ZŁOTY MEDAL

Wczoraj wieczorem niebo zasnuła mgła i ledwie było widać księżyc i gwiazdy. Wyraźnie zmieniało się ciśnienie, ale zasnąłem bez problemów. Obudziłem się jednak o drugiej w nocy i dzięki temu mogłem obejrzeć na żywo zawody olimpijskie w gimnastyce. Kilkunastu młodych mężczyzn ćwiczyło na drążku i koniu łękami i oczywiście najlepsi byli Azjaci. Ich ciała, muskuły, uda, wyrzeźbione jak antyczne rzeźby. Kiedyś też miałem taką muskulaturę, do tego ogromną siłę, która pozwalała mi podnosić się wiele razy na drążku, wyciskać sztangę, ważącą 120 kilogramów w pozycji leżącej. Doszedłem do takiego momentu, że „stówą” ćwiczyłem w seriach. Dzisiaj deszcz pada od samego rana, jest szaro, ponuro i błyskawice rozświetlają mrok. Polska drużyna szpadzistów zdobyła srebrny medal na igrzyskach, choć w finale nie zaprezentowała już wspaniałej formy. Oglądałem te walki i przypominały mi się moje treningi szermiercze, gdy chodziłem do małej sali klubu „Gwiazda”. Miałem wtedy biały strój, ochraniacz na głowę i szablę. Najpierw trenowałem floret, ale potem przeszedłem do szablistów. Wiele, wiele godzin spędziłem na tych treningach, a potem – szkoda – zarzuciłem biały sport. Razem ze mną trenował Marian Sypniewski, który potem osiągał spore sukcesy na arenach międzynarodowych. Było jeszcze paru chłopaków, trochę dziewczyn i ta sala, podzielona w połowie. Jedna część dla szermierzy, a druga dla zapaśników lub gimnastyczek. Podobała mi się jedna z nich i widuję ją czasem teraz w mojej dzielnicy. Jak większość Polek i Polaków, przytyła i trudno w niej rozpoznać tamtą wiotką dziewczynę. Ale ja już też nie jestem motylkiem. Po południu oglądałem zawody lekkoatletyczne i w znakomity nastrój wprawił mnie Tomasz Majewski, który w pchnięciu kulą zdobył złoty medal. Po tym wydarzeniu dobrze mi się pracowało przy komputerze i zrobiłem kolejnego PDF-a na stronę internetową – tym razem z dedykacjami autorskimi, które otrzymywałem przez trzydzieści lat. Deszczowa pogoda nie nastraja mnie do dłuższego pisania. Szkoda… Idę spać…

GLORIA MUNDI

Nieuchronna przemijalność i kruchość naszego życia. Zwykle jej nie dostrzegamy, choć widzimy różnicę w swoim wyglądzie na fotografiach czy na nakręconych filmach. Dzisiaj jakoś szczególnie to do mnie dotarło. Nagle pojawiły się w mojej świadomości dwa wyraziste obrazy. Jeden, gdy stanąłem kilka dni temu na balkonie i podczas ciepłej nocy długo patrzyłem w gwiazdy, wyodrębniałem konstelacje i czułem jakąś przedziwną więź z niewyobrażalnie dalekimi przestrzeniami. I drugi, dzisiejszy obraz ołowianych chmur, zacinającego deszczu, ogromnej wichury, naginającej korony drzew ku ziemi. Poczucie zagubienia, chwilowości, przesuwania się życia w kierunku ostatecznej godziny. Sic transit gloria mundi, tak odchodzą ludzie i ich światy. Dzienniki telewizyjne relacjonują pogrzeb Aleksandra Sołżenicyna, z charakterystycznym dla Rosjan pożegnaniem zmarłego w otwartej trumnie. Na początku lat osiemdziesiątych czytałem z przerażeniem jego Archipelag Gułag, a potem już nie wracałem do tej ponurej lektury. Opisy zbrodni stalinowskich i wynaturzeń systemu komunistycznego są u tego autora niezwykle drastyczne. Ale może warto byłoby stworzyć tekst o prozie oświęcimskiej Borowskiego, o Medalionach Nałkowskiej, Innym świecie Herlinga-Grudzińskiego, o Losie utraconym Kertesza i właśnie o książkach Sołżenicyna. Nie mówię nie, choć w literaturze bardziej pociąga mnie obraz, ponadnaturalna wizja i symbolika walki dobra ze złem. Wielki Rosjanin pisał o Stalinie, może najkrwawszym współczesnym masowym mordercy, a wczoraj wieczorem był w telewizji film o pierwszym cesarzu – Qin Shi Huang Di – który zjednoczył Chiny. Film o wielkim człowieku i mrocznym zabójcy, który realizował swoje majestatyczne wizje (między innymi mur chiński) nie licząc się z cierpieniami i umieraniem w męczarniach tysięcy, może nawet milionów ludzi. To jest jeden z kierunków moich zainteresowań. Sztuka, kultura i historia tego ogromnego kraju. Może kiedyś uda mi się trafić do Xi’an i zobaczyć słynną terakotową armię. To dopiero był wizjoner i to był kat na miarę Nerona, Kaliguli i tych z dwudziestego wieku. Zjednoczył chińskie państwa i pozostawił po sobie grobowiec, którego częścią była zakopana armia. Władze Państwa Środka nie pozwoliły na razie na otwarcie krypty cesarza, możemy się jednak domyślać jakie kryje ona wspaniałości. Podobno są tam morza i rzeki wypełnione płynną rtęcią, a na suficie połyskują drogocenne kamienie, które mają imitować gwiazdy. Pierwszy cesarz miał obsesję nieśmiertelności, ale nie ocalił chorobliwej, kruchej powłoki cielesnej. Przeminął, bo wszystko przemija, konstelacje przesuwają się na niebie, gasną pojedyncze gwiazdy, w czarne dziury wpadają całe galaktyki, nad Rosję i Chiny, nad Polskę napływają nowe, żelazne, szare i czarne chmury. Wszystko przemija… I tak musi być…

LIPCOWE PORZĄDKI

Wreszcie znalazłem czas na uporządkowanie mojego archiwum literackiego. Zacząłem przygotowywać pdf-y na stronę internetową i konieczne było przekopanie się przez wszystkie kartony z piwnicy. Przez trzydzieści lat gromadziłem listy, ofiarowane tomiki i inne książki, jakieś ważne papiery, pamiątki z podróży, itd. W końcu zapakowałem piwnicę pod sam sufit i nie było nawet miejsca na rowery. Praca trwała cały lipiec, ale wreszcie mam porządek w archiwum. Opisane, zrecenzowane lub przeczytane kiedyś książki, z dedykacjami, przekazałem mojej bibliotece uniwersyteckiej. Zeskanowałem okładki i strony tytułowe, a była to praca ogromna, bo tych tomów nazbierało się przez lata parę setek, może nawet z tysiąc. Jako krytyk dostaję od autorów i wydawnictw wiele książek. Staram się je czytać, ale oczywiście nie o wszystkich mogę napisać, za co wypada przeprosić. Kiedyś więcej recenzowałem, a teraz bardziej skupiam się na dłuższych studiach i tekstach eseistycznych. Dzięki pracy w lipcu niebawem na mojej stronie internetowej pojawią się nowe działy, a więc dedykacje pisarskie, wybór ważniejszych listów od znanych twórców, kompletna bibliografia, zdjęcia ilustrujące moje kontakty naukowe i literackie. Uwielbiam porządek i jestem typem człowieka stale coś układającego, segregującego i czyszczącego i to władanie papierów do kartonów miało właśnie taki wymiar. Teraz w piwnicy zostały listy i periodyki, w których przez lata publikowałem i to co niezbędne. Muszę też pomyśleć co zrobić z blisko dwustoma pracami magisterskimi, które powstawały na moich seminariach. W domu raczej nie mam dla nich miejsca, a w piwnicy także zajmują całą ogromną szafę. Porządkując i przeglądając papiery odnalazłem wiele dawno zapomnianych listów, kopert od ciekawych nadawców, wiele też korespondencji od osób, które odeszły, a więc od Łucji Danielewskiej, Czesława Milosza, Jerzego Harasymowicza, Tadeusza Śliwiaka, Ryszarda Kapuścińskiego, Konrada Górskiego, Tomasza Agatowskiego, Janusza Leppka, Tadeusza Kwiatkowskiego-Cugowa, Michała Wołosewicza, Wojciecha Sobeckiego i wielu innych. Może będzie kiedyś czas wszystkie listy uporządkować, bo nie wyobrażam sobie przekazania ich jakiejś instytucji w takim stanie. Myślę, że to powinny być teczki, z biogramami nadawców i ewentualnymi dopowiedzeniami o jakie sprawy chodziło. Będę zatem miał co robić na emeryturze. Na razie dokonałem wyboru i przygotowuję pliki w formacie PDF, łatwe do ściągnięcia z internetu.

POLINEZJA FRANCUSKA

polinezja1Fascynacja geografią wiązała się ze studiowaniem map i zapoznawaniem się z kontynentami, krainami geograficznymi, z państwami, z wyszukiwaniem gór i jezior, rzek i miast. Miałem dobry atlas geograficzny, z indeksem na końcu i przesiadywałem nad nim długie godziny. Przede wszystkim była to Afryka, ale prawdziwie rozmarzałem się nad mapą Australii i Oceanii. Miałem spory zasób wiedzy na temat tych przestrzeni, a szczególnie wiele wiedziałem o kontynencie, mającym na południu za sąsiadkę Tasmanię, na zachodzie Ocean Indyjski, na północy Archipelag Malajski i Nową Gwineę, a na wschodzie Nową Zelandię i rafy koralowe. Jakaż to wielka przestrzeń i jakież wspaniałości wiązały się z różnymi nazwami – myślałem – i ile przygód można by przeżyć w tamtych światach. W „Kontynentach” i w „Poznaj świecie” były czasami relacje z podróży do Oceanii i liczne fotografie. Orientowałem się zatem jak żyją tam ludzie, wiedziałem, że budują domy na palach, pływają katamaranami, łowią ryby i tańczą przy ogniskach, odziani tylko w spódniczki z włókien palmowych, przyozdobieni najpiękniejszymi kwiatami. W marzeniach wielu, wielu ludzi pojawia się wyprawa ku takim wyspom i spotkanie z Maorysami, Aborygenami, tubylcami malutkich skrawków lądu, oblanych szmaragdowym oceanem. Trochę z tego raju zaznałem w tym roku, gdy przebywałem na słonecznej Florydzie. Wtedy jednak krainy egzotyczne były dla mnie jedynie tęsknotą i próbą dla wyobraźni. Już same nazwy miały w sobie wielki czar – Polinezja i Mikronezja, Melanezja i Wyspy Tonga, a dalej Wyspy Salomona, Nowe Hebrydy, Fidżi, Wyspy Towarzystwa, Tahiti i dalej na wschód – Wyspy Tuamotu, aż do leżącej bliżej Ameryki Południowej Wyspy Wielkanocnej. Wiele dziwnych nazw przykuwało moją uwagę i długo wpatrywałem się w te miejsca, gdzie była Wielka Rafa Koralowa, Morze Koralowe, a także Nowa Kaledonia, Archipelag Bismarcka, Nauru i Wyspy Marshalla, a na północy Pacyfiku wulkaniczne Hawaje.

To był też czas namiętnego zbierania znaczków pocztowych, którymi handlowałem z kolegami i które kupowałem u filatelisty. Taki specjalistyczny sklep mieścił się najpierw na Błoniu, a potem jego właściciel przeniósł się na ulicę Grunwaldzką, gdzie często jeździłem z osiedla na moim rowerze. Miałem wtedy sporo znaczków z tej części ziemi, a jakoś szczególnie upodobałem sobie te z Polinezji Francuskiej. Raz jeszcze – wczoraj – dzięki możliwościom Internetu, pościągałem sobie przedstawienia znaczków z tych wysp i przypomniałem sobie co przedstawiały. Moja niezła pamięć szybko wyodrębniła te, które kiedyś do mnie należały. Była to zatem seria prezentująca ryby rafy koralowej i głębin pacyficznych, skrzydlate, z dziwnymi pyskami, o barwach niezwykłej urody i jakimiś elementami świata podwodnego. Łacińskie nazwy nic mi nie mówiły, ale wyobrażałem sobie podwodne łowy na te stwory, pływanie pośród czerwonych korali i wapniejących ukwiałów. Te znaczki miały często jakiś tajemny znak wodny, a to w kształcie muszli, a to ryby, a to z kolei jakichś liter, był też oryginalnie pachnący klej, a przedstawienia były rytowane i starannie dopracowane. Na innych znaczkach były postaci krajowców, rzucających oszczepem w wodę i w taki sposób polujących z łodzi na ryby, a także elementy sztuki ludów Oceanii, jakieś maski, ornamenty, przedmioty codziennego użytku, bogato zdobione topory, dziryty, noże i naczynia do gotowania. Wiele znaczków przedstawiało też fragmenty wysp, z nieodłącznymi palmami kokosowymi i orzechami, leżącymi na białym piasku. Poczta francuska umieszczała też na znaczkach Oceanii realistycznie odwzorowane krajobrazy, ze szczytami górskimi, bajkowymi zatokami i wszechobecnym morzem.

Pojawiały się też wizerunki misjonarzy i niewielkich kościołów, budowanych w stylu kolonialnym, z licznymi elementami zdobnictwa miejscowego. Już wtedy kształtowały się moje specjalne zainteresowania ornitologiczne i z wielką radością zdobywałem znaczki Polinezji Francuskiej i innych wysp, z przedstawieniami ptaków. Pośród nich było wiele dziwnie wyglądających mieszkańców przestworzy i sporo przedstawień stworzeń endemicznych i rajskich ptaków. Były też piękne kobiety z wysp, najczęściej prezentowane z kwiatami hibiskusa lub lotosu we włosach, ubrane w charakterystyczne, wzorzyste stroje. Te kobiety spopularyzował potem wielce nieszczęśliwy, schorowany malarz Paul Gauguin i jego obrazy też czasami pojawiały się na znaczkach. Najbardziej chyba charakterystycznym, reprodukowanym w różnych kolorach i odmianach, był znaczek przedstawiający piękną Polinezyjkę, grającą na gitarze, z rozwianymi ciemnymi, długimi włosami i wieńcem z kwiatów, zawieszonym na piersiach – ach jakaż ona musiała być piękna. Na innych była równie urodziwa kobieta, z wiankiem z białych kwiatów na głowie, rozczesująca czarne włosy, ubrana w czerwoną suknię, przedstawiającą ornamenty przypominające owo białe kwiecie. Wiele jeszcze mógłbym tutaj przywoływać obrazów i obrazków, ale przecież nie to jest najważniejsze. Wracając myślą do moich wyspiarskich i pacyficznych fascynacji, do zbierania znaczków i czytania książek o żeglarzach, chciałem choćby częściowo zrekonstruować moją świadomość w młodym wieku. W sumie – choć miałem swoje „wyskoki” – byłem dobrym chłopakiem, który miał liczne pasje i marzenia. Wszystko zaczęło pękać, gdy spotkałem dziewczynę, jako żywo przypominającą te z przedstawień na znaczkach z Polinezji. Wdałem się w długi związek, który był zarazem pasmem udręki i euforii, ale to może już inna opowieść. Kiedyś, na pewno, do tych spraw wrócę w tym dzienniku, kiedyś zacznę tworzyć jej portret i odtwarzać siebie u jej boku. Całe szczęście, że spotkałem później dziewczynę, która była tak różna od niej i koiła rany. Jest moją żoną od dwudziestu pięciu lat i nie przestaje mnie zdumiewać…

MŁODZIEŃCZE LEKTURY

Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, byłem drobnym chłopcem, z płową czupryną i chodziłem do podstawówki nr 60, która mieściła się dwieście metrów od naszego bloku. Starczyło wybiec z domu, tuż przed ósmą, by być na czas i nie mieć w dzienniku adnotacji o spóźnieniu. Interesowało mnie wtedy wiele rzeczy i czytałem dziesiątki książek, przede wszystkim przygodowych, ale także i tych innego rodzaju. Były to relacje wielkich żeglarzy, którzy opłynęli świat, albo dotarli do biegunów, historie wypraw Stanleya i Livingstone’a do wnętrza Afryki, powieści Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego, reportaże Arkadego Fiedlera, a także uczone księgi o różnych kontynentach, górach, rzekach. Wiele z tych książek zapadło mi głęboko w pamięć, na przykład opowieść i Fridtjofie Nansenie, o Mungo Parku, który próbował dotrzeć do źródeł rzeki Niger, o bukanierach i rozbitkach, o zdobywcach najwyższych gór na ziemi. Do tego jeszcze dochodziła lektura pism geograficznych, takich jak „Poznaj świat” i „Kontynenty”, które kupowałem w kioskach i zbierałem stare numery. Jeden z kolegów pracował w składnicy makulatury i „handlował” ze mną tymi starymi egzemplarzami, wymieniając je za znaczki, widokówki, czasem za jakieś drobne pieniądze. W jakiś szczególny sposób interesowałem się Afryką i miałem znakomitą orientację kartograficzną, do dzisiaj mam w głowie rozłożenie na mapie poszczególnych państw Czarnego Lądu, rysunek rzek, obszarów pustyni, pasm górskich, dżungli i wielkich jezior. Znałem stolice wszystkich państw i znam je do dzisiaj, choć niektóre się zmieniły i nie dbałem już potem o to by je zapamiętać. Z kolegą z klasy – Witkiem Hryncewiczem – stawaliśmy na przerwach w zawody i przepytywaliśmy się z tych stolic, szybko też rozszerzyliśmy obszar penetracji do całego świata. Potem popisywaliśmy się znajomością najwyższych szczytów górskich i ich wysokości, zaczepialiśmy się, pytając o długość Nilu i Amazonki, Wołgi, Leny, Mekongu i rzeki Darling. Klasówki z geografii były dla mnie świętem, a nasza pani, wszem i wobec obwieszczała, że jestem najlepszy w całej szkole z tego przedmiotu. Czasem też przygotowywała jakieś specjalne pytania dla mnie, a to o jezioro Tana, a to o miasto Tananariva, innym razem o Przylądek Horn lub jakąś prowincję w Chinach. Dosłownie pożerałem wtedy wiedzę tego rodzaju, a lektura czasopism, oglądanie fotografii i filmów stale potęgowały moje zainteresowania.

W pewnym momencie doszło jeszcze zbieranie znaczków pocztowych, widokówek przywożonych przez marynarzy, braci naszych kolegów szkolnych, a także seryjnie wydawanych książek. Muszę tutaj przede wszystkim przywołać serię „Naokoło świata” wydawnictwa Iskry. Były to białe tomy, z charakterystycznym kolorowym paskiem na dole, na którym widniało nazwisko autora, a pod spodem był jeszcze znak serii, czyli spłaszczony, czarny glob ziemski, z białymi konturami kontynentów. Zwykle czcionki tytułu książki były w takim samym kolorze jak ów pasek, a do tego prezentowano zawsze jakąś postać, zwierzę, element architektury, w charakterystyczny sposób wycięte ze zdjęć. W mojej dużej bibliotece domowej zachowała się tylko jedna książka tego typu – Zielone wzgórza Afryki Ernesta Hemingwaya. Stoi sobie ona obok wielu innych tomów tego samego autora, więc sięgnąłem po nią i przypomniałem sobie szatę graficzna i układ typograficzny całej serii. Kiedyś te książki były częścią mojego życia, stały w równych szeregach na półkach, bo wciąż przynosiłem je z osiedlowej biblioteki, a potem kupowałem w księgarniach i antykwariatach. Dzięki zasobom internetowym, przypomniałem sobie wiele  tytułów i autorów – siedząc w małym pokoiku na osiedlu Błonie, czytałem i wyobrażałem sobie opisywane sytuacje, oglądałem fotografie i marzyłem o przeżyciu wielkich przygód. Jakie to były książki – nie sposób wymienić wszystkich, ale może wymienię te najważniejsze i najbardziej ekscytujące: Roald Amundsen, Zdobycie bieguna południowego, kilka tomów Thora Heyerdahla, a więc Wyprawa Kon-Tiki, opowieść o wielkich figurach i ludziach z Wyspy Wielkanocnej – Aku-Aku, a dalej historia wyprawy papirusową łodzią – Ekspedycja Ra. Podczas wyprawy do Polinezji w latach  1937-1938, Heyerdahlowi nasunęła się myśl, że teoria mówiąca, że wyspy Polinezji zasiedlone zostały przez osadników z południowo-wschodniej Azji jest nieprawdziwa. Jego zdaniem miały miejsce dwie fale migracji. Pierwsza przybyła z Peru, a druga z obszarów dzisiejszej Kolumbii Brytyjskiej. Całe swoje długie życie, aż do śmierci w 2002 roku, poświęcił udowadnianiu tezy o łączności i wpływie na siebie przedwiecznych cywilizacji. Co jeszcze czytałem? Oto kolejne opowieści, które zapamiętałem: Eric Lundqvist, W dżungli Borneo; Alain Gheerbrant, Wyprawa Orinoko-Amazonka; Karen Blixen, Pożegnanie z Afryką;  Raymond Maufrais, Zielone piekło; Colin M. Turnbull, Leśni ludzie;  Gerald Durrell, Opowieści o zwierzętach. Był też cały cykl relacji o żeglarzach, a więc oprócz wspomnianych wyżej książek Heyerdahla, czytałem na przykład te oto tomy w białych obwolutach:  Alain Bombard, Dobrowolny rozbitek; John Caldwell, Desperacki rejs;Francis Chichester „Gipsy Moth” okrąża świat; Jean Merrien, Samotni żeglarze. Nie brakowało też autorów polskich – zainteresowania żeglarstwem spowodowały, że sięgnąłem po wydane także w tej serii książki Krzysztofa Baranowskiego:  najpierw po Hobo, a potem była lektura świetnie napisanego Kapitana kuka i oczywiście Drogi na Horn. Inne zapamiętane tomy polskich autorów, to Kazimierza Dziewanowskiego, Mój kolega czarownik; Wacława Korabiewicza, Do Timbuktu i  Arkadego Fiedlera, Zdobywamy Amazonkę

Tak nastała era książek autora z Puszczykowa. Pięknie wydawanych w twardych oprawach, z wieloma ilustracjami, prawdziwych skarbnic wiedzy o dalekich lądach i ludach. Autor był synem znanego poznańskiego poligrafa i wydawcy. On to właśnie ukształtował osobowość młodego Arkadego, rozbudził w nim namiętne zainteresowanie przyrodą. „Uczył mnie kochać rzeczy takie, obok których inni ludzie przechodzili obojętnie” – wspominał później pisarz swojego ojca. Po ukończeniu szkoły realnej w Poznaniu, studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim filozofię i nauki przyrodnicze. Studia przerwała I wojna światowa. W latach 1918-19 brał udział w powstaniu wielkopolskim i należał do Polskiej Organizacji Wojskowej. Wybuch II Wojny Światowej zastał Fiedlera na Tahiti. Porzucił baśniową wyspę, by wybrać żołnierski los. Przez Francję dotarł do Anglii, gdzie poznał polskich lotników bohatersko walczących w Bitwie o Wielką Brytanię. Napisał o nich głośną książkę „Dywizjon 303” – jej przedruki krążyły w okupowanym kraju, krzepiąc ducha. Pływał też na polskich statkach handlowych – wysiłek wojenny naszych marynarzy opisał w książce „Dziękuję ci, kapitanie”. W 1946 wrócił do ojczyzny i zamieszkał w Puszczykowie pod Poznaniem. Nadal wiele podróżował – odwiedził Meksyk, Indochiny, Brazylię, Madagaskar, kilkakrotnie Afrykę Zachodnią. W swoim 90-letnim życiu odbył 30 wypraw i podróży. Do każdej przygotowywał się niezwykle starannie, studiując mapy, atlasy, czytając książki o krajach, do których się wybierał, korespondując z tamtejszą Polonią. W dorobku ma trzydzieści dwie ksiązki, wydane w 23 językach i przeszło10-milionowym nakładzie. Jego opowieści urzekają plastyką opisu, pasjonująco, barwnie przybliżają czytelnikowi ludzi o różnych kolorach skóry, uczą szacunku dla innych kultur i obyczajów, opiewają piękno przyrody. Zbierałem także książki Fiedlera i wypożyczałem je w bibliotece, a potem przez wiele godzin śledziłem losy jego i prezentowanych bohaterów. Szkoda, że gdzieś przepadły te wydania, a było ich naprawdę sporo. Pamiętam, że najpierw przeczytałem Ryby śpiewają w Ukajali, a potem posypały się kolejne tytuły: Kanada pachnąca żywicą, Zwierzęta lasu dziewiczego, Jutro na Madagaskar, Żarliwa wyspa Beniowskiego, Rio de Oro, Gorąca wieś Ambinanitelo, Wyspa kochających lemurów, Nowa przygoda Gwinea, I znowu kusząca Kanada, Spotkałem szczęśliwych Indian, Madagaskar okrutny czarodziej, Piekna, straszna Amazonia. Przeczytałem też dwie książki autobiograficzne: Mój ojciec i dęby i Wiek męski – zwycięski , a także sięgałem po powieści dla młodzieży: Mały Bizon, Wyspa Robinsona oraz Orinoko. Niewiele zostało zatem książek tego autora, których nie przeczytałem, choć nie jestem pewien czy w pewnym momencie nie przyswoiłem sobie Dywizjonu 303, choć ta książka nakłada mi się w pamięci na pewne tytuły z serii „Tygrys”, a przede wszystkim na Cyrk Skalskiego Bohdana Arcta. Po latach zwiedziłem muzeum w domu autora Dzikich bananów, rozmawiałem z jego synem i synową, a potem wraz z grupą pisarzy odwiedziłem grób Arkadego Fiedlera w Puszczykowie.

Równocześnie z książkami z serii Naokoło świata i opowieściami Arkadego Fiedlera, czytywałem po wielokroć tomy przygód podróżniczych Kamila Giżyckiego i Alfreda Szklarskiego. Przede wszystkim zajmowały mnie losy Tomka Wilmowskiego, Bosmana i Smugi, chłonąłem też wiadomości geograficzne, etnograficzne i zoologiczne. Do dziś pamiętam jak ekscytowałem się, gdy przynosiłem po raz pierwszy z biblioteki kolejne części serii, a potem szybko je czytałem, czasem do białego rana. To były cudowne chwile i nie zapomnę ich nigdy, a po latach miałem bliski kontakt z człowiekiem, który stał za tym wszystkim. Alfred Szklarski urodził się w Chicago w 1912 roku, a po powrocie do Polski zamieszkał w pobliskim Włocławku i później w Warszawie, gdzie w latach 1932-1938 studiował w Akademii Nauk Politycznych, na Wydziale Konsularno-Dyplomatycznym. Był żołnierzem AK, brał udział w powstaniu warszawskim.  Po wojnie przez kilka miesięcy mieszkał w Krakowie, a następnie w Katowicach.  W roku  1949 został niesprawiedliwie osądzony i skazany na karę ośmiu lat więzienia. Zwolniono go dopiero w roku 1953. W latach 1954-1977 był redaktorem w katowickim wydawnictwie „Śląsk”. Prowadziłem z tym autorem korespondencję w 1987 roku i miałem możliwość zapoznać się z jego poglądami, udzielił mi wywiadu, zadedykował książkę, przesłał fotografie i tom Ekspresu Reporterów, w którym znalazła się jego wypowiedź rzeka. Dowiedziałem się z niej o wielu sprawach, związanych z życiem autora i z bohaterami cyklu podróżniczego. Po jego śmierci, w 1992 roku, opublikowałem w „Gazecie pomorskiej” nekrolog, w którym pisałem, miedzy innymi: Był jednym z najpopularniejszych pisarzy tworzących dla dzieci i młodzieży. Jego cykl podróżniczy przygód Tomka Wilmowskiego był najpopularniejszą serią powieściową, jaka ukazała się w Polsce po wojnie. Bohater Szklarskiego był prawdziwym patriotą, Polakiem zawsze kierującym się w swoich wyborach zasadą uczciwości i prawości. Był wzorem do naśladowania, ideałem zawsze godnym polecenia. Te książki rozbudzały u młodzieży zainteresowania geografią i etnografią, ukazywały odległe lądy, przypominały wydarzenia historyczne i podkreślały ze szczególną mocą wkład Polaków w ogólnokulturowe dziedzictwo. To właśnie te lektury były początkiem drogi dla wielu późniejszych humanistów. Żywa akcja i prowadzona ze swadą narracja wciągały niczym magnes. Nie bał się Szklarski w czasach jedynie słusznej ideologii ukazywać rosyjskich zaborców w negatywnym świetle – nie wykreślił z „Tomka w krainie kangurów” ani jednej linijki, choć niejednokrotnie, przy kolejnych wznowieniach, próbowano to na nim wymusić. Sława autora wykraczała daleko poza ramy Polski – jego cykl tłumaczony był na wiele języków obcych, w tym tak „osobnych” jak choćby słowacki, serbsko-chorwacki. Ogólny nakład książek Szklarskiego przekroczył 10.000.000. w języku polskim i 2.5000.000. w języku rosyjskim. Oprócz książek o Tomku Wilmowskim, czytelnikom spodobała się Trylogia Indiańska. Autor planował napisanie jeszcze dwóch książek z serii podróżniczej (akcja miała się toczyć w Egipcie oraz na Alasce) i książki na temat Indian południowego zachodu Stanów Zjednoczonych pt. „Zagubiony na prerii”, ale śmierć pokrzyżowała te plany. Alfred Szklarski był synem członka PPS-u, aresztowanego i uwięzionego na Pawiaku. Jego ojciec został wraz z przyjaciółmi oskarżony o przygotowywanie zbrojnego obalenia władzy carskiej. Zwolniony, uciekł do Stanów Zjednoczonych, gdzie urodził się przyszły pisarz. Tam Alfred od najmłodszych lat pasjonował się amerykańskimi westernami. Do jego pierwszych ulubionych lektur należały książki Zane’a Greya i Jamesa Fenimoora Coopera, a po powtórnym przyjeździe do Polski – Karola Maya. Potem czołowe miejsce zajęła powieści Sienkiewicza, a przede wszystkim Trylogia i W pustyni i w puszczy. Łatwo dostrzeżemy, że Tomasz Wilmowski ma liczne cechy charakteru Stasia Tarkowskiego. Właśnie lektury i przygody, jakich życie nie skąpiło Szklarskiemu, złożyły się na narrację i klimat jego książek. Nieprzebranym rzeszom chłopców i dziewcząt, jakie wychowały się na ośmiu książkach z cyklu podróżniczego, brakować będzie życzliwego i mądrego nauczyciela, jakim był Alfred Szklarski. Zostaną jednak książki, zostaną bohaterowie i stale ten sam dreszczyk emocji, gdy przewracało się następne karty opowieści.

CZWARTA RANO

Mógłbym dzisiaj zaśpiewać z Leonardem Cohenem It’s four in the morning….   bo przebudziłem się nad ranem. Napiłem się zimnej herbaty, zjadłem kawałek chleba z masłem i solą, a potem otworzyłem drzwi balkonowe i zaczerpnąłem świeżego powietrza. Ptaki śpiewały w kilku miejscach, obwieszczając nadejście świtu. Niebo zaróżowiło się na wschodzie i wyraziście zajaśniała nad horyzontem poranna gwiazda, jutrzenka, czyli Wenus. Nad dalekimi blokami pojawiły się też ogromne stada kawek, które zapewne zerwały się z drzew nad brzegiem Wisły. W ostatnich latach ptaki te bardzo się rozmnożyły i czasem siadają na sąsiednim bloku, dosłownie oblepiając go – porównanie z filmem Hitchcocka nasuwa się nieodparcie. Myślę o swoim życiu, o popełnionych błędach i o właściwych wyborach. Ostatnio coraz częściej patrzę w przeszłość i podsumowuję to, co zrobiłem – zastanawiam się nad tym, co jeszcze mam do zrealizowania. Wojtek Kawiński przysłał nowy zbiór wierszy pt. Obrót koła, a wraz z nim krótki list. Pisze, że stale przydarzają mu się wiersze, ale ma spory kłopot z ich wydawaniem. Kończy takim zwrotem: Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze, choć, sądzę, że i Ty masz powody do pesymizmu. Czy ja mam powody do pesymizmu? Mam, ale raczej odsuwam takie myśli od siebie, za dużo mam do zrobienia i stale coś czeka na swoją kolej. Teraz znowu zbliżają się wielkie przedsięwzięcia, więc od samego rana biorę się do roboty. Na początek zaległe Posłowia do nowego zbioru Andrzeja Baszkowskiego i Małgosi Nowak. Pierwsze smugi po przelatujących odrzutowcach pojawiają się na niebie…

KLAROWNOŚĆ

5 lipca 2008. Niezwykle klarowny dzień, ze stale zmieniającą się akcją liryczną na niebie. Piękne, białe czapy cumulusów, jakby podświetlone od spodu, a przy nich szare chmury burzowe, wstrzeliwujące się długimi płaszczyznami w biel. Ogromne połacie błękitnego nieba, a z drugiej strony granatowiejące przestrzenie, zwiastujące gromy i ulewę. Takie chmury znakomicie wyglądają na zdjęciach i bywają tłem niezwykłych wydarzeń. Przed południem świeciło słońce i była cudowna pogoda, choć te szarości, w różnych miejscach, mogły coś zwiastować. Poszliśmy z Danką i Olą na wycieczkę pieszą do Ostromecka – najpierw przez most na Wiśle, a potem łąkami i lasem do parku. Po drodze podziwialiśmy ptaki, które siedziały na łachach wiślanych. Trochę siewek i traczy, gołębie, kawki, a nad tonią rybitwy i mewy, dalej w lesie piękne śpiewy zięby, dziwonii, jakichś świergotków, na jednej z gałęzi, blisko drogi, wyrazista dzierzba gąsiorek. Przy pałacu w Ostromecku pięknie przystrzyżone trawniki i ze znawstwem przygotowane klomby kwiatowe. Trudno się dziwić, że przyjeżdżają tutaj pary nowożeńców i w takiej przestrzeni robią sobie zdjęcia. Widzieliśmy aż trzy grupki z pannami młodymi w białych sukniach i dopiero co upieczonymi małżonkami u boku. Posiedzieliśmy trochę na ławkach, poopalaliśmy się, a potem poszliśmy na obiad do restauracji „Leśna”. W trakcie posiłku spadł rzęsisty deszcz i niebo prawie całkowicie się zachmurzyło. Chcieliśmy wracać pieszo do domu, ale z powodu ulewy, wróciliśmy autobusem. W Fordonie znowu zrobiło się świetliście i uderzyła w nas klarowność powietrza, raz jeszcze pojawiła się niezwykła wyrazistość chmur na niebie. W powietrzu czuło się ozon i lekko się oddychało. Wróciliśmy do domu, gdzie zaraz zasiadłem do prac przy komputerze. Słucham ostatnio sporo utworów Mozarta i teraz też towarzyszą mi jego symfonie. Jestem odprężony, wypoczęty i praca sprawia mi ogromną przyjemność. Tylko skąd ten smutek w sercu…

DZIEŃ CZERWONEGO MOTYLA

Dzisiaj wydarzył się wspaniały dzień. Wstałem wcześnie rano, ale wyspałem się należycie. Włączyłem koncerty Vivaldiego na mandolinę, trąbkę i skrzypce i położyłem się na kanapie z książką w ręku. Zwykle rano, gdy nie muszę niczego szybko napisać, oddaję się lekturze przez godzinę lub dwie, tak długo jak trwają utwory muzyczne na płycie. Stawiam obok siebie dużą szklankę z dobrą wodą mineralną i czytam, popijam i czytam. Tym razem wróciłem do Alchemika Paolo Coelho. Ma to związek z przygotowywanymi wykładami o jego pisarstwie, które wygłoszę w moim uniwersytecie w przyszłym roku, a jest jeszcze jeden związek, o którym na razie nie chcę mówić. Lubię tę prostą narrację słynnego Brazylijczyka i traktuję jego książki jako rodzaj całkowitego odprężenia, odejścia na chwilę od moich projektów pisarskich. Po lekturze poszedłem na długi marsz do miasta, bokiem mojego osiedla i potem przez lasy. Coelho mówi, że Bóg zsyła nam znaki, więc ja bacznie ich wypatruję. Może znakiem tego dnia był mały czerwony motylek, którego spostrzegłem ze trzy, cztery razy w różnych częściach miasta, lasu, łąki pomiędzy arteriami. Chmurzyło się i po dwóch godzinach wędrowania spadły duże krople deszczu, ale prawdziwa burza zaczęła się dopiero w drodze powrotnej, gdy siedziałem już w autobusie linii numer siedemdziesiąt. Wszedłem na chwilę do uczelni, wziąłem jakieś potrzebne papiery, usiadłem na Gdańskiej w ogródku piwnym i strzeliłem w samotności jedno Tyskie. Ostatnio wystarcza mi małe piwko i dużo, dużo wody mineralnej, teraz też mam ją przy sobie i co jakiś czas popijam. Najbardziej lubię Evian i Vittel, zawsze bez gazu, ale czasem piję też naturalnie gazowaną Borjomi lub Muszyniankę. Wychodząc z uczelni znowu zobaczyłem na trawniku czerwonego motylka, a rzut oka na niebo pozwolił mi zorientować się, że zbliża się jakiś chmurny kataklizm – odcienie granatu i ultramaryny, a gdzie niegdzie wręcz czerni, nie wróżyły niczego dobrego. Wsiadłem do tramwaju i jadąc z powrotem do domu rozmyślałem o znakach i linii życia, o nieustającym zachwycie nad naturą i na łączności wszystkich i wszystkiego. Po powrocie do domu zjadłem nieco gotowanego bobu, wypiłem barszcz i przespałem się godzinkę. Teraz, po ukończeniu tego wpisu, wezmę się za e-maile, a potem – już się na to cieszę – znowu lektura, muzyka Vivaldiego lub Telemanna i woda mineralna. Wspaniały, spokojny, pełen wielkich zdarzeń dzień. Nazwę go dniem czerwonego motyla…

CZEKAJĄC NA CUD

No i przegwizdaliśmy kolejne Mistrzostwa Europy. Ktoś zastanawiał się w mediach, jak to się dzieje, że w tak dużym narodzie nie można znaleźć jedenastu facetów dobrze kopiących piłkę? Polska, to taki kraj, gdzie łatwo się wszystko burzy, niweluje, a potem trudno cokolwiek zbudować. Tak było z mniejszymi klubami, w których były dobre szkółki piłkarskie. Zlikwidowano je, pozbawiono wsparcia, rzucono na żer różnym sępom kapitalizmu. Na boiskach jednego z bydgoskich klubów już budują nowe bloki, inne czekają na parcelację. Polska drużyna przegrała, bo nie ma w niej indywidualności i nie ma jedności grupowej, to nie jest zespół, to jakaś zbieranina nieudolnego trenera. Krzynówek biegający bez sensu, stale plujący przez zęby i egoistycznie strzelający na wiwat. Smolarek wiotki jak panienka, potrząsający włoskami, bez siły, bez energii, jedynie czekający na dobrą piłkę. Cała kompania dziwacznych pomocników, którzy nie rozumieją, że mają dyrygować grą, mądrze egzekwować piłki, przewidywać dobre pozycje. Obrońcy również bez wyrazu, poruszający się bez jakiegokolwiek rozsądnego planu, reagujący doraźnie, wybijający piłki na pałę. Przegraliśmy nawet z rezerwami Chorwacji, średniej europejskiej drużyny. Oczywiście Listkiewicz nie weźmie tego na swoje barki, holenderski trener też będzie filozofował, piłkarze w wywiadach uznają, że nie mieliśmy szczęścia. A poza tym skrzywdził nas angielski sędzia (nawiasem mówiąc, miał rację, bo polski piłkarz popełnił błąd, opierając się z rozmachem na przeciwniku). Tylko Boruca można pochwalić, to naprawdę dobry bramkarz, z wyczuciem, z intuicją bramkarską. Potrafię to dobrze ocenić, bo wiele lat stałem między słupkami bramek różnych zespołów. Tak, rozgonić trzeba to emerytalne towarzystwo jak najszybciej i zacząć budować od podstaw, od drużyn podwórkowych, od turniejów kilkunastoletnich chłopców. Jak to wiele razy było w naszej historii, czekaliśmy na cud… No i znowu nie doczekaliśmy się…

KONIEC WEEKENDU

4 kwietnia 2008. Kończy się znacznie wydłużony weekend, ten typowo polski wynalazek. Ja na szczęście pracuję swoim zwykłym rytmem i ten czas wykorzystałem na zrobienie wielu rzeczy. Blisko pięćdziesiąt stron wydruku komputerowego leży na moim biurku i czeka teraz na korektę. Maj w ogóle zapowiada się ciekawie, bo będę brał udział w różnych imprezach literackich w moim mieście, a za niecałe trzy tygodnie ruszam do ukochanego Wilna. Odbędzie się w nim, jak co roku Maj nad Wilią, inspirująca impreza literacka, a także konferencja naukowa poświęcona tym razem dziedzictwu Jagiellonów. Miałem też polecieć do Bułgarii, jako przedstawiciel ZLP, ale jakoś głucho w tej sprawie i zaczynam wątpić w tę podróż. Cichnie powoli dzień, psy się uspokoiły, dzieci leżą już w łóżkach i zasypiają. Od jutra zaczynam nowy tydzień, w którym będzie wiele bieganiny i załatwia różnych spraw. Projekty wydawnicze i spotkania z urzędnikami, opracowania i korekty, kończenie wielu przedsięwzięć. To będzie ważny tydzień, który przybliży mnie do dni ostatecznej rozgrywki.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: