DALSZE PIEŚNI TOMKA BATEŃCZUKA

Ku mojej radości powstały kolejne cztery pieśni do wierszy z tomu pt. Ormiańska tancerka. Poznański bard, jak zawsze, wykonał swoją pracę na najwyższym poziomie.

Reklamy

MARÍA DE BUENOS AIRES

Sandra Rumolino - piękno, anielski głos i mistyka Maríi de Buenos Aires

Sandra Rumolino – piękno, anielski głos i mistyka Maríi de Buenos Aires

Wczoraj byłem na koncercie w Filharmonii Pomorskiej, w ramach pięćdziesiątego trzeciego Bydgoskiego Festiwalu Muzycznego. Artyści z Argentyny i Stanów Zjednoczonych, a także polscy wirtuozi i recytatorzy zaprezentowali słynną tango operitę María de Buenos Aires (1968) Astora Piazzolli i Horracio Ferrera. Publiczność źródłowo wprowadził w klimat kultury latynamerykańskiej i wskazał wagę tego dzieła, znany dziennikarz i translator Jarosław Gugała, a potem zaczęła się prawdziwa uczta muzyczna i duchowa. Utwór prezentuje historię prostytutki z Buenos Aires, która żyje intensywnie w świecie realnym, a przy tym orbituje stale ku przestrzeniom skaralnym i staje się multiplikacją Dziewicy Maryi. Zdumiewająca muzyka Piazzolli znakomicie współgra tutaj z surrealistyczną poezją Ferrera, jakby z ducha Federica Garcii Lorci i Rubéna Darío, zwiewną, delikatną, ale zawierającą też tony modernistyczne i niezwykłe, innowacyjne złożenia metaforyczne. Maria umiera i staje się zjawą krążącą po zaułkach i tawernach Buenos Aires, wyrażającą wielką ogólnoludzką tęsknotę za czystością i pełnią, symbolizowaną przez Matkę Chrystusa. Klimat latynoski stworzyła niezwykła muzyka, a także słowo przekazywane przez aktorów i dodatkowo pojawiające się na wielkim ekranie. Niewątpliwą gwiazdą bydgoskiej inscenizacji była Sandra Rumolino, jakby prawdziwa zjawa znad La Platy, jakby ucieleśnienie tanga i smutku dalekich przestrzeni, zapatrzenia w miłość, życie i śmierć. Ta piękna kobieta, zjawiskowo ukształtowana przez naturę i obdarzona wspaniałym głosem, świetnie współbrzmiała z amerykańskim tenorem Nathanem Grannerem. Nad całością przedsięwzięcia czuwał Krzysztof Meisinger, który zagrał też wszystkie partie gitarowe i prowadził muzyków Capelli Bydgostiensis wprawną ręką, z wyczuciem wszelkich niuansów tej skomplikowanej inscenizacji i aranżacji. Wzruszyłem się bardzo podczas tego wspaniałego koncertu i potwierdziłem w sobie wieloletnie życiowe pragnienie, by pojechać nad La Platę i przejrzeć się w jej toniach, spotkać się z ludźmi wielkiej wrażliwości i nieustannych poszukiwań odpowiedzi na podstawowe pytania naszej egzystencji. Choć koncert był długi, publiczność wymusiła oklaskami wspaniały bis argentyńskiej artystki, a mnie skóra cierpła z poruszenia, poczucia łączności z jej życiem i tajemnym, mistycznym, ulotnym jak mgły, światem Maríi de Buenos Aires.

NOWE PIEŚNI TOMKA BATEŃCZUKA

Tomek Bateńczuk nie przestaje mnie zaskakiwać – każda jego piosenka jest jak dar dla mnie i dla mojej poezji, a żywiołowy odbiór innych ludzi potwierdza znakomitą jakość tych utworów. Z niecierpliwością czekam na kolejne realizacje, tym razem po podróży do Armenii i Górnego Karabachu.

PIEŚNI TOMKA BATEŃCZUKA

Piosenki Tomka Bateńczuka są znakomicie skomponowane i mają swój ciepły klimat. Słucham ich tak, jakby ktoś inny był autorem tych słów, a zarazem wiem, że powstały głęboko we mnie. Niewielu jest autorów ballad, którzy potrafią je tworzyć wykorzystując białe wiersze, a tutaj wszystko jest na miejscu i linia melodyczna znakomicie uzupełnia przesłanie. Oby jak najwięcej powstawało takich pieśni i wcale nie chodzi tu o moje teksty, Tomka powinni odkryć jak najszybciej inni poeci. Wróżę mu wspaniałą przyszłość i postaram się do tego w jakiś sposób przyczynić. Publikuję tutaj kilka piosenek z tomiku pt. „Żółty oleander”, wiersze powstały w Kurdystanie i środkowym Iraku nad rzekami Tygrys i Eufrat. Jest też krótki wiersz z tomiku pt. „Sprzedawca skowronków” o moim niezwykle sensualnym śnie.

ALMOST LIKE THE BLUES

640px-Leonard_Cohen_2187

Widziałem głodnych ludzi
To był mord, to był gwałt
Ich wioski płonęły
I próbowali zwiać.

Nie mogłem na to patrzeć
I gapiłem się w buty swe
To był kwas i tragedia
To prawie tak jak blues

I niemal chciałem umrzeć
Między każdą myślą złą
A gdy kończyłem dumać
To bardziej chciałem zejść

To była męka, to był mord
To były moje oceny złe
Wojna, gdy dzieci tracą Pana
To prawie tak jak blues

Musiałem serce zmrozić
Żeby przestało gnić
Ojciec rzekł tyś wybrany
A matka – to nie ty

I słuchałem ich opowieści
O Cyganach i Żydach
To było dobre, nie nudne
Prawie tak jak blues

Nie ma Boga w niebie
I piekła pod nami
Rzekł wielki profesor
I wszyscy o tym wiedzą

Ale ja miałem zaproszenie
Którego grzesznik nie odrzuci
I prawie jak zbawienie
Prawie tak jak blues

                    Z języka angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda

TAK JAK BLUES…

 Osiemdziesiąt lat Leonarda Cohena

Cohen1

Leonard Cohen pojawił się w moim życiu pod koniec lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, gdy jedna ze znajomych dziewcząt udostępniła mi kasetę magnetofonową z nagranymi balladami tego pieśniarza. Zauroczony głosem i treściami artykułowanymi przez niego, natychmiast dołączyłem go do mojego młodzieńczego panteonu muzycznego, obok Boba Dylana i Joan Baez, tuż przy Simonie i Garfunkelu, Gilbercie O’Sullivanie i Marku Grechucie. Słuchałem też wtedy wiele muzyki rockowej i przede wszystkim były to takie zespoły jak Led Zeppellin, Black Sabath, Budgie, UFO, a z innej półki Slade, Smokie, Abba. Była też ogromna fascynacja muzyką elektroniczną, kompozycjami zespołu Tangerine dream, Klausa Schulze, Mike’a Oldfielda, Vangelisa i Kitaro. Szybko ballady Cohena stały się najczęściej słuchanymi utworami w moim pokoju, a potem towarzyszyły mi podczas pracy, pisania książek literackich i naukowych, w trakcie lektury i przeglądania map, gdy rozstawiałem sztalugi i pochylałem się na kartami papieru, by coś nowego narysować. Pociągał mnie szlachetny smutek tych pieśni, jakże wyrazisty w głosie pieśniarza i w poszczególnych strofach, pisanych jak wiersze i mających często drugie dno, głębię, która nie pojawia się w zwykłej piosence. To były opowieści o starych prostytutkach, których nikt już nie chce wynająć, o partyzancie, który zostawił wszystko i rzucił się w wir walki, o lekko nienormalnej Zuzannie, która przypomina w swej biedzie Chrystusa, a nade wszystko o miłości żarliwej i niepowtarzalnej, o nieustannej pogoni za szczęściem i wolnością. Ballady Cohena otwierały moje wnętrze i uwrażliwiały mnie na ludzką krzywdę, uczyły też dystansu do świata i ludzi, krzepiły w trudnych życiowych momentach. I kazały czekać, więc zagryzałem zęby i wpatrywałem się w mrok: I dreamed about you, baby./ It was just the other night./ Most of you was naked/ Ah but some of you was light./ The sands of time were falling/ from your fingers and your thumb,/ and you were waiting/  for the miracle, for the miracle to come. Czekałem aż dziewczyna o długich, ciemnych włosach, tak podobna do Jane z pieśni Famous Blue Raincoat zrozumie czym jest uczucie i przestanie myśleć o innym mężczyźnie – czekałem aż zdarzy się cud, a gdy go nie było Cohen koił jak balsam i szeptał – jak do Janis Joplin – You told me again you preferred handsome men/ but for me you would make an exception./ And clenching your fist for the ones like us/ who are oppressed by the figures of beauty,/ you fixed yourself, you said, „Well never mind,/ we are ugly but we have the music.” Tak było, mijały lata, pojawiały się nowe piosenki pieśniarza z Kanady, a ja zmieniałem się jak wszyscy ludzie i wciąż był we mnie ten smutek, który on we mnie zaszczepił, robiąc też ze mnie poetę. To wielkie szczęście i ogromne nieszczęście, ale tak już zostanie… To jak blues…

286465-leonard-cohen-1970

Nowa płyta Cohena – Popular Problems – przyniosła znowu wspaniałe utwory, a zmatowiały głos barda stał się doprawdy tragiczny, jakby dobiegający z głębi dziejów i komentujący niecne uczynki ludzkości. Cohen, który zawsze celebrował swoją żydowskość, jawi się tutaj jako starotestamentowy prorok, choć w każdym utworze pojawia się też ironiczny kontrapunkt. Najlepiej widać to w pieśni pt. Almost Like The Blues, będącej relacją z tego, co ludzkość czyni na początku nowego stulecia i co zrobiła w wiekach wcześniejszych. To spojrzenie skanujące historię, a zarazem próba zdystansowania się do okrucieństw i wynaturzeń istot, które powołane zostały do wielkości, ale zmarnowały szansę, zgubiły ludzki etos, weszły na drogę zbrodni i gwałtu: Widziałem głodnych ludzi/ To był mord, to był gwałt/ Ich wioski płonęły/ I próbowali zwiać. Mordując niewinnych, odciskając piętno zbrodni na braciach i siostrach, stali się samą istotą zła, którego nie sposób wyrazić i opisać. Cohen sięga tutaj do tradycji Afroamerykanów z Południa, którzy śpiewali od dawien dawna o smutku i rozpaczy (ang. blues), o swojej trudnej sytuacji, o krzywdzie i nienawiści rasowej, o wierności i zdradzie, o podróżach i poszukiwaniu swego miejsca na ziemi, o nieustannym pragnieniu znalezienia miłości. To, co było protestem w pieśniach czarnych Amerykanów, co nawiązywało do muzyki folkowej, w twórczości Cohena przybrało formułę ironicznego krypto cytatu, bolesnego nawiązania, rozpaczy ukrytej w zwiewności tekstu i melodii. Melorecytacja, tak charakterystyczna dla tego artysty, staje się tutaj rodzajem kpiny ze świata, który morduje i gwałci; z ludzi, którzy palą wioski i skazują dzieci na głodówkę. Choć może się wydać, że jest to zbyt ulotna forma, przy głębokim wsłuchaniu się i uważnej analizie, okazuje się, że jest to prawdziwy krzyk rozpaczy, a także potwierdzenie ludzkiej niemocy, bólu nie do wyrażenia: Nie mogłem na to patrzeć/ I gapiłem się w buty swe/ To był kwas i tragedia/ To prawie tak jak blues. I nie mamy tutaj do czynienia z cynizmem, to tylko prawda o naszym świecie, który pędzi donikąd i stale generuje konflikty na wielu płaszczyznach egzystencji, od relacji międzyludzkich, do zatargów rasowych i wojen między sąsiadującymi krajami.

33Leonard-Cohen

Co spokojny człowiek może przeciwstawić zbrodni i cierpieniu niewinnych bytów, co może zrobić intelektualista taki jak Cohen? Niewiele, a zarazem bardzo dużo – może komentować i kierować uwagę milionów na to, co jest złe, co wypacza humanizm i wiarę w dobro człowieka. Rozpacz, taka sama jak w pieśniach Afroamerykanów, rozsadza tutaj formę zdystansowanej ballady, a zarazem potwierdza bezsilność: I niemal chciałem umrzeć/ Między każdą myślą złą/ A gdy kończyłem dumać/ To bardziej chciałem zejść. Tak byłoby najłatwiej, tak można by zamknąć każde życie, odsunąć się od świata i jak rzymski arbiter elegantiarum Petroniusz, otworzyć sobie żyły i patrzeć jak gaśnie światło i matowieją kolory, a barbarzyńcy bezsilnie opuszczają dłonie z okrwawionymi narzędziami zbrodni. Cohen widzi też swoje błędy, wszakże fascynował się kiedyś rewolucją kubańską, Fidelem Castro i Chè Guevarą i jak wielu lewicujących intelektualistów, wchodził na ślepe ścieżki poznania. Po latach przyzna się, że niewłaściwie oceniał wojnę i rewolucję: To była męka, to był mord/ To były moje oceny złe/ Wojna, gdy dzieci tracą Pana/ To prawie tak jak blues. Dopiero teraz pojawiają się rzetelne relacje o zbrodniach dwudziestowiecznych rewolucjonistów, dopiero w nowym czasie i innej rzeczywistości kolejnego stulecia wychodzi na jaw prawda o tych, którzy pojawiali się na sztandarach ruchów kontestacyjnych. O Chè Guevarze śpiewano piękne pieśni (Joan Baez), pisano żarliwe wiersze (sam się od tego nie uchroniłem), jego portret w berecie, z czerwoną gwiazdą, noszono na T-shirtach i na plakatach, a przecież okazał się bezlitosnym mordercą, wykonującym egzekucje i rozsiewając krwawy leninizm po świecie. To były te oceny złe artysty, prezentowane tutaj z ironicznym dystansem, ale przecież jak najbardziej realne, zapisane wcześniej w pieśni pt. Field Commander Cohen z płyty pt. New Skin for the Old Ceremony (1974). W takiej sytuacji, wskazując własne błędy, poeta z gitarą nawiązuje do żydowskiej tradycji, do przekonania, że nadejdzie człowiek wybrany i uczyni mir w świecie. Wspominając słowa ojca i matki, ironizuje z bluesowym zaśpiewem: Musiałem serce zmrozić/ Żeby przestało gnić/ Ojciec rzekł tyś wybrany/ A matka – to nie ty. Cierpienie jest jak rozkład, ból przypomina gnicie, wiec poeta symbolicznie mrozi swoje serce, by odgrodzić się od ogromu zbrodni i wraca na łono rodziny, komentując wcześniejsze komentarze i wypowiedzi swoich rodziców.

img_0733_2

Wsłuchuje się w ich mądre opowieści o Cyganach i Żydach i szuka takiej samej tolerancji w świecie, ocenia je jako dobre, nie nudne, przypominające bluesa i jego pierwotną „czarną” formę – pieśni kojącej i wspierającej cierpiących zbieraczy bawełny, zagubionych tropicieli sensu i właściwego wymiaru istnienia. Takie zasłuchanie się w siebie i w groźne pomruki świata prowadzi do bolesnej refleksji teologicznej i zakwestionowania wiedzy jako drogi poznania. Można być profesorem i niczego nie rozumieć ze świata, można osiągnąć ziemskie zaszczyty, tytuły, a i tak umiera się nagim i bosym, podlegając prawom entropii jak cesarz, nędzarz i żebrak. Ironia sięga tutaj zenitu: Nie ma Boga w niebie/ I piekła pod nami/ Rzekł wielki profesor/ I wszyscy o tym wiedzą. Czy człowiek jest w stanie zrozumieć istotę stworzenia, czy może sięgnąć myślą ogromów kosmicznych, pośród których się ono rozgrywa, a wreszcie czy jest partnerem dla Boga, czy może tylko nic nie znaczącym pyłkiem? Leonard Cohen jak mało kto poznał zakamarki naszego świata, szalejąc jako młody beatnik w Nowym Jorku, przemierzając Stany Zjednoczone i świat jako pieśniarz, widząc ogrom ubóstwa i zbrodni, nie bez powodu przeciwstawiając w tytule swojej słynnej płyty miłość nienawiści. To poeta najwrażliwszy z wrażliwych, dodatkowo wzmacniający swoje wiersze wspaniałą muzyką, często krytykowana przez profesjonalistów, ale akceptowaną i kochana przez jego wielbicieli. To nowoczesny komentator istnienia, szukający odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji w ramionach pięknych kobiet i w różnorakich ziemskich samotniach, śpiewający pośród mroku i w świetle słońca, nowy Federico Garcia Lorca i Osip Mandelsztam, brat Allena Ginsberga i Sylvii Plath, powinowaty Roya Orbisona, Johnnego Casha i Boba Dylana, a nade wszystko filozof i ironiczny egzegeta religijny. Jego żydowskie pochodzenie jest jak stygmat, z którego uczynił znak rozpoznawczy, to coś, co stanowi jego siłę i słabość, co jest dziedzictwem kulturowym, ale też genetyczną skłonnością do depresji. Artysta nieustannie eksperymentował z życiem, poddawał siebie próbom wytrzymałości, walczył o siebie w sytuacji przegrania i triumfu, przechodził liczne załamania, wstawał z kolan i szedł. Zawsze był blisko cierpiących i potrzebujących pomocy, a jego ufność w ludzi doprowadziła go nieomal na skraj bankructwa, gdy został perfidnie oszukany i okradziony przez agentkę. W końcu, mijając ze zdziwieniem dzień osiemdziesiątych urodzin, wrócił do punktu wyjścia, do religijnego pytania o sens wszystkiego. Choć był wielkim grzesznikiem (przede wszystkim obyczajowym), choć odrzucał Boga wiele razy, w końcu zrozumiał, że zaproszenie, które otrzymał na początku życia nigdy nie straciło swojej ważności: Ale ja miałem zaproszenie/ Którego grzesznik nie odrzuci/ I prawie jak zbawienie/ Prawie tak jak blues. Wymowa wiersza pt. Tak jak blues, pełnego subtelnej ironii, ale jakże bolesnego, ukazującego nasz świat takim jakim jest, jest doprawdy przejmująca. To memento wielkiego barda dla początku nowego stulecia, to jego podsumowanie tego, co zobaczył w przeciągu dziesięcioleci, to jego surowa ocena samego siebie i nas wszystkich. To prawie blues…

CZARUJĄCY SIEPACZ

Che_Guevara

Wracam myślami do mojego zaślepienia w wieku młodzieńczym… Żyjąc w komunizmie i będąc „tworem” jego ideologii, a zarazem szukając pozytywnych bohaterów w obrębie tamtej rzeczywistości, zacząłem fascynować się Ernestem Che Guevarą. Pisałem już o tym w moim dzienniku, ale teraz przypominam znowu, bo po latach od pierwszego słuchania, trafiłem w Internecie na piosenkę o nim, którą spopularyzowała moja ukochana twórczyni ballad Joan Baez. Oprócz niej wielu piosenkarzy miało w swoim repertuarze ten utwór. Szczególnie upodobali go sobie latynosi, na czele ze słynnym zespołem Buena Vista Social Club, ale warto też wspomnieć o interpretacji z filmu Che Natalie Cardone czy Silvio Rodrigeza. Choć ta piosenka nie ma sensu w warstwie tekstowej, to wpada w ucho i może manipulować umysły młodych ludzi. Pamiętam jak pojawiały się łzy w moich oczach, gdy słuchałem jej w latach siedemdziesiątych poprzedniego stulecia, kiedy to byłem hipisem i nosiłem z upodobaniem bawełniane koszulki z jego portretem. Zbroja rycerza wolności tamtego czasu składała się z dżinsów Rifle, kurtki tej samej firmy, lekkiego sportowego obuwia i koszulki z twarzą Lennona, pacyfą lub Che Guevarą, w charakterystycznym berecie z gwiazdą. Czytałem wtedy zakłamane książki Ryszarda Kapuścińskiego i wierzyłem mu, że ten chorowity Argentyńczyk był kimś w rodzaju socjalistycznego świętego – dopiero po latach dowiedziałem się, że rola siepacza reżimu Castro pozostała w pamięci ludzi końca lat pięćdziesiątych jako ciąg zbrodni, egzekucji i eksportu rewolucji do innych krajów świata. Tak Chrystus z karabinem na ramieniu stał się idolem młodzieży kontestującej wojnę w Wietnamie i „walczącej” o nowy świat. Słuchając hagiograficznej pieśni, tak czule interpretowanej przez Joan Baez, która przecież od wielu lat wyciska łzy z oczu ludzi songiem o cielaku, wiezionym na rzeź (Donna, Donna, Donna), zamyśliłem się nad sobą z czasów młodości, kiedy to napisałem żarliwy (jakże głupawy) wiersz o Che i byłem w moim środowisku określany mianem Commandante. Choć to wszystko należy oceniać w kategoriach młodzieńczej nadpobudliwości, coś zostało we mnie z energii tamtego czasu, a kubański morderca w jakiś tajemny sposób zaprogramował mnie do walki. Choć moje boje rozgrywały się na innym polu, choć nikogo nie pozbawiłem życia, zawsze biłem się o siebie – może coś z tych starć jest też w piosence, którą śpiewa Joan Baez i inni wykonawcy. Oceniając dzisiaj Che Gevarę jako człowieka złego, opętanego przez leninizm i marksizm, wierzącego, że trzeba zabijać w imię rewolucji, wracam do piosenki, która kiedyś mnie wzruszała. Tak działała propaganda komunistyczna i niestety ballada Hasta Siempre… ustawia się dzisiaj w ciągu „patriotycznych” pieśni rosyjskich i nazistowskich. Gdyby tak mieć tamto ciało, tamtą energię, a wiedzę z lat po roku dwutysięcznym, ale przecież miliony ludzi doświadczyły i doświadczają takiego „dojrzewania” i przeprogramowania, a świat stale generuje morderców, w których jacyś manipulanci widzą nowych świętych. Gdyby jakieś moje szaleństwo z czasów hipisowskich zakończyło się tragicznie, może na moim grobie wyryto by fragment mojego wiersza o kubańskim siepaczu, wszakże stale odradza się ten kult i jego symbolem może też być pomnik Che Guevary, postawiony przez jego wyznawców w roku 2008 na Manhattanie. Jakaż to zjadliwa ironia dziejów, wszakże Che groził w listopadzie 1962 roku, ze Kuba użyje rakiet nuklearnych przeciwko USA, nie wyłączając Nowego Jorku, gdyż zwycięstwo socjalizmu warte jest milionów ofiar.

POTĘGA I SIŁA

Są takie utwory muzyczne, których mogę słuchać wiele razy i stale od nowa do nich wracać jak do ożywczego źródła. Należy do nich słynna IX symfonia Z nowego świata Antonina Dworzaka. Mająca w zamyśle obrazować amerykańską rzeczywistość końca dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku, stała się samoistnym hymnem wielkości, szlachetnej wzniosłości i potężnej ludzkiej siły kreatywnej. Szczególnie część czwarta, mająca wagę „przeboju” symfonicznego daje wyobrażenie o talencie i energii czeskiego kompozytora. Najbardziej lubię wykonanie filharmoników wiedeńskich, grających pod batutą Herberta von Karajana, ale wiele jest tych dobrych interpretacji i praktycznie każdy znaczący dyrygent chciał się chociaż raz zmierzyć z dziełem o niewyobrażalnych wręcz ambicjach. Ostatnio słuchałem tej symfonii wiele razy, bo przygotowywałem teksty, w które musiałem włożyć wiele żywej energii. Kiedyś do pracy naukowej i krytycznoliterackiej zapładniała mnie IX symfonia Beethovena, a do pisania wierszy utwory żałobne Chopina, Sibeliusa, Griega, Ravela i arcydzieło Mozarta Requiem. Nie wiem kim bym był bez muzyki poważnej, ale wiem, że zawdzięczam jej wiele moich książek, rysunków, obrazów i twórczych zamyśleń. Początki tej fascynacji sięgają lat licealnych, gdy obok muzyki rockowej czy elektronicznej odtwarzałem na gramofonie płyty z symfoniami i koncertami na różne instrumenty. To był czas wielkich fascynacji Beethovenem, Czajkowskim, Verdim, ale potem pojawiło się zauroczenie Bachem, Vivaldim, Telemannem i Mozartem. Płyty winylowe nie były drogie i znosiłem ich wiele do domu, poznając arcydzieła muzyki, nie wiadomo dlaczego nazywanej „poważną”. Przecież w Muzyce na wodzie Haendla, w koncertach brandenburskich Bacha, w Porach roku Vivaldiego, w IV symfonii Włoskiej Mendelssohna, w Obrazkach z wystawy Musorgskiego czy Święcie wiosny Strawińskiego jest tyle radości, tyle naturalnego piękna, tyle rześkości. Głos słowika, kukułki i przepiórki na końcu II części VI symfonii Beethovena (Andante molto mosso), chóry w utworze Carmina burana Carla Orfa, kanon Panie Janie… przetworzony w I symfonii Tytan Gustava Mahlera czy motyw z Walca nr 2 Dymitra Szostakowicza poruszają serce i każą wierzyć, że ludzkość oprócz pocisków i śmierci, potrafiła także tworzyć prawdziwe arcydzieła sztuki, świadczące o wyjątkowości naszego umysłu, mogącego połączyć wolne nuty w coś tak zachwycającego.

STRATOSFERA

m51_hst

Muzyka elektroniczna towarzyszy mi od wielu lat i nie przestaje mnie fascynować, uczyć harmonii i stale dostarcza ogromnych emocji. Zaczęło się od płyty Romans 76 Petera Baumanna, członka zespołu Tangerime Dream, w którym był czołową postacią obok Edgara Froese i Chrisa Franke. Potem były kolejne longplaye tej kultowej grupy, na czele ze Stratosferą, której słuchałem z magnetofonu szpulowego Grundig. Ten utwór stał się z czasem podskórnym rytmem mojego młodego życia i dodawał mi energii, wielkiego wigoru, który niestety czasami prowadził mnie też na manowce. Wiele wierszy i opowiadań, a potem tekstów krytycznoliterackich napisałem, w tle mając kompozycje niemieckiej grupy. Z czasem prywatna biblioteka nagrań powiększyła się o dzieła Klausa Schulze, Kitaro, Vangelisa, Mike’a Oldfielda, a na koniec Yanniego i Andreasa Vollenweidera. Moja wyobraźnia ożywała w takiej aurze, dostosowując się do kreacji dźwiękowych i powstawały cykle poetyckie, rodziły się pomysły obrazów, spektakli i większych zadań pisarskich. Może z czasem opiszę poszczególne suity, zatrzymam się dłużej przy warstwach dźwiękowych, nowych instrumentach i propozycjach największych twórców gatunku, na razie cieszę się możliwościami komputerów, układam płyty w kolejności powstawania i słucham przy pracy moich mistrzów – jak to się nazywa – „elektronicznego rocka”. Kiedyś trzeba było zdobywać nowe płyty, łowić jakieś nagrania w radiu, a teraz wszystko jest łatwiejsze, starczy zapisać poszczególne krążki w formacie mp3 i już są, gotowe do odtworzeń w najróżniejszych konfiguracjach. Mój brat przywoził wiele nowych płyt Tangerine Dream i Oldfielda z Berlina, ale z czasem było ich tak dużo, że trzeba je było zgrywać i umieszczać na dyskach zewnętrznych. Pamiętam też, że upodobaniem do takiej muzyki zaraziłem moich przyjaciół ze Studia Ruchu i nawet wystawiliśmy pod koniec lat siedemdziesiątych krótki spektakl, specjalnie dla twórcy pantomimy wrocławskiej Henryka Tomaszewskiego, który akurat bawił w Bydgoszczy. To był rodzaj maszyny, stworzonej z ludzi, a ilustracją stał się bardzo dynamiczny fragment Romansu 76. Mistrz – wcale nie kurtuazyjnie – chwalił nas i interesował się naszym pomysłem, zdumiewała go też ta muzyka, a szczególnie „wejścia” dzwonów rurowych, tak później wspaniale spopularyzowanych przez Oldfielda. Moje gusty muzyczne się zmieniały, jednak stale wracałem do kompozycji elektronicznych, które zawsze były jak świeży oddech pomiędzy symfoniami Haydna i Beethovena, koncertami Bacha, Haendla i Mozarta, między balladami i pieśniami Dylana, Baez i Cohena, utworami Beatlesów, Carpenters, Led Zeppelin, Simona i Garfunkela, a przy tym jeszcze dziesiątków, setek innych dzieł. Teraz też – gdy to piszę rozbrzmiewa w moim pokoju Stratosfera, która momentami jest tak dynamiczna jak rozpędzający się hipersoniczny statek międzygwiezdny…

LED ZEPPELIN

Celebration DayDostałem w prezencie od syna i synowej piękną edycję trzech płyt zespołu Led Zeppelin, dokumentujących wielki koncert, który miał miejsce 10 grudnia 2007 roku w londyńskiej O2 Arenie. Dwa krążki z muzyką i DVD z filmem nakręconym podczas wyjątkowego Celebration Day, który chciało obejrzeć na żywo dwadzieścia pięć milionów ludzi, ale tylko dwadzieścia tysięcy szczęśliwców zmieściło się w środku jednego z największych, modernistycznych budynków świata. To wspaniałe, że Jimmy Page, John Paul Jones, Robert Plant i syn Johna Bonhama – Jason, przezwyciężyli różnice zdań i stanęli raz jeszcze obok siebie na scenie. Zagrali wiele słynnych przebojów, w tym kultowe Stairway To Heaven, Black Dog, Dazed And Confused, The Song Remains The Same, Kashmir, Whole Lotta Love, Good Times Bad Times. Z wieloma z szesnastu zaprezentowanych utworów mam specjalne wspomnienia, tym bardziej, że moja młodzieńcza miłość – Alina – miała oryginalne płyty i często włączała gramofon podczas naszych spotkań. Ta muzyka kształtowała moje gusty, choć nie do końca akceptowałem niektóre kompozycje, wybierając do słuchania przede wszystkim Kashmir, Stairway To Heaven i Achilles Last Stand. To był czas magnetofonu szpulowego i nagrywania licznych utworów z radia i płyt, a potem słuchania ich, choć rodzice nie mogli zaakceptować tych „hałasów”. Robiło się jednak swoje, a głośna muzyka stawała się elementem buntu młodego człowieka, dawała mu siłę, a często współtworzyła mroczną aurę, jaka pojawiała się wokół mojego pokolenia. Spośród wielu zespołów rockowych – Nazereth, Uriah Heep, UFO, Black Sabbath, Budgie – pieśni Zeppelinów miały szczególne miejsce i pojawiały się w chwilach trudnych lub wymagających niezwykłej mobilizacji. Nie zapomnę tego momentu, gdy po samobójczej śmierci jednego z przyjaciół, dzień po pogrzebie poszliśmy całą paczką z niewielkim magnetofonem do jego grobu i odtworzyliśmy tam Schody do nieba. Pamiętam też dobrze żarliwość moich spotkań z ukochaną dziewczyną, gdy w jej pokoju rozbrzmiewały dźwięki gitary Page’a, a głos Planta tworzył niepowtarzalną aurę kosmicznej jedności i pełni.

Dość szybko przetłumaczyłem sobie Stairway To Heaven i często podśpiewywałem kolejne części utworu, szczególnie ceniąc to niezwykłe przyspieszenie, jakie pojawia się w trzeciej części. Ballada ta pochodzi z czwartego, studyjnego albumu zespołu,  z 1971 roku – Led Zeppelin IV – i nigdy nie pojawiła się na singlu. Jej słowa były proste, a zarazem bardzo skomplikowane i choć odnosiły się do doświadczeń innej generacji, dorastającej w innych miejscach i innym czasie, znakomicie splatały się z moimi dziejami. Tą dziewczyną, która wkracza na schody prowadzące do nieba była dla mnie Alina, ale resztę utworu odnosiłem do moich walk i niepokojów, do przekonania, że pojawi się znak i wszystko nagle się otworzy, a ja pójdę prostą drogą ku następnym latom. Słowa Planta wyraźnie wpłynęły na to, co pisałem w tamtym czasie i sporo ich pogłosów znajduję dzisiaj w moim pierwszym tomiku wierszy pt. Samobójcy spod wielkiego wozu (1980). Już wtedy wiedziałem, że wszystko jest ulotne, a nasze decyzje mogą wpłynąć na kształt przyszłości, całkowicie zrekonstruować dotychczasowe doświadczenia albo zniszczyć wszystko. Widziałem to w grupach rówieśniczych, w których bytowałem, kontemplowałem to, wpatrując się w trumny przyjaciół, odpływające na naszych ramionach ku nieistnieniu. Nie było jeszcze wtedy mocnych narkotyków, ale alkohol wystarczał by robić rzeczy bezsensowne i trudne do zrozumienia, a burzliwe dzieje pierwszych miłości splatały się z poczuciem pustki i bezsensu wszystkiego. Ileż to razy stawałem wtedy na krawędzi dnia, słysząc żałobne dźwięki gitary Page’a, ileż razy nie widziałem wyjścia z sytuacji, powtarzając za Plantem: it makes me wonder… Kimkolwiek wtedy nie byłem i co nie robiłem, ta rockowa „etiuda” dawała mi ukojenie, wprowadzała ład do rozwichrzonych myśli i nie myślałem wtedy, że ktoś będzie się w niej doszukiwać satanistycznych treści.  To był jeden z hymnów tamtego czasu, w połowie i u końca lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, to był manifest niezależności w obliczu mnożących się zagrożeń. Plant śpiewał, że trzeba być rozważnym i silnym:   And a new day will dawn for those who stand long/ And the forests will echo with laughter. Prześmiewczy pogłos stale się pojawiał, ale ważniejsze od niego było to, by stać twardo na ziemi i nie dawać się pokonać wrogom, by wychodzić śmiało ku wyzwaniom i chwilom najjaskrawszym.

W dniach upadku, w doznaniach mroku, w poczuciu niespełnienia i przegrania trafiał do mnie w jakiś przedziwny sposób inny utwór tego zespołu – Kashmir. Pojawił się po raz pierwszy na płycie Physical Graffiti w 1975 roku i natychmiast stał się jednym z najbardziej popularnych dokonań Zeppelinów. Plant napisał tekst do utworu w roku 1973, kiedy podróżował po Saharze, w Maroku, i na początku tytuł miał brzmieć Driving to Kashmir. Warstwa dźwiękowa zawiera dźwięki charakterystyczne dla klasycznej muzyki marokańskiej, indyjskiej i bliskowschodniej, a nastrój – obok smyczków i instrumentów dętych – kreował tutaj melotron. Może nie czułem się wtedy podróżnikiem w czasie i przestrzeni, ale znałem ciepło słońca na twarzy i gwiazdy wciąż pojawiały się w moich snach: Oh let the sun beat down upon my face/ Stars to fill my Dreams/ I am a traveler of both time and space/ To be where I have been. Rytmicznie powracające akordy przywodziły mi na myśl powolne posuwanie się karawan i przybliżanie się do wyśnionego celu, ale też był w nich smutek i rozpacz dorastania, bezradność wobec tajemniczej i żądającej poświęceń miłości. Słuchałem Kashmiru i jak Plant leciałem – Oh, I been flying… mama, there aint no denyin/ Ive been flying, aint no denyin, no denyin – leciałem w przepaść i często nie rozumiałem swoich wyborów, odnajdując siebie pośród pustyni, nad przepaścią, w obliczu jarów i jaskiń, bez wiary w to, że uda mi się pokonać trudności. Doskonale pamiętam smak tamtych porażek, nieustannie krążącą gdzieś blisko myśl o odejściu, o pozostawieniu świata, a czasem w snach wracają tamte obrazy. Stale wznosiłem się ku szczytom i opadałem ku ziemi, która wyglądała tak, jak w tej pieśni: Oh all I see turns to brown, as the sun burns the ground/ And my eyes fill with sand, as I scan this wasted land/ Trying to find, trying to find where I been. Trwała wyprawa w nieistnienie, podróż do źródeł czasu, a nowe lektury utwierdzały mnie w przekonaniu, że wszystko jest śmiertelnie poważne i w jednej chwili mogę zatracić się w marazmie i poczuciu przegrania. Sekwencje melodyczne powtarzały się regularnie, a ja widziałem powiększające się koła na wodzie, przesuwające się wolno wydmy, skały spadające z łoskotem w przepaść. Czułem się przegrany i zdruzgotany, ale tliła się we mnie nadzieja i wiedziałem, że żarliwa prośba kierowana do Stwórcy przeniesie mnie w inną sferę bytowania, obroni przed śmiercią i rozpadem. Zatem – wraz z Robertem –  szeptałem: Oh, father of the four winds, fill my sails, across the sea of years/ With no provision but an open face, along the straits of fear. Te morza lat miały być dla mnie spienione i pełne niebezpieczeństw, ale w końcu miałem dotrzeć do wymarzonego Kaszmiru i zobaczyć kwiaty nad jeziorem Dal i zasnąć spokojnie w symbolicznym Śrinagarze.

Po dniach grozy, po chwilach upadku, nadchodziły momenty mobilizacji i stawałem naprzeciw wyzwaniom, gotowy do walki. Zawsze byłem trudnym przeciwnikiem i przekonało się o tym wielu moich wrogów, szczególnie w sytuacjach krańcowych, gdzie liczył się spryt i umiejętności nabyte na boiskach, ringach i matach. Takie dni i noce były czasem słuchania utworu Led Zeppelin pt. Achilles Last Stand, takie zaczepki z losem domagały się czegoś mocniejszego i albo zamyślałem się głęboko nad sobą słuchając hymnu Immigrant Song, albo gotowałem się do walki i obmyślałem plany w tle mając jakże rytmiczne, stale powracające dźwięki tej pierwszej pieśni. Słabo wtedy posługiwałem się językiem angielskim, ale docierały do mnie nawiązania do miłości i odniesienia mitologiczne i tak jak Plant mówiłem: Oh the mighty arms of Atlas,/ Hold the heavens from the earth. To było podobne dźwiganie ducha i zagrzewanie się do starcia z mocarzami tego świata, to była gotowość do wyjścia naprzeciw wyzwaniom i przekonanie, że sprostam im. Wiele wtedy było bójek z kolegami, wiele krwawych starć, które kończyły się poważnymi urazami i wiele bezsensownych zachowań, które także finał miewały opłakany: We come from the land of the ice and snow,/ From the midnight sun where the hot springs blow… Ale wszystko razem układało się w ciąg zdarzeń prowadzących mnie do nowego życia i nowych możliwości – choć przeznaczony byłem od samego początku na odstrzał, choć kilka razy otarłem się o śmierć, wyszedłem obronną ręką z licznych opresji. Dzisiaj słuchając utworu Achilles Last Stand, myślę przede wszystkim o pisanej książce wspomnieniowej Ostatnia walka bohaterów, która stale rośnie, potężnieje tydzień po tygodniu i każe mi wracać do tamtych chwil, raz jeszcze przeżywać momenty wzniosłe i złe. Wtedy odbierałem tę pieśń jako jednoznaczny manifest walki, podjęcia ryzyka, a teraz słyszę w słowach Planta drugie dno i zauważam mistyczny wymiar przestrzeni, którą wykreował, będąc krótko po poważnym wypadku samochodowym. To jest mistyka, której korzeni szukać należy w pieśniach Williama Blake’a i starożytnych  mitologiach świata, ze szczególnym uwzględnieniem Albionu i Grecji, ale są to też wyobrażenia z prywatnej kosmogonii artysty na miarę stulecia. Żaden z rockowych zespołów nie dorównał grupie Led Zeppelin w sile i artykulacji poszczególnych przestrzeni muzycznych, żaden też nie stworzył takiego poetyckiego świata, w którym wszystko zdaje się proste, a przy bliższym oglądzie, zyskuje walor nieskończonej wieloznaczności. Ostatnia walka Achillesa stale się zaczyna i wciąż się kończy, tak jak dla wielu ludzi naszej epoki zaczyna i kończy się życie, gaśnie i rodzi się pierwsza integralna myśl. I stale, i wciąż od nowa: The mighty arms of Atlas,/ Hold the heavens from the earth ­– i nowi bohaterowie ruszają im w sukurs, nowe zaciągi ochotników wspinają się stromą, niknącą w mgłach i oparach, zagubioną drogą pośród gór.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: