KOLEJNE BALLADY TOMKA BATEŃCZUKA

LebiodaZlotaZrenica-OKL2-przod

Tomek Bateńczuk znowu mnie zaskoczył… Dziękując raz jeszcze wsłuchuję się w słowa wierszy z mojego nowego tomu poetyckiego – Złota źrenica Wiersze belgijskie 1985-2015. Właśnie ukazał się i jest to już piata publikacja w ciągu lirycznych wspomnień z podróży. To określenie ma tutaj charakter umowny – zaproponowany przez Krzysztofa Derdowskiego – ale są w tych tomach także wiersze, nazwijmy to „ogólne”, w których „dekoracje” nie mają znaczenia, a liczy się myśl i próba mierzenia się z ludzkim losem, z ogromami i treściami ważnymi dla mnie w danym okresie.

JESZCZE RAZ TOMASZ BATEŃCZUK

Tomek ma przedziwną umiejętność tworzenia pieśni z wierszy białych i rytmizowania ich przy pomocy tworzonej muzyki. Słuchanie nowych realizacji zawsze jest dla mnie świętem i odsłania nieuświadamiane głębie tego, co piszę. Oto kolejne ballady, pieśni, wiersze. Dziękuję…

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (8)

by Photos8.com

Nie wiem kiedy po raz pierwszy usłyszałem Scarborough Fair, tradycyjną angielską balladę, której rodowód sięga czasów średniowiecza. Już wtedy organizowano czterdziestopięciodniowy targ w północno-wschodniej Anglii, w mieście Scarborough, leżącym nad Morzem Północnym. W moim życiu pieśń ta pojawiła się, gdy gdzieś usłyszałem piosenkę, powstałą na jej bazie i śpiewaną przez Paula Simona i Arta Garfunkela. Była taka krucha, delikatna i tak pięknie amerykański duet ją interpretował. Choć moja znajomość z tymi chłopakami związana była przede wszystkim z puszczanymi stale w radiu El Condor Pasa i Sound of Silence, to dopiero zetknięcie się z balladą Scarborough Fair spowodowało, że bliżej zainteresowałem się dwiema skrajnie różnymi postaciami o anielskich głosach. Pierwszy zespół założyli w 1957 roku, ale od roku 1964 zaczęli występować jako Simon & Garfunkel, zdobywając wielką sławę i w ciągu zaledwie sześciu lat tworząc wiele przebojów, na czele z piosenkami z filmu Absolwent. Komponował je przede wszystkim Paul, ale bez wysokiego, czystego głosu Arta nie miałyby swego charakteru. Lubiłem dynamiczną piosenkę Mrs. Robinson, monumentalną Bridge Over Troubled Water i pełną siły The Boxer, ale najwięcej wzruszeń wiązało się zawsze z nagłym wybrzmieniem Scarborough Fair, najczęściej z radia, w jakimś samochodzie, w autobusie albo niespodziewanie, na stateczku pływającym po jeziorach mazurskich. To był czas intensywnej nauki języka angielskiego i nagłego odsłaniania się znaczeń licznych utworów, ballad i songów, które wcześniej miały ledwie walor muzyczny, brzmieniowy.

Paul i Art śpiewali tę folkową pieśń, wzbogacając ją o przesłania antywojenne, co znakomicie komponowało się z moją fascynacją ruchem hipisowskim i przeżywaną miłością do ciemnowłosej, zakręconej dziewczyny. Słuchałem w skupieniu dziwnych słów i ciepło rozlewało się w moim sercu: Are you goin’ to Scarborough Fair?/ Parsley, sage, rosemary, and thyme./ Remember me to one who lives there,/ she once was a true love of mine. Nie chciałem odwiedzać żadnego targu, a tym bardziej w dalekim angielskim mieście, ale cieszyło mnie owo połączenie słów: pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek, jakby to było jakieś magiczne zaklęcie i klucz do wielkiej tajemnicy miłości. Wiele się działo w tamtym czasie i już, po rozstaniu z ukochaną, zawędrowałem z grupą teatralną na wschód kraju. Jednego dnia, gdy słońce było w zenicie, ubrany tylko w czerwoną, bawełniana koszulkę z wizerunkiem Che Guevary i wytarte dżinsy Rifle, przysiadłem na brzegu rzeki i przyglądałem się rybitwom śmigającym nad tonią. Nagle zza moich pleców doleciały słowa: Tell her to make me a cambric shirt/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ Without no seams nor needlework/ Then she’ll be a true love of mine. Bałem się obejrzeć, tak cudowny był ten żeński głos i po cichu dopowiadałem zdania, będące w zamyśle pieśniarzy pogłosem głównego tekstu: On the side of a hill in the deep forest green./ Tracing a sparrow on snow-crested ground./ Blankets and bedclothes the child of the mountain./ Sleeps unaware of the clarion call. Przy ostatnim zdaniu, mówiącym o śnie przy trąbce wzywającej do boju, podniosłem głos i odwróciłem się za siebie. Nieco wyżej siedziała piękna blondynka o długich, słomianych włosach i uśmiechała się do mnie. Miała na zgrabnych nogach pończochy w kolorowe plamy i krótką spódniczkę z dżinsu firmy Lee, jej seledynowa koszulka bez ramion opinała spore piersi, a na szyi nosiła wiele sznurów małych koralików. Jak błyskawica przeleciały przez moją głowę słowa prośby o uszycie koszuli z muślinu nicią, która nie tknie haftu i szwu, a potem znaczenie zdań, które dopiero co wyszeptałem i zaśpiewałem o dziewczynie, śledzącej wróbla i śpiącej na zboczu.

Podszedłem kilka kroków wyżej i usiadłem przy niej, czując, że serca bije mi coraz mocniej i mocniej. Poczułem zapach jej sypkich włosów i zauważyłem, że ma niebieskie oczy, wydęte usta i mały, piegowaty nosek. Kości policzkowe wydatnie wznosiły się, co powodowało, że bardzo przypominała Brigitte Bardot. Uśmiechnęła się lekko, gdy przy niej usiadłem ale nie przestała śpiewać znakomitą angielszczyzną: Tell her to find me an acre of land/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ Between salt water and the sea strands/ Then she’ll be a true love of mine. Nie miałem dobrego głosu, więc dopowiadałem tylko moje kwestie: On the side of a hill, a sprinkling of leaves./ Washes the grave with silvery tears./ A soldier cleans and polishes a gun. Nagle odłożyła gitarę, podała mi prawą dłoń I powiedziała:

             – Jestem Jenny, czy to ciebie zawsze szukałam…?

Nie wiedziałem co mam powiedzieć, ale ona nie czekała na to, przybliżyła się do mnie, objęła mnie za szyję i zaczęła czule całować. Nie pogodziłem się jeszcze z stratą mojej dziewczyny, ale jej usta były ciepłe i zmysłowe, a piersi napierały tak mocno, że w jednej chwili oszalałem na jej punkcie. Całowaliśmy się przez godzinę, zaczepiani przez przechodzących hipisów, aż wreszcie podnieśliśmy się z ziemi i poszliśmy w kierunku hotelu. Mieszkałem z dwoma kolegami w jednym pokoju, ale ona została zakwaterowana w „jedynce”, więc udaliśmy się do niej. Byłem oszołomiony jej bezpośredniością i cały drżałem, nie dowierzając w to, co się wydarzało. Po wejściu do pokoju usiadła na łóżku, wzięła do ręki gitarę i zaśpiewała: Tell her to reap it in a sickle of leather/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ And gather it all in a bunch of heather/ Then she’ll be a true love of mine… usadowiłem się przy niej, objąłem ją ramieniem, a ona powoli odłożyła instrument i wyciągnęła się na łóżku. Przestraszony, ale chciwy ciepła i dotyku, zacząłem zdejmować z niej skąpe ubranie, a gdy zsuwałem z gładkich nóg barwne pończochy czułem w sobie taki żar, jakbym zaraz miał spłonąć. Kochaliśmy się całą noc, pijąc w przerwach piwo z zielonych butelek i nucąc cicho, ze smutkiem, końcowe słowa pieśni Simona i Garfunkela: War bellows, blazing in scarlet battalions./ Generals order their soldiers to kill./ And to fight for a cause they’ve long ago forgotten.

– Nienawidzę wojny – powiedziała.
– Ja też nie cierpię zabijania – odparłem.
– Nie wierzę ci… – zaskoczyła mnie nagle.
– Dlaczego Jenny?
– Bo nosisz na piersiach portret Che Guevary…

Zrozumiałem jej zwątpienie, a choć fascynowałem się wtedy tym bydlakiem, to zrozumiałem, że Jenny jest totalną pacyfistką i nie zgadza się na rozwiązywanie konfliktów przy pomocy siły, nie godzi się na zabijanie niewinnych ludzi, czy to cywilów, czy żołnierzy. Pokiwałem głową i szepnąłem jej do ucha: Are you going to Scarborough Fair?/ Parsley, sage, rosemary, and thyme./ Remember me to one who lives there,/ she once was a true love of mine… Gdy obudziłem się rano Jenny już nie było w pokoju, nie było też jej rzeczy, a na stoliku leżała kartka pocztowa z fotografią Central Parku. Odwróciłem ją i przeczytałem: Don’t search me, don’t ask me… było mi przykro, ale pomyślałem, że może tak powinno to się skończyć, bo nie zapomniałem całkowicie ciemnowłosej. Grupa teatralna Jenny ruszyła rano niewielkim busem, pomalowanym w kolorowe kwiaty, do innego miasta, a ja poszedłem nad brzeg rzeki i długo wpatrywałem się w połyskującą wodę. Gdzieś daleko, z jakiegoś radia, rozlegał się śpiew Simona i Garfunkela, a  moje usta bezwiednie powtarzały: she once was a true love of mine… Parsley, sage, rosemary, and thyme…

GŁOWA HAYDNA

Joseph_Haydn

Czytam monografię Karla Geiringera, poświęconą Josephowi Haydnowi, mojemu uwielbianemu kompozytorowi, którego muzyka od wielu lat towarzyszy mi w pracy literackiej. Niegdyś stale zmieniałem płyty winylowe, odtwarzane na gramofonie Bambino, a teraz sprawa jest ułatwiona, bo korzystam z ogromnego archiwum komputerowego, w którym znaczące miejsce zajmują kompozycje tego twórcy. Należy on do wielkiej trójcy klasyków wiedeńskich, razem z Mozartem i Beethovenem, ale jego styl i zwiewność tonów, nowatorskie wykorzystanie instrumentów i kontrapunktów, a nade wszystko niezwykła pomysłowość muzyczna, pozwalają go natychmiast oddzielić od śpiewnych dzieł autora Czarodziejskiego fletu i potężnych kompozycji twórcy Missy solemnis. Biografia Haydna wskazuje jak trudno było chłopcu z ubogiej rodziny cieśli wiejskiego, wspiąć się na wyżyny sztuki europejskiej, ale też dokumentuje niezłomną siłę woli i nieustanne wspinanie się ku coraz większym wyzwaniom. Taki wspaniały rozwój możliwy był przede wszystkim dzięki możnemu protektorowi, jakim stała się arystokratyczna, węgierska rodzina Esterházych, ale też dzięki cechom charakteru Haydna, jednego z dwanaściorga dzieci, biorącego przykład z pracowitej matki i uzdolnionego ojca. Książka Geiringera należy do kanonu literatury poświęconej kompozytorowi, analizuje zdarzenia życia, ale też opisuje i komentuje najważniejsze dzieła, staje się prawdziwym przewodnikiem tego, co najistotniejsze, co staje się esencją losów tego niezwykłego geniusza. To już moja druga lektura tej pracy i doskonale zapamiętałem jakie wrażenie, podczas pierwszego spotkania czytelniczego, chyba z trzydzieści lat temu, zrobił na mnie ostatni rozdział – Osobliwe postludium, właściwie krótki komentarz, wieńczący wszystko. Znajdują się w nim informacje o pośmiertnych losach ciała Haydna i opis jego makabrycznej profanacji: przyjaciel Haydna, J. Carl Rosenbaum – były sekretarz księcia Esterházego oraz Johann N. Peter – administrator domu poprawczego, przekupili grabarza i ukradli głowę Haydna w kilka dni po pogrzebie, by „uchronić ją przed profanacją”. Można sobie wyobrazić jak podłego czynu dokonali ci ludzie, odcinając głowę dopiero co pochowanego kompozytora, a potem w jakiś sposób pozbawiając ją mózgu, skóry i innych tkanek miękkich. Gdy sprawa wyszła na jaw, w grę wchodziła już tylko czaszka kompozytora, choć i wtedy próbowano dokonać zamiany. Podobno motywacją złodziei była chęć znalezienia w mózgu Haydna miejsca, które generowało genialne kompozycje, ale nietrudno się domyślić, że w grę wchodziły przede wszystkim pieniądze. Gdy w 1932 roku nowy książę wybudował wspaniały, marmurowy sarkofag w Bergkirche, ale musiały minąć jeszcze dwadzieścia dwa lata, zanim czaszka została umieszczona obok innych szczątków. Z trójki klasyków wiedeńskich tylko Beethoven doczekał się godziwego pochówku, w którym brało udział dwadzieścia tysięcy ludzi. Mozarta pochowano we wspólnym grobie trzeciej klasy (nieprawdą jest, że był to dół dla biedaków), który już po dziesięciu latach wykorzystano ponownie. Dzieje pośmiertne ciała Haydna wskazują, że nasz ludzki świat pełen jest makabry, chaosu, braku poszanowania wielkich osiągnięć i… co tu wiele gać – zwykłej głupoty. Bez względu na to, co wyprawiali podli podludzie ze zwłokami Haydna, jego muzyka pozostanie na zawsze wyrazem wielkiego humanizmu i najczystszego piękna, a postawa życiowa – przepełniona aktami hojności i dobroci – będzie wzorem dla wielu pokoleń.

DALSZE PIEŚNI TOMKA BATEŃCZUKA

Ku mojej radości powstały kolejne cztery pieśni do wierszy z tomu pt. Ormiańska tancerka. Poznański bard, jak zawsze, wykonał swoją pracę na najwyższym poziomie.

MARÍA DE BUENOS AIRES

Sandra Rumolino - piękno, anielski głos i mistyka Maríi de Buenos Aires

Sandra Rumolino – piękno, anielski głos i mistyka Maríi de Buenos Aires

Wczoraj byłem na koncercie w Filharmonii Pomorskiej, w ramach pięćdziesiątego trzeciego Bydgoskiego Festiwalu Muzycznego. Artyści z Argentyny i Stanów Zjednoczonych, a także polscy wirtuozi i recytatorzy zaprezentowali słynną tango operitę María de Buenos Aires (1968) Astora Piazzolli i Horracio Ferrera. Publiczność źródłowo wprowadził w klimat kultury latynamerykańskiej i wskazał wagę tego dzieła, znany dziennikarz i translator Jarosław Gugała, a potem zaczęła się prawdziwa uczta muzyczna i duchowa. Utwór prezentuje historię prostytutki z Buenos Aires, która żyje intensywnie w świecie realnym, a przy tym orbituje stale ku przestrzeniom skaralnym i staje się multiplikacją Dziewicy Maryi. Zdumiewająca muzyka Piazzolli znakomicie współgra tutaj z surrealistyczną poezją Ferrera, jakby z ducha Federica Garcii Lorci i Rubéna Darío, zwiewną, delikatną, ale zawierającą też tony modernistyczne i niezwykłe, innowacyjne złożenia metaforyczne. Maria umiera i staje się zjawą krążącą po zaułkach i tawernach Buenos Aires, wyrażającą wielką ogólnoludzką tęsknotę za czystością i pełnią, symbolizowaną przez Matkę Chrystusa. Klimat latynoski stworzyła niezwykła muzyka, a także słowo przekazywane przez aktorów i dodatkowo pojawiające się na wielkim ekranie. Niewątpliwą gwiazdą bydgoskiej inscenizacji była Sandra Rumolino, jakby prawdziwa zjawa znad La Platy, jakby ucieleśnienie tanga i smutku dalekich przestrzeni, zapatrzenia w miłość, życie i śmierć. Ta piękna kobieta, zjawiskowo ukształtowana przez naturę i obdarzona wspaniałym głosem, świetnie współbrzmiała z amerykańskim tenorem Nathanem Grannerem. Nad całością przedsięwzięcia czuwał Krzysztof Meisinger, który zagrał też wszystkie partie gitarowe i prowadził muzyków Capelli Bydgostiensis wprawną ręką, z wyczuciem wszelkich niuansów tej skomplikowanej inscenizacji i aranżacji. Wzruszyłem się bardzo podczas tego wspaniałego koncertu i potwierdziłem w sobie wieloletnie życiowe pragnienie, by pojechać nad La Platę i przejrzeć się w jej toniach, spotkać się z ludźmi wielkiej wrażliwości i nieustannych poszukiwań odpowiedzi na podstawowe pytania naszej egzystencji. Choć koncert był długi, publiczność wymusiła oklaskami wspaniały bis argentyńskiej artystki, a mnie skóra cierpła z poruszenia, poczucia łączności z jej życiem i tajemnym, mistycznym, ulotnym jak mgły, światem Maríi de Buenos Aires.

NOWE PIEŚNI TOMKA BATEŃCZUKA

Tomek Bateńczuk nie przestaje mnie zaskakiwać – każda jego piosenka jest jak dar dla mnie i dla mojej poezji, a żywiołowy odbiór innych ludzi potwierdza znakomitą jakość tych utworów. Z niecierpliwością czekam na kolejne realizacje, tym razem po podróży do Armenii i Górnego Karabachu.

PIEŚNI TOMKA BATEŃCZUKA

Piosenki Tomka Bateńczuka są znakomicie skomponowane i mają swój ciepły klimat. Słucham ich tak, jakby ktoś inny był autorem tych słów, a zarazem wiem, że powstały głęboko we mnie. Niewielu jest autorów ballad, którzy potrafią je tworzyć wykorzystując białe wiersze, a tutaj wszystko jest na miejscu i linia melodyczna znakomicie uzupełnia przesłanie. Oby jak najwięcej powstawało takich pieśni i wcale nie chodzi tu o moje teksty, Tomka powinni odkryć jak najszybciej inni poeci. Wróżę mu wspaniałą przyszłość i postaram się do tego w jakiś sposób przyczynić. Publikuję tutaj kilka piosenek z tomiku pt. „Żółty oleander”, wiersze powstały w Kurdystanie i środkowym Iraku nad rzekami Tygrys i Eufrat. Jest też krótki wiersz z tomiku pt. „Sprzedawca skowronków” o moim niezwykle sensualnym śnie.

ALMOST LIKE THE BLUES

640px-Leonard_Cohen_2187

Widziałem głodnych ludzi
To był mord, to był gwałt
Ich wioski płonęły
I próbowali zwiać.

Nie mogłem na to patrzeć
I gapiłem się w buty swe
To był kwas i tragedia
To prawie tak jak blues

I niemal chciałem umrzeć
Między każdą myślą złą
A gdy kończyłem dumać
To bardziej chciałem zejść

To była męka, to był mord
To były moje oceny złe
Wojna, gdy dzieci tracą Pana
To prawie tak jak blues

Musiałem serce zmrozić
Żeby przestało gnić
Ojciec rzekł tyś wybrany
A matka – to nie ty

I słuchałem ich opowieści
O Cyganach i Żydach
To było dobre, nie nudne
Prawie tak jak blues

Nie ma Boga w niebie
I piekła pod nami
Rzekł wielki profesor
I wszyscy o tym wiedzą

Ale ja miałem zaproszenie
Którego grzesznik nie odrzuci
I prawie jak zbawienie
Prawie tak jak blues

                    Z języka angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda

TAK JAK BLUES…

 Osiemdziesiąt lat Leonarda Cohena

Cohen1

Leonard Cohen pojawił się w moim życiu pod koniec lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, gdy jedna ze znajomych dziewcząt udostępniła mi kasetę magnetofonową z nagranymi balladami tego pieśniarza. Zauroczony głosem i treściami artykułowanymi przez niego, natychmiast dołączyłem go do mojego młodzieńczego panteonu muzycznego, obok Boba Dylana i Joan Baez, tuż przy Simonie i Garfunkelu, Gilbercie O’Sullivanie i Marku Grechucie. Słuchałem też wtedy wiele muzyki rockowej i przede wszystkim były to takie zespoły jak Led Zeppellin, Black Sabath, Budgie, UFO, a z innej półki Slade, Smokie, Abba. Była też ogromna fascynacja muzyką elektroniczną, kompozycjami zespołu Tangerine dream, Klausa Schulze, Mike’a Oldfielda, Vangelisa i Kitaro. Szybko ballady Cohena stały się najczęściej słuchanymi utworami w moim pokoju, a potem towarzyszyły mi podczas pracy, pisania książek literackich i naukowych, w trakcie lektury i przeglądania map, gdy rozstawiałem sztalugi i pochylałem się na kartami papieru, by coś nowego narysować. Pociągał mnie szlachetny smutek tych pieśni, jakże wyrazisty w głosie pieśniarza i w poszczególnych strofach, pisanych jak wiersze i mających często drugie dno, głębię, która nie pojawia się w zwykłej piosence. To były opowieści o starych prostytutkach, których nikt już nie chce wynająć, o partyzancie, który zostawił wszystko i rzucił się w wir walki, o lekko nienormalnej Zuzannie, która przypomina w swej biedzie Chrystusa, a nade wszystko o miłości żarliwej i niepowtarzalnej, o nieustannej pogoni za szczęściem i wolnością. Ballady Cohena otwierały moje wnętrze i uwrażliwiały mnie na ludzką krzywdę, uczyły też dystansu do świata i ludzi, krzepiły w trudnych życiowych momentach. I kazały czekać, więc zagryzałem zęby i wpatrywałem się w mrok: I dreamed about you, baby./ It was just the other night./ Most of you was naked/ Ah but some of you was light./ The sands of time were falling/ from your fingers and your thumb,/ and you were waiting/  for the miracle, for the miracle to come. Czekałem aż dziewczyna o długich, ciemnych włosach, tak podobna do Jane z pieśni Famous Blue Raincoat zrozumie czym jest uczucie i przestanie myśleć o innym mężczyźnie – czekałem aż zdarzy się cud, a gdy go nie było Cohen koił jak balsam i szeptał – jak do Janis Joplin – You told me again you preferred handsome men/ but for me you would make an exception./ And clenching your fist for the ones like us/ who are oppressed by the figures of beauty,/ you fixed yourself, you said, „Well never mind,/ we are ugly but we have the music.” Tak było, mijały lata, pojawiały się nowe piosenki pieśniarza z Kanady, a ja zmieniałem się jak wszyscy ludzie i wciąż był we mnie ten smutek, który on we mnie zaszczepił, robiąc też ze mnie poetę. To wielkie szczęście i ogromne nieszczęście, ale tak już zostanie… To jak blues…

286465-leonard-cohen-1970

Nowa płyta Cohena – Popular Problems – przyniosła znowu wspaniałe utwory, a zmatowiały głos barda stał się doprawdy tragiczny, jakby dobiegający z głębi dziejów i komentujący niecne uczynki ludzkości. Cohen, który zawsze celebrował swoją żydowskość, jawi się tutaj jako starotestamentowy prorok, choć w każdym utworze pojawia się też ironiczny kontrapunkt. Najlepiej widać to w pieśni pt. Almost Like The Blues, będącej relacją z tego, co ludzkość czyni na początku nowego stulecia i co zrobiła w wiekach wcześniejszych. To spojrzenie skanujące historię, a zarazem próba zdystansowania się do okrucieństw i wynaturzeń istot, które powołane zostały do wielkości, ale zmarnowały szansę, zgubiły ludzki etos, weszły na drogę zbrodni i gwałtu: Widziałem głodnych ludzi/ To był mord, to był gwałt/ Ich wioski płonęły/ I próbowali zwiać. Mordując niewinnych, odciskając piętno zbrodni na braciach i siostrach, stali się samą istotą zła, którego nie sposób wyrazić i opisać. Cohen sięga tutaj do tradycji Afroamerykanów z Południa, którzy śpiewali od dawien dawna o smutku i rozpaczy (ang. blues), o swojej trudnej sytuacji, o krzywdzie i nienawiści rasowej, o wierności i zdradzie, o podróżach i poszukiwaniu swego miejsca na ziemi, o nieustannym pragnieniu znalezienia miłości. To, co było protestem w pieśniach czarnych Amerykanów, co nawiązywało do muzyki folkowej, w twórczości Cohena przybrało formułę ironicznego krypto cytatu, bolesnego nawiązania, rozpaczy ukrytej w zwiewności tekstu i melodii. Melorecytacja, tak charakterystyczna dla tego artysty, staje się tutaj rodzajem kpiny ze świata, który morduje i gwałci; z ludzi, którzy palą wioski i skazują dzieci na głodówkę. Choć może się wydać, że jest to zbyt ulotna forma, przy głębokim wsłuchaniu się i uważnej analizie, okazuje się, że jest to prawdziwy krzyk rozpaczy, a także potwierdzenie ludzkiej niemocy, bólu nie do wyrażenia: Nie mogłem na to patrzeć/ I gapiłem się w buty swe/ To był kwas i tragedia/ To prawie tak jak blues. I nie mamy tutaj do czynienia z cynizmem, to tylko prawda o naszym świecie, który pędzi donikąd i stale generuje konflikty na wielu płaszczyznach egzystencji, od relacji międzyludzkich, do zatargów rasowych i wojen między sąsiadującymi krajami.

33Leonard-Cohen

Co spokojny człowiek może przeciwstawić zbrodni i cierpieniu niewinnych bytów, co może zrobić intelektualista taki jak Cohen? Niewiele, a zarazem bardzo dużo – może komentować i kierować uwagę milionów na to, co jest złe, co wypacza humanizm i wiarę w dobro człowieka. Rozpacz, taka sama jak w pieśniach Afroamerykanów, rozsadza tutaj formę zdystansowanej ballady, a zarazem potwierdza bezsilność: I niemal chciałem umrzeć/ Między każdą myślą złą/ A gdy kończyłem dumać/ To bardziej chciałem zejść. Tak byłoby najłatwiej, tak można by zamknąć każde życie, odsunąć się od świata i jak rzymski arbiter elegantiarum Petroniusz, otworzyć sobie żyły i patrzeć jak gaśnie światło i matowieją kolory, a barbarzyńcy bezsilnie opuszczają dłonie z okrwawionymi narzędziami zbrodni. Cohen widzi też swoje błędy, wszakże fascynował się kiedyś rewolucją kubańską, Fidelem Castro i Chè Guevarą i jak wielu lewicujących intelektualistów, wchodził na ślepe ścieżki poznania. Po latach przyzna się, że niewłaściwie oceniał wojnę i rewolucję: To była męka, to był mord/ To były moje oceny złe/ Wojna, gdy dzieci tracą Pana/ To prawie tak jak blues. Dopiero teraz pojawiają się rzetelne relacje o zbrodniach dwudziestowiecznych rewolucjonistów, dopiero w nowym czasie i innej rzeczywistości kolejnego stulecia wychodzi na jaw prawda o tych, którzy pojawiali się na sztandarach ruchów kontestacyjnych. O Chè Guevarze śpiewano piękne pieśni (Joan Baez), pisano żarliwe wiersze (sam się od tego nie uchroniłem), jego portret w berecie, z czerwoną gwiazdą, noszono na T-shirtach i na plakatach, a przecież okazał się bezlitosnym mordercą, wykonującym egzekucje i rozsiewając krwawy leninizm po świecie. To były te oceny złe artysty, prezentowane tutaj z ironicznym dystansem, ale przecież jak najbardziej realne, zapisane wcześniej w pieśni pt. Field Commander Cohen z płyty pt. New Skin for the Old Ceremony (1974). W takiej sytuacji, wskazując własne błędy, poeta z gitarą nawiązuje do żydowskiej tradycji, do przekonania, że nadejdzie człowiek wybrany i uczyni mir w świecie. Wspominając słowa ojca i matki, ironizuje z bluesowym zaśpiewem: Musiałem serce zmrozić/ Żeby przestało gnić/ Ojciec rzekł tyś wybrany/ A matka – to nie ty. Cierpienie jest jak rozkład, ból przypomina gnicie, wiec poeta symbolicznie mrozi swoje serce, by odgrodzić się od ogromu zbrodni i wraca na łono rodziny, komentując wcześniejsze komentarze i wypowiedzi swoich rodziców.

img_0733_2

Wsłuchuje się w ich mądre opowieści o Cyganach i Żydach i szuka takiej samej tolerancji w świecie, ocenia je jako dobre, nie nudne, przypominające bluesa i jego pierwotną „czarną” formę – pieśni kojącej i wspierającej cierpiących zbieraczy bawełny, zagubionych tropicieli sensu i właściwego wymiaru istnienia. Takie zasłuchanie się w siebie i w groźne pomruki świata prowadzi do bolesnej refleksji teologicznej i zakwestionowania wiedzy jako drogi poznania. Można być profesorem i niczego nie rozumieć ze świata, można osiągnąć ziemskie zaszczyty, tytuły, a i tak umiera się nagim i bosym, podlegając prawom entropii jak cesarz, nędzarz i żebrak. Ironia sięga tutaj zenitu: Nie ma Boga w niebie/ I piekła pod nami/ Rzekł wielki profesor/ I wszyscy o tym wiedzą. Czy człowiek jest w stanie zrozumieć istotę stworzenia, czy może sięgnąć myślą ogromów kosmicznych, pośród których się ono rozgrywa, a wreszcie czy jest partnerem dla Boga, czy może tylko nic nie znaczącym pyłkiem? Leonard Cohen jak mało kto poznał zakamarki naszego świata, szalejąc jako młody beatnik w Nowym Jorku, przemierzając Stany Zjednoczone i świat jako pieśniarz, widząc ogrom ubóstwa i zbrodni, nie bez powodu przeciwstawiając w tytule swojej słynnej płyty miłość nienawiści. To poeta najwrażliwszy z wrażliwych, dodatkowo wzmacniający swoje wiersze wspaniałą muzyką, często krytykowana przez profesjonalistów, ale akceptowaną i kochana przez jego wielbicieli. To nowoczesny komentator istnienia, szukający odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji w ramionach pięknych kobiet i w różnorakich ziemskich samotniach, śpiewający pośród mroku i w świetle słońca, nowy Federico Garcia Lorca i Osip Mandelsztam, brat Allena Ginsberga i Sylvii Plath, powinowaty Roya Orbisona, Johnnego Casha i Boba Dylana, a nade wszystko filozof i ironiczny egzegeta religijny. Jego żydowskie pochodzenie jest jak stygmat, z którego uczynił znak rozpoznawczy, to coś, co stanowi jego siłę i słabość, co jest dziedzictwem kulturowym, ale też genetyczną skłonnością do depresji. Artysta nieustannie eksperymentował z życiem, poddawał siebie próbom wytrzymałości, walczył o siebie w sytuacji przegrania i triumfu, przechodził liczne załamania, wstawał z kolan i szedł. Zawsze był blisko cierpiących i potrzebujących pomocy, a jego ufność w ludzi doprowadziła go nieomal na skraj bankructwa, gdy został perfidnie oszukany i okradziony przez agentkę. W końcu, mijając ze zdziwieniem dzień osiemdziesiątych urodzin, wrócił do punktu wyjścia, do religijnego pytania o sens wszystkiego. Choć był wielkim grzesznikiem (przede wszystkim obyczajowym), choć odrzucał Boga wiele razy, w końcu zrozumiał, że zaproszenie, które otrzymał na początku życia nigdy nie straciło swojej ważności: Ale ja miałem zaproszenie/ Którego grzesznik nie odrzuci/ I prawie jak zbawienie/ Prawie tak jak blues. Wymowa wiersza pt. Tak jak blues, pełnego subtelnej ironii, ale jakże bolesnego, ukazującego nasz świat takim jakim jest, jest doprawdy przejmująca. To memento wielkiego barda dla początku nowego stulecia, to jego podsumowanie tego, co zobaczył w przeciągu dziesięcioleci, to jego surowa ocena samego siebie i nas wszystkich. To prawie blues…

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: