bo ma przecież swoje głębie i swoje tajemnice, niczym tytułowa żółta walizeczka. Nawet jeśli jej synowie i wnuki przeczytają tę opowieść w wieku późniejszym, szukając może swoich korzeni i odtwarzając w przeciwną stronę drogę, która doprowadziła ich do narodzin, będzie to wartość ogromna, być może przełomowa dla ich jednostkowych doświadczeń. Zauważmy też, że narracja autorki zawiera w sobie cichy bunt, bo nie wolno żadnej babci pozbawiać kontaktu z wnukami, a tym samym odzierać je z intymności, która powinna się pojawić w egzystencji każdego dziecka.

Dziewczynki miewają swoje tajemne światy i tutaj jesteśmy świadkami rekonstrukcji przestrzeni, w których miały miejsce duchowe przygody autorki. To obszar małego miasteczka, w którym jak w soczewce skupiały się promienie biegnące z różnych kierunków. Niczym Ania z Zielonego Wzgórza – jej wielka fascynacja lekturowa – miała swoją skarpę, na której bawiła się z innymi dziećmi, przy której dorastała i która pozostała w jej pamięci jako miejsce szczególne, pełne zakamarków i dziwnych kryjówek. Pomarańcze pachniały na świątecznym stole, ale magia tego zapachu przesunęła się aż do lat dojrzałych i powróciła w kreacji nowej książki. To oczywiście metafora, nawiązanie i przeniesienie w przyszłość tego, co kiedyś autorkę zauroczyło, a teraz stało się jedną z tajemnic żółtej walizeczki. Każdy dorosły człowiek niesie w sobie dziecko, każdy ma wspomnienia dobre i złe, ale tylko umysł twórczy potrafi wydobywać szczególne elementy, na nowo przydawać ciepła chwilom i sytuacjom sprzed wielu lat. Książkę Anny Cybulskiej można kartkować jak album starych fotografii, ożywionych nagle i ubarwionych subtelnym opisem, źródłowym komentarzem. To są wspomnienia rekreowane wyobraźnią, a zarazem wskazania dla dzieci i wnuków, którzy zaczynają wędrować swoimi życiowymi drogami. Kiedyś dorosną i będą mogli wtedy powiedzieć, że babcia myślała o nich wiele lat temu i zajmowało ją to, co się z nimi stanie, na kogo wyrosną i gdzie wyruszą. Taka rodzinna czułość, takie uczucie znajdujące powinowactwo w tej samej krwi i łączności genetycznej, jest zapewnieniem, że miłość zainicjowana w momencie ich narodzin, nigdy nie ustanie. A zapach pomarańczy będzie im to zawsze przypominał, tak jak będzie znakiem łączności ta książka, napisana dla nich i w nich. Ta żółta walizeczka, pełna tajemnic i niezwykłości, prawdziwy skarb, dający się znaleźć i otworzyć w każdym czasie…

_________

Anna Alina Cybulska, Dziewczynka z żółtą walizeczką, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2015, s. 124.

ALEJA KLONÓW (21)

aec04331c3e60e95d2d691faf5adec99-horz

Co jakiś czas ojciec uznawał, że mam za długie włosy, brał mnie za rękę i prowadził do fryzjera Frosta. Jego malutki zakładzik mieścił się na parterze dwupiętrowej kamienicy z czerwonej cegły, wybudowanej dawno temu i nigdy nie otynkowanej. Strasznie bałem się tych wizyt, tym bardziej, że mistrz czasami śnił mi się w nocy i przemieniał się wtedy z niewielkiego człowieczka w piekielnego potwora, czarnego karalucha, wielkiego smoka, albo monstrualnego nietoperza. Nie wiedziałem co znaczył jego szelmowski uśmieszek i nerwowo ruszający się wąsik, dla żartu uruchamiane wielkie małżowiny uszne i stale poprawiany małym grzebykiem przedziałek na środku głowy. Dopiero po latach uznałem, że był bardzo podobny do Franza Kafki, tylko ten hitlerowski wąsik absolutnie nie pasował do jego fizjonomii. Ojciec wprowadzał mnie do fryzjerni i Frost zacierał ręce, wyciągał zza szafy specjalną deskę i zapraszającym ruchem prawej ręki wskazywał, że mam na niej usiąść. Z trudem wdrapywałem się na nią, a on ustalał z moim rodzicem, jak ma obciąć moje włosy.

       – Przytnij delikatnie, leciutko, żebym go mógł czesać w pizdeczkę… – mówił mój ojciec i kreślił rękoma jakieś koła w powietrzu.

      – Dobra, dobra… w pizdeczkę, jasne, jasne… w pizdeczkę…

Siedziałem jak na rozżarzonych ogniach, wierciłem się nerwowo i czekałem z bijącym sercem na bieg wypadków. Fryzjer jeszcze coś ustalał z tatą, ale już strzygł powietrze ostrymi nożyczkami, raz to zbliżając się do mnie, raz oddalając, aż w końcu założył mi białe okrycie, zawiązał je pod szyją i zaczął sukcesywnie ścinać włosy. Przy każdym zbliżaniu się odgłosu cięcia bałem się, że zetnie mi płatek ucha, ale był ostrożny, tym bardziej, że ojciec był w pobliżu. Usiadł na krzesełku i przeglądał jakąś świńska gazetkę, którą mu Frost wyjął specjalnie z szuflady. Raz po raz zerkał na otwarte właśnie strony i mrugał porozumiewawczo do ojca, który tak się usadowił, żebym niczego nie widział. Nie wiedział, że ciąg luster odbijał od siebie obrazy i w górnym, prawym rogu tafli, przed którą siedziałem, widziałem fragmenty kolorowych fotografii, prezentujących wielkie biusty, nagie tyłki, łydki i uda pięknych kobiet. Poczułem, że mój siusiak naprężył się mocno i bałem się, że fryzjer zauważy to przez białą powłokę, ale on tak był zaaferowany swoją pracą, że nie widział odbić w górnej części lustra i tego, co działo się ze mną. Był osobą głęboko nieszczęśliwą, bo ożenił się z dziwką Yvette, która nie mogła zapomnieć swoich szaleństw, siedziała na piętrze w różowym, muślinowym szlafroku i piła wódkę na przemian z winem. Zdarzało się, że nagle zrzucała z siebie wszystko, zbiegała po schodach i naga pędziła przez ulicę. Dołączał czasem do niej Wuja Koniś i tak, niczym dwa konie w zaprzęgu, pędzili obok siebie przez Aleję Klonów. Yvette farbowała sobie loki na blond, miała czarne oczy, używała jaskrawych szminek i przeklinała jak szewc, czego nauczył ją ostatni alfons, dawny mistrz bokserski.

Nożyczki zgrzytały metalicznie i moje obfite włosy lądowały najpierw na białej szacie, a potem zsuwały się na podłogę. Co jakiś czas Frost przekręcał moją głowę, odchodził na niewielką odległość, przekrzywiał tułów, podchodził do ojca, zaglądał do gazetki, uśmiechał się lubieżnie, mrugał oczami i potakująco kiwał łepetyną. Potem wracał do mnie i jeszcze ścinał jakieś odstające włosy, jeszcze coś wyrównywał, dmuchając z impetem w jakieś miejsce głowy. Zbliżała się chwila, której bałem się najbardziej i zacząłem się nerwowo wiercić na desce, zerkać na boki i szukać pomocy u ojca, który z niczego sobie nie zdawał sprawy, a tylko zawzięcie wertował kolejne kolorowe karty czasopisma. Frost sięgnął po brzytwę i zaczął ją ostrzyć na specjalnym skórzanym pasie z napisem Juchten u góry, a potem namydlił mi tył szyi i zaczął delikatnie wygalać resztki włosów. Miałem łzy w oczach, bo przypomniałem sobie niedawny sen, kiedy to fryzjer przeistoczony w czarnego diabła z głową karalucha i ruchomymi czułkami, podcinał mi gardło, świstał brzytwą w powietrzu i śmiał się szyderczo. Na szczęście długo to nie trwało i golibroda odłożył brzytwę, wytarł mi resztki mydła białym ręcznikiem i zaczął spryskiwać włosy jakimś płynem, intensywnie pachnącym jak woda kolońska. Potem niedelikatnie zaczął wmasowywać kosmetyk w moją skórę i czesać wielkim grzebieniem w brązowe i białe plamy, odsuwając na bok pokaźną grzywkę. W końcu odwiązał białą szatę, zmiótł ze mnie włosy specjalną, mięciutką szczotką, stanął obok i znacząco chrząknął do ojca. Ten natychmiast zamknął pisemko, odłożył je na jakiś stoliczek i przysunął się do mnie, coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy.

     – Coś ty zrobił najlepszego Edziu – wyrzucił z siebie – miało być w pizdeczkę, a ty zrobiłeś z niego Hitlerka…

Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze i zauważyłem spore podobieństwo do znienawidzonego wodza III Rzeszy, tylko wąsika mi brakowało. Frost natychmiast się naprężył, zrobił kilka kroków do przodu i do tyłu, spojrzał na mnie w lustrze, lekko odgarnął grzywkę grzebykiem w drugą stronę i syknął:

    – A teraz…?

    – Hitlerek chłopie, ostrzygłeś go na Hitlerka… mówiłem ci, że chcę go czesać w pizdeczkę… ach, z tobą tak zawsze, wszystkie dzieciaki strzyżesz jakby miały iść do Hitlerjugend…

   – No co ty gadasz bracie – przymilał się fryzjer – To tylko kwestia uczesania…

Ojciec obchodził mnie z każdej strony, nie bacząc na to, że ryczałem już w niebogłosy i chciałem jak najszybciej zejść z deski. Wreszcie nakazał mi wymownym skrzywieniem twarzy posłuszeństwo, sięgnął po jakiś grzebyk i zaczął mi robić przedziałek na środku głowy.

Miałem już dosyć fryzjera i coraz mocniej manifestowałem swoją dezaprobatę dla tego, co dwaj mężczyźni nade mną wyprawiali. Tata przeczesał mnie, ale skrzywił się bardzo, spojrzał na kompana, a gdy ten też zrobił dziwny grymas twarzy, zaczął czesać mnie do tyłu, unosząc włosy do góry. I to się nie spodobało, więc zwrócił się do fryzjera:

    – Wiesz co, ty skróć te jego włosy, idą upały, po co ma się męczyć…?

   – Znaczy maszynką…? – spytał Frost.

  – Najlepiej maszynką… tak będzie najszybciej – odparł.

Z przerażeniem przyglądałem się jak moja głowa się zaokrągla, a włosy spadają na ponownie rozpostartą białą materię. Tego było za wiele i zacząłem chlipać, pociągać nosem, aż ojciec szturchnął mnie ze dwa razy w ramię, wyciągnął kretonową chusteczkę z kieszeni i kazał mi wydmuchać nos. Fryzjer przerwał na chwilę, obiegł mnie szybko i cmoknął z zachwytem. Tak samo obszedł mnie dookoła ojciec i też wydał z siebie dźwięk aprobaty, jakieś takie długie syknięcie. Zostałem ponownie otrzepany, wyszczotkowany, tata zapłacił fryzjerowi i wyszliśmy z zakładu, kierując się do domu. Popłakiwałem cicho, bo to, co zobaczyłem w lustrze na końcu roboty Frosta, prawdziwie mnie wystraszyło. Nie byłem podobny do siebie, a moja głowa zmieniła się w coś, co mój dziadek nazywał zawsze łysą pałą. Minęliśmy po drodze Wuja Konisia, który zmierzał ku Pięknej, a na mój widok zatrzymał się i zaczął rżeć przeraźliwie, jak zraniony koń. To jeszcze bardziej mnie przeraziło i zacząłem beczeć najgłośniej jak umiałem, powodując zamieszanie na ulicy i wychylanie się ludzi z okien kamieniczek. W końcu doszliśmy do domu, a gdy przekroczyłem próg prawie zderzyłem się z prababcią, właśnie wychodzącą do siebie. Gdy mnie zobaczyła, wzięła się pod boki i zaczęła rechotać jak żaba, odwracać się do mojej matki i pokazywać palcem ogoloną głowę.

  – Zobacz ino jak ten go obrąbał… – zaskrzeczała – Toć Lenina z niego zrobił, łysego Lenina z niego zrobił…

Nie wiedziałem jeszcze wtedy kim był Lenin i co to znaczyło, ale reakcja mojej matki, która wyzwała ojca od cymbałów i kazała mu się wynosić do gołębnika, uświadomiła mi, że nie akceptuje tego, co się stało. Gdy prababcia przestała się histerycznie śmiać, mama podeszła do mnie, zaczęła mnie głaskać po głowie i pocieszać z czułością:

  – Nie martw się, włoski szybko odrosną, a ojcu to ja powiem co swojego… pożałuje, pożałuje, że tak cię urządził.

Chciałem się zemścić i powiedzieć mamie, że przeglądał u fryzjera gazetkę z gołymi babami, ale byłem tym wszystkim tak zmęczony, że położyłem się na kanapie i szybko zasnąłem. Matka przykryła mnie kocykiem, pogłaskała jeszcze raz po głowie i odeszła do kuchni. A mnie natychmiast przyśniła się naga Yvette z papierosem w cygarniczce i fryzjer Eduardo, wyglądający jak czarny anioł z rogami i skrzydłami smoka, z głową Franza Kafki, a po chwili Lenina, a potem Hitlera. To przybliżał się do mnie, to oddalał, aż w końcu zapadł się bez reszty w głębie mojego snu, odpłynął w niebyt i pękł jak bańka mydlana. I tylko wielki czerwony sztandar powiewał na wietrze, a w dali słychać było strzyżenie nożyc fryzjerskich i jakieś patetyczne przemówienia, wykrzykiwane po rusku albo po szwabsku. W końcu i one ucichły, a w moim śnie rozlała się cudowna błogość… lekkość i cisza.

ALEJA KLONÓW (20)

marc-chagall-3

Poranek był jasny, a na bezchmurnym, błękitnym niebie rysowały się tylko niewielkie, jaśniejsze smugi oparów. Słońce wstawało w glorii złota, czerwieni i lekko rozmytych żółcieni, a w czarnej grafice gałęzi klonów rozsiadły się małe stada gawronów, wydając raz po raz chrapliwe krakanie. Aleja była prawie pusta, choć w dali widać było stojącego przy drzwiach kamienicy Janka Wodogłowca, niedaleko piekarni stał też koń przy wozie i pomocnicy piekarscy zdejmowali z niego pękate worki mąki, zarzucali je na plecy i taszczyli w stronę magazynu. Ulicą rzadko przejeżdżały samochody, najczęściej wojskowe cysterny albo półciężarówki, jakieś pojedyncze wozy osobowe, o tej porze wiozące dowódców i pilotów na lotnisko. Senność nocy nie oddaliła się jeszcze, ludzie przecierali oczy rękoma i nic nie zapowiadało burzy, jaka miała się niebawem rozpętać. Wyszedłem z podwórka na ulicę i stanąłem przy pompie, przyglądając się jak jakaś starsza kobieta, mieszkająca w dalszym domu, nalewa wodę do wiadra. Uniosłem głowę ku niebu i zobaczyłem jastrzębia, majestatycznie kołującego pośród błękitu, wypatrującego gołębi wylatujących z gołębników i przysiadających na pokrytych dachówkami dachach. Śledziłem drapieżnika dość długo, aż nagle zmienił trajektorię lotu i z impetem zaczął spadać w kierunku nieostrożnego ptaka, który wzleciał zbyt wysoko. Dopadł go szybko, wbił szpony w pierś i bezwładnego pociągnął chybotliwym lotem ku wieży pobliskiego kościoła Świętej Trójcy. Żal mi się zrobiło sinoniebieskiego gołębia i przypomniałem sobie jakie piękne, czerwone oczy mają te bezbronne istoty, jak gruchają miłośnie w gołębniku mojego ojca i jak radośnie wylatują w niebo, krążąc wiele razy nad naszą dzielnicą.

paradisbig

Nagle dotarł do moich uszu jakiś przeraźliwy krzyk kobiecy, wyraźnie dobiegający z korytarza, oddzielającego dwa podwórka naszej posesji. Podbiegłem do bramy i zobaczyłem jak z mroku przejścia wybiega Pola Rozenfeld w amarantowym szlafroku z satyny, z rozwichrzonymi włosami. Kuśtykając komicznie w eleganckich pantoflach z puszystymi, różowymi pomponami, podbiegła pod niewielkie wzniesienie na podwórku, minęła bramę i skierowała się w prawo, ku dalekiej piekarni i kuźni. Mijając mnie, spojrzała filuternie, na sekundę przystanęła, obejrzała się za siebie i ruszyła dalej. Z korytarza wyłonił się jej brodaty mąż Jakub, człapiąc pośpiesznie w wielkich czarnych butach, spodniach za kolana, białych kolanówkach i byle jak narzuconym chałacie, wymachując wielkim, skórzanym paskiem od spodni, który trzymał w prawej ręce.

chagall-arca-di-noe

Gewalt! Oj gewalt[1]… Ja ci dam latawico tego szofera… ja ci dam mój gelt[2]… Od trzech lat mnie oddalasz z łoża… Fertik! Fertik![3] To małżeństwo to mój najgorszy geszeft! Ty latawico jedna… Fertik… zaraz dostaniesz ode mnie get[4]

Jarmułka zsunęła mu się na bok, biała koszula wypadła ze spodni, a rozsznurowane buty prawie spadały mu z nóg. Pola podążała aleją klonów wolno, ale rytmicznie, niczym barwny pociąg osobowy, a Jakub co chwila przystawał, sapał i wznosił ręce do nieba. Z bramy sąsiedniej kamienicy wyszedł rzeźnik Jasiu, w poplamionym krwią, gumowym fartuchu i białej czapeczce na głowie, a szybko zorientowawszy co się dzieje, udał oburzonego i zawołał do Żyda:

– A co to panu Jakubowi się stało, co za nieszczęście od rana…?

chagall

Złotnik wykorzystał te okazję by przystanąć, oparł ręce na biodrach, spojrzał teatralnie ku niebu i wyrzucił z siebie:

– Panie Janek, panie Janek, żyłem z wielką nierządnicą… Szatan wlazł w moją żonę… Miszegas[5] Dzisiaj rano po powrocie ze składu wszedłem do domu, a tam ona leżała naga w naszym łożu z tym szoferem z naprzeciwka…

Rzeźnik odwrócił głowę, uśmiechnął się przez chwilę, a potem zwrócił twarz do Jakuba i powiedział z wyrzutem:

– Bo pan Jakub jej wcale nie pilnował… To piękna kobieta i stale chłopy na nią mają chrapkę… Jak się ma taką urodziwą żonę, trzeba ją pilnować… nawet na klucz zamykać…– odrzekł przekornie.

– Ona roniła łzy ze mną pod chupą[6] A potem szeptała mi czułe słówka do ucha… Obiecywała, że urodzi pięcioro dzieci… Co teraz będzie ze mną…

– Każdy by się skusił panie Jakubie… Żaden chłop nie wytrzymałby jej spojrzenia… a kształty, jak metka, jak pasztetowa, jak szyneczka najlepsza… – kpił bez pardonu rzeźnik.

chagall-adao-e-eva-expulsos-do-paraiso

Jakub popatrzył ze złością na niego, zmierzył odległość do żony, splunął na bok z rozmachem, pogroził rozmówcy i ruszając w dalszy pościg, wycedził:

Mamzer… paskudny mamzer[7] – a na koniec zakrzyknął jeszcze – Kisz mir in toches!…[8] Obyś miał parch na głowie i za krótkie ręce…

Pola zauważyła, że Jakub przystanął i rozmawia z rzeźnikiem, więc też zatrzymała się by zaczerpnąć oddechu. Fryzjer Frost, z czarnym, ruchliwym wąsikiem jak u Hitlera, wychylił się ze swojego zakładu, spojrzał w lewo, potem na roznegliżowaną Polę i w mig zrozumiał co się stało. Zdążyłem już podbiec do Poli, a wraz ze mną przybliżyły się do niej jakieś dwie kobiety i wozak, który przywiózł mąkę do piekarni. Fryzjer pomachał ręką i zawołał w stronę niewiernej:

– Pani Polu, niech pani się schroni u mnie… Zawrę odrzwia i Jakub tutaj nie wejdzie…

Kobieta nie namyślała się długo, zaciągnęła satynowy pasek na brzuchu, zakryła piersi częścią szlafroka i chyłkiem wsunęła się do fryzjerni. Frost natychmiast zamknął drzwi i zasunął od środka żelazną kratę, a potem poprowadził Polę na zaplecze. Jakub nie zauważył, że żona nagle zniknęła, zaczął człapać i wymachiwać pasem, ale po jakimś czasie zorientował się, że w dali nie ma już amarantowej plamy jej podomki. Szybko wyjął z kieszeni chałatu druciane okularki, założył je na nos, zaczepił o uszy i zaczął sondować dal. Pomyślał, że dobiegła już do rogu alei i skręciła w ulicę Piękną, ruszył więc dalej, wkrótce mijając zakład fryzjerski.

images

– Ja ci dam gojowskiego kapoca… ja ci dam szoferskiego szmoka[9] – rozpaczał i patrzył ze złością na mijających ludzi. Schroniłem się za jedną z kobiet, bo zawsze bałem się jego groźnego spojrzenia.

Minął zbiegowisko i podreptał dalej, cały czas unosząc ręce ku niebu, wciąż potrząsając pasem od spodni. Nagle zza rogu wybiegł Wuja Koniś, który odbywał kolejny przebieg najbliższych ulic. Zatrzymał się w pędzie na widok Jakuba, nie przestając w miejscu uderzać nogami o ziemię, po czym zarżał jak ogier, ustawił się z boku Jakuba i zaczął razem z nim podążać do przodu. Stary złotnik zatrzymał się zdezorientowany, spojrzał na wariata, a ten wtedy też przystanął i zaczął uderzać w ziemię prawą nogą jak kasztanka kopytem. Znowu ruszył do przodu a Wuja Koniś przeszedł z lekkiego galopu w rytm stępa, prychając raz po raz i rozglądając się nerwowo na boki.

marc-chagall-song-of-songs

– A szlag zol dich trefn…[10] – wrzasnął Jakub w stronę nieoczekiwanego towarzysza.

Ludzie stojący przy brzegu chodnika rechotali ze śmiechu, wskazywali palcami Konisia i zginali się w komicznych pozach. Ten usłyszawszy żydowskie przekleństwo, zarżał najgłośniej jak umiał i pocwałował w przeciwną stronę. Jakub dotarł już do rogu ulicy, a nie znalazłszy żony, odwrócił się na pięcie i zaczął powoli człapać w kierunku domu. Mamrotał cały czas coś pod nosem w jidysz i jak muzyczny refren wracały słowa oj wej, oj wej ismir…[11] Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że piękna Pola poszła do łóżka z moim ojcem, ale po miesiącu wszystko wróciło do normy, bo Jakub kupił potężną kamienicę w centrum miasta, gdzie przeprowadził się ze skruszoną Polą. Na parterze otworzył zakład złotniczy, a żonę zamykał na piętrze, pilnie czuwając nad pękiem kluczy, obsypując ją złotem i drogimi strojami, kupując ciasta i czekoladki.

__________

[1] O zgrozo! Biada!
[2] Pieniądze
[3] Koniec.
[4] Żydowski list rozwodowy.
[5] Szaleństwo
[6] Baldachim ślubny w żydowskiej ceremonii zaślubin.
[7] Bękart, oszust.
[8] Pocałuj mnie w dupę.
[9] Kapoc i szmok – wulgarne określenia penisa.
[10] A niech cię szlag trafi.
[11] Oj nieszczęście, oj biada.

ALEJA KLONÓW (19)

chagall

Każdego dnia, od wiosny do jesieni, Janek Wodogłowiec stał w drzwiach niskiego domu przy Alei Klonów i patrzył na przechodzących ludzi, przejeżdżające wojskowe ciężarówki i wyładowane węglem furmanki. Ubrany w jasne, poplamione, drelichowe spodnie, które dał mu ojciec, malarz pokojowy Mundek, codziennie wracający do domu pijany. Na górę zakładano mu bordowy, rozwlekły sweter, który kiedyś matka zrobiła na drutach, a na nogach najczęściej miał wykoślawione robocze buty, też przytaszczone z jakiejś budowy. Niektórzy się go bali, ale ja chętnie przy nim przystawałem i próbowałem nawiązać dialog, dawałem nieszczęśnikowi jakieś cukierki, ciastka, czasem kawałek chleba ze słonym masłem albo ze smalcem i skwarkami. Miał głowę trzy razy większą od innych ludzi, do tego zdeformowaną jak ogromna dynia, wyrastająca bezpośrednio z korpulentnego tułowia. Jego wielkie, czarne, wyłupiaste oczy nieustannie były w ruchu i sondowały przestrzeń przed nim, a nienaturalnie małe ręce zwisały bezwładnie, czasem tylko wznosząc się lekko w górę, jakby bolesny kurcz dawał im znać, że mają drgnąć. Nogi też były za krótkie, stopy przesadnie rozrośnięte, a kolana wykrzywione jak przy chorobie Heinego-Medina. Na czoło zawsze występowały mu krople potu i zlepiały rzadkie włosy, które tworzyły coś w rodzaju polepy, czarnego zwieńczenia koślawych kształtów. Chwiał się lekko i wyglądał jakby miał za chwilę upaść na ziemię, co też czasami się zdarzało i dopiero dobrzy ludzie go podnosili, jakieś kruche staruszki, młodzież, przechodzący mężczyźni z innych dzielnic. Ale bywało, że leżał tak bardzo długo, a nie radząc sobie z własnym ciałem, roztaczał wokół siebie smród nie do wytrzymania i przyciągał wielkie czarne muchy. Czasem oblepiały go gęsto i żerowały na nim jak na koniach w pobliskiej stajni jednostki wojskowej.

marc_chagall_shop_t_postcard_20

Gdy ojciec wracał z roboty, podnosił go z ziemi, albo brał pod ramię i prowadził na ogród, gdzie stawiał pod jednym z drzew, odkręcał wodę i polewał go z gumowego węża, wywołując bełkotliwe skargi, jakieś potworne buczenia i rozpaczliwe krzyki. Potem wycierał go szmatami i zabierał do komórki za domem, gdzie Janek mieszkał razem z psem, kurami i królikami. Do domu nie miał wstępu, a zimą matka kładła mu brudny materac w piwnicznej kotłowni, gdzie stale było ciepło, ale czasami z pieca wydzielał się czad i zdarzało się, że Wodogłowiec prawie umierał, ale za każdym razem powiew świeżego powietrza przywracał go do życia. Malarz pokojowy, który go spłodził z urodziwą krawcową zaraz po wielkiej wojnie, mówił, że Bóg go pokarał, za to, że zatłukł szpadlem i siekierą wielkiego owczarka niemieckiego, uprowadzonego zza komendy Gestapo. Niemcy używali go do szczucia ludzi, zagryzania dzieci i kobiet, a malarz pewnego dnia postanowił, że wykradnie go, zawlecze w jakieś ustronie i bez litości zabije. Długo czekał na stosowna okazję, a gdy wreszcie nadarzyła się, podrzucił psu kawał mięsa z trucizną na szczury. Pies stracił przytomność i kat wpakował go do jutowego wora, zarzucił na dwukołowy wózek i wywiózł na obrzeże mętnej glinianki. Tam wyrzucił ledwie dychające zwierzę na brzeg i zaczął tłuc łopatą, odrąbał nogi siekierą, a potem, jeszcze drgające ciało, pokawałkował szpadlem, najpierw odcinając łeb. Szczątki zepchnął do wody i z satysfakcją patrzył jak ruszyły ku nim z zarośli wielkie szczury. Gestapowcy zatrzymali za kradzież niewinnego chłopaka i rozstrzelali go nad głębokim dołem, pośród pagórków za miastem, razem z wieloma innymi nieszczęśnikami.

Chagall_SelfPort_MaVie

Właśnie wtedy zaczął chadzać do urodziwej krawcowej Gizeli, zamykać się z nią w pokoju pełnym bibelotów, a gdy poczęli dziecko, poprosił ją o rękę i zamieszkał z zrzędliwymi teściami. Kobieta bardzo źle się czuła przez całą ciążę, a potem rodziła Janka przez trzy dni, bo ważył ponad sześć kilogramów. Gdy wreszcie akuszerka wydobyła go z jej ciała, natychmiast pobiegła z nim do drugiego pokoju, a tam wszyscy zaczęli krzyczeć jak oparzeni. Gizela zemdlała natychmiast, wyobrażając sobie, że urodziła antychrysta z jakimś znakiem na czole lub potylicy, ale gdy się ocknęła i nie chciano jej pokazać dziecka, zażądała zdecydowanie, że chce znać prawdę, nawet gdyby była najstraszniejsza.

– Czy urodziłam kretyna…? – pytała podniesionym głosem.

– Nie pytaj lepiej… – odezwała się jej matka.

Powiedziano jej, że syna zabrało pogotowie, bo miał kłopoty z oddychaniem, ale nie uwierzyła i gdy poczuła się lepiej, wymusiła na mężu by powiedział jej prawdę. Jej rodzice nie byli w stanie tego znieść i wyrzucili ich z dnia na dzień na bruk, każąc zabrać też ze sobą ludzkiego potwora. Mundek miał przy Alei Klonów komórkę na narzędzia i niewielki ogród z gołębnikiem, więc zaczął powoli budować mały domek z tego, co udało mu się wynieść z kolejnych budów. Początkowo mieszkali razem z Wodogłowcem, ale z czasem umieścili go w komórce dla zwierząt, przenosząc go zimą do kotłowni. Wszystko się między nimi popsuło, Gizela zbrzydła okropnie, zaniedbała się i wegetowała z dnia na dzień, a malarz znalazł pocieszenie w alkoholu, wciągając też w nałóg swoją żonę. W nocy wciąż śniły jej się koszmary, jakiś wielki czarny demon o głowie owczarka niemieckiego przylatywał do niej, machając ogromnymi skrzydłami i gwałcił ją raz za razem. Próbowała się wyrwać, gdzieś uciekać, ale wtedy drogę zastępował jej Janek ubrany w czerwone aksamity i jedwabie, odsłaniał żółte zęby i warczał na nią jak pies. Innym razem śniło się jej, że do domu przyszli gestapowcy, ustawili ją, Janka i malarza w jednym szeregu przy płocie ogrodu i rozstrzelali z karabinów maszynowych. Gdy padała na ziemię w jej martwiejących oczach pojawiły się postacie w brunatnych mundurach, z głowami owczarków, poszczekujące znacząco. Ludzie zaczęli ich omijać, nie było zamówień na nowe stroje, a malarz zdobywał zlecenia tylko dzięki kolegom i swoim umiejętnościom. Wiele razy mówili przy wódce o tym, że zabiją potwora, ale jakoś nie mieli odwagi, codziennie prowadzili go na ulicę, gdzie wystawał od rana do wieczora, ślinił się nieustannie i mruczał jakieś, przez siebie tylko zrozumiałe słowa.

6a00d8341c41ba53ef00e54f2320848834-800wi
Nie wiem czy mnie zauważał w świecie ludzkim, ale gdy podchodziłem do niego ożywiał się nieco, przekrzywiał wielką głowę i patrzył na mnie to lewym, to prawym okiem. Opowiadałem mu o ostatnich zdarzeniach na Alei Klonów, o chłopcu zabitym przez samochód, o moim kochanym psie Murzynie, o szlachtowaniu świni i pieczeniu chleba w piekarni. Najbardziej mlaskał i prychał, gdy snułem opowieść o kuźni i podkuwaniu koni, choć jego oczy zaczynały biegać jak oszalałe tylko wtedy, gdy na gałęzi klonu pojawiała się sroka, sójka albo kilka czarnych jak węgiel gawronów. Nie wiem co działo się w jego wielkiej głowie, czy krążyły w niej jakieś myśli, czy może żył bezwolnie, jak kamień toczący ze zbocza niewielkiego pagórka. Zdarzało się, że dokuczali mu jacyś podpici młodzieńcy, przezywali najokropniej, ale milicjanci i kominiarze, fryzjerzy, rzeźnicy, wozacy i uczniowie piekarscy dawali mu suche bułki, kawałki kiełbasy i jakieś łakocie. W dniu, w którym umarł, obudziłem się z przeczuciem, że stanie się coś bardzo złego, ale nie przypuszczałem, że to będzie miało związek z Jankiem Wodogłowcem. Nie było go na ulicy, a przy wejściu do korytarza wiodącego na podwórko, gdzie mieszkał Mundek z Gizelą, stał czarny samochód dostawczy. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że dwaj mężczyźni wyjmują z niego brązową, politurowana trumnę i taszczą ją przez przejście. Po pogrzebie ludzie mówili, że to był nieszczęśliwy wypadek, a czad szybko dokonał dzieła zniszczenia. Tylko gruby zamiatacz uliczny mówił, że pękła w jego wielkiej głowie żyła, bo ponoć miał krew w uszach i przy nosie. Malarz zrobił mu grób z kamienia, ale zapowiedział żonie, że jak umrze nie chce iść do tego samego dołu. Ona też zastrzegła, że nie godzi się na pochówek w tym samym miejscu, bo dziecko, które urodziła było z piekła rodem. Kto mógł przypuszczać, że po latach, gdy z ciała Janka już nic nie zostanie, pijani grabarze umieszczą w tym samym dole zmarłego na raka sekretarza partii komunistycznej. Człowiek ten dzierżył w ręku przez wiele lat czerwony sztandar, a w niedzielę jeździł chyłkiem na msze święte za miasto, do małego kościoła, gdzie nikt go nie znał. Przytuliłem się do pachnącej czystością, białej poduszki i zasypiając pomyślałem:

– Czy to ważne jaki kawałek ziemi dostanie człowiek po śmierci, czy to ważne czy był dowódcą pułku, sekretarzem,garbusem, pijakiem bez nogi albo wodogłowcem…

Spałem spokojnie, choć śnił mi się Janek w trumnie, pod ziemią, zmieniający się w owczarka i łkający boleśnie, prawie jak człowiek.

chag1

ALEJA KLONÓW (18)

11725826

Gdy oboje rodzice szli do pracy, prosili prababcię Franciszkę by zaopiekowała się mną, a jej ulubionym zajęciem było straszenie mnie i dramatyczne opowiadanie okropnych historii. Działy się wtedy rzeczy dziwne, które głęboko wryły się w moją pamięć i powracały w snach, jakże groźnych i pełnych symboliki, przepojonych lękiem i poczuciem przegrania. Franciszka pozwalała mi budować półmetrową wieżę z drewnianych klamerek do zawieszania prania, a potem z uśmiechem, nagle pukała w nią artretycznie powyginanymi palcami i burzyła wszystko. Natychmiast uderzałem w płacz, a ona rechotała jak stara wiedźma i brała się pod boki, patrząc z rozkoszą jak szarpię się w drewnianym krzesełku. Potrafiła też, podczas karmienia mnie łyżeczką, zatrzymywać ją przy moich ustach, cofać i znowu zbliżać, czerpiąc radość z moich prób sięgnięcia budyniu lub kaszki manny. Zdarzało się też, że przetrzepała mi tyłek, uznając że jestem nieznośny, za każdym razem strasząc mnie, że jak powiem mamie lub ojcu, to dostanę jeszcze gorzej podczas następnej wizyty. Przychodziła pilnować mnie z ogromną niechęcią, jakby się tego brzydziła, stale naburmuszona, ubrana w tradycyjne sukienki w grochy lub kwiaty, czarne lub czerwone czółenka i cieliste pończochy. Gotowała jakąś zupę, stale ją podjadając chochlą z garnka, albo smażyła pulchne klopsy, kotlety lub lepiła pierogi z mięsem. Bawiłem się grzecznie przy stole, patrząc raz po raz na to, co działo się za oknem, na niewielkim podwórku, a ona tylko czekała na moment mojej nieuwagi i zaraz przestawiała mi klocki, burzyła konstrukcje, śmiejąc się do rozpuku, unosząc do góry ręce i kręcąc coś w rodzaju dwóch, trzech piruetów. Po powrocie ojca, po pojawieniu się matki, udawała świętoszkę, głaskała mnie po główce i mówiła jaki to ja byłem grzeczny, a ona spokojnie, z czułością i miłością się mną opiekowała. Wychodziła od nas z promiennym uśmiechem, mrugając do mnie zalotnie oczkiem, albo obiecując, że jak przyjdzie następnym razem, to przyniesie mi wielkiego, czerwonego lizaka i włoskie orzechy, które lubiłem.

chagall_samotnosc_1933

Bardzo bałem się z nią zostawać i pochlipywałem często w jakichś kątach, czekając co wymyśli i czym mnie będzie chciała zastraszyć. Robiła to stale, opowiadając mi o tym, że jak będę niegrzeczny, sprowadzi Żydów, a ci ukradną mnie i przerobią na kiełbasę. Pokazywała za oknem starego, zarośniętego złotnika Jakuba Rozenfelda i mówiła, że jest wielkim szpiegiem żydowskim i donosi współbraciom o mnie.

– Już im powiedział, że tutaj jesteś i teraz tylko czekają, żeby cię złapać, porwać i zaciągnąć do ich tajemnej rzeźni… – straszyła i wytrzeszczała straszliwie oczy.

Serce w moim drobnym ciele zaczynało wtedy bić jak oszalałe, popłakiwałem pociągając noskiem, a ona ciągnęła dalej:

– Najpierw spuszczą ci juchę i zrobią z niej kaszankę, a potem to twoje delikatne mięsko przemielą w wielkiej maszynie i zrobią z niego pęta wędzonej kiełbasy…

Za każdym razem, gdy na podwórko wychodził Rozenfeld albo jego młoda, piękna żona, zaczynałem drżeć jak oparzony, a pewnego razu, gdy złotnik usiadł na ławeczce z dwoma klientami w myckach, zarośniętymi jak on, ubranymi w czarne chałaty i szerokie spodnie, zacząłem drzeć się wniebogłosy.

– Widzisz, widzisz… przyszli ustalić kiedy ciebie porwą… – straszyła prababcia i rechotała charkliwie, poprawiając plastikowy grzebień we włosach i wykrzywiając groźnie usta.

p02i9665

Pewnego dnia, gdy uznała, że jestem bardzo niegrzeczny, zdjęła pokrywę w podłodze, odsłoniła schody prowadzące do piwnicy i powiedziała, że mnie tam zamknie, bo umówiła się z Żydami, że jak pójdzie do domu, to stamtąd mnie zabiorą. Bardzo bałem się tej piwnicy, a ona złapała mnie za ubranie i zawiesiła nad nią, raz to obniżając, raz unosząc w górę. Płakałem i wierzgałem nogami, próbując ją podrapać po twarzy albo uszczypnąć boleśnie w policzek, ale sprawnie się usuwała i jeszcze gwałtowniej mną potrząsała nad czarną dziurą piwniczną, z której buchał zapach gnijących kartofli i spleśniałej marchwi.

– Teraz, rozwydrzony szczeniaku, tam ciebie zaniosę i zamknę w ciemności z pająkami, karaluchami i szczurami…

I niby zaczynała ze mną na rękach schodzić do ciemnicy, cały czas patrząc w dal płonącymi, dzikimi oczyma i oblizując wargi, jakby już szykowała się na zjedzenie kiełbasy z chłopca. Jak do drzwi zapukał listonosz albo kominiarz, albo jakaś sąsiadka przyszła prosić o szklankę cukru lub maki, mówiła:

– Aha… już idą po ciebie miungwo… Zaraz cię wsadzę do piwnicy i podpiszę z nimi umowę, a potem mi dobrze zapłacą …

wp855cfc5c

W nocy przyśnili mi się Żydzi w czarnych, lśniących chałatach, skradający się bezszelestnie przez czarny korytarz, przystający przy oknie i zerkający ciekawie do środka. Nagle opadły ściany naszego domu, a ja znalazłem się na rękach Matki Boskiej z obrazu Rafaela Santi, w samym środku barwnego wiru. Wszystko fruwało w powietrzu, miało niebieskawy poblask, a tuż przy mnie pojawił się wielki czerwony, ognisty anioł. Maryja przyciskała mnie do piersi, a on krążył wokół nas i przyglądał się złym okiem. Zrozumiałem, że to duch upadły, strącony z tronów niebieskich, lecący prosto do piekła, a on, gdy pojął, że został rozpoznany, wydał z siebie przerażający ryk. Jacyś Żydzi unosili się swobodnie w powietrzu, trzymając Torę, wspierając się na laskach, wykrzywiając dziwnie nogi i ręce. Tuż przede mną przepłynęły błękitne skrzypce, na których poruszał się swobodny smyczek. Wpatrzyłem się w nie, a wtedy wysunął się z nicości żółty koń i oparł się o instrument, lekko dociskając go do skrzydła Lucyfera. Muzyka była skoczna, jak na żydowskim weselu, ale wszystko powoli cichło, lekko się rozmywało, pomarańczowa poświata słońca, blask świecy chanukowej, wielki zegar ścienny, dalekie bryły małych domków, a nad nimi krucyfiks z brodatym Chrystusem. Kosmiczna noc pulsowała w tłach i zima swym woalem otuliła białoruską wioskę, a rabin w fioletowym okryciu wskazał na odsłonięty zwój, jakby chciał przywołać słowa Pięcioksięgu: Lo tircach… Nie rozumiałem tego, bo nawet muchy nie skrzywdziłem w swoim krótkim życiu, kochałem osy chodzące po szybie okna i pająki zawieszone u sufitu, pozdrawiałem dobrym słowem myszy przemykające ku norom. Ale to wielkie, ogromniejące nie morduj… brzmiało głośniej i głośniej, oplatało białą poświatę Maryi z Nazaretu, jej syna umierającego na krzyżu, a potem niczym włócznia uderzało w lecącego do piekła czerwonego demona. Obudziłem się z płaczem i mama zaraz podeszła do mojego łóżeczka, przytuliła mnie do siebie i pocałowała z czułością. Obraz wykrzywionej jak wiedźma prababci i Żydów skradających się po mnie, wielkich zjaw, żółtego konia i żydowskich domków powoli, bezpowrotnie, zatonął w ciemności.

marc-chagall-3

Po jakimś czasie moja mama zauważyła, że histerycznie reaguję nawet na wspomnienie prababci, że długo płaczę i nie mogę się uspokoić. Rosłem jak na drożdżach, więc zaczęła zostawiać mnie samego w domu, przygotowując wcześniej jakieś kanapki, herbatę w butelce ze smoczkiem i barwne słodycze. Patrzyłem wtedy ze zgrozą na pokrywę od piwnicy, a jak za oknem pojawiali się Żydzi, uciekałem do pokoju i chowałem się za tapczanem, przykrywając ciało kocem albo pierzyną. Dopiero po jakimś czasie wracałem powoli do kuchni, a gdy na podwórku nic się działo, zaczynałem bawić się przy stole. Prababcia została gwałtownie ode mnie odsunięta, ale widać zabolało ją to bardzo, bo któregoś dnia pojawiła się nagle na podwórku, usiadła na ławce z Rozenfeldem i pokazując stale na okno naszego domu, coś żywo mu relacjonowała. Patrzyłem na nich stojąc za załomem muru i tylko na chwilę wysuwając się bardziej, zerkając ku ławce z lękiem, gotowy do ucieczki i ukrycia się w rogu dużego pokoju. Skończyła rozmowę i zapukała do drzwi, mówiąc rozkosznie:

– Synuś otwórz proszę, babcia przyniosła ci wielkiego, słodkiego, czerwonego lizaka…

Nie dałem się temu zwieść i pomknąłem szybko, by schować się za kaflowy piec, a potem cierpliwie czekałem aż ustaną hałasy i na podwórku już nikogo nie będzie. Po godzinie, może dwóch, podszedłem wolno do okna i usadowiłem się bezpieczny przy stole, a wtedy Franciszka nagle wychyliła się zza framugi, wykrzywiła straszliwie twarz i wrzasnęła:

– Żydzi zrobią z ciebie salceson szczeniaku… Już idą po ciebie…

Przeraziło mnie to strasznie, ale jakoś przemogłem lęk, zaśmiałem się, przyłożyłem wskazujące palce z obu stron czoła i poruszyłem nimi, jak diabełek rogami. Prababcia jeszcze przez chwilę popatrzyła na mnie dzikimi oczyma, a potem szybkim krokiem ruszyła do korytarza prowadzącego z podwórka na drugą stronę domu. Potem, gdy już dorosłem, dowiedziałem się, że Franciszka pewnego dnia wychyliła się za bardzo z okna kamienicy i wypadła z trzeciego piętra na bruk, ponosząc śmierć na miejscu.

– Dobrze jej tak – pomyślałem… Dobrze jej tak… Każde zło na tym świecie doczeka się zapłaty… Spadła do piekieł jak czerwony, ognisty anioł…

ALEJA KLONÓW (17)

chagall-modern-master-tate-1369861385_b

O pięć minut drogi od naszego podwórka, tuż za piekarnią i kioskiem z lodami, mieściła się stara kuźnia. Gdy miałem sześć lat, chodziłem tam czasem i stawałem nieopodal wielkich, stale otwartych wrót. Co jakiś czas podjeżdżały do nich wozy drabiniaste, węglarki i różnorakie bryczki, a woźnice i pomocnicy kowalscy wyprzęgali konie i prowadzili je do przedsionka kuźni. Urządzono ją w niewielkim domku, szarym i brudnym, jakby przyklejonym do większej kamienicy. Na dachu ułożono dachówki, które obficie porosły mchy i potłukły jakieś rzucone przez dzieci kamienie albo ptaki, przysiadające z łoskotem i czekające na sposobność, by zlecieć na podwórko i wydziobać z końskich odchodów jakieś nie strawione ziarna owsa lub pszenicy. Teraz też, na brzegu dziurawej rynny, przeżartej przez rdzę i powyginanej, siedziała stara wrona i raz po raz wydawała głośne krakanie. Przekrzywiała głowę i patrzyła, to lewym, to prawym okiem na mnie i na innych ludzi, ale najwięcej uwagi poświęcała stertom parujących bobli, które pozostały na środku podwórka, po ostatnio wyprzęganym siwku. Zaprowadzono go, tak jak i inne konie, do kuźni i rozpoczęto przygotowania do podkucia. Przysadzisty kowal najpierw umieścił w piecu cztery podkowy i kilka razy poruszył miechem, by wzmocnić żar i rozgrzać do czerwoności żelazo. Jego towarzysz, krępy, łysy Cygan z czarną brodą, sięgnął po obcęgi i podszedł do zwierzęcia. Najpierw uniósł jego tylną, prawą nogę i zgiął ją tak, by mógł widzieć przestrzeń pod kopytem. Następnie wprawnymi ruchami wyszarpywał albo ścinał obcęgami ćwieki i po kilku minutach zerwał startą podkowę i cisnął ją na kupę złomu, leżącą w kącie. Teraz zaczął wielkim pilnikiem wyrównywać kopyto, ścierać narośl i fragmenty zdartej tkanki. Zrobił to szybko, a potem chwycił drugą nogę zwierzęcia i powtórzył kolejne czynności.

Big_Sun_Marc_Chagall
Tymczasem wrona, najwidoczniej spłoszona jakimś głośnym, metalicznym szczęknięciem, zerwała się i odleciała gdzieś w dal, za następne domy i ogrody. Na to tylko czekała gruba sroka, siedząca na wysokim słupie elektrycznym. Natychmiast sfrunęła na brzeg rynny i teraz ona przyglądała się z zaciekawieniem oparom nad końskimi odchodami. Przyglądałem się pracy pomocnika kowalskiego i co jakiś czas zerkałem na ruchliwą srokę, poruszającą zabawnie ogonem. Koń już się bardzo niecierpliwił, więc wozak przyniósł kilka dużych marchwi i zaczął wpychać mu jedną po drugiej do pyska. Słychać było głośne rżenie zwierzęcia i uderzenia młota o wyciągniętą z żaru podkowę. Sroka zaskrzeczała i przefrunęła na boczny murek, nieco wyższy od dachu kuźni. Miała okrągły, biały brzuch i chabrowe lotki skrzydeł, miejscami czarne, miejscami białe. Ale najpiękniejszy był połyskujący metalicznie, długi, zielono-niebieski ogon. Czarne, lśniące groźnie oko i haczykowaty dziób, zdradzały drapieżcę i przydawały ptakowi charakteru diabolicznego i sakralnego zarazem. Jakby jakiś czart ubrał się w szaty księże i dla niepoznaki przyozdobił je w kolor dojrzałej śliwy i trawy zroszonej jesiennym deszczem. Koń wierzgnął gwałtownie i szarpnął zadem, ale kowal i dwaj pomocnicy trzymali go mocno. Właśnie skończyli kształtować pierwszą podkowę i wielkimi cęgami wsunęli ją na chwilę do cynkowej wanienki z wodą. Natychmiast trysnęła w górę para, a głośny syk spłoszył konia. Wtedy właśnie tak się szarpnął i zarżał głośno, przeraźliwie, tak że wystraszyłem się i zatkałem palcami uszy. Zobaczył to kowal, otworzył szerzej oczy i spojrzał na mnie z szelmowskim uśmiechem. Żal mi było konia, bo myślałem, że bardzo go boli to wbijanie gwoździ w nogi. Nie wiedziałem wtedy jeszcze jak grube jest kopyto i łzy szkliły mi się w oczach, gdy kolejne ćwieki wchodziły coraz głębiej. Dookoła rozchodził się swąd przypalanych włosów, rozgrzanego do czerwoności żelaza i nowych końskich odchodów. Czasem też klacz lub ogier puszczali gazy i nawet kowal z pomocnikami zakrywali nosy rękawami flanelowych koszul. Robotnicy przybijali już trzecią podkowę, gdy nagle siwek znowu szarpnął się z ogromną siłą i podążył, najpierw w bok, przewracając wannę z wodą, a potem do tyłu i postawił z rozmachem kopyto tuż przy mnie. Widząc to jeden z pomocników szeroko otworzył usta i podniósł dłonie do góry. Wydał też z gardła jakiś chrapliwy dźwięk i skoczył na pomoc kowalowi i drugiemu pomocnikowi. Po chwili koń się uspokoił, a brodacz podszedł do mnie i pogroził mi palcem. Zawołał basem: Uciekaj stąd… no jazda… Podążyłem kilka kroków do tyłu, udałem, że odchodzę i powoli zacząłem znowu przybliżać się do prawego skrzydła, otwartych na oścież wrót. Sroka znowu zaskrzeczała na brzegu rynny i miarowo uderzała ogonem o blachę. Wreszcie sfrunęła na podwórko i zaczęła dziobać, leżące na ziemi ziarna zbóż. Coraz bliżej podbiegała do końskiego łajna i kilka razy dziobnęła je z rozmachem. Stale obracała głowę w prawo i w lewo, zbliżała się i odskakiwała od celu.

Marc-Chagall-Paintings-chagall-wojna-1964-66
Z kuźni znowu doleciał swąd przypalonego kopyta i ostatnia podkowa została umocowana we właściwym miejscu. Nie wiedzieć skąd znalazł się wozak, który podszedł do kowala i dał mu plik czerwonych banknotów. Ten zmiął je jak niepotrzebne, papierowe śmieci i wsadził do bocznej kieszeni spodni. Pomocnicy piłowali jeszcze podkowy i ćwieki, wyrównywali brzegi i wybrzuszenia metalu. Koń jakby czuł, że jego męczarnie się kończą, bo rżał coraz częściej i coraz radośniej. Wiedziałem, że nic nie mogło mu się stać, bo modliłem się za niego żarliwie do Niepokalanej Panienki i przemawiałem po cichu: Nie bój się siwku i nie płacz, dostaniesz nowe podkówki i będziesz nimi pukał wesoło po bruku… Koń spojrzał na mnie porozumiewawczo i skrycie puścił oko… Odsunąłem się od wrót kuchni i stanąłem w bezpiecznej odległości, już na podwórku, tuż przy starej, zardzewiałej pompie. Były na niej jakieś niemieckie napisy i kropla po kropli kapała z niej woda, by wpaść do niewielkiego kotła, zakopanego w ziemi. Spostrzegłem, że sroka poleciała na pobliskie drzewo olchowe, gdzie miała kuliste gniazdo z chrustu i sznurków. Patrzyłem teraz na wozaka, który wraz z jednym z pomocników kowalskich zaprzęgał siwka do dużego wozu z belek i desek. Po chwili dało się słyszeć stukanie nowych kopyt po bruku przed kuźnią i wóz ruszył z impetem ku przesmykowi między nią, a inną, brudna kamienicą. Widzisz koniku – przemawiałem bezgłośnie – masz teraz nowe buciki, widzisz jak fajnie ci się chodzi… Ledwie wypowiedziałem te bezgłośne słowa, ruszyłem się z miejsca, podbiegłem szybko do wozu i chwyciłem się wystającej z tyłu belki. Tak wyjechałem na drogę, zostawiając za sobą kuźnię, podwórko i kowala, krzątającego się przy następnym, tym razem karym koniu.

OPOWIADANIA WILLIAMA FAULKNERA

faulkner_postcard-horz

Choć moje lektury kolejnych powieści Williama Faulknera zawsze były pełne pasji i sięgały do korzeni tej prozy, czyli do klimatu amerykańskiego Południa, licznych przemian natury obywatelskiej i krwawej historii wojny secesyjnej (1861–1865), to prawdziwie płonąłem wewnętrznie podczas czytania opowiadań. Zaczęło się od niewielkiej książeczki w serii Koliber, zatytułowanej jak główne opowiadanie – Róża dla Emilii, a kupionej pod koniec lat sześćdziesiątych w jakimś osiedlowym kiosku. Łączył je znakomicie odtwarzany język, ludzi żyjących we fikcyjnej krainie Yoknapatawpha, będącej niemal lustrzanym odbiciem Lafayette, rodzinnego hrabstwa Faulknera, leżącego w stanie Missisipi. Pisarz odtwarza dzieje tych ziem od czasów wojny secesyjnej do początku dwudziestego wieku i karty swoich utworów zapełnia wieloma opisami typów ludzkich, charakterystycznych dla Południa, uwikłanych w lokalne konflikty, zdziwaczałych i noszących znamię jakiejś mniejszej lub większej tragedii. Taka jest bohaterka opowiadania tytułowego, Emilia Grierson z miasta Jefferson, należąca niegdyś do elity społecznej, ale po śmierci ojca coraz bardziej się alienująca, zamykająca się stale w wielkim, niszczejącym domu. Towarzyszy jej milczący, powolnie wykonujący jej polecenia Murzyn Tobe i jest to jej jedyny kontakt ze światem, do którego wcale nie tęskni, przebywając najczęściej w swojej sypialni. Gdy obowiązki radnych i burmistrzów objęło młodsze pokolenie, wzywano Emilię do płacenia podatków, ale ta za każdym razem odsyłała listy i nic sobie nie robiła z nakazów. Żyła w swoim świecie, odgrodzona od zmieniającego się gwałtownie Południa. Tylko raz zaczęła znowu przypominać żywiołową dziewczynę, jaką była w czasach młodości, a to za sprawą jej związku z Homerem Barronem, majstrem z Północy Stanów Zjednoczonych, wynajętym przez miasto do kładzenia chodników. Był to bardzo przedsiębiorczy jankes, otoczony zawsze gromadą wielbicieli, rozbawiający towarzystwo i pokrzykujący stale na czarnych robotników. Wydawać by się mogło, że Emilia jest ostatnią osobą, którą się zainteresuje, adorowany przez wiele panien i zachęcany do odwiedzania licznych domów, ale przecież była ona dla niego rodzajem trudnego wyzwania: miała krótko przycięte włosy jak dziewczynka, trochę przypominała nawet anioły z kolorowych witraży – beztroskie i jednocześnie tragiczne. (Przeł. J. Zakrzewski) Może dlatego Barron zaczyna właśnie z nią jeździć żółtym powozikiem za miasto i rozkochuje ją w sobie, wzbudzając jednocześnie lęk przed starością i ewentualnym porzuceniem. Kobieta do tego stopnia pragnie z nim być, że zabezpiecza tę bliskość w okrutny sposób – kupuje arszenik i dodaje go do jakiegoś posiłku Homera. Ludzie początkowo żywo komentują jego zniknięcie i wyczuwają, że mogła go otruć, ale służący Tobe milczy, a nikt obcy nie ma wstępu do starego domu. Dopiero w chwili śmierci bohaterki opowiadania drzwi się otwierają i grupa kobiet wchodzi do salonu, zagląda do pozostałych pokoi. Murzyn bez słowa oddala się, a przybyłe z Alabamy kuzynki i jacyś gapie otwierają pokój na piętrze i ich oczom jawi się zdumiewający widok: Delikatny, drażniący nozdrza grobowy osad leżał na wszystkim, co znajdowało się w tym pokoju urządzonym jak sypialnia małżonków . (…) Mężczyzna leżał na łóżku. (…) Najwidoczniej niegdyś to ciało znajdowało się w miłosnym uścisku, ale teraz długi sen, który potrafi przetrwać miłość, a nawet i wyraz miłości, zdradził je i zmazał przeszłość. To, co pozostało z mężczyzny, zgniło pod resztkami nocnej koszuli, połączyło się w jedną całość z łóżkiem, na którym spoczywało. (Przeł. J. Zakrzewski) Odcisk na poduszce obok wskazywał na to, że Emilia kładła się regularnie obok trupa i spędzała z nim wiele czasu. Faulkner zastosował w tym opowiadaniu motyw starego, tajemniczego domu, dobrze znany w literaturze amerykańskiej, ale przetworzył go jednocześnie w studium psychologiczne zdziwaczałej, starej kobiety, której choroby przekształciły się w skrajny rodzaj nekrofilii i samoudręczenia.

Obraz Edwarda Hoppera

Obraz Edwarda Hoppera

Opowiadanie pt. That Evening Sun (Tamto wieczorne słońce) swój tytuł wzięło z popularnej murzyńskiej pieśni gospel, która była skargą na kończący się dzień, na zachodzące słońce i na nadciągającą noc. To podczas niej czyhały na ludzi upiory, a w udręczonych murzyńskich świadomościach pojawiały się lęki przed tym, co może się wydarzyć. W społeczności czarnoskórych ludzi Faulkner obserwował wiele zachowań dziwnych, mężczyzn i kobiety o zwichniętych osobowościach, utalentowanych budowniczych i morderców, artystów i gwałcicieli. W jego hipotetycznym mieście Jefferson mieszka nadwrażliwa Murzynka Nancy, która pracuje u białych ludzi jako praczka i opiekunka dzieci. A przy tym jest niezwykłą dziwaczką, stale bojącą się o swoje życie, na które czyha ukryty w ciemnościach jej były mąż Juba. Dziewczyna zachodzi w ciążę z białym człowiekiem, najprawdopodobniej kasjerem i starszym gminy Babtystów, a potem traci resztki równowagi psychicznej. Wykrzykuje ku niemu, że ma zapłacić jej za ostatnie trzy stosunki seksualne, za co zostaje ciężko pobita, traci zęby i trafia do więzienia. Tam próbuje odebrać sobie życie, wieszając się na kracie okiennej, ale ratuje ją strażnik i bije ją znowu „na kwaśne jabłko”. Alkohol i kokaina demolują świadomość Murzynki i pojawiają się u niej schizofreniczne lęki, a także potrzeba przebywania w towarzystwie innych osób, które – według niej – powstrzymają ewentualny atak Juby. Historia dość konwencjonalna, ale urok tego opowiadania polega na tym, że narratorem jest dziecko, prawdopodobnie sam autor z czasów, gdy miał kilka lat i bystro patrzył na świat. Kreśląc niezwykle wyrazisty wizerunek Nancy, tworzy zarazem portrety pamięciowe grupki dzieci, ich zachowań i lęków, związanych z odprowadzaniem Murzynki do domu. Malcy mają zróżnicowane osobowości, ale decydują się na te ryzykowne wyprawy, nie bacząc na to, że może w mroku, w jakimś rowie czyha Juba, który zapowiedział kiedyś, że potnie „arbuz” (ciążę) Nancy na kawałki. Dzieci nie rozumieją, że jest ona narkomanką, a jej zachowania są często wynikiem głodu, rozpaczliwą próbą znalezienia kokainy i oddalenia lęków. Jakże wyraziście opisuje Faulkner taki stan: Nancy znów zaczęła wydawać te dźwięki, wcale nie głośne, siedziała nad ogniem, długie ręce zwisały jej między kolanami. I nagle zaczęły jej występować na twarz duże krople potu, ściekały po policzkach, każda z nich niosła światło ognia, póki nie ściekła na brodę. Murzynka boi się zachodu słońca i stale prosi gromadkę dzieci o towarzystwo, nawet za cenę porzucenia ich chorej matki i przeciwstawienia się nakazom ojca. Dialogi w tym opowiadaniu są prawdziwym majstersztykiem prozatorskim autora, który swobodnie zmienia punkty widzenia, próbuje wniknąć w świadomość dziecka lub wyłowić jej elementarne cząstki z mroków pamięci. Udanie oddaje przekomarzanie się i wymądrzanie, a przy tym nie traci niczego z powagi problemu, jakim jest w tym opowiadaniu coraz bardziej wynaturzająca się osobowość człowieka korzystającego z używek i popadającego coraz bardziej w schizofrenię. Ostatnie zawłaszczenie dzieci kończy się dla Nancy fatalnie, ojciec zabiera je, ostatecznie demitologizuje mroki i dzieci są już pewne, że to koniec ich znajomości z nią: Wyszliśmy z rowu, opuszczając życie Nancy. Jej życie siedziało przy otwartych drzwiach i zapalonej lampie, czekało, między nim a nami był rów, i myśmy wracali do domu, biali ludzie wracali do domu, oddzielaliśmy nasze życie od życia Nancy. (Przeł. J. Zakrzewski) Nie wiadomo jakie były dalsze losy tej kobiety, którą dzieci słyszą jeszcze długo, jak rozpaczliwie zawodzi w ciemnościach. Może naprawdę zemścił się na niej zdradzony mąż, a może przedawkowała kokainę, może też z biegiem lat pogodziła się z tragizmem swojej egzystencji i odrzucając dawne życie, dotrwała jakoś do starości i śmierci. Opowiadanie Faulknera jest otwarte i czytelnik sam musi dopowiedzieć sobie zakończenie dramatu, jednego z tysięcy, jakie rozgrywały się po wojnie secesyjnej na południu Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Obraz Marie Guillemine Benoist i okładka amerykańskiego wydania opowiadań Faulknera

Obraz Marie Guillemine Benoist i okładka amerykańskiego wydania opowiadań Faulknera

Broszka to opowieść o matce i synu, ale też o patologii związków międzyludzkich w obliczu nieuleczalnej choroby i wieloletniego, całkowitego zamknięcia w domu. Howard Boyd był synem kobiety porzuconej przez męża i jego życie mogłoby potoczyć się innym torem, gdyby matka nie została przykuta do łóżka przez chorobę. Miał wszelkie cechy, które mogłyby się spodobać interesującej wybrance, ale stał się niemal bezwolną ofiarą swojej rodzicielki. Był zbyt kruchy, za delikatny, stale zapatrzony w głębie ludzkiej psychiki, a przy tym: wyglądał jak postać z Dantego, kiedy z wyrazem twarzy młodego mnicha czy anioła z legend średniowiecznych, zawsze w pospiechu, z głową odwróconą, nawet w nieobecności matki, mijał dziewczęta na ulicach nie tylko w Charlottesville, ale i w małej zapadłej mieścinie w stanie Missisipi, do której powrócili po jego studiach. (Przeł. Z. Kierszys) Wydawać by się mogło, że taki chłopak nie znajdzie dziewczyny, a jego dziwactwo odstręczy wszystkie ewentualne kandydatki na żonę. Matka leży we łóżku i pokrzykuje na niego, stara się też realizować w domu purytański kodeks, oparty głownie na zakazach i zjadliwych komentarzach działań syna. Nie rezygnuje z niego też w nowej sytuacji, gdy w rezydencji pojawia się najpierw przyjaciółka, a potem żona Howarda, zadręczając ich swoimi docinkami. Ofiarowana dziewczynie staroświecka broszka staje się symbolem uwięzienia i tandety życia w domu pani Boyd i trudno się dziwić, że po jakimś czasie młoda żona zaczyna szukać rozrywek w mieście. Matka staje się dla niej rodzajem złego ducha, który nieustannie się w nią wpatruje, widzi wszelkie „wykroczenia” i komentuje je bez litości. W końcu, po jednej nocy poza domem, matka nakazuje jej niezwłoczne opuszczenie go, bez możliwości powrotu. Obwieszcza to synowi, który spełnia wszelkie jej zachcianki, ale w głębi duszy nienawidzi jej, jak największego wroga. Nie potrafi się jednak przeciwstawić i kierując się filozofia przetrwania, próbuje dotrwać do jej śmierci. Nie rozumie jak wielkie spustoszenia w jego psychice czyni, jak rozkłada od środka jego małżeństwo i intymność z Amy. Kobieta pierwsza nie wytrzymuje tego i przenosi się do pokoju hotelowego, a syn trwa nadal przy matce, choć stale kłębią się w nim złe myśli. W finalnej scenie opowiadania przenosi na piętro grubą kołdrę, owija się w nią, odgradzając się w ten sposób od świata, w którym żył i strzela sobie w głowę. W zdumiewający sposób, z wykorzystaniem zdawkowych dialogów i komentarzy, udało się tutaj Faulknerowi ukazać wielką ludzką bezradność – słabość w obliczu terroru psychicznego. Większość ludzi w Ameryce mieszkała i mieszka w małych lub większych domach, odgrodzonych od świata dużymi połaciami ziemi, zarośli, drzew, a populacje żyjące w centrach wielkich miast, opisywane prze Dreisera, stanowią ledwie niewielki procent wszystkich obywateli. W tych samotnych domach, które tak dogłębnie poznał pisarz, rozgrywały się od dawna liczne konflikty i tragedie, o których wiedziały tylko lokalne społeczności. Dopiero książki takich twórców jak Faulkner, Caldwell, Steinbeck, a potem nowoczesne media audiowizualne, odsłoniły ogrom wynaturzeń i wydobyły na światło dzienne to, co pozostawało przez lata w ukryciu. A więc seryjnych morderców, zakopujących ciała swoich ofiar w piwnicach, kanibali żywiących się ludzkimi szczątkami, dewiantów seksualnych, więziących kobiety w uwłaczających warunkach i dokonujących na nich nieustannych gwałtów. W jednym z takich patologicznych domów mieszkała biedna pani Boyd ze swoim synem, z którego uczyniła element swojej dziwacznej terapii, sama nie wytrzymując tego, co przyniosło jej życie. Tak spowodowała, świadomie i nieświadomie zarazem, rozkład jego osobowości, zabiła go najprawdziwiej, siedząc w łóżku i drąc się ciągle na cały dom.

 1101390123_400-horz

W prozie Faulknera zawsze połyskuje jego niezwykła bystrość i przenikliwość, a przy tym ogromna wiedza o człowieku i jego zachowaniach. To są diagnozy charakterystyczne dla amerykańskiego Południa, ale też ogólnoludzkie werdykty, szerokie rozstrzygnięcia, wielowarstwowe opisy typów i charakterów, chorych dewiantów i postaci naprawdę wielkich, wykraczających swoim działaniem i kolejnymi kreacjami, daleko poza schematy zachowań lokalnych struktur. To jest przyglądanie się ludziom w ich zewnętrzności, ale też przenikanie ich wnętrz i sondowanie umysłów, rozpatrywanie ich zachowań z wielu punktów, dookolnie i zarazem z góry, z wnętrza ludzkiej biedy, upadku i z wyżyn wzniosłości. Wiele napisano na temat stylu i wartości artystycznych prozy Faulknera, który dosłownie wykuwał swoje postaci ze słów, ale warto raz jeszcze podkreślić plastyczność jego opisów, genialne naśladownictwo slangowych dialogów i ciągłe psychologiczne drążenie, nie stroniące od psychoanalizy i udanie wykorzystujące strumień świadomości. Pisarstwo Faulknera stawia wielkie wymagania czytelnikowi, ale jeśli zada on sobie sporo trudu i udźwignie migotliwość, iluzoryczność i wielowarstwowość tej prozy, dotrze do samej istoty prawdy o człowieku, nauczy się analizować świat w jego kolejnych odsłonach. Wtedy też, to co mogło wydawać się komplikacją, stanie się istotną wartością, a kolejne karty powieści czy opowiadań będą zapowiedzią nowych ważkich odkryć. Twórca ten kierował się zasadą maksymalizmu i mawiał, że pisanie, to dopracowanie się w sobie wielkich elementarnych prawd, a potem kierowanie swego dzieła ku jednej z nich albo ku wszystkim naraz. Widać to wyraźnie w kolejnych powieściach i opowiadaniach, a także w wypowiedziach eseistycznych, czy nawet we wczesnej poezji tego autora. To było myślenie literackie i zarazem ludzkie, to były za każdym razem próby znalezienia najpojemniejszej formy, która dźwignęłaby esencjonalne treści, a przy tym stałaby się znakiem rozpoznawczym tej sztuki. Często nadużywa się w krytyce literackiej słowa fresk, szczególnie w odniesieniu do wielkich pisarzy, ale dzieło Faulknera – oglądane całościowo i w poszczególnych cząstkowych realizacjach – zasługuje na takie określenie. To doprawdy wielki fresk, prezentujący ludzkość w konkretnym przedziale czasowym i w ściśle określonej rzeczywistości amerykańskiego Południa. To ciąg postaci i zdarzeń, które uznać należy za centralne dla przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku – ciąg układający się w szeroką panoramę, nie fałszującą niczego, ukazującą ludzi takimi, jakimi zawsze byli i jakimi są. Jeśli ktoś miałby wątpliwości, że natura człowieka bywa chybotliwa i skłonna do wynaturzeń, powinien zagłębić się w utworach Faulknera, ale jeśli ktoś szuka potwierdzenia, że człowiek bywa wielki, wspaniałomyślny i poświęcający się dla wielkiej sprawy, także powinien zagłębić się w tej lekturze.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: